”O niedźwiadkach, wakacjach i „Naszejgórze”

16 lipca 2026  

Każdy kto kiedyś podróżował po Parku Narodowym Yosemite w Kalifornii, po Kolorado czy Alasce, musiał choć raz jeden spotkać na swej drodze niedźwiadka grizzly. Albo dużego niedźwiedzia. Nie są one jednakowe. Grizzly są najgroźniejsze i tych naprawdę trzeba się bać. W początkach tworzenia się Stanu Kalifornia właśnie te „misie” zapisały się tak mocno w jego historii, że to właśnie grizzly jest symbolem Stanu, a jego wizerunek wciąż  jest na fladze Kalifornii. 

Zdjęcia na górze – Brown Bear (Colorado) dolne – po lewej – Niedźwiedź z Alaski. Po prawej- Amerykański groźny Black Bear
(grizzly)

Na Alasce żyje najwięcej (szacuje się, że około 30 tysięcy, jak to wyliczono – doprawdy nie wiem 🤗) niedźwiedzi brunatnych. Są miejsca, gdzie każdego dnia przybywają setki ludzi specjalnie po to, by obserwować i fotografować ich zachowania i reakcje. Nie jest trudno je spotkać. Lubią pluskać się w wodach licznych wodospadów, no i z daleka wydają się – bardzo przyjazne.

W Kolorado podobno żyje ok. 12-17 tysięcy niedźwiedzi czarnych – baribali. To zwierzęta bardzo aktywne. Często zbliżają się i wchodzą w zabudowane przez człowieka tereny. W poszukiwaniu jedzenia potrafią włamać się do samochodów (jeśli właściciel zapomniał i pozostawił w środku cokolwiek, co jest pożywieniem), wtaczają się na posesje domów, na tarasy, przewracają wystawione kubły na śmieci i dają radę z wyjęciem zamkniętych worków i dobrze je przeszukują. 

I nie piszę tego tak z wieści internetowych czy opowieści znajomych.  Opowiadam, bo WIEM i widziałam! 

Nasza córka ma piękny dom w Durango, w Kolorado.  To cywilizowane miejsce, wokół mają sąsiadów, choć każdy z nich mieszka na własnej posiadłości, które choć sąsiedzkie, to wcale nie są obok. 

To już autentyczne zdjęcia z ostatnich miesięcy. „Miś” odwiedzał „nasz” dom w Durango. I to kilka razy. Był na tarasie i przy dolnym wejściu. Jak widać, czuje się tam całkiem swobodnie…

Teren jest górzysty ale “nie górski”. Wysokie, prawdziwe góry znajdują się trochę dalej i trzeba do różnych szlaków trochę podjechać. 

Dom często stoi pusty, bo rodzina wciąż na stałe mieszka w Houston. Ale równie często przyjeżdżają tu zarówno właściciele jak i ich goście. I my. Nie jest łatwo kontrolować taki dom, ale kamer na zewnątrz wokół jest kilka.

I to dzięki tym kamerkom wiem, że niedźwiadki lubią odwiedzać ten dom.  Schodzą od tyłu domu, gdzie parter jest “zlepiony” z wejściem do kuchni i z jedną stroną tarasu. Dość szybko nauczyły się, jak obejść dom dookoła i wejść na taras od frontu. Niczego jeszcze nie zniszczyły, pokręciły się bardzo ”przyjaźnie”. 

Mimo, że byliśmy tam i przebywaliśmy w domu albo obok domu i było dużo ruchu, głośnych dźwięków, “misiu” skorzystał z dostępu do kubłów ze śmieciami, przewrócił jeden i tylko sobie znanym sposobem otworzył klapę (wydawało nam się, że szczelnie zamknęliśmy kubeł) i wybebeszył wszystko, co się dało! 

Całe szczęście, że ktoś nas o tym zawiadomił, bo “bałagan” tuż przed długim wyjazdem pod górkę do domu wyglądał fatalnie. Na koniec, żeby nie było wątpliwości“ kto tu rządził”, misiu zapieczętował to ogromną ku.ą. Było dużo sprzątania po takim “gościu”. 😂

Dawno temu, gdy zawzięcie zwiedzaliśmy Amerykę myśląc, że niebawem wrócimy do Polski, w 1996 r. wybraliśmy się z przyjaciółmi i z dziećmi na wakacje do Parku Narodowego Yosemite w Kalifornii. Oczywiście przygotowywaliśmy się bardzo skrupulatnie. Czytaliśmy dużo, opracowaliśmy szlaki i kempingi (wtedy jeszcze nie zatrzymywaliśmy się w hotelach 😄). 

Niestety – nie mam zdjęcia niedźwiadków, (od dołu) ale mam kilka ujęć z 1998 r. – kemping, fragment gór Yosemite z Half Dome, na który potem wspięła się część mojej rodziny i kilku przyjaciół. Górne zdjęcie – nasze
(wówczas nastolatki) Jacek, Kasia i Patrycja ktorzy ostrzegli nas przed nieproszonym gościem

Wiedzieliśmy, że w Yosemite żyją niedźwiedzie i że potrafią być złośliwe i całkiem przebiegłe, choć z wyglądu wydają się poczciwe i leniwe. W poszukiwaniu jedzenia podchodzą coraz częściej do ludzi, nawet do dużych skupisk, jakie są na kempingach. Takie miejsca są dobrze przygotowane, każdy “kwadrat” miejsca dla namiotu ma swoją betonową szafkę, zamykaną na kłódkę, by tam chować na noc jedzenie. Każdy wie, że w samochodzie nie należy zostawiać niczego, co pachnie dla niedźwiadka jak rarytasy i jest zaproszeniem do środka auta. Niestety, nie wszyscy o tym pamiętają. Co jakiś czas spotyka się samochody z rozbitą szybą, z zaklejoną tak, by zabezpieczyć się do czasu opuszczenia parku. Niektórzy nawet doklejają fajne śmieszne teksty “ostrzegające” innych przed nieproszonymi gośćmi.

Któregoś wieczoru, już po obiedzie, ale z kieliszkiem winka, siedzieliśmy wokół stołu, koło namiotu, a nasze dzieci weszły  na dach pomieszczenia (łazienka, toalety), machając nogami i paplając  pod gwiaździstym niebem. Nagle zauważyły łażącego pomiędzy namiotami dużego niedźwiedzia. Było dość późno na głośny krzyk, ale i tak udało im się nas ostrzec. I innych wokół także. Zaczęliśmy okropnie hałasować, tłuc się tym, co mieliśmy pod ręką. Zamarliśmy z przerażenia, bo choć widok był fascynujący, to równocześnie “oko w oko z misiem” może nie być przyjemnym spotkaniem. 

Miś poruszał się dostojnie próbując otworzyć kamienne szafki, a jak nie udało mu się uporać z drzwiczkami – jakby nigdy nic, szedł dalej. Nas ominął z daleka, ale na tyle blisko, byśmy mogli obserwować go jak na dłoni. 

„Misiu z misiem” czyli zdjęcie z jednego ze spacerów nad rzeką Animas, Durango

Teraz w Kolorado (Durango), gdzie jeździmy dość często, kilka razy w roku, też  spotkaliśmy niedźwiadki. Kiedyś przeszły przez drogę tuż przed samochodem – Mama Niedźwiadek i dwa małe misie. Piękny widok – szczególnie wtedy, gdy obserwuje się je z wnętrza samochodu😀

Gdy dom był pusty już kilka razy kamery złapały brązowego gościa, gdy buszował wokół domu, nawet na tarasie. Z domu nie ruszamy się bez specjalnego sprey-u na niedźwiedzie, ale czy to zadziałałoby w naszej obronie – nie wiem. I chyba nie chcę się dowiedzieć… 😀

Ale już dobrze rozumiem, dlaczego maluchy tak kochają miękkie pluszowe misie! (no chyba, że mają do wyboru klocki lego 😂).

Wakacje, które organizujemy dziś, mają specyficzny „smak”. Spędzane w gronie przyjaciół zostały zakwalifikowane do miana “Senior’s vacation club” i bardzo różnią się od dawnych wakacji. Są teoretycznie dobrze zorganizowane i zaplanowane, a w rzeczywistości okazują się bardzo powolnym porankiem (no, nie za wcześnie!), bo „najpierw kawa, potem życie” (tak! tak!) 😂.

Klub seniorów na wakacjach

Życie – czyli spokojne śniadanie (bo przecież “najpierw kawa, potem życie”) potem bardzo dużo chaotycznych opowieści, dyskusji, bo plany trzeba trochę zmienić albo skorygować mocno. Znów kolejna kawa i znów pogaduszki. Emeryt ma prawo się nie spieszyć. Emeryt, by sprawdzić w komputerze czy na mapie szczegóły akcji pod tytułem: „jedziemy/idziemy” potrzebuje trzy razy tyle czasu, co nastolatki i pięć razy tyle co nasze wnuki 😂 🤗, a potem… i tak wszystko wyjdzie inaczej. 

Przygody emeryta są trochę inne niż za młodu, co wcale nie oznacza, że nudniejsze czy mniej ekscytujące. Zwłaszcza, gdy znamy się od lat, gdy łączy nas mnóstwo wspólnych imprez towarzyskich, szaleństw sylwestrowych, dawnych podróży. Wiem, że każdy z nas jest inny i mamy tyle samo wad co zalet (no, zalet coraz więcej 🤔). Dzisiaj, cokolwiek nam “zgrzyta” bierzemy w „pakiecie” w całości. “W pakiecie – z plusami dodatnimi i plusami ujemnymi”. Nieprzypadkowo cytuję takie dziwadła słowne. Mam ich całą listę z naszych ostatnich wakacji. Nie zdradzę wszystkich, bo niektóre wymagają specjalnego kontekstu rozmowy, a tu już musiałabym może za dużo powiedzieć😉 

Na początek dnia, zamiast zwykłego dzień dobry, pytamy “jak się dziś czujesz?” – Prawidłowa odpowiedź brzmi: “w skali 1 do 10 – dwanaście!”. I wiemy, że to znaczy bardzo dobrze!!.  Na propozycję po-śniadaniowego drinka niektórzy wykrzykują: “sam-pana” a inni “zielony” i już wiemy, co komu nalać.

Zielony drink – czyli.. Kto zgadnie?

Wieczorem, przy sztucznym ognisku na tarasie ktoś woła z kuchni – “komu zrobić herbaty?” I słyszy odpowiedź: “ Dla mnie już za þoźno” I wszystko jasne, kto czego chce do picia. 

I tak by można jeszcze długo zdradzać emerycko-klubowy słownik… 

Każdy z nas pozostawił kiedyś rodzinę w Polsce albo gdzieś w innych częściach świata. Tu w Houston znaleźliśmy się w różny sposób i z różnych przyczyn. I odnaleźliśmy siebie. Nową rodzinę przyjaciół. I dobrych znajomych. Niektórzy przewinęli się przez nasze ścieżki na chwilę, inni są z nami już ponad 35 lat. 

Wspólne wakacje zacieśniają związki i przyjaźnie, sprawdzają naszą wzajemną cierpliwość do siebie. Nawet kłócić się i dyskutować jest raźniej i weselej, bo przecież to tylko wakacje i każdy wróci na swoje podwórko. Poza tym nasza koncentracja jest coraz słabsza, każdy wchodzi w słowo opowieści innej osoby i zaczyna własną historię. I też jest dobrze. Byle był wciąż “następny raz”.

Dom naszych dzieci ma piękne położenie, na zboczu góry, na którą jest widok z każdej niemal strony. Przede wszystkim z salonu, gdzie są ogromne okna na całą ścianę przechodzące przez wysokość dwóch pięter. Wrażenie jest niesamowite. Od pierwszego spojrzenia zakochałam się w tym widoku. Góra może nie jest najwyższa, ale ponoć nie ma na niej szlaków używanych przez człowieka. Taka góra dla dekoracji! Bez nazwy. A może i jest nazwa, bo wszystko co jest wokół domu ma związek z końmi i takie są nazwy. Ta część Durango nazywa się Horse Gulch. Pewnie i góra powinna mieć w nazwie coś z koni… Tego jednak nie “rozkminialiśmy”.

Pewnego dnia dojeżdżaliśmy pod dom i moja przyjaciółka B. zapytała: “Co to za góra, jak się nazywa?” Popatrzyłam na nią z wyrzutem i odpowiedziałam: nie ma nazwy, to NASZA góra”. Nasza Góra? – tak, po prostu Nasza Góra… “NASZAGÓRA” – odparła B. z przekonaniem i w tym momencie ze stuprocentową pewnością ochrzciła górę. I już mamy nazwę na zawsze – Naszagóra. I proszę nie mylić z przymiotnikiem – to rzeczownik własny, czyli jednowyrazowa nazwa GÓRY.

A tym samym kolejne słowo słownika klubu seniorskiego 😄.

Każdego poranka siadaliśmy z kawą i w pełnym słońcu patrzyliśmy na własną (no, może niezupełnie własną…) górę. Wieczorem na tarasie urzędowaliśmy z kieliszkiem wina i spoglądaliśmy na czubek góry skąpany w zachodzącym różowym słońcu. Pewnie w innych porach roku kolory zmieniają się na pomarańczowe i czerwone. Bywa, że widok skąpany jest w szarych chmurach. My, przez te kilkanaście dni wakacji, mieliśmy szczęście i chmur nad górą nie widzieliśmy. 

Takie to były wakacje! – przepełnione słońcem, luzem, pełne wesołych rozmów, nowych powiedzonek, dobrego jedzenia i wina, metaxy na dobranoc. I niedźwiadków z nami (na szczęście nie tylko tych żywych gości) 🤣🤔…

 Życie jest piękne, trzeba tylko umieć żyć!!

***************************

Dziś motyw muzyczny, na wesoło. Jeden z pierwszych przebojów Czerwonych Gitar (bodajże z 1962 roku). Ulubiona piosenka dzieci i dorosłych – „Pluszowe Niedźwiadki” Ciepła, sympatyczna i wcale nie straszna.

Uważajcie na te „pluszaki”! W rzeczywistości bywają mniej słodkie niż w piosenkach…


POWRÓT

Letnie marzenia

1 lipca 2026

Nasz kolega zorganizował przyjacielskie spotkanie w drugą rocznicę śmierci swojej żony. Koleżanka – podobnie. Napisała w zaproszeniu: Nie ma Go już z nami dwa lata. Przyjdźcie, powspominamy.. 

Kiedyś zdziwiłyby mnie bardzo takie okazje spotkań. I to wesołych, pełnych życia. W moich czasach młodości w Polsce raczej byłoby to nie do pomyślenia. Znajomi i przyjaciele uznaliby to za brak smaku, szacunku. 

Śmierć musi być smutna, pełna łez albo chociaż sentymentalna. Oczywiście, że po latach jej intensywność nieco blaknie. Jak wszystko, co staje się wspomnieniem. 

Tutaj nasze spotkania z takich okazji już nie są smutne. Są wypełnione uśmiechami, rozmowami, nawet jeśli dotyczą niedomagań zdrowotnych. Pełne życia i radości, że jesteśmy razem. 

Dożyliśmy wieku, gdy cenimy chwile z przyjaciółmi, lubimy spotkać się, pogadać, nawet “narzekanie” jest na wagę złota. Każdy z nas czuje mocno w sobie, że chce żyć właśnie teraz “pełnią życia”. Choć słowo “pełnia” mocno wyblakło i dziś ma inną moc niż 20-30 lat temu. 

Za to na pewno doceniamy silniej to, co przynosi nam poranek, gdy się budzimy. Możemy przecież żyć tylko do jutra… albo jeszcze 10-20 lat.    

Wiem, wiem, że w każdym wieku można tak powiedzieć. Ale młodzi tak NIE mówią, bo nie potrzebują, nie myślą o tym. Dobrze jest ten świat urządzony, że dopiero w późnym wieku nachodzą nas takie myśli. Wszystko “ma swój właściwy czas”. 

