Szklana kula

31 lipca 2024

Siedzę  przy moim najmniejszym biureczku świata (doprawdy, nie wiem dlaczego kiedyś wpadło mi do głowy, żeby kupić sobie akurat tak małe biurko..) i patrzę na szklaną kulę.

Kula, ładna, z kolorowym nieregularnie wylanym wzorem w jej wnętrzu, stoi na czymś w rodzaju półeczki, która trochę poszerza przestrzeń tego małego biurka. Co ja sobie myślałam o sobie i o jakiejkolwiek pracy przy tym meblu.. nie mam do dzisiaj pojęcia!  Ledwo tu mieści się mój chromebook a co dopiero cokolwiek innego! No – ale jakoś przyzwyczaiłam się do swojego “maleństwa”, dołożyłam komputerowi do towarzystwa mnóstwo drobiazgów: stojak z taśmą klejącą i z  zszywaczami, podkładkę pod myszę , kalendarz “papierowy” (bo lubię), linijkę, ołówki, długopisy, mazaki kolorowe, papierki do notatek, podkładkę pod kieliszek winka (albo szklankę z wodą – ale rzadko 🙂) i kilka innych bzdurek. No i ta kula! Nieduża, ale fajna. Jest dekoracyjna, ciężka więc może służyć za ciężarek do przytrzymania papierzysk, można się w nią wpatrywać i pomarzyć o wciąż niespełnionych pragnieniach… Lubię ją, choć to najzwyklejsza kula, jakich wiele w sklepach. 

Kula i „łezka” z fabryki szkła w Krośnie.

A obok niej jest jeszcze szklana “łezka”. I może  nigdy bym o tych szkiełkach tu nie wspomniała, ale po pierwsze wpadły mi kiedyś w ręce z naklejką, że były wyprodukowane w Polsce, w fabryce szkła w Krośnie (kiedyś byłam tam na zwiedzaniu części dostępnej dla turystów 😀) a po drugie – już od kilku lat tak od czasu do czasu “zawieszam oko” na kuli i jak z czarodziejskiej kuli, do głowy przypływają mi różne dziwne myśli i wspomnienia.  

Chyba każdy tak ma. Im bliżej końca naszej życiowej drogi, tym coraz więcej miejsca zajmują bardzo zadziwiające odkrycia pamięciowe. 

Mam swoją teorię, że każdy gdzieś ma ukrytą w sobie taką “szklaną kulę”. Może to jakiś maleńki kamyk przywieziony z bardzo dawnej podróży, może stare drzewo w twoim ogródku albo w parku, do którego wracasz. Może schowana głęboko stara chusta, może pożółkłe zdjęcie nadgryzione minionym czasem. A może jeden koralik podarowany przez kogoś bardzo bliskiego albo fragment starego medalika… Nie wiem. Może zupełnie odwrotnie-  współczesny obraz sprzed kilku lat wiszący na ścianie, na który codziennie patrzysz, ale widzisz w nim coś zupełnie innego… Jakiś jego element zaprowadza twoją pamięć w odległe miejsce i zdarzenie. Tylko ty wiesz, gdzie kiedy i o kim myślisz.  

Kulki „dzieciństwa” – oczywiście te nie są oryginalne, ale bardzo podobne. Może te z czasów dzieciństwa nie miały tak wyrazistszych kolorów..

Kiedy byłam małą dziewczynką, może miałam 9-10 lat, jak wszystkie dzieci w takim wieku lubiłam zbierać różne skarby. I wtedy właśnie zbierałyśmy szklane małe kulki. Były nie większe niż dwa cm średnicy i wyglądały prawie tak samo jak ta kula, którą mam teraz. Tyle, że były malutkie i bardzo różne. Miały mnóstwo kolorów!! I te wzorki wewnątrz też były różne. Pamiętam, że niektóre szkła były mleczne, niezupełnie przeźroczyste, ale wciąż na tyle, że widać było kolorowe wzorki wewnątrz. Nie wiem ile ich miałam, ale dużo. Trzymałam je w pudełku – kasetce. To było jakieś szaleństwo “kulkowe”! Spotykałyśmy się z koleżankami, wysypywałyśmy te kulki ostrożnie, po kilka, kilkanaście, by się gdzieś nie rozbiegły, oglądałyśmy, porównywałyśmy i czasem wymienialiśmy się nimi. 

Nie wiem jak długo to trwało, pewnie jak wszystko w takim wieku, szybko minęło i zajęłyśmy się innym tematem. Nie wiem nawet co się z kulkami stało. Ale pamiętam, że były bardzo ładne i kolorowe. I, że musiały być dla mnie bardzo ważne, bo przetrwały w szufladce mojej pamięci do dzisiaj. Aż moja szklana kula z Krosna pomogła mi sobie o kulkach dzieciństwa przypomnieć…🤔

Kiedyś ciągle się gdzieś spieszyłam. Chciałam, żeby czas mijał szybciej, żeby już zaczął się weekend,  żebym już biegła na randkę. By wreszcie nadeszły wakacje. Bym już była po egzaminach. By wreszcie skończył się dzień pracy i nadszedł wieczór spokoju i odpoczynku.. Zawsze był jakiś powód, żeby już coś nowego się zaczęło na co czekałam. I spieszyłam się. Dlaczego ja tak się zawsze spieszyłam??  Pewnie dlatego, że taka już jestem, bo moja natura NIE lubi nigdy i nigdzie się spóźniać, a poza tym życie było tak ciekawe, że to co działo się  danej chwili już nie było ważne. Już trzeba było dążyć do przyszłości, nawet tej “za chwilę” . Bo ta przyszła chwila wydawała się ciekawsza niż ta co trwała…

Boże, jaka ta natura młodości jest dziwna. Do czego my się tak w tym życiu spieszymy?  Zamiast rozkoszować się wszystkim, co jest nam dane właśnie w TYM momencie, my biegniemy do przodu i szukamy nowego wrażenia, przeżycia.  

W środę mówimy: byle do weekendu, wtedy odpocznę, będzie lepiej. W weekendowy czas myślimy: od poniedziałku zacznę inaczej, poukładam sobie na nowo i pójdzie gładko..  I kółko się zamyka. Biegniemy, biegniemy i sami nie wiemy dokąd, po co i dlaczego. Aż nadchodzi dzień, kiedy na naszej drodze pojawia się czerwony znak STOP. Zatrzymujemy się albo raczej zwalniamy i przychodzi myśl: dokąd tak biegnę? Po co się spieszę? Przecież powinnam już teraz cieszyć się tym co jest tu. Stanąć i chłonąć wszystko co jest teraz i wokół mnie. Ja nie chcę, żeby moje życie pędziło!! Ja chcę, żeby trwało, żeby nigdzie ode mnie nie uciekało. 

Kulo magiczna, spraw, żeby wszystko teraz toczyło się już powoli… 

To nieważne, że inni wokół mnie, młodsi  i wciąż spieszący się, denerwują się na mnie, ze jestem powolna.  Przestałam być partnerem w górskich wędrówkach, długich spacerach po nierównych kamiennych trasach. Nie potrafię wypowiadać swych myśli tak szybko i dobitnie jak kiedyś. Nie nadążam za żartami młodych, za ich planami, za współczesną techniką.  Zostaję codziennie o jeden rząd dalej. Ale wciąż jestem. 

I cieszę się z tego, że nawet jeśli innych to drażni i denerwuje, to ja nie muszę na to zwracać już uwagi.  Mogę po swojemu cieszyć się ze swojego spowolnienia. 

Tylko, że to trudno jest to pojąć. Nam – tym coraz wolniejszym i nie spieszącym się. Tym, którzy muszą zaakceptować, że spieszyć się, to dla nas “zbliżać się szybciej tam, skąd najchętniej teraz byśmy uciekali”..

I tym młodszym, dla których pośpiech i bieg życiowy jest normalnością, bo przecież energia, każdego dnia nowe plany i pomysły to nieodzowny element kręcącego się żywiołu i postępu. Tak było z nami, tak jest z każdym pokoleniem. 

Trzeba mieć szeroko otwarte oczy i wielkie serce, by te proste fakty zauważyć na “zwykłej ulicy”, by umieć uchwycić to, co łatwo może nam umknąć w sztafecie pokoleń. Kiedyś myślałam, że pokoleniowa nić zrozumienia jest zawsze taka sama. Istnieje i ciągnie się od wieków w rodzinach, w historii. 

O, jakaż byłam naiwna! Nić jest cienka, słaba, łatwo plącze się urywa, miesza i zatraca. Potem znowu ktoś ją podchwyci, pielęgnuje i próbuje wyprostować. Ale nigdy nie jest nam to dane na zawsze. Nie łudźcie się – młodzi i starzy, wnuki i młodzieży! Wszystkich nas dopada ten sam problem, tylko w innym wymiarze, w innym momencie i w innym nastroju. 

O, nie straszę! I nie pouczam!! Podsuwam tylko każdemu pomysł na własną “szklaną kulę”, by móc zamknąć w niej coś, co uratuje nas kiedyś od niepotrzebnej “zadyszki”,  zanim zwolnimy na serio swój życiowy maraton.

Pamiętacie bajki (baśnie), gdy szklana kula odgrywała rolę tajemniczego zaczarowanego lustra, przywracającego  młodość, a przede wszystkim urodę? 

Czarownica – znaleziona w sieci 😀

Wypielęgnowane choć kościste ręce starej kobiety o wyjątkowej mocy, krążyły nad ogromną kulą wypowiadając słowa sobie tylko znane. Słowa zaklęcia, dobrego lub złego – zależy w jakiej bajce właśnie znaleźliśmy się… 

“Abra ka da bra… Kulo czarowna, wysłuchaj mnie… przywróć urodę pannie tej..”   

Albo odwrotnie – Zła czarownica  zamieniała piękną królewnę w potworka, którego potem zakochany rycerz musiał znaleźć i odczarować. Ha, ha!! 

Bajki, bajki.. A życie swoje. I podobnie. Kto nie chce być młodym i pięknym?! I najlepiej jeszcze bogatym! 😂 Już sam fakt młodości sprawia, że jesteśmy piękne, a presja każdego miejsca, w którym się znajdujemy, każdej instytucji, reklamy, telewizji, filmu, rozmów koleżeńskich, dyskusji profesjonalnych, mediów itd. itd… powoduje, że upiększanie się to jedno z naczelnych zadań każdego współczesnego człowieka. I to niezależnie od wieku. Teraz to już nie ma znaczenia ile mamy lat. I dotyczy to niemal tak samo mężczyzn jak i kobiet. 

Świat patrzy na piękno, na opakowanie. Na wierzchnią warstwę. Cieszy nasze oko wszystko to, co dostrzegamy natychmiast. Co dociera do nas w pierwszym uderzeniu wzrokowym Wiem jak to jest, bo sama jestem wrażliwa na ładne wnętrza, kolory, ubrania, meble, obrazy. 

A jednak – w moim umyśle podejście do Człowieka i jego urody, piękna jest zupełnie odmienne. 

Tak, tak – na pewno ocena piękna kreuje się i zmienia z wiekiem.  Przecież gdy byłam młodsza też uwielbiałam kosmetyki, ładne ciuchy i poczucie, że wyglądam dobrze, ładnie, że inni na mnie patrzą i że się podobam. Nic w tym dziwnego. Gdyby tak nie było, oznaczałoby, że ze mną coś nie tak.. 

Z czasem dostrzegamy w sobie i w innych ludziach wiele “innego” piękna. Nasz umysł zachwyca się drobiazgami, których nie potrafi zauważyć ani pojąć, kiedy jest młody.  

Piękno ma tyle wyrazów, tyle odmiennych niedostrzegalnych wcześniej znaków.  Jak to dobrze, że tak to jest urządzone w naturze, iż “rozkłada się” na na różne etapy naszego życia. Mamy poczucie zmienności, dojrzewania naszych zmysłów, postrzegania świata coraz to inaczej. 

W naturze niemal wszystko, co nowe i świeże zachwyca urodą! I nie dotyczy to tylko człowieka. Maleństwo w ramionach matki, urodzone kilka dni czy tygodni temu, zachwyca delikatnością skóry, meszkiem włosków na maleńkiej główce. Małe cielątko, kilkudniowa sarenka, popiskujący kociak czy baby-piesek są tak samo urocze.  Podobnie kwiat ledwo wydobywający się z pąka, otwierający swą piękną koronę. Wszystko, co młode, nowe, pokazuje światu swoje PIĘKNO. 

Czas – przemijanie, a może tylko” trwanie w czasie” – każda chwila zmienia piękno na… inne.

Jest wiele dróg, by piękno zatrzymać. I jest wiele sposobów, by nauczyć się widzieć piękno nie tylko w łatwej do dostrzegania powłoce.  Z czasem, z wiekiem, z przemijaniem „Piękno” staje się coraz trudniejsze… 

Zadziwiają mnie intensywne działania moich koleżanek, żeby ciągle poprawiać naturalnie zrobione zdjęcia, zmieniać ja, wygładzać, ustawiać się w pozach nienaturalnych, uśmiechać się sztucznie.. Mam zawsze duże wątpliwości, że to nieprawdziwe jest lepsze, niż kilka zmarszczek, za to z naturalnym uśmiechem i z osobistą urodą.. Wiem, że moja opinia nie spotyka się z przychylnością i aprobatą. Ale – to moje zdanie. Nic w tym złego, że jesteśmy starsze, że wciąż potrafimy być.. interesujące, nawet jeśli już nie najpiękniejsze. Jak to powiedział kiedyś bardzo trafnie Grochowiak (uwielbiam ten cytat!!): ” Dlaczego pani chce być taką piwonią, co udaje butelkę perfum??” Powtarzam się, ale to bardzo trafne powiedzonko 😃.

Wspaniale kobiety mojego pokolenia – cudowne aktorki! zawsze piękne naturalne. Niezależnie od czasu, roli jaką grają, dnia i godziny. Beata Tyszkiewicz, Małgorzata Braunek, Ewa Szykulska , Anna Seniuk i moja ukochana Krystyna Janda

Dobrze rozumieją to ludzie, którzy spędzili ze sobą 30-40-50 lat a może i więcej i wciąż mają w sobie sposób na dostrzeganie w swoim partnerze czy partnerce elementy piękna z ich pierwszego spotkania.

Mogłabym przytoczyć całą kolekcję ludzi, którzy wciąż zachwycają urodą dojrzałości. Może nie okrzyknięto by ich pięknościami świata, ale są tak wyraziście doskonali, że wciąż zwracają uwagę i przyciągają „oko i serce” każdą swoją zmarszczką, trochę zmęczoną twarzą, mięśniem, ktory juz nie taki sprężysty.. Takich właśnie portretować! Takie twarze uchwycić w uśmiechu szczęścia, w zamyśleniu, w dojrzałości chwili, którą przeżywają. Teraz dopiero rozumiem prawdziwych fotografów, którzy biegają nie tylko za modelkami „25 minus”.

Turpizm- elementy brzydoty w malarstwie, poezji i sztuce. Mogą podobać się równie mocno jak „piękno”

I nie jest to żadne odkrycie. Tak przecież oglądało świat  wielu słynnych malarzy, pisarzy i wcale się tego nie wstydzili. Historia brzydoty i piękna to nieustanne przeplatanie się tendencji i kontrastów, opinii i gustów. Odwieczna walka gładkości idealnego ciała ludzkiego, wymiarów w architekturze i odwrotnie – nieustanne uwielbienie dla wszystkiego, co wyłamuje ideały obrazu – wciąż trwa. 

Szpetny, szkaradny, obrzydliwy.. pojęcia, które wprowadzono do literatury i sztuki stały się z czasem równie piękne i ważne, jak te najbardziej zachwycające na pierwszy rzut oka. 

Wszystko dlatego, że mądry człowiek wcześniej czy później zrozumie,  że na całokształt życia składa się  nie tylko białe i czarne, ale także to, co pomiędzy. Tylko od nas zależy jak będziemy odbierać otaczający nas świat. Spróbujmy sobie wyobrazić co by się stało, gdyby wśród nas nie było ludzi, którzy potrafią dostrzec dobro i piękno w człowieku – schorowanym, starym, smutnym, pozornie odpychającym. 

Mówię o tym, bo sama zadawałam sobie wielokrotnie  takie pytania. 

Jestem estetką, lubię ładne rzeczy, wyjątkowe dekoracje, zachwycające kolory. Ale równocześnie nie lubię symetrii, idealnej równości. Wolę lekki artystyczny nieład. I lubię w sztuce “ładną brzydotę”.  Czyli – można to połączyć w sobie?  A może po prostu starzeję się i dostrzegam wiele w świecie to, czego nie zauważałam kiedyś? 

W. Szymborska – mądra, piękna, wyjątkowa. Ciałem, umysłem i duszą.

Przypomniał mi się kilka dni temu jeden z wierszy Wisławy Szymborskiej (uwielbiam jej poezję!) pt. “Możliwości”. Jak większość jej utworów- wiersz prosty w słowach, za to głęboki w myślach i przesłaniu. Wiersz wymienia zwykłe ludzkie “wolę” (coś od czegoś albo po prostu – wolę..) I to tak uderzająco zwykłe codzienne elementy życia, że aż zadziwiają, iż są cząstką poezji Noblistki.. 

Kilka z nich zapamiętałam: może nie w kolejności, ale za to w ważnym dla mnie porządku myślowym: 

“ Wolę kolor zielony” ( ja też)

“Wolę wyjątki..” (niż masówkę)

“Wolę wychodzić wcześniej… ” (zawsze! – niż się spóźnić..) 

“Wolę nie twierdzić, że rozum wszystkiemu winien..” ( o nie! Winnych jest zawsze innych okoliczności )

Ludzie kochają głęboką miłością drugiego Człowieka i często z dystansu, innym taki związek wydaje się.. nieuzasadniony, niewytłumaczalny, niemożliwy, niezrozumiały.. Bo na przykład – są to uczucia łączące ludzi ułomnych, brzydkich, niepełnosprawnych. 

Młodemu zdrowemu człowiekowi posiadającemu wszystko, co wydaje się “normalnością” a zarazem “koniecznością” do funkcjonowania PIĘKNEGO życia nie mieści się w głowie, że może być inaczej. 

 A jednak – może być! 

W swym długim życiu spotkałam wiele niesamowitych i nietypowych przykładów, które kiedyś zaskakiwały mnie, później zachwycały, a potem kolejne przyjmowałam już jako jeden z elementów trochę mniej “pięknego, wygładzonego życia”.    

Bo tak naprawdę to tylko pierwszy odbiór. To najprawdziwsze „inne” piękno dostrzeżemy dopiero w głębi takich związków.

Jeśli oczywiście chcemy i potrafimy je dojrzeć.. By nie pomylić opakowania z istotą zawartości, która nie przeminie.

Jest dużo ludzi, którzy żyją bez zadawania sobie skomplikowanych pytań. I być może – albo na pewno – każdy ich dzień jest łatwiejszy niż mój. Bo pytania, zwłaszcza te, na które trudno znaleźć odpowiedź, nie ułatwiają życia codziennego.

Ale czy to znaczy, że ich nie mamy w głowie? Że one w nas nie istnieją? 

Nie wierzę….


BACK

ALASKA – ogrom i przestrzeń, jestem tylko małym punkcikiem

12 lipca 2024

Płynę wielkim statkiem. Po Oceanie. 

Nie wiem nawet czy tego wielkiego pięknego potwora można nazwać statkiem. To  pływające miasto.  Ma dziewiętnaście pięter. Jest długi na 330 metrów i ogromnie szeroki.  Wewnątrz jest wszystko, co potrzebne jest (i jeszcze więcej!!) do funkcjonowania idealnego wakacyjnego życia dla 3500 pasażerów i prawie 1800 ludzi obsługujących turystów przez tydzień czy dwa  luksusowego, fantastycznego pobytu na nim. 

Nie jest jednak moją intencją opowiadanie o słynnych cruise-ach, które szczególnie dla Amerykanów są popularną formą wakacyjnych podróży. To zupełnie inna działka, która organizacją, technologią, pomysłami i precyzją funkcjonowania takiego kolosa, jest niemal nieprawdopodobna do wyobrażenia sobie przez przeciętnego człowieka. 

Cruise na Alasce jest wyjątkowy. Inny niż te, które pływają po morzach ciepłych, dopływają do wysp czy miejscowości letnich, tętniących gorącym życiem. Tu wszędzie są lodowce i przez większość podróży wpatrujemy się w dalekie brzegi uformowane przez naturę z lodowatego śniegu, który nigdy nie topnieje. I choć po drodze mijamy zielone i skaliste góry, z prawie czarnego kamienia, ogrom i kolor lodowca natychmiast można odróżnić od reszty ziemi.

Ocean… to tylko woda. A jednak – ma dziesiątki różnych obrazów, kolorów, wizerunków. O każdej porze dnia i nocy

Budzę się rano i pierwsze co widzę przez okno balkonu, to bezmiar wody morskiej. Każdego dnia innej. Dzisiaj – szare lekko unoszące się fale, cicho, prawie bez szumu poruszające się i odbijające od ścian statku. Za kilka godzin woda morska zmienia swój kolor na ciemnozielony, marszczy swą powłokę, bije coraz mocniej ściany statku. Czasem tak mocno, że ten wielki kolos nie potrafi się oprzeć falom i bijące z niesamowitą wielkie “góry” wody  kołyszą statkiem jak małym jachcikiem w przybrzeżnej przystani. 

