Dlaczego lubię Teksas?

Teksas w pigułce! 😂Armadillo ( zwierzątko teksaskie), Longhorn, kaktus, wieża wydobywająca ropę, muzyka country, błękitne niebo i słońce..

16 kwietnia 2026 r.

W Polsce, w czasach, kiedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że telewizja będzie kiedyś kolorowa, a programów będzie znacznie więcej niż jeden czy dwa, gdy rodziny i sąsiedzi zbierali się na kilka godzin u tych, którzy już posiadali własne telewizory… było coś “specjalnego”. Oprócz nudnych wiadomości komunistycznej polityki i rosyjskich filmów wojennych zdarzały się „perełki”. Rarytasy, na które z zapartym tchem czekaliśmy cały tydzień, bo pokazywały strzępki nieznanego życia w nieznanych krajach. Świat, który był dla nas niedostępny, a jednak żyli tam ludzie, którzy z każdym nowym odcinkiem zdobywali naszą sympatię. Bohaterowie, którzy zabierali nas na godzinę czy dwie w świat marzeń. 

Przetrwali – w pamięci i w plakatach.

 Dla mnie takim niesamowitym przeżyciem telewizyjnym  była “Bonanza”. Amerykański serial opowiadający o życiu farmera Bena Cartwrighta i jego trzech synów.

Gdzieś na Dzikim Zachodzie, samotni mężczyźni żyją w bogatym ranczo zwanym “Panderosa”. Ciągle mają nowe przygody, napotykają na wiele trudnych, ale i czasem śmiesznych problemów i dzielnie je przezwyciężają.  Każdy z nich jest inną osobowością, zarówno z charakteru jak i z wyglądu. Całkowicie niepodobni do siebie, co powodowało wiele nieporozumień, śmiesznych sytuacji. I mnóstwo dyskusji między widzami, młodymi i starszymi – kto z czterech bohaterów jest najfajniejszy, najprzystojniejszy, najbardziej męski… W sumie i tak rodzina jako całość była najważniejsza i zawsze w ostateczności się dogadywała. 

Niedawno dowiedziałam się, że “Bonanza” miala aż 14 sezonów, co przekładało się na 430 odcinków. Nie mam pojęcia, ile z nich pokazała polska telewizja, ale wiem, że w owym czasie nie było Polaka, który nie rozpoznałby głównych bohaterów, nie mówił o nich, nie zachwycał się nimi i nie robił wszystkiego, by oglądać każdy nowy odcinek. 

Dużo później dowiedziałam się, że ranczo Cartwrightów położone było w filmie na pograniczu Stanu Nevada i Kalifornii, w pobliżu jeziora Tahoe, niedaleko dużych złóż srebra. Ale oczywiście zdjęcia -oprócz studia Paramount w Los Angeles – kręcono w różnych miejscach Ameryki. Każdy z panów był synem Bena, ale ich matkami były różne kobiety. Stanowili mocną męską i wielce sobie oddaną rodzinę. 

Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam ten serial oglądać, ale z czasem kojarzył mi się z moim własnym wyobrażeniem, jak może i jak “na pewno” wygląda życie… w Teksasie. Inne Stany jakoś nie “zagnieździły się” w mojej głowie. 

Zdjęcia z 2025 r. (Dallas/Fort Worth) – zrobione kilka tygodni temu przez moją przyjaciółkę

Być może, czytałam także w tamtych czasach książki o kowbojach, o niesamowitych ich przygodach, o bardzo “męskiej”odwadze. Ogromnie rozległe tereny, niesamowita roślinność (często kojarzyła mi się z kaktusami!), całe jeziora mieszczące się  na jednym ranczo. Szalone konie, traktowane wyjątkowo czule, piękne krowy z imponującymi rogami. Ach, te rogi! – dwa, trzy razy szersze niż tułów całej krowy,  po obu stronach ich głowy. I te niesamowite kapelusze kowbojskie, zawsze i wszędzie na każdą okazję i koszule w kratę. I chustki na szyi, o których lata później dowiedziałam się, że nazywają się bandany.  

Po prostu – PIĘKNE!!

Oto początek mojej drogi do Teksasu. Jeszcze długo nie wiedziałam, że kiedyś tu się znajdę. Nie miałam pojęcia czy to prawda, czy tak właśnie “żyje się” w Teksasie. Nie znałam żadnych prawdziwych szczegółów, ale ta przestrzeń, swoboda, przez cały rok ładna pogoda, robiły na mnie niesamowite wrażenie. No i te buty- kowbojki. Z dobrej kolorowej skóry, ozdobione w rozmaity sposób..   

Gdy dziś myślę o tym filmie/serialu, staram się wyobrazić sobie, jaką niesamowitą siłę miał wtedy ten filmowy przekaz. Jak to możliwe, że taki film rozbudował w mojej wyobraźni obraz nieznanego mi wtedy Teksasu. Bo to, że akcja toczyła się gdzie indziej – zupełnie mnie nie interesowało. “Moja Bonanza” zakotwiczyła się na zawsze tylko w Teksasie. 

Mijały lata, powoli rozwijała się polska telewizja i od czasu do czasu udostępniała nam zachodnie filmy czy seriale. Zapomniałam o “Bonanzie”.  W życiu szkolnym nastolatki działo się dużo. Potem studia, rodzina i wyjazd do… TEKSASU. 

Niezbadane są nasze losy, nikt z nas nie wie, co przyniesie nam przyszłość. Istna zawierucha!! Kompletny przypadek, który wydarzył się trzydzieści kilka lat temu.

Teksas stał się miejscem na ziemi – całkiem realnym. I jakże innym niż był w mojej wyobraźni. Choć może nie do końca. Okazało się, że kilka elementów z niezapomnianej “Bonanzy” wciąż jest rzeczywistym obrazem Teksasu. 

Teksas ma prawie trzy razy większą powierzchnię niż Polska. Według szacunków z 2024-25 roku mieszka tutaj ponad 31 milionów mieszkańców. W ostatnich latach to właśnie ten stan zanotował jeden z najwyższych wskaźników wzrostu populacji w USA. 

Teksas ma tyle plusów, że mimo trudnego bardzo gorącego letniego klimatu, okazuje się bardzo wygodny do zwyczajnego codziennego życia.

Ogromne możliwości otrzymania pracy, tańsze niż w innych stanach domy, wielkie przestrzenie, zarówno w dużych miastach jak i bezkresne działki poza miastami. Tańsze artykuły spożywcze, duża swoboda przemieszczania się i – długo by jeszcze można wymieniać.

Teksas jest liderem w produkcji energii wiatrowej i największym producentem ropy naftowej w USA. (zdjęcia z sieci)

Bogactwo Teksasu pochodzi głównie z posiadania ropy naftowej. Tylko w samym Houston ponoć działa ponad 5 tysięcy firm związanych z przemysłem olejowym i gazowym. W jednej z nich dziś pracuje nasz Syn.

Pamiętam, że gdy dowiedziałam się, że pojedziemy do Houston, ktoś z naszych znajomych użył takiego stwierdzenia: “To świetnie, Teksas siedzi na ropie…” Wtedy nie zrozumiałam, co to zdanie miało znaczyć – dziś wiem doskonale! 

Podróżując po wielkim obszarze stanu Teksas, co chwilę widzimy setki pomp, które kręcą się nieprzerwanie wydobywając ropę i wiatraków produkujących energię elektryczną. Przemysł kosmiczny (NASA, które uformowało tu nasze dorosłe życie), jeden z  największych i najnowocześniejszych centrów medycznych w USA, prawdziwa “kowbojska” kultura – to tylko kilka z setek powodów, by wybrać Teksas na swoje miejsce do życia.  

Ale my nie wybraliśmy Teksasu. To Teksas wybrał nas! A potem – wyszło jak wyszło. 

Wielokrotnie pisałam, że mam naturę mieszczucha. Lubię duże miasta, ich zwariowany temperament, dziesiątki teatrów, muzeów, organizacji, które są aktywne dla każdego, niezależnie od tego, co sobie wybierzemy. Są też minusy – ruch samochodowy (bywa, a właściwie jest codziennie) NIE do zniesienia, w lecie upały i wilgotność powietrza, jakiej trudno szukać w innych regionach USA. 

I wtedy – myślę o Zatoce Meksykańskiej, oddalonej od Houston tylko o godzinę jazdy samochodem, o plażach (może nie złotych, bo w końcu też są “na ropie”😃) po których można spacerować przez cały rok i moczyć stopy w zawsze ciepłej morskiej wodzie. O niezwykłych tradycyjnych corocznych wydarzeniach jak największe w Teksasie Rodeo (w Houston), o lotach na stację kosmiczną, do których właśnie tutaj odbywa się większość szkoleń, ćwiczeń przygotowawczych dla astronautów z różnych części świata. Myślę o wygodnym życiu, o świetnym wykształceniu naszych dzieci w doskonałych uniwersytetach. O pięknej stolicy Teksasu – AUSTIN, która rozwija się  jak wybuch konfetti w noc sylwestrową. O mieście San Antonio, gdzie historia walki o samodzielność Teksasu splata się z kulturą meksykańską. Spacerując po słynnym River Walk wzdłuż kanału wodnego, pływających po nim łódek i muzyki meksykańskiej, widzę jak bardzo mieszanie się kultur, tradycji – przeszłości i przyszłości jest możliwe w moim Teksasie.

Jak widać – kaktusy mogą służyć nie tylko do produkcji Tequili ale także do pozostawienia po sobie śladu swej obecności w Teksasie. 😄

A jak dodamy do tego niesamowite smakołyki jak tutejsze barbecue, steki lub “tex-mex” czyli połączone smaki teksańskie i meksykańskie w postaci tacos, burritos lub nachos, to już mam wszystko co lubię! Ach, jeszcze wielce tradycyjna margarita, oczywiście na bazie tequili (najlepiej Blanco (srebrna), Reposado, Anejo). Tu już kopiuję “mądrzejszych” ode mnie, bo ja na tequilach się nie znam i chyba nie mam zamiaru degustacyjnie tego sprawdzać 😂.   

Jestem Polką i czuję się Polką. Czy w sercu jestem także Teksanką? Tak! Dziś już mogę powiedzieć, że bardzo lubię to miejsce. Wiem, że już zawsze będę w połowie Polką i Teksanką. Będę w sobie dzielić to uczucie – „pół na pół”. Choć NIE planowałam tego – tak już będzie do końca życia.

Wiosną, kiedy wielkie pola błękitnych kwiatów (bluebonnets)  uznanych za symbol Teksasu, wraca do mnie ze zdwojoną siłą wspomnienie polskiego łubinu… Polubiłam muzykę country, choć nie jestem fachowcem w ocenianiu jej zalet. Uwielbiam obserwować prawdziwych Teksańczyków, gdy tańczą swoje teksańskie tańce, bardzo specyficznym krokiem. “Na oko” – bardzo prostym, ale jak chcesz dorównać im w tym tańcu, okazuje się, że to nie takie łatwe 🤗. Oczywiście, tańczą w kowbojkach (żadne eleganckie szpilki!) i w kapeluszach na głowach! Zadziwiają mnie auta – pick-upy, wielkie tracki, do których wsiąść jest trudno, a co dopiero poruszać się nimi z pełną swobodą. Teksańczycy potrafią!

Drogi w stanie Teksas często ciągną się godzinami prosto, niemal bez zakrętów. 

Podróżując, nieraz spotykałam wjazd, symboliczną bramę do kolejnego rancza. A potem widać długą drogę… i nawet nie wiemy, gdzie na jej końcu, znajduje się wielka posiadłość: dom niewyobrażalnych rozmiarów, bo komu potrzebne są takie (!!) życiowe przestrzenie, stajnia, a w niej konie. Ogromne zielone pastwiska, gdzie krowy o długich szeroko rozstawionych rogach (longhorns) pasą się swobodnie i dostojnie poruszają się po “swoich łąkach”. Wolność tej przestrzeni jest niesamowita i trudno wyobrażalna. Zwłaszcza, gdy się jest Europejczykiem, gdzie wszędzie “jest blisko”. Wciąż mnie zadziwia ogrom tutejszego świata…

Bycie Teksańczykiem to styl życia, to stan umysłu. Prawdziwy Teksańczyk z dziada/pradziada ma to we krwi. Jest dumny, że jest Amerykaninem, ale jeszcze bardziej rozpiera go satysfakcja i poczucie godności bycia Teksańczykiem. 

Wersje – z sieci. Jest ich dużo dużo więcej.

Dla wielu Amerykanów z innych stanów Teksańczyk  bywa…wkurzający w tej swojej megalomanii, ale tak naprawdę trudno ich nie lubić 🤗.

“DON’T  MESS WITH TEXAS” – to hasło, które swój początek ma w pozornie “grzecznym” nawoływaniu do czystości stanu. Z czasem stało się – trochę prośbą, trochę groźbą w stylu – „Nie zadzieraj z Teksasem!”    

Uczę się tego od niemal 36 lat. Każdego dnia zachwycam się czymś innym. Ale  wiem też, że nie ma idealnych miejsc, więc i tu napotykam na wiele problemów. 

W Teksasie mieszają się języki, akcenty, wydarzenia kulturalne, pielęgnowane przez grupy etniczne różnego pochodzenia. Pierwsze pytanie, na przykład w restauracji, zanim kelner poda ci kartę z menu, usłyszysz; “where are you from?”. A ja zanim odpowiem, chętnie zrewanżuję się kelnerowi takim samym pytaniem!   

Są więc miejsca w Teksasie, w których kiedyś osiedlili się Niemcy, w innych Polacy, Meksykanie czy Grecy. Dziś już mieszają się w przestrzeni tego stanu, ale są momenty, kiedy chcą zaznaczyć swoją odrębność. Tolerancja przede wszystkim! Kiedyś nas tu przyjęli, a po latach jesteśmy już “swoi”.

Dla wielu ludzi takie odrębności i takie wybory będą co najmniej dziwne. Dla emigrantów na całym świecie są zrozumiałe. 

Lubię Teksas, lubię Houston. I bardzo się cieszę, że po latach mogę to powiedzieć głośno. Bo nie było tak od początku. Mój stan umysłu pracował na poczucie przynależności do Teksasu przez wiele lat. I wcale nie było mu łatwo osiągnąć taki status 🤔 😆.

Każdy z nas ma swój osobisty ”Teksas”. Swój własny Kraków. Swoją życiową kotwicę.

***********************

Właściwie zawsze koniec mojego wpisu wieńczą piosenki polskie – stare wspomnieniowe. Szukam także tematów i wykonawców, których nie znam, ale poruszają moją wyobraźnię. Dziś wyjątkowo dodaję mojego ulubionego Blake’a Sheltona i to w piosence o TEKSASIE!


POWRÓT

“Ołowiane” pejzaże

1 kwietnia, 2026

Kto jeszcze nie zdążył obejrzeć serialu pt.”Ołowiane dzieci” w reżyserii Macieja Pieprzycy, być może nie zrozumie mojej potrzeby napisania tego postu. Kto nie przeżył tamtych 70-ych lat, pomyśli o tych obrazach jak zazwyczaj myślimy o historii sprzed 2-4 wieków. 

Oglądałam każdy odcinek z ogromnym poruszeniem wszystkich moich komórek pamięciowych, z próbą połączenia moich własnych wspomnień z obrazami filmowymi. Nie chcę, by ten tekst był powieleniem wielu recenzji i wspomnień innych, którzy już zdążyli w różny sposób wypowiedzieć się na temat serialu i tamtych czasów.

Chwilowo serial jest na “topie” nie tylko w  Netfliksie, ale także w rozmowach, dyskusjach, wspomnieniach i ocenach. To “majstersztyk” gry aktorskiej kilku wspaniałych aktorów (bardziej aktorek), ale także tych, którzy odtworzyli kostiumy tamtych lat, atmosferę w familokach śląskich, język gwarowy, brud uliczny, no i SYSTEM polityczny! Od działaczy, którzy naprawdę byli u szczytu swojej władzy i mogli wszystko (!!) do języka i obrazów autentycznych wydarzeń uwiecznionych w kronikach z tamtych lat. 