Wczoraj jeden z naszych wnuków miał uroczystość zakończenia szkoły średniej i wręczenia dyplomów, kilka dni temu młodszy wnuk ukończył „Middle School” czyli ósmą klasę. W systemie amerykańskim obie uroczystości są bardzo eleganckie, mają swoją tradycję, chociaż każda szkoła stara się zorganizować je trochę inaczej, “po swojemu”.  

Są oficjalne podsumowania, nagrody, porady na przyszłość, radość wręczania dyplomów. I tradycyjne podrzucenie czapek z frędzlem przesuniętym na przeciwną stronę. l okrzyki radości: Mamy to! Zrobiliśmy to! Dotarliśmy do końca!  Do końca czegoś i początku innego. Bo pustki nie będzie. Są plany, nowe szkoły, nowe marzenia. 

Wieczorem odbyło się party – już na luzie, ale nadal entuzjastycznie. Pogoda nieco pokrzyżowała pierwotny plan, ale na szczęście nie zakłóciła tego, co najważniejsze. 

Spotkania “młodości”. A wraz z Młodymi spotkali się ich dumni rodzice i my – dziadkowie. Trzy pokolenia, wiele rozmów, pytań co dalej, ciepłych słów, pochwał i życzeń. I  wspólna radość. Jedna piosenka ABBY “Dancing Queen” połączyła wszystkich razem.

Opuściliśmy spotkanie pewnie na długo przed zakończeniem, uznając, że nasza rola została wypełniona po brzegi i teraz już czas na szaleństwa tylko Młodych. Bo nasze dzieci, czyli ich rodzice wciąż są młodzi. Popatrzyłam na nich wszystkich, na wspólne śpiewanie i tańczenie i pomyślałam – jakby to było 15-20 lat temu… Nic się nie zmieniło. Tylko my… trochę. 

Młode marzenia nie muszą martwić się, że jutro może strzykać w kolanie, że będzie boleć biodro albo łamać w kościach. Młode marzenia mają skrzydła i dolecą wysoko ponad chmury. Tak jak nasze kiedyś…

I nie mówię tego ze smutkiem czy z zazdrością. Stwierdzam fakty, które są ludzkie. Są i będą na wieki. Za to cieszę się, że byłam, widziałam i przeżyłam kolejny dzień z Młodymi, że życie jest tak dla mnie łaskawe, iż dostałam zaproszenie na to “święto życia”. 

Ludzie narzekają na starość codziennie, bez przerwy i na okrągło. Ale czy zdają sobie sprawę, że mieć tę starość jest dużo fajniej niż jej nie dożyć?! A… niech boli (nie za mocno!), niech męczy, niech przeszkadza. Ale niech od nas nie ucieka!… 

To moje pierwsze duże letnie MARZENIE.  

Walka o życie- symbolicznie…

Mój kolega “klasowy” ze średniej szkoły napisał wczoraj ładny tekst o ptaszku a raczej o ptaszkach, jaszczurce. O tym jak kruche życie mają takie zwierzątka. (czy ptaszki to też zwierzątka??). Jak przypadkowe zderzenie ze światem ludzi, może być dla nich śmiertelne. “Wleciał do drewutni czy pracowni stolarskiej. Wleciał i wpadł w pułapkę szyby”. Historia toczy się dalej i ma szczęśliwe zakończenie. Instynkt walki o życie w każdej istocie jest bardzo silny. Żyć chce każdy – nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy.

Czyż nie jest to jedna z tysiąca historii o życiu człowieka? Ile razy wpadamy w pułapkę, ile razy “trzepoczemy skrzydłami”, by się z niej uwolnić? Ile razy nie dajemy rady. I znów się dźwigamy…

Nie potrafiłabym tak dzielnie pomóc ptaszkowi, nie wiedziałabym co zrobić. Nie umiałabym tak pięknie patrzeć i opisać “akcję ratunkową”…

Za to głęboko przemawia do mnie cytowany fragment piosenki Jana Kaczmarka – “Do serca przytul psa, weź na kolana kota. Weź lupę, popatrz pchła… Daj spokój, pchła to też istota”. 

Nie lubię pcheł i pewnie nie jestem w tym osamotniona. A jednak – empatia, rozumienie życia tak “po ludzku” to cenny dar. Chciałabym, by ze świata zniknęła nienawiść, by zwykli ludzie jak my wszyscy, nie nakręcali się według okrutnych niehumanitarnych zasad. By nie podsycali w człowieku najgorszych uczuć, które tylko niszczą to, co moglibyśmy podarować ptaszkowi, jaszczurce i drugiemu człowiekowi.

Może to moje drugie marzenie letnie… Bądźmy dobrzy. Dla innych, dla istot bożych, dla siebie. Tak mało życia, tak dużo okazji, by być lepszym.

Chciałabym być tam, gdzie jeszcze nie byłam. Zobaczyć dziwne nieznane miejsca. Albo takie, które już kiedyś widziałam, a teraz mogłabym ujrzeć je z innej strony? Popatrzeć inaczej, zauważyć to, czego nie dostrzegłam przed laty. 

Z mojego dzieciństwa pamiętam, że wakacje planowaliśmy z rodzicami już od stycznia. Zwłaszcza te, które miały być “wielką podróżą” zagraniczną. Jeździliśmy wtedy do (byłej) Jugosławii, do Turcji, Austrii i Niemiec. To były bardzo ekscytujące plany i wymagały ogromnego przygotowania. Nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy, więc zabieraliśmy ze sobą słoiki mięsa marynowanego albo zatapianego w smalcu (proszę się nie śmiać – takie były czasy i sposoby) 🤗. Namioty (byle jakie), kołdry, bo śpiwory pojawiły się dużo później, poduszki, sztućce, kuchenka z butlą gazową… i co nieco bagażu na wymianę “towarowo – finansową”. Boże! Nawet nie wiem, jak to się wszystko mieściło w Trabancie czy Maluchu. Dopiero w połowie lat 70-tych rodzice mieli pierwszego Fiata 125 p. I jeszcze my – czteroosobowa rodzina w środku. 

Długie trasy do przejechania, góry, czasem po jednej stronie szosy głębokie przepaście. Miasta – bez map i GPS-ów. I jakoś się dało. Dojeżdżaliśmy do celu, znajdowaliśmy miejsca na kempingach (bez rezerwacji!!). Dziś młodzi zgubiliby się na pierwszym zakręcie… 

Dzisiejsze podróże, zwiedzanie nowych miejsc, to łatwizna. A jednak – chwilami męczą nas dużo bardziej niż tamte sprzed 40 czy 50 lat. 

Ks. Jan Twardowski – i jego przejmujące i piękne myśli

Kiedyś przeczytałam, że „Śmierć jest potrzebna, bo utrwala miłość życia…” (chyba powiedział to ks. Twardowski). A ja tak sobie rozmyślam, że można cieszyć się życiem bez doświadczeń śmierci, że można “wyprzedzić śmierć” kochając za życia. W każdym sensie. Nie będę pisać o przykładach, które mi przychodzą na myśl. Ale – wierzcie mi – mam ich pełny worek. Do otwarcia takiego worka potrzeba tylko szczypty optymizmu, odrobinę radości i jasnego spojrzenia wokół. I odwagi. Nie chowajmy się w skorupie starości i lęku, przed tym, co będzie jutro.

Najbardziej pamiętamy i rozpamiętujemy to, co już minęło, odeszło i jest nieosiągalne. Naturalnym jest, że więcej takich wspomnień mają ludzie starsi. I więcej czasu na szukanie ich bliskości. Gdy coś przemija nieodwracalnie, zaczynamy pamiętać. Może wyrywkami, może ułamkami uczuć, może nawet nieco wykrzywionymi i postrzępionymi wspomnieniami… Ale każdego dnia z tych wyciętych w pamięci fragmentów buduje się bliskość. Z przeszłością. O tych, co odeszli na zawsze, o tych, którzy przecięli się z nami w dawnych chwilach życia, z tymi co wciąż są koło nas, ale już w innym wymiarze niż kiedyś. 

Dla młodych ludzi czas płynie inaczej. I mają setki motywacji do codziennego biegu. Dla nich przyszłość otwiera swoje dni.

Kwiaty, listy, wieści od najbliższych…

Nie wszystko przemija, bo zawsze coś w nas zostaje. Za to – wszystko nowe może się jutro wydarzyć. Czekam na nowe SMS-y z wieściami od przyjaciół, od dzieci i wnuków. Czekam na świeże kwiaty w wazonie, czekam na ciepłe kilka słów w liście (hmm… raczej w e-mailu), czekam na każdy gest bliskości. 

Marzenie. Takie proste, malutkie, prawdziwe. 

Ciało marszczy się pierwsze, rozum wciąż jeszcze żwawy. Pamięć kręci fakty, ale nie szkodzi. Jeszcze dajemy radę, tyle że każdy po swojemu. Jeszcze serce stuka mocno. I wyrywa się do życia. 

Marzenia – gdy są w nas i z nami – jest dobrze. Marzenia nakręcają spiralę dobrych myśli, budzą w nas kolejne plany, uśmiechają się i wołają – dalej, jazda! Lecimy, by spełniły się marzenia małe i te większe. 

I wcale nie muszą być letnie. Niech trwają cały rok. Niech będą w kolorach jesieni i mroźne jak grudzień czy styczeń. Niech odżyją wiosenną zieloną świeżością! 

Moje takie są! …pomimo chwil, które czasem zasłaniają marzenia ciemną chmurą, smutkiem rozmyślań, bólem starzejącego się ciała. Marzenia są. Nie odpuszczam. 

***********************

No i dorzucam „Do serca przytul psa” bo bez tej (starej już, ale ciągle aktualnej) piosenki, ten wpis nie byłby pełny w moich „marzeniach o letnich marzeniach” 😄


POWRÓT

Rozrzucone, niepozbierane – ale odejść nie chcą 

17 czerwca 2026

To tak jakbym otworzyła swoja szafę, wywaliła na środek pokoju pełno niechcianych ubrań, zamknęła oczy i… wyszła z domu. A potem za kilka dni wróciła z nadzieją, że jakimś cudem “samo się” pozbierało, uporządkowało.    

Nic z tego! Wszystko wciąż rozrzucone na podłodze. Kolorowe sukienki, swetry grube i cienkie, luźne i bardzo obcisłe, przylegające do ciała. Spodnie w kilkunastu różnych kolorach i zwiewne narzutki, bolerka czy jak tam nazwę zawartość mojej szafy. Nic nie zwinęło się w kłębek, żadna bluzka nie wróciła na wieszak. Ba, nawet żadna sukienka nie obraziła się na mnie. 

Z rezygnacją i niechęcią powoli wszystko przeglądam, układam i myślę, że może  po takiej “burzy” będzie już lepiej. Ładniej. Czysto i spokojnie..

Burza – jaka by nie była i gdziekolwiek się nie pojawi – jest  nagła, przerażająca w swej sile działania. Zazwyczaj trwa ona krótko, pozostawia po sobie szkody, ale i wyczyszcza powietrze, przynosi świeży oddech. 

Lubię burzę, pod warunkiem, że nie jestem na przykład na byle jakim kempingu w górach, nad małą rzeczką, która w ciągu godziny zmienia się w rwącą rzekę brzydkiej brązowej wody, pędzącej z prędkością światła i ściągającej to, co niepotrzebne na jej drodze..                                                                                          

Taką właśnie zdarzyło mi się kiedyś przeżyć burzę i wielki deszcz, w górach na terenie dawnej Czechosłowacji. Tamta burza, niestety nie oczyściła wiele. Raczej zdemolowała nieprzygotowany na taką ewentualność kemping, zniszczyła nasz i tak biedny sprzęt turystyczny i spowodowała wielką akcję wyciągania naszych starych aut ze strefy zagrożonej utonięciem. Zdarzyło się to bardzo dawno, jeszcze w końcu lat 60-tych ubiegłego stulecia – (hmmm, “stulecia”, ależ to dzisiaj brzmi!) 😂

Chaos to coś, czego nie znoszę. Z chaosem nie bardzo umiem  sobie poradzić.  Wszystko co jest rozsypane, niepoukładane sprawia, że bicie mojego serca nagle przyspiesza. Gdzieś we mnie zaczyna wszystko dygotać. 

„Kontrolowany bałagan” w gabinecie mojego męża. Ja staram się tam nie wchodzić, żeby nie doszło do rozwodu.. Ale on czuje się tam jak ryba w wodzie!

Pewnie dlatego jestem “trudna” w dłuższym kontakcie z innymi, z przebywaniem we wspólnym pomieszczeniu. Mój mąż może już się do tego przyzwyczaił przez tyle wspólnych lat, ale i tak od czasu do czasu (a może często🤫) huczę na niego, by swoje rzeczy położył na właściwe im miejsce, posprzątał, poukładał. Nie chodzi o to, by było super czysto i lśniąco. Zależy mi na świadomości i wiedzy, gdzie mam rzeczy, które są dla mnie ważne i które mogą być mi potrzebne. I to wcale nie oznacza, że od wieków wszystko ma u mnie zawsze to samo miejsce. Wręcz przeciwnie! Często przestawiam meble, książki, ubrania i drobiazgi dekoracyjne. 

Czasami łapię się na tym, że nie pamiętam gdzie co włożyłam, ustawiłam. Za to mam świadomość, że na pewno wszystko jest na właściwym miejscu. I jeśli coś przestawiłam, to dlatego, że miałam logiczny powód, by było teraz gdzieś indziej.. 😄

Przedmioty martwe czyli po prostu RZECZY są czasem bardzo złośliwe 😂. Giną, uciekają przed nami, chowają się i bywa, że długo nie możemy na nie trafić. Czasem są nam bardzo bardzo potrzebne i wysilamy swój mózg zastanawiając się, gdzie mogą być. Im więcej i intensywniej o tym myślimy, tym trudniej sobie przypomnieć.

Mój poukładany „teren” – w szafach i na półkach

Mam na to swój sposób. Usiłuję wrócić pamięcią do momentu/miejsca, gdzie ostatni raz miałam w ręku tę poszukiwaną rzecz. Kiedy ją ostatni raz używałam? Jakie skojarzenie mi zostało w pamięci?… I tak powoli, powoli (ale dość często) udaje mi się wrócić do właściwej szufladki w pamięci.  Muszę pozbierać fakty w głowie. Muszę zapanować nad chaosem i paniką. Także nad złością na siebie albo bezradnością, że czegoś nie poukładałam nie tylko “fizycznie”, ale i mentalnie.  Muszę poskładać elementy życia i rzeczy na właściwe miejsce – najpierw w głowie. 

Niestety, bałagan i brak kontroli krąży wokół starszych ludzi częściej niż w młodości. Niby nic w tym złego, bo w końcu kiedyś można sobie pozwolić na luz. Nikt nie musi mnie o tym przekonywać…

Lista „przedwakacyjna” – zrobiona dla mojego męża (no, może mnie nie lubić 🤔)

Ludzie tacy jak ja nie mają łatwego życia z samym sobą. Układam listę na dwa tygodnie przed świętami – co mam kupić, w który dzień zacząć gotowanie, pieczenie itd. Lista przygotowania do podróży także jest ustalona na dziesięć dni wcześniej. To nic, że jeszcze zmieni się kilka czy kilkanaście razy! To daje mi szansę na przemyślenie, uporządkowanie. A przede wszystkim mam dystans do czekających mnie wydarzeń, bez nadmiernego stresu. Bo nie będę ukrywać, że zdarza mi się obudzić w nocy i MUSZĘ wstać, aby zapisać coś, co mi się właśnie przypomniało i co jest ABSOLUTNIE konieczne, by w tym momencie znalazło się na “mojej liście”. Inaczej nie mogę zasnąć, bo wiem, że rano już nie będę o tym pamiętać. I będę bezradna…

To dlaczego denerwuje mnie rozgardiasz, nieporządek?? Poczucie, że to świat wokół mnie robi co chce, a ja nad nim nie mam władzy. Ta prosta myśl nie chce ode mnie odejść. Nie chce zostawić mnie w spokoju. 