Innego dnia wody oceanu błyszczą srebrzystą powłoką i odbijają promienie wschodzącego lub zachodzącego słońca. Kolory zmieniają się błyskawicznie, a przecież ocean wciąż jest ten sam. 

Patrzę się prosto przed siebie. W dal. W linię dalekiego horyzontu.

Uwielbiam wpatrywać się w tę przestrzeń wodną. W niekończącą się dal, bez pewności, gdzie jest koniec bezkresnej głębi. W ciszę, której naprawdę nie ma. W ciszę, którą “słyszę’.. W ciszę, która swoim szumem przemawia tylko do mnie, tylko mnie znanym językiem. Tak jak ja tego pragnę i potrzebuję. 

Lubię zmrużyć powieki, przymknąć oczy i “spojrzeć” w zachodzące słońce.. Poczuć lekkie kołysanie. Takie, które uspakaja, wycisza. 

Mam świadomość, że ten sam ocean może stać się nagle groźną i przerażającą nawałnicą, złowieszczą siłą, która w jednej sekundzie może zamienić się w piekło strachu. Z tak nagłą zmianą nie poradzimy sobie nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim nasza psychika znajdzie się w potrzasku horroru i szaleństwa. Woda jest żywiołem! Ale .. żywioł morski ma w sobie coś pociągającego, silnego, co działa jak magnes. Gdy zdarzy nam się obserwować rozwścieczone szalejące morze z miejsca, w którym my jesteśmy bezpieczni – obraz morskich fal, wysokich, uderzających o skały czy o puste plaże, szarpane wszystkim, co nagle znajduje się na ich drodze..  dla mnie jest zachwycającym obrazem siły natury.

Tak jak lubię ciszę i spokój wody, jej “terapeutyczne” kojące działanie, tak równie panicznie boję się szalejącej wody. Tej, w której  “rozwścieczony Neptun” ukazuje ludziom swoją moc, rozbija wielki ocean na tysiące poszarpanych fal, spienionych, rozpryskujących się na wszystkie strony. Fal, które mają moc niszczenia, rozbijania, zabijania.. I niezrozumiałej do końca, ale silnej emocjonalnej… fascynacji.

Jestem przecież tylko zwykłą turystką. Urodziłam się w Krakowie, a jednak jakieś niewidzialne, “nieuzasadnione” 🙂 geny ciągną mnie nad wielkie morza. 

Czuję się jak mała kropelka, która dzięki  “pływającym” wakacjom znalazła się w zasięgu wielkiego oceanu.  I na moment w moim życiu jestem maleńką częścią  tego oceanu.

Ach, już słyszę  ironiczne komentarze: co ma wspólnego przepych życia na statku cruise-owym z prawdziwym życiem “marynarskim” na wodach morskich?..  Może i nie ma. Ale – przecież każdy ma swoje odczucia, wrażenia, które powstają w głowie, w sercu i stają się ważne dla nas. Nie każdy chce i umie o tym opowiedzieć, ale każdy ma swoje ciche głęboko skrywane uczuciowe powody, by być w wybranym miejscu. 

Dlaczego jedziesz na wakacje w góry? Z jakiego powodu wybierasz wędrówki w dzikie puszcze i nieznane nikomu szlaki? A może właśnie uwielbiasz nieustający tłum ludzkich głosów i głośnej muzyki. Motywacja, zresztą często zmieniająca się, jest w twojej głowie.

O tym często nie mówimy. Z bardzo wielu i bardzo różnych powodów… 

Mój obraz Alaski w dzieciństwie kształtował się na takich właśnie książeczkach..

Cruise nie jest moją najbardziej ulubioną formą wakacji. Ale czasem fajnie jest coś zmienić, zwłaszcza gdy jest wygodnie, (a nawet aż za wygodnie!😂) no i można to łatwo połączyć z tak trudnym miejscem dla starszych ludzi, jakim jest ALASKA. 

Słowo „Alaska” z czasów mojego późnego dzieciństwa czy młodości kojarzy mi się z rzucaniem go w przypadkowych  rozmowach dotyczących czegoś bardzo nierealnego dalekiego i… absurdalnego.  Oczami wyobraźni widziałam wtedy zaśnieżone połacie niekończącej się przestrzeni,  ludzi – Eskimosów zakręconych w czapy z ogromnego futra, sanie z psim zaprzęgiem. Obraz jak z filmu, bo przecież nic więcej o Alasce nie wiedziałam.. 

Zawsze biało, zimno i niewyobrażalnie trudno, by mogło być tam normalne życie. 

I jeszcze igloo.. Jakie to wszystko okazało się nieprawdziwe, prymitywne i niedouczone.. 

Czyż mogłam sobie przez moment wyobrazić (tak! Jeszcze w tym samym MOIM życiu!) że kiedyś będę podróżować po Alasce i ten kawałek Świata okaże się zupełnie… realny!? 

Nie potrafię oddać tych ogromnych przestrzeni na maleńkich zdjęciach. Wierzę, że wyobraźnia oglądającego wyolbrzymi głębię tych obrazów.

Jedyne,  co naprawdę zgadza się z moimi dawnymi wyobrażeniami to  fakt, że Alaska jest ogromna! Jest wielka i przeciętnego człowieka może przerazić swoją bezkresną przestrzenią. To, co widzimy w czasie podróży po Alasce, to tylko malutki fragment tej ziemi. To część zagospodarowana rękami człowieka, dostępna i przystosowana do jego życia. Tak naprawdę Alaska to ogromne niedostępne dla turysty przestrzenie. Także dla przeciętnego człowieka, który nie jest turystą, ale przez lata mieszka na Alasce, zna tę krainę i ma znacznie większą wiedzę niż każdy z nas. Niewielu zaplątało się w głębokie zakątki Alaski. Tam gdzie tajemne ścieżki poznają tylko zwierzęta albo być może i one jeszcze tam nie dotarły.. 

Człowiek ma wielką wyobraźnię i może sobie taki obraz w swej głowie stworzyć. Czy jednak będzie prawdziwy? Nie wiem.. To co widziałam na turystycznej wycieczce robi wrażenie. To jaki obraz Alaski  starałam się wytworzyć w swojej wyobraźni, to zupełnie inna kraina. Alaska zapewne nigdy nie pozwoli mi spojrzeć na swoje prawdziwe wnętrze. Może właśnie dlatego, że jest tak niedostępna, wciąż fascynuje i przyciąga ludzi…

Jest czerwiec. Alaska powitała nas właśnie rozkwitającą wiosną. Choć przez dwa dni w National Denali Park padał deszcz – mniejszy czy większy – co nie przeszkodziło nam zrealizować planów naszych wycieczek i spacerów, byliśmy otoczeni świeżą niemal buchającą zielenią! I właśnie rozkwitającymi wszędzie kwiatami, drzewami nowych liści. 

Bogactwo flory jest zaskakujące! Nie miałam pojęcia, że Alaska oferuje tak kolorowe i piękne kwiaty rośliny i drzewa. Cudowne!!

Wiosna tu podobno trwa bardzo krótko i zaraz zaczyna się lato. Wtedy, jak podają statystyki, odwiedza  Denali Park dziennie ok.6 tysięcy turystów!! Teren Parku jest tak ogromny, że żadnego tłoku się nie odczuwa. I bynajmniej nie jest to “Park”  w wyobrażeniu polskim! Jeśli podpowiem, że Alaska jest pięciokrotnie większa niż Polska, to proszę sobie wyobrazić jak wielki jest powierzchniowo Narodowy Park Denali!! 🤔

Za to po lecie i równie bardzo krótkiej jesieni, od mniej więcej połowy października wszystkie te miejsca turystyczne i te bez-turystyczne stają się miejscowościami duchów!! Puste ciche bezludne.. Trudno sobie wyobrazić, że przez kilka długich miesięcy w takim miasteczku żyje 30-40 osób i to w jednym domu (apartamencie). Dziś noc trwała tam 3 godziny (dwie pierwsze noce były dla mnie bardzo trudne, gdy o 23.00 wciąż było jasno😊) a w zimie noc trwa i trwa i ciężko dojrzeć odrobinę jasności i słońca. 


Ach, co ca smaki, zapachy! wykwintne i wymyślne serwowanie ich klientom. Nie można się niczemu oprzeć!!

Warto jeszcze dodać kilka słów o jedzeniu. 

Wiadomo, że na statku-cruisie stoły uginają się od pomysłów kulinarnych, różnorodności, sposobów przyrządzania, podania. Ten temat to zawsze mocna część takich wakacji. Warto pamiętać że wiodącym tematem smakowym są przysmaki morza: oczywiście łosoś w dziesiątkach postaci i sposobów, halibut, pstrąg, kraby, krewetki i wszystko, co możliwe z oceanu😊. 

Staraliśmy się spróbować lokalnych produktów i przysmaków, także doskonałych. 

Wszystko to jest jakby inne w smaku, mimo że nam znane. Ale wystrój tych knajpek, widoki obserwowane z okien lub bezpośrednio na zewnątrz sprawiają, że jedzenie smakuje.. zupełnie INACZEJ 😉

Lista piw do wyboru jest niekończąca się, a jeszcze dłuższa jest oferta rodzajów whisky. Doprawdy, nie wiem czym tak bardzo mogą się różnić w smaku, ale pewnie ci co ją piją – wiedzą. 

Ameryka to wielki kraj, to ogromny kontynent. Alaska wydaje się jeszcze większa choć wiemy, że geograficznie jest tylko częścią Ameryki.  Ma w sobie jakąś siłę, która rozpiera nas od środka. Daje poczucie, że wobec wielkich gór, bezkresnych połaci morza, lodowców, potężnych lasów, człowiek jest tylko  małym punkcikiem pośród otaczającego go świata. 

Nie poczujesz tego na cruise-owym statku, w przepychu wytworzonym dla naszej wygody i luksusowych wakacyjnych chwil. Ale gdy wejdziesz na najwyższe deck statku, staniesz twarzą do Oceanu, dojrzysz w dali lodowy zarys gór łączących się z linią nieba, otoczy Cię cisza, w której usłyszysz tylko szum fal morskich… poczujesz bezmiar, bezkres tej części Świata. I zrozumiesz, że choć jesteś maleńką kropką, to w tym jednym – jedynym momencie i ty należysz do tego obrazu!

Wciągam głęboko zimne ostre powietrze i czuję łączność z miejscem, którego jestem na tę chwilę nie tylko gościem. 

Wiem, że ta ulotna chwila minie, ale ja chciałabym ją zapamiętać na długo! Na zawsze, bo pewnie już tutaj nie wrócę..

Podobna myśl naszła mnie w Denali, gdy wypatrywaliśmy najwyższej góry w USA, McKinley ( wymiennie zwanej Mount Denali, wys. 20 310 stóp czyli 6190.48 metrów) . Mieliśmy szczęście, że udało nam się “złapać” dzień, gdy widoczność była na tyle dobra, iż w bardzo dalekiej perspektywie – za linią drzew, skał, dalej szczytów gór, chmur.. wreszcie gdzieś w dalekim zarysie ukazała się “BIG MOUNTAIN” …jak jeszcze jedna biała ledwie widoczna chmura.

BIG MOUNTAIN – Mount McKinley or Denali wys. 20 310 stóp

Gdyby nie nasz przewodnik i jego precyzyjny opis, nie jestem pewna czy sami potrafiliśmy dostrzec ten szczyt. Trudno zwykłemu turyście uwierzyć, że widzi czubek wielkiej góry z odległości ponoć ok. 85 mil (czyli ok. 137 km), jeśli wierzyć naszemu przewodnikowi. Góra przypomina raczej puszystą watę cukrową delikatnie zarysowaną za wieloma pasmami innych kolorów i kształtów.. Ale wiem, że ci którzy nam o tym opowiadali byli profesjonalistami i entuzjastami tej ziemi i zjawisk tam zachodzących. Nie można im nie wierzyć!  Czuło się, że znają tę część świata, opowiadają o niej z wielką pasją i szacunkiem dla tej ziemi. 

Pierwszego wieczoru w Anchorage, słońce świecące o 10.45 wieczorem bardzo mnie zaskoczyło, choć przecież teoretycznie widziałam, ze tak właśnie tam jest o tej porze roku..

Człowiek, niemal zawsze, gdy stoi na szczycie góry, gdy poczuje siłę wiatru i wolności, doznaje uczucia swojej “małości” wobec sił natury. Wtedy ma wrażenie, że zbliżył się  do chmur, do nieba. I nieważne czy jesteśmy na Kasprowym Wierchu, czy na górze bez nazwy, na Machu Picchu czy na Mount Everest. Poczucie wielkości Świata, którego jesteśmy malutką, ale zarazem ważną  cząstką – jest niesamowite!! 

Mogłabym długo i kolorowo opowiadać o Alasce. O tym, co zaskoczyło mnie, że jest tam zwyczajne jak w wielu innych miejscach. I co ze zdziwieniem obserwowałam, że jest zupełnie inne np. słońce, które pięknie świeciło o 10.30 wieczorem. Przecież wiedziałam o tym – a jednak.. każdego wieczoru mnie zaskakiwało 🙂

Chciałabym zobaczyć prawdziwe zimowe życie na Alasce, chociaż wiem, że jego surowość już teraz w mojej wyobraźni mnie trochę przeraża. Taka zimowa, mroźna i skuta lodem Alaska na pewno nie jest tak łaskawa jak ta, którą poznałam na naszej wyprawie. 

O Alasce można snuć opowieści w nieskończoność i na różne sposoby. Ja wybrałam taki – o Oceanie z lodowcami i szumie fal. O wybuchu wiosny w Denali Parku i o wielkiej McKinley Mountain vel Denali. O tym, co poczułam, będąc na krótko cząstką ogromnej ALASKI.  

Jestem wdzięczna życiu, że Alaska zbliżyła się do mnie na wyciągnięcie ręki. Nie pozostała tylko obrazkiem z pamięci dzieciństwa. Choć troszkę pozwoliła mi spojrzeć na swoje lodowce, morskie przestrzenie, zielone potężne lasy i i na “WIELKĄ GÓRĘ”.

Mam dużo szczęścia w życiu. Jestem małym, wędrującym szczęśliwym punkcikiem!  


B A C K

O tym jak gotuję, gdy nie jest to mój życiowy “konik”

24 czerwca 2024

Tego jeszcze nie było! Różne tematy przychodzą mi do głowy – zależnie od nastroju, nagłych i niespodziewanych myśli, okazjonalnych wydarzeń, ważnych dla mnie dat itd.  Zawsze uważałam, że nie nadaję się do prowadzenia bloga o jednym “głównodowodzącym” wątku, bo lubię zmienność, różnorodność i nigdy nie potrafiłabym poukładać się w jednym temacie i rozwijać go konsekwentnie. 

Zaglądam często do innych blogów, lubię podczytywać co inni mają do powiedzenia, jak organizują swoje wpisy. Jestem pełna podziwu dla tych, którzy prowadzą tzw. „blogi tematyczne” np. modowe, kulinarne, podróżnicze, motoryzacyjne, polityczne (uff..) sportowe i wiele podobnych.  Trzeba mieć ogromną wiedzę, chcieć i umieć się nią dzielić, być skrupulatnym, zorganizowanym. 

Ja jestem jak.. wichura! Raz powieję wspomnieniem, drugi raz skojarzeniami odległych obrazów z życia, ale takimi, które w mojej głowie wydają mi się bardzo bliskie i mają wspólny mianownik. Jeszcze innym razem to uczucia biorą górę i czuję, że muszę się nimi podzielić.  Nic nie jest stałe, jednakowe w moich blogach. No, może wartości rodzinne, ludzkie i mimo wszystko, chyba optymizm życiowy. 

A to wstępne gadanie to dlatego, bo dziś zamierzam napisać parę słów o czymś, czego z zasady za bardzo NIE lubię. Rzecz będzie o codziennym gotowaniu, czyli zwykłej koniecznej czynności, którą jak prawie każda normalna kobieta “uprawiam” każdego dnia. Hmm, prawie każdego. Na szczęście zdarzają się dni, gdy jadamy w restauracjach, na przyjęciach, na wakacjach, gdy nie trzeba samemu gotować. Są dni, gdy ktoś dla nas gotuje, a nie my komuś. Wreszcie jest (przynajmniej u mnie w domu) dużo dni, gdy mam tak zwany “leftover” czyli pozostałości z poprzedniego obiadu, wystarczy dołożyć małą sałatę i już jest nowy obiad 😀

I żeby było jasne – nie mam “dwóch lewych rąk” do gotowania czy pieczenia, nie uciekam z kuchni, bo jej nie znoszę. Po prostu – gotowanie nie jest moją preferencją życiową. Gdy któregoś dnia jestem sama, nie wysilam się się kulinarnie, zjadam coś małego najprostszego, najłatwiejszego. 

Ale ponieważ zawsze gotowałam dla rodziny, teraz od wielu lat dla męża ( na szczęście lubiącego wszystko i nie marudzącego!), to starałam się, żeby posiłki były dobre, różnorodne i ładnie podane. A gdy zapraszamy gości, wtedy dostaję przypływu energii i gotuję z dużo większym entuzjazmem i rozmachem. 

Co nie znaczy, że są to potrawy wymyślne i trudne i że poświęcam im dużo czasu. 

TO DZIAŁA!! Nawet mój mąż nauczył się dekoracyjnego podawania małego śniadanka- kawa z literką M z cynamonu i kanapka z plastrami pomidorków 😀

Lubię dobre jedzenie i lubię jedzenie podane ładnie. Ten mój wrodzony estetyzm (😂) mnie ratuje. Dawno nauczyłam się, że gdy najprostszą kanapkę podam w wyszukany, ciekawy i wizualnie ładny sposób, to na pewno zrobi wrażenie. I już “wzrokowo” smakuje lepiej!

Mam własne opracowane przez życiowe doświadczenia zasady. 

Ponieważ wiem, że wieloletnie obserwacje, słuchanie i branie udziału we wspólnym gotowaniu z moimi koleżankami, które są o niebo lepsze ode mnie w tym fachu, nie nauczyło mnie doskonałości w kuchni ani też cierpliwości w podejściu do przepisów. 

Wypracowałam sobie inne sposoby gotowania. 

Małe śniadanko dla dwojga

Po pierwsze – łatwe, proste, bez przepisu, który wymaga dokładności w zestawianiu składników. 

Doszłam w tym do takiej perfekcji, że pewnie każdy szanujący się  kucharz dostałby zawału, gdyby zobaczył, co ja robię w kuchni 🙂  Otóż – otwieram lodówkę, wyciągam kawałek mięsa (ryby), patrzę na półki z jarzynami, dorzucam co mam i zaczynam… kombinować 🤗

Bez przepisu, bez proporcji ilościowych. I tu przyznaję, z niezłym doświadczeniem życiowo-kuchennym – opiekam mięso albo rybę. Dokładam jarzyny, dodaję przyprawy (też na “czuja”) czasem dodaję sosu. Obkładam małymi ziemniaczkami. Albo kaszą (różnymi rodzajami), dziwnymi makaronami .  

Posypuję zieleniną i zawsze wychodzi całkiem dobre. 

Wigilijny barszcz czerwony z „uszkami”

Z latami, zwłaszcza po przyjeździe do Stanów zmieniło się moje menu. Rozrosły się rodzaje mięs, zwiększyła się znacznie ilość ryb, moja wiedza o jarzynach, przyprawach itd. Wiadomo – to co jedliśmy i gotowaliśmy 50 lat temu w Polsce, to inna kuchnia i kompletnie inna baza zarówno produktów jak i wiedzy o jedzeniu.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zaprzestaliśmy całkowicie gotowania i jedzenia polskich potraw. Kto nie lubi poczciwych pierogów czy naleśników? Albo żurku czy barszczu czerwonego? 

 Ja na przykład uwielbiam polskiego tatara i nigdy sobie go nie odpuszczam, gdy przyjeżdżam do Polski. Ale też nigdy nie robię go sama.  

Lubię gotować nowości podpatrzone na stołach u znajomych, w restauracjach, ale nie sięgam do szczegółów przepisów.  Nawet jeśli coś podczytuję, sprawdzam, to raczej potem improwizuję. Lubię bawić się tym, co robię. I na pewno nie dotknę niczego, co trzeba gotować bardzo długo. Nie mam cierpliwości. Wiem, że pewne potrawy są tylko dlatego tak dobre w smaku, że wymagają wielu godzin powolnego  pieczenia, trzymania idealnie dobranej temperatury, cierpliwości. A to już cechy bardzo dobrego kucharza! A nie kobiety bez cierpliwości do garnka.

 Ja lubię fantazję w kuchni i kolor na stole. 

Lubię też potrawy z grilla i choć ludziom wydają się pozornie proste, nie zawsze tak jest. 

Zazwyczaj grillowanie wychodzi mi dobrze ale.. Bywało różnie. Czasem mała chwila nieuwagi a już coś przypieczone nie tak. No i ważne jest często  przygotowanie zalewy, przypraw, czasu w jakim surowce trzyma się przed grillowaniem.  

Zapewne inni potrafią wyczarować na grillu cuda, o których ja nawet nie mam pojęcia. Moje potrawy są zwyczajne. Dobre mięso wcześniej trzymane w przyprawach. Jarzyny lekko posypane dobrą przyprawą, ryba w folii. Grill w połączeniu z tym, co powyżej gwarantuje ten specjalny zapach, smak i  soczystość, świeżość i  szybkość gotowania. Byle bym nie oddalała się od grilla… 

Bo niestety, moja uwaga nie umie być w tej kwestii podzielna. Pilnuję,  patrzę i..jest szansa, że nie przeoczę momentu: za długo – za krótko 🙂. 

