Jak być dobrą dla siebie samej? Perfekcjonizm, czy było warto? 

02/02/2023

O, na to pytanie dziś już nam odpowiedź! 

Ta Książka – poradnik ma już dwie części. Myślę, że porada znaleziona w niej, z przymrużeniem oka, ale celnie ujmuje moją intencję 😂

Niestety, wiem że zbyt długo szukałam dróg, które pozwoliłyby mi określić, co to znaczy “być dobrą dla siebie”.  Jestem z pokolenia wychowanego w komunistycznej szkole, w czasach, gdy nauczyciel, rodzic czy nawet najbliższy przyjaciel nie czuł potrzeby, by nas chwalić.  Jako dzieci musieliśmy wykonywać swoje szkolne i domowe obowiązki najlepiej jak potrafiliśmy, ale nie byliśmy za dobrą robotę nagradzani. Co najwyżej – jeśli nie byliśmy krytykowani, nikt na nas tego dnia nie nakrzyczał, to wiedzieliśmy, że “jest dobrze”. 

Miałam dobrą ciepłą rodzinę, wiem, że rodzice mnie i brata kochali. Ale czy ktoś nam mówił: świetna robota! brawo! fantastycznie.. Czy słyszeliśmy od rodziców, wieczorem przed zaśnięciem, na dobranoc: jesteś cudowna, dziś zrobiłaś coś doskonale, bardzo cię kocham itd.?? Nie, bo takie były normy i praktyczne zasady wychowywania dzieci, zarówno w szkole jak i w domu. I wiem, że podobne zachowania i my jako rodzice, przez wiele lat stosowaliśmy do swoich dzieci. 😟

Minęło wiele lat zanim zorientowałam się, że bycie dobrą dla siebie zależy w dużym stopniu od tego, co dobrego dajemy innym, a przede wszystkim naszym własnym dzieciom – małym, dorastającym i też dorosłym.  

Dopiero gdy zamieszkałam w Ameryce, zrozumiałam jak ważna jest pozytywna motywacja. Ile trzeba mieć dla siebie tolerancji, łagodności i ciepła, żeby nie wejść w zamknięty krąg profesjonalizmu, który wcześniej czy później zacznie dusić.  Profesjonalizm, który przecież przez lata szkoły średniej (gdy już naprawdę zaczęłam rozumieć zależność zachowań międzyludzkich) a potem w pracy zawodowej był mi potrzebny, by zaistnieć i mieć swoje miejsce, osiągnąć jakiś mały, a potem trochę większy sukces.  Wykonywać swoją pracę lepiej i lepiej. Mieć kontrolę nad tym co robię, widzieć wciąż wysoko podniesioną poprzeczkę. Być dobrą, jeszcze lepszą niż wczoraj, mieć szansę, że mnie  inni zauważą, docenią, pochwalą choćby jednym słowem… 

Z dzieciństwa i młodości niewiele takich sytuacji pamiętam. Za to pamiętam, że gdy już miałam  dwadzieścia kilka lat, małe dzieci, męża, który wciąż gdzieś zawodowo wyjeżdżał,  ja MUSIAŁAM sobie poradzić! Być niezależną, odważną, perfekcyjną w zwykłych działaniach zwykłego dnia.  Odprowadzić dzieci do żłobka, do przedszkola, potem brnąć do pracy po śniegu albo w deszczu, przez park (pod prawdziwą górkę!).  W liceum, gdzie uczyłam, byłam najmłodszą polonistką (z trzech), więc potrzebowałam być tą najlepszą. Bo jak inaczej uczniowie mogli mnie zauważyć?  Pracowałam więc dodatkowo, organizowałam teatr, kabarety, studniówki, bardzo niekonwencjonalne wycieczki z młodzieżą. Wymyślałam nietypowe sprawdziany, lekcje, które nie mieściły się często w określonych normach uczenia w szkole. 

Miałam naprawdę dobre kontakty i fajne porozumienie z młodzieżą. Poświęcałam im przerwy międzylekcyjne na rozmowy, słuchałam ich problemów, rozmawiałam o tym wszystkim, o czym nastolatki chciały mi opowiedzieć. Moje wywiadówki z rodzicami przeciągały się i wychodziłam ze szkoły jako ostatnia. Rodzice też zawsze chcieli pogadać. Potrzebowali tego, a ja byłam do ich dyspozycji.  Chciałam być dobra w tym, co robiłam i myślę, że byłam.  Byłam też wtedy bardzo młoda, miałam ogromne pokłady  entuzjazmu i sił, chciałam być pedagogiem – profesjonalistką. Cokolwiek było do zrobienia w pracy, miałam skończone przed czasem. Wydawało mi się, że moje plany, moje metody, moje pomysły są wyjątkowe. Stawiałam sobie poprzeczkę bardzo wysoko, choć szybko zorientowałam się,że kariery nie zrobię. Były inne wymagania, a z tego “innego” nie zamierzałam skorzystać. (ech, polityka zawsze i wszędzie..) 

Nie będę głębiej roztrząsać tamtych czasów. Przez piętnaście lat byłam zwariowaną, ale dobrą nauczycielką. Wymagałam od uczniów dużo, ale lubiłam to, co robiłam i młodzież lubiła mnie. I wiem, że większość z nich lubiła także lekcje polskiego – literaturę, poezję, a to dla mnie było wielką nagrodą. Moje lekcje polskiego miały swoje “echo” wśród młodzieży. Wiadomo, jakie było podejście do szkolnych obowiązków w polskiej szkole w latach 70, 80-tych. 

Dziś szkoła w Polsce pewnie wygląda inaczej a ja nie mam ani podstaw ani prawa jej oceniać.  

Jako wychowawczyni, miałam (jak zresztą wszyscy nauczyciele) duże problemy z frekwencją na lekcjach. Na wszystkich konferencjach i zebraniach nauczycielskich był to jeden z głównych tematów do dyskusji. Młodzież nagminnie wagarowała, przynosili jakieś “lewe” usprawiedliwienia, bo można było mieć usprawiedliwienie od rodziców – czyli łatwo było oszukać, podpisać rodzica i wymyślić setki powodów, by nie być na lekcji. Grono nauczycielskie było bezsilne, co tu dużo mówić, młodzież nie lubiła szkoły, traktowała ją jako zło konieczne. System działał źle, wciąż tylko kary, oceny niedostateczne, zakazy, straszenia. Pochwał nie stosowano.. szkoda. Pamiętałam to z mojego dzieciństwa i własnej młodości. Bałam się szkoły i to w jakiś sposób zaważyło na całym życiu… 

Uczennice z mojej pierwszej klasy, gdy zaczęłam pracować w Liceum Medycznym.

W mojej klasie, gdy pierwszy raz byłam wychowawczynią wymyśliłam taki system: zeszyt, (ha,ha! komputerów nie było!!) a w nim każda uczennica (to były głównie dziewczęta, bo uczyłam w Liceum Medycznym Pielęgniarek i Opiekunek Dziecięcych) miała “swoją kartkę”.  Notatnik trzymałam u siebie, ale każda uczennica miała do niego dostęp. Mogły tam zapisywać swoje pytania, wkładać karteczki z problemami, o których chciały pogadać. A co najważniejsze – każda z nich miała ode mnie kredyt: jeden dzień w semestrze (w roku szkolnym były wtedy dwa semestry), który mogła wziąć sobie jako dzień wolny, bez usprawiedliwienia, bez spowiadania się “dlaczego, po co”. Wpisywała sobie datę i pilnowaliśmy, by to był uczciwie jeden dzień w semestrze. W zamian za to umówiłam się z nimi, że nie będą kłamać, oszukiwać, przynosić lewych zwolnień. To była umowa honorowa, kompletnie nieformalna i co tu dużo mówić, ogromnie dla mnie ryzykowna. Ale – okazało się, że zadziałało!  Większość uczennic pilnowała dat, rozmawiała ze mną dlaczego potrzebują dzień wolny.. Tłumaczyłam, że nawet powód iż dzień wolny jest potrzebny na leniuchowanie jest w porządku, jeśli może nam pomóc.  I powoli frekwencja klasy polepszyła się, a nasza współpraca była uczciwa. I może nie w stu procentach, ale powoli i konsekwentnie taki system zadziałał!! Dziewczyny szczerze rozmawiały, wpisywały swój dzień, nikt o tym nie wiedział, bo to była nasza cicha i “tajemnicza” umowa. 

Zaufanie? Coś w tym rodzaju.  Jeśli to działa z korzyścią dla obu stron.. 👍

Pamiętam spotkanie z rodzicami, na którym wyjaśniałam im jak ma to działać (bo przecież rodzicom musiałam powiedzieć prawdę.. )  Niektórzy mieli duże wątpliwości, było dużo pytań, patrzyli na mnie podejrzliwie. Ale i z rodzicami udało mi się zawrzeć układ. Oni też musieli wiedzieć, który dzień ich córka wykorzystała jako wolny od szkoły i że ma to być tylko JEDEN w semestrze.  Jakoś uwierzyli mi i co najważniejsze – zaufali własnym dzieciom.

Pilnowaliśmy się wzajemnie, kontrolowaliśmy wpisy w notatnik, dyskutowałyśmy i perfekcja w umowie działała. Tajemnica klasowa też!  🤐

Uważam, że to był jeden z moich dużych sukcesów wychowawczych.  Oczywiście, były różne problemy, bo życie szkolne i praca nauczyciela zawsze jest pełna problemów, ale było nam łatwiej dogadać się niż w innych klasach. No i na pewno moja klasa nie była w “czołówce” klas z najniższą frekwencją w szkole.

Perfekcjonizm w pracy zawodowej uważam za cechę pozytywną, choć można mieć także poważne zastrzeżenia. Perfekcjonizm nauczyciela może być trudny dla ucznia. Ale może go też wiele nauczyć. W tamtych czasach nie odczuwałam negatywnych elementów profesjonalizmu. Lubiłam moja pracę, byłam młoda i ogrom stresu mnie jeszcze nie zjadał. 

„Perfekcyjna” babcia czasem musiała jeździć na koniu. I zdarzyło mi się- na ATV (inaczej quad) ..

Trochę gorzej przekładało się to na życie domowe, rodzinne.  Nie zdawałam sobie sprawy, że moja wojownicza pozycja Matki, która MUSI wszystkiemu perfekcyjnie podołać, spalała mnie psychicznie. Był to powolny i długotrwały proces. Byłam i jestem osobą, która bardzo nie lubi jeśli trzeba zmienić planowane terminy, jak wyskakują nagłe zmiany w moim perfekcyjnym  przygotowaniu. Mijały lata, a ja wciąż musiałam wszystko mieć dopracowane i zrealizowane najlepiej jak potrafiłam. Wciągnęłam w to swoje dorastające dzieci, one także nauczyły się bardzo perfekcyjnego podejścia do szkoły, pracy i do dzisiaj widać tego piękne efekty. Mają sukcesy zawodowe, rodzinne, a było im trudniej niż wielu ich rówieśnikom, bo wraz z nami musiały przejść metamorfozę i przystosować się do nowej amerykańskiej szkoły, do systemu, którego w Polsce nie znały. Na szczęście, natura ma to do siebie, że młodym łatwiej odnaleźć się w “nowym”…

Z latami jednak wiele się zmieniło, a ja zaczęłam rozumieć, że w nowej rzeczywistości, w jakiej znalazłam się po przyjeździe do Houston, coraz trudniej stawiać sobie poprzeczki wyżej i wyżej.  

Próby próby.. zawsze jeszcze można lepiej!

Teatr Ogniska Polskiego, który założyłam i prowadziłam prawie dwadzieścia lat miał duże polonijne osiągnięcia i nie umniejszę tu sukcesów aktorów i całego zespołu pracującego, jeśli powiem, że dociskałam ich bardzo mocno.  W czasie wielogodzinnych prób, w każdej scenie, żartem czy na poważnie, późnym wieczorem w tygodniu czy w sobotnie i niedzielne dni – ćwiczyliśmy doprowadzając do perfekcji nasze teksty, piosenki, muzykę, dekoracje, kostiumy. Oczywiście, nasze możliwości pod wieloma względami były ograniczone, ale ile się dało, tyle “soków” wyciskałam z aktorów. I z siebie także!  Wtedy potrafiłam poświęcić długie godziny prywatnego życia, bo ktoś potrzebował dodatkowej próby, bo nie mógł przyjść na spotkanie grupy, bo jeszcze i jeszcze coś nie grało… 

Musiało być najlepiej jak potrafiłam, w teatrze musiało wszystko zagrać perfekcyjnie! 💪👍

Perfekcja 😀 z wnukami tez!!

Dziś z perspektywy przeżytych lat powiem szczerze – być perfekcjonistką, to nie najlepsza cecha człowieka. Owszem, dzięki niej osiągamy w życiu swoje cele, ale z czasem perfekcjonizm może nas zniszczyć. Albo – bardzo osłabić. Biegnąc w życiu “pod górkę” i wciąż pędząc do zadanego sobie celu, gubimy siebie. Swoje prawdziwe potrzeby. 

Książki i ogrom papierów, ćwiczeń do nauki języka polskiego. Jeśli jeszcze uczę – też musi być perfekcyjnie!
(koszulkę z takim napisem znalazłam w sieci. To juz tak- dla humoru 🤣)

Przez długie lata nie rozumiałam, że każdego dnia moje dążenie do idealnego ładu wprowadzało mnie w stres, a w tym coraz większym stresie i napięciu  nie dostrzegałam siebie. W domu musiało być wszystko ułożone według planu, żadnego poślizgu, zmian, kompletny brak elastyczności. Wokół mnie wiele napięcia i nerwowości, także dla tych, którzy byli i są koło mnie. A najgorsze, ze ja w tym wszystkim byłam ciągle zdenerwowana, szukająca co jeszcze mogę poprawić, zrobić lepiej, inaczej. Istny dom wariatów!!! 

Dopiero “starcza dojrzałość” i emerytalna perspektywa zmieniła mnie. No, może nie do końca, bo od czasu do czasu odzywa się we mnie poczucie, że muszę lepiej i że to co robię nie jest wystarczające. Ale już coraz rzadziej… 

Nadszedł dzień, gdy nagle mnie olśniło, że ja nie muszę jeśli nie chcę!  Nie muszę wciąż krytykować siebie, nie muszę być “na topie” w rodzinie, wśród koleżanek, przyjaciół.  Mogę sobie pozwolić na dzień – dwa niedoskonałości, lenistwa a przede wszystkim luzu, którego nie umiałam znaleźć w sobie przez wiele lat. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie spustoszenie robi mi w głowie pogoń za perfekcyjnością, doskonałością!  

Trudno zmienić swoją osobowość! Wiem, że praktycznie jest to niemożliwe. Ale można ją “podreperować”, uspokoić, wyciszyć. W miejsce podnoszenia wciąż życiowej poprzeczki zrozumiałam, że muszę spróbować znaleźć nowy styl życia, realistyczne małe cele, które bez szaleństwa potrafię osiągnąć. A jak nie osiągnę, to też jest dobrze! Już nie chcę gonić światełka z napisem “więcej i lepiej!”. Kreatywność tak, ale spokojna, wyważona, bezstresowa (oj, to dla mnie niełatwe!..). 

Perfekcjonizm to mocna cecha ale trudna!  Dla mnie osobiście już niekonieczna i nieprzydatna. I nie dlatego, że się starzeję, a dlatego, że tak teraz chcę! 

Wpisałam się w ten obrazek znaleziony w sieci. I podpisuję się także pod jego hasłem (🤔)

Już nie muszę bać się, że mnie inni wyśmieją, że muszę być dobra i bardzo dobra publicznie, że ktoś określi mnie jako kiepską matkę, złą żonę czy kogoś, kto nie poradził sobie w karierze zawodowej. Wszystkie te elementy życia nam już za sobą i skłamałabym, gdybym powiedziała, że tego nie doświadczyłam. 

Niestety, często uczymy się nowości za późno. Doświadczenia biją nas czasem bardzo dotkliwie i dopiero po latach odkrywamy, że można żyć inaczej. 

Mnie się udaje, ale wciąż nie do końca. Teraz jestem szczęśliwsza i stres, choć NIE jest mi obcy, gnębi mnie coraz rzadziej. 

Nie muszę być idealna, wręcz NIE CHCĘ. Nie boję się już krytyki, wiem, że nie trzeba być we wszystkim najlepszą. Wreszcie mam do siebie dystans, bywają jednak dni kiedy na chwilę “zawierucha” wraca.. 

Perfekcjonizm to zaleta czy wada? Perfekcjoniści, co wy o tym myślicie??

Cóż, jesteśmy niedoskonali, uczymy się każdego dnia.  Nie wiem jak wy – ale ja DZIŚ mam już do tego  prawo!

Dzisiaj bliższa mi jest medytacja nad sobą i moim życiem – myśl wyrażona w mało znanej piosence Seweryna Krajewskiego. Przymknij oczy i wsłuchaj się w siebie..


BACK

O tym, czym jest rozmowa dla ludzi i jak komunikowaliśmy się pół wieku temu

01/24/2023

Mam swój blog, piszę moje przemyślenia dość regularnie i traktuję je jako moją prywatną terapię i potrzebę w tym momencie mojego życia.  Wiem, że nie jest to blog popularny i pewnie niewiele osób go odwiedza i czyta.  Od początku, z założenia nie nastawiałam się na popularność czy zarabianie pieniędzy. 

Minęło już dwa lata (tuż tuż – za dwa tygodnie!) i ciągle oprócz pisania myślę o zmianach i ulepszeniach, bo przecież blog musi być żywy, kolorowy, musi przyciągać ewentualnie tych, co lubią właśnie w taki sposób się komunikować. 

Ale, co tu ukrywać, należę do pokolenia, które nie wyłapuje szybko internetowych możliwości, a co najważniejsze – nie umiem korzystać tak sprawnie jak młodzi z “marketingu blogowego”.  I pewnie za bardzo bym się nawet nad tym nie zastanawiała, gdyby nie to, że  sama śledzę różne blogi, czytam i podziwiam jak wielki i popularny jest to sposób komunikacji. 

Kilka fragmentów z setek blogów internetowych – m.in. blog „Alicja ma kota”

Kilka dni temu natknęłam się na listę 20 najciekawszych blogów tzn. “Lifetime”, bo te są najbliższe mojemu blogowi.  A wśród nich zainteresował mnie blog “Alicja ma kota”.

I tak sobie podczytywałam te wpisy, każdy ciekawy i intrygujący. I zatrzymałam się na dłuższą kontemplację nad wpisem pt. “Dlaczego cię nie ma? O tym jak zaczęłam komentować blogi”. Mam nadzieję, że autorka nie weźmie mi za złe, że skomentuję tu parę jej spostrzeżeń.

Pani Agnieszka – bo tak na imię ma autorka- ma wielu followersów (używam słowa  z komentarzy na polskich blogach, wyraźnie dziś w polskim słownictwie i mnie ten fakt nieco zaskoczył). Jej blog jest chętnie czytany i szeroko komentowany. I tu dowiedziałam się, że jest taka strona “Disqus” która pomaga radzić sobie z komentarzami do blogów, może pomóc z opanowaniem, formatem i opcjami wpisów. Oczywiście, nie miałam pojęcia, że takie coś jest.

No dobrze, może znajdę czas i douczę się nieco, ale zanim (kiedyś??) do tego dojdzie – powiem wam, co tak poruszyło mnie we wpisie “Alicji, co ma kota”, że aż stało się inspiracją dla mnie do dzisiejszego pogadania.  

Autorka jest młoda, utalentowana, ma “lekkie pióro” (to w kontekście dzisiejszej komunikacji wydaje się być.. nie na miejscu 😀). Opisując przeszłość komunikacji blogerka powraca do początku lat dwutysięcznych!  Na przestrzeni ostatnich 20 lat zauważa ogromne zmiany w świecie internetowej komunikacji, z rozrzewnieniem wspomina sposoby kontaktów w sieci na początku XXI wieku. Podane fakty, słownictwo i sposoby komunikacji w Internecie sprzed 20-u lat wtedy dla mnie były niezupełnie klarowne, a co dopiero teraz! Choć.. może dziś zdecydowanie głębiej się tym interesuję. 

Jestem na etapie czytania różnych blogów, zastanawiania się nad tymi, którzy je piszą, nad otwarciem ludzi wypowiadających się tak swobodnie. Jakże ogromną szansę daje Internet, tym którzy chcą pisać, mówić to, co potrzebują przekazać innym.  Zwłaszcza dla młodych to raj dla wyrzucenia tego, co w głowie się tłoczy i domaga się wyjścia do innych ludzi. Łatwo jest zauważyć, że zarówno wśród autorów blogów jak i ich czytelników są głównie ludzie młodzi. Ich język jest inny niż mój, znajomość technologicznych kruczków nieporównanie większa od mojej wiedzy.  

Ilu jest takich jak ja, którzy organizują i piszą blogi w wieku 60-70 więcej lat? Pewnie nikt takiej statystyki nie zrobił, ale jestem przekonana, że jesteśmy w maleńkiej grupie wszystkich blogerów. 

We wpisie pani Agnieszki uderzyła mnie zdecydowana i logiczna myśl: Bloger też człowiek! “Bloger, który ma bloga może nie czuć się fajny i doceniany” (cytuję z wpisu pani A.)

I dalej – zaskakujące w swej prostocie – uzasadnienie! 

Dlaczego na Facebooku klikamy lajki pod zdjęciami swoich przyjaciół – nawet gdy są to zdjęcia kotów, psów i dziesiątek innych zwierzątek, widoczków, wyrobów ręcznych, prostych sentencji. Mówię tu o zdjęciach bez podpisów, bez komentarzy,  bez twarzy ludzi nam bliskich czy znanych. Twój “kot” zostaje zauważony i doceniony setkami lajków (nic w tym złego!!), podczas gdy bloger spędzający godziny na napisaniu tekstu, oprawieniu go w zdjęcia, piosenki, wiersze, a przede wszystkim opublikowaniu swoich najintymniejszych myśli i dyskusji z samym sobą, swojej wiedzy, doświadczeń i chęci podzielenia się nimi, jest po prostu niezauważalny. Bloger, nawet jeśli ma swoich czytelników, jeśli ktoś dociera do jego wynurzeń, to najczęściej o tym nie wie. Nie wie autor blogu i nie wie potencjalny czytelnik, który twoim komentarzem mógłby zainspirować się do czytania. 

No właśnie – doszłam do sedna. KOMENTARZ. Jest przecież taka opcja pod każdym wpisem. Wystarczy podać swój e-mail, nawet nie musisz podać imienia – może być pseudonim/nick/ skrót imienia. Możesz napisać jedno- dwa zdania w okienku pod tekstem. Twój komentarz przychodzi do blogera w e-mailu i jeśli właściciel tekstu zgadza się na opublikowanie  kliknięciem, to komentarz nie musi być podpisany twoim prawdziwym imieniem, jeśli nie chcesz się ujawnić publicznie.

Jeden komentarz a ile przyjemności!!  A więc korzystam z okazji i dziękuję z całego serca tym, którzy komentują moje teksty i dodają swoje myśli i spostrzeżenia.  Mój mąż ujawnia się niemal zawsze w okienku pod wpisami, ale nie tylko on!  To dla mnie duża radość, choć nie jestem nastawiona na wielką czytelniczą inwazję ani na dyskusje na moim blogu. Mimo to – LUBIĘ te kilka waszych słów, te fakty dodane, wiersze i osobiste myśli, które nachodzą was po przeczytaniu moich „wypocin” 😂.

Mam cudowną czytelniczkę,  która niemal w kilka minut po opublikowaniu tekstu czyta i komentuje bardzo celnie moje wpisy. Niestety, uparcie przesyła je w sms-ie… 🙂.  Ale za to niezmiennie mnie raduje i zawsze czekam na jej pierwszą reakcję!! (nie mówiąc już od komentarzach od “czytelniczki- krytyczki” pierwowzoru moich wpisów – osoby, dzięki której udaje mi się uniknąć czasami dość głupich przeoczeń i błędów). 

