16 kwietnia 2025
Świat. Przestrzeń. Ogrom kosmosu. I małe ciasne kółko wokół mnie. Świat, który trwa teraz i tu. I świat przeszłych lat i wieków.
Istnieją dziesiątki sposobów pojmowania świata. Tworzenia go i akceptowania po swojemu. Dwa najważniejsze światy – ten wielki, nieograniczony i różnorodny. Zależny od miejsca w przestrzeni, od kultur, możliwości finansowych i intelektualnych. I drugi świat – nasz własny, który tworzymy sami i uczymy się go dla siebie przez całe życie.
Oba te odległe pojęcia świata są prawdziwe, choć zupełnie inne.
Przyszło mi do głowy, że nie każdy człowiek żyje w jednym świecie i nie każdy umie znaleźć się w innym, niż ten najbardziej “własny”. Prawie wszyscy bardzo chcą podróżować, sprawdzić we własnych doświadczeniach jak wyglądają nieznane nam światy. Mamy nawet dużo wiadomości o innych miejscach i ludziach. Może czytamy, oglądamy filmy i marzymy, by przez choćby kilka dni być nie u siebie.
Poczuć jak można żyć inaczej, jak zaistnieć w innej kulturze, wśród innych ludzi, innych obyczajów. Wydaje się to takie proste. Przecież ludzie są wszędzie. Wszyscy muszą jeść i spać, uczyć się i pracować. Wystarczy tylko odważyć się pojechać, polecieć, popłynąć, ułożyć sobie plan podróży i już dalej wszystko będzie łatwe, relaksowe. Marzenia spełnią się, a my poczujemy kilka dni czy tygodni absolutnie innego szczęścia. Posmakujemy nowych klimatów, spróbujemy różnych nieznanych nam potraw, nauczymy się kilku nowych słów, zachłyśniemy się innym powietrzem..
Wielka niewiadoma. I … wielka złuda!
Kiedy jesteśmy młodzi i tryskamy siłą fizyczną, wtedy chętnie zamieniamy swój świat na inne. Wymyślamy niesamowite sposoby na podróżowanie, mieszkamy w obcych nam warunkach, poznajemy nowych ludzi. Nawiązujemy nowe kontakty, a nawet przyjaźnie.

Ale nie zawsze udaje się tak, jak sobie to wymyślimy w głowie. Wyobraźnia ludzka jest nieograniczona tylko we wczesnym dzieciństwie. Wtedy cokolwiek mały człowiek sobie pomyśli wydaje się być do zrealizowania bez przeszkód i zakłóceń. Znane jest powiedzenie “Mój świat, moje kredki”..
Ale z każdym rokiem wokół nas zacieśniają się nowe zasady, których musimy przestrzegać. Ktoś – coś wywiera na nas silny wpływ, nawet jeśli tego nie chcemy. Zanim zdążymy pojąć jak to wszystko działa – “cisną” nas buty, czujemy niewygodę i już w późniejszym wieku dziecięcym zaczynamy rozumieć, że nasz świat nie zawsze jest nam przychylny i wygodny.
Jest tyle bodźców zewnętrznych, które nie sposób ominąć – z różnych powodów. Z lenistwa, z wygody, z głupoty, z uzależnień od innych osób, od obowiązków życiowych, od rodziców, współmałżonków, od pieniędzy itd.
Wychowałam się w centrum Krakowa, w mieszkaniu składającym się z dwóch pokojów i kuchni, na owe czasy niezbyt małej, za to zimnej i bez ciepłej wody. Łazienki nie było, dopiero, gdy byłam już w liceum przeprowadzono remont naszej dużej starej kamienicy i wreszcie mieliśmy łazienkę (też przez większość roku zimną i nieprzyjemną), ale za to była już ciepła woda. Dzieliłam pokój z młodszym bratem i często pojawiały się jakieś problemy. Jak to w rodzeństwie. Lubiłam mieć swoje elementy dekoracyjne, lubiłam porządek, własne biurko, na którym moje rzeczy miały być moje – poukładane tak, jak chciałam. Starałam się mieć półkę z książkami, choć wiele miejsca w pokoju nie było. No i duża rodzinna wspólna szafa… Zawsze dopchana do granicy możliwości. Bo przecież oprócz ciuchów (letnich i zimowych!) były tam półki na bieliznę, skarpetki, rajstopy, ręczniki, pościel… Do dziś nie mogę pojąć, jak to wszystko funkcjonowało i mogło się zmieścić. A przecież tysiące rodzin żyło w gorszych warunkach, z ubikacjami wspólnymi na klatce schodowej, gdzie w jednym pokoju mieściło się kilka osób. Z czasem ludzie zaczęli dostawać (opłacane w ratach przez wiele lat) mieszkania spółdzielcze i powoli warunki się polepszały.