Lubię wszelkiego rodzaju kaszy, couscous, ryże kolorowe-smakowe, przyprawiane na ostro z dodatkiem jarzyn itd. Eksperymentuję – niekoniecznie do końca … wiem co robię. Ale – udaje się 😀

Więcej problemów mam z sosami. Nie bardzo umiem dobierać właściwą ich konsystencję, kolor. Z tym mam trochę problemów i często jest to bardzo przypadkowy wytwór. 

Zapamiętałam taki “smak” z akademickiego życia.  Mieliśmy na studiach chyba na trzecim roku taką parę, która niemal od zawsze była razem. Byli idealni! Wcale nie piękni, ani nie z tych słodkich, pijących sobie “z dziubków”. Za to zawsze mieli świetne poczucie humoru, razem chodzili na każde zajęcia, dużo dyskutowali, całkiem zawzięcie  i wcale nierzadko nie zgadzali się w swoich literackich przyszło-zawodowych wnioskach i poglądach.  No i – uwielbiali razem gotować!! 

To nie te same kluski śląskie moich akademikowych przyjaciół, ale bardzo PODOBNE!!! Były znakomite!

Pewnego razu zrobili i ugotowali nam ( całej naszej akademikowej grupie!) kluski śląskie. Nie wiem czy ktoś pamięta, zna cudo dla podniebienia. Takie ładne okrągłe bardzo kształtne kluski z dziurką. Po ugotowaniu były bardzo mięciutkie, pyszne!!  Ale to jeszcze nic. Tą “kropeczką nad i” był ich sos.!!! Nie mam pojęcia jak on to robił (bo to ON) i z czego, ale sos był znakomity. Na pewno był na bazie wywaru wołowego, miał cudowny bardzo ciemno-brązowy kolor, zawiesistą konsystencję, ale nie za gęstą, o niesłychanym aromacie świeżości i smaku wypieczonego mięsiwa, choć mięsa w nim nie było (albo ja nie pamiętam) 🙂  Boże! Ależ ten sos był dobry!! Nigdy później już takiego nie jadłam!!  A jak potem dodali do tego “Modro kapuste” czyli sałatkę z czerwonej kapusty w stylu śląskim, to chociaż ja nie Ślązaczka, ale przyznaję, że to jedno z najlepszych dań owych czasów, jakie jadłam i zapamiętałam do dzisiaj. 

O gotowaniu niewiele wtedy wiedziałam, choć entuzjazm się budził we mnie jak wszystko w młodości. Po restauracjach zbyt często nie biegaliśmy, ale gotowaliśmy akademickie obiadki na długie wieczorne rozmowy czy brydżowe rozgrywki. Albo po prostu – zakąski do wódeczki. Zawsze coś tam dobrego było. 

Moja przyjaciółka i sąsiadka akademikowa, Łucja, ciągle piekła jakieś pyszne ciasta! U mnie też rodziły się już coraz większe ambicje. Szarlotki, placek ze śliwkami, z rabarbarem, babka z kakao, czy nasze kruche ciasto przekładane zwane popularnie “akademikowo” “PSI-PSI”  – oto kilka z tych najpopularniejszych, bez których niedziela uznawana była za zmarnowaną :).  Potem zaczęliśmy wymyślać bardziej skomplikowane słodkości kulinarno-domowe jak bezy piankowe, ptysie, pierniki.. 

 I – to wszystko umiałam zrobić. I chciało mi się piec! W każdą sobotę/niedzielę, niemal jak pójście do kościoła – ciasto jakieś musiało być. O kupnym mówiło się “fee..”  Co najwyżej podawało się czekoladowe pierniczki dla dzieci.  Ale my dorośli – dla siebie i dla swoich gości musieliśmy mieć ciasto własnej roboty. 

A potem przyjechałam do Stanów i zrozumiałam jaki rozmach może mieć “życie kulinarne”. Trzeba czasu, wiedzy, podglądania, smakowania i długiej orientacji no i .. pieniędzy, że choć trochę pojąć, co to znaczy – kierować się w smakowaniu (nie mówię o gotowaniu!!)  jedzenia. Wybór, jaki oferuje się tutaj jest tak wielki, że potrzeba lat, by sobie wyrobić podniebienie na smaki tak liczne i tak różnorodne.

No i wtedy pojawiają się w przeciętnej osobie urzędującej w kuchni dwie bardzo logiczne sprzeczności.  Jedna to taka, że fascynuje cię wszystko, co wiąże się z jedzeniem, gotowaniem, różnorodnością smaków, tradycji kulinarnych, dostępu i możliwości dotarcia do wszystkiego, co potrzebne ci do tworzenia cudów kulinarnych…. I wtedy pojawia się nowa pasja, realizują się nowe marzenia, próbujesz, fascynujesz się, uwielbiasz i stajesz się – Mistrzem/ Mistrzynią swojej kuchni! I obojętnie czy to tylko robisz dla siebie, swojej rodziny i przyjaciół. Czy może staje się to twoją zawodową pasją. A może interesujesz się kuchniami Świata czysto teoretycznie i wybierasz poszukiwania nowości, pisanie o nich, smakowanie, polecanie innym. A może konkursy, wielkie gale, uroczystości kulinarne dla innych.. Przecież  jest setki możliwości, zależy tylko od ciebie! Czego ty chcesz, co cię pasjonuje i co lubisz. No i co masz odwagę spróbować, jak chcesz się sprawdzić. 

Makaron z crow-fish sosem i jarzynami wychodzi mi bardzo dobrze!

I druga opcja – ta moja. Uwielbiam jeść, zachwycam się możliwościami gotowania, rodzajami kuchni Świata, podziwiam tych, którzy je tworzą – ale w pierwszych szeregach to ja na pewno nie pomaszeruję w tej branży..😂

Wszystko to olśniewało mnie przez kilka pierwszych lat. Po 10-15 lat zaczęłam rozsądnie wybierać co lubię. Co będę jadała tylko w restauracjach,  a co  chętnie spróbuję ugotować w domu. Takie samo nie będzie, ale może coś podobnego wyjdzie.

Z góry wiedziałam, że żadne meksykańskie w moich rękach nie stanie się meksykańskie, że chińskie to raczej nie, ale tajskie bardzo chętnie. Ale też zdecydowanie lepiej jak przygotowują to  “znawcy tematu” 

Sałatki, nawet te najszybsze i najprostsze zawsze się sprawdzają.

 Natomiast włoskie, wszelkie “seafood” całkiem całkiem nadają się na moje “podróbki”. Pomysły i ciągłe innowacje wychodzą mi bardzo dobrze i nigdy mnie nie zawiodły. 

Sałatki, sałaty – też nieźle. Może być. 

Tradycji polskich świątecznych trzymam się mocno. Bardzo chcę, by dzieci i wnuki zapamiętały kilka z nich ze swojego dzieciństwa. Czy będą je kiedyś umiały zrobić – nie wiem. Ale wiem, że będą umiały je nazwać i mam nadzieję, że będą pamiętały ich smak. 

Wciąż więc robię barszcz czerwony z uszkami ( uszka, niestety “podrabiane” ze sklepu 😉) jest ryba smażona i po grecku, kutię, kapustę z grzybami… Z grzybami to w ogóle dużo więcej potraw. 

Śledzie w śmietanie pokryte cebulką, posiekanymi kwaśnymi jabłkami i zieleniną. Pychota!!

Moim popisowym daniem – dziwnym dla Amerykanów, ale lubianym przez mojego zięcia – są śledzie. Robię je w śmietanie z jabłkami i cebulką. A drugie w oleju “pod kołderką”  jarzynek: cebulka, czerwona papryka, kiszone ogórki, marynowane grzybki… bardzo po polsku. Wychodzą znakomite. 

Potem to świąteczne jedzenie, już zazwyczaj we dwójkę z mężem jemy niemal przez cały tydzień łącznie z pierogami, bo wszyscy się rozjeżdżają. Ale ja nie narzekam, bo nie muszę nic gotować przez kilka dni, chyba że mi się zachce coś innego.  A, jeszcze mój Syn lubi zabrać sobie trochę polskiego świątecznego jedzenia, bo tylko on jeden zjada je w swojej rodzinie. Wspomaga więc nas przed wyrzucaniem dobroci do śmieci, czego zresztą NIGDY NIE ROBIĘ !  

Gotuję jeszcze wielkanocny żurek z białą kiełbasą i piekę mazurki. Teraz już właściwie ograniczam się tylko do najbardziej ulubionego pomarańczowego na kruchym spodzie i czasem kilku mini- o innych smakach.  Wszystko po to, by tradycji stało się zadość. 

Ale tak naprawdę prawie nie gotuję polskich potraw albo bardzo rzadko. 

Co nie znaczy, że jak ktoś ugotuje pyszny bigos, to choć wiem, że mój żołądek się buntuje😞 i tak zjem z największą  przyjemnością!  

Oczywistym jest, że przygotowywanie posiłków jest częścią normalnego funkcjonowania życia i nie uważam tego za nieszczęście ani za przykry obowiązek. Mam wiele momentów, kiedy nawet sprawia mi to przyjemność. Na przykład poranną kawę robię z wielką radochą i każdy jej nowy wariant jest dla mnie wyzwaniem i zabawą 🙂

Ale – nie mam w sobie przesadnej miłości do kuchni. Co więcej – nie opowiadam ( bo nie lubię i nie umiem) o tym, co i jak ugotowałam. Gdy ktoś mnie pyta o to, co właśnie podałam na stół, raczej upraszczam i “spłycam” moją wersję wkładu pracy, nie traktuję tego jak cudu kuchennego, a mnie jako twórcy etc.  Nie widzę siebie jako wirtuoza kulinarnego. 

 Owszem – bardzo się cieszę, że to co podaję moim współbiesiadnikom jest zjadliwe i że im smakuje, ale nie pretenduję do kogoś – więcej niż naprawdę jestem. 

Nie udaję – a uwierzcie mi, że słowami można dobrze “doprawić” potrawy  😀

I wielu ludzi tak robi. Czasem .. aż trudno tego słuchać… Dużo lepiej po prostu potrawy spróbować i posmakować. 

To właśnie efekt kulinarny mojej przyjaciółki… która w ogóle NIE umie gotować! Jak wam kiedyś tak powie, to NIE wierzcie jej ani przez sekundę! po prostu – też ma swój styl w kuchni!! 😂😂

Bywa też odwrotnie! Znam takie osoby, które ciągle mówią, że NIC nie umieją gotować i “że będziemy jeść jedno danie z jednego garnka i że będzie byle jakie..”

Jeden garnek – „jedna potrawa!”

No i jest z jednego garnka a czasem z dwóch!:)  – tyle, że są znakomite, pachnie pysznie wysmażone mięsko z mocnym sosem i wszystkim bardzo smakuje!! Ryba – też pychota!

 Hhmm… każdy ma swój styl- w kuchni też. 

Nie trzeba być geniuszem kulinarnym, by sobie dawać radę we własnych garnkach. Ale też nie będę ukrywać, że PODZIWIAM kulinarny kunszt kilku moich koleżanek ( i kolegów), chęć próbowania coraz to nowych przepisów i nowych potraw z różnych krajów. Piękne ich serwowanie na stół. Uwielbiam takie nowości i bardzo chciałabym taką być.. ale nie jestem 😀😀

Znalezione w sieci:
A to już dla poprawienia humoru- dla wszystkich co czasem „im się w kuchni NIE UDAJE..”

 Za to mam inne hobby, ulubione działania i trochę zalet, które z kolei zapewne innych niezbyt „rajcują”.

Czyli – wszystko na swoim miejscu. Każdy ma to co chce, lubi, potrafi. I tak powinno być!

I gdyby zawsze i do końca tak było – świat byłby piękny, a życie niezachwianie radosne. 

„Twór kuchenny”- znaleziony w sieci 🤣🤣

Ale – bywa różnie. 

Gotuję, choć to nie mój „ konik”, bo tak już jest, że nie wszystko co robimy idealnie do nas „przylega”. 

Ale i tak jest częścią naszego „ JA”.   Bo każde JA to skomplikowany Twór stąpający po Ziemi. I po kuchni też 😂.


BACK

Czy przyjaźnie gasną? a może nie.. 

3 czerwca 2024 

Kiedyś w harcerstwie, przy wieczornym ognisku, śpiewałam i wierzyłam…”Nie zgaśnie tej przyjaźni blask..” 

Nic w tym złego. To była piękna przyjaźń. Blask młodości, szczerości. Moc i energia. Wszystko, co nas otaczało było prawdziwe. I młode. Trwało przez miesiące i  lata. 

Ninuś- ta przyjaźń to klasyczny obraz : od ławki szkolnej przez góry doliny zycia po dziś dzień – niestety na odległość… Ale nadal blisko, ciepło i z otwartym dla siebie sercem w każdym momencie

Były wspólne cele, kochałyśmy tych samych chłopców, a chłopcy te same dziewczyny.  Kręciliśmy się wokół się siebie niemal każdego dnia. Było tak dobrze, że nikt nie wyobrażał sobie, że może być inaczej. 

Tak właśnie wygląda szczęśliwa młodość!!  Wystarczyło ktoś, kto patrzył na świat podobnie jak ja. Mogliśmy gadać ze sobą całymi godzinami i zawsze mieliśmy wspólne tematy. Śmiać się z byle jakiego powodu. I myśleć, że to się nigdy nie zmieni! 

 Bo dlaczego miałoby się zmienić ?  Było nam tak dobrze razem. Tak świetnie się rozumieliśmy…

Było nas cztery. Było fajnie. Ale ta jedna – najważniejsza..😀

O, nie! Stop!! Nie tak idealnie! Przyjaciółka musiała być ta JEDNA, jedyna!  Trójkąty, a nawet czworokąty, to już było nie to..  Mogło być miło, wesoło. Ale ta jedna musiała być naprawdę MOJA – przyjaciółka. Taka “mała zazdrość”, która jednak miała wtedy DUŻE znaczenie. Bo uczucia w życiu nastolatków są buzujące i wcale niełatwe do pokonania w sercu i ułożeniu ich w głowie. 

To był czas łez, złości, zazdrości, niemocy, rozmów od serca, uścisków i…przykrych słów, których potem długo żałowało się, że wypowiedziało się je głośno.

Dziś, gdy patrzymy na swój długi życiorys – wszystko staje się bardziej jasne i zrozumiałe.  

Po latach szkoły, które zbyt szybko minęły, przyszedł czas studiów i świat wirował w zupełnie innym rytmie. 

Mnie własnie tak zawirował.  Zwariował nagle i niespodziewanie!  Niby- ten sam chłopak, ta sama miłość… A pierwszy “kop w tyłek” – jako jedyna z grupy harcersko-przyjacielskiej nie dostałam się na studia za pierwszym razem. 

I mówcie co chcecie, ale… nagle stałam się wyobcowana, inna. Moi przyjaciele, moja przyjaciółka SĄ studentami! Ja – nie.. Ta inność odpycha. Może nawet jeśli nie w ich głowach, to na pewno w mojej. Pierwsze niepowodzenie życiowe, pech. Wtedy to było dla mnie  – nieszczęście i wstyd. Niby wokół pełno rówieśników, którzy nie dostali się na studia, ale co to mnie obchodziło! Mnie dotknęło tylko to, że ja się nie dostałam, a oni TAK. Bolało.  I od tego czasu bolało już każde niepowodzenie coraz mocniej. 

Bo tak się to wszystko razem złożyło, że wraz z  faktem niedostania się na studia, posypały się niektóre koleżeńskie i przyjacielskie drogi, jak na szachownicy przekładały się nasze układy. 

Miałam chłopaka i poważne plany. Ślub w tych planach. To jakoś balansowało moje „zrozpaczone” uczucia. Po roku, za drugim podejściem dostałam się na studia. Polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Moje marzenie. Spotkałam nowych ludzi, głównie dziewczyny. Ale był jeden facet, zrobił na mnie duże wrażenie. Zaprzyjaźniliśmy się. Wszyscy byli mili, ciekawi. Czas mijał i młodzieńcze „tragedie” też 😀.

Szybko  zgraliśmy się jako  grupa, nie tylko na zajęciach. To był tylko pierwszy rok studiów, a my włóczyliśmy się często i dużo razem. W Krakowie zresztą nie było to trudne… 

 Cywilny (pierwszy – bo ten drugi, kościelny był później we wrześniu)) ślub wzięliśmy w maju (17-go), na który ( o ironio losu!) przybyła cała moja grupa polonistyczna z I roku !!😀 a nie dawni wieloletni przyjaciele harcerscy… Ale – przed tymi najbliższymi nie ukryliśmy tego faktu, choć ogólnie do września miala być to tajemnica…   

Teresa- właściwie to przyjaciółka mojego męża z czasów studiów w Krakowie. A potem.. spotkaliśmy się na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu i tak przyjaźń trwa do dzisiaj!

Zaraz po 1-szym roku wyjechaliśmy do Katowic/Sosnowca, gdzie znów otoczyła mnie kolejna, nowa grupa ludzi. 

Tak zaczęła się nowa era przyjaźni. 

Nowe środowisko. Ludzie pracujący na uczelni. Asystenci, profesorowie. Starsi i młodsi.  A ja wciąż studentka i młodziutka żona, zagubiona w obcym, nieznanym mi mieście.  Tak niepodobnym do mojego kochanego Krakowa. Do Rynku Krakowskiego i miejsc, które na każdym kroku nie przypominały mojego domu. 

Łucja- przyjaźń „akademikowa”. Przeszła wszystkie etapy – beztroskie i trudne. Rozsypała się na trochę, poprzestawiała „pionki osobowe” a jednak trwa już 1975 r…

Boże! Jak ja cierpiałam!  Bardzo powoli ( ja, taka otwarta i łatwo zawierająca znajomości..) wchodziłam w nowe koneksje koleżeńskie, choć wszyscy byli mili i nie pamiętam wielkich zgrzytów. Podobnie znajomi mojego męża, który zaczął pracować na Uniwersytecie Śląskim jako asystent na wydziale Filologii Rosyjskiej. Pracy i zajęć było dużo. Ludzi wokół również. Łatwo było wplątać się w życie towarzyskie. 

Krążyliśmy po akademikach, szukaliśmy swojego miejsca do życia.. 

 Nie będę o tym pisać kolejny raz. Już gdzieś o tym wspominałam. 

Chcę tylko powiedzieć, że im bardziej ciężko, tym więcej ludzie zbliżają się do ciebie. A młodość ma to w sobie, że ludzie nawzajem potrzebują podpory, dobrych słów i wzajemnego wspomagania  – szło nam więc łatwo i przyjaźnie zawiązywały się szybko.  

Te przyjaźnie, to już nie były takie same związki jak z czasów szkolnych. Miały charakter bardziej otwarty, dojrzały. Oczekiwaliśmy od siebie innej pomocy i zrozumienia. Niemal każdy z nas był już w osobistym związku i rozumieliśmy, że przyjaźń, to nie uczucie “ na wyłączność”  

Dużo było w nas ironii, sarkazmu, zabawy, a jednak na tych właśnie elementach budował się silny związek emocjonalny. Dużo później, uwikłani w “Solidarność”, gdy dotknął nas wszystkich stan wojenny potrafiliśmy sobie wzajemnie pomagać mądrze w tych trudnych momentach.  

Po 16 latach , w 1990 roku wyjechaliśmy do Stanów. Nasze kontakty z ludźmi były różne. Jak to w życiu. Jedne rozmyły się całkowicie. Inne jeszcze trwały przez lata ale osłabły, drogi rozeszły się, każdy z nas poszedł w swoją stronę. Niektórzy już odeszli na zawsze. Ale nie z naszej pamięci… 

Z Aniołami (tu Ania) znamy się ” od wieków” – właściwie mój mąż jeszcze dłużej niż ja.. To do naszej czwórki tak bardzo pasują słowa piosenki Grechuty !!

Są i tacy, z którymi wciąż jesteśmy blisko. Zawsze chce nam się opowiedzieć, co nowego u nas. Co u nich – u dzieci, u wnuków. Gdzie jadą na wakacje, jaka dziś pogoda, jaką książkę czytają.. Co zakwitło w ogródku i czy uda nam się zobaczyć w tym roku?…

Chciałoby się powiedzieć słowami piosenki  Grechuty: : Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie..”  Tak, to jest przyjaźń. A może jest i ziarenko ludzkiej dobrej miłości, która zostaje z najlepszych lat długo długo trwającej przyjaźni. Nic  w tym dziwnego. Ludzkie dobro..

Mijamy w swym życiu niezliczoną ilość osób.  Niektórych w ogóle nie zauważamy.  Inne są z nami związane na  chwilę, szkolnie, służbowo, łączy nas jedna, kilka rozmów – miłych, ale nic nie znaczących, choć dla danej chwili ważnych. Na szlaku naszego życia zaznaczają się osoby, które zapamiętujemy, ale z kolei one nie zapamiętują nas, bowiem relacje ludzkie nie są równoważne.  

Musi naprawdę dużo się wydarzyć pomiędzy ludźmi, żebyśmy siebie wzajemnie i jednakowo zapamiętali. By nasze uczucia były podobne. By po latach chcieć ze sobą wciąż utrzymywać kontakty.

 Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele wspólnego wypracowaliśmy przez minione lata.  Życie nas rozdzieliło na wiele lat, nie mieliśmy  okazji spotkać się, nawet nie myśleliśmy o sobie. . . 

Przyjaźń z Córką ma inny wymiar. Często trudny i nierówny ale bezcenny.!! Uczymy się jej nawzajem każdego dnia.

Więc skąd i jak zachowuje się więź??  Istnieje coś, czego człowiek nie jest w stanie czasami określić, nazwać, pojąć.  Coś, co najprawdopodobniej wydarzyło się w jakimś ważnym wspólnym momencie, co nas scaliło i związało. 

I to jest w nas – prawdopodobnie ważne dla nas obojga. Przez lata przygasa, tli się małym płomyczkiem. Zapominamy, nie czujemy.  Aż obojętnie kiedy i w jakich okolicznościach – pojawi się, by przypomnieć nam, że mamy coś wspólnego.  I że nić zawiązana kiedyś nie przerwała się na zawsze…

Przyjaźnie minione bezpowrotnie też są ważne. Na pewnym etapie życia były wartościowe, potrzebne. Uzupełniały nasze potrzeby emocjonalne i  stanowiły istotną część tamtych chwil. Niezależnie z jakich przyczyn się skończyły, rozluźniły, zniknęły – były “ cegiełką” budującą nas. 

Dużo już przeżyłam i wiem doskonale, że bywają także przyjaźnie toksyczne. Takie, które niszczą się wzajemnie. Albo niszczą tylko jedną stronę.  I tak bywa. O przykładach nie będę mówić, bo  są bolesne. Ale musiały się wydarzyć, bo takie też uczą, doświadczają nas i pozwalają docenić te dobre, pozytywne i piękne przyjaźnie.  

 Musi być czasem źle, żeby  było lepiej i byśmy umieli docenić dobro. 

Nie ma lepszego nauczyciela jak życie. Doświadczenia, które  zdobywamy „ na własnej skórze” są najlepszym źródłem wiedzy. A że czasem boli tyłek, gdy spadamy całą siłą na niego.. Cóż, spadanie z wysokości nie jest przyjemne… 

Kiedy dorośliśmy przyjaźń nabrała smaku dojrzałego owocu. 

Trzeba z niej czerpać smak i soki, ile się da! Nie czekajmy na układy, na lepsze momenty, na wygodniejsze sposoby. 

Od wielu lat trzymamy się razem. Blisko i trochę dalej. Żyjemy razem i obok. Połączyło nas wiele dobrego. I dużo trudnego. Wszystkie te więzy, to doświadczenia ważne i znaczące w naszym życiu.

Nasza „babska brydżowa” tradycja trwa już ponad dwie dekady- to nasza terapia, relaks, fun. Uwielbiamy!!!

Nie rozważajmy, że kiedyś coś może nam się nie udało.. Młodzieńcze przyjaźnie przeminęły albo stały się solidne i twarde jak skała.  Te dorosłe, sprawdzone, dojrzałe trwają od lat. Są spokojniejsze, mniej wrażliwe na burze, mniej zachłanne. Za to opierają się niejednemu życiowemu zachwianiu…

Czasem waham się czy każdą osobę w minionym etapie mojego życia powinnam nazywać przyjacielem czy tylko kolegą. Przyjaciółką?… I myślę – jak wartościowy związek nas łączył?  

Bo jeśli przyjaźń, to dlaczego odeszła, rozmyła się w czasie, przestrzeni? .. Nie przetrwała próby czasu, choć była nam wtedy tak potrzebna. Taka ważna. Losy ludzkich uczuć są pogmatwane…

Od przyjazdu do Houston – różne chwile. Różne przeżycia. 34 lata..

Dziś już rozumiem, że wtedy czułam inaczej. Wtedy potrzebowałam od przyjaciółki czegoś innego niż dzisiaj. Choć przyjaźń wydaje się mieć jedne zasady, to tak naprawdę wcale tak nie jest.  Nic nie jest wieczne. Nic nie jest nam dane na zawsze. My  ludzie biegnąc w życiu w różne strony zmieniamy nie tylko warianty życia i nasze potrzeby. Także partnerów, współpracowników, zakładamy rodziny. Także zmieniają się nasze priorytety, do których między innymi należą… przyjaźnie.   To instynkt obustronny. To przyciąganie, to “chemia”. Podobnie jak w miłości. Przyjaźń i miłość są blisko. I często a właściwie zawsze są w parze.

To COŚ niezwykłego, co czyni związki międzyludzkie tak bardzo silne i bogate z bardzo różnych powodów.  

Było tak pięknie. Miało być na zawsze.. A życie urządziło nam inny los. Inny rodzaj przyjaźni 💔😟

Przyjaźnie gasną, a może tylko przygasają.  Przyjaźnie starzeją się. I odchodzą  w siną dal… I wreszcie – przyjaźnie łamią się, bo okazują się za słabe. Czasem są odrzucone, czują się niepotrzebne,  porzucone..  Oszukane. 

A czasem – umierają niechcący, ulegają bezsensownemu „wypadkowi”, uciekają nam jeszcze za życia, przestają nas potrzebować, rozumieć… bo i tak się zdarza. I niczyja w tym wina 😢

I nie myślcie, ze przyjaźnie to tylko dziewczęce, kobiece. Są przyjaźnie męskie – szorskie i twarde. Czasem nawet wydają się ironiczne i zabawne. Ale pracują na równie wspólnych „falach” jak nasze – kobiece. Są różne poglądy – ja uważam, że istnieją przyjaźnie między kobietą i mężczyzną. Miałam i takie doświadczenia w życiu i do dziś sobie cenię te wspomnienia.

Bo przyjaźń to Człowiek. I jak Człowiek – jest wrażliwa i delikatna. Silna i twarda. Odporna i  uparta. Bywa zła i smutna. Nie zawsze wytrzymuje próbę czasu i  trudności życiowych. 

Ta przyjaźń to coś wyjątkowego. Jesteśmy inne – a bliskie i..obok siebie

Zaglądnij głęboko do swojego serca, dobrze pomyśl i zastanów się zanim wypowiesz słowo “Przyjaciel” 

Dla mnie to ma duże znaczenie. Kolega, koleżanka to cała plejada bardzo dobrych, kochanych osób. Pojawiają się i znikają. Lubimy się, spędzamy ze sobą czas. Śmiejemy się i kłócimy. Pomagamy sobie w różnych trudnych momentach , wspieramy się albo po prostu – jesteśmy obok…

Przyjaciel, Przyjaciółka – zostawiam sobie i  każdemu z was puste miejsce ……….

Włóżcie słowa, uczucia, myśli – dla tych, którym “ przyjaźni blask nie zgasł” całkowicie.. 💖💕

**********************

Na podsumowanie tematu przyjaźni, która przez całe życie, od podwórka do ostatnich chwil emeryckiego życia jest nam potrzebna, a przecież zmienia się i dorośleje wraz z nami -przychodzi mi na myśl ostatnia sztuka Polskiego Teatru pt. „Chłopcy z naszej ulicy czyli okruchy z zycia mężczyzny” (2012 r). Pozwolę sobie przypomnieć finałową piosenkę. Kiedyś jeszcze powrócę do tematu teatralnego i „Chłopców z naszej ulicy..” a tu posłuchajcie jak jak „Okruchy” wspomnień z ulicy dzieciństwa łączą nas czasami aż do wieku seniora! Przyjaźń potrzebna jest w życiu wszystkim – dziewczynom i chłopakom, starszym panom i paniom też…😂


BACK

Ach, ten Maj!

19 maja 2024

Chciałoby się powiedzieć, że to takie banalne. Każdy lubi miesiąc Maj. Ma przecież tyle zalet, że nawet jeśli coś komuś zgrzytnęło w tym miesiącu, to pewnie mu wybaczył. 

Oczywiście ludzkie gusta są bardzo różne, więc na pewno znalazłabym i takich, którzy nie zgodzą się z zachwytami nad wyższością Maja wobec innych miesięcy.  

Acha – i żeby było jasne – mój Maj będę pisała z dużej litery, bo w tym wpisie będzie bohaterem moich wynurzeń. Niech będzie, że jest ważny, a nie tylko kalendarzowy, coroczny powtarzający się od wieków. 

Ten Maj będzie osobisty, ale też wspólny dla wszystkich, którzy chcą choćby kawałek mojego Maja polubić 😀.

Maj ma setki skojarzeń. Dla jednych emocjonalnych, dla innych estetycznych albo muzycznych. Jeszcze inni widzą w nim miesiąc patriotyczny czy religijny. No i tak można listę skojarzeń wydłużać… 

Dla mnie Maj to przede wszystkim obraz zielonej otchłani. Wybuchającej nagle z niesamowitą siłą. Świeża, zielona barwa. Zieleń liści, trawy, kiełkujących roślin w donicach i na trawnikach. Zieleń w górach, na łąkach i na balkonach w skrzynkach. Zieleń, jakiej nigdy potem już nie ma – choć zielono wokół jest aż do późnej jesieni. 

Nie wiem ilu ludzi zastanawia się nad odcieniami zieleni w naturze. Pewnie wielu. Ale równie dużo nawet tej różnorodności nie zauważa. 

I jest jeszcze COŚ w tej majowej zieleni – jej niepowtarzalny zapach!

Tak świeżo, tak “deszczowo” i młodo pachnie tylko majowa trawa, majowy ogród, majowa grządka.

W Houston ten proces dostrzegam trochę inaczej. Tu zieleń wybucha swym kolorem niemal w ciągu jednej nocy! I w kwietniu. Mówimy – „Była zima…. A wczoraj w nocy przyszła wiosna” 😂. To taki „BUCH” natychmiastowy. Każde drzewo pokrywa się setkami małych listków, które niemal w ciągu doby są już “dorosłej wielkości”.

Może dlatego ludzie nie przeżywają tak nawrotu wiosny jak w Polsce. Nie zwracają szczególnej uwagi na wkroczenie w nasze życie miesiąca Maja… A przecież w głębi serca na wiosnę, tę „Majową” czekamy wszyscy. Bo to nie tylko pora roku. To stan naszego ducha. 

Mój prawdziwy Maj przychodził w  Polsce. Miał swoje WIELKIE wejście, był ważny doceniany, oczekiwany  i witany radośnie. 

Ten hiacynt wyhodowałam kilka tygodni temu. Tu, w Houston. Tak – w doniczce.. ale za to pachniał tak samo pięknie.

Po długim okresie nagich drzew bez liści, pustej szarej ziemi zamiast trawników, każdego nowego dnia wypatrywałam maleńkich pączków zapowiadających pierwsze listki. 

Gdy mocniej przygrzało słońce, budziło się nowe życie. Czasem już w kwietniu, ale tak naprawdę w Maju uderzała fala zieleni i wszelkich kolorów kwiatów wiosennych. Tych pierwszych – malutkich, pojawiających sie na chwilę, ale ważnych, bo oczekiwanych jak na pierwsze dziecko w rodzinie. Najpierw zawilce, śnieżynki, krokusy, kaczeńce, pierwiosnki. A zaraz potem te coraz śmielsze – narcyzy, żonkile, tulipany, hiacynty… 

I dwa najpiękniejsze bukieciki na całym Krakowskim Rynku! – delikatne białe dzwoneczki postrzępione na krawędziach, zaplanowanym przez naturę pięknym wzorkiem – Konwalie. Osadzone na równie delikatnych gałązkach, ale za to liście mają silne i duże, jakby stworzone po to, by chronić pozornie słabowite kwiaty. I ten niepowtarzalny zapach.. 

Górne zdjęcie to fiołki na leśnej łące. Kiedyś udało mi sie takie zrobić. Dolne- to już zdjęcie z internetu. Ale – pamiętam takie bukieciki. Kiedyś takie dostawałam 27 dnia każdego miesiąca... ❤

I jeszcze Fiołki. Koniecznie te prawdziwe. Dzikie, maleńkie. Te najprawdziwsze z  fioletowych!!!  I pachnące najprawdziwszym fioletem!! Czy mnie rozumiecie? 🤔

 Widzę je „oczami” moich zmysłów, mojej pamięci z młodości. Czuję zmysłem zapachu, którego nigdy się nie zapomina. Nie tego sztucznego, ale tego, który zapamiętałam, gdy pierwszy wiosenny  bukiecik, prosto z pojemnika z wodą krakowskiej kwiaciarki, zbliżałam do nosa, by poczuć wszystkimi zmysłami ten jedyny niepowtarzalny “fioletowy” zapach. 

Nie ma NIC innego podobnego na świecie!  Zapachu naturalnych konwalii i fiołków nie da się powtórzyć !! Tylko natura potrafi nas tym obdarzyć.

Ja wiem, że wy to wiecie, a ja mówię o tym nie po raz pierwszy. Ale kolejny raz nie mogę powstrzymać się od wdychania majowego wspomnienia tamtych kwiatów.. 

Majowy ogród w Houston szaleje i kwitnie na potęgę. Choć u mnie głównie w donicach, to o tej porze już kolory niesamowite. Niestety- lipcowe- sierpniowe słońce spali je szybciej niż bym sobie tego życzyła.

Kiedy już jest pięknie na świecie, wiosennie, zielono, to witajcie w ogrodach, parkach, ogródkach. Na działkach, balkonach, na tarasach, na skrawkach najmniejszych posesji, gdzie można ułożyć skrzynki, postawić donice albo przynajmniej małe doniczki. Nasypać ziemi i posadzić kolorowe kwiaty, zielone rośliny, byle tylko zrobiło się radośnie wokół nas. 

I już można ustawić stół, krzesła z kolorowymi poduszkami, obok grill i koniecznie zaprosić gości.  Przyjaciół, rodzinę, wnuki. 

Czas na wspólne biesiadowanie. Zimne piwo, wino, szampan. I kiełbaski, mięsko pachnące. Jarzynki szybko usmażone, zdrowo przygotowane, bez tłuszczu i sosu. No może trochę.. Nie przesadzajmy, że zupełnie bez 😂. I desery lekkie, z owocami, galaretką, szarlotki z nowymi jabłkami, ciasto z rabarbarem. Co za marzenia dla podniebienia! 🙂

Świeże owoce, których pojawia się coraz więcej. Sery, dipy czyli inaczej może sosy?😂 I rozmowy, żarty, przekomarzania się, bo nic tak nie daje radości jak wspólne chwile przy ogrodowym stole. Albo wieczory przy ognisku, bo wreszcie ciepło i wystarczy tylko sweter czy koc na ramiona i można snuć rozmowy, marzenia, plany. 

Dzień Matki (Mother’s Day) 2024. Mamy w naszej rodzinie.

Ale przecież ludzie mają różne potrzeby. Nie wszyscy lubią duże towarzystwo, tłum wokół siebie. Wszyscy obchodzimy rodzinnie w mniejszym lub większym gronie Dzień Matki, w Polsce zawsze 26 maja, a w Stanach w drugą niedzielę tego miesiąca.

Mniej kojarzymy ten miesiąc  z tradycją katolickiej religii. Przecież to miesiąc poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa Majowe to jedne  z piękniejszych kościelnych tradycji. Odbywają się codziennie wieczorną porą, przez cały miesiąc. Muszę przyznać, że kiedy byłam dzieckiem we wczesnym wieku szkolnym, chodziłam na te nabożeństwa i jest to jeden z momentów kościelnych, które  wspominam z rozrzewnieniem. Lubiłam te wieczory. To nie były długie nabożeństwa. Kościół był mały, tuż obok mojego domu (przynajmniej ten który zapamiętałam). Tonął w kwiatach i pięknie pachniał wiosną. Każdego dnia stawiano świeże kwiaty. Nie pamiętam jakie pieśni były śpiewane, ale pamiętam, że podobały mi się.  Te msze (przepraszam, to były nabożeństwa, a to nie jest to samo!) były takie … lekkie w nastroju, miłe i wcale nie były ponure i smutne! 

Zdjęcia komunijne moich dzieci. Kasia – 1985 r. Jacek oczywiście też był w białym garniturku! rok 1988. Zdjęcie w górnym prawym rogu – to moje komunijne – rok 1962.

Pewnie niedługo w nich uczestniczyłam, bo później już ich nie pamiętam, ale do dziś kojarzą mi się z przyjemnymi wrażeniami kościelnymi. Także z majowym czasem pierwszych komunii, bielą sukienek małych dziewczynek i chłopców w białych garniturkach. Bo w Krakowie za moich czasów chłopcy chodzili do Pierwszej Komunii Świętej w białych garniturach. Gdy znalazł się jeden w garniturze granatowym, to.. czuł się jak niemal jak “czarna owca” 😂.

No i oczywiście, te wieczory, to były także spotkania towarzyskie, bo przecież do kościoła chodziliśmy koleżeńskimi grupami, więc tym bardziej wieczór po nabożeństwie, odprowadzanie się do domu kilka razy tam i z powrotem, należał do dodatkowych atrakcji majowych Nabożeństw Maryjnych.

W maju zaczynał się szał wycieczek sobotnio-niedzielnych. Ruszali wszyscy, w jakikolwiek sposób mogli. Pieszo, na rowerach, podmiejskimi pociągami. No i ci szczęściarze, którzy posiadali samochody i mogli planować nieco dłuższe trasy. Wokół Krakowa atrakcyjnych miejsc nie brakowało, począwszy od Lasu Wolskiego, poprzez Skałki Krakowskie, trasy nad Rudawą, do Kryspinowa nad jeziorko, nad Rabę do Myślenic, aż do Zakopanego, Poronina czy innych nieco dalszych ciekawych miejscowości. 

Kroiliśmy chleb na kanapki z żółtym serem i zwykłą kiełbasą. Albo z pomidorem i ogórkiem (to już był rarytas!)  Jakieś kruche ciasteczka, czasem mama upiekła placek, czasem bułeczki drożdżowe.  Herbata w termosie albo kompot (…. bboooo )🤔 😞.

I juz byliśmy gotowi na wyjazd. Byle daleko od miasta! 

Tym wyjazdom, wieczornym przechadzkom, randkom, długim rozmowom w parkach sprzyjało rozwijanie się nowych przyjaźni, pierwszych, drugich… miłości. Związków, które kiełkowały szybko, buzowały szaleństwem hormonów. Śluby majowe. Welony i piękne suknie. Krótkie mini, bo taka wtedy była moda.  

Muzyka majowych koncertów. Nie, nie takich głośnych i krzykliwych jak dzisiaj, chociaż nasi rodzice tak właśnie uważali. Mówili, że to niezrozumiałe słowa, że “dziwny jest ten świat”, że włosy za długie, że bez rytmu, bez melodii..

A my dziś tęsknimy i z rozrzewnieniem wracamy do tych starych piosenek. Do melodii najbardziej melodyjnych. Do słów, które wzruszają, poruszają. I wcale nie wydają się ostre, niezrozumiałe. Jak te dzisiaj – raperskie czy inne, za którymi młode pokolenie przepada. I rozumie je, tak samo jak my kiedyś te dawne, nasze, wtedy uwielbiane.

Tak to już jest – “Każdy ma swój właściwy czas”.  😀

Było takie popularne powiedzonko “majowy deszczyk”

I ten deszczyk miał być orzeźwiający drobny, ciepły. Zbawienny dla młodych roślinek i nowych pojawiających się kwiatów, owoców i warzyw. Ale z mojej młodości pamiętam dwie wielkie ulewy, które wbiły się mocno w moją pamięć, bo łączą się z ważnymi wydarzeniami w moim życiu. I pewnie nie tylko w moim.

Kiedyś, właśnie w maju – przez Polskę, Czechosłowację i NRD przejeżdżał każdego roku słynny kolarski WYŚCIG POKOJU. Wszyscy pasjonowaliśmy sie tym sportowym wydarzeniem. Trwał chyba około dwóch tygodni i co roku miał nieco inną trasę. Zawsze było to wielkie wydarzenie i zarówno wsie, miasteczka jak i duże miasta, gdzie w danym dniu kończył się kolejny etap, cała trasa przejazdu pełna była kibiców.. Nie pamiętam, który to był rok, ale na pewno byłam już w końcowej klasie podstawówki lub na początku liceum, jeden z etapów Wyścigu miał zakończenie w Krakowie na Stadionie „Wisły” (jeśli dobrze pamiętam??)

Była to niebywała okazja, żeby zobaczyć zawodników z bliska i na żywo. Postanowiłyśmy z koleżankami wybrać i ustawić się jak najbliżej wjazdu na stadion. Od rana dzień był upalny. W tamtych czasach nikt specjalnie nie zawracał sobie głowy sprawdzaniem pogody, dopiero kiedy w trakcie naszego marszu (w dużym tłumie ludzi, dużo wcześniej niż zawodnicy mieli zacząć przyjeżdżać na stadion) czarne chmury zaczęły zbierać się nad Krakowem. A potem – dopadła nas wszystkich ogromna i długa ulewa. To nie był majowy deszczyk! To była ściana wody, deszczowa zasłona! Bez parasoli (większość ludzi, tak jak my nie pomyślała o takich detalach.. )

W jednym momencie tłum stojących w kilku czy kilkunastu rzędach zmienił swój wizerunek na zmokłe kury zlepione, trzęsące się z zimna, bo dość szybko spadła też temperatura, co nie jest takie nietypowe w polskim klimacie. Wody było po kostki albo i więcej, sandałowe paski letnich bucików rozsypały się i poluźniły, bo nie były to czasy dobrych wyrobów “skórzanych”  🤣🤣.