Dolne zdjęcie to „mapa” na której zaznaczono „Targowisko”. Górne zdjęcie – ta sama dzielnica – współcześnie (2022 rok) – zdjęcia zapożyczone z sieci

Rzecz dzieje się na Śląsku, konkretnie w Szopienicach, a określając jeszcze dokładniej – tuż przy Hucie Metali Nieżelaznych. 

W jednej z drobnych, ale bardzo personalnych recenzji przeczytałam zdanie, że w tym filmie na ekranie gra wszystko!! Grają ludzie – profesjonalni aktorzy (Joanna Kulig, Agata Kulesza, Kinga Preis, Zbigniew Zamachowski, Marian Dziędziel, Michał Żurawski, Sebastian Pawlak – genialni!) a także statyści, zwykli Ślązacy, prości ludzie. Gra tło ulic, samochody, brud, hałdy (zwane również zwałowiskami). Gra gwara śląska i dzieci bawiące się na podwórkach między familokami, przy śmietnikach… Grają także “kiecki” tamtych czasów.

Kadry z serialu „Ołowiane dzieci”

A ja dodałabym – grają śląskie kobiety o solidnych fizycznych posturach, wydatnych biodrach i piersiach. Już to przywodzi na myśl siłę i zdeterminowanie tego środowiska, choć nie od początku serialu. 

W każdym kolejnym odcinku obserwujemy formowanie się tej siły… ”Bo jak śląskie baby się zbiorą, to spokoju nie będzie…” – pada takie zdanie w filmie. 

Dlaczego ja – Krakuska z urodzenia i wychowania w centrum tego miasta, mam tak wielką zawieruchę w głowie, po obejrzeniu serialu “Ołowiane dzieci”? 

Był rok 1974. W filmie historia zaczyna się kilka miesięcy wcześniej. 

Moja “śląska” historia życia rozpoczęła się we wrześniu. Tak naprawdę, to miejsce na mapie Polski pojawiło się w mojej głowie w momencie, gdy mój (przyszły) mąż przyszedł do mnie w lutym 1974 roku i oznajmił mi, że dostał wymarzoną pracę na uniwersytecie, jako asystent na rusycystyce, w katedrze literatury współczesnej i teorii literatury. Oszołomiona sukcesem i radością, z zachwytem patrzyłam na niego i już oczami wyobraźni widziałam naszą cudną przyszłość za pół roku – po ślubie. 

Szybko “otrzeźwiałam”, gdy padły słowa – Uniwersytet Śląski… w Katowicach. 

Nie miałam tu wiele do powiedzenia, bo sprawy się już działy – mój „lada miesiąc” mąż już zaczął swą pracę i przez semestr wiosenny jeździł pociągiem raz w tygodniu, do Katowic, na zajęcia ze studentami. Okazało się, że nie tylko rozwój przemysłu jest ambicją. Okazało się, że nie tylko rozwój przemysłu jest ambicją Śląska i Zagłębia, ale także dynamiczne plany naukowe i uniwersyteckie.

Trzeba uświadomić sobie chwilę, w której wtedy nasze życie się znalazło. Piękny Kraków, o którym wiedziałam wszystko od 21 lat. Szkoły niemal tuż obok domu, a raczej dwupokojowego mieszkania w kamienicy na ul. Łozowskiej. Codzienne poranne bieganie na uniwersyteckie zajęcia, nie dłużej niż 10-15 minut, czasem też drugi raz na wieczorne. Odbywały się tuż obok Rynku, na ul. Gołębiej, w tzw. “Gołębniku”, gdzie mieściła się katedra polonistyki i większość zajęć odbywała się właśnie tam. Albo w pobliskiej okolicy. Wokół przyjaciele z harcerstwa i ze studiów. Wszystko na wyciągnięcie ręki.. 

Śląsk, a jak się później okazało, Zagłębie czyli Sosnowiec, było mi kompletnie nieznane, nieplanowane i spadło na mnie jak meteor z nieba. Nie gwiazdka. Bo z przysłowiową “gwiazdką z nieba” nie miało NIC wspólnego!! 

Po wrześniowym ślubie i podróży poślubnej (tak, mieliśmy taką… do Rumunii!)  spakowaliśmy walizki, nasze prezenty ślubne (o, naiwni!) i wyjechaliśmy do Katowic. Tam otrzymaliśmy miejsce/pokój w akademiku na osiedlu 1000-lecia w nowoczesnym wysokim bloku. 

Żeby nie było prosto, od razu dodam, że spadała nam na głowę “cegła za cegłą”. Chyba już kiedyś wspominałam o tym, mimo dopełnienia wszystkich wymaganych “papierków” okazało się, że miejsce w akademiku jest dla mojego męża, bo jest pracownikiem akademickim, a ja – jego żona – studentka NIE dostałam akademika.

Budynek, gdzie mieściły się wszystkie wydziały filologiczne – między innymi filologia rosyjska. Miejsce pierwszej pracy mojego męża.

Zaczęło się nielegalne wchodzenie do budynku, stres za każdym razem, bo sprawdzano legitymacje. Dojazdy autobusem z Katowic do Sosnowca… dla mnie makabra! Właśnie okazało się, że tego lata w 1974 r. filologia polska otrzymała nowy budynek i przeniosła się do Sosnowca. Inne filologie m.in. rosyjska, też były w Sosnowcu, tylko w innym budynku. Wszystko to zmieniło moje życie w nieznany mi koszmar. Szybko przestałam pamiętać, że to nasz “miodowy miesiąc” i pierwsze wspólne tygodnie budowania własnego domu. 

Domu nie było, dopiero po kilku miesiącach (cudami: załatwiania, pisania podań, wchodzenia i wychodzenia z biur pań, które mogły wszystko!!) otrzymaliśmy wspólny legalny pokój. A i tak jeszcze było dużo niespodziewanych i zadziwiających kombinacji… 

Kto z was pamięta takie wydarzenia? Gdy tylko wspomnę, mam ciarki od stóp do głowy..

Jeśli oglądniecie “Ołowiane dzieci”, to zrozumiecie jak działał system polityczny, szczególnie tam, gdzie jego siła sięgała w życie zwykłych ludzi, dużo głębiej niż np. w Krakowie. A może tylko mi się tak wydawało, bo wcześniej nie dotykały mnie tak ekstremalne osobiste sytuacje… Życie krakowskie było oazą spokoju.

Brud na ulicach, familoki… tak, też były w Sosnowcu. Ale my nie bardzo ocieraliśmy się o takie problemy. Wbrew pozorom, Sosnowiec był całkiem dużym miastem, a my mieszkaliśmy w jego nowoczesnej części. Rzadko mieliśmy potrzebę przejeżdżania przez Szopienice czy podobne okolice. Za to w dzielnicy Sosnowca – Zagórze mieszkała matka Edwarda Gierka. Podobno Pierwszy Sekretarz PZPR odwiedzał ją dość często. Ja tego nie widziałam, ale różne plotki o wyłączaniu ulic, setkach zabezpieczeń itd. krążyły wśród ludzi.                                                

Pozytywne strony tych wydarzeń były takie, że sklepy były zdecydowanie lepiej zaopatrzone niż w innych miastach Polski. W mięsnych, na hakach wisiała pięknie suszona kiełbasa, była szynkowa, prawdziwa szynka (no, może nie zawsze), boczek. 

Był sklep “Moda Polska”, gdzie można było kupić dobre perfumy i ładne modne ubrania. Dało się kupić pralki i lodówki. Górnicy mieli swoje specjalne sklepy zaopatrzone niemal jak Pewexy, tyle że nie za dolary.

Walcząc z urzędami na Uniwersytecie i w Spółdzielni Mieszkaniowej, wchodząc drzwiami i wychodząc “oknem”, by znów tam wrócić, po wielu trudnościach, łapówkach, prezentach etc. po ponad trzech latach, w lutym 1977 r. otrzymaliśmy własne M-4. Gdy przeprowadzaliśmy się do trzypokojowego mieszkania z maleńką kuchnią (ale z oknem!), nasza córka miała równo 11 miesięcy.  

Porównując nasze szanse na mieszkanie w Krakowie – Zagłębie było naszym dobroczyńcą. Budowało się dużo więcej niż w innych miastach. Gierek dbał o swoje tereny… I to pod wieloma względami. Pamiętam, że gdy moja Mama przyjeżdżała do nas pomóc nam w zajmowaniu się malutką Kasią, pierwsze co robiła, to wstępowała do sklepu mięsnego i kupowała suchą kiełbasę. Towar na “wagę złota” w Krakowie. 

Wiedziałam, że Śląsk to kopalnie węgla, huty, kominy. Wiedziałam, że jest brudniej niż gdziekolwiek indziej, ale przecież nawet Kraków uchodził za miasto “skażone”, bo Nowa Huta też zanieczyszczała. Mycie okien co kilka tygodni nie było niczym nadzwyczajnym. Po prostu było wpisane w duże sprzątanie “z myciem okien i podłóg”.

Najbardziej widoczny był kurz i lepki brud na balkonie. Jeśli był to czas zimy i nie używaliśmy balkonów (no, chyba że jako naturalną “lodówkę” w czasie mrozów), sprzątanie balkonu było katorgą. W lecie, by móc z niego korzystać, trzeba było przecierać barierki i myć podłogę niemal codziennie. 

W zimie, gdy spadł biały puszysty śnieg, czysty był tylko przez jeden dzień… Później pokrywał się czarnymi pyłowymi plamami. Ale człowiek szybko przyzwyczaja się do czegoś, co jest “normalne” choć normalne nie powinno być i nie było. 

Nie zwracaliśmy uwagi, że jest brudno – w powietrzu, na chodnikach, na podwórkach, gdzie wciąż bawiły się dzieci… Nie dziwił codzienny widok do połowy brudnych aut, autobusów, tramwajów. Nieodzowny element śląskiego i zagłębiowskiego świata. 

Dopiero, gdy po półtora roku pobytu w Houston, pierwszy raz przyjechałam do swojego domu w Sosnowcu, otworzyłam okna i… zobaczyłam balkon, szyby okienne i “czarne” firanki – zrozumiałam, co znaczy brud powietrza…

Nigdy wcześniej nie raziły mnie brudne samochody na ulicach, dziury z kałużami na drogach czy chodnikach. I nigdy nie myślałam o tym, że gdzieś obok nas, niemal na wyciągnięcie ręki istnieje problem bardzo chorych dzieci na ołowicę… 

Szopienice kojarzą mi się z autobusowymi przejazdami, bo wszystkie te miasta – satelity położone były niedaleko od siebie i koncentrowały się wokół Katowic. A do Katowic jeździłam często. “Spodek” wyraziście stanowił centrum “politycznego świata” tamtych czasów, symbol  siły politycznej i dumy.  W “Ołowianych dzieciach” stanowi przeciwwagę ponurej dzielnicy “Targowisko”.

„Spodek” – w roku 1975 i dzisiaj.

Lubiłam chodzić główną ulicą prowadzącą od „Spodka” w stronę najbardziej ciekawych sklepów, kina, hoteli i dworca kolejowego Katowice. Wokół Spodka było rondo, zawsze pełne ulicznego ruchu. Gdy autobus dojeżdżał do Spodka – dla mnie zaczynały się “prawdziwe Katowice”. Ta strefa Śląska była ładna, oświetlona i pełna intensywnego życia… Innej nie znałam. Albo bardzo niewiele.

Mieszkałam w Sosnowcu przez szesnaście lat. I kilka miesięcy w Katowicach. Bywałam w Dąbrowie Górniczej, Zabrzu czy Gliwicach. Pewnie też i w innych miasteczkach wokół…

 Mój świat tamtych lat był zakurzony, brudny, zaciągnięty szarymi chmurami oparów z hut i kopalń wokół.   

Ale był też światem pierwszych lat samodzielnego, rodzinnego życia. Nowych przyjaciół i nowej pracy. Niełatwym życiem. Był czasem oporu wobec systemu (tego doświadczyliśmy osobiście), ale też nigdy nie wstąpiliśmy w szeregi partyjne, nigdy nie ulegliśmy wpływom szefów w pracy, ani różnym partyjnym przekonaniom naszych znajomych. Dzisiaj, po przeszło pół wieku, serial “Ołowiane dzieci” przywrócił w pamięci moje ołowiane pejzaże. Tak bliskie tamtych Szopienic i tak inne w moim życiu. 

Jeśli jeszcze nie obejrzeliście tego serialu, to gorąco polecam. To nie dokument, choć oparty na pewnych faktach. Wciąż przecież żyje mnóstwo ludzi, którzy dobrze pamiętają tamte czasy i tamte “pejzaże”. 

Dla młodych i młodszych – to tylko wycinek historii “socjalistycznej” Polski. Dla mnie to kawałek młodego życia, którego nie chcę i nie mogę zapomnieć.

Nawet jeśli był to “brudny” i trudny czas.

**********************************

Dopełniam obraz tamtych trudnych, socjalistycznych lat” 😂 piosenką, która oddaje głęboką prawdę naszego życia. Tu w wykonaniu Krystyny Prońko, podczas Festiwalu w Opolu w 1981 r. Nie widać, nie słychać w niej ani brudu ulicznego, ani wyziewów wysokich kominów… A słychać w niej walkę o wolność, i wielką nadzieję na lepsze, która potem charakteryzowała moje pokolenie… Posłuchajcie – bo to też kawałek polskiej historii…”Psalm stojących w kolejce” ” za czym kolejka ta stoi?.. po szarość, po szarość, po szarość..Piosenki w moich wpisach


POWRÓT

Magiczna scena – inne życie

16 marca 2026

Każdy z nas dostaje od losu jedno życie. Nie mamy wpływu na to, gdzie się urodzimy, jakich będziemy mieć rodziców, co przeżyjemy i w jaki sposób. 

Od pierwszego dnia naszego istnienia wszystko jest wielką niewiadomą. Mimo, że  rodzice często kreują wiele zdarzeń, by dzieciom było jak najlepiej, to jednak wszystko toczy się bez naszego udziału. Dopiero później, nieco starsi i mądrzejsi, zaczynamy obserwować świat wokół nas i dokonywać własnych wyborów. 

Dziecko, obserwując świat dorosłych chce znaleźć swoje miejsce, dopasować swoje wybory do marzeń o przyszłości. Opowieści o tym, że w dzieciństwie, “chciałem być strażakiem, policjantem,  kierowcą czy lotnikiem” są normalnym etapem, który przechodzi każdy mały chłopiec. Dziewczynka marzy, by kiedyś być nauczycielką, piosenkarką czy po prostu – mamą. 

Wraz z dorastaniem plany i marzenia  zmieniają się, dojrzewają.  Nasze wybory życiowe to mieszanka wiedzy, skarbnicy doświadczeń i marzeń. 

Ci, którzy zasmakowali „innego-scenicznego życia”…

Wyjątkowym sposobem na „życie w wielu skórach” jest zawód aktora. Na scenie aktor może tak bardzo urealnić swą sceniczną osobowość, że widzowie uwierzą w prawdziwość postaci – artysta przez chwilę będzie kimś innym. Nie sobą. Aktor – dostaje “inne życie”… 

I nie musi być zawodowym aktorem. Można grać w sztuce szkolnej albo w teatrzyku podwórkowym. Można być studentem albo amatorem. Można być profesjonalistą albo przypadkowo znaleźć się w filmowym obrazie. 

Rozważania te skojarzyły mi się ze sceną teatralną i filmową. Ktoś, kto chociaż raz mógł wcielić się w inną osobowość i mógł przeżyć “inne życie”, zrozumie o czym mówię. Stać się na chwilę kimś innym. Uwierzyć, że można pokazać inną twarz. Tę sceniczną. 

