Żyję i wciąż mam pytania..

30 września 2023

Mam w sobie coś z niespokojnego ducha. Moja głowa wciąż zadaje sobie wiele pytań i szuka na nie odpowiedzi.  

Jeśli jednego dnia życie wydaje się jasne i spokojne, już następnego dnia piętrzą się dziwne wątpliwości, problemy do rozwiązania i pragnienie, by coś zmienić. Ciągle mam wrażenie, że nie nadszedł czas spokoju, że mam przed sobą dużo spraw do poukładania. Takich zupełnie moich – własnych, o których tylko ja wiem i o nich rozmyślam.

Nie wiem, czy wszyscy tak mają ? Większość ludzi w moim wieku jest zadowolona z tego, co osiągnęli w życiu. Cieszą się tym, co w tej chwili co robią. Są “spokojni” w swojej głowie. Jeśli się  martwią, to ewentualnie dopadającymi ich zdrowotnymi przypadłościami, bo w końcu w tym wieku wszyscy boimy się takich problemów. 

pytania, pytania, pytania…

A ja? Mnie „biega” po głowie coś zupełnie innego… 

  • Czy żyję teraz bardziej świadoma moich potrzeb niż dziesięć lat temu? 
  • Czy nauczyłam się wystarczająco asertywności życiowej, by być szczęśliwą? 
  • Co dziś chciałabym powiedzieć sobie, gdybym była młodsza o 15-20 lat?
  • Czy mam w sobie wystarczająco dużo pokory wobec życia, by być szczęśliwą? 
  • Czy mam jakieś skrywane talenty, o których wiem, a ciągle wstydzę się o nich głośno powiedzieć? 
  • Co w sobie najbardziej lubię? 
  • Czego nie lubię w sobie i dlaczego tego nie zmieniam?! 
  • Czego naprawdę się boję w wieku “starczym”? 

I tak mogłabym codziennie dodawać nowe pytania, przemyślenia i szukać na nie odpowiedzi. I co jest pewne – wiem, że moje odpowiedzi będą zmieniać się w zależności od dnia, pogody, nastroju – czyli wszystkiego, co charakterystyczne dla przybywających wciąż dni i miesięcy będzie miało wpływ na moje “zadanie domowe”.

Po tylu latach życia wiem, że nie ma złych pytań i złych odpowiedzi…

Kiedy byłam nauczycielką w Liceum Medycznym w Sosnowcu (a było to tysiąc lat temu 🤣) każdego roku przez 17 lat zasiadałam w komisjach maturalnych. Jak wiadomo, zestawy pytań pisemnych z języka polskiego otrzymywaliśmy rano, w dniu  rozpoczęcia matur pisemnych. Otwieraliśmy koperty przy młodzieży siedzącej już pojedynczo w ławkach, przed kartkami papierów i w nerwowym oczekiwaniu, podobnie jak my – nauczyciele, jakie tym razem będą tematy, czy nas zaskoczą, jak bardzo itd. Moment ten przez wszystkie lata pamiętam równie dobrze jak wszyscy kolejni maturzyści. I jak ja kiedyś na swojej własnej maturze. W tamtych czasach były to trzy tematy z literatury, z różnych epok, często łączących i porównujących myśl wiodącą na podstawie przeczytanych lektur i własnych przemyśleń uczniów. Czwarty temat był zazwyczaj tzn. tematem wolnym, w którym uczeń mógł skorzystać z większej dowolności i wyboru lektur, dodać inne przykłady jak filmy, przykłady literackie spoza programu szkolnego, własne doświadczenia itd. W naszym liceum niewiele uczennic korzystało z wolnych tematów, najwyżej dwie – trzy osoby. 

Piszę o tym, bo przychodzi mi na myśl zagadnienie pytań – własnych samodzielnych, odważnych. Nie była to popularna “działka” w owych czasach w szkole średniej. Odwaga w zadawaniu pytań a jeszcze większa – w odpowiedzi na nie, nigdy nie była mocną stroną naszego pokolenia.. Pisałam juz o tym niejednokrotnie. 

Okazuje się, że człowiek nie tylko publicznie boi się pytać i odpowiadać.  Równie często boimy się pytać samych siebie. 

Zadanie sobie pytania, które być może niejeden raz ułatwiłoby nam życiowe decyzje jest tak trudne, że nawet w głębi siebie, po cichu i do siebie nie chcemy go “wyartykułować”.  Nie powiem już o odpowiedziach. Szczerych, też tylko dla siebie.  Oceniamy siebie tak, jakbyśmy byli obcą osobą. Boimy się własnego JA. Unikamy siebie.  Nikt nas nie słyszy, nikt nas nie widzi “w środku”, nikt nas nie ocenia. A jednak – sami dla siebie czujemy się zagrożeniem. 

Dlaczego tak się dzieje?  Bo człowiek z natury jest tchórzem! 

Zasady wpajane nam przez lata wychowania w szkole komunistycznej – “siedź cicho, nie wychylaj się, bądź posłuszny.. “ – wszystko to stworzyło pokolenie ludzi dobrych, ale często “nijakich”, bezbarwnych, którzy nie mieli gdzie i jak nauczyć się indywidualności, odwagi i wyjątkowości. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że pokolenie naszych rodziców wybitnych postaci nie wydało. Każdy naród ma wśród siebie ludzi fenomenalnych i wyjątkowych. Każde pokolenie wydaje na świat geniuszy. Ale też zawsze każdy reżim zadaje ciosy i ograniczenia, które najbardziej niszczą prostych ludzi. 

Tata – czy był szczęśliwy? tak wcześnie odszedł. nigdy go nie zapytałam (jedno z bardzo niewielu zachowanych naszych wspólnych zdjęć)

Istotą zadawania pytań jest to, aby mieć na nie odpowiedź. Nie wiem, czy moi rodzice zadawali sobie pytania, czy byli ludźmi szczęśliwymi. Czy mieli czas i sposobność na analizę mijającego życia? Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek na takie tematy w domu rodzinnym rozmawiali. Był dom, rodzina, dzień za dniem toczył się lepiej lub gorzej, nikt nie pytał nas ani naszych rodziców czy jesteśmy szczęśliwi.  My nie pytaliśmy rodziców o takie psychologiczno-egzystencjalne odczucia. Szkoda. Może dziś moglibyśmy coś więcej powiedzieć czy byli naprawdę szczęśliwi? 

Ilu z nas nad tym się dzisiaj zastanawia?… 

AUTOREFLEKSJA- klucz do emocjonalnej wolności. (znalezione w sieci)

Autorefleksja. Taka niby zwykła refleksja, tylko że tym razem poświęćmy czas na głębsze zastanowienie się nad sobą. “Zbadajmy” swoje własne przemyślenia, doświadczenia, emocje.  Spróbujmy zrozumieć swoje decyzje i relacje. Przeanalizujmy jak naprawdę umiemy sobie radzić z przystosowaniem się do trudnych, niewygodnych sytuacji. 

Tak, wiem. To nie jest proste. I większość ludzi nie lubi tego robić. Auto-analiza ogromnej pracy, niemal całego życia! Bo w gruncie rzeczy zaczyna się już od wczesnych lat, gdy tylko zaczynamy świadomie kreować nasze zachowania. No a potem juz niemal każdego dnia dokonujemy wyborów, ważnych decyzji, które mają/muszą nam odpowiedzieć na przeróżne pytania. Też takie, jakie przykładowo postawiłam sobie na początku tego wpisu. 

Nie jestem pewna czy taka auto-analiza jest zawsze dla nas sprawiedliwa. Czy nie popadamy zbyt surową ocenę siebie? Przecież i tak może się zdarzyć. A może wpadamy w sidła samouwielbienia? – jeszcze gorzej. 

Mam jednak nieodparte poczucie, że jeśli postawię sobie dobre pytania, odpowiem na nie uczciwie i nie oszukam siebie, to znajdę właściwe odpowiedzi. Dziś już chyba mogę i potrafię..

Odpowiem, sobie, że mam w sobie wiele życiowej pokory, żeby czuć się szczęśliwą, bo moje doświadczenia mnie już tego nauczyły.  Życie nie głaskało mnie po głowie, ale też nie mogę na to życie gniewać się. Wszystko czego doświadczyłam – trudne i niemiłe, lepsze i bardzo kochane – było  pozytywnym balastem, by dziś chylić głowę pokornie i powiedzieć; nie żałuję! Nie żałuję nawet tego, co bolało. Wiem, że wszystko działo się po coś i miało swój sens. 

Odpowiem, że  dziesięć lat temu nie udzieliłabym nikomu tak otwartej odpowiedzi, jak robię to dziś ! Dziesięć lat temu nie umiałabym wyrazić tak jasno swoich uczuć i opinii, nie powiedziałabym tak odważnie światu, czego dziś potrzebuję, czego chcę, a czego nie. Nie opowiedziałabym tak prosto o moich wadach, poczuciu winy czy czymkolwiek, czego nie lubię lub przeciwnie, co lubię, a inni może nie. 

Dawno temu w młodości, dekorowałam ręcznie kroniki harcerskie – wczesne lata 70-te😂

Odpowiem, że nie mam w sobie ukrytych talentów, bo pisanie już ujawniłam, a zresztą to taki pół-talent, bo gdzie mi do tych, co naprawdę piszą!! Trochę jeszcze lubię malować, ale to też pseudo-talent, jakich jest wiele na tym świecie. Tyle tylko, że sprawia mi to dużą przyjemność i teraz mogę już o tym głośno powiedzieć.

A teraz maluję.. np. doniczki do mojego ogródka 😀

Jak już jestem przy malunkach – to przypomniała mi się taka  historyjka sprzed ponad 30 lat. Kiedy przylecieliśmy do Stanów,  wszystko było nowe i niewiele wiedziałam o obyczajach, w tym także przedświątecznych.  Na początku grudnia 1990, w mojej 1-szej pracy (kilka godzin w tygodniu) zostałam zaproszona na świąteczne party, jakie tutaj są powszechną tradycją. Jedna z koleżanek szybko wprowadziła mnie, że mam zrobić jakiś prezent sama (“własną rączką”), zapakować go i przynieść na party. Wtedy jeszcze NIE wiedziałam, że “zrobić” coś, to nie znaczy wykonać go całkowicie samodzielnie. To znaczy po prostu kupić/przygotować/zapakować – najlepiej w jak największe efektowne świąteczne pudełko i dużą kokardę.  Ja – biedna, naiwna i nieświadoma co i jak i po co – męczyłam się przez tydzień, aż wreszcie namalowałam akwarelami nieduży, może 20 cm na 20-25 cm obrazek  polskiej zimy z całkiem ładnym zarysem kościoła w tle. Oprawiłam go  i zapakowałam w papier, wprawdzie z motywem świątecznym, ale raczej, jak na prezent świąteczny, prezentował się dosyć ubogo..  Szczególnie, gdy wszyscy wyłożyli swoje super bogato wyglądające prezenty w pudłach, w torebkach świątecznych z kolorowymi papierami i wstążkami. Nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak gra “White Elephant”, gdzie każdy uczestnik losuje numerek, a potem wybiera jeden prezent (oczywiście każdy “rzuca” się na ten największy, najładniej zapakowany..) a potem jeszcze można zabierać sobie wzajemnie prezenty (do trzech razy).. Mój biedny mały prezencik-kopciuszek nie zwracał niczyjej uwagi i ostał się na sam koniec. Otwarła go przedostatnia osoba. I natychmiast powstał wielki krzyk “oh-ów i ah-ów !! bo było to coś zupełnie innego i zaskakującego i…naprawdę się SPODOBAŁO!  Tak bardzo, że ostatnia osoba natychmiast ten obrazek odebrała, a ja po skończonej zabawie musiałam się przyznać, że jestem (prawdziwą) autorką prezentu. 🙂

I proszę sobie wyobrazić, że mimo, iż się opierałam, MUSIAŁAM namalować “pierwotnej” właścicielce podobny obrazek, a ona uparła się, że mi za ten niego zapłaci. No i w ten sposób  jedyny raz w życiu zarobiłam (symboliczne, ale jednak!) pieniążki za moje “malarstwo” 😀. Pieniążki miały być na szczęście, na dobry początek, ale jakoś się nie spełniło. Może dlatego, że więcej już na sprzedaż nie malowałam. 😂 😂   

W 2016 r. w czasie świątecznego spotkania u mnie w domu, powtórzyłam podobną zasadę gry „White Elephant” Jedna z moich przyjaciółek Basia K. wylosowała obrazek namalowany przeze mnie. Tym razem opakowałam go zdecydowanie staranniej i ładniej! 😂

Odpowiem jeszcze, że lubię w sobie szczerość, choć nie jest łatwą cechą i nie zawsze lubianą przez innych. Ale taka już jestem i nie zmienię się. I lubię siebie za to, że sprawia mi radość “dawanie” i jak tylko mogę, to robię coś dla innych. Cieszy mnie zawsze, gdy  ludzie są szczęśliwi wokół mnie i gdy się do tego przyczyniam. 

Odpowiem też, że NIE lubię w sobie nadmiaru nerwów, których gdy mnie dopadną, nie mogę opanować mimo, że zdaję sobie sprawę, iż powinnam. Jestem “choleryczką” i mam to po tatusiu.🙂 Wiem to nadto dobrze i choć się często staram (naprawdę się staram!) to czasem nie umiem sobie z tym poradzić. Ale może sobie poradzę, jak się już wykrzyczę na stare lata 🤔.

No i nie lubię tego, że muszę co pewien czas kupować większe rozmiary spodni. 😬

A czego się boję? Oj, chyba już nie odpowiem, bo nie jestem pewna czy ktoś chciałby to wiedzieć. Poza tym o strachu pisałam, po co więc gadać za dużo i znów się powtarzać?


BACK

O podróżach – inaczej

14 września 2023

“Podróże kształcą” – to każdy wie. Z własnej praktyki albo z teorii książkowej, internetowej czy wysłuchanej od innych doświadczonych podróżników.  

Moja wiedza podróżnicza jest duża, ciekawa i własna. A przede wszystkim różnorodna. Ta, z dawnych czasów – czasów dzieciństwa i młodości przepełniona jest doświadczeniami, o których dziś młodym ludziom nawet się nie śni. Możemy opowiadać im o tym godzinami, ale czy nam uwierzą?.. Mam duże wątpliwości 😀. I wiedza zdobyta w podróżach ostatnich 30-40 lat, zupełnie inna niż ta z “pierwszego życia”. Ale i ta nowsza część podróżnicza wykluwała się mozolnie, powoli i zmieniała swoje sposoby podróżowania: rodzaje przemieszczania się, warunki, komfort podróży, umiejętności odnajdywania się w sytuacjach.. 

To proste. Wszystko się zmienia. Ostatnie kilka dekad w turystyce to wielki bum przemian. Jeszcze nigdy nie podróżowało tak wielu ludzi, tak chętnie i tak łatwo. Dziś samolot to jak za moich młodych czasów zwykły czerwony uliczny tramwaj. Kupujesz bilet, wsiadasz – wysiadasz, czasem jeszcze przesiadasz się po drodze i niemal tego samego dnia jesteś na innym kontynencie oddalonym o tysiące kilometrów. 

Czy jednak jest to cała prawda? Czy technologia, szaleństwo Internetu aż tak usprawniło nasze życie?  

To tylko kilka z setek aplikacji, które przydadzą nam się w czasie podroży. Każda wymaga od nas zalogowania się, zapamiętania hasła i umiejętności posługiwania się nią. 🙄

Kolejny raz sprawdza się powiedzenie “kij ma dwa końce”.  Podróże wydają się ułatwiać nasze kontakty, usprawniać poruszanie się po świecie. A równocześnie stwarzają coraz więcej komplikacji, z którymi trudno jest się uporać i połapać organizacyjnie. My starsi gubimy się w nowych zarządzeniach, poleceniach, wypełnieniach aplikacji, logowaniach itd.  Cokolwiek chcę się dowiedzieć, natychmiast dostaję  długą listą działań internetowych – wpisz… podaj… kliknij… dalej… OOOJJJJJ!!!! 

A zaraz potem następuje setki ostrzeżeń, zaleceń, poleceń – co muszę, co mogę, czego NIE mogę.. 

Jak to zapamiętać, żeby nie pobłądzić? Gdzie trzymać takie wiadomości, żeby w każdej chwili mieć do nich dostęp i je łatwo odnaleźć?  Jak zapamiętać dziesiątki haseł, PIN numerów, gdy każda strona internetowa, każda kompania ma swoje własne wymagania. Duża litera, małe litery, znak specjalny, dwie liczby, symbole, strzałki, plus, minus.. Horror! 

I w dodatku w przypadku najmniejszej pomyłki, o którą w moim wieku bardzo łatwo, zaraz zaczyna się kołomyja odnawiania, poszukiwania starego hasła lub wprowadzania nowego i zapamiętania go kolejny raz.  I tak za każdym razem. Ile ta moja/nasza biedna, stara, przeciążona głowa może? musi? wytrzymać.  

Mimo to walczę. Nie poddaję się. Mam przecież syndrom “nowoczesnej Babci”, buszuję więc po Internecie, z cierpliwością w palcach (i napiętych do ostatecznych granic, nerwów) kolejny raz loguję się w tym samym miejscu.. Mam wnuków, więc pytam. Odpowiadają – jeszcze nie stracili do końca cierpliwości. 🤣 🤣

Potem zaczynam to samo tłumaczyć mężowi, który cierpliwości ma jeszcze mniej niż ja. Czasem się udaje bez awanturki, rzadziej jednak nie.. Ale – mimo wciąż z godziny na godzinę rozwijającego się oporu, a co gorsze – zmieniającej się technologii, trzymamy fason i pokonujemy  trudności. 

Część internetową (bez – papierową) mamy załatwioną i gotową do podróży.  Co wcale nie oznacza, że już nic w tej kwestii nas nie zaskoczy i nic się nie zmieni. O nie! Przy każdym wyjeździe zawsze jest jakiś nieprzewidziany BUM!!

Nagłe zmiany dla młodszych są normalką. Młodzi elastycznie podchodzą do nowości, na  porządku dziennym dają sobie z tym radę. Ja zazwyczaj wpadam w panikę, każda zmiana przez moment wyprowadza mnie z równowagi. Potem już jakoś idzie do przodu, ale pierwszy moment to zawierucha w głowie… Zaraz przychodzi myśl, że coś ucieknie, ze za moment zniknie to, co już sobie poukładałam i zapamiętałam. 

Jak już w komputerowym przygotowaniu chwilowo spokój, to  zaczynam mój własny plan przygotowań “domowych”. Lubię kiedy moje wyjazdowe sprawy są dopięte na ostatni guzik. Lubię plan tam, gdzie może być zaplanowane. 

Tak więc w mojej głowie, a potem najlepiej w telefonicznych notatkach powstaje lista spraw do załatwienia. Najpierw – w domu – to co przygotować, zapłacić, nie zapomnieć, dopilnować, sprawdzić w ostatniej chwili. Nie wiem jak inni sobie z tym radzą, ale ja muszę mieć po kolei wszystko spisane i odfajkowane, jeśli już jest załatwione.  I jak mam pewność, że nic nie pominęłam. A niestety, łatwo i sprawy i rzeczy umykają. 

To tylko niewielki skrawek mojej listy – ciągle jeszcze w procesie przygotowania i zmian 😀

Najważniejsze to spis dokumentów, potem rzeczy do zabrania. 

Lista ubrań i drobiazgów jest długa i nie rodzi się  za jednym zamachem. Dużo na niej pozycji ze znakami zapytania. Takich, które w trakcie następnych dni, w zależności od humoru, pogody, nastroju będą wymienione. A i tak zawsze coś potem mi nie pasuje. Zawsze żałuję, że czegoś nie wzięłam albo coś wzięłam zupełnie niepotrzebnie…

Polecam świetnie spisujące się w organizacji pakowania „cube” – różnej wielkości pudelka

Mogę jednak pochwalić się z całą odpowiedzialnością, że umiem się pakować. Moje rzeczy mają swój system, dobry system. Nigdy nie są zmięte. Zawsze wiem, gdzie co mam. Wszystko ma swój sens i logikę. 

Nic nie jest przypadkowe, wszystko do siebie pasuje. Spodnie do bluzek, części wierzchnie jak swetry, kurtki do tego, co pod spodem. Biżuteria, buty.. No, prawie zawsze. Czasem pogoda zaskakuje, ale ogólnie nie muszę mieć do siebie pretensji.  Jestem w “te klocki” niezła. Umiem obliczyć, ile czego potrzebuję.

Perfekcyjne pakowanie! w tych dwóch pojemnikach zmieściły się wszystkie tops, bluzki z krótkim rękawem i z długim i spodnie – na cale dwa tygodnie z przewidzianą zmienną pogodą.

Nie biorę niepotrzebnych rzeczy. No i zawsze pakuję się w podręczną walizkę, którą biorę ze sobą do kabiny samolotu.  Z wyjątkiem podróży do Europy i to tylko wtedy, gdy lecimy z mężem we dwoje. Jedna walizkę mamy nieco większą (choć moglibyśmy mieć dwie, bo tyle nam przysługuje). Ale już drugą mamy podręczną.  Pakuję jedną i nadaję na bagaż, głównie z powodu wygody, by przy przesiadkach i oczekiwaniach, bieganiach nie obciążać siebie niepotrzebnymi ciężarami.  Podróż jest długa, więc im mniej bagażu w rękach, tym dla nas wygodniej. 

Mała okrągła torebka na kosmetyki. Wygodna, łatwo dostępna. Jeszcze dużo pomieści..

Pamiętam zawsze o moich lekarstwach. Pakuję je w systemie, który stworzyłam sobie na własny użytek i powiem, że jest on zupełnie inny niż np. stosuje mój mąż. Ale – każdy z nas jest inny i każdy ma indywidualny kod zapamiętywania własnych ważnych spraw. 