Dlaczego o tym piszę?! O tak, na pewno chciałabym mieć więcej czytelników i więcej komentarzy!! Ale powód jest inny niż ten, który w tym momencie nasuwa wam się na myśl. Nie! Nie jestem  zarozumiała, ani egocentryczna, ani nawet nie jestem samochwałą, ani nie uważam się za “pępek w świata” z racji tego, że nagle zaczęłam pisać swój blog! Cieszy mnie fakt, że lubię to i robię to, co lubię. Więc jeśli ktoś lubi przeczytać co piszę, to jest mi jeszcze fajniej.  💕

Drugi, bardzo dla mnie istotny powód pisania blogu, to fakt, że blog jest jeszcze jednym sposobem komunikacji z innymi ludźmi.  I tu właśnie pojawia się już szereg moich własnych przemyśleń, nieco innych niż w blogu pani Agnieszki. 

Myślę, że mam dużo racji gdy powiem, że ludzie starszego pokolenia trzymają się swoich nawyków, także w czytaniu. Dlatego blogi nie są ich sposobem na “czytelnictwo”, którego uczono nas w szkole. Książka, czasopismo z interesującymi nas artykułami – to jest to, co dla nas starszych ma sens i co rozumiemy pod pojęciem czytania. Ja sama nadal uwielbiam książki w tradycyjnej postaci i nie odrzucam takiego sposobu czytania. Ale – z racji “blogowania” nauczyłam się korzystać z książek, które słucham jako audiobooki z aplikacji w telefonie. Czytam blogi, bo wymagają tylko kliknięcia w telefonie czy laptopie i można z nich skorzystać w każdej wolnej chwili – czekając w poczekalni do lekarza, w szkole – aż wnuk skończy zajęcia i odbiorę go do domu, na parkingu, bo mam chwilę przerwy na wypicie kawy ze Starbucksa. To wygodny sposób czytania, bo nie trzeba nosić ze sobą grubej książki czy dużego czasopisma. 

W sieci jest tyle samo protestów przeciwko komunikacji telefoniczno-internetowej ile jest też popierających technologię i komunikację w sieci.

 Moi znajomi czytają mniej niż kiedyś. I to zarówno moi rówieśnicy jak i młodzi. Albo – czytają w inny sposób i co innego. Wszyscy, niemal bez przerwy mamy w ręku  telefony, W każdym możliwym miejscu coś w nim dłubiemy, sprawdzamy, oglądamy, klikamy, lajkujemy (przysłowiowego kota! – nie obrażając właścicieli kotów, psów, itd.. W końcu ja też lubię czasem wstawić fotki rodzinnych zwierzaków i klikam pod ich zdjęciami) 🙂. 

Istnieją nawet wpisy blogowe poświęcone tematowi Emotek 😃

Portale społecznościowe zrobiły swoje i nauczyliśmy się z nich korzystać. Niestety, tak dogłębnie, że inne sposoby komunikowania się poszły w odstawkę.  😒🤔

Szukamy na forach społecznościowych wypowiedzi naszych znajomych, klikamy albo odpisujemy jednym słowem, jednym zdaniem albo nawet.. gotowym, przygotowanym dla nas na tę okazję znaczkiem, “emotką” czy jak to internet nazywa.

Tyle naszej ludzkiej komunikacji!  A gdzie czas na rozmowę, na pogaduchy, na wyjawienie swoich uczuć, wrażeń, na dłuższe wypowiedzi no i na spojrzenie w oczy drugiemu człowiekowi…?

Setki naszych spotkań towarzyskich- bogatych w rozmowy, żarty, winko i poczucie bliskości.

Tego żadna technologia nam nie zastąpi! Narzekamy bez przerwy, że nie mamy czasu (nie jestem tu wyjątkiem!) ale tak naprawdę, gdyby policzyć czas spędzony w samotności przy komputerze i na telefonie, to zyskalibyśmy wiele “wolnych” dodatkowych godzin. 

Kto pamięta czasy – 50 lat temu, czasy młodości mojego pokolenia, gdy przechodząc koło domu przyjaciółki czy kolegi, wbiegaliśmy szybko po schodach do znajomej klatki, pukaliśmy do drzwi i jeśli ktoś był w domu – od razu zapraszał nas na herbatę i ciasto upieczone własną ręką. Niezależnie co ktoś robił w tym momencie, przerywał tę robotę, bo gość przyszedł. I poświęcaliśmy najbliższą godzinkę – dwie na rozmowę. Na uśmiech żywy, na świeże myśli i zwyczajny prawdziwie ludzki kontakt. Nawet przysłowiowe pożyczenie soli po sąsiedzku było okazji do porozmawiania przez chwilę.

Z wakacji wysyłaliśmy do najbliższych pocztówki, poświęcaliśmy dużo czasu, by wybrać najładniejsze, pisaliśmy do każdego adresata nieco inne słowa, by były najbardziej personalne. 

Komunikacja mojego pokolenia-to ogniska z kiełbaską i piwem, herbatka w szklance, zakąski i wódeczka. Nawet dziecko piło herbatkę! (zdjęcia wybrane przypadkowo z lat 1974-91)

Spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy i potrafiliśmy stojąc przegadać pół godziny albo znacznie więcej. Czasem – pod parasolem, bo lał deszcz, czasem przytupując i zacierając zmarznięte ręce, bo mróz torturował nas trzymając mocno poniżej zera.  

Wpadaliśmy do siebie wieczorami i nie trzeba było przygotowywać dla gości specjalnego obiadu. Robiło się szybko małe kanapeczki, bo chleb i jakiś smalec ze skwarkami, ogóreczek, czy coś jeszcze podobnego zawsze się znalazło. Zakąska znalazła się od razu, wódeczka też często. Przyjęcia nie potrzebowaliśmy, żeby było fajnie! Telefonów było mało i kto by tam myślał, żeby wcześniej umawiać się ustalać godziny i plan spotkania.😆

Za to gadanie było zawsze! O wszystkim i wyczerpująco! Nie jednym zdaniem, nie tylko mrugnięciem czy za pomocą znaczka.. Czy było lepiej? Nie, tego NIE twierdzę. Było inaczej!! I na pewno w odczuciu mojego pokolenia – łatwiej, cieplej, bliżej drugiego człowieka.  W tym momencie Młodzi na pewno zakrzyczą mnie: Nie, to nie tak! My uważamy, że nasze sposoby komunikacji są tak samo dobre, jak kiedyś. My także mamy bliskich przyjaciół, swoje sposoby na pogadanie itd..”   

I mają rację. Swoją pokoleniową rację!  Ich komunikacja werbalna to właśnie komentarz pod wpisem na blogu, dyskusja na forach w sieci. Różnica jest taka, że młodzi MÓWIĄ w takich miejscach, a nasze pokolenie nie odzywa się, albo bardzo rzadko i mało. 

Starsi nie mają nawyku wypowiadania swoich sądów, opinii, porad czy pochwał publicznie. Nie byliśmy tego nauczeni w młodości. Pamiętam, że gdy byłam nauczycielką języka polskiego najtrudniejszą częścią lekcji było “sprowokować” młodzież do dyskusji np. o przeczytanej lekturze, o bohaterach, postawach, ocenach postępowania czy nawet o tzw. życiu. Jeśli zdarzyło się mieć w klasie dwie (góra, trzy osoby), które chciały podzielić się swoimi opiniami, to już był wielki sukces! Zazwyczaj było milczenie, pochylone głowy i pełna niechęć do otworzenia buzi czy wydania z siebie głosu. Nie wiem jak to robią w tutaj, że już nawet dzieci w przedszkolu, w najmłodszych klasach nie mają problemu ze swobodnym wypowiadaniem się w grupie.

Tak właśnie wyrosło pokolenie Młodych, które  chętnie się wypowiada, otwiera na blogach, forach internetowych i nie ma oporu w ujawnieniu własnego zdania. 

Myślę, że Internet zrobił w tej kwestii dużo “dobrego” – w sposób najpierw anonimowy a potem już bardziej otwarty, zachęcił  ludzi do publicznego wypowiadania się. Stąd tyle blogów, mediów społecznościowych, forum, gdzie można w sposób dowolny, dłuższy lub krótszy wysłowić swoje potrzeby i opinie. 

My, starsi wciąż bardziej cenimy sobie spotkania osobiste, czas na rozmowy twarzą w twarz, niezależnie od tego, czy to dwuosobowe spotkania czy w nieco szerszym gronie. Dlatego ja, moje przyjaciółki i koleżanki nieustająco pielęgnujemy i celebrujemy każdą możliwą okazję do spotkań (bez okazji też!!). Uwielbiamy nasze “babskie” lunche, wymyślone przez nas imprezy “z nazwą” lub bez. Wciąż nam się chce siebie, uwielbiamy plotki, ploteczki i pogaduchy. Lubimy też obiady w małym gronie w domu z przyjaciółmi, wspólny drink w barze czy wypad na weekendową wycieczkę. Dyskusje są gorące, wymiana poglądów wydaje się łatwiejsza, kiedy patrzymy na siebie i czujemy bratnią duszę tuż obok, a nie na ekranie komputera.  💻

Na koniec przyszła mi myśl, że jeśli chcecie dowodu na to, jak zmienił się świat komunikacji, to podrzucam wam propozycję oglądnięcia serialu “SEXIFY” wyprodukowanego przez Netflix (trwa emisja już drugiego sezonu).

Plakat serialu. Trzy główne bohaterki: Paulina- Maria Sobocińska, Natalia – Aleksandra Skraba i Monika – Sandra Drzymalska

Rzecz oczywiście o seksie – inaczej. Pozornie bez emocjonalno-miłosnej oprawy, bez kompleksów, nowocześnie i otwarcie. Wielu z nas będzie ten serial szokować. Mnie temat nie zszokował wcale, za to technika i sposób w jaki serial jest zrobiony – bardzo! Tempo akcji, humor bardzo “nowoczesny”, trochę już nierozumiany przez starsze pokolenie, środki audiowizualne – dźwięki,  elementy muzyczne, skróty komunikowania się przez sms-y w telefonie, które z prędkością światła pojawiają się na ekranie – Wow!!  Dużo tego i bardzo mocno!! 

Podziwiam pomysłowość autorów, grę aktorską trzech głównych bohaterek jakże różnych, a jednak odnajdujących się swobodnie w tym wirtualno – zwariowanym świecie. 

Film ma mocne przesłanie, sex-apka jest tu tylko motywem do pokazania starych jak świat problemów męsko-damskich (albo raczej damsko-męskich). 👩‍❤‍👨 Każdy może sobie ocenić to po swojemu. Za to technologia i jej współczesne zastosowanie w przekazie filmowym mnie osobiście zdumiała. Ciężko się odnaleźć i pojąć nam ten jakże inny temperament wypowiadania się, który na pewno bez trudności dociera dziś do młodych, ale dla nas.. Hhhmm – dużo musimy się jeszcze nauczyć.. 

Czy jednak  potrzebujemy takich zmian? Czy chcemy wejść w ten nowy wirtualny świat?  Ja – niekoniecznie. Choć uczę się wiele, fascynuje mnie inność kontaktów internetowych i nie mam nic przeciwko zmianom – pozostanę “pomiędzy”… i nadal będę uwielbiała z uściskiem ręki, spojrzeniem w oczy i pogadaniem w tempie mojego pokolenia. 💋

Bardzo lubię mój blog, dzięki któremu istnieję w sieci i mogę wypowiadać swoje myśli, wspomnienia i wciąż pojawiające się marzenia.

Ta piosenka Maryli Rodowicz ( uwielbiam Ją!) i Seweryna Krajewskiego przypomni starszym atmosferę czasów pogaduszek bez – internetowych, spotkań i plotek w „naszym” tempie.

I może Młodym też się spodoba??


BACK

Kalendarzowe rozważania o właściwym czasie

01/12/2023

Powitaliśmy Nowy 2023 Rok! To zawsze bardzo ekscytujący moment wieńczący grudniowe świąteczne szaleństwa.  Budzę się następnego dnia i odczuwam jakąś dziwna pustkę, ciszę. Czegoś mi brakuje, jakby coś nagle mi uciekło. A przecież nic się tak naprawdę nie zmieniło.  Kolejny dzień naszego życia. Gdyby nie było kalendarza nikt nie zwróciłby uwagi, że to następny “odliczany” rok. 

Mimo to – jak co roku, zdejmuję ze ściany tradycyjne kalendarze minionego roku (nigdy wcześniej! Jestem przesądna) 🙂 i zawieszam nowe. Czyste, niewypełnione żadnymi zapiskami, choć właściwie zapiski pojawiają się już bardzo sporadycznie, bo wszystko co ważne i istotne znajduje się w kalendarzach Google’a. 

Wciąż jest oświetlona choinka, jeszcze mamy świąteczną dekorację, którą tradycyjnie i uparcie trzymam do święta Trzech Króli (6 stycznia), ale już moje myśli krążą wokół konieczności sprzątania i pakowania dekoracji i wszystkiego, co świąteczne. I zawsze nieodmiennie ogarnia mnie wtedy smutek. 😔

(znalezione w sieci)

 I dopada poczucie upływu czasu, zamknięcia jakiegoś kolejnego rozdziału w życiu. A wraz z tym uczuciem dosięga niechęć do działania i mojej głowie wyraźnie potrzebna jest przerwa… Zanim urodzi się nowa energia, nowy pomysł,  zwyczajny cykl codziennego działania – jest pustka i cisza. 

A jednak – dzień po dniu rano budzi się słońce albo zachmurzone niebo. Każdego dnia znów nas coś boli, coś dręczy…  Ale obok niedomagań dzieje się tyle nowych dobrych rzeczy, wiele wydarzeń, które nas znów cieszą!

Wczoraj dostałam miłą wiadomość od mojej kuzynki, że jej córka właśnie miała swój piękny bal – Studniówkę. I przysłała mi kilka ślicznych fotek! Śliczna młoda przyszła maturzystka, szczęśliwa, bo to przecież jej pierwszy prawdziwy bal!  Bal, który tradycyjnie rozpoczyna się “polonezem”, do tańczenia którego młodzież solidnie przygotowuje się przez kilka tygodni. 

I nagle – przypomniała mi się moja studniówka. Skromna, ale wcale nie była mniej ważna. I poczułam się jakby to było w innym życiu! Milion lat temu.. Białe bluzki, czarne spódnice albo sukienki utrzymane w tonacji biało-czarnej. Chłopcy tylko z naszej klasy, bo nie mogliśmy zaprosić kolegów spoza szkoły. Tak, chyba już kiedyś o tym pisałam. A jednak wspomnienie wraca… A potem kolejne 17 może 18 studniówek, kiedy byłam nauczycielką w Liceum Medycznym i przeżywałam takie bale w zupełnie innej pozycji. Ale nigdy ten balowy wieczór Młodych nie był mi obojętny. Zawsze rozumiałam jak bardzo ważny jest dla tych, którzy mają swój “pierwszy bal”.  Choć były różne prywatki, spotkania, imprezy – STUDNIÓWKA jest tylko jedna! Ten pierwszy BAL, na sto dni przed maturą, przed egzaminem dojrzałości. Symboliczny bal, po którym już tylko trzeba się, uczyć, by zdać egzaminy. 📚 📘

Piękne dziewczyny, piękne suknie, niezapomniany Pierwszy BAL

Patrzę na te piękne młode dziewczyny, na suknie niemal jak z Hollywood, na nieznane mi z moich czasów długie rozcięcia sukien i czerwone podwiązki. 🙂 

Jak bardzo zewnętrzny świat się zmienił, a pierwszy Bal z dostojnym “polonezem” rozpoczynającym wieczór pozostał ten sam. 

I myślę sobie, że tradycja to piękna sprawa. Dopóki tradycja trwa i coś wspólnego łączy młode pokolenia z tymi starszymi, ziarenko dobra wciąż się odradza i kiełkuje od nowa.  Opakowanie zmienia się, pięknieje, ale młodość nadal pozostaje tak samo świeża i rozczulająca.  😢

W tych wspomnieniach styczniowych, balowych, studniówkowych przypomniałam sobie piosenkę, do której słowa napisała moja ukochana Agnieszka Osiecka, a śpiewała ją po raz pierwszy Kalina Jędrusik. Posłuchajcie, zrobi się jeszcze bardziej sentymentalnie i ciepło na sercu…

Wczoraj (8 stycznia) nasz najstarszy wnuk skończył 18 lat! To tylko liczba, symbol dorosłości, odpowiedzialności. Nic się nie zmienia, a jednak znów wraca poczucie minionego czasu. Dla młodych to dobry zwiastun. Otwiera się wiele nowych “okienek” – nowe wyzwania, nowe prawa, ale także odpowiedzialność za decyzje i poczynania i czas na psychiczne “odcięcie pępowiny”. Dla mnie – babci dorosłego wnuka (nigdy nie wyobrażałam sobie, że to nastąpi!) to silne ukłucie “wskazówki zegara” – tak, to już trzecie pokolenie w rodzinie zaczyna być dorosłe. A tak niedawno, niemal „wczoraj”, nasze dzieci wchodziły w dorosłość 😄. Ile emocji, wątpliwości było, gdy przeżywaliśmy to jako rodzice. 

 Przy wspólnym celebrowaniu 18-ki Christopha naszły nas wspomnienia, jak to było kiedy nasze dzieci miały 18-te urodziny. I choć nie było to „aż” tak dawno, okazało się, że pamięć dzieci – dziś rodziców – bardzo szwankuje. 🙂 Poszperałam więc w starych papierowych (ale już amerykańskich) zdjęciach i znalazłam obrazkowe przypomnienia 18-ki. Może nie odbyły się w restauracjach z wielkimi stekami, ale były także szczęśliwe specjalne, pełne gości i niespodzianek. To własnie na 18 urodziny oboje dostali swą pierwszą kartę kredytową.. To była dla nich wielka sprawa… Kilka migawek z tamtych celebracji (rok 1994- Kasia, 1997-Jacek)

Pokolenia- Dziadziuś i wnuki. Dorosły Christoph i prawie… dorosły Lukas (15)

Dziś nasze wnuki wchodzą w najpiękniejszy okres życia, a my znów patrzymy na to z łezką oku. Z dumą i radością, ale i trochę ze smutkiem..  🤔

Taka jest kolej rzeczy – sztafeta pokoleń. Wiem o tym jak każdy dorosły dojrzały człowiek. Ale ten “starzejący się” odczuwa to inaczej. Czas w ogóle to dziwny stwór. Jednego dnia ucieka nam zbyt szybko, innego dnia chcemy, by zatrzymał się i “biegł” znacznie wolniej niż godzina na zegarze.

Dziś boję się, że nie zdążę na odlatujący samolot i nie mogę doczekać się czekających mnie jutro wakacji.  Innego dnia chciałabym, by “dzisiaj” już minęło, by najgorszy dzień życia był poza mną..  Wszystko jest względne, zależne od nas samych. Czas NIE istnieje, to my go kształtujemy w sobie, niezależnie od zegara. 

Czas naprawdę wyznacza biologia. Czas wyznacza psychika człowieka. Każdy etap naszego życia ma swój czas. Ten WŁAŚCIWY CZAS. 

W moim wieku już wiem, że słowa “właściwy czas” jest najbardziej personalnym określeniem. Moje “dzisiaj” tylko mnie może wydawać się właściwe na.. 

Właśnie – na co i dlaczego?  Jak wiadomo, moda na noworoczne postanowienia nie przemija i slogan “new year resolution” znany jest każdemu. Moda – bo tak naprawdę kto zmienia swoje życie z powodu nadejścia kolejnego nowego roku? Nawet jeśli mamy taki zamiar, to bardzo rzadko udaje nam się to zrealizować. Nie wątpię, że są tacy, którym coś się udało i zaplanowane zmiany w nadchodzącym roku zrealizowali. Ale ja za bardzo w to nie wierzę. Nowy plan, postanowienia mogą zdarzyć się każdego dnia roku, czy to styczeń czy lipiec czy ponury listopad. Kalendarz nie jest nam do tego potrzebny. Za to  lista  elementów, które są pomocne do zmian w życiu może być długa i niekończąca się. 🙂  

Wszystkie najpopularniejsze porady typu:  schudnij, zacznij biegać, zmień pracę, zmień swój styl, zmień dietę, wyjedź na wymarzone wakacje, napisz książkę, zapisz się na siłownię, naucz się nowego obcego języka… brzmią jak lista pomysłów na dzisiaj, jutro, za tydzień, za pół roku, obojętnie kiedy nam się przydarzy.   

Czas jest w naszej głowie… (znalezione w sieci)

Mnie potrzebna jest lista moich aktualnych potrzeb życiowych – prostych, łatwych, niby niezauważalnych, ale kojących zamieszanie w głowie i w sercu. I taką listę – bez papierowej listy i punktowania wielkich działań potrzebuję zrobić.  

Spokój, pewność i świadomość, że mam własne odpowiedzi na każdy moment mojego obecnego życia… Budzę się rano i widzę, że pochmurno i pada deszcz. Nie będę się denerwować, że dziś brzydka pogoda, pomyślę, że deszcz ożywi mój ogródek, przeczyści powietrze, a ja będę mogła poczytać nową książkę.  Mam żal i pretensje do najbliższych, jestem zła, naburmuszona i zdenerwowana, sama buduję sobie niepotrzebne napięcie… na mojej “właściwej liście” jest konieczność spojrzenia z odwrotnej strony. Może ktoś mi bliski też miał zły dzień, może poszukuje swojego “właściwego momentu”, a ja wkroczyłam w ten intymny świat odczuć i znalazłam się tam niepotrzebnie?  Jutro będzie nowy dzień, to co nas łączy jest silniejsze i ważniejsze, trzeba dać sobie przestrzeń i czas, odezwać się dobrym słowem. To NIE jest łatwe. A jednak – na pewno łatwiejsze do wykonania niż plan odchudzania się.. Przynajmniej w moim wypadku. 🤣

Moja lista to szukanie zgody ze sobą, wykorzystanie energii własnej tak, by siebie nie krzywdzić. Nie dać się wciągnąć wydarzenia i rzeczy do zrobienia, których nie lubię!  I to jest bardzo trudne! Wiem, że nie należę do ludzi, którym łatwo przychodzi dokonywanie wyboru, bycie selektywnym. Nie umiem odmawiać, wycofać się z niewygodnego planu czy zadania. Ale się staram, staram się coraz częściej i lepiej. 

Nie odmawiam pomocy, wiele mogę dać innym, ale “dorosłam” już na tyle, że coraz częściej chcę coś zrobić także dla siebie.  Nie jestem samolubem, moja wyobraźnia często podsuwa mi pomysły zrobienia czegoś dla innych. Nigdy nie brakowało mi w tym energii. A jednak – mój “właściwy czas” domaga się coraz częściej, by to dla mnie ktoś inny coś zrobił..

Kiedyś taką cechę nazywano zaangażowaniem społecznym.  W pracy, czy na obozach harcerskich, na koloniach, w moim dawnym teatrze czy w różnego rodzaju organizacjach – brzmiało to dobrze i dawało poczucie zadowolenia i spełnienia. Organizowanie przeróżnych imprez, wydarzeń towarzyskich zawsze było fajne, ale oprócz satysfakcji bywało i rozżalenie, że w tym wirze pracy dla innych ja jestem tą osobą, dla której niewiele już zostaje z sukcesu. 

Dziś mam do tego inne podejście. Dzisiaj chcę tak żyć, bym mogła cieszyć się tym w całej pełni. Dzisiaj muszę być  selektywna, świadoma swojej wartości, choćby nikt inny tego nie dostrzegał.  Nie zostało już wiele czasu na bycie “w zgodzie ze sobą”, na nieuleganie naciskom, planom innych osób, na “wypada – nie wypada”! 