Na zdjęciu u góry wspaniały Ryszard Szurkowski, na dolnym – równie fantastyczny kolarz – Stanisław Szozda.
Środkowe – to drużyna polska która zwyciężyła w Wyścigu Pokoju w Warszawie, 1974 r

Ale nikt nie pomyślał nawet o opuszczeniu swojego stanowiska, skoro już ustawił się tak dobrze i czekał tyle godzin. Deszcz nieco zmalał, nawet chwilami słońce połyskiwało zza chmur, a my dzielnie czekaliśmy na pierwszego zawodnika. Nie jestem pewna, ale być może miał to być Ryszard Szurkowski a może Stanisław Szozda?? ( proszę wybaczyć jeśli mieszam czas i nazwiska)… 😂 🤔 W końcu miałyśmy swoich faworytów! Niestety, nie udało mi sie ustalić daty tego Wyścigu Pokoju, gdy jeden z etapów kończył się w Krakowie.. A pamięć o szczegółach dziś już zawodzi.

Oczywiście, burza i ulewa wpłynęła również na zawodników, którzy dotarli dużo (!!) później do mety i wcale nie w takiej kolejności “jak miało być”.. 

Ale – co widziałyśmy – to nasze!! Co przeżyłyśmy – to własne!! Wracałyśmy do domu na bosaka, stopy poranione na twardych płytach chodnika, ale kto by sie takimi drobiazgami przejmował! Z sandałkami w ręku, bo paski pourywały się dość szybko, za to letnie sukienki zdążyły wyschnąć na nas już kilka razy. 🤣

Stopy poranione, ale my w świetnych humorach, odświeżone przez majową ulewę i niecodzienne na owe czasy przeżycia. 

W końcu każdy Polak wie, że  majowy kalendarz ma też “trzech zimnych ogrodników – Pankracego, Serwacego i Bonifacego” i “zimną Zośkę” do kompletu. (12,13,14,15 maja) Czasem tylko „zimna czwórka” miewa swoje klimatyczne kaprysy i przesuwają sobie daty.. 

Może i pomyliłam się o jeden miesiąc, ale deszcz a właściwie ulewa była naprawdę. I helikopter z Papieżem na pokładzie też! 😀

Drugi deszczowy ulewny moment, który zapamiętam na zawsze to dzień wizyty Jana Pawła II w Katowicach i msza na starym lotnisku w Muchowcu w 1983 r. Bardzo chciałam w tej mszy uczestniczyć, ponieważ, gdy Papież zawitał po raz pierwszy do Polski i był tak blisko nas – w Krakowie i w Częstochowie, ja właśnie urodziłam syna i niestety  nie mogłam uczestniczyć w tych uroczystościach. Za to już w 1983 r. wybrałam się  podmiejskim pociągiem specjalnie uruchomionym na tę okoliczność i pojechałam z grupą koleżanek na tę mszę. Tłumy ciągnęły z każdej strony Zagłębia, całego Śląska, wszystkich miasteczek i okolicznych wsi, z Krakowa i skąd tylko się dało. Ogromne tereny lotniskowe Muchowca mogły pomieścić wszystkich chętnych.  Nie mogę sobie przypomnieć czy tego dnia lał deszcz od rana, czy w nocy już była ulewa… Dość, że szliśmy polami w błocie, kałużach, po trudnych nieprzygotowanych drogach. Zwłaszcza powrót był bardzo ciężki. Ale – przeżycie, którego tam doświadczyliśmy warte było wszystkich trudów. Helikopter, który przyleciał z Papieżem ( resztą bardzo opóźniony przez deszczową pogodę) lądował bardzo blisko nas.

… OH! Stara głowa ma kłopoty z pamięcią! Właśnie sprawdziłam, że wizyta Papieża na katowickim Muchowcu odbyła się w czerwcu a nie w maju – czyli  moje wspomnienie o ulewnym deszczu, błocie i kałużach troszkę przesunęły mi się  czasie – za co Czytelniku, bardzo Cię przepraszam. Choć.. zapewne majowy deszcz od czerwcowego za bardzo się nie różni 🙂.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka lat pojadę do Rzymu i będę uczestniczyła w publicznej audiencji Jana Pawła II, a kilka dni później nasza grupa będzie przyjęta w bardzo ograniczonym gronie polskich turystów, w letniej Rezydencji Papieskiej na krótkie, ale specjalne i niesłychanie emocjonalne spotkanie. Był lipiec 1986 rok. 

Tyle na temat pogodowych wiosenno- majowo- czerwcowych wspomnień. 

A jak już jestem w rozbiegu wspominania o ważnych imprezach, to rzucę datę 17 Maja. Już wiadomo – to mój dzień. To nasz dzień podpisania cyrografu na całe życie.  

W pewnym krakowskim Urzędzie Stanu Cywilnego, w kamienicy tylko o jedną (a może dwie bramy dalej) od miejsca, gdzie kiedyś urzędował Papież Jan Paweł II, wtedy jeszcze dobrze zapowiadający się ksiądz i biskup Karol Wojtyła (polecam do obejrzenia film “Figurant”w reżyserii Roberta Glińskiego, 2023), w zachmurzony piątek o 11.15 rano  w obecności najbliższej rodziny, kilku osób z mojej grupy ze studiów I-go roku polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i najbliższych przyjaciół z harcerstwa – stało się!   

I to właśnie było 50 lat temu, 17 maja 1974 r.   I było podobnie ważne jak Wyścig Pokoju  i Msza prowadzona przez Jana Pawła II albo może jeszcze WAŻNIEJSZE w tamtym momencie, choć mój mąż mówi, że to “nielegalne”, bo legalne dopiero nastąpiło we wrześniu. 

Dzień wcześniej, 16-go, też padał deszcz i było brzydko, i szaro, i zimno. Jak nie w Maju…

A my biegaliśmy do najbliższych wujków i cioć, by ich jednak zawiadomić, zaprosić na ten krótki – tajemniczy – “nielegalny ślub”, bo mój tata wpadł w panikę, że jednak… jak fakty ślubne wyjdą na wierzch, to na pewno rodzina pomyśli, że jestem w C I Ą Ż Y… I co wtedy stanie się  z rodzinną moralnością?????

I to już wszystko, co na temat Maja i jego wyjątkowych zalet skojarzyło mi się. Nic nowego i nic wyjątkowego. I jednak..

Ach, ten MAJ!  Ma swój urok, ma zapach, ma kolor, ma miłość, ma niepowtarzalna muzykę. 

I chociaż pamiętam takie powiedzenie; “W maju ślub- rychły grób” , to w moim przypadku na szczęście przepowiednia nie sprawdziła się. Widocznie nie dotyczy tych “nielegalnych ślubów”. 😂 😂 Jak i wielu wielu innych zupełnie legalnych i całkiem szczęśliwych…

***********************************

I tu aż wyrywa mi sie prosto z serca, by przypomnieć MOJĄ piosenkę „Małgośka” w wykonaniu ukochanej Maryli Rodowicz albo równie z wielkim sentymentem śpiewanej przez Ewę T. w naszym Polskim Teatrze. Ale wiem, że „co za dużo to niezdrowo” (choć w tym wypadku dla mnie to NIE za dużo ) i już nie będę kolejny raz wam jej powtarzać.😀

Ale – znalazłam piosenkę o Maju- z tłem zielonym, świeżym i soczystym, ze słowami o kwitnących kasztanach, o majowych parkach, spacerach, miłości, łabędziach i górskich wycieczkach. A wszystko to w wykonaniu tych, co kochają Polskę i polską muzykę. Oddaję głos Golec uOrkiestra! Na pewno pobudzi was Majowo do życia!!

Miłego majowego słuchania!


BACK

Przypadek, przeznaczenie czy wolność naszych wyborów?

2 maja 2024

Film Krzysztofa Kieślowskiego “Przypadek” powstał w 1981 roku, jednak ze względu na skomplikowaną sytuację w kraju, widz mógł go oglądać dopiero kilka lat później, w 1987 roku. 

To jeden z najznakomitszych polskich filmów psychologicznych mojego pokolenia. Do dziś w różnych momentach wraca do mnie motyw przewodni i pomysł Kieślowskiego, tak doskonale ujęty w trzech historiach jednego człowieka. Rozpoczynają się w tym samym punkcie życia, gdy bohater znajduje się na dworcu kolejowym w Łodzi i zamierza stamtąd udać się pociągiem do Warszawy.  A potem już następują odmienne warianty jego życia…

Fragmenty oryginalnych plakatów filmu „Przypadek”

Film jest znakomity, główną rolę zagrał Bogusław Linda, ktory wówczas wbiegał wielkim rozpędem na drogę swej niesamowitej kariery aktorskiej. Zresztą towarzyszy mu cała plejada fantastycznych aktorów. Mimo, że film ma już swoje lata, gorąco polecam – warto obejrzeć go niezależnie od jego “starczego wieku”.

Temat psychologicznie zawsze aktualny, w każdej szerokości geograficznej, w każdym  momencie naszego życia, w każdej chwili, kiedy przypadek zarządza naszym życiem i  wyboru dokonujemy w sytuacji, którą właśnie ów przypadek nam podsunął.  

Czym jest naprawdę przypadek? Najlepszym usprawiedliwieniem sytuacji, której nie udało nam się do końca zrozumieć. Nie potrafiliśmy nad nią zapanować tak, by sobie ją sensownie wytłumaczyć. 

Przypadki się zdarzają. Nie planujemy ich. One nas zaskakują. Znajdują nas. 

**************************

*******************

Banalna historia dobrego przypadku. 

Chcecie inną – o mniej szczęśliwym przypadku? Pewnie nie, choć tak jak ja wiecie, że i takich jest mnóstwo. 

Przypadki istnieją. Ale już co dalej się wydarza – kreujemy my sami. Przecież facet “z przypadku” mógł nie sprawdzić biletu, tylko wrzucić go do śmieci. Mógł uznać, że nie będzie fatygować się poszukiwaniem osoby, którą niechcący potrącił i która zniknęła mu natychmiast z oczu.  

A dziewczyna? Mogła wrócić wcześniej do domu i nie spotkać po raz drugi wytrwałego faceta. Mogło między nimi nie zaiskrzyć… Ileż wariantów i rozwiązań może zdarzyć się w tej samej sytuacji, w takiej samej chwili.  

Traf- szczęście. Wyrzucone „szóstka” Karty wróżki, które mogą powiedzieć ci wiele. Tylko – czy chcesz uwierzyć w przepowiednie..?

Los, traf, przypadek. Zbieg okoliczności. Czy wszystkie te określenia znaczą to samo? Jest jeszcze słowo – cud. Czasami wydaje nam się, że znaczeniowo te określenia nakładają się na siebie.  Gdyby jednak opisać dziesiątki najróżniejszych sytuacji i zrobić próbę odbioru i zakwalifikowania ich do tych powyższych kategorii przez np. stu czytelników, zdziwiliśmy się wszyscy jak zróżnicowane byłyby zdania. Nasze wyczucia wobec przypadku czy trafu, cudu czy losu są różne.  

Mają jednak też wspólny mianownik. 

  • Los wygrywasz na loterii, ale jak go spożytkujesz i co z nim dalej zrobisz, zależy od ciebie. 
  • Trafem może być, że znajdziesz się  tu i tam, w dobrej czy złej godzinie – ale co będzie dalej, to już twoja decyzja, twoje przemyślenia, twoje działanie. 
  • Przypadek – kreuje sytuację, ty jednak musisz podjąć decyzję jak sytuacja dalej się rozwinie. 
  • Cud – to co nazywamy cudem jest tylko przyczynkiem i szansą, którą życie ci daje. Wszystko potem jest w twoich rękach. Twoich i tych, którzy są z tobą. 

Czyż nie jest tak, że nic nie dzieje się bez przyczyny?  Każda sytuacja, każdy człowiek, który staje na naszej drodze, nie jest przypadkowy.  Czasem jest to krótkie mgnienie i znika szybko z naszego życia. Może więcej się już nie spotkamy.  Co nie znaczy, że to spotkanie minie bez echa. 

Innym razem zderzamy się z kimś, kto będzie stał obok nas przez wiele lat, może przez całe życie. Stanie się nawet tą najważniejszą osobą, naszą drugą połówką.  Wspólna droga – przez kilka lat,  przez długie dekady. Z zakrętami, w dół i w górę. Z bolesnymi upadkami i z sukcesami, o jakich marzymy przez wiele dni i nocy. 

Nie wiemy. Bo “nie znamy dni, które są przed nami” – jak śpiewał kiedyś Marek Grechuta. 

Karty Tarota. To zupełnie coś innego niż zwykłe karty do wróżb. To inny rodzaj symboliki, komunikacji, interpretacji. Tarot to duża wiedza, intuicja, znajomość psychologii. No i duchowości, która nie jest dostępna dla wszystkich jednakowo..

Budząc się rano nie mamy pojęcia czy nasz plan dnia się wypełni według naszego pomysłu czy może zdarzy się nieprzewidziany przypadek. I wszystko potoczy się zupełnie inaczej.. Bywa – szczęśliwie. Zdarza się, że nie. 

Są ludzie, którzy obsesyjnie chcą wiedzieć jaki los czeka ich w przyszłości. Bardzo chcą mieć na to wpływ. Biegają do wróżek, wróżbitów, śledzą horoskopy, stawiają kabały. Wierzą w tarota, kule kryształowe, we wróżenie z linii papilarnych. Jeszcze inni wierzą w przepowiednie boskie, w objawienia, w biblijne historie i proroctwa. /

Nie wiem czy śmiać się czy wierzyć tym ludziom. Jak głęboko może zakorzenić się w ludzkim umyśle wiara w przepowiednie, w szansę ominięcia przypadku, złego losu. 

W literaturze, biblii czy wielu innych dokumentach znanych jest wiele opowieści o tym, jakich prób potrafił dokonywać człowiek, by za wszelką cenę ominąć złe przepowiednie, a i tak los sprowadzał go na drogę, która była mu wyznaczona… 

Wniosek: Nie ma przypadku? Czyżby nasz szlak życiowy był z góry ustalony i “zapisany”?  Przecież wiem, że tak nie jest… Ale – pewności nikt i nigdy mieć nie będzie. Istnieje tylko wiara, którą każdy według własnego sumienia ustala sobie i w nią jest zapatrzony. Po swojemu, na własny użytek.  

Zresztą ta wiara, na różnych etapach naszego życia może zmieniać się pod wpływem silnych przeżyć i wydarzeń, na skutek obcowania i przyjaźni z ludźmi o silnych osobowościach, którzy wywierają na nas mocny wpływ. 

Także nagłe, niespodziewane okoliczności jak np. wojna, odcięcie od dawnego życia, wypadek, który zmienia zupełnie warunki  naszej egzystencji itp. 

Z osoby całkowicie niewierzącej, odbierającej świat racjonalnie i logicznie, nagle z dnia na dzień ktoś staje się niepewnym siebie, zapatrzonym w przepowiednie. Szukającym znaków swojego jutra, wypatrującym sygnałów, które chce odczytać i którym całkowicie ulega. 

Setki przepowiedni o końcu świata, o plagach, które spadną na Polskę, dziesiątki wizji tragicznych katastrof… ileż już tego przeżyliśmy i – przetrwaliśmy, bo na szczęście nic się nie spełniło.  Jeśli wydarzyły się tragedie, to z powodu ludzkich działań i błędów, a nie z przepowiedni i ślepego losu. 

 W tym względzie – jestem bezwzględna! 

W horoskopy nie wierzę – jeśli je czytam (a raczej, NIE czytam) czy ktoś stawia mi kabałę, to podchodzę do tego, jak do dobrej zabawy. Nie dopuszczam w swojej głowie, że cokolwiek może za chwilę zdarzyć się w rzeczywistości. I – tak, jestem z natury trochę romantyczką, ale to nie ma nic wspólnego z uleganiem przepowiedniom, horoskopom, magii itd.😄

Aczkolwiek – rozumiem, że istnieją przypadki/podobieństwa, które można interpretować zgodnie z wynikiem  horoskopu. Zresztą psychologia już dawno wyjaśniła na czym polega manipulacja sugestii. Jeśli ktoś posiada taką umiejętność, w łatwy sposób  może przekonać drugą osobę, że przepowiednie “zapisane” w horoskopie, układach kart, w proroctwach wielkich ksiąg itd. mogą  być prawdziwe. Mózg ludzki jest bardzo podatny na sugestie. W sposób nadzwyczajnie “gładki” połyka piękne słowa, ciepłe opowieści…

Czasopisma młodzieżowe mojej młodości. No, może trochę późniejsze, bo w latach 60/70-tych nie były jeszcze takie kolorowe 😀

Dlatego tak trudno utrzymać balans pomiędzy prawdą a ułudą. 

Właśnie horoskopy cieszą się szczególną popularnością. Pamiętam z czasów dzieciństwa, gdy czytałam czasopismo dla młodzieży harcerskiej “Na Przełaj” (a może to był “Świat Młodych”..) każdego tygodnia na ostatniej stronie zamieszczany był horoskop. Na cały tydzień. Zawsze porównywałyśmy z koleżankami swoje znaki zodiakalne, każdego poniedziałku była to “obowiązkowa” fajna zabawa. Zwłaszcza jeśli jakoś nasze  przepowiednie znakowe krzyżowały się. Już wtedy szybko zorientowałam się, że zawarte tam zdania, określenia wciąż się powtarzają. Osoba, która to pisała nawet nie wysilała się zbytnio, by postarać się zakamuflować je jakoś stylistycznie, wymyślić więcej słów, synonimów, mniej czy bardziej szokujących przepowiedni. Były tak proste, że my, wtedy chyba 13-14-latki odkryłyśmy szybko całe to łatwe „oszustwo”. Ale i tak niezmiennie nas to bawiło. 🤣

Mój zodiakalny znak – ARIES czyli BARAN. Wersji graficznych jest mnóstwo.

Dziś horoskopy są bardziej skomplikowane i przekonywujące. Kilka miesięcy ktoś temu uświadomił mi, jaki to teraz internetowy biznes. Horoskop wiąże się z astrologią, a to z kolei z niezgłębionymi elementami takimi jak Księżyc, Słońce, Gwiazdy – “nieznane, głębia, przestrzeń”. Wszystko to, co dla ludzi od zawsze było i jest pociągające, magiczne i niezbadane do końca. 

No i znaki zodiaku. Każdy z nas ma swój, przypisany losowo przez datę urodzenia. A to jakby wkłada każdego z nas w cały system wydarzeń, który “gdzieś i w jakiś nieznany nam sposób jest zaprogramowany”.  Jeśli w to uwierzymy – horoskop będzie dla nas sposobem poszukiwań własnego szczęścia, spełnienia marzeń, uchronienia się przed złem. 

Dla „zabawy” – sprawdź co mówi o tobie twój znak zodiaku jakim jesteś kierowcą. Dziś więcej jeździmy autem niż chodzimy – może warto o tym pamiętać? 😏🤗 ps. tylko nie traktujcie tego na poważnie!!

A jak już raz wejdzie się w ten świat… ciężko wynurzyć się z niego w otaczającą nas rzeczywistość.  I tu już nie tylko szklana kula czy dawne wierzenia, znaczące  liczby, słowiańskie zabobony czy podobne magie pomagają. 

Głównym sprzymierzeńcem dziś jest internet. Nic dziwnego. W horoskopie podstawą jest data urodzenia człowieka, układ gwiazd, znaki zodiaku, położenie planet oraz innych ciał niebieskich na niebie w danym momencie przygotowywania horoskopu przez astrologa. Nie ma się co dziwić, że internet  to skarbnica takich wiadomości.  Reszta to już umiejętna interpretacja człowieka..  

Na pytanie – czy w życiu trafiamy na przypadki? Odpowiadam: Tak! Zdecydowanie tak!! Wielkim przypadkiem życiowym był mój wyjazd a raczej pozostanie i zamieszkanie w USA. Nigdy, NIGDY czegoś takiego nie wyobraziłabym sobie wcześniej, ani przez moment. Ale wszystko, co wydarzyło się potem – od momentu przyjazdu już nie było przypadkiem. Toczyło się z dnia na dzień, z minuty na minutę ostrą walką o każdą decyzję. 

Tak czy inaczej? Białe czy czarne? Jeszcze miesiąc czy rok? Wrócić czy zostać? Itd.. itd…

Czy wierzę w cuda? Może i istnieją, może zdarzają się gdzieś i komuś…  Ja chyba ich nie doświadczyłam.  Ale chciałabym zobaczyć i uwierzyć.

W szczęśliwy traf, zbieg okoliczności wierzę. Myślę, że każdy taki moment miał, ma albo będzie miał. 

Mały drobny ale znaczący, który zaważył na “ostrym zakręcie”  albo był przysłowiowym “strzałem w dziesiątkę”.  Jak 33 lata temu, pewien mecz piłki nożnej naszego syna Jacka,  w YMCA ze szkolną piłki nożnej drużyną Awty International School. Dzięki temu jego (i nasze) losy życiowe potoczyły się zupełnie nieoczekiwanie..

Albo – jeden traf – spotkanie człowieka, który bezinteresownie i jednorazowo sprawił, że pozostaliśmy z legalnymi papierami na kilka miesięcy, w czasie których wiele się wydarzyło..  Stało się tak, że mąż na długie lata swojej kariery zawodowej z językiem rosyjskim znalazł się najbliżej jak to możliwe, amerykańskich astronautów w NASA, pracując z nimi, ucząc ich,  przyjaźniąc się z nimi przez prawie trzy dekady.