Także moja indywidualna lista bardzo prywatnych i bardzo ważnych rzeczy jak kontakty i krople do oczu, komputer,  kabel, torebka, kosmetyki i inne tylko moje, moje i tylko moje… Malutkie ale ważne. I muszą ze mną jechać! 

Nie jestem księżniczką- podróżniczką z 5-ma ogromnymi walizami, pudłami i puzderkami. Nie mam obsesji dwudziestu par butów i kilkunastu sukienek na 10 różnych okazji. Jestem pod tym względem zupełnie normalna, choć mam wszystko co potrzeba.  

I przyznaję – lubię się pakować!!  Tak, tak!! Już słyszę, że to nie jest normalne, bo nikt NIE lubi się pakować. A ja lubię 🙂.

Już na kilka tygodni wcześniej pakuję się w mojej głowie.  Planuję, sprawdzam, mierzę, czy aby na pewno to, co chcę zabrać wchodzi na mnie bez “zaskoczenia”.  Piorę, dokupuję – słowem – wszystko pod kontrolą! 

Jak przystało na starsze pokolenie – lubię także szukanie informacji tradycyjnym sposobem – w książkach i mapach.

W tak zwanym międzyczasie (bo jak wiadomo międzyczasu nie ma!)  bardzo solidnie przygotowuję informacje na temat miejsc, do których się wybieram. Lubię wiedzieć! Mieć pojęcie o historii, geografii. Szukam ciekawostek związanych z tym regionem, miastem, państwem. 

Jeśli jedziemy w dobrze znane nam miejsce i znów spotkam się z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi, odnawiam kontakty, rozmawiam, umawiam spotkania. Jestem bardzo podekscytowana, że znów będziemy mieli okazję zobaczyć się po latach i miesiącach przerwy.  Ten czas przygotowań, to dla mnie wielka frajda. Lubię znów wracać do układania nowych planów.  Cieszę się i zawsze i wspominam to, co było dobre i miłe. 

Z przeszłości biorę całymi garściami to, co najlepsze. To co warte pielęgnowania w pamięci. 

Zbliża się tydzień wyjazdu. Napięcie rośnie. Wyciągam walizkę i powoli według mojej listy przygotowuję rzeczy do pakowania. Wyciągam z szafy, szuflad. Pierwsze zmiany. Kolejne zmiany. I znów zmiany. Może nieduże, ale jednak. Sprawdzam pogodę. Za dużo letnich rzeczy. Albo odwrotnie. Po co tyle swetrów, po co dwie kurtki..  

Zaczynam się denerwować.

Sprawdzone sto tysięcy razy!! nigdy nie za dużo.

Nie! Nie denerwuję się. …

Denerwuję się!  Tylko dlaczego? Przecież bardzo lubię podróżować. 

Kolejny raz sprawdzam listę dokumentów. Muszą być spakowane w sposób, który sobie dopracowałam, żeby mieć do nich łatwy dostęp, ale by równocześnie były bezpieczne w czasie podroży. Dokumenty są najważniejsze! Nic nie może ulec zmianie. Absolutna pełna kontrola. 

Dwa dni do wyjazdu. Mój mąż nawet nie wyjął swojej walizki. To doprowadza mnie do szału. Pytam – kiedy się spakuje. Jutro. Zawsze jutro. To jutro nadchodzi w ostatnią noc, niezależnie o której godzinie następnego dnia rano musimy wstać. Mniej więcej o północy zaczynają się pytania: “nie wiesz może, gdzie są te moje…” albo “gdzie moja koszula, ta…” 

Trzęsie mnie już “w środku”  – nie chce mi się wiedzieć, nie chce mi się mówić i zła jestem, że jestem zła… bo przecież wiedziałam, że tak będzie. Bo tak jest odkąd jesteśmy razem (czyli od 120 lat!!) i odkąd podróżujemy razem.  Zawsze tak jest i nic się nie zmienia 😬!! No i pewnie się nie zmieni. Czemu więc ja się denerwuję?  Przecież ja się też nie zmienię.. 

Wiem, że moja rodzina zawsze sobie żartuje ze mnie, że przy każdej nowej planowanej podroży „mama pakuje walizki na miesiąc przed wyjazdem”. I robi listę na dwa miesiące wcześniej.. To dobry rodzinny temat do śmiechu!!

Ale ja się już tym wcale nie przejmuję. Kiedyś mnie to drażniło, dotykało. Dziś już nie. Już kilka razy moja organizacyjna i czasowa zapobiegliwość uratowała nas od bardzo niemiłych konsekwencji. Ostatnio tylko dlatego, że wyjechaliśmy na lotnisko dużo wcześniej (bo lubię mieć „zakładkę czasową” i spokojnie wypić kawę a jeszcze lepiej winko już po dokonaniu wszystkich formalności na lotnisku) zdążyliśmy zawrócić z 1/3 drogi, odszukać pozostawione przez moja przyjaciółkę w domu wakacyjnym dokumenty (!!) i dojechać na czas na lotnisko. I UWAGA! jeszcze łyknąć wino na uspokojenie nerwów. 🤣

Podobnie zdarzyło się kiedyś, gdy cała moja rodzina przeszła przez kontrolę security i nie zauważyła, że mnie z nimi nie ma, bo własnie okazało się, że przez pomyłkę mój bilet „miał na imię Małgosia” zamiast Małgorzata i zakwestionował mnie jako mnie.. Gdyby nie dodatkowy extra czas (o który od wczesnego rana kłóciliśmy się z moim mężem, że ja zawsze MUSZĘ być na lotnisku „pół dnia wcześniej”… ) to nie miałabym szansy dokonać zwariowanej operacji zakupu dodatkowego biletu, być przeprowadzona przez uprzejmą i bardzo przejętą moją sytuacją panią, pracującą – jak to mówią – „we właściwym czasie i we właściwym miejscu”. Ta pani pokonała kolejki (to był ranek Święta Dziękczynienia – Thanksgiving!!), przebiegła wszystkie możliwe skróty, niemal zatrzymała mój samolot i wrzuciła mnie w zamykające się już drzwi.. Dzięki temu nie spędziłam święta Indyka na lotnisku, sama! I nadal wcale nie przejmuję się, że spędzam więcej czasu na przygotowania do podróży niż inni członkowie mojej rodziny 😀.

Dzień przed podróżą – walizka stoi spakowana. Właściwie p r a w i e spakowana, bo w ostatniej chwili dopakuję absolutnie ostatnie kilka rzeczy, które umieszczam na osobnej liście w notatniku telefonicznym (do ostatniego sprawdzenia!!): lekarstwa na drogę, dokumenty (do sprawdzenia – jeszcze raz i jeszcze raz!!), telefon, kabel, karty kredytowe… czyli to, co mam ze sobą, przy sobie przez cały czas podróży. 

I wtedy – nachodzą mnie różne głupie myśli… Nie, nie nachodzą! Przebiegają przez głowę z prędkością światła i natychmiast znikają odepchnięte mądrym logicznym INSTYNKTEM, który czuwa nade mną. I szczęśliwie nigdy nie pozwolił mi na poddanie się żadnym rozważaniom, że… Ale nie będę udawać, że takich chwil słabości nie mam, bo niestety, gdzieś tam w zakamarkach mózgu zaplątują się sekundowe przebłyski.. „A co jeśli.. ” Odpycham natychmiast! Mam mój amulet, który mnie chroni – w głowie i nie tylko. Nie powiem co to jest, bo to mój i tylko mój talizman. Mój „good luck

Tak naprawdę to wiara jest najważniejsza! Dobre duchy nad nami czuwają, jeśli w nie wierzymy. I ja takie dobre duszki mam!  😂  🙏

A jak już wyjadę z domu, zamkną się drzwi i przede mną droga szeroka – symbol rozpoczynającej się kolejnej podróży – obojętnie czy samochodowej, czy na lotnisko i dalej samolotem, czy może to będzie statkiem podróż morska.. Wszystkie  obawy znikają. Nie ma już rozmyślań czy coś zapomniałam, odpuszcza nerwowe napięcie i wszystko staje się oczekiwaniem na kolejną przygodę. 

Wiem, że jutro może być pełne niespodzianek. Wiem, ze moje podróże stają się coraz trudniejsze i hmm.. zaskakujące. 

Ale – wciąż jeszcze chce mi się planować, pakować, szukać nowych nieznanych miejsc, widoków, wrażeń. Już wolniej, trochę na innych zasadach niż kiedyś, a jednak jeszcze nie zamykam drzwi na klucz. 

Szukam wciąż dróg, nieznanych i znanych, po których jeszcze nogi niosą w dal…

************************

Zachęcając do gotowości kolejnych podróży, przypomnę starą piosenkę Haliny Frąckowiak „Bądź gotowy dziś do drogi”. Akurat to wykonanie pochodzi z Opola 2022 roku. A więc – apetyt na podróże wciąż trwa! Nie tylko u mnie i nie tylko u pani Haliny. Spójrzcie na entuzjazm publiczności! 😄 😄


BACK

Wczoraj, dzisiaj – może jutro 

1 września 2023

Wczoraj..

Byłam zła. Byłam bardzo zdenerwowana. Byłam zmęczona. Już tak mam. Jak mnie coś dopadnie w głowie na “nie”, to nie może się odczepić. Nie mam umiejętności łatwego zdystansowania się od problemów, na które i tak nie mam wpływu. To fatalna cecha. To niemoc, którą dorosły, prawie stary człowiek powinien dawno pokonać. 

Dzisiaj

Słońce. Upał. Taki upał jak tylko potrafi być w Houston. Do upału można się przyzwyczaić. Nawet do tutejszego, ze stuprocentową  wilgotnością. Do komarów rano, w południe i wieczorem – nie! Houstońskie komary są maleńkie, niewidoczne i chyba nikogo więcej nie lubią, tylko mnie. Mnie uwielbiają. Uwielbiają pożerać albo raczej podżerać! Obojętnie o jakiej porze dnia wieczoru i nocy. Są upierdliwe, obrzydliwe i moje ustawiczne walki z nimi przegrywam do zera!!  Sprowadziłam już wszystko co możliwe i co miało je do mnie zniechęcić i NIC. Po wyjściu do mojego ogródka na poranna kawę z radosną intencją, że dziś już będzie lepiej, bo kolejny nowy płyn anty-komarowy zadziała, jest tak samo albo gorzej! 5 minut i bąble wielkości przysłowiowej “złotówy” mam na rożnych częściach ciała w zależności od inwencji panów komarów (pań komarzyc??).  

Najlepsza kawa okazuje się być przerwana szybką ucieczką w ulubiony (na szczęście) kącik domowy. 

Wczoraj…

Kraków, szkoła podstawowa nr.2 Jakoś zawsze “dwójki” mi się plątały wokół.  

Byłam dzielna i od pierwszych dni maszerowałam sama do szkoły. To znaczy sama, ale szybko znalazłam sobie towarzystwo. Jak to w Krakowie – wszystko było blisko, zwłaszcza w centrum. Przez pierwsze cztery lata do szkoły chodziliśmy na 1.30 w południe, dopiero od piątej klasy na 8 rano. Przed lekcjami przychodziłam do świetlicy a raczej do stołówki, żeby zjeść obiad przed lekcjami. 

W czwartej klasie poznałam tam koleżankę. O rok młodszą ode mnie. Miała na imię Iwona. Od razu pokochałam to imię. Ta dziewczyna oczarowała mnie od pierwszego spotkania. Zawsze uczesana inaczej niż pozostałe uczennice, fartuszek nietypowy, z falbankami, zupełnie inny niż ten „klasyczny, który wszystkie nosiłyśmy, krótszy niż nasze, o wiele zgrabniejszy i ładniejszy. Wychowywała ją tylko mama. Była trenerką gimnastyki artystycznej. To mnie fascynowało dodatkowo. Iwona miała “drugą rodzinę” swojego ojca, która mieszkała bardzo blisko mnie. Jej dwójka przyrodniego rodzeństwa – maluchy chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, chłopczyk i dziewczynka uwielbiały Iwonę a ona ich. Nie pamiętam imienia chłopca, ale dziewczynka miała na imię Adrianna.  To imię później długo “kręciło” się koło mnie jako moje ulubione.  Te dziwne rodzinne relacje, tak nieznane w tamtych czasach, o których Iwona zawsze swobodnie opowiadała zachwycały mnie. Chodziłam z nią często do jej „drugiej” rodziny. Dla nich to było takie normalne – mnie wydawało się zupełnie „innym” życiem…

Byłyśmy przyjaciółkami na dziwnych zasadach. Na zasadach zupełnie nietypowych dla małych dziewczynek. Nie chodziłyśmy do tej samej klasy. Nasz wspólny czas był bardzo ograniczony, a tematy rozmów zupełnie inne niż rozmowy dziewczynek w tym wieku. Byłyśmy blisko, aż do momentu kiedy ja odeszłam ze szkoły do liceum, oczywiście nr.2 ( do Sobieskiego) 

Iwona poszła rok później do innej szkoły . Nie wiem do jakiej. Nigdy więcej jej nie spotkałam.

Nigdy nie szukaliśmy siebie…

Dzisiaj

Są różne smaki tęsknoty.  Takie, które nazwałabym “codzienną”, z którą nauczyłam się już żyć.  I takie, które pojawiają się rzadko i nagle, ale bolą tak mocno, że ciężko je znieść. Nie wiem, które z nich są lepsze – te wieczne i nieustępujące, czy te chwilowe, ale przeszywające spazmem nie do zniesienia. 

Ani jednych ani drugich nie można się pozbyć. Są i robią z nami co zechcą. 

Wczoraj…

Rodzina ze strony mojej Mamy, to ogromna część mojego życia. Ciocie, kuzyni, cudowny Gdańsk, choć nosi tuż po Krakowie imię “miasta numer 2” i zawsze kochane Morze Bałtyckie. Wiele wspomnień, wakacji, spotkań rodzinnych… 

 Do dziś magnes ogromnego rozrośniętego drzewa rodziny “G” przyprawia mnie o głośne i szybkie bicie serca. 

A jednak…  Są chwile, gdy krakowskie wspomnienia rodzinne dzwonią w głowie jak ciche natarczywe dzwoneczki. Nie ucieknę od przeszłości! 

Nikt nie ucieknie. Każdy człowiek ma swoje korzenie.  Pamiętajcie o cmentarzach! To miejsca święte i nietykalne. 

Krakowskie bardzo wczesne dzieciństwo to dwie kuzynki- Ela i Ewa. 

Moja kuzynka Ela i ja. 1955-56 ??

Kuzyn Kazik, Marek i Wojtek.  Kazik wciąż jest i jest bliski. 

Wojtek i Ewa – nie wiem nawet jak dziś wyglądają. Marka już nie ma nie zapamiętam go.

Ela – pozostała tylko dawna fotografia. Jakby to było wczoraj..

Dzisiaj

Mam cudownych wnuków. Trójka – każdy inny. O każdym babcia mogłaby napisać osobna książkę. Nie, nie zacznę ich wychwalać, bo nie zatrzymam się nawet po stu stronach!  

BRACIA

Gdy urodził się Luki, Christoph przytulał go i obrazki braterskiej miłości były piękne. Kiedy mijały miesiące i lata, wszystko się komplikowało.  Niby razem, a coraz trudniej. Niby jednakowo, a nie zawsze tak jest… Patrzyłam na to z dystansu i z pozycji “babci” i czasem nachodził mnie głęboki smutek… Wciąż krążyło pytanie: 

Ile trzeba włożyć pracy, wiary, cierpliwości, miłości, dobroci, zrozumienia, serca, by MIŁOŚĆ rodzicielska zamieniła się w głęboką miłość i przyjaźń braterską?? 

W tym roku Christoph i Lukas pojechali SAMI na pierwsze wspólne wakacje do Japonii. Całkowicie samodzielne.  Byłam pełna obaw i pełna nadziei. 

KUZYNI

Dziś wiem, że wszystkie “klocki” są na swoim miejscu !

Mam nadzieję, że kuzynowskie relacje również tak samo ułożą się  mądrze i dobrze.  Rodzina na pierwszym miejscu. 

Tego ich nauczyli rodzice. Tego wszyscy ich uczymy. 

Wczoraj…

Moskwa, lato 1997. Wtedy myśleliśmy, że i tam zmieniło się  wszystko. Polecieliśmy na zaproszenie pani profesor z Uniwersytetu Moskiewskiego. Zamieszkaliśmy w akademiku dla gości – obcokrajowców. 

Łazienka- zdjęcie górne,Kuchnia – zdjęcie środkowe i urodzinowy szampan i ciasto – zdjęcie trzecie.😂

Kuchnia- różowe ściany, kuchenka o dwóch palnikach, stolik byle jaki, zlewozmywak z otwartą szafką pod spodem. 

Łazienka z deską – półką na wannie, niebieska umywalka i okropny ręczny prysznic…

Na moskiewskim Arbacie – 1997 r.

 3 sierpnia przypadały urodziny mojego męża.Poszliśmy do  nowoczesnego marketu spożywczego.  Kupiliśmy ciasto, które wyglądało jak amerykański pie i szampana – oczywiście “russkoje igristoje” Takiego jak zapamiętaliśmy z dawnych lat 70- tych.  Wróciliśmy do domu i… okazało się, że piecyk kuchenny zamiast piekarnika miał tylko drzwiczki (atrapa!) więc ciasto musieliśmy UGOTOWAĆ, co okazało się beznadziejne w smaku i konsystencji, a szampan  w żaden znany nam  sposób nie chciał się otworzyć.  Niestety, nie miał ani jednego “bąbelka” jakie zwykle miewają szampany i nie przypominał nie tylko dawnego “Igristoje”, ale nawet żadnego innego szampana świata.  

To była nasza ostatnia wizyta w Moskwie. Zapamiętałam jeszcze przed eleganckimi sklepami zachodnich znanych firm elegancko ubranych facetów z … karabinami w ręku.  I słynny deptak Arbat pełen artystów i atmosfery rosyjskiej bohemy, gdzie powstał również i mój portret. Nawiasem mówiąc – niezbyt mnie przypominający 🙂 

Dzisiaj

Zazwyczaj chodzę spać bardzo późno. Zawsze tak było, a teraz kiedy nie muszę wstawać wcześnie na dźwięk budzika, czas około północy jest naturalnym momentem układania się do snu. Pól tabletki dla uspokojenia “głowy”, wiatrak który wzmaga cyrkulację powietrza w sypialni – powinnam zasnąć. Ale – często nie zasypiam.   Patrzę w cień kręcącego się wiatraka albo w smugę światła ledwie wpadającego przez okno. Myśli, myśli, myśli.  Jeśli przyfruną delikatne i nie podrażniają mojej wyobraźni – pozwolą wyciszyć się i zasnąć. Gdy jednak atakują znienacka ostro i szybko, zaczną przepychać się, zadawać pytania, straszyć, krzyczeć, niepokoić, ostrzegać, alarmować… nici ze spania. 

Morfeusz – bóg snu opuszcza mnie i pozostawia z demonami moich własnych przemyśleń. 

Pewnie to nie jest nikomu obce. Czarna noc wspomaga moje wariacje myślowe. Logika je odpycha. Instynkt zapętla. Dopiero powoli nadchodzący wczesny poranek uspokaja szaloną wojnę umysłu. 

Przysypiam. Dzień wyrówna rachunki.  

Wczoraj…

Od Krakowa, Sosnowca do Ameryki. A potem – już drzwi się zamknęły…

Są przyjaciele na zawsze. Nawet jeśli życie rozdzieli nas na wiele lat, spotkanie po latach jest ścieżką, na której potknęliśmy się, by znów podnieść się i iść dalej razem. 

Są także przyjaźnie, które są jak wulkan i zostawiają wiele dobrych wspomnień. Kończą się nagle i na zawsze. Zupełnie bez sensu. Smutno i nie do naprawienia… 

Życie zabiera nam coś ważnego. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. 

Nie mam żalu, nie mam pustki, nie mam złości w sobie.  Mam dużo ciepłych radosnych wspomnień. I tak to zachowam.   

Dzisiaj

Czy my się kłócimy? Czy to tylko mocne dyskusje?  Czy jesteśmy tak różni, czy tak mało tolerancyjni w naszym wieku? 

 Cokolwiek to jest, to nie obrażamy się na siebie. Nie jest tak, że się nie odzywamy, że zrywamy kontakty ze sobą, że omijamy się całymi tygodniami czy miesiącami. Mamy różne zdania, mówimy, wypowiadamy je głośno. I to dobrze.  Zazwyczaj nie kłamię. Tak, mówię w swoim imieniu! Może to jest trudne dla innych do wysłuchania, ale uczciwsze i łatwiejsze, bo tak naprawdę to i ja i mój słuchacz mamy prawo do dwóch różnych zdań. Do wymiany różnych poglądów, niemiłych zdań, nawet na “ostro”.  

Potem jednak myślimy, analizujemy, opadają gorące emocje. Lubimy siebie. Kochamy siebie, szanujemy. MAMY siebie. 

Tutaj jesteśmy rodziną. Bliższą i dalszą. Nie muszę otaczać się ludźmi toksycznymi. Wybieram tych, którzy są ważni w moim życiu. 

Jeśli z tobą dyskutuję, kłócę się, przepraszam cię, wracam do ciebie każdego ranka z ciepłym “dzień dobry” – to znaczy, że jesteś dla mnie ważny/a.

Wczoraj….

Przez 12 lat moja rodzina brała udział w wielkiej akcji rowerowej MS 150. Rajd rowerowy z Houston do Austin. W różnej konfiguracji osobowej, w różnych drużynach, po wielu wielu miesiącach przygotowań, bo regulamin tego rajdu był bardzo określony i specyficzny. Były miesiące, że w naszej rodzinie był to temat numer jeden!. Szaleństwo zaczęło się od rowerowego zamiłowania Billa, potem dołączyła Kasia i Wacek i wielu ich znajomych i przyjaciół. Kasia międzyczasie urodziła dwójkę dzieci, częściowo więc rower zastąpiła Maluchami w torbie przewieszonej na plecach albo w wózku składanym. A ja –  każdego roku dojeżdżałam w połowie drogi (baza noclegowa La Grange )  by “witać” ich na półmetku i następnego dnia na mecie w Austin  niedaleko Kapitolu. 

