Czas leczy prawie wszystko. Daj czas czasowi. 

1 czerwca 2025

Fajny cytat, fajny tytuł na kolejny wpis. 

Zazwyczaj, gdy ktoś chce nas pocieszyć, pomóc w trudnych chwilach, mówi „Daj sobie czas„. Jakby nic od nas nie zależało. Po prostu powinniśmy biernie cierpliwie czekać i wszystko wróci do normy. A tak nie jest. To my sami jesteśmy odpowiedzialni czy upływ czasu pomoże nam w rozwiązaniu problemów, w odnalezieniu się w nowej sytuacji, w uspokojeniu rozterek, rozpaczy czy zawieszenia życiowego. 

 Czas płynący każdego dnia potrzebuje nas, byśmy go umieli wykorzystać. Głównie po to, by działać i zrobić coś, co wymaga naszej aktywności w określonym momencie. Może brzmi to trochę zakręcone i skomplikowane, ale w gruncie rzeczy jest bardzo logiczne.  

W dzieciństwie nie odczuwamy przemijania czasu, tak jak dorośli. Jeśli dziecko czegoś chce – chce natychmiast. Płacze, krzyczy, złości się, jeśli nie dostaje czegoś od razu. Kiedy dorasta, mądrzeje – powoli rozumie, że pewne rzeczy wymagają czasu, by się zdarzyły. Mówimy – jutro, za tydzień, w przyszłym roku. Albo: poczekaj do wakacji, poczekaj do powrotu Mamy itd. Powoli czas nabiera realnego sensu. Odmierzane godziny, dni i miesiące stają się logicznym “obrazem”.. . Aby to zrozumieć trzeba zmagać się z czasem w różnych sytuacjach. Bo jutro będzie inaczej niż dzisiaj. Za miesiąc już zapomnimy jak było wczoraj.  

Cokolwiek byśmy myśleli,  o czymkolwiek marzymy – nic nie stanie się “samo”. Czas wymaga od nas aktywności. I wtedy zazwyczaj nam sprzyja. Choć bywa, że… przeszkadza.  Jedno jest pewne – niezależnie od tego czy nasz problem jest trudny do rozwiązania, wydaje nam się beznadziejny albo odwrotnie – jesteśmy w euforii, bo wszystko idzie i układa się idealnie – nic nie będzie takie samo za rok czy pięć. 

“Panta rhei” czyli “wszystko płynie”. Po raz pierwszy użył tych słów w starożytności Heraklit z Efezu. Podobno użył ich w znaczeniu, że nie wchodzi się “po raz drugi do tej samej rzeki” bo woda płynie i nigdy nie będzie tą samą, którą była za pierwszym razem. 

Dziś używamy tego cytatu także w innych znaczeniach np. nie powinniśmy popełniać dwa razy tych samych błędów. Nic nie jest trwałe na świecie… Płynie nie tylko woda w rzece, ale i w kranie, gdy zostawimy do końca niedomknięty. Kroplami spływa do umywalki albo na ziemię w ogródku. Płynie monotonnie i nie przestanie, dopóki ja czy my nie zakręcimy kranu. A więc nasz udział w tej zmianie jest konieczny.

Patrzymy w górę na zachmurzone niebo i obserwujemy jak chmurzyska płyną po niebie. “Będzie burza” – myślimy. Albo przynajmniej wielki deszcz. I rozumiemy, że chmury płyną, przemieszczają się. Uświadamiamy sobie, że czas za chwilę zmieni ich ustawienie na niebie. 

Każdego roku odradza się trawa i kwitną te same kwiaty, ale nie oznacza to, że to ta SAMA trawa i te SAME kwiaty… Cokolwiek istnieje na świecie – płynie. I ktoś/coś ma w tym swój udział. Pojęcie czasu jest abstrakcyjne. To co możemy zobaczyć, dotknąć, mieć udział w tych zmianach – istnieje naprawdę. I nieustannie się zmienia. 

Pamiętam ze swoich doświadczeń życiowych, że na każdą nową rzecz, zdarzenie czekałam bardzo niecierpliwie i jeden dzień więcej wydawał się wiecznością. Nie potrafiłam zrozumieć jaka to różnica, że do szkoły pójdę za rok czy za dwa miesiące. Wydawało się, że to “długo”. Długo to znaczyło czekać na coś. Czekać. Nie wiedziałam jak wyobrazić sobie CZAS...

Dorastając – dojrzewamy do pojmowania płynności czasu. Powoli liczyłam godziny, tygodnie. Wszystko w „przyszłości” było bardzo odległe. Czas oczekiwania dłużył się niemiłosiernie… 

Kiedy wkraczałam w dorosłość, czas wydawał się przyspieszać. Ile to razy chciałam, żeby dzień egzaminów nie był już jutro, albo żeby czas mijał szybciej, bo “ to się nigdy nie skończy…” A jednak – nawet najgorsze doświadczenia, trudne rozmowy, smutne myśli i przykre wrażenia mijają. Z upływem czasu wczorajsze smutki, rozczarowania zmieniają swój wydźwięk. Życie przynosi nam doświadczenia, choć wcale się o nie prosimy. 

Trwamy w tunelu czarnych myśli, rozpamiętujemy, co się stało i co się z nami dzieje. Czas upływa, choć tego nie zauważamy. Aż budzimy się pewnego dnia, gdy świeci słońce, a wydarzenia ostatnich dni czy miesięcy już nie są takie dotkliwe i smutne. 

Z niejednej depresji i smutku udało mi się wyjść na prostą. Nie powiem, że to łatwe. I dodam, że dla każdego z nas inne… Jako dojrzała kobieta dziś wiem, że to nie tylko mijający czas rozwiązywał moje problemy. Czas dawał mi czas, albo raczej to ja dawałam czasowi szansę, by mógł mi pomóc. 

Czas jest dla nas bezużyteczny i mało pomocny, jeśli nie pomożemy sobie sami go właściwie wykorzystać. Przecież sposoby na pomaganie sobie, to nasze własne przemyślenia. Kontakt z ludźmi, rozmowy. Im więcej pozytywnego działania, nawet jeśli pozornie wydają się bez znaczenia – tym lepiej dla naszej psychiki. 

Człowiek może dużo wytrzymać. Ale nikt nie jest taki sam jak ja czy ty i on. Można wzorować się na innych, jeśli to nam pomaga. Wysłuchać dobrych rad, wyciągnąć wnioski. Lub odwrotnie – rozmawiać z przyjaciółką, która nas potrzebuje, rozwiązywać bolączki razem z mężem, próbować zrozumieć dorastające dzieci. 

W tym wszystkim oczywiste jest, że dzieci dorosną a wraz z nimi ich problemy. Małżeństwo jest jak huśtawka – zawsze w ruchu, raz wyżej raz niżej. Przyjaciółka poradzi sobie po swojemu, ale może nasze rozmowy pomogą jej odnaleźć czas na właściwe spojrzenie.  

Czas będzie trwał… jutro będzie lepsze niż dzisiaj, pojutrze będzie jeszcze inne. 

Taka jest zasada “wszystko płynie”. I choć niejeden raz wydaje nam się, że znów “weszliśmy do tej samej wody”, to nie jest prawdą. Co jest przeszłością, już się nie powtarza. 

Wiele razy wydaje nam się, że to powtórka – “deja vu”. Czujemy, że już takie coś przeżyliśmy kiedyś, ale tak naprawdę to tylko iluzja w naszej pamięci, wspomnienie, które w nas żyje i rozbudza się  w podobnej sytuacji z przeszłości. 

Czas ma to do siebie, że wraz z przemijaniem tuszuje wiele nieprzyjemnych wspomnień, trudnych chwil. Albo inaczej – to ja uznam, że przypomnieć sobie coś ważnego i trudnego z przeszłości jest mi teraz potrzebne. Bo nic nie dzieje się bez przyczyny. I wszystko co nas spotka w życiu ma swój sens. Nawet te najtrudniejsze i najsmutniejsze chwile. 

Fenomenem czasu jest fakt, że NIE DA się go zatrzymać, nie można go ani przyspieszyć ani cofnąć.  

Starszy człowiek często mówi – “chciałbym cofnąć się do lat młodości”.

Ja osobiście, gdybym miała szansę cofnięcia czasu, chciałabym znów mieć  pięćdziesiąt lat i  biegać  “w czerwonym kapeluszu”… Moja piąta dekada życia, to najlepiej i najradośniej zapamiętane lata. Pojedyncze wydarzenia, które są dla mnie “słodkimi” wspomnieniami. Mam długą ich listę. Wracają, odchodzą w zakamarki “nie-pamiętania” i znów przybiegają kolejny i kolejny raz.. 

My- „Pięćdziesiątki”!

Moja piąta dziesiątka to czas, w którym już poukładało się wszystko – pomiędzy młodością ze szkołą, egzaminami, poszukiwaniem sposobu na lepsze życie, szlifowaniem swoich potrzeb i wyborów – lata walki o najlepszą wersję siebie. Trzydzieści – czterdzieści, to epoka ciężkiej pracy, trudnych zmian w polskiej rzeczywistości a potem rozpoczynanie wszystkiego “od początku” tutaj, w Houston. To lata intensywnego wychowywania dzieci, ich dorastania. Czas, gdy ja i moje problemy, potrzeby były daleko, na końcu życiowej listy. 

Pięćdziesiątka to pełna dojrzałość,  a jeszcze nie starość 😀. To wciąż dobrze wyglądająca kobieta, nie za gruba nie za chuda, za to pełna energii, pomysłów. Lata ukształtowanych przyjaźni, cennych związków, dobrych układów w pracy. Coraz jaśniejsza wizja siebie samej.   

Wyjazdy, podróże, szalone spotkania towarzyskie. Wszystkiego bardzo się chciało! Czas zaczął naprawdę pracować na mnie. A ja zgarniałam każdego dnia to, co było najlepsze.  Dzieci się usamodzielniły, a wciąż były blisko nas. Życie emocjonalne układało się jaśniej, bez “przepaści i dolin”. 

 Może ten czerwony kapelusz – symbol naszych “babskich pięćdziesiątek” dodawał mi siły i frajdy życiowej. Jeszcze nic tak naprawdę nie bolało, jeszcze miałam ochotę na szaleństwa i równocześnie umiałam wyciszyć się na moich zasadach. Gdybym mogła zatrzymać coś na dłużej, pewnie ta „kapeluszowa czerwona era” byłaby moim pierwszym wyborem. 

Łapałam czas dla mnie, znajdowałam balans i wcale nie żałuję nawet tych trudnych dni.  . Oczywiście – lepiej by było mieć więcej pieniędzy, znać cztery a nie dwa języki, umieć pięknie śpiewać, pisać wiersze, mieć dom na wysokim brzegu morskim… Ale czy to wpłynęłoby na moje lepsze życie? Czy gdybym to wszystko dostała od losu, byłabym szczęśliwsza??? 

Wczoraj był czas, taki sam jak zawsze, ale nie TEN sam. Dzisiaj wiem, że nie trzeba mieć racji w każdej kłótni, nie muszę mieć więcej rzeczy, bo to tylko RZECZY, a ich bałagan rozprasza mnie i obciąża na różne sposoby. Nie potrzebuję być w pierwszym szeregu, bo cichy zakątek też jest piękny i ma swoje zalety. 

Wybieram każdy moment i rozumiem, że najmniejsza aktywność, to moja skarbnica wiedzy i doświadczeń. Wybaczam sobie głupoty, które popełniłam tysiące razy. To co bolało, boli, ma też w życiu swoja cenę i niekoniecznie jest złem na wieki. 

Czas jest świadkiem naszych narodzin i przemijania. Zegary, urządzenia mierzące i odliczające upływ czasu, to tylko próby poszukiwania – „jak czas zatrzymać. „

Okładka książki pt. Światłoczułość” okładka niepozorna – treść zapierająca dech.

Niedawno przeczytałam książkę autorstwa Jakuba Jarno pt.”Światłoczułość”  Wywarła na mnie niesamowite znaczenie. I choć zostawiłam na koniec tego wpisu wzmiankę o tej powieści, to właściwie powinnam od niej zacząć.

Światłoczułość to wrażliwość na działanie światła. Termin używany w fotografice – “to stopień reagowania fotograficznych materiałów światłoczułych na światło białe...potocznie  zwany „czułością” (Encyklopedia PWN). 

I to właśnie jest sensem i sercem tej powieści – czułość, która w przemijaniu czasu nie zmienia się. W obliczu największych okrucieństw i cierpień ludzkości, można znaleźć najpiękniejsze człowiecze uczucia. Powieść obejmuje różne wymiary czasowe, różne miejsca wydarzeń, dobrych i złych ludzi..

 Czas płynie – Panta Rhei – a czułość, dobroć, miłość zawsze jest. 

Nie chcę – jak to mówią teraz po polsku -”spojlerować” treści tej powieści, ale gorąco polecam ją przeczytać. Tak bogatej czułości i ciepła w ciężkim życiu bohaterów dawno nie spotkałam…

********************************

A jak o upływie czasu i czułości, to przypomnę piosenkę z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego pt. „Chwytaj dzień”. Zaśpiewana razem z Kayah. W tle ujęcia z życia Wodeckiego, niezapomnianego głosu, ciepłych tekstów jego piosenek. Idola mojego pokolenia, który stanowczo za wcześnie odszedł ze sceny życia. Piosenka znalazła się w albumie „Dobrze, że jesteś”, który powstał na kanwie niedokończonych utworów Wodeckiego, już po jego śmierci. A przecież wciąż jest obecny…


BACK

Jak teatr może uzdrowić naszą duszę? 

16 maja 2025

Nie mam zdolności matematycznych czy technicznych. Świat widzę opisowo i kolorowo. Część mojego mózgu, który mógłby umieć błyskawicznie obliczać pierwiastki, strzelać tabliczką mnożenia albo konstruować samoloty, została prawdopodobnie zablokowana w momencie rozwoju mojego embriona.  Ale ponieważ wiemy, że tak naprawdę pustka nie istnieje, coś musiało w te technologicznie precyzyjne miejsca “wpaść”… 

I tak z czasem narodziła się moja pasja literacko – czytelnicza i teatralna. 

Nie jest łatwo być aktorem grającym z kukiełką 😄

Nie wiem po kim takie geny mi się dostały, bo tata był inżynierem i nigdy nie pogodził się do końca, że uparłam się studiować polonistykę. Mama była księgową, czyli to nie geny najbliższej rodziny.  Ale to właśnie Mama pokazała mi pierwszy teatr, a raczej teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Zapamiętałam z wczesnego dzieciństwa szary budynek przy ulicy Krupniczej w Krakowie (a moze to była jakaś przecznica z Krupniczej). Tam właśnie bywałam od czasu do czasu na pierwszych przedstawieniach. Pamiętam  kukiełki poruszające rękami i kiwające głowami za pomocą cienkich, ale sztywnych prętów przymocowanych do lalek.  To pierwsi aktorzy teatralni, z którymi spotkałam się w swoim życiu.  Nie mam pojęcia ile mogłam mieć wtedy lat, ale pewnie już byłam na tyle wrażliwym widzem, że do dziś pamiętam tę teatralną przygodę. 

Kukiełki mogą być różne.. (z sieci)

W moim dzieciństwie książeczki dla dzieci były trudno dostępne. Pamiętam taki epizod – kiedyś Mikołaj zostawił pod poduszką prezent w postaci dużej książki, w twardej okładce pt. “Dziadek do orzechów”.  Musiałam już być w szkole podstawowej, bo umiałam czytać. Ale wciąż wierzyłam w istnienie Świętego Mikołaja. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pierwszej stronie przeczytałam dedykację dla mnie od Mikołaja i… rozpoznałam pismo mojego wujka, którego kaligraficzny styl liter był piękny .  Od tego momentu zrodziły się we mnie duże wątpliwości – jak to naprawdę jest z tym Świętym Mikołajem 😄.

Dziesiątki wydań „Dziadka do orzechów” Niestety nie znalazłam w sieci tego, które zapamiętałam z dzieciństwa..

Czytałam dużo, do dziś mam w pamięci twarz naszej szkolnej pani bibliotekarki, która na przerwach pozwalała nam buszować po półkach i podsuwała coraz to ciekawsze powieści. Nieco później zapisałam się do prawdziwej “dorosłej” biblioteki tuż koło mojego domu, na ulicy Łobzowskiej w Krakowie. Ach, co to były za przeżycia – wejść tam, rozmawiać z paniami tam pracującymi i słuchać ich porad. 

Wtedy, w najgłębszych pokładach wyobraźni, nikt nie miał nawet przebłysku, że kiedyś będziemy czytać książki w komputerach, e-bookach lub słuchać ich w telefonie czy w podobnych urządzeniach, w każdej możliwej sytuacji, gdzie się własnie znajdujemy. 

W szkole podstawowej pierwszą sztuką, w której grałam główną rolę był “Pan Twardowski”, choć nie jestem pewna, czy dokładnie taki był jej tytuł. Dość często znajdowało się dla mnie miejsce, coś recytowałam, czytałam, zapowiadałam… Nie byłam najlepszą aktorką, ale lubiłam to robić. Bardziej przeżywałam dziesiątki prób w domu, kiedy ćwiczyłam moje przyszłe występy. To były chwile kipiące adrenaliną, większą niż sam finalny występ. 

Zdjęcie z „Wesela” w reżyserii L. Zamkow – 1969 rok (udało mi się znaleźć w internecie!)

W końcowych latach szkoły podstawowej i na początku liceum Mama często przynosiła z pracy bilety na niedzielne przedstawienia w godzinach południowych w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Były to głównie opery, ale nie tylko. Zazwyczaj jednak repertuar klasyczny. W ten sposób zetknęłam się z “Makbetem” Szekspira. Pamiętam to świetne i na tamte czasy nowoczesne i agresywne przedstawienie w reżyserii Lidii Zamkow. Jej syn chodził do klasy z moim bratem, dlatego pewnie jej nazwisko wbiło mi się w pamięć. Trochę przez mgłę, ale pamiętam “Króla Edypa” Sofoklesa i “Wesele” St. Wyspiańskiego.

