Postanowienia i obietnice czyli “dwa końce kija”

18 lutego 2024 

Gadanie na temat, który zawsze i wszędzie jest na czasie. A najbardziej i najczęściej “używany” jest przez wszystkie media i każdego z nas w styczniu, tuż po Nowym Roku. Wiadomo – słynne i modne “New Year Resolution”.

Kilka dni temu, w jakimś mignięciu telewizyjnym usłyszałam, że tylko JEDEN procent ludzi jest wierny swoim postanowieniom noworocznym i dotrzymuje obietnic (głównie danych sobie). Nie wiem, skąd takie statystyki, ale jestem skłonna w to uwierzyć! I wcale mnie to nie dziwi. Nie dziwi – nie dlatego, że jestem z tych, co nie mają i nie robią postanowień noworocznych, głównie dlatego, że przeżyłam różne fazy w swoim życiu i wiem z własnych doświadczeń, jak to było ze mną albo wokół mnie.

Wszyscy pamiętamy takie scenki, gdy rodzice chcieli od nas-maluchów uzyskać jakąś obietnicę, pytali: “Obiecujesz?” i uczyli nas w tym samym momencie gestu podniesienia w górę dwóch palców. Znak przyjęty od wieków, zarówno wśród dorosłych w podniosłych i ważnych chwilach, jak i przez dzieci w przedszkolu. 

Każdy z nas wiedział, że taki znak to “pieczątka” do słów przysięgi i że  to zobowiązuje nas do jej dotrzymania. Tyle tylko, że obietnice bywają chwilowe, ich sens i ważność czasem mijają, a my zapominamy, że w ogóle takie coś miało miejsce w naszym życiu. 

Takie doświadczenia mają jednak swoją logikę, gdy uczymy się co obietnica powinna oznaczać. Przyrzeczenia, obietnice są przeciwieństwem kłamstwa, uczą odpowiedzialności, lojalności i wszystkiego, co potem w dorosłym życiu liczy się naprawdę. 

Aby przysięga czy obietnica była ważna trzeba jej nadać odpowiednia oprawę. Musi mieć swój „moment” emocjonalny. Inaczej trudno takie słowa kontrolować, przejmować się nimi więcej niż innymi. 

Chyba na początku drugiej klasy szkoły podstawowej zetknęłam się z drużyną zuchową. Nigdy nie chodziłam do przedszkola, dlatego od początku szkoły ciągnęło mnie do zajęć grupowych i Mama szybko zapisała mnie do zuchów.   

Drużyna nazywała się “Szarotki”. Nosiłyśmy takie ładne szafirowe bereciki z paskiem pod brodę, a na obwódce białą plastikową  szarotkę. Chusta była czarna (albo szafirowa?) do tego biały kołnierzyk i chyba na chuście, w trójkącie na plecach była biała  szarotka, taka sama jak na berecie.

Kiedy już dostałam szary mundurek harcerski i wszystkie oznakowania, byłam szczęśliwa i dumna, że przynależę do jakiejś grupy. Zbiórki odbywały się w sali, która w ciągu dnia była pracownią zajęć prac ręcznych czy plastycznych (tak to zapamiętałam..) a ok. 17.00 zaczynały się tam zajęcia zuchowe i harcerskie.  Warunki nie były najlepsze, dopiero dużo później zobaczyłam jak mogą wyglądać prawdziwe izby harcerskie przeznaczone tylko na zajęcia drużyn.  

Pamiętam wyraźnie kilka migawek z tych zbiórek. Wiem, że mieliśmy małe grupki, które nazywały się “szóstkami” i chyba już po niecałym roku zostałam “szóstkową”, czyli zaczęłam pełnić pierwszą w życiu funkcję w machinie mojej (chyba dość długiej) kariery harcerskiej. 

Byłam przejęta każdym zadaniem, każdą nową piosenką i każdym poleceniem druhny drużynowej. 

Któregoś dnia… było już ciepło, czyli pewnie był to maj lub czerwiec i rok szkolny zbliżał się ku końcowi. Przy szkole było boisko – jedno cały czas otwarte i dostępne dla wszystkich, a drugie otoczone murkiem z płotem z żelaznych  prętów. Na to podwórko można było wejść tylko przez szkołę. Drzwi zewnętrzne przy końcu płotu były niemal zawsze zamknięte. 

Zbiórka zaczęła się jakoś nietypowo, zasłonięto nam oczy i ktoś nas wyprowadził  z sali zbiórek na zewnątrz. Szłam powoli po schodach do góry (pracownia była w “piwnicach” szkoły), ktoś prowadził mnie ostrożnie i nakazano nam milczenie. Bałam się a równocześnie byłam ogromnie ciekawa i przejęta, co będzie dalej… Na tym znanym mi podwórku, gdzie wypuszczano nas w dni ciepłe na “dużą” czyli 20 – minutową przerwę, ktoś ułożył drewienka w kształt ogniska, a w środku paliła się latarka pod czerwonym papierem (a może cienką  bibułką?).  Potem - działo się coś bardzo ważnego, innego niż na zwykłych zbiórkach.  

Ktoś nas sprawdzał, zadawał niezwykłe pytania, przechodziłyśmy jakieś próby… Nie pamiętam co i jak. Ale pamiętam napięcie i zdenerwowanie małej dziewczynki. I powagę tej niezwykłej sytuacji. Bo w końcu, po przejściu i zaliczeniu różnych “przeszkód”  druhna drużynowa uroczystym głosem powiedziała, że pomyślnie przeszłyśmy wszystkie próby i zasłużyłyśmy na złożenie obietnicy zuchowej. Pamiętam moje pierwsze świadome słowa: „Obiecuję być dobrym zuchem i zawsze przestrzegać prawa zucha”.

Prawo zucha miało sześć punktów, omawialiśmy je na zbiórkach, mówiliśmy co oznaczają i jak prawdziwy zuch powinien dochować obietnic. Do dzisiaj je pamiętam…

Minęło tyle lat, że aż trudno je policzyć, a wciąż pamiętam ten wieczór i wielkie przeżycie mojej pierwszej świadomej obietnicy. 

Przyrzeczenia harcerskie w „Harnasiach” miały zawsze uroczystą oprawę. Były wielkimi przeżyciami. Raz nawet zorganizowano Przyrzeczenie na Polu Grunwaldzkim, podczas obozu w 1971 roku.

Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie takie ważne do dzisiaj? 

Bo właśnie to wydarzenie nauczyło mnie na całe życie, że obietnica to coś niezwykłego, coś co ma wymiar nie tylko wypowiedzianych słów, ale wszystkiego co z tymi i za tymi słowami idzie. 

Po latach, już jako harcerka,  składałam Przyrzeczenie Harcerskie, zapewne było to też ważne wydarzenie. Później przez wiele lat, jako drużynowa zuchowa, instruktorka harcerska, drużynowa harcerskiej drużyny żeńskiej, byłam twórcą, współorganizatorem i świadkiem niejednej imprezy, podczas której inni przysięgali, składali obietnice. 

Istnieją różne typy obietnic. Każda powinna być istotna w momencie ich składania, ale nie wszystkie są “na całe życie”. Okoliczności są zmienne, istnieją sytuacje, które zwalniają nas z obietnic. Czas i zmieniające się życie po prostu “rozmywa” niektóre z nich. Z czasem ulegają one przedawnieniu, przestają “istnieć”, nie mają odnośnika do sytuacji po latach. Nic w tym złego.

Mimo, że obiecać coś komuś czy nawet sobie oznacza dotrzymanie przyrzeczenia, to jednak nie szłabym w “zaparte” – na siłę i na zawsze. Nawet przysięgi powinny być logiczne. Nie ignoruję, nie wykręcam się i nie zmieniam ich wagi. Ale z drugiej strony wiem, że nie należy iść i jak to mówią “tłuc bezmyślnie głową w mur”. Skutek dotrzymania dawno dawno danej przysięgi może stać się kamieniem i ciężarem na dalsze życie…  

Moment podpisania przysięgi małżeńskiej w Urzędzie Stanu Cywilnego 17 maja 1974 r. (ale to nie ta najważniejsza przysięga😀)

Jest jedna przysięga, która dla mnie ma nieprzemijające znaczenie. To przysięga małżeńska. Słowa: “..I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci”… są dla mnie przysięgą, której nic nie powinno  zmienić. W moim przekonaniu – tych słów żadne przeciwności na zakrętach życia nie powinny zakłócić i zniszczyć … 

Oczywiście jestem realistką i niezależnie od powyższego akapitu, wiem że życie potrafi przynieść takie zagmatwania i zapętlenia, że nawet najpiękniejsze intencje dotrzymania przysięgi nic nie pomogą. Rozwód to NIE katastrofa, choć na pewno traumatyczny moment życia. Przeżyło go tysiące par małżeńskich, przetrwało rozstania – niekoniecznie z powodu złamania przysięgi. Czasami trzeba dać sobie w życiu drugą szansę. Gdy składamy przysięgę małżeńską wierzymy, że jesteśmy „dwoma połówkami tego samego jabłka”. Czas weryfikuje nas i nasze uczucia i bywa, że z różnych powodów nie możemy dotrzymać tej pięknej przysięgi.. To jeszcze jeden dowód na potwierdzenie, że “kij ma dwa końce”.

Bywa różnie. Miłość, marzenia, dobre intencje, próby naprawy, kolejne obietnice…  Wszystko to ma swoje dobre strony i jak wszystko – jak ten przysłowiowy “kij” – miewa “ostre zakończenia”, ciemne zaułki, smutne konsekwencje i drastyczne niepożądane skutki.  

Nikogo nie osądzam. Nie potępiam. Nie lubię takich ostatecznych stwierdzeń – obietnice są po to, by ich dotrzymywać! Trzeba być konsekwentnym. Wszystko jednak ma rozsądne granice! Obietnica nie może być kamieniem, który przytłoczy cię i będzie uwierać na zawsze.  

Obietnica w powieści, obietnica, w geście, w słowie.
Obietnica w powieści, obietnica w geście, w słowie. W dzień, w nocy. Na zawsze..

Obiecujemy i to nas zobowiązuje. Obiecujemy, ale nie zawsze na całe życie, bo czasem jest to zwyczajnie… niemożliwe. 

Obietnica jest niesłychanie ważna w przyjaźni, bo jest jedną z mocnych podwalin związku dwojga ludzi. Bywa, że słowa obiecane kiedyś  drugiemu człowiekowi, w jakimś innym momencie życia mogą obie strony uciskać, przeszkadzać – wręcz być szkodliwe. 

Przykładów można by podać wiele. Każdy z nas taką indywidualną sytuację przeżył. Zaglądnijcie w swoje serca, a znajdziecie potwierdzenie moich słów.. 

Górne zdjęcie to fragment tekstu Przysięgi Hipokratesa. Czy dziś wszystkim wydaje się aktualna? (dyskusyjne..) Zdjęcie dolne to znalezione w sieci – z przysięgi żołnierskiej

Obiecywać można publicznie, przysięgamy szeptem tej jednej jedynej najważniejszej osobie, obiecujemy swoim dzieciom, wypowiadamy obietnicę sobie – w myśli i głęboko w sercu..

Przysięgi są nieodłączną częścią nauk kościoła, przysięgę składa żołnierz, przysięga jest istotnym elementem każdej miłości. Przysięgamy czasem w głębokich emocjach i wydaje nam się, że dotrzymanie obietnicy jest naturalną konsekwencją. A potem.. okazuje się, że była potrzebą chwili, zawieruchy w sercu i nie wiemy jak się wycofać, jak naprawić przysięgę, która jest dziś nieprzemyślaną pomyłką z niedobrymi konsekwencjami. 

Może powiem teraz coś, co nie będzie przychylnie odebrane… ale myślę, że nie zawsze i nie każda obietnica ma sens “do końca świata”. 🙂

Tak, tak! Wiem co mówię i mam nadzieję, że niejeden z was też mnie zrozumie.  

Już dawno przestałam układać sobie listę obietnic i przyrzeczeń, zwłaszcza tych noworocznych, których prawie nikt nie dotrzymuje! Nie będę się oszukiwać, że nie zjem już żadnych słodyczy, nie dotknę czekolady albo nie będę jeść mięsa, bo jak siebie znam, to wytrzymam tydzień albo dwa i potem nici z obietnicy. Ale mogę postanowić o ograniczeniu złych nawyków, o innym podejściu do tego, co wreszcie należałoby zmienić. Może takie wyglądające na “półśrodki” obietnice, są zdrowsze, realne i uczciwsze??

Bardzo cenię ludzi, którym udało się dotrzymać postanowień, zwłaszcza tych niezwykle trudnych. Bo bywa, że to samo postanowienie dla jednego człowieka jest łatwe do zrealizowania, a dla innego jest „murem” nie do przeskoczenia! To ogromna umiejętność i niezwykła siła woli!! Tacy ludzie są wśród nas! Dopóki istnieje w tym rozsądek, dopóki… nie robimy sobie sami fizycznej czy psychicznej krzywdy – przyrzeczenie ma piękny wymiar!  

Ja – niestety- chyba nie mam takich predyspozycji. Ale kto wie – gdybym naprawdę musiała czegoś się wyrzec, bo to byłby z mojego punktu widzenia jedyny konieczny wybór  – może znalazłabym w sobie więcej sił niż myślę.. 

Są w życiu motywacje wyjątkowe, na których zależy nam bardziej niż na sobie samym. I wtedy niezwykła, nieznana nam siła uskrzydla naszą obietnicę! Wiem na pewno, że tak jest. Takich momentów też w swoim życiu doświadczyłam. 

Bądźmy więc dobrzy dla siebie i traktujmy przyrzeczenia i obietnice jak wszystko inne ważne. Bo nie chodzi o słowa, o tekst na papierze, o chwile zapomnienia. 

Obietnica to czucie w sercu i zgoda na wypełnienie jej, by wypowiedziana, pomyślana w danej chwili, nie uleciała z wiatrem… 


BACK

Tylko jeden Człowiek. Jedno życie. I kilka myśli.

4 lutego 2024

Człowiek. Ty i ja. Bogaty a może nie bardzo. Stary i brzydki. Albo młody. Może malutki słodziak. Odważny, szalony. A może smutny, zahukany, z balastem kompleksów. Ten, który urodził się wczoraj i ten, który żył sto lat temu. Także ten, którego jeszcze nie znamy…

Planeta ludzi.  Rodziny, grupy przyjaciół, kochankowie. I ci, którzy się nie lubią, nawet nie bardzo wiedzą dlaczego.. Samotnicy, dziwolągi.  Mogłabym znaleźć albo stworzyć mnóstwo kategorii, by podzielić  ludzi według wymyślonych zasad, które nas różnią albo łączą – jak kto woli. 

W mojej życiowej obserwacji na myśl przychodzi mi też kategoria ludzi prostych i skomplikowanych. 

Mam taką wizję: 

Szeroka ulica – rzeka, która obiega kulę ziemską, a przez nią przetacza się nieograniczony tłum ludzkich ciał. Nieograniczony czas, nieograniczona przestrzeń. Ludzie ocierają się o siebie, obijają się jak piłeczki, ulatują w górę, znikają w przestrzeni. Uśmiechają się lub idą smętnie jak ćmy w ciemności. 

Zdrowi, wysportowani. Ułomni i chorzy. Szczęśliwi i rozpaczliwie wołający i krzyczący o pomoc. Nieustanny ruch.

Oczami mojej wyobraźni widzę małą dziewczynkę. Stoi w kącie z misiem przytulonym do zapłakanej buzi. Wokół biegają inne dzieci, ale nikt nie zwraca uwagi na płaczącą koleżankę. Ktoś udaje rozpędzony pociąg, ktoś inny rozciąga ramiona i jest latającym  samolotem. Jakiś chłopczyk w niebieskim sweterku ciągnie małą blondyneczkę za ładnie spleciony warkoczyk. Rozwiązał jej czerwoną wstążeczkę…

Gdzieś po drugiej stronie ulicy, woźnica pogania batem zdyszanego konia. Piana tocząca się z jego pyska wyraźnie wskazuje, że zwierzę jest u kresu tej podróży. Na wozie siedzi kilka zmarzniętych osób mocno przytulonych do siebie.  Podobnie jak koń –  wyraźnie zmęczonych, ledwo utrzymujących się w pozycji siedzącej. Skąd jadą? Dokąd prowadzi ta droga? Co życie przyniesie im jutro? 

Kilka ulic dalej… a może kilka dziesiątek lat później – mijam wzrokiem ponurą kamienicę, walącą się z jednej strony ścianę. Ulica wybrukowana kamienną kostką. Brudno, smutno. Pod rozwalającą się ścianą siedzi zgarbiony staruszek. Spod  zniszczonego kapelusza ledwie wystaje czerwony nos.

