Motylem byłam..

4/21/2021

Jesteśmy jak motyle. Przez całe życie lecimy pędzimy, raz wysoko wprost do nieba, do słońca blasku. Innym razem przysiadamy na kwiatku, na kamyku, zatrzymujemy się posmakować chwili, zapamiętać ją na zawsze. Jeszcze jutro pofrunę tam, gdzie nie byłam nigdy, może spotka mnie coś pięknego..

Mam duszę lekką, marzenia, które unoszą mnie na skrzydłach, bo motyl taki jest.. Lekki, kolorowy, delikatny. Piękny.

Kiedy byłam młoda myślałam, że tak będzie zawsze. Bo młodość ma to dane, że wierzy w swoją nieprzemijalność. Kiedy trwa, jest „na zawsze”. Tańczy każdego dnia – w realnym życiu, w marzeniach i tysiącach planów na przyszłość.

Każdy był kiedyś młodym. I zdrowym. I pięknym. I nie mam zamiaru pisać tu nowej bajki. Wiem, że ludzie miewają czasem młodość ciężką, bo trafiają w swoim życiu na trudny czas, na zło, którego sobie nie wybierali.

Moja młodość przypadła na czasy komuny, której większość naszych rodziców nienawidziła (mój tata, w domu,  nie rozstawał się z małym przenośnym radiem przyłożonym do ucha słuchając niemal bez przerwy skrzeczących zagłuszanych wiadomości zakazanego radia Wolna Europa). Ale mimo czasów biednych i wielu ograniczeń politycznych, braków w sklepach, przepisów, do których z niechęcią musieliśmy się wszyscy stosować – my młodzi żyliśmy radośnie i wesoło.

Pamiętam, że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu w telewizji wyświetlano jakiś film o tematyce wojennej. Nie jestem z pokolenia urodzonego w czasie II wojny, ale obraz tych filmów na długo ukształtował we mnie strach, że wojna powróci i nasze życie będzie znów pełne niepewności i bomb lecących z samolotów pod niebem.  A przecież – być młodym, to znaczy być lekkim jak motyl. Oprócz lat harcerskich, które na pewno zdominowały moje poglądy i nauczyły mnie wiele dobrego, praktycznego, żyliśmy radością pojedynczego dnia. Robiliśmy głupstwa, kochaliśmy się, mieliśmy swoje duże i małe problemy, chodziliśmy na prywatki, tańczyliśmy słynnego Rock and Rolla i Motylka i Twista.  Byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej, gdy zaczęłam uczestniczyć w zajęciach kółka geograficznego. Prowadził te zajęcia starszy pan (a może mi się tylko tak wtedy wydawało?), odbywały się one w sobotę po lekcjach ok. godziny 13-tej i najpierw był zawsze jakiś referat, wykład na temat bardzo „geograficzny”, potem dyskusja-komentarz, a potem… szybko składaliśmy  krzesła na bok pod ściany klasy, włączaliśmy magnetofon i odbywały się zajęcia z tańca.

Nie mam zdjęcia z naszych pierwszych „kursów tanecznych” ale za to mam migawkę z niedzielnych wycieczek z naszym nauczycielem geografii i.. tańca

Wszystko pod okiem naszego nauczyciela, który udzielał nam trochę instrukcji, trochę zachęty, bo w końcu nie łatwo było namówić 13,14-letnich chłopców do tańczenia z dziewczynkami. To były moje pierwsze kursy tańca i moja pierwsza nieśmiała sympatia.. Chłopak, z którym byliśmy parą do końca podstawówki i jeszcze trochę w liceum. Za to w niedziele nasz nauczyciel często, jak tylko dopisywała ładna pogoda, zabierał nas na wycieczki w najbliższe okolice Krakowa. To były wyjątkowo edukacyjne i socjalne zajęcia pozalekcyjne. I wyjątkowy nauczyciel, którego zapamiętałam do dzisiaj. 

W harcerstwie też urządzaliśmy różne potańcówki, zazwyczaj związane były z jakimiś okazjami jak „Andrzejki” albo zabawa karnawałowa. Uwielbiałam tańczyć i muszę przyznać, że byłam w tym niezła. No i na brak  powodzenia nie mogłam narzekać. Wokół zawsze dużo chłopców. Nawet czasem wynikały z tego kłopoty i dylematy wyborów. Jak to w młodości, kiedy ciężko zdecydować się co się chce, a chciałoby się wszystko 😊

Motyl przecież fruwa lekko i zmienia miejsca i marzy co chwilę o nowych doznaniach i wrażeniach…

Dobrze pamiętam moją własną studniówkę. Piszę „własną”, bo kiedy pracowałam jako nauczycielka polonistka uczestniczyłam w kilku studniówkach, a nawet je z uczennicami organizowałam. Studniówka, czyli bal szkolny organizowany na sto dni przed maturą, po którym to już uczeń powinien tylko skupić się na książkach i wkuwaniu wiedzy, w moim liceum miał dość konserwatywne zasady. Po pierwsze – musiał odbyć się na terenie szkoły czyli w auli, na tę okazji specjalnie udekorowanej przez komitet rodzicielski i dodatkowy tłum pomocników. Po drugie – nie wolno nam było wprowadzić nikogo z zewnątrz szkoły czyli nie było szansy przyjść ze swoim chłopakiem, dziewczyną. Musieliśmy się bawić w gronie  wszystkich klas czwartych – maturalnych (mieliśmy ich aż sześć). Po czterech latach znaliśmy się wszyscy dobrze, dziewczyn było więcej, mieliśmy już po 18-19 lat- hmm.. nie byliśmy zachwyceni takimi restrykcjami towarzyskimi.  Mój ówczesny chłopak (a obecny mąż) też nie. Musieliśmy być ubrani na biało-czarno.

Jedyne zachowane studniówkowe zdjęcie. Wybory Miss Klasy Maturalnej.

Długo kombinowałam, co by tu zrobić, żebym nie musiała założyć tradycyjnej czarnej spódnicy (jedne miały całkiem długie, inne mini, ale to było w „Sobieskim” dość dużym ryzykiem, nawet na studniówce) i białą bluzkę, nawet jeśli miałaby to być najbardziej wyszukana i strojna. W końcu – już nie pamiętam kto i gdzie, ale pożyczyłam sukienkę czarną i małe białe „kosteczki” z białą  strojną falbaną przy dekolcie. Była naprawdę piękna i taka.. inna. I najważniejsze, nikt się nie przyczepił, że jest „niewłaściwa” 😊  No i całą studniówkę obsługiwali nasi rodzice, co wiązało się z pilnowaniem nas na każdym kroku. Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo choć muzyka była z magnetofonu (chyba nic innego wtedy nie było? Może jakieś nagłośnienie, nie pamiętam) bawiliśmy się znakomicie!  I był też konkurs na Najładniejszą Koleżankę – Maturzystkę, co według zasad konkursu sprowadziło się do tego, że wygrała ta, która otrzymała najwięcej punktów za różne odpowiedzi w poszczególnych częściach konkursu i oceniali swoje koleżanki koledzy z klasy, siłą braw i siłą głosu (oj, było bardzo bardzo głośno!.) W ten sposób wygrała wcale nie najładniejsza z nas, ale na pewno najpopularniejsza i na pewno bardzo lubiana. Ja – tu się pochwalę, zostałam wicemiss, co do dziś bardzo mnie satysfakcjonuje. Studniówka miała jeszcze jedną fatalną restrykcję – miała się zakończyć o 22:00, co od początku uważaliśmy za oburzające i wstydliwe przed wieloma innymi liceami krakowskimi. Na szczęście zabawa była „grzeczna”, rodzice pilnowali i udali się razem z uczniami w delegacji do dyrektora szkoły, który uprzejmie ustąpił i zgodził się przedłużyć naszą studniówkę do 23.30 czyli udało się prawie do północy 😊

Od pierwszego balu dziecięcego do studniówek i balów młodości

Potem, każda następna studniówka w „Medyku”, choć nie moja, była dla mnie też dużym przeżyciem. Lubiłam je organizować, często przygotowywałam z uczennicami program kabaretowy, konkursy, niespodzianki. I zawsze bawiłam się na nich znakomicie. Z uczennicami, z ich partnerami (zdecydowanie byliśmy bardziej tolerancyjną szkołą,  dziewczyny mogły przyjść z osobami towarzyszącymi), z moimi kolegami z pracy. Zabawa towarzyska, taniec zawsze były radosną częścią mojego życia.

Młodość powoli mijała, lata dodawały się każdego roku. Jak wszystkim wokół.

Ale życie ma to do siebie, że skrzydełka motyla są lekkie i zawsze mogą latać.  Nigdy nie byłam osobą specjalnie usportowioną ani zainteresowaną sportami. Ot, tak, jak każdy przeciętniak. Lubiłam piłkę nożną, ale tylko gdy były to Mistrzostwa Europy albo Świata, lubiłam mistrzostwa jazdy figurowej na łyżwach czy lekkoatletykę. Ale – bez nadmiernego entuzjazmu. Tyle, o ile sprawiało  mi to przyjemność estetyczną oglądania no i oczywiście gdy wzbudzało we mnie poczucie patriotyzmu, jeśli na podium znaleźli się Polacy.

 W szkole lekcji gimnastyki nie lubiłam, bo kto ją lubił. Były nudne i większość czasu robiło się smętne ćwiczenia albo ostatnie 15 minut graliśmy w piłkę.. właściwie nie wiadomo jaki to miał być rodzaj gry. Unikaliśmy więc tych lekcji jak się dało. Niestety – efekty fizyczne i zdrowotne polskiej młodzieży tamtych czasów nie były najlepsze.

Gdy przyjechałam do Ameryki od początku obserwowałam, na przykładzie moich dzieci wówczas będących w klasie – Kasia ósma, Jacek piąta, jak działa szkoła amerykańska i jak inna jest od polskiej, szczególnie w sprawach sportu. Mój syn miał to szczęście w Polsce, że nasz bardzo dobry przyjaciel  Andrzej był trenerem piłki nożnej młodzików w klubie sportowym i choć Jacek był za młody na uczestnika tej grupy, to Andrzej często zabierał go ze sobą i Jacek miał naprawdę dobre podstawy techniczne i kondycyjne, nawet jako 11-latek. Co zresztą po roku zaowocowało tutaj wielkim niesamowitym wydarzeniem, bo to właśnie Jacek został zauważony na boisku podczas jednego z meczów szkolnych przez trenera z Awty International School, dzięki któremu  znalazł się w tej szkole, a po latach skończył ją z dużym sukcesem naukowym i sportowym. To w konsekwencji zaowocowało jego dalsza karierą zawodową i  w jakiś sposób naznaczyło miejsce, w którym dziś w życiu się znajduje. Dziś jego drogę naśladuje i kontynuuje syn Kasi – też jest zapalonym piłkarzem, też uczy się w Awty School i  mam nadzieję, że dwójka moich pozostałych wnuków podobnie jest sportowo uzdolniona a przede wszystkim po prostu lubi ruch i sport!

Moja rodzina naprawdę sportowo i ruchowo rozwinęła skrzydełka „motyla” tu w Ameryce. Moja córka ćwiczy niemal codziennie, biega w tak poranno-wczesnych godzinach, że dla mnie to prawie dopiero pora do położenia się spać 😊, Lukas uwielbia Tae Kwon Do, biega podobnie jak jego mama, teraz gra tez w piłkę nożną, Christoph przebiegł już 25 pól- maratonów z  Mamą, realizując konsekwentnie ambitny plan  „50 pół-maratonów w 50 Stanach”, gra w drużynie szkolnej piłki nożnej i trenuje biegi przełajowe, a najmłodszy Jackowy syn – Chase lubi baseball, piłkę nożną, amerykański football i wie o sportach w teorii już  tyle ile co najmniej jego tata. A mój „mąż – staruszek” też ma na koncie sportowym niezły „amerykański dorobek” – dwanaście rajdów rowerowych MS 150 z Houston do Austin i cztery maratony we wszystkich dużych miastach Texasu: w Houston, Austin, Dallas i San Antonio. I wszystko to w powiedzmy.. średnim wieku.. po 50-ce!  Często im w tych wyczynach towarzyszył mój zięć Bill, a ja – cóż- byłam jako zaplecze organizacyjne: dowieźć, przywieźć, wiwatować, „babciować” z dziećmi, cieszyć się, że mam taką rodzinę! Motyle fruwają różnie, raz wysoko a raz niżej, raz samotnie a innym raz wokół najbliższych. Ale ciągle są w ruchu. Skrzydełka wciąż pracują.

Teraz, gdy już motyl zwalnia swój lot, obserwuje innych i zachwyca się wzlotami pięknych motyli obok siebie. Trudno jest opowiedzieć swojemu młodemu wnukowi, co skacze wokół mnie jak nieokiełzana kózka, że lekkość motyla po latach życia zmienia się, bo taka jest natura. To nie niechęć czy lenistwo. To naturalna kolej rzeczy, wymiana pokoleń i przemijanie. Jak wytłumaczyć  wnukowi, że moje ciało składa się z tysiąca dodatkowych cząstek, o których on na szczęście jeszcze nie wie i nie będzie wiedział długo. Bo ja też kiedyś o nich NIE wiedziałam.. Kiedy moja mama schodziła codziennie, czasem nawet kilka razy, ze schodów w naszej starej krakowskiej kamienicy z drugiego piętra (a były bardzo wysokie) i była niemal skatowana bólem kolan, ja – młoda dziewczyna nie mogłam zrozumieć, jak mogą boleć kolana przy schodzeniu w dół?  W górę po schodach, to jeszcze było zrozumiałe, ale w dół?.. Dziś rozumiem to bardziej niż dobrze. Ale dziś już nie mogę jej tego powiedzieć, że wiem jakie to cierpienie.  Dziś moje ciało jest uparte i odzywa się do mnie niemal codziennie rano – coś tam strzyka, coś tam boli, coś uciska, coś przeszkadza.. Nie lubię tego! Nie poddaję się. Bo serce jeszcze wciąż jest motylem.

I choć dziś powinnam powiedzieć – jak kiedyś moja koleżanka z grupy na studiach, dość obszernej tuszy, ale za to ze świetnym poczuciem humoru, gdy czekaliśmy ogromnie zestresowani pod drzwiami na egzamin z gramatyki historycznej, żeby nas rozbawić i nieco odstresować podśpiewywała sobie: „Motylem byłam, ale utyłam..”😊  bo to, niestety, prawda nieprzyjemna ale prawdziwa.  Ale powiem też, motylem wciąż jestem, skrzydełka chcą latać i:  

„pofrunę, gdzie nie byłam jeszcze,
dzień minął już, a ja pragnę usiąść – tu i tam.. „


BACK

Pokoleniowa układanka

4/19/2021  

Gdybym chciała opowiedzieć o przekazywaniu pałeczki pomiędzy pokoleniami w naszej rodzinie, to opowieść musiałaby być co najmniej wielopiętrowa, nawet w obrębie jednego pokolenia. Nie znam dokładnie rodzinnego drzewa genealogicznego ze strony taty, ale pamiętam dużo historyjek i wspomnień, które opowiadała moja mama i jej duża rodzina w większości zamieszkująca w Gdańsku. Odkąd sięgam pamięcią Gdańsk był drugim moim rodzinnym domem. Mimo, że mieliśmy bliską rodzinę w Krakowie i utrzymywaliśmy z nimi kontakty, to w moim sercu gdańska rodzina stanowi  silną platformę wspomnień,  więzi i niepodważalnych do dziś korzeni.  Moja mama pochodziła ze wschodu Polski, z biednej wielodzietnej rodziny, jak to zazwyczaj bywało w tamtych czasach. Dziadek był kościelnym, zawód który chyba już dziś nie istnieje, a babcia prowadziła dom i rodziła każdego roku kolejne dziecko. Nie wiem jak się z tego utrzymywali, ale jakoś to funkcjonowało, nie pamiętam, żeby mama narzekała specjalnie na wielką biedę. Dzieci było dużo, gdy któreś dorastało dokładało „cegiełkę” do rodzinnego budżetu w różnoraki sposób. Najstarszy syn, wujek, którego nigdy nie poznałam, zginął tragicznie pozostawiając chyba sześcioro dzieci. Moich najstarszych kuzynów w pierwszej linii, którzy wiekowo są (albo byli) ode mnie starsi o ponad 20-25 lat słabo znałam. Jakby nie patrzeć, jest to „wiek” jednego pokolenia.  Ta jedna rodzina i jeszcze jedna mamy siostra, która nota bene była moją chrzestną matką, mieszkali  w czasie wojny i później w Terespolu, małym miasteczku na granicy polsko-rosyjskiej. Z Terespola cała rodzina oprócz nich przeniosła się po wojnie do Gdańska. W ten sposób to piękne odzyskane po wojnie miasto, stało się naszym miastem rodzinnym.