“Drugie życie” aktorskie niekoniecznie jest uzależnione od wykształcenia i umiejętności wyuczonych. Człowiek ma w sobie instynkt. Instynkt i wyczucie mogą przerodzić się na scenie w niesamowicie sugestywną grę. Grę, w którą aktor wierzy do granic autentyczności. Łapie “za rogi” drugie życie. 

Taki moment może stać się początkiem kariery zawodowej, może być także jednorazowym przeżyciem, które na zawsze zapamiętamy. Albo takim, które minie bezpowrotnie i uleci z naszej pamięci.

Nieustająca akcja na scenie, energia, entuzjazm i radość!
Sceny końcowe i wspólna radość po przedstawieniu.

Myślę o tym, bo niedawno mój wnuk zagrał w musicalu “Grease” w swojej szkole. Przedstawienie, którego podstawą był film sprzed ponad 40 lat, było fantastyczne! Na scenie bardzo duży zespół, niektórzy uczniowie – aktorzy odgrywali główne role, inni mniejsze. Świetne układy taneczne, piosenki, język z tamtych czasów szkolnych. A przede wszystkim wielka wiarygodność młodych ludzi odgrywających tamte osobowości sprzed lat. Oczywiście dekoracje, sceneria uproszczone i dostosowane do szkolnego teatru, ale równie porywające i oddające nastrój i tematykę. 

Radość, satysfakcja, kwiaty, zdjęcia i setki gratulacji!

I coś, co bez wątpienia zachwyciło! – entuzjazm , radość i duma, jakimi aż “kipieli” młodzi aktorzy – na scenie i po przedstawieniu. Nie miałam wątpliwości, że przeżywali swoje role, swoje postaci, w które wcielili się na dwie godziny. Jakby znaleźli się w “innym życiu”. 

Wszystko to, co przeżyłam oglądając ten spektakl ma także moje osobiste dawne wspomnienia. 

Zawsze lubiłam teatr, od zawsze interesowałam się sceną i aktorstwem. Dziś może bardziej skupiam się na filmie. Wielokrotnie pisałam o tym, że kiedyś (dawno temu 🤔), będąc nauczycielką języka polskiego w Liceum Medycznym, zaczęłam tworzyć małe “niewinne” kabarety, przedstawienia dla potrzeb akademii szkolnych, które trzeba było robić, by celebrować różne “ważne “ wydarzenia jak święto 1 Maja czy Dzień Nauczyciela. Z czasem kabarety szkolne stały się niewielką tradycją naszych corocznych studniówek. Nie trwało to długo, bo po 17 latach wyjechałam do USA. 

I znów wspomnienie – migawki z przedstawień Teatru Ogniska Polskiego

Okazało się, że tu też można kontynuować “teatr” – najpierw polskie jasełka w sobotniej szkole. Później powstał Teatr Ogniska Polskiego, w którym aktorami była starsza młodzież ze szkół średnich i wreszcie dołączyli dorośli. Nikt nikogo nie przymuszał, grupa aktorska uformowała się instynktownie i wszyscy, którzy skupiali się na jednej wspólnej scenie i w tym samym przedstawieniu, chcieli spróbować “innego życia”.   

I tak to się zaczęło. Dla mnie jako reżysera, dla Beatki jako “prawej ręki” od wszystkiego, dla aktorów, na krócej czy dłużej, ale zawsze z radości grania, bycia kimś innym na scenie. Na chwilę. Chociaż nie jest to cała prawda, bo w rolę aktor wtapia się od pierwszej próby, od pierwszego zdania wypowiedzianego – nie jako JA, ale jako ten, którego odgrywa.  

Są różne człowiecze osobowości. Są tacy, którzy grają i schodzą ze sceny zapominając, że przez chwilę byli kimś innym. Są i tacy ( jak ja), którzy mają w sercu na długo swoje inne wcielenia. Aktorskie, reżyserskie, i wszystkie inne, które łączą nas na scenie.   

Tego nie można wymazać z pamięci, to mogą zrozumieć tylko ci, którzy zasmakowali kiedyś “drugiego, trzeciego i dwudziestego… życia”.

 Wiem o tym dużo i dlatego tak bardzo rozumiałam młodych aktorów tańczących i śpiewających  w “Grease”.  Byłam z nimi i pomiędzy nimi, choć moje teatralne odczucia sięgają dawnej, głębokiej przeszłości. 

Nigdy nie byłam ani zawodową reżyserką ani zawodową aktorką (też coś tam grałam…),  ale “inne życie” przeżyłam wiele razy 😀.

Kilka miesięcy temu pojawił się w kinach polski film reżyserii Wojciecha Smarzowskiego pt. “Dom dobry” (my oglądaliśmy go parę tygodni temu). Film bardzo mocny, wstrząsający, który porusza temat przemocy domowej. Określony tytułem innego filmu “ Bez znieczulenia” – naprawdę bez znieczulenia zabiera nas nie tylko do obserwowania drastycznych scen przemocy fizycznej i psychicznej w rodzinie. Oglądamy jakby od wewnątrz świadomość, psychiczne cierpienia głównej bohaterki. Przemoc ekonomiczna, okrutny język,  bicie i cierpienie fizyczne odbiera kobiecie godność człowieczeństwa. Wszystko to dzięki niesamowitej grze aktorskiej Agaty Turkot i jej partnera filmowego  (męża) – Tomasza Schuchardta

Piekło, którym staje się dom, rodzina, jest tam przejmujące, a aktorskie postaci tak głębokie i prawdziwe, że po pierwszych seansach w kinach, fora internetowe huczały pękając od opinii. 

Tak… opinia to jedno, ale fakt, że Tomasz Schuchardt jako aktor stał się w tamtym momencie najbardziej napiętnowaną i osądzaną przez widzów osobą, dowodzi, że aktor wcielił się w “inne życie” tak realistycznie, że zmylił przeciętnego widza. 

Znienawidzony, przeklinany jako mąż/przemocowiec, zagubił swoją prawdziwą tożsamość… Ludzie utożsamiali go z postacią filmową. Tak zupełnie serio!

To uświadomiło mi, że nie tylko aktor i reżyser stają się na czas grania “kimś innym”, ale też widz potrafi ulec złudzeniu “innego życia” 

“Dom dobry” to tylko jeden z setek przykładów filmowych czy teatralnych, które tak zadziałały na aktorów, twórców i widzów. W tej dziedzinie było, jest i wciąż będzie ich nieskończenie wiele. I chwała za to wszystkim, którzy to dla nas tworzą. 

Takie silne przeżycia pozostają w uczniach – aktorach, w dzieciach, które na chwilę są aniołkiem w jasełkach, w profesjonalnych aktorach.  

Parę tygodni temu przeczytałam wywiad z Heleną Englert, (córką znakomitego aktora Jana Englerta), która między innymi powiedziała, że aktor to także człowiek, który potrzebuje zarabiać pieniądze, więc swoje role musi traktować także jako sposób zarabiania na chleb. Wierzę, że te dwa punkty widzenia nie muszą się wykluczać. 

Aktorstwo to piękny zawód, ale nie każdy nadaje się do jego wykonywania. Podobnie jak spełnianie się w malarstwie czy muzyce. To także wejście w świat inny, dostępny dla niewielu ludzi. 

I nic w tym złego. Jesteśmy różni i nigdy do końca nie zrozumiemy potrzeb innych ludzi. Ale możemy tę inność szanować. I to chyba jest najistotniejsze. 

Dla mnie, która wiele już w życiu przeżyłam i, co tu gadać, – nie wszystko, co było w marzeniach udało mi się zrealizować – scena jest MAGIĄ. 

Jest szansą na “inne życie” w tym życiu i w tej chwili, które mamy na codzień. Zarówno dla mnie jak i  tych, którzy przypatrują się temu z boku. 

Jestem pełna podziwu dla młodych aktorów, dla tych którzy chcą i potrafią przeżyć głęboko i przekonywująco życie sceniczne czy filmowe.  Tylko bogactwo wyobraźni, odwaga i poczucie, że można “na chwilę” być kimś innym, pozwala im/nam to zrealizować. 

Oby tak było zawsze!! 

******************************

Tradycyjnie – na podsumowanie – piosenka „Teatr uczy nas żyć” i wspaniały niezapomniany Zbigniew Wodecki


POWRÓT

…I po świętach 

1 marca 2026

Znane polskie powiedzenie: “Święta, święta i po świętach”. I nie wiadomo dlaczego, każdemu z nas kojarzy się to ze Świętami Bożego Narodzenia.

Może dlatego, że te właśnie Boże Narodzenie  tradycyjnie wymaga od nas najwięcej energii do przygotowania, zarówno organizacyjnego jak i wyjątkowo dużego wkładu pracy. Jest tyle wariantów spraw z nimi związanych! Od wielkiego sprzątania domu (kiedyś to się nazywało… „z myciem okien”😂), poprzez zakupy prezentów, wysyłanie kartek świątecznych, kupienie i dekoracja choinki i wreszcie  gotowanie co najmniej dwunastu tradycyjnych potraw (a często nawet więcej). Trudno powiedzieć, czy tylko w Polsce te święta tak nas angażują, czy też w innych krajach także.  

„Każdy kraj ma swój obyczaj”. Przekonałam się o tym, gdy przyjechałam do Stanów Zjednoczonych i ze zdziwieniem uświadomiłam sobie, że święta te same, a obchody jednak inne. 

Najbardziej zdziwiło mnie to, że kolorowa i wesoła celebracja zaczyna się tutaj tuż po Thanksgiving (Święto Dziękczynienia), a Boże Narodzenie to ukoronowanie tego radosnego okresu. No, może jeszcze trwa do Nowego Roku, ale dzień później już właściwie nikt o nich nie pamięta. Podczas, gdy w Polsce cały grudzień to czas oczekiwania, ciszy, spokoju.

Jednak i tam ostatnie lata uruchomiły marketing. Sklepy i reklama działają, namawiając do wcześniejszych zakupów. Ale tak naprawdę, to czasy szaleństwa i zabawy nastają od Sylwestra i trwają aż do połowy lutego.  Są to fakty tak oczywiste, że nikt nie zastanawia się dlaczego w innym miejscu świata jest inaczej. 

Mimo, że kalendarz wskazuje na pełnię zimy (no może nie w Australii😂) bardzo różnie reagujemy na pierwszy miesiąc roku. W Houston, choć mrozy bywają rzadko, to jednak atmosfera zimy jest wyczuwalna. 

To Houston! sztorm lodowy w 2021. Bywa i tak choć nieczęsto.

Mnie osobiście udziela się zmęczenie po-świąteczne. Także to “atmosferyczne”. Logika wskazuje, że powinnam się cieszyć z chłodu i odpoczynku od ciągłego słońca. A jednak – jest mi zimno, marzną mi stopy i koniuszki palców. W domu przestawiam chłodzenie na ogrzewanie…  Zaczynam rozumieć, że ciało przyzwyczaiło się do tutejszego klimatu. Styczniowa pogoda, choć bywają dni słoneczne, sprawia, że czuję się osłabiona, zmęczona i niechętna do wielu robót domowych. Być może – intensywność świątecznych działań też ma w tym swój udział. 

Nadmiar różnorodnego jedzenia, dużo słodkości, imprez i spotkań towarzyskich wpływa na potrzebę wyciszenia się. Spokoju. Pojawia się w głowie próba analiz wydarzeń minionego roku. Planów na kolejny.  Porządki w szafach, nowe ubrania, nowa moda, nowe książki. No i koniecznie zapowiedzi, że już w następnym roku nie będę tyle gotować!! I tak nikt tego nie zjada! A przecież szkoda wyrzucić… Fakty oczywiste, powtarzające się każdego roku. I powracające następnego… Do końca życia nie nauczę się już inaczej. Widać – tradycja silniejsza niż logiczne myślenie.  

Styczeń to dla mnie “przednówek”. Tak kiedyś nazywaliśmy polskie miesiące: luty, marzec. Przedwiośnie. Przed… Tęskne oczekiwanie na pierwsze zielone pąki i listki na drzewach. Na znikające w pierwszych promieniach słońca brudne kałuże po śniegu. Na świeże nowalijki. Kiedyś przednówek był synonimem biedy, braku jedzenia i oczekiwania na nowe. Dziś to tylko symbol…

Walentynkowy dzień – każdego roku jest kolorowo i przyjemnie.

Tu nie ma śniegu (mówię o Teksasie), a ja i tak oczekuję na chwilę, gdy zacznę  porządki ogródkowe, pomyślę o świeżych sadzonkach, doniczkach. Szukam pomysłów, co można by zmienić w domu, bo nie zaprzeczę, że lubię zmiany. Nawet drobne. Cieszy mnie wszystko co przypomina o ruchu – w każdym sensie. Byle nie stagnacja i zawieszenie 😄.

Przecież już w sklepach wszędzie czerwono i różowo – Valentine’s Day (Dzień Św. Walentyna) łypie na nas z każdej półki.  Poddaję się tym obrazkom bardzo łatwo, bo są dla mnie odmianą. Potrzebą uruchomienia wyobraźni, nowości, które odświeżą mój świat. To nieważne, że tak jest każdego roku! W końcu Święta też powtarzają się co roku… 

Tak piękny obraz zimy na pewno nie zepsuje dobrego samopoczucia 😀 (Colorado, Durango)

Ważne jest, aby nie wyłączyć się  z ruchu, choć jest mi coraz trudniej uruchomić w sobie kolejne pokłady energii. Coś mija – zamyka się rozdział. A nowy natychmiast otwiera drzwi. Wracam do pozornej rutyny. I choć kalendarz obrócił kartkę i znów zaczynamy rok od początku, to jednak nie ten sam. 

Samopoczucie człowieka jest bardzo uzależnione od pory roku, od klimatu. I te miesiące przed pełną wiosną są trudne. Niezależnie od tego, gdzie mieszkamy, jaki mamy status czy sytuację rodzinną, odczuwamy stagnację i przemęczenie… Po świętach. Można odpocząć. Tyle, że odpoczynek dla każdego z nas ma inny wymiar. 

A to już początek dekoracji tegorocznej..

U mnie już poświątecznie posprzątane, a na stole już pojawiają się nowe dekoracje. Ale wciąż jeszcze, tak po polsku – spotykamy się, już nie na balach karnawałowych (choć i takie są!), ale w duchu świątecznym lub z akcentem walentynkowym. Albo po prostu – przyjacielskim. 

Chwila przerwy po świętach. Już niedługo będą następne. Wiosenne…

Z młodości pamiętam styczeń jako miesiąc ponury. Ciemne poranki, szybko zapadające wieczory. I powoli zanikająca “przedświąteczna adrenalina”. Dużo pracy w szkole, bo to zawsze był koniec semestru.

Za to w soboty dużo się działo, bo wciąż trwały spotkania, prywatki i bale karnawałowe. Wszystko w innym wymiarze niż dzisiaj, ale wkładaliśmy dużo energii i młodzieńczej radości, by bawić się naprawdę “karnawałowo”. Dekoracje były biedne, zwykle “papierowe”, które organizatorzy wykonywali sami. No i zawsze w tym czasie były zabawy dla dzieci, które organizowano w zakładach pracy naszych rodziców.  

Takki mały „Zajączek” – Jacuś 😄. To już era moich dzieci – początek lat 80-tych.

Moja Mama pracowała w krakowskiej Spółdzielni Inwalidów “Trud” jako księgowa. Lubiła swoją pracę, lubiła ludzi, z którymi spędzała cały tydzień. I zawsze wciągała się w pracę społeczną. Pewnie po niej też tak mam (miałam). Zawsze sugerowano, żeby dzieci się przebierały za postaci z bajek i znanych filmów. Dlatego na tych dziecięcych zabawach były królewny, książęta, myszki Miki, kowboje, zajączki, misie itp. A dla tych, co mieli na sobie własne ubranka, zawsze przy wejściu był stół z dużym wyborem czapek karnawałowych.  

