Czekanie czy oczekiwanie? Serca poszarpane…

1 sierpnia 2025 

Życie człowieka jest wielkim czekaniem. Czekanie to ciekawość, co będzie jutro i za rok. Czekanie to marzenia i pragnienia. Także –  strach i bezradność.  

Jak inaczej i najprościej nazwać zwykłe ludzkie uczucia? 

To, co wydarza się dziś i teraz, jutro już będzie historią. Nikt nie wie, co nam przyniesie jutro. A jednak wciąż czekamy. I z niecierpliwością snujemy plany, wymyślamy, kreujemy obraz naszych oczekiwań. Albo trzęsiemy się jak osika w jesieni, bo wizja różnych przemyśleń nas przeraża. Boimy się nadejścia krytycznej godziny i prawie zawsze marzymy, by jutro było lepiej.

Banalne. Każdy tak ma. Mniej czy bardziej intensywnie. Zależy od splotu wydarzeń, od naszej własnej emocjonalności, wyobraźni i empatii. 

Coś jednak sprawia, że nasze “czekania” są tak bardzo różne. 

Gdy byłam małą dziewczynką, podobnie jak wiele innych dzieci, czekałam na przyjście Mikołaja i Święta Bożego Narodzenia. Potem na przyjście wiosny, a jeszcze później na koniec roku szkolnego i wakacje. 

Czekałam na zbliżającą się (strasznie powoli) godzinę 6 po południu, kiedy ktoś czekał na mnie pod pomnikiem “Adasia” na Krakowskim Rynku. Dzień wydłużał się niemiłosiernie, wskazówki zegara prawie stały w miejscu. 

Kilka lat później był jeszcze miesiąc do ślubu. Czekałam. Pewnego dnia już tylko tydzień do daty porodu. Zawsze coś. 

Aż przychodzi dzień w życiu, gdy już nie bardzo chcemy czekać “na jutro”.  Może można by tak, z powrotem?  Powoli, krok za krokiem, do tyłu?..

Nie, nie można..

W  gramatycznym rozumieniu “czekać” można na wszystko: na kogoś, na coś. Słowo “czekanie” wymaga użycia przyimka – na, pod, obok, przy… Możemy tak określać miejsce, osobę, rzecz. 

“Oczekiwanie”  brzmi bardziej formalnie. W moim odczuciu – oczekiwanie – to proces czekania na coś co znam, co wiem, że się wydarzy, że nastąpi w najbliższym określonym czasie. Niezależnie czy to oczekiwane wydarzenie ma nastąpić jutro, czy za pół roku. 

Każda nasza godzina życia jest wypełniona. I nieważne czy jest świadomie zaplanowana czy nie – toczy się. Do przodu. 

Nikt z nas nie czeka na zły moment, na tragedię życiową. Czekamy w różnym sensie i na różne sposoby. Nawet kiedy jest trudno i smutno, wciąż liczymy, że jutro będzie lepiej…    

Jak więc przeżyć nieoczekiwaną tragedię. Tak wielką i tak nieprzewidywalną, że umysł ludzki nie potrafi jej ogarnąć, a co dopiero serce.

W chwili, gdy to piszę, minął dopiero tydzień od tragicznej nocy powodziowej w południowo – centralnej części Texasu. Piękne zielone tereny nad rzeką Guadalupe. Wymarzone ciche miejsce, zachęcające do odpoczynku, relaksu. Ulubione przez Teksańczyków na weekendowy wypoczynek, z dala od zgiełku wielkich miast jak Houston Dallas czy Austin.  

Właśnie tam, od stu lat organizuje się wakacyjny odpoczynek dla dzieci i młodzieży. “Camp Mystic”, prywatny letni obóz dla dziewcząt, jest jedną z części wielkiego bezwyznaniowego – chrześcijańskiego obozowiska rozciągającego się niemal w całym Hill Country w Teksasie. Wspaniałe miejsce, gdzie jeszcze niedawno uczestnikami obozu „Mystic Camp” było około 750 dziewczynek w wieku 7-17 lat, 108 opiekunów i dodatkowo wolontariuszy i pomocników przy różnych rodzajach prac. To fantastycznie wyposażony teren, gdzie dzieci i młodzież mogą nauczyć się wszystkiego – sportów letnich, jazdy konnej, wszelkiego rodzaju robótek artystycznych, muzyki, śpiewania, pływania… „Raj” – by wakacje tam spędzane na zawsze pamiętać.

Najbliżej rzeki Guadalupe położone były domki, w których umieszczono najmłodsze grupy  dziewczynek. Nie był to pierwszy raz. Organizacja i lokalizacja całego obozu dla wszystkich grup wiekowych zajmuje olbrzymi obszar, w różnych częściach tego “kawałka ziemi”. 

Dzieci przyjeżdżają tam nie tylko z Teksasu. Obóz jest drogi, ekskluzywny,  ale warto choć raz wyprawić tam swoje pociechy. 

Znam osobiście rodzinę, która przez wiele lat wysyłała tam swoje dzieci. Nasz wnuk jest najmłodszym uczestnikiem tych wakacji w ich rodzinie. Ma prawie 13 lat. Od kilku lat, każdego roku, przebywa na dwutygodniowym turnusie. Podobnie – jak wcześniej jego Mama, jej starsze siostry, bracia, kuzyni i rodzice. 

Turnus, na który miał pojechać, rozpoczynał się dwa tygodnie po tragicznych wydarzeniach…

Przemknęło mi przez myśl… a gdyby był tam kilka tygodni wcześniej? I natychmiast zawstydziłam się… Nie o nim, nie o mnie powinnam teraz myśleć… 

Obóz – od wielu dziesiątek lat ma swoje zasady. Wiek dziecka, organizację grup, rodzaje zajęć. Wszystko przemyślane, do najmniejszego szczegółu. Nie ma zabawy z telefonem, jest przyroda i radość wspólnej zabawy. Relacje między dziećmi, przyjaźnie. Ci, którzy przez wiele lat byli uczestnikami obozu, gdy osiągają wiek, który wyklucza ich z obozu jako uczestników, często zgłaszają się do pracy/pomocy jako pomocnicy i opiekunowie. Wydaje się, że nic nie może może zakłócić takiej sielanki…

Obóz harcerski i kolonia zuchowa w Powroźniku. Nic nie zapowiadało zbliżającej się powodzi…

Takie wakacje są mi bardzo bliskie. W młodości przez lata podobnie spędzałam wakacyjny czas – na koloniach zuchowych, potem na obozach harcerskich. Najpierw jako szary uczestnik, a później przez wiele lat – jako instruktor (opiekun).  Daleko nam było do takich warunków i możliwości, jakie są dzisiaj i tutaj. Ale dawaliśmy z siebie wszystko, by dzieci i młodzież byli  zajęci, szczęśliwi. I każdego dnia uczyli się jak żyć mądrze, jak dawać sobie radę w trudnych sytuacjach, a przede wszystkim jak budować przyjaźń i więzi z rówieśnikami.  

W tych zasadach niewiele się od tamtych lat zmieniło. Niezależnie czy czasy są trudne czy dużo łatwiejsze, ile mamy pieniędzy – istotą i sensem takich miejsc są dzieci. Ich radość bycia z innymi, uczenie się przez zabawę. I oczywiście – bezpieczeństwo.

Pokolenia się zmieniają – dzieci dorastają – a przesłanie pozostaje takie same. 

Zapiski z kronik obozowych. Powroźnik 1972

Kiedyś w 1970 roku  – w czasie obozu w Bieszczadach  i dwa lata później,  w Powroźniku koło Krynicy Górskiej (1972) szczep “Harnasie” musiał zmierzyć się z  powodziami (nasze obozy niemal zawsze były usytuowane nad rzekami, jeziorami lub w pobliżu morza). 

Przeżyliśmy ewakuację, bo nasze namioty były kompletnie zalane. Przeżyliśmy grozę zwijania obozu w pośpiechu, w warunkach zimnego ulewnego deszczu, który padał i lał przez tydzień. Przetrwaliśmy dzięki pomocy leśniczych i dobrych ludzi, którzy pomogli nam, nakarmili, przygarnęli do swych domów. 

Wspomnienia – kronika obozowa, Bieszczady 1970 r.

Wszystko to pamiętam jako wielki strach, co naprawdę mogło się  jeszcze wydarzyć… Na miarę wyobraźni i wspomnień – pamiętam to jako koszmar.  

Rozmiar tamtych powodzi nie ma logicznego porównania do wielkości tego, co stało się zaledwie kilka dni temu w Teksasie.    Ale strach przed żywiołem i jego dewastującą siłą jest zawsze taki sam.

Przeżyłam w Houston już kilka powodzi, w tym huragan Rita, powódź Harvey. I inne. Nikt,  kto tutaj nie mieszka, nie może wyobrazić sobie, jak naprawdę może padać ULEWNY deszcz! 

Jak nagle wielka, betonowa autostrada może zamienić się w rzekę niosącą zalane do czubka dachu auta. Nie rzeka, która przekroczyła swoje koryto, tylko woda deszczowa, która w mgnieniu oka potrafi utworzyć “rzekę” na autostradzie.

Jaką siłę może mieć rzeka zmieniająca się nagle w brązową potężną wodnistą maź, która pociąga ze sobą wszystko, co na jej drodze. Widziałam łodzie ratownicze płynące zwykłymi ulicami osiedlowymi, które też nagle stały się rzekami. A w tych łodziach byli ludzie spieszący na ratunek tym, którym udało się wejść na dach, na drzewa, tracąc wszystko oprócz szans uratowania życia. 

Mieszkając już w Houston obserwowałam powódź “1000 -lecia” w Polsce, na Dolnym Śląsku, i we Wrocławiu. A także powódź w maju i czerwcu w 2010 r. 

I czułam to samo co kiedyś,  na obozach harcerskich i w czasie kataklizmu w Nowym Orleanie,  czy houstońskiej powodzi Harvey. Ten sam strach, ta sama bezsilność. Łzy i rozpadające się serce…

Kataklizmy zdarzają się i wciąż nas nawiedzają.  A za tym wszystkim kryją się ludzkie tragedie…

Nikt nie czeka na taki dzień. A jednak przychodzą. 

********************

Żyję wciąż wielkim smutku tego, co wydarzyło się ponad tydzień temu, tak „niedaleko” Houston. 

4 lipca 2025

Jedna noc, kilka burz i ulewny deszcz. I dzieci – dziewczynki, najmłodsza grupa tego wielkiego obozowiska. Brak prądu, brak Wi-Fi – jakiegokolwiek kontaktu. Noc, 4 lipca. Piękne amerykańskie święto… Ciemna noc, kiedy małe dzieci powinny spokojnie spać i wypoczywać. 

A potem już tylko coraz bardziej tragiczne wieści rozdzierające serca wszystkich – rodziców, dzieci, ekip ratunkowych. Ludzi, którzy całymi rodzinami właśnie wtedy wyjechali na wakacyjny odpoczynek nad rzekę Guadalupe.  Serca zamierające z rozpaczy, bo nie wiadomo, gdzie są ich pociechy, co naprawdę tam się dzieje… 

Nie ma żadnych wieści, nie można dojechać na miejsce obozu. Ludzie zbierają się w grupy, rozmawiają, mdleją z rozpaczy, albo tylko płaczą.  Czekają… Na wiadomości, na lepsze wieści, na szczęśliwy traf jutrzejszego dnia, następnej godziny…

Jestem matką. Jestem babcią. Mam tak samo rozdarte i zrozpaczone serce. Czuję całą sobą tragedię tych ludzi – ofiar i tych co przetrwali. Tych, których szczęśliwy traf uratował. I tych, których rzeka pokonała… 

Nie! Nie mogę czuć tego, co oni! Mogę tylko wysyłać im moje myśli, moją modlitwę, mój ogromny żal i współczucie, choć nie znam tych ludzi osobiście. Jestem bezsilna. Wobec natury, jej potężnej, nieposkromionej siły, która niszczy niewinne życia ludzkie. Wobec bólu tych, którym właśnie serce pęka. 

Rozmiar przeżywanych przez nich tragedii jest bezdenny. Ból nigdy się nie skończy. 

To tragedia zbiorowa, społeczna. Ale przede wszystkim – to pojedyncze rozszarpane zrozpaczone serca. I twarze małych dziewczynek, które już nigdy nie uśmiechną się, nie przyjadą na następne wakacje, by pojeździć konno i zaśpiewać wspólnie piosenki. 

Śmierć dzieci, tak bardzo przypadkowa i bezsensowna nie jest zrozumiała. Śmierć wielu innych ludzi – dorosłych, starszych i tych, którzy ratując innych także utonęli – równie niepojęta. 

NIE!!! Nikt z nich NIE czekał na taki dzień. A jednak nastąpił..

Nie moją rolą oceniać, czego można było uniknąć, a czego nie. W takich momentach nikt nie wie, co jest logiczne. Ludzie działają instynktownie i czasem nie jest to szczęśliwy wybór. A częściej po prostu – nie ma wyboru. 

Nie można zapomnieć o setkach ludzi przybyłych na pomoc, pracujących w niesamowicie trudnych warunkach i w wielkim niebezpieczeństwie, by ratować innych. By szukać wśród konarów drzew, zalanych domów, na dachach, w tak dziwnych nieprzewidzianych miejscach… –  wciąż żywych, choć wykończonych ludzi. Uratować jednego człowieka. Dziesiątki, setki… Za wszelką cenę. Niektórzy nawet za… cenę własnego życia. Nieznani bohaterowie, także ofiary powodzi. 

Ilu z nich uratowało ludzkie życie? Jedno życie. Każde bezcenne. Kochane przez kogoś innego. 

Ledwo uruchomione telefony… Ostatnie wiadomości – ”I love you” – ostatnie słowo życia.  

Niewyobrażalny ból i… miłość. Nikt nie czeka na taki moment.

******************************

Oczekuję na moją operację wymiany kolana. Za tydzień. Oczekuję, bo wiem, że musi nastąpić.  Czy się boję? Pewnie! Trochę… Chwilami bardzo. Boję się bólu, niechcianych powikłań. Wyobraźnia pracuje – w obie strony. 

Ale czymże jest ból fizyczny w morzu bólu serca? Ból mentalny jest po stokroć trudniejszy do poukładania go sobie w głowie. Nie kończy się nigdy. Będzie można z nim kiedyś żyć, ale po takiej stracie ból nigdy nas nie opuści. 

Nie będę – jak to zwykle robię w moich wpisach – szukać zdjęć i ilustrować tej powodzi. Ludzkich łez matek i ojców. Braci i sióstr. Obcych – zwykłych ludzi, którzy tak jak ja nie mogą sobie dać rady z tym doświadczeniem, choć mnie nikogo bliskiego powódź nie zabrała. 

Oczekuję – na operację, na ból z nią związany, na trudności w normalnym codziennym życiu przez najbliższe miesiące. Czekam na dni trudne – ale z nadzieją, że będę jeszcze normalnie chodzić. Pojadę na wakacje. Zobaczę jeszcze wiele pięknych zakątków i będę się cieszyć. 

 Aż nadejdzie dzień, którego nie oczekuję… 

*********************************

Czekanie może być radością i może być otchłanią rozpaczy.  Czekanie jest częścią życia. 

Ci, którzy stracili sens życia bez najbliższych niech uwierzą, że otrzymają w darze dzień pocieszenia i równowagi. Choć dziś to tylko moje – wydaje się – wytarte puste słowa – nadzieja umiera ostatnia. 

Trzeba wierzyć.

Dla wszystkich „poszarpanych i rozdartych” serc – piosenka w której słowa przywracają nadzieję. „Nie żegnaj mnie” – śpiewa Marek Nowak.

„Człowiek nie umiera, dopóki żyje w naszej pamięci „


POWRÓT

Kiedy sen nie nadchodzi…

17 lipca, 2025

O snach można bez końca. Odkąd istnieje świat, ludzie śnili. I nie mogli rozwiązać sensu snów. Tworzyli własne mity, interpretacje, domysły i wiarę.  

Ilu ludzi, tyle prób odczytania snów. A przecież śnimy co noc, tyle że większości snów nie zapamiętujemy. Albo pamiętamy je tuż po obudzeniu, a zaraz potem uciekają nam z pamięci w “siną dal”.

Można szukać symboliki, wierzyć w nią albo przeciwnie – próbować wyjaśnić na przekór. Wierzyć tak… jak nam wygodnie. Jeśli bardzo pragniemy, by sen się spełnił, będziemy szukać takiego potwierdzenia. Ale jeśli nas martwi, denerwuje – podświadomie uciekamy od negatywnych interpretacji. 

Indiański symbol – Łapacz złych i koszmarnych snów.

Choć wiedza naukowa na temat ludzkich snów jest już dzisiaj szeroka, to  mnie osobiście jej wiarygodność nie przekonuje. Dlatego w tym rozważaniu nie będzie o symbolice, domysłach, życzeniach i marzeniach sennych. Zostawiam to zainteresowanym do własnych rozmyślań. 

Mój senny a raczej bez-senny tekst ma być o moich doświadczeniach nocnych. O tym co dzieje się w mojej głowie, gdy nie mogę spać. I dlaczego nie mogę spać? Dlaczego zmęczona po całym dniu po prostu nie mogę usnąć. 

Nie jestem wyjątkiem! Insomnia (czyli po prostu bezsenność) jest chorobą. Przyczyn może być dużo i dotyka wielu ludzi niezależnie od wieku. Tyle, że nie jestem pewna, iż mój problem to tylko „medyczna” wersja insomnii. 

Każdy z nas ma w życiu “góry i doliny”. Dotyczy to zarówno wydarzeń, na które często nie mamy wpływu jak i konsekwencji mentalnych, emocjonalnych tych zdarzeń. Z upływem czasu nasza wytrzymałość na zwykłe codzienne “dzianie się” jest mniejsza a zmęczenie większe.  W konsekwencji problemy ze snem piętrzą się sięgając wszelkiego rodzaju zaburzeń.  

