Puste ściany… zadzwonię

2/‎13/‎2021
Najtrudniej jest zacząć. Ciśnie się wszystko w głowie i każde słowo chce być pierwsze, Myślę, że najpierw powinnam powiedzieć jaki mam w tej chwili pomysł. Co wcale nie znaczy, że za miesiąc będę miała taki sam. Ale na dziś – mój blog ma być spontaniczny, szczery, zwyczajny, prosty, zmienny, kolorowy, nastrojowy. Czyli – taki jak ja. Taki jak dziś jest mój dzień. Taki jak obudzi się jutrzejszy poranek i jaki był mój wieczór wiele wiele lat temu, gdy byłam smutna i samotna i gdy byłam szalona i pełna nadziei na tysiące nowych wyzwań.
Mam wrażenie, że niewiele pamiętam, ale to nieprawda. Wracają jakieś strzępki rozważań i chciałabym je wykrzyczeć, przywołać to, co wtedy czułam, albo co teraz czuję i myślę o tym .
Życie każdego człowieka to ciąg wydarzeń, zlepek faktów zaplanowanych albo przypadkowych, chcianych albo obrzydliwie złośliwych i pechowo wciśniętych nam przez los. Zazwyczaj wydaje nam się, że panujemy nad nim, że kontrolujemy mniej czy więcej – nasze życie.
Gorzej, kiedy kontrola wymyka się; z głowy, z czynów i jakoś.. my sobie, życie sobie i nic już nie jest tak, jak planowaliśmy. Każdego dnia doświadczamy takich chwil, każdego dnia potykamy się o zakręty i zawirowania i wtedy – walczymy.
Z samym sobą. Z rodzeństwem, rodzicami, nauczycielami, kolegami. W szkole, w pracy. Z własnymi dziećmi, z chorobami, lękami, kompleksami, słabościami, niechęciami, lenistwem, nadmiarem energii. Z upalem, deszczem, depresją, zazdrością, brakiem pieniędzy.
W takich chwilach- kiedy jest trudno i wydaje się, że jesteśmy zdani już tylko na siebie, nagle odkrywamy, że tak naprawde zawsze ktoś jest koło nas. Mamy rodzinę!
Nie, to nie znaczy, że ktoś zaraz nam pomoże, doradzi, potrzyma za rękę. To nie takie proste. Ale dzieki temu, że nie jesteś sama/sam, musisz liczyć się z tą drugą osobą. Masz dziecko- trzeba się nim zająć, masz męża- musisz z nim porozmawiać, podjąć wspólnie decyzję, masz starą matkę, masz skomplikowane układy z rodzeństwem.. Zawsze jest COŚ, co wymaga decyzji, wyzwania, wyboru, czasem nawet bolesnego rozliczenia się z przeszłością.
Mówią: :”z rodziną najlepiej na zdjęciu” – bez rodziny.. niewyobrażalnie pusto.
Zawsze, od wczesnych lat gdy zaczęłam rozumieć i zastanawiać się nad tzw.”problemem Judyma” czyli wyboru : czy aby być dobrym (najlepszym, poświęcającym się całkowicie innym ludziom) lekarzem, policjantem, dziennikarzem ciągle podróżującym po świecie i narażającym swe życie w niebezpieczeństwie toczących się gdzieś tam wojen, pilotem, żołnierzem itd..muszę pozostać w zyciu sama, bo rodzina jest tylko przeszkodą do spełnienia misji najdoskonalszej pracy dla innych ludzi?
Czy ksiądz musi wyrzec się rodziny i żyć w celibacie, bo inaczej nie może być dobrym i uczciwym księdzem? To dla wielu ludzi dylemat. Wiem, każdy człowiek jest inny i ma prawo do własnych wyborów. Moim wyborem zawsze była i jest rodzina. W każdej sytuacji rodzina jest i powinna być oparciem, pomocą w rozumieniu problemów innych ludzi – nigdy przeszkodą.
Wiem, że pozornie często wygląda to, że praca, poświęcenie się dla zawodu i idei może kolidować z czasem, którego potrzebujemy dla rodziny. A jednak myślę, że mimo iż trudno wymierzyć to w godzinach czy rozpisać w kalendarzu, liczą się emocje, wartości niewyliczalne- miłość, zaufanie, dom, do którego wracamy gdzie, otacza nas spokój i bezpieczeństwo. Ludzie, którym ufamy i którzy nam ufają. I choć na przestrzeni naszego całego życia i w różnych momentach naszych związków rodzinnych nie zawsze wszystko układa się dobrze, każdy ma swoje złe dni i czarne dziury, ale zawsze warto mieć rodzinę. Obok siebie bliską osobę. Nawet jeśli ta bliskość nie jest fizyczna, nawet jeśli wydaje nam się, że dookoła są tylko cztery puste ściany.