Ktoś czytając moje wynurzenia i powie: to nie są “new year resolutions”!  I będzie mieć rację.  Nie wierzę w odmianę siebie z kalendarzem. Wierzę w motywację każdego dnia i w każdym zadaniu, byle było istotne dla mojej głowy i mojego serca.  A że piszę o tym w styczniu? No cóż, tak się złożyło, że właśnie teraz przyszło mi to do głowy. 🙂

A jak już rozmyślam o “właściwym czasie”, to przychodzi mi do głowy, że takie właśnie określenie często służy nam za wymówkę. Czegoś nie robimy, bo nie jest “właściwy czas”, nie podejmujemy ważnej dla nas decyzji, bo to nie jest “właściwy czas”, nie pojedziemy na zaplanowany wyjazd chociaż bardzo chcemy bo.. to nie jest “właściwy czas” itd. itp… Wygodne, bo nawet nie musimy wymyślać szczegółowych powodów. Wystarczy powiedzieć sobie, że czas na realizację planu czy postanowienia nie jest dobry, właściwy. 

Bbbbuuuu… zupełnie inne, wręcz negatywne ujęcie czasu właściwego!  Nie mój styl i nie moja intencja. Ale potwierdza zasadność powiedzenia, że “kij ma zawsze dwa końce”. 

Człowiek ma jednak tendencję do organizowania swojego czasu, do poukładania wydarzeń. Kalendarz jest każdemu z nas potrzebny, choć ludzie korzystają z nich w różny sposób i nie dla każdego kalendarz jest tak samo ważny.  Ci uporządkowani będą mocno trzymać się dat i godzin, inni podchodzą do tego w luźny sposób i nie przywiązują do kalendarzowej kolejności nadmiernej wagi.  

Kalendarze bywają piękne, artystyczne, zwykłe z cyferkami, albo z bardzo  wymyślnymi obrazkami. Można znaleźć dziesiątki informacji dodatkowych z rożnych sfer życia, różnych kategorii. Czego to ludzie nie wymyślą, by się dobrze sprzedało. No i dobrze! Kalendarze to także ozdoba naszych ścian, biurek, zbyt pustych miejsc w domu. Mimo wielkiej popularności internetowych kalendarzy, w tym Google’a na pierwszym miejscu, wciąż lubimy te tradycyjne. 

Sami tworzymy kalendarze z rodzinnymi zdjęciami, by pamiętać wydarzenia przeszłe i każdego roku, każdego dnia móc spojrzeć na ukochaną twarz, na ulubione miejsce, na wydarzenie bliskie sercu.  

Dla każdego coś innego! Bez ograniczeń i z każdą motywacją. W tych 365 dniach roku znajdź i ty swój WŁAŚCIWY CZAS! Nie uciekaj, nie chowaj “głowy w piasek”, nie udawaj, że ciebie czas nie dotyczy. Nikomu z nas czas się nie cofa, nikomu nie przeskakuje co drugi rok.  Czas płynie  wszystkim jednakowo. Pozornie – jest sprawiedliwy. Ale tak naprawdę jak go wykorzystamy, jak potraktujemy czas przeznaczony tylko dla nas na tej Ziemi – zależy tylko od nas samych.  

Czy to początek roku, czy w kalendarzu lato w pełni,  czy już znów zbliżają się święta – czas jest twój, czas jest mój.  Tylko ja i ty możemy sprawić, by był TEN właściwy..

Na podsumowanie – przypomnę starą piosenkę uwielbianą przez moją Mamę. Najbardziej popularną była wersja w wykonaniu Piotra Szczepanika, który w latach 60-tych był idolem tamtego pokolenia. Ale mało kto wie, ze tę piosenkę śpiewała także Beata Tyszkiewicz a oryginalne pierwsze nagranie należy do Heleny Majdaniec. Mnie najbardziej podoba się interpretacja i wykonanie Zbigniewa Wodeckiego..

to tak a propo’s kalendarzy. 📅


BACK

Poświątecznie ale wciąż grudniowo

12/26/2022

Ho, Ho, Ho!!! 

 Zaczynam pisać te zdania wciąż w przedświątecznym nastroju, ale do głowy wpychają mi się myśli bardzo “obok-świąteczne”. 

Choć dookoła nastrojowo i grudniowo, bo przecież jesteśmy tuż tuż przed wigilią i  żyjemy w ferworze przygotowań kulinarnych, dekoracji, kupowania i pakowania prezentów, pisania kartek z życzeniami dla najbliższych, słuchania najpiękniejszych świątecznych piosenek i kolęd, to przychodzą mi na myśl takie wspomnienia, które choć zdarzyły się w grudniowym czasie, mogły przecież zdarzyć się każdego innego dnia. 

Tragiczne wydarzenia polityczne w Polsce czasów mojego pokolenia latach 70 i 1980-tych, które nastąpiły w grudniu, w miesiącu radości i oczekiwania świątecznego wydają się niepojęte i niemożliwe, a  były najbardziej prawdziwymi faktami naszego młodzieńczego życia.  Był śnieżny grudzień, jak każdego roku zmagaliśmy się ze zorganizowaniem brakujących artykułów spożywczych, by Boże Narodzenie było piękne i obfite, jak tego pragnął każdy Polak, każdy zwykły człowiek. Ale rząd  zamiast tego, co grudzień przynosi ludziom całego świata, nam zgotował strach, ciemne puste ulice, czołgi i patrole wojskowe i milicyjne kontrolujące każdy nasz ruch. 

W niedzielę rano, 13 grudnia 1981 roku pojechaliśmy na giełdę  kupić samochód, bo tak akurat nam wypadło w tym momencie życia. A wróciliśmy.. Tak, jakimś autem, ale bez szans na zatankowanie benzyny, bez radości posiadania nowego pojazdu dla rodziny, bez nadziei na następny dzień, że pójdziemy normalnie do pracy… W ciągu kilku godzin nasze życie wywróciło się do góry nogami a przede wszystkim przyniosło nam tyle niewiadomych, tyle pytań bez odpowiedzi, strachu w głowie i niepewności w sercu. Z godziny na godzinę traciliśmy grunt pod nogami, a marzenie o pięknej choince, prezentach, smażonym karpiu i kutii odsuwały się gdzieś daleko w zakamarki kompletnie “nie-grudniowych” przemyśleń. 

Mieliśmy wtedy małe kilkuletnie dzieci, oczekujące na gwiazdkę i Aniołka z prezentami, na wyjazd do Krakowa do Dziadków, z którymi co roku spędzaliśmy Boże Narodzenie. Co mogliśmy im powiedzieć, jak wytłumaczyć grozę kolejnych dni i zupełnie nie-świątecznych zachowań? 

Mimo braku czynnych telefonów, nieistniejącego jeszcze internetu, ograniczonej i kłamliwej informacji telewizyjnej – byliśmy coraz bardziej przygnębieni docierającymi do nas wiadomościami o internowaniu naszych przyjaciół, kolegów, o braku możliwości poruszania się po kraju, o godzinie policyjnej. Obserwowaliśmy od miesięcy puste półki w sklepach, patrzyliśmy ze smutkiem i niepewnością na jutrzejszy dzień, nie wiedzieliśmy jak obronić siebie i swoją rodzinę przed znikającą nadzieją świąteczną.  

Byliśmy jednak młodzi, a młodość ma swoje prawa. Młodość to siła, młodość nie ulega trudnościom, nie poddaje się.  Chcieliśmy żyć “normalnie”, chcieliśmy mieć święta, wigilię i bliskich ludzi wokół. 

W Krakowie- na Rynku, zdjęcie współczesne ale tamtej zimy też było śnieżno i biało w świąteczny czas…

Nawet w najbardziej trudnych momentach życia, w najbardziej dziwnych warunkach człowiek kurczowo trzyma się tradycji, zwyczajnego prawa do zwyczajnego, codziennego życia. Babcia Helenka sobie tylko znanym sposobem dowiozła z Krakowa do Sosnowca choinkę, prawdziwą pachnącą lasem, my jak tysiące innych Polaków zdobyliśmy w sklepie karpia, ugotowaliśmy barszczyk i podzieliliśmy się opłatkiem. Tylko  nie dojechaliśmy do Krakowa… To były święta, które spędzaliśmy z przyjaciółmi, ale bez rodziców i bliskiej rodziny, którzy pozostali w Krakowie…

Potem był Sylwester, tego roku nie było szalonego balu, bo nie mogliśmy się gromadzić, ale witaliśmy nadchodzący Nowy Rok 1982 z nadzieją w sercu, że mimo wszystko – będzie lepiej.. 

Długo nie było. Przeżyliśmy wiele ciężkich chwil, buntów, politycznych i społecznych rozrachunków, z którymi nie zgadzaliśmy się do końca.. Nie pogodziliśmy się i nie przyjęliśmy warunków “nowego porządku”.

Żyliśmy najlepiej jak potrafiliśmy. Szukaliśmy dróg, które miałyby nam wszystkim zapewnić lepszą przyszłość, a naszym dzieciom szanse na prawdziwe polskie spokojne i tradycyjne święta grudniowe następnego roku.  Dziesięć lat później przyjechaliśmy do Houston. Ale to już inna historia..

Życie nie toleruje próżni. Wypełnia każdą chwilę i nie daje szansy na pustkę. Buduje, dodaje skrzydeł, daje nadzieję, otwiera nowe kolejne drzwi… Życie oczekuje od nas ciągłej inwencji, nowych decyzji, akcji, pomysłów. Życie nie lubi leniuchów, ludzi nieruchawych, ospałych i bezczynnych.  

Życie także niosąc coraz to nowe wiosny i jesienie, śnieżne grudnie i kolejne kwitnące maje – pozwala człowiekowi być ciągle zajętym i zapomnieć to, co było trudne i co bolało. Każdy nowy dzień stawia przed nami ciekawe a czasem trudniejsze wyzwania i każe nam bezustannie patrzeć w przyszłość. Piąć się w górę i iść do przodu. Przeszłość jest po to, byśmy pamiętali doświadczenia, które nauczyły nas siły, odporności, wrażliwości i dobroci. Byśmy potrafili poradzić sobie z segregacją dobrych i złych nauk życiowych.  Przeszłość ma nas inspirować do działania, a nie zatrzymywać w rozpamiętywaniu tego, co było złe. 

Nie, nie chcemy zapomnieć. Ja nie chcę! Pamiętam tamten grudzień. Wspominam go każdego roku..  I doceniam, że każdego roku mocniej i głębiej rozumiem ciepło i świąteczną “normalność” kolejnego grudnia. 

Pamiętam inny grudniowy epizod w moim rodzinnym domu. Był dla mnie jak pierwszy „wstrząs elektryczny” w dziecięcym samodzielnym życiu.   

Nie wiem kiedy to mogło się wydarzyć, ale na pewno były to końcowe lata 60-te, może początek 70-tych. Byliśmy z bratem jeszcze dziećmi. Tata wymyślił kilkudniową podróż do byłej Jugosławii, jeden z jego zwariowanych pomysłów na “szybkie “ zarobienie dodatkowych pieniążków na świąteczne potrzeby, prezenty. Taki to był czas, że podróże z towarami wymiennymi w “tamtą stronę świata” były wtedy popularne, dostępne i przynosiły zawsze jakiś dodatkowy zarobek dla domu. Rzecz tylko w tym, że Tacie nagle przyszła do głowy ta niespodziewana podróż w pierwszych dniach grudnia, czego nikt przy zdrowych zmysłach w tym czasie nie robił. W owych czasach takie wyskoki podróżnicze łączące trochę przyjemności, trochę dreszczyku i ryzyka, no i trochę szans na dodatkowy zarobek, wielu Polaków organizowało w okresie wakacyjnym lub przynajmniej pogodowo “przyjaznym”. Może i w Jugosławii czy Bułgarii zimy były cieplejsze i nie tak śnieżne jak w Polsce , ale żeby tam dojechać trzeba było przekroczyć teren byłej Czechosłowacji, a tym samym góry Tatry, gdzie zima dopadała te rejony dość wcześnie, już w listopadzie, a drogi w wysokich górach często nie były przejezdne w grudniowym czasie. Z jakiegoś powodu Tata wymyślił tę krótką wycieczkę w początkowych dniach grudnia a Mama, tak zazwyczaj rozsądna i logiczna kobieta, dała się na tę wyprawę namówić.  

Oczywiście – wszystko było zorganizowane i domówione i wyglądało bardzo normalnie i bezpiecznie.. My z bratem zostaliśmy sami w domu. Doglądała nas nasza ciocia, niewiele starsza od nas, którą raczej uważaliśmy za starszą siostrę. Była w wieku, gdy interesowało ją wszystko inne, a zajmowanie się dzieciakami było na pewno ostatnią rzeczą na jej liście.

Gdy rodzice wyjeżdżali z domu (już nie pamiętam czy wtedy mieli poczciwą Syrenkę czy małego Trabanta czy może już czeską – na tamte czasy bardzo luksusową Skodę?) – było mroźno, ślisko, ale śnieg nie padał. Oczywiście o żadnych bezpiecznych zimowych oponach nie było mowy. Wiadomo, jakie auta- takie bezpieczeństwo… Mieliśmy przygotowane jedzenie, plan na kilka dni i wytyczne co i jak robić i nawet cieszyliśmy się na te kilka dni samodzielności i wolności. 

Tylko, że zaraz potem zaczęły się „nieprzewidziane” wielkie opady śniegu, zawieje, ślizgawice. Nie wiem w jaki sposób do kogo i przez kogo, dotarły do nas wieści, że rodzice mieli wypadek i utknęli w zaspie śnieżnej w górach, że ktoś wyciągał ich końmi czy traktorem, po wielu godzinach spędzonych w zimnym samochodzie..

Do dziś nie wiem, co tak naprawdę wydarzyło się w tej ich podróży, gdzie rodzice dotarli, kto im pomógł, co później się z nimi działo. Wrócili po kilku dniach i właściwie NIE pamiętam, żeby kiedykolwiek o tym opowiadali. Mama była bardzo przygaszona i ledwo pozbierała się, by zorganizować normalne w tamtym czasie święta rodzinne. 

Nie pamiętam wielu faktów i pewnie to, o czym wspominam jest bardzo wyrywkowe. Ale jedno pamiętam – ogromny dziecięcy strach, że rodzice mogą nigdy już do domu, do nas nie wrócić. W jednej chwili, z radosnego dziecka, które cieszyło się, że zostaliśmy w domu na kilka dni sami, że jesteśmy “dorośli” na tyle, że nie musimy być kontrolowani, bo potrafimy sobie poradzić sami – w jednym momencie poraził mnie wielki paraliż! NIE wiedziałam co mam dalej robić, przecież za chwilę mogę być sama, bez Mamy i Taty! Moja młoda wyobraźnia działała jak huragan! I nagle poczułam wielką odpowiedzialność za młodszego brata, dom, w którym jestem sama i przerażenie, że ja nie umiem, nie wiem co dalej… Panika dziecka, które poczuło pierwszy życiowy strach.

Dziś już naprawdę NIE pamiętam, jak długo to trwało,  kiedy rodzice wrócili (na szczęście nic im się wielkiego nie stało). Jedyne, co do dzisiaj pamiętam, a minęło już około 60 lat, że to też był grudzień i oczekiwanie na święta, które przecież mogły być dla nas zupełnie inne.. Był śnieg, był czas rodzinny, a ja pierwszy raz w życiu zrozumiałam, jakie to ważne być razem. Mieć rodzinę. I czekać wspólnie na wigilię przy wspólnym stole.  Tamtej wigilii nie pamiętam. Ale wiem, że ją mieliśmy, że tamten grudzień przyniósł mi lekcję rodzinnej miłości, którą zapamiętałam do dzisiaj. 

Grudzień kojarzy mi się także z milszym corocznym wydarzeniem – tradycyjnym w czasach mojej młodości kuligiem. Najpierw pamiętam wyprawy na kulig organizowane z pracy mojej Mamy. Był to zazwyczaj wyjazd autobusem do Bukowiny Tatrzańskiej albo Zakopanego na dwa dni. Wyjeżdżały całe rodziny w sobotę rano a popołudniu, kiedy już zaczynało się robić ciemno formowała się długa kolumna sań góralskich ciągniętych przez parskające koniki, powożone przez górali w charakterystycznych kożuchach i czapach futrzanych. W saniach były ciepłe grube futrzane nakrycia, byśmy nie zmarzli, bo prawie zawsze był siarczysty mróz. Mieliśmy pochodnie przyczepione do sań. I jeszcze do dużych sań często były doczepione małe sanki. Kto miał ochotę i jeszcze nie był całkiem zmarznięty mógł pędzić na małych sankach, które ciągle się przewracały i dostarczały wielkich śniegowych atrakcji. Po powrocie do chat górali (a może schronisk, zupełnie tego nie pamiętam..) my dzieci biegaliśmy bzikując, by rozgrzać się po długiej przejażdżce, a dorośli mieli swoje – wiadomo jakie- rozrywki :).

Ależ to stare zdjęcia! Takie kuligi mieliśmy na zimowiskach harcerskich w początkach lat 70-tych 🙂

Kiedy nieco dorosłam i zaczęłam każdej zimy w drugi dzień Świąt wyjeżdżać na zimowiska harcerskie, uczestniczyłam w kuligach, które były obowiązkową atrakcją naszych wakacji zimowych. Niestety, zdarzyło się i tak, że przez całe zimowisko nie było dostatecznej ilości śniegu i kulig musiał być odwołany. Nasze kuligi zazwyczaj składały się z jednych dużych sań, no może dwóch i długiego „pociągu” małych saneczek. I tu niestety zawsze było dużo problemów – a to sznurki nie wytrzymywały obciążenia i ciągle się urywały, a to sanki były niestabilne i wywracały się przy najłagodniejszym zakręcie (przypadkowo lub nie..) a to ktoś się gubił po drodze i trzeba było go szukać.. Zazwyczaj wracaliśmy kompletnie przemoczeni, przemarznięci do szpiku kości, zmordowani i nie zawsze najszczęśliwsi. 🙂 Jedną z najpopularniejszych zimowych piosenek była wtedy piosenka Skaldów ” Z kopyta kulig rwie”

(proszę zwrócić uwagę jakie stare nagranie udało mi się znaleźć 🙂

Nie wiem czy w Polsce nadal organizuje się takie kuligi i czy są tak popularne jak za mojej młodości. Zima bez kuligu, bez grzańca, a często ogniska i pieczonych kiełbasek na zakończenie była zimą „straconą”, nieprawdziwą. Moje wnuki takich kuligów już nie znają, choć atrakcji zimowych każdego roku mają mnóstwo, a na nartach jeżdżą znakomicie. Ale fakt – za to ja w zimie nigdy nie korzystałam z jacuzzi i na pewno wtedy nie miałam pojęcia co to jest… 😀😀

Grudzień jest jednym z dwunastu miesięcy w kalendarzu. Jak każdy inny miesiąc może przynieść nam dni szczęśliwe i dni trudne. Dzieci rodzą się każdego dnia, każda godzina przynosi komuś moment wzruszenia i wielkie niezapomniane przeżycie. Podobnie – może być chwilą gorzkiej łzy, smutnego pożegnania i wstrząsu dla naszego serca, któremu ciężko będzie przywrócić regularny człowieczy rytm.  

A jednak –  jest coś wyjątkowego w tym ostatnim miesiącu roku, coś magicznego ciepłego. Mimo mrozów i śniegu, krótkich dni i ciemnych wieczorów. Jest wiara. Wiara w dobro, które przynosi nam każdego roku pierwsza gwiazdka wigilijna zwiastująca  tradycyjnie narodzenie Jezusa. Czy jesteś religijna czy nie, nieważne jaką wiarę wyznajesz – w coś musisz wierzyć!!  Człowiek jest istotą myślącą, czującą i ma swój własny świat – w sercu, w myśli. Czasem dojrzale i spokojnie poukładany, czasem chaotyczny, wciąż poszukujący swojego własnego wizerunku i własnego w nim miejsca. 

Szukamy pomocy w znakach grudniowych: w dobrym niespodziewanym i szczęśliwym wydarzeniu, w mrugającej do nas gwiazdce na niebie, w ciepłym słowie listu, którego nie spodziewaliśmy się otrzymać. Chcemy wierzyć, że grudzień zamknie drzwi minionego roku na “cztery spusty” do wydarzeń, które były trudne czy smutne i otworzy na oścież  drzwi  dla nowych pięknych chwil, godzin i dni Nowego Roku. 

Miną dni świąteczne, chwilę odpoczniemy i będziemy szykować się na tradycyjne powitanie kolejnego Roku. Przed nami nowe wyzwania, wiele doświadczeń i wcale  się ich nie boimy. Albo boimy się.. Ale i tak idziemy do przodu bo “życie próżni nie toleruje”. 🙂  

W Houston w tym roku – przedświąteczna niespodzianka pogodowa! Wprawdzie na śnieg nie liczymy, ale zawitała do nas naprawdę zimowa temperatura i wszystko wskazuje na to, że uda nam się w dzień wigilijny założyć płaszcze a nawet futerka, jeśli ktoś takowe posiada. A ja mam (sztuczne, ale kto by się odważył teraz nosić prawdziwe! 🙂 Tak więc grudzień przyniósł nam zimową aurę i namiastkę temperatury blisko zera. A meteorolodzy straszą, że nawet poniżej zera będzie w wigilijną noc.. 

A to grudniowy śnieg na balkonie naszych krakowskich przyjaciół

Może to śmieszne i trudne do pojęcia dla tych w Polsce, którzy śnieg piękny i niemal codziennie świeży mają już od kilku tygodni, ale dla nas to duża niespodzianka pogodowa, no i całkowicie od nas niezależna. 🙂 

Podoba wam się taki Mikołaj? dla odmiany…

A jak już jesteśmy przy tym pogodowym temacie, to wyobraźcie sobie przez chwilę wigilijny wieczór w Australii – na plaży, gdzie upalne temperatury w dzień dochodzą do 25-35 C (no, może nie w każdej części Australii)

Tak, Świat jest ciekawy. I bardzo różny. Podobnie jak ludzie.

A może dlatego, że ludzie są różni, budujemy tak różne światy?..  

A na koniec – przymknijcie oczy, wspomnijcie swoje ważne grudniowe wydarzenia i posłuchajcie piosenki Haliny Mlynkovej..


BACK

Grudniowo, Aniołowo i z nadzieją

12/10/2022

Mam takich bardzo bliskich kochanych przyjaciół w Krakowie, którzy od wielu lat każdego roku wraz z kartką i świątecznymi życzeniami przysyłają nam książkę. Książkę o tematyce świątecznej, historyjki lekkie wzruszające, miękkie, puszyste.. Opowiastki niemal niewiarygodne, zawsze jednak kończą się szczęśliwie, bo jakże inaczej mogłyby zakończyć się – grudniowe, magiczne, gwiazdkowe? 

Wieloletnia kolekcja pozytywnej energii grudniowo-gwiazdkowej!

Każdego roku wiem, że będę tę książkę czytać, choć treść jest banalna i niewyszukana. I wiem, że mnie wzruszy, choć ani trochę nie wierzę w realne przesłanki takiej historii. Ale opowieści tych corocznych przyjacielskich podarunków zawsze  przynoszą nam wiarę w to, że dobro pokonuje zło, że miłość jest silna i pokona wszystkie przeciwności losu, że nadzieja nigdy nie powinna nas opuścić. 