Brak snu – dla mnie koniecznie przynajmniej osiem godzin, (czego na pewno nie potrzebowałam w młodości) – objawia się w bardzo różny sposób. Nie znoszę wstawać bardzo wcześnie, choć oczywiście rozumiem doskonale, że czasem jest taka konieczność. Unikam tego kiedy tylko się da, ale nie można całkiem wyeliminować takich sytuacji. Po takim wstaniu o 4 -5 rano jestem cały dzień nieprzytomna. Nie pomagają próby dodatkowej drzemki w ciągu dnia. Mam takie „przerywniki”, gdy powieki zamykają się bezwiednie, nogi tracą grunt, a ja doznaję nagle ogromnego strachu, że coś się złego wydarzy..  

Czasem pomaga dodatkowa kąpiel pod  prysznicem, szybka kawa, towarzyskie rozmowy. Ale to tylko chwile – wzmacniacze. Mój umysł zamarza. A wraz z nim całe ciało. Czuję się źle, gubię się w logicznym myśleniu. Wreszcie udaje mi się dotrwać do wieczora, kiedy już można spać. I wtedy zaczyna się kolejna faza trudności… Nie potrafię położyć się do łóżka wcześniej. Mój biologiczny zegar pozwala mi na to około północy, a zazwyczaj kładę się spać po 24.00. Jeśli zdarza się inaczej – muszę być naprawdę chora, by mnie zmogło wcześniej. Moje “prywatne” osiem godzin snu musi zawierać się między 24.00 a 8 – 9 rano. 

Moje łóżko w sypialni jest szerokie, wygodne – niemal idealne

Jest takie popularne powiedzonko amerykańskie – “Everybody is different”.  Wiem, że według wielu badań i doświadczeń ludzi, faza  snu przed północą jest najbardziej wydajna. Widać jednak, nie dla wszystkich…

Kładę się spać na wygodnym szerokim łóżku. Często biorę pół tabletki na sen. Czasem – rzadko – całą. Układam się w najlepszej pozycji, jaką mogę sobie wygospodarować. Mała poduszka “jasiek” ma pomóc. Wałek pod kolano ma pomóc. Staram się wyciszyć. Już już wydaje mi się, że zapadam w ciszę własnych myśli…

Zegarowe światełka odmierzają godziny bez snu…

I zaczyna się koszmar. Wszystko zaczyna mi przeszkadzać! Swędzą ręce, nogi, każda zmiana pozycji po kilku minutach, ba, nawet sekundach jest niewygodna. Myśli zaczynają biegać, gonić jedna za drugą. Już nic nie jest spokojne. Na suficie mam czerwone liczby, odbicie czasu zegarka, które uświadamiają mi, że męczę się tak już drugą godzinę. Albo trzecią. 

Nasze osobiste „łapacze” złych snów. Mój jest niebieski, ale niezbyt dobrze wywiązuje się ze swojego „zadania”.

Wstaję – idę do łazienki. Wracam. Szklanka stoi na półce przy łóżku. Wypijam kilka, kilkanaście łyków wody. Mam ochotę wstać i chodzić po mieszkaniu. Ale nie chce mi się  wyjść spod kołdry.

I znów dziesiątki zmian pozycji. Przymykam oczy, myślę o dobrych chwilach, o pozytywnych rzeczach. Myślę, ale za minutę wciska mi się inny temat. Nie umiem upilnować swoich rozbieganych myśli. Są odporne na każdy mój sposób. Oczywiście “liczenie baranów” nie wchodzi w grę. To jeszcze bardziej pobudza złość, że nie mogę usnąć. 

Zamykam powieki. Widzę dziwne obrazy. Tylko kolory, żadnych konkretów. Kolory pływają. Zbliżają się do mnie i oddalają. Zmieniają kształty, rozszerzają się, uciekają w dal albo napierają na mnie. Zataczają koła, pulsują, znikają, by zrobić miejsce następnym ruchom figur i kolorów. Są zachwycające i straszne. Układają sie w rozpędzone chmury albo roztańczone koła. Zawsze są w ruchu! Ciepłe, ogarniające mnie… Albo są wielkim strachem, ktory zaraz mnie porwie, wchłonie w nieznaną przestrzeń..

Może powinnam w takich książkach poszperać?😂

Nie ma konkretnych, wyrazistych obrazów, są ruchy, kolory i czasem dźwięki. Trudno je opowiedzieć. Są tylko wrażenia – drgające we mnie i trudne do poukładania logiczne w słowa.

Czy ja śnię, czy to dzieje się w mojej przytomnej głowie? Nie wiem. Otwieram oczy i wydaje mi się, że nie śpię. Ale może to było wyłączenie świadomości? Może kręgi światła i kolorów to nie rzeczywistość? To tylko zjawisko pomiędzy świadomością a snem? Pół-sen… 

Sprawdzam czas. Minęło kilka minut. Albo – dużo więcej.  Zawieszenie. I nadal zmęczenie. Bo nie śpię. Czuwam nad obrazami. 

Znów wstaję z łóżka. Znów rundka do łazienki i do kuchni. Dom wydaje się pusty chociaż wiem, że nie jestem sama. Nie zaświecam światła. Tu i ówdzie przedziera się poświata małych lampek zainstalowanych na noc. Gdzieś u sąsiada zostawiono lampę na piętrze domu. Jej blask dociera do mojego pokoju.. 

Kolejny raz kładę się pod ciepłą kołdrę. Teraz już zasnę, oczy same się zamykają. Już prawie jestem w “objęciach Morfeusza” i nagle – jakieś twarze, przypomniane sprzed lat. Niepowiązane ze sobą ani logiką, ani czasem, ani miejscem, ale znam je. Spotkałam kiedyś…  

Mieszają się, biegają  wokół mnie. To musiał być sen. Przecież ludzie z naszego dawnego życia nie wracają do nas ot tak, bez powodu. Przychodzą – w snach. I nie dają o sobie zapomnieć. 

Czy ich pamiętam? Czasem. Czasem, gdy obudzę się, często po godzinie, czyli wciąż w nocy, wiem kto pojawił się w moim śnie. Zdarza się, że to postać ze świata filmowego, literackiego. Później, gdy znów uda mi się zapaść w letarg/sen/niemoc/ciszę… budząc się niemal za chwilę, już nie umiem odtworzyć tego, co działo się w mojej głowie.  

Bywają noce, że sen przychodzi nad ranem, że ostatnie sprawdzanie czerwonych cyferek zegarka było o 3- 4 rano albo i później. Nie umiem znaleźć powodu, dlaczego tak męczę się w nocnej ciszy, nie znajduję przyczyny, którą potrafiłabym sobie określić.  Widać, moja podświadomość „wie inaczej”. Działa na pełnych obrotach…

Nie sądzę, żebym była w tych reakcjach wyjątkowa. Ale gnębi mnie, że nie umiem dotrzeć do siebie i zrozumieć, co może być tego powodem. Wiem, że śnimy, że sny są naturalną częścią naszych procesów w głowie. Rozumiem, że pamiętamy tylko fragmenty i często jesteśmy w stanie sobie “dopisać” obrazy. Tak jak chcemy. Albo jak nam się wydaje, że było w naszym śnie. 

Dziesiątki wersji Senników. Ludzie to uwielbiają! I często szukają satysfakcjonujących i kojących wyjaśnień sennych doświadczeń

Pamiętam, że był taki okres w moim nastoletnim życiu, kiedy lubiłyśmy z przyjaciółkami opowiadać sobie sny. Te opowieści były zawsze bardzo barwne i konkretne. I na pewno – były wytworem naszej młodzieńczej wyobraźni i pragnień emocjonalnych. 😂

Naukowcy potwierdzają, że sen jest oparty na wydarzeniach dnia czy godziny, niekoniecznie wczorajszych czy sprzed tygodnia. Coś mogło wydarzyć się bardzo dawno i wraca po wielu latach objawiając się we śnie. Dlatego tak mocno ludzie wierzą w senniki, w symbole senne. Czasem zdarza się, że sen się spełnia. Wystarczy, że zdarzy się coś, co jest maleńką cząstką snu i już chcemy odczytać to jako przepowiednie, spełnienie. 

Dlaczego w moich snach pojawia się Mama czy Tata? Mogę to zrozumieć. O rodzicach myślimy, mówimy o nich – nawet niekoniecznie świadomie. Ale dlaczego nagle dostrzegam kogoś z dalekiego dzieciństwa? Kogoś, z kim nie miałam ani silnych związków, ani emocjonalnych więzów pamięci? Bywa, że są to niezidentyfikowane osoby czy wydarzenia, co do których nie mogę uświadomić sobie, kiedy mogły zdarzyć się w moim życiu. Gdzieś, kiedyś ich spotkałam… Czy podświadomość ma silniejsze bodźce niż pamięć świadomości? 

Wiem jedno – moje godziny nocne, w których sen nie chce przyjść, są bardzo trudne. Męczą w nocy, w zwidach, w krążących myślach. W strachu przed czymś nieuchronnym i czymś, co kiedyś było i co musi jeszcze nadejść. 

Nieprzespane godziny czarnych myśli i kolorowych obrazów “budzą” mnie rano zmęczoną. Z poczuciem, że nadal nie rozumiem siebie i nie potrafię znaleźć sposobu na spokojny sen.  Sny dają nam to, co chcielibyśmy powtórzyć albo o nich zapomnieć. Ale werbalnie nie potrafimy tego wyrazić!

Może tak jest, a może tylko tak interpretujemy swoje marzenia? Bo sny są nie tylko ciepłe i miłe. Bywają i to nie rzadko, sny koszmarne, przerażające, których wcale nie chcemy spotkać w czarnej nocy. Są takie sny, które “dzieją się” bez snu. Takie, które odpychamy, a jednak wracają wielokrotnie. I nie dają zasnąć. Nie przynoszą nam odpoczynku, wytchnienia. Nie reagują na tabletki, na ucieczki w dobre pozytywne rozmyślania. 

 Może kiedyś znajdę na siebie sposób? Może sen zaprzyjaźni się ze mną i otuli spokojem… 

****************************  

Ach, przy okazji – nie sypiam sama😂, ale chętnie przypomnę wam (bardzo) stary przebój „Ja się boję sama spać” . Po raz pierwszy wykonała tę piosenke ZULA POGORZELSKA w 1926 r. Później śpiewały ją Kalina Jędrusik, Alina Janowska, Barbara Rylska, Natasza Urbańska i inni.

Ja znalazłam wykonanie swingowe – zespołu Lazy Swing Bend. Zupełnie inne niż wszystkie wcześniejsze… Za to takie, które udowadnia, że stare dobre piosenki nigdy się nie starzeją…

 


POWRÓT

Jak “nudzę się” w czasie deszczu 

1 lipca 2025

Kilka dni temu, po wielu tygodniach – padał deszcz! Niedługo, ale bardzo intensywnie. Nareszcie! 

Harvey – huragan w Houston w 2017 r. Wstrząsające przeżycie i dramatyczne skutki.

W Houston czasem czekamy na deszcz długie tygodnie. 

Bywa, że pokropi chwilę, bywa, że leje ścianą wielkiej fontanny. Czasem pada przed kilkanascie godzin a nawet dni i zalewa duże części miasta. 

Przeżyłam juz kilka “deszczowych katastrof” w Houston. Nigdy wcześniej, zanim tu nie zamieszkałam, nie wiedziałam, że TAK może padać. O, wiele razy widziałam powodzie w TV, w internetowych  wiadomościach, na zdjęciach.

Łososina – niedaleko Nowego Sącza i Malinowej. Powódź w 2021 r. (z sieci)

Z dzieciństwa pamiętam nurt cichutkiej rzeki Łososiny w Laskowej, gdzie jeździliśmy na wakacje. W ciągu jednej nocy rzeka (górska, i to wcale nie w wysokich górach!) zmieniała się w szaro-brutalną szalejącą wodę, płynącą dziesięć razy szybciej niż normalnie. Nie było szans by przejść na drugi brzeg rzeki, podczas gdy w słońcu i spokojnym dniu biegaliśmy przez rzekę nie zanurzając nóg wyżej niż do kolan.

Tu w Stanach wielkie powodzie i huragany  przybierają umowne imiona (żeńskie i męskie – naprzemiennie) i ludzie pamiętają takie wydarzenia jako Alison, Harvey, Rita, Katrina, Sandy, Irma i wiele innych. Huragany mają różne “sposoby działania” w naturze, ale zawsze powodują ogromne opady deszczu, powodzie i straszliwe zniszczenia. 

W Polsce też w ciągu ostatnich dziesięcioleci ich nie zabrakło. Wystarczy wspomnieć wielkie opady deszczów i powodzie w 1997 r. i w czerwcu 2010 r. 

Deszcz ma także życiodajną funkcję. Nie lubimy go, gdy pada, jest zimno i utrudnia nam codzienne życie. Za to dla przyrody, rolników, zwierząt deszcz odgrywa zbawienną rolę. 

Kochani – niezapomniani 😃

Deszczowa pogoda przeszkadza, ale i ułatwia życie. Jak zwykle – są “dwa światy” i w każdej sytuacji odczuwamy to inaczej. 

Kiedyś, w latach 60-tych Jeremi Przybora (słowa) i Jerzy Wasowski (muzyka) czyli eleganccy “Starsi Panowie” napisali popularną piosenkę pt. “W czasie deszczu dzieci się nudzą”.

Śpiewała ją Barbara Krafftówna a piosenka doczekała się dziesiątek wykonań i interpretacji. 

LASKOWA – zdjęcie z sieci, współczesne

Mam takie bardzo miłe wspomnienie z dzieciństwa. Są wakacje, ciepło i beztrosko. Zielone łąki, pola dojrzewających zbóż, w których rosną czerwone maki i szafirowe bławatki. Poranek był słoneczny, ale już w południe zaczęły się zbierać czarne ołowiane chmury. A potem lunął deszcz jak z armatki wodnej. Słychać było potężne grzmoty i błyskawice na niebie. Była nas pokaźna grupka dzieciaków w wieku od 5 do 10 lat. Jeździliśmy na te wakacje w Laskowej trzema, czasem czterema rodzinami, mieszkaliśmy u miejscowych gospodarzy w sąsiednich domach. Bawiliśmy się zazwyczaj razem, choć czasem w mniejszych “podgrupach” też. 😃

To wtedy schowani pod wielkim kuchennym stołem wymyśliliśmy zabawę w teatr. Wpadł nam pomysł przedstawienia z pacynkami. Zaczęliśmy wymyślać jak je zrobić i z czego. I całkiem dobrze nam poszło. Pamiętam, że zużyliśmy kilka ziemniaków, cebuli, buraków do tworzenia pacynek. Nie pamiętam szczegółów, ale jakieś kamyczki zamiast oczu, patyczki, chusteczki, skrawki szmatek na “ubranka”…  

A potem – nagle deszcz ustał, chmury popłynęły gdzieś daleko i słońce zaświeciło z powrotem. A my – dzieciaki wybiegliśmy z domu na pobliską łąkę i taplaliśmy się w wielkich kałużach zupełnie ciepłej deszczówki 😂. Fantastycznie! Uwielbiałam to. Pamiętam to uczucie swobody, bez ograniczeń typu ”uważaj, przeziębisz się! Pobrudzisz ubranie! Uważaj, wywrócisz się..” itd.

To były piękne chwile. Tak piękne, że do dziś są w szufladzie mojej pamięci..

Wróciliśmy do swoich zabaw nad rzeką, w ogrodzie, w lesie. Aż po kilku dniach mama poczuła brzydki zapach w kuchni. Rzuciliśmy się na poszukiwania przyczyny i okazało się, że nasze porzucone w pudełku teatralne pacynki zgniły całkowicie i zamieniły się w brzydką mazię. FFUU! 

Musieliśmy je natychmiast wyrzucić do śmieci i… poczekać na następny ulewny deszcz, żeby je odtworzyć. Ale – nie pamiętam, czy faktycznie zrobiliśmy je ponownie. 🤔

Deszcze wiosenne są przyjemne. Pachną świeżością, pierwszymi nowymi listkami i kwiatami. Deszcz letni może wybawić nas od zaduchu, upału. Może także zepsuć upragnione wakacje, bo i tak się zdarza. Zimowy deszcz zmieszany ze śniegiem, mrozem może bardzo uprzykrzyć nam życie… 

Deszcze zmieniają nasz nastrój, humor i zwykłe codzienne plany. Ale deszcz – nie musi nas zanudzić!! 

Jak daleko sięgam pamięcią w czasy swego dzieciństwa czy wczesnej młodości, nie przypominam sobie nudy w moim życiu. 

Jako dziecko – byłam „ samowystarczalna” i umiałam sobie organizować wolny czas. Uwielbiałam oglądać a później już czytać czasopisma dziecięce i młodzieżowe. Najpierw był Miś, potem Świerszczyk, Dookoła Świata, Panorama, Przekrój.

Jedne z setek książek dla młodzieży mojej epoki

Albo książki, które zapamiętałam – „Beethoven i dżinsy”, ”Zapałka na zakręcie”, „ Jezioro osobliwości” (autorka Krystyna Siesicka) „Ten obcy” (Irena Jurgielewiczowa) czy „Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek” tejże autorki. I jeszcze cała seria „ Tomków” Alfreda Szklarskiego. A potem seria „Ani z Zielonego Wzgórza”. I klasyka Sienkiewicza – „Ogniem i mieczem”, „Potop”, „Pan Wołodyjowski”. A pomiędzy – jeszcze setki innych tytułów. Czy można było się nudzić w takiej bibliotecznej oprawie?! Nigdy!