I nagle myśl – zadzwonię..


BACK

Kabaret pierwszomajowy

‎2/‎20/‎2021
Trafiłam do Liceum Medycznego w fajnym momencie, gdy grono nauczycielskie było bardzo młode, zgrane i dość szybko zaprzyjaźniliśmy się. Szkoła była dość specyficzna, bo oprócz nauczycieli uczących regularnych przedmiotów ogólnokształcących wielu nauczycieli uczyło przedmiotów zawodowych pielęgniarskich. Mieliśmy także lekarzy, którzy przychodzili do nas uczyć przedmiotów klinicznych. Tak więc nie byliśmy typowym szkolnym gronem pedagogicznym. Także system nauczania był inny niż w przeciętnej szkole średniej, bo oprócz regularnego programu licealnego uczennice (bo 98 procent uczniów stanowiły dziewczyny) miały wiele zajęć teoretycznych pielęgniarskich a także praktyczne zajęcia w szpitalach, żłobkach i przychodniach.
Jako młode grono nauczycielskie od początku mieliśmy mnóstwo pomysłów i inicjatyw „specjalnych”. Niestety, czasy były trudne, kontrolowane, dyrektorzy patrzyli nam na ręce, trzeba było robić dziesiątki uników, kamuflaży, żeby zrealizować nasze pomysły. Ale też bawiło nas to, że można podejmować ryzyko, że coś się udaje, więc brnęliśmy tworząc swój mały „ładniejszy” świat..
I tak zaczęły się rodzić moje pierwsze malutkie przedstawienia – szkolne kabarety. Jak wiadomo, w tamtych czasach, z każdej „ważnej” okazji musiała w szkole „odbyć” się akademia albo przynajmniej uroczysty apel. Każdy dyrektor musiał wykazać się, że nie był bezczynny i odpowiednio uroczyście potraktował dane święto.
To była zmora nie tylko dyrektorów dla także nauczycieli, którzy zazwyczaj na siłę byli po kolei wyznaczani do tych specjalnych zadań. A najczęściej – poloniści. Wszyscy inni nauczyciele uważali, że w ogóle tylko poloniści powinni być odpowiedzialni za takie „artystyczne” działania, my zaś uważaliśmy, że niekoniecznie..
W każdym razie – gdzieś w którymś momencie zrodził się taki pomysł.. Jeśli dobrze pamiętam, było to w drugim roku mojej pracy, byłam bardzo młoda i miałam świetny kontakt z moimi uczennicami. Zresztą zawsze miałam i zawsze uwielbiałam uczyć. Może to brzmi dziwnie ale ja naprawdę kochałam mój zawód i moją pracę. Moją pierwszą dyrektorką, była kobieta również młoda, bardzo elegancka, która od początku bardzo mi imponowała. Wiem, że musiała być uzależniona od układów politycznych jak każdy ówczesny dyrektor, ale też czuło się pewną „niezależność” i rodzaj porozumienia z gronem nauczycielskim. Nie wiem, jak inni nauczyciele zapamiętali ją, ale moje wspomnienie o dyrektor G. jest bardzo ciepłe. Niestety – dość szybko odeszła od nas i pojawili się dyrektorzy – już tacy jakich było w tym czasie i w każdej szkole i w każdej innej instytucji tysiące – karierowicze, komuniści, zaprzedani systemowi, służalczy i mało-ludzcy.. Może ktoś powie,że to niesprawiedliwe, co mówię. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy byli tacy sami, że nie wszyscy byli źli i jednakowo niedobrzy. A jednak – zachować balans w tamtych czasach było niezwykle trudno. Nie mnie oceniać ich wszystkich. Mogę tylko wspomnieć tu, że dwóch dyrektorów Liceum Medycznego czasami śni mi się w bardzo ponurych snach..
Wracając do namiastki mojego pierwszego kabaretu szkolnego.. Zbliżał się 1 Maja, bardzo ważne Święto dla polskiego państwa socjalistycznego. Akademia w szkole musi być! No i padło na mnie!. Myślałam, myślałam, szukałam, szukałam – aż wymyśliłam coś nietypowego. Wiedziałam, że mój plan jest ryzykowny. Ale dziewczynom spodobał się i zabrałyśmy się do roboty. Część pierwsza, nie pamiętam już jak dluga, ale pewnie może 20-25 minut to oczywiście jakaś wiązanka wierszy czy piosenek robotniczo-socjalistyczno-patetyczno-wzruszjacych.. Wiedziałam, że wszyscy będą niemal spać z nudów, ale też muszą to przetrwać, bo taka jest potrzeba i jesteśmy wszyscy do tego przyzwyczajeni.
Zaraz potem – na scenę… wyszła uczennica i jak prawdziwa spikierka ówczesnej TV zapowiedziała, że za chwilę przeniesiemy się do Warszawy, gdzie właśnie trwa obudowa zrujnowanej powojennej stolicy itd..
I tu – na scenę wyskoczyli ” robotnicy” w kufajkach (pamiętacie takie części garderoby robotników?), z wąsami, z czapkami i w kaloszach, a także pan majster i pan dyrektor i zaczął się prawdziwy KABARET na budowie socjalistycznej. Słowo daję, że dziś już nie pamiętam skąd wyciągnęłam te teksty! Nie, nie były nielegalne. Ale na pewno nie były dostępne w żadnym podręczniku szkolnym. Pamiętam, że testy były doskonałe – wartkie, dosadne, dwuznaczne, niesłychanie dowcipne, zagrane przez dziewczyny świetnie, bo ćwiczyłyśmy to dość szybko, ale za to z wielkim zapałem bawiąc się przy tym doskonale. Cała scenka nie trwała dłużej niż pół godziny, a te pół godziny było wulkanem śmiechu w całej szkole. I było czymś, czego normalnie na akademii 1-szo majowej NIE było nigdy. NIE było nigdy na żadnej akademii.
Kiedy już opadły emocje, aktorki zebrały ogrom oklasków, a ja gratulacje – wiedziałam, że zaraz przyjdzie czas na rozliczenie się za mój pierwszy kabaretowy występ. Pani dyrektor wezwała mnie na rozmowę, nie była to rozmowa z cyklu przyjemnych, ale – nie trwała za długo, nie była najgorszym kazaniem, jakie w życiu słyszałam.. na koniec pośmiałyśmy się razem wspominając niektóre powiedzonka i jakoś rozeszło się „po kościach”.
Od tego czasu poczułam, że choć nikt głośno tego nie powiedział – mam zielone światło i jak mam ochotę, to mogę próbować swoich sił jako „reżyser”.
No – i tak to się zaczęło..