Takie zachowania można ocenić “medycznie” czy psychologicznie (niekoniecznie pozytywnie…), ale mnie to w tym momencie wcale nie obchodzi. Mnie jest z tym dobrze. Czuję się bezpiecznie. A przecież o to nam chodzi, jeśli chcemy zadbać o siebie samego. 

Tak to mniej więcej wygląda…😄 A znajomi mówią, że jestem najbardziej zorganizowaną osobą na świecie 😂

Mam pełną świadomość, że są ludzie, którzy zwariowaliby, gdyby mieli żyć po mojemu. Bałaganiarze nie mogliby ze mną wytrzymać jednego dnia. Podobnie jak ja z trudem toleruję bałaganiarzy! I żeby było jasne – nie myślę tu o takich, którzy mają swój “mały nieporządek”, nie przejmują się, że coś im dzisiaj zginęło, bo wiedzą, że jutro czy pojutrze znajdą to i będzie dobrze.                                       Mówię o takich ludziach, którym chaos, zagubienie, bałagan jest potrzebny do życia jak powietrze! Nie przeszkadza im fura śmieci na biurku, umieją przecież tam wszystko znaleźć. Są zaprzyjaźnieni z górą brudnych (albo czasem nawet czystych…) ubrań, ręczników rzuconych byle gdzie, w łazience albo (nie daj Boże!) na podłodze w pokoju.  Są w psychicznej komitywie z nie wyczyszczonymi butami, ze stosem nieumytych naczyń w zlewie kuchennym. Nie widzą tego. Wszystko inne, co jest wokół nich, przysłania im obraz tego chaosu. Dla mnie to koszmar, dla innych normalka… 

Nasze życie, podobnie jak rzeczy, bywa także porozrzucane, chaotyczne. I często dzieje się tak, mimo że wcale tego nie lubimy. I wtedy to już “inna bajka”. Uporządkowanie życia według własnych zasad jest dużo trudniejsze niż poukładanie ciuchów czy butów w szafie. 

Wiem coś o tym, bo tak jak każdy z nas, doświadczyłam wielu takich momentów. Moje zasady “porządkowe” nie chciały odpuścić. Nie potrafiłam także ich odsunąć od siebie. Nie umiałam uporać się z listą mentalnych spraw, które potrzebowały się pozbierać.     

W takich momentach ludzie, którzy myślą i czują podobnie jak ja, są zagubieni i cierpią. Dużo czasu zajmuje im ułożenie świata wokół siebie i po swojemu. Mówi się, że to upór w niewłaściwym kierunku. Może to niechęć do własnych myśli, przekonań. Może… A może po prostu wieloletnie nawyki, które trudno nam w sobie zmienić. 

Pojawia się zwyczajny ludzki strach, że coś idzie „nie po mojemu”. A gdy zaczynam się bać, wszystko wydaje się jeszcze straszniejsze, trudniejsze niż jest naprawdę. Najchętniej załatwiałabym trudne konflikty od razu. Bez “podchodów” okrężną drogą do tematu, otwarcie i jasno. Bez unikania nieprzyjemnie “udawanych” rozmów. Wolę wprost, nawet jeśli to ma boleć. Moja lista musi być jasna i przejrzysta. 

Wiem jednak, że rzucam kłody pod własne nogi. W głowie też. Bywa, że nie da się życia poskładać jak porozrzucanych rzeczy. Nie da się złożyć, nawet jeśli mam na to swój najlepszy przepis. 🤔 ☹

Puzzle są rozsypane! Ale można je pięknie poukładać. Jak w życiu, jak w głowie..

Nie policzę ile razy chciałam nauczyć się odpuszczać. A raczej dopuścić do swoich myśli bałagan, chaos. By myśli i wątpliwości poszły sobie w siną dal. Prawdę mówiąc, choć nigdy się tego nie nauczyłam do końca, to wiele razy musiałam pogodzić się z rzeczywistością i przyjąć do wiadomości, że świat w którym przyszło nam trwać, nie jest idealny i przewidywalny. 

Trzeba dobrze „zestarzeć się”, żeby to zrozumieć i pogodzić się z tym, co nie jest dane nam poskładać. Dziś już wiem, że nawet jeśli moja wizja świata ma uporządkowane zasady, z którymi dobrze się przez lata zaprzyjaźniłam, to czasami nie są one najważniejsze.   

Najbardziej uporządkowany kącik w mojej kuchni – kawa zawsze gotowa do serwowania!

 Aby żyć w zgodzie i ze sobą i z innymi ludźmi, trzeba pozwolić odejść “rozrzuconym i niepozbieranym”.  Choćby na chwilę. Albo może na długo. Kompromis to walka nie tylko z innymi ludźmi, ale także ze sobą. Można dawać sobie (i innym) dziesiątki porad, jak ułatwić uprościć każdy dzień. Można zrobić  listę najmądrzejszych sugestii i recept, by nasz własny nieporządek zechciał się ułożyć, tak jak tego potrzebujemy.  Ale nie można wierzyć w to, że zawsze  urządzony przeze mnie świat jest dobry i właściwy dla najbliższych. 

Dni łatwiejsze i miłe przychodzą i odchodzą. Każdy dzień jest inny. Zegar tyka, a my żyjemy najlepiej jak potrafimy. Zbieramy rozrzucone sprawy, brudne rzeczy, złe i dobre myśli, emocje i nastroje.  

Ja lubię plan i porządek. Ale też czasem bardzo pragnę, żeby poszło sobie daleko i nieodwracalnie to, czego nie potrafię ująć w swojej liście. Staram się nie robić krzywdy sobie i innym nadmiernymi wymaganiami, nie stawiać zbyt wysoko poprzeczki przed sobą. Zwłaszcza teraz, gdy wreszcie rozumiem, że nie warto walczyć z wiatrakami..

**************************

„Siła jest kobietą” – Kobieta jest siłą… My, kobiety z mojego pokolenia to wiemy. To wiedzą też młodsze i całkiem młode – kobiety, dziewczyny. Posypało się w życiu nie jeden i nie dwa razy. Śpiewa Wioletta76. Jeśli liczba oznacza rok urodzenia, to tym bardziej wiem, że każda kobieta potrafi być silna i niezniszczalna jak skała…


POWRÓT

Jak zachować balans, kiedy wszystko się chwieje?

1 czerwca 2026

Nie lubię zastoju, nie przepadam za leniwym dniem (no, może czasem…), nie cieszy mnie przedłużająca się pustka bez planu, co dalej. Wkurza mnie dużo elementów otaczającej rzeczywistości. I zapewne nie jestem w tym osamotniona.

Mimo, że zmęczenie dopada mnie z każdym dniem coraz częściej, to jednak energetyczne życiowe podskoki nie są mi niemiłe. Gdy boli kręgosłup, gdy kolano przy każdym kroku „chrupie”, gdy nerwy nie sprzyjają cierpliwości… nie lubię siebie. 

Nigdy nie miałam zdrowotnych kłopotów z sercem, choć od dzieciństwa takie problemy w rodzinie były mi znane. Mój tata przeszedł pierwszy zawał w wieku 42 lat, ciągle miał kłopoty z oddychaniem i ostatecznie zmarł na zawał serca zupełnie nagle. W środku zdania, które wypowiadał do Mamy. Z serem Roquefort w ręce… 

Kiedy więc w testach, którym się poddałam, “coś zgrzytnęło”, okazało się, że nie jestem wyjątkiem i ja też mogę  mieć “słabości serduchowe”. Byłam zaskoczona, zła i przez kilka dni nie mogłam poukładać sobie tego w głowie. Coś pogmatwało mi wszystkie moje dolegliwości. Pojawiło się jak dla mnie – znienacka, choć gdybym była zdrowotnie bardziej rozsądna i przewidująca, nie musiałabym rozchwierutać swojego balansu. W wieku „wielce dojrzałym” każda choroba, ból, strach przed konsekwencjami powoduje komplikacje. Nie tylko w naszym ciele, w całym organizmie, który już nie jest posłuszny tak jak kiedyś. Także w głowie. 

…jak ten koń z klapkami na oczach. I z wiatrem pod górę..😂

No i jak to bywa z wszystkimi chorobami, zawsze pojawiają się w niewłaściwym momencie. Zmieniają nasze plany domowe, w pracy zawsze “pożar”, plany na wakacje trzeba natychmiast poprzestawiać.  Są tacy, którzy elastycznie radzą sobie z tym dość gładko. Jak nie jutro, to za tydzień. Nic nie ucieknie według przysłowia “Co ma wisieć, nie utonie”. A ja – jak ten koń z klapkami na oczach. Jak idę pod górę, to żadnych zmian nie może być po drodze. Jak gnam z wiatrem , to nie mogę się zatrzymać. Jak obiecuję coś komuś (sobie też), to nie znoszę przekładać, tłumaczyć się z powodów zmian. 

Moja operacja woreczka żółciowego (och, kiedy to było! 1986 r.) wyskoczyła, gdy byłam sama w domu z dwójką małych dzieci, wyrostek trzeba było wyciąć na kilka dni przed dużą imprezą urodzinową mojego męża w Galveston (okrągłą!), a o konieczności operacji kolana dowiedziałam się na dwa tygodnie przed przylotem gości z Polski… Wszystko nie tak. Ale – komu zdarza się tylko “tak”?.

Balans w życiu to nie tylko przygody zdrowotne. Balans to własny system zasad, które sobie w głowie układamy. Co i jak jemy, jak się ubieramy, ile czasu spędzamy  w towarzystwie i kiedy wolimy być sami. Balans muzyki, kolorów, filmów i wszystkiego, co dla nas ważne. 

Światło i ciemna noc. Zimno i ciepło. Alkohol i kawa. Słodycze i ostro przyprawione posiłki. Nikt z nas nie ma identycznego balansu. Każdy potrzebuje czegoś innego. 

Niektórzy tak się noszą…
(z sieci)

Balans finansowy, to dobry haczyk na nieokrzesanych “zakupowiczów”. Jak sprawić, by nie wpaść w manię wydawania, kiedy tyle ładnych nowości wokół nas? Jedni mają hopla na punkcie coraz to nowszych samochodów. Inni wpadają w sidła elektronicznych “zabawek” dla dorosłych i młodzieży, które rodzą się z takim rozpędem, że to, co dzisiaj jest nowe, jutro już okaże się starym. Jeszcze inni chcą nadążyć za modą, która mogłaby z powodzeniem stanąć w zawody szybkości zmian z rozwojem technologii elektronicznej. Buty, torebki, szale i wszystkie inne gadżety. Szaleństwo, w którym o balans bardzo trudno 😂.  Bywa, że i ja o tym coś wiem… 

Już nie wspomnę o prawdziwych kolekcjonerach bardzo drogich, bardzo dziwnych i bardzo zwariowanych rzeczy. Obrazy, konie, monety, pająki, węże, autografy sławnych ludzi, figurki sportowców, stare płyty, aparaty fotograficzne… Bywają hobby, które może nie są kosztowne, ale zajmują mnóstwo miejsca. Ludzie mają najdziwniejsze pomysły i potrzeby. Podam kilka przykładów  🤗.

Pamiętam, że gdy po raz pierwszy zostałam zaproszona do domu mojego przyszłego męża (wtedy jeszcze tego NIE wiedziałam), w jego maleńkim dziewięć metrów kwadratowych pokoiku, na ścianie wisiała mata, a do niej poprzypinane były pudełka/ opakowania przeróżnych papierosów. Ciasno, jedno przy drugim. Nie wiem ile ich było, ale dużo! Wziąwszy pod uwagę, że był rok 1971 i żadnych zagranicznych papierosów kupić się nie dało (no, może jakieś były w Pewexie za dolary lub bony dolarowe), a mój chłopak miał 20 lat i niewiele pieniędzy – była to imponująca kolekcja. W jednym z tych pudełek ukrywał swoje papierosy, które u niego w domu były “nielegalne” i trzeba było je dobrze zakamuflować przed tatusiem 😂. (Niestety, żadne zdjęcie się nie zachowało w rodzinnych albumach).

My kolekcjonujemy krowy (nie, nie prawdziwe! 😄) kolorowe, mają przeróżne fajne pozycje, kształty, wielkości. Są zrobione z rozmaitych materiałów – szkło, metal, drewno plastik, ceramika, wełna… Krówki są uśmiechnięte albo mają smutne wzruszające spojrzenia i są bardzo sympatyczne. No i każda ma swoją historię 🐮. Stoją na kilku wiszących półkach i są ozdobą ściany.  Mam koleżankę Grażynkę B. która dodaje mi „wirtualne krowy” z każdego miejsca, gdzie tylko je zobaczy. Gdyby były w naszej prawdziwej kolekcji, mielibyśmy już ich dwa razy tyle.          

Dlaczego krowy? Hmm… Półek  jeszcze mi nie zabrakło, hobby nie jest ani groźne, ani i zbyt kosztowne. Za to wszyscy nasi goście i przyjaciele wiedzą, że to najlepszy prezent dla mojego męża (i trochę dla mnie 🤗) z każdej okazji. 

Często ludzie kolekcjonują książki ulubionego autora albo o ulubionej tematyce. Znałam kogoś,  kto miał tyle książek w swoim domu, że półki były wszędzie!! Dosłownie – WSZĘDZIE!  Od parteru do piętra, a wysokość domu była imponująca. Książki były bardzo przemyślnie i estetycznie ułożone, zupełnie inaczej niż w typowych bibliotekach. Wrażenie było niesamowite!!! Gdyby je przeliczyć na pieniądze, to można by być milionerem.. 

Balans będzie tu tylko “przysłowiowy”, bo co dla mnie już jest poza granicą rozsądku czy możliwości, dla kogoś innego jeszcze daleko do linii wyjścia poza balans. 

LEGO szaleństwo!!

Moje wnuki były (są) szalone na punkcie klocków Lego i choć już dawno powinny z nich wyrosnąć (powinni???) to wciąż odkrywają nowe zestawy i “muszą” je mieć. Jak mówi przysłowie – „pieniądze to nie wszystko”, ale w tym wypadku ograniczenia są zasadne!

Wiadomo jednak, że dla niektórych pieniądze nie stanowią problemu. Za to miejsce na kolekcjonowanie wielkich starych (albo i najnowszych) samochodów to już inna przeszkoda. Fanaberie ludzkie nie mają umiaru, a dodatkowo czasem i przepisy prawne utrudniają kolekcjonerstwo i utrzymanie balansu. 

Zakłócenie równowagi w każdym momencie życia i w każdej dziedzinie jest bardzo łatwe. Niewielu ludzi umie trzymać balans i nie zepsuć swoich własnych zasad. Ulegamy pokusie często – w zupełnie maleńkich sprawach i w dużych decyzjach. Mówimy – przewróciło mu się w głowie! Dostał bzika, zwariował, dostał małpiego rozumu…

Łatwo mówić – trudniej naprawić. Wymyślamy różne sposoby, by zachować swój własny balans. Jednym pomagają głębokie spokojne oddechy, inni potrzebują znaleźć antidotum w postaci wysiłku fizycznego – biegania, karate, wspinania się na wysokie szczyty gór czy inne ekstremalne wyczyny. Większość z nas jest ok z dobrą książką w ręku, z ciszą we własnym ogrodzie i kieliszkiem dobrego wina. Balans i spokój zostaje przywrócony, choćby na chwilę…

Ujmując temat „fizycznie” – balans to stanie na jednej nodze w bezruchu, umiejętność zrobienia różnych dziwnych pozycji i zatrzymanie się w nich na kilka minut. Proste, prawda? Kiedyś, gdy regularnie ćwiczyłam jogę, było proste. Dzisiaj, przy każdej rozmowie z lekarzem pytają mnie czy… nie upadłam w ostatnich miesiącach? Czy nie mam zawrotów głowy, czy nie muszę oprzeć się o ścianę i używać laski w czasie chodzenia. Czy aby nie mam sekundowych wyłączeń balansu swojego ciała..

