16 lipca 2026
Przyjaciołom – bo ludzie są najważniejsi 😘
Każdy kto kiedyś podróżował po Parku Narodowym Yosemite w Kalifornii, po Kolorado czy Alasce, musiał choć raz jeden spotkać na swej drodze niedźwiadka grizzly. Albo dużego niedźwiedzia. Nie są one jednakowe. Grizzly są najgroźniejsze i tych naprawdę trzeba się bać. W początkach tworzenia się Stanu Kalifornia właśnie te „misie” zapisały się tak mocno w jego historii, że to właśnie grizzly jest symbolem Stanu, a jego wizerunek wciąż jest na fladze Kalifornii.

(grizzly)
Na Alasce żyje najwięcej (szacuje się, że około 30 tysięcy, jak to wyliczono – doprawdy nie wiem 🤗) niedźwiedzi brunatnych. Są miejsca, gdzie każdego dnia przybywają setki ludzi specjalnie po to, by obserwować i fotografować ich zachowania i reakcje. Nie jest trudno je spotkać. Lubią pluskać się w wodach licznych wodospadów, no i z daleka wydają się – bardzo przyjazne.
W Kolorado podobno żyje ok. 12-17 tysięcy niedźwiedzi czarnych – baribali. To zwierzęta bardzo aktywne. Często zbliżają się i wchodzą w zabudowane przez człowieka tereny. W poszukiwaniu jedzenia potrafią włamać się do samochodów (jeśli właściciel zapomniał i pozostawił w środku cokolwiek, co jest pożywieniem), wtaczają się na posesje domów, na tarasy, przewracają wystawione kubły na śmieci i dają radę z wyjęciem zamkniętych worków i dobrze je przeszukują.
I nie piszę tego tak z wieści internetowych czy opowieści znajomych. Opowiadam, bo WIEM i widziałam!
Nasza córka ma piękny dom w Durango, w Kolorado. To cywilizowane miejsce, wokół mają sąsiadów, choć każdy z nich mieszka na własnej posiadłości, które choć sąsiedzkie, to wcale nie są obok.

Teren jest górzysty ale “nie górski”. Wysokie, prawdziwe góry znajdują się trochę dalej i trzeba do różnych szlaków trochę podjechać.
Dom często stoi pusty, bo rodzina wciąż na stałe mieszka w Houston. Ale równie często przyjeżdżają tu zarówno właściciele jak i ich goście. I my. Nie jest łatwo kontrolować taki dom, ale kamer na zewnątrz wokół jest kilka.
I to dzięki tym kamerkom wiem, że niedźwiadki lubią odwiedzać ten dom. Schodzą od tyłu domu, gdzie parter jest “zlepiony” z wejściem do kuchni i z jedną stroną tarasu. Dość szybko nauczyły się, jak obejść dom dookoła i wejść na taras od frontu. Niczego jeszcze nie zniszczyły, pokręciły się bardzo ”przyjaźnie”.
Mimo, że byliśmy tam i przebywaliśmy w domu albo obok domu i było dużo ruchu, głośnych dźwięków, “misiu” skorzystał z dostępu do kubłów ze śmieciami, przewrócił jeden i tylko sobie znanym sposobem otworzył klapę (wydawało nam się, że szczelnie zamknęliśmy kubeł) i wybebeszył wszystko, co się dało!
Całe szczęście, że ktoś nas o tym zawiadomił, bo “bałagan” tuż przed długim wyjazdem pod górkę do domu wyglądał fatalnie. Na koniec, żeby nie było wątpliwości“ kto tu rządził”, misiu zapieczętował to ogromną ku.ą. Było dużo sprzątania po takim “gościu”. 😂
Dawno temu, gdy zawzięcie zwiedzaliśmy Amerykę myśląc, że niebawem wrócimy do Polski, w 1996 r. wybraliśmy się z przyjaciółmi i z dziećmi na wakacje do Parku Narodowego Yosemite w Kalifornii. Oczywiście przygotowywaliśmy się bardzo skrupulatnie. Czytaliśmy dużo, opracowaliśmy szlaki i kempingi (wtedy jeszcze nie zatrzymywaliśmy się w hotelach 😄).