BACK

Kochani poloniści

‎2/‎17/‎2021
Miałam takie szczęście w życiu, że zawsze trafiałam w szkole na świetnych polonistów. Najpierw w szkole podstawowej pamiętam panią Kubacką (a może podobnie? dziś juz nie żyje, więc mogę przytoczyć z pełnym sentymentem jej nazwisko). Uwielbiałam ją, jej opowieści o literaturze, jej sposób opowiadania o niej. Już wtedy pewnego dnia powiedziałam w domu, że będę nauczycielką polskiego. Mój ojciec, inżynier, popatrzył z politowaniem i pokręcił głową z dezaprobatą.
Wtedy jeszcze oceny ze wszystkich przedmiotów miałam bardzo dobre, ale już wiedziałam, że nie lubię matematyki, że fizyka to obce mi pole, że chemia, geometria to elementy, których moja wyobraźnia nie wychwytuje.
II Liceum im. Sobieskiego w Krakowie, legenda tamtych czasów (głównie za sprawą dyrektora szkoły, pana G) upewniła mnie, że po pierwsze znów najlepszym i uwielbianym moim nauczycielem był polonista (o, nie, wcale nie najłatwiejszym! ale ta jego niezależność, ta luzackość, ta swoboda poruszania się po literaturze i interpretacja jej, to, że nigdy nie musiał mieć w ręce dziesiątek podręczników, żeby wiedzieć o czym mówić, to, że od drzwi rzucał dziennikiem i zawsze trafiał na stół.. ). Mogłyśmy z moimi przyjaciółkami (klub czterech!) godzinami rozmawiać o nim i o jego lekcjach, był naprawdę wyjątkowy.
Pamiętam jak uważałyśmy, że wreszcie rozgryzłyśmy jego system przepytywania z zadanych rzeczy do nauczenia się i uznałyśmy, że skoro następnego dnia jest test pisemny, to na pewno nie będzie przepytywania z fragmentu koncertu Jankiela, ktory mielismy zadany kilka dni wcześniej nauczyć się na pamięć z „Pana Tadeusza”. Zawsze byłam solidna, zawsze starałam się umieć wszystko na czas. Ale – przed czasem ?..
Piszemy test, jestem bardzo podniecona, wszystko wiem – idzie dobrze. Siedzę w pierwszej ławce. Profesor W. (tak, w liceum mieliśmy profesorów!) siedzi półdupkiem (przepraszam za pól..) na mojej ławce i pada ostatnie pytanie testu:
Napisz tekst koncertu Jankiela od słów: „Było cymbalistów wielu, ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu….” A ja – NIC! Ani słowa.. A mój ukochany profesor: „O, ktoś się nie nauczył tekstu na pamięć, ktoś nie umie, ktoś nie wie co pisać…” Boże! do dziś słyszę ten jego sarkazm w głosie, widzę ten uśmieszek i czuję mój palący wstyd. Do dziś pamiętam to wydarzenie, nie dlatego, że profesor dał dwie oceny, jedną za test a drugą za znajomość tekstu koncertu Jankiela (którą potem poprawiłam..) ale za poczucie swojej beznadziejności, że dałam się tak wymanewrować swojemu ulubionemu nauczycielowi.

Po latach i po różnych, niełatwych perypetiach, sprawdzianach, zakrętach, egzaminach, potyczkach rodzinnych i innych – zostałam polonistką. Skończyłam studia, zaczęłam moją pierwszą pracę jako nauczycielka w szkole. Przez miesiąc w podstawówce. A po miesiącu trafiłam do Liceum Medycznego w Sosnowcu. I tu zaczęła się moja nauczycielska droga – 13 lat. Może niedługa w czasie, ale pełna emocji, zdarzeń, przyjaźni i do dziś trwających wspomnień. Ten czas w moim życiu, w trudnym życiu szkolnej polskiej rzeczywistości był wielkim bogatym rozdziałem mojego zawodowego życia.