A więc jest coś na rzeczy. Balans mojego ciała też może się zachwiać. A ja mogę tego nawet nie zauważyć. Niedobrze! Ignorujemy takie symptomy, wypieramy najmniejszą niedogodność, niemal natychmiast zapominamy, że coś jest nie tak, a powinno być inaczej. 

Nie jestem pewna, który balans jest dziś dla mnie ważny. Nie bardzo wiem jak to w sobie poukładać. Bo mój balans jest tylko mój. I nikt go za mnie nie ustawi. Co wymyślę, co wybiorę i z czym będę dobrze się czuła – zależy tylko ode mnie. 

Dawno temu (chyba to był lipiec 2006 roku?) pojechaliśmy na wycieczkę do Chin. Jedną z części tej podróży był rejs statkiem po rzece Jangcy. Była to jedna z ostatnich szans zobaczenia wielkich przełomów tej ogromnej rzeki, przed zatopieniem terenów ciągnących się wzdłuż niej. Wszystkie te otaczające nas wzgórza miały być zalane albo były już częściowo pod wodą. Wiadomo było, że większość ludzi już wysiedlono z tamtych terenów i niemal „za chwilę” droga tej rzeki, koryto przez które płynęła od wieków,  miała zmienić się na zawsze. Wszystko za sprawą wybudowania gigantycznej Zapory Trzech Przełomów.

Zdjęcie górne przedstawia fragment trasy Trzech Przełomów (niestety, nie potrafiłam odtworzyć własnych zdjęć z tej wycieczki)
Zdjęcie dolne – próba przejścia po linie pomiędzy dwoma górami , ale nie jest to oryginalne miejsce nad rzeką Jangcy

W momencie, gdy odbywała się nasza wycieczka, Zapora była zbudowana, a całkowite zatopienie terenów było już tuż, tuż. Nie pamiętam kiedy plan wykonano ostatecznie i do końca. Jedno, co pamiętam doskonale, to ogrom tej budowli (zwiedzaliśmy ją częściowo), niesamowite zielone wzgórza i rozległe skaliste przestrzenie, które miały przestać istnieć. Któregoś dnia podnosząc wysoko głowy, zobaczyliśmy ze statku bardzo mocno rozciągniętą linę pomiędzy wzgórzami, pomiędzy którymi przeciskał się nasz statek. A na tej linie, bardzo bardzo wysoko migotała mała sylwetka Człowieka, który balansując, by utrzymać się na linie, stawiał stopę za stopą i usiłował przedostać się na drugą stronę rzeki. Po co? Dlaczego? Jakie to było wyzwanie i balans czego? – postawy, ruchu, serca czy umysłu…?  

Wtedy przyszła mi do głowy myśl – gdzie i w czym zamyka się balans  takiego przedsięwzięcia? Osobistego ryzyka pojedynczego człowieka i ogromnych konsekwencji budowania tak wielkiej Zapory. Jak się mają straty do zysków? Do dzisiaj nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie. W skali wielkich Chin – balans musiał być określony w wielu wymiarach. Dla pojedynczego człowieka – liczy się to inną miarką.

W moim życiu bywało stabilnie i planowo. Ale i często chwiało się, bo takie jest nasze życie. Zachowanie własnego balansu nie jest proste, każdy radzi sobie jak umie.

Nie mam recepty na balans życiowy. Mam za to wciąż siłę do walki o stabilność. Do stawiania kroków po mojej drodze bez podpórek, upadków, zawieruch i zachwiań. 

Wciąż idę…

****************************

„Mam siłę” – piosenka młodego pokolenia w wykonaniu Pauliny Nowak. Już wiem, że każdy szuka w sobie siły, kiedy balans się zachwieje. I niech tak będzie zawsze.


BACK

Nierozwiane “czarne chmury” 

16 maja 2026

W człowieku nie ma jednolitości. Nikt nie jest monolitem. Składa się na to nasz wiek, różnorodność sytuacji, nasze nastroje i dziesiątki innych mniej czy bardziej ważnych powodów. 

A jednak – naukowcy, psycholodzy, przyjaciele i my sami staramy się określić siebie. Swoje charaktery i swoje preferencje. Poznać siebie na tyle, by móc przewidzieć nasze reakcje. Przygotować się na trudne sytuacje. Umieć dokonywać wyborów. Nie uzależniać się od innych ludzi. Żyć tak, by było nam jak najlepiej.

Takie “pobożne” życzenia. W dodatku wydają się być łatwe do zrealizowania, bo przecież… znamy siebie. Nic bardziej mylnego!!

Nie jesteśmy przygotowani do nagłych zmian, trudnych chwil i ludzi, z którymi się stykamy. Wtedy budują się nam w głowach “schody”, piętrzą trudności. Niby z każdym rokiem stajemy się mądrzejsi, ale to wcale nie oznacza, że jest nam łatwiej. Nasze doświadczenia to zbiór, w którym mamy dobre i złe pakiety zachowań. Jedne pomagają, inne utrudniają każdy nowy dzień.  

I w dodatku rodzeństwo, małżeństwo, przyjaciele nie zapamiętują tego samego wydarzenia tak samo ja my. Jak to się dzieje, że po latach te same zdarzenia odbieramy zupełnie inaczej? Przychodzi moment, że rozmawiamy o czymś, co dotyczyło nas razem, a obraz tego wydarzenia mamy zupełnie różny. I nikt z nas nie kłamie. 

Tyle, że zaczyna nam to przeszkadzać w porozumieniu. Nawet w akceptacji siebie. Tak jest między rodzeństwem, dziećmi i rodzicami. Tak jest na salach sądowych i w zwykłym małżeńskim życiu. Niedobrze. Ale – normalnie. 

Trauma, poczucie krzywdy, słaba samoocena są wpisane w nasze życie. I gorzej – także niechęć, złość, krytyka. Pewnie jestem naiwna, bo wciąż mnie dziwi, że takie uczucia bywają tak silnie “pielęgnowane”.  

W większości to są przeszłe wydarzenia, które owszem, przytrafiły się, ale już dawno powinniśmy o nich zapomnieć. A przynajmniej wybaczyć. Bo wybaczyć po latach  jest łatwiej niż całkiem zapomnieć. 

Pamiętam takie bardzo dawne mgliste wydarzenie w mojej młodości. Jako nastolatka miałam często anginy, grypy, jakieś przeziębienia. Wtedy trzeba było zostać w domu i nie iść do szkoły. I trwało to wszystko dużo dłużej niż dzisiaj, bo lekarstwa były kiepskie, a tradycja “chorowania” nakazywała wyleczyć się, a nie walczyć z chorobą tak, by trwała jak najkrócej.

Gdy byłam w drugiej klasie licealnej, lekarz laryngolog stwierdził, że muszę mieć usunięte migdałki w gardle, bo to one są źródłem ciągle powracających infekcji. Już zaczęły się komplikacje i kłopoty ze stawami, z sercem. 

Był 6 stycznia (chyba 1970 rok?), gdy trafiłam do szpitala w Nowej Hucie. Nie pamiętam dokładnie jak długo to trwało, ale wciąż do dzisiaj wydaje mi się, że BARDZO długo. Najpierw czekanie na operację, potem operacja i długie leżenie po… 

Sama operacja (zabieg) pozostała mi w pamięci jako coś bardzo traumatycznego. Po pierwsze pamiętam, że znieczulenie było tak słabe, iż czułam każdy ruch “łyżeczki” (taką nazwę zapamiętałam!) usuwającej migdały. Pamiętam usta pełne krwi (do dziś czuję ten smak), oszołomienie. Wydawało mi się wtedy, że trwa to godzinami. 

Od lewej – Szpital im. S. Żeromskiego w Nowej Hucie z lotu ptaka – dziś. Po prawej – ten sam szpital prawie 60 lat temu

A potem – znoszono mnie ze schodów (na pewno nie było windy..) i nagle zaczęłam wymiotować krwią, bo mój żołądek nie mógł nic więcej z tym zrobić. I wtedy, u progu schodów na dole zobaczyłam rodziców. I kolegę, który nie wiedzieć czemu i jak – odwiedzał mnie w tym szpitalu. Była sroga zima, śnieg, a dojazd z centrum Krakowa do Nowej Huty – to była długa wyprawa. Potem (znów w kolejnej sali zabiegowej na piętrze) lekarz postanowił założyć mi dodatkowe szwy i na pewno nie dołożył mi znieczulenia… Szwy były długie, przyklejone plastrem na policzkach. Wyglądały jak „kocie wąsy..”

W mojej pamięci, to jedno z najgorszych wspomnień “medycznych“ w Polsce. A operacji i szpitalnych momentów trochę by się w moim życiu nazbierało. Niestety, a może na szczęście – nie mam żadnych zdjęciowych dowodów z tamtych zdarzeń.

Gdy teraz, po tylu latach miałam tu, w Stanach różne operacje – kręgosłupa, wymiany kolana, usunięcie wyrostka… trauma migdałkowa wracała do mnie jak bumerang. Czy dlatego, że takie były tamte czasy? Czy lekarz popełnił błąd? Już wtedy mówiło się, że usunięcie migdałków to drobny zabieg…

Nic tak szybko nie rozwija się jak zmiany w medycynie. Ale przecież ludzie zawsze chorowali, zawsze ktoś musiał mieć operację czy trudne leczenie. 

To nasze Maluchy – dzieci i wnuki, nie tuż po urodzeniu, ale blisko..

W moich czasach kobiety rodziły bez znieczuleń, w szpitalu trzymano nas długo po porodzie, a często i przed. Nie doświadczyłam w życiu tego pięknego momentu, kiedy położna czy lekarz kładzie matce Maleństwo na piersi, które dopiero minutę temu przyszło na świat. Pamiętam moment, gdy doktor wypowiedział słowo – “dziewczynka”, a trzy lata później – “chłopak”. Ale pierwsze  spotkanie z moim maleńkim dzieckiem nastąpiło po kilkunastu godzinach. Dziś motyw przychodzącego na świat malucha jest otwarty w filmach, opowieściach i w realnym życiu, gdy oboje rodziców wraz z dzieckiem tworzą bliskość, o jakiej my – matki, w latach 60-70-tych nie mogłyśmy nawet wiedzieć. Bardzo żałuję, że takiej chwili nie dane mi było przeżyć. To także trauma – pustka w pamięci, bo ból, brak intymności i wsparcia bliskiej osoby pozostawiły ślady na całe życie. 

Oczywiście wiem, że po prostu tak wtedy było. Nie mam do nikogo pretensji. A jednak… tamte bolesne chwile szpitalne  nie chcą zniknąć z pamięci. Nikt nie lubi szpitali.

Tutaj, dzisiaj – szpitale są czyste, kolorowe, przestrzenne, pachną ładnie i nic nie przypomina dawnych obrzydliwych zapachów. Małe sale, często pojedyncze, z łazienką, z wygodną kanapą dla rodziny i odwiedzających. Zieleń na korytarzach, fotele, stoliki, bufety z dobrym jedzeniem i kawą. Jakże inny świat medyczny… 

 Wiem, że mówię tu o doświadczeniach amerykańskich, ale i w Polsce chyba zmieniło się wiele… Choć doświadczenia sprzed 10 lat, gdy moja Teściowa leżała w szpitalu im. Narutowicza w Krakowie wspominam także w kategorii traumy. Bardzo nieprzyjemnej. Nie tylko z powodu warunków, ale także ludzi – pracowników szpitala, z którymi się tam zetknęłam. A przecież przez 17 lat (mimo, że byłam „tylko” nauczycielką języka polskiego) w Liceum Medycznym – byłam cząstką tych, którzy uczyli przyszłe pielęgniarki. I zawsze humanitaryzm i empatia były na pierwszym miejscu w przygotowaniu do tego zawodu. Wiem, że wciąż polska służba zdrowia ma braki kadrowe, że pielęgniarki, lekarze napotykają na trudności, które powodują frustracje i zmęczenie. Ale – nigdzie nie jest tylko „dobrze”. Każdy ma swoje problemy. Porównując traktowanie pacjentów tutaj i w Polsce, nie wierzę, że ludzie są „źli”. To „system” tak niszczy motywację… bardzo smutne.

Jedno z ostatnich zdjęć mojej Teściowej ze szpitala. Miała 94 lata

Moje opowieści we wpisach blogowych zazwyczaj są pozytywne. Może nawet zbyt ciepłe i optymistyczne. Staram się pamiętać dobre doświadczenia. Bardzo chcę pielęgnować dobre chwile, bo pomagają mi dzisiaj żyć z dobrą energią, bez złości i pretensji. To taka moja własna wypracowana terapia. Może się podobać albo nie…

Odrzucam to, co bolało w przeszłości, a mam tę przeszłość długą i bogatą. I nie zawsze były to miłe doświadczenia. Są w nich doznania bolesne fizycznie, są i smutki psychiczne, wrażenia, które wracają i są jak ciasne niewygodne buty. 

Wszystko razem miesza się ze sobą. Mam dni z niebieskim niebem i pełnią słońca. Innym razem czarne chmury wtłaczają się w myśli i znów nie dają spokojnie spać. Nie, nie mam żadnej depresji, nie “dzielę włosa na cztery”. Ale jak każdemu z nas – zdarzają mi się chwile, kiedy wraca ucisk w żołądku i strach. 

Mimo, że o temat dentystyczny ocierałam się przez wiele lat pracując w dentystycznym gabinecie mojej córki, za każdym razem, gdy idę na regularne (bardzo „NORMALNE”) czyszczenie zębów, mam ból żołądka, podświadomą niechęć do dentysty. A przecież WIEM, iż nie będzie boleć. Pani higienistka jest miła, lekarz także. Porozmawiamy przez chwilę na zwykłe tematy, nawet się pośmiejemy. Nic nie będzie mnie bolało…Podświadomość jednak wyciąga niemiłe chwile i straszy polską powtórką dentystyczną z dzieciństwa i młodości… 

Nie lubię pochmurnych ciemnych dni. Także tych w głowie, niekoniecznie w realu. Nie chcę, by prześladowały mnie do końca życia, by pojawiały się znienacka, nieproszone i niechciane. 

Niewiele mam zdjęć Taty. Górne – ja z tatą na sankach – chyba w Krynicy Górskiej. Środkowe – tata z Mamą, jeszcze przed ślubem w Krakowie. Ostatnie – Tata na Kaszubach.

Wciąż uczę się walczyć ze smutkiem, zwłaszcza, gdy wracają stare wspomnienia. Nie będę czarować, że jestem świetna w tej walce, ale na pewno lepiej mi idzie niż dawniej. Wraz z upływem lat rozumiem siebie lepiej. Opanowanie nie jest moją mocną stroną, raczej określiłabym siebie jako “Raptusiewicza” (jak w “Zemście” Fredry 🤣). To już chyba genetyczne – po tatusiu… (jeśli dobrze sobie przypominam). Mam też kilka innych nieprzyjemnych wspomnień, ale każdy ma z dzieciństwa “coś”, co wlecze się za nami przez całe życie. 

Wolę jednak rozpamiętywać lepsze chwile. Nie rozdrapuję przygnębiających wspomnień. Rozwiewam “czarne chmury” . Zamieniam je na błękit. No może z szarymi akcentami. To już potrafię. Zbliżająca się starość (a może już starość…) tego mnie nauczyła.  