Pierwsze 21 lat, czas w domu rodzinnym, to mój pierwszy świat. Rodzina, która funkcjonowała “normalnie”, na zasadach ustalonych przez rodziców. Przystosowaliśmy się do norm rodzicielskich, do warunków i tradycji. Ale to nie były moje zasady. Z drugiej strony – dzięki temu uczyliśmy się wiele, obserwowaliśmy. Powoli zaczęliśmy rozumieć co lubimy, a czego nie. Taka jest kolej rzeczy.

Nasza pamięć jest wybiórcza. Rejestruje to co potrzebuje, co chce zapamiętać. Niezależnie od tego, czy to miłe doświadczenia czy trudne i nieprzyjemne. I co ciekawe z mojego rodzinnego doświadczenia – wspomnienia moje i mojego brata są bardzo różne. A przecież żyliśmy tuż obok przez siedemnaście lat! Może już wtedy nasze “głowy” pracowały inaczej? Moje i jego emocje i potrzeby kształtowały się w innych kierunkach.
Dziś – kiedy ostatnio mieliśmy okazję rozmawiać o przeszłości, byłam oszołomiona jak bardzo wspólny dom rodzinny wygląda inaczej w pamięci każdego z nas. Tak niewiele znaleźliśmy takich samych wspomnień, tak różne targają nami wzruszenia, lęki z przeszłości, sentymenty i wręcz wstrząsy… Dwa światy.
Świat – ten zewnętrzny, ma na nasze życie ogromny wpływ. Ludzie udają, że można żyć po swojemu, odciąć się od tego, co niedobre, niebezpieczne a przede wszystkim inne. Ale to nieprawda! Wielki Świat spina się z naszym “małym podwórkiem” w jedną całość.

Cokolwiek w życiu wybierzemy – świadomie lub przez przypadek – zaakceptujemy i stworzymy własne standardy, wymagania – taki będzie NASZ świat! Będę w nim ja i ktoś obok mnie, będzie mój dom i moje miasto albo wioska. Będzie tradycja przejęta z dzieciństwa, wszystkie dobre wspomnienia i traumy, jakie są w nas.
Wychodząc z domu rodzinnego na własną drogę mamy dużo czasu, by te kompleksy i problemy z przeszłości przepracować. Pomoc przychodzi każdego nowego dnia – tylko trzeba chcieć się z tym zmierzyć. Pomoże nam w tym nasza filozofia życiowa, uśmiech, chęć do pracy i spełniania marzeń. Jeśli jednak zasklepimy się w rozpamiętywaniu traum i złych wspomnień, nigdy się od nich nie uwolnimy! To praca „na pełny etat”!
Nic nie jest stałe i o tym wiemy od najmłodszych lat. Każdego dnia może wydarzyć się coś, co zmieni nasz świat. Ten globalny i ten najmniejszy. Nasz kokon obronny.

Małe dzieci są nieskażone zakazami, poleceniami, pouczeniami. Ale ten czas szybko mija i “wolność” się kończy. Zanim naprawdę wydorośleliśmy, świat wokół nas już zmienił się kilka razy.
Pamiętam takie doświadczenie.. Byliśmy już dorośli, ale bardzo młodzi. Marzyliśmy o podróżach do krajów, gdzie żyło się lepiej niż w PRL-u. Udało się nam. Zaczęliśmy niemal w każde wakacje podróżować, choć to nie miało NIC wspólnego z podróżowaniem dzisiaj.
Najpierw mój mąż, a po kilku tygodniach i ja znaleźliśmy się w domu dobrego i serdecznego znajomego w Niemczech Zachodnich (tak to się wtedy nazywało w odróżnieniu od Wschodnich Niemiec).