Do Terespola pojechałam tylko dwa razy w życiu. Pierwszy raz, gdy miałam osiem lat moja chrzestna matka uparła się gościć mnie u siebie na wakacje. Jej mąż przyjechał po mnie do Krakowa. Pamiętam, że mama bardzo solidnie przygotowywała mnie do tej podróży. Miała być długa, pociągiem, z przesiadką w Warszawie. Wtedy mało podróżowaliśmy pociągami, raczej popularniejsze były autobusy, okropnie śmierdzące spalinami, nagrzane w lecie do temperatur tropikalnych, w zimie zaś marznących od środka i cuchnących dymem papierosowym… do dziś nie wiem, jak  mogliśmy to znosić w kilkugodzinnych podróżach. Poza tym mieliśmy już swój samochód, tata zawsze na pierwszym miejscu w dorobku domowym stawiał auto – to był jego „konik” i począwszy od 1958 roku kiedy kupił sobie jakąś „Dekawkę” (DKW) potem już zawsze, przez wszystkie następne lata aż do śmierci  miał jakiś samochód. Przeszliśmy wszystkie etapy polskiego automobilowego rozwoju w Polsce Ludowej, dostępne w tamtych czasach: niemiecka Ifa 8 i 9, P-70 pierwsza polska produkcja niemal cała z plastiku 😊, jakieś czeskie Skody, niemieckie Wartburgi, potem kolejne polskie Syrenki, aż po Maluchy i Fiata polskiego 125. Może jeszcze o czymś zapomniałam, bo kiedyś usiłowaliśmy z bratem to policzyć i wychodziło, że kolekcja zamknęła się ładną liczbą trzynaście. Tak więc krótsze wyjazdy rodzinne odbywały się zazwyczaj samochodem.

 Mama dużo opowiadała o Warszawie i o Pałacu Kultury, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Mówiła o jego wielkości i o tym, że będę go mogła zobaczyć z okna pociągu. Byłam tak przejęta, że choć było późno w nocy i chyba niewiele kojarzyłam z tej całej podróży, to do dziś pamiętam, że wujek obudził mnie gdy na horyzoncie pojawił się Pałac Kultury, a ja zaspana wpatrywałam się urzeczona i oszołomiona  oświetloną strzelistą budowlą królującą nad miastem. To chyba jedyny raz w życiu, kiedy ten budynek zrobił na mnie takie niesamowite wrażenie! Dzieci tak mają! zapamiętałam go właśnie takim. Był rok 1962.

U cioci w domu w Terespolu było ciasno (a może tylko dziś mi się tak wydaje?..) było mnóstwo mebli starych, z milionem poduszek, falbanek, obrusów z koronek, makatek wiszących na ścianach, i wszędzie walających się robótek ręcznych: na drutach, na szydełku. Ciocia była fryzjerką, zawód dobry w małym miasteczku. Miała dużo swoich klientek, wszystkich znała, a plotek jeszcze więcej niż ludzi.

 No i niestety, była tak przywiązana do swojego porządku świata, że kontrolowała wszystko! Nie wolno było mi usiąść tam, gdzie chciałam, ani przestawić choćby jednej poduszki, ani, nie daj Boże! poplamić serwety na stole albo posypać okruszkiem..

Tortury dla małej 8-letniej dziewczynki!  I jeszcze musiałam jeść wszystko co ciocia ugotowała i dała mi na talerzu, bez względu czy mi smakowało czy nie. Siedziałam czasami godzinę nad śniadaniem i już nie wiedziałam co zrobić, żebym stamtąd uciec, a że byłam „grzeczną” dziewczynką bałam się tupnąć nogą i powiedzieć NIE. Za to ciocia uwielbiała robić mi eksperymentalne „kościółkowe” fryzurki i pokazywać się ze mną w pierwszej ławce na mszy niedzielnej. Dziś wiem, że to wszystko było z dobrego serca i z chęci zorganizowania mi jak najlepszych wakacji, ale wtedy musiał być to dla mnie wielki dramat bo do dziś pamiętam te wakacje jako katorgę a nie wakacyjny luz.  Na szczęście ciocia znalazła mi dwie fajne koleżanki w moim wieku i często z nimi spędzałam czas. Miały taki fajny drewniany domek dla lalek i bawiłyśmy się w dom całymi godzinami.

Po raz drugi odwiedziłam moją chrzestną matkę  i Terespol gdy skończyłam szkołę podstawową. Pojechałam tam znów w porze wakacyjnej, ciocia już mieszkała w nowym domu, który zdążyli sobie wybudować. Był o wiele większy, mniej zagracony, mieścił się w nim też salon fryzjerski cioci. Byłam już starsza, więc nieco bardziej samodzielna, mogłam więc spędzać więcej czasu z kuzynami, dziećmi najstarszego brata mamy. Wszyscy byli dużo starsi ode mnie, właściwie dorośli, ale złapaliśmy dobry kontakt i wtedy właśnie ich poznałam. Najstarsza kuzynka była już mężatką i pamiętam, że miała śliczną dwuletnią córeczkę, którą lubiłam się opiekować. Moje kontakty z tą grupą kuzynów właściwie na tym wakacyjnym spotkaniu się skończyły. Później już tylko bardzo sporadycznie spotkałam niektórych z nich. Wieści o nich i o ich losach docierały do mnie bardzo przypadkowo. Niestety, nie zachowały mi się żadne zdjęcia z pobytu w Terespolu, ani z tamtą częścią rodziny. Nie mam nawet zdjęcia z moją matką chrzestną choć wydaje mi się,że gdzieś pośród zdjęć ślubnych powinnam takie posiadać. Wtedy po raz ostatni ją widziałam. Zaraz po ślubie wyjechaliśmy do Sosnowca i już nigdy więcej się nie spotkałyśmy. Pamiętam, że na prezent ślubny podarowała nam oryginalny samowar rosyjski, który dla mojego męża rusycysty był dużą atrakcją, nawet jeśli nie był wielkim miłośnikiem parzenia i picia herbaty.

Mama i jej siostry a także bratowa (jak siostra!) – nie wszystkie jednak, niestety nie mam całej kolekcji zdjęć tego rodzinnego pokolenia:)

Pozostała część Mamy rodziny zamieszkała w Gdańsku i tam rozpoczęła nowe życie. Losy ich ułożyły się różnie i długo by o tym opowiadać, jedno jest ważne – mimo, że każda siostra układała sobie życie na  własny sposób, (o, był jeden rodzynek – brat Ryszard!) rodzina wciąż pozostawała razem. Tylko moja Mama pewnego dnia poznała młodego przystojnego faceta, który kręcił się koło stoczni gdzie budowano jachty i jakoś zagadał, tak sugestywnie, że gdy wrócił po pewnym czasie i pogadał znów i znów.. Na przeszkodzie nie stanął nawet fakt, że ten facet mieszkał na drugim końcu Polski, w Krakowie i w ten prosty sposób jedna siostra wyłamała się z gdańskiego kręgu rodzinnego i wyjechała na stałe do Krakowa.

I tak zostałam „Krakuską” albo jak mówiły moje wszystkie gdańskie ciocie – „Krakowianką”

Kuzynów mojej linii pokoleniowej ciężko by było mi zliczyć. Tych, z którymi się wychowałam, znam i pamiętam bardzo dobrze. Wspólne wakacje, zabawy w piasku na plaży, wyjazdy na wakacje zagraniczne z rodzicami, gdy Syrenka wujka się zepsuła i nasz Trabant musiał ją holować do najbliższego mechanika w Jugosławii, chociaż wujek miał ze sobą pół bagażnika części zamiennych ale akurat paska rozrządu to nie zabrał 😊. Albo ciocia L. podpatrzyła że na naszym kampingu nad morzem, sąsiedzi – Włosi zbierali małże w muszlach i jedli je na obiad,  więc ciocia postanowiła, że ona też będzie jeść „po włosku” i każdą znalezioną muszlę otwierała i małżę zjadała a potem.. hmm – miała duże sensacje żołądkowe, bo jakoś nie dogadała się z Włochami, że trzeba było najpierw te małże przyrządzić z cytryną i z czymś tam jeszcze..

Oto jedyne zdjęcie z tych wakacji do Jugosławii (1966r) kiedy nasz Trabant ciągnął na „sznurku” wujka Syrenkę, a ciocia L zrobiła sobie ucztę ze ślimaków.. Na zdjęciu: od lewej – mój kuzyn Andrzej, jego siostra (rówieśnica mojego brata), ja i mój brat. Dziś wszyscy już w ” Klubie 60 i plus 🙂 „

A potem, gdy już byłam nastolatką kuzyni zabierali mnie do Non Stopu w Sopocie albo pokazywali nocne letnie wakacyjne życie. A ciocia S. pokazywała mi zakamarki Teatru Wybrzeże i przedstawiała mnie aktorom tam grającym  jako swoją siostrzenicę. Pękałam wówczas z dumy.

 Seniorką rodu, czyli najstarszą i ukochaną siostrą była Frania zwana przez wszystkich Sianią.  Była jedyną siostrą niezamężną, za to udzielała się po trochu w każdej rodzinie i każdego dnia pomagała w innym domu. Jednego dnia trzeba było być na Przymorzu i zrobić pranie, jutro doglądnąć sprzątania u Stasi, w piątek popilnować Wojtusia, a w weekend pojechać na działkę i zawieźć całe torby zapasów jedzeniowych. W następnym tygodniu „podjechać’ do Terespola, bo tylko Siania doglądała tamtej części rodziny, by już za trzy dni znów być w Gdańsku i zrobić u Hani prasowanie i spacerek z malutką Magdą.

Siania ma tu 18 lat. Na dolnym zdjęciu-razem z moją Mamą

Taka była nasza Siania. Zawsze zajęta. Zawsze znająca potrzeby całej rodziny. Zawsze wyrastająca spod ziemi, by pomóc, być. My wszyscy byliśmy JEJ życiem. Długo pracowała w Gdańskiej Stoczni Rzecznej. Była  matką chrzestną pierwszego wodolotu Zryw-1 (1966r).

Całe zawodowe życie poświęciła stoczni i jej problemom, podobnie jak jedyny brat w rodzinie, Ryszard, który przeszedł wszystkie szczeble nauki i szkolenia w stoczni, od ślusarza do osiągnięcia w 1984 roku najwyższego stanowiska dyrektora naczelnego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Był bardzo dobrym i prawym człowiekiem i rodzina była dumna z niego. Jedyny dyrektor, który nie został usunięty przez nowe porządki solidarnościowe, który współpracował i rozumiał potrzeby zmian. Niestety, jak wiadomo – zmian nastąpiło tak wiele, że w ich wyniku stocznia zamknięta. Ale to już zupełnie inna bajka..

Pamiętam wujka jako spokojnego logicznego człowieka, szczególnie wyraźnie taki jego obraz zapamiętaliśmy z rodzinnych spotkań, kiedy koło niego była jego żona, całkowite jego przeciwieństwo. Drobna, mała, niesłychanie energiczna kobieta, mająca niezliczoną ilość pomysłów na sekundę. Rządząca całą rodzinką, ale w bardzo „atrakcyjny” i śmieszny sposób. Ciocia była jak mały kogucik podskakujący wokół osoby, od której właśnie coś potrzebowała, a jeśli to był jej własny mąż, obserwowaliśmy spokojne jego spojrzenie i pobłażliwy komentarz „cicho …” – i tu następowało takie bardzo śmieszne charakterystyczne określenie, którego za nic nie mogę sobie dziś przypomnieć, a które było jak legenda w rodzinie.. To powiedzonko było tylko jego! I uspokajało ciocię w najbardziej gorących i nieprawdopodobnych projektach. Ale trzeba przyznać, że to właśnie ciocia L. była najskuteczniejszą personą w rodzinie. Cokolwiek sobie zaplanowała, na pewno zrealizowała. Nie było takich przeszkód, żeby ich nie pokonała. Była czasem „nieznośna” ale do dziś śmiejemy się z jej pomysłów, powiedzonek, sposobów załatwiania rzeczy niemożliwych.

Hania- ciocia, przyjaciółka i kumpela. Moja kochana druga Mama!

Najukochańszą moją ciocią jest Hania – najmłodsza siostra mojej Mamy, jedyna dziś żyjąca z grona dużego rodzeństwa. To nie tylko moja ciocia. To moja przyjaciółka, kumpela. Mimo dzielącej nas różnicy lat możemy razem „konie kraść”. Możemy przegadać pól nocy przy Metaxie, pić czerwone winko, plotkować o całej rodzinie, wspominać wszystkich, spacerować, razem płakać i śmiać się. Jest kochana, cudowna. Mądra i piękna. Była bardzo mocno zżyta z moją Mamą, choć dzieliła je dość duża różnica lat. Mama zawsze opowiadała, że kiedy jako młoda dziewczyna szyła sobie nowa sukienkę, kupowała nieco więcej materiału by uszyć taką samą sukienkę dla Haneczki. Zawsze były sobie bliskie. Pewnie dlatego i ja mam w sobie te same „fluidy” przyciągające moją duszę do Hani.

Ciocia miała syna w wieku mojego brata (niestety już nie żyje ☹) i  ma córkę Magdę, która jest ostatnią najmłodszą kuzynką w linii mojego pokolenia.  Magda wiekowo jest bliższa mojej córce niż mnie, ale ma bardzo dobry kontakt zarówno z Kasią jak i ze mną. I tu układanka pokoleniowa wyraźnie się miesza. Dzieci mojej córki są niemal rówieśnikami dzieci Magdy, a przecież to już kolejne pokolenie. Magda to ciocia Kasi.. ach, nawet nie będę tego dokładnie określać, bo wyjdzie zupełny mix pokoleniowy.  Magdę „odnalazłam” kilkanaście lat temu, kiedy zaczęłam odwiedzać rodzinę w Gdańsku już mieszkając w Houston. Nagle ożyła więź z nią, z jej dziećmi, a także z wieloma innymi członkami mojej ogromnej teraz już rodziny w Gdańsku.

W październiku 2015 nasza kochana Siania kończyła 100 lat. Cała rodzina zgodnie okrzyknęła, że jest to niepowtarzalna okazja do zjazdu rodzinnego i  pięknej wspólnej celebracji. Oczywiście pojechałam na tę uroczystość i było to dla mnie  (i pewnie dla wszystkich) niesamowite i niezapomniane przeżycie. Uroczystość miała dwie części – rano oficjalną z udziałem Prezydenta miasta Gdańska w Nowym Ratuszu. Ciocia wyglądała pięknie i elegancko jak DAMA, w kapelusiku i  białym kostiumiku. Wysłuchała przemówienia pana prezydenta a jak skończył to powiedziała : „No, pięknie powiedziałeś, a teraz zasłużyłeś na całusa” i z rozbrajającym uśmiechem tego całusa mu przesłała 😊

Królowa rodu kończy 100 lat (październik 2015r) Zjazd rodzinny pięciu pokoleń.
Najstarsza i najmłodsza siostra. Dzieli ich różnica 19 lat, łączy wszystko inne.

Późnym popołudniem odbył się rodzinny obiad, na którym zgromadziło się  mnóstwo osób, nie chcę cyganić, ale było nas pewnie ponad 70 ludzi i aż pięć pokoleń, bo znalazły się tam też najmłodsze maluchy. Było wiele osób, których po prostu nie znałam, inni podchodzili do mnie i sami się przedstawiali. Obie strony musiały się dobrze „nagłówkować” żeby ustalić jakie pokrewieństwo nas łączy, w której linii i z jakiej strony. Był to fascynujący wieczór, ale przede wszystkim ogromnie wzruszający. Ale mnie – uczta dla serca, niesamowite poczucie więzi, które człowiek uświadamia sobie szczególnie silnie, kiedy mieszka zagranicą.  Mam tak wielką rodzinę! I choć rozumiem, że wiele z tych osób mnie nie zna, najprawdopodobniej nie spotka mnie nigdy więcej a ja ich, to istnieje coś co nazywa się „więzami krwi”. I takie, choć często nieświadome pozostają na zawsze. Kto wie, może kiedyś moje wnuki albo ich dzieci zechcą odszukać swoje polskie korzenie i pokoleniowa układanka będzie dalej dokładać swoje kolejne małe cząsteczki…

Moja ukochana Ciocia Hania

Moje wielkie marzenie spełniło się w 2016 roku gdy do Houston w odwiedziny przyjechała moja kochana ciocia Hania ze swoja córką Magdą, jej mężem i dwójką dzieci. Było to także spełnienie niedoszłych marzeń mojej Mamy, która zawsze planowała przyjazd tutaj razem z Hanią ale mimo, że Mama była tu kilka razy, nigdy do ich wspólnego przyjazdu nie doszło. Mama zmarła w 2003 roku a ciocia dotrzymała obietnicy i dotarła do nas z całą swoją rodziną. Na tę wizytę przygotowaliśmy się najlepiej jak tylko potrafiliśmy. Spędziliśmy razem jedne z najpiękniejszych trzech tygodni życia. Było cudnie! Każdy dzień, każda chwila, to najbardziej wartościowe momenty rodzinne. Dla nas, dla ich dzieci, dla moich dzieci. Wszyscy na nowo się poznawaliśmy, uzupełnialiśmy każdą „straconą” minutę. Plotkowaliśmy, wspominaliśmy to co minęło, co nas łączy, to co było i co będzie. Chłonęliśmy siebie nawzajem zdając sobie sprawę, że życie daje nam szczęście, jakiego nie każdemu daruje.