Czterolistna koniczyna -moja ulubiona! Takie „szczęście”, które gdzieś tam rośnie, tylko trzeba sobie je samemu znaleźć..👍 bardzo spodobało mi się to określenie

Decydując się na studiowanie filologii rosyjskiej w komunistycznej Polsce, takiego scenariusza nie można było przewidzieć.. 

Każdy nowy dzień jak nieprzewidywalny. Planujemy, ba nawet na miesiąc i rok do przodu. Mamy precyzyjne kalendarze pełne zaznaczonych spotkań, wyjazdów, imprez. Niektórzy są pod tym względem fenomenalnie poukładani. Wiedzą czego chcą i co najważniejsze, wierzą, że tak będzie, że tak uda im się wszystko zorganizować. Ci aktywni wiedzą, że szczęściu trzeba pomagać, bo nic nie przychodzi tak „po prostu”..

Ale życie pisze swoje własne scenariusze. I żaden nawet najdoskonalszy horoskop i najzdolniejszy wróżbita nas przed nimi nie uchroni. Nauczymy się akceptować przypadki, obracać je na swoją korzyść. Jak kiedyś powiedział Horacy – “Carpe diem” – “Żyj chwilą”.  Korzystaj z chwili, ciesz się z każdego dnia, a gdy nagle zmieni się (przez przypadek, traf czy.. cud 🙂 ) to też go łapmy i nie martwmy się, że jest inny od pierwotnego planu. 

Nie zabiegajmy o to, by poznać nasze jutro!  Bo “ ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..”   

I oby ich było jak najwięcej przed nami!

Na wspomnienie, że właśnie tak jest .. przypomnę wspominaną już piosenkę Marka Grechuty, tym razem w wykonaniu grupy Teatru Polskiego w Houston w 2005 r. ( tak, to już prawie 20 lat temu!) z przedstawienia „Apetyt na Czereśnie” (scena finałowa)

Entuzjastycznie, młodzieńczo, radośnie! Wciąż jesteśmy otwarci i ciekawi, co los przyniesie nam jutro, za tydzień i rok…


BACK

 Jak stać się szczęśliwą emerytką?  

17 kwietnia 2024

Już czytam w waszych myślach! Już słyszę komentarze młodszych i prychanie młodzieży: wariatka jakaś!  

Czy naprawdę nikt nie chce być emerytem?… Wiadomo – to ostatni etap życia. Dłuższy czy krótszy, lepszy czy gorszy, ale nie ma wątpliwości, że po nim już nic fascynującego “nowego” nie nastąpi.  I tak i nie. Innymi słowy, duże uproszczenie. 

Na każde zjawisko życia można spojrzeć z dwóch stron: pozytywnej lub negatywnej i cieszyć się albo być wielce nieszczęśliwym. 

Zdjęcia znalezione w sieci – migawki na ile prawdziwe/.. nie wiem.

Przez długie lata młodości i późniejszego życia mało kto myśli o tym, że kiedyś będzie starym i trzeba się do tego przygotować. I to nie tylko emocjonalnie, fizycznie, ale i finansowo. W mojej “komunistycznej epoce” w Polsce coś takiego jak świadomość czekających nas czasów “emeryckich” nie istniało. Ludzie żyli z dnia na dzień, potem pewnego dnia kończyli pracę zawodową i otrzymywali jakąś wyliczoną kwotę. Wszystko wokół się zmieniało, nikt nie przejmował się sytuacją emerytów. 

Nie będę wypowiadać się jak jest w dzisiejszej Polsce, czy emerytowi zmienił się status czy nie. Narzekań słyszę wiele, ale znam też takich, którym wiedzie się całkiem dobrze. Nie mam w tym temacie szczegółowej orientacji.

Za to wiem, że przez te trzydzieści kilka lat życia w USA uświadomiłam sobie dość jasno i boleśnie, że na emeryturę trzeba pracować od pierwszego dnia swojej pracy zawodowej. Jakakolwiek i gdziekolwiek by ona była. 

Młody Amerykanin wie, że tylko dolar zapracowany własną ręką, kiedyś przekształci się w jego fundusze emerytalne. System to skomplikowany i nie mam zamiaru niczego opisywać, tłumaczyć, tym bardziej oceniać.  Czy dobry? Czy sprawiedliwy?  Gdzie jest lepszy? itd… – nie jestem ekonomistą, finansistą ani znawcą tak skomplikowanych liczb i obliczeń. Jedyne, co próbuję powiedzieć to: TAK, pod względem finansowym emerytura “zaczyna się” tutaj już we wczesnej młodości. 

Tyle, że ludzki mózg jest tak zbudowany, iż przyswaja to, co dziś jest na jego drodze ważne. A kiedy mamy 20 – 30 lat na pewno emerytura nie jest na liście naszych priorytetów życiowych. Nawet nie mieści się w końcówce listy życiowych potrzeb. Wokół nas dzieje się tyle ważnych spraw, którym trzeba sprostać organizacyjnie, zawodowo, rodzinnie, finansowo. Dni biegną szybko i intensywnie. Lata zmieniają potrzeby, lista tasuje się jak talia kart w ręku wytrawnego gracza. Wśród pogoni za wciąż nowymi wyzwaniami, celami, które trzeba osiągnąć, szczytami, które chcemy zdobyć – nie zauważamy, że przybywa zmarszczek, strzyka tu i ówdzie, boli przeciążony kręgosłup…

Emerytura to słowo nieznane w młodości. Nawet nie wiem kiedy naprawdę pojawia się w naszej głowie. Kiedy zaczynamy  zastanawiać się nad takim zjawiskiem. Przez długi czas jest to temat naszych rodziców, potem problem związany z nimi. Choć – nie zawsze. Zależy jak się im i nam życie poukłada. 

Problem emerytury to często temat żartów, opowieści co kiedyś, gdzieś, może.. musi.. nadejść, ale tak naprawdę nie bierzemy tego na serio, do siebie. 

Kariera, fajne życie, wyciskanie z niego jak z cytryny wszystkiego, co przyjemne i co potrzebne, żeby egzystować “po ludzku” i normalnie zabiera nam tyle energii i czasu, że na daleką przyszłość inwencji i planów już nie zostaje.  W takich momentach naszą “przyszłością” jest zwyczajne najbliższe dosłowne “JUTRO”. Szkoła, dzieci, wakacje w najbliższym roku, nowy komputer, zmiana auta, może domu. A może po prostu buty dla dzieci o dwa numery większe, lekcje gitary, bilety na koncert, kieszonkowe o kilka dolarów/złotych większe.. Proste codzienne potrzeby. Ciągle coś. No i jeszcze – prezent dla przyjaciółki. Wyskok z mężem w góry, wymarzone wakacje w Grecji, jakieś spa ze spokojnym masażem. I dobre czekoladki z szampanem…

Później potrzeby studenckie dorastających dzieci, no i wreszcie czas na realizację swoich wymarzonych podróży. 

Bez pomysłu na stare lata. Bo kto jak kto, ale – JA nigdy stara nie będę!!  To nie znaczy, że nie widzę dat w kalendarzu. Wiem, że każdego roku  coś mi przybywa i coś ubywa…

Ale psychika jest odporna. Nie przyjmuje we własny rejestr informacji, że czas dotyczy również mnie. Planujemy w swoim życiu dziesiątki spraw – drobnych i wielkich. Ważnych i takich, które i bez specjalnych planów odbyłyby się bez problemów. 

Emerytura jest “ostatnim dzieckiem” w kolejce życiowej.  A szkoda. Błąd! 

Żeby przeżyć godnie czas emerytalny, każdy dorosły człowiek powinien zrozumieć dużo wcześniej, że  musi się do niej przygotować. Przede wszystkim MENTALNIE. Emeryturę trzeba polubić! Głupoty gadam? NIE!! 

Jeśli nie “zaprzyjaźnisz się z pojęciem “emerytura”, w przyszłości ciężko będzie sobie z nią poradzić. Jak możesz zorganizować sobie swoje życie, jak chciałbyś, żeby twoje dni emerytalne były wypełnione, czym i jak miałyby zapełnić się odkładane latami plany… Dlaczego przez całe życie mogliśmy snuć plany, a czas emerytury ma się okazać pustką? Kto powiedział, że w dniu zakończenia pracy zawodowej kończy się nasze życie? 

Bzdura. Kolejny myślowy błąd.  

Pomyśl. Od szóstego roku życia zaczynamy szkołę i obowiązki zgodne z wymogami wieku. Każdego roku coraz więcej. Podstawówka, liceum, studia. Potem drabinka kariery zawodowej. Przez te wszystkie lata mamy CELE. I tysiące obowiązków. Nakazów. Testy, egzaminy. Upadki, przegrane. Kolejne pomysły, kolejne próby. I tak w kółko, przez lata. Nawet jeśli nam się coś nie udaje, nie uważamy, że to stracony czas. Szukamy nowych pomysłów, innych rozwiązań. Rzucamy się na jeszcze głębszą wodę. W nieznaną przestrzeń. Uczymy się od zera zupełnie nowych zawodów. Bo dlaczego nie zmienić swojego dotychczasowego życia? Kto powiedział, że nauczyciel nie może być kucharzem, a kucharz podróżnikiem?  Filolog może przekształcić się w znawcę komputerów, a sportowiec w fachowca od biznesu lub specjalistę od degustacji win. Wszystko może się zdarzyć!

Czemu więc kiedy nadchodzi czas emerytury wielu starszych ludzi popada w depresję? Nie widzi przed sobą żadnych perspektyw na fajne spędzenie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat życia. Rozumiem, że każdy z nas obawia się problemów zdrowotnych, bo te dopadają nas począwszy od wstawania porannego, gdy trzeba długo przeciągać się, by stanąć do pionu.. Ale – tak naprawdę wiele z tych kłopotów można pokonać albo przynajmniej poprawić, by było łatwiej. 

Choć jak – my emeryci ze śmiechem mówimy – “Lepiej już nie będzie” 🤣 🤣 

Mówiąc poważnie, każdy może chorować i to w różnym wieku.  Nigdzie nie jest powiedziane, że musi to być akurat, gdy już będziemy na emeryturze. 

Tak celebrowaliśmy moje odejście na emeryturę z rodziną w.. LAS VEGAS, w marcu 2019 r. Ale tak naprawdę do dzisiaj troszkę jeszcze „pracuję” w SFK

Ale ogólnie wiadomo, że wszystko co stare (starsze 🙂) psuje się z powodu nadmiernego zużycia, więc prawdopodobieństwo choroby jest znacznie większe, niż gdy mamy 30 czy 40 lat. Jest to częścią życia człowieka i nic tego nie zmieni. Trzeba to wpisać w “swoją głowę” i ten element wmontować w w dalsze pomysły emerytalnego życia. 

Nie jestem zwolenniczką “rzucania” pracy zawodowej zbyt wcześnie! Uważam, że wszystko ma “swój właściwy czas”  i jeśli ktoś śledzi czasem mój blog to wie, że jest to jedno z moich ulubionych powiedzonek. A jeśli nie wie, to przytaczam je dzisiaj kolejny raz. 

Moja emerytura rozpoczęła się dokładnie w wieku 66 lat. Oto migawki z party emerytalnego które zorganizowały mi moje przyjaciółki. 😂

Dobrze jest być aktywnym. Być wśród ludzi. Być zajętym, mieć swój cel. Tak! Być zmęczonym, zabieganym, narzekać na codzienność i na zbyt dużo zajęć. To wszystko jest częścią pozytywnego naszego istnienia.  Nieprzypadkowo wymyślono i obliczono KIEDY człowiek powinien iść na emeryturę. Statystycznie – kiedy jest ten „właściwy czas”. Indywidualnie – bywa przecież bardzo różnie!

Tak przygotowywałam się do pożegnania Bossa ( mojej córki) dr. J i moich koleżanek w pracy. Każdą osobno, każdą troszkę inaczej.. I tak jak chciałam

66-67 lat to bardzo rozsądna liczba. To, że indywidualna osoba chce pracować nieco dłużej, też jest w porządku, ale pewnych granic nie powinno się przekraczać. Często wydaje się nam, że nasza głowa pracuje bez zarzutu. Wszystko gra i nie ma żadnych “potknięć”. Często.. po prostu.. Tak chcemy i tak nam się WYDAJE a odczucie innych ludzi wokół nas jest inne. 

I odwrotnie. Odchodząc na emeryturę zbyt wcześnie, wydaje nam się, że wreszcie jesteśmy szczęśliwi i wolni. A bywa, że szybko okazuje się, iż znudzenie, znużenie, brak celów na wykorzystanie wciąż dużej energii zaczyna powodować frustrację i smutek. 

Ale – wszystko to tylko ogólne wnioski. Każdy przypadek ludzki może być inny i wcale moje przewidywania i opisy nie muszą się potwierdzić. 

W życiu NIC nie ma za darmo. Na emeryturze też potrzebne są pieniądze. Jeśli w jakiś sposób udało ci się zgromadzić wystarczająco dużo pieniędzy (są tacy wybrańcy!!!) i możesz sobie pozwolić na swobodne korzystanie z przyjemności wolnego czasu, to masz dużo szczęścia. Albo – po prostu: pracowałeś tak dużo, tak  mądrze, udało ci się odkładać pieniądze na przyszłość i twoje zaplecze finansowe zapewni ci spokojne ostatnie dekady życia. 

Wielu ludzi będąc na emeryturze wciąż pracuje kilka czy kilkanaście godzin tygodniowo i to uzupełnia im dodatkowe pieniążki, kontakt z ludźmi i poczucie bycia aktywnym. Też dobry wariant! 

A sposobów na spędzanie czasu na emeryturze może być setki! Jeśli myślimy o tym dużo wcześniej, jeśli nie boimy się takich zmian i uznajemy, że jest to normalny status dojrzałego/starszego człowieka, zapewniam wszystkich przyszłych emerytów, ze sobie z tym poradzicie!! 

Nie tylko zorganizujecie sobie każdy nowy dzień, ale także będziecie się nim cieszyć.  Doskonale wiem, że w każdym wieku, wiosną czy zimą, rano czy wieczorem – zdarzają nam się “huśtawki” nastrojów, złe chwile, trudne tygodnie, dołki życiowe. I niczym nie różnią się od dni czy miesięcy emeryckich. Są chwile szczęśliwe – piękne wycieczki, rodzinne spotkania. I samotne smutne rozmyślania. Choroby i pustka.  Cudowne niespodzianki i niespełnione marzenia. 

Lubisz wstawać wcześnie rano? – wstań! Zobacz wschód słońca. W ciszy wypij czarną kawę albo zieloną herbatę. Posłuchaj śpiewu pierwszych ptaków albo idź na spacer w zimowy jeszcze szary poranek. Albo do kościoła na pierwszą mszę poranną. Zapewne nie miałaś na to czasu, kiedy pracowałaś. 

A jeśli nie lubisz, tak jak ja, wstawać wcześnie rano, wyśpij się słodko do 9-10, ponaciągaj powoli wszystkie mięśnie, weź gorący prysznic i kawę ze spienionym mleczkiem. Czytaj to, co lubisz najbardziej i ile chcesz. Nadrabiaj zaległości, nie spiesz się, bo NIE musisz. 

Nic NIE musisz. A jak coś musisz, to spraw, żeby to, co musisz było przyjemnością. Nie daj się wcisnąć w sytuację, że robisz coś, co nie chcesz i nie lubisz…(niestety, mnie wciąż do końca to się nie udaje 😀)

Jeśli lubisz podróże – podróżuj! Zwiedzaj, rozmawiaj z ludźmi albo spaceruj sama i rozmyślaj cichutko. To nieprawda, że na podróże trzeba mieć dużo pieniędzy. Owszem, jeśli zaplanujesz podróż daleką – do Indii, na Alaskę, do Afryki, na Hawaje czy w setki innych wymyślnych zakątków Świata – to oczywiście musisz liczyć się z dużymi kosztami. Zwłaszcza, że większość z nas potrzebuje komfortu i wygody, a to kosztuje podwójnie. Z plecakiem i w namiocie.. Ta era już chyba za nami. 🤗

Ale mamy wiele innych możliwości równie miłych. Dlaczego nie zaplanować sobie jednej w tygodniu wycieczki w najbliższe okolice, tam gdzie mieszkamy! W Krakowie – proszę bardzo: spokojny spacer Plantami z wypadem do wybranego muzeum. A potem przystanek na lampkę wina z przyjaciółką w pobliskiej kawiarni? W Houston- Art Museum albo wiele innych. Zawsze jest tam coś nowego, ciekawego.  I kawiarnia tez czeka na chętnych… W Gdańsku i okolicach – plaże są piękne przez cały rok. 

Mam Przyjaciół, którzy uwielbiają tańczyć TANGO. Gdziekolwiek są- znajdują kluby, restauracje – miejsca, gdzie gra muzyka a ludzie tańczą tango…

Parki, lasy, jeziora, krótkie szlaki spacerowe. Festiwale różnego rodzaju. Spotkania filmowe, teatralne. Czy my emeryci mieliśmy kiedyś na to czas?? Na słuchanie jazzu na żywo, na balet, na teatr. Nie mówię, by chodzić na takie imprezy codziennie. Ale, od czasu do czasu. Rozumiem doskonale, że organizacyjnie zabiera to czas i trzeba mieć z góry ustalony budżet biletowy i “okolicznościowy”. Wierzę, że jeśli to wszystko zagości w naszej głowie i mentalnie zagospodaruje sobie tam miejsce, to na pewno znajdzie się na naszej “mapie emerytalnej”.

A jak ktoś woli ogródek i sadzenie i pielęgnowanie kwiatków, to też super. Może wyhoduje nowe odmiany drzewek owocowych, a może otworzy ogrodowe salony spotkań dla przyjaciół? Marzy mi się takie miejsce z piosenką i poezją na żywo.. 

Mój mąż na rowerze. Nie jestem tym zachwycona (różnie się to kończyło..) Ale – walczy! 😀

Ktoś inny zechce pisać kronikę wspomnieniową swojej rodziny albo od dawna ma pomysł na książkę  i wreszcie może go zrealizować. Albo – jak ja, ktoś zacznie pisać blog. Tematów przecież nie brakuje i chętnych do ich czytania też nie.  

Czy myślicie, że emeryt nie może być tez szalony! O, tu bardzo się mylicie! Znam wiele osób, które po dość poukładanym życiu zawodowym właśnie na emeryturze wymyślili sobie szalone plany. Grupa moich polskich znajomych, zapaleńców – miłośników górskich spacerów, niemal co tydzień wymyśla nowe wędrówki po Beskidach, Pieninach czy Karkonoszach. Powolutku, własnym rytmem z kijkami w ręku. Z dodatkowymi atrakcjami, których nigdy im nie brakuje. Nie mam pojęcia, jak oni to robią, że są aktywni o każdej porze roku! Uśmiechnięci i zadowoleni, jakby zmęczenie i wiekowe niedogodności wcale ich nie dotyczyły.

Czy zimno czy gorąco – zawsze jest okazja być razem!

Znam takich emerytów, co kiedyś grali na różnych instrumentach, a teraz zebrali się w grupę i założyli.. zespół muzyczny! I umilają czas sobie i znajomym, przypominając dawne najładniejsze przeboje ich najlepszych lat 😃. Mam koleżanki, które lubią się spotykać, by poczytać i porozmawiać o poezji a przy okazji o.. życiu – o nasuwających się myślach i przeżyciach, skojarzeniach, które owa poezja inspiruje. Wspaniałe chwile. Emocjonalne, tryskające energią i pasją jak wulkan…

Z wnukami na meczach. Babcia nawet gra w kręgle! Trochę szkolenia komputerowego. No i lekcje polskiego. , Dużo wspólnie spędzonego czasu!

Starsi ludzie grają w brydża, domino, kanastę. Wyjeżdżają na pikniki, na ryby, lubią wspólne ogniska, gry planszowe z wnukami. Czasami wygłupiają sie jak nastolatki. Chodzą na kursy tanga i salsy, mimo, że maja już „na karku” 70-kę i 80-kę. Lubią kursy gotowania, zajęcia malowania w plenerze i sklejanie modeli samolotów czy statków.

Jest tysiące fajnych zajęć, po które tak łatwo sięgnąć. Trzeba tylko przez chwilę pomyśleć i wyciągnąć rękę. Jeśli kochasz życie, to nie marnuj ani jednej minuty. Nawet tej emerytalnej…

Nie, nie będzie lepiej.. Ja to wiem i ty wiesz. Ale może być całkiem dobrze 😉… Kiedyś nadejdzie chwila – ostatni dzień emerytury – która zamknie nasze życie.

Ale to będzie KIEDYŚ.. Dziś myśl o tej części życia, jak o każdej innej.  

Nie bój się jej bardziej niż pierwszego dnia w przedszkolu,  pierwszego samodzielnego  wyjazdu na kolonię czy ciężkiego egzaminu na studia. 

Wszystko co ważne, jest w naszej głowie. Wszystko co chcemy, żeby było dobre musimy przepuścić przez nasze myśli. Kiedy w “szufladkach mózgowych” ułożymy sobie mądrze, rozumnie, logicznie cały sens do ostatniego oddechu życia – emerytura będzie tak samo szczęśliwa, jak każdy inny  element naszego istnienia.  