Później, w latach 80-tych Teatr Słowackiego, jak zresztą wszystko w Polsce, szczególnie w kulturze, podupadł. Ludzie napotykali tyle trudności w codziennym życiu, że potrzeby kulturalne spadły na dalszy – daleki plan… Tylko takie miejsca jak “Piwnica pod Baranami” jeszcze walczyły o istnienie w życiu zwyczajnego człowieka.

Kiedy wyjechałam do Sosnowca, skończyłam studia polonistyczne i zaczęłam pracować w Liceum Medycznym, znów otworzyła się szansa realizacji teatralnych marzeń młodej nauczycielki. Okazji zawsze było dużo, tylko mało ludzi chciało angażować się w działania, które wymagały wiele dodatkowej pracy. Mnie się chciało! Byłam młoda, miałam pomysły, dobry kontakt z młodzieżą, więc zamiast nudnych sztampowych akademii, zaczęłam organizować kabarety, ironiczne przedstawienia (tylko trochę, bo cenzura szkolna też istniała!). I chwyciło. Młodzież to lubiła, ja wciągnęłam siebie i uczniów w różne teatralne formy. Działo się coś nowego.   

Tworzyłam kabarety na studniówki i na akademie z okazji święta Pierwszego Maja. Wymyślałam teksty, pisałam własne scenariusze, wkładałam w to piosenki, choć o śpiewaniu niewiele miałam pojęcia…  Za to miałam energię i pomysły, by próbować nowych nietuzinkowych sposobów na szkolne oklepane okazje. 

A potem… wyjechałam do Houston. Najpierw – z nadzieją, że to tylko na chwilę, na wakacje. Wrócę i znów będę na “swoim“ miejscu. Tak się nie zdarzyło. Różne myśli i emocje przychodziły mi do głowy, ale dziś niczego nie żałuję, że tak się poukładało.  Przez wiele lat było “pod górkę” ale przecież nikt nie ma zawsze “z górki 🤗”   

Niemal zaraz po przyjeździe “napatoczyła” się Sobotnia Szkoła Polska.  A już po roku pracy z dzieciakami zaczęłam robić krótkie występy – wierszyki, piosenki – po polsku. A potem z grupą tak samo jak ja szalonych koleżanek – nauczycielek powstawały małe dziecięce przedstawienia, potem coraz większe, bogatsze w teksty, kostiumy, nawet tańce. To porywało dzieci do wspólnej zabawy, zachęcało do mówienia po polsku. Lubili to rodzice, zaangażowani podobnie jak ich pociechy. Chętnie przychodzili widzowie, wspierali nas w tych formach polskiej działalności. 

Aż dzieci podrosły, weszły w wiek nastolatków, a my potrzebowałyśmy znaleźć nową formę “polskości”. I wtedy założyłyśmy Teatr Ogniska Polskiego. Wszystko działo się szybko, entuzjazm i pomysły rosły jak na drożdżach. Minęło parę lat, do młodzieży dołączyli dorośli i tak teatr stał się dla mnie spełnieniem potrzeb dawnej nauczycielki – polonistki i radością dla coraz większego kręgu widzów. 

O teatrze i sposobie jego zwariowanej a równocześnie fantastycznej działalności rozpisywałam się już w innych tekstach mojego bloga – w dziale Teatr Ogniska Polskiego w Houston” . (patrz – sekcja Blog)

Pierwsze przedstawienia Teatru Ogniska Polskiego – „Jak kamienie na Szaniec” – 1995 r. (zdjęcie środkowe). Pozostałe zdjęcia – „Zemsta” Fredry 1996-1997 r.

Wprawdzie to tylko wyrywkowe wspomnienia, poskładane tak, by ożyły w nas teatralne myśli tamtych czasów. Wiele teatralnego jest wciąż we mnie, ciągle uważam ten rozdział w moim blogu za otwarty. Coraz trudniej dogrzebać się do starych filmików, zdjęć. Trudniej też poukładać logicznie w pamięci całość tamtych dni. 

Przechowuję wycinki, wyrywki tekstów, piosenki jak największe skarby. W każdym przypadkowo znalezionym zdjęciu widzę sens i terapeutyczne działanie mojej sceny teatralnej. Nic nie było jak w prawdziwym teatrze, a jednocześnie była to najprawdziwsza “sztuka” jaka my, emigranci-entuzjaści mogliśmy stworzyć w warunkach “domowych”.  

Programy niektórych naszych sztuk – wciąż są „w moim pudełku pamięci”

A aktorzy, młodzi ludzie często urodzeni już w Stanach, musieli nauczyć się długich tekstów polskich, trudnych ról. Zagrać, zaśpiewać i pokochać na “moment”  TEATR. Wymyślaliśmy kostiumy, tworzyliśmy scenografię z niczego, nagrywaliśmy muzykę, niemal spod ziemi wydobywaliśmy rekwizyty. I uwielbialiśmy te nasze wspaniałe sceniczne szaleństwa.

Mówiłam, pisałam już o tym? Ależ  tak!! Ale nigdy nie dość, by znów wspominać… Bo teatr – każdy i zawsze – takim jak ja – uzdrawia duszę…  Dla mnie  to była pasja i terapia.

Wszystko jednak ma swój czas. Czas naszego teatru też musiał minąć. 

Obok – sztuka filmowa wciąż była i jest dla mnie niesłychanie ważną częścią mojego życia. Uwielbiam Festiwal Filmów Polskich w Houston, jestem zawsze od 25 lat obecna niemal na każdym filmie. Śledzę polską kinematografię na bieżąco. I nie tylko polską. Ale polski język, jako dawnej polonistce jest mi najbardziej bliski i tylko  w taki sposób mogę spełniać swoje zainteresowania. 

Oglądam i śledzę na bieżąco w filmach wielu polskich aktorów i to nawet tych najmłodszych. Wiem dużo, na czym polega warsztat pracy aktora, reżysera. Patrzę na teatr i film trochę inaczej niż przeciętny widz. W każdej scenie, ruchu czy słowie widzę ogrom pracy. Tej za kulisami i tej już po ostatecznym szlifie twórczym. Zastanawiam się, co było ważne dla reżysera i co jest ważne dla mnie – widza. Widzę każdy ruch i podziwiam, bo wiem jaka to wyczerpująca i żmudna praca, ale także jak wspaniałą satysfakcję niesie. 

Uwielbiam słuchać wypowiedzi twórców o  procesie ich działań, o rodzeniu się ostatecznego kształtu tego, co my- widzowie oglądamy. 

Niedawno dowiedziałam się, że mogę oglądać polskie przedstawienia Teatru TV z różnych miast i zaczęłam śledzić coś, czego nie oglądam już od lat. Jakież było moje zdziwienie (a nie powinno mnie zdziwić!), że współczesny teatr polski to dzisiaj także nowoczesne sceny, inne możliwości, nieograniczone pomysły i wspaniali aktorzy. 

I przypadkowo natrafiłam na przedstawienie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pt. “1989. Musical” .

Wrócił do mnie obraz tego teatru sprzed 40-50 lat. Nagle ujrzałam znaną mi scenę, ale jakże inną! Większą, nowoczesną, przestrzenną. Wiedziałam, że teatr był długo w przebudowie, że odnowiono wnętrza, widownię, wymieniono krzesła, odnowiono loże.  Ale przecież nie byłam tam pół wieku… Wszystko wróciło ze zdwojona siłą. Nagle znalazłam się w teatrze moich młodych lat, a przecież zupełnie innym! Ujrzałam stare piękno tego miejsca, rozpoznałam wiele znajomych, bo solidnie wbitych w pamięć elementów. Remont wciąż trwa, bo nie jest to łatwy i tani projekt. Ale i tak nowy wygląd starego “Słowackiego” zapamiętanego przeze mnie teatru, aż zaparł mi dech w piersiach. 

Musical o treści politycznej, to niełatwy temat. Powiem więcej – trudny do odtworzenia.  

Oglądałam w Houston musical “Hamilton”, który robi wielkie wrażenie i ma świetne recenzje. Podobno był pierwowzorem pomysłu wersji Musicalu „1989”.  

Najchętniej dołączyłabym dużo więcej zdjęć! ale jesli ktoś zainteresowany – zapraszam na strony internetowe

Nigdy nie byłam fanką muzyki rapowej, nigdy też nie myślałam, że można stworzyć tak ciekawy scenariusz opowiadający o politycznych wydarzeniach w Polsce w latach 1980-89. O “Solidarności”, o dniach niepewności, o aresztowaniach, o wątpliwościach i – o największej sile polskiej solidarności ludzkiej, jaka  dokonała się na oczach mojego pokolenia. 

Tak, minęło już ponad 35 lat. Wyrosło następne pokolenie a nawet dwa, dla których to już tylko historia..  Dla mnie – to przeżycie pokoleniowe!  Byliśmy w środku tych wydarzeń, przeżyliśmy chwile i wydarzenia, które wykształciły w nas najprawdziwszą świadomość polityczną. 

Historia opowiedziana jest z perspektywy kobiet i żon ważnych osób, które tworzyły tamte wydarzenia. Na scenie przeplatają się chwile grozy i polityczne decyzje, rodzinne problemy i dylematy. Wątpliwości zwykłych ludzi i życiowe zawirowania. Codzienne życie toczy się obok wielkiej polityki. A wszystko to w rapowej muzycznej oprawie, ostrym rytmie, energicznym tańcu.

Byłam i jestem zauroczona! I mile zaskoczona. Niektórych aktorów znam z filmów, ale w takich rolach wszyscy mnie zaskoczyli. Entuzjazm i energia spektaklu, szybkie zmiany scen, dekoracji, świateł a równocześnie znane postaci tamtych wydarzeń – wszystko to otworzyło mi ważny i trochę już przysypany kurzem minionych lat obraz. 

Oglądaliśmy tę transmisję z Teatru Słowackiego i czuliśmy się jak widzowie w pierwszym rzędzie. Byliśmy tam, wśród innych widzów – a nie przed naszym dużym telewizorem. Ale siła wrażeń, moc rapowej muzyki, nieustającego ruchu i tańca, tekst scenariusza i niezwykłe skupienie wydarzeń tamtych lat wywołały w nas tak silne emocje, że podzieliliśmy sobie całość spektaklu na dwa wieczory. 

Jedno, co odkryłam w sobie z dużym zdumieniem…  “Solidarnościowe” przeżycia i w pewnym sensie wiedza o tamtych czasach urwały się w mojej pamięci wraz z wyjazdem z Polski do Houston.  

Zrozumiałam, że ostatnie 35 lat dla Polaków mieszkających w Polsce to ciąg dalszy historii, trwanie walki politycznej i zmian, których ja już tam nie doświadczyłam. 

Dla mnie zwycięstwo „Solidarności” to pierwsze wolne wybory w 1989 roku i ich wygrana. Wszystko, co nastąpiło potem – już nie wyzwoliło we mnie rozterek, niesmaków i poważnych rozłamów politycznych.

Dla mnie MIT tamtego burzliwego dziesięciolecia i zwycięstwo “Okrągłego Stołu” to MIT POZYTYWNY. Nikt i nic go nie zmieni. Tak, wiem – następne ponad trzy dekady zmieniły w Polsce życie i w konsekwencji także spojrzenie na tamte wydarzenia. 

Usłyszałam (a może przeczytałam w recenzjach), że spektakl “1989” ma za zadanie przywrócić czy odtworzyć tamto zwycięstwo i sprawić, by MIT tamtych lat stał się dla nowych pokoleń mitem pozytywnym.  Nie tylko dla mnie…

Z perspektywy czasu, a przede wszystkim zmian w moim życiu, z obserwacji polskości z daleka, dla mnie Solidarność pozostanie na zawsze zwycięstwem mojego pokolenia. Jedynym polskim powstaniem, które wygrało. 

A twórcom i aktorom tego spektaklu dziękuję z całego serca za odwagę i odświeżenie historii, która powoli zaczyna być zapomniana. A przecież – nie wolno zapomnieć o tym, że potrafimy zwyciężać.  

Teatr potrafi przywrócić wiarę, przywołać pozytywne wspomnienia i… uzdrowić duszę! 

Dziękuję!! 


BACK

Maski, Murale, Motyle

Nasza pierwsza „daleka” wyprawa w Ameryce. Pierwsze zetknięcie sie z niezwykłym miastem – Nowy Orleans.

1 maja 2025

Trzy razy M. Skąd takie skojarzenie? Jak zwykle – z życiowego doświadczenia. Wszyscy mamy wiele wspomnień, bardzo trudno je poukładać. Ustalić – co, kiedy, do czego i po co.  Trzy motywy myślowe, które pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego. 

Był rok 1990 – listopad. Basia i Marek zaproponowali nam wycieczkę do Nowego Orleanu. Niewiele wiedzieliśmy o tym mieście. Pożyczyli nam ich drugi samochód (nie bardzo wierzyli że nasz „staruszek” z założenia kupiony na jeden semestr, wytrzyma taką podróż) 

Ze wstępnych opowieści chłonęliśmy o tym mieście co się dało, zwłaszcza legendy o nowoorleańskim jazzie. Pojechaliśmy tam z dziećmi- nasze już były nieco starsze, ale dzieci naszych przyjaciół jeszcze małe (5-7 lat) – za małe by odwiedzić kluby jazzowe…

To niełatwe zobaczyć dużo, ale i tak jazz wszechobecny na każdej ulicy, każdym rogu, artyzm i atmosfera tego miasta zachwyciła nas niemal natychmiast. Było tak… inaczej!  Sklepiki z pamiątkami w charakterystycznych kolorach tego miejsca, wielka rzeka Mississippi – wszystko nowe i zachwycające. Skupiliśmy się na starym statku pływającym po wielkiej jak morze rzece, kolorowych sklepikach, muzyce jazzowej i każdej innej na ulicach i dobrych „cajun” przysmakach.

Maska – magnes

Wtedy po raz pierwszy odkryłam maski. Były w każdym sklepiku, na ścianach, półkach, wieżach z magnesami. Kolorowe cuda jak na filmowych balach maskowych. Maski (oczywiście fioletowo- żółto- zielone) ale także w wielu innych kolorach – ostrych, wyrazistych, natychmiast przyciągających oko! Maski zasłaniające pół twarzy i całą. I tylko na oczy. Śliczne, ale i przerażające, karykaturalne.

Moją uwagę zwróciły maski dekoracyjne, zawieszane jako ozdoby ścian. Wtedy po raz pierwszy takie kupiłam… Długo były z nami na różnych ścianach naszych często wtedy zmieniających się domów, aż – gdzieś się zapodziały. Pewnie po latach – zakurzone nieświeże zawędrowały do kosza…

W Nowym Orleanie byliśmy jeszcze cztery razy. W różnych porach roku i przy wielu okazjach. Kiedy piszę ten tekst jestem po świeżej wizycie w NO – tym razem w szaleństwie karnawałowych parad Mardi Gras, bardzo wymyślnie i niezwykle kolorowo poprzebieranych turystów i ogromie dekoracji.  Tym razem – już bez takiego „obłędu w oczach” kupiłam nową maskę na ścianę i bardzo ładny magnes/maskę. Tradycji stało się więc zadość. 😀

Najnowsza maska zakupiona kilka tygodni temu w NO.

Niesamowite maski były w Brazylii w czasie ich tradycyjnego karnawału, także w Wenecji, w Peru i wielu innych miejscach świata..

Maski to sposób na ludzkie tajemnice, szokujące prawdy . Na jeden wieczór, na jedną noc… zakrywanie naszych oczu lub całej twarzy elementem upiększającym a równocześnie zaskakującym, jest niezwykle ekscytujące. Maska to element – uzupełnienie kostiumu. Dla zabawy i żartu albo z dużo głębszych powodów.

Tak, historia wielokrotnie udowodniła, że pod maskami można ukrywać złe intencje, skrywane namiętności, kłamstwa. Już w starożytności na scenie teatrów maski odgrywały istotną rolę. Maska miała odzwierciedlać charakter scenicznej postaci.  Ach, długo by o tym mówić 🤔

Dla mnie (z moich skromnych doświadczeń) maska to część gry, zabawy, “słodkiej tajemnicy”, która może poruszyć wyobraźnię i zaintrygować innych ludzi… Moje maski były i są kolorowe i radosne i kojarzą mi się z miłymi chwilami.

Dlaczego więc drobne maski przywiodły mi na myśl wielkie graffiti i murale? 

Graffiti – choć wydają się podobne i pokrewne z muralami,  stanowią jednak osobny temat. Malowane na murach, często przez przypadkowych „ autorów” wyrażają nadmiar odruchowych emocji i fantazji. W większości nie mają planu, są niedokładne, często mało estetyczne.  Są „wybuchową bombą” emocji, od dobrych do tych najgorszych. Autor zazwyczaj używa farb w sprayu, byle jak, szybko i nierówno. Często w nielegalnych miejscach, psując smak i klimat miejsca. Ale wcale tak nie musi być! Istnieją graffiti, których przesłanie jest sensowne i pozytywne, a wykonanie zalicza się już do sztuki ulicznej (Street Art).

Za to murale to piękna kategoria ulicznej sztuki! Tak naprawdę dopiero kilka lat temu zaczęłam je zauważać, chociaż są ogromne i właściwie nie da się ich pominąć wzrokiem. 

Kiedyś – mural kojarzył mi się źle. “Komunistyczny motyw” narzucający siłę, uderzający w wyższość polityczną i społeczną sił rządzących. Jakieś niemiłe ukłucie w myśli i w sercu.. 