Kwiecień – rodzinny miesiąc „rowerowy”

Najpierw z jednym Maluchem, potem z dwoma. Ktoś zawsze pomagał. Każdego roku coś się zmieniało, dzieci rosły. Oglądały Kapitol wewnątrz, bawimy się w ogrodzie wokół niego. Grzebały patyczkami w brudnym piasku oczekując przyjazdu rodziców. Tłum, upał, oczekiwanie, zmęczenie, emocje… a potem długie rozmowy z przyjaciółmi, czekanie, pizza, winko i jeszcze dłuższy powrót do Houston. Każdego roku, przez 12 lat.

To nie było łatwe. Dla rowerzystów. Dla kilkunastu tysięcy uczestników. 

I dla mnie też nie.  Choć nie miałam roweru, choć nie osiągnęłam żadnego sukcesu, nie spałam w namiocie i nie wstawałam o 5 rano…

 Ale dobrze pamiętam ten rowerowy fragment rodzinnego życia. 

Inaczej, ale wspólnie. 

Jutro?? …

Może być więcej “wczoraj”. I jeszcze może być dużo szczęśliwego “dzisiaj”

Będę miała o czym pisać, wspominać. 

Może też być JUTRO… bez następnej kartki kalendarza.


BACK

Czy dorośli też mają własne bajki?

22 sierpnia 2023

Pewnego razu, daleko od domu zdarzyło mi się znaleźć w miejscu, które na kilka dni, jak w bajce dla dzieci, otworzyło zaczarowane drzwi i pokazało mi swoje tajemnice.

Bo bywa, że zdarzają się w życiu najprawdziwsze historie, które nas zaskakują.  Długo nie potrafimy ich do końca zrozumieć.  Dlaczego poukładane od lat “cegiełki” rozpadły się i komuś i rozsypał się dotychczasowy kontrolowany świat… 

KTOŚ kiedyś powiedział – “wyjeżdżam”.  Spakował walizki, trochę drobiazgów, mebli, pamiątek i zniknął z naszego życia. Nie, nie z mojego! Po prostu – z naszego! 

Ktoś był z nami przez lata, wiązała nas przyjaźń, dobre i gorsze chwile i wydarzenia. Dużo wspólnych dni. 

Wyjeżdżam. Jedno słowo, jedna decyzja. Decyzja dorosłego dojrzałego Człowieka. Świat jest przecież wielki. Każdy z nas może spakować plecak czy walizkę i przenieść się gdzie ma ochotę. A jednak… niewielu ludzi ma taką odwagę. Niewielu z nas ma taką potrzebę. Przywiązujemy się do miejsc szybciej i mocniej, niż o tym myślimy. Wrastamy w znane kąty, ulice, znajome twarze. Nie lubimy zmian. Zwłaszcza nagłych, do których nie mamy czasu się organizacyjnie i psychicznie przygotować. Może właśnie dlatego takie decyzje innych zaskakują nas i szokują. Może nawet bardziej te cudze, niż nasze własne… 

Życie jednak nie znosi próżni, więc krąg ludzki zawsze pełen nowych wydarzeń toczy się dalej.

A Ktoś właśnie buduje inny świat… Gdzieś – jak mówią w bajkach – „ za górami za lasami” Ktoś znalazł nowy kawałek ziemi.  Nowe miejsce na swoje nowe życie. 

Pewnego ranka obudziwszy się, Ktoś pomyślał: chciałbym stworzyć bajkowe życie. Kolorowe, spokojne, szczęśliwe i śliczne. I Ktoś, dzień po dniu, zaczął realizować wizję swojego świata…

Ale bajki dorosłych ludzi nie mają wróżek, które wyczarowują wszystko za jednym  pociągnięciem czarodziejskiej pałeczki. Dorosłe bajki rodzą się długo i mozolnie. I wymagają pracy i wyobraźni. Pieniędzy, cierpliwości, wyrzeczeń, kolejnych nieudanych prób, walki ze zniechęceniem i znów zaczynania od początku nowych pomysłów i ich realizacji.

Odważne kolory, ciepłe połączenia wprawiają natychmiast każdego w dobry nastrój.

Ktoś, kto tchnął nowe życie w ten skrawek ziemi, kocha kolory. Mocne, soczyste kolory! W samym środku stoi domek, nieduży, ale bardzo przytulny. Kto z was miałby odwagę zamieszkać w domu o kolorze ostrej ceglastej pomarańczy i ciemnej butelkowe zieleni??  Ja – tak!  Ale jestem pewna, że wiele osób długo by się zastanawiało nad taką decyzją..

Tak właśnie powstał pewien bajkowy dom, bajkowy ogród, który zadziwił mnie, że naprawdę istnieje.  

Domek ma żółte drzwi, czerwone ramy okienne i bardzo kolorowe kwieciste dywany na gankach. 

Już podjeżdżając pod dom z wszystkich stron otacza mnie zieleń. Zieleń lasu, ogrodu, altany, wszechobecnej trawy. Zieleń w każdym możliwym odcieniu.

Ale to dopiero początek. To tylko tło bajkowej scenerii. 

Donice z zieloną roślinnością a obok artystyczne dziwolągi. Zaskakujące i ciekawe połączenie!

Do głównego wejścia prowadzi wąska ścieżka i wpada wprost na duże zadaszone wysokie patio. Urządzone w stylu trochę „tureckim” a może country – w centralnym miejscu stół i cztery krzesła, pięknie kolorowo pomalowane. Wiszące duże lampiony, w donicach wokół bogate rośliny podświetlone lampkami. Obok nich śmieszne art-ptaki, bardzo barwne i pstrokate, o długich szyjach. Malownicze, dodające niezwykłego uroku już na wejściu do domu. 

Obok dwa drewniane łóżka z wygodnymi materacami, oczywiście w kolorze czerwonej cegły, gdzie wygodnie można odpocząć i poczuć się jak w SPA. Obok jeszcze jeden stolik i fotele. Także w tym samym wielobarwnym stylu. 

Miejsce na ognisko jest, brakowało tylko ognia. Wieczór i tak był bardzo ciepły! 😃

Po obu stronach ścieżki trawa i mieszanina różnokolorowych kwiatów. A pośród nich w niesamowity sposób wkomponowane są przeróżne sztuczne elementy artystyczne. Z metalu, porcelany, drewna, grubego szkła. Wiem, wiem, co niektórzy teraz sobie myślą!.. ale to jakaś niedorzeczna mieszanina, niepasująca w stylu, sztucznie połączona z naturą! Itd, itp… 

Poza zadaszeniem jest wydzielone miejsce na ognisko i wygodne drewniane kolorowe krzesła „fotelowe”.

Jakże się mylicie!!  Oczywiście – “ De gustibus non est disputandum” – o gustach się nie dyskutuje, pamiętam o tym doskonale. Na siłę nikogo przekonywać nie będę, ale zapewniam, że ci którzy umieją wyczarować „bajki dorosłych” – świetnie sobie z tym radzą.  Ktoś, który stworzył tę bajkę, mnie osobiście taką scenerią zachwycił. 

Wymyślne ścieżki, kwitnące kwiaty, ławeczki-motylki, zieleń drzew i krzewów..

Z każdym krokiem dalej bajkowy świat nabiera rumieńców.  Za altanką, która tworzy zieloną bramę do dalszej części, ogród zmienia rodzaj roślinności. Są tam wysepki- grządki a w nich wyższe kwiaty, rośliny zielone, nawet krzewy i drzewa. A pomiędzy nimi ścieżki wysypane drobnymi kamieniami. Tworzą one wyrazistą przestrzeń. Czystą i uporządkowaną.

Oczywiście wśród trawy i drobnych kolorowych kwiatów nie brakuje wychylających się: a to żółwia z meksykańskiej porcelany, a to malutkiego szafirowego pieska, a to gąsienicy w kapeluszu, a to kolorowych grzybków, dziesiątek motyli itp. 😀. 

Tutaj wczesną porą KTOŚ pije poranną kawę i oddycha świeżym powietrzem nowego dnia..

Wszystko to jest żartem artystycznym, radością dla oka, fantazją dziecka, prostotą i ciepłem uczuć. To, co oglądam, wprowadza mnie w nastrój zapomnianych dziecięcych lat. Chce mi się skakać w kółeczko i klaskać jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką i jakaś scena, obrazek nagle mnie zachwycił… 

Na tę część ogrodu wychodzi boczny ganek domu. “Ganek poranny” jak nazywa to miejsce mój „bajkowy” Ktoś. Jest tam stolik przeznaczony na poranną kawę, wygodny fotel i piękny widok na kwitnący barwy ogród. 

A w nocy świeci pięknie księżyc. I oczywiście nie brakuje delikatnego światła wiszących wokół ogrodowych lampionów. Na ścianie domu rozpościerają skrzydła malownicze  motyle, a pomiędzy nimi „biegają” czerwone biedronki w czarne kropeczki.

Za domem  napotykam jeszcze jeden pas zieleni i „latające” motylki, trochę pstrokatych grzybków, ale gdy wchodzę na ścieżkę i wspinam się pod górę w głąb lasu, już tylko otacza mnie natura. Wysokie drzewa, ściółka leśna, trochę powalonych pni i starych drzew. I cisza. Cisza. I od czasu do czasu ćwierkanie ptaków. Brzęczenie owadów. To także należy do świata bajki. Choć tego nie zmienia ludzka ręka Ktosia.  Tu życie toczy się według praw natury. Nawet podobno niedźwiedź  kiedyś pojawił się nocą w odwiedziny…

Teraz Ktoś już wie, że kubeł śmieci wystawiony kilka godzin za wcześnie, to zaproszenie “misia” na kolację🤣. Zajączek przybiega w odwiedziny bez zaproszenia, dość często. 😃 A może wiele innych zwierzątek?..

Kominek z lampionami i piękną drewnianą płaskorzeźbą

Dom wewnątrz jest nieduży, wcale nie nowoczesny. Raczej w stylu country, bardzo pasującym do otoczenia z zewnątrz. Wciąż utrzymuje się malowniczy styl, choć już nie tak bajeczny jak w ogrodzie. Na pierwszy rzut oka – dom jak każdy inny dom. Wchodzę do jadalni z kominkiem połączonej z małą, ale funkcjonalną kuchnią. W jadalni duży stół, efektowne krzesła, a nad stołem piękna zrobiona z grubych sznurów, ogromna lampa. Po lewej stronie kominek, obok wielkie stojące lampiony ze świecami, a nad kominkiem artystyczna drewniana płaskorzeźba. Coś na kształt kwiatu rozłożonego symetrycznie  na ścianie. Robi wrażenie! 

Olbrzymia lampa z grubych sznurów.

Dalej – living room jeden, drugi, potem sypialnia główna, gościnna, dwie łazienki. Na samym końcu mały pokój do pracy, czyli kącik biurowy Ktosia, z komputerem, papierzyskami – jak to zwykle bywa w takich miejscach. Ach, jeszcze pralnia.. 

KTOŚ wykonał tę ikebanę własnoręcznie!

Wszystko byłoby zwyczajne jak w każdym domu, tyle że “diabeł tkwi w szczegółach”, a tych szczegółów w bajkowym domku jest bardzo wiele. Tu w łazience półeczka na kosmetyki  zręcznie wkomponowana w niewidoczne miejsce z tyłu ścianki, tam zręcznie składany stolik/półka do wygodnego wyciągania prania  z suszarki i składania rzeczy. W innym miejscu piękny ogromny wazon z niesamowitą ikebaną ułożoną ze sztucznych kwiatów i ziół. Wygląda jak obraz wtopiony w powierzchnię ściany. Dobór kolorów, układ suchych kwiatów i roślin jest ślicznie skomponowany! Widać tu rękę artysty.

Każdy mebel w tym domu ma swoje miejsce. Choć pozornie wydaje się inny niż ten drugi obok stojący, to w całości wszystko harmonizuje idealnie! Wszystkie elementy uzupełniają się wzajemnie, jakby inaczej nie mogła istnieć całość tego wnętrza. 

Dawno temu, kiedy po raz pierwszy pomalowałam moją kuchnię na bardzo jaskrawo jasnozielony kolor (bo jakże mogło być inaczej! 😂) odbywało się u nas jedno z comiesięcznych spotkań brydżowych. Wtedy namiętnie graliśmy w brydża i każdego miesiąca spotkaliśmy się u kogoś innego na  rozgrywki. Zazwyczaj były to cztery, pięć stolików po cztery osoby. Najpierw poczęstunek, pogaduszki, a potem  dobieraliśmy się w czwórki i graliśmy do północy i dłużej. Ale nie o brydżu chcę opowiadać, chociaż mogłabym i na ten temat dużo. 🙂 

Przypomniała mi się taka spontaniczna wypowiedź jednego z naszych kolegów, który wpadł z zachwytem do mojej świeżo wymalowanej kuchni na “zajebisto” zielony kolor i zakrzyknął “ale niesamowity kolor! Fantastyczny! …ale ja bym u siebie nigdy takiego nie pomalował :)”

Myślę, że taka byłaby reakcja wielu osób, które po pierwszym wrażeniu i oceniłyby dom Ktosia

Dom zachwyca – ale trzeba mieć ogrom wyobraźni, odwagi, własnego smaku, stylu, by nagromadzić, ustawić i połączyć w całość tyle różnorodnych elementów razem.  Wymaga to niezwykłej bardzo indywidualnej, powiedziałabym nawet – “intymnej” wyobraźni i odwagi, by stworzyć coś, co jest “moje i tylko moje”! 

Takie uczucie miałam, kiedy wiele osób reagowało podobnie na kolory w mojej kuchni (zresztą nie tylko kuchni 🙂), tyle, że nie wszyscy tak efektownie, głośno i szczerze to  wyartykułowali. 

Ktoś jest na swój sposób artystą. Artystą, którego dusza uwolniła się ze standardów i codzienności. Czas, cisza, samotność pomogły mu rozwinąć talenty i marzenia. Wszystko to na pewno od lat w głowie Ktosia istniało, a teraz “za górami, za lasami” przeistoczyło się w dorosłą bajkę.

Moja podróż po kolorowym świecie trwała krótko. Może dlatego tak bardzo mi się podobała?  Oderwanie się od codzienności, krótka zmiana, dobre, ciepłe, przyjacielskie fluidy każdemu robią dobrze na duszę i na ciało. 

Tylko – czy to wystarczy, żeby być szczęśliwym?  Mój bajkowy Ktoś jest człowiekiem uspokojonym wewnętrznie, który zrealizował swoje kolorowe fantazje i marzenia i czuje się pośrodku nich bardzo dobrze. Na właściwym miejscu.

To miejsce wciąż wymaga od niego ciągłej pracy, pielęgnacji tego, co wokół.  Ogród, dom to jak małe dziecko, o które trzeba dbać każdego dnia poczynając od podlewania, a zapewne kończąc na wyrywaniu chwastów, czy  najbardziej prozaicznym sprzątaniu. 

Czy może czegoś do pełnego szczęścia brakować?  Zapewne jednego małego elementu.. Drugiego człowieka, przyjaciela, z którym można podzielić się bajkowym światem.  Pokazać mu, opowiedzieć o radości i cieszyć się przez moment wspólnie.  I myślę, że tacy jak ja, pojawiający się w odwiedziny w bajkowym ogrodzie, taką właśnie rolę spełniają.

Bo w bajkach dla dzieci nikt nie jest sam. Jaś ma Małgosię, Czerwony Kapturek – Babcię, Lolek Bolka. Nawet Wilk i Zając byli “parą” 🙂. Bajki dorosłych ludzi są dużo bardziej skomplikowane, ale jak widać i dorośli sobie z nimi radzą!

A ja cieszę się, że nam przydarzyło się w takiej bajce przez kilka dni zamieszkać! Ucieszyć oko tysiącem kolorów, które uwielbiam równie mocno jak KTOŚ, pośmiać się razem, napić się winka w blasku wieczornych lampionów, w towarzystwie krasnali, motyli i wielobarwnych wesołych dżdżownic.

Byłam w środku dorosłej bajki! A wy? byliście kiedyś, choćby w marzeniach…?


BACK

Idę ścieżkami, dróżkami…

 10 sierpnia 2023

Dziś w nocy przyplątały mi się dawno zapomniane obrazki z dzieciństwa. Idę wąziutką ścieżką pomiędzy polami dojrzałych zbóż.

(znalezione w sieci, ale zachowane w mej pamięci)

… Wieje lekki wiatr, wśród dojrzałych kłosów chwieją się czerwone maki i niebieskie chabry. Nie wiem nawet jak zapamiętałam nazwę tych kwiatków.. Tyle lat ich nie widziałam.

Jest wczesny ranek. Cisza. A właściwie nie! To nie cisza. Ta cisza ma swoje dźwięki. Słychać przecież  bzyki trzmieli, bąków, brzęczenie pszczół. 

W przyrodzie jest przecież wielki ruch. Zwłaszcza o letniej porze roku. Pola jeszcze nie skoszone, prezentowały swą pełną okazałość. A ja byłam małą dziewczynką. Dziewczynką z miasta, która spędzała wśród wiejskich pól swoje wakacje. 

Inny obrazek. Chodzimy po lesie. Znamy ten las. Znamy polanki, gdzie zazwyczaj rosną prawdziwki i takie miejsca, gdzie mogą być czerwone kozaki. Jesteśmy dziećmi z miasta, ale przez kilka latach wakacji na tej samej wsi nauczyliśmy się ścieżek i dróżek, którymi nawet sami nie boimy się chodzić. 

Borówki moich leśnych miejsc dzieciństwa (zdjęcie niestety – z sieci 😄)

Są miejsca z zielonym wilgotnym mchem, gdzie rosną całe połacie granatowych i słodkich  czarnych borówek. Tak, dla mnie to były borówki! (tak jak kiedyś pisała w swej książce „Na jagody” Maria Konopnicka. Jagody, to według niej były wszystkie owoce, które rodził las!) ).

Nie jagody!  W mojej krakowskiej rodzinie chodziliśmy na borówki. My, dzieci zbieraliśmy je prosto do kubeczków, a potem przesypywaliśmy do kobiałki, jeśli już było za dużo i niewygodnie było nam je utrzymać. Ale nie lubiliśmy tej “wspólnej” kobiałki, bo nie wiadomo było kto ile tego dnia nazbierał, a przecież to dla nas było ważne. 🙂

Gdy wracaliśmy do domu, nasza gospodyni wyciągała z piwnicy pod schodami zimną gęstą śmietanę i zjadaliśmy te prawdziwe pachnące jeszcze lasem borówki, ze śmietaną i z cukrem. Boże! Co za rarytas!! Nikt nie liczył kalorii, nikt nie był “za gruby”, gdy tylko jakaś borówka rozgniotła się w miseczce, śmietana zabarwiała się na piękny fioletowo-bordowy kolor. 

Dziś kupuję w każdym sklepie, bez wysiłku duże “blueberry”, które wcale nie są fioletowe w środku i wcale nie mają smaku borówek… Ale mogę jej mieć przez cały rok. Tak naprawdę amerykańska borówka to zupełnie inny owoc niż ta moja dawna polska leśna.

Na grzyby wyprawialiśmy się w niedzielę, z rodzicami i zapuszczaliśmy się w nieco bardziej odległe części lasu. Każdy miał swój koszyk, kalosze. Las był wtedy dziki, ludzi prawie nie spotkaliśmy. Czasami pojedynczych tubylców. Po powrocie rozkładaliśmy na gazetach nasze “skarby” i przechwalaliśmy się jeden przed drugim, kto ma więcej, a przede wszystkim kto ma ładniejsze okazy. Byłam małym dzieckiem a jednak te rodzinne rytuały pamiętam dość dobrze. Rodzice, ciocie wujkowie przekomarzali się, kto tego dnia został królem i znalazł najpiękniejszego grzyba,  a my już tylko niecierpliwie czekaliśmy na pierwsze upieczone na blasze grzyby, gotowe do zjedzenia. Dalsze obieranie i czyszczenie juz pozostawaliśmy dorosłym. 🙂

 A gdy byliśmy sami, chodziliśmy ścieżkami, które znaliśmy, zaglądaliśmy na polanki, pod drzewka i krzaczki, które traktowaliśmy niemal jak nasze własne “domowe” miejsca. Nie mieliśmy żadnego poczucia strachu, zagubienia. Umieliśmy sobie poradzić, zawsze  znajdując drogę powrotną do domu. A teren nie był płaski, las znajdował się na górkach, zmieniał się, był liściasty i iglasty, nieregularnie porośnięty.  Jego części miały nadane przez tubylców nazwy, których i my szybko nauczyliśmy się. Na jednym ze szczytów gór był nawet domek zwany domkiem “Baby Jagi”. Pamiętam dzień kiedy wybuchł tam pożar. Chatka spłonęła doszczętnie, bo o pomocy straży pożarnej nie było mowy, nie miała szans dojechać. 

Grzyby mojego dzieciństwa – prawdziwki, kozaki, gołąbki, kurki, rydze…

Mieliśmy tylko po 8-10-12 lat, a opanowaliśmy wiedzę “terenową” w tym  lesie całkiem dobrze. Nikt się nie przejmował, że biegamy tam sami. Była nas spora grupa, czasami czworo- pięcioro, a czasem dołączały się dzieci gospodarzy i byliśmy paczką około dziesięciu dzieciaków. 

Niektórzy znali się na grzybach całkiem dobrze, ja raczej średnio, ale i tak zawsze pani gospodyni albo rodzice sprawdzali, co przynieśliśmy. Najbardziej lubiłam, gdy pani Marta czyściła “duśki albo gołąbki ” (znacie takie grzyby?) albo nieco później,  już w sierpniu – rydze i kładła je prosto na rozgrzaną blachę pieca kuchennego.  Posypywała tylko lekko solą i za kilka minut grzyby były gotowe do jedzenia. Miały w kapeluszach taki pyszny naturalny sosik!  Ach, palce lizać! Pychota! 