Śpi? Może. Żyje? Nie wiem.  Nie porusza żadną cząstką ciała. Nie widać znaku oddechu. Czuje się tylko otchłań rozpaczy i beznadziei. Pustkę i boleść… 

Jeszcze inny wymiar czasu i przestrzeni. Zielona dolina. Gdzieś daleko, jak okiem sięgnąć, ta soczysta świeża zieleń zlewa się z błękitem nieba. Las. W środku strumyki łączą się w niewielką rzeczkę. Słychać narastający szum strumienia wodnego. Na niewielkim kamieniu siedzi młoda dziewczyna. Może niezbyt piękna, ale przyciąga potęgą młodości. Siłą, którą może mieć w sobie tylko ktoś, kto posiada zdrowie, radość wewnętrzną, nieskażoną szczerość i cudowne marzenia. Wpatruje się w niebo przymrużonymi oczami, a spod jej powiek ulatują wizje planów, pragnień i życzeń na całe życie. 

Zanim się spełnią, przez dolinę przejdzie niejedna burza z piorunami, zasypie ją śnieg i osuszy słońce.  Będzie strasznie. I nie będzie łatwo. 

Ale dziewczyna  przetrwa. Człowiek wytrzyma.

Każdy Człowiek ma swoją drogę. Każdy ma swoją burzę i własne słoneczne dni. 

Wisława Szymborska w wierszu pt. “ Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach” kiedyś tak powiedziała: 

Dwa słowa: Każdy i wszyscy. Jeden z nas. Ja i Ty.  I my. 

Jesteśmy różni. Rodzina, religia, kolor skóry, język, kultura, obyczaje, zdolności, epoka w której przyszło nam żyć.  Miejsce na Ziemi. Zdrowie, dziesiątki przypadków, które nam się przydarzają i jeszcze więcej wyborów, których dokonujemy. Żyjemy w określonym czasie, w określonym miejscu, w określonych warunkach… 

Droga jest wspólna – LUDZKA

Na końcu drogi jest ciemność. Ciemność jest jedna.  

Pewnego dnia – “twarz moja, twoja, czyjaś ” –  zajdzie w ciemność. Jak zachodzi księżyc każdej nocy.. 

Nie mów mi, że to smutne rozważania! Takie myśli każdy z nas ma w głowie. Przychodzą nieproszone o poranku albo późną nocą, gdy nie możemy zasnąć. Czasem podstępnie skradają się, gdy zdarza się odejście bliskiej osoby, gdy dopada nas nostalgia, wspomnienia..  Boimy się wypowiadać je głośno!  

Śmierć jest częścią życia. Życie – nie zawsze jest sprawiedliwe. I, niestety, często nie mamy na to żadnego wpływu. 🙁

Niedawno oglądałam serial, którego jedną z czołowych postaci był lekarz – patolog. Przysłuchując się “komentarzom – żartom” na temat jego “pacjentów” stwierdziłam, że  smutek, strach i wszystkie inne odczucia na temat nieuchronności śmierci zmieniają się w zależności od perspektywy spoglądania na to zjawisko.

Śmierć jest ciężkim przeżyciem dla tych, co kochali. Dla tych, co pozostają z pustką, gdy muszą uporać się ze stratą, z otępieniem i niemocą. 

Ci, którzy odeszli – są już po drugiej stronie cienkiej linii czasu. Ich czas dobiegł końca. 

Nasz wciąż trwa..  Nie zmarnujmy żadnej minuty!


BACK

Relacje najbliższe, których nie można zmienić

25 stycznia 2024

Ludzie dorośli wybierają swoje życie świadomie. Albo bardzo chcą, by tak było. Każdy rodzic, nauczyciel, przyjaciel, psycholog tak właśnie nam powie. 

 “Jesteś kowalem własnego losu”. Prawda i nieprawda.  

Powiedzeń, sentencji, mądrości życiowych jest wiele i wszystkie właściwie mają rację.  Lubimy się nimi posługiwać podpierając nasze poglądy w różnych momentach. Ja sama  często cytuję maksymy, które w danym momencie podkreślają moją myśl. Są spójne, sensowne. Ale – nie na zawsze, nie na długo. 

Jedna z nich mówi, że “Człowiek rodzi się jako “tabula rasa” – Pojęcie czystej pustej tablicy pojawiło się już w średniowieczu, ale tak naprawdę zostało sformułowane i opisane w XVII wieku przez Johna Locke’a. 

Rodzimy się nieskażeni żadnymi naleciałościami realnego świata, wszystko zostanie zapisane w czasie naszego życia przez doświadczenie i edukację. 

Mnie to przekonuje, ale… bo jest zawsze jakieś ALE!  Gdzie w tym mieszczą się instynkty, geny przekazywane w międzypokoleniowych łańcuchach genetycznych ?  

Wiele teorii badanych całymi latami przez naukowców nie zgadza się, że w dniu urodzenia nie przynosimy niczego ze sobą na świat…

Tyle wstępnego teoretyzowania mającego służyć moim dzisiejszym rozważaniom.  

Dziecko nie ma wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodzi i wychowa. Jego doświadczenie kształtuje się początkowo bez jego czynnego udziału. Ale dość szybko staje się “trybikiem” rodzinnego układu i zaznacza w nim swoje miejsce. 

Z wiekiem, z coraz większym zrozumieniem tego, co dzieje się wokół nas, dokonując wyborów – najpierw małych, dziecięcych, potem coraz bardziej dojrzałych, mamy wpływ na decyzje. 

Uruchamia się myślenie, instynkt, wybory “za i przeciw”, “chcę i nie”…

Budzą się przeróżne uczucia, zbierają się doświadczenia, których każdego dnia nabywamy coraz więcej. 

W tym ogromnie skomplikowanym procesie ważna jest zarówno inteligencja genetyczna jak i ta budowana i kształtowana w rodzinnej atmosferze, w dobrej szkole i wśród przyjaznych nauczycieli. Zależna także od tego, na jakie książki czy filmy natrafimy, czym się zainteresujemy, a szczególnie, jakich przyjaciół sobie dobierzemy.  Kogo obdarujemy pierwszym uczuciem miłości, kto nas nim obdaruje.    

Bawimy się, rozmawiamy, spędzamy dużo czasu z dziećmi i wnukami. Wierzymy ze to najlepszy sposób na wypracowanie właściwych relacji miedzy pokoleniami.

Jak od najmłodszych lat potoczą się relacje z rodzicami? Z dziadkami? Jakie metody, sposoby na życie przeniesiemy kiedyś do swoich własnych rodzin? 

Przecież związek każdego człowieka z nowym partnerem to zderzenie DWÓCH tradycji rodzinnych, dwóch doświadczeń życiowych,  dwóch różnych wyobrażeń, oczekiwań, marzeń. Nie jest łatwo wygładzić to tak, by “pracowało” jak w niezawodnej maszynie przez kolejnych 10 – 20 – 40 czy 60 lat. Zwłaszcza, że na początku nie rozumiemy, nie wyobrażamy sobie, jak bardzo wszystko zmienia się w czasie. Jak dorosłość, dojrzałość, starzenie się zmienia priorytety w naszych relacjach. Nic nie jest takie samo dzisiaj, jak było wczoraj !!

Miłość dzieci do rodziców jest bezgraniczna. Miłość rodziców – jest bezwarunkowa.!!

Jak więc dawać sobie radę, by miłość do małego dziecka – bezgraniczna, niezmienna i wyrozumiała nie zmieniła się w wieku dorosłym?  Jak stworzyć od maleńkości umiejętność rozmowy, poczucie konieczności rozmawiania ze sobą, by po latach nie pozostał tylko pozór porozumienia?  

Kiedy dzieci są małe podświadomie czekamy, by dorosły, bo będzie łatwiej z nimi pogadać, mieć wspólne zainteresowania, wspólne wyjazdy, wycieczki, tematy do rozmów. To będzie przyjaźń – myślimy.  Będziemy mogli rozmawiać szczerze o wszystkim.. 

Nic bardziej mylnego!  Jako rodzina jesteśmy sobie bliscy, kochamy się i jeśli udało nam się stworzyć poczucie, że rodzina to nasz najbliższy krąg, w którym możemy wzajemnie szukać oparcia, to już mamy wielki sukces. 

Ale to wcale nie znaczy… że jesteśmy przyjaciółmi.  

Matka i Córka, Ojciec i Syn – to relacje DWÓCH pokoleń. To relacje więzów krwi i miłości rodzinnych. Ale to niekoniecznie więzy przyjaźni. Rodzice mają swoje tajemnice. Często nie potrafią powiedzieć wszystkiego dzieciom, bo wiedzą, że mogłoby ich to zaboleć, że nie zrozumieliby sposobu myślenia ludzi starszych z dużo większym balastem doświadczeń. Instynktownie próbujemy dzieci ochronić. Stąd to nasze częste gadanie;” Kiedyś, jak będziesz w moim wieku, wspomnisz moje słowa..” Dorosłe dzieci tego nie znoszą. Zazwyczaj dobrze rozpoczęta szczera rozmowa na tym się kończy.  A my rodzice- po prostu, chcemy, nawet dorosłe dzieci chronić od złych konsekwencji.

Dzieci nie rozmawiają z rodzicami o sprawach, których według nich rodzice nie potrafią “zrozumieć’’. Dorosłe dzieci wstydzą się opowiadać o swoich uczuciach, często nie zdając sobie sprawy, że rodzic, zwłaszcza matka domyśla się, a nawet jasno je widzi problemy.  Nie potrafią wyobrazić sobie, że kiedyś rodzice też byli młodzi, że pamiętają, że rozumieją..

Syn – ma swoje ambicje i ukrywa je głęboko, bo „wie, że po męsku” jest nie pokazywać światu słabości. Rodzicom też nie. Rodzice też nie powiedzą, nie zapytają, by nie wejść nieproszonym w świat dorosłych dzieci.  Koło się zamyka i toczy.. 😏

Relacje z dziećmi wypracowujemy od najmłodszych lat

Nasze dorosłe dzieci są we własnych związkach. Mają “na głowie” swoje problemy. Muszą dbać o relacje w swojej rodzinie. Z mężem partnerem, ze swoimi małymi a potem dorastającymi  dziećmi. No i wciąż mają rodziców. Siatka relacji rozbudowuje się każdego dnia. A czasu jest coraz mniej…

Mijają dni. I miesiące. Są rodziny, w których dorosłe dzieci każdego niemal dnia sięgają po telefon, żeby zapytać rodzica – “Jak tam twój dzień minął? Jak się czujesz?”  Łatwe?  Dla niektórych tak. Potrzebne? Czasem. Też dla niektórych… 

Są tacy, którzy całymi tygodniami nie odzywają się do rodziców mając w głowie wewnętrzny spokój, że gdyby była potrzeba, rodzice się odezwą. Inne – ale także logiczne rozumowanie. 

Rodzice mają swoje ambitne myślenie: “Jeszcze nie jestem niedołężny, jeszcze daję radę. Nie będę dzieciom zawracać głowy. Dzieci mają i tak mnóstwo swoich spraw kłopotów, biegania. Aż za dużo.  Poczekam – będą mieć ochotę i czas – odezwą się.”  

Mija kolejny dzień, kolejny miesiąc i rok. A życie toczy się normalnie. I jest dobrze. Są święta, urodziny, wspólne obiady … 

Tylko czy my rozmawiamy?? 

Wnuki dorastają. Rodzice muszą wykazać dużo miłości, cierpliwości, logiki “dryfowania” po trudnych tematach i problemach nastolatków. Pojawiają się wszędzie – w szkole, pomiędzy kolegami, koleżankami. Z dziewczyną, chłopakiem. Z alkoholem, narkotykami, religią, problemami seksualnymi. Nie jest łatwo. Na prawdziwą rozmowę, na szczere pytania i odpowiedzi rzadko mamy okazję… 

Dlaczego łatwiej nam pogadać z rówieśnikami? Niezależnie od tego czy mamy -naście lat czy -dziesiąt.  Dlaczego trudne tematy stają się łatwiejsze do sformułowania w sposób  “luzacki”, udając że to nie nasz personalny problem, zmniejszając dystans do prawdy? 

Mam normalną kochaną rodzinę. Taką jak większość z nas. A przecież nie wiem jak naprawdę toczą się dni za drzwiami każdego małżeństwa, partnerstwa, jakie realne układy istnieją pomiędzy rodzicami i dziećmi. 

Kto naprawdę zastanawia się nad swoją relacją z najbliższymi? Kto ma czas w codziennym zabieganiu i… potrzebę wewnętrzną? Bo pewnie są i tacy, którzy nie czują takiej konieczności. Przecież tak też można żyć i być szczęśliwym. 

Coroczna sesja zdjęciowa w pracy. I każdego roku – wspólne zdjęcie

Ludzie, którzy się kochają, żyją obok siebie, spędzają ze sobą dużo czasu, niekoniecznie odczuwają potrzebę „głębokich rozmów” ze sobą. 

Łączy ich wiele -zbyt wiele, by nie czuć się dobrze razem. Ale zbyt mało – by mieć ochotę na roztrząsanie ważnych problemów, które ich gnębią.

Często wolimy milczeć. Zagłuszyć ciszą problemy, które siedzą w nas. Może problemy rozmyją się we wspólnej ciszy? Może jutro będzie łatwiej? Może, może… I czekamy – na lepszy dzień, na lepszą okazję do opowiedzenia tego, co trudne, na zniknięcie problemu.  A przecież gdzieś głęboko w podświadomości wiemy, że milczenie nie ułatwi rozmowy..

Sfera ludzkich uczuć i emocji jest nieprawdopodobnie głęboka i różnorodna!! To, że w jednej rodzinie ktoś wychowuje kilkoro dzieci, nie znaczy, że ich zachowania, potrzeby, emocje są i będą takie same. Każde z pięciorga – sześciorga dzieci jest inne, choć wychowały się razem, w tej samej rodzinie.  W przyszłości, jako dorośli ludzie utworzą zupełnie inne rodziny i choć może pewne tradycje wyniesione z rodzinnego domu będą się zazębiać, to tak naprawdę będą to inni ludzie.

Nikt z nas NIE jest idealnym rodzicem. Może udaje nam się osiągnąć zaplanowany w marzeniach status “dobrego rodzica”, bo każdy z nas decydując się na dziecko wierzy, że takim będzie.  A po latach, gdy już dzieci są całkiem dorosłe i niezależne, przyglądamy się ze zdziwieniem ich decyzjom i nie możemy sobie przypomnieć, kiedy i jak mogły nabrać „takich” doświadczeń”… Dlaczego tak postępują, przecież „nie nauczyły” się tego od nas…? 

Hmm…. my też nie przyswoiliśmy sobie wszystkiego od naszych rodziców, nie ułożyliśmy sobie życia tak, jak oni by sobie życzyli. W pewnym momencie zaczęliśmy żyć po swojemu. Uciekliśmy od tego, co było nam niewygodne. Nie chcieliśmy widzieć tego, czego oni od nas oczekiwali. 

Byliśmy blisko – ale daleko. A kiedy już byliśmy gotowi na rozmowę, na szczerość dwojga dorosłych ludzi dwóch pokoleń – już było za późno. ..

Teraz często rozmawiam… Ale dziś moje słowa są bezdźwięczne. Są łatwiejsze niż kiedyś, bez tajemnic, bez wstydu. Ale płyną w ciszy. I nie docierają do adresata…Jestem z tego powodu smutna. Mimo, że doskonale rozumiem, iż pokoleniowy system nazywania emocji, wyrażania uczuć taki właśnie jest i tak musi być poukładany.  

Wiąże nas miłość rodzinna, ale…

Emocje dziecka – symboliczne ujęcie
( z sieci)

To nie “przyjaźń z wyboru”. To  więzy krwi, bo rodzice kochają a dzieci kochają rodziców. Choć ile to razy w złości, w dziecięcej czy nastolatkowej bezradności wykrzykują: “ nienawidzę ich!!”  Dzieci kochają rodziców miłością bezwarunkową, nawet jeśli sobie z tego nie zdają sprawy. 

Rodzice są dorośli, więc świadomi swoich uczuć.  Kochają swe dziecko miłością NIEOGRANICZONĄ, choć bardzo starają się, by była mądra i  miała granice rozsądku.  Ale – z ręką na sercu – kto może przysiąc, że nigdy nie miał ochoty sprać swojego dzieciaka na przysłowiowe “kwaśne jabłko”? 

Dzieci zawsze mają do rodziców jakieś poczucie krzywdy doznane w dzieciństwie. Czasem były to bolesne fizyczne doznania, które zaważyły na późniejszych decyzjach życiowych. Innym razem to tylko “małe przewinienia”, których rodzice nawet nie pamiętają, ale dziecko, już dorosłe wciąż ma pamięci. Nie ma idealnych rodziców! Każdy z nas popełnia(ł) błędy!   