Murale – Buenos Aires i Rio de Janeiro

 W 2019 roku pojechaliśmy na wspaniałą wycieczkę do Brazylii i Argentyny. Tam, w największych miastach tych krajów, Rio de Janeiro i Buenos Aires aż buchały z wielkich ścian kolorowe malowidła. Wysokiego artyzmu, w niesamowitych kolorach, każdy o silnym przesłaniu. Pozytywnym! Tematyka dowolna i bardzo szeroka. Często dla nas turystów nie odczytywana w pierwszym spojrzeniu, ale przewodnik potrafił opowiedzieć każdą historię kryjącą się w obrazach. Tak – obrazach!  Obraz na gigantycznych ścianach murów, którego przekaz jest prosty, docierający do odbiorcy, poruszający i tematem i wizją. Byłam zachwycona! Pół miasta to kolory, twarze, często zmuszające nas do zatrzymania się na dłuższą chwilę, spojrzenia i zastanowienia się. To ułamki wydarzeń i historia współczesna miast. 

Malowidła (a może to niewłaściwe słowo, bo myślę o nich w bardzo pozytywny sposób, a malowidło nie zawsze kojarzy się pozytywnie…) przyciągają naszą uwagę, nie pozwalają przejść obok nich obojętnie. 

Są wizerunkiem miasta i “punktują” dla obserwującego najważniejsze problemy współczesności albo historii. 

A kilka lat później (w 2023 roku) pojechaliśmy znów do Polski i bardzo blisko domu mojego dzieciństwa zamiast starych szarych kamienic, zobaczyłam park, a w nim mural poświęcony pamięci naszej noblistki Wisławy Szymborskiej. 

Pojawił się polski trend malowania murali ku pamięci polskich twórców literatury, aktorów, piosenkarzy. Twarze na murach, blisko naszych oczu i serc, ludzi, których nie chcemy zapomnieć. W Opolu, w 2020 roku powstał mural Anny Jantar a rok później mural, który upamiętnił  Krzysztofa Krawczyka. Jest także bardzo ciekawy graficznie, mural pamięci Zbigniewa Wodeckiego. Agnieszka Osiecka tonie w kwitnących bzach w Warszawie. 

Śledząc murale w różnych miastach można stworzyć lekcję o twórcach współczesnej polskiej poezji, spotkać na wielkich ścianach wiersze Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Stanisława Barańczaka. 

Jeden z mistrzów współczesnego polskiego kryminału, Marek Krajewski, doczekał się swojego wizerunku na murze (we Wrocławiu) w towarzystwie dwóch jego książkowych bohaterów – Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego. Oczywiście jest i mural Remigiusza Mroza promujący jedną z jego powieści “Osiedle RZNiW”.

Murale mogą mieć setki tematów, przekazać dziesiątki informacji. Nie sposób ich zliczyć!! Podobno w Polsce najwięcej murali jest w Łodzi. Trudno mi sobie wyobrazić współczesną Łódź pełną kolorowych ścian. Łódź, którą pamiętam – bardzo przelotnie i bardzo dawno – była ponura i smutna. Taka… nijaka.  Chciałabym przejść się dzisiaj po tym zupełnie innym mieście. 🙂

Murale – Downtown Houston

Murale zmieniają przestrzeń publiczną, czynią ją weselszą. Są wszędzie, rozsiane po całym świecie.  Przemawiają do nas obrazem, kolorem, wielkością. Także słowami – cytatami z wierszy, piosenek, mądrych słów ważnych ludzi.  Dziś mural stał się nie tylko elementem dekoracyjnym, ale także estetycznym wyrażaniem przekonań, opinii i wartości społecznych. Także tych naszych – prywatnych, bo interpretacja to już nasz osobisty odbiór. 

Nie wiem jak dokładnie wygląda technika wykonywania muralu. Nie jest to chyba łatwe zadanie, bo przestrzeń jest ogromna, a pomysły autorów bardzo różne. Osobiście, murale w różnych miastach świata zrobiły na mnie ogromne wrażenie. 

Motyle i biedronki – dekoracja na drzwiach „ogródkowych” mojej Koleżanki

Sztuką może być wszystko – od najmniejszej porcelanowej filiżanki  czy srebrnej biżuterii do obrazu wiszącego na ścianie w naszym domu aż po ogromny mural, na który spoglądamy z daleka, by objąć cały jego przekaz. 

Motyle w moich dekoracjach domowych

A motyle? Czy to tylko dlatego, że pasują do “Trzy razy M”? A może dlatego, że są piękne, ulotne i delikatne. Mają w sobie tyle artyzmu natury, nawet jeśli są tylko dekoracją.  Patrzę na nie i podziwiam niemal tak samo jak murale. 

Stanowią piękno w naturze i w wielu rodzajach sztuki – malarstwie, metalu, w prostych rysunkach ręką dziecka i jako symbol rozlicznych ważnych tematów. 

Motyle – medal. Zakupione w sklepiku w Galveston

Mam słabość do motyli. W każdej postaci. Zawsze wywołują we mnie ciepłe skojarzenia, pozytywne myśli. Wielki mural i maleńki motyl. A pośrodku tajemnicze kolorowe maski. “Bukiet różności” a ja w swych myślach znajduję dla nich wspólny mianownik. I to nie tylko literę M…

Nie znam się na rodzajach, ale wiem, że cały cykl rozwojowy motyla trwa kilka miesięcy, ale motyl w “popularnej odsłonie”, taki jaki kojarzymy z jego nazwą żyje około trzech tygodni. I to są różnice pomiędzy grupami, gatunkami, które liczy się  w tysiącach. Czy ktoś wie, że istnieje motyl, który żyje tylko jeden dzień?.. 

Powieść która na długo zostaje w pamięci! – polecam!

Zapamiętujemy obrazy. Każdy z nas inne i inaczej. Postrzegamy piękno również w inny sposób. Tworzymy sobie własną hierarchię, tego co lubimy i podziwiamy. 

Być może temat masek, murali i motyli postrzegany w opisany przeze mnie sposób, nie przekona innych. 

Ale na pewno sprawi, że ktoś zatrzyma się przed muralem i dostrzeże w nim coś, czego wcześniej nie widział. A twarz w masce poruszy myśl o tajemnicy, jaką każdy może za nią skrywać.  Nawet jeśli to będzie tylko jedna noc…  I wtedy będą latać wokół nas nocne motyle.. 

Motyle na chwilę, motyle “w brzuchu”, motyle – symbole, motyle – oznaki miłości i wolności. Symbol transformacji i rozwoju. Ulotnego szczęścia, trudnego do zatrzymania na dłużej. Ale tak przyciągającego swym pięknem, że nie umiemy się mu oprzeć.  

I tu aż puka do drzwi mojej pamięci piosenka niezapomniana Ireny Jarockiej pt. „Motylem jestem” – optymistyczna i ciepła.

Ale znalazłam cos nowego – w wykonaniu dawnego zespołu Lady Pank (który rozpoczął swa karierę w 1981 r) „MOTYLE” – piosenka z roku 2025!! P Motyle – dawne piękne i ciepłe wspomnienia o kobietach – motylach. Uleciały ulotne piękne chwile… jak w życiu każdego z nas.


BACK

Są dwa światy… i wiele innych

16 kwietnia 2025

Świat. Przestrzeń. Ogrom kosmosu. I małe ciasne kółko wokół mnie. Świat, który trwa teraz i tu. I świat przeszłych lat i wieków. 

Istnieją dziesiątki sposobów pojmowania świata. Tworzenia go i akceptowania po swojemu. Dwa najważniejsze światy – ten wielki, nieograniczony i różnorodny. Zależny od miejsca w przestrzeni, od kultur, możliwości finansowych i intelektualnych. I drugi świat – nasz własny, który tworzymy sami i uczymy się go dla siebie przez całe życie. 

Oba te odległe pojęcia świata są prawdziwe, choć zupełnie inne. 

Przyszło mi do głowy, że nie każdy człowiek żyje w jednym świecie i nie każdy umie znaleźć się w innym, niż ten najbardziej “własny”. Prawie wszyscy bardzo chcą podróżować, sprawdzić we własnych doświadczeniach jak wyglądają nieznane nam światy. Mamy nawet dużo wiadomości o innych miejscach i ludziach. Może czytamy, oglądamy filmy i marzymy, by przez choćby kilka dni być nie u siebie. 

Poczuć jak można żyć inaczej, jak zaistnieć w innej kulturze, wśród innych ludzi, innych obyczajów. Wydaje się to takie proste. Przecież ludzie są wszędzie. Wszyscy muszą jeść i spać, uczyć się i pracować. Wystarczy tylko odważyć się pojechać, polecieć, popłynąć, ułożyć sobie plan podróży i już dalej wszystko będzie łatwe, relaksowe. Marzenia spełnią się, a my poczujemy kilka dni czy tygodni absolutnie innego szczęścia. Posmakujemy nowych klimatów, spróbujemy różnych nieznanych nam potraw, nauczymy się kilku nowych słów, zachłyśniemy się  innym powietrzem.. 

Wielka niewiadoma. I … wielka złuda!

Kiedy jesteśmy młodzi i tryskamy siłą fizyczną, wtedy chętnie zamieniamy swój świat na inne. Wymyślamy niesamowite sposoby na podróżowanie, mieszkamy w obcych nam warunkach, poznajemy nowych ludzi. Nawiązujemy nowe kontakty, a nawet przyjaźnie. 

 Ale nie zawsze udaje się tak, jak sobie to wymyślimy w głowie. Wyobraźnia ludzka jest nieograniczona tylko we wczesnym dzieciństwie. Wtedy cokolwiek mały człowiek sobie pomyśli wydaje się być do zrealizowania bez przeszkód i zakłóceń. Znane jest powiedzenie “Mój świat, moje kredki”..

Ale z każdym rokiem wokół nas zacieśniają się nowe zasady, których musimy przestrzegać. Ktoś – coś wywiera na nas silny wpływ, nawet jeśli tego nie chcemy. Zanim zdążymy pojąć jak to wszystko działa – “cisną” nas buty, czujemy niewygodę i już w późniejszym wieku dziecięcym zaczynamy rozumieć, że nasz świat nie zawsze jest nam przychylny i wygodny. 

Jest tyle bodźców zewnętrznych, które nie sposób ominąć – z różnych powodów. Z lenistwa, z wygody, z głupoty, z uzależnień od innych osób, od obowiązków życiowych, od rodziców, współmałżonków, od pieniędzy itd. 

Wychowałam się w centrum Krakowa, w mieszkaniu składającym się z dwóch pokojów i kuchni, na owe czasy niezbyt małej, za to zimnej i bez ciepłej wody. Łazienki nie było, dopiero, gdy byłam już w liceum przeprowadzono remont naszej dużej starej kamienicy i wreszcie mieliśmy łazienkę (też przez większość roku zimną i nieprzyjemną), ale za to była już ciepła woda. Dzieliłam pokój z młodszym bratem i często pojawiały się jakieś problemy. Jak to w rodzeństwie. Lubiłam mieć swoje elementy dekoracyjne, lubiłam porządek, własne biurko, na którym moje rzeczy miały być moje – poukładane tak, jak chciałam. Starałam się mieć półkę z książkami, choć wiele miejsca w pokoju nie było. No i duża rodzinna wspólna szafa… Zawsze dopchana do granicy możliwości. Bo przecież oprócz ciuchów (letnich i zimowych!) były tam półki na bieliznę, skarpetki, rajstopy, ręczniki, pościel… Do dziś nie mogę pojąć, jak to wszystko funkcjonowało i mogło się zmieścić. A przecież tysiące rodzin żyło w gorszych warunkach, z ubikacjami wspólnymi na klatce schodowej, gdzie w jednym pokoju mieściło się kilka osób. Z czasem ludzie zaczęli dostawać (opłacane w ratach przez wiele lat) mieszkania spółdzielcze i powoli warunki się polepszały. 

Pierwsze 21 lat, czas w domu rodzinnym, to mój pierwszy świat. Rodzina, która funkcjonowała “normalnie”, na zasadach ustalonych przez rodziców. Przystosowaliśmy się do norm rodzicielskich, do warunków i tradycji. Ale to nie były moje zasady. Z drugiej strony – dzięki temu uczyliśmy się wiele, obserwowaliśmy. Powoli zaczęliśmy rozumieć co lubimy, a czego nie. Taka jest kolej rzeczy.

To zdjęcie ma dziś 46 lat ( Chrzest naszego syna Jacka) Mój brat jest jego chrzestnym ojcem. Oboje uśmiechamy się – do siebie..

Nasza pamięć jest wybiórcza. Rejestruje to co potrzebuje, co chce zapamiętać. Niezależnie od tego, czy to miłe doświadczenia czy trudne i nieprzyjemne. I co ciekawe z mojego rodzinnego doświadczenia – wspomnienia moje i mojego brata są bardzo różne. A przecież żyliśmy tuż obok przez siedemnaście lat!  Może już wtedy nasze  “głowy” pracowały inaczej? Moje i jego emocje i potrzeby kształtowały się w innych kierunkach.

Dziś – kiedy ostatnio mieliśmy okazję rozmawiać o przeszłości, byłam oszołomiona jak bardzo wspólny dom rodzinny wygląda inaczej w pamięci każdego z nas. Tak niewiele znaleźliśmy takich samych wspomnień, tak różne targają nami wzruszenia, lęki z przeszłości, sentymenty i wręcz wstrząsy… Dwa światy.

Świat – ten  zewnętrzny, ma na nasze życie ogromny wpływ. Ludzie udają, że  można żyć po swojemu, odciąć się od tego, co niedobre, niebezpieczne a przede wszystkim inne. Ale to nieprawda! Wielki Świat spina się z naszym “małym podwórkiem” w jedną całość.

( z sieci)

Cokolwiek w życiu wybierzemy – świadomie lub przez przypadek – zaakceptujemy i stworzymy własne standardy, wymagania – taki będzie NASZ świat! Będę w nim ja i ktoś obok mnie, będzie mój dom i moje miasto albo wioska. Będzie tradycja przejęta z dzieciństwa, wszystkie dobre wspomnienia i traumy, jakie są w nas. 

MOJA RODZINA- mój najpiękniejszy świat!

Wychodząc z domu rodzinnego na własną drogę mamy dużo czasu, by te kompleksy i problemy z przeszłości przepracować. Pomoc przychodzi każdego nowego dnia – tylko trzeba chcieć się z tym zmierzyć.  Pomoże nam w tym nasza filozofia życiowa, uśmiech, chęć do pracy i spełniania marzeń.  Jeśli jednak zasklepimy się w rozpamiętywaniu traum i złych wspomnień, nigdy się od nich nie uwolnimy! To praca „na pełny etat”!  

Nic nie jest stałe i o tym wiemy od najmłodszych lat. Każdego dnia może wydarzyć się coś, co zmieni nasz świat. Ten globalny i ten najmniejszy. Nasz kokon obronny.  

Jedno z pierwszych moich zdjęć- z rodzicami, na Krakowskich Plantach. Zdjęcie dolne – zabawa karnawałowa dla dzieci. Miałam wtedy może 6-7 lat. Na prawo, obok „Królowej Śniegu” – moja kuzynka Ewa i ja.

Małe dzieci są nieskażone zakazami, poleceniami, pouczeniami. Ale ten czas szybko mija i “wolność” się kończy. Zanim naprawdę wydorośleliśmy, świat wokół nas już zmienił się kilka razy. 

Pamiętam takie doświadczenie.. Byliśmy już dorośli, ale bardzo młodzi. Marzyliśmy o podróżach do krajów, gdzie żyło się lepiej niż w PRL-u.  Udało się nam. Zaczęliśmy niemal w każde wakacje podróżować, choć to nie miało NIC wspólnego z podróżowaniem dzisiaj. 

Najpierw mój mąż, a po kilku tygodniach i ja znaleźliśmy się w domu dobrego i serdecznego znajomego w Niemczech Zachodnich (tak to się wtedy nazywało w odróżnieniu od Wschodnich Niemiec). 

Na górnym zdjęciu Zenke- nasz zaprzyjaźniony architekt z moim mężem. Dokładnie widać dach – a raczej strzechę. Taki to był dom!! Zdjęcie dolne – budowanie koniecznie NIERÓWNEGO płotu..

Był świetnym architektem, zasiadał w wielu komisjach i organizacjach światowych architektów, był bogatym człowiekiem. Miał dużą rodzinę. Mieszkali na wsi, nie bardzo pamiętam gdzie. Duża posiadłość, dom… Jechałam tam jak na skrzydłach, wyobrażając sobie, że przez następne dwa tygodnie poczuję świat luksusu i pełnej swobody, będę miała wszystko, czego nie miałam u siebie. 

Dom rzeczywiście był przestrzenny, wokół mnóstwo zieleni, staw, obok stół przy którym jadało się śniadania. Dziwny płot, który miał postawić mój mąż i jego przyjaciel, ale już po pierwszym dniu pracy okazało się, że płot jest… za prosty!! Trzeba więc było go zmienić, by udawał, że jest naturalnie nierówny. Tuż obok pasła się koza i trzeba było wraz z kołkiem, do którego była luźno przypięta, zmieniać jej pozycję, żeby skubała trawę w różnych miejscach. Bo trawa nie mogła być przycinana przez maszynę. Musiała być naturalnie wyrównywana… 

Były też (chyba) kaczki i inne zwierzaki.  A w domu – zamiast podłogi było klepisko, gospodarze chodzili przez cały dzień boso. Łazienki były, owszem, ale także w stylu “swobodnym”.

Byłam w szoku!! Czułam się tam niewygodnie, dziwnie, chociaż absolutnie niczego tam nie brakowało! Gospodarze byli przemili, pomogli nam w życiu jeszcze wiele razy. Ale ich “mały świat” nie spełnił moich oczekiwań. Nigdy nie potrafiłbym czuć się dobrze w takiej scenerii. 