BACK

Bez szlifu i botoksu

3/‎3/‎2021

Myślę, że gdybym miała siebie określić szybko i krótko, to bym powiedziała, że jestem narwana, szybka, aktywna, niecierpliwa.
I jeszcze dziś dodałabym szybko, że to wszystko prawda – ale sprzed lat.
Bo z wiekiem, z mijającym czasem (nie, nie powiem, że ze starzeniem się 🙂 zmieniamy się wszyscy. Tylko, że niewielu z nas lubi się do tego publicznie przyznawać. Przed sobą zresztą też nie. Kiedy jesteśmy młodzi, brylowanie w towarzystwie, bycie aktywnym, bycie wszędzie i zawsze, lekko i zwinnie wychodzi nam bardzo łatwo i bardzo efektownie. Nieco później – musimy włożyć dużo wysiłku, by takie wrażenie wciąż wywrzeć na otoczeniu.
Niektórzy bardzo tego potrzebują, nie mogą pogodzić się z faktem, że coraz trudniej zachować ten sam wizerunek sprzed 10 czy 20 lat. Coraz więcej zmarszczek, coraz mniej sił witalnych, coraz mniej humoru, tolerancji i akceptacji innych. Uciekamy w domowe zacisze, bez makijażu i samokontroli, nie chcemy już przyjmowania zaproszeń na cotygodniowe spotkania towarzyskie, bo wyraźnie ani nas to bawi ani cieszy..
Ale – równocześnie nie chcemy, by ktoś inny to zauważył i, nie daj Boże, skomentował.
Popadamy w paranoję, udajemy „młodzieniaszków” (niektórzy nawet próbują zaprzyjaźnić się z kolegami swoich dorastających dzieci..), szukamy ratunku w botoksie, opowiadamy koleżankom o poprawkach w swojej urodzie, o tysiącach osiągnięć w salach gimnastycznych, o świetnych wynikach w bieganiu, dietach odchudzających. Każda ma najlepszą receptę! No i jeszcze – przekonanie, że „ja wyglądam dużo młodziej niż ona”, „ja jestem szczuplejsza” itd..
A tak naprawdę – czasu, kobieto (mężczyzno, też!) nie oszukasz!
Czas jest dla nas wszystkich jednakowy. Płynie od wieków tak samo. Ani wolniej ani szybciej. To prawda,, że świat staje na głowie, (a raczej biznes i jego pieniądze), by pomóc nam w poczuciu, że możemy coś zmienić i poczuć się lepiej. Ale – czy nie jest odwrotnie? czy nie poczujemy się lepiej, jeśli zaakceptujemy piękno każdej godziny życia, która jest nam dana przez los? Czy nie zrobimy samej sobie prezentu, jeśli uznamy, że nasz czas szaleństw minął i teraz bardzo kochamy coraz więcej spokoju.. że chcemy zmian, że chcemy, by ludzie wokół nas – rodzina, przyjaciele, a przede wszystkim żebyśmy MY sami potrafili zaakceptować siebie na dzień dzisiejszy takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.
Nie musimy robić tego samego, co robiliśmy 10 lat temu, możemy bez wyrzutów sumienia nie mieć ochoty na długie górskie spacery, możemy przecież mieć tę samą przyjemność spacerując krócej i łatwiejszą trasą, ale zachwycając się wokół tym, czego 10 lat temu nie umieliśmy dostrzec.
Oddajmy „pałeczkę” młodszym w sprawach, które my już w swoim życiu zakończyliśmy i mamy poczucie dobrze zakończonej misji, nie wysilajmy się na „odgrzewane” dania.
Dawno dawno kiedyś, na pewnym zimowisku harcerskim, ktoś ważny dla mnie napisał mi na mojej obozowej chuście taki pamiątkowy wpis: „WSZYSTKO MA SWÓJ WŁAŚCIWY CZAS”. Zapewne odnosiło się to do zupełnie innego sensu tamtego momentu życia, ale jakże ponadczasowy wymiar okazało się mieć!
Tak, codziennie rano podnoszę wysoko głowę, spoglądam w lustro (nie, żebym lubiła swoje odbicie..) ale wiem, że tak ma być, że dziś ja, jutro moja córka, kiedyś ktoś następny o wiele piękniejszy ode mnie..
Jestem szczęśliwa. Zdrowa. Życie udało się trochę dobrze, czasem trochę gorzej. Jest dobrze.
Nie będę udawać. Chcę być sobą. Nie żądajcie ode mnie, bym robiła to czego już nie chcę, nie mogę, nie lubię. Nie będę katować się dietami, będę wstawać rano kiedy mam na to ochotę, będę rozpieszczać moje wnuki, będę wyglądać tak, jak wyglądają starsze panie – zadbane ale naturalne. Bez botoksu i wspomagaczy. Bez oszustwa i udawania. Choćby świat wmawiał mi, że mogę kupić sobie drugą i trzecią młodość, bo przecież sześćdziesiątka to tylko druga czterdziestka…
Kochani, ja chcę mieć 60-kę i więcej! Ja się tego nie wstydzę. Cieszę się,że jest dane mi tyle szczęśliwych lat żyć!!!