Nie trzeba być “katem w patologicznej rodzinie”,  by  jakaś błędna decyzja odcisnęła się w pamięci naszego dziecka. 

I niestety, NIE oznacza to, że nauczyło to nasze dzieci w przyszłości omijać błędy i nie popełniać błędów  Ich dzieci także wyniosą “niemiłe” doświadczenia..

Wiem, że to przykre, ale takie jest życie. Nie unikniemy błędów. Na własnych błędach przecież uczymy się żyć. Ważne jest, by było ich jak najmniej, by umieć je naprawiać i by miłość była silniejsza, niż wszystkie złe wspomnienia razem wzięte. 

Rozmowa to swego rodzaju wyzwolenie się z okowów trudnej przeszłości, to szansa na zbliżenie się do przyjaźni, a nie tylko trwanie w rodzinnych więzach miłości.  Bo choć brzmi to dziwnie i dość nieprawdopodobnie, i to miłość wydaje się uczuciem wyższym i ważniejszym niż przyjaźń, to jednak w moim osobistym rozumieniu –  w wielopokoleniowych relacjach rodzinnych – 

Ps. Wiem, że to wygląda na zapożyczone sentencje, ale nie są! To moje słowa. 

Dzisiaj to rozumiem.


BACK

Sportretować – by pamiętać

10 stycznia, 2024

Moje miasto Kraków. Ma swoje miejsce w sercu. Ma więcej miejsca niż Polska. Kraków, gdziekolwiek bym była, jest mój. I choć ma czasową konkurencję z Houston, to emocjonalnie, swoje miejsce ma niepodważalnie ważne. 

Wracam więc wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa i młodości. W różny sposób. Czasem nawet bolesny. Przecież każdy wie, że życie to nie ciastko z kremem. Bywa, że ma smak gorzki, że boli od niego żołądek i serce. 

Miasto to dom. Rodzinny dom. Miasto to ludzie. Ludzie są najważniejsi. 

Wiem, powtarzam się. I zawsze będę o tym przypominać. Życie bez ludzi, bez rodziny traci sens. Samotność czyni nasze istnienie bezsensownym. I nie myślę tu o chwilach, kiedy na krotki czas potrzebujemy się wyciszyć i pobyć w samotności. Bo taka samotność leczy i jest potrzebna. 

Tego roku nasze  krakowskie odwiedziny trwały bardzo krótko, zaledwie niecały tydzień. Niby nic nowego, bo już wiele razy tak bywało. A jednak.. 

Zorganizowałam wszystko perfekcyjnie, każde spotkanie, każdą minutę pobytu w tym mieście. Pisałam, telefonowałam, rozmawiałam, umawiałam się, jeździłam taksówką, uberem, tramwajem, spacerowałam dobrze znanymi mi od dziesiątek lat ulicami. A mimo to – przysięgłam sobie, że to już ostatnia taka podróż. Już nigdy więcej nie przylecę do Krakowa na tak krotki czas! To, że byliśmy z mężem  zmęczeni fizycznie, to nic nowego. Zawsze tak było. Ale tym razem uświadomiłam sobie, jak wielkie jest moje wyczerpanie – i fizyczne i emocjonalne.

Bardzo potrzebuję zorganizować swój czas spotkania z miastem i ludźmi – inaczej. Spokojniej. Potrzebuję perspektywy, by im się przyjrzeć, by powiedzieć, zapytać to, co naprawdę bym chciała.  Ta ogromna radość spotkania każdego, która wybucha we mnie, gdy po miesiącach, latach spotkam się z bliskimi ludźmi, nie pozwala mi powiedzieć tego, co dla mnie ważne. Wyjeżdżam z niedosytem. Wyjeżdżam z poczuciem, że nie “wyrzuciłam” z siebie tego, co potrzebowałam…

“Królestwo” Krakowa to Rynek i ten od lat jest piękny, pełen tłumów ludzi siedzących przy stolikach restauracji i kawiarni ulicznych, tonących w kwiatach. Wokół Rynku krążą dorożki powożone przez śliczne dwa koniki i woźnicę. Na środku stoją od zawsze Sukiennice, z jednej strony otoczone stoiskami kwiatów i pomnikiem “Adasia” (Adama Mickiewicza) a z drugiej – Ratuszem i wielką rzeźbą Głowy położonej w poprzek.  Wszędzie ludzie, wszędzie stoliki i kolorowe parasole, gwar młodych i starszych. Pulsujące serce miasta. W dzień i w nocy. 

Tym razem dorzucam kilka fotek nie z Rynku a z mniej popularnych miejsc Krakowa, choc równie „krakowskich” i równie pięknych: ściana prac artystów malarzy pod Barbakanem urzeka świeżym kolorytem na tle starego muru, na ławeczce na Plantach można „podyskutować” (co niniejszym usiłował uczynić mój mąż) z dwoma wybitnymi matematykami polskimi – Stefanem Banachem i Ottonem Nikodymem. Ich historia odkryć i dyskusji matematycznych została upamiętniona w tej rzeźbie. Podobno jeśli student tuż przed maturą z matematyki przysiądzie pomiędzy profesorami i z nimi podyskutuje – szczęście na egzaminie murowane! Na innym zdjęciu – „Cafe Mini” – kawiarnia, przy Grodzkiej w pobliżu ulicy Kanoniczej, w której serwują pyszne śniadania i lunche. I zaraz obok tego dnia odbywały się Targi Starej Książki, gdzie za 2 złote można było kupić książki z przeróżnych dziedzin. Niezwykle ciekawe tytuły i wydania! I co mnie bardzo przyjemnie zdziwiło – wielu zainteresowanych przeglądających, szukających i kupujących! A jednak – książka jest wciąż ŻYWYM towarem. I kawa w „Nowo-rollu” – to wielki sentyment – ulubiona kawiarnia mojej Mamy, miejsce spotkań jej z przyjaciółkami. 😄

Nasz apartament tym razem znajdował się na rogu ulicy Św. Jana i Rynku. Widok z okna był imponujący – wprost na fragment Rynku z Kościółkiem Św. Wojciecha i małą częścią Sukiennic, także na dorożkę czekającą na turystów chętnych na przejażdżkę po nocnym (albo dziennym ) Krakowie.    

Widok z okna naszego apartamentu. Z lewej – w nocy, z prawej – w ciągu dnia.

Ta część Krakowa jest w mej pamięci od niemal urodzenia (w końcu mój dom rodzinny, gdzie mieszkałam pierwsze 21 lat znajdował się 10 minut drogi od Rynku🤗). Rynek był i jest. Teraz inny niż 60, 40, czy 20 lat temu. Nowocześniejszy, piękniejszy, zeuropeizowany! Nic w tym dziwnego. Europa stała się jedną wielką otwartą krainą. Przynajmniej turystycznie… 

Tuż przy naszej bramie do apartamentu znajduje się mała kawiarnia RIO. Ktoś, kto nie jest Krakusem pewnie nawet nie zwróci na nią uwagi. Niepozorna, jeden czy dwa stoliki na zewnątrz. W środku stoły – ławy, dość wysokie, krzesła równie wysokie, okrągłe bez oparć. Wystrój bardzo minimalistyczny, nowoczesny. Bar – dobrze zaopatrzony. W szklanej witrynie widać wspaniałe kremówki, znane mi z czasów młodości szkolnej i studenckiej. Były też inne ciastka jak sernik, szarlotka, ale te kremówki ! od razu rzuciły mi się w oko i w smakowe pożądanie!

Wystrój wnętrza kawiarni RIO.W dali widać szklaną witrynę a w niej pyszne ciastka, w tym doskonałe słynne kremówki.
Moja poranna kawa z bitą śmietanką i kremówka w RIO

Kawiarnia RIO była od zawsze! To kultowe miejsce, pełne duszy krakowskich artystów! To właśnie w RIO przesiadywał Tadeusza Kantor, wpadał niemal każdego dnia na kieliszek „czystej” Piotr Skrzynecki. Uwielbiali to miejsce muzycy i uwiecznili je w swoich piosenkach: Maciej Muniak, Sikorowski, Kora. Do tej kawiarni – malutkiej, zawsze tłumnej, szarej od dymu papierosowego przychodzili wszyscy WAŻNI w świecie krakowskich artystów, obojętnie w jakiej dziedzinie. To była wizytówka Piwnicy Pod Baranami, Teatrów Krakowskich, Klubów Śpiewających. Właśnie tam od 1959 r. się bywało, jeśli nosiło się w sobie serce i duszę Artysty! Nie wiem czy kiedykolwiek RIO było nieczynne dla swoich specjalnych klientów..

Podobno ostatnimi laty obawiano się, że RIO zniknie z mapy Krakowa, ale nowy właściciel w 2022 r. przywrócił jej dawny charakter.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy już drugiego dnia rano wychodząc z naszego tymczasowego mieszkania, zobaczyliśmy siedzących przy stoliku na ulicy kilku Panów pijących małą czarną kawę i usłyszeliśmy w porannej ciszy ulicy piękną rzeczową i wielce zaangażowaną dyskusję o… Różewiczu, Herbercie. Aż podskoczyłam z wrażenia, bardzo chciałam przystanąć i podsłuchać dalej.. Trochę nie wypadało, zwłaszcza, że mój mąż zauważył, że Panowie do porannej kawy zamiast ciasteczek mają po kieliszku „czystej”…

Postanowiliśmy następnego dnia także iść do RIO na poranną kawę (bez wódeczki) ale za to z kremówką! Znów to samo towarzystwo siedziało przy swoim stoliku, tym razem z nimi była elegancka kobieta, także mocno zaangażowana w literacką dyskusję. Byłam oczarowana. Jeden z mężczyzn miał siwe rozwiane włosy, inny lekki, pewnie jedwabny szalik, nonszalancko przerzucony przez ramię.. Wewnątrz było kilka osób, tam w dyskusji prym wiodły panie.

A my całkiem miło i ciekawie pogaworzyliśmy z panem obsługującym w barze. Chętnie opowiedział nam co dzieje się w RIO teraz, zachwycony, że jesteśmy zaznajomieni z legendą tego miejsca. To był fantastyczny poranek! A dla mnie dodatkowa „literacka” nutka krakowskich odwiedzin.

Drobne i większe zmiany zachodzą wokół niemal codziennie. Krakowianie już nawet nie zauważają tego. Taka ciekawostka – śmiesznostka! Zaraz pierwszego wieczoru moja szwagierka powiedziała mi, że zlikwidowano sklep z torebkami, bardzo eleganckimi, który na ulicy Grodzkiej pamiętam od czasów, gdy byłam jeszcze w liceum.  Torebki z tego sklepu były obiektem moich marzeń, westchnień przez dziesiątki lat. Potem, gdy wyprowadziłam się z Krakowa do Sosnowca, w czasie powrotów zawsze przechodziłam tamtędy i zaglądałam na wystawę. Torebki zmieniały styl, kolory, piękne gatunki skóry, ale zawsze były! I były cudne! Ceny były jak z kosmosu, ale później, gdy zamieszkałam w Stanach, trochę się już “zmniejszyły”… Nie pamiętam, czy kiedyś w końcu kupiłam sobie torebkę z tego sklepu czy po prostu przestały mnie tak bardzo fascynować.  Ale przyznam, że gdy dowiedziałam się, że to tylu dekadach sklep zniknął, zrobiło mi się smutno. To był taki “ważny” element mojego Krakowa. 🤔🙂

Ja wybrałam torebki skórzane włoskiej produkcji. Przyznaję – miałam duży problem z podjęciem decyzji, wszystkie były ładne, wszystkie mi się podobały! 😀

Ale już następnego dnia inna moja przyjaciółka zabrała mnie do nowego sklepu z torebkami na tej samej ulicy, który okazał się bardzo ciekawy w ofercie. Całkiem (dzisiaj!) dostępny cenowo na moje możliwości, choć nie tani. Jedyny problem jaki miałam, to zdecydowanie się, które torebki (i ile ?!) wybrać. Czyli – próżni być nie może, nawet w takiej kwestii. Na Grodzkiej znalazł się dla mnie nowy sklep torebkowy, który serdecznie paniom polecam 😉 (panom też- świetny prezent dla pań). 

W tym roku dwie zmiany krakowskie zwróciły moją uwagę. 

Całe moje (“pierwsze krakowskie życie”) mieszkałam na Łobzowskiej, a okna wychodziły na studencka bursę – tak wtedy nazywał się stary akademik ze stołówką, gdzie ruch studentów mieszkających tam i przychodzących tylko na obiady był przez całą dobę. Zawsze lubiłam obserwować przez okno, co tam się dzieje.. 

Nieco dalej, tuż za murem był ogród kościoła Karmelitów i widać było kościół a właściwie jego tylną ścianę. To właśnie do tego kościoła przez wiele lat chodziliśmy każdej niedzieli całą rodziną na niedzielną poranną mszę, dopóki nie wyrosłam na tyle, by chodzić do kościoła już w innym towarzystwie. Była to tylko jedna przecznica od naszego domu. Kościół znajdował się na rogu ulicy (także) Karmelickiej i Garbarskiej. To był rytuał rodzinny każdej niedzieli.  Ulica choć nie była szeroka, była ruchliwa, środkiem jeździły tramwaje.  Po drugiej stronie była ulica, a wzdłuż niej koszary wojskowe. Pamiętam, że w lecie w pootwieranych oknach zawsze jacyś młodzi, świeżo upieczeni wojskowi zaczepiali dziewczyny zagadując do nas w rozmaity sposób. 

Jestem dumna, że mogłam stanąć pod ścianą niedaleko mojego rodzinnego domu, z takim oto tekstem poetyckim…

Wyjechałam z Krakowa mając 21 lat i jakoś już nie kojarzę, co działo się później w tamtej okolicy, choć w czasie powrotów często przechodziłam okolicznymi ulicami. Podobno koszary już dawno zburzyli, potem był jakiś parking, jakaś budka z kebabem.. ogólnie nieciekawie. 

Kilka miesięcy temu, chyba na początku lipca, na tej przestrzeni sięgającej od Karmelickiej, tuż na przeciwko Kościoła, wzdłuż ulicy Rajskiej czyli na miejscu gdzie kiedyś (w mojej pamięci) były koszary aż do następnej przecznicy stworzono Park imienia laureatki nagrody literackiej Nobla, krakowskiej poetki, Wisławy Szymborskiej. Park jest niesamowity! Tuż po przeciwnej stronie Kościoła Karmelitów wykorzystano wielką skośną  ścianę domu, a na niej umieszczono mural ze słowami jednego z najpopularniejszych wierszy Poetki “Nic dwa razy się nie zdarza”. Mało tego, wokół znajdują się powiększone kopie rysunków samej Szymborskiej, którymi własnoręcznie ozdobiła kiedyś jeden ze swoich tomików. Mało kto o tym wie, że Szymborska oprócz pisania, także trochę rysowała. 

PARK, który mnie zachwycił- pomysłem, emocjami i wykonaniem.

Park już nowy, zieleni w nim dużo, ale bardzo świeżej dopiero zasadzonej. Pierwsze rozkwitnięte kwiaty, pierwsze lilie wodne w oczkach wodnych. Za rok pewnie rozkwitną, rozrosną się. Pomiędzy nimi są ławeczki, na których z przyjemnością przysiadają przechodnie, by odpocząć w atmosferze poezji. 

Tu i ówdzie wystaje duży kamień, a na nim wyryte… kilka słów rzuconych luźno z jakiegoś kolejnego wiersza… To tak inspirujące słowa, trzy-pięć, że natychmiast musiałam znaleźć resztę tekstu wiersza. I natychmiast wiedziałam, że nieprzypadkowo się tam znalazł.. Każde zdanie przekazuje nam coś istotnego. Cały ten Park przemawia do nas jak książka, jak poezja wyzierająca “się niechcąco” spomiędzy kwiatów, zza krzaka i z  trawy. 

Ludzie siedzą na trawie pod parasolami i wchłaniają w środku miasta atmosferę poezji i literatury. Na końcu Parku, jest jeszcze jeden mural, a na nim młody Człowiek unoszący splecione kwiaty jak latawiec. Przesłanie poezji biegnie w Świat.. Takie moje odczucie 🤔.

Nowy „kawałek” (ze starym poetyckim duchem) Krakowa. Pięć, może siedem minut od mojego rodzinnego domu… Czy mogłam kiedyś zamarzyć o takim literackim prezencie? 