Najpopularniejsze były “stożki” wysokie i dekorowane na różne sposoby. Ja lubiłam i wybierałam zawsze czapkę – opaskę z dużym kwiatem z przodu. Były wymyślne, kolorowe i efektowne. Wszystko z tektury i kolorowych bibułek. Czasem z dodatkiem brokatu. Starałam się zawsze dowieźć tę czapkę (czemu to nazywaliśmy czapkami??)  do domu, bo potem przez najbliższe dni służyły mi do zabawy w domowy karnawał. Były to piękne akcenty dziecięcych czasów, styczniowych ponurych dni. 

Czerwone „czapeczki” – coś zostało nam z radości dzieciństwa..

Dzisiaj, gdy starość biega za nami, nie dajmy się wciągnąć w smutek i ciszę dnia. Może nie ma w nas dziecięcego entuzjazmu, ale chęć do wspólnych po-świątecznych imprez wciąż nie mija. Kilka dni temu my, “houstońskie dziewczyny ” w udekorowanym wciąż świątecznie domu, przy stole pełnym przysmaków i z akcentem “czapeczkowym” w włosach (super pomysł, Basiu!) szalałyśmy karnawałowo. Bez tańców, ale za to z opowieściami, przy których śmiałyśmy się do utraty oddechu. Trochę inaczej niż 60 lat temu, ale równie wesoło i zabawnie. No i wcale nie wyglądamy gorzej niż w tamtych siermiężnych polskich czasach. 😂

…Już po świętach. Ale świątecznie. Bo każdy dzień może być świętem. I powinien. 

Nie chcę stracić żadnej godziny.  Będę świętować, bo “żaden dzień się nie powtórzy…” (Wisława Szymborska).

O tym właśnie myślałam, gdy inni to wyśpiewali uderzając w sedno moich rozważań… „Święta, święta i… po świętach” – Dom na Kaszubach


POWRÓT

Weź pod lupę…

16 lutego 2026

W którym momencie zaczynamy analizować nasze życie? Kiedy dorastamy do rozważań – kim jestem? Gdzie jestem? Jaka jestem?.. Co w moim życiu jest poukładane, świadome, a co wciąż jest  przypadkowe i niekontrolowane. Co jest lepsze? 

Często nie potrafimy postawić sobie granicy własnej dojrzałości. To co wczoraj wydawało się jasne i właściwe, jutro może nie mieć znaczenia. Nasze doświadczenia są różne. To one kształtują poczucie pewności siebie. 

Tyle, że na przestrzeni lat mamy w życiu ciągłe zakręty, nieprzewidziane zdarzenia. Świat zmienia się nie tylko wokół nas, ale także w głębi nas. Pędzimy bez zatrzymania – biegniemy, jedziemy na rowerze, samochodem, lecimy samolotem, wędrujemy po górach. W dzień i w nocy. Zawsze coś.. 

A ja chciałabym zatrzymać tyle chwil, minionych dni. Zamknąć w pamięci dobre momenty. Ciepło rozmów, spojrzenia i ich prawdziwe znaczenie. 

Już mam wszystko, co umiałam zdobyć. Mam i więcej, już nie muszę biec. Mam swoją własną LUPĘ, mogę spojrzeć i zobaczyć to, co naprawdę jest wciąż dla mnie cenne i ważne. 

Pamięć ludzka nie nadąża za pragnieniami. Tak wiele uleciało z głowy. Chciałabym powrócić do minionych dni, ale drzwi pamięci już się zamknęły. 

Są puste plamy. Dziurawe chwile, choć wiem, że kiedyś były wypełnione zdarzeniami i uczuciami. Gdybym mogła je oglądać pod moją lupą. Gdybym mogła, jak uważny naukowiec, sprawdzić siebie.

…Weź, przypomnij sobie. Weź, zajrzyj do szpar i zakamarków. Weź, podaj mi rękę i pomóż mi w podróży do siebie. I dla siebie. Przyszedł mi na myśl ten dziwny zwrot “weź…” Gdzieś w internetowej przestrzeni natrafiłam na piosenkę “Weź, nie pytaj…” śpiewaną przez Pawła Domagałę.  “Chodzi” za mną od kilku tygodni. 

Pawła Domagałę znałam dotychczas jako aktora. Zwyczajny, może nie wybitny, ale ujmujący ciepłem swojego głosu, uśmiechem i spojrzeniem takim… bardzo ludzkim. Aktor młodego pokolenia (a może to już średniego? 41 lat).  

To tylko niektóre tytuły

W swych kreacjach filmowych, a przynajmniej w filmach, które oglądałam z jego udziałem, przyciąga szczerością, może trochę nieporadnością. Ujął mnie nie super silnym “macho”, który tak popularny i oczekiwany jest w dzisiejszym świecie. Współczesne pokolenie oczekuje od faceta, żeby był silny, zawadiacki i koniecznie z lekkim trzydniowym zarostem. Musi być silny pod każdym względem, bo inaczej nie pasuje do określenia – „ciacho”🤣

Weź pod lupę..  Sięgam po moją lupę i widzę siebie poszukującą zawsze… „ciepłych facetów”.  Z poczuciem pewności siebie, ale także z odrobiną romantyzmu. Z fantazją, którą lubię w nich i cenię. Z przyjaznym słowem na dobranoc, z pocałunkiem “bez powodu”, z kwiatkiem bez specjalnej okazji. Nie tylko na pierwszej randce, ale – przez całe życie.  

Nie miałam pojęcia, że Paweł Domagała jest również piosenkarzem. Dopiero niedawno odkryłam jego inne niż aktorskie umiejętności. Paweł śpiewa piosenki równie ciepłe jak jego role filmowe. Jest w nich wiele słów, które wzruszają. Są bliskie zwykłemu codziennemu życiu. Autentyczne. Poruszają tematy osobiste, rodzinne. Nastroje dnia i chwili. Są po prostu – szczere. 

Tekst to obraz, który prostemu człowiekowi jest najbliższy — szczęście rodzinne, dobre dni mijające w spokoju. Może dlatego te piosenki podobają się mnie – emigrantce, starszej pani, tak chętnie wracającej do piosenek/wspomnień mojego pokolenia. 

Piosenki Pawła Domagały mają w sobie połączenie muzyki kilku pokoleń i trendów. Niektórzy tak mają, niekoniecznie pędzą za modą i nowościami. Umieją sięgać do tego, co już przeminęło a wciąż jest ponadczasowe.

Nie ma w jego piosenkach krzykliwego rapu, wrzasku, brzydkich przekleństw, wściekłości i nienawiści. Są emocje dnia codziennego, szczypta osobistych ciepłych uczuć, dobro. Człowieczeństwo. To nieczęsto spotykane zjawisko wśród młodych artystów.

Nie znam się na muzyce, odbieram świat piosenki bardzo instynktownie i nie oceniam ich z punktu widzenia fachowców.

PAWEŁ D.

Weź, posłuchaj… Może i tobie się spodoba? 

Mieszkając z dala od Polski lubię odkrywać coś, co jest odległe pokoleniowo, a równocześnie sięga do moich osobistych wspomnień i daje mi poczucie łączności „moich” miejsc na świecie. 

Moje kilka słów o Pawle Domagale to nie recenzja – to radosne odnalezienie pomostu pokoleniowego. Ludzie, w swej ludzkiej naturze nie zmieniają się. Ludzie poszukują swojego „ja”, które odnajdują w ciągle i coraz szybciej zmieniającym się świecie. Piosenki Pawła Domagały dają mi poczucie, że cząstka mojej wrażliwości i moich potrzeb istnieje także w młodych ludziach.

Jeden z nowszych seriali „PAN Mama” – główną rolę gra P. Domagała. „Perełka” na przekąskę przed kolacją 😃 Zabawna, pełna nowych powiedzonek. I energii życiowej!

I może bym tego nie zauważyła, gdybym przypadkowo nie usłyszała piosenki „”Weź, nie pytaj”. Ten dziwny zwrot, tak często odruchowo używany, choć wydaje się nieco „pokraczny” językowo, zawrócił mi mocno w głowie.

Weź, podaj mi… Weź, przeczytaj to… Weź, odczep się… Weź, opowiedz mi… Czyż nie tak właśnie – do pytania, polecenia, prośby dołączamy na początku słowo “weź”?

Zwykłe niezauważalne zwroty stosujemy w języku dnia codziennego. Nie rażą, choć może w literackim dziele “nie smakowałyby” nam. 

W tekstach piosenek Pawła ten zwrot pasuje “jak ulał” do intencji przesłania. 

Patrzę przez lupę na moje potrzeby, na myśli o tym, co widziałam w sobie kiedyś, a co mogę dostrzec dziś. Dzisiaj moja lupa odsłania mi obrazy, których nie mogłam zobaczyć 20-30-40 lat temu. Każdy szczegół jest inny, każde pragnienie wydaje się jakby “nie moje”. 

Bo lupa starszego człowieka widzi więcej i inaczej. Każde szaleństwo ma swój smak. Co wtedy było najlepsze, dziś wydaje się niestosowne. Może niepotrzebne, śmieszne, nawet … wstydliwe. Ale nic w tym złego.

Na szczęście kiedyś nie była nam potrzebna lupa do obserwacji siebie. Nie mieliśmy potrzeby sięgania wstecz. Szliśmy tylko do przodu. W zawrotnym tempie i z przekonaniem, że tak było najlepiej.

Pragnienia ludzkie są tak różne, że żadna lupa tego nie potrafi ujawnić. Lupa, to tylko słowo-klucz na nazwanie moich uczuć i przemyśleń. Mózg każdego z nas jest tak indywidualny i osobliwy, że może tworzyć i przechowywać to, co innemu człowiekowi przez całe życie nie wpadnie do głowy, nawet na minutę.

Mądry neurochirurg może wiedzieć wszystko o ludzkim mózgu, ale nigdy nie dosięgnie naszych tajemnic, marzeń i pragnień. 

Mijają lata, każdy z nas ma własną historię. Tę historię dzielimy z najbliższymi. Rodziną, przyjaciółmi. Wydaje nam się, że już nigdy nie będzie inaczej. Jest dobrze i tak ma być. A później z miesiąca na miesiąc, z roku na rok coś się zmienia, choć pozornie nie widzimy tego. Dorosłe dzieci mają swój świat, a w nim ich sposób na życie. Jestem ciekawa jakby to było, gdyby każdy z nas umiał spisać swoje etapy życia. Czy potrafilibyśmy postawić własne granice tych zmian? 

Upalny, sierpniowy ogródek – w tym roku trochę zaniedbany moją „po-operacyjną niedyspozycją”🤗

Dziś, gdy moje wnuki są prawie dorosłe,  moje wyobrażenia szalonych dni i miejsc, nieznanych wyzwań i planów są skromne. Albo takowych już nie ma. Są za to inne potrzeby. Doceniam już ścisły krąg przyjaciół. Spokojniejsze pomysły, co wcale nie oznacza, że mniej interesujące. Za to łatwiejsze dla mnie do zrealizowania. Takie, których kiedyś nie było w moich planach.

Lubię spokój domowy, lubię mój dom. Teraz lubię też poczucie bezpieczeństwa. Nie mogłabym pojechać na trwające przez pół roku wakacje, bo tęskniłabym za własnym łóżkiem, za sposobem na nasze codzienne spędzanie wieczorów. Potrzebuję spojrzeć na mój ogródek, który choć wkurza mnie, że za szybko zarasta chwastami, to jednak jest mój. Umiem zauważyć, że mandarynki dojrzały i trzeba je zerwać, figa traciła szybko liście i już wypuszcza nowe, chociaż kalendarzowa zima wciąż trwa.

Uwielbiamy to!!

Złoszczą mnie „dziwolągi”, których kiedyś nawet nie zauważałam. Za to cieszą mnie nie tylko pozornie wielkie rzeczy czy ważne wydarzenia. Cieszą mnie drobinki życiowe. 

Dobre ciastko i pyszna kawa w kolejnej nowej filiżance. Brydż z przyjaciółkami, przegadany i roześmiany. Taki, jak tylko my lubimy i rozumiemy. Już nie denerwuje mnie, jak kiedyś, że ktoś robi beznadziejnie głupi błąd w “sztuce brydżowej”. Śmiejemy się z siebie i mówimy: “Ha, przecież my wciąż się uczymy, prawda?”  

Kiedyś lubiłam zakupy, nawet wtedy, gdy nie miałam pieniędzy, by kupić sobie coś nowego. Coś nagle zachwycało moje oczy i MUSIAŁAM (teoretycznie) to mieć!

Dziś buszuję po stronach internetowych, po Amazonie i podobnych miejscach i wcale nie przeszkadza mi, że modelki są młode, szczupłe i wszystko co oglądam, jest ładne. Patrzę, bo to, co ładne cieszy moje oczy.

Nie zazdroszczę niczego nikomu, nie gorączkuję się polityką, nie wkurzają mnie wygłaszane przesadnie przez innych mądrości, z którymi się nie zgadzam. Nie egzaltuję się tak, jak kiedyś w dyskusjach poglądowych, nie denerwuję się wyborami moich dzieci, które są inne niż nasze. 

Jestem szczęśliwa, że mam wokół siebie najbliższych, że nie jestem samotna. 

Wiem, że starzeję się, choć każdego dnia mówię sobie przecież nie jestem stara!..  Jestem starsza. Każdego dnia, tak jak ty i on. 

Dziś wiem, że trzeba być tu i teraz. Zrobić głęboki wdech, poczuć zapach miejsca i chwili.  

“Weź, podaj mi rękę.” “Weź, przytul mnie…” Nasze wspomnienia i chwila trwająca teraz – to najlepsze, co mogę dziś mieć. 

Szkoda sił na rozpamiętywanie tego, co było złe i smutne. Nie tracę czasu na złość i niechęć do tego, co mi się nie podoba. Bóg i życie dają nam tyle wyborów. W każdej chwili i w każdym czasie. Wybierajmy, to co dla nas najlepsze, z przymrużeniem oczu i pozytywną energią. 

Bezsensowne jest, że tyle złych emocji i czasu ludzie tracą na coś, co i tak się zmieni. Co tak naprawdę od nas nie zależy. 

Chcę skupić się na sobie. Na przyjaznym spojrzeniu moich najbliższych, na tym, co mam i co dostaję każdego ranka, gdy słońce świeci, a mnie nic nie boli. (albo tylko trochę 😄)

Wiem – tak samo jak ty, że to nie jest łatwe. Emocje, dziwne plany w głowie, otaczające nas warunki potrafią szybko obrócić taką “starzejącą się filozofię” w nicość. Może i starszy człowiek jest słabszy fizycznie, ale wciąż mamy w sobie siłę, by zadbać o dobre samopoczucie. Nie dajmy sobie tego odebrać. 

“Weź, podaj mi rękę” “Weź, bądź ze mną, starzej się ze mną” – Weź, posłuchaj piosenki Pawła Domagały, która tak wiele nauczyła mnie dobroci dla siebie samej…

***********************************

Weź, posłuchaj… – piosenka „Weź, nie pytaj” – Paweł Domagała


POWRÓT

Szczęśliwe mieszanie w „kociołku” rodzinnych tradycji

1 lutego 2026

Tradycja – może być bardzo stara. Zazwyczaj trudno ją złamać, ale też czasami trudno z nią wytrzymać. Jak wszystko – tradycje też się starzeją. Lubimy je utrzymywać bez zmian, ale bywa, że nas męczą i chciałoby się je trochę “podrasować”, coś tam podmienić, uprościć.

Barszcz z uszkami, rodzinne coroczne zdjęcie, prezenty pod choinką i wiele innych – wielopokoleniowe spotkanie

Nie wiem co lepsze. Pewnie to zależy od tego, o czym myślimy.  Są tradycje, które dla mnie są ważne i niepodważalne, na przykład WIGILIA.