Lubiłam też świeże grzyby, najbardziej kurki i rydze, duszone na masełku. No i oczywiście już później te marynowane zapasy otwierane zimą.

Ścieżki mojego dzieciństwa…

Przez wieś prowadziła droga, chodziliśmy nią aż do wiejskiego sklepu. Był tam “spożywczak”, taki typowy wiejski sklep gospodarstwa domowego czyli ze wszystkim – bo oprócz artykułów spożywczych były tam różności!: gwoździe, garnki, sprzęt i narzędzia potrzebne do  podstawowych napraw domowych, środki czystości, jeśli jakieś wtedy już były 🙂. Nie pamiętam co jeszcze, ale pachniało w nim żelastwem i proszkami i “mydłem i powidłem” – jak to mówili.  Była też wiejska restauracja i bar wiecznie pełne wiejskich gospodarzy pijących piwo.  Wszyscy oczywiście świetnie się znali. 

My, dzieci lubiliśmy te wyprawy do sklepu, choć ja zapamiętałam je jako bardzo długie i dalekie, a pewnie tak nie było.  Chodzi mi po głowie takie wspomnienie, że dorośli mówili, iż do sklepu było  ponad kilometr a może dwa.. Ale tak naprawdę to nie mam pojęcia! Zaraz obok tej “aglomeracji usługowej” był oczywiście też kościół. 

Najczęściej zrywaliśmy orzechy laskowe takie jeszcze niedojrzałe, trochę białe. Ale i tak były bardzo dobre!

W sklepie można było kupić cukierki, lizaki więc  taka wyprawa, choć dla nas trwała pół dnia, zawsze była nagrodzona. Znaliśmy każdy fragment tej drogi, rozpoznaliśmy co będzie każdy metr dalej, wiedzieliśmy gdzie będą krzaki ostrężyn, gdzie rosną orzechy laskowe itp.  

Teoretycznie można było dojść do sklepu szosą i potem przejść przez rzekę. W późniejszych latach na rzece była już kładka, ale często, przy dużych opadach deszczu w górach, co nie było rzadkością, woda wzbierała i podnosił się jej poziom. Wtedy kładka “znikała” w rwącym nurcie i po jakimś czasie znów budowano nową. Ta trasa była to krótsza a droga czystsza asfaltowa, bez kurzu.   Ale dzieciom nie wolno było samym tamtędy chodzić. 

Nasza więc droga a właściwie drożyna wiejska, bo trudno było ją nazwać drogą, prowadziła przez pola, czasem przez błota, duże kałuże, pagórki. Wszystko to pewnie dziś ma inny wymiar albo może i wtedy miało zupełnie inny.  Może dziś nie istnieje, może błąka się tylko w mojej wyobraźni? Ale pamięć dziecięca tak zapamiętała szlak wielkich wypraw – atrakcji zakupowych w wiejskim sklepie. Wracaliśmy obładowani torbami a raczej siatkami o dużych oczkach, bo takie wtedy były w użyciu.  Pewnie nie były to wielkie zakupy, ale bochen chleba, kilogram cukru czy soli i co tam jeszcze było na karteczce zapisane – to dla 8 czy 10-latka duży ciężar w upalny dzień na trasie kilometra, zwłaszcza, że jeszcze tyle ciekawych rzeczy działo się po drodze..  

Zawsze kochałam morze. Urodziłam się na południu Polski, w Krakowie. Uwielbiam to miasto do dzisiaj, wracam do niego zawsze z wielka radościa i czułoscią. A jednak do morza ciągnie mnie jakaś niewidzialna nić, magnes tak silny, że za każdym razem, gdy znajdę się w pobliżu morza odczuwam dreszczyk  emocji przeszywający mnie  od stóp do czubka głowy. Szum morza działa na mnie kojąco, leczniczo.  Potrzebuję tego dźwięku, zapachu, powiewu wiatru jak najcenniejszej terapii.  I w zasadzie nieważne, gdzie to morze się znajduje, które to jest morze, na której półkuli, w jakim miejscu świata. 

Oczywiście, pierwsze moje zetknięcie z morzem, to był polski Bałtyk. Tam  mieszkała rodzina mojej Mamy i tam często spędzałam jakąś część wakacji. Pierwsze moje nadmorskie wspomnienia – tłumne plaże,  walka o każdy centymetr miejsca na koc, ręcznik, parawan. Zimna, nawet bardzo zimna woda i marzenie – by udało się, że właśnie wtedy, kiedy jesteśmy nad morzem, pogoda dopisze i złapiemy słoneczne dni na plaży. 

Później już morze zaczęło mieć dla mnie inny wymiar. Jako nastolatka jeździłam z przyjaciółmi w miejsca bardziej odludne, szukaliśmy pustych plaż, spacer brzegiem morza miał większą wartość niż opalanie się na plaży.  Stosunkowo szybko poznałam plaże i inne morza – Śródziemne,  Czarne, Karaibskie, Północne, a później Ocean Spokojny i Atlantycki. Gdziekolwiek znalazłam się blisko wody morskiej, czy było to miejsce bardziej “cywilizowane” czy też puste dzikie – każde zawsze sprawiało mi taką samą przyjemność. Spacer brzegiem morza, wzrok wbity w jego horyzont, przestrzeń, którą do końca nie jestem w stanie  objąć umysłem i swoją wyobraźnią.. To daje mi poczucie niewyobrażalnego spokoju. Poczucie, że wobec tej przestrzeni, jestem maleńką cząstką, drobinką i wszystko jest “na swoim miejscu”.  Nie muszę się denerwować, szarpać, spieszyć, martwić, bo głębia tej nieograniczonej przestrzeni i tak zapanuje nade mną. I to w jednej chwili wycisza mnie dogłębnie. 

Polski Bałtyk, 2021

Morze w Zatoce Meksykańskiej w Galveston o kolorze szaro-brązowym, bo w swoich  głębinach ma bogate pokłady ropy, przez co wydaje się prawie nieprzeźroczyste, albo to zielone ciemne w Bałtyku, albo bardzo ciemno-granatowe Śródziemnomorskie. Lub piękne cudowne błękitne czy jasno- zielone… Ileż różnych odcieni, ileż kolorów mórz! Każde zmieniające swą  powierzchnię w zależności od pory roku, od pory dnia. Fale, które dopływają do brzegu raz cichutko, z lekkością baletnicy, a w innym momencie z siłą furiata i szaleńca w jednej postaci. Dziś morze nieokiełznane, morze nieopanowane. Jutro morze otulające i przynoszące ulgę, uspokojenie. 

Maine, Cliff House 2022
Chana, Grecja 2021
El Zonte, Salvador 2021

Ile razy wędrowałam, spacerowałam  takimi ścieżkami brzegiem morskim!  I zawsze było i jest mi dobrze, Nawet jeśli – jest mi źle… Nawet jeśli jest mi ciężko..

Szukałam, znajdowałam i znajdę kiedyś ten ostatni spokój..

Bywają brzegi morskie niedostępne, kamienne, górzyste. Wtedy patrzę na morze z góry, z daleka. I nadal podziwiam jego moc i piękno. Mimo wielkich fal odbijających się z hukiem o ogromne skały i nieprzyjazne kamienie, czuję ciszę i spokój.  Melodia fal ma w sobie coś niezwykle kojącego. 

Ile jest dróg w naszym życiu… Wybranych świadomie i przypadkowych.  Nie zliczymy. Nie zawsze mamy wpływ na ich wybór. 

Bywają chwile, że drogi są dróżkami i pojawiają się w naszym życiu na krótko, ale i tak bywają szczęśliwe i pamiętamy je do końca życia. 

Bardzo dawno temu byliśmy na wakacjach w maleńkiej miejscowości Mechelinki, gdzieś w okolicach Gdyni. Nad morzem. Tuż nad brzegiem Bałtyku. Mieliśmy niewiele ponad 20 lat, jedno małe dziecko, drugie “w drodze”, przyjaciół, którzy byli na tych wakacjach z nami… Jakaś droga zaprowadziła nas do tej wioski rybackiej, a właściwie były tam też ogródki działkowe, choć chyba nic “ogródkowego” na nich nie rosło.  Kilka biednych domków, z których jeden zajmowaliśmy na czas wakacyjnego pobytu.  Było pusto, za to każdego dnia słonecznie.  Dzień zaczynał się od ustawiania nocników dla dzieciaków (mieliśmy ich razem trójkę) i naszego prostego śniadania na małej plaży nad morzem… i tak już było do zachodu słońca. 

Zapomniana droga, zapomniany zakątek świata, codzienny wschód i zachód słońca nad Bałtykiem. I my – szczęśliwi, zagubieni na kilka tygodni, gdzie mała droga kończyła swą rolę “przewoźnika”. 

Nasze małe wakacje w 1978 roku.. 

Ile dróg pokonujemy w swoim życiu?  W jakie dziwne miejsca los nas rzuca. Nie zawsze plany idą w parze z przypadkiem. Los jest niespodzianką i chwała mu za to! 

Nieprzewidywalność wydarzeń, potrzeba błyskawicznych decyzji, szaleństwo dobrego i “złego” – to dla wielu wyzwanie, często trudne do wykonania. Ale pobudzające do działania. Do szukania nowych dróg. Zazwyczaj daje to pozytywny efekt. 

Ale są i tacy ludzie, którzy nie lubią niespodzianek i bardzo precyzyjnie czuwają nad każdym elementem swego życiowego programu. Boją się nagłych zmian, poplątania ścieżek, nieznanych zakrętów.  I ja to rozumiem. Szczególnie, gdy jesteśmy starsi, gubimy się łatwo w szybkich zmianach, coraz rzadziej czujemy się w “szaleństwach” komfortowo. 

Chciałabym moje ścieżki życia ocalić od zapomnienia. Ocalić ślady moich stóp w mej pamięci. Obraz maleńkich ścieżek i tych dróg “ważniejszych”, przecinających miasta i kontynenty. 

Widzę oczami mojej wyobraźni wielka mapę Świata “rozoraną” dróżkami i szosami, wielopasmowymi autostradami i maleńkimi ślepymi uliczkami miejskimi, wiejskimi drogami błotnistymi i ścieżkami nadmorskich szlaków. A wszystkie są poplątane, pokręcone, fantazyjne. 

I nikt nie potrafi ich rozplątać. 

Bo one należą tylko mnie. 

                     Mój “bank” życiowych dróg. Moich – ale nie samotnych…

***********************

Mój „bank wspomnień” wygrzebuje z pamięci piosenkę „Spacer dziką plażą” stary przebój Stana Borysa. Postarzało się nasze pokolenie, postarzał się wykonawca, zagubiła się gdzieś piosenka wśród nowych rytmów, a ja i tak zatęsknię do plaż dzikich i spacerów.

..”Idziemy brzegiem ku jesieni…”


BACK

Skrawki dnia powszedniego…

1 sierpnia 2023

Godzina 5.43 rano

This image has an empty alt attribute; its file name is img_2776.jpg

Budzę się nieprzytomna. Jest jeszcze zupełnie ciemno. Coś mi się śniło. Coś albo raczej ktoś z dalekiej przeszłości.. Gdzieś w szkole, tak, nie było miło. To byli koledzy z podstawówki. Jakieś podwórko. Całe kamienne. Biegłam. Uciekałam. I ktoś nieustannie powtarzał pytanie, a ja nie znałam odpowiedzi.. Jestem roztrzęsiona. Zawsze kiedy śni mi się szkoła cała się trzęsę. Opadam na poduszkę. Zamykam oczy. 

Zasypiam.

8.27

Budzę się powoli. Jest jasny słoneczny dzień. Cisza w domu. Jestem sama. Mój mąż już dawno pojechał do pracy. Moje oczy nie chcą się otworzyć. Po omacku szukam na stoliku kropel do oczu. Rozbudzam się długo. To komfort emerytury. Wreszcie nie trzeba się spieszyć. Siadam na łóżku, kręgosłup nie chce poddać się takiej pozycji. Przypominam sobie mój sen. Czuję się nieswojo. Widzę zamazane  twarze kolegów z klasy, ale nie jestem pewna czy to na pewno oni byli w moim śnie… Jeśli oni to dlaczego jestem taka podenerwowana? Co w tym śnie było nie tak? Pewnie już sobie nie przypomnę.  

Mijają długie minuty zanim mogę podnieść się do pozycji stojącej. Idę do łazienki.

8.49

Poranna twarz – nie lubię tego obrazka…

Stoję przed wielkim lustrem. Szoruję zęby. Patrzę w poranną twarz, już zmęczoną. 

W tym momencie przychodzi mi na myśl, że gdybym teraz nie miała czasu dla siebie, to może nie zauważyłabym starej twarzy? Zmęczenia, zmarszczek , podkówek pod oczami?

Puszczam gorącą wodę pod prysznicem. Uwielbiam mój prysznic. Uwielbiam moją łazienkę. Dużą, jasną, nowoczesną, w kolorach jakie sama wybrałam, choć  została przerobiona z wersji starej już istniejącej, więc pewne ograniczenia, niestety, musiały być. Woda leje się z kwadratowego prysznica wielkim strumieniem, kafle mają łagodny falisty kształt w kolorze ciemnego kobaltu a pośrodku ciągnie się pomarańczowy  pas przecinający ścianę wzdłuż, od góry do dołu.  Prysznic ma warianty masażu wodnego. Jest bosko. Mogę usiąść i odpoczywać. Niemal jak w saunie. 

9.25

Taki znaczek mojej bardzo mądrej wagi. Jakby ktoś chciał sobie sprawić...😂

Mamy wagę. Stoi sobie tuż przed wejściem do prysznica. Tak złośliwie, że nie sposób jej ominąć. No to wchodzę na nią. Jest bardzo płaska. Nic a nic nie przeszkadza. Poza tym, że.. jest bardzo mądra! Połączona z “apką” w telefonie zaznacza wszystko! – wagę, BMI, tłuszcze, mięśnie, kości i wszystkie inne  całkowicie niechciane przeze mnie informacje. Kupiłam kiedyś tę wagę mojemu mężowi, miał być fajny prezent. I jest! – tyle, że  gnębi nas swoją mądrością, przeliczeniami, wskazówkami.. BBRRR…  I w dodatku – przecież mogłabym jej NIE używać. A używam, sprawdzam i złoszczę się na wagę, na życie. Na siebie – bo wiem, że już nigdy szczupła nie będę, chyba że kupię sobie wagę – oszustkę i zacznę jej bezgranicznie wierzyć. 

I dużo nowych zmarszczek, a ja ich tak bardzo dużo nie mam… W ten sposób zawsze mogę znaleźć sobie jakąś wymówkę, jakieś beznadziejne – ale pocieszenie.  

W moim wieku już modelką nie zostanę, na ulicy nikt się za mną nie oglądnie, więc chudość nie ma takiego wielkiego znaczenia. 

Ale – z drugiej strony..  Teraz zeszczupleć, to może nie być dobry symptom…

Trudno – będę z tym żyła. Zapewne nie tak długo..

9.50

Herbatka. Tak! Wiem wiem! To nie po mojemu.  Od lat zaczynałam dzień od kawy. A od może dwóch miesięcy szukałam sposobów, żeby uspokoić mój rozchwiany rano żołądek. I odkryłam, że przed kawą najpierw kubek owocowej herbaty, a po godzinie – dwóch dopiero kawa. Jeśli więc nie muszę gdzieś biec z rana (bo i tak się zdarza) to najpierw herbata, czasem jakiś herbatnik do tego. Potem lekarstwa i mój żołądek zaakceptował taką terapię i uspokoił się. Choć uważam się za osobę zdrową, moja poranna porcja to 12 tabletek różnego rodzaju. Nic wielkiego, ot – a to na cholesterol, a to na zbyt wysokie ciśnienie, a to na jakieś artretyczne bóle i.. ho, ho – czego tam jeszcze nie ma!

Nic wielkiego, ale starzejący się człowiek potrzebuje witaminek, pomocy w zasypianiu itp. itd.  No to sobie tak po tej herbatce serwuje dawkę, jednorazową. Połykam wszystkie za jednym zamachem, mam to dobrze wytrenowane. W niebieskim pudełeczku mam dawkę na wieczór (co dla mnie oznacza na noc, czyli bardzo późno!) ale za to dużo mniej, bo tylko trzy tabletki! 

Tyle spowiedzi medycznej!

10.15

Teraz kawka ze spienionym mleczkiem i odrobiną kahlua i cynamonu. Codziennie w innej filiżance. Rozpisywać się nie będę, bo niedawno to zrobiłam. 

I małe, ale kaloryczne i zdrowe śniadanie.  Bardzo staram się nie dopuszczać złych myśli do siebie. Nie denerwować się. Odsunąć wszelkie negatywne fluidy.  Wyluzować się. 

Łosoś, awokado i owoce
Serek biały z owocami

To najprzyjemniejszy moment dnia. Nie zawsze to wychodzi. Ale dla mnie to ważny punkt dnia. 

11.00

Nawet emeryci muszą zająć czymś głowę. Emeryturę trzeba sobie dobrze zaplanować. Jak każdy etap w życiu, ten też musi mieć jakiś sens. Nie można więc zwlekać z emeryturą, jak już nie będziemy umieli sobie poradzić z jej zorganizowaniem. Bo wtedy wyda nam się już tylko czasem bezczynnego siedzenia, czasem bycia bezużytecznym, nieudolnym i niepotrzebnym. A to oznacza, że wszystkie wcześniejsze etapy życia nie przygotowały nas na ten ostatni, który i tak jest nieuchronny i musi nadejść. 

Trochę więc pracuję, trochę sprzątam, biegam na zakupy, trochę plotkuję, trochę czytam. I piszę sobie mój blog. Mój wolny czas nigdy NIE jest wolny. A jak jest wolny to tak, że mnie cieszy. A jak mnie wkurza, to zupełnie z innych powodów..

12.40

Bardzo często jestem w domu sama. Już dawno do tego przyzwyczaiłam się. Właściwie to od zawsze częściej byłam sama niż z kimś. Jakby istniał sposób na zliczenie godzin samotnych i porównanie ich, gdy przebywałam w domu z moim mężem, to na pewno samotność by wygrała. W młodości tego nie odczuwałam tak bardzo, bo dzieci zajmowały mój czas i samotność była  tylko pozorna. Zawsze coś się działo. Poza tym kiedy byłam młodsza, aktywność towarzyska była dużo większa niż teraz. To też normalne. Dziś wszystko ma wolniejsze obroty. I wcale nie jest to takie złe. Ot, “zmęczenie materiału”. 🙂 

Tylko jedna nowa myśl się pojawiła. Co zrobiłabym gdybym zasłabła? Gdybym przewróciła się? Gdybym oparzyła się, skaleczyła poważnie, rozbiła głowę?  Czy umiałabym pomóc sobie będąc sama??? 

13.28

Czytam powieści, w których autorzy piszą: “ 70-letnia staruszka”.  Oglądam film i bohaterem jest “starszy pan w podeszłym wieku “, “miła 80-letnia staruszka”, dziarski  90-latek, 65-letnia babcia..  

Kto z nich naprawdę jest stary? Kto czuje się stary? 

Odczucie wieku w społeczeństwie jest na pewno inne niż subiektywne spojrzenie na nasz własny wiek. Tak już ten świat jest urządzony, że gdy mamy 50 lat, to 60-ka wydaje nam się już bardzo stara, zaś gdy ją osiągniemy, to wcale nie jest tak źle. Wtedy przeraża nas 70-ka. A w 70-te urodziny czujemy się całkiem nieźle i z przerażeniem myślimy dopiero o 80-tce. 

Jedno jest pewne – każdy wiek ma prawo do pięknych uczuć. Każdy wiek  potrafi kochać, wzruszać się, znaleźć miłość, ciepło drugiego człowieka. Żaden numer go od tego nie powstrzyma.

W każdym wieku czujemy tak samo.  Niezależnie kogo tą miłością obdarzamy. 

Te myśli kłębią mi się w głowie pod wrażeniem lektury, którą podesłała mi moja przyjaciółka Ł. Tytuł „Chwile wieczności” autorka – Kjersti Anfinnsen. Na pierwszy rzut oka – rozważania smutne i pesymistyczne. A jednak – choć książka bolesna, ma w sobie wiele pozytywnej prawdy. Dla zachęty albo zadumy – zacytuję dwa krótkie fragmenty:

Dużo gorzej jest z ukazaniem światu i drugiej osobie naszego zewnętrznego obrazu. Tego nie da się ukryć za słowami, komplementami, spojrzeniami. 

Obraz nasz tylko wtedy będzie piękny, jeśli druga osoba będzie na nas patrzeć z tą samą miłością, co my patrzymy na nią. 

Tylko wtedy równanie uczuć i obrazu będzie dla tych DWOJGA zrozumiałe…

Już popołudniu, 14.10

Mam obsesyjną potrzebę kontrolowania  swoich zachwiań w zachowaniu. Ciągle o tym czytam, rozmawiam i sprawdzam samą siebie. Wszystkim nam (tzn. moim  koleżankom i kolegom – rówieśnikom) zdarza się coś zapomnieć, uwikłać się w jakieś dziwne często nawet śmieszne sytuacje. Wiem, wiem – to nic wyjątkowego.

A jednak. Jadę samochodem i przez ułamek sekundy mam wrażenie, że tracę  kontrolę, na którym pasie jestem na drodze. Albo – wydaje mi się, że ..nie wiem gdzie jestem, którędy jadę do domu. Najgorsze jest to, że nie potrafię się sprawdzić czy to jest iluzja i czy faktycznie przez maleńką chwilkę tracę orientację, bo to trwa tak minimalny moment, że nie potrafię go uchwycić. Nie potrafię uświadomić sobie, czy mi się tylko wydawało czy autentycznie straciłam poczucie rzeczywistości.. 