Bez szlifu i botoksu 🙂 🙂

BACK

Jej portret, twój portret, nasz portret

3/3/‎2021
W kwietniu 2006 roku w moim teatrze Ogniska Polskiego stworzyłyśmy z moją ukochaną przyjaciółką i asystentką Beatką sztukę pt. „Jej portret”. Sztuka składała się z dwóch części, pierwszą wystawiłyśmy w kwietniu 2006 roku, drugą w listopadzie tego samego roku. Pierwsza była moim autorskim programem, druga pomysłem/ wyborem Beatki. Obie reżyserowałam ja, w obu Beatka była moją „prawą ręką” i w obu brałyśmy udział jako.. aktorki. No i oczywiście niezastąpiona Ewa, ale o tym wszystkim napiszę w części o teatrze. Dziś chciałam przytoczyć wiersz Wisławy Szymborskiej, który obie z Beatką zgodnie wybrałyśmy jako motto – początek naszej sztuki o kobiecie. O nas. O wszystkich kobietach razem i o każdej osobno.
Ten wiersz jest tak prosty i tak dosadny, że zawiera wszystko co można w kilku zdaniach, w kilku prostych myślach opowiedzieć o kobiecie.
Nikt tego lepiej nie zrobił jak nasza Noblistka Szymborska!.
Dziś tylko tekst. Któregoś dnia w teatralnej części dołączę naszą interpretację wiersza. Myślę, że wam się spodoba. Zwłaszcza, że w każdej części zrobiłyśmy to inaczej. Bo ten wiersz każdy może powiedzieć, pomyśleć INACZEJ. Tak różnie jak różne są kobiety.
Poczytajcie sami. Jeśli go znacie, przypomnijcie sobie jeszcze raz, jeśli czytacie go po raz pierwszy – pomyślcie, ile kobiecej prawdy w nim jest! ile subtelności i siły, ile zmienności i przewrotności. Ile miłości odpowiedzialności, zaradności..

W. Szymborska „Portret kobiecy”

Musi być do wyboru.
Zmienia się. Żeby tylko nic się nie zmieniło…
To łatwe. Niemożliwe. Trudne, warte próby..
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare.
Czarne, wesołe. Bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu.
Jedyna na świecie…
Urodzi mu czworo dzieci.
Żadnych dzieci. Jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, To będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka… i zbuduje most.
Młoda.
Jak zwykle młoda.
Ciągle jeszcze młoda..
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem.
Własne pieniądze na podróż daleką i długą.
Tasak do mięsa. Kompres. I kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy jest zmęczona?
Ależ nie! Tylko trochę… Bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha. Albo się uparła.
Na dobre. Na niedobre. I na litość boską……

I jak wam się podoba? prawda, że bardzo…kobiece??



BACK

Ech, życie!

‎2/‎15/‎2021
Ech, życie!
Gdy już się ma dobrze po 60-ce, to można sobie śmiało tak westchnąć.. I to może oznaczać wszystko! A przede wszystkim fakt, że to kawał czasu z kalendarza, wiele minionych dni i lat, dobrych i gorszych, takich, o których chce się opowiedzieć i takich, co niekoniecznie.
Od kilku lat ciągle przychodzi mi na myśl takie porównanie, że moje życie jest jak cztery pory roku. To pewnie nic odkrywczego, na pewno niejedna osoba ma podobne wyobrażenia. Ale kiedy analizuję i rozmyślam nad wydarzeniami z różnych etapów mojego życia, widzę je w kolorach, nastrojach pór roku. I wcale nie jest tak, że najpierw wiosna – młodość, potem lato, bo dojrzałość itd.. Nie! to nastrój, to wycinki, fragmenty zdarzeń, niezależne od wieku, miejsca, scenerii. Zależne ode mnie, od ludzi wokół. Od duszy i muzyki, która w niej gra.
Pora roku życia to także nasz charakter, nasza osobowość.
Ja z pewnością mam w sobie ostre kolory. Lubię czerwień i żółć, lubię zielenie i ostry pomarańczowy. Ale bywa także, że przyciąga mnie jesienna aura ciepłych delikatnych żółci, brązów i złamanych zieleni. Wyciszam się i mój koloryt życiowy zmienia swoją porę roku.
Najmniej lubię zimę. Zima mnie onieśmiela. Przeraża ciszą i wielkością nieskażonej bieli. Kryje w sobie ogrom czegoś nieznanego, zimnego, nieprzychylnego. A równocześnie czekam na zimę każdego roku, bo to czas najpiękniejszych rodzinnych chwil Bożego Narodzenia, cudownych tradycji, ciepła, jakiego trudno doświadczyć bez tła grudniowej aury.
Ten rozdział blogu będzie więc skakać po latach mojego życia i po jego różnych porach. Chciałabym sięgnąć do wspomnień z dzieciństwa i mojej młodości, do zdarzeń w Polsce i Ameryce, znów znaleźć się w podróżach po świecie i szkole. W harcerstwie i w ogrodzie z moimi wnukami. Po trochu. Nierówno. Jak kwiaty w bukiecie. Do wymiany. Ten, który właśnie rozkwitł – dziś będzie najpiękniejszy, jutro wymienimy na inny. Za kilka dni dodam ten, który właśnie pączkuje w mojej pamięci.