“Kinga straciła dom, pracę i zaufanie najbliższych… Już nie ma siły, by walczyć o przetrwanie. Gdy w noc wigilijną spotyka bezwzględną i bezduszną dziennikarkę, życie obu kobiet odmienia się całkowicie..” Inna historia: „Wieś o dziwnej nazwie Poczekajka i mała żółta chatka na krańcu świata. Pogoń za marzeniem i szansa na jego spełnienie… Historia Julii, której życie wywraca się do góry nogami, a ona sama wyjeżdża w Bieszczady. A tam jej droga splata się z losem nowych przyjaciółek w willi przy ulicy o wdzięcznej nazwie Leśnych Dzwonków. Jest oczywiście grudniowa mroźna zima..” 

Czyż trzeba człowiekowi coś więcej, by był szczęśliwy w świąteczny czas? Na mojej półce stoi długi szereg książek, które każdego roku przynoszą nam wsparcie, pozytywną energię, ciepłą historyjkę, choćby miała być najbardziej nieprawdopodobna czy “cukierkowa”. To jeden z najbardziej ciepłych dla serca prezentów. Taka nasza “wigilijno-świąteczna” umowa, ktorą tylko my i moi przyjaciele – między sobą rozumiemy… 

To prawda jest, że uwielbiam powieści mocne, głębokie i psychologicznie skomplikowane, lubię filmy trzymające w napięciu aż do “utraty oddechu”, co nie przeszkadza mi mięknąć w grudniowy czas i poddać się ciepłu lekkiej lektury gwiazdkowych prezentów moich  Aniołowych przyjaciół. I powiem wam w tajemnicy, że nie tylko ja ulegam takim nastrojom w tym magicznym czasie. 🙂 I wcale a wcale ani na chwilę nie ukrywam tych lirycznych wzruszeń, tych tej łezki, która każdego roku pojawi się w oku. Magia grudniowego czaru działa…

Jedna z dziesiątek okładek książki „Baśń o dwunastu miesiącach” Nasze szkolne przedstawienie zrobione było na podstawie tej baśni ale scenariusz był dostosowany do możliwości uczniów 3 klasy.

Pamiętam, że w dzieciństwie na zakończenie roku kalendarzowego, tuż przed feriami zimowymi  wystawialiśmy takie przedstawienie o dwunastu miesiącach. Każdy miesiąc wychodził na scenę i ładnie opowiadał widzom, co ma najlepszego do zaoferowania. Oczywiście, te miesiące były bardzo polskie, bo luty był bardzo zimny i przynosił dzieciom piękny śnieg, jazdę na sankach i łyżwach, kwiecień zachwalał swoje pierwsze promienie cieþłego słońca, kwiaty kaczeńce, pierwiosnki i fiołki, a wrzesień oferował mnóstwo dorodnych owoców itd. Grudzień za to wchodził na scenę stary, zmęczony, z długą siwą brodą, bo był najstarszy ze wszystkich braci – miesięcy.

Pamiętam, że nasza pani  nauczycielka miała duże trudności, by namówić któreś z dzieci, żeby było zgodziło się zagrać rolę Grudnia. Bardzo nam się nie podobała rola staruszka. Ostatecznie jedna z dziewczynek zdecydowała się i bardzo dobrze się spisała! Nawet głos wypracowała sobie taki gruby, bardzo “zmęczony”.  Widzowie długo ją oklaskiwali. Nie pamiętam dokładnie, w której to było klasie, ale chyba nie później jak w trzeciej lub czwartej. 

Tak mi przyszło na myśl, że grudzień to taki miesiąc podsumowań całego roku, wszystkich innych miesięcy.  Miesiąc, w którym jeśli chcemy pomyśleć przez chwilę, pomiędzy szaleństwem zakupów prezentowych pod choinkę, między planowaniem tradycyjnego świątecznego menu na stół wigilijny – możemy przymknąć oczy i jak w dziecięcym przedstawieniu spojrzeć, co dobrego przyniósł nam każdy z minionych miesięcy ostatniego roku. Ile dobrych  rzeczy przydarzyło się, ile niezapomnianych chwil przeżyliśmy. Ale także – jak wiele potknięć, rozczarowań, kłopotów i smutków nas dotknęło. Każdego roku w styczniu patrzymy optymistycznie w nadchodzący nowy czas.  Amerykańska tradycja uwielbia snuć postanowienia, co chcemy zmienić na lepsze. “New year resolution” to bardzo popularne hasło pojawiające się w pierwszych tygodniach roku we wszystkich mediach, w rodzinnych rozmowach, w naszych prywatnych myślach i rozważaniach. Chyba nikt nigdy nie przebadał i nie zrobił rzetelnej statystyki ile z postanowień ludzkich zostało zrealizowanych, ale liczą sie dobre chęci i nadzieja, że coś się uda, że tym razem będzie lepiej łatwiej.  W końcu wszyscy wiemy, że motywacja jest bardzo ważna w naszym życiu.  

Taką rózgę pamiętam z dzieciństwa

Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką Mama kazała nam pisać listy do Świętego Mikołaja. Co ciekawe, zawsze mówiliśmy o nim: Święty Mikołaj a nie po prostu Mikołaj. To od pierwszego wrażenia przydawało Mikołajowi nobilitacji. Był postacią szanowaną, ważną, dobrą. Nie tylko tą, która przynosi prezenty, ale taką, która wie o nas dużo, obserwuje nas przez cały rok i jeśli byliśmy niegrzeczni może do prezentów dołączyć ostrzegawczą rózgę. Dzieci wiedziały, że Święty Mikołaj jest dobry i nie da dziecku tylko rózgi, ale jeśli dołączy do prezentu rózgę to znaczy, że wie o naszych różnych wybrykach w ciągu roku i ostrzega nas łagodnie, by się poprawić. 🙂

Kto dziś pamięta o rózgach? Były ładne, złote i srebrne, z kolorowymi wstążeczkami ze złoconą jemiołą.  My z bratem zawsze dostawaliśmy małe rózgi, a nasz Tata dostawał dużo większą. Mama śmiała się,że tata musi się bardzo postarać i poprawić do następnego roku. 🙂 

Taki „Aniołek ” asystował Świętemu Mikołajowi gdy przychodził do naszych i naszych przyjaciół dzieci. I dzieciom się podobał. Dzisiaj – dzieci mają większe wymagania 🙂 🙂

Dziś każdego roku szykuję prezenty od polskiego Mikołaja dla moich wnuków, uparcie podpisuję “od Świętego Mikołaja” choć oni już wyrośli z czasów wierzenia w jego istnienie, ale radochę mają nadal i nadal czekają na dzień 6 grudnia. A ja biegam i dostarczam prezenty tak, żeby znalazły się pod ich poduszką w nocy z 5 na 6 grudnia. Niestety, nie wiem czy ich rodzice dopełniają tradycji co do godziny…

To internetowe przesłanie otrzymałam od przyjaciółki – może dla śmiechu a może z sugestią co nam już dziś pozostało 🙂

Ja najchętniej dziś wierzyłabym nadal w moc Świętego Mikołaja i poprosiłabym go o prezenty bardzo praktyczne i przydatne dla starszych pań np. wygładzenie niechcianych zmarszczek, odebranie paru zbędnych kilogramów. Teraz modne są takie rysuneczki krążące w internecie. I określają to nawet, że ludzie nie pragną dostawać od Mikołaja, a proszą o “odbieranie”! Czy to ma być łatwiejszy proces dla współczesnego Mikołaja?? 

A może lepiej rozglądnąć się wokół i poszukać swojego Anioła. Anioła – Gabriela albo jakiegokolwiek innego, który byłby nam przychylny.  Zadbałby o mnie w następnym roku. Pilnowałby mnie w dzień i w nocy, roztaczałby aurę bezpieczeństwa wokół mnie, czułabym jego pomocną dłoń. 

Jeśli wierzyć w moce, to w anielskie. Grudzień na pewno takie ze sobą przynosi…

Takie były nasze jeżyki!! identyczne! delikatne piękne różnokolorowe. Niestety, w moim domu nie zachował się ani jeden (:

Każda grudniowa tradycja  to coroczna nadzieja, że następnego roku znów doczekamy jej kolejny raz. Będziemy ustawiać choinkę, wieszać na niej gwiazdki, pierniczki, łańcuchy zrobione w długie grudniowe wieczory. Im dalej sięgnę pamięcią tym więcej widzę ozdób, które robiliśmy z Mamą, czasami z jej siostrami, gdy odwiedzały nas z Gdańska. Uwielbiałam “jeżyki” – powstawały z cieniutkich bibułek misternie wycinanych najpierw w kółeczka, potem nacinanych do środka, a później na dobrze zaostrzonym ołówku końcówki wokół były rolowane i sklejane jak “igły” jeża. Wymagało to wielkiej precyzji. My dzieci,  długie lata nie mogliśmy się tego nauczyć! Gdy kilkanaście takich kółeczek związało się na nitkę powstawała kulka wyglądająca jak jeż. Niestety nie zachował mi się ani jeden, choć wydaje mi się, że przywiozłam taki do Stanów. Ale.. może tylko to takie wspomnienie-marzenie? Być może, że w naszej rodzinie w Polsce ktoś jeszcze ma taką ozdobę??  

wieszaliście takie długie twarde rurki? ? bo my TAK!!

Uwielbiałam także pakowanie cukierków czekoladowych i czekoladek, które zresztą niełatwo było zdobyć w tamtych czasach. Pakowaliśmy je w różno-kolorowe  bibułki, nacinaliśmy końcówki, żeby były ładne frędzle, a w środku jeszcze nakładaliśmy kolorowe złotka. Później najtrudniejszym zadaniem było wytrzymać do rozbierania choinki i zdjęcia cukierków, by je podzielić sprawiedliwie dla wszystkich domowników. Ale i tak zawsze znalazły się puste papierki sprytnie zawieszone bez cukierków. Nie muszę dodawać, że winnych, którzy je zjedli nie było. 🙂 Były też długie twarde cukierki – rurki w kolorowych celofanowych papierkach. Te były już gotowe do wieszania na choinkę, wystarczyło dowiązać sznureczek lub wstążeczkę.

Moje choinki dzieciństwa były podobne do tej – miały papierowe łańcuchy, jeżyki, pierniczki, złote orzechy, aniołki… Taką choinkę zapamiętałam

Malowaliśmy też orzechy na złoto i srebrno i zawieszaliśmy jako ozdoby. Robiliśmy maleńkie koszyczki, ptaszki z wydmuszek, zakładaliśmy cienkie świeczki na podstawkach – spinaczach… Dziś nikt już nie zna uroku tamtych choinek. Dzisiaj spędzamy czas (i mnóstwo pieniędzy) na wybieraniu coraz to nowych ozdób w sklepach. Owszem, ja także ulegam urokowi tych świecidełek, są ładne kolorowe, przyciągają oko i chce się mieć każdego roku coś nowego. Ale tradycja wspólnych wieczorów, rodzinnych pogaduszek, manualnych ćwiczeń i niezapomnianego uroku oczekiwania zatarła się bezpowrotnie. 

Ale nigdy nie ma pustki w życiu. Na miejsce tych wieczornych domowych przygotowań, gdy na ulicach było szaro i smutno, cicho głucho, dziś wystawy sklepowe rozświetlone są pięknymi świątecznymi dekoracjami na długo przed Bożym Narodzeniem. Muzyka świąteczna uprzyjemnia zakupy, a więc coś za coś. Jest inaczej, ale nie jest źle. 

Mój miniony rok był dla mnie trudny. Po raz pierwszy poczułam, że boję się iż czas realnie, NAJPRAWDZIWIEJ ucieka. Dla nas ucieka coraz szybciej. Tym bardziej trzeba chwytać chwile dobre, doceniać ich każdą wyjątkową sekundę. Takie momenty jak moje tegoroczne unikalne spotkanie “maturalne” po 50 latach, w majowym Krakowie, wakacje na Hawajach, o których marzyłam od pierwszego pobytu, by zdarzyło mi się tam kiedyś wrocić po raz drugi, cztery dni słuchania nieustającego szumu morza na przylądku w Maine, a przede wszystkim tych wszystkie chwile rodzinne i przyjacielskie, których dane mi było doświadczyć i przeżyć w tym roku są “perełkami życia”. Najcenniejszymi, co teraz dostrzegam jasno i wyraźnie. Co czuję ze zdwojonym biciem serca.  I to, że udało mi się przetrwać wszystkie trudności, wszystkie “życiowe schody” na które musieliśmy się wspinać..

Stary, piękny Świąteczny Grudniu! Przynieś mi i mojej rodzinie dobrego Anioła Stróża 2023, wiele kolorowej rodzinnej radości, zdrowia i sił i nadziei. Tak jak to robiłeś każdego poprzedniego roku. Bo grudzień to najstarszy z braci – miesięcy, najbardziej odpowiedzialny i ja jak co roku liczę na twoją moc i przychylność. 

Zostało ci dwadzieścia kilka dni twojego grudniowego urzędowania,  więc działaj prężnie, daj nam moją “grudniową książkową historię” .. 

Do następnego grudnia! 🙂 

A na koniec – optymistycznie: piosenka Magdy Beredy pt. ” Kto wie czy za rogiem nie stoi anioł z bogiem” w wykonaniu trójki bardzo młodych ludzi. Gdy tę piosenkę znalazłam ucieszyłam się, że nie tylko ja, babcia trójki dorastających wnuków potrzebuję anioła Stróża. Młodzi też o takim myślą, też chcieliby jego pomocnej dłoni. To napełnia mnie otuchą, że każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie o aniołach i liczy na ich opiekę..

Wiadomość dodana 27 grudnia: z ostatniej grudniowej chwili !

Dziś dotarła do mnie „Aniołowa grudniowa” przesyłka. Czyli – tradycja wypełniła swą misję. Grudniowy anioł w każdym sensie mnie nie opuszcza 🙂


BACK

Limit – gdzie jest moja ściana? 

11/26/2022

Jest takie popularne powiedzenie w języku angielskim: ” The sky’s the limit”.

Wersje tego sloganu ma kilka albo nawet kilkanaście wariantów, czasami nawet sprzecznych ze sobą. Jak wszystko w naszym życiu, każda wersja zależy od zakrętu, na którym się znajdujemy, od nastroju, od tematu, do którego potrzebujemy dostosować tę sentencję. 

Niebo nie ma limitu. Niebo jest nieograniczone. Niebo pomieści nasze marzenia, plany, działania. Niebo jest dla wszystkich: dla silnych ludzi i dla tych co zgubią się na chwilę i szukają drogi powrotu na właściwą ścieżkę. Niebo jest w dzień i w nocy. Jasne i słoneczne albo ciemno-granatowe rozświetlone tysiącem gwiazd. Ponure, zakryte chmurami albo radosne i ciepłe. 

Niebo jest dla każdego z nas. Obiecuje nadzieję tym, co nie boją się fruwać i otuchę tym, co potrzebują być otuleni ciepłem białych chmur. 

Niebo jest nadzieją dla ludzi. Jeśli sięgniesz marzeniami odważnie wyżej niż  niebo, osiągniesz wszystko, czego pragniesz. Spełnią się twoje marzenia…

Tak opowiadały bajki czytane w dzieciństwie przez Mamę i Babcię, tak zachęcają nauczyciele do nauki najmądrzejszych uczniów. Nie ma limitu, jeśli czegoś bardzo chcesz. Limit jest tam, gdzie wyznacza go twój wzrok i twoja myśl. 

To tyle tytułem ładnego wstępu.

A jak ma się do tego życie? Moje życie, moje doświadczenia i przemyślenia?  Pewnie trochę inaczej niż twoje. Pewnie także inaczej dzisiaj i zupełnie inaczej wczoraj czy 40 lat temu.  No i zapewne moja pamięć dziś już nie ogarnia pojęcia limitu z tamtych lat.  

Dziś, gdy moje życie ma już na koncie długą listę zdarzeń dobrych i gorszych, doświadczeń zaplanowanych i całkowicie przypadkowych, zwykłych małych codziennych i wielkich, które w dominujący sposób zaważyły na moim losie wiem, że wszystko ma swój limit. 

Limit w życiu jest trochę jak limit na karcie kredytowej. Najpierw myślimy, że w danej kwestii mamy mały “limicik”, potem okazuje się, że nie jest źle, nasz limit rośnie, czujemy jak potrafimy wycisnąć go jak sok z cytryny. Mamy sukcesy, zbliżamy się do przysłowiowego nieba… 

Mamy swój “właściwy czas” – właściwe miejsce na ziemi, właściwy moment wciąż trwa. 

Ale gdzieś powoli czai się granica, pojawia się nagle i znikąd – limit. Limit, którego już nie potrafimy pokonać. 

Ile razy zdarzyło się tak w naszym życiu? Ile zdarzeń zakończonych sukcesem, zrealizowanym marzeniem, a ile takich, gdy zatrzymaliśmy się na ścianie? 

Dlaczego tak się dzieje?  Co jest przyczyną tych naszych życiowych limitów? Tak naprawdę to wszystko może być limitem. Warunki zewnętrzne, na które w pewnym sensie (ale tylko częściowo) nie mamy wpływu jak np. miejsce urodzenia, stan finansowy rodziny, środowisko szkolne, historia rodziny…

Ale przede wszystkim my sami – MOJA osobowość. Siła mojego umysłu, moja wrażliwość, moje wykształcenie, oczytanie, otwarcie na potrzeby drugiego człowieka, siła woli wypracowana we własnym umyśle, sztuka nieulegania złym ludziom, nałogom, umiejętność odróżniania dobra od zła itd, itd.. Można by wymieniać jeszcze godzinami.  Wiadomo, nikt z nas nie posiada tych cech naraz,  ani w jednym czasie. Ich potrzeba posiadania, w zależności od sytuacji w której się znajdujemy, pojawia się i znika. Odnaleźć właściwy limit we właściwym momencie – to niełatwe zadanie życiowe. Nie usprawiedliwiam tu ani siebie, ani nikogo innego. Po prostu wiem, że nie zawsze nam się udaje, choćbyśmy bardzo się starali. 

Najtrudniej dla człowieka jest, gdy limit wybuduje się mam w zakamarku mózgu. I to tak głęboko, że sami już nie możemy sobie z tym poradzić. Takie limity najczęściej ujawniają się w relacjach międzyludzkich, w małżeństwach, związkach partnerskich, głębokich i długotrwałych przyjaźniach, relacjach pomiędzy rodzicami i dorosłymi dziećmi. Nawet najbardziej dojrzali, inteligentni i mądrzy ludzie, którzy w innych warunkach podjęliby rozsądne decyzje, w momencie gdy sytuacja dotyczy osobistego skomplikowanego układu, popełniają błędy nie zdając sobie sprawy z konsekwencji dla obu stron. 

Plakat z filmu „Granice wytrzymałości”- jednego z wielu opowiadającego o ludzkich limitach sił fizycznych i psychicznych..

Znów wrócę do literatury i filmów, bo takie problemy to “wspaniały” materiał literacki czy filmowy.  Tematy do dyskusji na forach psychologicznych, szansa dla terapeutów, by pomóc tym, którzy nie potrafią wyjść z toksycznych związków. 

LIMIT to czubek wysokiego drzewa, które rozrasta się w dziesiątki gałęzi: emocji, bólu, poczucia własnej małej wartości, niespełnionych marzeń, zazdrości, braku godności, żalu o przeszłe nieudane działania, złości, którą często nosimy w sobie, a nie umiemy się do tego przyznać i wiele wiele innych. 

Pojawia się emocjonalne uzależnienie. Rozrasta się w nas “drzewo limitu” – czasami przez wiele lat. Nie zdajemy sobie sprawy, że dotykamy przysłowiowej ściany, a to co wydaje nam się wyjściem, naprawdę jest prowizoryczną  ucieczką wraz z bocznymi “gałęziami” wad, które coraz bardziej przeszkadzają nam żyć. 

Biegasz? – masz limit czasowy na 3 mile, na maraton, Podnosisz ciężary?- masz swój limit na wyciskanie iluś tam kilogramów.  Piszesz książki – masz limit pracy umysłowej przy komputerze.. itd.  Jak to mówią dobitnie i po polsku (ale bardzo jednoznacznie!) “wyżej d… nie podskoczysz! “ 

Wszystko ma swój limit i każdy ma swój limit! Można go zmieniać wiele razy w życiu. Można nad limitem życiowym pracować. Nad tym fizycznym i tym w naszej “głowie”. Nie poddawać się i rozumieć, że mój limit może być blisko nieba. 

Ale niebo po prostu jest! A człowieczy limit bywa każdego dnia inny. I nigdy nie jest dany na zawsze.  

Jest wielu ludzi, którzy żyją po prostu z dnia na dzień. Nie zastanawiają się nad sobą i nad innymi wokół siebie. Nie mają potrzeby robić zbędnych analiz psychologicznych, ulepszać siebie czy ułatwiać życia innym ze sobą. Takim ludziom pewnie łatwiej poruszać się pomiędzy ludźmi, ale z nimi niełatwo przebywać.  

Młodzi ludzie mają bardziej otwarte podejście do życia, mniej kompleksów i zawiści. Ludzie starsi, zmęczeni doświadczeniami, wieloletnią pracą, często są zgorzkniali, zazdrośni, mają kompleksy, ukryte niespełnione marzenia, rożne frustracje, które się ujawniają w dziwnych sytuacjach. Nie, nie będę szczegółów opowiadać choć mogłabym dużo podać przykładów.  Wszyscy takie znajdujemy na własnym podwórku. 

Zasadniczo nie lubię statystyki i wykresów, bo wyzute są emocji, ciepła i nazwijmy to.. ludzkich pierwiastków. A jednak – bywają przydatne, by uzmysłowić nam rysunek tego, co opisowo każdy z nas odbiera w nieco inny, osobisty sposób. 

Trzy pokolenia silnych kobiet w naszej rodzinie.

Gdyby nasze życie zapisywało się linią taką jak wykres pracy serca na EKG, łatwo byłoby nam odczytać, że w chwilach najwyżej położonych punktów na wykresie “coś” na drodze życiowej się wydarzyło.  Ten punkt szczytowy to “ściana” – limit naszej wytrzymałości. Punkt, którego już nie możemy przekroczyć. Granica nie do przekroczenia. Moja granica. Może jeszcze nie twoja. I nie jego, nie jej… 

Moja Synowa take należy do grona silnych kobiet. „Mocną ręką” trzyma życie rodzinne pod kontrolą.

Należę do kobiet silnych. Jak większość kobiet w mojej rodzinie. Moja Mama była silna kobietą i poradziła sobie z wieloma bardzo trudnymi sytuacjami. Moja córka jest też silna. Nie wiem czy to tak do końca dobrze. Pewnie tak, choć czasem, przyznaję, chciałabym być słabą kobietą, którą chociaż przez chwilę silny mężczyzna zaopiekowałby się jak dawny rycerz z pięknej bajki… Ale bajki to bajki, a w życiu trzeba sobie radzić. I tak radzimy sobie, my kobiety, od pokoleń. Widać – znacznie lepiej niż panowie. Choć jak widać, żadna z nas feministką do końca nie jest i każda z nas faceta koło siebie ma.  

Takich momentów mamy wiele w życiu, a przynajmniej kilka. Czasem zauważamy je szybko a czasem zapieramy się, zamykamy oczy, zatykamy uszy i nie chcemy o nich wiedzieć. Bywa, że radzimy sobie sami i szybko, bywa i odwrotnie… 

Mój życiowy wykres wiele razy uświadomił mi, że limit mi się wyczerpał i trzeba było coś zmienić.  Wiele razy zmieniałam, postanawiałam, walczyłam. Udawało się, czasem na dłużej, czasem na krócej.  

Choć wydaje nam się, że starzejąc się maleją nasze siły, nie mamy już ochoty na zmiany, na walkę, że poddajemy się, tracimy poczucie własnej wartości i powoli jest nam wszystko jedno. 