Gdy myślę o moim ojcu, o tym, że zmarł mając niecałe 65 lat, żal mi go. Nie dożył radości 21-ch urodzin wnuków, nie zdążył tak naprawdę się nimi nacieszyć. My wyjechaliśmy do Stanów, tata miał jeszcze wnuki ze strony mojego brata, ale też niedługo. Nie chcę myśleć o jego nerwowych reakcjach, bo choroba odebrała mu to, co ja dostaję każdego nowego dnia. 

Podróże, wakacje, spacery, dobra kawa i kieliszek wina. I już nie ma czarnych chmur..

W życiu jest tyle dobrych chwil, pięknych momentów, nie warto tracić czasu na rozpamiętywanie gorszych dni. Zwyczajny dzień, bez wyjątkowych wydarzeń też może być miły. Wyciszenie się, dobra książka czy film, porządki w starych zdjęciach, wygodny fotel i kieliszek czerwonego wina… Recepta na słoneczny dzień 😄.

Lubię to. Można wciąż pomarzyć o dalekich podróżach albo krótkich wypadach na kilka dni. Nic tak nie pomaga jak snucie planów na przyszłość. Wtedy nasze myśli błąkają się po jasnym błękitnym niebie. Bezchmurnym. 

Życie jest jak sinusoida. Wczoraj nieprzyjemny wieczór z kłótnią i słowami, których już żałuję. Dziś świeże kwiaty w wazonie i ciepłe “przepraszam”…

Nie zadręczajmy się problemami, na które nie mamy wpływu. Nie wkurzajmy się na decyzje polityczne, bo one zawsze nie będą komuś pasować. Nie czepiajmy się drobiazgów, które nas teraz denerwują, bo jutro okażą się nam całkiem znośne albo obojętne. Nie zatracajmy się w roztrząsaniu “czarnych chmur” przeszłości, bo one już dawno odeszły i rozeszły się w głęboką niepamięć.

Dzisiaj jest dziś, a jutro będzie jeszcze fajniejsze. 

**********************************

Piosenka z tytułem „Czarne Chmury” w wykonaniu Liber & Mateusz Grędziński doskonale oddaje nastrój moich myśli podczas pisania tego tekstu. Wsłuchaj się – tak jak ja…


POWRÓT

Wiosna w zwyczajnych odsłonach.

1 maja 2026

Nie, żebym miała zamiar znów wiosennie przynudzać. Wiosna nigdy nie jest nudna! Jest świeża, zielona, pięknie pachnie i zawsze niesie ze sobą coś nowego. I o nowościach (“i starościach” też) będzie dzisiaj. 

Każdy wie, że wiosna to odnowa. Od-nowa. Zaczynamy nowy rok, nowe życie roślin i zwierząt. Gdziekolwiek spojrzymy – nowe budzi się w nas, obok nas, wokół nas. I to jest zawsze dobry znak.  Upraszczam – wiem. Ale tyle radości jest we mnie w marcu, a w kwietniu i maju jeszcze dużo więcej. 

Mam swoje osobiste powody – na jakiś czas (na jak długo..?) uspokoiły się moje dolegliwości zdrowotne, mam dużo rodzinnych radosnych wydarzeń, chce mi się “fruwać” chociaż wiem, że jutro może być inaczej. 

Wiosna meteorologiczna zaczyna się od dnia, w którym długość nocy wyrównuje się z długością dnia. W zależności od… i tu nie będę wymieniać szczegółów, bo mogę strzelić głupotę, ale ogólnie mówiąc, zazwyczaj dzieje się to 20/21 marca. Często, niestety, nie ma to nic wspólnego z pogodą, bo w marcu może padać śnieg i wciąż być zimowa aura (no, może nie w Teksasie). W kwietniu może uderzyć w nas kilkudniowa fala bardzo ciepłych dni i tak, co kilka dni zmieniać swoje atmosferyczne oblicze. Maj już bywa uprzejmiejszy, choć “zimni ogrodnicy” czy “zimna Zośka” nieraz dają w kość…   

W Teksasie jest trochę inaczej – wiadomo: wiosna trwa pięknie mniej więcej jeden dzień, a potem… lato lato, lato 😂.  Taki jest najprostszy opis pojawiającej się corocznie wiosny. Za oknem i w kalendarzu. 

Bajkowe wiewiórki z mojego dzieciństwa

Ale wiosna niesie dużo zmian, których na pierwszy rzut oka nie zauważamy. 

W naszym podwórku, po drzewach, krzewach i płocie biegają często wiewiórki. Kiedyś w moim dzieciństwie wiewiórki były rude, sympatyczne i nieczęsto można było je spotkać. Za to królowały w wielu bajkach dziecięcych, były sprytne, przebiegłe i miały zawsze dwa wysunięte do przodu duże ząbki. Czy dobrze pamiętam? 

Skorupka orzeszka naszych ogródkowych wiewiórek, która zawiesiła się na moich kwiatkach…

Nasze “współczesne” teksańskie wiewiórki są nadal sprytne i szybkie, ale nie są tak pięknie rude, raczej szare, chude i wydają się “bardzo kłótliwe” 🤔 😀. Wiecznie się gonią, straszą, biegają na wyścigi jedna za drugą. Często je obserwujemy siedząc na tarasie przy kawce czy śniadaniu. Mam wrażenie, że z wiosną nieco zmienia się ich kolor, ale na pewno do rudego jeszcze im daleko. Mają więcej energii i w ogóle nie mają respektu dla nas – mieszkańców tego domu i podwórka.

Nasza sąsiadka zostawia im gdzieś orzeszki ziemne, takie w “fasolkowych” łupkach, a wiewiórki biegają po moich doniczkach z kwiatami, kopią dziury (całkiem głębokie) i zostawiają sobie tam orzeszki.. W efekcie – pewnie nie pamiętają, gdzie je zostawiły – za to ja mam skopaną ziemię w doniczkach, a nierzadko podgryzione korzonki moich roślinek.

Opossum czyli opos. Ostatnie zdjęcie to prawdziwy opos- mieszkaniec naszego ogródka (mam nadzieję ze tymczasowy!)

Cóż,  zwierzątka też mają prawo do zmian wiosennych, więc tylko o nich opowiadam. I naprawdę nic im złego nie robię, chociaż czasem jestem na nie bardzo zła😏.

Pojawił się też w ogródku “ktoś” kto skopał trawę w wielu miejscach i zrobił całkiem niemałe dziury. Urzęduje sobie w nocy, w dzień śpi po “ciężkiej” pracy. Z pomocą mojej przyjaciółki założyliśmy kamerkę, żeby dowiedzieć się kto z nami mieszka i okazało się że to “mały possum-ek” jak pieszczotliwie nazywa go moja przyjaciółka A. Possum czyli po polsku opos wcale nie jest taki mały i taki miły. Jeszcze nie wiemy w jaki sposób wypowiedzieć mu tu mieszkanie, ale się dowiemy… 

Marcowa energia, uśpiona w ludzkich organizmach na czas zimy (a może tylko wykorzystywana na inne działania) budzi się ze zdwojoną siłą, ludzie szaleją w ogrodach, w parkach – spacerują, biegają, organizują towarzyskie spotkania i imprezy.

I zajmują się  sobą! Odnowa z działu “chcę być piękna, młodsza i świeża” każdemu się udziela, nie wyłączając starszych pań i panów. Nowe ciuchy, nowe kolory – jasne, ostrzejsze, pobudzające oko i mózg do radości. Odnowa biologiczna – zmiana koloru włosów, maseczki, wizyty korekcyjne. Patrzę w lustro i widzę już nie tylko kilka nowych zmarszczek, ale po-zimowe zmęczenie, bladość cery. Nie chcę tak! Nowy podkład, nowy kolor pudru, trochę różu. Podkreślam oko czarną kredką, maluję lekko powieki. W tym roku nie zmieniam koloru, choć… to dopiero początek wiosny, więc może lato przyniesie ochotę na nowe odcienie. 

Biegnę do sklepu (och, wiele miesięcy tam nie zaglądałam), szukam czegoś nowego, nie tylko w kolorach, ale i w stylu. Niestety, nie wszystko jest dla mnie. Już nie powiem o długości sukienek czy spódnic (krótkie odpadają!), ale na przykład w tym roku modne są bardzo szerokie spodnie, luźne i ocierające się nogawkami o ziemię. Ja w takich wyglądam okropnie! Niezależnie, co kto mi mówi – ja czuję się w tym źle.  

Przy okazji – rzucam oko na męskie rzeczy, kupuję mężowi nową koszulę i jasną lekką marynarkę.  Mąż coś tam “nadaje”, że ma w szafie dużo koszul, że nic nie potrzebuje… Ale ja swoje wiem – odnowa to odnowa. Trzeba poczuć się po nowemu i wiosennie. Zabieram też na zakupy przyjaciółkę, zawsze fajniej we dwie. Udaje się, że i ona odświeża się “wiosennie”. Miły lunch, pogaduchy – świat jest lepszy! 

Uwielbiam odwiedzać tutejszy sklep “Trader Joe’s”. Pozornie – market spożywczy jakich wiele w Houston i wszędzie indziej. A tak naprawdę ma dużo innych produktów niedostępnych w podobnych sklepach. Ale dla mnie największą zaletą tego miejsca jest wspaniały wybór sezonowych kwiatów!!! Sklep ma dwa wejścia – z przodu i z tyłu budynku i pierwsze na co natyka się klient, to ogrom kwiatów. Mnóstwo bukietów,  dużych i mniejszych. Wiosennych – żonkile, tulipany, frezje, szafirki, hiacynty, róże. Nieco później będzie nawet bez (lilak – u nas nie rośnie, a bardzo nam go brakuje! i tego niepowtarzalnego zapachu…), słoneczniki – i pewnie jeszcze dużo innych, o których w tej chwili nie pamiętam. Niestety (a może i dobrze 😂) ten sklep znajduje się dość daleko od nas i nie bywam tam zbyt często.

Wejście do sklepu Trader Joe’s. Uwielbiam to!!!

Ale gdy już jestem, to oprócz wózka pełnego specjałów niedostępnych gdzie indziej, mam zawsze bukiety kwiatów. Oszałamiają mnie, szczególnie wiosną. Właściwie w każdej porze roku. Wybór jest wspaniały, zachwycający kolorytem i zapachem. Może właśnie dlatego ten sklep musi być niezbyt blisko mojego domu 🤔. 

Zgadnijcie – który kolor wiosenny??

Jak niemal każda kobieta, lubię także dbać o paznokcie. Zmieniam za każdym razem ich kolor, bawi mnie to i śmieszy. Nie korzystam ze sztucznych paznokci, ale na moich własnych mogę położyć “kocie oczka” albo jakieś ozdóbki (no, tego raczej nie robię często 😀).

Sportowe, wygodne kolorowe!!! Można je nosić PRAWIE do wszystkiego

Żałuję tylko, że z wiekiem i dużą liczbą problemów z nogami i stopami, nie mogę już cieszyć się butami jak dawniej. Kiedyś to był kolejny element odnowy. Buty uwielbiałam – płaskie, na obcasach, sportowe i wyjściowe. Kozaki i sandałki. Dziś moja kolekcja jest ograniczona… Na szczęście sportowe codzienne buty są ozdobne, w wielu kolorach, i nosi się je teraz prawie do wszystkiego!

Najnowsze „dodatki” wiosenne

No i nikt jeszcze (nawet mój własny mąż!)  nie ograniczył mi zmian w kolekcjonowaniu torebek, dużych, małych, śmiesznych i wielokolorowych. Zabawa w odnowę trwa! 

Piszę sobie o drobiazgach dziennych, o nieważnych i mało ważnych sprawach. Ale nasze życie składa się właśnie z malutkich elementów i im bardziej będą przyjemne, tym milszy będzie nasz każdy nowy dzień.

Każdy z nas ma wystarczająco dużo małych, a czasem i większych problemów. Możemy jednak znaleźć powody, które staną się przeciwwagą stresu i smutków. 

Nie na darmo ktoś wymyślił przysłowie “Mała rzecz, a cieszy” 😉.

Nie trzeba wywracać swojego życia “do góry nogami”, żeby poczuć przypływ energii, dostrzec coś nowego. Naprawdę łatwo jest przywrócić lepszy nastrój, wyczuć różnicę pomiędzy wczoraj a dziś.  

Świeża zielona sałata, pomidor z ogródka, zielona cebulka… Jedzenie też jest ważną częścią odnowy naszego organizmu. Smaki, których nie było w zimie też przyniosą uśmiech. I okazję do spotkań z bliskimi, z przyjaciółmi. 

Dlaczego właściwie o tym piszę, przecież wiem, że to NIE odkryje przysłowiowej “Ameryki”. Wiem też, że ludzką rzeczą jest zapominanie o sobie, o swoich potrzebach, o maleńkich elementach codzienności, które umilają życie. 

Kup mały kwiatek – dla siebie! Postaw na stoliku a poczujesz radość. Uśmiechniesz się do niego, a tak naprawdę do siebie. Poczujesz ciepło w sercu. Lekkość oddechu…

To będzie wiosna. Kolejna wiosna, którą – jeśli zechcesz – zauważysz i docenisz. 

Więc, Kochani, do roboty! Złap lustro i spojrzyj, weź miotłę i posprzątaj, pomyśl, że kolor żółty, zielony czy pomarańczowy też jest piękny. Schowaj czerń i brąz na jesienne wieczory. 

I pomyśl – ta wiosna jest od-nowa dla mnie!

****************************

A wpis nie byłby w pełni wiosenny, gdybym nie zakończyła go piosenką Marka Grechuty „Wiosna, ach to ty” Miłych wspomnień! 🤩


POWRÓT

Dlaczego lubię Teksas?

Teksas w pigułce! 😂Armadillo ( zwierzątko teksaskie), Longhorn, kaktus, wieża wydobywająca ropę, muzyka country, błękitne niebo i słońce..

16 kwietnia 2026 r.

W Polsce, w czasach, kiedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że telewizja będzie kiedyś kolorowa, a programów będzie znacznie więcej niż jeden czy dwa, gdy rodziny i sąsiedzi zbierali się na kilka godzin u tych, którzy już posiadali własne telewizory… było coś “specjalnego”. Oprócz nudnych wiadomości komunistycznej polityki i rosyjskich filmów wojennych zdarzały się „perełki”. Rarytasy, na które z zapartym tchem czekaliśmy cały tydzień, bo pokazywały strzępki nieznanego życia w nieznanych krajach. Świat, który był dla nas niedostępny, a jednak żyli tam ludzie, którzy z każdym nowym odcinkiem zdobywali naszą sympatię. Bohaterowie, którzy zabierali nas na godzinę czy dwie w świat marzeń. 

Przetrwali – w pamięci i w plakatach.

 Dla mnie takim niesamowitym przeżyciem telewizyjnym  była “Bonanza”. Amerykański serial opowiadający o życiu farmera Bena Cartwrighta i jego trzech synów.

Gdzieś na Dzikim Zachodzie, samotni mężczyźni żyją w bogatym ranczo zwanym “Panderosa”. Ciągle mają nowe przygody, napotykają na wiele trudnych, ale i czasem śmiesznych problemów i dzielnie je przezwyciężają.  Każdy z nich jest inną osobowością, zarówno z charakteru jak i z wyglądu. Całkowicie niepodobni do siebie, co powodowało wiele nieporozumień, śmiesznych sytuacji. I mnóstwo dyskusji między widzami, młodymi i starszymi – kto z czterech bohaterów jest najfajniejszy, najprzystojniejszy, najbardziej męski… W sumie i tak rodzina jako całość była najważniejsza i zawsze w ostateczności się dogadywała. 