Czy istnieje jakieś wytłumaczenie na takie zjawiska? Muszę to sprawdzić. Muszę to wiedzieć!! 

14. 50

Planujemy wakacje. To znaczy ja planuję. Ja ciągle coś planuję. W mojej głowie siedzi taki “klik”, że jak nie będę planować, to ktoś – coś zatarasuje mi drogę do najbliższej przyszłości i powie: dalej nie pojedziesz, nie pójdziesz. Twoje drogi są już zamknięte. Bez planów człowiek ma siedzieć na “czterech literach” i patrzeć w okno tępym wzrokiem. 

Jedno z wydań opowiadania „Tu zaszła zmiana” i kilku innych- autorstwa M. Dąbrowskiej.

Patrzenie w okno czy przez okno nie jest może takie złe, pod warunkiem, że przez to okno jest ciekawy widok. Coś sobie przypominam z dawnych czasów, taką książkę czy raczej opowiadanie, chyba autorstwa Marii Dąbrowskiej pt.“Tu zaszła zmiana”.  Dla niej, w tamtych czasach, to były ciekawe zmiany. 

Mnie dziś patrzenie przez okno kojarzyłoby się to z przymusem siedzenia w jednym miejscu i ograniczeniem moich ruchów, planów. 

Chciałam, by te nasze wakacje były otwarciem drzwi  dla przyjaciół, spotkaniem przy winku, przy wspólnym stole, okazją do spontanicznego podchwycenia hasła: TAK, spotkajmy się! 

Ale – chyba już za późno na spontan. Więc jednak „numer” przeszkadza?  Już nie reagujemy jak dawniej. Smutne… A może jeszcze nie jest tak źle? 😊

15.30

Cholera! Przecież tak naprawdę nic nie wiemy o cierpieniu dopóki nas osobiście nie dopadnie. Obojętnie w jaki sposób, ale jak nas nie dotyczy, to po prostu nie możemy go zrozumieć. 

Może i dobrze, że tak jest. I tak jest wystarczająco dużo cierpienia na świecie. Nawet gdy dopada ludzi wybiórczo, to i tak  cierpiących jest zbyt wielu. Czuję, że cierpię z przyjacielem, bliską osobą. Ale tak nie jest. To znaczy jest, ale  “n i e  d o  k o ń c a”.  

Realne cierpienie jest tylko jedno. To, w którym tkwię JA sama albo tkwię z najbliższą osobą, którą kocham. 

Dziś widziałam to na własne oczy. 

Dziś widziałam to obok siebie. 

16. 12

Już od dawna wiem, ze dawać znaczy więcej niż otrzymywać. Najwięcej radości sprawia mi przygotowywanie dla innych niespodzianki, wymyślanie prezentów, realizowanie ich.  Im trudniejszy i bardziej wymagający projekt, tym lepiej. Im więcej szukania, kombinowania, więcej niepewności, trudności, oczekiwania, tym radośniejszy efekt naszych starań. Tyle, że to niekoniecznie pokrywa się z odczuciem odbiorcy prezentu. Bywa, że w pierwszym momencie zakuje mnie coś na kształt rozczarowania, ale już za chwilę jak zastanowię się, to logiczne jest, że druga osoba wcale nie musi czuć tego samego, co ja. Przecież nie siedzi w mojej głowie!  Być może jest blisko moich myśli i uczuć, ale  przecież jest innym człowiekiem.  Ma prawo do innych odczuć. Prezent, który ja przygotowywałam, odmalowywał moje uczucia, moje myśli, które chciałam przekazać. I to zrobiłam. 

Spełniłam to, co chciałam, co potrzebowałam zrobić z głębi mojego serca. Nie mogę wymagać od drugiej osoby dokładnie takiego samego odbioru, jaki był mój przekaz. 

I tak to rozumiem. I tak to muszę też czuć! 

17.00

Manipulacja jest wszechobecna wśród ludzi.  Nawet ci, którzy o tym nie myślą, manipulują z nieświadomością. Tak jakoś wychodzi. Oficjalnie, z premedytacją lub cichutko, bo tak wygodniej i łatwiej. Dla świętego spokoju, żeby nie urazić drugiej osoby. Mamy dziesiątki powodów. I nawet nie nazywamy naszych działań manipulacją. Takie tam.. ułatwienia, żeby podporządkować sobie sytuację, zrobić tak jak nam wygodniej, jak zaplanowaliśmy. Z uśmiechem na ustach, z przekonującym uzasadnieniem. 

Dostrzegamy to dopiero, gdy jesteśmy starzy, gdy mamy za sobą ogrom doświadczeń. Obserwujemy rozmowy, uśmiechy, gesty innych i przypominamy sobie jak sami byliśmy w podobnych sytuacjach. Każdy z nas dawał się porwać takim “gadkom” i każdy podobnie nakłaniał innych do swoich planów. 

Dzisiaj ogarnia mnie lenistwo do takich działań. Patrzę z dystansu, z przymrużeniem oka, ile to trzeba wysiłku, by osiągnąć swoje cele. Wszyscy przeszliśmy tę samą drogę. Życie to wieczna walka. Tyle, że jedni są bardziej zapalczywi i agresywni, inni walczą spokojniej i po cichu. Ale drogi życiowej bez walki nie przejdziesz. Ludzkie manipulacje to machina w ciągłym ruchu. 

Starzejące się części powoli odpadają. Dzięki temu, jeśli mam wprawne oko – widzę dużo z przeszłości. I uśmiecham się, bo rozumiem, że inaczej być nie mogło. Mogłam być trochę lepsza, bardziej empatyczna. Mogłam widzieć lepiej, słyszeć więcej, reagować szybciej. Ale nie mogłam zapobiec tej wielkiej machinie manipulacji ludzkiej. 

Dziś odczepiony trybik rdzewieje i płacze. Nie naprawi już niczego..

17.34

Trzeba się ruszać! Trzeba chodzić na spacery, trzeba pracować w ogródku, wyrywać zwiędłe roślinki, poruszać się cały czas w domu. Ruchy, ruchy, ruchy! 

A mnie to wychodzi coraz gorzej. Jestem w domowym ruchu niemal cały dzień a jednak kroki  na “garminowym” podglądaczu nie przybywają tak jak powinny. 

Coraz mniej mi się chce. Niedobrze. Gdybym miała partnera/partnerkę do wypadów na spacer do parku, na osiedlowe ścieżki byłoby łatwiej. Lubię towarzystwo. Samej trudno mi się mobilizować. 

Patrzę przez okno i każdego dnia widzę osoby, które niemal o tej samej porze maszerują po chodnikach osiedlowych. Wiosna, jesień, zima. Nawet upalnego lata się nie boją. To zazwyczaj starsi ludzie. Znam ich z widzenia. W końcu to moi sąsiedzi. Powinnam z nich brać przykład. Powinnam się od nich czegoś nauczyć. 

Jedni idą spokojnym krokiem, inni maszerują szybciej. Niektórzy mają pieski. Są i tacy którzy słuchają muzyki albo może książek, bo w uszach mają słuchawki. 

To proste. Wstać rano, niekoniecznie bardzo wcześnie. Założyć buty sportowe, jeden z moich jogowych strojów, których mam wiele z czasów, gdy potrafiłam jeździć trzy-cztery razy w tygodniu na jogę. Gdy lubiłam to. Ba, uwielbiałam!! 

I wcale nie było to tak dawno. 

A teraz powinnam tylko wyjść z domu. Na uliczki, w najbliższym kwadracie.  A za kilka dni trochę dalej. I jeszcze dalej. 

Dlaczego tego nie robię?  Czy zbliżająca się  starość jest coraz bardziej leniwa?  Dochodzę do wniosku, że tak! – z wiekiem lenistwa przybywa. Bardzo niedobrze. 

Przecież starość ma czas. Dla siebie ma czas.. 

18.17

To już pora obiadowa. Zdecydowanie NIE później. I zdecydowanie powinnam pamiętać od o jedynej tabletce, którą powinnam zażyć tuż przed obiadem. 

Obiad jem różnie. O tabletce najczęściej nie pamiętam…

Czyli jak na osobę dobrze zorganizowaną – jestem beznadziejna. Zapominam o rzeczach, które dotyczą mnie i są ważne dla mnie.

Mogłabym znaleźć całą długą listę innych przykładów, dużo poważniejszych, choć regularność tabletki to dość poważny nawyk. 

Mamy tyle spraw na głowie, że każdy z nas prowadzi jakiś kalendarz. Jedni zapisują terminy tradycyjnie w kalendarzu ściennym, inni wciąż prowadzą swoje prywatne notesiki. Większość jednak pilnuje dat i wydarzeń w kalendarzu telefonicznym. To zdecydowanie ułatwia życie a przede wszystkim jego kontrolę. Alarmy przypominające na trzy dni wcześniej, na dzień wcześniej, na godzinę czy dwie wcześniej. Adresy, mapki. Ale – wbrew pozorom nie jest to łatwe i dla ludzi starszych to czasem dżungla, która zamiast ułatwiać, tylko utrudnia. 

Mój mąż gubi się często, ja trochę mniej, ale bywa, że i mnie się to zdarza. 

Najgorsze jest, że to nie “gubienie się” jest przyczyną problemu, a fakt, że zapominam sprawdzić, co mam zapisane w kalendarzu na dzisiaj czy na najbliższe dni. Szwankuje pamięć. Nasze szare komórki. Dziury, puste miejsca, brak połączeń w głowie. Próbuję nadrobić kolorowymi karteczkami z hasłami mającymi przypomnieć mi o sprawdzeniu kalendarza, o sugestii pamiętania.  Ale karteczki też się gubią, włażą w szpary i czeluści torebki – czyli kółko się zamyka. 

I nie będzie lepiej..

I już wieczór 19.20

Nie wiem co powiedzieć osobie bliskiej i śmiertelnie chorej. Nie wiem jak się zachować. Mówię : “Wszystko będzie dobrze.  Dobrze ci idzie.  Jak się czujesz?..”  

I czuję się jak ostatnia idiotka! Nie wiem czy ona mnie rozumie. Nie wiem czy ona mnie słyszy. A jeśli tak, to co myśli o takich bredniach wypowiadanych przeze mnie?  Uśmiecham się. Może to jej dodaje spokoju. Bo pewnie nie optymizmu. Przecież nie mogę płakać, a najchętniej wyłabym jak wilk w głębokim lesie.

Nikt nie jest przygotowany na takie momenty. 

Wiem, można się po jakimś czasie oswoić. Człowiek poradzi sobie ze wszystkim. Człowiek musi jakoś żyć, nawet z cierpieniem. Ale zanim to nastąpi jest wiele innych etapów, które musi przetrwać. 

Zastanawiałam się, co ja chciałabym usłyszeć od drugiego człowieka w takiej sytuacji? Oczywiście, zakładając, że rozumiałabym co się dzieje wokół mnie.. 

Chyba chciałabym, żeby ten ktoś był. I trzymał mnie za rękę. I istniał obok. I trwał… Ale może to tylko moje dzisiejsze wyobrażenie. Nie mam pojęcia jak jest naprawdę. 

Mam to cholerne szczęście, że nie wiem jak w takiej sytuacji czuje się chory. I ten, kto powinien go trzymać za rękę… 

Panie Boże, dzięki ci za ten dar.

20.28

Czas na relaks. Czas na filmy. Uwielbiam świat ekranu. Każdy jego aspekt. Od filmów tradycyjnych, może niezbyt starych, ale realizowanych prostymi sposobami, poprzez filmy i seriale dotykające coraz to bardziej złożonych tematów społecznych i psychologicznych, poruszających tematykę uwikłaną w najbardziej trudne problemy ówczesnego świata.  Często zupełnie zaskakujące mnie. A równocześnie takie, o które potykamy się niemal na każdym kroku. Jeśli dodamy do tego kunsztowne nowoczesne dialogi, gdzie słownictwo także niejednokrotnie zadziwia, efekty wizualne, ciekawe rozwiązania montażowe, inscenizacyjne i artystyczne – mogłabym godzinami nie odchodzić od ekranu.

Im jestem starsza, tym bardziej fascynują mnie bardzo młodzi aktorzy, niewiarygodnie zdolni. A równocześnie sprawia mi wielką radość rozpoznawanie w filmach polskich aktorów “moich” czasów, których po tylu latach znów widzę  w dobrej formie na ekranie. 

Późny wieczór to mój czas. Nasz czas, bo oglądamy te filmy z mężem. Na czytanie książek przychodzi godzinka już bardzo późną nocą albo następnego dnia  w różnych innych chwilach. 

To taki sposób na przenoszenie się w inne światy. Tak lubię, a teraz mogę robić to, co lubię. Mogę sobie wtedy popijać kieliszek wina albo sączyć metaxę. I jeść dobre ciasteczko albo krekersy z serkiem. 

Bo starość na różnych etapach ma też przywileje. 🙂

Noc 11.55

Kończy się jeden z setek dni mojego życia. Zwykłych powszednich dni.  

Dni, w których pytania, strach, zmęczenie, wątpliwości kłębią się od rana do wieczora.  Kiedy wiem, że jest dobrze, ale lepiej już nie będzie.   

Kiedy każda chwila cieszy mnie, że jest! 

Bo przecież wiem, że nic się nie powtórzy..

*********************************

Oh! nie mogę sobie odmówić muzycznego zakończenia optymistycznym akcentem samopoczucia idolki mojego pokolenia i mojej ulubionej – Maryli Rodowicz, piosenką pt. „W Sumie Nie Jest Źle”. Piosenkarka nagrała ją w 2017 roku mając 71 lat. Brzmi bardzo optymistycznie. I tego się My – trochę S T A R S I trzymajmy!!


BACK

W górach oddycham inaczej

20 lipca 2023 

Mówię – lubię góry. I ty mówisz – kocham góry. 

Takie skojarzenie z młodości.. „Pan Tadeusz” zawsze wróci w pamięci 😃

Patrzysz na szczyty rozmarzonym wzrokiem i cichym głosem w gł

ębi siebie powtarzasz – tęsknię za górami..

Mówimy GÓRY, myślimy i czujemy różnie…

Góry są wszędzie. I są różne. Mickiewicz, tęskniąc do miejsc swego dzieciństwa, napisał kiedyś: „..do tych pagórków leśnych…” ( “Pan Tadeusz”, Inwokacja – Litwo, Ojczyzno moja)

Inni, mówiąc góry – widzą przez oczami szczyty zatopione w chmurach, niedostępne dla przeciętnego człowieka. Często niedostępne dla nikogo. 

Góry zielone, porośnięte lasem i kosodrzewiną.  Góry skaliste – szare i czerwone. Sypiące kamieniami i lawinami śniegu, niejednokrotnie pochłaniające życia ludzkie.

Góry, które można pokochać i zaprzyjaźnić się z nimi. Ale także góry, które przerażają, niszczą i przez wieki są niedostępne dla ludzkiej stopy. 

Góry mojej młodości, to były łagodne pagórki Beskidów i polskie Tatry. Dużo później poznałam niektóre szlaki Bieszczad. 

Moje pierwsze szkolne i harcerskie wycieczki górskie to szlaki bez nadzwyczajnych niespodzianek. Co nie znaczy, że nie zdarzały się przygody jak nagła burza, wielki deszcz i zjeżdżanie na tyłku w błocie w dół góry. Wtedy wydawało się nam, że to niewygodne, trochę nerwowe.. i czasem bardzo trudne. 😂

O innych górach niewiele wiedziałam..  Kiedyś na początku lat 70-tych znalazłam się w Turcji. Pierwszy raz zobaczyłam góry kamieniste, wysokie, puste. Zimne i nieprzyjazne..

Blue Mountains w Australii

Jak każdy młody człowiek lubiłam wycieczki i to każdego rodzaju. Krótkie wyjazdy, biwaki, noce spędzane w namiocie, wieczory przy ognisku. Wakacje w górach i nad jeziorem. Uwielbiałam morze. Potem, gdy już to było możliwe, także wszelkie podróże zagraniczne.

Świat jest piękny, różnokolorowy. I taki.. wielopoziomowy. Alpy różnią się od Karpatów, góry w Utah są zupełnie inne niż te w Australii zwane Blue Mountains.  Appalachy w Ameryce Północnej i Andy w Południowej, góry Afryki ze szczytem Kilimandżaro, góry Antarktydy, spośród których cześć ma pochodzenie wulkaniczne. Można by ciągnąć długą listę wyliczań, porównań i różnic. Wspólny mianownik to słowo – góry.

Góry w różnych częściach Świata mają tysiące wersji, wysokości, kształtów, własnych historii.  Są pociągające i odpychające. Bywają dla człowieka bardzo trudne, ale także są magnesem, któremu niejeden nie może się oprzeć. 

Piękne zdjęcia Half Dome i Longs Peak zrobione przez naszego przyjaciela Marka M.

Od zawsze wiedziałam, że nie należę to tych, którzy kochają góry tak, by wciągnąć się w ich szlaki z wielką miłością jak np. moja córka i jej rodzina. Dawno temu zdobyli Half Dome w  Yosemite (2696 m n.p.m) czy Longs Peak Mountain, w Colorado  (14,259 feet = 4346 m).  Wejście na Mount Elbert, najwyższy szczyt w Colorado (14,433 feet = 4399 m) to dla mojego męża był wielki wyczyn. Moje wnuki wraz z rodzicami przeszli dziesiątki wysokich i trudnych szlaków górskich. Uwielbiają to! Ale (i może na szczęście!!) nie ma to NIC wspólnego z wyprawami profesjonalnych wielbicieli wspinaczek na najwyższe szczyty Świata, w ekstremalnych warunkach, z których niestety wielu nie powróciło nigdy do domów, do kochających ich rodzin.  Dla tych miłośników gór okazały się one silniejszym magnesem niż drugi człowiek.. 

Ja lubię być „górskim obserwatorem”. Mam nadzieję, że nikt nie uzna tego za moją „ułomność”.

Tak! Byliśmy tam, na szczycie Machu Picchu (Peru) 2016 r.

Lubię przebywać w górach, otaczać się ich pięknem, obserwować ich majestatyczną siłę i niezależność. Nie ciągnie mnie, by być na ich szczytach, nie mam w sobie potrzeby ich zdobywania.

Ale – to wcale nie znaczy, że moje życie takich “sukcesów” nie ma na koncie. 🙂 Wśród kilku takich wydarzeń mogę pochwalić się np. wejściem na Machu Picchu, czy jeszcze we wczesnej młodości, na polski Giewont w Tatrach. Wejście na ten szczyt było dla mnie ogromnie stresującym wydarzeniem, głównie za sprawą metalowych klamer i mojego lęku wysokości. No i miałam wtedy może 13 lat… Nigdy tego dnia nie zapomnę.

Generalnie jednak uznaję „wyższość” gór nade mną.  Zawieram z górą „pakt szacunku”.

Jesteś Góro – więc podziwiam cię! Dajesz mi poczucie piękna, siły i bezpieczeństwa, gdy nie walczę z tobą. Nie będę rywalizować z tobą. Nie będę przeszkadzać ci w twoim majestacie! Czasami pozwalasz mi zbliżyć się twoimi ścieżkami, by zobaczyć świat bliżej chmur, odetchnąć głęboko powietrzem, jakiego nie ma w dolinach. Dopuszczasz  mnie wtedy, GÓRO, na chwilę do twojego zamkniętego kręgu ciszy.. Bardzo pozornej, bo życie w górach toczy się przecież intensywnie. 

Ja – z wyboru człowiek/obserwator, patrzę na zmieniające się kolory, na poruszające się drzewa i krzewy, na spadające z góry odłamki skał, kamienie, na chmury, które nachodzą i zasłaniają szczyty.. 

Nie czuję się częścią gór. 

Fiordy w Norwegii

Jestem osobą, która podziwia góry z bezpiecznej pozycji.  Nie umiem jednoczyć się  z górami. Góry dla mnie to nieogarnięta przestrzeń, którą podziwiam, ale której  także boję się…

Widziałam i podziwiałam piękno gór na kilku kontynentach Świata. Od pagórków zielonych w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej czy w Beskidów i polskich Tatr poczynając, poprzez wysokie i niedostępne góry, kiedy płynęliśmy przełomami  rzeki Jangcy w Chinach. Obserwowałam góry o soczystych ciemnozielonych niemal granatowych kolorach  w Norwegii, błękitne góry w Australii, europejskie Alpy, amerykańskie czerwone góry Utah, Colorado, kalifornijskie Yosemite, czy góry w Kanadzie i wiele wiele innych. 

Migawki z wakacji w górach – w Kanadzie (dwa pierwsze zdjęcia ), w Norwegii, (trzecie) i w Sedonie, w Arizonie (ostatnie zdjęcie)

Minęły juz bezpowrotnie lata wędrówek górskich, wycieczek, kiedy wciąż mogłam łazić po szlakach jako turystka.

Jest czerwiec – ale na szczytach wciąż jeszcze zalega zimowy śnieg.

Kiedyś naprawdę wędrowałam górskimi szlakami! Choć nie wyczynowo, nie wspinaczkowo, to jednak całkiem pokaźna lista tych “spacerków” by się uzbierała… 

Dzisiaj – jestem na krótkich wakacjach w pięknym górskim miejscu – w Durango, Colorado.  Jest czerwcowe wczesne lato. Gdzieniegdzie, wysoko w górach zalega jeszcze śnieg. 

Zdjęcia zrobione przez otwarte okno tuż po 5 rano..

Mam to szczęście, że dzięki naszym dzieciom, na kilka dni zamieszkaliśmy w ich fantastycznym nowym domu. Jesteśmy tu przyjaciółmi. Pierwszego dnia, wyjątkowo, obudziłam się bardzo wcześnie. Dzięki temu obserwowałam wschód słońca. Dawno nie przytrafił mi się taki moment…

Nieco później, w słońcu poranka przez ogromne okna tuż przede mną, napawałam się widokiem zielonej góry. A jeszcze bliżej, tuż obok tarasu rozpościerał się dywan drzew położonych nieco niżej niż dom, stąd wrażenie, że tworzą ocean zieleni wokół całego domu. 