Ze zdziwieniem odkryłam niedawno, że tak nie jest. Im więcej mam doświadczeń i im dłużej zastanawiam się nad sobą i moim życiem, tym mocniej budzi się we mnie poczucie, że chcę jeszcze przeżyć kilka dobrych lat “po swojemu”. Bez uzależnienia, bez poczucia limitu, bez smutku i tolerowania tego, czego NIE lubię obok siebie. 

Powoli rozumiem, że nietolerowanie tego, czego nie lubie, nie jest równoznaczne ze jestem samolubna, bo NIE jestem.  Chcę żyć zgodnie z moimi wartościami, to znaczy, że nie muszę się zgadzać na to, co mi nie odpowiada.

Tolerancja, to pogodzenie racji obu stron, a nie tylko JEDNEJ. Kompromis to wielka sztuka i muszą ją opanować obie strony, niezależnie w jakim są związku! 

Wykres życia ma nie tylko punkty ekstremalne na czubku wykresu, ale także takie, które znajdują się na samym dole. Depresje – dołki życiowe. Okropne chwile – łzy, koszmarne sny albo brak snu, manie prześladowcze, strach, nerwowe bicie serca, spocone ręce.. Bywało, że trwało to kilka dni i udało się pozbierać w “jedną całość”.

Bywa, że potrzebna jest pomoc bliskiej osoby, życzliwej przyjaciółki albo po prostu terapia fachowa obcego, terapeuty czy psychologa. Życie zapętli się czasem tak mocno, że nie dajemy rady. I takie doświadczenia też dotykają… Wszystko jest ludzkie, wszystko może się wydarzyć.

Świat tak jest urządzony, że psychologia czy matematyka, statystyka czy medycyna, literatura czy psychiatria – wszystko splata się razem i współgra w człowieku, dla człowieka i o człowieku.  Choćbyśmy wmawiali sobie, że nas to nie dotyczy, że nic nas to nie obchodzi i udawali, że jesteśmy tak wybitną i niezależną jednostką ludzką, iż ze wszystkim  możemy poradzić sobie sami – nie uwierzę. 

Niebo jest jedno i dla wszystkich. Piękne i nie ma limitu. Ale limit jest indywidualny dla każdego z nas. I operowanie nim jest tak trudne, jak trudny i skomplikowany jest mózg i…serce każdego z nas.

p.s Sentencje i zdjęcia znalezione w necie (oprócz rodzinnych)


BLOCK

 W ciszy i mroku. Jak pojąć inny świat ?

    11/14/2022

(Uwaga! mogą być spoilery)

Żyję w świecie normalnym, jak większość ludzi. Każdego dnia moje zmysły napotykają wrażenia dotyku, smaku, koloru, muzyki. Odczuwam każde drgnienie liścia, każdy dźwięk przejeżdżającego samochodu, płaczącego dziecka, bicia mojego serca. Jestem taka jak inni. A przecież jestem inna.

O swej inności najczęściej myślimy wtedy, gdy patrzymy w lustro, gdy przemawia do nas obraz wewnętrzny. Porównujemy siebie, myślimy o swej inności, czasem z pozytywnym odczuciem a czasem wręcz przeciwnie. Pojawia się w nas frustracja, negacja, złość i zniechęcenie. Patrzymy na siebie – normalnych zwykłych ludzi w kontekście takich samych, którzy codziennie nas  otaczają. 

Jak często zastanawiamy się, że na świecie żyją ludzie, którym los poskąpił jakiejś części elementu “ludzkiego” wyposażenia? Są wśród nas tacy, którym nie dane było od urodzenia zobaczyć słońca, kolorów, piękna przyrody, twarzy matki. Pośród nas żyją tacy, którzy nigdy nie usłyszeli żadnego dźwięku. Ani własnego płaczu, ani wołania matki, ani muzyki, ani krzyku przerażenia. Czy taki ktoś jak ja, jak ty, potrafi sobie wyobrazić istnienie a raczej współistnienie człowieka niepełnosprawnego z naszym “normalnym” światem? 

Nikt – tylko ci, których los wybrał do zmagania się z tym problemem co dzień.

Rozważania nad tym tematem naszły  mnie po obejrzeniu dwóch filmów wyświetlanych niedawno  na Polskim Festiwalu Filmowym w Houston: “Sonata” i “Ikar. Legenda Mietka Kosza”.

Nie są to pierwsze filmy, które dotykają takich tematów (zresztą w zupełnie różny sposób) i nie jest moją intencją wystawić im laurkę czy napisać recenzję. Raczej – podziękować twórcom, że dzięki tym filmom wróciło do mnie kilka ważnych wspomnień i przemyśleń.  Nie zdawałam sobie sprawy, jak wcześnie zetknęłam się z problemem głuchoty. Zupełnie przypadkowo moja Mama dostała pracę jako księgowa w Spółdzielni Inwalidów Głuchoniemych “Trud” w Krakowie. Wprawdzie w samym biurze nie zatrudniali pracowników głuchoniemych, ale już w zakładzie produkcyjnym tak. Miałam chyba siedem lat, gdy Mama poszła do pracy i nie za bardzo orientowałam się w tym organizacyjnym systemie, ale za to szybko okazało się, że Mama zaangażowała się w pracy społecznej i zaczęła udzielać się między innymi w organizowaniu imprez mikołajkowych w szkole specjalnej dla dzieci głuchoniemych. Tam jako mała dziewczynka spotkałam dzieci niesłyszące, używające języka migowego i w zupełnie instynktowny, naturalny dla dzieci sposób zorientowałam się, że te dzieci bawią się tak samo jak my. Śmieją się, biegają, ba – nawet przygotowały kiedyś przedstawienie jasełkowe! Szybko dotarło do mnie, że mogę z tymi dziećmi bawić się tak samo jak z moimi koleżankami, muszę tylko nieco zmodyfikować swoje rozumienie ich mowy i sposobu porozumiewania się. Oczywiście, nie było to długo trwające doświadczenie. Kilka razy, kilka godzin, bo potem już wyrosłam z tej tradycji, ale zapamiętałam gdzieś głęboko w mojej podświadomości, że głuchota nie musi być wielka przeszkodą w radości rozumienia świata..  

Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że co innego jest porozumiewanie się między ludźmi, zabawa na podwórku, a co innego inne formy słyszenia jak np. odbieranie dźwięków muzycznych, dźwięków ostrzegających przed niebezpieczeństwem, odgłosów natury itp. Wszystko to przyszło z czasem, z doświadczeniami, które płynęły wraz z życiem. 

Literatura i filmy setki razy przekazały nam obrazy fascynujące na temat ludzkich inności, niejednokrotnie wskazując na niesamowite umiejętności przystosowania innych zmysłów, by mogły zastąpić te, których czasem człowiekowi brakuje.  A także jak drugi człowiek, stojący obok potrafi zrozumieć, dopasować siebie jako idealnie brakujący kawałek puzzla , by życie było znośne, normalne i dobre. Często historie te wzruszają do łez, poruszają najgłębsze struny człowieczeństwa, dają nadzieję, że potrafimy ułożyć życie nawet wtedy, gdy jest podziurawione. 

Niestety –  jest i druga strona “medalu”. Jest samotność człowieka niepełnosprawnego, brak wsparcia, poczucie odrzucenia. O tym też mówią filmy, malarstwo, powieści i fakty życia. O tym opowiada najnowszy film Macieja Pieprzycy “Ikar. Legenda Mietka Kosza” 

Wiele lat  temu, gdy byliśmy młodym małżeństwem mieliśmy bardzo dobrego kolegę, który był niewidomy.  Był trochę od nas młodszy, ale bardzo wtedy przyjaźniliśmy się. Mądry, wykształcony, ukończył anglistykę (dzienne studia, a były to lata 80-te więc technicznie nie było to takie proste jak dzisiaj), oczytany, często spędzaliśmy czas razem w grupie wielu przyjaciół, którzy jako młodzi humaniści zafascynowani literaturą mogli na tematy literackie przegadywać całe noce. Nasz kolega czuł się w tym towarzystwie świetnie, nigdy jego ułomność go nie krępowała, śmiał się sam z siebie, a powiedzenie  “ Co ty nie widzisz jak idziesz, ślepy jesteś, czy co?” – gdy gdzieś się obił o stolik, było dla niego zawsze przyczynkiem do wybuchu śmiechu i szybkiej inteligentnej riposty. Miał niesamowity zmysł organizacyjny, orientował się tak dobrze i szybko we wszystkim, że do dziś jest to dla mnie zagadką – JAK??   

Szybko przyzwyczailiśmy się do jego “normalności”, choć gdy dzisiaj o tym myślę mam wątpliwości czy nasze reakcje były właściwe. 

Pewnego razu, gdy już mieliśmy drugie dziecko, bardzo chcieliśmy mieć piętrowe łóżeczko dla dzieci. Podobało nam się takie z niemieckiego katalogu. Oczywiście, nie było mowy, żeby na początku lat 80-tych coś takiego znaleźć w Polsce! I wtedy W. zaproponował, że on ma kuzyna – stolarza gdzieś w połowie drogi pomiędzy Sosnowcem a Krakowem i zapyta go czy mógłby nam takie łóżeczko zbudować. Ucieszyliśmy się bardzo choć nigdy takiego doświadczenia jeszcze nie mieliśmy. Długo dyskutowaliśmy z W. jak to łóżeczko wygląda, opowiadaliśmy mu jakie jest, na czym nam zależy, opisywaliśmy obrazek. Zrobiliśmy wymiary i wysłaliśmy wszystko do kuzyna – stolarza.  Po jakimś czasie pojechałam tam ze “Ślepym ” (przepraszam, że tak o nim mówię, ale tak go nazywaliśmy i tak on nazywał siebie) i łóżeczko stało skręcone, prawie gotowe. Oczywiście nie było pomalowane, to mieliśmy już skończyć w domu. Poza tym i tak trzeba je było rozkręcić, bo oczywiście do transportu miał nam posłużyć nasz “Maluch”.  I wtedy W. zaczął przesuwać rękami, palcami po całym łóżku, po ramie, po połączeniach, po śrubach i “odczytywał” każdą najdrobniejszą niezgodność z planem! Tu krzywe, tu za krótkie, tu jest za pochyłe, to niedokładnie gładkie.. Już nie pamiętam, ale stałam jak oniemiała!! Nie mogłam pojąć jak to możliwe, że on to widzi!! Bo tak powiedział.. Ja to widzę. Przecież pamiętam z planu i “widzę”, że tu jest nie tak… I kuzyn się zgodził z jego uwagami i po kilku dniach wszystko poprawił. Łóżeczko naprawdę było idealne. My pewnie nigdy nie zauważylibyśmy tych niedociągnięć. To był tak niesamowity mebel, na owe czasy wzbudzał zazdrość wszystkich znajomych dzieci. Pomalowaliśmy je na kolor granatowo-biały i było piękniejsze nawet niż to na katalogowym obrazku.  Przez wiele lat było to ulubione miejsce zabaw dzieciaków, które do nas przychodziły. Kto wtedy mógł mieć piętrowe łóżeczko? Takich “rarytasów” w sklepach meblowych jeszcze nie było..

Nie mam pojęcia jak w wyobraźni W. funkcjonował plan wymiarowy mebla, którego nie mógł nigdy widzieć, jak potrafił to wymierzyć, sprawdzić. Gdyby mi to ktoś opowiedział, powiedziałabym, że fajną opowiastkę wymyślił… ale ja naprawdę tam byłam! Ja to widziałam (własnymi zdrowymi oczami!) i nic a nic nie zmyśliłam! 

Przeszukałam kolejny raz wszystkie przywiezione z Polski i zachowane po dziś dzień zdjęcia i nie znalazłam żadnego, gdzie zachowałoby się nasze piętrowe dziecięce łóżeczko. Cóż, w tamtych czasach niewiele zdjęć robiliśmy, a jeśli już, to z ważnych znaczących imprez, wydarzeń. Uwiecznianie drobnych zwykłych momentów nie było tak popularne i łatwe jak dzisiaj. 🙂

Później, gdy wyjechaliśmy do Stanów, nasze drogi rozeszły się, przez te wszystkie lata kontakt mieliśmy bardzo sporadyczny. Ale wiem, że facet założył własną firmę tłumaczeniową, ma żonę, dwoje dzieci i świetnie sobie radzi. Jeśli tak jak kiedyś  z naszym łóżeczkiem, to nie mam wątpliwości, że świat mroku jest mu bardzo przychylny.. 

Ciekawy był także epizod muzyczny. Otóż – jak wielu ludzi niewidomych, los wyposażył W. w świetny słuch i nasz “Ślepy” kolega grał w zespole o nazwie Daily Jazz Combo albo bardzo podobnej, który zakwalifikował się (w latach 80-tych) chyba nawet dwa razy, do udziału w jazzowym festiwalu w Dunkierce. Nie pamiętam jak to się stało, ale W. wciągnął mojego męża na tłumacza i managera swojego zespołu. Wacek znał wtedy dobrze język niemiecki, często tam wyjeżdżał, no i był dobrym organizatorem, a taki wyjazd wymagał nie lada umiejętności i kombinacji, by go załatwić dla całego zespołu.  Czasem nawet musiał być kierowcą, bo różne zdarzały się im przygody po drodze. 🙂 “Ślepy” grał na pianinie czy fortepianie a czasem na gitarze. Byli naprawdę nieźli i raz nawet przywieźli ze sobą drugą nagrodę, o ile dziś mnie pamięć nie myli. 

Dlaczego po tylu latach naszło mnie wspomnienie naszego kolegi? Otóż, film o Mietku Koszu, młodym fenomenalnym  muzyku jazzowym z końca 60-tych i początku 70-tych przywrócił mi w pamięci tamten epizod życiowy. 

Dawid Ogrodnik w znakomitej roli Mietka Kosza.

Jakże różnie potoczyły się losy dwojga młodych ludzi dotkniętych podobnie przez los.  

Z pewnością Mietek Kosz był muzykiem o nieprzeciętnym talencie, o wielkich możliwościach na karierę i piękne życie, ale na swej drodze od dzieciństwa spotykał odrzucenie, niezrozumienie. Z początku instynktownie próbuje sobie z tym poradzić, zbliżyć do ludzi, którzy wydają się mu życzliwi, ale z czasem przekonuje się, że jego kalectwo jest przeszkodą do bliskości, do traktowania go “normalnie”. Zdaje sobie sprawę, że pomimo swego geniuszu muzycznego (sam określa siebie “najlepszym”)  nie potrafi  pokonać konkurencji w zwykłych ludzkich poczynaniach, w zdobyciu czyiś uczuć. Coraz dotkliwiej odczuwa odrzucenie i coraz trudniej znosi samotność. Coraz częściej sięga po alkohol i staje się agresywny, niepogodzony z otaczającym go światem. Chciałby wznieść się ponad innych, ponad wszystko co go otacza. Muzyka pomaga, dodaje skrzydeł. Ale nie uszczęśliwia do końca… W wieku 29 lat Mietek Kosz wybiera dosłowny lot – lot z okna wysokiego budynku.. Nie wytrzymuje presji samotnego życia w świecie mroku, tylko w towarzystwie muzyki. 

Nasz “ Ślepy” kolega, choć nie znam szczegółów z jego dzieciństwa, ale wiem, że podobnie jak Mietek nie urodził się niewidomy, ale stracił wzrok jako małe dziecko. Nie pamiętał obrazów realnego świata. Spędził dzieciństwo, a przynajmniej jego część także w szkole z internatem dla dzieci niewidomych w Laskach pod Warszawą. Dzielił ich czas. W. był młodszy od Mietka Kosza, poznaliśmy go w latach 80-tych i miał wtedy dwadzieścia kilka lat. Właśnie niedawno ożenił się, ukończył studia anglistyczne. Moja pamięć zarejestrowała obraz człowieka wesołego, zadowolonego, który umiał załatwić dziesiątki drobnych i większych życiowych spraw. Grał w zespole muzycznym, a więc realizował swoje pasje. Pamiętam moment, gdy otrzymali mieszkanie i jak się w tym mieszkaniu urządzali. Przypominam, że były to lata 80-te i nie było to wcale łatwe. 

W. był jednym z nas, choć bardziej był kolegą mojego męża niż moim. Obracał się w dużym towarzystwie, uczestniczył w różnych naszych imprezach, wyjazdach. Oczywiście, że pomagała mu żona, oczywiście, że pomagaliśmy mu wszyscy. Ale, bez narzucania się, bez traktowania go jako “ułomnego”. Gdy byliśmy u nich w domu, jego żona wciąż wydawała mu jakieś polecenia: połóż sztućce na stół,  zaświeć światło, podaj małe talerzyki… I on to wykonywał. Na początku mnie to krępowało, z czasem przywykłam, że mają to pomiędzy sobą poukładane. 

Dwoje ludzi, dwa życia w mroku, dwa nieprzeciętne umysły. Dlaczego tak?  

Nie odpowiem na to pytanie. A może… już częściowo odpowiedziałam?

Niezbadane są ścieżki, którymi przychodzi nam podążać. Nieznany jest los, który nas wybiera i który poniekąd my sami wybieramy. Nasze rodziny, nasi przyjaciele, nasza siła i odporność na bodźce zewnętrzne, potrzeba miłości, której bardzo pragniemy.. 

W tych przemyśleniach przypomniał mi się bardzo dawno oglądany film z Audrey Hepburn w roli głównej. Film jest z 1967 r. A ja pewnie widziałam go dobrych parę lat później. Tytuł “Doczekać zmroku”. Młoda niewidoma kobieta zostaje sama w domu. Na skutek zbiegu okoliczności lalka naszpikowana heroiną trafiła do jej domu, a bandyci desperacko chcą tę lalkę odebrać. Bandyci osaczają ofiarę i stopniowo różnymi odgłosami  doprowadzają kobietę szaleńczego strachu. Jedyną bronią kobiety jest to, że potrafi ona znakomicie poruszać się w ciemności. Nie pamiętam dokładnie zakończenia filmu, bohaterka na pewno zostaje uwolniona, ale thriller trzyma przez cały czas w ogromnym napięciu, a przede wszystkim pokazuje fenomen radzenia sobie człowieka niewidomego w ekstremalnej sytuacji.  Był to tak mocny film, że zapamiętałam go i jego przesłanie do dzisiaj. 

Rewelacyjna obsada- na zdjęciu – główny bohater historii – Grzegorz (debiut Michała Sikorskiego) i Małgorzata Foremniak w roli jego matki.

Przesłanie filmu “Sonata” to przeciwieństwo Legendy o Mietku. Tam bohater nie słyszy w wyniku źle postawionej diagnozy w dzieciństwie i złego leczenia. Nie słyszy dźwięków, nie może nauczyć się mówić, nie może chodzić do normalnej szkoły. Za to ma rodziców, którzy nie mogą pogodzić się z takim wyrokiem. Walczą w każdy możliwy sposób, szukają innych możliwości, docierają do ludzi, którzy popierają ich w tej walce.  Pokonują twardy nieludzki system aż w końcu po 14 latach udaje im się odwrócić zły los. Grzegorz okazał się mieć niedosłuch, a nie jak wcześniej zakładano, autyzm. Ta nowa diagnoza dzięki rodzicom i ludziom, którzy uwierzyli, że życie Grzegorza może całkowicie się zmienić, uruchomiła lawinę kolejnej, ale już innej walki o “nowego człowieka”. Determinacja głównego bohatera, jego rodziny i bliskich mu ludzi sprawia, że Grzegorz uczy się świata i życia w nim od początku. I nie jest to wcale łatwe. Nie przypomina historii z bajkowym zakończeniem. Ale warto było. Grzegorz przecież słyszy, słyszy coraz więcej i coraz lepiej, coraz piękniejsze dźwięki, aż  budzący się geniusz muzyczny doprowadza do zagrania upragnionej Sonaty Beethovena… 

Ta historia zdarzyła się naprawdę. I choć trudno w niej widzieć wielki “happy end”,  jest szansą  i drogowskazem dla podobnych przypadków. 

Ja, Ty, My wszyscy, którzy urodziliśmy się bez wad fizycznych najzwyczajniej nie myślimy, że to mogłaby być nasza historia. Los mógłby naznaczyć nas.. Każda matka nosząc pod sercem przez dziewięć miesięcy swoje dziecko niejednokrotnie po cichu zadaje sobie pytania: a ma wszystkie rączki, ma dziesięć paluszków, ma oczka, uszka?… Głupie?  Nie, niezupełnie. Patrząc na statystyki, pytania matek mają swoje uzasadnienie. 

My mamy wybór. Słyszymy. Możemy słuchać muzyki, jakiej lubimy albo nie. Albo cokolwiek innego. 

Gdy mieszkaliśmy w Sosnowcu w bloku, nasze “duże” trzypokojowe mieszkanie stykało się bezpośrednio z małym mieszkankiem jednopokojowym. Po przeciwnej stronie naszego było drugie większe mieszkanie. A więc za ścianą mieliśmy sąsiada, który mieszkał sam. Był bardzo miły, kilka lat starszy od nas. Gdy wracał z pracy codziennie około 16.00 natychmiast włączał telewizor i tak ten TV niezależnie co w nim nadawano i dla kogo, był włączony do późnych godzin nocnych. Na szczęście w tamtych czasach nie było programów całodobowych, więc przynajmniej w nocy mieliśmy za ścianą ciszę… Słyszałam głosy telewizyjne, gdy byłam w kuchni (przylegała bezpośrednio do pokoju telewizyjnego sąsiada) słyszałam je na klatce schodowej. Słyszałam, gdy  było późno i cicho i u nas dzieci już spały i nikt nie rozmawiał. Kiedyś, gdy zaprzyjaźniliśmy się nieco bliżej, po prostu go zapytałam dlaczego zawsze na włączony telewizor i czy rzeczywiście cały czas ogląda wszystkie programy? Odpowiedział z uśmiechem: oczywiście, że nie! A potem spoważniał i dorzucił: nie mógłbym wytrzymać w pustym domu bez jakiegokolwiek głosu ludzkiego. Musi ktoś coś mówić. Cokolwiek..

Zapamiętałam tę jego odpowiedź. 

A ja lubię w domu ciszę. Cokolwiek robię gdy jestem sama, lubię robić to w całkowitej ciszy. Nie włączam żadnej muzyki, nie słucham książki (jeśli słucham książkę, to nie robię nic innego!) Przeszkadza mi nawet dźwięk maszyny do mycia naczyń czy pralki lub suszarki. Muszę zamknąć drzwi do pralni. Czytanie książek, pisanie postu, przygotowanie zajęć z polskiego, czytanie recenzji, pisanie listów, układanie rzeczy w szafach – może to zabrzmi dziwnie, ale tylko moja dana praca i moje myśli mogą ze sobą współpracować. Wyjątek stanowi dzień wigilijny, kiedy praca w kuchni idzie mi dobrze przy dźwiękach polskich kolęd. Taki nawyk z dzieciństwa. 🙂

Moja przyjaciółka Nina ma zawsze w swoim domu włączoną muzykę. To jej pomaga się wyciszyć. Kiedyś, gdy o tym mówiła spodobała mi się jej argumentacja i myślałam, że się tego od niej nauczę. Była taka przekonywująca i zafascynowana swoją opowieścią. Ale nic mi z tego nie wyszło, wróciłam do swojej ciszy.  Na koncerty też lubię chodzić tylko takie, które są kameralne, z niekrzyczącą muzyką. Najlepiej jazz, ballady, muzyka medytacyjna. Nigdy nie lubiłam wielkich muzycznych spędów, fanatycznego wrzasku, muzyki, która przypomina dziki krzyk. Moja głowa takich dźwięków nie potrafi przyjąć spokojnie.  

Ale – wiem i zawsze powtarzam – ludzie są różni, więc lubimy różności. 

Cieszę się, że moje oczy mogą widzieć wszystkie kolory świata. Uwielbiam ostre wyzywające odcienie i przenikające mocne światło.  A przecież wiem, że wielu gustuje w spokojnych kolorach: szarości, bieli, beżach, bladym delikatnym świetle.