Nie było szans na godzinne rozmowy przez telefon (nie TEKSTOWALIŚMY!), więc spotykałyśmy się z koleżankami i siedząc w kucki gadałyśmy, śmiałyśmy się, a Mama donosiła ciasteczka, małe zwykłe kanapki i jabłka pokrojone na półksiężyce.

A deszcz padał…

Pisałam pierwsze wiersze (drugich i trzecich już, na szczęście nie było 😀), miałam jak wszystkie nastolatki, pamiętnik i zeszyt w ładnej oprawie do wypisywania się.. wzajemnie z koleżankami i kolegami (czasem). Zapomniałam jak się to nazywało, ale na pewno miało swoją własną nazwę.

Pamiętam niejedną niedzielę, gdy zaplanowany był wyjazd harcerski a od rana już padał deszcz. Iść czy nie? Jechać czy zostać w domu? Ach… przyjaciele, wspólna przygoda były zawsze ważniejsze. Stawiałam się na zbiórkę w wyznaczonym miejscu i jechaliśmy, przeważnie pociągiem podmiejskim. Biegaliśmy w deszczu, szliśmy otuleni w peleryny i jakoś to było 😀. 

Bywało zimno i mokro. Nasza świetlica przeciekała a my i tak byliśmy szczęśliwi 😜 💖

Najgorzej było wtedy. gdy deszcz przynosił znaczne obniżenie temperatury. Tego to nie lubiłam! Deszcz i zimno – to już było za dużo…

Z obozów harcerskich zapamiętałam dużo słońca i ciepłych dni. Ale deszcz też padał, bo zawsze w lecie pada… Co robiliśmy w te deszczowe dni?? Mieliśmy różne zajęcia w namiotowej „świetlicy” – gry, zabawy, szkolenia z tradycji szczepu, z rozpoznania terenu, z historii harcerstwa. 

Wieczorem, jeśli nie mogliśmy mieć realnego ogniska, to ustawialiśmy kominek w świetlicowym namiocie. Namiastkę  ogniska robiliśmy z dużych kawałków konarów drzew, latarek i czerwonego papieru. Byliśmy blisko siebie, od śpiewu i opowieści robiło się ciepło i przytulnie.

Dziś – po wielu latach wspominam te deszczowe chwile równie „słonecznie i ciepło” jak te prawdziwie słoneczne. Choć jestem pewna, że nie zawsze tak było..

Co znaczy – nudzić się? Naprawdę NIE wiem. Nie przypominam sobie zbyt wielu chwil w moim życiu, kiedy byłam zagubiona i nie wiedziałam, co ze sobą robić. Jak wszystkie nastolatki, nieraz byłam w dołku, w złości, rozpaczy, niechęci do całego świata. Ale nigdy nie nudziłam się. Do dziś w każdej wolnej chwili, w której mogłabym się „ ponudzić” natychmiast znajduję sobie jakąś  robotę… Nie umiem siedzieć i nic nie robić! Czasem są to sensowne rzeczy, które MUSZĄ być koniecznie i „na już” zrobione, a czasem wpadają mi do głowy sprawy, bez których i tak moje życie toczyłoby się dalej. Zmieniam ustawienie mebli, wynajduję układanie i sprzątanie w szafkach kuchennych, w szufladach, w papierach, które cichutko leżą sobie na półkach. Nie potrafię być bezczynna. Grzebię w internecie poszukując najnowszych filmów, ciekawych recenzji o nich i o najnowszych książkach, bo to zawsze mnie interesowało. Dzisiaj moja wyobraźnia działa już inaczej niż kiedyś. Ale wciąż jest aktywna. Dlatego czasem zła jestem na siebie, że nie potrafię się wyłączyć i nie robić NIC.  

Nawet sprawdzanie mojej szafy daje mi poczucie zmian a przede wszystkim “działania” i kontroli. Nie przeszkadza mi pogoda i tak naprawdę, nie musi być deszczu czy mrozu, żebym zajęła się czymkolwiek. 

Niestety, to przekłada się też na fakt, że jestem niecierpliwa, zwłaszcza kiedy jestem chora albo dolega mi coś, co ogranicza moje ruchy, sprawność poruszania się w domu, jeżdżenia autem itd.

W takich momentach sięgam do mojego bloga, książek i miliona domowych pomysłów.  

Nuda to dla mnie frustracja i zmęczenie. Zniechęcenie, brak zainteresowania i poczucie, że nic nie mam do roboty, na co miałabym ochotę. Można być także znudzonym jednostajnością, powtarzalnością tego, co zazwyczaj robimy.

Bywa, że nudna staje się nasza praca, sposób życia domowego, bo powtarzanie tych samych czynności może wpłynąć na nas depresyjnie. W takim rozumieniu szybko następuje „negatywne” znudzenie. I właśnie przed takimi sytuacjami musimy się bronić. Każdy z nas jest inny i sami musimy zorganizować sobie nowe odmienne zadanie. Inwencja i pomysły na to, by życie nie było nudne zależą w dużej mierze od nas samych. 

Mając własne doświadczenia wiemy, co lubimy a czego nie lubimy. Co nam jest potrzebne, żeby nie dopuścić do nudy. 

Albo – bywa i odwrotnie… Są ludzie, którzy potrzebują NUDY, by się zresetować, by ich mózg odpoczął, wyciszył się. Czyli – nudzenie się nie zawsze musi być negatywnym zjawiskiem. Ci, którzy nie przejawiają własnej kreatywności, nie umieją się zorganizować, nudzą się częściej i może nawet (czasem?) są z tym szczęśliwi. Byle wyczuć granicę pomiędzy “nudzeniem się” a depresją, znudzeniem, ospałością, niechęcią do samego siebie…   

Fajnym sposobem na nienudzenie się jest zamknięcie spraw, które kiedyś zaczęliśmy i nigdy nie mieliśmy ochoty albo czasu do nich wrócić. 

Na przykład od wielu lat mam pomysł na podróż do dawno wybranego miejsca, ale jakoś nigdy nie złożyło się właśnie tam pojechać. Może trzeba wrócić do tego planu, poszperać i poszukać informacji – co nowego, gdzie i jak. Taka akcja wciągnie nas bardzo szybko, zaangażuje i już nie będzie nudno. Już będzie coś innego i mnóstwo fajnej roboty👍.

Albo jakaś wystawa, winko z koleżanką i ploteczki babskie. 

Może trzeba nauczyć się grać w brydża albo w dziesiątki innych gier czy układanek. Trzeba się tylko „ zaczepić”, zechcieć sięgnąć po pomysł. Nagle – poczujemy jak łatwo to się dzieje! 

Tak! Wiem, że nuda to emocje! A emocje wywołują konkretne reakcje. Pozytywne, bo często porusza w nas konieczność działania i szukania nowych wrażeń i rozwiązań. Ale bywa też, że są destruktywne i otępiające. 

Mówimy- “to nudne! Nie chce mi się, bo mnie to nudzi. Nudziarstwo – nie wiem co ze sobą zrobić”…

Unikam takich przemyśleń. Dlatego bardzo bardzo rzadko wpadam w stan nudy. Jeśli mi się zdarza (zdarzyło) to było „ nudzenie się przyjemne”. Na szczęście nasz mózg szybko zmienia emocje, dopuszcza nowe myśli, przekwalifikowuje kolejność potrzeb chwili i nastroje. 

Dzieciom zawsze podsuwamy pomysły na zabawę, kreujemy im zajęcia. Te „deszczowe” są trudniejsze, bo trzeba przystosować się do ograniczonych możliwości. Bo – wiemy, że w czasie deszczu dzieci się nudzą!”

A dorośli? Czy dzieciństwo nauczyło nas stosować te same sposoby na nudę i czy radzimy sobie z tym pozytywnie?

Życie ma swój limit. Życie każdego z nas jest z dnia na dzień nową niespodzianką. Nie wiemy jaką. Planujemy, pomagamy sobie w układaniu planów, ale nie zawsze toczą się one po naszej myśli. I to jest… piękne! 
NUDA to jedna z emocji, na którą możemy mieć wpływ. Korzystajmy z tej możliwości i organizujmy swój czas tak, by nudy w nim nie było. A jeśli już – to krótkotrwała i pozytywna 😃 🤗.

I coś na osłodę deszczowych chwil i – wspomnień dzieciństwa! ♥


POWRÓT

“Świat schodzi na psy” 

16 czerwca 2025

Tak właśnie myślałam o sobie i swoim pechu, jaki dopadł mnie kilka dni temu. 

Nowy tekst o tym właśnie tytule był skończony i już  skopiowałam go, by przerzucić na stronę WordPress, gdy zamiast mojego efektu kilku dni pracy, z przerażeniem ujrzałam absolutnie czystą kartkę. W pierwszym momencie szybko myśląc (pewnie za szybko!) zaczęłam robić komputerowe ruchy, by przywrócić moje słowa, ale niestety – NIC się nie zmieniło. Poszukiwania własne, pomoc Google’a na nic się zdały.  Trwało to kilka dni, aż z bólem serca i ze złością na cały świat musiałam pogodzić się z faktem, że wszystko co było na “kartce komputerowej” – ZNIKNĘŁO!!   

Z uporem maniaka wracałam i próbowałam nowych i starych sposobów, trwałam w kolejnych rozmowach z „Google Support”, ale nic nie zmieniało faktu, że mój tekst odfrunął. A najgorsze jest to, że musiałam przyznać się samej sobie, iż to ja kliknąłem coś nieplanowanego i to moja wina (wciąż niewyjaśniona w moich dociekaniach w głowie i pamięci), że tekst zniknął. 

Zamknęłam więc komputer, a raczej tę jego część, która taką nieprzyjemność mi zrobiła. Wciąż wyświetla mi się w pamięci wiele filmowych scen policyjnych i hakerskich, kiedy specjaliści od komputerów czy telefonów komórkowych w mig odkrywają zatuszowane e-maile i SMS-y. Dlaczego mojego “niewinnego” wpisu nikt nie potrafi przywrócić?? 

A jak już, targana naprzemiennie uczuciami urazy do świata, pretensji do siebie, że coś zepsułam i jeszcze nie wiem jak to zrobiłam, przełknęłam myśl, że wszystko “schodzi na psy”… i postanowiłam wrócić do tytułu i napisać tekst “po nowemu”.

…przecież ludzie kochają psy!!

Bo przecież wiadomo, że nie da się tak samo. Uleciało dużo, z przerwami na złość i niechęć do siebie, do pisania i do świata. 😡 

Otóż – oświadczam z pełną rozumną szczerością, że absolutnie NIE uważam, by powiedzenie “świat schodzi na psy” było prawdziwe.                   Wręcz odwrotnie – świat nie jest coraz gorszy tylko… inny! I dlaczego “na psy”?? 🤔 

Kiedy kilka tygodni temu to powiedzenie zaczęło prześladować moją głowę, buszowałam, gmerałam, poszukiwałam wyjaśnienia tego sloganu. Przecież wszystko ma swój początek. I okazało się, że etymologia tego zdania ma wyjaśnienie w bardzo dawnych czasach. 

W starożytności nazwa “pies” była używana jako – wyzwisko! Tak, wiem, że trudno w to uwierzyć, bo dziś pies to najlepszy przyjaciel człowieka, ale kiedyś był niemal przekleństwem.                                                                                                       

W  średniowieczu, kiedy pies wciąż nie był “zaprzyjaźniony” z człowiekiem, a jednak lgnął do ludzi, człowiek biedny i wygłodniały uważał psa za zbędnego, wręcz przeszkadzającego “członka rodziny”.  Pies był odsuwany, przeganiany,  porzucany, bo stanowił konkurencję dla wyżywienia i utrzymania rodziny. W ten sposób pies tracił swoja pozycję, miejsce blisko człowieka. I nie był częścią rodziny.  A rodzina była “światem” dla zwykłego człowieka.  Miejsca, gdzie były wyrzucane resztki niepotrzebnego zepsutego jedzenia były „domem” opuszczonych psów. Miejsca brudne, śmietniska. A wśród tego upodlonego obrazu – pies…

I tak narodziło się powiedzenie “świat schodzi na psy”.  Z biegiem wieków, lat miejsce dla psa ulegało zmianie na znacznie milsze i psu i człowiekowi. Dziś przecież niemal każdy lubi psy, nawet jeśli sam ich nie posiada (tak jak ja). Pies dla człowieka jest przyjacielem, często traktowany jak członek rodziny. Bywa, że jest ulubieńcem, pupilem właściciela i ma się lepiej niż… jego właściciel. 

Jeden z wielu plakatów filmu „Pieski świat – Mondo Cane” (z sieci)

Przypomniał mi się dawno temu oglądany film pt “Pieski świat – Mondo Cane” (1962). Pamiętam, że zrobił na mnie wstrząsające wrażenie. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie szczegółów, bo dużo czasu minęło. Pamiętam wciąż kilka scen, jak w różnych kulturach traktuje się psy (do dzisiaj ??), jak sprzeczne są w ludzkich uczuciach oceny psów, jak okrutne rytuały mogą być uważane za “normalne i poprawne”.  Pozostał mi też w pamięci odwrotny obraz – piękny wypielęgnowany cmentarz dla psów (chyba w USA choć nie pamiętam w jakim stanie). Nagrobki eleganckie, świeże kwiaty, imiona psich pupili i słowa wyrażające czasem większy żal niż po człowieku…       

Jasno można stwierdzić, że tytułowy slogan nie ma dziś uzasadnienia. A jednak – wszystko co oceniamy jako gorsze niż za „naszych czasów”, właśnie tak określamy. Jeśli coś/ktoś stracił swoją pozycję, renomę, pogorszyła mu się  sytuacje życiowa – kwitujemy “zszedł na psy”.  A jak jeszcze do tego w naszych przemyśleniach dołączą narzekania na polityczne i społeczne bolączki i niewygody, słowo  świat staje się odnośnikiem na wszystkie niedogodności. Bo według starszego człowieka, który pamięta siebie z czasu, kiedy dawał sobie radę z rzeczywistością, cokolwiek, co dzieje się teraz i tu – jest gorsze niż kiedyś. Zdegenerowane moralnie lub fizycznie i prezentuje podupadły poziom. 

A tak naprawdę sedno tkwi w tym, że świat się zmienia każdego roku i dnia, a starszy człowiek nie nadąża, nie umie sobie poradzić w nowej rzeczywistości, która jawi się mu nieprzyjazna i dlatego “gorsza” niż kiedyś. 

A potem już niemal lawinowo powstawały podobne związki frazeologiczne – np. “wieszać na kimś psy” (obmawiać, oczerniać kogoś), “coś jest psu na budę” (czyli niepotrzebne, niepraktyczne, bez sensu), ”goić się jak na psie” (goić się szybko i bez komplikacji), “całuj psa w nos” (nic z tego nie będzie…) i wiele podobnych. A, i jeszcze “pogoda pod psem!” czyli brzydka.  W tym wypadku, to już zupełnie nie rozumiem, dlaczego zła pogoda musi być pod psem, a nie może być pod kotem, krową czy szczurem… “Szczurowa pogoda” – nie brzmi wcale gorzej niż ta pod psem. 😊

Mam wielki żal do tych, co powtarzają – trochę bezmyślnie a trochę z przyzwyczajenia – zdanie “świat schodzi na psy”. Biedne psy, choć to zazwyczaj prawdziwi przyjaciele człowieka, w tych porzekadłach służą często do określenia czegoś negatywnego. ☹

Na szczęście – obserwując różne zjawiska, mądrze i wnikliwie, potrafimy ocenić, że współczesny świat nie jest gorszy niż ten “stary”. Jest tylko inny. Może więc w czyimś mniemaniu pogarsza się jakość artykułów codziennego użytku, jedzenia, muzyki, którą ktoś kiedyś słuchał, mody, która całkowicie się zmieniła i zmienia co sezon. Nowości komputerowych, systemów bezpieczeństwa, nowoczesności i inności, które wkraczają w każdą dziedzinę życia. Ale czy to oznacza, że młodzi ludzi budują świat, który “schodzi na psy”? Czy może oznacza, że my tak oceniamy świat młodych?  

NIE!! Całkowicie sprzeciwiam się takiemu poglądowi. I nie dlatego, że jestem zafascynowana tym co nowe, ale dlatego, że jeśli coś wydaje nam się gorsze, niż było kiedyś, to przyczyna leży w nas samych. Coś nam się nie udaje, bo nie umiemy się już tego nauczyć, przystosować się do nowych norm. Kogoś/coś trzeba więc za to obwinić… “Świat jest gorszy – świat zszedł  na psy” – świat podupada, kultura zmienia się na niezrozumiałą, muzyka jest za głośna… wszystko nie tak, czyli musi być gorzej! 🤗

Moje ostatnie doświadczenie z “ucieczką” tekstu z komputera najlepiej mi uświadomiło, że to nie zły świat jest temu winny. To ja coś zawaliłam. Może niechcąco, może nieświadomie, a może dlatego, że moja wiedza nie zarejestrowała czegoś, co było istotne dla zachowania tekstu. Moja wina. Nie świata.

Hamlet i Ofelia – czyli Hugo Tarres i Helena Englert w „Hamlecie” 2025

Niedawno (w kwietniu) w Warszawie odbyła się  premiera “Hamleta” według Szekspira, którą wyreżyserował Jan Englert. Było to jego pożegnalne przedstawienie. Tak właśnie aktor, a w tym przypadku także reżyser, żegnał się z funkcją dyrektora Teatru Narodowego .

Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale właśnie ten spektakl “Hamleta” okazał się być wydarzeniem wyjątkowym. Głównie dlatego, że reżyser postanowił obsadzić w nim w roli Ofelii młodziutką 24-letnią aktorkę, Helenę Englert – swoją córkę. A główną tytułową rolę Hamleta powierzył 21-letniemu (jeszcze studentowi warszawskiej Akademii Teatralnej) Hugo Tarresowi.

Hugo Tarres – najmłodszy w historii teatru (21-letni) aktor grający rolę Hamleta.