Był świetnym architektem, zasiadał w wielu komisjach i organizacjach światowych architektów, był bogatym człowiekiem. Miał dużą rodzinę. Mieszkali na wsi, nie bardzo pamiętam gdzie. Duża posiadłość, dom… Jechałam tam jak na skrzydłach, wyobrażając sobie, że przez następne dwa tygodnie poczuję świat luksusu i pełnej swobody, będę miała wszystko, czego nie miałam u siebie.
Dom rzeczywiście był przestrzenny, wokół mnóstwo zieleni, staw, obok stół przy którym jadało się śniadania. Dziwny płot, który miał postawić mój mąż i jego przyjaciel, ale już po pierwszym dniu pracy okazało się, że płot jest… za prosty!! Trzeba więc było go zmienić, by udawał, że jest naturalnie nierówny. Tuż obok pasła się koza i trzeba było wraz z kołkiem, do którego była luźno przypięta, zmieniać jej pozycję, żeby skubała trawę w różnych miejscach. Bo trawa nie mogła być przycinana przez maszynę. Musiała być naturalnie wyrównywana…
Były też (chyba) kaczki i inne zwierzaki. A w domu – zamiast podłogi było klepisko, gospodarze chodzili przez cały dzień boso. Łazienki były, owszem, ale także w stylu “swobodnym”.
Byłam w szoku!! Czułam się tam niewygodnie, dziwnie, chociaż absolutnie niczego tam nie brakowało! Gospodarze byli przemili, pomogli nam w życiu jeszcze wiele razy. Ale ich “mały świat” nie spełnił moich oczekiwań. Nigdy nie potrafiłbym czuć się dobrze w takiej scenerii.
To taki drobny przykład, jak różne mamy potrzeby i jak inaczej wyobrażamy sobie “swój świat”.
Potem było w moim życiu mnóstwo podróży w zadziwiające miejsca. W luksusy i bardzo przeciętne “miejscówki”. Takie letnie i zimowe. Naturalne, zwyczajne i przygotowane przez człowieka – zadziwiające nas pomysłami i wykonaniem.
W niektórych czułam się bardzo dobrze. Mogłabym tam zostać i żyć podobnie jak tamtejsi ludzie. Być może dlatego, że kilka razy udało mi się przystosować do warunków, których wcześniej nie znałam i nie były “moje”. Potrafiłam zaakceptować „inność”.
Zdarzyło mi się też trafić “w świat”, w jakim nie odnalazłabym się za żadne pieniądze. Pominę przykłady, bo pewnie lista byłaby dość długa. Mój wniosek jest jeden. Są ludzie, którzy lubią zmiany, rozumieją je i potrafią się do nich przystosować. Nie razi ich inność. Są tolerancyjni i otwarci. Tak – otwarci! To właściwie słowo. Myślę, że do takich i ja należę. Nie mam problemu z akceptacją inności. Nie obrażają mnie inne gusty, inne tradycje i zwyczaje. Toleruję wiele sposobów na życie, których sama nie potrafiłabym i nie chciałabym stosować. I wiem, że ludzie są różni i mają swoje “światy”. Ciągnie mnie zawsze do “podglądania” miejsc i mieszkańców, gdzie jest “inaczej”.
Druga kategoria ludzka to ci, którzy mimo podróżowania, czytania o inności, nigdy naprawdę nie wychodzą z miejsca “własnego świata”. Zawsze znajdą sposób, by coś skrytykować, ocenić po swojemu dając do zrozumienia, że jeśli nie jest tak, jak w „ich świecie” to znaczy, że to jest niewłaściwe… To na pewno trudne dla nich, bo w gruncie rzeczy, mimo potrzeby poznawania innych światów, akceptują tylko ten jeden jedyny – ICH.
Nie jesteśmy idealni. Oceniamy zawsze, chociaż często tego NIE chcemy. Taka już natura ludzka…
A gdy już dopada nas wiek “starczy” (niektórzy tak myślą, gdy mają pięćdziesiąt lat, a inni dopiero, gdy dociska ich osiemdziesiątka🤣) mamy skłonności do podsumowań. I do zachowań, które nie wiedząc skąd i dlaczego ujawniają się w nas właśnie w takim wieku.