I jeszcze inne miejsce krakowskie, które dzięki naszym Przyjaciołom zobaczyłam w całkiem nieznanym mi wizerunku. Zakrzówek, bo tak nazywał się od zawsze ten kawałek podkrakowskiej ziemi.  Od dawna ta część Krakowa była w mojej pamięci miejscem, które należało omijać z daleka. Niby jeziorka/stawy blisko miasta, trochę zieleni, ale zawsze tak zaniedbane, zarośnięte, opanowane przez “meneli” – zwykłych chuliganów, pijaczków, że strach było pokazać się w okolicy. A już w jesieni czy wczesną wiosną to nikt rozsądny w te okolice się nie zapuszczał.

Przyjaciele i świadkowie ślubu nigdy nie zawodzą (nawet po 49 latach…) – śniadanie- niespodzianka!!

I oto tak po prostu – w dzień 49 rocznicy naszego ślubu, zupełnie niespodziankowo, po pysznym i pięknym wspólnym śniadaniu nasi Aniołowie zabrali nas na dawny Zakrzówek!  Oczom nie wierzyłam! Czułam się jak na południowych wyspach w okolicach eleganckich “Resorts “ – Spa, plaż, tras do biegania, spacerów pięknymi zadbanymi ścieżkami, alejkami wśród kwiatów, ładnie zagospodarowanych trawników, ławek dla tych co, życzą sobie chwilę odpocząć. Obszar tego Parku Natury, który ma służyć Krakowianom “do rekreacji kontemplacyjnej i fizycznej” (tak napisano w opisie Parku) jest ogromny, położony na  górkach Tynieckiego Parku Krajobrazowego. W dole rozciąga się wielkie jezioro, zagospodarowane z kilku stron i przystosowane jako kąpieliska, miejsce kajakowe, plaże itp. 

Widok z góry jest imponujący!!  Trasa, którą można dookoła całego obiektu  przejść spacerkiem, przejechać na rowerze, desce, jest długa i pięknie przygotowana, zabezpieczona. Już nikt nie musi się bać, że spadnie ze skały wprost do wody, jak to się zdarzało  często w czasach mojej młodości. 

To było miejsce strachu. Tam się NIE chodziło!! 

Jestem oczarowana taką zmianą! Podobno Park otwarło w czerwcu 2023 roku a my byliśmy tam na początku września.  Przez pierwsze tygodnie sprzedawano tylko po dwa tysiące biletów na wejście i to na dwie godziny, bo tak dużo ludzi było chętnych. Wcale się nie dziwię. Miejsce jest fantastyczne. No i póki co – czyste, świeże, zadbane. Miejmy nadzieję , że tak zostanie. 

Na dole nie byłam, plażowe miejsca widziałam z góry, z daleka, ale resztę Parku obeszliśmy z przyjemnością i z DUMĄ, że tak wiele dobrego może “wyrosnąć” na miejscu, które w mojej pamięci było skazane na niedotykanie, niekojarzenie go z miastem Kraków.   

A jednak – są ludzie, którzy zmieniają świat na lepszy. Mój Kraków staje się piękniejszy nie tylko na Rynku.  I to mnie cieszy ogromnie! 

Trzy POKOLENIA: nasi bracia, żony, moi bratankowie, ich żony, dzieci… Jakże życzyłabym sobie, by świadomość tej więzi pozostała w młodym pokoleniu naszych rodzin po obu stronach Oceanu…

Mój Kraków to także i przede wszystkim  LUDZIE. To galleria tych, którzy są dla mnie ważni. To układanka spotkań, rozmów,  uścisków, uśmiechów, wspólnych obiadów, wypitych kaw, kieliszków wina, pytań i łapania na nie odpowiedzi – jak żyją, jak ich rodziny, jak dzieci, jak zdrowie… Chciałoby się zapytać o wszystko, zapamiętać każde słowo. 

Nie da się. Jest za mało czasu, za dużo emocji, za wiele chaosu.  Ale zawsze są spotkania. 

Ludzie, których spotykam w Krakowie są dla mnie jakby z różnych “kręgów” czasowych. Łączą mnie z nimi różne – inne relacje.  Rodzina. Przyjaciele od młodości do dzisiaj. Przyjaciele z “ławy szkolnej” z którymi wciąż udaje mi się trzymać kontakt.  Każdy z nich, na swój sposób odpowiada na moje zawołanie: “Hej, będę przez kilka dni w Krakowie! Czy się zobaczymy?”  

Jak spotkać się z 25-35 osobami, z których każda jest inna i ma inne motywacje, by mnie zobaczyć. Jak ułożyć sześć dni życia, by moje serce znalazło dla każdego to, co chciałabym im przekazać i dać..

Przyjaciele, których poznałam w końcówce lat 60-tych. Przyjaciele ze studiów męża i wspólnych lat mieszkania w Sosnowcu, przyjaciele z Houston i Krakowa.. Setki wspomnień, które łączą na zawsze.
Z moją Chrześnicą Olą i jej rodziną. Najmłodsza, Helenka ma dopiero miesiąc.
Przyjaciele ze szkolnej ławy przewijają się w moich wspomnieniach często. Niektórych znam jeszcze z podstawówki. Aż dziw, że życie wciąż przecina nasze ścieżki życiowe! 😀

Zamazane portrety. Nigdy w pełni i nie do końca wyraziste.  Nigdy nie ma czasu na wypełnienie całego planu, który miałam w sobie. Znów – następnym razem…

Następnym razem, choć nie wiem kiedy pojadę na dłużej, może na długo. 

Następnym razem – będę miała dla siebie czas. Będę rozmawiać, niekoniecznie tylko w restauracjach i spiesznie przy kawie. Może na spacerze, może pojadę w góry, może odwiedzę Sanok. Może usiądę na ławce na Plantach. I nie będę miała trzech spotkań dziennie, gdzie kochane twarze mieszają mi się w głowie, zamazują mi się rozmowy z nimi. Może nie pamiętam tego, co było ważne. Mam wyrzuty sumienia, że nie postarałam się bardziej. Ale – przecież to ja przyleciałam do Krakowa, to ja zorganizowałam te wspólne chwile. Dlaczego więc czuję się “niespełniona”? Jakbym nie dokończyła jakiegoś planu emocjonalnego, który we mnie siedział i oczekiwał pełnego spełnienia…

Rozumiem, że to być może, tylko mój punkt czucia. W końcu moi bratankowie czy dawni koledzy z klasy cieszą się, że spotkaliśmy się, że mieliśmy okazję chwilę razem pobyć. Rozchodzimy się, bo każdy ma swoje życie i jest dobrze.  I miło. Tak miało być. 

Jest jeszcze coś innego. Coś głębszego. Czego nie udało mi się spełnić. Nie dopracowałam moich portretów. Nie wszystkie. Coś zostawiłam na później… 

Tylko, że to później może być już daleko. A ja chciałabym galerię portretów bliskich memu sercu poukładać sobie tak, ja jak potrzebuję..

************************

Z sentymentu do przeszłości (znów nie mogę się opanować🤔) przypomnę piosenkę „Mglista piosenka o moim Krakowie” – o krakowskiej kawiarence RIO (i nie tylko) w wykonaniu Andrzeja Sikorowskiego


BACK

Przybiegły do mnie o poranku – migotki wigilijne..

30 grudnia 2023

Jest prawie 5 rano, 24 grudnia, 2023 roku.

Obudziłam się i spojrzałam na sufit, tam mój nowy budzik wyświetla godzinę czerwonymi numerkami. Nie muszę nawet podnosić głowy. Ledwo drgną mi powieki i już wiem, która jest godzina. Zazwyczaj tak wcześnie nie zaczynam dnia od rozmyślań. W ogóle nie zaczynam dnia tak wcześnie. To nie mój czas na rozpoczynanie nowego dnia, nawet gdyby to miała być pierwsza kawa. 

My- rodzina – wigilia 2023

Ale dziś jest ten jeden wyjątkowy dzień w roku. Jak śpiewały w swej piosence “Czerwone Gitary” – …Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku..”  

Taki, który znamy wszyscy od kołyski, w którym gasną wszystkie spory.. I w którym chcemy być wszyscy razem.

WIGILIA

Dla mnie to dzień rozmyślań, wspomnień, łez tych dobrych i tych smutnych. Dzień, w czasie którego zbiera się we mnie dużo niepokoju i nadziei – nieograniczonej i niewypowiedzianej wdzięczności. I żalu, że coś minęło, a ja najprawdopodobniej przeoczyłam coś bardzo ważnego..  

Mam za sobą 70 wigilii i oczywiście nie pamiętam wszystkich. I nie pamiętam szczegółów. A jednak dziś o świcie naszły mnie migawki chwil wigilijnych z mojego długiego już życia, które zapamiętałam bardziej niż inne. Widocznie te szczegóły wigilijne były emocjonalnie specjalne. Choć każda wigilia jest w naszym życiu ważna, to jednak coś maleńkiego, jakiś szczegół, jakaś chwila, ciepła emocja albo odwrotnie – nieudana i smutna – była tak silna, że utkwiła w pamięci jak wstrząs zadany silnym porażeniem prądu, na wieki. 

Pamiętam wigilie, kiedy padał śnieg i było zimno. W domu pachniało świeżą choinką. Nie było światełek, tylko świeczki w metalowych podstawkach przyczepianych na gałązki. Rodzice zapalali świeczki tylko na czas trwania kolacji wigilijnej i pilnie obserwowali, żeby choinka się nie zapaliła. Właściwie to używaliśmy słowa “drzewko” nie choinka.. Cukierki, które wisiały na drzewku były opakowane w cieniutką kolorową bibułkę pociętą na paseczki na końcach. Środek był opakowany w “złotko”. Były bardzo dekoracyjne. Czekoladki natomiast – jeśli rodzicom udało się takowe zdobyć na święta, były wieszane już bez dodatkowego opakowania.  Złotko oryginalne wystarczyło, by dawać ładny odblask w migoczących świeczkach. 

Przez cały grudzień robiliśmy ozdoby choinkowe. Uwielbiałam te wieczorne chwile. Jeżyki, pajacyki, łańcuchy…

Pamiętam wigilie, gdy przyjeżdżali do nas goście z Gdańska. Rodzina ze strony Mamy. Czasem jedna ciocia, czasem inna. W małym dwupokojowym mieszkaniu, przy stole, który dziś wydaje mi się, że ledwo mieścił cztery osoby, spędzaliśmy radośnie wigilijną kolację w osiem, dziewięć osób i wcale nie było nam ciasno!

Mało tego – spaliśmy wszyscy w dwóch pokojach, bo nikt wtedy nie pomyślałby nawet, żeby ktoś z rodziny szedł nocować do hotelu! Rano szykowaliśmy świąteczne śniadanie, biesiadowaliśmy cały dzień, szliśmy na długi spacer wokół krakowskich Plant. Potem znów zasiadaliśmy do obfitego obiadu, zjadaliśmy ogromną ilość słodkości upieczonych przez Mamę. I jeszcze trzeba było wymyć naczynia, bez gorącej bieżącej wody.. Jak to wszystko było możliwe? 

Pamiętam wigilie, które po tradycyjnej rodzinno-domowej, kończyły się długim spacerem z przyjaciółmi harcerskimi. Szliśmy wszyscy razem do kościółka na Bronowicach w Krakowie, na pasterkę o północy. Nie wiem jaki to naprawdę jest dystans, ale maszerowaliśmy na piechotę chyba około godziny. Śnieg iskrzył się i skrzypiał pod nogami. Nigdy nie pamiętam, żeby NIE było śniegu…

A po pasterce udawaliśmy się do pobliskiego lasu, a tam stawaliśmy w kręgu wokół małego ogniska, które chłopcy szybko rozpalali z przyniesionych w plecaku drewien. Przyciszonym głosem śpiewaliśmy kolędy i stosowne do okoliczności piosenki harcerskie. Każdy z nas przynosił jakiś malutki kąsek z wigilijnego stołu i tym dzieliliśmy się w kręgu przyjaźni. Najbardziej pamiętam pokrojone jabłka z miodem i kutię. 

Potem wracaliśmy długo i powoli do domu, już w małych grupach. Te noce wigilijne to jedne z najpiękniejszych moich wspomnień czasów młodości. Mimo zimy, mrozu, śniegu czuliśmy w sobie rozpalający ogień przyjaźni, radości 🤗

Pamiętam wigilie, gdy już byliśmy „świeżym” małżeństwem i zamieszkaliśmy w Sosnowcu. Nasze rodziny przyjaźniły się, spotykały się od czasu do czasu. Na święta zawsze przyjeżdżaliśmy do Krakowa, co zwłaszcza jak już dzieci pojawiły się na świecie, nie było łatwą wyprawą. W grudniu, z pieluchami, butelkami, zapasem ubranek itd. Pewnego razu zaproponowaliśmy rodzicom,  żeby zrobić wspólną wigilię, bo ułatwi nam to bardzo  bieganie pomiędzy dwoma domami.  

No i mimo, że sens i cel był wspólny – z jakiegoś powodu wigilia się nie udała. Rodzice byli niezadowoleni, a my następnego roku wróciliśmy do dwóch osobnych tradycji i biegania z jednego domu do drugiego, jedzenia podwójnych potraw i nigdy (zwłaszcza u moich rodziców) nie mogliśmy posiedzieć spokojnie i dłużej na ich wigilii.

Ale dziś rozumiem, że nic nie jest bez powodu. Nie wiedzieliśmy wtedy, że tak szybko wyjedziemy z Polski i już nigdy takich wigilii nie będziemy mieć.  To co pozostało mi w pamięci z tych nocnych “maratonów” na sankach pomiędzy wigiliami w dwóch rodzinnych domach – to krótka historia, która miała się szybko i na zawsze skończyć. 

Nie mam żadnego zdjęcia z wigilii ale zachowało się kilka (bardzo kiepskich zresztą ) zdjęć z pobytu w Wiedniu. Rok 1985

Pamiętam wigilię, kiedy na zaproszenie mojego szwagra i jego żony,  pojechaliśmy z mężem do Wiednia. W tamtych czasach wydawało nam się to wielką okazją i piękna szansą zobaczenia tego miasta. Rzeczywiście Wiedeń w Boże Narodzenie jest magiczny. Dla nas, Polaków w czasach komuny, wypad w „wielki świat” w porze świątecznej to była niezwykła chwila. Dzieci były jeszcze małe, mogły zostać z rodzicami – jednymi i drugimi dziadkami – w Krakowie. Dziadkowie się zgodzili, zrobili wigilię i święta z wnukami, a my – choć spędziliśmy fantastyczny czas w Wiedniu z rodziną brata męża – nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca w wigilię! 

Czułam się okropnie! Choć wiedziałam, że moje dzieci są pod dobrą opieką, że nic im nie brakuje, to do dziś  nie mogę sobie wybaczyć, że wybrałam siebie, a nie rodzinę i dzieci. 

Tak, wiem, że byliśmy też z rodziną, że nic złego się nie stało.. A jednak – do dziś dźwięczą mi w uszach słowa mojego teścia, gdy po naszym powrocie powiedział: “już nigdy nie zostawiajcie dzieci z nami i nie wyjeżdżajcie na święta! “   Może ktoś powie i to całkiem logicznie, że w życiu bywa różnie i wcale nie musi być zawsze tak samo. Ja to wszystko wiem i rozumiem. A jednak – coś zgrzytnęło, coś zostało w pamięci niemiłego. I tak już pozostanie..

Taką wigilię – z czołgami na ulicach też przeżyłam w swym życiu.

Pamiętam wigilię w 1981 r, w mroku stanu wojennego. Był karp i choinka, którą Mama przywiozła pociągiem z Krakowa (bo choinka musi być!! 🙂) Wciąż nie wiem jak ona to zrobiła, przecież był zakaz podróżowania i opuszczania swoich miast…

Siedzieliśmy w Sosnowcu sami, chyba pierwszy jedyny raz bez rodziny w czasach, kiedy przez 16 lat mieszkaliśmy w Sosnowcu. Dziś wydaje mi się, że tę wigilię spędziliśmy z przyjaciółmi, bo ciężko było wysiedzieć w domu samym. Udawaliśmy “normalność” a daleko było do tradycji, radości i spokoju wewnętrznego. Wiedzieliśmy, że tak samo czują nasi najbliżsi, że to samo myślą i przeżywają ten wieczór tysiące Polaków w tysiącach innych domów. Nie mówiąc już o tych, co znaleźli się w obozach internowanych. To była bardzo smutna i trudna wigilia. 