Zdjęcie zrobione na zjeździe rodziny z okazji 99 urodzin cioci Frani. Niestety, nie uczestniczyłam w tej uroczystości ale dotarłam na setne urodziny, rok później. To zdjęcie daje wyobrażenie o częściowej liczbie naszej gdańskiej rodziny.

Mam wspaniałą rodzinę. Nie tylko tę najbliższą, ale także tę, która składa się z dziesiątek części układanki  rodzinnej. Części, które pasują do siebie, choć mają różny kształt, wiek i miejsce swojego istnienia. Mamy te same korzenie. Jesteśmy elementami tej samej układanki.

Kilka migawek z różnych momentów rodzinnych spotkań – w Gdańsku, w Houston. W różnych momentach życia i w różnych konfiguracjach pokoleniowych. Na tym zdjęciu brakuje wielu „puzzlowych części” ale ja wiem, że jesteśmy jedną wielką całością. Rodzinną układanką .

BACK

Być Kobietą

4/14/2021

Zastanawiacie się pewnie co taki tytuł może sugerować w dziale teatralnym. I ja  długo się nad tym zastanawiałam. Kiedy powstawał w mojej głowie (i w dyskusjach na ten temat z moją przyjaciółką Anią) pomysł pisania blogu, jednym z głównych powodów było ratowanie pamięci Teatru Ogniska Polskiego i jego dorobku, by nie został całkowicie za kilka lat zapomniany przez tutejszą Polonię. Stąd pomysł podzielenia całego blogu na części i wydzielenie osobnego teatralnego tematu. Szybko jednak w mojej głowie przemieściły się różnego rodzaju myśli i wspomnienia i uznałam, że nie chcę, by część teatralna była zapisem czysto kronikarskim. Po pierwsze, pamięć już nie potrafi odtworzyć faktów na tyle dokładnie, by nie popełnić błędów personalnych, pominąć istotnych szczegółów, a i nie o to przecież chodzi. Po drugie – jak ciągle i na szczęście przypomina mi Ania, jest mój blog i powinien mieć mój personalny charakter a nie być zapisem faktów „historycznych” Teatru Ogniska.  Będzie więc trochę mnie, trochę teatralnych wspominek o tym jak kiedyś trzy kobiety wymyśliły sobie, że zrobią przedstawienie o sobie, o sobie napiszą, zaśpiewają i jeszcze… zagrają to na scenie, choć ja do tego momentu (2006 roku) na scenie pokazywałam się tylko po to, by opowiedzieć o nowej kolejnej sztuce, o moich aktorach, a po przedstawieniu podziękować wszystkim widzom, aktorom, pomocnikom i zaprosić wszystkich do wspólnej celebracji przy kieliszku winka i dobrych przekąskach.

Nasza Babska Trójca

Ewa cichutko czekała na nasz gotowy produkt sceniczny i cieszyła się, że ma być dużo piosenek i muzyki, a my z Beatką przez kilka miesięcy główkowałyśmy co tu wymyśleć, bo miało być inaczej niż dotychczas, bo tym razem tylko my trzy na scenie –  (no…tu złamałyśmy się, dodam, że z dużą przyjemnością, bo Mariusz zawsze i wszędzie był tak wierny i bliski, że uznałyśmy, iż jest prawie jak kobieta a nawet więcej 😊)

Poza tym nowością miała być również forma, dyptyk – część 1-sza mojego autorstwa, a częścią 2-gą miała rządzić Beatka. Wiadomo było, że ja lubię pisać i dużo gadam, więc będzie sporo mojego tekstu, ale też umówiłyśmy się, że jeśli to ma być moje (!) to piosenki, które sobie zażyczę, Beatka i Ewa będą śpiewać bez marudzenia, co nie obyło się bez dyskusji, przewracania oczami i próbami szantażu. W ostateczności uległy i wszystko było po mojemu!  Kolory, sceneria, muzyka, dekoracja. Ba, nawet Mariusz, któremu nie dałam prawa głosu na scenie, ale za to okazał się znakomity jako aktor grając bez wypowiadania głośnego  tekstu!  To jest niezwykła umiejętność i muszę przyznać, że Mariusz zdał egzamin na szóstkę z plusem! Był elegancki, szarmancki, troskliwy, w każdej chwili znajdował się na scenie tam, gdzie powinien. Chyba nie mogłabym wymarzyć sobie bardziej przystojnego asystenta, tak świetnie wyczuwającego, co kobiecie potrzeba na scenie i – w życiu.

Dotrzymałam umowy i ja. Część druga, w której Beatka mnie zaskoczyła, bo stworzyła ją bez tekstu własnego, a składała się ona z dużej ilości piosenek, z poezji, części satyrycznej, w której tym razem towarzyszył nam słowem Mariusz.

Było więc inaczej. A przecież obie części stanowiły jedną całość „JEJ PORTRET”  Podtytuł części 1-szej brzmiał; ..czyli na dobre,  na niedobre i na litość boską”. Dla odmiany i charakterystyki części 2-giej- podtytuł był: .. nie całkiem liryczny

Motywem wspólnym obu części był wiersz Wisławy Szymborskiej „Portret kobiecy”, o ile dobrze pamiętam pisałam już krótko o nim we wpisie z 3 marca. Włączyłam tekst wiersza, trochę, aby zachęcić do posłuchania go w naszym wykonaniu. W obu częściach przestawiania znalazł się ten wiersz i za każdym razem nasza interpretacja była inna. Jak kobieta. Jak słowa Szymborskiej o kobiecie. Zawsze inna. Zawsze zaskakująca. Niezwykła. Niezgłębiona.

Kobieta – Kwiat, Anioł i Szatan, Motyl i Ćma, Siostra, kochanka, Kokota, Żona. Potwór, Tyran i Wybawienie. Ofiara i Twardziel. Każda po trochu.

Swój pomysł – portret kobiety oparłam na kolorach. Byłyśmy trzy, Ewa młoda i szalona (o tak! Szalona!!) i my dwie średnio wiekowo-stateczno- spokojne (ha, ha!). Czyli – dodały mi się jak w matematyce (i kto to mówi? Ja – polonistka!) do tego nasz różne charaktery i wyszły mi trzy kolory:

Biała. Młoda – świeża, szalona, piękna, roześmiana, beztroska, roztańczona. Ach, jak bardzo chce jej się żyć!  Marzy w każdej minucie, ma tysiące planów, łapie garściami każdy dzień, wyciska jak cytrynę i wierzy, że nic nie zdała przeszkodzić jej marzeniom.

Czerwona. Dojrzała i aktywna. Już doświadczona życiem, bo wiele przeszła, ale wciąż agresywna i walcząca. Walczy. Wie czego chce. Wie co to szczęście i wie co to łzy. Umie zachować balans, ale wciąż ma nowe plany na jutro. Stawia czoło trudnościom, nie podda się łatwo. Jeszcze osiągnie sukces. Jeszcze idzie do zwycięstwa. Wie, że czeka na nią za rogiem..

Czarna a właściwie Złota. Uśmiechnięta, pogodna, obsypana darami minionych lat. Już spokojna, kobieta, która patrzy w przeszłość z łezką w oku, ale nie żałuje minionych szaleństw i błędów. Jest ciepła, słoneczna, obejmuje wszystko pogodnym spojrzeniem. Kobieta, która więcej daruje niż przyjmuje..

Beatka, w swojej części uznała, że my kobiety jesteśmy nie tylko kolorowe, nie tylko zmienne jak wszystko co istnieje na świecie – jak owady, koty, psy, „jak mężczyźni nawet” (to cytat z Beatki wypowiedzi!)

Pisali już o nas poeci i pisarze, politycy i przyjaciele, złośliwcy i inne kobiety. Życzliwie i uszczypliwie, z przymrużeniem oka i lirycznie. Bo o kobiecie można zawsze i bez końca. Moja Kobieta w sztuce jest MOJA. Kiedy pisałam teksty i wybierałam piosenki, wszystko to czułam całą sobą, tego potrzebowałam, to właśnie kotłowało mi się w głowie. Czy dziś moja sztuka byłaby taka sama? Wątpię… bo, kobieta zmienną jest, a ja na pewno zmieniłam się przez te lata. Może właśnie dlatego ta sztuka ma dla mnie tak osobiste znaczenie – jest jak zwierciadło – mnie, Beatki, każdej z nas – młodej i starej. Szczęśliwej i czasami nie.

 „Jestem jak wiatr”- śpiewała Ewa. Czasem wyciągam rękę po odrobinę marzeń. Wszystko, cokolwiek chciałyśmy powiedzieć wtedy,  znalazło się w naszych słowach, w naszych piosenkach. Trochę lirycznie, a trochę śmiesznie.

Nie zabrakło czerwonego winka (ach, ten Mariusz! Wiedział co nam potrzebne i kiedy), bo bez tego życie jest niepełne, no i mężczyzny, bo choć jestem kobietą, która zawsze uważała, że musi na siebie liczyć i być niezależną, to do feministki daleka mi droga. Nie mam skłonności wyrywania się przed szeregi męskie i oskarżania wszystkich mężczyzn o zło całego świata. O! już słyszę te krzyki protestów młodych i niezależnych dziewczyn i kobiet 😊 !!

Ha!  W każdym razie – w moim obrazie kobiecego świata mężczyzna ma swoje miejsce, choć nie zaprzeczam, bywał i bywa powodem pochmurnych dni. No, ale w końcu od czego mamy przyjaciółki!  Ploteczki, godziny rozmów, porozumienie dusz, zwierzenia, przy winku, przy kominku. Wspomnienia, opowieści, a czasem po prostu wspólne pomilczenie. Tego się nie da mieć z mężczyzną! TO istnieje tylko w świecie kobiet.  Są przyjaźnie z lat szkolnych, takie „od zawsze”, są takie, które łączą kobiety w pasjach i w pracy, są i krótkie przelotne, ale równie wartościowe pozostawiające głęboki ciepły ślad w sercu na całe życie.

Potrafimy zachować do siebie dystans, umiemy pośmiać się same z siebie. Złościmy się, że znów przybyło nam pięć funtów, ale to nic, przecież mogę kupić sobie nową kieckę i nie mieć wyrzutów sumienia, że wydałam niepotrzebnie pieniądze. To absolutnie konieczne! 

 „Być kobietą w dobrym stylu” – śpiewała Beatka i to niech pozostanie mottem tego krótkiego rozważania.

Bo ja chciałabym pisać i pisać o tym dyptyku kobiecym, o „Kobiecie”, którą stworzyłyśmy w naszym bardzo osobistym programie. O piosenkach, które dla nas są tłem naszych kobiecych wspomnień, odczuć, które znaczą dla nas kobiecość. Wyobrażam sobie, że ogłaszamy konkurs dla wszystkich kobiet świata –

„ Opisz/wymaluj/wyśpiewaj swój obraz kobiety”. Byłaby to najwspanialsza mozaika kolorów, uczuć, pór roku, przemian i głosów i niespodzianek.

Moja Kobieta jest tylko cząstką tego obrazu. Moją cząstką. Cząstką, która powstała na scenie w 2006 w Teatrze Ogniska Polskiego, ale także pozostawiła wiele wspomnień do dziś i tak do końca… nie zmieniła się.

„Życie na poczekaniu
Przedstawienie bez próby.
…Cokolwiek uczynię
Zamieni się na zawsze w to,
Co uczyniłam..”

                               Wisława Szymborska


BACK

Jestem „mieszczuchem”

4/12/2021
Jestem na kolejnej wakacyjnej wycieczce z moją rodziną. Jak to dobrze, że nasze dzieci chcą jeszcze zabierać nas czasem ze sobą! Wtedy my nie musimy łamać sobie głowy planami i „rozpiską” każdej godziny. Moja córka zorganizuje wszystko fantastycznie, Christoph sprawdzi w internecie każdy szczegół z prędkością światła, a my dotrzymamy im towarzystwa tam, gdzie damy radę dojść bez zadyszki i dźwigania nas „na barana”.
Tak więc nasza wyprawa zaczęła się kilka dni temu i już w ciągu pierwszego dnia zdążyliśmy objechać i obejść różne atrakcje w stanie Maryland, Virginia, West Virginia i Pensylwania (USA). Akurat poruszaliśmy się na styku tych Stanów i przekraczaliśmy ich granice kilkakrotnie. Jechaliśmy drogami przez małe wsie, miasteczka, gdzie właśnie w tym momencie kwitną drzewa owocowe obsypane cudnymi białymi i różowymi kwiatami. Trawa zaczyna być intensywnie zielona a drzewa właśnie wypuszczają pierwsze świeże listeczki. Jest cudna wiosna. I jest cisza. Pojedyncze domy, które mijamy po drodze wydają się puste i samotne, ludzi widać niewielu. Dziwny spokój. Obserwuję ten obrazek i zastanawiam się- nie pierwszy raz w życiu – że znów widzę coś, co istnieje obok mnie, coś, co mimo mojego długiego życia nie jest jego częścią.

Miasto mojego dzieciństwa i młodości- najpiękniejsze, do którego powracam z sentymentem i wspomieniami dobrego choć nie zawsze łatwego życia.

Urodziłam się w Krakowie, przez pierwsze dwadzieścia lat krążyłam niemal codziennie wokół Rynku, małymi ale bardzo miejskimi uliczkami i zawsze myślałam, że to najlepsze najwygodniejsze miejsce do życia. Zresztą, kto z nas w dzieciństwie zastanawiał się gdzie i czy można będzie kiedyś żyć gdzieś indziej i zupełnie inaczej. Gdy planowałam studia, ani przez moment nie pomyślałam, że mogłabym studiować w innym mieście, w innej szkole niż Uniwersytet Jagielloński. Owszem, już wtedy często, jak na możliwości polskich dzieci, wyjeżdżałam z rodzicami na wakacje do różnych ciekawych miejscowości w Polsce i zagranicą. Zanim skończyłam studia zdążyłam być kilka razy w Niemczech, w Czechosłowacji, ZSRR, Rumunii, Jugosławii, Bułgarii, także w Europie Zachodniej – Turcji, Grecji, Holandii, Austrii a nawet Monaco! Jak na owe wyjazdowo ciężkie czasy, Europa i podróże po niej nie były mi obce. Czy kiedyś przez myśl mi przeszło, by zastanowić się, że tam też mieszkają ludzie – i jak mieszkają? Jak inne życie wiodą? Nie..
Patrzyłam na te inne miejsca jak patrzy się na obrazki wiszące na ścianie. Podobały mi się przez moment gdy je podziwiałam, ale były takie.. nie moje. Zupełnie obce.
Gdzieś głęboko w duszy wiedziałam, że są mi niedostępne, nawet nie miałam marzeń, w których bym siebie w tych obrazkach widziała.
Kraków był mój. Wszystko było znajome, bliskie, własne. Aż pewnego dnia, spakowałam walizki i wyjechałam do Katowic, a zaraz po dwóch miesiącach znalazłam się w Sosnowcu. To tylko 80 kilometrów od Krakowa, ale jakże inna sceneria! Niby także miasto, ale jakiś zlepek – „wielka aglomeracja” kilkunastu miast różnych w stylu, pełnych kopalń, pomieszanych dróg, małych, dużych, szybko powstających wtedy nowoczesnych osiedli przypominających kamienne pustynie, o których ludzie marzyli, by tam właśnie dostać swoje własne M-4.
Kiedy przychodziła wiosna, parki pokrywały się naturalną soczystą zielenią, jesienią robiło się żółto-czerwono, by potem zima zamieniła tę miejski obrazek w białą scenerię lub błotną śliską i ponurą, w której też umieliśmy żyć, bo tak przyzwyczailiśmy się istnieć od urodzenia. Oczywiście, każdego roku, w czasie wakacji a także w soboty czy niedziele jeździliśmy na wycieczki w zielone rejony kraju. Na wieś, gdzie wynajmowaliśmy w wiejskim domu pokój, bez łazienki, na początku nawet z „wychodkiem” w przybudówce domu albo koło stajni czy kurnika. Dopiero później były to pokoiki z łazienką. Lubiłam wyjazdy na wieś, lubiłam leniuchowanie nad rzeką, wyprawy w góry w okolice Zakopanego czy w Bieszczady. Lubiłam obozy harcerskie i ciszę nocnych wart, gdy cały obóz pogrążony był we śnie i tylko ja jako wartowniczka wsłuchiwałam się w szum nocnego wiatru. Uwielbiałam szum fal morskich, gdy zdarzało mi się, że siadałam na brzegu morza i wokół nie było nikogo. Obojętnie w jakim zakątku świata to było, czy nad Bałtykiem, czy w Oregonie na plaży, czy na plaży w Australii, czy tu w Galveston, nad Zatoką Meksykańską. W cichym zakątku plaży, bez ludzi – tylko niebo, morze i ja. Zawsze doceniałam takie momenty, zapamiętałam je głęboko. Każdy człowiek potrzebuje takiego wyciszenia. Jednej chwili, która jest tylko jego własnością. Lubiłam chwile ciszy i samotności w lesie i górach, ale nigdy nie pragnęłam ani przez moment w mojej głowie, by takie miejsca stały się moim domem na dłużej. Wyciszenie, samotność traktowałam jako balans konieczny do przywrócenia równowagi w umyśle, w sercu zanim znów wrócę do mojego codziennego miejsca w życiu. Do miasta, do ruchu, do ludzi. Do zgiełku, szumu. Pulsu, który dla mnie jest równoznaczny z moim istnieniem.
Zdaję sobie sprawę, że to co tu piszę wielu czytelników uzna za co najmniej dziwne albo szokujące. Zwłaszcza ludzie starsi wolą spokój i cenią sobie „sielskość i anielskość”. Jakie to modne teraz – masz trochę uskładanych pieniążków, szukasz domku gdzieś w dzikiej głuszy albo budujesz własną chatkę, z kominkiem, drewutnią pełną drewna do tego kominka, z dala od autostrad, głównych dróg. Zaczynasz odkrywać w sobie zamiłowanie do uprawiania własnego ogródka warzywnego, wędzenia wędlin i mięs, chodzenia na grzyby, kiszenia ogórków, smażenia dżemów. Może nawet pisania pamiętników czy książek. Masz Internet, oglądasz filmy w domu, rzadko spotykasz się z ludźmi. Świat samotności, spokoju wystarcza ci i jesteś osobą szczęśliwą.
Rozumiem. Ludzie są różni. Ludzie zawsze byli różni i dzięki ci Panie Boże, że tak jest! Byłoby straszliwie nudno, gdyby było inaczej.