To taki drobny przykład, jak różne mamy potrzeby i jak inaczej wyobrażamy sobie “swój świat”.  

Potem było w moim życiu mnóstwo podróży w zadziwiające miejsca. W luksusy i bardzo przeciętne “miejscówki”.  Takie letnie i zimowe. Naturalne, zwyczajne i przygotowane przez człowieka – zadziwiające nas pomysłami i wykonaniem. 

W niektórych czułam się bardzo dobrze. Mogłabym tam zostać i żyć podobnie jak tamtejsi ludzie. Być może dlatego, że kilka razy udało mi się przystosować do warunków, których wcześniej nie znałam i nie były “moje”. Potrafiłam zaakceptować „inność”.

Zdarzyło mi się też trafić “w świat”, w jakim nie odnalazłabym się za żadne pieniądze. Pominę przykłady, bo pewnie lista byłaby dość długa. Mój wniosek jest jeden. Są ludzie, którzy lubią zmiany, rozumieją je i potrafią się do nich przystosować. Nie razi ich inność. Są tolerancyjni i otwarci. Tak – otwarci! To właściwie słowo. Myślę, że do takich i ja należę.  Nie mam problemu z akceptacją inności. Nie obrażają mnie inne gusty, inne tradycje i zwyczaje. Toleruję wiele sposobów na życie, których sama nie potrafiłabym i nie chciałabym stosować. I wiem, że ludzie są różni i mają swoje “światy”. Ciągnie mnie zawsze do “podglądania” miejsc i mieszkańców, gdzie jest “inaczej”.

Druga kategoria ludzka to ci, którzy mimo podróżowania, czytania o inności, nigdy naprawdę nie wychodzą z miejsca “własnego świata”. Zawsze znajdą sposób, by coś skrytykować, ocenić po swojemu dając do zrozumienia, że jeśli nie jest tak, jak w „ich świecie” to znaczy, że to jest niewłaściwe… To na pewno trudne dla nich, bo w gruncie rzeczy, mimo potrzeby poznawania innych światów, akceptują tylko ten jeden jedyny – ICH. 

Nie jesteśmy idealni. Oceniamy zawsze, chociaż często tego NIE chcemy. Taka już natura ludzka…

A gdy już dopada nas wiek “starczy” (niektórzy tak myślą, gdy mają pięćdziesiąt lat, a inni dopiero, gdy dociska ich osiemdziesiątka🤣) mamy skłonności do podsumowań. I do zachowań, które nie wiedząc skąd i dlaczego ujawniają się w nas właśnie w takim wieku.

Wszystko traci ostrość i siłę. Szalejemy mniej, pijemy mniej (no, bywa różnie..), na zakupy chce nam się chodzić coraz rzadziej. Nudzą nas długie “nasiadówki” towarzyskie, nie lubimy robić dalekich czasowych  planów. Uczucie, że “nie zdążę” towarzyszy mi często, ale nie jest patetyczne czy smutne. Jest uświadomieniem sobie, że “mój świat” jest teraz inny niż 20-30 lat temu. Myślę: gdybym to chciała, to mogę mieć.. . Ale moje “chcenie” słabnie, bo to “chcenie” ma dzisiaj już inną wartość niż kiedyś. 

Młodzi ludzie biegną do Starbucksa, w biegu kupują kawę w styropianowym kubku i są szczęśliwi. Ja już tak nie umiem. Ja lubię kawę w ładnej ulubionej filiżance, lubię pić ją pomału, bez pośpiechu. I to dla mnie ma teraz znaczenie. 

Zauważam też, że coraz częściej rozmawiając między sobą mówimy o rzeczach i doświadczeniach przeszłych. Zaczynamy zdanie… “Kiedy byłam.. Wiele lat temu… To było jeszcze za czasów…” Co za okropny nawyk!! Zamiast łapać tu i teraz, sięgamy do dalekiej przeszłości. A potem dziwimy się, że wnuki za długo takich rozmów z nami nie wytrzymują. 🤗  

Świat zmienia się z naszym wiekiem. Osobistym i tym płynącym nurtem wydarzeń politycznych, społecznych, pogodowych, technicznych… 

Świat zmienia się z każdą minutą. My trwamy w nich tylko przelotną chwilę. 

Ale mój “epizod” istnienia w globalnym świecie jest ważny! I wyjątkowy. Bo to jest mój świat, moja chwila, mój SEZON na życie. 

Każde dziecko ma „etap” zachwytu tęczą i słońcem. Jedno z tysiąca zdjęć w sieci- niestety własnych dawnych rysunków nie mam 😀

Doceńmy ten moment na Ziemi, celebrujmy siebie i nasz czas. Nie dajmy sobie go odebrać przez brak uśmiechu, depresję, niechęć do ludzi i wszystkiego wokół, marudzenie czy nietolerancję. 

Gdy miałam 5-6 lat bardzo lubiłam malować kredkami duże słońce i kolorową tęczę. Miałam wtedy wypadek, jechałam z Tatą na motorze. Niewiele pamiętam, ale przez kilka dni trzymali mnie w szpitalu, a ja cały czas malowałam w kółko rożne wersje kolorowej tęczy, wielkie słońce i czasem kilka chmurek. Pogodnych – niebieskich. Teraz, gdy rano w swoim ogródku wypijam na śniadanie kawę i zajadam ciepłą bułeczkę, i świeci słońce – mam w sobie wielką radość. 

Wiem, że to tylko stan pogodowy – ale dla mnie w moim świecie słońce to stan ducha. To uśmiech na cały dzień. I tego nie dam sobie odebrać. 

Chcesz mieć inny świat? Twoja wola i twoja decyzja. Bo światów jest wiele. Są szczęśliwe i słoneczne. Są markotne i takie, w których wiecznie jest ciemno i smutno. 

************************************

I tu nie odpuszczę – znów wracam do Maryli Rodowicz, do piosenki, która idealnie wkomponuje się w moje przemyślenia. Nic dziwnego – słowa i muzykę napisał krakowski artysta Andrzej Sikorowski. Piosenka po raz pierwszy „wyśpiewana” była dwa lata po stanie wojennym, na Festiwalu Polskiej piosenki w opolu. „Rozmowa przez ocean„. Słowa: Są dwa światy i nas jest dwoje, do swych miejsc przypiętych jak rzepy… Są dwa światy i jedno słońce…” wracają do mnie latami, w najbardziej dziwnych momentach wspomnień, w różnych kontekstach. Są bardzo trafną puentą, jaką emigranci – nawet najbardziej szczęśliwi – mogą sobie codziennie powtarzać..


BACK

Czy te oczy mogą mówić? 

1 kwietnia 2025

Kłopoty z oczami ma każdy. Wcześniej czy później nas dopadają. U mnie pojawiły się jeszcze w dzieciństwie, pierwsze okulary musiałam założyć na nos, gdy byłam w czwartej klasie szkoły podstawowej. I o dziwo, nie czułam się skrzywdzona z tego powodu. Właściwie byłam zadowolona, że mam coś nowego. Pamiętam je bardzo dobrze. Oprawki były ciemno czerwone, kształt taki “łezkowaty”. To chyba było tuż przed wakacjami, bo utkwiło mi w pamięci, że testowałam je podczas letnich zabaw na wsi i kiedy wróciłam do szkoły byłam już z nimi “zaprzyjaźniona”. 

Wtedy wyrosłam już z wieku, gdy inne dzieci śmiały się z okularników i nie przypominam sobie z tego powodu niemiłych momentów. Nie pamiętam kiedy, ale z czasem przestałam używać okularów codziennie, raczej tylko do czytania i pracy szkolnej.  Okulary były mi potrzebne, ale mogłam także bez nich funkcjonować. Nie wiedziałam wtedy nic o soczewkach kontaktowych, a już na pewno nie interesowałam się medyczną korektą, która mogłaby poprawić wady wzroku. 

A wady oka rosną po cichutku z wiekiem i pewnego dnia uświadamiamy sobie, że widzimy nieostro, mamy kłopot z obrazem z daleka. Coś nas denerwuje, irytuje, swędzi, piecze… Oko zaczyna się buntować i już nie “koresponduje” z resztą organizmu. 

Brak widzenia albo widzenie zamazane, to ogromny problem w życiu. Na szczęście ten dział medycyny już jest głęboko rozpoznany i wszelkie korekcje, kontakty, okulary pomagają nam żyć z problemami oczu. Biznes ma tu też swoje “trzy grosze”, bo ciągle korzystamy z lepszych kontaktów, z pięknych i modnych oprawek, jakie kto sobie życzy. Wybór jest ogromny, moda się zmienia i każdy z nas może dobrać to, co mu się najbardziej podoba.  Wszelkie operacje, które potrzebuje oko są wykonywane na wysokim poziomie i zazwyczaj za pomocą sprzętu, który sprawia wrażenie niemal kosmicznego. 

Oko to także część twarzy. Oczy są elementem piękna i także z tej przyczyny dbamy o nie bardzo specjalnie. Przedłużanie rzęs, korekty brwi na wiele sposobów, a w późniejszym wieku wygładzanie zmarszczek wokół oczu, “worków” pod oczami to niemal jak regularna konieczna higiena. Oko ma swój zewnętrzny codzienny wygląd i ma swoje dno, którego nie jesteśmy w stanie zobaczyć bez pomocy specjalistycznego sprzętu.  Zazwyczaj jest organem “bezpiecznym” – dobrze chronione przez powiekę, która odruchowo zamyka się, gdy oku cokolwiek grozi. Gdy śpimy, zamknięte powieki pozwalają gałce ocznej wypocząć i odizolować ją od całodziennej pracy. 

Ludzie, którzy kiedykolwiek mieli do czynienia z najmniejszym nawet uszkodzeniem oka, przypadkowym zadrapaniem gałki ocznej, wpadnięciem malutkiego pyłku do oka czy czymkolwiek, co oku przeszkadza, wiedzą jaki wielki ból może nam oko sprawić!!  To niesamowicie wrażliwy organ i w dodatku często nie jesteśmy w staniu pomóc sobie sami.  

A jednak – oko to coś więcej niż fizyczny organ niezbędny do życia. To narząd mowy, chociaż nie używa słów. 

Patrząc w lustro na własną twarz widzę swoje oczy. Patrzę w nie głęboko i wiem, że wszystko co czuję w danym momencie znajduje się w moich oczach. To właśnie oczy są najbardziej centralną częścią twarzy. Nie nos, który jest pośrodku, nie usta, które wydają się  najważniejsze, bo potrafią wypowiedzieć wiele ważnych słów.

Oczy mówią bez słów, przemawiają emocjami, ruchem źrenic, zmrużeniem, drgnieniem powieki, przymknięciem oka. Każdy najbardziej delikatny ruch oka, to wyraz naszych emocji, myśli, nastroju chwili. Bardzo trudno jest zachować “kamienną twarz”, bo oczy nie słuchają rozumu, nie umieją udawać. Oczy są szczere i zdradzają nasze najgłębsze tajemnice…

Jeśli ktoś jest wrażliwym obserwatorem, odczyta w oczach nasze intencje. Spojrzenie komuś głęboko w oczy, to jak zajrzenie do najintymniejszego zakamarka duszy. Niewiele osób to potrafi ukryć trudną prawdę w oczach. Już nawet dzieci, gdy coś “przeskrobią”  zwieszają głowę w dół, by nie pokazać oczami, że czują się winne.   

Z naszych oczu można wyczytać przeszłość. Nie jest łatwo ukryć w spojrzeniu ludzkie złe czyny. Trudniej zdobyć dowody na ludzkie przestępstwa niż przeczucie albo prawie pewność, że dana osoba je popełniła. Często winy, złość, ból widać w oczach jak na dłoni. 

Oczy smutne, uwodzące, zamyślone.. w każdej chwili mogą być inne

Smutek, poczucie nieszczęścia, gniew, pogarda ujawniają się w oczach “samoistnie” i trudno je ukryć przed bliską osobą. To bardzo silne emocje i zawsze widoczne w oczach “poszarpanego przez życie” człowieka. 

Szczęśliwy człowiek też nie ukryje swych radości. Oczy rzucają iskrami szczęścia, miłości, którą czujemy do bliskiej osoby, do dziecka, matki. Oczy umieją się uśmiechać, płakać ze szczęścia i z rozpaczy. Łzy pomagają oczyścić emocje, spełniają także rolę fizycznego “prysznica” dla oka.

Gdy spotykamy kogoś na swej drodze, nasze pierwsze instynktowne odczucie jest bardzo ważne. Mówimy: ”podoba mi się ta dziewczyna. To przystojny miły facet..”   I nawet nie zdajemy sobie sprawy, że to właśnie nasze spojrzenia wzajemnie się testują. Pierwszy rzut okiem to najważniejszy moment, może nawet na całe życie. 

Zakochujemy się w czyiś oczach, spoglądamy w ich głębię, szukamy porozumienia we wzajemnym spojrzeniu… Od tego zaczyna się miłość, przyjaźń, zaufanie. Czasem także – niestety – uzależnienie.

Sprytne oczy potrafią też kłamać i oszukiwać. Być nieprzeniknione. I wtedy mogą nas zmylić. Nie tylko raz a wiele, wiele razy w życiu. Oczy mogą sprawić ból drugiemu człowiekowi… Potrafią być krytyczne, nieustępliwe. Bywa, że boimy się wzroku drugiego człowieka. Spojrzenie może skrzywdzić, choć nie używa żadnych innych narzędzi.  

W oku można odczytać też stan zdrowia. Podczas rutynowego badania oka dobry optyk może wykryć wczesne objawy cukrzycy, stwardnienia rozsianego, zmiany tarczycy czy niebezpiecznie podwyższone ciśnienie.  Nie będę opisywała jak to się sprawdza, bo nie mam o tym pojęcia. Ale wiem, że oko to także zwierciadło naszych niektórych chorób, które optyk czy okulista może uchwycić. 

Każdy człowiek ma SWÓJ kolor oczu. Nie ma identycznego koloru dla dwóch osób! Mimo, że większość ludzi ma oczy piwne, to wcale nie oznacza, że “piwny” kolor jest jeden! Jest tak wiele odcieni i nazw tego koloru, że najprawdopodobniej nikt z nas tego do końca nie ogarnia. Mnie wiadomo tylko, że największy procent populacji ludzkiej ma piwne oczy i kolor zależy od ilości barwnika – melaniny.  W zależności od tego, ile melaniny ma oko w tęczówce, zależy odcień koloru oka. Mniej tego barwnika mają oczy jasne – niebieskie, a tylko (podobno) niecałe dwa procent populacji ludzkiej ma oczy zielone. 

Moje oczy są szare. Tak mam napisane w oficjalnych dokumentach i tak siebie widzę. W dzieciństwie podobno miałam oczy niebieskie. Ale od niebieskiego do szarości droga krótka, więc tak naprawdę pewnie zawsze były szare…  Podobno ludzie o szarych oczach są spokojni, introwertyczni, a to jakoś do mnie nie pasuje 😂.

Ważna jest też oprawa oczu. Moje są “małe”, nieciekawe. No i dziś już mają wokół mnóstwo zmarszczek. Ale nie wstydzę się tego, nie ukrywam. Starzeję się naturalnie, nigdy nie wstrzykiwałam botoksu ani nie robiłam operacji plastycznych. Ale nic nie mam do tego, że inni to robią! Jeśli się z tym lepiej czują, to plus dla nich. Ja jestem ok ze starością, chyba że dopadają mnie dolegliwości fizyczno-zdrowotne, wtedy starości NIE lubię 🤔.

No, może jeszcze denerwują mnie opadające powieki. Tak to chyba się nazywa. Po prostu – zbyt dużo skóry na powiece. Hmm.. nawet na powiekach dopadają nas zmarszczki.

Jak wiadomo, naukowcy badają wszystko co się da, jest wiele ciekawych i dziwnych wyników badań na temat zależności cech ludzkiego charakteru od koloru oczu. Podobno ludzie o ciemnych piwnych oczach mają większy temperament, energię życiową. Ci którzy mają jaśniejsze oczy są spokojniejsi, mniej nerwowi, ale bardziej pozytywni i częściej.. się uśmiechają.  Ja w to wierzę z „przymrużeniem oka”😜 Ludzie są różni i sądząc po sobie, wnioski z badań naukowych za bardzo do mnie nie przystają (szczególnie te o spokoju i mniejszej nerwowości). Bo co do pozytywnej wizji życia to może i moje oczy mają tu swój udział 😉.

Kształt oczu noworodka zasadniczo nie zmienia

Kiedy rozmawiamy z kimś szczerze, nasze oczy, które wpatrują się w rozmówcę potwierdzają to, co mamy do przekazania drugiej osobie. Otwartość, jasne spojrzenie, ciepło w oczach – to atrybuty przyjaznych kontaktów. Mamy wtedy więcej siły do takiej rozmowy. Mamy kontrolę nad sobą. Podobnie druga strona – wierzy nam i czuje szczerość naszych intencji.  

Mama i synowie – oczy szczęścia

Oczywiście wiem, że bywają ludzie którzy potrafią kłamać w “żywe oczy” jak to nazywamy. Ale nie jest to łatwe i nie próbujmy tego stosować. Oczy naprawdę oddają więcej niż myślimy. Nie na darmo mówi się, że „oczy są naszym zwierciadłem”. Zwierciadłem duszy, emocji, pragnień. 

Kiedyś, dawno temu, w Krakowie każdego roku (1970-1991) organizowana była znana i zawsze oczekiwana wystawa zdjęć artystycznych. Nazywała się Venus. Poświęcona była kobietom – od bardzo młodych do starych twarzy. A także akty piękna kobiecego ciała. Niełatwo było zakwalifikować się na tę wystawę. Wielu artystów – fotografików wysyłało swe prace z nadzieją, że zostaną ich „twarze i akty” zauważone i świat ujrzy „różnorodne” piękna kobiet. Tylko jeden raz udało mi się być na takiej wystawie. Ale zapamiętałam kilka zdjęć i wciąż mam je przed oczami. Wystawa – choć kontrowersyjna, była odwiedzana chętnie i entuzjastycznie oceniana przez odbiorców. Od zachwytu do krytycznych opinii.