Pamiętam śmieszną wigilię (przed-wigilijną!) – pierwszą naszą w Ameryce. Na kilka dni przed wyjazdem na święta do Indiana State, gdzie wówczas przebywał brat mojego męża ze swoją narzeczoną (i właśnie po świętach miał się odbyć ich ślub) zamieszkaliśmy w Houston na krótka chwilę w “pożyczonym” od znajomych apartamencie.  Po zaledwie czterech miesiącach pobytu w Stanach byliśmy wciąż zagubieni, nie znaliśmy zbyt wielu ludzi, obyczajów a bardzo chcieliśmy mieć coś “naszego- polskiego”. I podzielić się tym z kimś bliskim. Wymyśliłam wigilię – z malutką choinką ubraną wstążeczkami z kolorowego papieru. Kupiłyśmy jeden sznurek światełek w sklepie spożywczym „Fiesta”, moja córka jakoś dogadała się na temat karpia (który okazał się być zupełnie INNYM  karpiem niż ten nasz polski..) Ale pan nam rybę wypatroszył, wyczyścił, pokrajał i wyszła całkiem dobra. Ugotowaliśmy jakiś barszczyk i coś tam jeszcze i wymyśliliśmy drobne prezenty, sama nie wiem co to mogło być – bez pieniędzy, bez możliwości jeżdżenia autem (mieliśmy wtedy jedno auto, którym mój mąż pojechał tego dnia do pracy, a nam została okoliczna spożywcza Fiesta i może jeszcze jakieś sklepy do których można było zawędrować na nogach.🙂 Rozumiem, że wiele osób nie zwróci na to poprzednie zdanie uwagi, ale ci co mieszkają w Houston wiedzą, że tutaj się NIE chodzi! Tu trzeba pojechać autem, żeby dojechać do sklepów, by kupić normalnie, jak ludzie kupują – zwłaszcza prezenty, na które trzeba mieć trochę czasu i pomysłu.  

Zaprosiliśmy  wówczas jedynych bliskich ludzi, z którymi zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i chcieliśmy się z nimi podzielić opłatkiem. Ciekawe jest to, że mieliśmy opłatek, choć dzisiaj absolutnie NIE pamiętam skąd ja go mogłam mieć! Ale miałam. I pamiętam dokładnie, że było to dla nich wielkie zaskoczenie i dla nas też wielkie wzruszenie.  Całe to spotkanie było w stylu polskim, spontaniczne, bez planowania, bez umawiania się wcześniej. Nasi goście nie mieli pojęcia, że to będzie namiastka wigilijnej tradycji. I chociaż zdarzyła się kilka dni przed 24-m grudnia, wbiła mi się mocno w pamięć. I myślę, że nie tylko mnie. 

Szkoda, że nie upamiętniliśmy tamtego spotkania ani jednym zdjęciem😒

Pamiętam wigilie z moją Mamą tutaj w Houston. Cieszyła się zawsze z gotowania, dekoracji, wielkiej choinki, nowej sukienki, gości. Z inności tutejszych świąt a równocześnie z ich polskości. Uwielbiała nasze towarzyskie spotkania kolędowe. Zaprzyjaźniła się szybko z naszymi przyjaciółmi i znajomymi. Była z nami szczęśliwa. 

Pierwsza wigilia z moją Mamą – rok 1991- kilka miesięcy po śmierci Taty.
Wigilia w 1992r. Mały apartament, tymczasowe byle jakie meble. I goście polscy z San Francisco. I babcia HELENKA Bardzo szczęśliwa wigilia!

Gościliśmy też moich Teściów. Raz jeden udało nam się ich ściągnąć tutaj. Myślę, że los był dla nas łaskawy, że mogliśmy przeżyć taką wigilię z nimi w Houston. Był rok 1995 

Zwłaszcza, że była to już ostatnia wigilia i ostatnie święta Taty..

Kilka lat temu mieliśmy dwie wigilie – jedną 10 dni wcześniej , bo Córka z rodziną wylatywała na święta do Tajlandii. Oczywiście, rozumiem, że to długa podróż. Jeśli się pracuje, dzieci chodzą do szkoły – trudno jest wygospodarować czas inaczej na zorganizowanie takiej wycieczki. 

Ta wigilia odbyła się 16 grudnia 2019 roku, u Kasi w domu. Wszystko było wigilijne.A jednak.. 24 grudnia – kilka miejsc przy stole było pustych... 🙁

Byliśmy więc razem, były wigilijne potrawy, była polska tradycja, była rodzinna atmosfera. Były prezenty i wszystko co powinno. 

Jedyna amerykańska wigilia w zmniejszonym gronie

A .. 24 grudnia – tradycyjnie – świętowaliśmy wigilię z Synem i jego rodziną. Brakowało jakby pół rodzinnego ogniwa… Ja wiem, że to się musi kiedyś stać! Jestem normalnie zdrowo myślącą starą kobietą. Wiem, że chłopcy kiedyś założą swoje rodziny, że dzieci mają już inne plany, że przyjdą lata kiedy naturalnie wigilie będą w innym składzie i może będą zupełnie inne, a może nawet samotne… Wiem i – godzę się z tym. W głowie. Ale czy moje serce jest gotowe?..

Wciąż jednak ogromnie cieszę się kiedy zasiadamy przy stole wszyscy razem! Gdy krążymy z opłatkiem i mówimy sobie i tylko sobie kilka ważnych słów. Gdy objadamy się, jak każe tradycja, dwunastoma i więcej potrawami, choć pękamy “w szwach”. 

A potem  chłopcy biegają na zewnątrz domu udając, że szukają na niebie sań z pędzącym Mikołajem, a my w pośpiechu wykładamy „setki” prezentów pod choinkę. 

I Santa- Wnuk w czerwonej czapeczce ogłasza imiona obdarowanych i bawimy się, że na pewno w tych największych pudłach to jest .. “toothbrush” a w tych małych to zapewne “Whisky”.. Wszyscy się cieszą, zajadają desery – najlepiej małe ciasteczka, te zawsze mają największe powodzenie. No chyba, że wybiera Dziadziuś – to wtedy kutia jest na pierwszym miejscu! 

Zdjęcie z wigilii „osiedlowej” – było nas tak dużo że młodzież miała swój stół. Ale weranda domu Ani i Rysia była tak duża, że mieściła nas wszystkich razem!

Były wigilie tłumne, w gronie przyjaciół, gdy chciało nam się z wielkim rozmachem organizować i gotować na dwadzieścia i więcej osób. Takie spotkania też miały swój urok. Nazywaliśmy te wigilie „osiedlowymi”. Mieszkaliśmy w kilka rodzin blisko siebie i przyjaźniliśmy się. Później, gdy dzieci dorastały, rozsypywały się do różnych szkół, każda rodzina powoli miała swoje plany i nieco inne priorytety.

Bywało i u nas dużo gości. Miejsce tradycyjnie przygotowane dla zbłąkanego gościa niejeden raz było zajęte, choc niekoniecznie gość był „zbłąkany” (a może zabłąkany?!) 😀. Na wigilię nikt nie powinien być sam. Zapraszaliśmy polskich studentów, zapraszaliśmy przyjezdnych tymczasowo profesorów z Polski, koleżanki i kolegów naszych dzieci, znajomych.. Wszystkich, którzy w takiej chwili potrzebowali ciepła rodzinnego i przyjacielskiej dłoni. Niektórzy byli z nami na wigilii przez wiele lat.

Boże! Daj mi szansę zapamiętać  jeszcze wiele wigilii. Nawet jeśli nie pamiętam ich ze szczegółami. Nawet jeśli każdego roku powtarzamy tak wiele tych samych wigilijnych elementów..

Dobre Życie, spraw proszę, by moja rodzina – gdziekolwiek kiedyś będzie, miała własne wigilie, równe piękne i wartościowe. Równie ważne dla nich i ich rodzin. 

To jest moje życzenie wigilijne 2023 – dla mnie i dla wszystkich moich BLISKICH.

                💕🎁🌟

Po takim życzeniu aż ciśnie się „na ucho” ciepła wigilijna piosenka. Jest ich bardzo wiele. Najpiękniejsza i wszystkim znana, to wspomniana juz na początku piosenka Czerwonych Gitar ” Jeden dzień w roku” – uwielbiam ją! ( odsyłam do mojego wpisu z 4 grudnia 2021 roku 😀🎶) Dziś wybrałam nieco mniej popularną ale równie wzruszającą:

Feel- „Gdy wigilia jest!” miłego słuchania!


BACK

Czy „Białe” znaczy białe?

19 grudnia, 2023

Thanksgiving 2023. 

W Ameryce to najważniejszy dzień w roku. I bardzo piękny. To najbardziej ruchliwy czas podróży Amerykanów, czas łączenia się rodzin i przyjaciół niezależnie jak daleko są od siebie. Czas setek ciepłych słów, dziękowania Bogu za wszystko, co nas dobrego spotkało. Dzień kiedy szczególnie mocno czujemy, że jesteśmy wdzięczni za każdy przyjazny gest, dobre słowo i wzajemną pomoc. 

Migawki z dnia Thanksgiving w Durango- rodzina, przyjaciele, pieczony indyk i tradycyjne pyszności!

Takie uczucie znałam już z dnia Wigilii, od dzieciństwa i młodości “uczyliśmy się” tego w naszych rodzinach.  Ale dopiero tutaj w Stanach poczułam jak można WYRAŻAĆ wdzięczność za to, że jesteśmy razem. Niekoniecznie z podtekstem religijnym – po prostu od rana krzątać się  razem w kuchni, czekać na gości, usiąść przy wspólnym stole i pokroić wielkiego, świetnie wypieczonego indyka ze specjalną nadziewką i przeróżnymi dodatkami, takimi jak absolutnie konieczny “cranberry” sos, słodkie ziemniaki podawane na wiele sposobów, zapiekanka z zielonej fasolki,  dyniowa tarta (pumpkin pie) i całe mnóstwo innych pyszności.

To święto ma swoją piękną tradycyjną legendę i każdy Amerykanin wie, że ten dzień łączy ludzi! Nieważne czy różni nas religia, kolor skóry, różnica wieku, język i pochodzenie – tego dnia w tym kraju jesteśmy wdzięczni za to… że jesteśmy razem! 

Tego roku Thanksgiving spędziliśmy w Durango, Colorado. W nowym domu mojej córki i jej męża. Z wnukami i ich przyjaciółmi. Brakowało mi Syna i jego rodziny, ale przecież nie można mieć zawsze wszystkiego..

Już niedługo wigilia i Boże Narodzenie. Znów będziemy razem, szczęśliwi i wdzięczni, tak “po polsku”.. 

Co mój wstęp ma wspólnego z białym?  I czy BIAŁY to tylko kolor ?  Otóż skojarzenia mam odległe i wiem, że ktoś już teraz stuka się w czoło myśląc, że – jakby to określiła moja przyjaciółka – bajdurzę! 

Pierwsze godziny opadu śniegu nie zapowiadały tak nagłej i białej zimy!…

A jednak… To właśnie tegoroczny Thanksgiving w Colorado zainspirował moje myśli o “białym”.

Następnego dnia, po wystawnym obiedzie, pysznych deserach i oczywiście pierwszej części tradycji (w naszej rodzinie) oglądania “Christmas” filmów – (ZAWSZE tych samych 😀) spadł pierwszy piękny obfity śnieg! I po kilku godzinach zrobiła się zima, prawdziwa, jakiej nie widziałam od lat!  Już zapomniałam, jak taki obrazek wygląda w naturze…   

Puszyste czapy na drzewach, choinkach leśnych, drogi, po których nagle nie mógł przejechać nasz samochód, spacer w słońcu, które odbijając się od bieli zmuszał nas do mrużenia oczu. Nagle świat wokół mnie stał się zupełnie inny. Dawno zapomniany  obraz wrócił ze zdwojoną siłą. Czystość tej bieli mnie poraziła! 

Taka zima, jak te kilka świątecznych dni  w Durango, bardzo mi się podoba. 

Ale co tu ukrywać – zimy, które pamiętam z Polski, nie są najpiękniejszymi wspomnieniami.  Kulig w górach, spacery podczas wakacji zimowych, powitanie Nowego Roku przy ognisku w nocnej scenerii lasu zasypanego świeżym śniegiem  – TAK, to były piękne chwile… Ale codzienna rzeczywistość dziesiątków dni, gdy trzeba było wstać jeszcze “w nocy”, brnąć przez brejowaty topniejący śnieg pchając ledwo posuwający się wózek z dzieckiem do żłobka albo ciągnąć sanki, stanie w długich kolejkach na mrozie, by kupić podstawowe artykuły spożywcze (nie mówiąc o takich rarytasach jak papier toaletowy, pomarańcze czy czekolada…).   

Wtedy biel zimy nie miała nic wspólnego z jej pięknem. I z dobrocią, która tak łatwo nasuwa się na myśl, gdy myślimy o “białym”.   

Bo oprócz zimy – biel zaczęła krążyć wokół mnie jak “dymki” nad obrazkami z komiksów, w których wpisuje się co bohater obrazka “ma na myśli”.

…jak piękne suknie ślubne mojej Córki i Synowej

Biały kolor niesie w sobie uspokojenie, poczucie niewinności, uczciwości. Rozjaśnia to, co czasem brudne i niedobre. Pierwsza impresja narzuca myśl o tym, że białe musi być pozytywne, łagodne. Jak sukienka do pierwszej komunii, szatka do chrztu świętego, którą symbolicznie zarzucamy dziecku jako wyraz jego niewinności.  Jak wymarzona suknia ślubna Panny Młodej.. 

Nigdy nie widziałam na własne oczy narkotyków dziwi was to? Amfetamina – zdjęcie znalezione w sieci!

A przecież to tylko skrawek prawdy. Bywa, że biel, która przychodzi mi do głowy przeraża mnie. Tak jak biała śmierć – narkotyki. Dziś już może ludzie patrzą na ten problem spokojniej i rozumieją, że narkotyki są wszechobecną plagą naszych czasów. Źródłem wielkich pieniędzy i niewyobrażalnych przestępstw w skali światowej. Dla mojego pokolenia to wciąż przerażająca idea śmierci głupiej, nierozważnej, bezsensownej. “Biała śmierć” – jakże okrutne skojarzenie słów…  

Słowo biały/biała często używane jest przez ludzi automatycznie, trochę ‘metaforycznie”. Tak naprawdę nie zdajemy sobie do końca sprawy, jakie to określenie ma znaczenie.  Mówimy na przykład: ”to mnie tak denerwuje, że dostaję “białej gorączki”… Czy ktoś jednak wie, że biała gorączka to medyczne określenie na objawy i reakcje odstawienia alkoholu u alkoholika? Jest to rodzaj bardzo silnej furii, poważnych auto psychicznych omamów, zaburzeń wzrokowych, słuchowych, majaczenia itp. Szczerze mówiąc, ja także długo tego określenia nie brałam tak “poważnie”, choć oczywiście znałam takie powiedzenie.  Jakoś niedawno wpadło mi w ręce takie wyjaśnienie. 

Podobnie – “białe małżeństwo”.   Niemal każdy dorosły człowiek wie, że takim określeniem nazywamy małżeństwa, które żyją w przykładnym związku dwojga ludzi, ale w ich relacji brakuje seksu. Nic w tym złego. Statystyki podają, że całkiem dużo takich par jest wokół nas. A jednak – rzucamy tym określeniem nie zdając sobie sprawy ile może w tym kryć się w nich tragedii i smutku.  Białe – ale czy dobre?..

I jeszcze przychodzi mi na myśl taka sytuacja (może ja za dużo historii kryminalnych czytam i oglądam filmów?? 🙂).  Ktoś planuje zbrodnię doskonałą – choć wszyscy wiemy, że zbrodni doskonałych nie ma!  Są tylko błędy popełnione przez śledczych, niezauważone ślady itd.  Faktem jest, że istnieją zbrodnie popełnione i nigdy niewyjaśnione. Istnieją zbrodnie “dopracowane” i określa się je jako zbrodnie czy przestępstwa popełnione w “białych rękawiczkach”. Tak precyzyjnie, że nie pozostawiły żadnych śladów. Białe zatuszowało przestępstwo, choć nigdy nie spowodowało, że stało się niewinnością. 

Jak i dziwnie powstało określenie z użyciem słowa – biały. 

Biel otacza nas często i jest powszechnym elementem naszego życia. Lubimy zjeść na śniadanie dobry biały ser, pijemy mleko (nie ja!! 🙂) Niektórzy robią jajecznicę ale tylko z białek.  Inni piją “białą kawę”, ale przecież to tylko umowna biel. Podobnie jak skóra “białej rasy ludzkiej” – to tylko umowne określenie.. 

Fragment jednego z setek wierszy Czesława Miłosza – ten własnie jest wierszem białym. Nie ma rymów. Opiera się tylko na zachowaniu rytmu.

Jako polonistka (trochę była 🙂) znam określenie “biały wiersz” czyli wiersz bezrymowy. Lubię tańczyć tango i do dziś nie wiem dlaczego białym nazywamy to tango, do którego my panie zapraszamy panów.. 