Oboje Młodzi – jak wynika z gorących recenzji (nie moja to opinia, ale wierzę, że uda mi się oglądnąć niedługo ten spektakl) spisali się brawurowo. Zachwytom i brawom nie ma końca. Dodatkowo “Hamlet” wpisał się fantastycznie we współczesne potrzeby rozumienia tego ponadczasowego dramatu.  

Jan Englert połączył na scenie pokolenia, udowodnił, że świat kultury i sztuki “nie schodzi na psy”. Wręcz przeciwnie! Reżyser odświeżył tradycyjny wizerunek “Hamleta”, pokazał, że to, co jest nienaruszalnym ludzkim wizerunkiem człowieka czasów Szekspira, może być fascynujące i prawdziwe dla młodego współczesnego człowieka. Można kontynuować i zmieniać świat w każdej kategorii i niekoniecznie musi być to na gorsze.  

Helena Englert – córka Jana Englerta i aktorki Beaty Ścibakównej – z rodzicami (zdjęcie dolne) I plakaty dwóch filmów z Heleną E.

Znam Helenę Englert (rocznik 2000) z filmów i seriali tj. “#BringBackAlice”, “Pokusa”, “Znaki”, “Żywioły Saszy – Ogień” czy najnowszy serial “Śleboda”. To świetnie zapowiadająca się aktorka młodego pokolenia. Podobnie Hugo Tarres (rocznik 2003) znany już z serialu “Krucjata” i filmu “Piep*zyć Mickiewicza”. I wielu innych.. Englert zaufał swojemu studentowi i powierzył mu główną rolę – Hamleta. Dotychczas te role “Hamletowe” niemal zawsze były zarezerwowane dla dojrzałych i doświadczonych aktorów. To co zaeksperymentował J. Englert, to najlepszy dowód na to, że świat idzie dobrą drogą, w dobrym kierunku.

Gdy rozmawiamy z przyjaciółmi o polskich filmach, teatrze i zapamiętanych wielkich kreacjach aktorskich, niemal zawsze sięgamy do aktorów starego pokolenia.                          

Aktorzy – ojciec i syn: Damięcki, Stuhr i Lubaszenko

Kiedy wśród znajomych ktoś mówi – Stuhr – myśli Jerzy, a przecież obok, już od lat gra wspaniały aktor, syn Jerzego – Maciej. Klan Damięckich – Maciej i jego dzieci Matylda i Mateusz. Także jego bratanek – Grzegorz Damięcki. Edward Lubaszenko i jego syn – Olaf.  Piotr Garlicki i syn Łukasz. I wielu innych.   Kolejne pokolenia są tak samo dobre jak ich ojcowie.

Często słyszymy słowa “Człowiek to brzmi dumnie”. A przecież pies to dobra, wierna człowiekowi istota. Ma swój charakter, czuje instynkt oddania i przywiązania do człowieka i psiej miłości. Może więc PIES też brzmi dumnie?

 …Czyli powiedzenie “świat schodzi na psy” powinniśmy zamienić na zupełnie inne?


BACK

Czas leczy prawie wszystko. Daj czas czasowi. 

1 czerwca 2025

Fajny cytat, fajny tytuł na kolejny wpis. 

Zazwyczaj, gdy ktoś chce nas pocieszyć, pomóc w trudnych chwilach, mówi „Daj sobie czas„. Jakby nic od nas nie zależało. Po prostu powinniśmy biernie cierpliwie czekać i wszystko wróci do normy. A tak nie jest. To my sami jesteśmy odpowiedzialni czy upływ czasu pomoże nam w rozwiązaniu problemów, w odnalezieniu się w nowej sytuacji, w uspokojeniu rozterek, rozpaczy czy zawieszenia życiowego. 

 Czas płynący każdego dnia potrzebuje nas, byśmy go umieli wykorzystać. Głównie po to, by działać i zrobić coś, co wymaga naszej aktywności w określonym momencie. Może brzmi to trochę zakręcone i skomplikowane, ale w gruncie rzeczy jest bardzo logiczne.  

W dzieciństwie nie odczuwamy przemijania czasu, tak jak dorośli. Jeśli dziecko czegoś chce – chce natychmiast. Płacze, krzyczy, złości się, jeśli nie dostaje czegoś od razu. Kiedy dorasta, mądrzeje – powoli rozumie, że pewne rzeczy wymagają czasu, by się zdarzyły. Mówimy – jutro, za tydzień, w przyszłym roku. Albo: poczekaj do wakacji, poczekaj do powrotu Mamy itd. Powoli czas nabiera realnego sensu. Odmierzane godziny, dni i miesiące stają się logicznym “obrazem”.. . Aby to zrozumieć trzeba zmagać się z czasem w różnych sytuacjach. Bo jutro będzie inaczej niż dzisiaj. Za miesiąc już zapomnimy jak było wczoraj.  

Cokolwiek byśmy myśleli,  o czymkolwiek marzymy – nic nie stanie się “samo”. Czas wymaga od nas aktywności. I wtedy zazwyczaj nam sprzyja. Choć bywa, że… przeszkadza.  Jedno jest pewne – niezależnie od tego czy nasz problem jest trudny do rozwiązania, wydaje nam się beznadziejny albo odwrotnie – jesteśmy w euforii, bo wszystko idzie i układa się idealnie – nic nie będzie takie samo za rok czy pięć. 

“Panta rhei” czyli “wszystko płynie”. Po raz pierwszy użył tych słów w starożytności Heraklit z Efezu. Podobno użył ich w znaczeniu, że nie wchodzi się “po raz drugi do tej samej rzeki” bo woda płynie i nigdy nie będzie tą samą, którą była za pierwszym razem. 

Dziś używamy tego cytatu także w innych znaczeniach np. nie powinniśmy popełniać dwa razy tych samych błędów. Nic nie jest trwałe na świecie… Płynie nie tylko woda w rzece, ale i w kranie, gdy zostawimy do końca niedomknięty. Kroplami spływa do umywalki albo na ziemię w ogródku. Płynie monotonnie i nie przestanie, dopóki ja czy my nie zakręcimy kranu. A więc nasz udział w tej zmianie jest konieczny.

Patrzymy w górę na zachmurzone niebo i obserwujemy jak chmurzyska płyną po niebie. “Będzie burza” – myślimy. Albo przynajmniej wielki deszcz. I rozumiemy, że chmury płyną, przemieszczają się. Uświadamiamy sobie, że czas za chwilę zmieni ich ustawienie na niebie. 

Każdego roku odradza się trawa i kwitną te same kwiaty, ale nie oznacza to, że to ta SAMA trawa i te SAME kwiaty… Cokolwiek istnieje na świecie – płynie. I ktoś/coś ma w tym swój udział. Pojęcie czasu jest abstrakcyjne. To co możemy zobaczyć, dotknąć, mieć udział w tych zmianach – istnieje naprawdę. I nieustannie się zmienia. 

Pamiętam ze swoich doświadczeń życiowych, że na każdą nową rzecz, zdarzenie czekałam bardzo niecierpliwie i jeden dzień więcej wydawał się wiecznością. Nie potrafiłam zrozumieć jaka to różnica, że do szkoły pójdę za rok czy za dwa miesiące. Wydawało się, że to “długo”. Długo to znaczyło czekać na coś. Czekać. Nie wiedziałam jak wyobrazić sobie CZAS...

Dorastając – dojrzewamy do pojmowania płynności czasu. Powoli liczyłam godziny, tygodnie. Wszystko w „przyszłości” było bardzo odległe. Czas oczekiwania dłużył się niemiłosiernie… 

Kiedy wkraczałam w dorosłość, czas wydawał się przyspieszać. Ile to razy chciałam, żeby dzień egzaminów nie był już jutro, albo żeby czas mijał szybciej, bo “ to się nigdy nie skończy…” A jednak – nawet najgorsze doświadczenia, trudne rozmowy, smutne myśli i przykre wrażenia mijają. Z upływem czasu wczorajsze smutki, rozczarowania zmieniają swój wydźwięk. Życie przynosi nam doświadczenia, choć wcale się o nie prosimy. 

Trwamy w tunelu czarnych myśli, rozpamiętujemy, co się stało i co się z nami dzieje. Czas upływa, choć tego nie zauważamy. Aż budzimy się pewnego dnia, gdy świeci słońce, a wydarzenia ostatnich dni czy miesięcy już nie są takie dotkliwe i smutne. 

Z niejednej depresji i smutku udało mi się wyjść na prostą. Nie powiem, że to łatwe. I dodam, że dla każdego z nas inne… Jako dojrzała kobieta dziś wiem, że to nie tylko mijający czas rozwiązywał moje problemy. Czas dawał mi czas, albo raczej to ja dawałam czasowi szansę, by mógł mi pomóc. 

Czas jest dla nas bezużyteczny i mało pomocny, jeśli nie pomożemy sobie sami go właściwie wykorzystać. Przecież sposoby na pomaganie sobie, to nasze własne przemyślenia. Kontakt z ludźmi, rozmowy. Im więcej pozytywnego działania, nawet jeśli pozornie wydają się bez znaczenia – tym lepiej dla naszej psychiki. 

Człowiek może dużo wytrzymać. Ale nikt nie jest taki sam jak ja czy ty i on. Można wzorować się na innych, jeśli to nam pomaga. Wysłuchać dobrych rad, wyciągnąć wnioski. Lub odwrotnie – rozmawiać z przyjaciółką, która nas potrzebuje, rozwiązywać bolączki razem z mężem, próbować zrozumieć dorastające dzieci. 

W tym wszystkim oczywiste jest, że dzieci dorosną a wraz z nimi ich problemy. Małżeństwo jest jak huśtawka – zawsze w ruchu, raz wyżej raz niżej. Przyjaciółka poradzi sobie po swojemu, ale może nasze rozmowy pomogą jej odnaleźć czas na właściwe spojrzenie.  

Czas będzie trwał… jutro będzie lepsze niż dzisiaj, pojutrze będzie jeszcze inne. 

Taka jest zasada “wszystko płynie”. I choć niejeden raz wydaje nam się, że znów “weszliśmy do tej samej wody”, to nie jest prawdą. Co jest przeszłością, już się nie powtarza. 

Wiele razy wydaje nam się, że to powtórka – “deja vu”. Czujemy, że już takie coś przeżyliśmy kiedyś, ale tak naprawdę to tylko iluzja w naszej pamięci, wspomnienie, które w nas żyje i rozbudza się  w podobnej sytuacji z przeszłości. 

Czas ma to do siebie, że wraz z przemijaniem tuszuje wiele nieprzyjemnych wspomnień, trudnych chwil. Albo inaczej – to ja uznam, że przypomnieć sobie coś ważnego i trudnego z przeszłości jest mi teraz potrzebne. Bo nic nie dzieje się bez przyczyny. I wszystko co nas spotka w życiu ma swój sens. Nawet te najtrudniejsze i najsmutniejsze chwile. 

Fenomenem czasu jest fakt, że NIE DA się go zatrzymać, nie można go ani przyspieszyć ani cofnąć.  

Starszy człowiek często mówi – “chciałbym cofnąć się do lat młodości”.

Ja osobiście, gdybym miała szansę cofnięcia czasu, chciałabym znów mieć  pięćdziesiąt lat i  biegać  “w czerwonym kapeluszu”… Moja piąta dekada życia, to najlepiej i najradośniej zapamiętane lata. Pojedyncze wydarzenia, które są dla mnie “słodkimi” wspomnieniami. Mam długą ich listę. Wracają, odchodzą w zakamarki “nie-pamiętania” i znów przybiegają kolejny i kolejny raz.. 

My- „Pięćdziesiątki”!

Moja piąta dziesiątka to czas, w którym już poukładało się wszystko – pomiędzy młodością ze szkołą, egzaminami, poszukiwaniem sposobu na lepsze życie, szlifowaniem swoich potrzeb i wyborów – lata walki o najlepszą wersję siebie. Trzydzieści – czterdzieści, to epoka ciężkiej pracy, trudnych zmian w polskiej rzeczywistości a potem rozpoczynanie wszystkiego “od początku” tutaj, w Houston. To lata intensywnego wychowywania dzieci, ich dorastania. Czas, gdy ja i moje problemy, potrzeby były daleko, na końcu życiowej listy. 

Pięćdziesiątka to pełna dojrzałość,  a jeszcze nie starość 😀. To wciąż dobrze wyglądająca kobieta, nie za gruba nie za chuda, za to pełna energii, pomysłów. Lata ukształtowanych przyjaźni, cennych związków, dobrych układów w pracy. Coraz jaśniejsza wizja siebie samej.   

Wyjazdy, podróże, szalone spotkania towarzyskie. Wszystkiego bardzo się chciało! Czas zaczął naprawdę pracować na mnie. A ja zgarniałam każdego dnia to, co było najlepsze.  Dzieci się usamodzielniły, a wciąż były blisko nas. Życie emocjonalne układało się jaśniej, bez “przepaści i dolin”. 

 Może ten czerwony kapelusz – symbol naszych “babskich pięćdziesiątek” dodawał mi siły i frajdy życiowej. Jeszcze nic tak naprawdę nie bolało, jeszcze miałam ochotę na szaleństwa i równocześnie umiałam wyciszyć się na moich zasadach. Gdybym mogła zatrzymać coś na dłużej, pewnie ta „kapeluszowa czerwona era” byłaby moim pierwszym wyborem. 

Łapałam czas dla mnie, znajdowałam balans i wcale nie żałuję nawet tych trudnych dni.  . Oczywiście – lepiej by było mieć więcej pieniędzy, znać cztery a nie dwa języki, umieć pięknie śpiewać, pisać wiersze, mieć dom na wysokim brzegu morskim… Ale czy to wpłynęłoby na moje lepsze życie? Czy gdybym to wszystko dostała od losu, byłabym szczęśliwsza??? 

Wczoraj był czas, taki sam jak zawsze, ale nie TEN sam. Dzisiaj wiem, że nie trzeba mieć racji w każdej kłótni, nie muszę mieć więcej rzeczy, bo to tylko RZECZY, a ich bałagan rozprasza mnie i obciąża na różne sposoby. Nie potrzebuję być w pierwszym szeregu, bo cichy zakątek też jest piękny i ma swoje zalety. 

Wybieram każdy moment i rozumiem, że najmniejsza aktywność, to moja skarbnica wiedzy i doświadczeń. Wybaczam sobie głupoty, które popełniłam tysiące razy. To co bolało, boli, ma też w życiu swoja cenę i niekoniecznie jest złem na wieki. 

Czas jest świadkiem naszych narodzin i przemijania. Zegary, urządzenia mierzące i odliczające upływ czasu, to tylko próby poszukiwania – „jak czas zatrzymać. „

Okładka książki pt. Światłoczułość” okładka niepozorna – treść zapierająca dech.

Niedawno przeczytałam książkę autorstwa Jakuba Jarno pt.”Światłoczułość”  Wywarła na mnie niesamowite znaczenie. I choć zostawiłam na koniec tego wpisu wzmiankę o tej powieści, to właściwie powinnam od niej zacząć.

Światłoczułość to wrażliwość na działanie światła. Termin używany w fotografice – “to stopień reagowania fotograficznych materiałów światłoczułych na światło białe...potocznie  zwany „czułością” (Encyklopedia PWN). 

I to właśnie jest sensem i sercem tej powieści – czułość, która w przemijaniu czasu nie zmienia się. W obliczu największych okrucieństw i cierpień ludzkości, można znaleźć najpiękniejsze człowiecze uczucia. Powieść obejmuje różne wymiary czasowe, różne miejsca wydarzeń, dobrych i złych ludzi..

 Czas płynie – Panta Rhei – a czułość, dobroć, miłość zawsze jest. 

Nie chcę – jak to mówią teraz po polsku -”spojlerować” treści tej powieści, ale gorąco polecam ją przeczytać. Tak bogatej czułości i ciepła w ciężkim życiu bohaterów dawno nie spotkałam…

********************************

A jak o upływie czasu i czułości, to przypomnę piosenkę z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego pt. „Chwytaj dzień”. Zaśpiewana razem z Kayah. W tle ujęcia z życia Wodeckiego, niezapomnianego głosu, ciepłych tekstów jego piosenek. Idola mojego pokolenia, który stanowczo za wcześnie odszedł ze sceny życia. Piosenka znalazła się w albumie „Dobrze, że jesteś”, który powstał na kanwie niedokończonych utworów Wodeckiego, już po jego śmierci. A przecież wciąż jest obecny…


BACK

Jak teatr może uzdrowić naszą duszę? 

16 maja 2025

Nie mam zdolności matematycznych czy technicznych. Świat widzę opisowo i kolorowo. Część mojego mózgu, który mógłby umieć błyskawicznie obliczać pierwiastki, strzelać tabliczką mnożenia albo konstruować samoloty, została prawdopodobnie zablokowana w momencie rozwoju mojego embriona.  Ale ponieważ wiemy, że tak naprawdę pustka nie istnieje, coś musiało w te technologicznie precyzyjne miejsca “wpaść”… 

I tak z czasem narodziła się moja pasja literacko – czytelnicza i teatralna. 

Nie jest łatwo być aktorem grającym z kukiełką 😄

Nie wiem po kim takie geny mi się dostały, bo tata był inżynierem i nigdy nie pogodził się do końca, że uparłam się studiować polonistykę. Mama była księgową, czyli to nie geny najbliższej rodziny.  Ale to właśnie Mama pokazała mi pierwszy teatr, a raczej teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Zapamiętałam z wczesnego dzieciństwa szary budynek przy ulicy Krupniczej w Krakowie (a moze to była jakaś przecznica z Krupniczej). Tam właśnie bywałam od czasu do czasu na pierwszych przedstawieniach. Pamiętam  kukiełki poruszające rękami i kiwające głowami za pomocą cienkich, ale sztywnych prętów przymocowanych do lalek.  To pierwsi aktorzy teatralni, z którymi spotkałam się w swoim życiu.  Nie mam pojęcia ile mogłam mieć wtedy lat, ale pewnie już byłam na tyle wrażliwym widzem, że do dziś pamiętam tę teatralną przygodę. 