Niedawno dowiedziałam się, że “Bonanza” miala aż 14 sezonów, co przekładało się na 430 odcinków. Nie mam pojęcia, ile z nich pokazała polska telewizja, ale wiem, że w owym czasie nie było Polaka, który nie rozpoznałby głównych bohaterów, nie mówił o nich, nie zachwycał się nimi i nie robił wszystkiego, by oglądać każdy nowy odcinek. 

Dużo później dowiedziałam się, że ranczo Cartwrightów położone było w filmie na pograniczu Stanu Nevada i Kalifornii, w pobliżu jeziora Tahoe, niedaleko dużych złóż srebra. Ale oczywiście zdjęcia -oprócz studia Paramount w Los Angeles – kręcono w różnych miejscach Ameryki. Każdy z panów był synem Bena, ale ich matkami były różne kobiety. Stanowili mocną męską i wielce sobie oddaną rodzinę. 

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam ten serial oglądać, ale z czasem kojarzył mi się z moim własnym wyobrażeniem, jak może i jak “na pewno” wygląda życie… w Teksasie. Inne Stany jakoś nie “zagnieździły się” w mojej głowie. 

Zdjęcia z 2025 r. (Dallas/Fort Worth) – zrobione kilka tygodni temu przez moją przyjaciółkę

Być może, czytałam także w tamtych czasach książki o kowbojach, o niesamowitych ich przygodach, o bardzo “męskiej”odwadze. Ogromnie rozległe tereny, niesamowita roślinność (często kojarzyła mi się z kaktusami!), całe jeziora mieszczące się  na jednym ranczo. Szalone konie, traktowane wyjątkowo czule, piękne krowy z imponującymi rogami. Ach, te rogi! – dwa, trzy razy szersze niż tułów całej krowy,  po obu stronach ich głowy. I te niesamowite kapelusze kowbojskie, zawsze i wszędzie na każdą okazję i koszule w kratę. I chustki na szyi, o których lata później dowiedziałam się, że nazywają się bandany.  

Po prostu – PIĘKNE!!

Oto początek mojej drogi do Teksasu. Jeszcze długo nie wiedziałam, że kiedyś tu się znajdę. Nie miałam pojęcia czy to prawda, czy tak właśnie “żyje się” w Teksasie. Nie znałam żadnych prawdziwych szczegółów, ale ta przestrzeń, swoboda, przez cały rok ładna pogoda, robiły na mnie niesamowite wrażenie. No i te buty- kowbojki. Z dobrej kolorowej skóry, ozdobione w rozmaity sposób..   

Gdy dziś myślę o tym filmie/serialu, staram się wyobrazić sobie, jaką niesamowitą siłę miał wtedy ten filmowy przekaz. Jak to możliwe, że taki film rozbudował w mojej wyobraźni obraz nieznanego mi wtedy Teksasu. Bo to, że akcja toczyła się gdzie indziej – zupełnie mnie nie interesowało. “Moja Bonanza” zakotwiczyła się na zawsze tylko w Teksasie. 

Mijały lata, powoli rozwijała się polska telewizja i od czasu do czasu udostępniała nam zachodnie filmy czy seriale. Zapomniałam o “Bonanzie”.  W życiu szkolnym nastolatki działo się dużo. Potem studia, rodzina i wyjazd do… TEKSASU. 

Niezbadane są nasze losy, nikt z nas nie wie, co przyniesie nam przyszłość. Istna zawierucha!! Kompletny przypadek, który wydarzył się trzydzieści kilka lat temu.

Teksas stał się miejscem na ziemi – całkiem realnym. I jakże innym niż był w mojej wyobraźni. Choć może nie do końca. Okazało się, że kilka elementów z niezapomnianej “Bonanzy” wciąż jest rzeczywistym obrazem Teksasu. 

Teksas ma dwa i pół razy większą powierzchnię niż Polska. Według szacunków z 2024-25 roku mieszka tutaj ponad 31 milionów mieszkańców. W ostatnich latach to właśnie ten stan zanotował jeden z najwyższych wskaźników wzrostu populacji w USA. 

Teksas ma tyle plusów, że mimo trudnego bardzo gorącego letniego klimatu, okazuje się bardzo wygodny do zwyczajnego codziennego życia.

Ogromne możliwości otrzymania pracy, tańsze niż w innych stanach domy, wielkie przestrzenie, zarówno w dużych miastach jak i bezkresne działki poza miastami. Tańsze artykuły spożywcze, duża swoboda przemieszczania się i – długo by jeszcze można wymieniać.

Teksas jest liderem w produkcji energii wiatrowej i największym producentem ropy naftowej w USA. (zdjęcia z sieci)

Bogactwo Teksasu pochodzi głównie z posiadania ropy naftowej. Tylko w samym Houston ponoć działa ponad 5 tysięcy firm związanych z przemysłem olejowym i gazowym. W jednej z nich dziś pracuje nasz Syn.

Pamiętam, że gdy dowiedziałam się, że pojedziemy do Houston, ktoś z naszych znajomych użył takiego stwierdzenia: “To świetnie, Teksas siedzi na ropie…” Wtedy nie zrozumiałam, co to zdanie miało znaczyć – dziś wiem doskonale! 

Podróżując po wielkim obszarze stanu Teksas, co chwilę widzimy setki pomp, które kręcą się nieprzerwanie wydobywając ropę i wiatraków produkujących energię elektryczną. Przemysł kosmiczny (NASA, które uformowało tu nasze dorosłe życie), jeden z  największych i najnowocześniejszych centrów medycznych w USA, prawdziwa “kowbojska” kultura – to tylko kilka z setek powodów, by wybrać Teksas na swoje miejsce do życia.  

Ale my nie wybraliśmy Teksasu. To Teksas wybrał nas! A potem – wyszło jak wyszło. 

Wielokrotnie pisałam, że mam naturę mieszczucha. Lubię duże miasta, ich zwariowany temperament, dziesiątki teatrów, muzeów, organizacji, które są aktywne dla każdego, niezależnie od tego, co sobie wybierzemy. Są też minusy – ruch samochodowy (bywa, a właściwie jest codziennie) NIE do zniesienia, w lecie upały i wilgotność powietrza, jakiej trudno szukać w innych regionach USA. 

I wtedy – myślę o Zatoce Meksykańskiej, oddalonej od Houston tylko o godzinę jazdy samochodem, o plażach (może nie złotych, bo w końcu też są “na ropie”😃) po których można spacerować przez cały rok i moczyć stopy w zawsze ciepłej morskiej wodzie. O niezwykłych tradycyjnych corocznych wydarzeniach jak największe w Teksasie Rodeo (w Houston), o lotach na stację kosmiczną, do których właśnie tutaj odbywa się większość szkoleń, ćwiczeń przygotowawczych dla astronautów z różnych części świata. Myślę o wygodnym życiu, o świetnym wykształceniu naszych dzieci w doskonałych uniwersytetach. O pięknej stolicy Teksasu – AUSTIN, która rozwija się  jak wybuch konfetti w noc sylwestrową. O mieście San Antonio, gdzie historia walki o samodzielność Teksasu splata się z kulturą meksykańską. Spacerując po słynnym River Walk wzdłuż kanału wodnego, pływających po nim łódek i muzyki meksykańskiej, widzę jak bardzo mieszanie się kultur, tradycji – przeszłości i przyszłości jest możliwe w moim Teksasie.

Jak widać – kaktusy mogą służyć nie tylko do produkcji Tequili ale także do pozostawienia po sobie śladu swej obecności w Teksasie. 😄

A jak dodamy do tego niesamowite smakołyki jak tutejsze barbecue, steki lub “tex-mex” czyli połączone smaki teksańskie i meksykańskie w postaci tacos, burritos lub nachos, to już mam wszystko co lubię! Ach, jeszcze wielce tradycyjna margarita, oczywiście na bazie tequili (najlepiej Blanco (srebrna), Reposado, Anejo). Tu już kopiuję “mądrzejszych” ode mnie, bo ja na tequilach się nie znam i chyba nie mam zamiaru degustacyjnie tego sprawdzać 😂.   

Jestem Polką i czuję się Polką. Czy w sercu jestem także Teksanką? Tak! Dziś już mogę powiedzieć, że bardzo lubię to miejsce. Wiem, że już zawsze będę w połowie Polką i Teksanką. Będę w sobie dzielić to uczucie – „pół na pół”. Choć NIE planowałam tego – tak już będzie do końca życia.

Wiosną, kiedy wielkie pola błękitnych kwiatów (bluebonnets)  uznanych za symbol Teksasu, wraca do mnie ze zdwojoną siłą wspomnienie polskiego łubinu… Polubiłam muzykę country, choć nie jestem fachowcem w ocenianiu jej zalet. Uwielbiam obserwować prawdziwych Teksańczyków, gdy tańczą swoje teksańskie tańce, bardzo specyficznym krokiem. “Na oko” – bardzo prostym, ale jak chcesz dorównać im w tym tańcu, okazuje się, że to nie takie łatwe 🤗. Oczywiście, tańczą w kowbojkach (żadne eleganckie szpilki!) i w kapeluszach na głowach! Zadziwiają mnie auta – pick-upy, wielkie tracki, do których wsiąść jest trudno, a co dopiero poruszać się nimi z pełną swobodą. Teksańczycy potrafią!

Drogi w stanie Teksas często ciągną się godzinami prosto, niemal bez zakrętów. 

Podróżując, nieraz spotykałam wjazd, symboliczną bramę do kolejnego rancza. A potem widać długą drogę… i nawet nie wiemy, gdzie na jej końcu, znajduje się wielka posiadłość: dom niewyobrażalnych rozmiarów, bo komu potrzebne są takie (!!) życiowe przestrzenie, stajnia, a w niej konie. Ogromne zielone pastwiska, gdzie krowy o długich szeroko rozstawionych rogach (longhorns) pasą się swobodnie i dostojnie poruszają się po “swoich łąkach”. Wolność tej przestrzeni jest niesamowita i trudno wyobrażalna. Zwłaszcza, gdy się jest Europejczykiem, gdzie wszędzie “jest blisko”. Wciąż mnie zadziwia ogrom tutejszego świata…

Bycie Teksańczykiem to styl życia, to stan umysłu. Prawdziwy Teksańczyk z dziada/pradziada ma to we krwi. Jest dumny, że jest Amerykaninem, ale jeszcze bardziej rozpiera go satysfakcja i poczucie godności bycia Teksańczykiem. 

Wersje – z sieci. Jest ich dużo dużo więcej.

Dla wielu Amerykanów z innych stanów Teksańczyk  bywa…wkurzający w tej swojej megalomanii, ale tak naprawdę trudno ich nie lubić 🤗.

“DON’T  MESS WITH TEXAS” – to hasło, które swój początek ma w pozornie “grzecznym” nawoływaniu do czystości stanu. Z czasem stało się – trochę prośbą, trochę groźbą w stylu – „Nie zadzieraj z Teksasem!”    

Uczę się tego od niemal 36 lat. Każdego dnia zachwycam się czymś innym. Ale  wiem też, że nie ma idealnych miejsc, więc i tu napotykam na wiele problemów. 

W Teksasie mieszają się języki, akcenty, wydarzenia kulturalne, pielęgnowane przez grupy etniczne różnego pochodzenia. Pierwsze pytanie, na przykład w restauracji, zanim kelner poda ci kartę z menu, usłyszysz; “where are you from?”. A ja zanim odpowiem, chętnie zrewanżuję się kelnerowi takim samym pytaniem!   

Są więc miejsca w Teksasie, w których kiedyś osiedlili się Niemcy, w innych Polacy, Meksykanie czy Grecy. Dziś już mieszają się w przestrzeni tego stanu, ale są momenty, kiedy chcą zaznaczyć swoją odrębność. Tolerancja przede wszystkim! Kiedyś nas tu przyjęli, a po latach jesteśmy już “swoi”.

Dla wielu ludzi takie odrębności i takie wybory będą co najmniej dziwne. Dla emigrantów na całym świecie są zrozumiałe. 

Lubię Teksas, lubię Houston. I bardzo się cieszę, że po latach mogę to powiedzieć głośno. Bo nie było tak od początku. Mój stan umysłu pracował na poczucie przynależności do Teksasu przez wiele lat. I wcale nie było mu łatwo osiągnąć taki status 🤔 😆.

Każdy z nas ma swój osobisty ”Teksas”. Swój własny Kraków. Swoją życiową kotwicę.

***********************

Właściwie zawsze koniec mojego wpisu wieńczą piosenki polskie – stare wspomnieniowe. Szukam także tematów i wykonawców, których nie znam, ale poruszają moją wyobraźnię. Dziś wyjątkowo dodaję mojego ulubionego Blake’a Sheltona i to w piosence o TEKSASIE!


POWRÓT

“Ołowiane” pejzaże

1 kwietnia, 2026

Kto jeszcze nie zdążył obejrzeć serialu pt.”Ołowiane dzieci” w reżyserii Macieja Pieprzycy, być może nie zrozumie mojej potrzeby napisania tego postu. Kto nie przeżył tamtych 70-ych lat, pomyśli o tych obrazach jak zazwyczaj myślimy o historii sprzed 2-4 wieków. 

Oglądałam każdy odcinek z ogromnym poruszeniem wszystkich moich komórek pamięciowych, z próbą połączenia moich własnych wspomnień z obrazami filmowymi. Nie chcę, by ten tekst był powieleniem wielu recenzji i wspomnień innych, którzy już zdążyli w różny sposób wypowiedzieć się na temat serialu i tamtych czasów.

Chwilowo serial jest na “topie” nie tylko w  Netfliksie, ale także w rozmowach, dyskusjach, wspomnieniach i ocenach. To “majstersztyk” gry aktorskiej kilku wspaniałych aktorów (bardziej aktorek), ale także tych, którzy odtworzyli kostiumy tamtych lat, atmosferę w familokach śląskich, język gwarowy, brud uliczny, no i SYSTEM polityczny! Od działaczy, którzy naprawdę byli u szczytu swojej władzy i mogli wszystko (!!) do języka i obrazów autentycznych wydarzeń uwiecznionych w kronikach z tamtych lat. 

Dolne zdjęcie to „mapa” na której zaznaczono „Targowisko”. Górne zdjęcie – ta sama dzielnica – współcześnie (2022 rok) – zdjęcia zapożyczone z sieci

Rzecz dzieje się na Śląsku, konkretnie w Szopienicach, a określając jeszcze dokładniej – tuż przy Hucie Metali Nieżelaznych. 

W jednej z drobnych, ale bardzo personalnych recenzji przeczytałam zdanie, że w tym filmie na ekranie gra wszystko!! Grają ludzie – profesjonalni aktorzy (Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Zbigniew Zamachowski, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Sebastian Pawlak – genialni!) a także statyści, zwykli Ślązacy, prości ludzie. Gra tło ulic, samochody, brud, hałdy (zwane również zwałowiskami). Gra gwara śląska i dzieci bawiące się na podwórkach między familokami, przy śmietnikach… Grają także “kiecki” tamtych czasów.

Kadry z serialu „Ołowiane dzieci”

A ja dodałabym – grają śląskie kobiety o solidnych fizycznych posturach, wydatnych biodrach i piersiach. Już to przywodzi na myśl siłę i zdeterminowanie tego środowiska, choć nie od początku serialu. 

W każdym kolejnym odcinku obserwujemy formowanie się tej siły… ”Bo jak śląskie baby się zbiorą, to spokoju nie będzie…” – pada takie zdanie w filmie. 

Dlaczego ja – Krakuska z urodzenia i wychowania w centrum tego miasta, mam tak wielką zawieruchę w głowie, po obejrzeniu serialu “Ołowiane dzieci”? 

Był rok 1974. W filmie historia zaczyna się kilka miesięcy wcześniej. 