Dziękujmy Bogu, losowi i komukolwiek kto sprawił, że nie jesteśmy ułomni, niepełnosprawni. Mamy wiele problemów, bo kto ich nie ma. Ale brak słuchu czy wzroku nas ominął. Przez chwilę pomyślmy o tym…

p.s. wszystkie dołączone przeze mnie zdjęcia pochodzą ze stron internetowych i są kopiami plakatów lub zdjęć filmowych.


BACK

Jak żyć bez kłamstw i kłamstewek ?

10/29/2022

Kto z nas w dzieciństwie nie znał bajki o Pinokio?  Każdy rodzic czytał ją swemu dziecku ku przestrodze i na tym przykładzie nauczał, czym jest kłamstwo, jakie może mieć konsekwencje.  Wydłużający się nos Pinokia przy każdym jego kolejnym kłamstwie, to wizja, która prześladowała niejedno dziecko  w dzieciństwie. 

Pinokio był nieznośny, w czasie swej samotnej ucieczki popełnił niezliczone błędy, nieprzyjemne i złośliwe czyny wobec innych, a jednak stary stolarz Dżepetto – jego przybrany ojciec kochał go tak bardzo, że przebaczył mu wszystkie szkody i psikusy. Pinokio kłamał, jego nos każdym razem robił się coraz dłuższy, aż wreszcie  doświadczenia życiowe a przede wszystkim miłość ojca nauczyły go, że warto być dobrym i żyć bez kłamania. 

znalezione w sieci 🙂

Ładna pouczająca historia. Jedna z wielu, które młody człowiek powinien zapamiętać na całe życie jak drogowskaz z biblii. 

Cóż… Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować.

W młodości przez długie lata miałam do pojęcia kłamstwa podejście bardzo “katolickie”. Sama przed sobą wstydzę się przyznać i chyba nie uzmysłowiałam sobie tego przez wiele lat, że kłamstwo kojarzyło mi się przede wszystkim z pojęciem grzechu. Długo miałam gdzieś w głowie zagnieżdżoną świadomość, że za każde wypowiedziane głośno kłamstwo czeka mnie kara i często byłam przekonana, że każde niemiłe zdarzenie, które przydarzyło mi się  wkrótce po jakimś kłamstwie na pewno było “karą Bożą”.  Nie mam pojęcia jak długo mnie to prześladowało i dlaczego. Kto we mnie wpoił takie przeświadczenie. Nie byliśmy przesadnie religijną rodziną, nikt mnie nie straszył piekłem, diabłem itd. A jednak.. Musiałam gdzieś natrafić na takie tlumaczenie, na taką wersję kary za kłamanie, nawet to najmniejsze dziecinne i zwyczajne. . 

Czy kłamałam jako dzieckọ? Pewnie tak jak wszyscy. Dziś już tego nie pamiętam.

NIe pamiętam również, kiedy pozbyłam się wizji kary za kłamstwo. Później, jak każda nastolatka, funkcjonowałam bratając się z powszechnym sposobem mijania się z prawdą czy drobnymi kłamstwami potrzebnymi każdemu młodemu człowiekowi na użytek wygodnego życia szkolnego. Tak, tak – wiem jak to brzmi!! 

W szkole, nie odrobiłam zadania – więc mówiłam, że zapomniałam zeszytu.  Nie nauczyłam się poprzedniej lekcji, mówiłam, że poprzedniego dnia się źle czułam albo cokolwiek innego.. Małe kłamstwa, których nauczyciel nie mógł sprawdzić albo po prostu nie chciał… Pewnie był przyzwyczajony do takich uczniowskich wymówek. A potem takie i inne powody zamiast słowa “nie” otaczają nas w każdego dnia. Nas – bo wszyscy mijamy się z prawdą, kłamiemy, krążymy wokół istoty różnych  informacji tak, by nie powiedzieć wszystkiego, a mieć poczucie, że jednak nie kłamiemy.. 

Czy wtedy czujemy się lepiej?  Może. Zależy jak potoczą się dalsze losy owych historii.  Nikt z nas nie jest idealny. Nieprawdą jest, że NIGDY nie kłamiemy. Nawet wtedy, gdy jesteśmy przekonani, że nasze kłamstwo chroni najbliższych, że tak trzeba, bo to mniejsze zło.  

Istnieje dziesiątki rodzajów kłamstw. To nieodzowny element ludzkiego społecznego życia. Nie ma sposobu, by go uniknąć. Nawet najbardziej uczciwi ludzie, ludzie o duszach niemal krystalicznych czasami muszą unikać mówienia prawdy. 

Moralność, kultura, zapętlone sytuacje życiowe, skomplikowana miłość, wybór między tzw. mniejszym czy większym złem – jakże często nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie jakie dylematy doprowadzają nas do użycia kłamstwa jako broni. Broni ochronnej przed samym sobą, przed ośmieszeniem się, przed utratą autorytetu, przed kompromitacją, przed  stratą ukochanej osoby…

Gdy kłamie polityk, nic nas to nie dziwi. Polityka żywi się kłamstwem i ludzie nie wysilają się nawet, by nazywać sposobu mowy politycznej inaczej.  Kłamstwa polityczne brzmią jak specyficzny kod i tak już musi być. Tak było zawsze i tak będzie. 

Ta karykatura celnie oddaje kłamstwa mediów 🙂 (znalezione w sieci)

Do hasła – “Telewizja kłamie” czy też prasa, już przyzwyczailiśmy się i raczej traktujemy je z pobłażaniem.  Mamy miliony widzów, jedni wierzą w wiadomości płynące ze stacji FOX a inni z CNN.  Wiadomo – ktoś kłamie, ale przecież nikt zbyt poważnie tych kłamstw “nie rozkminia” – jak to mówią teraz młodzi w Polsce.  (Bardzo mi się to słówko podoba. 🙂 )

Dla mnie osobiście, istota i waga kłamstwa zaczyna się naprawdę tam, gdzie w grę wchodzi strefa bliskości, zaufania, więzów międzyludzkich. I nie myślę tu tylko o relacjach rodzinnych: mąż – żona, rodzic – dziecko, narzeczona – partner, ale także relacje w pracy, w przyjaźniach, w wyjątkowych sytuacjach jak np. długa przymusowa izolacja z kimś, wspólna tajemnica itd.  Od lat jak fale rzeki, od czasu do czasu wracają do mnie natrętnie myśli jak ludzie radzą sobie z kłamstwami każdego zwyczajnego dnia. Jak ja sobie radzę? Jak radzi sobie każda bliska mi osoba? Dlaczego mimo, że wiemy iż niemal każdego dnia ściema, kłamstwo, pół- prawdy, mijanie się z prawdą czy jak sobie to nazwiemy – towarzyszy nam w różnych sytuacjach, nie dostrzegamy ich uwierania… 

Oczywiście, wiem, że nie jestem kłamcą patologicznym, kompulsywnym. Nie jestem mitomanką, nie kłamię ot tak, dla samego kłamania. I większość ludzi także nie.  

Wręcz przeciwnie! Należę do ludzi, którzy tak naprawdę nie umieją kłamać.  Wiem, że najmniejsze kłamstwo “widać” na mojej twarzy bardzo wyraźnie, nie umiem sobie ze sobą poradzić, natychmiast czuje się źle i jestem absolutną zwolenniczką i wyznawczynią praktyki, że należy rozmawiać otwarcie, szczerze, mocno, choćby to miało boleć obie strony. Tak, prawdą też jest, że wielokrotnie przekonałam się, że to bolało, że cierpiałam potem długo, że nie zawsze szczerość uczciwość i PRAWDA jest lepsza od kłamstwa czy choćby połowicznej prawdy i manipulacji. A ja jednak – uparcie twierdzę, że przemilczanie z wygody, z chronienia siebie,  ze strachu nie jest najlepszym życiowym wyjściem. Jest w pierwszej reakcji spokojniejsze, ale na pewno nie daje spokoju wewnętrznego. Przynajmniej mnie osobiście. Nieprzypadkowo ktoś kiedyś wymyślił powiedzenie, że “kłamstwo ma krótkie nogi”. Nie zdajemy sobie sprawy jak szybko czasami prawda wychodzi na wierzch, nawet w drobnych kłamstewkach, zupełnie niepotrzebnych, wypowiedzianych bez sensu… I wtedy to małe kłamstwo a może tylko półprawda – jest jak cierń wbity przyjacielowi, matce, komuś kto jeszcze przed chwilą nam ufał. 

Większość ludzi woli spokój. Unika konfliktów. Nie chce konfrontacji z trudną sytuacją, nieprzyjemną prawdą dlatego wybiera przyjemniejszą “kłamliwą” wersję.  Dlatego mijanie się z prawdą, tzw. małe kłamstwa, kłamstewka nie sprawiają kłopotu dla sumienia, nie są problemem. Są raczej wyborem między mniejszym czy większym złem.  Rozumiem takie wybory … choć sama niezupełnie tak potrafię. 

Badania psychologów i psychiatrów potwierdzają (tak kiedyś wyczytałam :), że takie zachowania stosują częściej  introwertycy.. Ja natomiast jestem wybuchowa, otwarta, podejmuję decyzje dość szybko i nie lubię w sobie trzymać uczuć na uwięzi. Dlatego może kłamstwa nie leżą w moim charakterze i stąd mam więcej kłopotów i konfliktów z ludźmi niż inni. 

Nie lubię prawić nieuczciwych komplementów, ale też nie jestem  “niepotrzebnie niegrzeczna”.  

Niedawno rozmawialiśmy o różnicach w zachowaniu wynikających z kultur np. polskiej i amerykańskiej. W jak różny sposób te zachowania odbieramy.   

Gdy Amerykanin z uśmiechem i uprzejmością mówi “Hi, how are you?”, to tak naprawdę wypowiada standardową formułkę powitalna i nie za bardzo interesuje go odpowiedź, jak naprawdę czuje się ta druga osoba..  Odpowiedź: “ fine, ok, good” jest także odruchowa. Wcale nie oznacza, że tak naprawdę odpowiadający czuje się dobrze. Może właśnie ma duże problemy w domu, w szkole, może ma kłopoty, o których nie chce i nie będzie opowiadać. I tak pytający tego od niego nie oczekuje! 

W polskiej kulturze – pytanie “Cześć, jak się czujesz?” oznacza  znacznie głębsze zainteresowanie zdrowiem, samopoczuciem osoby, do której zwraca się pytający. I takie pytanie zazwyczaj mobilizuje do odpowiedzi bardziej szczerej, przynajmniej dwu- trzy-zdaniowej, informującej o prawdziwym samopoczuciu osoby zapytanej. 

W Ameryce pytanie “How are you?” nie wymaga odpowiedzi ani specjalnego zwracania na nią uwagi. A w polskiej kulturze nie zadaje się takiego pytania za często, ale ale jeśli już, oznacza ono coś zdecydowanie głębszego i byłoby niegrzecznie nie odpowiedzieć takie pytanie.  Czy zatem pytanie “How are you” i automatyczna odpowiedź na nie “good, fine”, nawet jeśli czujemy się źle i właśnie mamy np. covida – jest kłamstwem???  

Oto przykład jak łatwo niechcący kłamać nawet nie zdając sobie z tego sprawy.. 🙂 

A podobno ktoś obliczył, że każdy człowiek przeciętnie kłamie 13 razy dziennie (a tak w ogóle – ciekawi mnie bardzo jak to można wyliczyć ???) 

Na wymyślnych kłamstewkach, intrygach, mijaniu się z prawdą opierają się dobre powieści, najlepsze filmy, od których słuchacz i widz nie może się oderwać.  Można więc powiedzieć, że “kij ma dwa końce”  i kłamstwo tez ma swoje “dobre” strony.  A od czasu zalania świata falą  internetowych kombinacji we wszystkich możliwych  sferach życia – kłamanie i manipulacja nie ma granicy. „Uczymy” tego nasze dzieci, uczymy się tego w domu, w pracy, z dzień i w nocy. 

Tyle, że takie kłamstwo jakoś nas nie boli. Boli to prawdziwe – osobiste. To, które dotyka nasze serce, oszukuje zaufanie i rani miłość, którą ofiarujemy drugiej osobie. Niezależnie kim ta osoba jest. Jesli jest dla nas ważna, przyłapanie jej na kłamstwie, nawet najmniejszym – dotyka, boli, łamie nasze zaufanie. 

znalezione w sieci

Często zapominamy, wybaczamy. Albo wybaczamy, ale nie zapominamy. Kochamy dalej, bo wiemy, że nikt nie jest idealny. 

Pamiętam kilka zdarzeń, z których  dziś mogę się śmiać, bo były wybrykami młodzieńczych pomysłów, to jednak wspominając je, mam wciąż niesmak. I choć kłamstwa wyszły na jaw, bo niemal zawsze wyskakują wcześniej czy później, to musiały mnie wtedy zawstydzić mocno, bo do dziś je pamiętam. 

Często chodziłam w młodości na prywatki (bo tak nazywały się za naszych czasów dzisiejsze party) i moi rodzice zazwyczaj nic nie mieli przeciwko temu. Wymagali tylko powrotu do domu o określonej godzinie (bardzo wcześnie, o 21.00!) i zawsze wypytywali mnie dość dokładnie kto będzie na tej prywatce. Znali moich znajomych, koleżanki i kolegów. Raz zdarzyło się, że chciałam zaprosić na imprezę chłopaka, którego poznałam na wakacjach (miałam może 15 lat). On był starszy ode mnie, mieszkał w innym mieście i – co tu dużo mówić – Mamie się od początku ta znajomość nie podobała. Ale ponieważ była to wakacyjna znajomość Mama nie przywiązywała do tego zbytniej uwagi. Tymczasem chłopak był dość natrętny, zaczął do mnie pisać listy i we wrześniu już przyjechał mnie odwiedzić do Krakowa. A ja, młoda i głupia, zaprosiłam go na prywatkę organizowaną w domu mojego kolegi. 

Do dziś nie mam pojęcia w jaki sposób Mama dowiedziała się, że on tam był. Zaraz na drugi dzień zaczęła od niewinnych pytań jak tam było, jak bawiliśmy się itd. A ja brnęłam w opowieści, pomijając to, co było wtedy dla mnie najważniejsze. No i jak już rozentuzjazmowana kończyłam moje sprawozdanie o tanecznym wieczorze, Mama zapytała mnie o… Wojtka. Tak zwyczajnie, jakbym po prostu o czymś zapomniała, a ona w dobrej wierze chce mi przypomnieć. Myślałam, że zapadnę się pod podłogę, że spłonę ogniem żywym albo strzeli we mnie natychmiast porażający piorun. Nic nie powiedziałam. Nic nie potrafiłam jej wytłumaczyć. A ona nic więcej nie dopytywała mnie. Była smutna do końca dnia. A Mama rzadko bywała naprawdę smutna i dotknięta. 

Nigdy tego nie zapomniałam. Lekcję zapamiętałam na zawsze. Tak mocno i tak głęboko, że do dziś wiem, co to znaczy zranić kogoś kłamstwem. I że nie musi być kłamstwo wielkiego kalibru by bolało. I wiem też, że czasem osoba dotknięta zapomni i wybaczy,  a ta która zraniła, zapamięta na całe życie. 

Zapamiętałam też historię wyjazdu wakacyjnego z moim mężem (wtedy jeszcze chłopakiem) gdy bardzo chcieliśmy wyjechać razem, a rodzice oczywiście nigdy nie zgodziliby się, żebyśmy pojechali ze dwójkę.  Obie rodziny wiedziały, że jesteśmy razem, że chodzimy ze sobą, jeździmy na wakacje ale z grupą innych zazwyczaj harcerskich przyjaciół. I to było akceptowalne.  Musieliśmy więc wymyślić jakąś wiarygodnie brzmiącą historyjkę, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że (po cichu ) nasi rodzice najprawdopodobniej i tak w to nie uwierzą.  Powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy z kilkoma kolegami (znanymi rodzicom) nad morze – no i tu się zaczęły nieprzewidywalne schody! – bo moi rodzice z jakiegoś dziwnego zupełnie nieznanego mi powodu uparcie nie chcieli zgodzić się, żeby to był wyjazd “tak daleko!”) i kiedy w końcu oświadczyłam, że zmieniliśmy plany i pojedziemy na camping blisko Krakowa nad Jezioro Rożnowskie, to rodzice się zgodzili. Tak jakby to była jakakolwiek różnica z punktu widzenia wyjazdu “damsko-męskiego” młodocianych… bo chyba o to im chodziło.  Pamiętam, że kupiliśmy nawet widokówkę z tamtych terenów, napisaliśmy pozdrowienia i kolega miał ją wysłać w odpowiednim czasie z okolic Rożnowa. Okrutne, prawda?? ..

Pakowanie wielkich plecaków i ruszamy dalej w drogę autoSTOP-em

A my sami pojechaliśmy najpierw pociągiem do NRD (tak, wtedy jeszcze takie coś istniało ) do Berlina, włóczyliśmy się po mieście a późnym wieczorem już w ciemności, jako że nie mieliśmy pieniędzy na camping, znaleźliśmy ładne trochę zalesione miejsce, gdzie rozłożyliśmy namiot i padliśmy wykończeni intensywnym dniem. Wczesnym rankiem obudziły nas dziwne dżwięki. Jakież było nasze zdziwienie (i przerażenie!) gdy okazało się, że malutki nasz namiot stoi sobie na środku pętli tramwajowej, które właśnie zaczynają swoją poranną pracę 🙂 .  Chyba nigdy w życiu nie zwinęliśmy się tak szybko i tak sprawnie z “miejsca kempingowego”. Na szczęście nikt nas szybciej nie zwinął. 

Nie wiem jakim cudem zachowałam maleńkie niewyraźne zdjęcia z tego wyjazdu. Myślę, że był to rok 1971 (może 72?) Byłam taka młoda .. i zgrabna! 🙂

Tego dnia dojechaliśmy pociągiem do pierwszego przystanku już po stronie polskiej a potem autostopem, co w tamtych czasach było bardzo modne, popularne i BEZPIECZNE – dotarliśmy do Świnoujścia i tamtej części wybrzeża Bałtyckiego. 

To były piękne wakacje. Byliśmy biedni, ale dawaliśmy sobie radę. Trafiliśmy na Festiwal Kabaretów Studenckich i wtedy po raz pierwszy widziałam kabaret “Tey” z Zenonem Laskowikiem i Bogdanem Smoleniem. To było dla nas wielkie przeżycie!  Poznaliśmy fajnych przypadkowych ludzi, przeszliśmy, przejechaliśmy autostopem wzdłuż wybrzeża długi kawałek pięknych plaż.  Wszystko to na zawsze pozostało nam w pamięci. 

Wróciliśmy do domów i wszystko było w porządku. 

Aż pewnego dnia, po wielu latach, gdy już byliśmy małżeństwem, a nasze rodziny były zaprzyjaźnione, obie Mamy były u nas, rozmowa zeszła na te właśnie dawne wakacje. I jak to bywa we wspomnieniach – od słowa do słowa – moja Teściowa mówi: wiesz, jak oni byli nad morzem… a moja Mama na to: Nie! Oni byli nad Jeziorem Rożnowskim!  No i tak kłamstwo wyszło na jaw! Tym razem długo mi zeszło na bieganiu na swych “kłamliwych nóżkach” ale i tak się wywaliło! 🙂 

Jakość zdjęć fatalna, za to my piękni młodzi i szczęśliwi! Plaża w Świnoujściu

Na szczęście – upłynęło już wiele lat i obie Mamy potraktowały te sytuacje dość zabawowo i nawet nie dociekały dalszych szczegółów, z kim naprawdę tam byliśmy.. Ale i tak do tej pory myślę o tym z niesmakiem, choć… wiem, że pewnie i tak dziś zrobiłabym tak samo, bo inaczej wtedy się nie dało. A warto było, tamte wakacje wciąż we wspomnieniach są na wagę złota.  

Są kłamstwa okrutne i i takie, których nawet nie zauważamy. Takie, które popełniamy w “dobrej wierze” i takie, które będą nas prześladowały długie lata. Niewinne mijanie się z prawdą, delikatne przemilczenia i ciosy zadane przemyślnie. 

Czy to znaczy, ze wszyscy jesteśmy źli?  Ależ skąd! Natura ludzka jest złożona i jej częścią są słabości charakteru. Staramy się żyć zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, ale tyle czynników zewnętrznych, wrażeń, zmiennych nastrojów – wszystkiego co nas otacza, wpływa na nasze reakcje – jest tak wiele, że trudno czasem nad tym panować. I nie zawsze zagrywamy szczerze i uczciwie. 

Człowiek rodzi się dobry. Człowiek jest dobry. A jakim staje się później w życiu – jest już jego wyborem. Okoliczności, warunki, dom, rodzina – wszystko to jest tłem dla naszych wyboru. 

Wybiera nasze serce i umysł. 

*********************

Na koniec- dla starszych przypomnienie, dla młodszych – trochę historii muzycznej z lat 60-70-tych. Sława Przybylska śpiewa balladę Bułata Okudżawy „Trzy miłości”. Trzecia zwrotka to „clou” dwóch pierwszych. Bułat Okudżawa był silnie związany z Polską i polskimi artystami takimi jak Osiecka, Młynarski, Przybylska i do dziś wielu młodszych artystów zawsze chętnie śpiewa i interpretuje jego piosenki.

Zapraszam również od odszukania i posłuchania brzmienia tej piosenki w oryginale i w wykonaniu Bułata Okudżawy (YouTube)


BACK

Nie zatrzymasz, nie powtórzysz, nie wrócisz …

10/14/2022

I znów kolejna jesień, kolejne spotkanie ze starymi przyjaciółmi, wyjazd w znane nam dobrze miejsca.. Niby tak samo jak kiedyś, przecież chcemy powtórzyć, chcemy sobie przypomnieć, odtworzyć, chcemy znów się nacieszyć tym, co kiedyś było fajne przyjemne i pozostawiło nam dobre wspomnienia. Tyle wspólnych dni za nami, tyle podróży, dni i wieczorów, przygód, przegadanych godzin przy winku, dobrym jedzeniu, imprezach spotkaniach. 

I nic nie wychodzi już tak samo! Wszystko jest inaczej!  

Jesień w Texasie wciąż zielona, żółta ciepła i słoneczna.

Tylko natura wciąż powtarza swój rytualny nieśmiertelny coroczny cykl. Jesień jest piękna. Zachwyca tysiącem kolorów, słońcem, które już nie dokucza upałem a uprzyjemnia każdą sekundę złotego obrazu wokół nas. Zanim zaczną się deszcze i zimne poranki, ponure smutne godziny zapowiadające coraz krótszy dzień – jesień oddaje nam swoje najpiękniejsze cuda.  Takie właśnie chwytaliśmy tego ostatniego weekendu, gdy kolejny raz wybraliśmy się na wycieczkę w nasze Teksaskie górki czyli Hill Country.  Okazja przy tym przyjemna, mogliśmy spędzić ten czas jeszcze raz razem, przez wiele lat jeździliśmy na wspólne wycieczki wakacyjne i spędziliśmy kawał życia podróżnego w różnych miejscach, w różnych okolicznościach i bardzo różnym czasie. Tym razem nasi przyjaciele zabrali ze sobą w tę podróż swoją przyjaciółkę, która przyleciała do Stanów po raz pierwszy i dla niej wszystko było ciekawe, nowe inne i warte “spojrzenia”.