Jest przestrzeń. Jest cisza. Jest świeże powietrze, które wdycham głęboko do dna płuc siedząc na fotelu przy małym stoliku tarasowym. Wszystko jest nowe. Mam nadzieję, że każda cząstka ich marzeń spełni się, zapewne nie za działaniem “czarodziejskiej różdżki”, bo wiadomo, ile pracy takie marzenia wymagają. 🙂

Będzie to na pewno dom otwarty dla wszystkich, przyjazny dla ludzi bliskich. Choć z własnego doświadczenia wiem, że realna odległość trochę utrudnia relacje, ale wcale nie musi zmienić naszych uczuć. 

Zawsze lubiłam kolor zielony. Zieleń w każdym odcieniu. W każdej sytuacji i kontekście. Natura jest zielona.

Widok z okien domu wprost – na górę. Dolne zdjęcia – to zieleń drzew po obu stronach domu.

Patrzę przed siebie i niemal przewiercam oczami ten zielony kolor. Góra przede mną jest zielona, ale jakże nierówna w odcieniach! W zagięciach ciemniejsza, na krawędziach oświetlonych w tej chwili przez poranne promienie słońca, zieleń jest soczysta, jasna, niemal jaskrawa. Gdzieniegdzie ma odcień nawet żółtawy. Tam gdzie górskie krawędzie są porośnięte niskimi krzakami znów zmienia się odcień. Jest dużo ciemniejszy, trochę zielony-butelkowy, a pomiędzy krzakami przemieszczają się brunatno-żółte plamy. To widok z daleka. Pewnie gdybym była trochę bliżej, znów kolory zmieniłyby się, jak w kalejdoskopie, zabawce zapamiętanej z dziecięcych lat. 

Drzewa bliżej mnie mają także różne odcienie, bo to mieszanka gatunków. Są i liściaste i iglaste. Zdążyłam dowiedzieć się, że popularny tutaj gatunek to osiki. To te jaśniejsze zielone. Już niemłode, bo tworzą dość “gęsty las” przed domem.  Ale też nie stare, bo wciąż piękne zielone, pachnące świeżością.

Nie wiem jak te otaczające mnie spokojem i ciszą góry będą dla mnie łaskawe, gdy kiedyś zawitam tu w czasie zimy czy ponurej jesieni. Może trafię na piękną złotą jesień, gdy zieleń zamieni się w tysiące bajecznych innych kolorów ? Czy polubię góry inaczej niż dotychczas?  

Odpoczywam, choć góry są trudne dla człowieka w moim wieku. Oddycham głęboko. Patrzę w przestrzeń i podziwiam. 

To co opisuję i przeżywam przez ostatnie dni, tutaj w górach jest niemal idealne. Piękna pogoda, słońce ale bez upału, bez deszczu, choć kilka razy pokropiło a nawet próbowało nas przez chwilę postraszyć. 

Mesa Verde – piękne miejsce, piękne góry! Ale patrząc na nie – potrafię wyobrazić sobie jak potrafią być groźne dla człowieka..

Ale wiem dobrze, że góry potrafią być nieprzychylne dla nas, że jednym momencie mogą zmienić swe ciche oblicze na miejsce, w którym poczujemy, że to góra jest „górą” nad człowiekiem, a nie odwrotnie. 

Może właśnie dlatego magnetyzm tych przestrzeni, wysokości i niedostępności jest tak wielki, iż często nie możemy się oprzeć temu przyciąganiu?… 

Ja – z natury i z wyboru „mieszczuch” – nie odrzucam piękna gór. Ich terapii zdrowotnej, głębokiego oddechu i balansu psychicznego. 

Respektuję góry jako sojusznika ratującego mój mieszczański zwariowany bieg przez życie.

Byłam w górach. Oddychałam inaczej. 

Powrócę znów kiedyś, gdy zabraknie mi oddechu…


BACK

Byle nie było byle jak..

8 lipca 2023

Dziś będzie trochę inaczej! Może dlatego, że właśnie tuż przed opublikowaniem tego wpisu, przypadkowo spojrzałam na cyfry i okazuje się, że jest to mój wpis numer 100!! Pomysł i tytuł powstał wprawdzie dużo wcześniej, ale akurat wstrzeliły się w „dziesiątkę” 😄

Zacznę nietypowo, od jednej z piosenek Jana Pietrzaka, kiedyś uwielbianego przez moje pokolenie, który w czasach ponurego PRL-u wielokrotnie uratował nas swoimi piosenkami, żartami kabaretowymi, znakomitymi tekstami od upadku i poddania się psychicznego. Od całkowitego  zniknięcia w czeluściach “czarnej dziury bez wyjścia” tamtych czasów. Jego humor, niezwykła inteligencja, zawoalowane prawdy, dosadność (anty)polityczna i  pomagały przetrwać starszym i młodszym najgorsze chwile. I co najważniejsze – niosły optymizm i wiarę, że to musi być lepiej, że będzie lepiej. Pietrzak i jego “Żeby Polska była Polską” to dla mnie nieoficjalny hymn, który w przełomowych momentach emocjonalnie trzymał nas – młodych, razem bliskich i silnych. 

Ale dziś zacytuję piosenkę mniej znaną, może nawet z pozoru banalną w swym tekście, której przesłanie nasunęło myśl, o jakiej i ja chciałabym swoje trzy grosze dołożyć. “Życie jest za krótkie, by żyć byle jak..” I choć przykłady jakie podaje w tekście Jan Pietrzak, dla których nie warto “żyć byle jak” są prozaiczne przyziemne i trochę… ironiczne, to pamiętajmy, że forma tej piosenki jest kabaretowa. 

Ostatnia zwrotka niesie jednak głębsze przesłanie:

“Niełatwo znaleźć słowa niosące głębszy sens
Co w głowach mrok rozjaśnia przyspiesza bicie serc
Potrafią trafić w sedno, istotny znaleźć ślad
By łatwiej pojąć codzienne gdzie i jak
Z niepewnym skutkiem śpiewajmy sobie tak
Życie jest za krótkie by żyć byle jak..”

**************

Ludzie dzielą życie na momenty zwykłe, “byle jakie” i takie, które mają być ważne, specjalne. Lubimy czekać aż wydarzy się coś wyjątkowego. Podświadomie przygotowujemy się na taką chwilę. Nie mamy konkretnego planu, nie mamy pojęcia kiedy i co ma nastąpić i na co mamy się przygotować. Ale – trwamy w poczuciu oczekiwania na coś absolutnie specjalnego i emocjonalnie przygotowujemy się na to wydarzenie.. 

Taki stan może trwać latami zanim obudzimy się i zrozumiemy bezsens czekania na.. Właśnie! Na co?  Cokolwiek wydarza się w życiu, szybko okazuje się rozdziałem zamkniętym, jakby zwyczajnym i znów zaczyna się oczekiwanie. Dzień za dniem przeżywany w “bylejakości”… 

Mijają godziny i dni i całe lata, a my nie dbamy o to co tu i teraz, trwając wciąż w oczekiwaniu na to, co ma nadejść – lepsze i specjalne. Kupujemy nową sukienkę, ale jej nie ubieramy, bo czekamy na lepszą okazję, dobieramy do niej fantastyczne buty, ale ich nie zakładamy, bo przydadzą się później..  

Wiele moich koleżanek ma w swoich szafach piękne nowe, nigdy nieużywane  ubrania, z których nawet metek nie oderwały. Trzymają je na lepszą okazję, na ważną chwilę, która na pewno nadejdzie.. Tymczasem każdego dnia zakładają zwyczajny podkoszulek, dobrze już wytarte spodnie. Nie przykładają wagi do wyglądu, a przede wszystkim do przyjemności, jaką może sprawić spojrzenie na siebie w lustro i ujrzenie własnego odbicia w nie “byle jakim stroju” .

Albo zamiast zjeść w biegu wyciągniętą mrożonkę z lodówki i odgrzaną byle jak, bez smaku i wartości odżywczych, warto pokusić się na szybkie pokrajanie kilku plastrów czerwonego pomidora, położyć go na zielonych liściach świeżej sałaty i dodać plasterek pachnącej włoskiej szynki prosciutto. Ułożyć to na białej serwecie, obok mały dzbanuszek z polnym kwiatkiem rumianku albo z jedną małą różyczką. Może właśnie dziś jest ten dzień, który krzyczy: „jestem specjalny! Chcę być zauważony w twoim życiu! “

W mojej młodości często rodzice dzielili rzeczy na “codzienne” i “świąteczne”, na “kościółkowe” i  takie, które mogliśmy używać każdego dnia. Dotyczyło to wielu kategorii domowych zasobów, nie tylko ubrań. Pamiętam, że nie można było usiąść na tapczanie, jeśli nie był przykryty kocem lub kapą, nie można było używać niektórych talerzy czy kieliszków, bo były tylko wersją świąteczną. Mama miała nawet torebki, które dobierała do płaszcza czy sukienki tylko na “ wielkie wyjścia”.  Takie podziały były w tamtych czasach poniekąd uzasadnione, bo jak wiadomo żyliśmy ubogo, rodzice oszczędzali rzeczy, tak by mieć je jak najdłużej w jak najlepszym stanie. Być może, stąd zakotwiczyła się w mentalności mojego pokolenia konieczność “przetrzymywania” rzeczy i czekania na lepszy moment, by je użyć. 

Lubię gdy używamy kryształowe kieliszki, zwłaszcza, że są pamiątką jeszcze z czasów polskich.

A ja nigdy nie chciałam i nie chcę tak żyć! Nie chcę żyć czekając na COŚ! Bo nie wiem, nie jestem pewna czy to coś nie jest dzisiaj, teraz, w tej sekundzie!  Moja nowa sukienka może być ważna i piękna właśnie w tej chwili, bo jutro będzie na mnie za mała. Albo ja stanę się wychudzona, wynędzniała i schorowana i sukienka będzie wisiała na mnie jak na wieszaku?  Chcę dziś cieszyć się pięknem drobnych rzeczy, które mnie otaczają na co dzień, chcę nalać sobie winka do kryształowego kieliszka, z pamiątkowego  kompletu rodzinnego sprzed pół wieku, jeśli mam taką ochotę. Chodzić w futrze we własnym mieszkaniu, jeśli w tym mam przyjemność! (i futro oczywiście 🙂)

Przyjemnie jest dostać prezent w opakowaniu specjalnym, estetycznym, wyjątkowym. Czujemy się specjalni i przyjemność jest podwójna!

Chcę ŻYĆ! A nie czekać, że kiedyś przyjdzie “coś” w życiu. Chcę żyć pełnią przyjemności, doznań, emocji, przeżyć estetycznych – dzisiaj!  Nie chcę żyć byle jak! 

Oczywistym jest, że każdy człowiek lubi wygodę. W domu biegamy w sportowych wygodnych ciuchach, nie musimy od wczesnych godzin porannych nakładać makijażu i sprawdzać czy nasza fryzura przypadkiem nie straciła właściwego kształtu.  Nic w tym złego. Mamy do tego pełne prawo, by czuć się wygodnie i na luzie we własnym mieszkaniu. Ale to  nie to samo, co w moim mniemaniu oznacza pojęcie “bylejakości” 

Niedomyte zapuszczone włosy, zaniedbane paznokcie, zapuszczone brudne miejsca w domu jak łazienka, kuchnia..to już zupełnie inna kwestia. To Już nie luz. To już często dowody na “bylejakość”, choć przyznaję, bywa, że przyczyny są bardziej złożone.

Jeśli nadchodzi w życiu taki moment, że przestaje nam zależeć  na drobnych rzeczach, które nas otaczają, które dawniej były dla nas istotne i postrzegaliśmy je jako cząstkę samych siebie i te wszystkie rzeczy były dla nas istotne, dbaliśmy o nie, a nagle stały się “niewidzialne” i obojętne to sygnał, że źle się dzieje. To ostrzeżenie, że nasza głowa, nasze serca czucie zaczyna lekceważyć jakość, piękność, poczucie estetyki, uroki dawnych elementów naszego codziennego życia. Zaczyna nam nie zależeć na istotnych częściach naszej dawnej rzeczywistości. Jakość przechodzi w “bylejakość”…  

I o ile trudno mi zrozumieć jak taki proces czasami pojawia się w życiu młodych ludzi (chyba że jest to medyczny objaw depresji czy innej trudnej mentalnej i psychicznej choroby) o tyle mogę wyobrazić sobie jak łatwo poddać się takiemu sposobowi życia w starszym wieku. Smutne ale prawdziwe. 🙁

Każdy z nas starzeje się inaczej. Z wielkim zadziwieniem stwierdzam, że niektórzy ludzie, którzy w młodości byli niesłychanie aktywni, komunikatywni, błyskotliwi i weseli, na stare lata tracą nagle te wszystkie cechy i stają się smętni, smutni, bez “ikry” i poczucia humoru. Jakby ich zabawowy charakter gdzieś odpłynął. Opuszcza ich energia i chęć do życia. Wydaje się, że właśnie takie cechy charakteru jak poczucie humoru i otwartość na ludzi potrafią ocalić człowieka od smutnej starości, a okazuje się, że nie ma w tym żadnej reguły.  Tak naprawdę nikt z nas nie wie czy będzie łagodną staruszką, czy wiedźmą czy nieposkromioną złośnicą.  

Słyszę, gdy wymieniamy często powtarzane zdanie  – “Na stare lata ludzie się zmieniają”. Zmieniają się, choć zapewniam – nie jest to “zaprogramowane świadomie”.  

Z jakiegoś powodu większość starszych ludzi patrząc w kalendarz usprawiedliwia siebie i wyłącza się z czynności, które zapewne mogliby dalej kontynuować. Ludzie pozwalają sobie na wykluczenie z listy swoich codziennych działań rzeczy, które dotychczas były normalnymi ich czynnościami.

„Kawa w ładnej filiżance czy w byle jakim kubku, który stoi najbliżej w zasięgu ręki? A może nawet kubek papierowy.. „

“Kupię świeże kwiaty dla siebie, do własnego wazonu, na własny stół ?..eee nie, przecież nikt tego nie widzi, tylko dla mnie, to nie chce mi się…” Czy tak nie jest?? 

Uwierzcie mi, przy świecy wieczorem zawsze milej spędzić czas..

Brak zaangażowania w codzienne życie sprawia, że przestajemy się zwracać uwagę na wiele małych, ale istotnych kiedyś rzeczy. Dzień przeżywamy automatycznie. A przecież jeśli nie zauważamy, nie poświęcamy czemuś uwagi – nie tworzymy już wspomnień. Zaczynamy się być obojętnymi.

Wciąż żyjemy, ale przeżywamy swój dzień byle jak. A nasze życie może trwać jeszcze wiele lat! Nie wiemy jakie liczby kryje nasz personalny kalendarz. Cyfry 60, 70, 80,90… przerażają a przecież nikt nie wie, ile  dobrych i “bogatych” lat los nam przeznacza.  Jeśli tylko zechcemy stworzyć każdy swój dzień wartościowy, dzień, w którym zdarzy się to COŚ – żadna liczba nie będzie nam straszna. Bo liczy się nie jutro, nie za miesiąc czy rok. Liczy się dzisiaj

To takie proste. Musisz tylko poukładać to sobie w swojej głowie. 

Ja wiem, że nie jest to łatwe. Ja też mam swój kalendarz i dużo w nim “dziesiątek”

Nie daję porad “z chmurki”, rozumiem co znaczy wstać rano i nie móc rozprostować swoich pleców. Wiem, jak czuje się osoba, która nie może wejść po schodach na trzecie piętro (nie mówię już – wbiec!) i rozumiem, jak bardzo boli, gdy chcemy zaplanować sobie wakacje ze spacerami po szlakach górskich, a niestety, musimy ograniczyć się do spokojnych planów, gdzie trasy będą dwa i trzy razy krótsze niż kilka lat temu. Kiedy wolimy spędzić wieczór w ciszy domowej przy kieliszku wina czy koniaku sami, czy z najbliższymi przyjaciółmi, a nie pędzimy już w każdy sobotni wieczór na party z tłumem kochanych przyjaciół jak bywało kiedyś..

Trudno – takie jest życie.  Dla wszystkich jednakowe. Dla nas teraz, dla tych młodszych przyjdzie czas ograniczeń za kilka lat, dla najmłodszych – za kilkanaście czy kilkadziesiąt.  Z tym można żyć i tego się można nauczyć. INACZEJ – też można żyć przyjemnie pięknie, miło. I nie byle jak. 

Tu znów wtrącę mój życiowy ukochany cytat:  “Wszystko ma swój właściwy czas”🙂. 

Ładnie nakryty stół sprawia przyjemność nie tylko w święta

Można by nawet odwrócić logikę tej sytuacji i udowodnić, że właśnie szczególnie ludziom starszym powinno zależeć na otaczaniu się drobnymi rzeczami wokół siebie, które będą  ładne i przyjemne. Czyż nie bardziej smakuje nam woda, gdy jest podana w ładnej wysokiej szklance albo w karafce, a nie w plastikowej butelce? Czy woda gazowana smakuje wam bardziej niż ta zwykła z kranu? Bo mnie tak. 

Mała dekoracja – a cieszy 😀

A ładny ozdobny talerz ( ten, co to miał być tylko na świąteczny dzień) czy ładna serwetka, którą wprawdzie trzeba zaraz wyprać, a papierową mogłabym użyć jednorazowo i wyrzucić do śmieci. Drobna dekoracja na stole albo na deserze. Gdy dopilnuję wokół siebie tych małych NIE byle jakich drobiazgów, na pewno poczuję się lepiej, poczuję się ważniejsza sama dla siebie, poczuję, że życie wciąż ma dla mnie duże znaczenie. 

Nie jestem “łatwa” dla siebie. Czasem, gdy czytam fragmenty swoich własnych blogowych wpisów (a zdarza mi się i zawsze wtedy chce mi się różne akapity zmieniać, poprawiać i tłumaczyć się dlaczego TAK i TO napisałam) i myślę sobie, że czytelnik odbiera mnie jako niepoprawna optymistkę i osobę, która nie ma ze sobą żadnych problemów. A to przecież tak nie jest!  Cały ten blog, to walka z różnymi problemami, kompleksami, przemyśleniami właśnie po to, by te moje trudne i “dołowe” rozwiązywać. Jak widać – to pomaga, działa, pracuje czy jakkolwiek to określę.  

Jednego jestem pewna – zdaję sobie sprawę z mijającego każdego dnia. Wiem, że starość jest nieuchronna i tak naprawdę dopiero teraz zaczynam to rozumieć. Dlatego jak długo będę mogła i potrafiła, nie pozwolę by moje życie zmieniło się w “byle jakie”. Będę nadal robiła makijaż przed wyjściem do sklepu po zakupy spożywcze, będę zapalała świecę wieczorem, by ładnie pachniało i kominek w “zimowe” wieczory, by przysiąść w jego blasku, choćby to miało być tylko dwa razy w roku!  Byle nie było byle jak…

By było tak, jak kiedyś śpiewał Krzysztof Krawczyk: 

“Byle było tak, że człowiek bardzo chce,
Byle było tak, że się nie powie “nie”…


BACK

Relaks po mojemu

28 czerwca 2023

Każdy od czasu do czasu potrzebuje relaksu. Nie da się gnać do przodu bez przerwy,  bez odpoczynku i bez wyluzowania. Niezależnie od wieku i od poziomu energii, nasze ciało, mózg, cały nasz organizm potrzebuje wyciszenia, regeneracji, choćby nam się wydawało, że jesteśmy z żelaza. 

Nie jest żadną tajemnicą, że młody człowiek relaksuje się szybciej, rzadziej, nie przykłada do tego problemu większej wagi. 

Kobiety są bardziej uczulone na odpoczynek, bo często kojarzą to z urodą i swoim wyglądem. Z cierpliwością do dzieci, z pozbyciem się stresu, który niszczy kontakty międzyludzkie w domu i w pracy. Mężczyźni podchodzą do tego bardziej praktycznie, relaks to dla nich często dodatkowy wysiłek fizyczny, siłownia, adrenalina w sportach o dużym ryzyku, turystyka wysokogórska. 

Wszystko to doskonale wpisuje się w młode szalone lata.  Jest świetnym balansem na zapracowane życie zawodowe.  

Odpoczynek czynny, wysiłkowy, ekstremalny, czy bierny jak spokojne wakacje nad jeziorem, w zaciszu lasu czy w dzikiej puszczy, gdzie nikt nas nie znajdzie przez tydzień – sposobów na własny relaks można znaleźć tysiące. I zapewniam was, że priorytety będą się zmieniać wraz z wiekiem, z charakterem i osobowością człowieka. 

Kiedy byłam młoda, byłam taka jak wszyscy moi rówieśnicy. Biegałam, ciągle się spieszyłam, nie zwracałam uwagi, że jestem zmęczona bardziej czy mniej, mogłam nie dosypiać, przegadać całą noc – wszyscy to znamy z własnych doświadczeń. 