Houston – mój dom od ponad 30 lat. Moje miasto!

A ja nie wstydzę się powiedzieć głośno i wszystkim wokół, że jestem mieszczuchem i uwielbiam wielkie miasta! Widać Pan Bóg wiedział o tym, bo pewnego dnia, wielką niespodziankę dla mnie przygotował. „Rzucił” nasze życie rodzinne do wielkiego, czwartego co do wielkości miasta w Stanach Zjednoczonych – do Houston. Kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam pojedziemy, byłam pewna, że to będzie kolejna duża przygoda życia. Nie miałam pojęcia, że to wielkie miasto stanie się moim domem, że nauczę się: zamiast chodzić – jeździć wszędzie samochodem, zamiast mieszkać na ósmym piętrze w dużym osiedlowym budynku będę miała własny dom z ogródkiem i będę lubiła w tym ogródku sadzić kwiatki krzaczki, i będę miała wysokie palmy i nauczę się jeździć ogromnymi autostradami i nie pomylę skrzyżowań wielopiętrowych i polubię ten zwariowany nieustający przez 24 godziny na dobę ruch. Tu wszystko jest duże! Parkingi, gdzie nie trzeba parkować auta tyłem i wciskać się na styk z drugim samochodem, sklepy, szkoły, które skupiają po kilka tysięcy uczniów.. Teraz kiedy przyjeżdżam z wizytą do mojego ukochanego Krakowa – miasto wydaje mi się malutkie przytulne i .. spokojne.

Przez ponad 30 lat mieszkania w Houston mam na swoim koncie bardzo wiele podróży. Różnych podróży – na różne kontynenty, z rodziną, z przyjaciółmi, tylko we dwójkę z mężem, z przyjaciółkami.
Widziałam wiele cudów tego świata, nie sposób tego spisać bo to wymagałoby osobnego blogu, książki a i tak pewnie nie umiałabym dziś cofnąć się i odtworzyć wszystkich moich wspomnień. Na trasach tych podróży zawsze były jakieś fascynujące wielkie miasta. Fascynujące, bo uświadamiające mi… jaką siłę ma ludzki mózg, który potrafi wymyśleć i zrealizować potęgę tak wielkich i skomplikowanych metropolii. Kiedy człowiek jest Europejczykiem, ma w sobie przywiązanie do historii i tradycji tej części Świata, wychodzi na Świat z Krakowa, pokocha Paryż, Barcelonę czy Ateny – ma w sobie pokorę i szacunek dla historii. Europejczyk rozumie wartość wszystkiego co stare, co pozostawiły nam w spadku przeszłe pokolenia. Człowiek współczesny też ma ambicje, by po nim pozostał ślad trwały. Jednym ze sposobów jest tworzenie architektury, która zadziwi przez wieki obecne i następne pokolenia. Gdy ujrzałam Nowy Jork, którego wielkie budynki szokujące wielkością i powalające siłą, a w środku organizacją wnętrza, wykończeniem, przydatnością i przystosowaniem do potrzeb ludzkich – nie mam wątpliwości, że człowiek potrafi wszystko! Wielka aglomeracja miejska to dzieło ludzkiego mózgu, stworzone dla człowieka przez człowieka – praktyczne, logiczne i sensowne.

Miasta Świata, które w różnym momencie życia zrobiły na mnie wrażenie: Pekin i XI’AN – dawna stolica Chin, Las Vegas – USA, Rzym i Siena – Włochy, Rio De Janeiro – Brazylia, Dubai i Abu Dhabi – Zjednoczone Emiraty Arabskie – i wiele wiele innych, których zdjęć i nazw tu w tym krótkim rozważaniu nie wspominam, co nie znaczy, że nie podobały mi się…

A równocześnie piękne, bo każde może być inne, każde może mieć coś, co jest charakterystyczne tylko dla tego konkretnego jedynego miasta. Coś, co odwiedzający zapamięta jako jego symbol, a mieszkający tam będzie pielęgnował jako element jedyny i wyjątkowy. Gdy ujrzałam Sydney, na zawsze zapamiętałam tamtejszą Operę i jej niesamowity „skrzydlaty” kształt budynku i Harbour Bridge – obie budowle są wielką dumą mieszkańców Sydney i Australii. Dubai powala budynkiem Burj Al Arab czy Burj Khalifa, zarówno ich wysokością, kształtem jak i wszystkim innym, o czym człowiek może dowiedzieć się nie wyobrażając sobie nawet, że ktoś mógł pomyśleć a takich czy innych rozwiązaniach. Nie jest moją intencją opisywanie ich tutaj, bo to już dawno zrobiono i można o tym poczytać choćby w naszym poczciwym dostępnym wszystkim „wujku Google”. Ja chcę tylko wskazać, potwierdzić moje mieszczańskie emocje, mój zachwyt miastem jako elementem ludzkiej wiedzy, możliwości ludzkiego mózgu, siły tworzenia ręki pracującej. Nie sposób wyliczyć wszystkich miast, które mnie w życiu zachwyciły, budowli, które zapierały mi dech w piersiach i ukazywały jak wiele potrafi stworzyć CZŁOWIEK.
Mur Chiński, Piramidy w Egipcie, Świątynia w Luksorze, Świątynia Ramzesa II , Zapora Trzech Przełomów w Chinach czy Golden Bridge w San Francisco. Każda budowla stworzona przez człowieka. Każda cząstka przemyślana, zbudowana przez miliony istnień, w różnych czasach. Miasta w różnych wymiarach, miejsca mające służyć człowiekowi.

Trzy miasta, w których los wymyślił mi miejsce do życia – Kraków, Sosnowiec i Houston. Tu jestem, tu wracam, tu mam swój kącik na Ziemi.

Jestem „mieszczuchem”! W dobrym znaczeniu. Myślę o sobie, że choć nie zbudowałam nigdy żadnego domu, nie wymyśliłam żadnego fragmentu tak pięknych konstrukcji, to czuję się częścią tego miejskiego świata. Przynależę do niego, jestem cząsteczką wielkiego globalnego Miasta – Świata.


BACK

Urodzinowo- Relacje, które nie muszą być.. trudne

4/2/2021   

Ludzie niechętnie mówią o swoich prawdziwych uczuciach. Ludzie zazwyczaj nie umieją mówić o tym, co naprawdę czują.  Niektórzy potrafią napisać list albo książkę, bo wtedy mogą powiedzieć wszystko ustami swoich bohaterów. Albo mogą nagrać się mówiąc bez świadków swoje odczucia, jakby do siebie samego. Ale najczęściej tego, co mamy w głowie i w sercu, nie wypuszczamy nigdzie dalej. Ściskamy głęboko w sobie, tłamsimy nieskończoną ilość skomplikowanych uczuć i to często staje się przyczyną konfliktów, nieporozumień, rozstań i nigdy nierozwiązanych spraw międzyludzkich.

Problem zaczyna się niemal od kołyski. Rodzice rzadko umieją rozmawiać ze swoimi dziećmi tak, aby nauczyć ich wyrażania swoich uczuć. Dziś, w dobie internetu i bardzo szeroko otwartego świata, jest już dużo lepiej niż za czasów mojego dzieciństwa. Jestem z pokolenia, które nie słyszało (albo bardzo rzadko) od rodziców słów: „kocham cię”, pochwał czy miłych zachęt. Nie były „w modzie” pozytywne głośne oceny dziecka, co nie oznaczało, że rodzice nas nie kochali. Jednak w pewien sposób przełożyło się to na werbalne trudności wyrażania swoich uczuć, gdy już staliśmy się dorosłymi dojrzałymi ludźmi. Powiedzieć komuś – kocham cię – i wszystko co z tym jest związane, a przecież po tym słowem kryje się czasem bardzo wiele skomplikowanych emocji, nigdy dla nas nie jest i nie było proste. 

I nie myślę tu tylko o relacjach damsko-męskich. Świat pęka w szwach od tłumów psychologów, różnego rodzaju terapeutów czy psychiatrów, a człowiek często pozostaje samotny w rozwiązywaniu socjalnych konfliktów i nieporozumień z drugim człowiekiem.  

Pamiętam, że gdy chciałam o coś poprosić swojego tatę, nigdy nie wiedziałam jak to zrobić, zawsze wstydziłam się, miałam w sobie taką dziwną barierę wypowiedzenia głośno pewnie normalnej prośby dziecka. A kiedy już mama wreszcie namówiła mnie do tego i odważyłam się powiedzieć – pierwszą reakcją ojca było „nie!”. I ja natychmiast zamykałam się w sobie nie z powodu tego, że nie dostałam tego co chciałam, ale dlatego, że mój wysiłek kończył zawsze tak się tak samo..  Za to na drugi dzień, kiedy już tata poszedł do pracy, zazwyczaj zostawiał mi pieniądze na stole i mama mówiła z uśmiechem: widzisz, jednak tata nie taki zły, jednak możesz mieć to co chcesz, co potrzebujesz.. Musisz mu teraz podziękować”  I to był mój kolejny trudny krok. Znów ja musiałam zdobyć się na słowa, które nie było mi łatwo wypowiedzieć, a przecież to miało być tylko zwyczajne „dziękuję, cieszę się” itp.  Skąd tak trudna relacja? Dlaczego?

Można by mnożyć takich przykładów mnóstwo. Zagmatwane relacje – z rodzicami, z własnymi dziećmi, z rodzeństwem,  koleżankami i kolegami. Całe nasze życie to wybory naszych zachowań, często nie tylko od nas zależne.

Z moim bratem, zdjęcie zrobione kilka lat temu.

Powszechnie krąży opinia, że lepiej chowają się dzieci, gdy nie są jedynakami. Od początku uczą się współżycia w grupie, nawet jeśli jest to tylko jeden brat czy siostra. Ponoć – jeśli jest większa grupa rodzeństwa, doświadczenie dobrego współżycia jest jeszcze lepsze i bogatsze. Cóż – ile rodzin wieloosobowych,  tyle doświadczeń 😊  Jedno mogę powiedzieć: mam jednego brata. Z relacji rodziców (bo sama tego nie pamiętam) wymarzyłam sobie Jasia (do pary, z bajki o Jasiu i Małgosi) i tak się zdarzyło, że go od losu dostałam. Dzieliłam z nim jeden pokój przez siedemnaście lat (jest o cztery lata młodszy ode mnie). Właściwie z czasów naszego dzieciństwa i młodości nie pamiętam, żebyśmy mieli wiele wspólnego. Nie, nie kłóciliśmy się przesadnie, ale niewiele nas łączyło. Cztery lata różnicy między dziewczynką a chłopcem to w każdym momencie duża przepaść. Czasami graliśmy razem w gry planszowe, czasem w karty razem z rodzicami. Ale – moje koleżanki nie były towarzystwem dla mojego brata, jego koledzy byli dla mnie „dzieciakami”. Z czasem mój brat zapisał się do harcerstwa i śledził moje poczynania, co doprowadzało mnie do „szewskiej pasji”, a moich kolegów jeszcze bardziej. Wciąż robił różne głupie figle, przez które nie był lubiany, a ja wciąż byłam zła za jego „popisówki”. W szkole miał dużo kłopotów a ja, choć nie byłam wzorową uczennicą, kłopotów nie miałam, więc mój brat – co tu dużo mówić, po prostu w tamtych czasach szkolnych mnie nie lubił. Kiedy wychodziłam za mąż i opuszczałam dom, mój brat ucieszył się, że wreszcie będzie miał swój własny pokój..  Potem całe nasze życie toczyło się już osobno i zupełnie inaczej, choć nigdy nie straciliśmy ze sobą kontaktu. Ale w wielu sprawach życiowych byliśmy różni i nie rozumieliśmy się. Więzy krwi jednak są silne. I łączą na zawsze. Dziś z perspektywy minionego czasu rozumiem dlaczego nie byliśmy sobie bliżsi, dlaczego nie byliśmy przyjaciółmi. Wiem też na pewno, że nie byliśmy sobie wrogami. Mimo odległości i zupełnie innego stylu życia utrzymujemy kontakt i zdajemy sobie sprawę, że mamy siebie. Emocjonalna więź to poczucie, że jesteśmy rodziną, jednak przyjaciółmi chyba nie nazwalibyśmy się wzajemnie. Co jest silniejsze? Trudno powiedzieć. Każde z tych powiązań jest inne, choć bywa, że w idealnym układzie, brat czy siostra mogą być przyjaciółmi.

Moje Houstońskie „Czarownice” – wtajemniczone wiedzą o czym mówię 🙂
Te Krakowskie i gdańskie i sosnowieckie- od lat i na odległość ale zawsze tak samo ważne i bliskie

Związki między ludźmi często zmieniają się na przestrzeni lat. Są długie chwile w życiu, kiedy łączy nas uczucie bardzo silne, zrozumienie wyjątkowe a potem – wygasa, zanika. Są wstrząsy, konflikty, często niestety niewyjaśnione. Niezrozumiałe albo pojmowane z każdej strony zupełnie inaczej. Zawisną  pomiędzy dwojgiem ludzi już na zawsze i przyjaźń nagle kończy się. Ludzie rozstają się, każdy idzie w swoją stronę i po latach nikt z nich nie wie i nie potrafi nawet samemu sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?  Zapominamy, żyjemy dalej – nic w tym złego. Czasem jednak nachodzi nas nostalgia, wspomnienie.

Gorzej, gdy rozstajemy się z zadrą w sercu, ze złością, pretensjami, których nigdy wzajemnie nie umieliśmy sobie wyjaśnić. Latami rozgryzamy, przeżuwamy w sobie niechęć, wyolbrzymiamy problem, bo widzimy go tylko od swojej strony. Z czasem zamazuje się obraz drugiej osoby.

Ludzie osądzają się wzajemnie – schudniesz, ktoś powie: za dużo, przytyjesz – ktoś inny: za gruba.. ubierzesz się inaczej – też ktoś skrytykuje, z tylko sobie  znanych powodów. Ludzka rzecz. Natura tak dziwnie nas stworzyła, zwłaszcza ta „polska”, że łatwiej powiedzieć coś złośliwego, niemiłego niż odwrotnie. A przyjaciel bez żadnych wyznań i zbędnych trudnych słów rzuci: ładnie wyglądasz, fajna fryzura, super dzień spędziliśmy razem..”

Z Niną – 50 lat temu i teraz. Czy myśmy się choć troszkę zmieniły?