Nie powiem, że nie zdarzyło mi się ulec namowom, poddać się nagle zaistniałej sytuacji i zmienić tradycyjną polską wigilię. Można zrobić wigilię  tydzień czy dwa wcześniej… Ale to nie będzie ta sama wigilia.  Można jeść homary (lobsters) i jest wtedy bardzo elegancko i wyjątkowo, ale to też nie jest moja wigilia. 

Można połączyć tradycję polską i amerykańską, ale chodzenie w piżamach przez pół dnia w Święto Bożego Narodzenia, dla mojego męża (mimo, że mieszkamy w Houston ponad 35 lat) jest niedopuszczalne i nie mieści się w naszej świątecznej tradycji. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że to źle albo gorzej… .Jest inaczej.

Tradycje są po to, by je kontynuować. Trzymają nas razem. Mimo upływu lat, istnieje coś, co łączy  pokolenia. Nie wiemy kto i kiedy starą tradycję zaczął. Często nie wiemy, czy tradycja, którą wciąż kultywujemy, kiedyś była taka sama, czy też przez lata zdążyła już się zmienić.  

Wigilia w piżamie (ale juz po kolacyjnej części tylko przyzwolenie dla najmłodszego wnuka:), dekoracje na zewnątrz domu, śmieszne świąteczne ubrania, ciasteczka dekorowane świątecznie… – to tylko niektóre tradycje amerykańskie, które także pielęgnujemy.

Wiem natomiast, że robimy rzeczy, które stają się naszą rodzinną tradycją. Miesiąc po miesiącu, rok po roku powtarzamy coś, co sami stworzyliśmy. Budujemy między sobą więź, która jest nam potrzebna. 

I myślę tu o zwyczajach, tradycjach stworzonych w „najmniejszej rodzinie” czyli pomiędzy dwoma osobami. Jeśli ktoś wyjeżdża na swoją rocznicę ślubu od lat w to samo miejsce to znaczy, że już ma taką swoją własną tradycję. Jeśli stworzymy między nami grę słowną, wyjazdową czy jakąkolwiek inną i powtarzamy ją regularnie w nam tylko znanych i wybranych okolicznościach, to jest już tradycja.

Amerykański Thanksgiving to piękne święto rodzinne. Ma swoją długą historię, opowieść o tym jak amerykańscy pielgrzymi i rdzenni mieszkańcy plemienia Wampanoag wspólnie obchodzili udane zbiory. Historia sięga roku 1621. Później święto Dziękczynienia zostało w Stanach ustalone oficjalnie. Dla Amerykanów to najważniejsze święto, ważniejsze nawet od Świąt Bożego Narodzenia i Dnia Niepodległości. 

Wypada zawsze w czwarty czwartek listopada. Zazwyczaj w połączeniu z piątkiem stanowi rodzinny długi weekend. 

INDYK jest najważniejszy! Do tego cranberry sos. A reszta to tradycyjne dodatki, długa lista pyszności!!

Thanksgiving to czas wielkiego jedzenia, bardzo specyficznych potraw (podobnie jak w polską wigilię). I najważniejszy jest INDYK. Zwykle pieczony w całości, długo i bardzo precyzyjnie.  Oczywiście, wersji jest wiele, można piec w piekarniku, można na grillu, można nadziewać, można nadziewkę robić jako osobną potrawę. Są indyki wędzone albo już podpieczone w pierwszej wersji. Są mrożone i świeże. Do wyboru do koloru!!  I mnóstwo dodatków, z których cranberry sos ( czyli coś w rodzaju polskiej żurawiny, ale to jednak nie to samo…) jest najważniejszy. Bez niego nie ma prawdziwego Thanksgiving-owego indyka! Inne dodatki już mogą być do wyboru. Słodkie ziemniaki (też przyrządzone na różne sposoby), zielona fasolka, makaron z pieczonym serem, zupa dyniowa… to tylko kilka spośród wielu innych.  

No i tradycyjne ciasta (pie) – nieduże okrągłe, na cienkim kruchym cieście i z różnym nadzieniem. Orzechowe, jabłkowe, dyniowe, wiśniowe… Nie ma ograniczeń. Za to jest w tym bogata tradycja powtarzana od lat. I wszyscy to lubią!! 

Tego dnia całe rodziny siadają przy stole i dziękują – za wszystko, co dobrego wydarzyło się tego roku. Za radość bycia razem, za bardzo specjalne momenty, ważne dla każdego z nas z osobna i razem. Wypowiadamy te myśli głośno, by nawzajem powiedzieć sobie to, co czujemy, że było dla każdego z nas najważniejsze w danym roku. Moment przy stole w dzień Dziękczynienia daje nam taką możliwość. 

Od 35 lat, gdy z milionami Amerykanów i nie tylko, uczestniczymy w obchodach tego specjalnego dnia zazwyczaj wybieraliśmy wersję “wyjazdową” na ten weekend. Choć pamiętam też, że obchodziliśmy go w houstońskim domu. 

Z wyjazdów pamiętam tygodniowy pobyt w Japonii w 2003 roku. A potem już rodzinnie – wakacje w Sedona National Park 2011, w Costa Rice 2012, w Napa Valley w Kalifornii 2013, w Zion National Park 2015. Także w Palo Duro Canyon 2016 z rodziną i moją polską przyjaciółką Niną,  w Arkansas (Hot Springs) 2021, w Pensylwanii i Delaware 2022. Raz zdarzyło sie nam spędzić Thanksgiving… w samolocie w drodze z Houston do Rzymu. I to w bardzo ” okrojonym” rodzinnym gronie 😄.

W lutym 2023 r. nasza córka kupiła duży dom w Durango, Colorado i zaczęliśmy każdego roku tam spędzać weekend w Thanksgiving. 

Zjeżdżamy się kilka dni wcześniej, robimy ogromne zakupy, ustalamy listę “obowiązków” kuchennych. Rano w Thanksgiving-owy czwartek moja rodzina (razem z pieskiem) uczestniczy w tradycyjnym biegu na pięć mil, który nazywa się “Turkey Trot” i właściwie odbywa się wszędzie, w każdym małym zakątku amerykańskich miast i miasteczek. Jest to bardzo kolorowy, rodzinny i przyjacielski zwyczaj. Wymyślne stroje (niekoniecznie wygodne do biegania😆), zabawne pomysły nawet dla dzieci i zwierzaków.

No i oczywiście, koniecznie trzeba o tym wspomnieć, wielkie parady w dużych miastach. Najsłynniejsza jest ta w Nowym Jorku, ale i w Houston jest piękna i bogata. Ja tylko raz jeden oglądałam to widowisko. Pamiętam, że było bardzo bardzo zimno, co raczej w Houston nie zdarza się często. 

A potem już – reszta dnia w domu – gotowanie, gotowanie. A przede wszystkim wielogodzinne pieczenie indyka.

Na wyjazdach raczej mieliśmy obiady w restauracjach i nie zawsze był to indyk… Od czasu przyjazdów do Durango mamy stół pełen własnych potraw, dobroci, słodkości. 

Po długich czwartkowych wyczynach kulinarnych, jeszcze dłuższym jedzeniu, gdzie przy stole wspominamy różne zapamiętane fakty i wydarzenia z poprzednich thanksgiving-owych lat.

Wspaniale jest od lat obserwować, jak bardzo zmieniają się te nasze rozmowy. Jak rosną wraz z dorastającymi wnukami, jak bogate są w słowa i ciepłe myśli. Te chwile są nieocenione! Cudowne i jedyne w swoim rodzaju. Dołączają do nas przyjaciele moich dzieci i ich dzieci. Zestaw ludzi każdego roku nieco zmienia się, ale wciąż jest tradycyjnie. Modlę się, by tak zostało jak najdłużej. I by nasze dzieci i wnuki kultywowały ten sposób spędzania listopadowego czwartkowego dnia, jedynego w swoim rodzaju. 

Piątek – to wielki odpoczynek. Spa w gorących basenach Durango, masaże relaksujące,  zjadanie wczorajszych pyszności, już bez gotowania, bo pozostałości jest tyle, że dwie ogromne lodówki nie mogą ich pomieścić. 

Gramy w różne gry, niektórzy nie mogą obyć się bez futbolowych tradycyjnych meczów w TV… No i jeszcze – rozmowy, rozmowy, śmiechy, wspomnienia, opowieści. W tym roku najwięcej rozrywki zapewniły nam opowieści Mindy – przyjaciółki naszej córki, którą my także znamy od czasów ich szkoły średniej. 

Jakoś tak wyszło, że wspomniała o … kurczakach.   Kilka dni temu na Facebook zauważyłam jej zdjęcia z kurczakami na ramieniu, na kolanach. Kurczak pod kocykiem, kurczak na głowie… Byłam absolutnie przekonana, że to jakiś żart. Wszyscy wiemy, co dziś sztuczna Inteligencja może wyprawiać, jak może nas zmylić. Aż tu nagle słyszę zachwyty, jakie to kurczaki są mądre, inteligentne, jakie charakterne, każdy w swoim rodzaju. I mają różne śmieszne imiona, różne fryzury, piórka… A jak już Mindy powiedziała, że dwa z nich są “Polish”… zapytałam – dlaczego?? A ona na to, że mają takie “afro-fryzury”..   

Myślałam, że spadnę z fotela! Już co jak co, ale afro-fryzury to kompletne zaprzeczenie polskości! Później okazało się, że te kurczaki były (są) jakąś wymyślną krzyżówką, którą stworzył a raczej wyhodował facet o nazwisku POLISH…  A kurczaki naprawdę mają takie czuby jak “afro”…

Jednym słowem – historia o kurczakach zrobiła się słodsza niż opowieści o ich własnych dzieciach! Długo nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Na pomoc przyszedł mąż Mindy – Jay, który po pierwsze dołączył się do tych opowieści, a po drugie włączył w telefonie kamerę z ich domowego kącika dla kurczaków i przekonał mnie, że to nie bajka o zwierzętach, tylko naprawdę żywe różne kurczaki. 

Długo jeszcze Mindy zachwycała się swoimi domownikami a ja zadawałam dziesiątki pytań, by móc jakoś w tę opowieść uwierzyć. Pisząc to, wciąż myślę, że może Młodzi sobie ze mnie kpili… Choć ich entuzjazm wskazywał, że to się jednak prawda 🤣.

Takich i podobnych historyjek przez lata wysłuchaliśmy wiele. Radości i śmiechu nie brakuje!! Czy to nowe opowiastki, czy powtarzane i przypominane te sprzed lat – zawsze jest zabawnie. 

No i filmy! Od kilku lat, te same (no, może czasem wciskają się jakieś nowe😄). To filmy, które w naszej rodzinie rozpoczynają sezon świąteczny

Filmy są dość stare ale wciąż dla nas aktualne 🤣

“Love, Actually” i “A Bad Moms Christmas”. Choć już wszyscy znamy je na pamięć, MUSIMY je obejrzeć, bo bez tego nijak nie można rozpocząć przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Chłopcy już chóralnie powtarzają co śmieszniejsze sekwencje, czasem nawet wyprzedając odzywki filmowych bohaterów. I żeby nie wiem jak było nam to znane, śmiejemy się niezmiennie tak samo!

A potem już mija weekend, powoli rozjeżdżamy się do szkół i domów. Bo czas nie zatrzymuje się, trzeba zacząć przygotowania do kolejnej wspólnej tradycji rodzinnej. Do wigilii polskiej, do Mikołaja, amerykańskiego Santy, bo przed nami nowe wyzwania, kolejne gotowania i pieczenia, spotkania rodzinne i przyjacielskie. 

Póki życie trwa, trzeba chłonąć je i pielęgnować. To jest sednem  i sensem naszego istnienia…

*******************************

Obrazu muzycznego o Thanksgiving (który by mi sie podobał i mnie przekonał) nie znalazłam. Ale piosenkę, prostą i szczerą o wdzięczności – już tak. Wdzięczność to wieloznaczne i mocne słowo. Nie wstydźmy się go głośno wypowiadać. Jest w życiu mnóstwo powodów, by być wdzięcznym… Posłuchaj.


POWRÓT

“Jeszcze w zielone gramy..”

16 stycznia 2026

Odeszła Magda Umer. Piszę te słowa kilka dni po jej śmierci. Odchodzi wielu ludzi z mojego pokolenia, taki sens naszego istnienia. Kiedy przekraczamy 70 lat, zaczynamy o tym myśleć. Każdy na swój sposób. 

W sercu Magdy U. to właśnie Krystyna Janda zajmowała miejsce najbliższej z przyjaciółek

Magdę Umer znałam tylko “literacko”. Była bliską przyjaciółką Agnieszki Osieckiej i Krystyny Jandy, a z racji moich intensywnych dawnych zainteresowań teatralnych, dużo czytałam o Osieckiej. I wtedy w tamtych wspomnieniach przewijała się też Magda U. 

Na moich półkach są książki o Agnieszce O. W różnych sytuacjach wracam do nich, czegoś poszukuję. Przypominam sobie postaci z tamtych lat, z młodych lat ich przyjaźni: Agnieszka Osiecka, Magda Umer, Krystyna Janda, “Starszy Pan” – Jeremi Przybora. Maryla Rodowicz, Wojciech Młynarski, Agata Passent, Zuzanna Łapicka, Wojciech Mann i zapewne wielu innych, o których nie wiem albo nie pamiętam. 

Jedno jest pewne. Chyba nigdy wcześniej nie widziałam (nie czytałam) tylu ciepłych słów, napisanych po śmierci osoby publicznej – artystki.  Zazwyczaj głosy dzielą się na “za i przeciw”. A tym razem, we wszystkich mediach społecznościowych aż bije ciepło, żal, smutek. Każdy kto się odezwał (a przecież dla wielu ludzi nie jest to łatwe) szczerze i pięknie Ją wspomina.

Górne zdjęcia – (pożyczone ze strony internetowej Magdy Umer – migawki z koncertów). Dolne – Magda U. pośrodku. I zdjęcie z nagrania do jednego z programów z Agnieszką Osiecką. Magda Umer – tyłem (zapożyczone z książki „Agnieszki – Pejzaże z Agnieszką Osiecką”).

Trudno Magdę Umer zdefiniować jednoznacznie. Piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, dziennikarka, scenarzystka i też aktorka.   Wyjątkowa osobowość – jakby “niesceniczna” –  delikatna, krucha, eteryczna. Jej kojący i lekko tajemniczy głos – szept z pewnością wszyscy dobrze znamy. Nikt tak pięknie nie interpretował piosenek literackich jak Magda U.

Melancholiczka, ale z poczuciem humoru. Jej własne piosenki, teksty poetyckie Leśmiana, Szymborskiej, Baczyńskiego, Osieckiej. Każda jej piosenka wyszeptana w ciepły sposób do ucha, zostawiła ślad w pamięci na długo. Mało kto kojarzy, że Magda Umer jest także autorką tekstów np. Jeszcze zdążę, Jeszcze w zielone gramy, Kiedy mnie już nie będzie, Miasteczko Bełz, Miłość w Portofino, Na całej połaci śnieg, Nie oczekuję dziś nikogo, Pamiętasz, była jesień… I dziesiątki, dziesiątki innych. Niektóre z nich wykonywała sama, wiele trafiło na scenę w interpretacji innych artystów. Ja chyba najbardziej mam w sercu i pamięci “ Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie”. 

Wszystkie te piosenki, teksty słuchowisk, sztuk scenicznych – poznałam wczytując się  w opracowania i książki powstałe po śmierci Osieckiej. To był czas w moim życiu, kiedy ta grupa literackich twórców była mi bardzo bliska. Cóż, nie ma się co dziwić. Moje lata, moi idole. 😄🤔

Dziś już wielu z nich odeszło. 

Zdaję sobie sprawę, że każdy kolejny rok odkrywa nowych artystów. Jedni “trwają” scenicznie tylko chwilę, inni zapisują się swym artystycznym geniuszem na wiele lat. Magda Umer nigdy „nie zeszła” ze sceny, nawet wtedy, gdy już nie była w pełni aktywna. Nigdy nie przestała być artystką. Nie potrzebowała fleszy, skandali, świateł. Wystarczyli jej bliscy ludzie, ciepło otaczającego ją świata. I tak ją wszyscy zapamiętali. 