Kukiełki mogą być różne.. (z sieci)

W moim dzieciństwie książeczki dla dzieci były trudno dostępne. Pamiętam taki epizod – kiedyś Mikołaj zostawił pod poduszką prezent w postaci dużej książki, w twardej okładce pt. “Dziadek do orzechów”.  Musiałam już być w szkole podstawowej, bo umiałam czytać. Ale wciąż wierzyłam w istnienie Świętego Mikołaja. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pierwszej stronie przeczytałam dedykację dla mnie od Mikołaja i… rozpoznałam pismo mojego wujka, którego kaligraficzny styl liter był piękny .  Od tego momentu zrodziły się we mnie duże wątpliwości – jak to naprawdę jest z tym Świętym Mikołajem 😄.

Dziesiątki wydań „Dziadka do orzechów” Niestety nie znalazłam w sieci tego, które zapamiętałam z dzieciństwa..

Czytałam dużo, do dziś mam w pamięci twarz naszej szkolnej pani bibliotekarki, która na przerwach pozwalała nam buszować po półkach i podsuwała coraz to ciekawsze powieści. Nieco później zapisałam się do prawdziwej “dorosłej” biblioteki tuż koło mojego domu, na ulicy Łobzowskiej w Krakowie. Ach, co to były za przeżycia – wejść tam, rozmawiać z paniami tam pracującymi i słuchać ich porad. 

Wtedy, w najgłębszych pokładach wyobraźni, nikt nie miał nawet przebłysku, że kiedyś będziemy czytać książki w komputerach, e-bookach lub słuchać ich w telefonie czy w podobnych urządzeniach, w każdej możliwej sytuacji, gdzie się własnie znajdujemy. 

W szkole podstawowej pierwszą sztuką, w której grałam główną rolę był “Pan Twardowski”, choć nie jestem pewna, czy dokładnie taki był jej tytuł. Dość często znajdowało się dla mnie miejsce, coś recytowałam, czytałam, zapowiadałam… Nie byłam najlepszą aktorką, ale lubiłam to robić. Bardziej przeżywałam dziesiątki prób w domu, kiedy ćwiczyłam moje przyszłe występy. To były chwile kipiące adrenaliną, większą niż sam finalny występ. 

Zdjęcie z „Wesela” w reżyserii L. Zamkow – 1969 rok (udało mi się znaleźć w internecie!)

W końcowych latach szkoły podstawowej i na początku liceum Mama często przynosiła z pracy bilety na niedzielne przedstawienia w godzinach południowych w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Były to głównie opery, ale nie tylko. Zazwyczaj jednak repertuar klasyczny. W ten sposób zetknęłam się z “Makbetem” Szekspira. Pamiętam to świetne i na tamte czasy nowoczesne i agresywne przedstawienie w reżyserii Lidii Zamkow. Jej syn chodził do klasy z moim bratem, dlatego pewnie jej nazwisko wbiło mi się w pamięć. Trochę przez mgłę, ale pamiętam “Króla Edypa” Sofoklesa i “Wesele” St. Wyspiańskiego.

Później, w latach 80-tych Teatr Słowackiego, jak zresztą wszystko w Polsce, szczególnie w kulturze, podupadł. Ludzie napotykali tyle trudności w codziennym życiu, że potrzeby kulturalne spadły na dalszy – daleki plan… Tylko takie miejsca jak “Piwnica pod Baranami” jeszcze walczyły o istnienie w życiu zwyczajnego człowieka.

Kiedy wyjechałam do Sosnowca, skończyłam studia polonistyczne i zaczęłam pracować w Liceum Medycznym, znów otworzyła się szansa realizacji teatralnych marzeń młodej nauczycielki. Okazji zawsze było dużo, tylko mało ludzi chciało angażować się w działania, które wymagały wiele dodatkowej pracy. Mnie się chciało! Byłam młoda, miałam pomysły, dobry kontakt z młodzieżą, więc zamiast nudnych sztampowych akademii, zaczęłam organizować kabarety, ironiczne przedstawienia (tylko trochę, bo cenzura szkolna też istniała!). I chwyciło. Młodzież to lubiła, ja wciągnęłam siebie i uczniów w różne teatralne formy. Działo się coś nowego.   

Tworzyłam kabarety na studniówki i na akademie z okazji święta Pierwszego Maja. Wymyślałam teksty, pisałam własne scenariusze, wkładałam w to piosenki, choć o śpiewaniu niewiele miałam pojęcia…  Za to miałam energię i pomysły, by próbować nowych nietuzinkowych sposobów na szkolne oklepane okazje. 

A potem… wyjechałam do Houston. Najpierw – z nadzieją, że to tylko na chwilę, na wakacje. Wrócę i znów będę na “swoim“ miejscu. Tak się nie zdarzyło. Różne myśli i emocje przychodziły mi do głowy, ale dziś niczego nie żałuję, że tak się poukładało.  Przez wiele lat było “pod górkę” ale przecież nikt nie ma zawsze “z górki 🤗”   

Niemal zaraz po przyjeździe “napatoczyła” się Sobotnia Szkoła Polska.  A już po roku pracy z dzieciakami zaczęłam robić krótkie występy – wierszyki, piosenki – po polsku. A potem z grupą tak samo jak ja szalonych koleżanek – nauczycielek powstawały małe dziecięce przedstawienia, potem coraz większe, bogatsze w teksty, kostiumy, nawet tańce. To porywało dzieci do wspólnej zabawy, zachęcało do mówienia po polsku. Lubili to rodzice, zaangażowani podobnie jak ich pociechy. Chętnie przychodzili widzowie, wspierali nas w tych formach polskiej działalności. 

Aż dzieci podrosły, weszły w wiek nastolatków, a my potrzebowałyśmy znaleźć nową formę “polskości”. I wtedy założyłyśmy Teatr Ogniska Polskiego. Wszystko działo się szybko, entuzjazm i pomysły rosły jak na drożdżach. Minęło parę lat, do młodzieży dołączyli dorośli i tak teatr stał się dla mnie spełnieniem potrzeb dawnej nauczycielki – polonistki i radością dla coraz większego kręgu widzów. 

O teatrze i sposobie jego zwariowanej a równocześnie fantastycznej działalności rozpisywałam się już w innych tekstach mojego bloga – w dziale Teatr Ogniska Polskiego w Houston” . (patrz – sekcja Blog)

Pierwsze przedstawienia Teatru Ogniska Polskiego – „Jak kamienie na Szaniec” – 1995 r. (zdjęcie środkowe). Pozostałe zdjęcia – „Zemsta” Fredry 1996-1997 r.

Wprawdzie to tylko wyrywkowe wspomnienia, poskładane tak, by ożyły w nas teatralne myśli tamtych czasów. Wiele teatralnego jest wciąż we mnie, ciągle uważam ten rozdział w moim blogu za otwarty. Coraz trudniej dogrzebać się do starych filmików, zdjęć. Trudniej też poukładać logicznie w pamięci całość tamtych dni. 

Przechowuję wycinki, wyrywki tekstów, piosenki jak największe skarby. W każdym przypadkowo znalezionym zdjęciu widzę sens i terapeutyczne działanie mojej sceny teatralnej. Nic nie było jak w prawdziwym teatrze, a jednocześnie była to najprawdziwsza “sztuka” jaka my, emigranci-entuzjaści mogliśmy stworzyć w warunkach “domowych”.  

Programy niektórych naszych sztuk – wciąż są „w moim pudełku pamięci”

A aktorzy, młodzi ludzie często urodzeni już w Stanach, musieli nauczyć się długich tekstów polskich, trudnych ról. Zagrać, zaśpiewać i pokochać na “moment”  TEATR. Wymyślaliśmy kostiumy, tworzyliśmy scenografię z niczego, nagrywaliśmy muzykę, niemal spod ziemi wydobywaliśmy rekwizyty. I uwielbialiśmy te nasze wspaniałe sceniczne szaleństwa.

Mówiłam, pisałam już o tym? Ależ  tak!! Ale nigdy nie dość, by znów wspominać… Bo teatr – każdy i zawsze – takim jak ja – uzdrawia duszę…  Dla mnie  to była pasja i terapia.

Wszystko jednak ma swój czas. Czas naszego teatru też musiał minąć. 

Obok – sztuka filmowa wciąż była i jest dla mnie niesłychanie ważną częścią mojego życia. Uwielbiam Festiwal Filmów Polskich w Houston, jestem zawsze od 25 lat obecna niemal na każdym filmie. Śledzę polską kinematografię na bieżąco. I nie tylko polską. Ale polski język, jako dawnej polonistce jest mi najbardziej bliski i tylko  w taki sposób mogę spełniać swoje zainteresowania. 

Oglądam i śledzę na bieżąco w filmach wielu polskich aktorów i to nawet tych najmłodszych. Wiem dużo, na czym polega warsztat pracy aktora, reżysera. Patrzę na teatr i film trochę inaczej niż przeciętny widz. W każdej scenie, ruchu czy słowie widzę ogrom pracy. Tej za kulisami i tej już po ostatecznym szlifie twórczym. Zastanawiam się, co było ważne dla reżysera i co jest ważne dla mnie – widza. Widzę każdy ruch i podziwiam, bo wiem jaka to wyczerpująca i żmudna praca, ale także jak wspaniałą satysfakcję niesie. 

Uwielbiam słuchać wypowiedzi twórców o  procesie ich działań, o rodzeniu się ostatecznego kształtu tego, co my- widzowie oglądamy. 

Niedawno dowiedziałam się, że mogę oglądać polskie przedstawienia Teatru TV z różnych miast i zaczęłam śledzić coś, czego nie oglądam już od lat. Jakież było moje zdziwienie (a nie powinno mnie zdziwić!), że współczesny teatr polski to dzisiaj także nowoczesne sceny, inne możliwości, nieograniczone pomysły i wspaniali aktorzy. 

I przypadkowo natrafiłam na przedstawienie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pt. “1989. Musical” .

Wrócił do mnie obraz tego teatru sprzed 40-50 lat. Nagle ujrzałam znaną mi scenę, ale jakże inną! Większą, nowoczesną, przestrzenną. Wiedziałam, że teatr był długo w przebudowie, że odnowiono wnętrza, widownię, wymieniono krzesła, odnowiono loże.  Ale przecież nie byłam tam pół wieku… Wszystko wróciło ze zdwojona siłą. Nagle znalazłam się w teatrze moich młodych lat, a przecież zupełnie innym! Ujrzałam stare piękno tego miejsca, rozpoznałam wiele znajomych, bo solidnie wbitych w pamięć elementów. Remont wciąż trwa, bo nie jest to łatwy i tani projekt. Ale i tak nowy wygląd starego “Słowackiego” zapamiętanego przeze mnie teatru, aż zaparł mi dech w piersiach. 

Musical o treści politycznej, to niełatwy temat. Powiem więcej – trudny do odtworzenia.  

Oglądałam w Houston musical “Hamilton”, który robi wielkie wrażenie i ma świetne recenzje. Podobno był pierwowzorem pomysłu wersji Musicalu „1989”.  

Najchętniej dołączyłabym dużo więcej zdjęć! ale jesli ktoś zainteresowany – zapraszam na strony internetowe

Nigdy nie byłam fanką muzyki rapowej, nigdy też nie myślałam, że można stworzyć tak ciekawy scenariusz opowiadający o politycznych wydarzeniach w Polsce w latach 1980-89. O “Solidarności”, o dniach niepewności, o aresztowaniach, o wątpliwościach i – o największej sile polskiej solidarności ludzkiej, jaka  dokonała się na oczach mojego pokolenia. 

Tak, minęło już ponad 35 lat. Wyrosło następne pokolenie a nawet dwa, dla których to już tylko historia..  Dla mnie – to przeżycie pokoleniowe!  Byliśmy w środku tych wydarzeń, przeżyliśmy chwile i wydarzenia, które wykształciły w nas najprawdziwszą świadomość polityczną. 

Historia opowiedziana jest z perspektywy kobiet i żon ważnych osób, które tworzyły tamte wydarzenia. Na scenie przeplatają się chwile grozy i polityczne decyzje, rodzinne problemy i dylematy. Wątpliwości zwykłych ludzi i życiowe zawirowania. Codzienne życie toczy się obok wielkiej polityki. A wszystko to w rapowej muzycznej oprawie, ostrym rytmie, energicznym tańcu.

Byłam i jestem zauroczona! I mile zaskoczona. Niektórych aktorów znam z filmów, ale w takich rolach wszyscy mnie zaskoczyli. Entuzjazm i energia spektaklu, szybkie zmiany scen, dekoracji, świateł a równocześnie znane postaci tamtych wydarzeń – wszystko to otworzyło mi ważny i trochę już przysypany kurzem minionych lat obraz. 

Oglądaliśmy tę transmisję z Teatru Słowackiego i czuliśmy się jak widzowie w pierwszym rzędzie. Byliśmy tam, wśród innych widzów – a nie przed naszym dużym telewizorem. Ale siła wrażeń, moc rapowej muzyki, nieustającego ruchu i tańca, tekst scenariusza i niezwykłe skupienie wydarzeń tamtych lat wywołały w nas tak silne emocje, że podzieliliśmy sobie całość spektaklu na dwa wieczory. 

Jedno, co odkryłam w sobie z dużym zdumieniem…  “Solidarnościowe” przeżycia i w pewnym sensie wiedza o tamtych czasach urwały się w mojej pamięci wraz z wyjazdem z Polski do Houston.  

Zrozumiałam, że ostatnie 35 lat dla Polaków mieszkających w Polsce to ciąg dalszy historii, trwanie walki politycznej i zmian, których ja już tam nie doświadczyłam. 

Dla mnie zwycięstwo „Solidarności” to pierwsze wolne wybory w 1989 roku i ich wygrana. Wszystko, co nastąpiło potem – już nie wyzwoliło we mnie rozterek, niesmaków i poważnych rozłamów politycznych.

Dla mnie MIT tamtego burzliwego dziesięciolecia i zwycięstwo “Okrągłego Stołu” to MIT POZYTYWNY. Nikt i nic go nie zmieni. Tak, wiem – następne ponad trzy dekady zmieniły w Polsce życie i w konsekwencji także spojrzenie na tamte wydarzenia. 

Usłyszałam (a może przeczytałam w recenzjach), że spektakl “1989” ma za zadanie przywrócić czy odtworzyć tamto zwycięstwo i sprawić, by MIT tamtych lat stał się dla nowych pokoleń mitem pozytywnym.  Nie tylko dla mnie…

Z perspektywy czasu, a przede wszystkim zmian w moim życiu, z obserwacji polskości z daleka, dla mnie Solidarność pozostanie na zawsze zwycięstwem mojego pokolenia. Jedynym polskim powstaniem, które wygrało. 

A twórcom i aktorom tego spektaklu dziękuję z całego serca za odwagę i odświeżenie historii, która powoli zaczyna być zapomniana. A przecież – nie wolno zapomnieć o tym, że potrafimy zwyciężać.  

Teatr potrafi przywrócić wiarę, przywołać pozytywne wspomnienia i… uzdrowić duszę! 

Dziękuję!! 


BACK

Maski, Murale, Motyle

Nasza pierwsza „daleka” wyprawa w Ameryce. Pierwsze zetknięcie sie z niezwykłym miastem – Nowy Orleans.

1 maja 2025

Trzy razy M. Skąd takie skojarzenie? Jak zwykle – z życiowego doświadczenia. Wszyscy mamy wiele wspomnień, bardzo trudno je poukładać. Ustalić – co, kiedy, do czego i po co.  Trzy motywy myślowe, które pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. 

Był rok 1990 – listopad. Basia i Marek zaproponowali nam wycieczkę do Nowego Orleanu. Niewiele wiedzieliśmy o tym mieście. Pożyczyli nam ich drugi samochód (nie bardzo wierzyli że nasz „staruszek” z założenia kupiony na jeden semestr, wytrzyma taką podróż) 

Ze wstępnych opowieści chłonęliśmy o tym mieście co się dało, zwłaszcza legendy o nowoorleańskim jazzie. Pojechaliśmy tam z dziećmi- nasze już były nieco starsze, ale dzieci naszych przyjaciół jeszcze małe (5-7 lat) – za małe by odwiedzić kluby jazzowe…

To niełatwe zobaczyć dużo, ale i tak jazz wszechobecny na każdej ulicy, każdym rogu, artyzm i atmosfera tego miasta zachwyciła nas niemal natychmiast. Było tak… inaczej!  Sklepiki z pamiątkami w charakterystycznych kolorach tego miejsca, wielka rzeka Mississippi – wszystko nowe i zachwycające. Skupiliśmy się na starym statku pływającym po wielkiej jak morze rzece, kolorowych sklepikach, muzyce jazzowej i każdej innej na ulicach i dobrych „cajun” przysmakach.

Maska – magnes

Wtedy po raz pierwszy odkryłam maski. Były w każdym sklepiku, na ścianach, półkach, wieżach z magnesami. Kolorowe cuda jak na filmowych balach maskowych. Maski (oczywiście fioletowo- żółto- zielone) ale także w wielu innych kolorach – ostrych, wyrazistych, natychmiast przyciągających oko! Maski zasłaniające pół twarzy i całą. I tylko na oczy. Śliczne, ale i przerażające, karykaturalne.