Ja nie przepadam za białymi wnętrzami mieszkań ale inni ludzie bardzo lubią biel mebli i ścian. (kuchnia jednej z moich koleżanek)

Bardzo wielu ludzi urządza swoje kuchnie w białym kolorze. Wszystkie szafki maluje na biało. No może dodatki, jak uchwyty do szafek, blaty na stoły,  dekoracje kuchenne dodają w innych kolorach i nieco tę biel ożywiają. Ja osobiście nie przepadam za białymi kuchniami, ale jeśli inni tak robią – nie mam nic przeciwko 🙂.  Podobnie – nie lubię całkiem białych ścian w domach. Przychodzi mi zawsze na myśl surowość dawnych sal szpitalnych, choć dziś – na odwrót – to szpitale starają się być w weselszych kolorach i dodają dużo kolorowych dekoracji. 

Nasz pierwszy samochód (to znaczy Maluch czyli Fiat 126) był biały i nie byłam z tego powodu szczęśliwa. Ale wyboru dużego nie było, kolor w tamtych czasach i tamtej sytuacji był na końcowym miejscu ważnych elementów samochodowych. Ale jako kobieta, oczywiście, że po cichu o kolorze  marzyłam mocnym, widocznym z daleka, rzucającym się w oczy 🙂. 

Dużo później kupiliśmy tutaj Nissana X -Terrę i też w tym momencie padło na biały. Auto bardzo lubiłam a do białego.. po prostu przyzwyczaiłam się.  

Kilka wydań książki „Samotny biały żagiel”

Z dzieciństwa pamiętam książkę “Samotny biały żagiel” . Autor bodajże Katajew Walentin. Nie pamiętam w jaki sposób ta powieść wpadła mi w ręce, ale były to czasy kiedy rosyjskie powieści czytaliśmy w szkole. Zapamiętałam ją dobrze, bo choć rzecz dzieje się w czasie rewolucji 1905 roku w Odessie, to historia widziana jest oczami dwójki dzieci 9-10 letnich. Opowiada o zderzeniu dzieciaków z brutalnym, złym światem dorosłych. I o ich pięknej przyjaźni w prawdziwym nieprzyjaznym świecie. Ta książka wywarła na moją dziecięcą wyobraźnię duże wrażenie. Po latach nakręcono film na podstawie książki.

Pomysł tytułu książki zaczerpnął autor z wiersza Lermontowa pt. “Żagiel”, ale o tym dowiedziałam się dużo później.. 

Trudno znaleźć w sieci dobre zdjęcie, które naprawdę oddaje zjawisko Białych nocy w Petersburgu. To wydaje się najbliższe realnemu widokowi tego miasta w czerwcu o północy .

A jak już dotarłam w moich rozmyślaniach do Rosji, to wspomnę o słynnych leningradzkich “białych nocach”, których nigdy nie miałam okazji zobaczyć, ale mój mąż, który kiedyś często spędzał czas w Leningradzie (tak, jeszcze wtedy w Leningradzie, nie w Petersburgu!), bo tam zbierał materiały do swojego doktoratu, miał okazję zaobserwować to zjawisko, gdy o północy wciąż jest tylko lekki półmrok a pełna noc w końcowej fazie  czerwca nigdy tam nie następuje. Nawet mojej córce udało się tam raz być w tym czasie.

Jeśli szukasz bardzo cennych i unikatowych egzemplarzy wydań książkowych, trudnych do zdobycia, takich których np. na świecie jest tylko kilka sztuk – to znaczy, że poszukujesz “białych kruków”…

I tak można by te rozważania ciągnąć jeszcze godzinami przez wiele wiele stron. Białe ciałka krwi, białe zęby, białe plamy w ludzkim mózgu, które powodują pustkę w pamięci..

Wyrzuciłam w swoich zapiskach to, co pamiętałam. To, co nie wpadło jeszcze do moich „białych plam” w głowie.. 

Od śniegowego obrazu pięknej tegorocznej zimy w Colorado zrobiło się biało w moich myślach.  Biało – to nie znaczy spokojnie, niewinnie i idealnie. 

Ale każdy kolor to także nastrój, to biegający po głowie temat, który natrętnie nie daje spokoju.  Wyrzucam z siebie uciskający w środku wątek. Zagwozdkę, która zakręciła się, zagmatwała w mojej głowie i inaczej nie chciała mnie opuścić. 
Moje “białe” – czasem lekkie jak świeży śnieg, czasem  trudne jak biała gorączka – rozsypało się jak domino. Zawsze jednak można dodać następne kostki – białe albo… jakiegokolwiek innego koloru 🙂


BACK

Kilka słów od filmowej narkomanki

1 grudnia 2023

Gdy zaczynam pisać te słowa, minął tylko tydzień do Festiwalu Filmów Polskich w Houston, tradycji którą uwielbiam tutaj już od 24 lat.  Jeśli ktoś chociaż trochę śledzi moje wpisy, to wie, że świat filmów, literatury, teatru – to sfera, w której mój mózg działa dwa razy szybciej niż normalnie, oddech przyspiesza, a emocje skaczą jak na wykresie badań serca – w dół i w górę, z prędkością rakiety kosmicznej odbijającej się od ziemi…  Wszystko, co można znaleźć w dobrej powieści,  w świecie filmu czy na scenie teatralnej działa na mnie jak zaczarowana różdżka. Nigdy nie przechodzę obok tych elementów ludzkich “realizacji” obojętnie. Nawet jeśli mam wiele ocen/uwag dyskusyjno-wątpliwych, to i tak każdy taki wytwór wzbudza we mnie wiele reakcji i emocji. 

Mam pełną świadomość, że jesteśmy RÓŻNI i zawsze to powtarzam. I wiem, że są ludzie, którzy po obejrzeniu filmu wyjdą z kina i nie pofatygują się skomentować filmu nawet jednym słowem. Albo skończą czytać książkę, zamkną ostatnią stronę i odłożą ja na półkę. W głowie pozostanie im pustka… Cisza bez echa. Mam nadzieję, że niewielu jest takich ludzi, ale nie mam wątpliwości, że i tacy są wśród nas. 

Inni rozmyślają chwilę, są pod wrażeniem większym czy mniejszym. Przez jakiś czas mają w pamięci sceny, które ich poruszyły.  Lubią pogadać o tym z przyjaciółmi, otworzyć swoje wrażenia w dyskusji. Bywają tacy, którym historie książkowe, filmowe spać nie dają, a bodźce wzrokowe przepięknego przedstawienia teatralnego, scenografii baletowej czy muzyka wywołują tak sine emocje, że poszukują wciąż kontynuacji. Chcą zatrzymać na dłużej to, co zrobiło na nich wyjątkowe wrażenie, co nie ucieka z głowy, z serca. 

Ja tak mam. Niemal każdy film, który wybieram do obejrzenia, czy książka, którą czytam, jeszcze długo ciągnie się w mojej głowie. Rozmyślam, jak to mówią teraz w nowym polskim języku “ rozkminiam” postaci i ich psychologiczne działania, przyglądam się zamysłom reżyserów starając się zrozumieć ich tok myślenia. 

Po filmach – rozmowom i dyskusjom nie ma końca.

Szukam elementów, które mogłyby zapełnić dziury, często specjalnie umieszczone w filmie, by widz musiał sam sobie dopowiedzieć własne rozumienie i uzupełnić “niejasności”. Bo dla mnie dobry i bardzo dobry film to taki, po którym wychodząc z kina MAM PYTANIA, wątpliwości, chce mi się o nim porozmawiać. Film pobudził mnie do rozmyślań, do dyskusji, chce mi się o nim myśleć, nawet – MUSZĘ!! 

Podobnie z książką. Odkładam ją na półkę, ale tylko w sensie fizycznym, bo długo jeszcze postaci, wątki, problemy nie dają mi spokoju. Nigdy nie czytam kilku książek naraz! Dobrej książce, która mnie interesuje poświęcam czas i moje myśli. Skupiam się, jestem “dla niej” 

A czemu ja tak o tym wszystkim?

Właśnie! Obiecałam sobie, że publicznie, w kwestii tegorocznych dziewięciu filmów polskich, wybranych jako najlepsze w 2023 roku, nie będę mówić zbyt dużo, oceniać, krytykować, zachwalać, koloryzować, wpadać w szał euforii albo zupełnie odwrotnie.

Nie jest łatwo taki festiwal zorganizować w innym kraju. To dużo pracy, kontaktów, zwłaszcza gdy chce się również gościć na festiwalu twórców, aktorów polskich. Za to niezmiennie jestem wdzięczna naszym organizatorom i zawsze ich podziwiam, wspomagam i także dlatego jestem zawsze obecna na tej imprezie. 

Fani festiwalu – jesteśmy każdego roku i z radością powracamy na następny..

Tegoroczny Festiwal był bardzo udany i choć pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą, nowo wybrane miejsce kinowe było bardzo ładne i czyste, siedzenia wygodne, sala nie za duża. Dojazd – jak to w Houston, wiadomo, że zawsze jest “daleko”. Za to miejsc na parkingu nie brakowało, autostrady tuż obok..

Tak więc – prawdziwych RECENZJI nie będzie, choć i język i ręka mnie swędzi.  Ale tyle już na temat  filmów, które mieliśmy okazję oglądnąć, zostało powiedziane i napisane, że dziwię się, iż internet dotąd nie wybuchnął ogniem. Głównie krytyki i nienawiści wypisanej przez tych, którzy filmów…NIE oglądali. (Zielona Granica, Figurant..) 

Bo, że nie widzieli, to jasne jak słońce. Wystarczy film zobaczyć i potem jeszcze raz przeczytać co, w tym “hejcie” jest. Trzeba być ślepym i głuchym, żeby nie dostrzec i nie słyszeć, że wiedza większości autorów/ krytyków wpisów, o treści filmu jest zerowa!

My oglądnęliśmy !!

Na szczęście internet, inne media, gazety na całym świecie są dostępne dla wszystkich. Jest wielu ludzi, którzy najpierw film oglądają, później myślą, a jeszcze później o nim piszą. To co dobre i pozytywne. Także to, co dla nich dyskusyjne… I wtedy można i jest o czym wspólnie dyskutować i wymieniać swoje poglądy i uwagi.

Kadry z filmu pochodzą z internetu. Opublikowane w recenzjach filmowych. Główna postać esbeka, Budnego zagrana przez Mateusza Więcławka

Ogromne emocje wzbudził film “Figurant”.  Dla mnie już pierwszy moment ukazania się na ekranie obrazu starego Krakowa z końca lat 50-tych i lata 60-te przyspieszył bicie serca.  Ulice, tak blisko mojego rodzinnego domu, temat – trwająca 20 lat inwigilacja księdza (późniejszego biskupa) Karola Wojtyły, o której jako dziecko czy młoda dziewczyna nie miałam pojęcia. A przecież to właśnie Biskup Karol Wojtyła udzielił mi w 1967 r sakramentu bierzmowania.. w kościele Karmelitów, na ul. Karmelickiej.

Piwnica Pod Baranami i słynna “Dezyderata, którą pamiętam z moich (późniejszych już) wizyt w Piwnicy wywołała ciarki na moich plecach. To przecież także jedna z pieśni, którą sama zrobiłam z młodzieżą w naszym Polskim Teatrze. I chociaż nie była tak artystycznie piękną interpretacją jak w filmie, to także przeszywała dreszczami i do dziś słucham naszego wykonania ze specjalnym wzruszeniem..

Myślę często o ludziach, o bohaterach “Figuranta”, “Różyczki 2” i zastanawiam się, jakie trzeba mieć priorytety w swym sercu, głowie, by tak zagmatwać sobie życie.. Swoje życie i swoich najbliższych. I to tak, by odbiło się to na losach nawet następnych pokoleń. Jak różne motywacje życie podsuwa nam w przeróżnych okolicznościach, a człowiek dokonuje “niewłaściwego” wyboru.

W jaki sposób i kiedy ludzie próbują naprawić swoje błędy?  Co i kto na nich wpływa? Co jest momentem zwrotnym w życiu? Czy zwykły szary człowiek ma szansę na poprawę? Na odkupienie swych złych uczynków? Czy w ogóle w życiu “pokuta” za takie uczynki (krzywdy wyrządzone innemu człowiekowi) jest możliwa?? 

Kiedy człowiek  zaczyna rozumieć, co stracił a co zyskał?.. Czy manipulacja drugim człowiekiem może być aż tak silna, że doprowadza do uruchomienia najgorszych odruchów drzemiących w psychice człowieka? Czy film, powieść potrafi to wszystko nam – prostym ludziom jasno uświadomić??  

To zaledwie cząstka pytań, które pojawiły się w mojej głowie po kilku filmach festiwalowych.  

W rolach głównych: Paulina Pytlak (gość Festiwalu), Tomasz Sapryk, Joanna Drabik (Nastka) i rewelacyjna rola Józefiny (Kinga Preis)

Inne rodzaje pytań zelektryzowały moją głowę i poruszyły moją duszę po dwóch pierwszych filmach. Wychodząc z kina usłyszałam czyjąś krótką opinię o filmie: “beznadziejny, okropny!”  

Beznadziejny? Okropny??  Film czy sytuacja? (rzucona opinia dotyczyła któregoś z filmów – albo obu –  “Święto Ognia” i “Strzępy”) 

Jedno jest pewne. Oba filmy były łatwe w odbiorze. Trudne do “pogodzenia się” z faktem, że  przytłaczający jest temat i sytuacja, które reżyserzy postawili sobie za zadanie przybliżyć i to w “ostrym” wydaniu widzowi.  Filmy jakby trochę podobne, bo zarówno jeden i drugi podejmuje temat ludzkiej nieuleczalnej choroby. Ale jakże w inny sposób obrazują te “podobne tematy”.

Zdjęcia z sieci- w roli głównej Michał Żuławski.

 Nic nie jest tu podobne – oprócz… braku szansy na wyleczenie. 

A jednak – świat można widzieć na różne sposoby. Życie w sytuacji “beznadziejnej” nie musi być beznadziejnością i ostatecznością. 

Znów kolejny dowód, że człowiek ma zawsze wybór. I ten wybór zależy tylko od nas. I od… okoliczności w jakich się znajdziemy. I od przyjaciół jakich mamy wokół siebie. I od siły, jaka w nas jest. I od uczuć, jakie nosimy w swym sercu… Ileż mogłabym tu wymienić powodów, sposobności, okoliczności. Właściwy czas, właściwe miejsce, ten jeden moment, który liczy się na całe życie. 

Łatwo powiedzieć – “film beznadziejny”… a może po prostu boimy się przyjrzeć głębiej takim sytuacjom? Może nie chcemy podjąć myśli co stałoby się ze mną, gdybym ja musiała zmierzyć się z takim nieszczęściem.. 

Te filmy,  rozgrzały do czerwoności we mnie pytania, rozmyślania: mam to ogromne szczęście, że jestem zdrowa. Moje dzieci są zdrowe. Nie muszę i nie musiałam dokonywać takich wyborów. A gdybym stanęła przed podobną koniecznością jak bohaterowie filmów?  Co bym zrobiła? Jak silna byłabym? Czy potrafiłabym dokonać mądrych wyborów? Nie wiem. Nawet po obejrzeniu filmów, które ukazują wybory bohaterów, nie jestem pewna jakie byłyby moje decyzje.. 

Film jest tylko filmem. Ale uczy nas, że nigdy nie wiemy, co może przytrafić w życiu. Jedna chwila i świat wokół nas może runąć. Nigdy nie mów – to beznadziejne! Bo jutro twoja sytuacja może być podobnie “beznadziejna i okropna”. 

Boimy się cudzych trudnych sytuacji. Nawet filmowych. O ile łatwiej unikać prawd smutnych, nie wiedzieć, że takie tragedie ludzkie dzieją się i to czasem całkiem blisko nas.  Udawać, że nas nie dotyczą, bo NIE są nasze… 

Pewnie, że idąc do kina można chcieć spędzić czas z komedią lekką i śmieszną -taką, która nie zmusi nas do wysiłku zadawania sobie trudnych pytań. Nic w tym złego..

T. Kot (Tadeusz Boy-Żeleński), M. Dorociński (S. Witkiewicz), A. Seweryn, (J. Conrad), W. Mecwaldowski (B. Malinowski)
>Plakat znaleziony w sieci<

Jeden z filmów wyróżniał się wśród pozostałych własnie komediową lekkością i humorystycznymi dialogami. Mówię o filmie “Niebezpieczni Dżentelmeni”. 