 Moje przyjaciółki, na różnych etapach życia zawsze były dla mnie ważne. Każda wniosła w moje życie tak wiele dobrego, że bez nich wszystko co mnie spotkało nie byłoby tak piękne i bogate. Po tylu latach, jest we mnie tyle ciepła na wspomnienie każdego dnia, który podarował mi czas z dobrymi ludźmi. Mam przyjaciółki, których czasem nie widziałam całymi latami, a gdy znów spotkałyśmy się było tak jakby ten czas „pomiędzy” nigdy nie istniał. Jakbyśmy znalazły się nagle w tym samym miejscu w tym samym czasie i mogłyśmy dalej kontynuować te same rozmowy.  Inne miejsce w życiu, inna rzeczywistość, to nie przeszkoda, jeśli stara nić porozumienia nie została zerwana. Ludzi łączą pewne wspólne – jak ja to nazywam „fluidy”.  Jeśli je w sobie wzajemnie wyczuwamy nawet po wielu latach – wciąż jesteśmy blisko.

 Istotą takiej bliskości jest przede wszystkim umiejętność wybaczania nieporozumień, rozumienia drugiej strony, uświadomienia sobie, że drugi człowiek jest INNY niż JA i może czuć myśleć i odbierać świat inaczej. Nie mamy prawa oczekiwać, że ktoś będzie myślał i czuł dokładnie tak samo jak my. Nawet bardzo kochający mąż ma prawo do swojej odrębności.

Jako osoba w „sile wieku” (jakby to określić delikatnie w dniu moich ..n-tych  urodzin😊) mogę już odważnie stwierdzić, że młodzi ludzie są zapalczywi, ostro rzucają swoje opinie wobec innych, ale też łatwiej zapominają i „idą do przodu”

Ludzie starsi – hmm.. są dwa rodzaje reakcji: albo na starość stajemy się uparci, zamknięci w sobie, nie wybaczamy, zapieramy się w swoich poglądach, nie chcemy rozmawiać – i tak męczymy się już do końca. Nigdy już  nie naprawimy tego, co tak naprawdę chcielibyśmy naprawić. Nie naprawimy, bo upór naszej głowy jest silniejszy od naszych potrzeb emocjonalnych, od potrzeby spokoju, uśmiechnięcia się znów do tej ważnej dla nas osoby.

 Smutne to zjawisko, ale jakże powszechne. Potraficie się do tego przyznać?  Rozglądnijcie się wokół, przypatrzcie się na siebie w lustrze.. może  jeszcze jest czas zmienić ten portret? Może warto?

Inni starsi ludzie – stają się łagodni, uśmiechnięci. Jak te przysłowiowe „dobre staruszki” z bajek i przypowiastek.  I wcale nie jest tak, że istnieją tylko w bajkach!  W starszym wieku dostrzegamy piękno świata we wszystkim co nas otacza. I dobro świata. Nie chcemy myśleć o polityce, o złu, które każdego dnia gdzieś komuś się zdarza. Cieszymy się tym co dobre, cieszymy się człowiekiem, który jest z nami i zapominamy o wszystkim, co kiedyś było niemiłe. Wybaczamy. Widzimy słońce, niebieskie niebo i przyjaciół. Nie idealnych, bo już wiemy, że ideałów nie ma. Już wiemy, że tylko od nas zależy jaki będzie wokół nas krąg ludzi.

Jeśli nie masz w sobie nienawiści, zazdrości i smutku, jeśli kochasz życie i doceniasz, to co w nim dostałaś –zawsze znajdziesz przyjaciół i dobrych ludzi.

I tego życzę wam z całego serca w moje BARDZO DUŻE numerowe i bardzo pozytywne i przyjacielskie duchem, urodziny 😊😊


BACK

Od Madlenki do oklasków

3/30/2021 

Na początku coś kręciło się w głowie. Budziłam się w nocy, wiedziałam, że muszę wstać wcześnie rano do pracy, a jednak myśli kręciły się wokół nowych pomysłów i spać się już nie dało.

Zazwyczaj szybko „uczepiał się”  jeden i ściskał, gonił, nie dawał spokoju.. Krystalizował się w myślach, w zamiarach, ale to nie oznaczało jeszcze nic konkretnego. W końcu normalne życie toczyło się wokół. Codzienna regularna praca, dojazdy, zakupy, dom na głowie, bujne życie towarzyskie. Teatr Ogniska Polskiego to długie 20 lat. A stworzenie w tym czasie dwudziestu siedmiu przedstawień ma swoją historię „twórczą” i o tym właśnie będzie dzisiaj.

Nie o efektach końcowych na scenie, a o tym jak w różny sposób rodziły się nasze sztuki. W tym Teatrze nic nie było normalne! I może na tym polegał jego nieustający entuzjazm i niepodważalny urok.

Kiedy miałam już w głowie poukładany wstępny zarys, podjęłam decyzję otworzyć buzię i opowiedzieć co chcę, chwytałam za telefon i dzwoniłam do Beatki. To była pierwsza instancja moich  zwierzeń twórczych. Miejsce pierwszego spotkania – prawie zawsze La Madelaine czyli nasza poczciwa „Madlenka”, francuska restauracyjka. Nasze ulubione miejsce , niedaleko Rice University, gdzie wtedy pracowałam, a później, po latach, zmieniłyśmy miejsce spotkań na bliższe naszych domów. Madlenka była świadkiem setek naszych rozmów, dyskusji, rozważań, przestawiań, wymyślań, telefonów, ustaleń i sam Pan Bóg wie czego jeszcze.. Pochłonęłyśmy tam dziesiątki miseczek francuskiej zupy pomidorowej lub cebulowej (ja czasem zmieniałam na grzybową, ale Beatka była wierna pomidorówce), potem małą sałatę z truskawkami (czasem z kurczakiem) i butelkę wina czerwonego. Po dwóch, trzech godzinach gorących dyskusji dokupowałyśmy jedną napoleonkę (na spółkę do podziału😊) i jeszcze.. po kieliszku wina. Do domu wracałam koło 10 wieczorem z pełnym zarysem właśnie wykrystalizowanego pomysłu sztuki i terminem kolejnego naszego spotkania.  Zanim znów spotkałyśmy się, zazwyczaj w następnym tygodniu, już kolejnego dnia robiło się gorąco na linii e-mailowej, bo przecież tyle było do omówienia „pomiędzy” spotkaniami!  A przecież projekt był tylko na razie pomiędzy nami dwoma..

 Większość pierwszych przygotowawczych spotkań odbywała się nadal w Madlence, ale czasem dla odmiany i relaksu pozwalałyśmy sobie na spotkanie w domu u Beatki i urządzałyśmy sobie wieczór w jacuzzi. Beatka miała jacuzzi na zewnątrz, w ogródku i wtedy jej mąż Donek odkładał na bok ogromną pokrywę, podgrzewał wodę i przygotowywał dla nas relaks specjalny, z szampanem, truskawkami i cichą muzyczką i zostawiał nas same, byśmy mogły prowadzić dalej swoje twórcze dyskusje. Zazwyczaj odbywało się to w chłodne jesienno-zimowo-wiosenne spotkania, bo większość przedstawień szykowałyśmy na miesiące późno-wiosenne. Dopiero po takiej długiej sesji dyskusyjno-wodno-masującej przechodziłyśmy do części drugiej czyli dyskusji z obiadem, zazwyczaj też przyniesionym z ukochanej Madlenki albo z tajskiej restauracji.

Ulubioną częścią naszych dyskusji było dobieranie aktorów do ról. Oczywiście, miałyśmy często różniące się na ten ten temat wyobrażenia. Tu muszę przyznać uczciwie, że Beatka zazwyczaj wierzyła w moją intuicję, ustępowała moim pomysłom i przystawała na moje propozycje. Przy czym często była to dyskusja bardzo teoretyczna, bo na tym etapie nie mogłyśmy mieć pewności czy osoby, które chcemy obsadzić w danej roli, a) – zgodzą się w ogóle grać, b) – zgodzą się grać tę właśnie rolę, c) – sprawdzą się w tej roli tak, jak ja i Beatka to sobie wyobrażamy. Na szczęście, w ciągu 20 lat nie miałyśmy zbyt dużo momentów, kiedy NIE udało nam się wciągnąć aktorów na właściwe miejsce. Różne były sposoby, sztuczki, gierki, podchody… ale zazwyczaj kończyło się to naszym wspólnym sukcesem. Nikt nie żałował – przynajmniej w końcowym efekcie 😊

Kiedy ja już stworzyłam tekst, a Beatka wszystko wokół; pomysły rekwizytów, kostiumy i cokolwiek inne, co miało nam być potrzebne i kiedy już zwerbowałyśmy aktorów, zaczynało się poszukiwanie muzyki, opracowywanie podkładów muzycznych itd. Itd. Dziesiątki, setki spraw do zrobienia, załatwienia, poszukania, o których często – co tu dużo gadać- nie miałyśmy czasem pojęcia! Do dziś zastanawiam się jakim sposobem udźwignęłyśmy to wszystko, jak poradziłyśmy sobie z realizacją pomysłów, które nawet nam samym wydawały się nie do zrealizowania!

Do dziś nie wiem w jaki sposób nigdy nie zapaliła się żadna słuchawka telefoniczna od naszych godzinnych rozmów, żadna z nas nie straciła pracy, ba!  każda wykonywała swoją pracę bardzo solidnie i uczciwie, mimo zawirowania teatralnego, zwłaszcza w końcowych fazach przygotowań, tuż przed premierami. Ja w każdym razie mogłam nie jeść, nie spać !! – ogarniała mnie taka adrenalina, takie szaleństwo, że w środku nocy w czasie najgłębszego snu mógł nadejść najbardziej szalony pomysł i pognałabym na koniec świata, by go zrealizować teraz i natychmiast!

Gdy zaczynały się próby, a trwały trzy – cztery miesiące a czasem i więcej, moje życie prywatne prawie nie istniało. Na szczęście miałam wyrozumiałego męża, bo też grał w Teatrze. I dzieci też.. Wszystkie albo raczej prawie wszystkie próby odbywały się w naszym domu. I nieważne czy mieszkaliśmy w małym mieszkanku czy już w większym domu, który też nie był zbyt duży – drzwi do nas w dniach prób były otwarte, każdy przyjeżdżał „na swoją kolej”, bo przecież ćwiczyliśmy różnie – dwójkami, małymi grupami, czasem całym zespołem. Dialogi, większe sceny, piosenki. Jak ktoś był wolny, to – odrabiał zadanie szkolne, albo wyjadał z mojej lodówki co się dało, bo właśnie był bardzo głodny.. Jasiu grał na gitarze w innym pokoju i ćwiczył kolejne piosenki, Mariusz otwierał butelkę wina, Edyta dziergała coś tam na drutach, Ewa śpiewała i wykrzywiała się, że to jej się nie podoba i ona musi inaczej.. Jacek wariował i mnie denerwował, inni się świetnie bawili i śmiali z jego wygłupów, Beatka usiłowała utrzymać porządek, żeby próba szła do przodu.. I jakoś szło!

 Jedni przychodzili wcześniej i wychodzili, inni mogli dopiero późnym wieczorem, a jeszcze inna grupa oświadczała, że przyjdzie – ale jutro.. A ja – żeby to zrobić, połapać, mieć, zlepić i wyjść na scenę po kilku miesiącach takiej pracy – godziłam się na wszystko!

 Czasem moi aktorzy, w końcu niektórzy dorośli i dojrzali, mieli dodatkowe próby w małych grupach. Wacek i Mariusz spotykali się dodatkowo o 9 wieczór, też w Madlence, po zajęciach Wacka ze studentami na Rice University, żeby poćwiczyć jeszcze inne wersje i zrobić ze swoich scenek prawdziwe perełki. Ewa godzinami śpiewała swoje piosenki i na próbach często zaskakiwała nas własną interpretacją. Młodsi byli gnębieni przeze mnie dużo więcej i dłużej, ale za to potem grali tak dobrze, że ich rodzice nie mogli uwierzyć w ich tak dobrą znajomość polskiego i wrodzony genialny talent aktorski (np. Benjamina, Adama albo Michelle 😊).

Zdjęcia pochodzą z próby, która odbyla się wyjątkowo w Nalco, u Beatki w pracy. Potrzebowaliśmy kilku rekwizytów. które tam były, a nie mogliśmy ich zabrać wcześniej jak w sobotę w dniu przedstawienia, więc w piątek wieczorem „wtargnęliśmy” tam na ostatnią próbę 🙂

Każdy doskonale wiedział, że krzyczę, gonię, prawię biję (no, tu trochę mnie poniosła fantazja słowna..) i że wszystko trzeba „powtórzyć 127 razy”, żeby było tak jak trzeba, na co Grzesiu kiedyś natychmiast wymyślił ripostę, że „nie 127 razy a 1227 razy!” i już przez następne lata wszyscy na każdej próbie przypominali mi ile to razy muszą powtarzać scenki, frazy, piosenki, żeby było jak należy..

Migawki z kilku różnych prób. Na górze caly zespół grający w sztuce „Warszawa Mojej Mamy”

I było! 

Na próbie generalnej – zawsze wychodziło b e z n a d z i e j n i e !!  Jeśli ktoś z zewnątrz znalazł się przypadkowo i obserwował niby gotowy już produkt na dzień przed wyjściem na scenę, był bardzo.. sceptyczny, by nie powiedzieć przerażony. Ja – zła, zdenerwowana, z głową pękającą od uwag, poprawek, koniecznych zmian, nieskończonych wizji.. nigdy nie byliśmy w pełni gotowi. Nigdy nie czuliśmy się spokojni, ale zawsze znalazł się ktoś obok kto mówił: będzie dobrze, jesteście świetni, wszystko jest super!..

 Następnego dnia – od rana – „święto wariata”!  Kilka godzin wcześniej – ostatnie poprawki dekoracji, kostiumów, zazwyczaj próba muzyki i piosenek i najważniejszych scenek albo fragmentów. Potem przerwa na pizzę (tu zawsze rodzice i przyjaciele stawali na najwyższym podium i dbali o aktorów i obsługę)

A później już tylko upiększanie (znów pełna ekipa pomocników!) i adrenalina osiągała najwyższe piętro, kiedy obserwowaliśmy wchodzących na widownię widzów. Za ten jeden wieczór na deskach warto było oddać całe godziny, dni, miesiące prób. Bo to nie były zwyczajne próby zwykłego teatru. To był Teatr Polski, Teatr radości, przyjaźni. Teatr ludzi, którzy go stworzyli z własnej woli, dla siebie i dla polskiej społeczności.

Kilka pierwszych lat tworzyłam teatr bez Beatki, ale gdy ona pojawiła się koło mnie, dopełniła perfekcyjnie naszą współpracę. Stałyśmy się teatralnie nierozłączne. A w życiu- głęboko zaprzyjaźnione. Dziś nam ogrom wspomnień i wielką łzę w oku, bo życie bywa tak czasami tak okrutnie nieprzewidywalne..

A po skończonym przedstawieniu, po oklaskach, ciepłych słowach podziękowań i wzruszeń, przy kieliszku winka i smakołykach, o które zawsze dbali nasi wierni widzowie, rodzice i przyjaciele – długo jeszcze cieszyliśmy się wspólnym przeżywaniem każdej scenki, każdego słowa scenicznego,  każdej piosenki. Echa tego wydarzenia słychać było w małej polskiej społeczności w Houston jeszcze przez wiele tygodni.

A ja.. już kręciłam w głowie nowy kolejny pomysł 😊

ps. Filmiki i duża część zdjęć pochodzi z archiwum Ani W. Nieoceniona skarbnica!!


BACK

Palmy, Baranki, Emaus czyli krakowska Wielkanoc dawnymi laty

3/28/2021
Dzisiaj Palmowa Niedziela a za tydzień Wielkanoc. Każdego roku powtarzamy tę tradycję od wieków. Choć jest to święto „ruchome” i jego daty kalendarzowe nieco się zmieniają, zawsze i niezmiennie kojarzy nam się z wiosną, nowym życiem i radością zmartwychwstania. Ja jednak chcę dziś wrócić pamięcią do moich Świąt Wielkanocnych z czasów mojego dzieciństwa i młodości, do Wielkanocy krakowskiej. To były zupełnie inne święta! Kraków miał wtedy swoje tradycje, których nie było w innych miastach a i Wielkanoc miała inny wymiar niż dzisiaj.
W moim dzieciństwie czekaliśmy na te święta z tęsknotą na słońce – tak, od tygodnia już obserwowaliśmy pogodę i bardzo ważne było czy będą to „wiosenne” święta czy też będziemy musieli nadal trzymać się zimowych płaszczy i kozaków. Tak bardzo zawsze chciałam na Wielkanoc móc założyć letni płaszczyk, półbuty czy czółenka, a nie ciężkie wysokie kozaki. Może w kontekście ciepełka houstońskiego wydaje się to dziwnym wyznacznikiem Świąt Wielkanocnych, ale dla nas miało wtedy to duże znaczenie. Do tych Świąt przygotowywaliśmy się w domu równie solidnie jak do Bożego Narodzenia. Słynne „polskie” wiosenne mycie wszystkich okien i trzepanie dywanów było w każdej rodzinie niemal obowiązkowe! No i oczywiście pastowanie drewnianych podłóg, tak żeby pachniało pastą w całym domu.
Zakupy, gotowanie a przede wszystkim pieczenie zaczynało się już kilka dni wcześniej. I choć w Wielki Piątek (piszę dużą literą, bo to TEN piątek!) obowiązywał ścisły post (u mnie w rodzinie jadło się tylko ziemniaki „w mundurkach” i śledzie, dzieci mogły jeszcze chleb z dżemem) to mama piekła mnóstwo mięsiwa, pasztety, skądś tam wynajdowała szynki, balerony, boczki. Niby sklepy były puste, ciężko było zdobyć cokolwiek, ale na święta niczego nam nie brakowało.