Pamiętam, pewnego roku wybieraliśmy się na wakacje pięcioma rodzinami w Bory Tucholskie, z tego chyba tylko jedna rodzina miała Fiata 125, a reszta jechała Maluchami (Fiaty 126) z małymi dziećmi, bagażem napakowanym na dachu Malucha i w skrzyniach (wagonikach) dopiętych do auta, gdzie mieściło się wszystko! Od namiotów (ciężkich, bo żadnych lekkich jeszcze nie produkowano), materaców dmuchanych, też ciężkich, koców, poduszek, ubrań, słoików tzw. wek z mięsiwem, jarzynami, garnków, patelni, sztućców, o których współczesny turysta, by nawet  nie pomyślał przez mgnienie oka i setka innych cudów. Pakowaliśmy to wszystko na podwórku przed garażem kolegi, przez cały długi dzień a wyjazd nastąpił o 9 wieczorem i jechaliśmy całą noc i jeszcze może pół dnia (oczywiście żadnych autostrad nie było!). Czy ktoś był śpiący? Zmęczony? Oczywiście, że nie! Po przyjeździe na miejsce zbijaliśmy obozowisko, gotowaliśmy obiad, uganialiśmy się za sforą dzieci i bardzo towarzysko przy wódeczce spędzaliśmy kolejną “relaksującą” noc. 🙂

Nie mam pojęcia, kiedy nastąpił taki moment w moim życiu, że zaczęłam rozumieć, iż mój organizm potrzebuje relaksu. I że muszę o ten relaks sama zadbać. Myślę, że taka świadomość pojawiła się gdy byłam w ciąży. Byłam wprawdzie bardzo młoda, zafascynowana i szczęśliwa, że będę matką i dużo na ten temat rozmawiałam i czytałam. Miałam i wciąż mam przyjaciółkę Teresę Z. (właściwie to była najpierw przyjaciółka mojego męża ze studiów) i ona urodziła syna w momencie kiedy okazało się, że ja jestem w początkach ciąży.  To był moment kiedy poznałyśmy się bliżej i to właśnie ona wprowadziła mnie w tajniki wiedzy przygotowań się do macierzyństwa. A przecież nie były to czasy, gdy temat był tak otwarty i popularny jak dzisiaj. Uczyłam się wielu pierwszych i przydatnych  rzeczy o matkowaniu, o maleństwie na jej doświadczeniach. Niesamowite jest to, że nasze dzieci, dziś mające własne prawie dorosłe dzieci, nadal się przyjaźnią, spotykają, a my wciąż nie przepuścimy żadnej okazji, by się spotkać, gdy tylko  nasze drogi się przecinają.  

Byłam młoda i silna, ale rozumiałam, że ciąża wymaga ode mnie dbania o siebie dla dobra dziecka. Wtedy zaczęłam myśleć o wysypianiu się, o odpoczynku. O momentach, które powinnam poświęcać tylko dla siebie, by się trochę wyciszyć. Nie było ich wiele, bo jednak przez cały czas ciąży studiowałam. Urodziłam Kasię niemal “ w biegu” a po wakacjach, gdy zaczął się kolejny rok studiów poszłam na zajęcia, a dziecko do żłobka. 

Po trzech latach urodziło się drugie dziecko, mąż ciągle wyjeżdżał, ja pracowałam w szkole na pełny etat. Wszystko na jednej głowie, w przerwach – na dwie, jak mąż się pojawiał w domu. Ale dawaliśmy radę bo młodzi zawsze dają sobie radę. No i czasy były takie, że NIE DAŁO się nie dawać sobie rady 🙂.  

A relaks??  Nie pamiętam czy wtedy takie coś istniało w naszej świadomości?  Czy mówiliśmy o tym? Czy odpoczywaliśmy świadomie???

Jeździliśmy na wakacje, które zawsze były zorganizowane tak, by dzieci miały wakacyjny odpoczynek – trochę z nami albo z dziadkami. A my organizowaliśmy czas tak, by wakacyjne dni  podporządkować wyjazdom, w czasie których można było zarobić jakieś pieniążki i to nam nie przeszkadzało w “odpoczynku”. Potem, na koniec takiego pobytu zawsze wymyślaliśmy sobie krótki wyskok “relaksujący” – a to do Francji na Riwierę Francuską, a to do Danii, a to w gdzieś Niemczech w ciekawe miejsca. Zawsze było kilka dni  odpoczynku. Zupełnie wystarczało na “podładowanie baterii życiowych”, a nie powiem, żeby warunki tych krótkich podróży przypominały luksusowy pobyt w ośrodku wczasowym czy w SPA. 🙂 

Świece, kwiaty, dekoracje.. wszystko co pomaga uspokoić duszę i ciało.

W Polsce często spędzałam wieczory sama, dzieci były małe więc szły spać wcześniej, a ja nigdy nie należałam do tych, co kładli się “z kurami”.  Lubiłam chwile spokoju, bez włączonego telewizora, bez muzyki (tak! Lubię ciszę!) z książką, z zapaloną świecą zapachową. Od zawsze lubiłam świece. Nie było takich przyjemnych jak teraz są, nie było dużego wyboru, ale były kolorowe i zawsze blask świecy dawał mi poczucie ciepła wewnętrznego i spokoju. Może to coś, co pozostało z czasów harcerskich ognisk.. Blask ognia działa na mnie kojąco. 

Mijają lata a ja zawsze lubię odprężyć się przy blasku ogniska.

Do tego kieliszek wina (jakie myśmy wtedy pili wino? Na pewno czerwone, ale jakie??)  A może kieliszek wódki żołądkowej gorzkiej, bo taką wtedy lubiłam. 

I małe boczne światło, bo nigdy nie lubiłam (i nadal nie lubię) mocnego górnego. To były moje pierwsze relaksowe wieczory. 

Już wtedy zaczęłam kupować pierwsze kosmetyki i dbać o nawilżanie twarzy i szyi. Masowanie rąk i nóg, stóp. Powoli budziła się świadomość potrzeby własnego “prywatnego SPA”.. 

Za to spacer nad brzegiem morza zawsze był dla mnie relaksem. To zachód słońca nad polskim Bałtykiem.

Faktem jest, że w czasach mojej młodości pojęcia SPA i relaksu zorganizowanego tak jak to jest dzisiaj, nikomu nie było znane. Przynajmniej w naszym środowisku. A tym samym po prostu nie było potrzebne. Takich miejsc było niewiele.  Luksusowe serwisy pielęgnacji ciała, masaże i podobne przyjemności  oglądaliśmy w  zagranicznych filmach i kojarzyły nam się z życiem, które dla “zwykłych ludzików  w komunistycznym kraju”  były poza zasięgiem nawet marzeń.  

Tak naprawdę to musiało minąć wiele lat i wiele zmian w życiu, żeby uświadomić sobie, że regularny i świadomy relaks jest mi potrzebny. I że muszę sama o siebie zadbać w tym względzie. 

Rodzina wie co dla mnie najlepsze 😂

O SPA i przyjemnościach masażu, jacuzzi, peelingu dowiedziałam się  naprawdę dopiero w Stanach i nawet nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułam, jaką to sprawia przyjemność.  Myślę, że pierwsze masaże kojarzą mi się z prezentami od mojej córki, która zabrała mnie do takich miejsc. Później Kasia miała już prywatnego masażystę, który przychodził do niej domu i przy okazji i ja z niego czasami korzystałam. Te serwisy uświadomiły mi jak bardzo są potrzebne dla mojego ciała, dla mojej głowy, myśli – wyciszenia, wyluzowania się, oczyszczenia  ze wszystkiego, co siedzi we mnie i co mnie uwiera.      

Odpoczynek to wielka WARTOŚĆ.  Ale, żeby to wiedzieć,  trzeba przeżyć wiele lat i trzeba się tego dorosnąć. Przez lata trzeba odkrywać w sobie swoje “wewnętrzne dziecko”, z którym z czasem będziemy umieli sobie pogadać.

Przypomniała mi się taka scena z serialu, który oglądaliśmy. Kontekst i znaczenie tego, o czym powiem był zupełnie inny, ale całkiem dobrze wpisuje się ten moment, który chciałabym wam wytłumaczyć.  …Kobieta, po trudnych osobistych przejściach, nie może dojść do równowagi sama ze sobą. Ukrywa swoje uczucia i problemy, udaje, że jest silna, że świetnie radzi sobie z życiem. Przypadkowa sytuacja krzyżuje jej drogę z inną kobietą, która obserwując jej zachowanie orientuje się czego naprawdę kobieta potrzebuje. I daje jej dziwny prezent.. Szmacianą lalkę, która z jednej strony ma ma główkę dziewczynki i sukienkę, a gdy podniesie się tę sukienkę do góry, ukazuje się twarz chłopczyka i spodnie. Dziewczyna mówi  “porozmawiaj z tą lalką, tego ci potrzeba teraz”.  Kobieta odrzuca szmacianą pacynkę, ale widać, że coś w niej ta sugestia poruszyła.  Jakąś potrzebę wewnętrznej rozmowy.  Cześć tej kobiety jest tą „nic-nie-znaczącą lalką”  wołającą o pomoc… 

Nie będę mówiła jaki jest dalszy sens tej rozmowy, bo nie o to tu chodzi. 

Tą dygresją chcę wskazać, że każdy z nas ma taką pacynkę, takie dziecko w sobie, które kiedyś zaczyna domagać się pomocy. Chce od nas zwrócenia na nie uwagi, poświęcenia mu czasu, zajęcia się jego kondycją i fizyczną i mentalną. 

Ta część, której dotychczas nie dostrzegliśmy w sobie, domaga się relaksu, odpoczynku. Jeśli to zrozumiemy i zaczniemy sobie pomagać, powoli odszukamy właściwe miejsce dla siebie. W wielu wymiarach i wielu różnych znaczeniach. 

Dobra kawa, kieliszek wybornego wina, książka, joga, medytacja, dla wielu również muzyka – wszystko to elementy pomagające znaleźć spokój wewnętrzny.  Im częściej będziemy po nie sięgać, tym lepiej dla nas. 

Relaks z przyjaciółkami – zawsze działa!!

Szukajmy takich chwil dla siebie. Ważne są także dobre przyjacielskie rozmowy. Relacje z ludźmi to ważna część relaksu. Nie zawsze przecież relaks oznacza samotność. Bliska pokrewna dusza, ciepła rozmowa, dużo śmiechu i radości – wbrew pozorom także nas uspokaja,  przynosi rozprężenie i usuwa napięcie. 

A jeśli od rana nic nam się nie klei? Mamy plan, a nie możemy się na niczym skupić?  Snujemy się z kąta w kąt i wszystko nam leci z rąk. Myślimy – “To nie mój dzień. Nic mi nie idzie tak jak trzeba…”   

To może po prostu oznacza, że dziś  nadszedł moment na  DZIEŃ KOMPLETNEGO LENISTWA! Bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o tym, co było do zrobienia i czego nie zrobimy. Po prostu, nie robimy nic! Taki dzień też się nam należy. Taki dzień też jest umysłowi i ciału potrzebny. Można bezmyślnie leżeć i patrzeć w sufit, jak w tym wierszu Jana Brzechwy “Leń” ”(https://youtu.be/oPUIxEXeLaQ) Na tapczanie leży leń, nic nie robi cały dzień..” a potem cały wierszyk jest długą wyliczanką lenia – jak to on nic nie robi… przecież…. My też tak czasem możemy! Mamy do tego proste humanitarne prawo! 

Jeden z niezapomnianych Spa spotkań z przyjaciółkami

SPA współczesne jest cudownym wymysłem  naszych czasów, choć nie okłamujmy się, masaże, sauna były już znane w starożytnym Rzymie, może tylko teraz zakres korzystania z tych dobrodziejstw się zmienił.  Jest to często rozrywka towarzyska. Jedno z bardzo przyjemnych spotkań w SPA miałyśmy z przyjaciółkami kilka lat temu w hotelu Houstonian. Dość spontanicznie zebrałyśmy się w piątkę naszej “lunchowej” grupy.  Zamówiliśmy sobie pyszny lunch na tarasie z szampanem, później każda z nas udała się na wybrany masaż a po godzinie czy półtorej, znów przy szampanie już w jacuzzi  kontynuowałyśmy  nasze uwielbiane babskie pogaduszki do późnych godzin popołudniowych. Było cudownie i bardzo bardzo relaksująco!!!  

SPA to jedna z ulubionych form nagród, które dostawałyśmy od mojej córki – Bossa, gdy zabierała cały swój “babski personel” raz do roku na wybrane masaże, kuracje maseczkowe dla twarzy, szyi, stóp, paznokci itp. Uwielbialiśmy wszystkie ten dzień! 

Bywałam w różnych SPA, w różnych miejscach świata. Gdziekolwiek znaleźliśmy się w naszych podróżach zawsze wpisywał się w program masaż. I trzeba powiedzieć, że były bardzo różne. Mimo, że zasady są podobne, to ludzie, którzy je wykonują maje inne ręce, inną siłę, skupiają się na innych punktach ciała, nerwów.  

Kiedyś, gdy byłam na wycieczce w Chinach, w którymś z hoteli nasz przewodnik polecił nam w tym hotelu masaż stóp. Namawiał nas bardzo gorąco twierdząc, że takiego masażu nigdzie nie doświadczymy. Umówiliśmy się więc na jeden z polecanych półtora godzinnych serwisów. Pomyślałam wtedy – co można masując stopy przez całą godzinę. I śmiało powiem, że było to jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń w życiu! Atmosfera studia chińskiego masażu jest niezwykła. Muzyka, wystrój, przygotowanie całego organizmu, zanim zaczął się masaż już było czymś wyjątkowym. A potem… do dziś nie mogę uwierzyć, że ludzka stopa ma tyle punktów nerwowych, które dotknięte przez człowieka znającego te miejsca doprowadza do wstrząsu określone miejsca w naszej głowie. 

Moje ciało porażał prąd  tak subtelny i tak nieznany i w tak dziwnych miejscach i organach, że nie mogłam pojąć działania  tego masażu. Masowano moje stopy, łydki, kolana, a ja czułam się jak nowo narodzona. Nie mam pojęcia jakie czujniki zadziałały, jakie magiczne “fluidy” chińscy masażyści mieli w swoich dłoniach, ale już nikt nigdy takiego fenomenu w moich stopach nie dokonał. 

Mój dobrze zaznajomiony  masażysta w Houston (dziś już chyba mogę tak o nim powiedzieć) jest dla mnie jak najlepszy doktor od wszystkich moich bolących miejsc i nerwów. Mam wrażenie, że zna każdy punkt, gdzie mój złośliwy ból nerwów przesuwa się i krąży. Nie muszę nawet mówić, a on podąża za nim i rozmasowuje go, ugniata, przyciska tak mocno, że aż boli! Ale boli…dobrze! Wiem, że potem przez jakiś czas mnie nie będzie  boleć!  Czasami dobry masażysta to czarodziej.. W dodatku taki, który wie, że nie lubię, gdy się do mnie mówi w czasie masażu, choć zna mnie i wie, że jestem z natury gadatliwa. I wie jaką muzykę lubię, chociaż znawcą muzyki nie jestem..  Nie jestem jego pacjentką zbyt często (a życzyłabym sobie częściej) ale harmonia i zrozumienie między nami jest prawie idealne. 

Domowe Spa jakich wiele. Ale TO jest moje własne 😀

Moje domowe jacuzzi też używam, ale już rzadziej niż kiedyś. Jakoś tak.. Rozleniwiłam się, a szkoda. Ale jeśli już, to także ze świecami i muzyką medytacyjną, bardzo spokojną. Lubię pianę, kieliszek metaxy, ale mobilizuję się coraz trudniej do tych przygotowań domowych. Coraz częściej wolę wyjście do “większego” SPA. Na szczęście rodzina zna mnie dobrze i wspomaga mnie przy każdej nadarzającej się okazji 🙂.

Muszę jednak przyznać się uczciwie, że relaksują mnie nie tylko takie “spokojne” formy. Widać, moja natura jest przewrotna i mimo upływu wieku wraca czasem do szaleństwa. 

Już wiele razy mówiłam, że lubię zmiany. Bywa, że to jakby burza nadchodziła, jakby piorun trzasnął! Coś zakręci się w głowie, coś załomocze i muszę nagle natychmiast zmienić coś wokół mnie. I wtedy – przestawiam meble, zmieniam obrazy na ścianach, wieszam inne zdjęcia, wymieniam elementy dekoracyjne. Ba, idę do szaf (czyli tutejszych closet-ów ) i wyciągam wszystkie ubrania. Na szczęście jest ich za dużo, żeby dobrać się do wszystkich naraz, więc ustalam – dziś spodnie i bluzki albo tylko sukienki letnie.. I wszystkie po kolei przeglądam, mierzę, odrzucam szybko, te co za małe, te co już wiem, że więcej nie ubiorę, bo już ich nie lubię. Pakuję je do oddania, robię porządki, wyrzucam, to co niepotrzebne, stare itd.  

I – wierzcie, nie wierzcie – czuję się odstresowana, wyluzowana, zrelaksowana!!  

Taka forma uspokajania też na mnie działa!!  O dziwo, nie jestem bardziej zmęczona. Czuję się dobrze. Naprawdę jestem OK 🙂.

Medytowanie

Może następnego dnia położę się na jogowej macie, poćwiczę oddechy, wyciszę moja głowę i trochę nadwyrężone mięśnie rąk. 

Każdego dnia moje “wewnętrzne dziecko” podpowiada mi na co ma ochotę. Bo jeśli mi nic nie mówi, to czuje się źle i jestem zagubiona. 

 Wniosek – relaksować można się w najróżniejszy sposób. Moje  “wewnętrzne dziecko”  ma dziwne życzenia na wyluzowanie się. Słucham go. Ono wie czego potrzebuję. Dzisiaj jest już mądre, wymagające i pokieruje mną  tak, by dostać to, czego ode mnie oczekuje! 

I czeka na – czas relaksu. I piosenka pod tym samym tytułem. Wykonanie trochę inne niż pierwotne, na pewno was zrelaksuje! 😃


BACK

Herbatka czy filiżanka kawy? 

13 czerwca 2023 

Powszechnie wiadomo, że człowiek powinien wypijać dziennie około dwóch litrów wody czyli 8 do 10 szklanek. 

Niestety, nie należę do tej grupy. Nigdy nie lubiłam wody. Nigdy nie lubiłam pić dużej ilości płynów.  Widocznie mam dziwny organizm, ale moje zapotrzebowanie na płyny znacznie odbiega od średniej normy. I w dodatku od dzieciństwa nie lubiłam i nie szukałam smakowych napojów, które naprawdę bym polubiła.  

Nie znam zbyt dużo podobnych mi ludzi, ale spotkałam i takich, co nie szaleją na punkcie noszenia przy sobie butelek z wodą i nawadniania się co minutę. 

Ale moja dzisiejsza opowiastka nie będzie o wodzie i zdrowiu. Pokręcę się we wspomnieniach, których motywem będą moje historyjki herbatkowo-kawowe z własną “duszą”.  

Mniej więcej tak to wyglądało..

Co piliśmy w Polsce w czasach mojego dzieciństwa? Mleko było popularnym napojem, przynoszono je szklanych litrowych w butelkach pod drzwi (to naprawdę był regularny serwis tamtych czasów). Od 5 rano słychać było tłukących się mleczarzy na klatkach schodowych. Zbierali wystawiane wieczorem przez mieszkańców puste butelki i zamieniali je na pełne. My jako dzieci nie lubiliśmy pić mleka!!  Mama uparcie gotowała nam grysik na śniadanie (też NIE lubiliśmy!) albo mleko potrzebne było do naleśników, racuchów itp. Nigdy jednak jako napój. Czasem w lecie piliśmy kwaśne mleko do młodych ziemniaczków i takie lubiliśmy. 

Wody “kranówy” w żadnym wypadku pić nie było wolno! Wody mineralnej w sklepach nie było (albo bardzo rzadko). Soków też nie było.  Za to czasem Mama robiła swoje soki domowe – najlepsze były malinowe. Nadawały się do herbatki zimowej i były lepsze niż czasem ciężko zdobyte cytryny. Były też soki jagodowe, soki z wiśni, ale żaden nie był tak pyszny jak malinowy. Niektórzy robili soki warzywne do picia bezpośrednio, bez mieszania go z wodą, ale u mnie w domu nigdy takich prób Mama nie podejmowała. To już uchodziło za wyższą “szkołę jazdy” w dziale przetworów.   

Herbata paczkowana, herbata w szklance, herbata w szklance z koszyczkiem, herbata w torebce.

A tak naprawdę to najpopularniejszym napojem przez wszystkie lata mojego dzieciństwa i młodości, także jeszcze tej studenckiej była HERBATA. Co pamiętam? Z domu pamiętam herbaty: Gruzińską, Ulung, Madras, Yunnan. Te herbaty były w wiórkach pakowane w pudełkach. Wiórka zaparzaliśmy w małych czajniczkach i potem były nalewane do szklanek (mniej więcej 1/6 szklanki) i resztę dopełnialiśmy wrzątkiem.  Prawie każdy wtedy słodził, dlatego cukier był tak ważnym produktem. Czasem, ale bardzo rzadko dodawaliśmy plasterek cytryny. 

Nikt nie używał filiżanki na herbatę, natomiast zawsze szklanka miała swój spodeczek. Łyżeczkę należało po zamieszaniu cukru wyjąć ze szklanki, ale byli i tacy, co pili z łyżeczką w środku, co przyprawiało mnie o zgrzytanie zębów.  

Z czasem zaczęto sprzedawać herbatę w torebkach. To był hit. Nikt jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, że wtedy był to najgorszy gatunek herbaty. Ale za to wygodny, no i inny, niż dotychczasowe.

Piliśmy herbatę wszędzie, do wszystkiego i o każdej porze.  Wpadało się do przyjaciół, znajomych “na herbatkę”. To był jedyny element poczęstunku, na który zawsze można było liczyć.  Wtedy nie bardzo odróżnialiśmy herbatę czarną od zielonej, miętową czy jakąkolwiek inną. Herbata i już! 

Kawa dotarła do Europy dużo wcześniej (XVII wiek) i była napojem elitarnym.  

Za moich czasów, choć wiadomo komuna nas nie rozpieszczała, kawa zaczęła się pokazywać w mieście. Oczywiście nie był to żaden tajemny produkt. W czasach mojej młodości mieliśmy już w Krakowie fajne kawiarnie, przytulne miejsca z dobrymi wyrobami słodkimi, małymi przekąskami i kawą, ale herbata wciąż była królową napojów. Kawiarnie studenckie również oferowały kawę. Zaparzaną po turecku czyli popularnie zwaną “plujką”. Kawa nasypana do szklanki (O Boże, ty nie grzmisz?!! do szklanki!) i zalewana wrzątkiem. Czasem, ale bardzo sporadycznie zdarzało się, że gdzieś już pojawiała się filiżanka.. 