Tak o niej dziś piszą , tak ją żegnają…

Magda Umer, jej twórczość, jej sposób na życie, porusza we mnie wiele myśli – nie nowe, ale “świeże”. Powraca do mnie nieustające pytanie – jak stworzyć wokół siebie tak dobrą i ciepłą aurę, by wszyscy dostawali coś, co człowiekowi jest najbardziej potrzebne? Poczucie bliskości i dobroci. Bezpieczeństwa i spokoju. Tylko wybrani to mają w sobie. I tylko niektórzy z nich potrafią się tym dzielić.

W którymś z wywiadów Magda Umer powiedziała: “mój elektorat to ludzie smutni… Czuję z nimi solidarność. Ale smutek nie jest okropny, dołujący – jest w nim coś pozytywnego” .

Myślę – tylko co? Wrażliwość, może nawet nadwrażliwość? Jakaś melancholia? Ale także poczucie humoru i dystans do samego siebie. Wydaje się, że to tak różne cechy, iż niemożliwe, by połączyć to w osobowości jednego człowieka.  

Z synami i wnukami. Jak mawiała – najszczęśliwsza rola w jej życiu… (zdjęcie zapożyczone z oficjalnej strony Magdy Umer)

A jednak… Taka była Magda Umer. 

Była szczęśliwą matką i babcią. Podkreślała często, że to jej największe życiowe powołanie. 

Trzeba sobie nieustannie przypominać dobre chwile swojego życia. Są jak niewidzialne pigułki, wspomagające pozytywnie nasze frustracje, depresje. Zwykłe “dołki”, które dopadają każdego z nas. Bo Magdę U. depresja też dotykała. Bo artystka, wrażliwa i czuła, nie uniknie niepewności, wątpliwości i zadawania sobie trudnych życiowych pytań. 

W tym życiowym „dołowaniu” nie pozwalajmy sobie na zbyt długie okresy złości, pielęgnowanie pretensji do innych, zazdrości. Wszystko to czyni nas coraz bardziej zniechęconymi do ludzi i co gorsze – do siebie samego. 

A potem: 

Teksty Magdy Umer są jak perełki literackie. Słuchając różnych wykonawców jej piosenek, nie zdajemy sobie sprawy, że to ona je napisała. Brzmią tak zwyczajnie i po ludzku, a równocześnie niosą w sobie silną dawkę filozofii życia, pozytywnego myślenia. Niemal w każdym jej słowie jest coś ważnego, czego nie można pominąć w codziennym życiu. Mogłabym cytować każde wyrwane słówko, każdą jej myśl. 

Wszystko jest ważne. “Jeszcze w zielone gramy, chęć życia nam nie zbrzydła”… 

Nigdy nie spotkałam osobiście Magdy Umer ani Agnieszki Osieckiej.  Nigdy los nie nagrodził  mnie osobistym kontaktem z Krystyną Jandą. 

Kilka „pamiątek” – programy sztuk które zrobiliśmy w Teatrze Ogniska Polskiego na podstawie tekstów A. Osieckiej.

Czas, gdy A.Osiecka była u mnie „pod lupą” (z racji tworzenia sztuk teatralnych opartych na jej tekstach) przypatrywałam się także jej przyjaciołom i znajomym. Czułam się wtedy, jakbym ich wszystkich znała. Znałam poezję, znałam piosenki, w Teatrze Ogniska Polskiego wyreżyserowałam kilka sztuk z serii “Listy śpiewające”. To przecież moje pokolenie, może o kilka lat starsze. Ich początki i potem wielki “bum” karier przypada na koniec lat 60-tych i lata 70-80 (co tu dużo gadać) poprzedniego stulecia. Byłam studentką polonistyki i pasjonatką literatury, w tamtych latach wszystko docierało do mnie ze zdwojoną siłą. Pojedyncze występy, kabarety, płyty-single nagrywane i przekazywane sobie wzajemnie, festiwale w Opolu… Przeboje utrwalały się wolniej niż dzisiaj. Przecież nie było Internetu. Tylko Radio „Trójka” nas, młodych ratowała. 

To były inne czasy… Dziś mogę to poskładać w głowie, teraz dopiero widzę jak wielki „literacki prezent” został nam z tamtych lat. Mam nadzieję, że niedługo ktoś, podobnie jak twórczość Osieckiej, pozbiera, opisze, zrobi przyszłym pokoleniom bukiet najpiękniejszych słów i myśli Magdy Umer. 

Wokół nas jest wielu ludzi ciepłych, dobrych, zdolnych – wyjątkowych. Takich, którzy zawsze dają więcej niż biorą.  To wielki instynkt dobroci. Nie wiem skąd się bierze. Czy mamy to zapisane w genach? Czy uczymy się tego, bo chcemy? Czy życie nas ustawia w sobie tylko znanych “kategoriach”? 

Doświadczyłam tego i doświadczam nadal. Dostrzegam w ludziach niezwykłą umiejętność przekazywania dobra drugiemu Człowiekowi. To duże szczęście spotkać na swej drodze takie osobowości. 

Nic od nas nie żądają, niczego nie chcą w zamian – za to są pomocni, bije od nich ciepło i empatia. Nie ma w nich niechęci, uciekania od trudności, nawet zmęczenia. Oczywiście wiem, że to nie dzieje się “bezustannie i zawsze”. Mam świadomość, że człowiek ma słabości i żaden dzień się nie powtarza. 

Ale – łatwo oddzielić tych, którzy rozsyłają pozytywne “fluidy” od tych, którzy… są po prostu zwyczajni. Jak ja i jak ty. 

Przysłuchuję się czasem rozmowom Młodych, pełnych sił życiowych, w momencie ich najlepszych chwil, kiedy wszystko wydaje się nieskończone, trwające na zawsze – bez nagłych nieprzyjemnych zakrętów i zmian. 

Młodym trudno pojąć, że matka, ojciec nagle stali się “dziwni”. Zmienili się, nie pamiętają, że “wczoraj o tym rozmawialiśmy”… , że powtarzają znów to samo, w kółko i bez wstydu… Nie mogą przyspieszyć kroku, chociaż jest prosta droga. Tracą dawne poczucie humoru, bywają zmęczeni, niechętni…

Dorosłe dzieci dziwią się, że jest inaczej niż kiedyś… Kiedyś wiedliśmy wszyscy razem codzienne życie, bez obaw i strachu. Każdy na swój sposób, ale jakby wszystko szło swoim utartym torem. 

Dzisiaj nie ma utartych, przewidywalnych “torów”, nie ma codziennego balansu. A jednak życie toczy się dalej. Zadziwia to nas starszych, zadziwia też to Młodych.

Mam bardzo kochanych wnuków. Są dorośli, mają swój szaleńczy młody czas. A jednak – wciąż umieją z nami rozmawiać. Wciąż chcą z nami się spotkać, pogadać, pośmiać się. Nie przesadzamy z angażowaniem ich towarzysko, ale uwielbiamy to, co wciąż nam dają. Rodzina to najpiękniejsze, co człowiekowi w życiu może się zdarzyć. Ale też los nie darowuje nam niczego za darmo. Przez całe życie pracujemy nie tylko na wygodę, na podróże, na sukcesy, na przyjemności, ale przede wszystkim na uczucia i związki emocjonalne. To dużo trudniejsza droga…

Magda Umer napisała kiedyś piosenkę “JEST CUDNIE!” (w 2008 r. a więc będąc w pełni sił), do której muzykę stworzył Seweryn Krajewski (też z tej samej “literackiej bandy” dobrych moich lat!!) a wykonywała ją Maryla Rodowicz. Mnie udało się znaleźć tę piosenkę w wykonaniu samej autorki, podczas koncertu, który odbył się w 7 marca 2025, z okazji 55-lecia pracy artystycznej. Miał miejsce w warszawskim Klubie Stodoła, gdzie artystka rozpoczynała swoja karierę. To ostatni Jej występ sceniczny..

Wiek starczy to pewnego rodzaju porażka. I to taka, w której my nie jesteśmy nic winni. Tak jest i musi być. Jak wszystko w naszym życiu – jest czas właściwy także na starość. Tu boli, tam strzyka, tu pigułki, tam trudne testy medyczne. A pomiędzy – jeszcze całkiem nieźle “bal trwa”. Dopóki mamy ochotę na spotkania rodzinne, książki, teatr, plotki przyjaciół, malowanie, wyszywanie, spacery i uśmiechy … – jest dobrze. I ma być dobrze! 

Dziś już bliżej “nocy” a ciągle jest cudnie…

*******************************************

I jeszcze jedna z moich ulubionych piosenek w wykonaniu autorki tekstu. „Koncert na dwa świerszcze i wiatr w kominie” – Magda Umer.


POWRÓT

Zatańczyć jeszcze raz

1 stycznia 2026

Nowy Rok. Nowy temat. Nowe wspomnienia i pragnienia.

Zawsze uważałam, że taniec jest jedną z najpiękniejszych form ruchu człowieka. Taneczny ruch nie wymaga od nas niczego nadzwyczajnego. Nawet muzyki, choć ta wydaje się naturalnie pobudzającym bodźcem do poruszania się w jej rytm. 

Tak naprawdę wystarczy wyobrażenie sobie rytmu, który sprowokuje miękkie poruszanie biodrami, ruchy rąk czy nóg. Mogą być tak delikatne, że aż niezauważalne dla osoby patrzącej z boku. Często jesteśmy zachwyceni, gdy obserwujemy maluchy poruszające się w rytm muzyki. Albo ledwie uchwyconego rytmu wystukiwanego na jakimś instrumencie. Są to pierwsze sygnały muzykalności małego Człowieka, a może i przyszłego tancerza czy tancerki. 

Maluchy (z sieci)

Już w przedszkolnych czasach mojego pokolenia popularne były zajęcia rytmiki. Zwykłe proste kroki, ruchy rąk skoordynowane z dźwiękiem prostej muzyki dla maluchów. Dzieciaki zawsze to lubiły.

Każdy z nas ma w sobie inną wrażliwość na dźwięki. Na rodzaj muzyki, jej głośność. Czasem jest to tylko reakcja uśmiechem, czasem już wybijamy rytm przebierając palcami po blacie stołu. Innym razem nasze nogi delikatnie układają się w pierwsze kroki przyszłego tańca.  

Przypominam sobie zajęcia kółka geograficznego w 7 i 8 klasie, w podstawówce. Odbywały się w soboty o 13.00. Sobota była normalnym dniem nauki, ale lekcje kończyły się trochę wcześniej. Wtedy właśnie był czas na zajęcia pozalekcyjne. 

Mam nawet kolegę, z którym chodziłam do tej samej klasy przez całą podstawówkę i potem 4 lata w liceum im. Sobieskiego w Krakowie.  Kiedy kilka lat temu, w 2022 roku mieliśmy cudowne spotkanie z okazji 50–lecia naszej matury, właśnie z Jackiem wspominałam te nasze geograficzne specjalne zajęcia. 

Zdjęcia z jednej z wycieczek – chyba w 7 klasie. Mój kolega J. z tej samej klasy (przez 12 lat) na dolnym zdjęciu (siedzi w pierwszych rzędzie) Nasz Pan stoi tuż za nim.

Wyjątkową i nietypową cechą tych “geograficzno-różnorodnych” spotkań było (już po części geograficznej) pół godziny tanecznych wygibasów. Czekaliśmy na to jak na szpilkach – nie jestem pewna czy wszyscy tak samo, ale ja bardzo. Przesuwaliśmy szybko kilka  krzeseł i ławek szkolnych, włączaliśmy magnetofon Grundig (albo może inny…) i natychmiast pierwsze dźwięki naszej modnej nagrywanej na taśmy muzyki sprawiały, że ta sobotnia część taneczna była dla nas szansą na pierwsze lekcje nauki tańca. Nikt nas nie krytykował, Pan niczego tanecznego sam nam nie pokazywał – za to wspomagał słowem. To wtedy właśnie nauczyłam się niesamowitych wygibasów rock-end-roll-owych, królował przecież ROCK/Presley, a u nas w polskim wydaniu “motylek” (czy ktoś pamięta.?) Tańczyliśmy jak opętani, umiałam nawet prześlizgnąć się płynnie pod nogami partnera!

Kółko prowadził pan od geografii (nam wydawał się “starszy” i stateczny 😄) i naprawdę lubił geografię i zaszczepił w nas podróże po mapie świata, opowiedział setki ciekawostek czytanych w dostępnych wówczas geograficznych tygodnikach, miesięcznikach. Każdy z nas zdobywał gdzieś ciekawe widokówki i przynosiliśmy je na te spotkania. Opowiadaliśmy o zasłyszanych w domu, czy od znajomych wspominkach z wyjazdów, filmów, o doświadczeniach podróżniczych. Sami przygotowywaliśmy znalezione artykuły, na ile mógł to zrobić młody 13-to czy 14-letni uczeń. Pan od geografii naprawdę lubił uczyć i lubił młodzież. Miał poczucie humoru. I miał wiele innych form kształcenia nas – np. wczesną wiosną i późną jesienią jeździł z nami na wycieczki do miejscowości wokół Krakowa. Nie było ich wiele, ale kilka zapamiętałam. To była duża frajda. Kilka godzin niedzielnych, kilkoro uczniów i nasz Pan. Niestety, nie pamiętam jak się nazywał… 

Pan zachęcał nas i uczył także walca i tanga (oj, to było dużo trudniejsze…). Te tańce już nie wychodziły nam tak dobrze jak szalony “motylek”, raczej “dwa na trzy”, ale Pan cisnął nas byśmy próbowali wszystkiego.

Może to właśnie były początki mojego zamiłowania do tańców na późniejszych spotkaniach/potańcówkach szkolnych czy prywatkach domowych. Także te harcerskie, na zabawach Andrzejkowych czy karnawałowych. Uwielbiałam te imprezy. Zawsze miałam powodzenie na parkiecie. Wspominam te chwile z rozrzewnieniem. Choć dziś już zamglone, przydymione minionym czasem, wciąż mam przed oczami obrazy różnych chłopaków, który też fajnie tańczyli. Byli i tacy, którzy może nie tańczyli dobrze, ale byli ważni. Tuptali “dwa na trzy” i przytulali…

Zdjęcia pochodzą z jednej ze studniówek w Liceum Medycznym w Sosnowcu.(jakoś lata 80-te…) My, grono nauczycielskie bawiliśmy się świetnie – tańczyliśmy zarówno z uczniami jak i nieco starszymi – nauczycielami i naszymi partnerami 😀

Chłopcy nie byli odważni w zapraszaniu nas do tańca, często my dziewczyny, tańczyłyśmy same. Albo – zdarzało się, że to my prosiłyśmy chłopca do tańca, a potem to już samo szło…

Niestety, nie jestem znawcą muzyki, wiedza o piosenkach i ich wykonawcach nie za bardzo trzymała się mojej głowy. Kiedyś znałam dobrze piosenki Skaldów, Grechuty, Stana Borysa. Lubiłam niektóre Piosenki Czerwonych Gitar, uwielbiałam (i nadal uwielbiam) Marylę Rodowicz. Był Maanam, Kombi, Anna Jantar, Halina Frąckowiak, Budka Suflera. Oczywiście Czesław Niemen, Zbigniew Wodecki, Mira Kubasińska i zespół Breakout… i wielka plejada innych, o których już nie wspomnę, bo zabrakłoby komputerowego “papieru”.  Oczywiście, na prywatkach królowały też piosenki Beatlesów i Rolling Stonesów. I ciągły spór wśród nas, który z tych zespołów był lepszy…🤔

Dziś, po tylu latach mogłabym wciąż i tak samo jak wtedy słuchać tych piosenek. Wbiły się tamte rytmy i słowa (bo słowa były dla nas bardzo ważne!!).  Choć przez kolejne dziesiątki lat przewinęło się na naszych balach i amerykańskich party wiele innych popularnych i pięknych utworów, tamte melodie są dla mnie “świętym ołtarzykiem” muzycznej młodości. 