Wbrew pozorom intryga jest ciekawa, a jej postaci to znakomitości literackie i historyczne zakopiańskiej bohemy roku 1914: artyści, politycy, gangsterzy. Poczynając od Boya- Żeleńskiego czy Stanisława Witkacego, poprzez Piłsudskiego, Nałkowską a kończąc na Leninie.  Dużo dialogów, w które świetnie wpleciono fragmenty literackie z różnych utworów tamtej epoki. Dostrzeże je widz obyty i wykształcony, bo wbrew pozorom nie jest to tylko zabawna fikcja przypadkowych zdarzeń. To fajna lekcja trochę historii, trochę polskiej literatury. Pośmiać się można, ale uważać “na lekcji” też trzeba, by złapać sens, ironię i zamysł twórców.  No i odświeżyć sobie w pamięci szkolne wiadomości z literatury. 🙂

Ostatni dzień filmowy przyniósł mi wspomnienia dawnych lat.

Filmy o tematyce wojennej były cotygodniowym “rytuałem” w telewizji mojej wczesnej młodości, w kinach też ich nie brakowało. Wywoływały we mnie zdenerwowanie i niewyjaśnione do dziś uczucia strachu. 

Byłam dzieckiem urodzonym osiem lat po zakończeniu wojny, w normalnym domu, gdzie nikt nie mówił (albo bardzo rzadko i niechętnie) o wojnie.. Dlaczego więc do dziś pozostało mi dziwne wrażenie rozdygotania wewnętrznego, strachu, gdy tylko mam oglądać lub czytać wspomnienia wojenne, obrazy tamtych  lat. I obojętne czy są to filmy z otwartych  działań wojennych na frontach, czy z obozów koncentracyjnych, czy  opowieści o przemocy indywidualnej czy o grupowej. Zawsze i niezmiennie powraca do mnie fala wciąż nienazwanego do końca odczucia, które zadomowiło się w latach dzieciństwa pokolenia powojennego, ale mocno skażonego wojną.. 

Celem twórców filmu “Filip”  nie jest ukazanie patosu wojennego, wyjątkowych bohaterów i wielkich poświęceń, drastycznych obrazów śmierci. Po pierwszym krótkim “prologu” – scenie w getcie warszawskim cała reszta filmu, to szokująca “konsekwencja” zupełnie zaskakującego życia w wojennej scenerii w niemieckim Frankfurcie. Pozornie szary człowiek, cichy wyniosły kelner, konsekwentnie, dzień za dniem, toczy swoją własną wojnę. 

Ma plan. I gdy już wydaje się, że jest coś, co może wyleczyć go z tej przemocy- rodząca się prawdziwa miłość, która może stać się istotniejsza niż zło – znów macki wojennej nienawiści są silniejsze. 

Ten film jasno uświadomił mi, że obraz wojny,  którego wciąż podświadomie nie mogę się pozbyć, nie jest jedyną i najgorszą wersją tamtych czasów. Teoretycznie wszystko od dawna to wiem, ale wciąż nie umiem sobie tego wytłumaczyć.

Kim byli ludzie zwykli, szarzy, którzy znaleźli się w przypadkowym miejscu, w przypadkowych okolicznościach i musieli “nie będąc sobą” jakoś przeżyć tyle długich lat?  Jak sobie radzili z najbardziej prostymi emocjami, pragnieniami, których nie można pozbawić człowieka?  

Patos, odwaga, strach, śmierć… te określenia kojarzą nam się zawsze wojną.   Ale to tylko część prawdy o tamtych latach. 

Z czym się naprawdę prosty człowiek musiał się zmagać?  O tym filmy wojenne naszej  młodości nam nie opowiadały… Sześć długich lat życia wojennego. 

Pomyślmy przez moment o stanie wojennym w 1981-83 roku (ci co pamiętają i przeżyli ten czas), pomyślmy o niedawnej pandemii. Jak bardzo takie niespodziewane wydarzenia wpływają na nasze osobiste uczucia, zmiany w życiu, ważne decyzje. 

Wbrew pozorom to są niezwykłe momenty, które potrafią wstrząsnąć i zmienić w nas bardzo wiele. W myślach, w czuciu, w niespodziewanych decyzjach. Nie planujemy tego. I nagle -BUM!!! 

Ile pomysłów może zrodzić się w  głowie twórcy – by napisać kolejny scenariusz filmowy, kolejną powieść czy sztukę. By wyreżyserować następny mocny film, który potrząśnie umysłem i sercem odbiorcy. 

Jeśli dodamy do tego całą plejadę ludzi, którzy biorą czynny udział w tym procesie, począwszy od  aktorów, scenarzystów, producentów, poprzez tych, o których mniej, a może w ogóle nie myślimy, jak montażyści, operatorzy dźwięku, obrazu, twórcy kostiumów, ludzie od make-up-u, do tych, którzy muszą “załatwiać” pieniądze, wypromować film i dziesiątki dziesiątki innych… to otrzymamy ogromny proces długich miesięcy pracy setek ludzi. 

Nie rzucajmy opinii “beznadziejny film, książka”. Ja użyłabym słów: “Mnie się nie podobało  to i to, dlatego i dlatego”.. – a to już brzmi inaczej.   

Taka opinia może być punktem do dyskusji i nie ignoruje twórczych działań  setek ciężko pracujących ludzi. 

O tym wszystkim mieliśmy szansę porozmawiać z naszymi gośćmi, zapytać o każdy szczegół, nie tylko o pracy aktorskiej, ale o wszystko inne,  co “za kulisami” a przecież równie fascynujące. Ale czasu zawsze za mało, a chętnych do zadawania pytań o wiele więcej. 

Dr. Wojciechowski i Dr. Ściuk – organizatorzy Festiwalu podczas prowadzenia rozmów z gośćmi – producentkami: Olgą Bieniek i Marleną Kreńską.

Wyszło jak wyszło – i tak napisałam więcej niż planowałam. Taki to temat, że nie mogę skończyć. 

Cieszę się, że mieszkam w Houston, że częścią polskiej kultury jest tutaj Festiwal Filmów Polskich. Dla jednych – okazja rozrywki polskiej, dla innych – czas wspólnych wieczorów Polonii, dla mnie – rarytas filmowy, aktorski i intelektualny! 

Dziękuję Zbyszkowi, całej ekipie organizatorów i nam – widzom, że wciąż mamy apetyt na nowe filmowe wyzwania!!


BACK

Przeziębienie czy grypa – jesienne zawirowania

17 listopada 2023

Ziemniaki w folii pieczone w popiele w żarze ogniska jesiennego.

„Złote jesienie” mojego dzieciństwa były  bardzo piękne. Słoneczne, bajecznie kolorowe, ciepłe i.. krótkie. To był przeważnie fragment października, na Plantach spadały dojrzałe brązowe kasztany, w niedzielę wyjeżdżaliśmy na wycieczki, by upiec na ognisku tradycyjne „Pieczonki” albo chociaż ziemniaki w popiele ogniska. Nawet w szkole były dwa dni wolne na jesienne prace społeczne albo “wykopki”. Wyjeżdżaliśmy z klasą gdzieś za miasto, dogadywaliśmy się z jakimś gospodarzem, że będziemy pomagać przy wykopkach ziemniaków. A później po dobrze wykonanej pracy układaliśmy grube polana na ognisko, piekliśmy na długich patykach kiełbaski i cierpliwie czekaliśmy na ziemniaki pieczone w żarzącym się popiele, posypywane potem grubą solą z odrobiną masła. Ile było w tym młodzieńczej radości i szaleństwa!

Wszystko to trwało bardzo krótko, może dwa, trzy tygodnie, bo złota polska jesień zazwyczaj nas nie rozpieszczała. 

Jesień w okolicach Ustronia i Wisły. Szlak na Czantorię, szlak spacerowy w okolicy Ustronia. Niestety, nie zachowały się nasze rodzinne zdjęcia z wycieczek rodziców. Zdjęcia zapożyczyłam z sieci.

Moi rodzice bardzo starali się w tym czasie trafić na wczasy w góry Beskidu; do Szczyrku, Ustronia, Wisły. Uwielbiali te okolice. I uwielbiali właśnie tę porę roku! Każdego roku jesienią podziwiali bogactwo kolorów w czasie niezliczonych spacerów tamtejszymi szlakami. Pamiętają to także moje dzieci, które przez kilka lat  towarzyszyły im w tych jesiennych wypadach. 

W mieście nie było aż tak pięknie. Jednak większość czasu jesiennego to pora deszczowa zamglona i ponura. Choć i taka, przydymiona i smętna, też potrafi nastroić nas pozytywnie i ..wyczekująco. Wiadomo – listopad i grudzień, to czas oczekiwania na radosne wydarzenia. Na nadchodzące tradycyjne Andrzejki, Mikołajki, przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, wreszcie same Święta. 

Ale nie o tańcach i swawolach chcę dziś napisać. Wiem, że wstęp nastroił do  przyjemnych rozważań, ja jednak zejdę na bardziej przyziemne tematy. 

Mało kto myśli o jesieni jako o porze roku, która przynosi nam drastycznie zmieniające się  anomalia pogodowe, a co za tym idzie – czas, który uruchamia w wielu ludziach dużą wrażliwość (albo nawet nadwrażliwość) na te zmiany. Te z kolei odbiją się mocno na naszym zdrowiu. I to w dwóch aspektach – psychologicznym, gdy przy deszczowej wietrznej aurze czujemy smutek, niechęć do pracy, apatię, typowo jesienną chandrę. 

Schemat podobieństw i różnic pomiędzy przeziębieniem a grypą

Jeszcze gorzej jest, gdy równocześnie pogarsza się nasze fizyczne poczucie. Zaczyna się od bólu głowy, kapie nam z nosa, męczy brak normalnego oddechu. Zaczynają boleć wszystkie kości naraz i już właściwie boli nas wszystko! Temperatura ciała szybko się podnosi i już wiadomo -dopadło nas jesienne przeziębienie lub grypa! 

Jedna i druga choroba bardzo męczy, przebiega podobnie, ale tak naprawdę jest inna. Właśnie.. Jeśli dobrze pamiętam z rodzinnego domu, z moich dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń, nikt nigdy nie rozróżniał przeziębienia od grypy. No, może jak przebieg choroby był lżejszy, to mówiło się, że  przeziębiliśmy się. Jeśli wyglądało to poważniej, a gorączka utrzymywała się przez kilka dni, to znaczyło, że mamy grypę. Lekarstwa? Chyba mama podawała nam aspirynę, syrop na kaszel (najbardziej pamiętam Tussipect ) i może coś jeszcze, czego zupełnie nie pamiętam.. Czy w tamtych czasach ktoś przejmował się przeziębieniem czy grypą tak na poważnie? 

Najbardziej „lubiany” przez dzieci syrop na kaszel mojego dzieciństwa

Dzieci zawsze chorowały w czasie jesieni (i w czasie przedwiośnia). Są to choroby wirusowe, przenoszą się łatwo metodą kropelkową, stąd szybko można zarazić się w dużych skupiskach np. w przedszkolach, szkołach, w pracy. 

Jako dziecko, wcale nie przejmowałam się kiedy byłam chora na jedną z tych chorób. Wręcz przeciwnie.  Choć pierwsze dni były dokuczliwe, to jednak po trzech dniach samopoczucie wracało do normy, a rodzice nie pozwalali jeszcze iść do szkoły. Trzeba było “odleżeć” co najmniej tydzień. I nie trzeba było mieć zwolnienia lekarskiego, bo każdy wiedział, że w tym jesiennym deszczowym, mglistym i nieprzyjaznym pogodowo czasie łatwo się zaziębiamy i swoje musimy odsiedzieć w domu. Lubiłam te przymusowe chorobowe wakacje. Nie zastanawiałam się wtedy jakie mogą mieć konsekwencje dla mojego organizmu. Na co powinnam uważać, co naprawdę dzieje się ze mną i we mnie. 

A przecież takie choroby dopadały mnie nie raz w roku i nie dwa.. 

Gorzej było, gdy nagle występowała bardzo wysoka gorączka i ból gardła. Wtedy wiedziałam, że to najprawdopodobniej angina i że bez lekarza sie nie obejdzie. Zapamiętałam na zawsze lekarza dziecięcego w Krakowie na pl. Sikorskiego. Z jednej strony na parterze było wejście do przychodni dla Dzieci Chorych, a z boku budynku wchodziło się na  pierwsze piętro do Przychodni dla Dzieci Zdrowych. Musiałam bardzo długo korzystać z tej przychodni, bo pamiętam, że byłam chyba w ósmej klasie i chodziłam do lekarza sama. Też ciekawe… Przychodnia znajdowała się jakieś 30-40 minut marszu od mojego domu.  

Angina była zmorą mojej młodości.  W pewnym momencie, gdzieś pod koniec podstawówki miałam już lekarza laryngologa w przychodni dla “dorosłych” i tam chodziłam jak tylko pojawiały się objawy anginowe. Dopadały mnie tak często, że sama je rozpoznawałam, a po pewnym czasie doktor stwierdził, że bez operacji wycięcia migdałków się nie obejdzie. Gdy już zaczęłam mieć ciągłe zapalenia ucha środkowego, jakieś bóle reumatyczne, coś tam z sercem, po wielu badaniach, jak na tamte czasy skomplikowanych i męczących (byłam w pierwszej klasie liceum) zdecydowano usunąć mi migdałki. Zresztą nie bez powikłań…   Takie to były czasy polskiej medycyny, że nawet proste usuwanie migdałków było zabiegiem “skomplikowanym”. W szpitalu trzymano mnie przez prawie dwa tygodnie.

Za to problemów anginowych pozbyłam się na zawsze!! 😀

Wracając do jesiennych przeziębień czy grypy, gdy po trzech pierwszych dniach choroby już czułam się znacznie lepiej, moje najbliższe koleżanki przychodziły do mnie zaraz po szkole i siedziały koło mnie, nawet na moim łóżku i nikt z nas nie myślał o tym, że przecież można się zarazić..  Przynosiły mi zeszyty z notatkami, opowiadały co działo się w klasie, donosiły plotki i ploteczki.  A rodzice byli zadowoleni, że mam kontakt z rówieśnikami i że jestem na bieżąco z tym, co dzieje się w szkole. W liceum nierzadko też odwiedzali mnie koledzy.

Rodzice pracowali do 16.00, więc niezbyt kontrolowali to, co robią w tym czasie “chore” dzieci. 😆

Dzieci – od małych do tych starszych w szkole podstawowej i średniej – chorowały często. Rodzice biegali z nimi do lekarzy. Lekarz wypisywał lekarstwa i.. zwolnienie tzw. L-4. Pięć dni – tydzień.  Matki na okrągło dostarczały swoim pracodawcom zwolnienia, bo przecież ktoś musiał opiekować się  w domu małym dzieckiem. Te starsze mogły już zostawać same. Tak było i tak jest do dzisiaj…

Czemu o tym piszę??  Przede wszystkim dlatego, że przez 17 lat mojego dorosłego życia małżeńskiego w Polsce byłam pracującą nauczycielką i matką dwojga malutkich dzieci. Oboje wychowały się w żłobkach i przedszkolach. Ja – “matka- potworzyca” nigdy nie wzięłam urlopu wychowawczego, a macierzyński przypadł mi tylko na Syna i to w czasie wakacji i skończył się na początku września czyli jak zaczął się kolejny nowy rok szkolny.  (Córkę urodziłam będąc na studiach, więc urlopu macierzyńskiego nie miałam).

Byłam młoda, ale za to bardzo odpowiedzialna. I ambitna. Gdy więc moje dzieci chorowały, dokonywałam cudów organizacyjno-koleżeńsko-kombinatorsko-zwariowanych, by tylko nie brać zwolnień z pracy, bo “maturzyści muszą mieć lekcje, bo nie mogą mieć z „mojego powodu” zaległości, bo nikt tego nie zrobi tak jak ja… itd. 

Moja doktor – pediatra otwierała szeroko oczy ze zdziwienia, że trafia jej się matka, która nie chce zwolnień, by “posiedzieć w domu”…

Może to bardzo głupio dziś brzmi, bo dziecko jest i zawsze było dla mnie najważniejsze!! Ale – gdy dziś patrzę na ten obrazek z dalekiej przestrzeni czasowej i wiedzy, którą dziś posiadam, to myślę, że wcale nie popełniłam wielkiej „zbrodni”.

Gdy dzieci były naprawdę chore byłam z nimi. Gdy zostawały w domu, bo trzeba było dopełnić 7-10  dni przetrzymania dziecka, nawet jeśli już czuło się całkiem dobrze, moje dziecko bawiło się z opiekunką, koleżanką, moją przyjaciółką i było zupełnie szczęśliwe. A ja – robiłam to, co powinnam była robić.. 