(wówczas nastolatki) Jacek, Kasia i Patrycja ktorzy ostrzegli nas przed nieproszonym gościem
Wiedzieliśmy, że w Yosemite żyją niedźwiedzie i że potrafią być złośliwe i całkiem przebiegłe, choć z wyglądu wydają się poczciwe i leniwe. W poszukiwaniu jedzenia podchodzą coraz częściej do ludzi, nawet do dużych skupisk, jakie są na kempingach. Takie miejsca są dobrze przygotowane, każdy “kwadrat” miejsca dla namiotu ma swoją betonową szafkę, zamykaną na kłódkę, by tam chować na noc jedzenie. Każdy wie, że w samochodzie nie należy zostawiać niczego, co pachnie dla niedźwiadka jak rarytasy i jest zaproszeniem do środka auta. Niestety, nie wszyscy o tym pamiętają. Co jakiś czas spotyka się samochody z rozbitą szybą, z zaklejoną tak, by zabezpieczyć się do czasu opuszczenia parku. Niektórzy nawet doklejają fajne śmieszne teksty “ostrzegające” innych przed nieproszonymi gośćmi.
Któregoś wieczoru, już po obiedzie, ale z kieliszkiem winka, siedzieliśmy wokół stołu, koło namiotu, a nasze dzieci weszły na dach pomieszczenia (łazienka, toalety), machając nogami i paplając pod gwiaździstym niebem. Nagle zauważyły łażącego pomiędzy namiotami dużego niedźwiedzia. Było dość późno na głośny krzyk, ale i tak udało im się nas ostrzec. I innych wokół także. Zaczęliśmy okropnie hałasować, tłuc się tym, co mieliśmy pod ręką. Zamarliśmy z przerażenia, bo choć widok był fascynujący, to równocześnie “oko w oko z misiem” może nie być przyjemnym spotkaniem.
Miś poruszał się dostojnie próbując otworzyć kamienne szafki, a jak nie udało mu się uporać z drzwiczkami – jakby nigdy nic, szedł dalej. Nas ominął z daleka, ale na tyle blisko, byśmy mogli obserwować go jak na dłoni.
Teraz w Kolorado (Durango), gdzie jeździmy dość często, kilka razy w roku, też spotkaliśmy niedźwiadki. Kiedyś przeszły przez drogę tuż przed samochodem – Mama Niedźwiadek i dwa małe misie. Piękny widok – szczególnie wtedy, gdy obserwuje się je z wnętrza samochodu😀
Gdy dom był pusty już kilka razy kamery złapały brązowego gościa, gdy buszował wokół domu, nawet na tarasie. Z domu nie ruszamy się bez specjalnego sprey-u na niedźwiedzie, ale czy to zadziałałoby w naszej obronie – nie wiem. I chyba nie chcę się dowiedzieć… 😀
Ale już dobrze rozumiem, dlaczego maluchy tak kochają miękkie pluszowe misie! (no chyba, że mają do wyboru klocki lego 😂).
Wakacje, które organizujemy dziś, mają specyficzny „smak”. Spędzane w gronie przyjaciół zostały zakwalifikowane do miana “Senior’s vacation club” i bardzo różnią się od dawnych wakacji. Są teoretycznie dobrze zorganizowane i zaplanowane, a w rzeczywistości okazują się bardzo powolnym porankiem (no, nie za wcześnie!), bo „najpierw kawa, potem życie” (tak! tak!) 😂.
Życie – czyli spokojne śniadanie (bo przecież “najpierw kawa, potem życie”) potem bardzo dużo chaotycznych opowieści, dyskusji, bo plany trzeba trochę zmienić albo skorygować mocno. Znów kolejna kawa i znów pogaduszki. Emeryt ma prawo się nie spieszyć. Emeryt, by sprawdzić w komputerze czy na mapie szczegóły akcji pod tytułem: „jedziemy/idziemy” potrzebuje trzy razy tyle czasu, co nastolatki i pięć razy tyle co nasze wnuki 😂 🤗, a potem… i tak wszystko wyjdzie inaczej.
Przygody emeryta są trochę inne niż za młodu, co wcale nie oznacza, że nudniejsze czy mniej ekscytujące. Zwłaszcza, gdy znamy się od lat, gdy łączy nas mnóstwo wspólnych imprez towarzyskich, szaleństw sylwestrowych, dawnych podróży. Wiem, że każdy z nas jest inny i mamy tyle samo wad co zalet (no, zalet coraz więcej 🤔). Dzisiaj, cokolwiek nam “zgrzyta” bierzemy w „pakiecie” w całości. “W pakiecie – z plusami dodatnimi i plusami ujemnymi”. Nieprzypadkowo cytuję takie dziwadła słowne. Mam ich całą listę z naszych ostatnich wakacji. Nie zdradzę wszystkich, bo niektóre wymagają specjalnego kontekstu rozmowy, a tu już musiałabym może za dużo powiedzieć😉
Na początek dnia, zamiast zwykłego dzień dobry, pytamy “jak się dziś czujesz?” – Prawidłowa odpowiedź brzmi: “w skali 1 do 10 – dwanaście!”. I wiemy, że to znaczy bardzo dobrze!!. Na propozycję po-śniadaniowego drinka niektórzy wykrzykują: “sam-pana” a inni “zielony” i już wiemy, co komu nalać.