Lubię też jazz tradycyjny, reggae, bluesa. A tu w Ameryce poznałam muzykę country i też ją polubiłam. Ale – nieczęsto słucham muzyki dla samego jej słuchania (chyba, że idziemy na koncert). Wolę, gdy muzyka zespala się z tańcem, wtedy naprawdę do mnie przemawia.    

Z czasem coraz popularniejsze stawały się tańce “w kółeczku” czyli partner nie był konieczny🤣. Tańczyliśmy razem, nieważne ile było dziewczyn, a ilu panów. Tańczyliśmy razem – każdy – jak umiał, jak czuł w sobie rytm muzyki. 

A jednak – są rodzaje tańców, które wymagają, by nas „było dwoje”. Jak śpiewał Krzysztof Cugowski  z “Budką Suflera“ .. .bo do tanga trzeba dwojga, zgodnych ciał i chętnych serc…” I nie tylko do tanga!!

Mój przyszły mąż (i ciągle mąż) nie przepadał za tańcem. Na początku oczywiście taniec był szansą na “oficjalną” bliskość przy ludziach, więc tańczyliśmy wszędzie, gdzie była muzyka i kiedykolwiek była ku temu okazja. Potem tańczyliśmy, bo przecież “jesteśmy parą na wieki”🤔 Lata mijały, a kiedy mówiłam “idziemy zatańczyć?” mój mąż przewracał oczami i z uśmiechem szedł na parkiet. 

Zawsze mówił, że “w tańcu muzyka mu nie przeszkadza”. Proszę sobie zinterpretować tę wypowiedź według uznania… Ja z uporem maniaka i uśmiechem ciągnęłam go do tańca, bywało na chwilę i na dłużej. Ale – muszę uczciwie przyznać, że nie odmawiał, czasem tylko, gdy była okazja i większa grupa tańczących – wycofywał się “rakiem”  i udawał się w lepsze miejsca do towarzyskich rozmów. 

Mnie to nie przeszkadzało… Kiedy wspominam sobie imprezy Ogniskowe – Bale Noworoczne, Andrzejki, Ostatki z pączkami, prywatne szaleństwa na dziesiątkach party – och, wyszalałam się, wybawiłam się, dawałam się ponieść nastrojowi, rozładowałam setki przeróżnych emocji i wiele energii. Dzisiaj – nie mogę narzekać!! 

Muzyka zmieniała się szybko, zwłaszcza tutaj w Stanach. Już nie królowały polskie stare przeboje. Od czasu do czasu przypominaliśmy sobie jako lekki wzruszający przerywnik “Annę” Stana Borysa, czy “Niech żyje bal” Maryli Rodowicz. 

Nawet na weselu mojej córki (25 lat temu) szaleliśmy wspólnie z młodymi gośćmi w rytm polskich przebojów. Plątały się z inną muzyką wybraną przez Nowożeńców (tę polską część też oni wybrali). Pamiętam, że wówczas królował przebój Kayah i Goran Bregović – “Prawy do lewego” – ..”Prawy do lewego, wypij kolego, Przecież wiemy, nigdy nie ma tego złego…”)  

I do tego taniec, układ kroków, który wszyscy szybko chwycili, nawet ci, którzy nie znali słów piosenki. Zabawa w dużym kółku, znakomity rytm i szybkie przekładanie nóg, tak by nie zadeptać tego, kto tańczył obok.

Dziś ucichły imprezy taneczne…

Nie, ludzie tańczą zawsze i wszędzie!! To my, moje “starszawe” pokolenie, chętniej bawimy się przy rozmowach towarzyskich. Nawet jeśli muzyka gra, wolimy ją nieco wyciszoną, spokojniejszą. Co stało się z tanecznym entuzjazmem? Czy wciąż jest we mnie?.. 

Pamiętam, w liceum, wpadła mi w ręce książka o życiu i pasji tańca amerykańskiej tancerki i choreografki Isadory Duncan. Była pionierką tańca nowoczesnego. Występowała na scenach amerykańskich i europejskich. Związana także z Rosją (miała  przez krótki okres życia – męża, rosyjskiego poetę, Siergieja Jesienina a nawet  otrzymała rosyjskie obywatelstwo).  Jej życie było niesłychanie bujne, ale też pełne tragicznych wydarzeń. Straciła troje dzieci, a mając 50 lat zginęła tragicznie jadąc jako pasażer w odkrytym pędzącym sportowym samochodzie. Entuzjazm i szaleństwo szybkiej jazdy nieszczęśliwie zacisnęły na jej szyi długi szal, który wplątał się w koło auta. Szal udusił cudowną tancerkę  i spowodował natychmiastową śmierć. Wszystkie te tragiczne wydarzenia w jej życiu związane były z wypadkami samochodowymi.

Isadora Duncan – 1877-1927

Ale nie to mnie zafascynowało w tej książce. Do dziś pamiętam niesamowite opisy jej walki z własnym ciałem, upór, by osiągnąć tak wielki kunszt ruchu i zespolenia się z muzyką. Jej taniec – innowacyjny, nowoczesny jak na tamte czasy spowodował rewolucję w świecie tańca…

Inspirację czerpała z natury i ze starożytnej greckiej sztuki. Jej ruchy były płynne, zgodne z grawitacją ziemi. W tańcu było wszystko, co jest naturalne w ruchu człowieka – chodzenie, bieganie, podskakiwanie. W tych pozornie “nie tanecznych ruchach” Isadora wydobywała piękną harmonię, lekkość, giętkość.  Była zachwycająca.  

Szokowała swoim tańcem niemal cały świat. Nigdy nie widziałam jej na scenie (choć z pewnością można poszukać na YouTube zachowanych filmików), ale książka o jej życiu zachwyciła moją wyobraźnię… Niestety, książkę czytałam bardzo dawno temu i jej tytułu nie pamiętam… Ale pamiętam wrażenia o niesamowitym życiu, które po prostu było tańcem… I tak się rozmarzyłam, że nasunęła mi się taka stara piosenka…

Oglądałam kilka filmów tanecznych: „Dirty Dancing”, „Akademia Tańca” czy serial “Tancerze”. Jest ich pewnie o wiele więcej. Wszystkie ukazują jak ciężką pracą jest taniec profesjonalny. Jak każdy zawód artystyczny, taniec wymaga wyjątkowych predyspozycji, wielkiej siły i zaparcia, setek godzin treningu i odwagi scenicznej. 

My – zwykli miłośnicy tańca – po prostu tańczymy. Tak jak nam podpowiada rytm muzyki, nastrój chwili, bliskość ludzi. Taniec – jest także piękny, przyjemny i bliski. Do mnie przemawia dużo bardziej niż biegi czy ćwiczenia gimnastyczne. 

Możesz tańczyć sama ze sobą, poruszać biodrami lekko i spokojnie, albo zaszaleć i zatracić się w rockowym stylu. Jeśli to lubisz – tańcz!

Bardzo bym chciała jeszcze zatańczyć… Do wspomnień muzycznych, dla ogrzania ciała, dla zatracenia się choćby na chwilę w rytmie tego, co lubię od najmłodszych lat. 

Jak w piosence Anny Jantar – Przetańczyć z tobą chcę całą noc („Moje jedyne marzenie”)– do której setki razy tańczyłam. Ilu chłopców, ilu nas – już dorosłych, przemknęło na parkiecie do tej melodii.. (Ach, ale jestem sentymentalna! 🤔)


POWRÓT

W blasku świec

16 grudnia 2025

Najczęściej słyszymy powiedzenie: W blasku świateł

Mamy różne skojarzenia. Najszybciej przychodzi myśl – jakaś scena, mała intymna albo wielka, uderzająca bogactwem techniki, koloru. Zachwycająca rozmachem i pomysłem artystycznym. I blask świateł. Reflektorów. Zmieniających się kolorów, ich położenia i kąty ustawienia. 

Tam gdzie sięga blask światła, tam jest skupione nasze pole widzenia. W centrum światła mamy to, co w danej chwili jest najważniejsze.  Światło pomaga. Światło kreuje serce obrazu, ogniskuje wszystkie elementy, na które mamy zwrócić uwagę. 

Światła sceny

Nasz mózg pobudza oko. Oko wpatruje się w sedno. 

Na scenie jest oświetlony punkt. A tym punktem może być wszystko. Wszystko, co ważne w tym momencie. Miejsce, drzwi otwarte, przestrzeń w oddali, obraz artystyczny i… Człowiek. Scena teatralna. Scena filmowa, scena życia. 

Miejsce, gdzie właśnie dzieje się coś

 Być w blasku światła. Mieć swój moment na scenie. Prawdziwej albo wykreowanej. Jakiejkolwiek, ale mojej. Ten jeden jedyny raz doświadczyć wagi swojego istnienia. Zagrać rolę, która może już się nie powtórzy. Stanąć na ślubnym kobiercu przed Bogiem i ołtarzem. Zobaczyć wielkie audytorium tłumu, który przybył na mój wykład. Zaśpiewać przed najważniejszą komisją. Zagrać przed wymarzona publicznością. .. Poczuć się wyjątkowym w blasku świateł.

Światło może być w nas

Światło może być naturalne. A blask może bić od ciebie. Od moich oczu, od twojej mądrości. Może emanować w nas samych. Wytwarzać naturalne pole jasnej siły. 

Świat jest podzielony, z różnych przyczyn, na ludzi “szare myszki”, których nadmierne światło razi i zniechęca do wyjścia na “scenę” .  I na takich, którzy nie potrafią żyć bez blasku i poklasku. A pośrodku – są tacy jak ja. I wielu innych. Biegając codziennie swoją zwykłą drogą natrafiam na dziury i “tańczę z myszkami”. Nie narzekam, bo czuję się dobrze, gdy blask świateł mnie nie dosięga.  Siedzę cicho i myślę, tworzę rzeczy, dla których blask jest zbędny.  

Aż pewnego dnia zdarza się moment, gdy blask świateł dosięga i mnie. Czuję, że to ta właściwa chwila. Jak wszystko  życiu – coś się zdarza i rozświetla mnie także. Przez moment, dzień a może dłużej, czuję się jasna, wyjątkowa, doceniona. 

Wiem dobrze, że to nie na zawsze. Ale wiem też, że dla mnie pozostanie moją sceną i moim zaistnieniem w blasku świateł życia. 

Każdy ma taką chwilę. Czasem dwie, a może dużo więcej. Bo sceny oświetlone reflektorami nie są zarezerwowane tylko dla artystów. Nie muszą być stworzone sztucznie. A mogą cieszyć tak samo i dawać nam satysfakcję. 

Można być wybitnym aktorem, piosenkarzem, geniuszem w każdej dziedzinie. Mieć wyjątkowy talent, dar do bycia “blaskiem” – to wielka umiejętność. Na pewno nieprzypadkowa, raczej ciężko zapracowana. 

Bywa (i wcale nierzadko), że blask świateł przygasa albo po prostu gaśnie. Wtedy – czasem boli.

Mój świat lubi jasność, ale najpiękniejszy jest w blasku świec. Scena, chwilowy sukces, komplementy, ciepło ludzkich przyjaznych słów – wszystko to sprawia przyjemność. Ale nie musi trwać ciągle, bym poczuła się dobrze.  Chwile blasku są wyjątkowe i muszą gasnąć. Tak musi być…

Blask świec jest delikatny, intymny i nie muszę go dzielić z całym światem, bym  poczuła jego ciepło. 

Znam ludzi, którym do spokoju i szczęścia świece są niepotrzebne. Nic w tym złego. W końcu świeca to tylko rzecz. A rzeczy mamy wokół siebie mnóstwo, naturalnym odruchem jest selekcja co lubimy, a czego nie. 

Swiątecznie..

Ja lubię świece! Lubiłam świeczki w malutkich metalowych uchwytach na choince zapamiętanej z dzieciństwa. Zapalanych tylko w wieczorny moment kolacji wigilijnej. Wtedy rodzice mieli świece “na oku”, by nie zapaliły choinki, by nie zdarzyło się zmienić tego wieczoru w pożar. 

Lubiłam świece na zimowiskach harcerskich, kiedy układaliśmy je w kominku (jeśli taki był w pomieszczeniu), gdzie wieczorem mieliśmy tradycyjne spotkania wokół kominka. Pamiętam noc albo raczej bardzo późny wieczór, gdy biegliśmy do lasu na miejsce wyznaczone świecami na śniegu, gdzie miała się odbyć zuchowa (a może już harcerska) przysięga…

Zapamiętałam sklep w Krakowie, (wczesne lata 70-te, XX wieku) gdzie sprzedawano bardzo ładne świece, o niezwykłych jak na owe czasy kształtach. Nie były jeszcze z dobrej jakości wosku i kiedy się paliły, zalewały stopionym woskiem “kałużę” wokół świecy. Ale i tak były piękne! W różnych kolorach i wysokościach tworzyły artystyczne kombinacje. Już wtedy zaczęłam kupować świece, używać je jako dekoracje i tworzyć z nich wyjątkowy nastrój.  

Kiedy nie ma prądu w domu i jest zimno

Świece (i najlepiej jeszcze zapałki w pobliżu 😄) w domu trzeba mieć! Prąd wysiądzie, świece pod ręką. Nawet jak zrobi się zimno, bo ogrzewanie też wysiadło, to płomień świecy rozgrzewa… umysł. 

Od wieków świece miały zadanie praktyczne. Zastępowały dzisiejsze wymyślne lampy. Były jak kaganek – dawały blask, punktowały obraz. Dziś zmieniły swą rolę albo raczej poszerzyły. Mają dla nas wciąż moc światła, ale także zapachu, piękna i emocji. 

Noc 1-go listopada – polskie cmentarze (z sieci)

Nieprzypadkowo idąc na cmentarz, na groby bliskich, bierzemy świece. To część naszej pamięci, wspomnień. To światełko łączności pomiędzy mną a osobą, którą właśnie odwiedzam. Kto zna atmosferę i obraz cmentarzy polskich w dniu 1 listopada, nigdy nie zapomni wrażenia, jakiego doznajemy. Obraz miliona świec, łuna jasności, która bije od nich przez całą listopadową noc, zapada na zawsze w pamięci. 

Moje kochane ciocie. Nie ma ich już przy mnie. Ten płomień świecy łączy nas na zawsze.

W tym blasku, w blasku nie sztucznych świateł, a zwykłych prostych świec ożywają duchy tych, których nie ma już wśród nas.  Można nie być tego dnia na cmentarzu, ale gdy zapalisz świeczkę dla Niego, dla Niej – jesteśmy razem. Ten mały płomyk łączy nas duchowo w najpiękniejszym wspomnieniu. 

Każdego roku, jak niesie tradycja (teraz też popularna w Polsce) na torcie urodzinowym zapalamy małe cieniutkie świeczki. Najpierw jedną, potem dwie i więcej. Dodając nam kolejnych lat – świec ubywa, aż do tej jednej symbolicznej.  

Urodzinowo

Zdmuchując płomień wymawiamy w myślach życzenie tajemne, marzenie na cały następny rok. Dzieciaki to uwielbiają. Czekają każdego roku na swój ulubiony tort, którego smak nie jest tak ważny, jak ta świeczka z życzeniem.  

Świece zawsze płoną na ołtarzu w kościele. W różnych miejscach i w różnych intencjach. Są symbolicznym światłem Chrystusa. 