Mazurek czekoladowy

W czwartek zaczynało się pieczenie: mazurki to najpopularniejsze słodkie polskie przysmaki na wielkanocny stół, ale u mnie nie pamiętam mazurków. Jeśli dobrze kojarzę to chyba dopiero ja jako młoda gospodyni (a zaczęłam być samodzielna w kuchni mając 21 lat) wprowadziłam mazurki do rodzinnego słodkiego menu. Lubiłam je piec, eksperymentować i dekorować. I tak jest do dzisiaj, choć robię ich dużo mniej niż kiedyś. Mama natomiast piekła obowiązkowo makowiec polewany czekoladą (trochę inny niż na Boże Narodzenie), koniecznie cwibak! czyli inaczej keks – ucierane ciasto z mnóstwem bakalii różnego rodzaju, bardzo lekkie i długo utrzymujące świeżość. Królem ciast był sernik, czasami tort orzechowy i inne wymyślne zmieniające się specjały. Nie mogło zabraknąć wielkanocnych bab. Czasem była to babka drożdżowa, czasem piaskowa, rumowa o różnych kształtach, bo foremek nie brakowało, były wysokie i płaskie, gładkie i w szerokie prążki. Na wierzchu lukier albo cukier puder, pychota! Moja teściowa robiła znakomity torcik migdałowo-kokosowy. Nigdy się tego nie nauczyłam od niej, ale był to jej popisowy numer kulinarny.

Żurek z jajkiem i kiełbasą- zdjęcie współczesne ze stołu rodzinnego w Houston


U mnie w domu nie jadaliśmy na śniadanie żurku z jajkiem. Nauczyłam się tego dopiero gdy wyszłam za mąż i dołączyłam do tradycji rodziny mojego męża.
No i „Żurek” to nasza piękna tradycja wspólnej Soboty Wielkanocnej w naszej polskiej Houstońskiej rodzinie.
Już wiele razy wspominałam o Rynku krakowskim, który zawsze spełniał – i wciąż spełnia – centralne funkcje dla miasta i Krakowian. Odkąd sięgam pamięcią na kilka tygodni przed Świętami, na Rynku pojawiały się stragany a na nich świąteczne artykuły: baranki z cukru (te były najważniejsze i najpopularniejsze! który maluch krakowski nie lizał cukrowego baranka??? ) z gipsu wszelkiej wielkości, dziergane, klejone, kurczaczki, kaczuszki, zajączki, bazie, kwiaty, wszelkiego rodzaju wyroby ludowe – koszyczki, serwetki a przede wszystkim pisanki. Nie ma nigdzie piękniejszych pisanek jak w Polsce, a przede wszystkim w Krakowie! Wydmuszki wyklejane ręcznie wycinanymi wzorami, wyklejanki, malowanki, rysowane piórkiem, wyszywane.. Ach, już nie potrafię spamiętać tych cudów, ale wiem, że jako dzieci staliśmy przy każdym straganie i wpatrywaliśmy się godzinami we wszystko, co można było tam podglądnąć.

Krakowskie palmy, niewiele zmieniły się przez lata. Tak samo piękne i kolorowe wciąż zdobią nasz wielkanocny stół

Oddzielnym rozdziałem sztuki były PALMY! Od malutkich po wielkie, przystrojone suszonymi kwiatami, słomkami, wstążeczkami. Kolorowe, ślicznie uplecione. Do dziś mam takie tutaj i używam je jako dekorację, wystawiam je na stół już na tydzień przed Niedzielą Palmową i trzymam do Świąt, żeby się nimi raz w roku nacieszyć. Wiem i pamiętam, że na wielu polskich wsiach ludzie budowali palmy wysokie, większe od człowieka i pielęgnowali tę tradycję bardzo uroczyście. Zdarzyło mi się iść do amerykańskiego kościoła w Palmową Niedzielę z polską palmą w ręce i wielu ludzi zaczepiło mnie pytając o jej pochodzenie.
Moja rodzinna celebracja Wielkanocna zaczynała się w Wielką Sobotę. Jak niemal wszyscy Polacy, rano przygotowywaliśmy koszyczek z symbolicznym jedzeniem do święcenia. Na białej serwetce, zazwyczaj ładnie haftowanej królował baranek, symbol Zmartychwstałego Chrystusa, a potem już dowolnie, co kto uważał, ale prawie każdy miał tam kawałek chleba, kiełbasy, sól, oczywiście jajka, pisanki, czasem pomarańczę, jabłko.. Nie mieliśmy jajek kolorowanych tak jak dzisiaj. Uzyskiwaliśmy bardzo ładny kolor brązowy i ciemno-żółty gotując jajka w łupkach cebuli. A gdy wcześniej przed ich włożeniem do gotującej się wody, udało się nakreślić jakiś wzorek świeczką, co nie było wcale łatwe, bo ledwo było widoczne, to uzyskiwaliśmy po ich ugotowaniu jaśniejszy wzorek. Wychodziły z tego czasem bardzo śmieszne dość niespodziewane wygibasy..
Rzadko, ale próbowaliśmy tez farbować jajka w wodzie razem z burakami i wtedy uzyskiwały one kolor czerwony albo z czerwoną kapusta, która dawała kolor niebieski, ale niezbyt ładny, taki trochę siny.. W czasach późniejszych, kiedy pojawiły się już w sklepach naklejki, mogliśmy je używać do dekoracji.

Krakowskie pisanki- malowane, wyklejane.. I baranek – ten jest gipsowy.


Koszyczki dekorowaliśmy zielona rośliną – bukszpanem, kupowanym na Rynku lub kleparzu, innym rynku, na którym kupowało się wszystko inne! Od jarzyn owoców, tysiąca dziwnych drobiazgów do kwiatów, bazi i dziesiątek artykułów pół- legalnych albo nawet nielegalnych, nowych, używanych – czyli co kto chciał i czego „dusza zapragnęła” w tamtych trudnych czasach.
Właśnie – BAZIE! Czyli inaczej kotki! Maleńkie nieco podłużne kuleczki w szaro-białym kolorze mięciutkie, miłe i delikatne w dotyku, rosnące na długich sztywnych gałązkach. Musiały być w wazonie na Wielkanoc! To też była nieodzowna część tego Święta. Z tymi baziami to pamiętam duży stres rodzinny, choć byłam wtedy małą dziewczynką. Mój brat, który jest ode mnie o cztery lata młodszy, tak się zachwycał baziami, że co najmniej dwa razy skończyło się to jeżdżeniem na pogotowie i wyjmowaniem mu „kotka” raz z ucha a raz z nosa. Mama musiała trzymać wazon bardzo wysoko, żeby nie mógł się do nich dostać. Później już nieco zmądrzał i przestał się nimi w taki sposób interesować.
W Krakowie kościoły katolickie są niemal na każdej ulicy. I każdy z tych kościołów oferował przez całą sobotę mniej więcej do 16.00 co pół godziny święcenie pokarmów. Ludzie wchodzili do przedsionka albo innej sali, który był na tę okazję specjalnie przygotowany, stawiali w ciszy swoje koszyczki, ściągali z wierzchu serwetkę, a ja uwielbiałam podglądać co tam w nich jest innego, niż my mamy, jak są udekorowane. Potem wychodził ksiądz często w towarzystwie ministranta, odmawiał modlitwę, święcił pokarmy, życzył wszystkim Wesołych Świąt i za pół godziny duży stół zapełniał się następną falą cudnie przystrojonych koszyczków.

Swięcenie pokarmów – niestety nie zachowalo się w moich archiwach rodzinnych żadne zdjęcie koszyczka z lat dziecięcych – za to nasze święcenie wielkanocne w Houston jest równie piękne i jednoczące Polonię w tej tradycji.

Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek stół był pusty, żeby nie było albo było mało ludzi. Wydawało się, że pójście każdego człowieka z koszyczkiem pełnym symbolicznych wielkanocnych pokarmów do kościoła jest tak naturalne, iż nikt nigdy tego nie może i nie opuścić.. Po święceniu kończył się w naszym domu post, ale nie jedliśmy takiego normalnego pełnego obiadu. Mama zawsze miała jakąś lekką zupę, chwytaliśmy kawałek kiełbasy i kromkę chleba, czasem udało się ją namówić na spróbowanie któregoś z ciast, zazwyczaj babkę, bo tych było najwięcej. W końcu to już był świąteczny dzień!
A po południu całą rodziną zawsze szliśmy na oglądanie grobów. W każdym kościele, a jak już wspominałam, w Krakowie na każdej ulicy był i wciąż jest kościół – było co oglądać, przystanąć i pomodlić się przez moment. Dla nas dzieci, ta wyprawa miała wtedy wymiar wycieczki. Tłumy mieszkańców Krakowa, niemal bez względu na pogodę wychodziło na ulice, bo to była krakowska, zakorzeniona w sercu każdego Krakowianina tradycja. Każdy kościół starał się zrobić to miejsce wyjątkowe, piękne i nieco inne, niż miały sąsiednie kościoły. Choć centralnym elementem był Chrystus naprawdę inwencji nie brakowało. To były miejsca kultu ale i dzieła sztuki! Ale najpiękniejszy grób był w kościele Ojców Pijarów na ulicy Pijarskiej. Kolejka do wejścia w podziemia – bo raz w roku otwierano żelazną bramę i udostępniano podziemia publiczności- ustawiała się już u wylotu Pijarskiej przy Rynku. Ludzie stali rozmawiając szeptem i czekali bez marudzenia i kłócenia się. Do dziś pamiętam jak serce mi waliło z przejęcia, kiedy dochodziliśmy do krętych schodów w dół piwnicy i widziałam gaj zielony.. I słyszałam głosy dziesiątków ptaków.. To robiło tak niesamowite wrażenie, że wszyscy milki, schodzili w dół do grobu, przesuwali się powoli, przyklękali, niektórzy odmawiali krótką modlitwę, bo był zawsze taki tłum, że nie było jak zatrzymać się na dłużej.
Później, gdy przez kilka lat chodziłam na tę „sobotnią wyprawę” z Wackiem, wtedy moim chłopakiem, czasem też z Aniołami, też uwielbialiśmy tę tradycję. Niestety, gdy przeprowadziliśmy się do Sosnowca, nawet gdy przyjeżdżaliśmy na Wielkanoc do Krakowa, jakoś zabrakło czasu na kontynuowanie tej pięknej i niezapomnianej dla mnie tradycji.

W Sosnowcu już nie było takiego zwyczaju mimo że kościół był i grób Boży też. Ale to już nie była.. krakowska tradycja i tamta atmosfera…
Polska Wielkanoc to zawsze dwa dni – w niedzielę to celebrowanie świąteczne w gronie rodzinnym. Prawie zawsze musieliśmy po śniadaniu iść na spacer z rodzicami, spędzać całe popołudnie i wieczór z nimi, co już jako nastolatce nie bardzo mi się podobało. Ale rodzice nie pozwalali mi spotykać się w ten dzień z przyjaciółką czy z chłopakiem. Czasem, gdy była bardzo ładna pogoda wyjeżdżaliśmy na spacer w okolice Krakowa, jako że odkąd sięgam pamięcią zawsze niemal mieliśmy samochód. Nie była to chętnie przyjmowana propozycja przez mamę, bo powszechnie uważano, że niedziela Wielkanocna to może być spokojny spacerek po plantach albo parku w odświętnym ubranku, a nie wyjazdy w sportowych ubraniach i na dodatek w spodniach!
Natomiast drugi dzień – poniedziałek to już zupełnie coś innego! Dzień, w którym odwiedzaliśmy się wzajemnie z rodziną Taty, bo ta mieszkała w Krakowie niedaleko nas, spotykaliśmy się z przyjaciółmi rodziców i dla nas, dzieci a później nastolatków dzień był o wiele ciekawszy. No a przede wszystkim – poniedziałek to wyczekiwany przez nas Śmigus-Dyngus. Jako dzieci czekaliśmy na to cały rok i przygotowywaliśmy się do tego bardzo solidnie. Kupowaliśmy każdego roku nowe plastikowe jajka, chowaliśmy po najciemniejszych kątach, żeby nikt z domowników ich nie znalazł. Rzecz była w tym, że dorośli także bawili się doskonale i oni też mieli swoje sposoby, żeby od rana zaskakiwać się wzajemnie i oblewać wodą. Mój tata miał swojego kolegę – sąsiada mieszkającego na tym samym piętrze naszej klatki schodowej i każdy z nich był takim samym „wariatem”. Który pierwszy obudził się tego dnia rano, zaczajał się pod drzwiami drugiego i gdy tylko ten drugi wychylał głowę zza drzwi.. zaczynała się walka na hektolitry wody! Mama krzyczała, że zaleją jej świeżo wypastowaną podłogę, potem, że tata zniszczy jej świąteczną fryzurę (lakierowaną i trzymaną całą noc na grubym walki pod głową, żeby się nie zniszczyła) a panowie i my – dzieci mieliśmy wielką radochę. Zwłaszcza, że mogliśmy zawsze dołączyć się do tej walki z naszymi zapasami jajek wodnych i nikt na nas nie krzyczał.
Gdy już byłam w szkole średniej, drugiego dnia spotykałam się z Wackiem i zapraszana byłam do jego rodziny na obiad. Tylko jeden raz zaryzykowałam dojechanie do niego sama. Autobusem. Świąteczny rozkład jazdy był tak rzadki, wystałam się na przystanku na tyle długo, że przechodzący tamtędy młodzi chłopcy oblali mnie wodą kilkakrotnie. Przyjechałam do mojego chłopaka niezbyt szczęśliwa z powodu swojego mokrego specjalnie na tę okazję przygotowanego stroju.

Niestety, nie mam oryginalnego zdjęcia z czasów naszych wypraw na Emaus.To zdjęcie przybliża tylko moją pamięć o cudach, które utkwiły mi w głowie z tamtych dawnych magicznych czasów.

I jeszcze jedna piękna i bardzo krakowska tradycja Wielkiego Poniedziałku- EMAUS! Nie wiem, czy wiele jest osób, które wie co to było i właściwie jest. Bo jak dowiedziałam się z dużym zdziwieniem owa tradycja wciąż istnieje, oczywiście z przerwą z powodu covida w ostatnim roku. Ja pamiętam ja z mojego dzieciństwa. Dawno dawno temu i też nie każdego roku, ale w ładny ciepły dzień, po południu chodziliśmy z rodzicami na Emaus czyli odpust. Krakowski tradycyjny odpust, który odbywał się przy klasztorze Norbertanek, na Zwierzyńcu a dokładnie na prawym brzegu rzeki Rudawy. U zbiegu ulic Emaus i Kościuszki. Kiedyś wydawało mi się, ze to było bardzo daleko od nas (pamiętajcie, że mieszkałam w samym centrum Krakowa!) ale tak naprawdę to było bardzo blisko. Tradycja i historia tego wydarzenia jest bardzo stara i każdy może sobie o niej przeczytać teraz w internecie. Ja chcę tylko wspomnieć to co zapamiętałam bardzo głęboko z tych rodzinnych wypraw. Dziesiątki straganów z cudami, które dla nas, dzieci wydawały się tak niesamowicie kolorowe i przyciągające, że błagaliśmy rodziców o kupienie niemal każdej zabawki którą tam ujrzeliśmy. Pamiętam precelki z ciasta bardzo lekkiego, niemal „pustego” w środku, połączone ze sobą jak łańcuch a pomiędzy nimi kolorowe kokardki z papieru. Można je było sobie założyć na szyję i nosić jak korale. Dziesiątki tradycyjnych figurek Żydów bardzo ładnych w różnych pozach. Mimo, że Żyd z polskiej społeczności był wtedy wypierany, to na straganach Emausu był i nikt mu tego za zle nie poczytywał.
I były piłeczki celofanowe zawieszone na gumce, które godzinami można było podbijać i bawić się nimi. I ptaszki z gliny albo z drewna, które były gwizdkami i w zależności ile miało się siły w płucach wydawały inny dźwięk. I jeszcze ptaszki drewniane na kółkach prowadzone na patyku. Ich skrzydełka wtedy stukały o siebie i wydawały dość głośny dźwięk. Mama bardzo tego nie lubiła. No i wata cukrowa! I lody. Pierwsze lody, których często rodzice NIE chcieli nam kupić, bo twierdzili, że jest za zimno i na pewno dostaniemy anginy albo zapalenia gardła.. 😦
Później, kiedy podrośliśmy, przestaliśmy interesować się tą krakowską tradycją. Jaka szkoda, że nigdy nie udało mi się tam zabrać moich dzieci i wnuków..
Cała ta moja dzisiejsza opowieść wielu czytelnikom może się wydawać banalna i znana i bliska. Dla mnie jest – wspomnieniem krakowskiego dzieciństwa, młodości i szansą ocalenia tego, czego nie zdążyłam pokazać w praktyce mojej rodzinie.
Dziś, mimo że obchodzimy każde wielkanocne święta razem, to są już inne Święta.
To jest po prostu „inna NIEDZIELA”. Nie zrozumcie mnie źle. Mamy swoja rodzinną tradycję, malujemy razem jajka, święcimy pokarmy jak się uda, szukamy jajek z niespodzianka w środku.. Cieszymy się bardzo, że jesteśmy razem. Robię żurek z polską białą kiełbasą i piekę mazurki.
Ale moja krakowska Wielkanoc to już wspomnienie i legenda. To coś co chciałabym ocalić od zapomnienia. Przekazać pamięci moim dzieciom i wnukom..