**********************

Lubię kończyć moje przemyślenia akcentem muzycznym, ktory kojarzy mi się z tematem. Oto co znalazłam w dawnym repertuarze Ireny Santor. Piosenka „stara”, ale chyba jeszcze ostatni raz wykonywana przez panią Irenę w 2019 roku, we Wrocławiu. „Starość to nie jest wiek”. Jeśli słowa tej piosenki napisał Wojtek Młynarski, to na pewno znajdziemy w nich życiową głęboką mądrość.😀. Zdecydowałam się na wcześniejsze nagranie (2016), ale polecam także posłuchać na YouTube tego ostatniego..


BACK

Komu serduszko, komu? 

3 kwietnia 2024

Pomysł mi przyszedł wraz z Walentynkami, ale przecież życiowo aktualny zawsze. Człowiek – prawie każdy – lubi przebywać w towarzystwie. Już od dziecka, gdy rodzice zapisują malucha do żłobka czy przedszkola dzieciaki wykazują radość wspólnej zabawy. Nawet jeśli jest to w postaci wyrywania sobie zabawek i niezadowolenia, że pociąg ma tylko jedną lokomotywę. A mały Jasiu chce mieć tę samą, którą właśnie ma w ręku Stasiu. Już wtedy kreują się początki ważnych interakcji “lubi- nie lubi” czyli coś, co przez całe życie krążyć będzie wokół nas. 

W szkole grzecznym dzieciom na koniec dnia  pani rysowała  w zeszycie serduszka – jedno, czasem dwa lub trzy. W pamiętnikach, tak popularnych w moich czasach wpisywaliśmy się wzajemnie używając różnych słów: kochanej przyjaciółce, miłej koleżance.. a na końcu dedykacji niezdarnie malowaliśmy serduszko. 

Pisaliśmy do siebie listy, a koperty ozdabialiśmy serduszkami.. 

Pamiętam, że gdy byłam w szkole podstawowej, każdego roku z okazji Dnia Matki robiłam laurkę dla Mamy i często miały kształt serca. A jeśli nie – gdzieś w środku zawsze znalazło się jakieś serduszko.. 

Były w życiu serduszka przyjaźni i serduszko od chłopaka. Bursztynowe i srebrne. Szklane i złote. Malutkie i całkiem duże.

Ha, ha, ha! Tak było!

Za czasów mojej młodości nie było Święta Walentynkowego. Za to 8-go marca obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet. Jaki on był „międzynarodowy” – to dziś się nad tym z uśmiechem zastanawiam.. Ale na pewno panowie obchodzili go całkiem wesoło zakrapiając ostro alkoholem, zwłaszcza w miejscach pracy, a panie zadowalały się otrzymywanym w tym dniu rutynowo – czerwonym lub różowym goździkiem, bo głównie takie sprzedawane na każdym rogu ulicy, mogły przetrwać wciąż jeszcze mroźną o tej porze roku „wiosenną” pogodę. 

Ale serduszek z okazji tego święta nie przypominam sobie.. 

Za to lubiłam polskie bombonierki czekoladowe ułożone w pudełku serduszkowym. Zanim doszło do kryzysu we wszystkich dziedzinach gospodarki polskiej na przełomie lat 70/80, polskie czekolady były pyszne i w bardzo ładnych opakowaniach.

Serduszka na ścianach, na maskach aut, na drzwiach i oknach…

Serduszka kojarzą mi się też z dekoracjami ślubnymi – zwłaszcza w małych miastach, na wsiach koniecznie głównym symbolem wielkiej miłości musiało być wielkie serducho. Na głównej ścianie sali weselnej, nad głowami Pary Młodej, na masce samochodu, którym Państwo Młodzi zajeżdżali pod kościół. 

Uczono nas  przecież, że serce to symbol pozytywnych skojarzeń. 

Rzecz w tym, że wcale tak nie jest. Serce ma wielowarstwowe znaczenie. 

Serce to miłość, romantyzm. Nieograniczona dobroć, ale czasem naiwność i bezmyślność, zazdrość i smutek. To związki międzyludzkie, nie tylko te dobre, przyjazne czy kochające się. To także te powikłane, destruktywne, nienawistne i skomplikowane.  

Serce to także ciężkie choroby, których boi się każdy z nas. Wady serca u dziecka przerażają rodziców, obojętnie kiedy taka informacja dopada rodzinę. Według statystyk w Polsce na sto noworodków jedno rodzi się z wrodzoną wadą serca. I mogą być to różne powikłania, czasem szybko wykryte i natychmiast leczone, a czasem objawić się mogą dużo później. 

Ludzkie serce- narząd ktory odpowiada za właściwe działanie każdego zakątka naszego organizmu

Serce jako narząd naszego organizmu to centrum naszego “ja”. To nie tylko przysłowiowy punkt odpowiedzialny za zdrowie fizyczne, przepływ krwi do najmniejszego zakątka naszego organizmu, ale także miejsce, gdzie ogniskują się nasze problemy emocjonalne. Nie na darmo mówimy, że “sercem czujemy” itd.. Może to i głęboka przenośnia, bo w tym wypadku umysł, kora mózgowa i bardziej szczegółowo nazywane w medycynie miejsca odpowiadają za uczucia i emocje. Często jednak fizycznie czujemy, że serce bierze czynny udział w procesie  odczuwania, odbierania wrażeń. Jeśli szalejemy z miłości – mamy fizyczne  poczucie radosnego bicia (“trzepotania”)  serca. Gdy jesteśmy w dołku, w depresji i mamy ciężki czas w życiu – odczuwamy fizyczny ból w okolicy serca, jego nieznośne kołatanie. Psychiczne samopoczucie odbija się fizycznym bólem naszego serca.  Jest to powiązane mocno niewidzialnym, ale silnym węzłem. Nic w naszym organizmie nie jest osobne. Wszystko “współpracuje”. Na dobre i na złe. Czasami tylko.. nieco mija się w czasie. 🙁

Choroby serca, kiedykolwiek się pojawiają, są podstępne, niezależnie od wieku. W takich sytuacjach serce staje się czymś zupełnie innym niż tym ślicznym równiutkim czerwonym albo różowym serduszkiem przekazującym przesłanie dobrego uczucia. 

Niestety, jest to powszechnie znana “choroba seniorów” wywołana zmęczeniem, długim życiem, niewłaściwym odżywianiem, za małą ilością ruchu i całym mnóstwem innych przyczyn. A tak naprawdę tym, że się starzejemy i nasz najważniejszy organ pracujący od poczęcia jeszcze w łonie matki powoli zaczyna być zmęczony. Już nie potrafi pracować tak jak młody silny najważniejszy element ludzkiego organizmu. Coraz częściej odczuwamy przemęczenie, duszności, puchną nam nogi – to sygnały, że nasze serducho daje nam znać, iż trzeba o nie zadbać więcej i lepiej niż dotychczas i pomóc mu w jego zadaniach biologicznych. 

Zachowało się bardzo niewiele zdjęć z mojego rodzinnego domu. To – chyba zrobione jest na plantach, na niewielkiej górce, gdzie popołudniami chodziliśmy na spacery – myślę że w 1958-9 r. (tata ma czarną opaskę na rękawie, wtedy umarła Babcia – jego Mama)

W moim domu rodzinnym żyłam od dzieciństwa ze strachem choroby serca. Niewiele o tym wiedziałam. Ale odkąd pamiętam Tata zawsze był chory “na serce”. Reagował na złą duszną pogodę, brał ciągle jakieś leki, często chodził do lekarza. Prawdę mówiąc – moja wiedza o jego chorobie serca była niewielka. W domu nigdy  o szczegółach się nie mówiło. Dziś wstyd mi, że nie interesowałam się tym problemem i nie miałam świadomości jak niebezpieczna to była choroba. 

Pierwszy zawał Tata przeszedł mając 42 lata. Pierwszy raz widziałam w szpitalu kogoś z maską na twarzy, z jakąś aparaturą dostarczającą tlen i ułatwiającą oddychanie. Pierwszy raz też bałam się, że może umrzeć.. 

 Miałam 18 lat i byłam w klasie maturalnej. 

Byłam dorosła a wciąż nie bardzo rozumiałam, jakie zagrożenie stanowiła sercowa choroba Taty.  Tata bardzo dbał o siebie, prowadził regularny tryb życia. Codziennie  po pracy odbywał 30 – 45 minut popołudniowej drzemki.  Prawie każdego dnia niezależnie od pory roku chodził na spacery, pilnował regularnych godzin posiłków i godzin snu. 

Nawet nie wiem jak wyglądał wtedy ser, który Tata przyniósł w ostatnich chwilach swego życia..

A jednak…umarł nagle upadając w kuchni na podłogę  na oczach Mamy, podając jej kawałek sera żółtego “Roquefort”, który właśnie udało mu się zdobyć w krakowskich Delikatesach na Rynku. Karetka przyjechała bardzo szybko, niestety serce stanęło szybciej.. Tata nie miał jeszcze 65 lat. 

Medical Center w Houston. To miejsce kojarzy mi się z trudnym przeżyciem. Na szczęście – wszystko dobrze się skończyło..

A dla mnie jedyną podświadomą a może właśnie świadomą  “obsesją” chorobową,  którą kontroluję bardzo regularnie to jest ciśnienie krwi (mam z tym problem z nadciśnieniem, więc od lat jestem na lekach), cholesterol, podstawowe badania kontrolne serca. Wszystko to, co wiąże się z chorobą serca. Zapewne wypływa to z rodzinnych dawnych doświadczeń. 

Dziś wiem dużo na ten temat i związanych z sercem chorób. ”Przerobiłam” to także niedawno na rodzinnym  “własnym podwórku”. Wiem jakie myśli biegają wtedy w głowie, jakie strachy nas nawiedzają. Mam do tematu zupełnie inne podejście niż lata temu. Rozumiem inaczej, czuję inaczej. Nie chcę “powtórki” i doświadczeń mojej Mamy…

Wracam do tej przyjemniejszej nuty sercowej. Serce w poezji, w piosence, w dziesiątkach sentencji, których chętnie używamy niemal każdego dnia, by oddać dosadnie nasze nastroje i odczucia. Serce jest symbolem tak jednoznacznym i “wygodnym” w językowym użyciu, że nawet nie zdajemy sobie sprawy jak blisko i silnie jesteśmy z nim związani i w ilu codziennych  sytuacjach korzystamy z sercowych elementów znaczeniowych.  

Ktoś jest nam bardzo bliski, chcemy go opisać jako naszego dobrego przyjaciela, polecić komuś, określić jego cechy jako człowieka  czułego, wrażliwego na krzywdę drugiego człowieka.. Mówimy o nim: Ten Człowiek ma “złote serce”.  Albo inaczej- ma “gołębie serce”, jest człowiekiem o “wielkim sercu”,  “oddałby nam całe serce”..  

I odwrotna sytuacja –  na naszej drodze spotykamy niedobrego człowieka.  Nieczułego, niechętnego do pomocy, zawziętego.  Używamy określeń: on ma “serce z kamienia”, „lodowate serce” albo „człowiek bez serca”..  

Otaczamy się ludźmi “wielkiego serca”, takimi ktorzy swoją szczerością ujmują nas szybko i “podbijają nasze serce” , “chwytają nas za serce” albo “serce w nas rośnie” gdy przebywamy blisko nich. 

Obserwujemy ich działania i widzimy jak potrafią “ wkładać całe serce” w swoją pracę, jak “biorą sobie do serca” powagę zadań do zrobienia,  jak “oddają całe serce” swej działalności…

A jeśli kochają – to “całym sercem” i biegną “za głosem serca” , by czasem mimo  strachu i zdenerwowania wyjawić to, co najważniejsze “ z bijącym sercem” choć to “ serce o mało nie wyskoczy”…  

Bo jego “serce czuje żal i ściska go smutek” ale wierzy , że “ujmie drugie serce prostotą swych uczuć”..  

“Serce się kraje” – gdy z “drżeniem serca” ktoś walczy jak lew, by jego uczucia zostały odwzajemnione. 

I czyjeś “serce z dobrocią otwiera się” i “serca łączą się”, bo wzajemnie są sobie przeznaczone… 

Czyż nie takich i wiele innych określeń sercowych używa literatura, poezja, piosenka każdego dnia? 

Serce wpisane jest w nasz język codzienny, w nasze myślenie tak głęboko, że zarówno słowo jak i kształt, kolor, pląta nam się od pierwszych dni narodzin do ostatnich chwil życia. Czy chcemy tego czy nie. Serce po prostu jest w nas, przy nas, obok nas. To cząstka nas. Mała, ale bardzo ważna. 

Serce. Nie zawsze słodkie i lukrowane. Niekoniecznie piękne i równiutkie w kształcie.  Za to zawsze niesie prawdziwe przesłanie. Jeśli tego chcesz. 

Górne zdjęcie to oryginalny obraz namalowany przez E. Kazimirowskiego.. Dolne- jedne z wielu kopii. (znalezione w necie)

Przychodzi mi na myśl obraz, który można spotkać prawie w każdym kościele katolickim.  Jest to postać dorosłego Jezusa, który ponoć ukazał się siostrze Faustynie w 1931 roku w celi klasztoru w Płocku. Jego lewa ręka wskazuje na serce, z którego wypływają dwa silne strumienie światła, jeden czerwony a drugi blady. Jezus podobno przemówił do siostry Faustyny, by namalowała Jego obraz tak, jak go zobaczyła, z podpisem “ Jezu, Ufam Tobie”. A potem Jezus dodał, by “obraz ten czczono w tej kaplicy i innych na całym świecie”.

Pierwszy obraz powstał w Wilnie namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego pod okiem siostry Faustyny, lata po objawieniu. 

Dziś niemal w każdym kościele katolickim możemy zatrzymać się pod kopią tego obrazu, zadumać się na chwilę nad przesłaniem i znaczeniem Serca. 

Kilka zdjęć dr. Zbigniewa Religi. Ostatnie – to okładka książki o jego życiu i dokonaniach medycznych. „Bogowie nie umierają”

Czy jesteśmy wierzący czy nie, symbol serca jest tu bardzo wymowny. I silnie odbija w naszej wyobraźni: pytaniem, zamyślaniem – o sercu – na swój własny  sposób. 

Dr. Zbigniew Religa, w 1985 roku przeprowadził pierwszy w Polsce udany zabieg przeszczepu serca. Daleko było do dnia, kiedy takie operacje stały się sukcesami. Droga do zrealizowania jego marzeń była długa, niezwykle trudna, stresująca i pełna potknięć… Dr. Religa nie był wierzącym, a jednak nazywano go “Świętym”. Naprawił tysiące polskich serc. Był niezwykłym człowiekiem, nietypowym lekarzem, upartym i nietuzinkowym. Serce uważał za “kawał zimnego mięsa” (bo przed zabiegiem transplantacji serce trzeba było oziębić) ale gdy puściło się krew, serce podejmowało swoją pracę i stawało się dla dr. Religi najpiękniejszym cudem…

Tekst ballady „Romantyczność” Adama Mickiewicza

SERCE – Ufaj Bogu, ufaj uczuciu, które masz w sercu, ufaj swojej wierze. 

              Pilnuj swojego serca, chroń go, jak najcenniejszą cząstkę naszego ciała.  I swojego umysłu.    

               “Miej serce i patrzaj w serce” jak napisał kiedyś Adam Mickiewicz.

  *******************************

A po klasycznym przykładzie poezji wrzucę jeszcze dawno zapomnianą piosenkę o serduszku (Serduszko puka w rytmie cza-cza) z lat 50-60 -tych, którą pamiętam, kiedy rodzice słuchali jej w radiu w wykonaniu Marii Koterbskiej. Czy ktoś wie, że M. Koterbska zmarła niedawno, w 2021 dożywszy 96 lat? Nazywano ją królową polskiego swingu. Dlatego właśnie, gdy przypadkowo natrafiłam na nagranie tej piosenki z tłem tańca cza-czy czy (cza-cza lub cha-cha, bo wszystkie pisownie dozwolone!!) to nie mogłam sobie odmówić by czegoś takiego nie przypomnieć.

Czy teraz też serduszko wam za-puka w rytmie cza-cza” !! 😀 😀


BACK

Krytyka – “diabelska” natura człowiecza

19 marca, 2024

Dziś będę krytykować krytykowanie! 

Będę krytykować tych wszystkich, którzy krytykują i uważają, że to konieczne, sprawiedliwe, potrzebne, choć często okazuje się, że NIE zawsze tak jest. 

Krytykować”,  jak podaje Słownik Synonimów Polskich znaczy: potępiać, ganić, oceniać kogoś albo coś ujemnie, wyrażać się niepochlebnie, osądzać kogoś według własnych zasad, szukać dziury w całym i jeszcze kilka innych niemiłych określeń… 

Czyli – ogólnie krytyka to dla osoby krytykowanej niezbyt przyjemna krucjata – raczej atak, agresja na tę osobę. A jeśli się uda doznać lżejszej formy, to będzie jakieś kazanko, prawienie morałów, może opieprz, pretensje albo wytyk. Pewnie można by znaleźć dziesiątki innych określeń łącznie z modnym ostatnimi laty słowem – mobbing. 

Krytyka dzieje się wszędzie i w różnych sytuacjach. Trudno ją porównywać, bo w każdym momencie ma różne znaczenie. Inny wymiar ma w szkole w relacjach: nauczyciel – uczeń czy uczeń – uczeń.  Innego sensu nabiera krytyczna rozmowa na forach społecznościowych, gdy dotyczy tematów osobistych wśród osób prywatnych, jeszcze inny, gdy toczy się na stronach politycznych i publicznych.  Ogromną rolę odgrywają artykuły krytyczne dotyczące filmów i przedstawień teatralnych, ludzi, którzy tworzą rzeczy niezwykłe, a potem zostają poddani publicznej krytyce, która burzy ich osiągnięcia jak za jednym dotknięciem różdżki. Albo – odwrotnie: świat nagle  otwiera się i zaczyna się nowe piękne życie.. 

Wszystko to przyszło mi do głowy nieprzypadkowo i nie nagle. 

Wielokrotnie pisałam, że dużo czytam i uwielbiam oglądać filmy. Nie jestem w tym osamotniona, bo dużo moich rówieśników (że nie powiem głośno “emerytów”) ludzi, którzy wreszcie nie muszą się spieszyć do pracy, mających czas na “odrabianie zaległości” z kultury uzupełnia tego typu „braki”, których nazbierało się w ciągu całego życia. Wciąż coś zostawało za nami, coś co chcieliśmy przeczytać, oglądnąć, co ktoś polecał, o czym chcieliśmy porozmawiać a jakoś uleciało i nigdy nie powróciło. Teraz właśnie jest moment, by do wielu tytułów wrócić, może nawet spojrzeć na nie nieco inaczej niż lata temu. 

A dziś wszystko mamy dostępne w domu na wyciągnięcie ręki, zarówno książki do słuchania i czytania w postaci  e-booków i  audiobooków jak i w tradycyjnej papierowej formie. Podobnie mamy nieograniczony dostęp do filmów w każdym języku, na wszelkich platformach streamingowych takich jak Netflix, Amazon Prime, HBO, VOD. Nie mówiąc o setkach kanałów  telewizyjnych. Do wyboru, do koloru! 

Korzystamy więc z tego co lubimy, co nas najbardziej interesuje, a z rozmów i dyskusji z moimi przyjaciółmi i znajomymi już dość dawno zorientowałam się, że niemal każdy z nas ogląda… coś innego! 

Ja jestem uparciuchem i lubię (trochę nawet muszę, bo mi tak w głowie mocno siedzi 😀),  poszukać i poczytać o filmie, który wywarł na mnie duże wrażenie, sprawdzić  recenzje przeczytanej książki. Opinie krytyków – fachowców, ale też to, co piszą w “necie” zwykli ludzie – odbiorcy o bardzo różnym poziomie wiedzy, wrażliwości i wyczuciu filmoznawczym. Niestety, często także i słownictwo, którego używają w swoich wypowiedziach pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony… taka ocena bywa cenna, bo autentyczna (czasem aż za mocno 😏).

plakat filmu „Small World”

Kilka dni temu natrafiliśmy z mężem na film Patryka Vegi pt.”Small World”,

Zdziwił mnie ten tytuł, zwłaszcza, że od razu zauważyłam, iż film ma obsadę międzynarodową i jest w trzech językach – polskim, rosyjskim i angielskim. 

Kadry z filmu – Julia Wieniawa – Narkiewicz (znalezione w sieci)

Przyznaję, że jakoś nie zauważyłam, kto jest reżyserem filmu, dopiero w końcowych napisach zobaczyłam nazwisko Vegi. Za to w roli głównej zagrał mój ulubiony  Piotr Adamczyk (może mam do niego słabość przez “pokrewieństwo” do mojego panieńskiego nazwiska😀) i Julia Wieniawa- Narkiewicz.  

Jak to u Vegi – temat zawsze bardzo mocny (tym razem problem pedofilii w skali międzynarodowej, akcja filmu toczy się na przestrzeni kilku lat, współpraca Interpolu kilku państw itd…) 

Wszystko to wymieniam błyskawicznie w punktowym skrócie, bo nie tylko to, przynajmniej dla mnie, jest w tym filmie najważniejsze. 