Moją uwagę zwróciły maski dekoracyjne, zawieszane jako ozdoby ścian. Wtedy po raz pierwszy takie kupiłam… Długo były z nami na różnych ścianach naszych często wtedy zmieniających się domów, aż – gdzieś się zapodziały. Pewnie po latach – zakurzone nieświeże zawędrowały do kosza…

W Nowym Orleanie byliśmy jeszcze cztery razy. W różnych porach roku i przy wielu okazjach. Kiedy piszę ten tekst jestem po świeżej wizycie w NO – tym razem w szaleństwie karnawałowych parad Mardi Gras, bardzo wymyślnie i niezwykle kolorowo poprzebieranych turystów i ogromie dekoracji.  Tym razem – już bez takiego „obłędu w oczach” kupiłam nową maskę na ścianę i bardzo ładny magnes/maskę. Tradycji stało się więc zadość. 😀

Najnowsza maska zakupiona kilka tygodni temu w NO.

Niesamowite maski były w Brazylii w czasie ich tradycyjnego karnawału, także w Wenecji, w Peru i wielu innych miejscach świata..

Maski to sposób na ludzkie tajemnice, szokujące prawdy . Na jeden wieczór, na jedną noc… zakrywanie naszych oczu lub całej twarzy elementem upiększającym a równocześnie zaskakującym, jest niezwykle ekscytujące. Maska to element – uzupełnienie kostiumu. Dla zabawy i żartu albo z dużo głębszych powodów.

Tak, historia wielokrotnie udowodniła, że pod maskami można ukrywać złe intencje, skrywane namiętności, kłamstwa. Już w starożytności na scenie teatrów maski odgrywały istotną rolę. Maska miała odzwierciedlać charakter scenicznej postaci.  Ach, długo by o tym mówić 🤔

Dla mnie (z moich skromnych doświadczeń) maska to część gry, zabawy, “słodkiej tajemnicy”, która może poruszyć wyobraźnię i zaintrygować innych ludzi… Moje maski były i są kolorowe i radosne i kojarzą mi się z miłymi chwilami.

Dlaczego więc drobne maski przywiodły mi na myśl wielkie graffiti i murale? 

Graffiti – choć wydają się podobne i pokrewne z muralami,  stanowią jednak osobny temat. Malowane na murach, często przez przypadkowych „ autorów” wyrażają nadmiar odruchowych emocji i fantazji. W większości nie mają planu, są niedokładne, często mało estetyczne.  Są „wybuchową bombą” emocji, od dobrych do tych najgorszych. Autor zazwyczaj używa farb w sprayu, byle jak, szybko i nierówno. Często w nielegalnych miejscach, psując smak i klimat miejsca. Ale wcale tak nie musi być! Istnieją graffiti, których przesłanie jest sensowne i pozytywne, a wykonanie zalicza się już do sztuki ulicznej (Street Art).

Za to murale to piękna kategoria ulicznej sztuki! Tak naprawdę dopiero kilka lat temu zaczęłam je zauważać, chociaż są ogromne i właściwie nie da się ich pominąć wzrokiem. 

Kiedyś – mural kojarzył mi się źle. “Komunistyczny motyw” narzucający siłę, uderzający w wyższość polityczną i społeczną sił rządzących. Jakieś niemiłe ukłucie w myśli i w sercu.. 

Murale – Buenos Aires i Rio de Janeiro

 W 2019 roku pojechaliśmy na wspaniałą wycieczkę do Brazylii i Argentyny. Tam, w największych miastach tych krajów, Rio de Janeiro i Buenos Aires aż buchały z wielkich ścian kolorowe malowidła. Wysokiego artyzmu, w niesamowitych kolorach, każdy o silnym przesłaniu. Pozytywnym! Tematyka dowolna i bardzo szeroka. Często dla nas turystów nie odczytywana w pierwszym spojrzeniu, ale przewodnik potrafił opowiedzieć każdą historię kryjącą się w obrazach. Tak – obrazach!  Obraz na gigantycznych ścianach murów, którego przekaz jest prosty, docierający do odbiorcy, poruszający i tematem i wizją. Byłam zachwycona! Pół miasta to kolory, twarze, często zmuszające nas do zatrzymania się na dłuższą chwilę, spojrzenia i zastanowienia się. To ułamki wydarzeń i historia współczesna miast. 

Malowidła (a może to niewłaściwe słowo, bo myślę o nich w bardzo pozytywny sposób, a malowidło nie zawsze kojarzy się pozytywnie…) przyciągają naszą uwagę, nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. 

Są wizerunkiem miasta i “punktują” dla obserwującego najważniejsze problemy współczesności albo historii. 

A kilka lat później (w 2023 roku) pojechaliśmy znów do Polski i bardzo blisko domu mojego dzieciństwa zamiast starych szarych kamienic, zobaczyłam park, a w nim mural poświęcony pamięci naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. 

Pojawił się polski trend malowania murali ku pamięci polskich twórców literatury, aktorów, piosenkarzy. Twarze na murach, blisko naszych oczu i serc, ludzi, których nie chcemy zapomnieć. W Opolu, w 2020 roku powstał mural Anny Jantar a rok później mural, który upamiętnił  Krzysztofa Krawczyka. Jest także bardzo ciekawy graficznie, mural pamięci Zbigniewa Wodeckiego. Agnieszka Osiecka tonie w kwitnących bzach w Warszawie. 

Śledząc murale w różnych miastach można stworzyć lekcję o twórcach współczesnej polskiej poezji, spotkać na wielkich ścianach wiersze Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Stanisława Barańczaka. 

Jeden z mistrzów współczesnego polskiego kryminału, Marek Krajewski, doczekał się swojego wizerunku na murze (we Wrocławiu) w towarzystwie dwóch jego książkowych bohaterów – Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego. Oczywiście jest i mural Remigiusza Mroza promujący jedną z jego powieści “Osiedle RZNiW”.

Murale mogą mieć setki tematów, przekazać dziesiątki informacji. Nie sposób ich zliczyć!! Podobno w Polsce najwięcej murali jest w Łodzi. Trudno mi sobie wyobrazić współczesną Łódź pełną kolorowych ścian. Łódź, którą pamiętam – bardzo przelotnie i bardzo dawno – była ponura i smutna. Taka… nijaka.  Chciałabym przejść się dzisiaj po tym zupełnie innym mieście. 🙂

Murale – Downtown Houston

Murale zmieniają przestrzeń publiczną, czynią ją weselszą. Są wszędzie, rozsiane po całym świecie.  Przemawiają do nas obrazem, kolorem, wielkością. Także słowami – cytatami z wierszy, piosenek, mądrych słów ważnych ludzi.  Dziś mural stał się nie tylko elementem dekoracyjnym, ale także estetycznym wyrażaniem przekonań, opinii i wartości społecznych. Także tych naszych – prywatnych, bo interpretacja to już nasz osobisty odbiór. 

Nie wiem jak dokładnie wygląda technika wykonywania muralu. Nie jest to chyba łatwe zadanie, bo przestrzeń jest ogromna, a pomysły autorów bardzo różne. Osobiście, murale w różnych miastach świata zrobiły na mnie ogromne wrażenie. 

Motyle i biedronki – dekoracja na drzwiach „ogródkowych” mojej Koleżanki

Sztuką może być wszystko – od najmniejszej porcelanowej filiżanki  czy srebrnej biżuterii do obrazu wiszącego na ścianie w naszym domu aż po ogromny mural, na który spoglądamy z daleka, by objąć cały jego przekaz. 

Motyle w moich dekoracjach domowych

A motyle? Czy to tylko dlatego, że pasują do “Trzy razy M”? A może dlatego, że są piękne, ulotne i delikatne. Mają w sobie tyle artyzmu natury, nawet jeśli są tylko dekoracją.  Patrzę na nie i podziwiam niemal tak samo jak murale. 

Stanowią piękno w naturze i w wielu rodzajach sztuki – malarstwie, metalu, w prostych rysunkach ręką dziecka i jako symbol rozlicznych ważnych tematów. 

Motyle – medal. Zakupione w sklepiku w Galveston

Mam słabość do motyli. W każdej postaci. Zawsze wywołują we mnie ciepłe skojarzenia, pozytywne myśli. Wielki mural i maleńki motyl. A pośrodku tajemnicze kolorowe maski. “Bukiet różności” a ja w swych myślach znajduję dla nich wspólny mianownik. I to nie tylko literę M…

Nie znam się na rodzajach, ale wiem, że cały cykl rozwojowy motyla trwa kilka miesięcy, ale motyl w “popularnej odsłonie”, taki jaki kojarzymy z jego nazwą żyje około trzech tygodni. I to są różnice pomiędzy grupami, gatunkami, które liczy się  w tysiącach. Czy ktoś wie, że istnieje motyl, który żyje tylko jeden dzień?.. 

Powieść która na długo zostaje w pamięci! – polecam!

Zapamiętujemy obrazy. Każdy z nas inne i inaczej. Postrzegamy piękno również w inny sposób. Tworzymy sobie własną hierarchię, tego co lubimy i podziwiamy. 

Być może temat masek, murali i motyli postrzegany w opisany przeze mnie sposób, nie przekona innych. 

Ale na pewno sprawi, że ktoś zatrzyma się przed muralem i dostrzeże w nim coś, czego wcześniej nie widział. A twarz w masce poruszy myśl o tajemnicy, jaką każdy może za nią skrywać.  Nawet jeśli to będzie tylko jedna noc…  I wtedy będą latać wokół nas nocne motyle.. 

Motyle na chwilę, motyle “w brzuchu”, motyle – symbole, motyle – oznaki miłości i wolności. Symbol transformacji i rozwoju. Ulotnego szczęścia, trudnego do zatrzymania na dłużej. Ale tak przyciągającego swym pięknem, że nie umiemy się mu oprzeć.  

I tu aż puka do drzwi mojej pamięci piosenka niezapomniana Ireny Jarockiej pt. „Motylem jestem” – optymistyczna i ciepła.

Ale znalazłam cos nowego – w wykonaniu dawnego zespołu Lady Pank (który rozpoczął swa karierę w 1981 r) „MOTYLE” – piosenka z roku 2025!! P Motyle – dawne piękne i ciepłe wspomnienia o kobietach – motylach. Uleciały ulotne piękne chwile… jak w życiu każdego z nas.


BACK

Są dwa światy… i wiele innych

16 kwietnia 2025

Świat. Przestrzeń. Ogrom kosmosu. I małe ciasne kółko wokół mnie. Świat, który trwa teraz i tu. I świat przeszłych lat i wieków. 

Istnieją dziesiątki sposobów pojmowania świata. Tworzenia go i akceptowania po swojemu. Dwa najważniejsze światy – ten wielki, nieograniczony i różnorodny. Zależny od miejsca w przestrzeni, od kultur, możliwości finansowych i intelektualnych. I drugi świat – nasz własny, który tworzymy sami i uczymy się go dla siebie przez całe życie. 

Oba te odległe pojęcia świata są prawdziwe, choć zupełnie inne. 

Przyszło mi do głowy, że nie każdy człowiek żyje w jednym świecie i nie każdy umie znaleźć się w innym, niż ten najbardziej “własny”. Prawie wszyscy bardzo chcą podróżować, sprawdzić we własnych doświadczeniach jak wyglądają nieznane nam światy. Mamy nawet dużo wiadomości o innych miejscach i ludziach. Może czytamy, oglądamy filmy i marzymy, by przez choćby kilka dni być nie u siebie. 

Poczuć jak można żyć inaczej, jak zaistnieć w innej kulturze, wśród innych ludzi, innych obyczajów. Wydaje się to takie proste. Przecież ludzie są wszędzie. Wszyscy muszą jeść i spać, uczyć się i pracować. Wystarczy tylko odważyć się pojechać, polecieć, popłynąć, ułożyć sobie plan podróży i już dalej wszystko będzie łatwe, relaksowe. Marzenia spełnią się, a my poczujemy kilka dni czy tygodni absolutnie innego szczęścia. Posmakujemy nowych klimatów, spróbujemy różnych nieznanych nam potraw, nauczymy się kilku nowych słów, zachłyśniemy się  innym powietrzem.. 

Wielka niewiadoma. I … wielka złuda!

Kiedy jesteśmy młodzi i tryskamy siłą fizyczną, wtedy chętnie zamieniamy swój świat na inne. Wymyślamy niesamowite sposoby na podróżowanie, mieszkamy w obcych nam warunkach, poznajemy nowych ludzi. Nawiązujemy nowe kontakty, a nawet przyjaźnie. 

 Ale nie zawsze udaje się tak, jak sobie to wymyślimy w głowie. Wyobraźnia ludzka jest nieograniczona tylko we wczesnym dzieciństwie. Wtedy cokolwiek mały człowiek sobie pomyśli wydaje się być do zrealizowania bez przeszkód i zakłóceń. Znane jest powiedzenie “Mój świat, moje kredki”..

Ale z każdym rokiem wokół nas zacieśniają się nowe zasady, których musimy przestrzegać. Ktoś – coś wywiera na nas silny wpływ, nawet jeśli tego nie chcemy. Zanim zdążymy pojąć jak to wszystko działa – “cisną” nas buty, czujemy niewygodę i już w późniejszym wieku dziecięcym zaczynamy rozumieć, że nasz świat nie zawsze jest nam przychylny i wygodny. 

Jest tyle bodźców zewnętrznych, które nie sposób ominąć – z różnych powodów. Z lenistwa, z wygody, z głupoty, z uzależnień od innych osób, od obowiązków życiowych, od rodziców, współmałżonków, od pieniędzy itd. 

Wychowałam się w centrum Krakowa, w mieszkaniu składającym się z dwóch pokojów i kuchni, na owe czasy niezbyt małej, za to zimnej i bez ciepłej wody. Łazienki nie było, dopiero, gdy byłam już w liceum przeprowadzono remont naszej dużej starej kamienicy i wreszcie mieliśmy łazienkę (też przez większość roku zimną i nieprzyjemną), ale za to była już ciepła woda. Dzieliłam pokój z młodszym bratem i często pojawiały się jakieś problemy. Jak to w rodzeństwie. Lubiłam mieć swoje elementy dekoracyjne, lubiłam porządek, własne biurko, na którym moje rzeczy miały być moje – poukładane tak, jak chciałam. Starałam się mieć półkę z książkami, choć wiele miejsca w pokoju nie było. No i duża rodzinna wspólna szafa… Zawsze dopchana do granicy możliwości. Bo przecież oprócz ciuchów (letnich i zimowych!) były tam półki na bieliznę, skarpetki, rajstopy, ręczniki, pościel… Do dziś nie mogę pojąć, jak to wszystko funkcjonowało i mogło się zmieścić. A przecież tysiące rodzin żyło w gorszych warunkach, z ubikacjami wspólnymi na klatce schodowej, gdzie w jednym pokoju mieściło się kilka osób. Z czasem ludzie zaczęli dostawać (opłacane w ratach przez wiele lat) mieszkania spółdzielcze i powoli warunki się polepszały. 

Pierwsze 21 lat, czas w domu rodzinnym, to mój pierwszy świat. Rodzina, która funkcjonowała “normalnie”, na zasadach ustalonych przez rodziców. Przystosowaliśmy się do norm rodzicielskich, do warunków i tradycji. Ale to nie były moje zasady. Z drugiej strony – dzięki temu uczyliśmy się wiele, obserwowaliśmy. Powoli zaczęliśmy rozumieć co lubimy, a czego nie. Taka jest kolej rzeczy.

To zdjęcie ma dziś 46 lat ( Chrzest naszego syna Jacka) Mój brat jest jego chrzestnym ojcem. Oboje uśmiechamy się – do siebie..

Nasza pamięć jest wybiórcza. Rejestruje to co potrzebuje, co chce zapamiętać. Niezależnie od tego, czy to miłe doświadczenia czy trudne i nieprzyjemne. I co ciekawe z mojego rodzinnego doświadczenia – wspomnienia moje i mojego brata są bardzo różne. A przecież żyliśmy tuż obok przez siedemnaście lat!  Może już wtedy nasze  “głowy” pracowały inaczej? Moje i jego emocje i potrzeby kształtowały się w innych kierunkach.

Dziś – kiedy ostatnio mieliśmy okazję rozmawiać o przeszłości, byłam oszołomiona jak bardzo wspólny dom rodzinny wygląda inaczej w pamięci każdego z nas. Tak niewiele znaleźliśmy takich samych wspomnień, tak różne targają nami wzruszenia, lęki z przeszłości, sentymenty i wręcz wstrząsy… Dwa światy.

Świat – ten  zewnętrzny, ma na nasze życie ogromny wpływ. Ludzie udają, że  można żyć po swojemu, odciąć się od tego, co niedobre, niebezpieczne a przede wszystkim inne. Ale to nieprawda! Wielki Świat spina się z naszym “małym podwórkiem” w jedną całość.

( z sieci)

Cokolwiek w życiu wybierzemy – świadomie lub przez przypadek – zaakceptujemy i stworzymy własne standardy, wymagania – taki będzie NASZ świat! Będę w nim ja i ktoś obok mnie, będzie mój dom i moje miasto albo wioska. Będzie tradycja przejęta z dzieciństwa, wszystkie dobre wspomnienia i traumy, jakie są w nas. 

MOJA RODZINA- mój najpiękniejszy świat!

Wychodząc z domu rodzinnego na własną drogę mamy dużo czasu, by te kompleksy i problemy z przeszłości przepracować. Pomoc przychodzi każdego nowego dnia – tylko trzeba chcieć się z tym zmierzyć.  Pomoże nam w tym nasza filozofia życiowa, uśmiech, chęć do pracy i spełniania marzeń.  Jeśli jednak zasklepimy się w rozpamiętywaniu traum i złych wspomnień, nigdy się od nich nie uwolnimy! To praca „na pełny etat”!  

Nic nie jest stałe i o tym wiemy od najmłodszych lat. Każdego dnia może wydarzyć się coś, co zmieni nasz świat. Ten globalny i ten najmniejszy. Nasz kokon obronny.  