BACK

Nie bój się – swojego strachu..

3/24/2021
Jeszcze na długo przed naszym wyjazdem do Ameryki mój mąż miał takie trzy marzenia: posiadać garaż na dwa samochody, lodówkę, która produkuje lód i.. zobaczyć prawdziwy australijski busz! Tak, wiem – to marzenia bez składu i ładu, nic w nich nie ma wspólnego, no ale tak sobie gdzieś w swojej głowie wymyślił i tak często to powtarzał przy każdej okazji, gdy mówiliśmy o przyszłości, zresztą bez określonych bliżej dat i planów. I wcale nie miały się spełnić w Ameryce! Zupełnie przypadkowo tak się zdarzyło, że garaż i lodówka ziściły się a Texasie a busz.. no, poniekąd też dzięki Ameryce 🙂
Wiele lat później, gdy przyjechaliśmy do Ameryki mieszkaliśmy przez pierwsze lata w kilku różnych wynajmowanych mieszkaniach nie mieliśmy tam ani lodówki, którą sobie wymarzył, lodówka była duża, ale jednodrzwiowa, bez urządzenia produkującego kostki lodu. Nie mieliśmy wciąż garażu, bo w apartamentach zazwyczaj były (teraz już są, ale to było 30 lat temu) miejsca na samochody pod zadaszeniem, po prostu wiaty. Dopiero w 1996 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom, kupiliśmy również lodówkę z częścią produkującą wymarzone kostki lodu i dom posiadał wreszcie garaż na dwa samochody. Od tego czasu w naszym garażu mogą stać tylko auta! Mój zwariowany mąż nie pozwala zostawić samochodu przed garażem nawet na jedną noc, gdy z jakiejś przyczyny potrzebowałabym przestrzeń garażu na przechowanie czegoś innego. Nie! Garaż jest dla auta i nie ma mowy o innej wersji wykorzystania tej powierzchni domu.

Do zrealizowania pozostało zobaczenie australijskiego buszu. Za bardzo się tym nie przejmowałam, bo nie było to w końcu takie proste. Życie jednak wymyśla nam niespodziewane scenariusze. Rok 2004. Ciężki dla mnie. Nie miałam pracy, zdecydowałam przekwalifikować się z humanistki i wejść w inną branżę. Zrobiłam kursy asystentki dentystycznej i miałam nadzieję, że gdy moja córka skończy swoją rezydenturę, będę mogła dla niej pracować. Ale to miało nastąpić dopiero za dwa lata.. A ja coś musiałam ze swoim zawodowym istnieniem zrobić. Szukałam pracy i – nie szło mi zbyt dobrze. Nie miałam żadnego doświadczenia, jak na taki zawód stanowczo za późno chciałam zaczynać.. Byłam w dołku, był sierpień i miałam dość myślenia: co dalej? Pewnego popołudnia wpadł do domu mój mąż, rzucił mi na stół dwa bilety (tak, wtedy takie papierowe książeczki) do Nowej Zelandii i Australii i powiedział że to jest prezent na naszą 30 rocznicę ślubu, jest we wrześniu, i dalej to muszę wszystko zorganizować (tanio i szybko!) bo mamy wylot 29 sierpnia! No i „miałam” pracę! Zresztą w tym samym czasie dostałam też nową prawdziwą pracę. O dziwo! mój przyszły pracodawca słysząc, że mam już bilety do Australii zgodził się, bym ją rozpoczęła po powrocie. No i nabrałam oddechu w płuca, energii „w skrzydełka” i uleciałam w organizację i realizację marzeń. A nie było to łatwe – dla mnie, bo za dużo nie umiałam, bo z pieniędzmi było krucho, ale od czego są przyjaciele i Internet!

I może teraz oczekujecie na piękny opis wycieczki, ale NIC z tego! Tak, cała wycieczka była wspaniała, dotarliśmy do wymarzonego buszu, zrealizowaliśmy marzenie mojego męża, spotkaliśmy się z jego przyjacielem ze szkolnej krakowskiej ławy, spędziliśmy wieczór rocznicowy w słynnej Operze w Sydney – i przeżyliśmy wiele, wiele niezapomnianych cudownych atrakcji.

To bilet – reklamówka naszej nieszczęsnej wyprawy podziemnej

Ta historia będzie jednak o STRACHU. O wielkim niespodziewanym, zaskakującym strachu, o którym zazwyczaj nie chce się później w dalszym życiu pamiętać. Strach, który zamazuje się z czasem, ale równocześnie pozostawia taką ranę, że kiedyś trzeba o nim opowiedzieć głośno. Te kilka godzin naszego życia stało się „przedsionkiem do śmierci” i jakkolwiek to dziś brzmi absurdalnie, takie było nasze poczucie wtedy i gdy dziś o tym myślimy, z perspektywy minionych prawie 17 lat, nic się w nas nie zmieniło. I z pełną świadomością piszę to w liczbie mnogiej, mając na myśli nas oboje – mnie i mojego męża.
Kilka miesięcy wcześniej jedna z moich najlepszych przyjaciółek, Beatka, zarekomendowała mi jako jedną z największych atrakcji w Nowej Zelandii, w Waitomo- Blackwater Rafting. Opowiadała o tym godzinami. Razem z mężem byli zachwyceni i zarazili nas tak bardzo, że zaraz po przylocie zgodnie z ich instrukcją zarezerwowaliśmy taką turę. Byliśmy bardzo podnieceni i nastawieni na wyjątkową przygodę. Podziemne pływanie, na „tubach” wspinanie się, przechodzenie drogą wodną z jednej jaskini do następnej, skoki do wody. Wszystko to brzmiało niesłychanie atrakcyjnie, no i oczywiście miało być z przewodnikami w małej grupie – w pełni bezpiecznie. Cała wycieczka miała trwać około czterech godzin.
Zgłosiliśmy się do wyznaczonego miejsca, spotkaliśmy tam grupę sześciu innych młodych ludzi (znacznie młodszych od nas..) i dwóch przewodników. Musieliśmy podpisać różne papiery, że to na naszą odpowiedzialność itd. co w gruncie rzeczy nas nie zdziwiło, ale zdziwiły nas komentarze naszych przewodników, pół-słówka i uśmieszki i już wtedy powinno było nam to dać coś co myślenia.. Następnie przewieziono nas w dalekie puste miejsce, gdzie stał budynek, a w nim tylko kostiumy do podwodnego „spaceru”.

Na zdjęciu górnym – jeszcze przed wycieczką – uśmiechnięci gotowi na przygodę. Na zdjęciu dolnym – po wyjściu z podziemnej rzeki. Wykończeni zniesmaczeni i zawiedzeni.

Potem zaczęliśmy schodzić w dół po drabince w głęboką dziurę ziemi. Dostaliśmy latarki na pasku na głowę i to okazało się być przez cały czas jedyne źródło światła. Początkowo droga prowadziła w wodzie nie głębszej niż po kolana czy uda, ale potem już po pas i rzeka zaczęła być coraz bardziej rwąca, nasza grupa rozciągnęła się, przestaliśmy widzieć siebie wzajemnie, a za to słyszeliśmy bardzo niemiłe ironiczne, powiedziałabym wyśmiewające się komentarze naszych przewodników. Na nasze prośby pomocy, poczekania na nas, przyświecenia nam dodatkowym światłem (oni takowe posiadali) zachowywali się lekceważąco. Koszmar zaczął się w momencie, gdy komory jaskini łączyły się i z jednej do drugiej trzeba było przeciskać się przez otwór ledwo mieszczący nasze ciała na czworakach. Nie mogłam sobie poradzić. Byłam przerażona i sparaliżowana strachem! Byliśmy ostatni, za mną był tylko Wacek, jeszcze bardziej przerażony jak ma się przecisnąć. Woda zalewała nam całe ciało i twarz. W pewnym momencie nie mogłam chwycić powietrza. Wtedy – naprawdę – myślałam, że to już koniec! Że nie dam rady, że nie wyjdę stamtąd i już nigdy nie zobaczę moich dzieci.. Nie wiem jak zdołaliśmy się przeczołgać. Nie wiem jak znaleźliśmy się po drugiej stronie. Woda była tam rwącą rzeką i wtedy nagle musieliśmy się chwycić ściany, bardzo śliskiej, której nie mogłam się utrzymać, bo woda niosła mnie i porywała dalej. Zaczęłam okropnie krzyczeć, a mój mąż jeszcze bardziej. Nie widziałam go za sobą i myślę, że on nie widział mnie. Młodzi ludzie gdzieś zniknęli nam z pola widzenia i też jakoś zamilkli. Pojawili się przewodnicy- dziwnie spoważnieli i podali nam tuby. Wsiedliśmy na nie, spięli nas linami i jakiś kawałek podholowali na spokojniejszą część rzeki. Tam zrobili nam 10-minutowy odpoczynek. Było bardzo, bardzo zimno. Trzęsłam się z zimna, wysiłku i niesamowitego strachu. Pamiętam, że dali nam jakieś batoniki i soczki i próbowali rozładować atmosferę „wesołymi” opowiastkami. Jakoś nikt się nie śmiał. Albo jeśli ktoś próbował, to dość nieudolnie. Chyba już wtedy nikomu nie było do śmiechu. Nie wiem, co myśleli ci młodzi ludzi, może ich odczucia były zupełnie inne, ale na mój gust – oni też wyglądali na zdezorientowanych. Wiem, że szanowni przewodnicy mieli aparat fotograficzny i próbowali nam robić zdjęcia, zachęcić do uśmiechu w podziemnej scenerii nadal opowiadając swoje rozśmieszająco-żałosne historyjki. Zaraz po wyjściu z jaskini, w punkcie początkowym mieliśmy możliwość kupienia sobie pamiątkowych zdjęć z niezwykłej przygody życia.

Nie pamiętam jak długo jeszcze szliśmy w wodzie, co działo się potem.. Wyszliśmy na powierzchnię także po drabince, ale w innym miejscu niż zaczynaliśmy nasz koszmar. Przywieźli nasze rzeczy, mogliśmy się umyć i ubrać. Potem zawieźli nas do punktu wyjścia, gdzie na parkingu mieliśmy nasz samochód.
Wsiedliśmy do środka. Siedząc w kompletnym milczeniu zjadaliśmy kanapki, które przygotowałam przed wycieczką. Nie weszliśmy odebrać naszych zdjęć..
Nie zaskarżyliśmy nigdy zachowania naszych przewodników ani organizacji tej wycieczki. Od pierwszej chwili staraliśmy się pokonać strach, którego doznaliśmy w tych czterech godzinach życia. P r a w i e się udało… Ale i tak pisząc dziś o tym mam wewnętrzne drgawki, których nie potrafię opanować…

Wymarzony BUSZ austalijski

A potem już wszystko było piękne!: Geizery, gorące błota, Maori-tubylcy Nowej Zelandii, Hobbiton, gdzie kręcono film „Lord of the Ring”. I rafy koralowe w Cairns w Australii, i krokodyle, cudowna trasa wzdłuż Gold Coast z Brisbany i serfujący po falach na wybrzeżu Surfers Paradise. Winiarnie w słynnej Hunter Valley Wine Country i Blue Mountain – skały , naprawdę niebieskie szczyty gór, dziesiątki wodospadów, niesamowita zieleń i wymarzony przez mojego męża australijski BUSZ! Kilka dni w Sydney, ach, zachwyciłam się tym miastem! Stara artystyczna dzielnica The Rocks, slynny Harbour Bridge, i najpiękniejsza Opera Świata, gdzie obchodziliśmy dzień 30 rocznicy ślubu. Także pawie, kangury, kookaburra, wombat, strusie, misie koala. I Great Ocean Road po 24 wakacyjnych dniach, powrót z Melbourne do Houston.

Sydney – piękne miasto!
Austalijskie zwierzęta i ptaki: struś Emu, kangur, jeżozwierz, wombat, koala

BACK

Daty, daty.. i inne dziwactwa

3/22/2021
„Daty, daty, kolejne daty, jakby nie można inaczej” To słowa z wiersza pt. „Jak te konwalie, jak łzy albo bez” z książki autorstwa Jana Nowickiego „Między Niebem a Ziemią”. Kiedyś, na podstawie tej książki, napisałam sztukę o Krakowie, Skrzyneckim, Nowickim i Piwnicy pod Baranami. Trochę to o dziwactwach (pięknych zresztą!) Piotra Skrzyneckiego i tak mi się skojarzyło z tematem, o którym dziś chcę pogadać.
Każdy z nas ma swoją datę. Datę urodzin (nie wybieraliśmy!). Datę pierwszej komunii, pierwszego dnia pracy czy ślubu. Potem ktoś zapisze datę naszej śmierci, bo to też musi być dla porządku w papierach świata. Istnieją ludzie, którzy mogą żyć bez dat i godzin, bez ciągłej kontroli i układania swego życia według schematów. No i dobrze.
Ja – odwrotnie. Niestety – a może stety – zawsze byłam „pod kontrolą”. I nie mam o to pretensji do nikogo, bo to niczyja wina. Pewnie tylko moja. Ale taka to już konstrukcja mojej głowy. Zawsze trzymałam się kalendarza, poleceń, czasu i wytycznych. Jakoś tak działają moje szufladki pamięciowe w głowie, że mam kłopot z odtworzeniem imion i nazwisk dawno niewidzianych znajomych, ale za to pamiętam o ich urodzinach albo imieninach.. Chociaż – czasem moje „szufladki” zacinają się i już nie są tak dobrze naoliwione jak kiedyś.
Moja rodzina jest datowo bardzo wiosenna. Marzec to miesiąc, który już od drugiego dnia ma daty zapełnione naszymi imionami – począwszy od imienin mojej Mamy Heleny (tak o imieninach kalendarzowych też pamiętam! 🙂 dalej urodziny mojego syna, Teściowej, brata, Mamy, mojej córki, kilku ważnych przyjaciół. Styczeń i luty też nie pozostaje obojętny. Rok zaczyna się od urodzin Christopha, najstarszego wnuka, ale w mojej głowie mam i urodziny bratanka, rocznice ślubu kochanych Aniołów, nawet rocznicę pierwszego ślubu mojego szwagra.. Nie, żebym im wszystkim to przypominała, ale jakoś wymazać z moich szufladek nie potrafię. Kwiecień to miesiąc mój i kilku moich ważnych koleżanek i mojego zięcia, w maju i czerwcu choć robi się już prawie wakacyjnie wciąż łażą mi po głowie daty urodzinowe (9 czerwca, 13 czerwca, 24 czerwca) i tak przez całe następne miesiące.. Trochę wstydzę się to wszystko wymieniać, bo z pewnością widzicie, że to nie jest normalne. Ale przecież każdy z nas ma (jak mówi Nina „swojego mola”), tylko nie każdy się do tego przyznaje. W moim wieku już śmiało mogę o tym mówić, bo mnie bawi mój „mól” i wcale mi nie przeszkadza. 🙂 🙂

Rodzinny kalendarz, rodzinne spotkania, celebracje.. Każda chwila wspólna warta więcej niż całe „złoto świata”