W sklepach było znacznie gorzej. Kawy raczej NIE było. To co nazywano kawą było jakąś ohydną podróbką – kawa zbożowa, kawa Marago, taka polska  kawa rozpuszczalna.. Ale kawa prawdziwa pojawiała się z krajów zachodnich i dzięki coraz częstszym podróżom zagranicznym Polaków była już dostępna coraz częściej.  

Wciąż jednak kawa była artykułem luksusowym, służyła głównie do  “załatwiania” ważnych” trudnych spraw, podziękowań itd. Tak, kawa mogła załatwić wiele..  

Ale muszę się pochwalić, że nasz ślub odbył się w 1974 r. I jednym z prezentów był ekspres do kawy, całkiem nowoczesny i robił bardzo dobrą kawę. Ponieważ po ślubie zamieszkaliśmy w akademiku, więc staliśmy się wielce popularnym pokojem, do którego schodziło się towarzystwo “na KAWĘ” a nie “na herbatkę”. I o dziwo, już wtedy mieliśmy kawę i to całkiem niezłą jak na owe czasy.  Często ktoś jeszcze dorzucał jakieś własne datki, więc ekspres do kawy miał pełne “ręce” roboty. 

Nie mogę sobie przypomnieć jakie mieliśmy wtedy filiżanki, choć jestem bardzo bliska pewności, to były filiżanki typu “duralex”. Dostaliśmy takie naczynia w prezencie ślubnym, były wtedy modne i pamiętam, że były tam też takie ładne zgrabne brązowe przeźroczyste filiżanki ze spodeczkami.  Używaliśmy ten zestaw przez długie lata.

Herbatę piliśmy nadal, wody nie dotykaliśmy, ale coraz częściej podróżowaliśmy zagranicę i bywało, że piliśmy wodę mineralną. Czasem udało nam się trafić na sok pomarańczowy.  W polskich sklepach, głównie w Hortex-ie pojawiały się inne soki jak z czarnej porzeczki, jabłkowy i mieszane. Ale nie kupowaliśmy ich do domu, później sporadycznie bardzo rzadko kupowaliśmy soki dla dzieci.

Kawa natomiast zaczęła powoli wypierać ilość wypijanej herbaty i stawała się w naszym domu napojem równie ważnym jak herbata… Albo ważniejszym.

I nadszedł rok 1990.  Houston. Klimat jakiego nie znaliśmy. Nie, żebym narzekała, ale trzeba przyznać, że nawet najbardziej szczegółowe opisy nie mogły oddać wilgotności tego miejsca, a co za tym idzie konieczności picia wody i nawadniania organizmu. Wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu zobaczyłam jak wielką wagę ludzie przywiązują do picia płynów. No i że wszyscy piją ogromne ilości zwykłej wody z kranu! I ta woda jest dobra! W każdej restauracji pierwsze, co podają na stół, to ogromne ilości zimnej wody z lodem. Mimo to mój organizm nie zmienił swoich upodobań. Przez ponad 33 lata wody nie polubiłam. Piję czasem i trochę, bo.. muszę. Ale nie dlatego, że chcę, lubię i potrzebuję.  

Za to kawa stała się napojem numer 1 w naszym rodzinnym domu. 

I tu właśnie rozpocznie się właściwa historyjka o kawowych “instrumentach” mojego domowego kącika. Wstęp był, owszem, przydługi, ale musiał być,  bo inaczej nie można byłoby odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule. 

Niektórzy ludzie malują piękne obrazy i oddają w nich to, co jest istotą ich myśli i marzeń. Czymś ważnym. Bez słów. I te ważne momenty bywają czasem bardzo  ulotne, niezauważalne dla innych. A nam się wydają warte zapamiętania i uwiecznienia. Pozostawienia po nich śladu. 

Ludzie mają różne sposoby przekazywania pamięci. Zdjęcia, pamiętniki, przesyłanie kartek z cytatami, które tylko ten jeden jedyny odbiorca zrozumie. Inni piszą wiersze, jeszcze inni piszą powieści, blogi, listy.  Są i tacy, którzy swe ulotne piękne chwile zamykają w muzyce, w malarstwie… Jeśli bardzo chcesz, by pozostawić po sobie ślad – znajdziesz sposób. I to będzie twój sposób! Nie obiecuję, że ktoś na pewno zwróci na to uwagę, bo tego nie możemy być pewni. Ale dajemy szansę sobie i innym na ocalenie naszych myśli, emocji, skrawka naszego istnienia.

Pierwsze komplety naczyń w naszym amerykańskim domu. Ten górny, to prezent od moich przyjaciółek na 50-te urodziny.

Od pierwszego dnia w Houston kawa stała się podstawowym elementem, od którego zaczynał się każdy dzień. Tak wiem! Nie jest to nic wyjątkowego i nie jestem w tym oryginalna. Ale – mimo, że w Ameryce oczarowało mnie wiele rzeczy i naturalnym było, że wiele elementów codziennego życia dość szybko przyswoiliśmy sobie, to kawy amerykańskiej i sposobu jej picia NIE! W domu jednak szybko pojawiły się zestawy śniadaniowe i obiadowe a wraz z nimi amerykańskie filiżanki do kawy!

Kawa jest tu wszędzie, a przede wszystkim w każdej pracy, w każdej poczekalni lekarskiej, dentystycznej, prawniczej itd. Duża lub mniejsza maszyna. Kawa w ogromnych ilościach, bardzo słaba (według mnie po prostu lura). Ale wcale mnie to nie dziwi, bo Amerykanie piją kawę cały dzień. Od rana do nocy. W kubkach plastikowych, styropianowych albo w dużych grubych kubkach, które na stałe mają “przypisane” do siebie w miejscu pracy. To była pierwsza rzecz, która mnie do takiej kawy zniechęciła. 

Nie znoszę kawy w kubkach!! Choćby miały najwymyślniejsze najbardziej sympatycznie dedykowane napisy. Owszem, doceniam napisy i chętnie je trzymam z tego powodu, ale NIE dla kawy! No i ta kawa tak “cienka”.. 

Dawno temu, gdy kupowałam i robiłam w pracy kawę (tylko dla nas – personelu ) pewnego dnia dziewczyny poprosiły mnie, żebym nie robiła kawy, bo jest… stanowczo za mocna! A ja wciąż starałam się tam robić dobrą, ale nie za mocną… 

Za to kupiłam dla siebie filiżankę dość dużą, a wszystkie dziewczyny miały kubki. W ten sposób nikt nie dotykał mojego jedynego personalnego naczynia. 

W domu – przez 33 lata mój kawowy kącik zmieniał swój wygląd.  Najpierw był express z naczyniem szklanym na 10-12 kaw, który działał bardzo dobrze i pozwalał wybierać jak mocną kawę chcemy, ale mleko trzeba było robić osobno (lekko podgrzewać) no i nie mieliśmy jeszcze wtedy maszyny do spieniania mleka. A ja uwielbiam cappuccino.  Potem przewinęły się inne expresy, inne sposoby parzenia kawy.

Aż wreszcie kilka lat temu kupiliśmy maszynę KEURIG i kawy porcjowane. Wbrew pozorom jest ich ogromny wybór. Po miesiącach testowania wybraliśmy kilka, które nam pasowały i najpierw tylko takie używaliśmy, a teraz wracamy do nich od czasu do czasu. Wszystko dlatego, że od kilku lat mamy maszynę NESPRESSO połączoną z częścią do spieniania mleka i ja osobiście uwielbiam tę “kawiarkę” Wiem, że już jest co najmniej kilka nowszych generacji i bardziej skomplikowanych , usprawnionych, ale nasza spisuje się bardzo dobrze i nic więcej mi na razie nie potrzeba. Kawę zamawiam z tej samej firmy Nespresso  przez internet, w kilku wariantach wielkości, mocy kawy, rodzaju kawy i to jest mój kawowy świat. 

Picie kawy trzeba celebrować! Na kawę i dla kawy trzeba mieć czas. Nigdy tego czasu nie miałam. Kawa zawsze była ostatnią rzeczą, którą łapało się w pośpiechu, tuż przed wyjściem z domu. Kawę trzeba było wypić, ale nigdy na nią i dla niej nie było czasu. W pracy, gdy jeszcze pracowałam w szkole, w czasie przerwy zalewaliśmy kawę (plujkę oczywiście!) wrzątkiem i zanim naprawdę dobrze się zaparzyła już był dzwonek oznajmiający początek kolejnej lekcji. Z czasem, mając swoją własną polonistyczną pracownię zrobiłam sobie mały kącik kawowy i tam zaparzałam kawę, którą piłam w czasie prowadzonej lekcji. Może i było to nielegalne, ale praktykowane przez wielu nauczycieli i nikt na szczęście się do tego nie czepiał. No i dzięki temu kawa była przynajmniej ciepła. 

Mój najlepszy kącik w domu !

Teraz, od wielu lat kawa ma swoje własne miejsce w moim życiu. Najpierw to najważniejsze – poranne. Spokojne. Po prysznicu, wciąż na luzie (no, czasem bywają szybsze poranki, ale bardzo staram się żeby to nie zdarzało się zbyt często) idę do kuchni. Podchodzę do mojego kącika kawowego.  Dziś już mam zgromadzoną całą kolekcję kolorowych (oczywiście!) filiżanek i patrzę na nie w nastroju mojego poranka. Czy mam ochotę na spokojny jasny niebieski kolor czy nieco bardziej wyrazisty ciemniejszy? Czy może słoneczny żółty lub pomarańczowy, ciepły i jaskrawy budzi mnie dziś do życia? A może ciemny granat – uspokaja i wycisza?.. Biały – rzadko… Pośrodku wisi filiżanka dodana niedawno. Prezent od gościa z Polski. Wielkością bardzo pasuje do mojej kolekcji, za to jest wielokolorowa, bardzo krakowska i ożywia jednolity kolor pozostałych filiżanek. Co kilka dni ta właśnie filiżanka jest wyznacznikiem mojego porannego nastroju i tę wybieram. 

Ale to nie koniec. Może to dziwne, ale mój sposób podania kawy (głównie dla mnie samej, ale także dla mojej przyjaciółki Ani) która poznała moje wymysły i świetnie się w nie wpisała, może wydawać się dziwny – ale dobrze działa. 🙂.

Ponieważ moje filiżanki są dokładnie na ilość kawy, którą robi maszyna, a ja dodaję do niej kropelkę “Kahlua” do smaku, spienione mleko i troszkę cynamonu (modny dziś kardamon nie bardzo mi smakuje), więc żeby można było pić ją komfortowo robię ją dodatkowo w drugiej malutkiej filiżance, która jest jakby kontynuacją tej porcji.  (Takie: Mama i Baby.. ładne skojarzenie, prawda?)  

Rysunki czeskiego artysty Alfonsa Muchy na naszych filiżankach

Te dwie małe filiżanki mają też swoją piękną historię. Są dla mnie bardzo ważne.  Są prezentem od naszych krakowskich Aniołów i pochodzą z firmowego sklepu artykułów z kopiami malunków słynnego czeskiego malarza i artysty-grafika przełomu XIX i XX wieku, Alfonsa MUCHY.  Będąc kiedyś na wycieczce z Aniołami w Pradze byliśmy w jego muzeum i oglądaliśmy wiele jego prac. Kiedy w Krakowie powstał taki sklep, Anioły nasze kochane zadbały, byśmy my Muchy mieli kilka ciekawych i miłych akcesoriów związanych z artystą, Alfonsem Mucha!  Tak więc mamy filiżanki do kawy (w codziennym użyciu!) i trzy ładne miseczki na czekoladki, ciasteczka – dodatek do kawy. 

Moja kawa jest zawsze ze spienionym pięknie uformowanym mlekiem i dodatkiem szczypty cynamonu (czasem czekolady). Chyba, że nachodzi mnie ochota na małą bardzo mocną kawę.

Kolorowe espresso

Double Espresso. Wtedy zmieniam filiżanki na inną kolekcję, także krakowską. Kupiłam ją wiele lat temu, gdy w Krakowie powstał sklep o ładnej filmowej nazwie “Pożegnanie z Afryką”.  Właściwie to była urokliwa kawiarnia z niesamowitym wyborem różnych kaw, świetnie zaparzanych i pięknie podawanych, na stolikach z beczek  i w afrykańskiej atmosferze. Wtedy można było kupić tam też różne nietypowe kawy i filiżanki. Kupiłam, dowiozłam do Houston  i od tego czasu ciągle służą mi tutaj. Bardzo je lubię. 

Filiżanki greckie

A obok – dwie filiżanki, które dostaliśmy w Gdańsku w 2021 roku od cioci Lili, wyciągnięte z naprawdę imponujących zbiorów. Z ładnym wzorem greckim i złoceniami z 24-karatowego złota. Cenna pamiątka.  Ciocia za kilka dni miała obchodzić swoje 90-te urodziny, była pełna radości i chęci przekazywania nam rodzinnych opowieści. I oczywiście ogromne ilości sernika, jagodzianek i innych polskich słodkości.

Mam też kolorowe filiżanki, przywiezione z Polski, w czasach gdy nie było takich ograniczeń “kilogramowych” o nowoczesnych wzorach, takie jak lubię. Niestety, jedna już się rozbiła. Obok tych filiżanek stoi sobie jeszcze, trochę podobna kolorem, ale w kształcie zupełnie inna. Za to w moim ulubionym kolorze, jaskrawo-seledynowym. Dostałam ją dawno temu, od dziewczyny, z którą pracowałam u dr ortodonty-chirurga (bo i tam mnie na jakiś czas życie rzuciło).  Była to dziwna, ale bardzo sympatyczna relacja. Utrzymywałyśmy ją tylko w pracy, ale naprawdę polubiłyśmy się. Nigdy potem już jej nie spotkałam. Pozostała mi tylko ta filiżanka – wspomnienie.  

Filiżanki „Mateuszowe” Moja ta od lewej 😀

Gdy odwiedziłam Polskę w 2019 roku wybrałyśmy się z moją przyjaciółką Łucją do Sandomierza. Byłam wtedy na etapie oglądania niektórych odcinków serialowych  “Ojca Mateusza” i miło było zobaczyć Sandomierz, miejsce akcji filmu a zarazem bardzo ładne miasteczko, które znałam tylko ze słyszenia. Okazało się, że jest tam filmowy sklep i na pamiątkę naszego pobytu kupiłam sobie oczywiście filiżankę z nadrukiem tytułowym, a Łucja dokupiła drugą dla mojego męża. Teraz od czasu do czasu w niedzielny poranek wracam filiżankowym sposobem do wspomnień z wycieczki do Sandomierza i nie tylko. To była nasz “babski” relaksowy wypad do spa, na długie wspólne wieczory, na nasze pogaduszki w miejsca, których ani nie pamiętałam, ani nie znałam z moich czasów młodości.  A filiżanki z Sandomierza są jednym ze wspomnień z tej podróży. 

Ulubione kubki kawowe mojego męża

W kuchni , obok mojego kącika kawowego, gdzie nad maszyną NESPRESSO wiszą “dzienne filiżanki” – jak je zwykłam nazywać, a nieco niżej leżą kawy tej samej firmy, wiszą też KUBKI kawowe mojego męża. Tak, tak!  Nie ma pomyłki, bo mój mąż odwrotnie niż ja – używa kubków na kawę. Ale tylko dwóch. Przynajmniej w domu. Dwóch ulubionych i ważnych. Jeden jest prezentem urodzinowym od wymienionych już wyżej Aniołów na jego 70 urodziny i jest ważny, bo został wymyślony i zrobiony przez nich w Polsce i ma dwie ważne informacje: z jednej strony herb Krakowa i rok 1951 a po przeciwnej stronie znak NASA i rok 2021 a pośrodku imię Wacek i liczbę 70.  Czyli jest  bardzo urodzinowy, pamiątkowy i ma swoje wyjątkowe miejsce! Drugi kubek ma też swoja historię, bo został “podmieniony” za kubek, który się rozbił (zupełnie nie mogę przypomnieć sobie dlaczego on był taki istotny!!?..) ale wiem na pewno, że te damskie super wysokie szpilki całkowicie rekompensują stratę tamtego kubka. I tu też zadziałały Anioły…

Ostatni prezent od mojej Beatki

A jak już rozglądniecie się po kuchni, bo bardzo macie ochotę na dobrą kawę, to zobaczycie jeszcze dwie małe niepozorne filiżanki – jedna stoi sobie samotnie z napisem LIMA, kupiona w Starbucks-ie.  Jest dla mnie bardzo ważna, bo chyba ostatni prezent jaki dostałam od Beatki, który przywiozła mi z wycieczki do Peru. Była już wtedy po wypadku, po wszystkich operacjach, rehabilitacjach i jeszcze raz wraz z koleżanką pojechała na zorganizowaną grupową wycieczkę. To było trudne doświadczenie, miała duże trudności z wytrzymaniem tempa wycieczki, dostosowaniem się do regulaminu, zainteresowaniem się programem. 

Zapomniała o prezentach, które zawsze kupowała najbliższym, ale w jakiś magiczny sposób przypomniała sobie o mnie już na lotnisku, wpadła do Starbucksa i kupiła tę filiżankę.  A ja – do dziś z sentymentem i miłością piję od czasu do czasu w niej małą czarną…

I jeszcze – ostatnia “zdobycz” z 2022. Mały ryneczek w krakowskiej dzielnicy Kazimierz. W „budach” trochę stylizowanych żydowskie kramiki sprzed ponad wieku, gdzie na stołach rozłożone były różne ciekawe i smakowite rzeczy – od słodyczy (ach, ta chałwa!!) wyrobów drewnianych, metalowych do biżuterii, zabawek… Artyści, którzy opowiadali o swoich pracach, a ja po prostu COŚ musiałam kupić 🙂. Kupiłam więc – dwie filiżanki połączone jednym ciekawym w kształcie talerzykiem. Małe – żeby łatwo przewieźć. Coś – żeby mieć wspomnienie z tego miejsca, w domu w Houston. Niestety, niedawno wypadła mi z ręki filiżanka i została już tylko jedna..  A parka wyglądała tak ładnie i…nietypowo. 

Kawowa filiżanka Ani W.

A na koniec dodam, że do historii “naszych” filiżanek dołączę śliczną wielokolorową, prosto z brytyjskiego sklepu – filiżankę Ani W., której to filiżance (a nie Przyjaciółce) nie mogłam się oprzeć, więc teraz ona też ma kawowe poranne (i nie tylko) własne cudo i może zacząć swoją kolekcję 🙂.

Od herbaty zaczęłam tę opowiastkę. I od niemal “zamierzchłych” czasów. 

Mimo, że balans smaków napojów w naszym domów się zmienił, to mamy wciąż kubki (na herbatę) i mamy herbatę.  Nie jestem smakoszem, nie jestem fun-en, ale zdarza mi się chcieć herbaty!  Bywa, że jest zimny dzień w Houston (pewnie nie wierzycie, ale tak się zdarza!), że boli mnie żołądek albo, albo.. 

I herbata na chwilę wraca do łask. 

Mam w domu herbatę czarną, ale jej nie lubię. Za to lubię herbatki owocowe, najbardziej malinową i cytrynową. 

I mam kubki, które też mają swoją historię, bo jakże by inaczej 🙂.

Ten od lewej więc to najnowszy – prezent od mojej najwierniejszej czytelniczki blogowej, Grażynki B.  nawiązujący do wpisu o “Alicji z Krainy Czarów” – poznajecie? Drugi – to kubek od koleżanek, który dostałam w dniu emerytalnego party, z napisem “ Today has been cancelled. Go back to bed”.  Trzeci – ma jeden z nieprzyzwoitych żarcików krakowskiego grafika, Andrzeja Mleczki (uwielbiam go!). Czwarty- jakaś (chyba 61) ekspedycja z NASA – a jakże! A ostatni – świąteczny, taki się zawsze w kolekcji garnuszków zaplącze… 🙂  

Macie takie?.. U mnie jakoś przetrwały 😂

W domu, zupełnie NIE wiem jakim sposobem zachował się dzbanek do herbaty wraz z cukierniczką i dzbanuszkiem do śmietanki. A może to kawowy zestaw? Choć na moje oko – jednak herbaciany.. 

I czajniczek (daję słowo, że przytargany z Polski, z naszego pierwszego domu! Mieliśmy jeszcze filiżanki biało-czarne, talerzyki i talerzyki do ciasta). Bardzo je kiedyś lubiłam, ale to tak jakby to było w innym życiu…

A teraz, by zamknąć już całą kawową i herbacianą opowieść, zasunąć szklane drzwiczki kredensu – jeszcze dwie filiżanki.. Te już naprawdę najstarsze jakie mam w swoim domu. Nie wiem ile mają lat, jak przetrwały i skąd się wzięły. Wiem, że dużo większy komplet, a właściwie dwa różne znajdowały się w serwantce moich rodziców i pochodziły z domu dziadków ze strony Taty. Czy to oni byli pierwszymi właścicielami? Nie wiem. Ile lat mają mieć te filiżanki, także nie wiem.  Skoro ja pamiętam je z domu rodzinnego już jako pamiątkę, to mogą mieć nawet około stu lat.  Pochodzą z Chin (i to nie tych współczesnych 🙂). 

Ta większa jest filiżanka herbaciana, ta mniejsza wygląda na kawową. 

Tyle mi pozostało. Myślę, że ktoś z naszej rodziny ma jeszcze część tego kompletu. 

Czy ja nie mówiłam, że każda filiżanka ma swoja duszę i własną historię?  

*****************

Mam nadzieję, że czytając ten wpis raczyliście się dobrą mocną kawą, może czarną albo z delikatną śmietanką lub ze spienionym mlekiem posypanym cynamonem lub czekoladą  w wybranej tylko dla siebie filiżance. 

No, ewentualnie… herbatką! 😃


BACK