Jedno z pierwszych moich zdjęć- z rodzicami, na Krakowskich Plantach. Zdjęcie dolne – zabawa karnawałowa dla dzieci. Miałam wtedy może 6-7 lat. Na prawo, obok „Królowej Śniegu” – moja kuzynka Ewa i ja.

Małe dzieci są nieskażone zakazami, poleceniami, pouczeniami. Ale ten czas szybko mija i “wolność” się kończy. Zanim naprawdę wydorośleliśmy, świat wokół nas już zmienił się kilka razy. 

Pamiętam takie doświadczenie.. Byliśmy już dorośli, ale bardzo młodzi. Marzyliśmy o podróżach do krajów, gdzie żyło się lepiej niż w PRL-u.  Udało się nam. Zaczęliśmy niemal w każde wakacje podróżować, choć to nie miało NIC wspólnego z podróżowaniem dzisiaj. 

Najpierw mój mąż, a po kilku tygodniach i ja znaleźliśmy się w domu dobrego i serdecznego znajomego w Niemczech Zachodnich (tak to się wtedy nazywało w odróżnieniu od Wschodnich Niemiec). 

Na górnym zdjęciu Zenke- nasz zaprzyjaźniony architekt z moim mężem. Dokładnie widać dach – a raczej strzechę. Taki to był dom!! Zdjęcie dolne – budowanie koniecznie NIERÓWNEGO płotu..

Był świetnym architektem, zasiadał w wielu komisjach i organizacjach światowych architektów, był bogatym człowiekiem. Miał dużą rodzinę. Mieszkali na wsi, nie bardzo pamiętam gdzie. Duża posiadłość, dom… Jechałam tam jak na skrzydłach, wyobrażając sobie, że przez następne dwa tygodnie poczuję świat luksusu i pełnej swobody, będę miała wszystko, czego nie miałam u siebie. 

Dom rzeczywiście był przestrzenny, wokół mnóstwo zieleni, staw, obok stół przy którym jadało się śniadania. Dziwny płot, który miał postawić mój mąż i jego przyjaciel, ale już po pierwszym dniu pracy okazało się, że płot jest… za prosty!! Trzeba więc było go zmienić, by udawał, że jest naturalnie nierówny. Tuż obok pasła się koza i trzeba było wraz z kołkiem, do którego była luźno przypięta, zmieniać jej pozycję, żeby skubała trawę w różnych miejscach. Bo trawa nie mogła być przycinana przez maszynę. Musiała być naturalnie wyrównywana… 

Były też (chyba) kaczki i inne zwierzaki.  A w domu – zamiast podłogi było klepisko, gospodarze chodzili przez cały dzień boso. Łazienki były, owszem, ale także w stylu “swobodnym”.

Byłam w szoku!! Czułam się tam niewygodnie, dziwnie, chociaż absolutnie niczego tam nie brakowało! Gospodarze byli przemili, pomogli nam w życiu jeszcze wiele razy. Ale ich “mały świat” nie spełnił moich oczekiwań. Nigdy nie potrafiłbym czuć się dobrze w takiej scenerii. 

To taki drobny przykład, jak różne mamy potrzeby i jak inaczej wyobrażamy sobie “swój świat”.  

Potem było w moim życiu mnóstwo podróży w zadziwiające miejsca. W luksusy i bardzo przeciętne “miejscówki”.  Takie letnie i zimowe. Naturalne, zwyczajne i przygotowane przez człowieka – zadziwiające nas pomysłami i wykonaniem. 

W niektórych czułam się bardzo dobrze. Mogłabym tam zostać i żyć podobnie jak tamtejsi ludzie. Być może dlatego, że kilka razy udało mi się przystosować do warunków, których wcześniej nie znałam i nie były “moje”. Potrafiłam zaakceptować „inność”.

Zdarzyło mi się też trafić “w świat”, w jakim nie odnalazłabym się za żadne pieniądze. Pominę przykłady, bo pewnie lista byłaby dość długa. Mój wniosek jest jeden. Są ludzie, którzy lubią zmiany, rozumieją je i potrafią się do nich przystosować. Nie razi ich inność. Są tolerancyjni i otwarci. Tak – otwarci! To właściwie słowo. Myślę, że do takich i ja należę.  Nie mam problemu z akceptacją inności. Nie obrażają mnie inne gusty, inne tradycje i zwyczaje. Toleruję wiele sposobów na życie, których sama nie potrafiłabym i nie chciałabym stosować. I wiem, że ludzie są różni i mają swoje “światy”. Ciągnie mnie zawsze do “podglądania” miejsc i mieszkańców, gdzie jest “inaczej”.

Druga kategoria ludzka to ci, którzy mimo podróżowania, czytania o inności, nigdy naprawdę nie wychodzą z miejsca “własnego świata”. Zawsze znajdą sposób, by coś skrytykować, ocenić po swojemu dając do zrozumienia, że jeśli nie jest tak, jak w „ich świecie” to znaczy, że to jest niewłaściwe… To na pewno trudne dla nich, bo w gruncie rzeczy, mimo potrzeby poznawania innych światów, akceptują tylko ten jeden jedyny – ICH. 

Nie jesteśmy idealni. Oceniamy zawsze, chociaż często tego NIE chcemy. Taka już natura ludzka…

A gdy już dopada nas wiek “starczy” (niektórzy tak myślą, gdy mają pięćdziesiąt lat, a inni dopiero, gdy dociska ich osiemdziesiątka🤣) mamy skłonności do podsumowań. I do zachowań, które nie wiedząc skąd i dlaczego ujawniają się w nas właśnie w takim wieku.

Wszystko traci ostrość i siłę. Szalejemy mniej, pijemy mniej (no, bywa różnie..), na zakupy chce nam się chodzić coraz rzadziej. Nudzą nas długie “nasiadówki” towarzyskie, nie lubimy robić dalekich czasowych  planów. Uczucie, że “nie zdążę” towarzyszy mi często, ale nie jest patetyczne czy smutne. Jest uświadomieniem sobie, że “mój świat” jest teraz inny niż 20-30 lat temu. Myślę: gdybym to chciała, to mogę mieć.. . Ale moje “chcenie” słabnie, bo to “chcenie” ma dzisiaj już inną wartość niż kiedyś. 

Młodzi ludzie biegną do Starbucksa, w biegu kupują kawę w styropianowym kubku i są szczęśliwi. Ja już tak nie umiem. Ja lubię kawę w ładnej ulubionej filiżance, lubię pić ją pomału, bez pośpiechu. I to dla mnie ma teraz znaczenie. 

Zauważam też, że coraz częściej rozmawiając między sobą mówimy o rzeczach i doświadczeniach przeszłych. Zaczynamy zdanie… “Kiedy byłam.. Wiele lat temu… To było jeszcze za czasów…” Co za okropny nawyk!! Zamiast łapać tu i teraz, sięgamy do dalekiej przeszłości. A potem dziwimy się, że wnuki za długo takich rozmów z nami nie wytrzymują. 🤗  

Świat zmienia się z naszym wiekiem. Osobistym i tym płynącym nurtem wydarzeń politycznych, społecznych, pogodowych, technicznych… 

Świat zmienia się z każdą minutą. My trwamy w nich tylko przelotną chwilę. 

Ale mój “epizod” istnienia w globalnym świecie jest ważny! I wyjątkowy. Bo to jest mój świat, moja chwila, mój SEZON na życie. 

Każde dziecko ma „etap” zachwytu tęczą i słońcem. Jedno z tysiąca zdjęć w sieci- niestety własnych dawnych rysunków nie mam 😀

Doceńmy ten moment na Ziemi, celebrujmy siebie i nasz czas. Nie dajmy sobie go odebrać przez brak uśmiechu, depresję, niechęć do ludzi i wszystkiego wokół, marudzenie czy nietolerancję. 

Gdy miałam 5-6 lat bardzo lubiłam malować kredkami duże słońce i kolorową tęczę. Miałam wtedy wypadek, jechałam z Tatą na motorze. Niewiele pamiętam, ale przez kilka dni trzymali mnie w szpitalu, a ja cały czas malowałam w kółko rożne wersje kolorowej tęczy, wielkie słońce i czasem kilka chmurek. Pogodnych – niebieskich. Teraz, gdy rano w swoim ogródku wypijam na śniadanie kawę i zajadam ciepłą bułeczkę, i świeci słońce – mam w sobie wielką radość. 

Wiem, że to tylko stan pogodowy – ale dla mnie w moim świecie słońce to stan ducha. To uśmiech na cały dzień. I tego nie dam sobie odebrać. 

Chcesz mieć inny świat? Twoja wola i twoja decyzja. Bo światów jest wiele. Są szczęśliwe i słoneczne. Są markotne i takie, w których wiecznie jest ciemno i smutno. 

************************************

I tu nie odpuszczę – znów wracam do Maryli Rodowicz, do piosenki, która idealnie wkomponuje się w moje przemyślenia. Nic dziwnego – słowa i muzykę napisał krakowski artysta Andrzej Sikorowski. Piosenka po raz pierwszy „wyśpiewana” była dwa lata po stanie wojennym, na Festiwalu Polskiej piosenki w opolu. „Rozmowa przez ocean„. Słowa: Są dwa światy i nas jest dwoje, do swych miejsc przypiętych jak rzepy… Są dwa światy i jedno słońce…” wracają do mnie latami, w najbardziej dziwnych momentach wspomnień, w różnych kontekstach. Są bardzo trafną puentą, jaką emigranci – nawet najbardziej szczęśliwi – mogą sobie codziennie powtarzać..


BACK

Czy te oczy mogą mówić? 

1 kwietnia 2025

Kłopoty z oczami ma każdy. Wcześniej czy później nas dopadają. U mnie pojawiły się jeszcze w dzieciństwie, pierwsze okulary musiałam założyć na nos, gdy byłam w czwartej klasie szkoły podstawowej. I o dziwo, nie czułam się skrzywdzona z tego powodu. Właściwie byłam zadowolona, że mam coś nowego. Pamiętam je bardzo dobrze. Oprawki były ciemno czerwone, kształt taki “łezkowaty”. To chyba było tuż przed wakacjami, bo utkwiło mi w pamięci, że testowałam je podczas letnich zabaw na wsi i kiedy wróciłam do szkoły byłam już z nimi “zaprzyjaźniona”. 

Wtedy wyrosłam już z wieku, gdy inne dzieci śmiały się z okularników i nie przypominam sobie z tego powodu niemiłych momentów. Nie pamiętam kiedy, ale z czasem przestałam używać okularów codziennie, raczej tylko do czytania i pracy szkolnej.  Okulary były mi potrzebne, ale mogłam także bez nich funkcjonować. Nie wiedziałam wtedy nic o soczewkach kontaktowych, a już na pewno nie interesowałam się medyczną korektą, która mogłaby poprawić wady wzroku. 

A wady oka rosną po cichutku z wiekiem i pewnego dnia uświadamiamy sobie, że widzimy nieostro, mamy kłopot z obrazem z daleka. Coś nas denerwuje, irytuje, swędzi, piecze… Oko zaczyna się buntować i już nie “koresponduje” z resztą organizmu. 

Brak widzenia albo widzenie zamazane, to ogromny problem w życiu. Na szczęście ten dział medycyny już jest głęboko rozpoznany i wszelkie korekcje, kontakty, okulary pomagają nam żyć z problemami oczu. Biznes ma tu też swoje “trzy grosze”, bo ciągle korzystamy z lepszych kontaktów, z pięknych i modnych oprawek, jakie kto sobie życzy. Wybór jest ogromny, moda się zmienia i każdy z nas może dobrać to, co mu się najbardziej podoba.  Wszelkie operacje, które potrzebuje oko są wykonywane na wysokim poziomie i zazwyczaj za pomocą sprzętu, który sprawia wrażenie niemal kosmicznego. 

Oko to także część twarzy. Oczy są elementem piękna i także z tej przyczyny dbamy o nie bardzo specjalnie. Przedłużanie rzęs, korekty brwi na wiele sposobów, a w późniejszym wieku wygładzanie zmarszczek wokół oczu, “worków” pod oczami to niemal jak regularna konieczna higiena. Oko ma swój zewnętrzny codzienny wygląd i ma swoje dno, którego nie jesteśmy w stanie zobaczyć bez pomocy specjalistycznego sprzętu.  Zazwyczaj jest organem “bezpiecznym” – dobrze chronione przez powiekę, która odruchowo zamyka się, gdy oku cokolwiek grozi. Gdy śpimy, zamknięte powieki pozwalają gałce ocznej wypocząć i odizolować ją od całodziennej pracy. 

Ludzie, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z najmniejszym nawet uszkodzeniem oka, przypadkowym zadrapaniem gałki ocznej, wpadnięciem malutkiego pyłku do oka czy czymkolwiek, co oku przeszkadza, wiedzą jaki wielki ból może nam oko sprawić!!  To niesamowicie wrażliwy organ i w dodatku często nie jesteśmy w staniu pomóc sobie sami.  

A jednak – oko to coś więcej niż fizyczny organ niezbędny do życia. To narząd mowy, chociaż nie używa słów. 

Patrząc w lustro na własną twarz widzę swoje oczy. Patrzę w nie głęboko i wiem, że wszystko co czuję w danym momencie znajduje się w moich oczach. To właśnie oczy są najbardziej centralną częścią twarzy. Nie nos, który jest pośrodku, nie usta, które wydają się  najważniejsze, bo potrafią wypowiedzieć wiele ważnych słów.

Oczy mówią bez słów, przemawiają emocjami, ruchem źrenic, zmrużeniem, drgnieniem powieki, przymknięciem oka. Każdy najbardziej delikatny ruch oka, to wyraz naszych emocji, myśli, nastroju chwili. Bardzo trudno jest zachować “kamienną twarz”, bo oczy nie słuchają rozumu, nie umieją udawać. Oczy są szczere i zdradzają nasze najgłębsze tajemnice…

Jeśli ktoś jest wrażliwym obserwatorem, odczyta w oczach nasze intencje. Spojrzenie komuś głęboko w oczy, to jak zajrzenie do najintymniejszego zakamarka duszy. Niewiele osób to potrafi ukryć trudną prawdę w oczach. Już nawet dzieci, gdy coś “przeskrobią”  zwieszają głowę w dół, by nie pokazać oczami, że czują się winne.   

Z naszych oczu można wyczytać przeszłość. Nie jest łatwo ukryć w spojrzeniu ludzkie złe czyny. Trudniej zdobyć dowody na ludzkie przestępstwa niż przeczucie albo prawie pewność, że dana osoba je popełniła. Często winy, złość, ból widać w oczach jak na dłoni. 

Oczy smutne, uwodzące, zamyślone.. w każdej chwili mogą być inne

Smutek, poczucie nieszczęścia, gniew, pogarda ujawniają się w oczach “samoistnie” i trudno je ukryć przed bliską osobą. To bardzo silne emocje i zawsze widoczne w oczach “poszarpanego przez życie” człowieka. 

Szczęśliwy człowiek też nie ukryje swych radości. Oczy rzucają iskrami szczęścia, miłości, którą czujemy do bliskiej osoby, do dziecka, matki. Oczy umieją się uśmiechać, płakać ze szczęścia i z rozpaczy. Łzy pomagają oczyścić emocje, spełniają także rolę fizycznego “prysznica” dla oka.

Gdy spotykamy kogoś na swej drodze, nasze pierwsze instynktowne odczucie jest bardzo ważne. Mówimy: ”podoba mi się ta dziewczyna. To przystojny miły facet..”   I nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to właśnie nasze spojrzenia wzajemnie się testują. Pierwszy rzut okiem to najważniejszy moment, może nawet na całe życie. 

Zakochujemy się w czyiś oczach, spoglądamy w ich głębię, szukamy porozumienia we wzajemnym spojrzeniu… Od tego zaczyna się miłość, przyjaźń, zaufanie. Czasem także – niestety – uzależnienie.

Sprytne oczy potrafią też kłamać i oszukiwać. Być nieprzeniknione. I wtedy mogą nas zmylić. Nie tylko raz a wiele, wiele razy w życiu. Oczy mogą sprawić ból drugiemu człowiekowi… Potrafią być krytyczne, nieustępliwe. Bywa, że boimy się wzroku drugiego człowieka. Spojrzenie może skrzywdzić, choć nie używa żadnych innych narzędzi.  

W oku można odczytać też stan zdrowia. Podczas rutynowego badania oka dobry optyk może wykryć wczesne objawy cukrzycy, stwardnienia rozsianego, zmiany tarczycy czy niebezpiecznie podwyższone ciśnienie.  Nie będę opisywała jak to się sprawdza, bo nie mam o tym pojęcia. Ale wiem, że oko to także zwierciadło naszych niektórych chorób, które optyk czy okulista może uchwycić. 

Każdy człowiek ma SWÓJ kolor oczu. Nie ma identycznego koloru dla dwóch osób! Mimo, że większość ludzi ma oczy piwne, to wcale nie oznacza, że “piwny” kolor jest jeden! Jest tak wiele odcieni i nazw tego koloru, że najprawdopodobniej nikt z nas tego do końca nie ogarnia. Mnie wiadomo tylko, że największy procent populacji ludzkiej ma piwne oczy i kolor zależy od ilości barwnika – melaniny.  W zależności od tego, ile melaniny ma oko w tęczówce, zależy odcień koloru oka. Mniej tego barwnika mają oczy jasne – niebieskie, a tylko (podobno) niecałe dwa procent populacji ludzkiej ma oczy zielone. 

Moje oczy są szare. Tak mam napisane w oficjalnych dokumentach i tak siebie widzę. W dzieciństwie podobno miałam oczy niebieskie. Ale od niebieskiego do szarości droga krótka, więc tak naprawdę pewnie zawsze były szare…  Podobno ludzie o szarych oczach są spokojni, introwertyczni, a to jakoś do mnie nie pasuje 😂.