Ja nawet pamiętam, że kiedyś 22 lipca było świętem odrodzenia Polski :), choć dla rodziny nie miało to specjalnego znaczenia. Ale – raz w życiu- byłam na kolonii. Tak – nie na obozie, tylko na kolonii, organizowanej przez pracę mojej mamy. Myślę, że nie mogłam mieć więcej jak 12-13 lat i mama znalazła dla mnie jakąś lukę czasową i wysłała mnie na inne wakacje niż harcerskie. Pamiętam długą nocną podróż pociągiem nad morze. A potem okazało się, że kolonia była gdzieś koło.. Słupska, dość daleko od morza i żeby korzystać z plaży (a pamiętam, że tego lata była ładna słoneczna ciepła pogoda) musieliśmy dojeżdżać jakąś starą „ciuchcią” (nie wiem jak długo, ale wtedy wydawało mi się że bardzo długo!). To był lipiec, chyba 1966r. No i zbliżało się święto 22 lipca, więc oczywiście przygotowywaliśmy program na tę okazję. Wymyśliłam z dwoma koleżankami układ taneczno-gimnastyczny z szarfą. Byłam wtedy zaprzyjaźniona z dziewczyną, której mama była trenerką gimnastyki artystycznej w Krakowie i choć nie uczestniczyłam z zajęciach, to chodziłam tam z Iwoną i zafascynowałam się tym, co obserwowałam. Ćwiczyłam godzinami w domu przed lustrem i postanowiłam wykorzystać to na kolonii. O dziwo, całkiem nieźle się udało! Pamiętam, że nasz wychowawca zabrał nas do sklepu z pasmanterią w Słupsku, żeby poszukać dobrych szerokich wstążek, które nadawałyby się na kijek i można by z nich zrobic „profesjonalne” szarfy do tańca 🙂 Stałyśmy się bardzo popularną trójcą po tym występie. Może dlatego pamiętam tę datę tak dobrze, bo potem już oczywiście nigdy, na żadnym obozie harcerskim nie celebrowaliśmy tego święta.
Pamiętam lądowania pierwszego Człowieka na księżycu i datę naszego przylotu do Ameryki. Także takie, o których niekoniecznie chciałabym pamiętać.
Wrzesień to data naszej „prawdziwej” jak mówimy, rocznicy ślubu (bo ta mniej prawdziwa czyli cywilna jest w maju) imieniny mojego męża, pazdziernik, listopad – znów dużo rodzinno-przyjacielskich dat-celebracji i uwierzcie, że wszystkie te daty i osoby łączące się z nimi mam w mojej głowie.
Moje dzieci wciąż śmieją się, że u nas w rodzinie wszystko jest obchodzone podwójnie, bo według tradycji amerykańskiej i polskiej, czyli urodzinowo i imieninowo i dwie rocznice ślubu, dwie celebracje Dnia Babci, Dnia Matki czy Ojca i co się tylko da.
Cóż – łakniemy siebie, radości i uśmiechu i chyba nic w tym złego.
Poza pamięcią do dat, skłonnością do ich „pielęgnacji” mam jeszcze inne dziwactwa, więc idąc dziś „za ciosem” do kilku przyznaję się za jedna wyliczanką: nie pozwalam na celebrację moich urodzin przed prawdziwą kalendarzową datą, bo mam taką („rosyjską” obsesję), że NIE wolno, bo można ich nie dożyć :), jak czarny kot przebiegnie mi drogę, natychmiast uruchamiam w swej głowie taki refren:

„Gdy ci kot przebiegnie drogę,
nie myśl, że to pech!
Kot ci szczęście przynieść może,
jeśli tylko chcesz”..

I wyobraźcie sobie, że jeszcze kilka dni temu nie miałam pojęcia skąd mi się wziął ten refren w głowie przez tyle długich lat! Z jakiej piosenki, kiedy i w jakich okolicznościach wpadł mi w ucho. Kiedy zaczęłam szukać go w internecie (dzięki ci technologio, za internet i wszystko, co w nim siedzi!!) znalazłam tytuł „Koci twist” i wykonawczynię piosenki – Fryderykę Elkanę. Nie mam pojęcia jak i gdzie mi się to przyplątało! Sprawdziłam, że piosenka powstała w 1964 roku. Patrząc na tytuły innych piosenek Fryderyki Elkany, chyba nie znam żadnej innej. Kot jednak przemówił do mnie bardzo mocno i przekonywująco, bo:
po pierwsze – bardzo lubię koty, po drugie – bardzo lubię czarne koty, a po trzecie -uważam, że przynoszą szczęście jak w piosence i mój refren służy mi jako amulet do odstraszania pecha!
Mam jeszcze zwyczaj odpukiwania w niemalowane drewno jak mi coś bardzo NIE pasuje i czegoś bardzo nie chcę, lubię liczbę trzynaście i nie mam nic przeciwko piątkom 13-go. Osobiście nie ubrałabym czarnej sukienki na czyjś ślub, choć wiem, że to nawet modne teraz się zrobiło, ale ja mam swoje uprzedzenia…
To chyba tyle mojej spowiedzi na dzień dzisiejszy, bez księdza i sądu 🙂


BACK

„Ruszyła maszyna..”

3/20/2021
20 lat Teatru Ogniska Polskiego to kawał czasu. To długi kawał mojego życia. Byłam nauczycielką w sobotniej szkole polskiej przy kościele polskim w Houston od 1990r, zaczęłam tę pracę niemal kilka dni po przyjeździe. Uczenie języka w takiej szkole jest bardzo specyficzne. Dzieci są przydzielane do klas nie według wieku a według umiejętności i znajomości języka polskiego. Pochodzą one z rodzin polskich lub mieszanych, pół-polskich i co tu dużo mówić, polski jest ich drugim językiem. Na codzień, w szkole z rówieśnikami używają angielskiego i często niechętnie i niełatwo jest im przestawić się na język polski. Poziom językowy był więc w szkole polskiej zróżnicowany a my – nauczyciele mieliśmy jedno podstawowe zadanie, znaleźć najciekawszy i skuteczny sposób, by język polski i polska kultura wciąż dla tych dzieciaków była częścią ich życia i zainteresowań.
kiedy dzieci są małe nie jest to takie trudne, przez zabawę można wiele „przemycić” ale gdy zaczynają dorastać i stają się nastolatkami trzeba wymyślić inne metody. I tak wraz z dorastającymi moimi dziećmi w szkole, w mojej głowie powstał pomysł teatralny. O ileż ciekawiej jest być aktorem i zaistnieć na scenie grając w języku polskim i w ten sposób ucząc się go nadal, w oparciu o literaturę sztukę i wiele nowych ciekawych elementów działań, które wiążą się naturalnie z teatrem. Zaczęliśmy w 1995 roku od przedstawienia, pierwszego samodzielnego występu Teatru Ogniska Polskiego ” Jak kamienie na Szaniec..” o czym już pisałam wcześniej. Mała rzecz, ale zakiełkowało ziarenko i rozkwitło dalszymi pomysłami i sukcesami.
Nie mieliśmy niczego! Ani sali na próby, ani miejsca na występy, ani funduszy na organizację, ani pojęcia o reklamie i marketingu, ani dekoracji i kostiumów – ale mieliśmy pomysły, marzenia, pasję i chętnych aktorów! to wszystko dawało nam niezwykłą się i już po niecałym roku wystawiliśmy „Zemstę” A. Fredry.

Było trochę tak jak u Tuwima w słynnym uwielbianym przez dzieci wierszu „Lokomotywa” :

…Najpierw- powoli,
jak żółw ociężale,
ruszyła maszyna…
ospale..
A potem:
…i spieszy się, spieszy..
jak gdyby to była piłeczka,
i fraszka, igraszka..
To para wprawiła ją w ruch
i pcha ją i gna ją..”

Lokomotywa – dekoracja Donka

Przez 20 lat istnienia Teatru Ogniska Polskiego wystawiliśmy 27 sztuk. Niby niedużo.

Oto lista nsszych sztuk. Brakuje tu ostatniej – pożegnalnej „Ale to już bylo” – marzec 2014r.

To była trochę „dziwna” praca.. Próby odbywały się wszędzie, w najbardziej dziwnych miejscach, ale najczęściej w moim domu. Nawet wtedy, kiedy mieszkaliśmy w domku szeregowym, w zamkniętym kompleksie domów niedaleko Medical Center, gdzie pan kontrolujący przybywających gości, po trzecim samochodzie wjeżdżającym do nas, już nikogo więcej na teren osiedla nie chciał wpuścić. Biedni aktorzy parkowali na ulicy i maszerowali na piechotę, żeby dostać się na próbę.. Kiedyś, po kolejnym wieczorze grania i głośnego śpiewania piosenek do którejś z muzycznych sztuk, sąsiadka zatrzymała mojego męża w garażu i konspiracyjnym szeptem zapytała: „A co to za spotkania nocne u was? jaka to religia..?”

Nasze miejsca przedstawień także mają swoją długą listę: od szkolnej sali gimnastycznej, poprzez salę Baker College na Rice University (tak, mieliśmy tam swoje „aktorskie wtyczki”, którzy na codzień byli tam dobrymi studentami!), później znów dzięki polskim koneksjom udało nam się skorzystać ze sceny teatralnej w St.Thomas University (to była pierwsza scena prawdziwa scena teatralna) i tam odbyło się kilka naszych przedstawień. Kilkakrotnie przytuliło nas też gościnne miejsce w Warwick Towers i piękna w scena Chateau Polonez. Skorzystaliśmy z uprzejmości Włoskiego Centrum Kulturalnego i polskiego Kościoła.
Przez 20 lat przewinęło się w szeregach Teatru (pozwólcie, że z szacunku dla wszystkich aktorów, twórców, pomocników, muzyków, widzów i tych, którzy w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek czasie po prostu BYLI z nami, będę pisać/mówić o naszym Teatrze przez duże „T”) mnóstwo aktorów – jedni zaistnieli w tylko jednym przedstawieniu, inni pozostali dłużej, jeszcze inni grali, odchodzili, wracali, a byli i tacy wytrwali co wytrzymali ze mną przez całe 20 długich lat!

Nowa era dla naszego Teatru zaczęła się, kiedy dołączyła do nas Beatka, moja kochana przyjaciółka i moja „asystentka”. Niezwykła kobieta – inżynier z wykształcenia, humanistka w duszy, a śpiewała – głos miała miała nieziemski. Wszystko to dodało mam „efektów specjalnych” i nowych pomysłów (no i odwagi) i rozpoczęła się era przedstawień z muzyką i piosenkami. No i dołączyła do nas Ewa T, więc nasze zaplecze śpiewające znacznie się powiększyło i gotowe było podjąć nowe wyzwania. A ja – po Fredrze, Mrożku, Przyborze, wreszcie odważyłam się spełnić moje młodzieńcze marzenia i włączyć do naszego repertuaru sztuki i piosenki Agnieszki Osieckiej. Tak powstała seria mini- przedstawień z cyklu „Listy Śpiewające”. Potem przyszła kolej na sztukę „Świat nie jest taki zły” – na motywach najsłynniejszej sztuki Osieckiej „Niech no tylko zakwitną jabłonie”
Po raz pierwszy obejrzałam to przedstawienie w Teatrze Wybrzeże, kiedy jako młoda 16-letnia dziewczyna spędzałam mnóstwo czasu w tym teatrze, razem z Ciocią, która pracowała tam jako organizator sceny (a może to się wtedy inaczej nazywało?) Przez całe lato gościnnie grano tam to przedstawienie, a ja zakochałam się w nim do szaleństwa. No i po ponad 30 latach sięgnęłam do tekstów Osieckiej i niemal wiernie (choć oczywiście to musiała być interpretacja..) zrobiliśmy przedstawienie – moje marzenie.
A kiedy kilka tygodni temu oglądając nowy serial polski pt „Osiecka” a w jednym z odcinków oryginalne fragmenty „Jabłoni” wystawione po raz pierwszy w 1964 r. moje serce ze wzruszenia zamarło a dusza uleciała do nieba na kilka długich chwil…
Osiecka jeszcze kilka razy była z nami, w przedstawieniu ” Apetyt na czereśnie” w sztuce, o życiu Maryli Rodowicz którą napisałam na podstawie jej książki o sobie. Tam też wykorzystaliśmy wiele piosenek Osieckiej.

Aż wymyśliłyśmy z Beatką wspólny program autorski „Jej portret” o kobiecie – dwie części, jedna mojego autorstwa, mojego „widzenia” kobiety, druga część była Beatki. Inna – jak jak my byłyśmy inne. I bliska, tak bardzo, jak my byłyśmy sobie bliskie…
Zagościły też na scenie pomysły i wspomnienia z naszych ukochanych miejsc polskich, zagościł więc Kraków i Piwnica Pod Baranami ze wspomnieniem o Piotrze Skrzyneckim i piosenkami Ewy Demarczyk. A jak Kraków to i Warszawa, więc i pan Piecyk i Gieniuchna..
A na koniec pomyślałyśmy, że nasz Teatr taki .. „kobiecy”, więc może napiszemy sztukę o mężczyznach, skoro też ich kilku mamy w naszym zespole. I tak powstało przedstawienie „Chłopcy z naszej ulicy”.

Ale życie nie jest tylko piękne i idealne. Naszego Teatru nie ominęły tragedie. Najpierw zachorował mąż Beatki. Nagle. I szybko. Rak mózgu. Wyrok..
Jakoś nie mogliśmy wtedy grać. Byłam z Beatką każdego dnia. Wszyscy, jak rodzina przeżywaliśmy z nią ten ciężki czas. A kiedy już powoli zaczęliśmy myśleć o powrocie na scenę, znów zdarzył się wypadek, który wyłączył Beatkę z roli, jaką pełniła w naszym Teatrze. Dziś mieszka, na swój sposób spokojna i szczęśliwa, w Stanie Oregon.

Przez 20 lat przewinęła się przez Teatr Ogniska Polskiego wielka plejada ludzi – aktorów, twórców, tych co uczyli się ról na pamięć, ćwiczyli, mieli tremę, przeżywali małe porażki i duże sukcesy, takich co planowali, malowali, kleili dekoracje, tworzyli, nagrywali muzykę, wymyślali kostiumy czasem naprawdę z niczego!. I tacy, co robili makijaż i pomagali uspokoić nerwy tuż przed występem i tacy, co nakarmiali aktorów i tacy, co pomagali zorganizować przyjęcie i wspólny czas aktorów i widzów po przedstawieniu, bo to też zawsze była nieodzowna część naszych spotkań teatralnych. Bez tej wspólnej „końcowej” części mielibyśmy niedosyt – rozmów, wrażeń, gratulacji, przeżyć na bieżąco i jeszcze raz. I wspólnych zdjęć i wspólnych zaśpiewanych raz jeszcze refrenów, które zapewne zostały nam w pamięci do dziś.

Mam nadzieję, że wszyscy aktorzy znaleźli się na tej liście a jeśli kogoś pominęłam – proszę mi przypomnieć! Z góry przepraszam 🙂

Za te wszystkie chwile, za godziny prób, za nerwy i euforie, za „faux pas” i za sukcesy, a przede wszystkim za spełnienie moich „zawodowych marzeń”, które nigdy nie stały się prawdziwym zawodem, ale wypełniły mi satysfakcją wielką część mojego życia i mojego serca – wszystkim, którzy mieszczą się w słowie TEATR Ogniska Polskiego – dziś tym wpisem DZIĘKUJĘ!

Są chwile, kiedy coś się w życiu kończy, kiedy trzeba stanąć wobec decyzji – co dalej. Taki moment nastąpił w 2014 roku. Nasi Teatralni pożenili się, powychodziły za mąż, rozjechali się w różne części kraju, ja dojrzałam do wnuków i emerytury – czas przekazać młodszym. Jeszcze wymyśliliśmy piękny happening pożegnalny, po raz ostatni w gościnnym Chateau Polonez. Spotkaliśmy się w bardzo dużym gronie, jeszcze raz zaistnieliśmy we wspomnieniach teatralnych i choć już od kilku lat nie istniało Ognisko Polskie, to wciąż ludzie skupiali się (i nadal są razem) wokół Teatru. Pożegnaliśmy erę 20 teatralnych lat spotkaniem „Ale to już było”, z łezką w oku, ale też ze świadomością, że wykonaliśmy dobrą robotę – dla rodaków w Houston (i nie tylko, bo bywało, ze widzów gościliśmy i z Dallas i z Austin i z innych miast) daliśmy dużo radości, przypomnieliśmy polską kulturę, piosenkę, polski język, a przede wszystkim zrobiliśmy wszyscy wiele dobrego, polskiego dla siebie samych!. Pokochaliśmy to, co zakiełkowało kiedyś w naszych rodzinach, w polskiej szkole. Cieszę się, że umiałam tyle DAĆ innym i sobie również.

Tak tak! Wiem, już stanowczo za długi ten post! Hmm.. Ale to dopiero wstęp do wspomnień o naszych sztukach. Ja się dopiero rozkręcam!!


BLOCK