Moja “śląska” historia życia rozpoczęła się we wrześniu. Tak naprawdę, to miejsce na mapie Polski pojawiło się w mojej głowie w momencie, gdy mój (przyszły) mąż przyszedł do mnie w lutym 1974 roku i oznajmił mi, że dostał wymarzoną pracę na uniwersytecie, jako asystent na rusycystyce, w katedrze literatury współczesnej i teorii literatury. Oszołomiona sukcesem i radością, z zachwytem patrzyłam na niego i już oczami wyobraźni widziałam naszą cudną przyszłość za pół roku – po ślubie. 

Szybko “otrzeźwiałam”, gdy padły słowa – Uniwersytet Śląski… w Katowicach. 

Nie miałam tu wiele do powiedzenia, bo sprawy się już działy – mój „lada miesiąc” mąż już zaczął swą pracę i przez semestr wiosenny jeździł pociągiem raz w tygodniu, do Katowic, na zajęcia ze studentami. Okazało się, że nie tylko rozwój przemysłu jest ambicją. Okazało się, że nie tylko rozwój przemysłu jest ambicją Śląska i Zagłębia, ale także dynamiczne plany naukowe i uniwersyteckie.

Trzeba uświadomić sobie chwilę, w której wtedy nasze życie się znalazło. Piękny Kraków, o którym wiedziałam wszystko od 21 lat. Szkoły niemal tuż obok domu, a raczej dwupokojowego mieszkania w kamienicy na ul. Łobzowskiej. Codzienne poranne bieganie na uniwersyteckie zajęcia, nie dłużej niż 10-15 minut, czasem też drugi raz na wieczorne. Odbywały się tuż obok Rynku, na ul. Gołębiej, w tzw. “Gołębniku”, gdzie mieściła się katedra polonistyki i większość zajęć odbywała się właśnie tam. Albo w pobliskiej okolicy. Wokół przyjaciele z harcerstwa i ze studiów. Wszystko na wyciągnięcie ręki.. 

Śląsk, a jak się później okazało, Zagłębie czyli Sosnowiec, było mi kompletnie nieznane, nieplanowane i spadło na mnie jak meteor z nieba. Nie gwiazdka. Bo z przysłowiową “gwiazdką z nieba” nie miało NIC wspólnego!! 

Po wrześniowym ślubie i podróży poślubnej (tak, mieliśmy taką… do Rumunii!)  spakowaliśmy walizki, nasze prezenty ślubne (o, naiwni!) i wyjechaliśmy do Katowic. Tam otrzymaliśmy miejsce/pokój w akademiku na osiedlu 1000-lecia w nowoczesnym wysokim bloku. 

Żeby nie było prosto, od razu dodam, że spadała nam na głowę “cegła za cegłą”. Chyba już kiedyś wspominałam o tym, mimo dopełnienia wszystkich wymaganych “papierków” okazało się, że miejsce w akademiku jest dla mojego męża, bo jest pracownikiem akademickim, a ja – jego żona – studentka NIE dostałam akademika.

Budynek, gdzie mieściły się wszystkie wydziały filologiczne – między innymi filologia rosyjska. Miejsce pierwszej pracy mojego męża.

Zaczęło się nielegalne wchodzenie do budynku, stres za każdym razem, bo sprawdzano legitymacje. Dojazdy autobusem z Katowic do Sosnowca… dla mnie makabra! Właśnie okazało się, że tego lata w 1974 r. filologia polska otrzymała nowy budynek i przeniosła się do Sosnowca. Inne filologie m.in. rosyjska, też były w Sosnowcu, tylko w innym budynku. Wszystko to zmieniło moje życie w nieznany mi koszmar. Szybko przestałam pamiętać, że to nasz “miodowy miesiąc” i pierwsze wspólne tygodnie budowania własnego domu. 

Domu nie było, dopiero po kilku miesiącach (cudami: załatwiania, pisania podań, wchodzenia i wychodzenia z biur pań, które mogły wszystko!!) otrzymaliśmy wspólny legalny pokój. A i tak jeszcze było dużo niespodziewanych i zadziwiających kombinacji… 

Kto z was pamięta takie wydarzenia? Gdy tylko wspomnę, mam ciarki od stóp do głowy..

Jeśli oglądniecie “Ołowiane dzieci”, to zrozumiecie jak działał system polityczny, szczególnie tam, gdzie jego siła sięgała w życie zwykłych ludzi, dużo głębiej niż np. w Krakowie. A może tylko mi się tak wydawało, bo wcześniej nie dotykały mnie tak ekstremalne osobiste sytuacje… Życie krakowskie było oazą spokoju.

Brud na ulicach, familoki… tak, też były w Sosnowcu. Ale my nie bardzo ocieraliśmy się o takie problemy. Wbrew pozorom, Sosnowiec był całkiem dużym miastem, a my mieszkaliśmy w jego nowoczesnej części. Rzadko mieliśmy potrzebę przejeżdżania przez Szopienice czy podobne okolice. Za to w dzielnicy Sosnowca – Zagórze mieszkała matka Edwarda Gierka. Podobno Pierwszy Sekretarz PZPR odwiedzał ją dość często. Ja tego nie widziałam, ale różne plotki o wyłączaniu ulic, setkach zabezpieczeń itd. krążyły wśród ludzi.                                                

Pozytywne strony tych wydarzeń były takie, że sklepy były zdecydowanie lepiej zaopatrzone niż w innych miastach Polski. W mięsnych, na hakach wisiała pięknie suszona kiełbasa, była szynkowa, prawdziwa szynka (no, może nie zawsze), boczek. 

Był sklep “Moda Polska”, gdzie można było kupić dobre perfumy i ładne modne ubrania. Dało się kupić pralki i lodówki. Górnicy mieli swoje specjalne sklepy zaopatrzone niemal jak Pewexy, tyle że nie za dolary.

Walcząc z urzędami na Uniwersytecie i w Spółdzielni Mieszkaniowej, wchodząc drzwiami i wychodząc “oknem”, by znów tam wrócić, po wielu trudnościach, łapówkach, prezentach etc. po ponad trzech latach, w lutym 1977 r. otrzymaliśmy własne M-4. Gdy przeprowadzaliśmy się do trzypokojowego mieszkania z maleńką kuchnią (ale z oknem!), nasza córka miała równo 11 miesięcy.  

Porównując nasze szanse na mieszkanie w Krakowie – Zagłębie było naszym dobroczyńcą. Budowało się dużo więcej niż w innych miastach. Gierek dbał o swoje tereny… I to pod wieloma względami. Pamiętam, że gdy moja Mama przyjeżdżała do nas pomóc nam w zajmowaniu się malutką Kasią, pierwsze co robiła, to wstępowała do sklepu mięsnego i kupowała suchą kiełbasę. Towar na “wagę złota” w Krakowie. 

Wiedziałam, że Śląsk to kopalnie węgla, huty, kominy. Wiedziałam, że jest brudniej niż gdziekolwiek indziej, ale przecież nawet Kraków uchodził za miasto “skażone”, bo Nowa Huta też zanieczyszczała. Mycie okien co kilka tygodni nie było niczym nadzwyczajnym. Po prostu było wpisane w duże sprzątanie “z myciem okien i podłóg”.

Najbardziej widoczny był kurz i lepki brud na balkonie. Jeśli był to czas zimy i nie używaliśmy balkonów (no, chyba że jako naturalną “lodówkę” w czasie mrozów), sprzątanie balkonu było katorgą. W lecie, by móc z niego korzystać, trzeba było przecierać barierki i myć podłogę niemal codziennie. 

W zimie, gdy spadł biały puszysty śnieg, czysty był tylko przez jeden dzień… Później pokrywał się czarnymi pyłowymi plamami. Ale człowiek szybko przyzwyczaja się do czegoś, co jest “normalne” choć normalne nie powinno być i nie było. 

Nie zwracaliśmy uwagi, że jest brudno – w powietrzu, na chodnikach, na podwórkach, gdzie wciąż bawiły się dzieci… Nie dziwił codzienny widok do połowy brudnych aut, autobusów, tramwajów. Nieodzowny element śląskiego i zagłębiowskiego świata. 

Dopiero, gdy po półtora roku pobytu w Houston, pierwszy raz przyjechałam do swojego domu w Sosnowcu, otworzyłam okna i… zobaczyłam balkon, szyby okienne i “czarne” firanki – zrozumiałam, co znaczy brud powietrza…

Nigdy wcześniej nie raziły mnie brudne samochody na ulicach, dziury z kałużami na drogach czy chodnikach. I nigdy nie myślałam o tym, że gdzieś obok nas, niemal na wyciągnięcie ręki istnieje problem bardzo chorych dzieci na ołowicę… 

Szopienice kojarzą mi się z autobusowymi przejazdami, bo wszystkie te miasta – satelity położone były niedaleko od siebie i koncentrowały się wokół Katowic. A do Katowic jeździłam często. “Spodek” wyraziście stanowił centrum “politycznego świata” tamtych czasów, symbol  siły politycznej i dumy.  W “Ołowianych dzieciach” stanowi przeciwwagę ponurej dzielnicy “Targowisko”.

„Spodek” – w roku 1975 i dzisiaj.

Lubiłam chodzić główną ulicą prowadzącą od „Spodka” w stronę najbardziej ciekawych sklepów, kina, hoteli i dworca kolejowego Katowice. Wokół Spodka było rondo, zawsze pełne ulicznego ruchu. Gdy autobus dojeżdżał do Spodka – dla mnie zaczynały się “prawdziwe Katowice”. Ta strefa Śląska była ładna, oświetlona i pełna intensywnego życia… Innej nie znałam. Albo bardzo niewiele.

Mieszkałam w Sosnowcu przez szesnaście lat. I kilka miesięcy w Katowicach. Bywałam w Dąbrowie Górniczej, Zabrzu czy Gliwicach. Pewnie też i w innych miasteczkach wokół…

 Mój świat tamtych lat był zakurzony, brudny, zaciągnięty szarymi chmurami oparów z hut i kopalń wokół.   

Ale był też światem pierwszych lat samodzielnego, rodzinnego życia. Nowych przyjaciół i nowej pracy. Niełatwym życiem. Był czasem oporu wobec systemu (tego doświadczyliśmy osobiście), ale też nigdy nie wstąpiliśmy w szeregi partyjne, nigdy nie ulegliśmy wpływom szefów w pracy, ani różnym partyjnym przekonaniom naszych znajomych. Dzisiaj, po przeszło pół wieku, serial “Ołowiane dzieci” przywrócił w pamięci moje ołowiane pejzaże. Tak bliskie tamtych Szopienic i tak inne w moim życiu. 

Jeśli jeszcze nie obejrzeliście tego serialu, to gorąco polecam. To nie dokument, choć oparty na pewnych faktach. Wciąż przecież żyje mnóstwo ludzi, którzy dobrze pamiętają tamte czasy i tamte “pejzaże”. 

Dla młodych i młodszych – to tylko wycinek historii “socjalistycznej” Polski. Dla mnie to kawałek młodego życia, którego nie chcę i nie mogę zapomnieć.

Nawet jeśli był to “brudny” i trudny czas.

**********************************

Dopełniam obraz tamtych trudnych, socjalistycznych lat” 😂 piosenką, która oddaje głęboką prawdę naszego życia. Tu w wykonaniu Krystyny Prońko, podczas Festiwalu w Opolu w 1981 r. Nie widać, nie słychać w niej ani brudu ulicznego, ani wyziewów wysokich kominów… A słychać w niej walkę o wolność, i wielką nadzieję na lepsze, która potem charakteryzowała moje pokolenie… Posłuchajcie – bo to też kawałek polskiej historii…”Psalm stojących w kolejce” ” za czym kolejka ta stoi?.. po szarość, po szarość, po szarość..Piosenki w moich wpisach


POWRÓT

Magiczna scena – inne życie

16 marca 2026

Każdy z nas dostaje od losu jedno życie. Nie mamy wpływu na to, gdzie się urodzimy, jakich będziemy mieć rodziców, co przeżyjemy i w jaki sposób. 

Od pierwszego dnia naszego istnienia wszystko jest wielką niewiadomą. Mimo, że  rodzice często kreują wiele zdarzeń, by dzieciom było jak najlepiej, to jednak wszystko toczy się bez naszego udziału. Dopiero później, nieco starsi i mądrzejsi, zaczynamy obserwować świat wokół nas i dokonywać własnych wyborów. 

Dziecko, obserwując świat dorosłych chce znaleźć swoje miejsce, dopasować swoje wybory do marzeń o przyszłości. Opowieści o tym, że w dzieciństwie, “chciałem być strażakiem, policjantem,  kierowcą czy lotnikiem” są normalnym etapem, który przechodzi każdy mały chłopiec. Dziewczynka marzy, by kiedyś być nauczycielką, piosenkarką czy po prostu – mamą. 

Wraz z dorastaniem plany i marzenia  zmieniają się, dojrzewają.  Nasze wybory życiowe to mieszanka wiedzy, skarbnicy doświadczeń i marzeń. 

Ci, którzy zasmakowali „innego-scenicznego życia”…

Wyjątkowym sposobem na „życie w wielu skórach” jest zawód aktora. Na scenie aktor może tak bardzo urealnić swą sceniczną osobowość, że widzowie uwierzą w prawdziwość postaci – artysta przez chwilę będzie kimś innym. Nie sobą. Aktor – dostaje “inne życie”… 

I nie musi być zawodowym aktorem. Można grać w sztuce szkolnej albo w teatrzyku podwórkowym. Można być studentem albo amatorem. Można być profesjonalistą albo przypadkowo znaleźć się w filmowym obrazie. 

Rozważania te skojarzyły mi się ze sceną teatralną i filmową. Ktoś, kto chociaż raz mógł wcielić się w inną osobowość i mógł przeżyć “inne życie”, zrozumie o czym mówię. Stać się na chwilę kimś innym. Uwierzyć, że można pokazać inną twarz. Tę sceniczną. 

“Drugie życie” aktorskie niekoniecznie jest uzależnione od wykształcenia i umiejętności wyuczonych. Człowiek ma w sobie instynkt. Instynkt i wyczucie mogą przerodzić się na scenie w niesamowicie sugestywną grę. Grę, w którą aktor wierzy do granic autentyczności. Łapie “za rogi” drugie życie. 

Taki moment może stać się początkiem kariery zawodowej, może być także jednorazowym przeżyciem, które na zawsze zapamiętamy. Albo takim, które minie bezpowrotnie i uleci z naszej pamięci.

Nieustająca akcja na scenie, energia, entuzjazm i radość!
Sceny końcowe i wspólna radość po przedstawieniu.

Myślę o tym, bo niedawno mój wnuk zagrał w musicalu “Grease” w swojej szkole. Przedstawienie, którego podstawą był film sprzed ponad 40 lat, było fantastyczne! Na scenie bardzo duży zespół, niektórzy uczniowie – aktorzy odgrywali główne role, inni mniejsze. Świetne układy taneczne, piosenki, język z tamtych czasów szkolnych. A przede wszystkim wielka wiarygodność młodych ludzi odgrywających tamte osobowości sprzed lat. Oczywiście dekoracje, sceneria uproszczone i dostosowane do szkolnego teatru, ale równie porywające i oddające nastrój i tematykę. 

Radość, satysfakcja, kwiaty, zdjęcia i setki gratulacji!

I coś, co bez wątpienia zachwyciło! – entuzjazm , radość i duma, jakimi aż “kipieli” młodzi aktorzy – na scenie i po przedstawieniu. Nie miałam wątpliwości, że przeżywali swoje role, swoje postaci, w które wcielili się na dwie godziny. Jakby znaleźli się w “innym życiu”. 

Wszystko to, co przeżyłam oglądając ten spektakl ma także moje osobiste dawne wspomnienia. 