…Kobieta w chustce, stara zniszczona twarz poorana setką zmarszczek. I oczy pełne iskier radości. Twarz tak realna i bliska jakby stała obok nas- widzów.  Młode dziewczyny trzymające się za ręce, wirujące wokół, roześmiane i pełne szaleńczego tanecznego ruchu.. 

Kilka przykładów zdjęć z wystawy VENUS – znalezione w sieci

Każde zdjęcie przyciągało uwagę, każde miało MOC. A oczy były istotną częścią tej życiowej energii. Były takie oczy, które płakały, pełne smutku i cierpienia. Inne – zamglone, zapatrzone w dal. Jeszcze inne pełne strachu, przerażenia, niepewności. I dzikiej żądzy. 

Byłam bardzo młoda, wszystko to wywarło na mnie silne wrażenia. Większość zdjęć była biało – czarna. Nawet nie jestem pewna czy były kolorowe, choć w kolejnych latach pojawiały się kolory. Nie pamiętam.. Ta wystawa miała siłę! Nikt nie odbierał jej obojętnie. 

Wtedy chyba pierwszy raz w życiu zwróciłam uwagę na oczy człowieka. Na ich przekaz, na ich niemą mowę..

O oczach napisano setki wierszy, zaśpiewano dziesiątki piosenek. Oczy, jeden z wielu ludzkich narządów ciała. Także symbol wszelkich uczuć i emocji.  

Często nie doceniamy ich wagi, nie myślimy o ich zdrowiu. I nie czujemy jak bardzo są zwierciadłem naszego JA.

*******************************************

Długo zastanawiałam się, którą piosenkę wybrać z setek tekstów o oczach, ich mocy, mowie i tajemnicach. I zdecydowałam przypomnieć wszystkim jedną z najbardziej popularnych – ” A wszystko te czarne oczy…” Tak naprawdę piosenka ma tytuł „Gdybym miał gitarę” i śpiewał ją każdy kto choć raz siedział przy ognisku pod rozgwieżdżonym niebem, czy pływał na łajbie po jeziorach. Kto marzył o wielkiej miłości, wspominał najpiękniejsze chwile swojego życia. Piosenka wielopokoleniowa, bez przesadnie ambitnego tekstu a wzrusza swym ciepłem. Posłuchajmy raz jeszcze.. tym razem w wykonaniu Ryszarda Rynkowskiego – nieco inaczej 🤗


BACK

Jak “uczesać” własne myśli?

16 marca 2025

Kilka z dziesiątek wydań „Myśli nieuczesanych” S..J Leca.

Książka “Myśli nieuczesane” Stanisława Jerzego Leca to ogromny zbiór sentencji i powiedzonek, które kiedyś Umberto Eco zrecenzował krótko, iż “każdy cywilizowany myślący człowiek powinien co wieczór przeczytać przynajmniej trzy lub cztery, zanim zaśnie (jeśli w ogóle będzie mógł zasnąć)”.  

Moje pokolenie zna ten tytuł i myślę, że w dużym zakresie również treść tej księgi. W tym niezwykłym zbiorze mieszczą się aż ponad 2 tysiące zdań “złapanych” w różnych okresach czasowych i podzielone według  tematów, okoliczności, kategorii.  Zasłyszane w najprzeróżniejszych miejscach i chwilach… nigdy nie miały szans stać się księgą “myśli uczesanych”. 

Stanisław Jerzy LEC w karykaturze.

Przypominają  potarganą fryzurę myśliciela i filozofa,  rozwichrzoną na szalejącym wietrze. Ironizującego, patrzącego na świat z dystansu i z przymrużeniem oka. Kiedy jednak przeanalizujemy prawdziwe przyczyny i okoliczności powstawania “Myśli nieuczesanych”  Stanisława J. Leca, szybko zorientujemy się, że mogą pełnić tu funkcję ciekawego wstępu  literackiego, który skojarzył mi się z tym, o czym chcę napisać. 

Stanisław Lec opatrzył swą księgę “Myśli…” mottem: “ Jak najmniej wyrazów, jak najwięcej wyrazu”. (Mnie to chyba nie dotyczy 😂)  

Oczywiście, nie znam wszystkich jego sentencji, ale kilka z nich utkwiło mi w głowie na wiele lat. Trafione jak strzałą “prosto w serce “, choć większość z sercem nic nie ma wspólnego. Ale o tym później..

Przyszlo mi do głowy, że każdy z nas ma swoje myśli – “nieuczesane”.

My “zwykli śmiertelnicy” – nie profesorowie z ambicjami, którzy czują się mądrzejsi niż ci przeciętniacy. Nie geniusze sportów, czy artyści żyjący w świecie obłoków i marzeń, do których ty i ja nie mamy dostępu. Nie ci, co mają w sobie siły nadprzyrodzone, których prostak nie dostrzega i nie potrafi zrozumieć…  ale wszyscy inni –  zwyczajni ludzie naszej Planety. 

Każdy z nas ma własne myśli, nad którymi często nie jest w stanie zapanować. 

Myśli te zmieniają się w różnych etapach życia. Wszystkim kieruje potężna maszyna – nasz mózg. Nie, nie będę przytaczać żadnych danych o mózgu, bo jest tak dokładnie zbadany, obliczony i opisany, że nie mam szans konkurować z tymi, co się tym zajmują i na ten temat wypowiedzieli się już bardzo fachowo. 

Mózg i nasze myśli (zapożyczone z sieci)

Powiem tylko, że ten mózg, który siedzi sobie ukryty w naszej głowie, steruje wszystkim! Wszystkim, co ważne, a my często nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie myślimy o nim w tak czuły i fachowy sposób, jak powinniśmy. Każdego dnia myślimy, na przykład, o makijażu oczu, o maseczce na twarz i fryzurze okalającej mózg. Ale czy kiedykolwiek pomyśleliście, że te wszystkie zabiegi piękności, to przede wszystkim osłona, upiększanie zewnętrzne naszego mózgu? To, co wykonujemy dla podobania się innym, dla satysfakcji i własnej radości – to także działanie dla zabezpieczenia mózgu. 

Proste!  To właśnie mózg pomaga nam wybrać kolor włosów, decyzję nagłej zmiany fryzury, oprawki okularów, które wydają nam się najładniejsze dla naszej twarzy…

Górne zdjęcie – to prosta „mapa myśli dziecka
Dolne – skomplikowane wyobrażenie mapy myśli dorosłego człowieka. ‚To tylko schemat. A tak naprawdę wygląda to jeszcze bardziej zagmatwane!

I tak można by ciągnąć przykłady od zwyczajnych najprostszych do coraz bardziej skomplikowanych, niemal piętrowych decyzji. Od domowych, rodzinnych, bliskich ciału, powoli pojawiają się postanowienia coraz trudniejsze, zawiłe, wielowarstwowe. Kolejne pochłaniają uczucia, wahania w kwestiach: “białe czy czarne”, “dobre czy złe”.  Robi się gorąco. Dorastamy, piętrzą się problemy, wybory nabrzmiewają, a najgorsze, że już nie są pojedyncze, już nie idą w szeregu tylko parami albo całą drużyną.   

Już walą gromadą, tłumem, a my tracimy grunt pod nogami i zaczynamy gubić się. Nie zauważamy kiedy i dlaczego nie potrafimy poradzić sobie z  osobistym narzędziem “operacyjnym” – własnym mózgiem. Myśli tłoczą się i mieszają.  Co zrobić, by moje myśli “uczesać”? 

Nie chcę zwariować. Nie chcę pozwolić mojemu mózgowi zawładnąć moimi emocjami, działaniami, zdolnościami organizacyjnymi tak, bym straciła panowanie nad sobą…  

Jako ludzie mamy przewagę nad wszystkim co żywotne, bo posiadamy umysł. A umysł potrafi się bronić i sterować mózgiem tak, by myśli nie niszczyły naszego życia. 

Smutek jest naturalną częścią naszego istnienia.  W większości jest uzasadniony, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Ale nie jest to obiektywne uczucie…

Znacie takie i podobne nastroje w swojej głowie?  Ile razy w życiu tak męczyliście się? Zadręczaliście się własnymi myślami. Goniliście swoje własne coraz bardziej bezzasadne wyobrażenia, by wpadać głębiej w otchłań smutku i poczucia pustki? 

A później – po prostu – najzwyczajniej, w jednym momencie świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniał nastrój, bo nasza jedna pozytywna myśl, jedno pozytywne zdarzenie może odmienić dziesiątki emocji. 

Posłużyłam się banalnym przykładem, ale na pewno znanym każdemu z własnych doświadczeń. 

Skąd nasz mózg tak szybko czerpie powody do lęku? Dlaczego tak łatwo poddaje się panice, pozwala przejąć instynktowi kontrolę nad umysłem? 

Myślę, że każdy z nas dorastając, od dziecka “zbiera” w pamięci, świadomie lub nie, ogromną ilość różnych doświadczeń. W tym także i tych trudnych, które w momencie poczucia zagrożenia, nawet jeśli to zagrożenie jest wywołane tylko w naszej głowie i jest odczuciem bardzo subiektywnym. Niestety, często powoduje przywołanie niemiłych wspomnień. Zaczynamy bać się powtórki emocji, które kiedyś były przykrym doświadczeniem.  

To wszystko przeradza się w myśli coraz bardziej galopujące i osaczające nas. 

Nie chcę mówić jakie mogą i często są konsekwencje chorobowe takich problemów “z głową”. To już temat dla psychiatrów i psychologów. I problemy – rzeki, z którymi nie mogą poradzić sobie miliony ludzi.  

Staram się skupić “na uczesaniu” moich codziennych myśli, bo wbrew pozorom wcale ich z wiekiem nie ubywa. 

Mówi się, że człowiek starszy odchował już dzieci, ma za sobą dobrze spełnione najważniejsze zadania swego długiego życia. To teraz, kiedy przychodzi czas emerytury powinien się wyciszyć, uspokoić wewnętrznie i czerpać radość, spokój i luz życiowy.  

Ogólnie – to ja się z tym ZGADZAM. Tyle, że nie zawsze wiem jak to praktycznie wykonać 😀

Jakoś w moim emeryckim świecie cisza i luz nie są mi do końca znane. I właściwie nie mam tego za złe mojemu światu.  Od dzieciństwa nie zdążyłam się nauczyć, co to jest nuda i pewnie już się nie nauczę. Zawsze mam coś do roboty, a jak nie mam… to natychmiast sobie znajdę 😀. Żyję bardzo na bieżąco, bo na szczęście otacza mnie ciągle COŚ

Czy narzekam? Pewnie! Czasem mam wszystkich i wszystkiego dość, bo jestem cholernie zmęczona!  Bo, jak wszyscy, mam prawo być zmęczona, mam swoje lata i swój własny limit wytrzymałości. Do jutra. Jutro zacznę znowu tak samo… i znów wszystko będzie kręcić się od nowa 😄

Unikam toksycznych ludzi. Nie chcę zaczynać rozmów od pretensji czy kłótni, szukam nowych celów, więc wymyślam drobne nowe rzeczy do zrobienia, napisania, zaplanowania i ich realizacji. 

Staram się nie popadać w rutynę, bo rutyna rozleniwia mój mózg. Każdy tak ma. Jak nie robimy czegoś nowego, nie próbujemy nowych pomysłów, nie wymyślamy nowych potraw na obiad, nie mamy planów na następną niedzielę czy na kolejne wakacje, to pozwalamy naszemu mózgowi zasypiać, a to nie jest fajnie. 

Wszyscy ciągle mówią o ćwiczeniach fizycznych, o tym, że musimy “robić kroki”, biegać, jeździć na rowerach, pływać etc. A zapominamy, że dla nas, szczególnie dla ludzi starszych równie ważny jest trening “ruchu mózgu”

Trzeba czytać książki, rozwiązywać krzyżówki, oglądać filmy, które poruszają mózg do rozmyślań nad obrazem i problemami w nim zawartym. Potrzebujemy często i dużo rozmawiać z ludźmi, dyskutować na trudne tematy. 

Oczywistym jest, że nasze myśli będą biegać w głowie, będą aktywne i nie dadzą nam spokoju. Będą nakładać się jedne na drugie, uwierać, męczyć, straszyć. Czasem nawet wprawiać w stan niepokoju, “trzęsawki”, bezsennych nocy. To bardzo niemiłe stany. Znam to, i każdy z nas też. 

Ważne jest, by nasze myśli dotyczyły dobrych i pozytywnych sfer życia. By nie wyprowadzały nas na manowce smutku, depresji, niechęci, lenistwa… 

To się dużo częściej przytrafia starszym ludziom niż młodym (choć bywa różnie..),  tym bardziej muszę mieć świadomość, że powinnam teraz “pilnować” swojego mózgu i mieć nad nim szczególną opiekę. 

Sposób na „uczesanie myśli”?

Równie ważne dla zdrowia mojego mózgu, dla pamięci, dla mojej kreatywności i pomysłowości, są spotkania i świętowania wszelkich uroczystości rodzinnych i przyjacielskich, pyszne jedzonko w dobrym  towarzystwie, słuchanie muzyki, tej, którą lubię (jeśli lubię), spacery, wycieczki, że nie wspomnę (oczywiście) o SPA, masażach i dobrej zdrowej diecie… Do wyboru, do koloru, jak kto chce! 

Bylebym “ uczesała” swoje myśli. 

A jeśli czasem pozwolę sobie na ich rozczochranie, to też jest OK, ale zwyczajna starsza pani  stara się uporządkować swój “intymny mały świat”… Przynajmniej ja mam taką potrzebę. 

Bo czymże są nasze myśli, jak nie intymnym światem, często chowanym głęboko przed ludzkim uchem i okiem?..

 *****************************

Dla tych, którzy nigdy nie zaglądali do Myśli nieuczesanych” Stanisława J. Leca  polecam spojrzeć (do poduszki😀) na kilka moich ulubionych sentencji:  (zgadnijcie, która jest moja … najbardziej ulubiona?? 🤔)

  • Na żadnym zegarze nie znajdziesz wskazówek do życia
  • Rany się zabliźniają. Ale blizny rosną wraz z nami 
  • Kiedy rodzi się pesymizm? Kiedy zetkną się dwa optymizmy
  • Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest
  • Myśli są niewidzialne, ale bezmyślność jest widoczna 
  • Samotności, jakaś ty przeludniona!

A przy okazji tych rozważań – pomyślałam, że jest okazja przypomnieć fragment z przestawienia Teatru Ogniska Polskiego pt. Apetyt na Czereśnie” (ach, ta „moja” Osiecka!!) z kwietnia 2005 roku. W końcu każdy z nas ma „Swój intymny mały świat”...🤗 – śpiewa Monika Wojtanowicz


BACK

Wizyty zwykłe, specjalne i zaskakujące. 

4 marca 2025

Człowiek to “towarzyskie zwierzę ”. Nawet ci, którzy mówią i myślą o sobie, że są samotnikami mają jakieś zwierzątko koło siebie. Pieska, kota, świnkę morską, chomika czy rybki w akwarium. A jak nie coś “żywego”, to telewizor nastawiony na czyjeś “gadanie” albo muzykę płynącą z dostępnych urządzeń.  Cisza też może być przyjazna i wystarczająca. 

A jednak.. Większość z nas ciągnie do ludzi, do rozmów, spotkań, dyskusji. 

Party, rauty, małe spotkania służbowe i prywatne. Randki – czasem takie, o których zapominamy już następnego dnia. A bywają i takie, które zmieniają nasze życie na zawsze. Zebrania w pracy i na luzie po pracy, choć z tymi samymi ludźmi. Znajomości w przedszkolu naszych dzieci, potem w szkole. Zawsze ktoś, gdzieś, obok, bliżej lub dalej. Na bardzo krótko i na dłużej… 

Ludzie odwiedzają się wzajemnie. Kiedyś w czasach bez telefonów komórkowych (ba, bez telefonów domowych!!) ktoś wpadał niezapowiedziany, bo właśnie przechodził kolo naszego miejsca zamieszkania, bo potrzebował pogadać, albo miał chwilę wolnego czasu i wpadał na herbatę lub kawę. W restauracji spotykaliśmy się bardzo rzadko. Nie było to w modzie, nastroju i finansowych możliwościach. Ale czasami bywało i tak. Częściej wpadaliśmy do kawiarni, kawa zawsze była, ciastko też. Miałam swoje ulubione miejsca w Krakowie. Mieszkałam blisko Rynku, więc wybór był, jak na tamtą epokę, duży. Hawełka, Rio, Antyczna, kawiarnia w willi Kossaków, Cocktail Bar na Karmelickiej, Jama Michalika, Noworol (ulubiona kawiarnia mojej Mamy!), Marago i Kolorowa na ul. Gołębiej, tuż przy miejscu codziennych zajęć polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ta ostatnia okupowana była przez studentów cały dzień. Wiecznie brakowało miejsc do siedzenia. Niejeden raz siedzieliśmy na jednym krześle po dwie osoby. Trudno wymienić wszystkie, każdy z nas miał swoją kawiarnie i kluby, bardziej czy mniej lubiane. Wbrew wiedzy o “biedzie i trudnościach finansowych” – kawiarnie nie narzekały na przestoje pomiędzy klientami.   