Tyle – w temacie wstępu. A potem już bukiety wspomnień, mam nadzieję, rozkwitną i same ułożą się w ikebany…


BACK

Pierwsze przyjaźnie

2/‎17/‎2021
Przyjaźnie to związki między ludźmi – różnego rodzaju. To sentymenty, wspomnienia – dobre i czasem nie do końca.. Przyjaźnie przewijają się przez całe nasze życie choć często nawet nie nazywamy tych uczuć przyjaźnią.
Kiedy byłam małą 7-letnią dziewczynką i zaczęłam chodzić do pierwszej klasy szkoły podstawowej nr 2 w Krakowie nauczycielka posadziła mnie w ławce z dziewczynką o imieniu Hania. Pamiętam nawet jej nazwisko. I bramę, w której mieszkała niedaleko mnie, na sąsiedniej ulicy. Niemal od pierwszego dnia byłyśmy jak papużki-nierozłączki. Do szkoły razem, na przerwach razem, ze szkoły razem. Nasze mamy szybko poznały się i chyba były zadowolone z tej pierwszej dziecięcej przyjaźni. Ja nigdy nie chodziłam do przedszkola, zawsze zazdrościłam dzieciom, które na podwórku czy na krakowskich plantach znały się. Ja zapoznawałam się z nimi podczas zabawy, ale zawsze byłam spoza “kręgu”. Dopóki nie poznałam Hani. Nagle i ja miałam kogoś kto należał do mnie! Aż tu na dwa- trzy miesiące przed zakończeniem roku szkolnego gruchnęła wiadomość, że od nowego roku szkolnego otwierają nowa szkołę (właściwie to był stary budynek odremontowany i przystosowany do potrzeb szkoły podstawowej. I rodzice dostali zawiadomienie, które ulice będą od września przynależały do nowej szkoły a które pozostaną w 2-ce. No i los okazał się okrutny.. Hania miała być w szkole nr. 94 (czy ja dobrze pamiętam??) a ja pozostawałam w szkole nr. 2. Nawet nie potraficie sobie wyobrazić jaka to była dla nas obu rozpacz! Płakałyśmy w każdym momencie, nie mogłyśmy się rozstać przez całe dnie. Nasze mamy próbowały przenieść ktorąś z nas do nowej szkoły albo pozostawić nas obie w starej. Nic nie dało się zrobić.
Nadeszly wakacje. Spotykałyśmy się jeszcz troche, rodzice obiecywali, że na pewno będziemy mogły spędzać czas wspólnie poza szkołą. Cierpiałyśmy obie. A potem.. jak to dzieci – w mojej szkole zmienili układ klas, przyszły nowe dzieci, nowe koleżanki. Usiadłam w ławce z Martą i.. miałam już nową serdeczną przyjaciółkę! I słońce znów zaświeciło i było dobrze, bo był bliski człowiek obok mnie. A potem byla Magda i Ewa i Grażyna i tak podstawówka minęła budując ciepłe i różne relacje.
A obok pojawił się nowy rozdział życia. Ktoś wciągnął mnie do drużyny zuchowej “Szarotki” Miałam szary mundurek harcerski, białą chustę z szafirową szarotką i śliczny szafirowy kapelusik z naszywaną białą szarotką.

Byłam w trzeciej klasie. Od tego momentu zaczęła się długa piękna historia przyjaźni i związków, które ukształtowały mnie pod wieloma względami na całe życie. Historia która, można powiedzieć .. poniekąd wciąż trwa, bo to po wielu wielu latach doświadczeń, przeżyć, sentymentów narodziła się przyjaźń i miłość, która trwa do dziś. Narodziła się moja rodzina..


BACK