Nie planowaliśmy żadnych szaleństw, powoli dreptaliśmy oglądając małe sklepiki z najdziwniejszymi towarami, które raczej zachęcały do oglądania niż do kupowania. Są trochę bezużyteczne, ale za to fajne, wymyślne, ciekawe. Aż dziw, że ludzie tworzą takie dziwolągi i uważają, że można je wystawić na sprzedaż. I jestem pewna, że są i tacy, którzy te dziwności kupują! Ja zresztą też się na coś tam skusiłam. Nie żeby cokolwiek było mi potrzebne, ale rozśmieszył mnie napis i żebym mogła go zapamiętać (pewnie by mi się to nie udało…) – po prostu kupiłam, bo tak mi się spodobał. 🙂 

Myślę, że takich, podobnych i innych motywacji wydawania pieniędzy, a tym samym sensu egzystencji tych sklepików jest o wiele więcej. 

A więc od lizaków, cukierków, dżemików słodko-gorzkich, przypraw przeróżnego rodzaju przez serwetki, dziwne maszynki – uproszczenia do krojenia owoców jarzyn, łyżeczki, serwetki, szmatki, ciuchy, wyroby drewniane, biżuteria, perfumy… można by wymieniać bez końca!  No i jeszcze antyki – czyli przeróżne starocie o nie bardzo określonym wieku ani wartości ale jak się cos komu podoba i pasuje to czemu nie kupić?? A pooglądać zawsze można..

Jednym z bardzo popularnych zwyczajów są sklepiki oferujące przez cały rok pełny asortyment świąteczny. Do wyboru do koloru!

Obserwowałam snujących się ludzi – dość dużo jak na taką małą miejscowość. Młodzi i starsi i całkiem “starsi”:). Jedni biegający żwawo, poruszający się lekko i z dużym zainteresowaniem zmieniający sklepiki na miejsca z winami i możliwością ich testowania, na lodziarnie i kawiarnie, gdzie szybko można przysiąść na chwilę i wypić kawę. Potem wejść do restauracji na dłuższą chwilę i zjeść dobry obiad. I znów popędzić małymi uliczkami i dotrzeć nad rzekę by tam napić się margarity w meksykańskiej restauracji na zewnątrz albo skorzystać z  dużych ciężkich stołów i ław w lokalnej piwiarni. Wszystko to działo się w Wimberley, TX gdzie spędziliśmy wspólne piątkowe długie pół dnia. 

Tyle, że niestety my w tym tłumie biegającym byliśmy raczej jak stare wolno przesuwające się “żółwie”. Szło nam o wiele wolniej niż kiedyś i co mnie mocno zmartwiło – także z dużo mniejszym entuzjazmem i zainteresowaniem. 

Kiedyś nasi panowie byli jak “papużki-nierozłączki”. Biegali razem, znikali z oczu, nagadać się nie mogli. Dziś – jacyś spokojni, przysiadający na ławeczkach, bez dawnego polotu, humoru… Czas mijający nieubłaganie, dystans, który nas teraz dzieli, inny sposób życia – wszystko to wyraźnie każdego z nas zmienia. 

Czy jestem zła? Jestem! Na siebie, na nas wszystkich, na starość, której nie da się ujarzmić. Na tych, którzy poddają się jej szybciej niż można i na tych co się bez sensu buntują – jak ja.. 

Codzienność płynie tak szybko, że nie daje nam zauważyć prostych zmian jakie dzieją się w nas i wokół nas. Nie dostrzegamy, że starzejemy się i tracimy każdego dnia małą cząsteczkę siebie takiego jakim byliśmy wczoraj. Zmieniamy się fizycznie i psychicznie. Tracimy zapał, energię, radość. Nie zauważamy tego co umyka nam w każdej mijającej sekundzie. Także co umyka nam wraz z ludźmi, którzy byli nam bliscy, a którzy z tego samego powodu oddalają się od nas. 

Powoli idziemy każdy własną drogą – bo zmęczenie, bo niechęć do wysiłku, bo “może jutro to zrobię, jutro o tym pomyślę, jutro będzie mi łatwiej…” 

Nie będzie…

Nasze winko czerwone

Następnego dnia pojechaliśmy do jednej z wielu winiarni w Hill Country. Nie jest to wprawdzie Kalifornia i wina nie smakują tak jak  te z Napa Valley, Sodoma Valley czy Mendocino w Kalifornii, ale własne texaskie też mamy. 🙂 Wybraliśmy ciekawą, bo chcieliśmy pokazać naszej koleżance coś specjalnego teksaskiego.. 

Winiarnia – położona pięknie wśród starych rozłożystych drzew, stoliki, gdzieniegdzie nawet kanapy i niskie mniejsze stoliki, mała scena i samotny “kowboj” z gitarą. Muzyka i piosenki oczywiście country! W ładnie urządzonym budynku można skorzystać z “ wine tasting” , posłuchać o produkcji miejscowych win, spróbować kilka z nich. Obejrzeliśmy wnętrze winiarni sympatycznie urządzone i przystosowane do różnego rodzaju imprez, które tam pewnie często się odbywają. Spotkaliśmy zresztą grupę młodych kobiet, wśród których jedna miała biały welon. Zapewne był to wyjazdowy koleżeński bridal shower, jakich wiele  tradycyjnie organizuje się w Ameryce. 

Bardzo miły leniwy spokojny odpoczynek!

A na zewnątrz atrakcją tego miejsca były dwa duże charakterystyczne w Ameryce food-track-i czyli jeden stary piętrowy czerwony autobus przysposobiony i urządzony jako bar, w którym kupiliśmy dwie butelki miejscowego wina – białego i czerwonego. Dostaliśmy kieliszki i wybraliśmy sobie stolik w cieniu z dobrym widokiem na miejscowego kowboja – artystę. Drugi autobus, równie śmieszny, spełniał rolę szybkiej restauracji, w której zamówiliśmy dwie pizze (byliśmy w tej winiarni już kiedyś z mężem więc pamiętaliśmy, że oprócz innych równie dobrych przegryzek do winka, pizzę serwują znakomitą znakomitą!) Na bardzo cienkim cieście (kto takiej nie lubi!)  – obie pizze, choć ich dziwnych nazw nie zapamiętałam – były doskonałe. Chociaż po śniadaniu serwowanym w domu przez naszych panów (brawo, brawo!!! W końcu obaj NIE-kuchenni!! To im się liczy podwójnie!)  nie byliśmy specjalnie głodni, ale dwie pizze ochłonęliśmy bez oporów. Nawet ci co wina nie pili. 🙂 

Był to bardzo leniwy segment naszego wycieczkowania. Cisza jesienna choć z muzyką country, leniwe słoneczko… Jakoś za bardzo nie chciało nam się zbierać w dalszą drogę. Wszystko było na zwolnionych obrotach. W planie było dużo więcej – wyszło jak wyszło. 

Potem pojechaliśmy do miejscowości słynnej jako wizytówka Texasu – Gruene.

Miejsce malutkie a tłum niebywały! Okazało się, że trafiliśmy na festiwal win (zupełnie wypadło nam z głowy, że to przecież długi weekend, bo w poniedziałek jest “Columbus Day”). Jedna czy dwie ulice a przejście nimi jak w największej metropolii świata :). Byliśmy już zmęczeni a przecież trzeba było zaglądnąć do słynnego “General Store”, gdzie wszystko JEST!! I co trzeba zobaczyć i co możesz sobie kupić i co możesz spróbować, obejrzeć i podziwiać nie mając pojęcia do czego TO może służyć.. Nasi goście mieli chyba już dość chodzenia, staraliśmy się przemieszczać w  kierunku Gruene Hall, najstarszego budynku w tej miejscowości – z 1878 roku. Budynku, który od początku służył i do dziś  pełni tę samą rolę – jako miejsce spotkań towarzyskich, randek, luźnych rozmów biznesowych, występów muzycznych, tanecznych i wszelkich potańcówek.

Mieliśmy pecha, trafiliśmy na moment kiedy właśnie skończyło się granie a wieczorny koncert zaczynał się dopiero o 8.00 czyli za dwie godziny. Ludzi wprawdzie było pełno w środku budynku,  przy długich stołach i ciężkich ławach było gwarno i szumnie. Młodzi i starsi pili piwo, bo tylko to chyba jest tam dostępne, za to w przeróżnych barwach i “maściach”. Przypuszczam, że jest to bardzo popularny sposób spędzania czasu przez miejscowych w tym miasteczku, a także każdy turysta chce tam zajrzeć i posmakować tej atmosfery i piwa, choćby było byle jakiej jakości. Tyle, że… nasi goście nie mieli na to ochoty. Rozejrzeli się wokół, na muzykę nie trafiliśmy, piwa pić nie chcieli, zdjęcia i obrazki artystów gościnnie występujących w tym Hallu,  wywieszane i zbierane pewnie od wielu dziesiątek lat nie sprawiły na nich wrażenia. Cóż, starsze pokolenie nie jest specjalnie zainteresowane historią muzyki amerykańskiej „texasko-wiejskiej” country z poprzedniego stulecia 🙂 🙂  Trochę się temu nie dziwię. 

Poszliśmy obok do restauracji, która pamiętaliśmy z naszego poprzedniego pobytu, położonej na wysokim brzegu rzeki Guadalupe, gdzie na kilku poziomach roztacza się piękny widok na tę rzekę i okolicę.. Restauracja Gristmill River jest bardzo ładna, zbudowana na bazie ruin z 1878 roku, tuż obok charakterystycznej wieży ciśnień. I znów – niestety – tłumy  czekających na swoją kolej ludzi. My także zapisaliśmy się w komputerową kolejkę i siedząc przy kolejnej margaricie i winku czekaliśmy cierpliwie.  Tym razem czas umilał nam miejscowy artysta z gitarą i obowiązkowym kowbojskim kapeluszem.  Było już ciemno, cała restauracja tonęła w dekoracyjnych światełkach, gdy usiedliśmy przy stoliku oczekując na nasz obiad. Było warto! “Baby ribs” czyli po prostu żeberka były znakomite!! Zanim jednak rzuciliśmy się na taką ucztę, wysłałam naszych gości na oglądanie innych części restauracyjnych pomieszczeń. Są tak ładnie architektonicznie wkomponowane w stare mury i usytuowane na wysokim brzegu rzeki, że w całości tworzą niepowtarzalny klimat.  Naprawdę warto to zobaczyć! 

Długie oczekiwanie na wolny stolik, ale zasłużona nagroda – piękna sceneria, muzyka, wyjątkowy wystrój i pyszne jedzenie. Polecam gorąco restaurację „Gristmill on the River”

Jeśli ktokolwiek znajdzie się kiedyś w tej małej texaskiej mieścinie – polecam to miejsce. Ładne, wyjątkowe połączenie historii i współczesności i na dodatek dobre jedzenie. 

Jeszcze na chwilę wstąpiliśmy na koncert do Gruene Hall, ale znowu złapaliśmy tylko końcówkę części i właśnie zaczynała się 15-minutowa przerwa. Tego dnia na to już nasi goście nie mieli siły.

“Wieczorynek”, wspólnych długich “nasiadówek”, śmiechów, wspomnień, opowiastek jak dawniej… już nie było. (:  Ktoś mierzył ciśnienie, ktoś zażywał garść leków przed pójściem spać, ktoś był za bardzo zmęczony, ktoś już nie miał nawet siły na kolejne winko czy koniaczek…  Tak – to symptomy przemijania. Ale nie tylko. To także dowód na to, że my sami też się zmieniamy.  

Nie potrzebujemy już siebie tak jak kiedyś. Aktywność towarzyska spadła w hierarchii naszych potrzeb. Dla jednych – tylko trochę się przesunęła w dół, dla innych więcej. I nie jest to niczyja wina i nie jest to nic dziwnego ani złego. 

Widać, tak się w życiu dzieje. Tylko… że gdy jesteśmy młodzi (młodsi) nigdy o tym nie myślimy. Nie wiemy o tym. Wydaje nam się, że przyjaźnie, śmiechy, radości, energia, potrzeba bliskości drugiej osoby jest dana na zawsze, do końca życia, a teraz przekonujemy się, że tak nie jest. Coś nas łączy, ale.. inaczej.

INACZEJ. I pewnie w tym momencie każdy miałby tu do powiedzenia coś innego niż ja…

Rozmowa telefoniczna. Z ciocią. Z bardzo zaprzyjaźnioną ciocią. Bardziej moją przyjaciółką niż starszą o prawie 20 lat ciocią. Smutną, obolałą, przerażoną starością i poczuciem samotności. A przecież – obiektywnie – nie jest samotna. Ma córkę, która na pewno ją kocha. Ma wnuki, ma wciąż obok męża choć już tak stareńkiego, że trudno wymagać, by był dla niej podporą. 

Słuchałam jej. Słuchałam i myślałam czy to jest następny etap naszych starczych powiązań międzyludzkich? Czy tak muszą wyglądać samotne ostatnie lata życia wśród ludzi bliskich?  Czy wszystko to, co bliskie i dobre w rodzinie i wśród przyjaciół zamiera, oddala się na ostatnim zakręcie naszej życiowej drogi? 

Czyja to wina? – nas starych, czy młodych ? A może obu pokoleń? 

Zdjęcie górne- ciocia, jej córka i ja – w ukochanym Sulęczynie w 2010 roku. Zdjęcia niżej – spotkania z ostatnich lat.

Niewidzialnych, ale realnie istniejących barier, które oddzielają nasze uczucia, umysły? Oddzielają od siebie pokolenia, nie pozwalają rozumieć się tak, jak zrozumieliśmy się jeszcze kilka czy kilkanascie lat temu? 

Rozmawiam z moją kuzynką i znam jej bolączki i cierpienia w tym momencie.  Słucham monologu Cioci i serce mi pęka. Może dlatego, że jestem pośrodku tych dwóch kochających się kobiet. Matki i córki. Może dlatego, że też jestem matką i mam córkę. I miałam Matkę, byłam córką, nie zawsze dobrą córką.. Często chciałabym cofnąć czas.

I boję się starości i starczych relacji.. Może też dlatego, że posmakowałam, jak trudno udźwignąć czyjeś cierpienie, ból i jego zachowanie. Często zniecierpliwienie, opryskliwość, niechęć do otoczenia, ranienie najbliższych. A my – zdrowi, silniejsi, zamiast wykazać dobrą wolę, siłę, humor, i w ten sposób pomóc i rozładować  trudne chwilę, wpadamy w złość, irytację i komplikujemy jeszcze bardziej i tak trudne zachowania. 

Moja druga Mama, moja przyjaciółka, moja ukochana…

Słuchałam, próbowałam być pomocna, pocieszyć słowami, rozśmieszyć, przekonać.. i płakałam bezgłośnie razem z nią. Skończyłam rozmowę, żeby nie dosłyszała moich łez.  Płakałam nad  świadomością, co może czekać mnie za kilka lat..  

W Gdańsku mieszka nasza duża rodzina. Zawsze tego im zazdrościłam.  Ciocia była gwiazdą towarzyską. Inteligentna, elokwentna, piękna i mądra.  Uwielbiana szanowana. Dziś – że stara?  że trudna? że uparta? że nieznośna?  A powiedz mi Córko, Synu, Siostro, Bracie, Przyjaciółko i Przyjacielu – jesteście pewni, że WY, dla innych, młodszych tacy NIE będziecie????  Nie rodzimy się siostrami miłosierdzia. Jesteśmy zwykłymi ludźmi i nie wiemy jak sobie w takich sytuacjach radzić. Trzeba nam dużo dobrej woli, jeszcze więcej miłości i jak najmniej złej energii, by przezwyciężyć w sobie ucieczkę od  ciężaru opieki i pomocy staremu człowiekowi. Staremu, ale Kochanemu! 

Pomyślcie o tym, bo na mnie już przyszedł czas, by nad tym głęboko się zastanowić i pomyśleć jak najłagodniej przeżyć ten trudny moment.

Kilka migawek- mój brat na naszym ślubie cywilnym – miał wtedy 17 lat. Potem zdjęcie z chrztu Jacka, naszego syna.Jest jego chrzestnym ojcem ale raczej nie maja kontaktu..
I Jedne z nowszych zdjęć ze spotkań w Krakowie.

Mam jednego brata. Formalnie rozstaliśmy się, gdy miałam 21 lat i wyszłam za mąż. On miał wtedy 17 lat i był dzieciakiem w szkole średniej.  Wyjechałam do innego miasta i od tego czasu do dziś wszystkie nasze relacje rodzinne, towarzyskie, emocjonalne ewoluowały jak najbardziej nieprzewidywalny wulkan. 

Można sobie wyobrazić ile zdarzeń emocji musiało zaistnieć w ciągu tych ponad 48 lat.  W dodatku ciągle na odległość. Ja w Sosnowcu, on w Krakowie a potem w Sanoku. On ukończył technikum chemiczne.  Ja dostałam się na studia humanistyczne. Kiedy my wyjechaliśmy do Stanów, nasze stosunki były dość napięte, choć oboje mieliśmy już rodziny i dzieci, co pozornie powinno nas do siebie zbliżyć. Nie zbliżyło. Wtedy też wiedziałam a raczej czułam, że mój brat ma do mnie pretensje  z podtekstem religijnym (my tu byliśmy w owym czasie w konflikcie z miejscowym księdzem i kościelną grupą, a moja rodzina sanocka, mocno katolicka, miała nam to za złe). Oczywiście, nie było to łatwe, bo przecież tak naprawdę NIGDY nie rozmawialiśmy ze sobą szczerze i co najgorsze nigdy nie umieliśmy przeprowadzać takich rozmów.

Jego synowie dorastali, każdy z nich szedł w swoim kierunku a międzyczasie życie małżeńskie mojego brata komplikowało się,  o czym ja, niestety, długo nie wiedziałam. 

Ale – tu muszę postawić plus bratu! – powiedział mi o tym, wprawdzie już w momencie decyzji odejścia z domu rodzinnego, ale przynajmniej nie pozostawił mnie w całkowitej niewiedzy..

 Znów jednak tak naprawdę nie rozmawialiśmy o tym. Albo – bardzo bardzo niewiele. 

Zawsze lubiłam i do dzisiaj i lubię pierwszą żonę mojego brata. Niezaprzeczalnie ma wiele zalet. I to, że im się nie udało, to nie mnie to oceniać. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Kij ma dwa końce i wina na pewno leży po obu stronach. Jedno jest pewne. Skoro się nie udało, powinni byli już wiele lat temu jak ludzie na poziomie zakończyć ten związek i dać sobie wzajemną wolność i poszanowanie. Nie robili tego przez lata. Zadawali sobie ból, wciągali w to chłopców, najpierw młodych niedojrzałych, po latach dorosłych, dziś już mających swoje rodziny, cudne dzieciaki.  Na pewno dzisiaj rozumieją tę całą sytuację inaczej. Niezależnie od religijnej wiary, od poglądów nakazów  kościelnych – ludzi do miłości nie można zmusić!  Lepiej rozstać się i nie zadawać sobie wzajemnie bólu, niż trwać przy kościelnych zasadach, które i tak na siłę ludzkich uczuć nie zmienią. Ale – to tylko moja „OCENA”

Szanuję uczucia obu stron. I głęboko żałuję, że T. nie ułożyła sobie „drugiego życia” Zasługuje na nie i na drugiego człowieka obok, który by jej nieba przychylił..

Ta myśl dziś nadciągnęła do mojej głowy nieprzypadkowo. Wszystko to od naszej weekendowej przyjacielskiej wycieczki zatoczyło krąg, poprzez rozmyślania przez łzy w rozmowie z ciocią aż do smutnych przemyśleń jak to jest, że wiążą nas więzy krwi i wydaje się, że jest dobrze, a tak naprawdę – mało o sobie wiemy…

Ale przykład relacji takiej jak moja z moim bratem, to wcale nie jest odosobniony przypadek! 

Wracam do powtórki – czas, odległość, inny styl życia, zawsze brak czasu na rozmowy, nieumiejętność podjęcia szczerych rozmów… a może po prostu ich nie potrzebujemy?  Jesteśmy inni i to co mamy nam wystarcza. Od lat jest tak, jak jest. 

Znalazłam zdjęcie z małym Pawełkiem (moim chrześniakiem) jeszcze sprzed wyjazdu do Stanów! Inne to już z naszych spotkań w Krakowie. Środkowe- to jedyne ze spotkania całej rodziny w Sanoku w 2015 roku

Mój brat nigdy nie odwiedził mnie w Stanach, nie wie jak my żyjemy, nie ma pojęcia jak naprawdę mogło i może wyglądać nasze życie na przestrzeni ostatnich 32 lat. Ani moje ani moich dzieci. Podobnie jego synowie. Bardzo się staram utrzymywać kontakty z moimi bratankami. I doceniam to, że zawsze gdy przylatuję do Polski ktoś z nich stara się ze mną spotkać, podobnie jak mój brat. Czasami dzielą się ze mną zdjęciami swoich dzieci, dobrymi nowinami rodzinnymi. Lubię ich żony, bardzo bym chciała, żeby moje wnuki w przyszłości wiedziały wzajemnie o swoim istnieniu i pamiętały, że mają rodzinę w Polsce. 

Rodziny moich bratanków są dla mnie ważne. Ale – zdaję sobie sprawę – odległość, brak jakiejkolwiek ich wiedzy gdzie mają rodzinę tu w Ameryce, jak my (i młodzi żyją) nie pomoże im tych kontaktów utrzymać. 

Ale może im to już nie jest tak potrzebne? Być może, że oni patrzą na to zupełnie inaczej. Świat rozprzestrzenia jak rozpryskująca się bańka i być może szybkość znikania starego pojawiania się  i nowych  potrzeb i innych  ludzi jest dla młodych normalna. 

W końcu to my kiedyś podjęliśmy decyzję i wybraliśmy utworzenie nowego odgałęzienia naszej rodziny na amerykańskim kontynencie?…    

Ja – o tym myślę. Ja – się tym martwię. 

” Gdy łyk powietrza, z wysiłkiem łapiesz…. Pogodnie dumam o tej starości… czy ona musi stale nas złościć?” (znalezione w necie)


BACK

O sercu – medycznie, empatycznie i po ludzku

09/28/2022

Laska Eskulapa-symbol wiedzy lekarskiej

Texas Medical Center w Houston. Serce medyczne Houston. Ponad sto tysięcy pracowników, ponad dwadzieścia różnych szpitali,  sześćdziesiąt kilka różnych medycznych instytucji badawczych, hoteli i podobno prawie osiem milionów rocznie odwiedzających pacjentów.  A w najbliższym sąsiedztwie równie słynny Rice University, piękne ZOO, przestrzenny i zielony Hermann Park  z teatrem na wolnym powietrzu. Wokół medycznej części  skupia się też dystrykt kilku przepięknych Teatrów houstońskich, Opera, Ballet i różnorodne muzea. Imponująca wizytówka nowoczesnego, fantastycznego miasta. 

Panorama Centrum Medycznego – Houston Medical Center. Oczywiście zdjęcie nie jest moje. Nie byłabym w stanie objąć tak ogromnej przestrzeni swoim Iphonem 🙂

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo takie właśnie są wielkie amerykańskie metropolie. Od ponad 30 lat tu mieszkam i obserwuję tę część miasta dość często. Gdyby…

To właśnie Rice University spełnił nasze marzenie i sprowadził mojego męża, a tym samym naszą rodzinę do Houston. To tu, niedaleko Medical Center mieszkaliśmy przez kilka lat. Miałam i taki epizod w swoim życiu, że pracowałam przez trzy lata w jednym z budynków należących do Medical Center, choć nie  w takim, który zalicza się do ścisłego centrum tej zabudowy.   

Setki faktów fascynujących i niesamowitych można wyczytać o możliwościach medycznych tego ośrodka, do którego ludzie przyjeżdżają z całego świata szukać często ostatniej szansy i ostatniej nadziei na życie. 

Dziś jednak nie o suchych faktach myślę. Dzisiaj jestem w środku jednego z tych ogromnych budynków. Nie bywam tu zbyt często, ale też nie jest to moja pierwsza wizyta. 