Wszystko traci ostrość i siłę. Szalejemy mniej, pijemy mniej (no, bywa różnie..), na zakupy chce nam się chodzić coraz rzadziej. Nudzą nas długie “nasiadówki” towarzyskie, nie lubimy robić dalekich czasowych planów. Uczucie, że “nie zdążę” towarzyszy mi często, ale nie jest patetyczne czy smutne. Jest uświadomieniem sobie, że “mój świat” jest teraz inny niż 20-30 lat temu. Myślę: gdybym to chciała, to mogę mieć.. . Ale moje “chcenie” słabnie, bo to “chcenie” ma dzisiaj już inną wartość niż kiedyś.
Młodzi ludzie biegną do Starbucksa, w biegu kupują kawę w styropianowym kubku i są szczęśliwi. Ja już tak nie umiem. Ja lubię kawę w ładnej ulubionej filiżance, lubię pić ją pomału, bez pośpiechu. I to dla mnie ma teraz znaczenie.
Zauważam też, że coraz częściej rozmawiając między sobą mówimy o rzeczach i doświadczeniach przeszłych. Zaczynamy zdanie… “Kiedy byłam.. Wiele lat temu… To było jeszcze za czasów…” Co za okropny nawyk!! Zamiast łapać tu i teraz, sięgamy do dalekiej przeszłości. A potem dziwimy się, że wnuki za długo takich rozmów z nami nie wytrzymują. 🤗
Świat zmienia się z naszym wiekiem. Osobistym i tym płynącym nurtem wydarzeń politycznych, społecznych, pogodowych, technicznych…
Świat zmienia się z każdą minutą. My trwamy w nich tylko przelotną chwilę.
Ale mój “epizod” istnienia w globalnym świecie jest ważny! I wyjątkowy. Bo to jest mój świat, moja chwila, mój SEZON na życie.

Doceńmy ten moment na Ziemi, celebrujmy siebie i nasz czas. Nie dajmy sobie go odebrać przez brak uśmiechu, depresję, niechęć do ludzi i wszystkiego wokół, marudzenie czy nietolerancję.
Gdy miałam 5-6 lat bardzo lubiłam malować kredkami duże słońce i kolorową tęczę. Miałam wtedy wypadek, jechałam z Tatą na motorze. Niewiele pamiętam, ale przez kilka dni trzymali mnie w szpitalu, a ja cały czas malowałam w kółko rożne wersje kolorowej tęczy, wielkie słońce i czasem kilka chmurek. Pogodnych – niebieskich. Teraz, gdy rano w swoim ogródku wypijam na śniadanie kawę i zajadam ciepłą bułeczkę, i świeci słońce – mam w sobie wielką radość.
Wiem, że to tylko stan pogodowy – ale dla mnie w moim świecie słońce to stan ducha. To uśmiech na cały dzień. I tego nie dam sobie odebrać.
Chcesz mieć inny świat? Twoja wola i twoja decyzja. Bo światów jest wiele. Są szczęśliwe i słoneczne. Są markotne i takie, w których wiecznie jest ciemno i smutno.
************************************
I tu nie odpuszczę – znów wracam do Maryli Rodowicz, do piosenki, która idealnie wkomponuje się w moje przemyślenia. Nic dziwnego – słowa i muzykę napisał krakowski artysta Andrzej Sikorowski. Piosenka po raz pierwszy „wyśpiewana” była dwa lata po stanie wojennym, na Festiwalu Polskiej piosenki w opolu. „Rozmowa przez ocean„. Słowa: Są dwa światy i nas jest dwoje, do swych miejsc przypiętych jak rzepy… Są dwa światy i jedno słońce…” wracają do mnie latami, w najbardziej dziwnych momentach wspomnień, w różnych kontekstach. Są bardzo trafną puentą, jaką emigranci – nawet najbardziej szczęśliwi – mogą sobie codziennie powtarzać..




















































