Później, gdy już zapuszczaliśmy się na spacery randkowe trochę dalej niż tylko w centrum Krakowa, uwielbiałam mała kawiarenkę na ul. Kazimierza Wielkiego. Nie miała nazwy, ale my nazwaliśmy ją “Fioletowa Przystań” , bo miala takie lekko “liliowe” lampy, które dawały wrażenie fioletowej poświaty.  Kiedyś nawet wyjawiliśmy ten nasz “imienny” sekret pani, która wraz z drugą koleżanką prowadziła to miejsce. Ach, jaka tam była pyszna kawa i kremówki! I jeszcze filiżanka czerwonego barszczu z krokietem. Smakowało jak w niebie! Zwłaszcza, gdy były zimne i słotne dni. 

Pamiętam też kawiarnie w okolicy Rudawy i Krakowskich Błoń, gdy zaglądaliśmy tam spacerując po tamtych okolicach przy ładnej wiosennej i letniej pogodzie. 

Większość tych kawiarni czy restauracji zniknęła na przestrzeni lat, a na ich miejsca powstały setki nowych – innych, nowoczesnych. Urok tamtych starych miejsc zawsze jednak będzie w mojej pamięci… 

Ale najczęściej i najfajniej było w domu, gdy ktoś wpadł przypadkiem, wybawił mnie na chwilę od czytania podręczników szkolnych, odrabiania zadań domowych itp. Włączaliśmy radio z muzyką, później też adapter/magnetofon i plotkowaliśmy całymi godzinami. Do picia była herbata, jakaś indyjska, madras czy podobne. Nic wielkiego, kto by zastanawiał się nad faktem, że herbaty są różne i że nie wszystkie smakują jednakowo.

W akademiku też wizytowaliśmy się nieustająco! Droga do innego pokoju nie była długa – następne drzwi lub drzwi naprzeciwko. Albo jedno piętro wyżej lub niżej. Zawsze mieliśmy mnóstwo nauki, mnóstwo czytania lektur (wiadomo – polonistyka!) ale też nigdy nie brakowało nam czasu na spędzanie go z innymi. Wtedy już pojawiała się wódeczka, wino Egri Bikaver albo podobne i jakieś małe kanapeczki z serem czy kiełbaską. Było dobrze! Bo byliśmy razem, w nieustającym ruchu towarzyskim. 

Minęło wiele lat od tamtych spontanicznych wizyt, kawiarnianych dyskusji literackich, spojrzeń w oczy znad filiżanki kawy. 

Zmienił się nasz sposób życia,  zmieniły się zasady spotkań towarzyskich. Są telefony komórkowe, sms-y, e-maile. Nie przychodzimy odwiedzić nawet najbliższych przyjaciół w biegu, tak po prostu, z odruchu serca i ciekawości, co tam u nich słychać. 

Tak się jakoś “zrobiło”, że trzeba zatelefonować, umówić się,  zapowiedzieć swoja wizytę. Powinniśmy być przygotowani. A to w pewnym sensie zobowiązuje. Obiad, kolacja, może tylko przystawki… Na pewno coś – do kieliszka wina, do koniaczku czy modnych od lat mix- drinków. 

Mój „świąteczny” barek – grudzień 2024

Mamy barki domowe zaopatrzone całkiem nieźle, by nie zdarzyło się, że nasz gość na pytanie: “czego się napijesz?” – odpowie i zaskoczy nas, bo TEGO właśnie nie mamy.. W takim momencie natychmiast nadrabiamy przepraszającym uśmiechem i wyliczanką CO mamy. Mamy też drobne ciasteczka, czekoladki, orzeszki. Wszystko to należy do baru domowego. Dopiero potem zapraszamy na coś więcej do stołu. 

Dziś nie ma żadnego problemu z zapełnieniem lodówki, z przygotowaniem czegoś “na szybko” czy czegoś bardziej wykwintnego na dłuższą wizytę gości.   

Nie jestem “specem” od kulinariów, ale każde zaproszenie gości dodaje mi adrenaliny i wtedy lubię gotować, wymyślać coś nowego, nawet jeśli to tylko przystawki. Sprawia mi to przyjemność, bo to część spotkania, a dla mnie to zawsze ważne i radosne chwile. Uwielbiam domowe obiady rodzinne, drobne przyjęcia z rożnych okazji. Mogę je wymyślać “z tematem” lub bez.  Każda okazja jest dobra! Podobnie wizyty przyjaciół, tych najbliższych i dalszych. 

Lubię małe spotkania, zarówno te domowe jak i w restauracjach, czy gdziekolwiek w innych miejscach – koncert, park, wypad do Kemah po nowe kwiatki do ogródka, czy na zakupy świeżych ryb. Do orientalnego głównie sklepu Phenicia czy do polskiego sklepu. Na lunch naszych “babskich tradycji” czy z rodzinnych okazji. 

Mieszkamy w Houston już 35 lat. To połowa naszego życia. Daleko od Polski, ale wiele razy wracamy tam na wakacje czy z innych ważnych powodów. Zmieniło się nasze życie codzienne i zmieniła się też Polska. Wszędzie jest “inaczej” niż wspomnienia naszej młodości. Nowoczesność, technologia i nowe obyczaje wkroczyły wszędzie! Podróże stały się łatwiejsze, bardziej dostępne dla wszystkich. 

Nie wiem czy umiałabym dzisiaj zliczyć ilu gości “specjalnych” odwiedziło nas w ciągu tych lat…

Pierwsze dziesięć lat naszej amerykańskiej wersji życia nie było łatwe. Każdego dnia ciągnęło nas do nowości i inności, ale mnie osobiście też zżerała tęsknota, nostalgia i myśl o powrocie.  Jakoś mnie było najtrudniej. Może dlatego, że dużo z tego, co lubiłam robić zniknęło z codziennych obowiązków. Gubiłam się długo,  kręciłam wokół zanim znalazłam tutaj swoje miejsce. Zdobyłam nowych przyjaciół, bardzo bujne i ciepłe życie towarzyskie. Teatr Polski, który przynosił mi bardzo dużo radości i satysfakcji. 

Nigdy jednak nie odeszły ode mnie emocje i uczucia do bliskich mi osób w Polsce – w Krakowie, Sosnowcu, Gdańsku czy Sanoku. Każda wizyta wakacyjna to spotkania z nimi. Zawsze radosne, sentymentalne. A przecież wszyscy postarzeliśmy się. Bywa, że trudno złapać dawny kontakt.. 

Ola, Rafał.. było wesoło!

Z Polski – odwiedziła nas kilka razy moja Mama, była naszym pierwszym gościem na dłuższy czas. Aż trudno się przyznać, że mieszkaliśmy w apartamencie, a ona zajmowała wspólny pokój z naszymi dziećmi i bardzo cieszyła się wnukami. 

Przyjechała do nas moja chrześnica Ola na całe wakacje i chrześniak mojego męża. Był kilka razy mój szwagier – sam i z żoną.

Wczesne lata 90-te. Pierwszy przyjazd do Houston Janusza.

Mieliśmy w gościnie bliskie osoby na ślub naszego syna Jacka. Doleciała pewnego lata Ania A, choc tak bardzo boi sie latać samolotami 😉. Byli tu młodzi ludzie, przyjaciele dziecięcych lat naszych dzieci i córka brata mojego męża, Marta.  

W jednej z licznych winiarni – Hill Country

Przylecieli moi teściowe, pierwszy raz oboje. Potem jeszcze raz Teściowa z moją Mamą, razem. 

Mieszkali z nami przez wiele lat przyjaciele, którzy wrócili do Polski na emerytalne lata, ale każdego roku powracali tutaj i zamieszkiwali u nas. Mieli nawet swój pokój, którego nigdy nie nazywaliśmy gościnnym, ale pokojem „Państwa Kolegostwa”😂 . Dopiero niedawno zmieniło się, oni przylatują tu rzadziej i wynajmują już apartament do swobodnej własnej dyspozycji. 

Spacer w pobliżu downtown Houston
Łucja z Kasią i ze mną

Odwiedziła nas wielokrotnie moja najlepsza Przyjaciółka z czasów szkolnych i harcerskich. To były niezapomniane chwile. Dużo podróży, zwiedzania, ale jeszcze więcej wieczornych rozmów, wspomnień, ciepłych i ważnych dla nas chwil. Podobnie, gdy odwiedziła nas Łucja – przyjaciółka wspólnych lat “sosnowieckich” To także była cudna wizyta. Tyle dobrych momentów naszego wspólnego życia znów się w nas obudziło. 

Przyleciała do nas moja ukochana Ciocia, najmłodsza siostra mojej Mamy. Już wtedy była “starszą” Panią. Ale sprawna – w bieganiu, zwiedzaniu, smakowaniu teksańskich przysmaków, piciu Metaxy. Pojawiła się ze swoja córką a moją kuzynką Magdą i jej rodziną. Ileż to wieczorów i nocy przetrawiliśmy na wspomnieniach, opowieściach ze śmiechem i łzami na przemian.  

Ciocia Hania i Magda – w czasie wizyty u naszego syna Jacka i jego żony Christiny.

Jak dobrze czuje się człowiek, który może dzielić się z innymi tym, co ma i co wie. Kiedy może być przewodnikiem po nowych miejscach, pokazać to, co warto w innym kraju zobaczyć.  

Wszystkie te wizyty były bardzo specjalne!  Do każdej przygotowywałam się z radością,  planowaniem i oczekiwaniem na coś wyjątkowego. 

W ciągu tych 35 lat nie gościliśmy tylko nikogo ze strony rodziny mojego jedynego brata. Mam trzech fajnych bratanków i staram się zawsze z nimi spotkać, gdy odwiedzam Polskę. Wiem, że są zajęci, mają rodziny, małe dzieci. Zawsze i niezmiennie zapraszam ich do nas – ale jakoś nie wyszło…  

Tym bardziej jestem szczęśliwa, że po tylu latach mój Brat wyraził chęć przyjazdu tutaj ze swoja żoną. Gdy piszę ten tekst, do przylotu mojego Brata zostało tylko trzy tygodnie, w lutym. 

Nie wiem jak to będzie, bo nie jesteśmy już tak sprawni fizycznie jak kilka, kilkanaście lat temu. Niewiele o nich wiem, choć spotykam mojego Brata w Polsce, ale to zawsze sprowadza się do dwu-trzygodzinnej rozmowy, w restauracji. To na pewno nie to samo co mieszkać ze sobą nawet na czas kilku tygodni. Czy sprostamy ich oczekiwaniom? Czy będzie im się takie życie podobało???  

Mam wspomnienia ze wspólnego mieszkania z Jankiem w jednym pokoju, kiedy byliśmy dziećmi. Kłóciliśmy  się dużo, jak to rodzeństwo, ale też wiedzieliśmy, że nie ma innej opcji mieszkania. 

Wyszłam za mąż i opuściłam rodzinny dom, kiedy mój brat miał 17 lat.  Powiedział wtedy: “Fajnie, nareszcie będę miał swój pokój”🤗 Nie dziwię mu się.

Ta wizyta będzie specjalna.  Może łatwa, przyjazna i ciekawa. Może będzie to egzamin nie tylko “więzów krwi”, ale też przekonanie się, co naprawdę nas łączy. 

Może kiedyś napiszę o tym, jak było. 

Na razie – podobnie jak poprzednio gdy oczekiwałam na wizyty gości, szykuję wszystko co powinno być zrobione, o czym powinno się pomyśleć, gdy specjalni goście wkraczają w twój dom. 

Dłuższe odwiedziny gości bliższych czy mniej znanych osób zawsze są w pewnym sensie niespodzianką. Nie tylko dla nas – gospodarzy, ale też dla wizytujących. Cieszymy się, mamy różne wyobrażenia i wiemy także, że wiele nas zaskoczy. Pozytywnie albo nie… Wydaje się, że potrzeba wzajemnej tolerancji, ale tak naprawdę wystarczy pozytywna aura, ciepłe nastawienie i wzajemny szacunek. 

Już nie zostało nam dużo czasu na tak ważne spotkania. Na spotkania specjalne! Każda chwila bycia razem jest na wagę złota😉.

Na wizyty, które zostaną w pamięci na zawsze. Mam takich wiele w szufladkach moich wspomnień. Mają dla mnie nieocenione znaczenie. Są siłą do życia każdego nowego dnia. ….Bo ja nie jestem samotnikiem. Lubię ludzi, kocham rodzinę i przyjaciół. 

I każdego kolejnego dnia jestem gotowa na kolejną wizytę. 

Nawet jeśli będzie niezapowiedziana… 💖


BACK

Zielona”Małgośka” czyli wszystko może się zdarzyć

16 lutego 2025

Jak czuje się pisarz, gdy wydaje swoją pierwsza książkę? Znakomicie! Nawet jeśli nie wie, czy książka będzie odebrana przez czytelników pozytywnie? Czy recenzenci zwrócą na nią uwagę? Czy nie będzie jednorazowym “wyczynem” życiowym… 

Niezależnie jak się potoczą dalsze losy człowieka/pisarza – moment zobaczenia swojego nazwiska na okładce napawa dumą, radością i nadzieją. 

Ze spełnianiem nadziei i oczekiwań bywa różnie. Każdy kto napisał choć jedno “oficjalne” zdanie wie, że procent osób, które naprawdę stają się zawodowymi pisarzami jest bardzo niewielki. A jeszcze mniejszy tych, którzy będą dobrymi znanymi pisarzami. 

Ale każdy z nas ma prawo spełniać swoje marzenia. Obojętnie w jakim momencie życia. Cokolwiek chcemy robić, spróbować czegoś nowego – róbmy to! Nikt nie może nam zabronić testować siebie, smakować nowych sposobów na spełnienie marzeń, sprawdzać swoich możliwości. I przeżywać wzloty i upadki, bo to też wpisane jest w próby pisarskie (i w każde inne).

Pisarstwo jest bardzo różne. Poważne i dramatyczne, naukowe i na luzie. Wielkie, które przechodzi do historii literatury – jak Sienkiewicz, Mickiewicz, Lem, Szymborska, czy Tokarczuk. I dziesiątki innych. I w przeróżnych kategoriach, bo trudno jest porównywać poetę z pisarzem historycznym czy twórcą kryminałów.  

Kiedyś, szperając w internecie znalazłam listę, która nazwana była “Najlepsi polscy pisarze: 32 autorów, których musisz znać”. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam tam nazwiska kilku pisarzy (poetów) o których nigdy nie słyszałam… Jacek Piekara, Anita Głowińska, Albena Maleszka (i to jeszcze nie koniec nieznanych mi twórców na tej liście).

Czy powinnam się wstydzić, źle czuć, że ktoś wybrał tych pisarzy, a ja nic o nich nie wiem? 

Nie! Zasady, na podstawie których ktoś stworzył taką listę nie są mi znane. I wiem, że to jest subiektywna ocena, bo każdy z nas ma prawo wypowiedzieć swoją opinię. 

Są gusta (gusty?), guściki i dowolne kryteria. Młodzi mają na pewno inne poglądy na pisarzy. Starsi trzymają się swoich wyobrażeń. Kategorie też mogą być sprzeczne. Każdy lubi coś innego i nie można oceniać czytelników według naszych własnych “lubień”. Podobnie – wartość pisarzy też nie jest jednoznacznie porównywalna, bo kategorie tematyczne nie nakładają się na siebie. 

Dlatego tak bardzo dziwią mnie dyskusje ludzi, ktorzy usiłują stwarzać płaszczyznę porównań prozy Grochali, Mroza do Sapkowskiego czy Szczepana Twardocha. A już wkładanie w to prozy Sienkiewicza jest zupełna pomyłką. To całkiem inne kategorie wypowiedzi pisarskiej.  Ale wszyscy są na swój sposób fantastyczni!! Czyli – dla każdego coś „chcianego” 🤗.

To tylko mały przykład wydańµ książek dla dzieci Anity Głowińskiej

Z badań Biblioteki Narodowej wynika od kilku lat, że najpoczytniejszym pisarzem polskim ostatnich lat jest  Remigiusz Mróz. Idąc dalej – dowiedziałam się, że autorka serii „Kicia Kocia”, Anita Głowińska (przyznałam się już, że nic o tej pisarce nie wiem – pewnie dlatego, że to pisarka książek dla dzieci a ja już.. z tego wyrosłam 😂) i sprzedała blisko 2 miliony swoich książek. Mam zamiar się tym teraz zainteresować!

Nic nie szkodzi, że ktoś czyta najchętniej science-fiction a inni reportaże, powieści historyczne czy kryminały. Bardzo lubię czytać, mam swoje ulubione tematy, ale czasem łapię coś zupełnie innego i też czuję się fajnie z nieznaną mi tematyką.   

Wracam do pisarzy. Twórcą każdej pozycji książkowej jest Człowiek.  Wbrew pozorom napisanie książki to wielka i wcale niełatwa praca. Wielomiesięczna (może wieloletnia). Od pomysłu do wydania książki jest daleka droga. 

Jedna z wielu półek w moim domu zapełniona książami

Każdy pisarz ma swój sposób na pisanie. Mało kto o tym mówi, a jeśli mówi, to tajemnic najważniejszych pewnie nie zdradza. I wcale się nie dziwię!  Proces tworzenia to intymny świat. Nikt, kto tego nie spróbuje nie chce wierzyć, że bycie pisarzem to jak każdy zawód – codzienna żmudna praca. Tak jak lekarze powinni mieć powołanie do wykonywania swojego zawodu, tak i pisarz musi kochać to, co robi. 

Pisarką nie jestem i nie będę!  Ale pisać lubię. Głównie dla siebie, bo to dla mnie jest terapią na różne problemy i w różnym czasie. 

Kiedy w 2020/21 roku moja przyjaciółka Ania W. zachęcała mnie do rozpoczęcia bloga, nie miałam nawet przebłysku, że po czterech latach pisania będę miała z tej zwykłej pisaniny już trzy książki. 

W dniu przyjęcia z okazji moich okrągłych (niemłodych już urodzin) kiedy w obecności kilkudziesięciu przyjaciół otrzymałam od Ani i mojego męża (mojej najlepszej ekipy wydawniczej!😍) pierwszy tom mojego bloga (2021) w postaci książki – popłakałam się ze szczęścia, wzruszenia, niedowierzania i szoku. 