 W tym potwornym obrazie współczesnego świata jest coś jeszcze, co zelektryzowało moje “komórki odbioru”  – „wypunktowanie” tragedii pojedynczego porządnego człowieka, mającego w sobie upór i nadmiar dobrych intencji, które zawładnęły jego mózgiem tak głęboko, że zamieniają bohatera w “potwora”.  A może nie do końca.. Ale – po latach jego psychika jest już tak pokręcona, że nie potrafi wrócić do normalnego świata mimo, że wykonał swoją misję.

Świat pedofilii jest brutalny, nie tylko dla dzieci. To potworna machina, która niszczy tysiące niewinnych osób, czyni z ludzi bogatych zwyrodnialców szukających nieludzkich rozrywek,  zmienia ich w potworów i diabłów, a także doprowadza do samozniszczenia tych, którzy zatracają się w walce z tym złem. 

Wiem! Wiem, w tym filmie można krytykować  wszystko – sposoby wyrażania scen symbolicznych, zbyt mistyczne podejście reżysera do okrucieństwa i brutalności, sceny walki (ha! ha! – gdzie ich nie ma!)… I wiele innych elementów niemal zawsze potępianych w filmach Vegi.  Nie wiem czy w ostatnich dwudziestu latach jakikolwiek inny polski reżyser spotkał się z tak intensywną krytyką, a równocześnie z tak wielkim zainteresowaniem swoimi filmami. Bo nie można zaprzeczyć, że filmy Vegi to wielki wstrząs na ekranie współczesnej kinematografii.

Tę ostrą krytykę mogłabym zrozumieć, choć bardzo niechętnie… bo przecież krytycy MUSZĄ pisać, zarabiać – to ich zawód. (ostro, nieprzyjemnie, szokująco??? – zawsze?) Jak inaczej nazwać ich KRYTYKAMI.  

Ale zaraz potem zajrzałam na stronę forum, gdzie dyskutują “normalni” widzowie. Spontanicznie, ot tak, bez tej filmowo – fachowej wiedzy, którą szczycą się zawodowi krytycy.  Sądząc z języka, jaki używają do swych wypowiedzi, są to zapewne młodzi ludzie.  Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo zabierać głos w dyskusjach publicznych. Na ogół ludzie unikają wypowiadania się, nawet jeśli są to krótkie zdania anonimowe. 

Gdybym „miała ochotę i trochę czasu”, to pokusiłabym się o zrobienie tabelki/statystyki słów, które najczęściej zostały użyte w tych  wypowiedziach. Stawiam 99 na 100, że byłyby to słowa: dno, strzelanina, gra aktorka na żałosnym poziomie, hejt,  IQ Vegi..”burzosranie” (przepraszam – cytuję), żenada… itd, itp…. 

Mam wielką nadzieję, że są jednak ludzie, którzy dostrzegli w tym filmie coś więcej. 

Wszystko to, co można uznać za otoczkę, za tło, za filmowy zabieg artystyczny  – to, co może nam się podobać lub nie, bo takie są prawa widza – może być przedmiotem naszej dyskusji! I krytyki.  Ale nie zgadzam się na odrzucanie i negowanie wszystkiego, tylko dlatego, że lubicie KRYTYKOWAĆ z zasady i po prostu!  

Filmy Vegi są kontrowersyjne. Nawet bardzo! Są dyskusyjne. Mogą być nielubiane, chociaż są i wielcy fani jego filmów. Każdy z tych filmowych obrazów ma jednak w sobie “coś”.   

Język filmowy Patryka Vegi jest dziwny. Ale nie jest głupi. Jego wrażliwość może nie jest prosta i zrozumiała dla każdego. Przecież mamy prawo dokonywać wyboru.  Jeśli szukasz łatwego odbioru filmowego, to rzeczywiście może oglądaj filmy w stylu Rambo.. Ja ich nie lubię i dlatego nie oglądam. Nie każdy musi lubić to samo. Ale z krytyką hejtu – błagam, wstrzymaj się! 

Tym razem wpadł mi do głowy przykład filmu Patryka Vegi, ale przecież mógłby to być każdy inny! Komedia, która śmieszy do łez albo jest tak żałosna, że moje oczy wywracają się “do góry nogami”.  Być może taka właśnie komedia znajdzie swoich amatorów, którzy będą się nią zachwycać 🤗.

Kadry z serialu „1670” – w rolach głównych: B. Topa, K. Herman, M. Byczkowska, M. Sikorski, A. Kłak…

Ogromnym echem na wszystkich forach społecznościowych – oficjalnych i prywatnych odbija się teraz serial pt. “1670”. Pozornie film wydaje się być serialem historycznym o Polsce z czasów tuż po Potopie Szwedzkim, ale tak naprawdę nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy w samym  środku współczesnej Polski z jej tysiącem obecnych konfliktów i problemów. 

XVII -wieczny sarmata o najsłynniejszym polskim imieniu Jan Paweł, w każdym odcinku opowiada jedną historię (albo swój problem) o wsi Adamczycha i swojej rodzinie. 

Kostium historyczny jest tylko zasłoną problemów współczesnych a dialogi przekomicznie do nich nawiązują. Niektórych moich znajomych nieustająco śmieszą (zapewne tych, którzy politycznie zaangażowani delektują się odkrywaniem niuansów i konfliktów typu PO – PiS etc.) Jeśli mam wyrazić swoją opinię (czym na pewno narażę się niejednemu widzowi znajomemu i nieznajomemu 😂 – faktycznie niektóre odzywki są “pikantne’, inteligentne, śmieszą w kontekście obrazu, który obserwujemy. I na pewno dużo łatwiej je wychwycić, jeśli zna się współczesne polityczne i społeczne tło wydarzeń w Polsce.   Dla mnie ma to trochę.. hhmm – obcy wydźwięk. I śmieszy mnie tylko co jakiś czas…

Jedno jest pewne – mieć odwagę i pokusić się o sportretowanie tylu przywar polskich w jednym filmie naraz, pokazać, że właściwie na przełomie 4-5 wieków jako społeczeństwo niewiele zmieniliśmy się i jeszcze znaleźć taką formułę obrazu, by to przekazać – to wielka odwaga!!  I tu -brawo dla pomysłodawców!!

Choć daleko mi do szaleńczych “och-ów i ach-ów”  muszę przyznać, że twórcy serialu wykazali dużą wyobraźnię, znajomość historii i kreatywność.

Acha! – i to nie jest ani recenzja ani krytyka!  To przykład, że na miejscu filmu Vegi, serialu czy książki może być cokolwiek, o czym chcielibyśmy opowiedzieć i skomentować. I nie musi być to krytyka negatywna (bo moja opinia nie jest negatywna) choć wcale nie musimy być zachwyceni  tym, co właśnie czytamy i oglądamy.. (ja „zachwycona” jestem tylko umiarkowanie 😀).

W życiu, w codziennych rozmowach i sytuacjach jest podobnie. 

Instynkt podpowiada nam, by oceniać innych. Obojętnie czy to przyjaciel czy ktoś kogo nie bardzo lubimy. I czy chodzi o coś naprawdę istotnego, czy o głupotkę, do której akurat się “czepiamy”. 

Takie ludzkie “dzienne” działania. Coś tam powiemy, coś dodamy, bardzo często nie zdając sobie sprawy, że w mgnieniu oka doprowadzamy do wymiany zdań, dyskusji, która może stać się dla drugiej osoby nieprzyjemna. 

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego to robimy?  Najpierw wydaje nam się, że po prostu chcemy tylko wyrazić swoją opinię, a potem drążymy głębiej i naciskamy tak mocno, że nie zauważamy, iż celem naszego wywodu staje się doprowadzenie do przyjęcia przez tę drugą osobę naszych racji. Nawet jeśli ona tego NIE chce. Jeśli ma inne poglądy, jeśli jej nie pasują nasze opinie. 

Krytyka, sama w sobie, nie jest niczym złym – do czasu…gdy nie zacznie narzucać drugiej osobie naszego zdania. Do momentu, gdy nie ignoruje się poglądu przeciwnika, gdy stajemy się niemili, gdy wchodzimy komuś w jego świat i jego wolne wybory. 

W takiej chwili najlepszą reakcją jest wyjść pod byle pozorem z pomieszczenia, wycofać się z niezręcznej sytuacji, nie dopuścić do dalej rozwijającej się dyskusji. Ale większość z nas wie, że nie jest to łatwe. Asertywność i szybkie mocne decyzje są dla wielu dorosłych ludzi trudne, a co dopiero dla młodych czy dla dzieci. Męczymy się więc, słuchamy przykrej krytyki, a kompleksy życiowe rosną szybko.. 

Nikt tego nie lubi. Trudno w takich momentach powiedzieć drugiej osobie “STOP”!! “Nie chcę słuchać twoich krytycznych rad, bo są bolesne i dołują mnie. Ranisz mnie. Mówisz o sobie, o tym co dla ciebie dobre, o tym czego ty chcesz, a nie o tym, co byłoby dobre dla mnie..”  

 W szkole, w pracy, w rodzinnym domu. Nawet w pozornie miłych miejscach jak na spotkaniach towarzyskich, eleganckich przyjęciach. A tak naprawdę, sytuacje, w których ktoś nas krytykuje niekoniecznie mają dotyczyć nas… To osoba krytykująca ma ze sobą w tym momencie jakiś problem. Aby “zdjąć” z siebie trochę napięcia, kłopotów – rzucają się na ocenianie innych i tym samym próbują odjąć trochę własnego stresu, znaleźć ujście swojej złości czy zdenerwowania. 

Zasady krytyki pozytywnej

Jeśli uświadomimy sobie, że to “napastnik” ma problem, a nie my – łatwiej będzie przerwać taką dyskusję i wycofać się ze strefy zagrożenia. 

Krytyka musi ISTNIEĆ! Inaczej nie byłoby konkurencji. Nie mielibyśmy motywacji do poprawiania siebie, naszych działań, tego co tworzymy.  Każdy aktor, pisarz, artysta – twórca czegokolwiek, co powinno być ocenione przez innych, natychmiast po ukazaniu się jego dzieła, czymkolwiek by ono było, czeka na reakcje. Reakcje krytyków. Marzy o tym, by były one pozytywne, ale zazwyczaj zdaje sobie sprawę, że nie będą w pełni idealne. Zawsze Twórca spodziewa się krytyki. I wierzy, że będzie to krytyka pozytywna, która pozwoli mu zrozumieć błędy, poprawić jakość, usunąć to w sposób, który będzie zgodny z przesłaniem i jego wyobraźnią artysty-twórcy.

Niestety – krytyka ma i drugą stronę. Tę “diabelską” stronę ludzkiej natury. Niszczącą, rujnującą, intrygancką. 

Krytyka “hejtu” potrafi złamać najsilniejszych, zamącić w przyjaźniach, zniszczyć to, co budujemy w życiu czasem długo i mozolnie. 

To co nas nie złamie, wzmocni nas podwójnie. 

Życie jest czasami okrutne. Nie dajmy się złej krytyce.

Krytyka – to przecież ludzka rzecz…  Bywa czasem…przydatna 😀.. 


BACK

Czy można żyć bez pamięci?  

2 marca 2024

Świat za 100 lat oczami dziecka – konkurs plastyczny w jednej ze szkól w Polsce.

Jaki będzie Świat za sto lat? Jak bardzo dzień będzie różnił się od dnia dzisiejszego?  Czy moja ulica będzie jeszcze istniała? A mój dom?… Pewnie nie. Może będzie tu wielki park, a może wysokie nowoczesne domy, w których mieszkać będzie kolejne szczęśliwe pokolenie ludzi? 

Może będzie tu już inny kraj? A może będzie jedna wspólna planeta, gdzie nie będzie podziałów, kłótni, konfliktów? Marzenia…

…a może jeszcze będzie inaczej???

Sto lat to dla istnienia Świata wcale nie jest długo. Ale dla zwykłego człowieka to całe jego życie i jeszcze więcej. Za sto lat wszyscy, którzy teraz żyjemy będziemy na cmentarzach w rodzinnych grobowcach albo w skromnych urnach – jeśli sobie zażyczymy lub jak rodzina za nas postanowi. 

Co naprawdę po nas pozostanie?  Imię na nagrobku? Nazwisko w kościelnych księgach wieczystych czy w komputerowych spisach dawnych przodków… Może nawet takich śladów już nie będzie. Natłok informacji jest wielki, szybkość zmieniających się danych to jeden wielki młynek kręcący się z prędkością światła. Ile informacji pamięć maszyny udźwignie i na jak długo? Jaki rodzaj pamięci swoich o przodkach zachowają po nas następne  pokolenia? 

Zastanówmy się przez chwilę – ile naprawdę pamiętamy o rodzicach naszych rodziców? A o naszych pradziadkach?.. Czasem w domu zachowują się w opowieściach rodzinnych jakieś legendy, stare zdjęcie, jakiś medal, odznaczenie. Mroczna tajemnica rodzinna przekazywana z pokolenia na pokolenie, często upiększona albo “skrzywiona” i odległa od prawdy. 

Większość ludzi żyje jednak teraźniejszością, rzadko sięga do historii swoich przodków. Z czasem zapominamy o ich grobach, imionach, o prawdziwych korzeniach, z których się wywodzimy. 

Moje pokolenie nie ma zbyt wielu zdjęć rodzinnych, bo w czasach mojego dzieciństwa aparat fotograficzny był rarytasem. Mało kto go posiadał. 

Pamiętacie?

Zaczynał robić powszechną karierę dopiero w latach 60-tych. Pamiętam, że marzeniem było mieć jeden z takich aparatów jak  Leica, Zorka, Nikon, Canon, czy potem Praktica. Ale przeciętny “Kowalski” długo nie miał szansy na kupienie sobie takiego sprzętu. Najpopularniejszym i ewentualnie dostępnym był rosyjski Zenit.  

Natomiast ludzie pisali do siebie listy i często je przechowywali jak najpiękniejszą i ważną pamiątkę. Listy to w wielu rodzinach element pamięci o przodkach.

Cztery koperty, kilka zapisanych kartek, a tak wiele pamięci..

Nie mam listów i pamiątek po dziadkach, nie pamiętam ich z obu stron rodziny i nie poznałam ich nigdy. Może wyjątkiem kilku, 3-5 zdjęć, które w jakiś magiczny sposób zmieszały się z dużo późniejszymi zdjęciami. Ale zachowałam kilka listów napisanych do nas przez mojego Tatę, gdy już wyjechaliśmy do Houston.  Tata zmarł niespełna rok po naszym wyjeździe i zdążył napisać tylko kilka listów. Dziś te cenne słowa mają już ponad 33 lata i są jedynymi, jakie w życiu dostałam od mojego Ojca. W kopertach są też dodatkowe listy od mamy. Widać, każdy z nich miał potrzebę napisać coś od siebie i po swojemu… Dla mnie – unikalna pamiątka. Czy zachowają się po moim odejściu? Nie wiem… Ale chciałabym, żeby moje dzieci miały świadomość ich wartości. 

To prawda, że często nie przywiązujemy znaczenia do rzeczy, które kiedyś mogą stać się wartościowymi  pamiątkami. Wokół nas przetacza się za dużo – rzeczy, spraw, istotnych faktów, ważnych ludzi. Nie nadążamy z gromadzeniem tego, co dokumentuje się w dzisiejszym szybkim życiu – ani w pamięci, ani w zdjęciach, ani we własnym świecie wartości, tak by odpowiedzieć sobie na pytanie: czym jest dla nas pamięć.  

Mogłabym śmiało stworzyć listę bliskich mi ludzi, którzy z poczucia bliskości z historią swojej rodziny tworzą albumy zdjęć, pamiątek, poszukują nieustannie nowych wieści i imion uzupełniając drzewa genealogiczne rodziny kilku pokoleń. Przechowują medale, stare sztandary, książki. Ludzie gromadzą czasami bardzo zadziwiające rzeczy, które dla innego człowieka mogą sprawiać wrażenie dziwadeł, ba – nawet “śmieci” a dla tej jednej osoby są źródłem wspomnień, emocji, połączenia pokoleń, nierozerwalną nicią bardziej wartościową niż rodzinny grób. 

Ten portret dotarł do nas z domu rodzinnego mojego męża. Od lewej – jego dziadek Jan, babcia Maria i wujek- Bronisław. Rodzina ze strony Ojca mojego męża. Nigdy ich nie poznał. Niestety, nie znaleźliśmy nigdzie daty na tym portrecie i nie wiemy z jakiego czasu pochodzi. Na pewno sprzed II wojny..

Jedni tego nie rozumieją, inni przywiązują do tego wielką wagę. 

Są domy, które przypominają swoiste rodzinne, pokoleniowe muzea. Ściany pokryte są starymi fotografiami i aż dech zapiera skąd ludzie mają takie pamiątki. 

Łatwiej zrozumieć taki stosunek do pielęgnacji pamiątek, gdy ktoś w naszej rodzinie był człowiekiem sławnym – pisarzem, aktorem, wybitnym naukowcem, podróżnikiem…

Ale przecież nie zawsze tak jest. Większość z nas to zwyczajni ludzie. Zapisujemy się w historii istnienia Świata jako mgnienie, tworząc w swym życiu ważne humanitarne ogniwo, ale niekoniecznie wybitne! 

O takich “nas” następne pokolenia – nasze dzieci, wnuki, może prawnuki chcą, będą chcieli pamiętać. MOŻE.. A może NIE.

I nic w tym złego. Bo tak naprawdę człowiek istnieje, dopóki o nim trwa w ludzkich umysłach pamięć. Pamiętać nas może nasze dziecko, nasz wnuk. Może trochę prawnuk.. ale już tylko ze strzępka opowieści swoich rodziców… „Człowiek żyje tak długo jak długo trwa pamięć o nim”– tę sentencję znamy chyba wszyscy.

I na tym skończy się pamięć o indywidualnym “ja – ty czy my”. 

Pozostanie opowieść – jakaś bezimienna legenda o pokoleniu, które dokonało różnych odkryć, stworzyło ciekawe dzieła, napisało wiele pięknych książek, wymyśliło komputer i internet, zbudowało tysiące wspaniałych hoteli, domów i jeszcze i jeszcze… lista nie będzie miała końca. Bo tak wymyślono ten świat. Każdy człowiek wart jest zapamiętania. Ale nie ma takiej księgi, która objęłaby wszystkie nasze imiona i nasze zasługi. 

Szczęśliwie – w tej księdze pamięci nie zmieszczą się także wszystkie nasze grzechy i złe uczynki…

A jak wiemy “Każdy kij ma dwa końce”. Każda prawda ma dwie racje. 

Istnieją ludzie, którzy boją się zatrzymywać przy sobie jakiekolwiek pamiątki. 

Nie przechowują nawet drobnych elementów, które mogą im przypominać choćby cząstkę  minionego wczorajszego dnia, choćby kawałek przeszłości. Nie przywożą pamiątek z podróży, nie robią zdjęć, nie lubią oglądać albumów, w których  mogliby ujrzeć siebie sprzed lat albo innych znajomych wokół siebie. 

Ta filiżanka jest w mojej rodzinie już trzy pokolenia. Nie używam jej do picia herbaty. Jest tylko wspomnieniem..

Dlaczego tak się dzieje? Czy człowiek boi się siebie z przeszłości? Czy może ma obsesję magazynowania informacji, wspomnień, własnej twarzy sprzed lat?  A może przeraża go ilość niepotrzebnych materiałów, fizycznych papierów, śmieci, pudełek, które przecież trzeba pielęgnować, opisywać, sprawdzać, żeby był sens je trzymać? 

Niektorzy nazywają to po prostu “melinowaniem” albo “chomikowaniem” i nie są to określenia użyte w sensie pozytywnym. 

Bywają domy czyste schludne, pięknie urządzone, ale jakby .. puste. Czegoś im brak. Ciepła. Ludzkiego oddechu przeszłości. Poczucia pewnej ciągłości życia. 

Można to interpretować bardzo różnie i nie będę próbować tłumaczyć moich uczuć ani narzucać innym tych odczuć.  Przecież czujemy różnie i mamy do tego ludzkie indywidualne prawo.  

Dom może być nowy, wczoraj zbudowany, a atmosferę w nim będziemy odczuwali ciepłą, rodzinną. Dlaczego? Sami potraficie to wyczuć, jeśli tak będzie.. 

A jeśli nie – poczujecie pustkę, osamotnienie, choćby dom miał wszystko, ale zabraknie mu duszy. 

Co jest prawdziwe? Jaka jest recepta na pamięć ? 

Nie ma! Nie ma dobrej odpowiedzi. Odpowiedź jest w moim sercu. Twoja gdzieś w twojej duszy. Każdy z nas ma inne potrzeby względem przeszłości.

Jak kiedyś powiedziała W. Szymborska w swym słynnym wierszu (“Nic dwa razy się nie zdarza”) … Chwilo, godzino- jesteś a więc musisz minąć. Miniesz – a więc to jest piękne…

Takie „szczęśliwe” słoniki 😀

Pamięć nasza przechowuje się w drobiazgach: w maleńkich rzeczach – w kamyczku znalezionym dawno temu podczas wakacji nad morzem, w słoniku przywiezionym z podróży z Afryki, w liście, który dostałam od kogoś bliskiego prawie pół wieku temu… Albo w portrecie dziadków czy pradziadków. Może tylko w szufladce pamięci, w przegródce naszego mózgu?  

A może w ogóle jej nie potrzebujemy… Wypieramy każde „wczoraj”, każde „rok temu”,  każdą chwilę z dzieciństwa, bo tak nam jest lepiej. 

Żyjemy tak jak potrafimy i jak potrzebujemy. Każdy z nas inaczej 🤔


BACK