Ważna jest też oprawa oczu. Moje są “małe”, nieciekawe. No i dziś już mają wokół mnóstwo zmarszczek. Ale nie wstydzę się tego, nie ukrywam. Starzeję się naturalnie, nigdy nie wstrzykiwałam botoksu ani nie robiłam operacji plastycznych. Ale nic nie mam do tego, że inni to robią! Jeśli się z tym lepiej czują, to plus dla nich. Ja jestem ok ze starością, chyba że dopadają mnie dolegliwości fizyczno-zdrowotne, wtedy starości NIE lubię 🤔.

No, może jeszcze denerwują mnie opadające powieki. Tak to chyba się nazywa. Po prostu – zbyt dużo skóry na powiece. Hmm.. nawet na powiekach dopadają nas zmarszczki.

Jak wiadomo, naukowcy badają wszystko co się da, jest wiele ciekawych i dziwnych wyników badań na temat zależności cech ludzkiego charakteru od koloru oczu. Podobno ludzie o ciemnych piwnych oczach mają większy temperament, energię życiową. Ci którzy mają jaśniejsze oczy są spokojniejsi, mniej nerwowi, ale bardziej pozytywni i częściej.. się uśmiechają.  Ja w to wierzę z „przymrużeniem oka”😜 Ludzie są różni i sądząc po sobie, wnioski z badań naukowych za bardzo do mnie nie przystają (szczególnie te o spokoju i mniejszej nerwowości). Bo co do pozytywnej wizji życia to może i moje oczy mają tu swój udział 😉.

Kształt oczu noworodka zasadniczo nie zmienia

Kiedy rozmawiamy z kimś szczerze, nasze oczy, które wpatrują się w rozmówcę potwierdzają to, co mamy do przekazania drugiej osobie. Otwartość, jasne spojrzenie, ciepło w oczach – to atrybuty przyjaznych kontaktów. Mamy wtedy więcej siły do takiej rozmowy. Mamy kontrolę nad sobą. Podobnie druga strona – wierzy nam i czuje szczerość naszych intencji.  

Mama i synowie – oczy szczęścia

Oczywiście wiem, że bywają ludzie którzy potrafią kłamać w “żywe oczy” jak to nazywamy. Ale nie jest to łatwe i nie próbujmy tego stosować. Oczy naprawdę oddają więcej niż myślimy. Nie na darmo mówi się, że „oczy są naszym zwierciadłem”. Zwierciadłem duszy, emocji, pragnień. 

Kiedyś, dawno temu, w Krakowie każdego roku (1970-1991) organizowana była znana i zawsze oczekiwana wystawa zdjęć artystycznych. Nazywała się Venus. Poświęcona była kobietom – od bardzo młodych do starych twarzy. A także akty piękna kobiecego ciała. Niełatwo było zakwalifikować się na tę wystawę. Wielu artystów – fotografików wysyłało swe prace z nadzieją, że zostaną ich „twarze i akty” zauważone i świat ujrzy „różnorodne” piękna kobiet. Tylko jeden raz udało mi się być na takiej wystawie. Ale zapamiętałam kilka zdjęć i wciąż mam je przed oczami. Wystawa – choć kontrowersyjna, była odwiedzana chętnie i entuzjastycznie oceniana przez odbiorców. Od zachwytu do krytycznych opinii.

…Kobieta w chustce, stara zniszczona twarz poorana setką zmarszczek. I oczy pełne iskier radości. Twarz tak realna i bliska jakby stała obok nas- widzów.  Młode dziewczyny trzymające się za ręce, wirujące wokół, roześmiane i pełne szaleńczego tanecznego ruchu.. 

Kilka przykładów zdjęć z wystawy VENUS – znalezione w sieci

Każde zdjęcie przyciągało uwagę, każde miało MOC. A oczy były istotną częścią tej życiowej energii. Były takie oczy, które płakały, pełne smutku i cierpienia. Inne – zamglone, zapatrzone w dal. Jeszcze inne pełne strachu, przerażenia, niepewności. I dzikiej żądzy. 

Byłam bardzo młoda, wszystko to wywarło na mnie silne wrażenia. Większość zdjęć była biało – czarna. Nawet nie jestem pewna czy były kolorowe, choć w kolejnych latach pojawiały się kolory. Nie pamiętam.. Ta wystawa miała siłę! Nikt nie odbierał jej obojętnie. 

Wtedy chyba pierwszy raz w życiu zwróciłam uwagę na oczy człowieka. Na ich przekaz, na ich niemą mowę..

O oczach napisano setki wierszy, zaśpiewano dziesiątki piosenek. Oczy, jeden z wielu ludzkich narządów ciała. Także symbol wszelkich uczuć i emocji.  

Często nie doceniamy ich wagi, nie myślimy o ich zdrowiu. I nie czujemy jak bardzo są zwierciadłem naszego JA.

*******************************************

Długo zastanawiałam się, którą piosenkę wybrać z setek tekstów o oczach, ich mocy, mowie i tajemnicach. I zdecydowałam przypomnieć wszystkim jedną z najbardziej popularnych – ” A wszystko te czarne oczy…” Tak naprawdę piosenka ma tytuł „Gdybym miał gitarę” i śpiewał ją każdy kto choć raz siedział przy ognisku pod rozgwieżdżonym niebem, czy pływał na łajbie po jeziorach. Kto marzył o wielkiej miłości, wspominał najpiękniejsze chwile swojego życia. Piosenka wielopokoleniowa, bez przesadnie ambitnego tekstu a wzrusza swym ciepłem. Posłuchajmy raz jeszcze.. tym razem w wykonaniu Ryszarda Rynkowskiego – nieco inaczej 🤗


BACK

Jak “uczesać” własne myśli?

16 marca 2025

Kilka z dziesiątek wydań „Myśli nieuczesanych” S..J Leca.

Książka “Myśli nieuczesane” Stanisława Jerzego Leca to ogromny zbiór sentencji i powiedzonek, które kiedyś Umberto Eco zrecenzował krótko, iż “każdy cywilizowany myślący człowiek powinien co wieczór przeczytać przynajmniej trzy lub cztery, zanim zaśnie (jeśli w ogóle będzie mógł zasnąć)”.  

Moje pokolenie zna ten tytuł i myślę, że w dużym zakresie również treść tej księgi. W tym niezwykłym zbiorze mieszczą się aż ponad 2 tysiące zdań “złapanych” w różnych okresach czasowych i podzielone według  tematów, okoliczności, kategorii.  Zasłyszane w najprzeróżniejszych miejscach i chwilach… nigdy nie miały szans stać się księgą “myśli uczesanych”. 

Stanisław Jerzy LEC w karykaturze.

Przypominają  potarganą fryzurę myśliciela i filozofa,  rozwichrzoną na szalejącym wietrze. Ironizującego, patrzącego na świat z dystansu i z przymrużeniem oka. Kiedy jednak przeanalizujemy prawdziwe przyczyny i okoliczności powstawania “Myśli nieuczesanych”  Stanisława J. Leca, szybko zorientujemy się, że mogą pełnić tu funkcję ciekawego wstępu  literackiego, który skojarzył mi się z tym, o czym chcę napisać. 

Stanisław Lec opatrzył swą księgę “Myśli…” mottem: “ Jak najmniej wyrazów, jak najwięcej wyrazu”. (Mnie to chyba nie dotyczy 😂)  

Oczywiście, nie znam wszystkich jego sentencji, ale kilka z nich utkwiło mi w głowie na wiele lat. Trafione jak strzałą “prosto w serce “, choć większość z sercem nic nie ma wspólnego. Ale o tym później..

Przyszlo mi do głowy, że każdy z nas ma swoje myśli – “nieuczesane”.

My “zwykli śmiertelnicy” – nie profesorowie z ambicjami, którzy czują się mądrzejsi niż ci przeciętniacy. Nie geniusze sportów, czy artyści żyjący w świecie obłoków i marzeń, do których ty i ja nie mamy dostępu. Nie ci, co mają w sobie siły nadprzyrodzone, których prostak nie dostrzega i nie potrafi zrozumieć…  ale wszyscy inni –  zwyczajni ludzie naszej Planety. 

Każdy z nas ma własne myśli, nad którymi często nie jest w stanie zapanować. 

Myśli te zmieniają się w różnych etapach życia. Wszystkim kieruje potężna maszyna – nasz mózg. Nie, nie będę przytaczać żadnych danych o mózgu, bo jest tak dokładnie zbadany, obliczony i opisany, że nie mam szans konkurować z tymi, co się tym zajmują i na ten temat wypowiedzieli się już bardzo fachowo. 

Mózg i nasze myśli (zapożyczone z sieci)

Powiem tylko, że ten mózg, który siedzi sobie ukryty w naszej głowie, steruje wszystkim! Wszystkim, co ważne, a my często nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie myślimy o nim w tak czuły i fachowy sposób, jak powinniśmy. Każdego dnia myślimy, na przykład, o makijażu oczu, o maseczce na twarz i fryzurze okalającej mózg. Ale czy kiedykolwiek pomyśleliście, że te wszystkie zabiegi piękności, to przede wszystkim osłona, upiększanie zewnętrzne naszego mózgu? To, co wykonujemy dla podobania się innym, dla satysfakcji i własnej radości – to także działanie dla zabezpieczenia mózgu. 

Proste!  To właśnie mózg pomaga nam wybrać kolor włosów, decyzję nagłej zmiany fryzury, oprawki okularów, które wydają nam się najładniejsze dla naszej twarzy…

Górne zdjęcie – to prosta „mapa myśli dziecka
Dolne – skomplikowane wyobrażenie mapy myśli dorosłego człowieka. ‚To tylko schemat. A tak naprawdę wygląda to jeszcze bardziej zagmatwane!

I tak można by ciągnąć przykłady od zwyczajnych najprostszych do coraz bardziej skomplikowanych, niemal piętrowych decyzji. Od domowych, rodzinnych, bliskich ciału, powoli pojawiają się postanowienia coraz trudniejsze, zawiłe, wielowarstwowe. Kolejne pochłaniają uczucia, wahania w kwestiach: “białe czy czarne”, “dobre czy złe”.  Robi się gorąco. Dorastamy, piętrzą się problemy, wybory nabrzmiewają, a najgorsze, że już nie są pojedyncze, już nie idą w szeregu tylko parami albo całą drużyną.   

Już walą gromadą, tłumem, a my tracimy grunt pod nogami i zaczynamy gubić się. Nie zauważamy kiedy i dlaczego nie potrafimy poradzić sobie z  osobistym narzędziem “operacyjnym” – własnym mózgiem. Myśli tłoczą się i mieszają.  Co zrobić, by moje myśli “uczesać”? 

Nie chcę zwariować. Nie chcę pozwolić mojemu mózgowi zawładnąć moimi emocjami, działaniami, zdolnościami organizacyjnymi tak, bym straciła panowanie nad sobą…  

Jako ludzie mamy przewagę nad wszystkim co żywotne, bo posiadamy umysł. A umysł potrafi się bronić i sterować mózgiem tak, by myśli nie niszczyły naszego życia. 

Smutek jest naturalną częścią naszego istnienia.  W większości jest uzasadniony, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Ale nie jest to obiektywne uczucie…

Znacie takie i podobne nastroje w swojej głowie?  Ile razy w życiu tak męczyliście się? Zadręczaliście się własnymi myślami. Goniliście swoje własne coraz bardziej bezzasadne wyobrażenia, by wpadać głębiej w otchłań smutku i poczucia pustki? 

A później – po prostu – najzwyczajniej, w jednym momencie świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniał nastrój, bo nasza jedna pozytywna myśl, jedno pozytywne zdarzenie może odmienić dziesiątki emocji. 

Posłużyłam się banalnym przykładem, ale na pewno znanym każdemu z własnych doświadczeń. 

Skąd nasz mózg tak szybko czerpie powody do lęku? Dlaczego tak łatwo poddaje się panice, pozwala przejąć instynktowi kontrolę nad umysłem? 

Myślę, że każdy z nas dorastając, od dziecka “zbiera” w pamięci, świadomie lub nie, ogromną ilość różnych doświadczeń. W tym także i tych trudnych, które w momencie poczucia zagrożenia, nawet jeśli to zagrożenie jest wywołane tylko w naszej głowie i jest odczuciem bardzo subiektywnym. Niestety, często powoduje przywołanie niemiłych wspomnień. Zaczynamy bać się powtórki emocji, które kiedyś były przykrym doświadczeniem.  

To wszystko przeradza się w myśli coraz bardziej galopujące i osaczające nas. 

Nie chcę mówić jakie mogą i często są konsekwencje chorobowe takich problemów “z głową”. To już temat dla psychiatrów i psychologów. I problemy – rzeki, z którymi nie mogą poradzić sobie miliony ludzi.  

Staram się skupić “na uczesaniu” moich codziennych myśli, bo wbrew pozorom wcale ich z wiekiem nie ubywa. 

Mówi się, że człowiek starszy odchował już dzieci, ma za sobą dobrze spełnione najważniejsze zadania swego długiego życia. To teraz, kiedy przychodzi czas emerytury powinien się wyciszyć, uspokoić wewnętrznie i czerpać radość, spokój i luz życiowy.  

Ogólnie – to ja się z tym ZGADZAM. Tyle, że nie zawsze wiem jak to praktycznie wykonać 😀

Jakoś w moim emeryckim świecie cisza i luz nie są mi do końca znane. I właściwie nie mam tego za złe mojemu światu.  Od dzieciństwa nie zdążyłam się nauczyć, co to jest nuda i pewnie już się nie nauczę. Zawsze mam coś do roboty, a jak nie mam… to natychmiast sobie znajdę 😀. Żyję bardzo na bieżąco, bo na szczęście otacza mnie ciągle COŚ

Czy narzekam? Pewnie! Czasem mam wszystkich i wszystkiego dość, bo jestem cholernie zmęczona!  Bo, jak wszyscy, mam prawo być zmęczona, mam swoje lata i swój własny limit wytrzymałości. Do jutra. Jutro zacznę znowu tak samo… i znów wszystko będzie kręcić się od nowa 😄

Unikam toksycznych ludzi. Nie chcę zaczynać rozmów od pretensji czy kłótni, szukam nowych celów, więc wymyślam drobne nowe rzeczy do zrobienia, napisania, zaplanowania i ich realizacji. 

Staram się nie popadać w rutynę, bo rutyna rozleniwia mój mózg. Każdy tak ma. Jak nie robimy czegoś nowego, nie próbujemy nowych pomysłów, nie wymyślamy nowych potraw na obiad, nie mamy planów na następną niedzielę czy na kolejne wakacje, to pozwalamy naszemu mózgowi zasypiać, a to nie jest fajnie. 

Wszyscy ciągle mówią o ćwiczeniach fizycznych, o tym, że musimy “robić kroki”, biegać, jeździć na rowerach, pływać etc. A zapominamy, że dla nas, szczególnie dla ludzi starszych równie ważny jest trening “ruchu mózgu”

Trzeba czytać książki, rozwiązywać krzyżówki, oglądać filmy, które poruszają mózg do rozmyślań nad obrazem i problemami w nim zawartym. Potrzebujemy często i dużo rozmawiać z ludźmi, dyskutować na trudne tematy. 

Oczywistym jest, że nasze myśli będą biegać w głowie, będą aktywne i nie dadzą nam spokoju. Będą nakładać się jedne na drugie, uwierać, męczyć, straszyć. Czasem nawet wprawiać w stan niepokoju, “trzęsawki”, bezsennych nocy. To bardzo niemiłe stany. Znam to, i każdy z nas też. 

Ważne jest, by nasze myśli dotyczyły dobrych i pozytywnych sfer życia. By nie wyprowadzały nas na manowce smutku, depresji, niechęci, lenistwa… 

To się dużo częściej przytrafia starszym ludziom niż młodym (choć bywa różnie..),  tym bardziej muszę mieć świadomość, że powinnam teraz “pilnować” swojego mózgu i mieć nad nim szczególną opiekę. 

Sposób na „uczesanie myśli”?

Równie ważne dla zdrowia mojego mózgu, dla pamięci, dla mojej kreatywności i pomysłowości, są spotkania i świętowania wszelkich uroczystości rodzinnych i przyjacielskich, pyszne jedzonko w dobrym  towarzystwie, słuchanie muzyki, tej, którą lubię (jeśli lubię), spacery, wycieczki, że nie wspomnę (oczywiście) o SPA, masażach i dobrej zdrowej diecie… Do wyboru, do koloru, jak kto chce! 

Bylebym “ uczesała” swoje myśli. 

A jeśli czasem pozwolę sobie na ich rozczochranie, to też jest OK, ale zwyczajna starsza pani  stara się uporządkować swój “intymny mały świat”… Przynajmniej ja mam taką potrzebę. 

Bo czymże są nasze myśli, jak nie intymnym światem, często chowanym głęboko przed ludzkim uchem i okiem?..

 *****************************

Dla tych, którzy nigdy nie zaglądali do Myśli nieuczesanych” Stanisława J. Leca  polecam spojrzeć (do poduszki😀) na kilka moich ulubionych sentencji:  (zgadnijcie, która jest moja … najbardziej ulubiona?? 🤔)

  • Na żadnym zegarze nie znajdziesz wskazówek do życia
  • Rany się zabliźniają. Ale blizny rosną wraz z nami 
  • Kiedy rodzi się pesymizm? Kiedy zetkną się dwa optymizmy
  • Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest
  • Myśli są niewidzialne, ale bezmyślność jest widoczna 
  • Samotności, jakaś ty przeludniona!

A przy okazji tych rozważań – pomyślałam, że jest okazja przypomnieć fragment z przestawienia Teatru Ogniska Polskiego pt. Apetyt na Czereśnie” (ach, ta „moja” Osiecka!!) z kwietnia 2005 roku. W końcu każdy z nas ma „Swój intymny mały świat”...🤗 – śpiewa Monika Wojtanowicz


BACK