Mój blog pojawił się w zielonej okładce, z kochanym tytułem „ Małgośka, mówią mi”. Pierwszy, pewnie najbardziej nieudolny rok mojej pisaniny! To nic, że zdjęcia są biało- czarne, to nic, że są tylko linki do pojawiających się dość często muzycznych dedykacji na koniec wpisów. To wszystko można przecież zobaczyć w całości w sieci blogowej, jeśli czytelnik chce dopełnić obraz wpisu. 

Moja „ekipa wydawnicza „wręcza mi tom II-Rok 2022

Każdy wpis to osobny rozdział. Inne myśli, inne wspomnienia – radosne, nostalgiczne a bywa też, są i bolesne. Nikt nie musi tej książki czytać w całości. Można zamknąć oczy i otworzyć książkę gdziekolwiek. Można spojrzeć na spis treści i wybrać coś, co zaciekawi tytułem. Można czytać dziś i za tydzień. Za miesiąc.. Kiedykolwiek i gdziekolwiek.  Ze zdziwieniem zauważyłam, że wiele osób woli sięgać do książki, niż czytać regularnie pojawiające się co dwa tygodnie wpisy w internecie.

Minął rok i mój „ Mikołaj” podarował mi drugi tom – rok 2022.  W tym roku miałam cichutką nadzieję, że też nowa książka do mnie dotrze. Ale – minęły święta i blog pozostał blogiem w świecie internetowej przestrzeni.

Hmm.. pomyślałam: ileż razy można inwestować we mnie! Przecież trzeba włożyć ogrom pracy, by takie wydanie przygotować. Zawstydziłam się, że pomyślałam o kolejnym wydaniu i błyskawicznie zapomniałam o tym. Zaczął się Nowy Rok 2025. Wspólne spotkanie z przyjaciółmi i… nagle na półce wśród dziesiątek świątecznych ptaszków – kolekcji specjalnej Ani – zauważyłam „Małgośkę”!!! 

Tom trzeci znów wycisnął potok łez wzruszenia.. Moja ekipa wydawców, konsultantów tekstu, pierwszych czytelników i recenzentów znów mój blog doceniła. Gdyby nie oni, nigdy nie poznałabym tego niesamowitego uczucia, gdy moja pasja staje się realną książką.

Ania i ja. Często pracujemy razem. To moja „konsultantka komputerowa”I nie tylko w tym temacie.. To mój mentor komputerowy!

Tym razem książka jest wzbogacona o komentarze do wpisów. Niewiele osób komentuje teksty, ale mój mąż stworzył swoimi ocenami/reakcjami swoiste ich uzupełnienia. Często są to słowa, które nawiązują do moich rozważań albo włączają całkowicie zaskakujące nas skojarzenia. Warto przeczytać je wraz z moimi wpisami. 

Zresztą nie tylko On!!  Od czasu do czasu piszą inni, ale ludzie czują się lepiej gdy “sypną” własne reakcje w postaci SMS-a, kilku słów wypowiedzianych przez telefon albo w czasie bezpośredniej rozmowy.  Wszystko to jest dla mnie bardzo wzruszające i miłe. Najbardziej jednak (tak, tu jestem samolubna!! 🙂) napawa mnie radością samo istnienie zielonej książki, w której umieściłam wszystko, co moje.  

Zdaję sobie jasno sprawę, że nie jest to książka o przemyślanej strukturze i wielowątkowej akcji, że to nie górna półka literatury. Mam jednak nadzieję, że moi najbliżsi znajdą na nią miejsce i przytulą ją do kącika na dolnych półkach swoich domowych bibliotek.

Dzięki Ani i mojemu mężowi mam tyle tak innej, nieznanej mi dotychczas radości.  Aż trudno mi uwierzyć, że mając “inne” (nie-pisarskie) życie można mieć tyle satysfakcji z robienia czegoś, co we mnie “siedzi” od lat. 

I wcale mi nie przeszkadza, że to tylko blog, zapiski losów życiowych, powrotów do zdarzeń z dawnych lat. I radości, ktorą mogę się dzielić z innymi. Sam fakt, że umiem to z siebie pisemnie wyrzucić jest wielką frajdą!!

Jestem otwarta na krytykę, bo cokolwiek robimy “publicznego” ma i musi mieć i zawsze będzie miało swoją krytykę. Dobrą i złą. Rozumiem doskonale, że jednym coś się podoba, innym nie. Jeśli tylko jedna osoba zatrzyma się, wspomni, zdziwi się, wróci na chwilę do starej piosenki.. dla mnie to jest i będzie najlepszą krytyką i oceną. 

Jestem starszą kobietą (nie, nie starą!! Jeszcze wierzę, że mogę kiedyś być dużo starszą), mogę wiele zrobić, mogę wygrzebać w pamięci jeszcze mnóstwo zdarzeń, o których nie napisałam. Jeszcze wierzę, że mam o czym pisać. 

Fakt, że mój blog jest także w formie książkowej daje mi cichutką nadzieję, że nie zniknie „w chmurkach” – choć Młodzi twierdzą, że to własnie „w chmurze” NIC nie ginie. Kiedyś – może sięgną do niego moje dzieci i wnuki – może chociaż spojrzą na okładkę… 

Mówiąc o estetyce wydania – kocham zieleń mojej  “Małgośki”, przesłania na tylnej stronie, każdego roku trochę inne. No i jakby nie patrzeć, książkowe wydanie trzech lat 2021-23  ma razem 1100 stron.. 

Ktoś zakrzyknie: grafomaństwo! Po co aż tyle?…  🤣 🤣 Może i racja. 

Ale ja wiem, że to mój blog i mogę pisać, to co chcę i potrzebuję. Dla siebie przede wszystkim. Dla innych – jeśli poczują potrzebę zajrzenia do wydania książkowego.  I dla zachęty – spojrzenia na bieżące wpisy w sieci. 

www.malgoskam.com z a p r a s z a! ! ! 

**********************************************

A na zakończenie mojego „książkowej ekscytacji” – dziś zamiast piosenki zacytuję fragment wiersza Wisławy Szymborskiej „Portret kobiety”. Był nasza kobieca myślą przewodnią, kiedy tworzyłyśmy spektakl pt. „Jej portret” w Teatrze Ogniska Polskiego.


BACK

Ty i ja. Na co czekam, czego oczekuję… 

1 lutego 2025

Budzę się rano. Jestem obolała, zmęczona albo zrywam się w całkiem dobrej formie. 

Ledwo otwieram oczy. Staram się spojrzeć  w okno i pomyśleć coś pozytywnego. Cokolwiek, co na moje „dzień dobry” przyniesie pozytywne emocje. 

Każdego poranka czuję coraz większą radość, że jestem… zdrowa, że NIC się od wczoraj nie zmieniło i znaczy to, że jest dobrze. Jestem wdzięczna losowi, Bogu, mężowi, przyjaciołom i całemu Światu, że wciąż jestem z nimi, a oni są ze mną.

Kwiaty w ogrodach – cieszą moje oko i duszę

Człowiek ciągle na coś czeka. Na pójście pierwszy raz do szkoły, na gości urodzinowych. Na pierwszą podróż w góry albo za ocean. Czeka na kogoś wymarzonego i na spotkanie prawdziwej miłości. Czeka na lekarstwa, które przynoszą uśmierzenie bólu i na wieczór przy choince i dobrym winku. Albo – po prostu na to, by przestał padać deszcz, by zakwitły kwiaty w ogrodzie…

Mamy kalendarze – papierowe, komputerowe i te w swojej pamięci. Zapisane wszystko cokolwiek godne jest zapamiętania. Poukładania, dopilnowania. Zatelefonować, oddać, zamówić, przypomnieć, zrobić… I tak w kółko przez miesiące i lata. 

Kiedyś było łatwiej. Trzymało się w pamięci, układało się logicznie w dni i godziny. Dlaczego dziś życie stało się skomplikowane? Zapewne z powodu (paradoksalnie!) lepszej technologii, która rośnie i rozwija się w zastraszającym tempie, a my – starsi nie jesteśmy w stanie za nią nadążyć. Wszyscy chcemy korzystać z najnowszych telefonów, laptopów a w praktyce okazuje się, że nie potrafimy zrozumieć, czego chcą od nas dziesiątki nowych aplikacji. Cokolwiek chcemy zrobić – wszędzie trzeba się zarejestrować, zapisać i zapamiętać hasło, NIK, Kod czy takie tam podobne. Jeszcze gorzej – gdy jest to jednorazowa konieczność, a po dłuższym czasie nieużywania aplikacji okazuje się, że technologia znów sprawdza nasze dane i …klapa – nie możemy sobie szczegółów – tych sprzed miesiąca czy roku – przypomnieć.

Apki” portali medycznych przykład

A już najgorzej, bo ktoś wymyślił, że każda grupa medyczna, każdy lekarz ma swój portal i tylko taką drogą (poza wizytą lekarską) musimy się porozumiewać. Wizyty medyczne, wyniki badań, terminy, nawet kolejne lekarstwa – te same lub nowe – wszystko to trzeba poszukać na portalu. Zalogować się, sprawdzić i.. Dalej już nie wiemy. Bo może trzeba odpisać, czy potwierdzić (najczęściej wysyłając „Y”) czy zostawić gdzieś pytanie, których często mamy dużo. I jeszcze tak, by ktoś do nas odpisał, oddzwonił.  

W tej chwili jeszcze wiem o czym mówię, jednak przeraża mnie jak będzie za kilka lat. Czy będę w stanie śledzić te technologiczne wymagania? Czy ktoś będzie mi mógł pomóc? Już dziś obserwuję wielu moich przyjaciół, którzy zupełnie sobie z tym nie radzą. 

Jak mają to wszystko ogarnąć dzisiejsi 80 i 90- latkowie?  Nawet jeśli znajdziemy numer telefonu do jakiejś potrzebnej nam instytucji, z chwilą wybicia numeru zaczyna się rozmowa z maszyną. I naciskanie guzików: jeśli chcesz to… to naciśnij jeden. A jesli chcesz to… to naciśnij dwa, trzy i tak bez końca. Nawet do własnej apteki dodzwonienie się do człowieka zabiera godzinę i to nie zawsze się udaje. 

Sztuczna inteligencja nas frustruje, a niedługo zacznie “zabijać”.

Tak, tak!!! – wiem co pomyślą i powiedzą w tej chwili Młodzi, kochający technologię, komputery i te wszystkie inne “bajery”.  Przecież niemal cały swój czas spędzają na zgłębianiu nowych wariantów “wczorajszej aplikacji”.  

Wiedzą prawie wszystko, ale – wytłumaczyć tego “ludzkim głosem” często nie potrafią. Cierpliwość do ludzi starszych nie jest ich mocną stroną… Zresztą, to chyba nie zmienia się od pokoleń..

Dla Młodych (młodszych) technologia to gry, wyzwania, łatwość zakupów, błyskawiczny kontakt ze znajomymi i przyjaciółmi. A niekoniecznie wariant medycznych portali czy kontakty z aptekami. 

Czekam i MARZĘ o takim momencie, kiedy zamiast nowej gry komputerowej, ktoś (młody) popracuje i wymyśli “appki” dla starszej generacji. Uproszczone, działające jak z dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A potem będzie naszym przewodnikiem i NAUCZY nas jak w sposób prosty z tego skorzystać.  

Czy doczekamy się takiego zwrotu w technologii komputerowej, telefonicznej? Wątpię. Jak wykazuje praktyka – łatwiej jest komplikować i wymyślać trudności niż praktycznie ułatwiać innym życie. 

Ale – poza komputerem istnieje jeszcze zwykły dzień. Dla każdego z nas.  Budzimy się rano i  przychodzą nam do głowy różne myśli. Różne – bo każdy ma swoje priorytety i  potrzeby. 

Dzisiaj – oczekuję  słońca i spokoju. Dziś liczę na to, że nic mnie nie zaboli. Wejdę do mojej szafy i znajdę fajne ubranie, które nie będzie na mnie za ciasne i nie zdenerwuje mnie tak, by popsuć mi humor na resztę dnia. Może się uda. 

Dziś pójdę na kawę i lunch z moją przyjaciółką. Wieczorem usiądę na kanapie z moim mężem i przy kieliszku dobrego wina będziemy oglądać kolejny odcinek fascynującego serialu.  

Liczę na to, że odezwie się do mnie ktoś z moich bliskich z dobrym słowem i jeszcze lepszą wieścią, że u niego też dzieje się dobrze i właśnie wydarzyło się coś miłego. Lubię takie momenty, gdy mogę cieszyć się z moimi najbliższymi ich radościami.   

Takich drobnych pozytywnych elementów bardzo mi potrzeba. Czekam na takie chwile.  Wypełniają zapotrzebowanie na poczucie spokoju, ciepła i normalności. 

Normalność w naszym wieku to także “podświadome oczekiwanie”, że coś się wydarzy niedobrego. Jak w życiu. Zwłaszcza w życiu ludzi po 70-ce. To już nieuchronnie ostatni etap naszego życia. Co nie znaczy, że ten etap nie może trwać jeszcze 10 -20 lat a może więcej.  

Twarze starych kobiet – a wśród nich my ” – STARUSZKI po 70-ce” 😂 👍

Nie mam poczucia, że jestem “staruszką”, ale wiem, że 70 lat to już  “szron na głowie”… i trzeba się do tego przygotować. Nie oszukujmy się, kochani! Nie da się żyć drugie tyle, co już przeżyliśmy. Ale można żyć radośnie i pozytywnie przez następne 10-25… lat.

Czy tego oczekuję? Tak!!  Oczekuję od siebie, że ból kręgosłupa, nogi, trzepotanie serca, trudności w “skakaniu” nie zepsują mi następnych dni i miesięcy. 

Ale też NIE udaję, że jestem super zdrowa i żadna choroba dopadająca ludzi w „wieku “dojrzałym” – mnie, jako jedynej wybranej – nie dotyczy.  

Żałośnie brzmi taka teoria i wiara w nią, bo nikt nie jest wieczny i wszechmocny. Realia życia (i śmierci) dotyczą nas wszystkich. I nie ma co udawać, że jest inaczej. Trzeba więc na to patrzeć z dystansem, ale i logiką natury. Tak jest, było i będzie.

Jestem otwarta na nowy dzień, oczekuję codziennie wydarzeń, które mnie cieszą. Nawet takich jak zwykłe domowe kłótnie, a potem miły moment małżeńskiego żartu i pogodzenie się. 

Moje nastawienie do ludzi zmieniało się na przestrzeni lat. Nie jest to nic odkrywczego, tak działamy wszyscy. Zmienia się czas, sposób naszego „młodego myślenia”, doświadczenia i sytuacje. Ale ludzie są różni i dzielą się na takich, którzy jakkolwiek by nie szło w życiu – są optymistyczni i widzą dobro. I na takich, którzy po prostu nie lubią ludzi. Często także nie lubią siebie. I wtedy działa to jak źle dobrane okulary korekcyjne. Wszystko nam przeszkadza, denerwuje. Nie ma kolorów i nie ma pozytywnych myśli. „Szklanka jest pusta…”

To bardzo trudne, żeby nauczyć się zwalczać w sobie takie emocje. 

Są także takie osobowości, które przy każdej sposobności promują siebie jako lepszych i bardziej „wartościowych” niż wszyscy wokół, uważają siebie za wszechwiedzących na każdy temat. W towarzyskiej rozmowie ignorują nasze argumenty, nie słuchają innych, tylko kreują siebie na mądrzejszych. Mówię – kreują – bo myślę, że taka postawa często wynika z głęboko skrywanych ludzkich kompleksów i wielkiej potrzeby zatuszowania ich przed innymi. 

Jeśli nie potrafimy słuchać innych, jeśli przerywamy rozmowy, nagle wtrącamy zupełnie   inne tematy… Oj… Jest to często obserwowana sytuacja i każdy zna takich ludzi. Sami też nie jesteśmy bez winy. Ileż to razy zdarzało nam się z dziesiątek różnych przyczyn właśnie tak zachowywać. Szum towarzyski, nudny dla nas temat, trochę więcej alkoholu, nagła potrzeba zaimponowania… Ach, poszperajmy w swoim życiu, na pewno nie są to obce obrazki. 

Widzę to wszystko coraz wyraźniej. I oczekuję od siebie, że uporam się z “toksycznymi ludźmi” i nie będą mnie tacy denerwować. Mam nadzieję, że  osiągnęłam świadomość, iż tolerancja popłaca i sprawia, że MÓJ świat jest lepszy i MOJE życie łatwiejsze. 

Należę do osób spontanicznych, narwanych, nerwowych i otwartych w swoich wypowiedziach. Szczerość jest bardzo przydatną cechą. I uczciwą, a to bardzo ważne w życiu. 

Ale – bywa “szczerość niekontrolowana”, taka która rani innych. Taka – czasem… Bez sensu.  Teraz już to wiem i oczekuję od siebie, że granicy “szczerości niekontrolowanej” już nie przekroczę. Wiem, że pozornie – starość jest coraz słabsza – ale w wielu aspektach daje też nam siłę, której kiedyś nie miałam. Zmienić na lepsze…

Nie oczekuję cudów. Wiem, że możemy “podskoczyć” tylko do określonej wysokości, że kiedy patrzę w lustro widzę siebie “dzisiejszą”. Ale kiedy zamknę oczy pojawia się wizerunek taki, jaki chciałabym zobaczyć – mnie – szczupłą, uśmiechającą się bez zmarszczek, życiowego zmęczenia. Taką Małgośkę, którą kiedyś byłam. Ale wtedy ona wcale mi się nie podobała, miałam do niej wiele zastrzeżeń. Dziwne, prawda? 