Wieczorem, przy sztucznym ognisku na tarasie ktoś woła z kuchni – “komu zrobić herbaty?” I słyszy odpowiedź: “ Dla mnie już za þoźno” I wszystko jasne, kto czego chce do picia.
I tak by można jeszcze długo zdradzać emerycko-klubowy słownik…
Każdy z nas pozostawił kiedyś rodzinę w Polsce albo gdzieś w innych częściach świata. Tu w Houston znaleźliśmy się w różny sposób i z różnych przyczyn. I odnaleźliśmy siebie. Nową rodzinę przyjaciół. I dobrych znajomych. Niektórzy przewinęli się przez nasze ścieżki na chwilę, inni są z nami już ponad 35 lat.
Wspólne wakacje zacieśniają związki i przyjaźnie, sprawdzają naszą wzajemną cierpliwość do siebie. Nawet kłócić się i dyskutować jest raźniej i weselej, bo przecież to tylko wakacje i każdy wróci na swoje podwórko. Poza tym nasza koncentracja jest coraz słabsza, każdy wchodzi w słowo opowieści innej osoby i zaczyna własną historię. I też jest dobrze. Byle był wciąż “następny raz”.
Dom naszych dzieci ma piękne położenie, na zboczu góry, na którą jest widok z każdej niemal strony. Przede wszystkim z salonu, gdzie są ogromne okna na całą ścianę przechodzące przez wysokość dwóch pięter. Wrażenie jest niesamowite. Od pierwszego spojrzenia zakochałam się w tym widoku. Góra może nie jest najwyższa, ale ponoć nie ma na niej szlaków używanych przez człowieka. Taka góra dla dekoracji! Bez nazwy. A może i jest nazwa, bo wszystko co jest wokół domu ma związek z końmi i takie są nazwy. Ta część Durango nazywa się Horse Gulch. Pewnie i góra powinna mieć w nazwie coś z koni… Tego jednak nie “rozkminialiśmy”.
Pewnego dnia dojeżdżaliśmy pod dom i moja przyjaciółka B. zapytała: “Co to za góra, jak się nazywa?” Popatrzyłam na nią z wyrzutem i odpowiedziałam: nie ma nazwy, to NASZA góra”. Nasza Góra? – tak, po prostu Nasza Góra… “NASZAGÓRA” – odparła B. z przekonaniem i w tym momencie ze stuprocentową pewnością ochrzciła górę. I już mamy nazwę na zawsze – Naszagóra. I proszę nie mylić z przymiotnikiem – to rzeczownik własny, czyli jednowyrazowa nazwa GÓRY.



„Naszagóra” – w kilku ujęciach. Na pierwszym zdjęciu – „matka chrzestna’ góry.
A tym samym kolejne słowo słownika klubu seniorskiego 😄.
Każdego poranka siadaliśmy z kawą i w pełnym słońcu patrzyliśmy na własną (no, może niezupełnie własną…) górę. Wieczorem na tarasie urzędowaliśmy z kieliszkiem wina i spoglądaliśmy na czubek góry skąpany w zachodzącym różowym słońcu. Pewnie w innych porach roku kolory zmieniają się na pomarańczowe i czerwone. Bywa, że widok skąpany jest w szarych chmurach. My, przez te kilkanaście dni wakacji, mieliśmy szczęście i chmur nad górą nie widzieliśmy.



Takie to były wakacje! – przepełnione słońcem, luzem, pełne wesołych rozmów, nowych powiedzonek, dobrego jedzenia i wina, metaxy na dobranoc. I niedźwiadków z nami (na szczęście nie tylko tych żywych gości) 🤣🤔…
Życie jest piękne, trzeba tylko umieć żyć!!
***************************
Dziś motyw muzyczny, na wesoło. Jeden z pierwszych przebojów Czerwonych Gitar (bodajże z 1962 roku). Ulubiona piosenka dzieci i dorosłych – „Pluszowe Niedźwiadki” Ciepła, sympatyczna i wcale nie straszna.
Uważajcie na te „pluszaki”! W rzeczywistości bywają mniej słodkie niż w piosenkach…



























































