W moim domu świece zapachowe są bardzo ważne. Lubię zapachy. Wszędzie i zawsze. Mój nos jest bardzo wyczulony na zapach. Mam swoje ulubione miejsca, gdzie kupuję świece. I mam ulubione zapachy. Różne zapachy, nie ograniczam się do jednego czy dwóch. Dla mnie zapach w połączeniu z blaskiem, z palącym się pięknie i równo knotem, wpływa na moje samopoczucie. Relaksuje mnie i odpręża. Pozwala mi przenieść się w świat spokoju. Odrywa mnie od codziennej bieganiny. 

Staram się każdego wieczoru zapalić świecę na stoliku. Zjeść obiad z mężem, z rodziną przy świecach.  Wtulić się w pachnącą oazę przyjemności. W takim momencie wszystko staje się radosne. Dla mnie to magia chwili. Nastrój, który natychmiast zmienia moje nastawienie po trudnym dniu. 

Niektórzy ludzie zapalają świecę na biurku, gdzie pracują. Zapach, blask pomagają im w koncentracji i skupieniu. 

Świece mogą być różne i wszędzie!

Zapach  wpływa na bodźce człowieka. Jesteśmy różni. Jedni potrzebują muzyki, gdy sprzątają mieszkanie, inni czują się dobrze wśród zieleni w swoim domu. Jeszcze inni potrzebują zapachu lawendy, róży, fiołków, drzewa sandałowego, jaśminu… Lubię bardzo zapachy natury. Gdy nadchodzi jesień pojawiają się wszędzie świece cynamonowe – jabłkowe, imbirowe. Zapach gałki muszkatołowej zmieszanej z nutą drzewa sosnowego czy cedrowego. Dla każdego coś przyjemnego. Pod warunkiem, że to lubimy.  

Człowiek odczuwa zapachy bardzo indywidualnie. To, co czuje mój zmysł zapachu nie oznacza, że ktoś inny odczuwa go tak samo. Podobnie jest z muzyką, kolorem.

Ilu ludzi – tyle wrażeń.  Nie namawiam do kupowania świec i testowania uczuć. Piszę o tym, bo dla mnie to ważne odczucia. I istotny sposób na odbieranie świata. Blask, zapach, kształt, kolor świecy, wszystko to ma dla mnie znaczenie.

Oczywiście, dziś jeszcze liczy się jakość! Wosk, ktory spala się powoli i równo powoduje, że świeca nie zalewa eleganckich świeczników, nie kapie na obrus, nie niszczy niczego wokół. No i spala się prawie do końca, tym samym świeca jest bardziej wydajna. Rodzaj knota też ma znaczenie.

Jedne z moich ulubionych

W dzisiejszych czasach najpopularniejsze są świece w szklanych pojemnikach o różnych kształtach. I kolorach. Także w glinianych “kubełkach” albo szklanych, o bardzo ciekawych i artystycznych kształtach. Jest ich setki! Niektóre są znane i łatwo dostępne, ale bywają tak niesamowite w zapachu, jakości i… cenie, że trudno to sobie nawet wyobrazić…

 Nie daję się zwariować – choć… w oczach ludzi, dla których świeca stanowi obojętny produkt – tak to może wyglądać. Kupuję świece dobre, różne. Szukam nowych zapachów i kształtów.  Przyjaźnię się ze świecami. 

Domowe zapasy 😃

I nie odrzucam ładnych świeczników, w które wkładam świece tradycyjne, smukłe i cienkie. Są także piękne!  W ten sposób ułatwiam moim bliskim wybieranie prezentu dla mnie, bo dobra świeca zawsze mi sprawia przyjemność.😄

Moja polska przyjaciółka mawia “ Każdy ma swojego kota!”  Jednym z wielu “moich kotów” są wieczory przy świecach. 

Ciepło ich blasku, zapach, tworzenie atmosfery relaksu, ich symbolika i wszechstronność zastosowania, są dla mnie ważnym terapeutycznym  i kojącym elementem życia.   

Spróbuj i Ty. A jeśli nie lubisz… poszukaj sobie coś innego – miłego.

*************************************

Blask świec, to także niepowtarzalny urok Świąt Bożego Narodzenia. Temu nie da się zaprzeczyć. Polecam więc jeszcze jedną piosenkę młodziutkiego duetu ELI & NATI, autorski singiel „W blasku świec”.

WESOŁYCH ŚWIĄT!!


POWRÓT

W listopadowy gorący dzień

1 grudnia, 2025

Kiedy zaczynam pisać ten tekst jest początek listopada. Trudno wyobrazić sobie gorący dzień w listopadzie. 

A tam w Polsce pewnie zimno i mroczno. Może siąpi nieprzyjemny deszcz. Może wieje ostry wiatr. A może już śnieżno i biało? Ludzie stoją na przystankach tramwajowych czy autobusowych przemarznięci nie tyle z powodu temperatury, co wilgotnej nieprzychylnej człowiekowi aury. Dziś nazywa się to realną odczuwalnością. Niekoniecznie musimy sprawdzać termometr, żeby wiedzieć/czuć, że jest zimno brzydko i bardzo, bardzo nieprzyjemnie. 

NIESPODZIANKA !! tak dojrzewają moje cztery (!!) mandarynki!

Jak każdy czas, każda pora roku – bywa, że nas zaskakuje pozytywnie. Mimo kalendarzowego listopada, zdarza się słoneczny radosny dzień. 

Takich dni listopadowych w Houston jest mnóstwo. A w tym roku wyjątkowo lato trwa i trwa… I mimo, że wokół nas jesienne dekoracje, natura wciąż nas rozpieszcza. Jest tak cudnie! Od rana pachnie w ogródku jesienią, ale kwiatki kwitną po raz drugi w tym roku.  Słońce przygrzewa z taką mocą, że wciąż trudno zmienić swą szafę w jesienno-zimową. Temperatura 75F (ok. 24 C) , to nawet jak na Houston wyjątkowo ciepło. W południe słońce przygrzewa jak w środku lata. 

Ale nie mam zamiaru pisać prognozy pogody!  Pogoda, jak powszechnie wiadomo – zmienna jest. Ma za to ogromne znaczenie dla naszej psychiki. Otwierając rano oczy, nasze pierwsze spojrzenie, prawie zawsze, wędruje w kierunku okna. Od tego, co tam ujrzymy zależy nasz nastrój, który w ciągu dnia może się kilka razy zmienić, ale  ten pierwszy moment ma duże znaczenie. W naszym mózgu odbieramy “pogodowy”  impuls – radości lub smutku. Rozczarowania lub ekscytacji. 

Dwóch braci – jeden w krótkich spodenkach i zwykłym T-shirt-cie. Drugi – w długich spodniach i zimowej kurtce.Tak pogoda oddziaływuje na różne osoby. (No i te włosy rożne! – ale tu już pogoda nie ingerowała w wybory) 😂

A może tylko ja tak poddaję się pogodowemu nastrojowi?..  Gdy pada biały świeży śnieg (nie w Houston!) i świeci od rana słońce, nieważne czy temperatura jest grubo poniżej zera. Jest pięknie, radośnie i wcale nie myślę o tym, że jest mroźnie. 

Pamiętam polskie listopadowe dni, gdy zdarzało się, że dzień był ciepły i słoneczny. Inaczej niż tutaj, ale wtedy takich listopadowo – houstońskich dni jeszcze nie znałam..

Wychodziliśmy ze szkoły i nie chciało się nikomu iść prosto do domu. Wędrowałyśmy na Rynek w Krakowie, na małą kawę (niestety, “ogródków” jeszcze nie było albo bardzo niewiele…), wpadałyśmy do sklepów, głównie pooglądać, bo z “kasą” było kiepsko. 

Krakow, Planty, kasztany i my 🤔 (z sieci)

Lubiłyśmy siedzieć na Plantach i patrzeć na wielkie kasztanowce, z których co raz to spadał piękny brązowy kasztan… Niestety, dość szybko słońce chyliło się ku zachodowi i zaraz czułyśmy chłód. No i ten dziwny czas szarości… Już koło 5 popołudniu robiło się ponuro i ciemno. I czar ciepełka pryskał. 

Jesienny Kraków – symbolicznie

Tu, w Houston wieczór nadchodzi później i mimo tego, że u nas też czas na zegarach zmienia się na zimowy, to odczuwalność jest łagodniejsza.  

Polski listopad to dużo więcej deszczów, ostrych wiatrów i zimna. To już właściwie aura zimowa. Tu większość drzew jest zielona i zachowuje liście na czas zimy. Ale to nie znaczy, że liście nie opadają. Muszą jakoś wymieniać się “starsze na młodsze”.  Nie jest to jednak proces tak mocno dostrzegalny jak w klimatach czterech pór roku. 

Przebywając teraz dość często w Kolorado (Durango) wiem, że w wielu stanach zmiany pogodowe i pory roku są podobne albo takie same jak w Polsce.

Uwielbiam houstońską jesień. I zimę i wiosnę. Trudniej jest przetrzymać cztery miesiące lata. Dzięki tutejszej pogodzie ludzie naprawdę uśmiechają się częściej i więcej. Mają więcej energii,  planów, spędzają dużo więcej czasu na zewnątrz. 

Zimowa moda w Teksasie

Jeździmy na wycieczki, na cruise-owe wyprawy po morzach, organizujemy wiele imprez jak spotkania, festiwale, koncerty, grille – wszystko w parkach, na zewnątrz. Chce się żyć pełną parą! Ten czas sprzyja życiu towarzyskiemu. A to takie ważne, by nie zamykać się w czterech ścianach i poddawać się smutkom i niechęci do działań. 

Zimą – bywa, że się ochłodzi na kilka dni. Bywa, że powieje. Ale i tak większość dni jest ciepła i przyjemna. Świat mody i biznesu też żywo reaguje na pory roku. Można kupić sobie futerko, ale nie musi być tak ciepłe, aby chroniło nas przed prawdziwym mrozem. Lubimy ładne sweterki, ale nie muszą być grube i ciężkie. Mamy kozaki, ale często w nich gołe nogi… To zresztą bardzo (!!) teksańskie: kozaki (kowbojki) i krótkie spódniczki. I zgrabne gołe nogi. No, może już nie dla mnie taka moda, ale młodość może wszystko!! 

Jeden z bardzo „zimnych” zimowych dni w Houston

Wraz ze zmianami w kalendarzu, zmieniamy obyczaje, ubrania, plany. Mimo, że aura przeciwstawia się porom roku. 

Od lat, mimo że “starość nie radość” nie mam bólów głowy, nastrojów apatii czy senności wywołanych zmianami pogody. Inni mają i cierpią. To zjawisko meteopatii. Dotyczy nas wszystkich, choć niekoniecznie w jednakowym stopniu. I to nie jest wymysł hipochondryków. To poważny problem zdrowotny, który znika, gdy pogoda się ustabilizuje. Ale przed i w czasie “zawieruch” bardzo uprzykrza nam życie. 

Jestem osobą towarzyską i w spotkaniach i wyjazdach dobra pogoda mi pomaga. A kiedyś było jeszcze łatwiej. 

Kto wie, jak łatwo jest “wybiec” nawet na krótkie zakupy, gdy nie trzeba narzucać na siebie, kurtek, swetrów. I ciepłych butów.  I jechać autem po zaśnieżonej drodze. Albo – gorzej – pokrytej warstwą lodu. Ja wiem! 

Nigdy nie zapomniałam porannych trudności  w ubieraniu małych dzieci w rajstopy, spodnie, sweterki i na koniec kurtki, płaszcze i czapki. I jeszcze buty, które nie chciały gładko wchodzić na małe nóżki. A jak już udało mi się z tym wszystkim uporać (dwoje dzieci!) i zjechać windą z ósmego piętra do auta (przepraszam – “malucha”), to któreś dziecko wołało: “Mama, kupa”!  I z powrotem, na górę i od początku. 🙂  Och, jak bardzo wtedy czekałam na wiosnę!  Na słońce i ciepło.

Miałam 37 lat, gdy przyjechałam do Houston. Przyjechaliśmy i już zostaliśmy tutaj. Wiele osób ostrzegało nas, że lato jest trudne do zniesienia, że wilgotność, to coś, czego nie można komuś “opowiedzieć”. To trzeba poczuć samemu. Tak, to prawda! Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego otwierając drzwi i wychodząc na zewnątrz, nie odczuwam naturalnego “ochłodzenia”. Ciepła, które można polubić. A nie takiego, które przeszkadza, powoduje nadmierne pocenie się i nie przynosi żadnej ulgi. 

Pewnie wiele osób czytając te słowa, nie może pojąć, o czym piszę. Piszę o houstońskim lecie. Ale – to tylko cztery może pięć trudnych miesięcy. To czas, gdy fajnie jest wyjechać na wakacje, gdzie aura jest nieco chłodniejsza i nie ma wilgotności, nieznanej w innych częściach świata. Góry w Kolorado, wakacje w Stanie Północnej Karoliny czy Wirginii. Wycieczki do Stanu Washington czy Oregon, nawet do Kanady będą świetnym przerywnikiem i odskocznią od houstońskiego lata. 

I odwrotnie – jeśli chcemy mieć gości u nas – najlepiej wybrać czas od marca do maja i od października do stycznia a nawet lutego. 

Nigdy nie planowałam mieszkać w innym kraju. Zresztą w latach, gdy nam się to przydarzyło, nikt nie myślał o wyborze innego kraju jako miejsca do swojego życia. Oczywiście, trochę ludzi wyjechało z Polski świadomie i z planem na lepsze jutro. Wtedy tak to wyglądało… 

Dziś w Hiszpanii czy Portugalii Polaków tam mieszkających można spotkać wszędzie. I nie tylko na południu Europy. Można dokonać wyboru miejsca zamieszkania, jakie komu pasuje. To tylko kwestia odwagi, decyzji i pieniędzy. 

Kiedyś taka decyzja w oczach wielu Polaków uchodziła niemal za… zdradę. Dziś – po prostu świat jest otwarty, przestrzeń do życia jest wielka. Podobnie jak Polska stała się przystanią życiową dla emigrantów z wielu różnych krajów. Powinniśmy to dziś rozumieć jasno i bez negatywnych uczuć. 

Ludzie szukają dla siebie miejsca w różnych krajach – tych zimniejszych jak Norwegia, Dania, Irlandia, Wielka Brytania, Niemcy, ale najczęściej ciągną do słonecznych miejsc – do Włoch, Hiszpanii, Kostaryki, a nawet do Brazylii i Argentyny. 

Zdjęcie z temperaturą na termometrze na ścianie naszego patia zrobione 7 listopada 2025, o godz. 4.34 popołudniu. Siedzę na patio w pełni słońca – koniec października. I nowe kozaki na najbliższą zimę! 😆

Żyć można wszędzie. Zależy, co jest naszym priorytetem. I jak potrafimy wpisać się w inną “geografię” i tradycję. 

Wybierając kraje południowe, dodatkowo wiemy, że pogoda pomoże psychicznie i organizacyjnie. Ale na pewno nie jest to główny argument do zmiany miejsca. 

Zawsze myślę, że moje miejsce w Houston to nie był mój wybór. To wybór Boga i losu. Przypadku i układów w moim życiu w tamtym 1990 roku…  Ale skoro już tak się ułożyło, to Pan Bóg wybrał mi dobre ciepłe miejsce dla mojej drugiej połowy życia. 

Lubię duże miasta i jestem pośrodku 6 milionów ludzi i niesamowitego ludzkiego ruchu. Mam swoje ciepełko, które lubię. Nauczyłam się znosić bez specjalnych “poświęceń” upały lata. Mocna klimatyzacja wszędzie i w każdym miejscu, wiele prywatnych i publicznych basenów, morze Zatoki Meksykańskiej są bardzo pomocne w tym czasie.  

A jeszcze jak mam tutaj rodzinę i przyjaciół wokół – mam swoje ciepłe miejsce. 

Nawet w listopadzie! I w grudniu też…

**************************

Listopadowo, pogodnie i nostalgicznie. O jesieni, przemijaniu i nadziei na odrodzenie… W kolorach piękna przyrody i życia – dla wszystkich, z łezką i z uśmiechem…


POWRÓT