Zawsze mamy do siebie jakieś “ale”, ciągle chcielibyśmy inaczej, lepiej, piękniej i sprawniej. A jak to utracimy, to dopiero uświadamiamy sobie: dlaczego ja byłam dla siebie taka niedobra, nietolerancyjna?

Proste! Bo przez całe życie mamy wobec siebie jakieś oczekiwania. Ci którzy ich nie mają – nie są szczęśliwi. Bo poprzeczka oczekiwań powinna wznosić się coraz wyżej. Byleby…nie przekroczyła naszych limitów. 

Czekam na moje kilkanaście (-dzieścia) ostatnich lat i liczę na to, że wykorzystam je zgodnie z moimi “zasadami”, które każdego dnia układają mi się w mój osobisty regulamin. A wcale nie jest to łatwe, bo zawsze ktoś/coś wywraca nam nasze prywatne “zasady”. 

Oczekuję …  Każdy na coś innego i w inny sposób. I nie dajmy już sobie tego odebrać. Żyjmy już teraz na własnych prawach. Choćby nie bardzo podobały się innym, ważne by nam dawały radość i spokój wewnętrzny. 

Pamiętajmy przesłanie muzyczne Marylki R. :

 “Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale!

..Nie grają na bis, chociaż żal…

I choć wydaje się to smutnym przesłaniem – tu świat, los i Bóg (jakakolwiek jest moja i twoja filozofia) jest wielce sprawiedliwy. 

******************************************

Z sentymentu i wdzięczności, dla tych którzy w moim życiu pojawili sie na ważną chwilę albo na długie lata – dedykuję piosenkę Maryli Rodowicz. Mało znaną a może nawet nieznaną pt. „Piosenka dla przyjaciela”. Wsłuchajcie się w tekst, jest piękny, optymistyczny i taki… prawdziwy! Tak może opowiedzieć o „naszym – już nie młodzieńczym – czasie życiowym” tylko Marylka R.💝


BACK

Piszę… bo muszę!

16 stycznia 2025

Właściwie to nie jest do końca prawdą, bo dziś już wiem, że NIC nie muszę. “Chcę, powinnam, mam obowiązek, lubię, pragnę, czuję, że potrzebuję..” – cała plejada słów, które oddają moją potrzebę pisania. Mogłabym znaleźć jeszcze kilka. Takich, co potrafiłyby oddawać stan moich skłębionych myśli i potrzeb emocjonalnych.


Kiedyś Skaldowie śpiewali: “Śpiewam, bo muszę…” Śpiewać nie umiem, za to gdzieś i z jakiegoś niewiadomego mi powodu, przypomniala mi się ta piosenka, a właściwie jej refren i natknęła mnie myśl, by wyjawić sobie (i innym) dlaczego w ogóle piszę. Dlaczego wpadłam (są tacy, którzy bardzo mi w tym pomogli😂) na pomysł prowadzenia własnego Bloga i dlaczego w takim, a nie innym wydaniu.
Aż sama sobie się dziwię, że takie beztalencie muzyczne ze mnie, a inspiracją do wielu wpisów, pomysłów tematycznych są dla mnie cytaty dawnych piosenek, wierszy czy fajnych przypadkowo zapamiętanych zwrotów.

Koncert Diany Krall w Houston – 2018 r

Już słyszę okrzyki oburzenia!! “Muzyka jest dobra na wszystko”.
Cóż … dla mnie muzyka i jej prawdziwe ciepło i pomoc “mojej głowie” to ta, którą słucham w okresie świątecznym (kolędy polskie i amerykańskie), ulubione przeboje mojej młodości (bardzo wybrane!) i koncerty, na które chodzę – niestety – bardzo rzadko. Nie zauważam, jak inni moi znajomi, muzycznych wydarzeń wokół nas, dlatego często omijają mnie rarytasy, które pewnie by mi się podobały. Lubię koncerty jazzowe, Dianę Krall, Blake’a Sheltona, Keitha Urbana, Adama Levina i podobnych.

Koncert Blake’a Shelton (Rodeo w Houston)

Są ludzie, którzy niemal natychmiast po porannym otworzeniu oczu włączają muzykę, słuchają wiadomości porannych, potrzebują przemawiającego do nich telewizora. A ja lubię ciszę. Muzyka mnie rozprasza, gdy robię coś “intelektualnego”. Czytanie książki, praca w komputerze, rozmowa telefoniczna – z żywym człowiekiem, nie z maszyną!🤗 wymagają ode mnie skupienia. I muzyka mi w tym przeszkadza.

Nie lubię ostrej muzyki. Nie wpływa dobrze na moja psychikę, wręcz drażni mnie. Nie potrafię w muzyce wykrzyczeć emocji i mojego nastroju.
I nie mam nawyku poproszenia “Alexy”, by pomogła mi słuchać takiej muzyki, którą rozumiem. Zbyt rzadko korzystam z takiej możliwości.

Mówię o muzyce, bo dla wielu ludzi to “łatwe hobby” i terapia uspokajająca. Albo terapia otwierająca, pomocna w oczyszczaniu “głowy”, wyrzucająca niepotrzebne złe emocje, nadmiar energii. Wiem, że krzyk, głośne słowa piosenek, ostre dźwięki instrumentów muzycznych są dla wielu ludzi najlepszym lekarstwem na własne JA.

Dla mnie taką rolę spełnia pisanie. O nie, nie jestem pisarką! Nie mam ambicji napisania powieści, wielkiej komunikacji publicznej!! A jednak takie hobby sobie wybrałam, gdy już po wszystkich “trudach” młodości, odchowania i wykształcenia dzieci i małych wnuków, pracowania jak i gdzie się dało – mogłam wreszcie znaleźć czas na moje JA.

Od bardzo dawnych, szkolnych czasów pamiętam, że wolałam wypowiadać się w piśmie niż w bezpośrednim słowie. Lekcje języka polskiego, to dla mnie były najlepsze lekcje w szkole. Pisanie klasówek nigdy nie sprawiało mi problemów. Wypowiedź na środku klasy przed nauczycielem i publiką koleżeńską było już dużo bardziej krępujące i stresujące. Nigdy nie byłam “cichą myszką”, lubiłam ludzi, dyskusje, im bardziej zadziorne tym fajniejsze.
Kiedy inni koledzy mieli problem z wyciśnięciem z siebie dwóch stron na wybrany klasówkowo temat, ja zazwyczaj zdążyłam w czasie dwóch 45- minutowych lekcji (bo zazwyczaj tyle trwały wypracowania z literatury ) napisać 4-5-6 stron. I to całkiem niezłych. Nie miałam zahamowań, zacinań, przestojów. Dobór słów płynął spokojnie i nigdy nie było pustki. Wolne formy, tematy i argumenty – to była gratka!!
Lubiłam wypracowania pisemne! Lubiłam zadania do domu, gdy mój ulubiony nauczyciel dawał temat (czasem dwa do wyboru) i mówił: zbieram kartki za tydzień! (to były kartki A4, czyli duży format).
Wszyscy narzekali, że tak dużo, że tyle trzeba się przygotować do takiego wypracowania – mnie aż iskrzyło w głowie. Byłam podniecona, że to co napiszę zależy tylko ode mnie, że wreszcie w szkole jest to, co naprawdę lubię..
Nie będę wracała do tego, czego NIE lubiłam, co do dziś pamiętam jako koszmar – matematyczne kombinowanie czy oderwane dziwadła fizyki. Żałuję, że od początku szkoły byłam taka “jednostronna”.

Dawno temu, kiedy w Polsce nie było kartek okazjonalnych już z gotowym tekstem, kiedy wszyscy pisaliśmy do siebie listy i widokówki z podróży.. . zrobiłam sama własną ręką kartkę (laurkę) dla mojej Mamy z okazji Dnia Matki. Nie pamiętam ile miałam lat, ale myślę, że gdzieś pomiędzy końcówką szkoły podstawowej a początkiem liceum. Może 13, 14… Główną stronę wykleiłam fragmentami zdjęć z kolorowych czasopism i powstał całkiem ładny “collage”(jak to się dzisiaj “po polsku” mówi). Napisy i tło ładnych kwiatów samodzielnie namalowałam. To też lubię robić i też nie najgorzej mi wychodzi. Za to w środku, zamiast “Miłego dnia” itp. napisałam do Mamy list, a może całkiem długą notkę, może specjalne dla Niej przesłanie. A może po prostu opowiedziałam o tym, co wtedy czułam a czego nie umiałam jej powiedzieć tak zwyczajnie, siedząc obok Niej… Słowa układały się swobodnie, wylewały się prosto z mojego serca na papier.
Mama była wzruszona do łez. Wtedy powiedziała ”… ładnie piszesz”.
To była pierwsza pochwała o moim pisaniu. I tę właśnie zapamiętałam… Długo Mama trzymała tę kartkę w sekretarzyku (zamykanym na malutki kluczyk💝).

Szkoda, że moje literackie i piśmienne (nie mylić z pisarskimi! 🙂) upodobania nie rozwinęły się później, w życiu. Ale tak już często jest – życie to nie bajka… Nie zawsze można mieć wszystko tak, jak się chce. Coś za coś.
Czyli wiadomo, dlaczego mój blog jest “Blogiem Babci” albo inaczej – kobiety po przejściu wszystkich zakrętów z doświadczeniami przeżytych lat.

Stanisław Ignacy Witkiewicz napisał kiedyś: “W sztuce więcej jest wart atom zapału niż góra doświadczenia”. Atom to może nie był, ale gdzieś na progu emerytalnym pojawił się zapał.

Zapał… – a potem już dużo trudnej roboty. Mam świadomość, że pisanie to nie tylko sypanie słowami, które łażą po głowie. W pierwszym podejściu do tekstu tak własnie robię. Rozsypuję myśli ubrane w słowa.

Ale nieco później zaczynam poprawki i widzę jasno, że dla czytającego to może być niezrozumiały „bełkot”. A przynajmniej nie tak jasny przekaz, jak ja bym chciała. Piszę dalej – ale ciągle wracam, czytam, poprawiam, zmieniam…
Najtrudniejszy jest dobór zdjęć. Niewiele ich mam z przeszłości, czasem więc powtarzają się w różnych wpisach, ale nieprzypadkowo. Zazwyczaj to ma kontekst inny niż poprzednio. Teraz, kiedy wszyscy i wszędzie robią zdjęcia nie wydaje się to żadnym problemem. Ale dobrać zdjęcie do czasów sprzed pięćdziesięciu i więcej lat, nie jest prostą sprawą. Oczywiście, znajduję zdjęcia w sieci, w końcu jak to niektórzy mówią – internet MA wszystko i nawet nie trzeba zrobić kroku, by to sprawdzić, „pożyczyć sobie”, dodać dla przypomnienia czy porównania. Wystarczy ruszyć „ myszką” i gotowe.
Trudno mieć współczesne zdjęcie dawnego Fiata 126 czyli „ malucha” czy zdjęcie z polskiego sklepu z mięsem i wędlinami (masarni) z lat 60-tych…
Bywa, że natrafiam w swoich starych zbiorach przywiezionych z rodzinnego domu na rarytasy tamtych czasów. To „kropla w morzu” tego, co bym potrzebowała.
Ale przecież to mój wybór! Taką tematykę sobie wybrałam. Każdy wpis o czymś innym, ale dużo wspomnień, porównań mojego “pierwszego życia” z tym drugim – obecnym.
Dwa światy, oddzielone wielkim morzem. Realia, które mam nadzieję, nigdy się nie spotkają. Dzieciństwo i młodość w biednej komunistycznej Polsce. Mimo wszystko – w Polsce, w której umiałam sobie radzić, śmiać się i uczyć. Miałam normalną rodzinę, nie byłam głodna ani smutna. Byłam szczęśliwa – choć może inaczej…
I życie, które trwa już 35 lat w kraju dobrobytu, ale też solidnej i wyczerpującej pracy.
W miejscu na Ziemi, gdzie znalazłam wielu przyjaciół, którzy stali się moją rodziną. Tutaj mam dorosłe wykształcone i pełne sukcesu dzieci i kochane wnuki.
Zdaję sobie sprawę, że ludzie często oceniają takich jak my bardzo surowo. Bo chcą widzieć w nas brak patriotyzmu, znieczulicę. Zarzucają nam ucieczkę, pazerność na lepsze życie itd…
Nikt jednak nie wie jaki był koszt takich decyzji. To temat na książkę, a ja jak już wspomniałam, książek pisać nie potrafię…
A jeśli chodzi o patriotyzm i tolerancję, to tu spotykam ich znacznie więcej niż w moim „pierwszym życiu”.
Taka ironia losu. 😊

Moje wpisy blogowe są długie. Może za długie. Ale – ci którzy lubią czytać i chcą czytać – przeczytają nawet te długie.
Ci, którzy z zasady NIE czytają – czy to blog, książka czy jakikolwiek artykuł – po prostu czytać nie będą. Może w tym czasie słuchają muzyki? Może malują jakiś obraz albo są na długim spacerze?… Wszystko jest dozwolone, jeśli tego potrzebujemy!

Pamiętam o zasadach – ale też trzymam się swoich własnych..

Nikt nie rodzi się z umiejętnością idealnego pisania. To długi i żmudny proces. Zwłaszcza dla tych, którzy są “fachowcami” czyli stają się prawdziwymi pisarzami.
Pisanie to “wolny” zawód. Zazwyczaj dopóki pisarz nie ma umowy terminowej z wydawnictwem (albo jeszcze nie dostał zaliczki za publikację 🙂) stawia sobie własne określenia czasowe. Własny plan działania i nikt mu w tym nie przeszkadza. Może pisać trzy dni bez wytchnienia i może zrobić sobie kilkutygodniową przerwę.
Pisanie bloga w takiej formie jak ja wybrałam, ma taką zaletę, że nie ma terminów, nie musi pojawić się w określonym dniu, na zaplanowaną godzinę. To, że moje wpisy ukazują się regularnie dwa razy w miesiącu, to jest mój wybór. Nikt mnie nie sprawdza i nikt z tego nie rozlicza. Kiedy zaczęłam prowadzić bloga, moje wpisy publikowałam częściej. Dziś wyregulowałam sobie czas i ustaliłam moje zasady – dla mnie.

Mój blog to tylko pisemna forma łatwego wypowiadania swych potrzeb. Chcę podzielić się z innymi o czym myślę, co pamiętam, co inspiruje mnie do przemyśleń. I co mnie wciąż zaskakuje.
Nie muszę być omnibusem warsztatu pisarskiego. Nie muszę mieć fachowców – redaktorów, kontroli szczegółowej tekstu, przecinków itp. Ale mam zaprzyjaźnionych najbliższych, którzy jeszcze przed opublikowaniem czytają moje wypociny, wrzucają swoje uwagi i poprawki. Niejeden raz dyskutujemy bardzo mocno nad użytym przeze mnie zwrotem, słowem. Zwłaszcza dzisiaj, w dobie “mieszania się języków” jest to często elementem całkiem poważnego językowego spierania się.

Nie mam wrażenia, że piszę, bo jestem w tym dobra. Za to mam absolutne poczucie, że to jest mi potrzebne. I że to lubię.
Miewam długie dni a nawet tygodnie, kiedy nie mam pomysłu na następny wpis. Gdy robię dziesiątki innych rzeczy i nie myślę o pisaniu. A jednak – gdy tylko w głowie coś mi “piszczy” – piszę. Dzięki temu mam zawsze kilka tekstów “do przodu” – bez określonych dat publikacji. Ach! – publikacja to stanowczo przesadzone słowo! Raczej otworzenie tekstu w sieci dla kogokolwiek, kto ma ochotę na niego spojrzeć.

„Kropla” księgozbiorów w moim domu

Czytam pewnie więcej niż przeciętny człowiek, oglądam filmy ze specjalną uwagą na scenariusze. To niewątpliwie pomaga i rozwija czujność językową i szlifuje wypowiadanie się w tekście pisemnym.
Po czterech latach prowadzenia bloga wiem już jak trudno wielu ludziom napisać nawet krotki komentarz. Zwłaszcza, jeśli ma to być upublicznione w sieci.
Wielu moich przyjaciół mówi mi uwagi i komplementy. Jednym zdaniem wskazują, że zaglądnęli, przeczytali albo przynajmniej zauważyli. Ale niewielu pozostawia ślad pisemny w komentarzach. W prywatnych (SMS, rozmowach) przewijają się ich opinie, w tekście pisanym – rzadko…

Cóż – pozostaje mi tylko wierzyć, że pisanie ma jakiś sens i tak jest dobrze. Przede wszystkim – dla mnie. W każdej chwili mogę zmienić wystrój wpisów, tematy, sposoby wypowiedzi. Wszystko jest w mojej głowie, w mojej ręce i piórze (przysłowiowym, bo kto dziś używa pióra czy długopisu??)

Może kiedyś wyciszy się mój blog i przestanie być moim “dzieckiem”. Porzucę go i pójdzie sobie gdzieś własną drogą…
Bo taka już natura ludzka, że nic nie jest na zawsze. Ciągle chcemy próbować czegoś nowego, coś nas przyciąga, pochłania, intryguje, a potem – odchodzi..

A dziś – Piszę.. bo muszę! Dla siebie i od siebie.

**********************************************

Ktoś, kto pewnie kochał Skaldów w młodości tak jak ja, napisał: ” Zdecydowana większość utworów Skaldów to te (prawie wszystkie) najlepsze… Pamiętacie piosenkę o Zielińskiej? O przecudnej wiolonczelistce? O kuligu, co z kopyta rwał? … NO I KTÓRA NAJLEPSZA?😀Były czasy, gdy świat był znacznie piękniejszy… Ratujmy wspomnienia!”

I w ramach ratowania wspomnień, posłuchajmy – „Śpiewam, (piszę🤔) bo muszę”👍 💖


BACK