Tych dziesiątkach nowoczesnych bardzo pięknych i wysokich budynkach, poza szpitalami, znajduje się wiele gabinetów medycznych prywatnych lekarzy połączonych w grupy zawodowych specjalistów. I to wszystkich możliwych specjalności!!  Właśnie w Medical Center mieliśmy pierwsze wizyty pediatryczne naszych wnuków, tu mam doktora chirurga-ortopedę, tu kiedyś znalazłam się na “emergency” z atakiem kamienia w nerce czy wyrostka robaczkowego. 

Cóż – każdy z nas miewa w życiu takie nieprzyjemne incydenty. (: 

Dziś pacjentem jest mój mąż. Zabieg jest dość poważny, bo dotyczy serca, choć nie jest to otwieranie klatki piersiowej. Ale dziś już wszyscy wiemy, że medycyna opanowała wiele sposobów docierania do wnętrza człowieka bez krajania jego ciała. Penetrowanie wnętrza ludzkich organów, podglądanie co się w nich dzieje  za pomocą maleńkich kamer, sond i tym podobnych urządzeń stało się bardzo normalne. I mimo że taki laik jak ja nie bardzo potrafi sobie to wyobrazić, fakty same mówią za siebie.  

A gdy dodam, że wszystko dzieje się tutaj – w Houston, w Medical Center, w Instytucie Chorób Serca – nie mam wątpliwości, że każda nawet najbardziej skomplikowana procedura medyczna na pewno się może  tutaj dokonać! 

Nie jest to pierwsze moje doświadczenie ze szpitalem amerykańskim czy z lekarzami w tym kraju. Przez ponad 30 lat mieszkania tutaj oczywistym jest, że chorujemy, mamy problemy i to coraz większe i niestety coraz bardziej skomplikowane. Cóż, starość wszystkich dosięga, w różny sposób i nikt się przed nią nie uchroni. 

Ludzie z natury lubią ( a może muszą?? 🙂 narzekać, więc i tu w Stanach także narzekają na medyczną sferę usług. Najczęściej na system ubezpieczeniowy.  Ci co mają ubezpieczenie – że stanowczo  za drogie, że skomplikowane, że niezrozumiałe, że trzeba być “zdrowym”, żeby walczyć i dać sobie radę z „papierologią” ubezpieczeniową i jej zrozumieniem… itd. itd. itp.  Ci, którzy nie mają ubezpieczenia albo mają bardzo  ograniczone (z różnych przyczyn) narzekają, że system jest niesprawiedliwy, że powinien być dostępny dla wszystkich jednakowo i za darmo. Lekarze narzekają na wysokie ubezpieczenia ochraniające ich od pomyłek i ryzyka zawodowego i tak dalej – można by wymieniać jeszcze długo i dużo błędów, poczucia niesprawiedliwości, wylewać złość i niechęć do systemu prawno-medycznego. 

Zgadzam się z wieloma segmentami zarzutów, uważam że istnieje ogrom elementów systemowych, które należałoby zmienić naprawić, choć oczywiście nie pretenduję do grona tych, którzy mają na ten temat jakiekolwiek gotowe rozwiązania! To bardzo trudny temat i nigdzie na świecie nie jest on idealny. 

Osobiście, jedno mogę stwierdzić z całą pewnością!  Jeśli ludzie narzekają na służbę medyczną, lekarzy i system leczenia tutaj, to polecam pomieszkać i zachorować (przepraszam za takie określenie!!) w krajach, gdzie istnieje państwowa służba zdrowia taka np. jak w Polsce. Jeśli przeciętny Amerykanin poleżałby sobie tydzień w polskim szpitalu, poddałby się kilku poważnym badaniom jak np. kolonoskopia (bez znieczulenia!), doświadczyłby procedury wyjścia ze szpitala, gdzie papierowy wypis (bez jakichkolwiek wyjaśnień) rzucą mu na łóżko – doznałby niemałego szoku. Na pewno nikt  z personelu nie pomógłby się mu się ubrać, znaleźć wózek, żeby dojechać do windy a potem do samochodu.. (no chyba że ktoś z rodziny się pacjentem zajmie…).  Wiem co mówię, bo takie doświadczenie przeżyłam kilka lata temu w szpitalu w Krakowie odbierając swoją teściową, schorowaną staruszkę. Pacjent wypisany może sobie radzić sam! Bez względu na to w jakiej jest kondycji i wieku. Wózek kazano mi sobie poszukać „gdzieś” (cytat) na korytarzu. Pacjent już przestał być pacjentem szpitala “bo przecież już jest wypisany” a to że powinien bezpiecznie opuścić budynek, to już nie jest problemem personelu.. 

Kontakt pacjenta czy rodziny pacjenta z lekarzem, to nadal forma “PAN i poddany”. Pacjent boi się zapytać co mu dolega, jakie są prognozy, jakie leczenie lekarze zamierzają podjąć, jakie są wyniki badań itd. (dlaczego??). Lekarz nie rozmawia z pacjentem jak z równym sobie, rzadko kiedy jest miły, przystępny, uczynny. Podobnie z obsługą w informacji, rejestracji, telefonach itd. 

Przepraszam, jeśli kogoś dotykam takimi stwierdzeniami. Nie chcę przez to powiedzieć, że tak jest ZAWSZE i WSZĘDZIE!!  Ale w większości miejsc nadal tak się dzieje. Terminy oczekiwania na wizyty czy badania są potwornie długie. Znajomości, układy to podstawowa zasada działania służby zdrowia. Opieram to na doświadczeniach własnych, na opowieściach i doświadczeniach moich przyjaciół i rodziny polskiej, którzy (niestety) teraz częściej chorują i muszą chodzić do lekarzy i szpitali i korzystać z opieki polskiej służby zdrowia. Obserwuję ten problem dość mocno i jawnie określony i oceniony w wielu polskich współczesnych filmach. (reżyserzy: Palkowski, Żuławski, Vega) 

Proszę mnie źle nie oceniać. To nie jest nagonka na prywatne osoby, na lekarzy, którzy są na pewno dobrze wykształceni, ale na system, który w warunkach publicznej służby zdrowia  doprowadza do takiego sposobu leczenia i działania. 

Ale, ale .. zapędziłam się o nieprzyjemnym, a miałam zamiar pisać o przyjemnym! 

Właśnie! Chcę napisać jak przyjemnie można chorować i czuć się komfortowo w szpitalu. Wiem, już słyszę! “Wariatka!  Kto może czuć się dobrze, gdy choruje!?”  Oczywiście, że lepiej być zdrowym! Ale – jeśli już tak się zdarzy, że coś nas nieprzyjemnego dosięgnie i cała plejada doktorów, asystentów i pielęgniarzy musi nas naprawiać, to o ileż przyjemniej, jeśli dzieje się to w komfortowych, czystych i spokojnych warunkach. 

Począwszy od pierwszej wizyty, jeszcze poza szpitalem, gdy po raz pierwszy lekarz przedstawia nam dość jasno opcje tego, co będzie się z nami działo. Dwa dni przed zabiegiem czy operacją osoby uprawnione rozmawiają z nami szczegółowo o wszystkim, co nas w tym temacie dotyczy – o ubezpieczeniu, przygotowaniu do zabiegu – operacji, diecie, lekach, ubraniu, parkingu, czasie trwania zabiegu itd. Możemy zadawać pytania i na pewno dostaniemy na nie odpowiedzi. 

Wejście na szpitalny hol ruchomymi schodami. Ładny widok na przestrzeń i konstrukcję wysokiego sufitu. Zdjęcie 1-sze: widok na Starbucks. Zdjęcie 3-cie: w głębi wejście do Children’s Hospital (Szpital Dziecięcy)

Początek długiego korytarza

Wchodzimy do szpitala.  Jest pięknie! Samochód zostawiamy tuż pod wejściem i dalej zajmuje się już nim obsługa (tak, oczywiście odpłatnie). Budynek jest ogromny! Przestronny, nowoczesny, ogromne okna, jasne kolory, dużo zieleni. Na ścianach wielkie obrazy, przemyślane tematycznie. Pośrodku nowoczesne rzeźby. Idziemy dość daleko. Jestem podenerwowana ale mimowolnie rozglądam się wokoło.  Jest poranna godzina, mijamy dość dużo ludzi. Część pewnie rozpoczęła już pracę dużo wcześniej, inni dopiero idą rozdzielając się na różne oddziały. Różne kolory ubrań szpitalnych. Jest spokojnie, ale nie ma w tym “ciszy przytłaczającej” Ludzie się uśmiechają, piją kawę w styropianowych kubkach. Mijamy kafejki, Starbucks. Kolorowe lekkie stoliki, wygodne krzesła. Czysto schludnie. Prosto ale bardzo przyjemnie. Wszędzie kwiaty, zieleń.  Dalej wzdłuż holu ciągną się wygodne miękkie ławy, obok bardzo ładne stoliki. Wydaje się być dużo ludzi, ale nie ma poczucia tłumu. Sufity bardzo wysokie. Ogromne okna, dużo światła dziennego. Nie ma w tym ani krztyny atmosfery szpitalnej.  

Dochodzimy do właściwej “naszej” części – Instytut Chorób Serca. Wchodzimy do poczekalni. Tu także wygodne fotele, stoliki, telewizor cicho podaje wiadomości dnia bo taka to pora, jest kawa, herbata i dodatki. Wszystko sterylne, przyjemne.  Kilka osób już siedzi, niektórzy czytają, pracują na komputerach. Nie ma żadnych “szpitalnych zapachów”. Ładnie, przyjemnie. Miła pani w recepcji szybko załatwia sprawy papierowe, później jeszcze druga ich część i niemal za chwilę wołają męża  do dostępnej sali. Ja zostaję i czekam w poczekalni. Po pół godzinie mogę już wejść do jego pokoju. Jest sam, leży przygotowany do zabiegu, podłączony do wszystkich potrzebnych maszyn. Jego rzeczy są spakowane w szafce.  Obok jest fotel, z drugiej strony stolik z instrumentami, lekami itd. Na ścianie telewizor, W rogu pokoju oczywiście łazienka. Wszystko co w takiej sytuacji  potrzebuje pacjent. Całkowita prywatność. Pacjent, obsługa medyczna i jeśli jest z nim ktoś z rodziny jak ja. Od tego momentu to nasze miejsce, tylko nasz pokój. Od tej chwili co jakiś czas ktoś wchodzi do pokoju, przedstawia się i opowiada jaka będzie jego rola w tym zabiegu – asystent doktora wykonującego zabieg, następnie doktor główny, anestezjolog, pielęgniarz, jeszcze jakiś asystent… Każdy wyjaśnia, każdy cierpliwie pyta czy coś jeszcze chcemy wiedzieć, każdy uśmiecha się, każdy sprawia wrażenie, że ma dla nas czas i naprawdę zajmuje się tylko i wyłącznie nami… choć przecież my wiemy, że nie jesteśmy jedynymi pacjentami w tym szpitalu. 

Trwa to długo, bo to poważny zabieg. Tak naprawdę nie wiem ani ja ani mój mąż jak to będzie przebiegać, chociaż teoretycznie  przygotowaliśmy się dość dobrze. 

Wywiad koleżeński też pomógł, ale przecież to nie to samo co własne doświadczenie. Bardzo pomaga poczucie, że pacjent jest w centrum opieki, że wszyscy którzy krążą wokół, są dla pacjenta, podpiętego do maszyn i co tu dużo mówić – już nie mogącego się za bardzo ruszać.

Długie miękkie ławy, stoliki, wielkie okna, dużo naturalnego światła i wszędzie zieleń.

Tuż przed zabraniem męża na salę zakładam sobie aplikację informacyjną, która będzie mi przesyłać  bieżące wiadomości o postępach zabiegu. Rzeczywiście, przez cały czas będzie działać bez zarzutu. Nawet późno wieczorem, gdy byłam w domu otrzymywałam powiadomienia, że pacjent otrzymał leki, że zasnął itd. A na drugi dzień już rano przed wyjściem z domu wiedziałam, jak się czuje i że mogę już znów przyjechać do szpitala. Proste, ale jakże pomocne i uspakajające dla rodziny. 

Na czas trwania zabiegu wychodzę z sali, idę do kafejki. Muszę coś zjeść, napić się kawy. Teraz dopiero czuję ogromne napięcie. Mam przed sobą około trzech – czterech godzin, może więcej.  Potem, gdy już go wybudzą i przywiozą z powrotem,  będę mogła wrócić znów do tego samego pokoju. 

Idę wzdłuż holu i rozglądam się. Jest tak pięknie jak w hotelu Hyatt. Dopiero tak naprawdę teraz dostrzegam przestrzeń, nowoczesność tego obiektu. Druga część tego budynku to szpital dziecięcy – Texas Children’s Hospital.  Ale są to tak ogromne przestrzenie, ze tylko z daleka obserwuję wejście do niego. Trochę ukradkiem, ale z wielką dumą pstrykam kilka fotek. Nie wiem czy łatwo uwierzyć, że to zdjęcia szpitalne..

Idę sobie do kafejki, kupuję coś na lunch. Jest duży wybór, ale to nie ciepły bufet. I takie są, ale mnie nawinęła się „caffee” po drodze. W dużym i bardzo dobrym wyborem rożnego rodzaju kanapek, pizzy, sałatek, przystawek, napojów zimnych i ciepłych, soków. Do wyboru, do koloru!! Potem kawa ze Starbucks, “pogadanie” z przyjaciółką, która pracuje w szpitalu dziecięcym i przyszła mnie wesprzeć dobrym słowem (dzięki, wielkie Ewa!)  

No i siedzę na tych miękkich ławach, piszę (pisałam ) trochę na komputerze, choć niełatwo się skupić.  Ogromne okna, cała przeszklona ściana, widok na szpitale po drugiej strony ulicy, także bardzo wielkie i wysokie. Tak wysokie, że trudno było objąć cały budynek na zdjęciu. 

Widok z okien holu na główną ulicę Fannin. Na zdjęciu 1-szym widać linię tramwajową i jeden z przystanków pomiędzy szpitalami. Na obu zdjęciach udało mi się objąć tylko skrawki budynków szpitalnych na przeciwko. Są tak wysokie, że nie sposób ze środka budynku zrobić je w całości.

Pomiędzy tymi wielkimi budynkami, które ciągną się na długości całej ulicy Fannin, biegnie linia tramwajowa. To bardzo dobre rozwiązanie, które powstało już za “naszych  czasów”. Dobrze pamiętam przebudowę całej ulicy i budowę linii tramwajowej. Przy tym nigdy ruch nie był całkowicie zamknięty, bo przecież w sytuacji działania szpitali 24 godziny na dobę, niemożliwością byłoby utrudnienie normalnej pracy karetek czy innych pojazdów komunikacji miejskiej czy prywatnej.

Do dziś nie rozumiem jak ktoś to wszystko obmyślił i wykonał, że nie było w owym czasie żadnych zakłóceń. 🙂 Przy takiej ilości pacjentów i dodatkowo ludzi ich odwiedzających, garaże- nawet te wielopiętrowe, choćby sięgały do nieba – nie są w stanie pomieścić wszystkich. Także pracowników dojeżdżających codziennie do pracy, stażystów, studentów, wolontariuszy.  Zbudowano więc z dwóch różnych stron “Medical Centrum” wielkie ogrodzone parkingi, dla pracowników. A zaraz obok zaczyna się linia szybkiego nowoczesnego tramwaju (czy pociągu, jak kto woli to nazwać, bo tramwaj bardziej przypomina swym wyglądem szybką kolejkę), którym personel, po zostawieniu samochodu na parkingu, dalej już może dojeżdżać do dowolnego szpitala na trasie przejazdu, na długości całej linii. Oczywiście, nie wszystkie szpitale znajdują się w pobliżu linii tramwajowej, ale na pewno problem parkowania został  w dużym procencie rozwiązany i złagodzony. 

Obserwowałam to wszystko siedząc na wygodnej kanapie i zastanawiając się jak niesamowite jest tempo przemieszczania się ludzi, z tramwaju do poszczególnych budynków, jakie przemyślne są połączenia pomiędzy nimi, przewiązki pomiędzy budynkami. Ile trzeba wiedzieć, żeby zgłębić wiedzę i nauczyć się swobodnie poruszać po całym zespole Centrum.  Jakim trzeba być geniuszem – architektem, inżynierem, wizjonerem, wykonawcą… żeby taki kolos funkcjonował tak idealnie?!

Zawsze mnie to zadziwiało, zadziwia i zadziwiać będzie! Zawsze i niezmiennie podziwiam ludzki rozum i wyobraźnię. Ludzkie możliwości tworzenia. Geniusz ludzkiego mózgu. 

Ktokolwiek włożył w ten projekt choćby jedną cegiełkę, może być z siebie dumny i zawsze pamiętać, że dzięki niemu każdy pacjent jak mój mąż dziś jest wdzięczny, że może ten trudny dzień przetrwać w tak komfortowym miejscu. 

Zaraz po skończonym zabiegu, doktor przyszedł do mnie, do poczekalni, usiadł koło mnie przy stoliku, opowiedział fachowo jak przeszedł cały zabieg, co zostało zrobione, co pacjent potrzebuje w najbliższym czasie. Zapewnił mnie, że będzie następnego dnia rano i sprawdzi pacjenta i jego samopoczucie. Rozmowa była konkretna, krótka i logiczna. Zadałam jeszcze jakieś pytanie czy dwa. Wiedziałam to, co najważniejsze i co potrzebowałam na ten moment. 

Jakie to proste, ludzkie.. I potrzebne osobie, która czeka i martwi się o chorego. 

Dlaczego tak prostej komunikacji nie można zastosować  w polskich szpitalach? Gdy opowiadają moi przyjaciele o komunikacji z lekarzami albo raczej o niemal całkowitym jej braku – włosy stają mi dęba. Może bym nawet i nie wierzyła, gdybym podobnych sytuacji nie doświadczyła sama. Na szczęście ja nie mam w sobie strachu przed rozmową z lekarzem w Polsce, jaki ma większość polskich pacjentów. ):

Po kilku godzinach, kiedy wróciłam do pokoju, zastałam męża w kiepskiej formie. Ale pewnie to normalne. Dość długa anestezja, zmęczenie, leki, ból.. Oczywiste, że nie może być to radosnym poczuciem.  Za to opieka, jaką miał mój mąż była naprawdę imponująca. Pielęgniarka, miła młoda dziewczyna, krążyła wokół niego jak satelita, sprawdzała wszystko co chwilę, poprawiała, zajmowała się każdym jego niewygodnym ruchem. Zamówiliśmy późny mały obiad (oczywiście pacjent nie miał apetytu, co mnie nie dziwiło),  ale udało mi się wieczorem wcisnąć w niego kilka łyżeczek zupy. Potem inny pan przyjął zamówienie na śniadanie na następny dzień i gdy już wszystko było poukładane i przygotowane do spania, wiedziałam, że nie ma sensu dłużej tam czuwać. Zdecydowałam  się pojechać do domu. Szłam znów przez długi piękny hol, tym razem prawie pusty, lśniący czystością, oświetlony ładnymi lampami, a nie bijącym jarzeniowym szpitalnym światłem. Przez wielkie okna podziwiałam po przeciwnej stronie ulicy oświetlone budynki innych szpitali. Ruch na ulicy był znacznie mniejszy ale nigdy nie ustawał.

Myślałam o tych, którzy w tej chwili pracują i  czuwają nad chorymi podobnie jak nad moim mężem. Ilu ludzi w tym momencie śpi spokojnie w cichym ładnym pokoju, urządzonym jak domowy kąt, choć są w nim maszyny czuwające nad ich życiem, mierzące każdy ruch ich oddechu…  

Zdaję sobie sprawę, że można tu rozwinąć temat kosztów takiego leczenia, miejsc i narzędzi ratujących ludzkie życie. Kosztów administracyjnych i miliona innych. Ile naprawdę za to płacimy? Ile płacimy za pracę tych, co się nami zajmują, za luksus, który zapewniają nam takie miejsca??? Za system, który zapewne można by usprawnić, zmniejszyć, za nadmiernie rozbudowane urzędowe i formalne struktury pożerające niepotrzebne pieniądze. 

Można i trzeba dyskutować o tym, zmieniać ulepszać i usprawniać.  

Jedno czego zmieniać NIE trzeba! Ludzkiej empatii, dobroci.  Przysięgi, którą na całym świecie lekarz i pielęgniarka składa taką samą.  Człowiek jest najwyższą wartością. Niezależnie czy jest ciężko czy lekko chory, czy jest młody czy stary, sprawny fizycznie czy wymaga opieki – należy mu się taki sam szacunek.  Zwłaszcza w czasie choroby i cierpienia.  Zwłaszcza gdy jest w bólu, jest niecierpliwy, rozdrażniony. My, którzy jesteśmy zdrowi często nie potrafimy tego zrozumieć. Wiem coś o tym.. 

Nie rozumiemy ich strachu, bólu jaki jest w nich, nie możemy pojąć że właśnie świat zewnętrzny zamyka swe piękno przed nimi i przez jakiś czas chorzy czują się w klatce swojej choroby. Pacjent  cierpiący musi przedrzeć się przez wiele ścian, o których zdrowy człowiek w tym momencie nie ma “zielonego pojęcia”.

Dobry lekarz, cierpliwa pielęgniarka, ciepła osoba z rodziny i wreszcie miłe ładne wnętrze, które bardziej przypomina domową atmosferę niż szpitalny, nasączony zapachem środków do dezynfekcji narzędzi, środków mycia podłóg, wszelkiego rodzaju medykamentów, środków opatrunkowych itd. szpital – to dla chorego ogromne ułatwienie przetrwania trudów choroby i leczenia. 

Szpitale amerykańskie nie trzymają swoich pacjentów długo. Mimo tak dobrych warunków, każdy wie, że w domu rekonwalescencja jest łatwiejsza. Jeśli nie ma zagrożenia pacjent wypisywany jest jak najszybciej.

Zabrałam mojego męża do domu następnego dnia po zabiegu ablacji ok. południa. 

Był już po śniadaniu, ubrany, przygotowany do wyjścia, jego rzeczy, choć nie było ich wiele,  zostały spakowane. Wózek czekał obok. Otrzymaliśmy dokładną instrukcję działań, informację szczegółową co robić gdyby cokolwiek działo się niewłaściwego. Lekarstwa zostały przez szpital zamówione w aptece, termin wizyty u doktora prowadzącego ustalony mniej więcej, należało tylko potwierdzić datę wizyty w jego gabinecie. 

Dlaczego tak dokładnie opisuję to doświadczenie szpitalne? Przecież nie jest to ani moje/nasze pierwsze ani pewnie ostatnie.  Zdaję sobie sprawę, że przez całe życie płaciliśmy i płacimy dużo pieniędzy za ubezpieczenie zdrowotne. I wiem, że nic nie jest i NIE MOŻE być za darmo.  Bo za darmo – znaczy: byle jak. Byle jakie warunki, byle jaki serwis, byle jaka opieka. Każda rzecz, każda usługa, żeby była dobra efektywna musi mieć swoją cenę. Tak jest ze wszystkim, tak jest w medycynie. Chodzi tylko o to, by ta cena była uczciwie wyważona. I w tym leży największa tajemnica i trudność. 

Za to ludzka dobroć, uczciwość zawodowa lekarza, poczucie obowiązku, zrozumienie własnego wyboru życiowego, odpowiedzialność za życie drugiego człowieka – to wszystko nie kosztuje. To jest cena naszego sumienia. 

Lekarze pracujący w warunkach ekstremalnie trudnych (np. „Lekarze bez granic”) w Afryce, w czasie wojny, w warunkach epidemii czy choćby niedawno w pierwszych miesiącach pandemii – pokazali jasno i wyraźnie, że lekarz może nawet najtrudniejszej sytuacji być “ludzkim lekarzem”. Lekarzem z powołania. 

Takich lekarzy i pielęgniarzy jest na świecie ogromna liczba. Także z myślą o nich piszę te kilka słów.


BACK