Zawsze lubiłam teatr, od zawsze interesowałam się sceną i aktorstwem. Dziś może bardziej skupiam się na filmie. Wielokrotnie pisałam o tym, że kiedyś (dawno temu 🤔), będąc nauczycielką języka polskiego w Liceum Medycznym, zaczęłam tworzyć małe “niewinne” kabarety, przedstawienia dla potrzeb akademii szkolnych, które trzeba było robić, by celebrować różne “ważne “ wydarzenia jak święto 1 Maja czy Dzień Nauczyciela. Z czasem kabarety szkolne stały się niewielką tradycją naszych corocznych studniówek. Nie trwało to długo, bo po 17 latach wyjechałam do USA. 

I znów wspomnienie – migawki z przedstawień Teatru Ogniska Polskiego

Okazało się, że tu też można kontynuować “teatr” – najpierw polskie jasełka w sobotniej szkole. Później powstał Teatr Ogniska Polskiego, w którym aktorami była starsza młodzież ze szkół średnich i wreszcie dołączyli dorośli. Nikt nikogo nie przymuszał, grupa aktorska uformowała się instynktownie i wszyscy, którzy skupiali się na jednej wspólnej scenie i w tym samym przedstawieniu, chcieli spróbować “innego życia”.   

I tak to się zaczęło. Dla mnie jako reżysera, dla Beatki jako “prawej ręki” od wszystkiego, dla aktorów, na krócej czy dłużej, ale zawsze z radości grania, bycia kimś innym na scenie. Na chwilę. Chociaż nie jest to cała prawda, bo w rolę aktor wtapia się od pierwszej próby, od pierwszego zdania wypowiedzianego – nie jako JA, ale jako ten, którego odgrywa.  

Są różne człowiecze osobowości. Są tacy, którzy grają i schodzą ze sceny zapominając, że przez chwilę byli kimś innym. Są i tacy ( jak ja), którzy mają w sercu na długo swoje inne wcielenia. Aktorskie, reżyserskie, i wszystkie inne, które łączą nas na scenie.   

Tego nie można wymazać z pamięci, to mogą zrozumieć tylko ci, którzy zasmakowali kiedyś “drugiego, trzeciego i dwudziestego… życia”.

 Wiem o tym dużo i dlatego tak bardzo rozumiałam młodych aktorów tańczących i śpiewających  w “Grease”.  Byłam z nimi i pomiędzy nimi, choć moje teatralne odczucia sięgają dawnej, głębokiej przeszłości. 

Nigdy nie byłam ani zawodową reżyserką ani zawodową aktorką (też coś tam grałam…),  ale “inne życie” przeżyłam wiele razy 😀.

Kilka miesięcy temu pojawił się w kinach polski film reżyserii Wojciecha Smarzowskiego pt. “Dom dobry” (my oglądaliśmy go parę tygodni temu). Film bardzo mocny, wstrząsający, który porusza temat przemocy domowej. Określony tytułem innego filmu “ Bez znieczulenia” – naprawdę bez znieczulenia zabiera nas nie tylko do obserwowania drastycznych scen przemocy fizycznej i psychicznej w rodzinie. Oglądamy jakby od wewnątrz świadomość, psychiczne cierpienia głównej bohaterki. Przemoc ekonomiczna, okrutny język,  bicie i cierpienie fizyczne odbiera kobiecie godność człowieczeństwa. Wszystko to dzięki niesamowitej grze aktorskiej Agaty Turkot i jej partnera filmowego  (męża) – Tomasza Schuchardta

Piekło, którym staje się dom, rodzina, jest tam przejmujące, a aktorskie postaci tak głębokie i prawdziwe, że po pierwszych seansach w kinach, fora internetowe huczały pękając od opinii. 

Tak… opinia to jedno, ale fakt, że Tomasz Schuchardt jako aktor stał się w tamtym momencie najbardziej napiętnowaną i osądzaną przez widzów osobą, dowodzi, że aktor wcielił się w “inne życie” tak realistycznie, że zmylił przeciętnego widza. 

Znienawidzony, przeklinany jako mąż/przemocowiec, zagubił swoją prawdziwą tożsamość… Ludzie utożsamiali go z postacią filmową. Tak zupełnie serio!

To uświadomiło mi, że nie tylko aktor i reżyser stają się na czas grania “kimś innym”, ale też widz potrafi ulec złudzeniu “innego życia” 

“Dom dobry” to tylko jeden z setek przykładów filmowych czy teatralnych, które tak zadziałały na aktorów, twórców i widzów. W tej dziedzinie było, jest i wciąż będzie ich nieskończenie wiele. I chwała za to wszystkim, którzy to dla nas tworzą. 

Takie silne przeżycia pozostają w uczniach – aktorach, w dzieciach, które na chwilę są aniołkiem w jasełkach, w profesjonalnych aktorach.  

Parę tygodni temu przeczytałam wywiad z Heleną Englert, (córką znakomitego aktora Jana Englerta), która między innymi powiedziała, że aktor to także człowiek, który potrzebuje zarabiać pieniądze, więc swoje role musi traktować także jako sposób zarabiania na chleb. Wierzę, że te dwa punkty widzenia nie muszą się wykluczać. 

Aktorstwo to piękny zawód, ale nie każdy nadaje się do jego wykonywania. Podobnie jak spełnianie się w malarstwie czy muzyce. To także wejście w świat inny, dostępny dla niewielu ludzi. 

I nic w tym złego. Jesteśmy różni i nigdy do końca nie zrozumiemy potrzeb innych ludzi. Ale możemy tę inność szanować. I to chyba jest najistotniejsze. 

Dla mnie, która wiele już w życiu przeżyłam i, co tu gadać, – nie wszystko, co było w marzeniach udało mi się zrealizować – scena jest MAGIĄ. 

Jest szansą na “inne życie” w tym życiu i w tej chwili, które mamy na codzień. Zarówno dla mnie jak i  tych, którzy przypatrują się temu z boku. 

Jestem pełna podziwu dla młodych aktorów, dla tych którzy chcą i potrafią przeżyć głęboko i przekonywująco życie sceniczne czy filmowe.  Tylko bogactwo wyobraźni, odwaga i poczucie, że można “na chwilę” być kimś innym, pozwala im/nam to zrealizować. 

Oby tak było zawsze!! 

******************************

Tradycyjnie – na podsumowanie – piosenka „Teatr uczy nas żyć” i wspaniały niezapomniany Zbigniew Wodecki


POWRÓT

…I po świętach 

1 marca 2026

Znane polskie powiedzenie: “Święta, święta i po świętach”. I nie wiadomo dlaczego, każdemu z nas kojarzy się to ze Świętami Bożego Narodzenia.

Może dlatego, że te właśnie Boże Narodzenie  tradycyjnie wymaga od nas najwięcej energii do przygotowania, zarówno organizacyjnego jak i wyjątkowo dużego wkładu pracy. Jest tyle wariantów spraw z nimi związanych! Od wielkiego sprzątania domu (kiedyś to się nazywało… „z myciem okien”😂), poprzez zakupy prezentów, wysyłanie kartek świątecznych, kupienie i dekoracja choinki i wreszcie  gotowanie co najmniej dwunastu tradycyjnych potraw (a często nawet więcej). Trudno powiedzieć, czy tylko w Polsce te święta tak nas angażują, czy też w innych krajach także.  

„Każdy kraj ma swój obyczaj”. Przekonałam się o tym, gdy przyjechałam do Stanów Zjednoczonych i ze zdziwieniem uświadomiłam sobie, że święta te same, a obchody jednak inne. 

Najbardziej zdziwiło mnie to, że kolorowa i wesoła celebracja zaczyna się tutaj tuż po Thanksgiving (Święto Dziękczynienia), a Boże Narodzenie to ukoronowanie tego radosnego okresu. No, może jeszcze trwa do Nowego Roku, ale dzień później już właściwie nikt o nich nie pamięta. Podczas, gdy w Polsce cały grudzień to czas oczekiwania, ciszy, spokoju.

Jednak i tam ostatnie lata uruchomiły marketing. Sklepy i reklama działają, namawiając do wcześniejszych zakupów. Ale tak naprawdę, to czasy szaleństwa i zabawy nastają od Sylwestra i trwają aż do połowy lutego.  Są to fakty tak oczywiste, że nikt nie zastanawia się dlaczego w innym miejscu świata jest inaczej. 

Mimo, że kalendarz wskazuje na pełnię zimy (no może nie w Australii😂) bardzo różnie reagujemy na pierwszy miesiąc roku. W Houston, choć mrozy bywają rzadko, to jednak atmosfera zimy jest wyczuwalna. 

To Houston! sztorm lodowy w 2021. Bywa i tak choć nieczęsto.

Mnie osobiście udziela się zmęczenie po-świąteczne. Także to “atmosferyczne”. Logika wskazuje, że powinnam się cieszyć z chłodu i odpoczynku od ciągłego słońca. A jednak – jest mi zimno, marzną mi stopy i koniuszki palców. W domu przestawiam chłodzenie na ogrzewanie…  Zaczynam rozumieć, że ciało przyzwyczaiło się do tutejszego klimatu. Styczniowa pogoda, choć bywają dni słoneczne, sprawia, że czuję się osłabiona, zmęczona i niechętna do wielu robót domowych. Być może – intensywność świątecznych działań też ma w tym swój udział. 

Nadmiar różnorodnego jedzenia, dużo słodkości, imprez i spotkań towarzyskich wpływa na potrzebę wyciszenia się. Spokoju. Pojawia się w głowie próba analiz wydarzeń minionego roku. Planów na kolejny.  Porządki w szafach, nowe ubrania, nowa moda, nowe książki. No i koniecznie zapowiedzi, że już w następnym roku nie będę tyle gotować!! I tak nikt tego nie zjada! A przecież szkoda wyrzucić… Fakty oczywiste, powtarzające się każdego roku. I powracające następnego… Do końca życia nie nauczę się już inaczej. Widać – tradycja silniejsza niż logiczne myślenie.  

Styczeń to dla mnie “przednówek”. Tak kiedyś nazywaliśmy polskie miesiące: luty, marzec. Przedwiośnie. Przed… Tęskne oczekiwanie na pierwsze zielone pąki i listki na drzewach. Na znikające w pierwszych promieniach słońca brudne kałuże po śniegu. Na świeże nowalijki. Kiedyś przednówek był synonimem biedy, braku jedzenia i oczekiwania na nowe. Dziś to tylko symbol…

Walentynkowy dzień – każdego roku jest kolorowo i przyjemnie.

Tu nie ma śniegu (mówię o Teksasie), a ja i tak oczekuję na chwilę, gdy zacznę  porządki ogródkowe, pomyślę o świeżych sadzonkach, doniczkach. Szukam pomysłów, co można by zmienić w domu, bo nie zaprzeczę, że lubię zmiany. Nawet drobne. Cieszy mnie wszystko co przypomina o ruchu – w każdym sensie. Byle nie stagnacja i zawieszenie 😄.

Przecież już w sklepach wszędzie czerwono i różowo – Valentine’s Day (Dzień Św. Walentyna) łypie na nas z każdej półki.  Poddaję się tym obrazkom bardzo łatwo, bo są dla mnie odmianą. Potrzebą uruchomienia wyobraźni, nowości, które odświeżą mój świat. To nieważne, że tak jest każdego roku! W końcu Święta też powtarzają się co roku… 

Tak piękny obraz zimy na pewno nie zepsuje dobrego samopoczucia 😀 (Colorado, Durango)

Ważne jest, aby nie wyłączyć się  z ruchu, choć jest mi coraz trudniej uruchomić w sobie kolejne pokłady energii. Coś mija – zamyka się rozdział. A nowy natychmiast otwiera drzwi. Wracam do pozornej rutyny. I choć kalendarz obrócił kartkę i znów zaczynamy rok od początku, to jednak nie ten sam. 

Samopoczucie człowieka jest bardzo uzależnione od pory roku, od klimatu. I te miesiące przed pełną wiosną są trudne. Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, jaki mamy status czy sytuację rodzinną, odczuwamy stagnację i przemęczenie… Po świętach. Można odpocząć. Tyle, że odpoczynek dla każdego z nas ma inny wymiar. 

A to już początek dekoracji tegorocznej..

U mnie już poświątecznie posprzątane, a na stole już pojawiają się nowe dekoracje. Ale wciąż jeszcze, tak po polsku – spotykamy się, już nie na balach karnawałowych (choć i takie są!), ale w duchu świątecznym lub z akcentem walentynkowym. Albo po prostu – przyjacielskim. 

Chwila przerwy po świętach. Już niedługo będą następne. Wiosenne…

Z młodości pamiętam styczeń jako miesiąc ponury. Ciemne poranki, szybko zapadające wieczory. I powoli zanikająca “przedświąteczna adrenalina”. Dużo pracy w szkole, bo to zawsze był koniec semestru.

Za to w soboty dużo się działo, bo wciąż trwały spotkania, prywatki i bale karnawałowe. Wszystko w innym wymiarze niż dzisiaj, ale wkładaliśmy dużo energii i młodzieńczej radości, by bawić się naprawdę “karnawałowo”. Dekoracje były biedne, zwykle “papierowe”, które organizatorzy wykonywali sami. No i zawsze w tym czasie były zabawy dla dzieci, które organizowano w zakładach pracy naszych rodziców.  

Takki mały „Zajączek” – Jacuś 😄. To już era moich dzieci – początek lat 80-tych.

Moja Mama pracowała w krakowskiej Spółdzielni Inwalidów “Trud” jako księgowa. Lubiła swoją pracę, lubiła ludzi, z którymi spędzała cały tydzień. I zawsze wciągała się w pracę społeczną. Pewnie po niej też tak mam (miałam). Zawsze sugerowano, żeby dzieci się przebierały za postaci z bajek i znanych filmów. Dlatego na tych dziecięcych zabawach były królewny, książęta, myszki Miki, kowboje, zajączki, misie itp. A dla tych, co mieli na sobie własne ubranka, zawsze przy wejściu był stół z dużym wyborem czapek karnawałowych.  

Najpopularniejsze były “stożki” wysokie i dekorowane na różne sposoby. Ja lubiłam i wybierałam zawsze czapkę – opaskę z dużym kwiatem z przodu. Były wymyślne, kolorowe i efektowne. Wszystko z tektury i kolorowych bibułek. Czasem z dodatkiem brokatu. Starałam się zawsze dowieźć tę czapkę (czemu to nazywaliśmy czapkami??)  do domu, bo potem przez najbliższe dni służyły mi do zabawy w domowy karnawał. Były to piękne akcenty dziecięcych czasów, styczniowych ponurych dni. 

Czerwone „czapeczki” – coś zostało nam z radości dzieciństwa..

Dzisiaj, gdy starość biega za nami, nie dajmy się wciągnąć w smutek i ciszę dnia. Może nie ma w nas dziecięcego entuzjazmu, ale chęć do wspólnych po-świątecznych imprez wciąż nie mija. Kilka dni temu my, “houstońskie dziewczyny ” w udekorowanym wciąż świątecznie domu, przy stole pełnym przysmaków i z akcentem “czapeczkowym” w włosach (super pomysł, Basiu!) szalałyśmy karnawałowo. Bez tańców, ale za to z opowieściami, przy których śmiałyśmy się do utraty oddechu. Trochę inaczej niż 60 lat temu, ale równie wesoło i zabawnie. No i wcale nie wyglądamy gorzej niż w tamtych siermiężnych polskich czasach. 😂

…Już po świętach. Ale świątecznie. Bo każdy dzień może być świętem. I powinien. 

Nie chcę stracić żadnej godziny.  Będę świętować, bo “żaden dzień się nie powtórzy…” (Wisława Szymborska).

O tym właśnie myślałam, gdy inni to wyśpiewali uderzając w sedno moich rozważań… „Święta, święta i… po świętach” – Dom na Kaszubach


POWRÓT