Kiedy przyjechałam do Stanów, jesienne przeziębienia dzieci nagle objawiły mi się zupełnie inaczej. Oczywiście, że tu także dzieci chorują. Ale.. jakoś mniej, jakoś inaczej. Rodzice wiedzą jakie leki im podać, dzieci są szczepione przeciw grypie. Nikt nie trzyma ich całymi tygodniami odizolowanych od świata tylko dlatego, że mają katar czy kaszel. 

Nie zamierzam porównywać czasów leczenia chorób sprzed 40 czy 50 lat i to w tak różnych krajach jak Stany Zjednoczone i Polska. Oczywiście, że w owych czasach były to dwa różne  światy. Ale nawet dzisiaj, w dobie internetu, wiedzy, którą łatwo zdobyć, porównać i zastosować – mentalność wciąż jest jednym z wiodących aspektów decyzji. 

Moja wiedza o przeziębieniu, a przede wszystkim o grypie dziś jest jak „wielka rzeka” w porównaniu do tej sprzed kilkudziesięciu lat.  

Oczywiście, rozumiem dlaczego powinnam szczepić się każdego roku na grypę. Ale zdaję sobie sprawę, że jest wielu ludzi, którzy tego nie rozumieją i uważają to za całkowicie niepotrzebne. I to ludzie, którzy są mi bliscy. Ludzie, którzy z zasady są przeciwni szczepieniom. 

Mając dużo lat, jestem świadoma jak bardzo niebezpieczna może być dla mnie grypa. Po niespodziewanych doświadczeniach COVID-owych, zamknięciu normalnego życia dla niemal całego świata, sparaliżowaniu wszystkiego, co człowiekowi potrzebne jest do codziennego funkcjonowania – wszyscy wiemy, jakie rozmiary może przyjąć powikłana grypa czy jej niecodzienne i nagłe mutacje. Przeziębienie czy tym bardziej grypa to NIE drobna niedogodność organizmu i przerwa na odpoczynek czy kilkudniowe wylegiwanie się w łóżku. 

Naukowcy próbują nam przekazać obraz wirusów w najbardziej logiczny i ekspresyjny sposób. Wyglądają nawet .. ładnie, ale są naprawdę bardzo niebezpieczne!

Coraz trudniej wydostać się z dopadających mnie od czasu do czasu takich niedomagań. Coraz częściej obawiam się złapania wirusów, skutecznego ich unikania. Ale nie należę do osób histerycznie przewrażliwionych na punkcie profilaktyki.

Ciągle przecież jesteśmy z ludźmi, pośród ludzi, wokół ludzi. Miliony wirusów krąży nieustanne wokół nas. Przekazujemy je sobie drogą kropelkową, przez przyjazny pocałunek, dotyk nosa, dotyk wspólnych przedmiotów… Nawet nie wyobrażamy sobie jakie to łatwe.  Na szczęście dziś już wiemy, że szczepionki uodparniają nas na wiele z tych wirusów i organizm potrafi się sam bronić.    

Grypa, zaziębienie – nasz wygląd i samopoczucie jest wtedy okropne!

Nie ma nic gorszego niż gdy dopada nas poczucie osłabienia, trzęsą nami  dreszcze, a zaraz  potem pojawia się ból zaczerwienionych oczu i męczący katar. Następnego dnia już mamy problem z normalnym oddychaniem, łamie nas w kościach i w ogóle świat wydaje się beznadziejny!  

I nawet jeśli dziś  mamy całą gamę dobrych leków na takie objawy i nie muszą być nawet przepisane na receptę przez lekarza, to i tak  w przypadku ludzi starszych proces dojścia do “normalnego” zdrowego samopoczucia trwa długo.

Po kilku dniach sytuacja zdaje się opanowana, a jednak… wciąż organizm jest  zbyt słaby, by funkcjonować normalnie. Do tego dochodzi brak apetytu, niechęć do robienia rzeczy, które zazwyczaj codziennie wykonujemy bez oporów. Wszystko idzie powoli, jakby to nie było nasz ciało, jakby ręce, nogi wcale nie chciały nas słuchać.

Kiedyś –  przeziębić się to był “drobiazg” nie choroba. Kiedyś mówiło się: “A, mam grypę! Poleżę w łóżku trzy dni, wypocę się, wygrzeję i będę zdrowa jak ryba!” 

Dziś: przeziębić się, złapać grypę – to brzmi złowieszczo. 

Choroby nie zmieniły się. Na szczęście zmieniła się nasza wiedza, metody badawcze, doświadczenie, świadomość zagrożeń. Uległo przemianom wszystko to, co może uchronić nas przed trudnymi albo nawet tragicznymi konsekwencjami tych pozornie zwykłych “jesiennych” chorób. 

Właśnie kilka tygodni temu dopadło mnie jesienne przeziębienie (bez temperatury) ale za to ze wszystkimi innymi bardzo nieprzyjemnymi objawami. Pogoda była słoneczna, ciepło, żadnych zimnych wiatrów, ani deszczu. Nikt nie może powiedzieć, jak to mówi się popularnie w Polsce, “że mnie zawiało”. 

Organizm wyraźnie wyczerpał naładowane przez lato baterie, zmęczenie dało znać o sobie i jakiś wirusik zaplątał się i ułożył sobie we mnie wygodne gniazdko. 

Walczyłam ostro przez niemal tydzień i myślałam o tym, jak 50 lat temu  łatwo było przetrwać z takim „niepożądanym gościem” w swoim organizmie. Niedawno zaaplikowana szczepionka pewnie pomogła mi zwalczyć tę chorobę bez gorszych konsekwencji.

Kiedyś temat grypa, przeziębienie był tylko niewygodną jesienną (rzadziej zimową bądź wiosenną) przeszkodą.  Nie wywoływały we mnie strachu, nie znęcały się tak bardzo fizycznie, nie dokuczały tak nieprzyjaznym kłuciem w płucach czy brakiem sił. 

Dzisiaj widzę i czuję jak bardzo upływający czas zmienia  proporcje realiów „prostej” choroby…


BACK

Kto wymyślił lustro i czy jest mi dziś potrzebne ? 

2 listopada 2023

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się kiedy i jak powstały pierwsze prototypy lustra, to nic prostszego jak zaglądnąć do “wujka Google’a” i dość dokładną  historię tego wynalazku można sobie przeczytać w internecie. 

Niemal od początku istnienia życia ludzkiego człowiek pragnął zobaczyć i sprawdzić swój wygląd. Początkowo funkcje luster pełniła woda w rzekach, jeziorach i kałużach. Było to jednak uzależnione od pogody i człowiek, jak w każdej niewygodnej sytuacji, dążył do znalezienia metod usprawniających odbicie obrazu. Długa to historia geniuszu człowieka, jego fantazji, pomysłów, prób i oczywiście pieniędzy. 

Gdyby prześledzić ewolucję dzisiejszego zwykłego lusterka, to zdziwilibyśmy się, że w historii jego powstawania mieli swój udział Hindusi, Chińczycy, Rzymianie, a dopiero dużo później, bo w XIII wieku, lustrami zainteresowano się w Europie, głównie we Włoszech.  Prym wiedli oczywiście Wenecjanie. To oni odkryli, że dzięki użyciu stopu rtęci  można otrzymać przejrzyste szkło.  Lustra weneckie stały się  sławne i pożądane w całej Europie, a równocześnie uruchomiły machinę konkurencji  w innych krajach. Dalej już poszło jak “po maśle”.

Woda była pierwszym prototypem lustra. I zawsze lustrem jest dla natury.

Zanim jednak lustro stało się powszechnym produktem i elementem każdego domu, każdej kobiecej kosmetyczki, “przedreptało” długą drogę przez tysiące lat. 

                                                   ** ** ** ** ** 

Wstęp o lusterku jest dla zachęty, by nikogo nie zrazić do mojej opowieści na pozornie inny temat. Temat znany z dzieciństwa pod tytułem “ Lustereczko powiedz przecie kto jest….. na świecie” .  Środek tego pytania już należy tylko do mojej bajki (albo do kogokolwiek, kto to będzie czytać i zechce sobie pytanie uzupełnić. 🙂 

To niepozorne lusterko z jednej strony ma tak silne powiększenie, że pokaże nam chętnie wszystkie szczegóły naszego oka w czasie robienia makijażu 😀

Lustro jest odbiciem naszej twarzy. Jest szansą na sprawdzenie w najbardziej intymny i skryty sposób naszego odbicia. Sami, w ciszy spokoju i w zamkniętej przestrzeni możemy przyjrzeć się sobie,  uczciwie ocenić własną twarz, postawę, wygląd sylwetki, nowe ubrania czy cokolwiek innego. 

Pytając drugą osobę o opinię, nigdy nie jesteśmy do końca pewni czy ta osoba postrzega nas tak samo jak my siebie. Ma to i dobrą stronę i trochę złą.. W zależności od naszych relacji, od dnia, humoru – możemy usłyszeć to, co chcemy i to, czego nie chcielibyśmy wiedzieć. Własne odbicie w lustrze – mówi o nas całą prawdę. Przynajmniej – tak nam się wydaje… 

Lustra w moim domu. Każde inne. Każde lubię.

Lustra towarzyszą mam właściwie  wszędzie i przez cały czas. W domu niemal w każdym pomieszczeniu, w pracy, w każdym holu restauracyjnym, w poczekalniach itd. Stanowią element wygody, dekoracji, są naturalnym wyposażeniem każdego wnętrza. Pojawiają się już w pierwszych zabawkach dziecięcych, kiedy kilkutygodniowy maluszek z zaciekawieniem wpatruje się w odbicie swojego wizerunku w kołyszącej się nad nim zabawce, w jego łóżeczku.  

Tak prawdę mówiąc, to niespecjalnie zwracamy uwagę na lustra i ich znaczenie. A jednak – gdyby w samochodzie nie było lusterka, jak cofalibyśmy bezpiecznie  nasze auto?  Jak robiłybyśmy sobie codzienny makijaż, jak wymyślałybyśmy kolejną nową fryzurę bez patrzenia w lustro?  

Nawet przy myciu zębów często spoglądamy na swoje poranne czy wieczorne  odbicie.. A to tylko zaledwie malutki, podstawowy zakres wykorzystania lusterka. 

Czy myślimy o lusterku, gdy w grę wchodzi lustro i technologia razem połączone? Co to są czarne lustra i jak się to ma do komputerów, współczesnych telefonów, tabletów, bez których już nie umiemy funkcjonować?  Jak wykorzystuje się lustra w medycynie, optyce, astrologii i w tysiącach innych sfer naszego życia? Nie będę nawet próbować się tu wymądrzać, bo i tak nie potrafię wymyślić zbyt wielu przykładów. 

Lustro jest genialne. Albo raczej człowiek jest geniuszem, który dzisiaj lustro potrafi wykorzystać na tysiące sposobów. 

Dawno temu lustro miało inną wartość, wysoką cenę i było elementem wyposażenia wnętrz głównie ludzi bogatych. Nie na darmo piękne lustra miały swą nazwę zwierciadła. Ich dawna duża wartość łączy się prawdopodobnie z przesądem, który znany jest do dzisiaj. O lustra dbano szczególnie i z wielką ostrożnością, by nie rozbiły się, bo jak wiadomo gdy lusterko rozbije się – przesąd mówi – czeka nas siedem lat nieszczęścia”  

“Aby być pewnym, że zabezpieczymy się przed jakąkolwiek złą przepowiednią należy rozbite lusterko zebrać w czarny papier, najlepiej każdy kawałek tylną ścianką do góry, aby nie ujrzało naszej twarzy. Papier szczelnie zamknąć i zakopać głęboko.” 

Ha, ha!! Mam nadzieję, że nikt dziś na serio nie traktuje tych porad! Pozwoliłam sobie “zakomunikować” je ze źródła internetowego, opisującego lusterkowe przesądy.  Są i takie, które brzmią dużo groźniej, ale nie zamierzam nikogo straszyć.🙂   

Dziś już mamy zbyt dużo luster, lusterek i lusterkowo pochodnych produktów, byśmy mogli na takie przepowiednie zwracać poważną uwagę. 

Lustro w mojej jadalni imitujące dodatkowe okno. Z każdej strony widać w nim część jadalni z innej perspektywy.

Duże lustro optycznie powiększa powierzchnię pomieszczenia. Dlatego między innymi chętnie montuje się jej w windach. Dzięki lustrom można stworzyć przeróżne iluzje i stosować je zarówno w poważnych nowych odkryciach jak i w fajnych trickach, które przydadzą się w każdej codziennej sytuacji. A już lustro i światło…potrafią czynić cuda w zwykłej otaczającej nas przestrzeni. 

Czy lustrzane drobne pyłki kojarzą wam się z pięknymi paznokciami? A to, że lustro można wykorzystać w różnego rodzaju grach, malarstwie, oczywiście w fotografii..? Mnie to do głowy by nie przyszło, gdyby nie przypadkowy artykuł, na który natrafiłam, o rozbitym lustrze i przesądach. I tak po nitce do kłębka .. zafascynował mnie ten temat.    

Lustro jest także naszym kontaktem z innymi. Otwieramy komputer, telefon, włączamy ekran i widzimy tych, z którymi chcemy teraz rozmawiać. I nieważne czy są to plotki z przyjaciółmi, rozmowy rodzinne, czy konferencje biznesowe. Lustro/ekran ułatwia nam w sekundzie zobaczenie siebie nawzajem. Obojętnie o jakiej porze dnia, na jakim skrawku Ziemi i nie tylko Ziemi – widzimy siebie. Równocześnie widzimy twarz osoby, z którą rozmawiamy.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie pomyślała o lustrze w sposób osobisty, humanistyczny, głęboko człowieczy. 

Obraz siebie, który oglądam  codziennie, przez lata w swoich lustrach, to historia mojej twarzy. A twarz to moje oczy, moje usta, moja mimika, która przemawia do mnie. I przemawia do innych. A każda twarz odbija dużo więcej niż tylko obraz.

 “Lusterko prawdę ci powie” – to popularne powiedzenie, to nie tylko slogan o mojej twarzy, uśmiechu, zmarszczkach, szarych oczach czy coraz bardziej pooranej nadmiarem skóry szyi, na którą średnio lubię teraz patrzeć. 

A przecież kiedyś tak nie było.  Były dni, gdy z przyjemnością spoglądałam na siebie. Na roześmiane oczy, na zapał i w nich apetyt na życie. Okręcałam się dookoła ciesząc się  rozkloszowaną krótką spódniczką i patrzyłam z zachwytem na swe ładne zgrabne nogi. Lubiłam wiele szczegółów mojego ciała, nie przeszkadzał mi nawet szary kolor oczu, choć drażniło mnie, że tak go znajomi określali. 😀 Wtedy wydawało mi się, że to brzmi tak.. bez wyrazu.

Moje ” najdłuższe” włosy z czasów liceum.

Gdy miałam 8 lat (pamiętam dobrze, bo  przygotowywałam się wtedy do pierwszej komunii) bardzo chciałam mieć długie włosy. Mama zgodziła się, choć niechętnie, żebym sobie je trochę zapuściła. Wciąż jednak uważała że mam cienkie i słabe włosy i nie będą ładnie wyglądały, kiedy będą dłuższe. A ja marzyłam o “kucykach”, warkoczykach i oczywiście „końskim ogonie”. Ledwo mi trochę włosy urosły, już sobie ściskałam jej gumkami i wiązałam wstążeczki. Mieszkała wtedy z nami siostra Taty, niewiele ode mnie starsza (może 8-10 lat?) i ona okazała się bardzo przychylna moim dziewczęcym marzeniom. To ona poszła ze mną do sklepu, kupiła mi dużo kolorowych wstążeczek i czesała mi wymyślne pierwsze “palemki” i “kucyki” . Mama nie była z tego zadowolona. Do komunii wprawdzie nie miałam zbyt długich włosów, ale udało się zrobić z nich odświętną fryzurę.

Zdjęcie u gory – studniówka 1972 r. Zdjęcie dolne – 8 klasa podstawowa. Mama już przestała interweniować w moje „długie” włosy 😂

Za to w okresie liceum już mogłam mieć włosy dłuższe i Mama nie “korygowała” moich zmieniających się fryzur. 

Jak każdą nastolatkę, cieszyła mnie zawsze nowa “szmata” im bardziej kolorowa tym lepsza! Lubiłam zmieniać, kombinować, ryzykować zestawieniami kolorystycznymi, o ile i jak dało zadziałać w takich kwestiach w tamtych trudnych czasach. Lustro mnie kochało a ja kochałam lustro. Nawet łzy i smutek wydawał się  piękny w młodych oczach..

Lustro było świadkiem dziesiątek zmian w moim życiu. Ach, a  jaką radością przyglądałam się,  gdy mój brzuch powiększał się z miesiąca na miesiąc, kiedy moje dzieci dawały znać, że i one zmieniają się choć jeszcze światła dziennego nie ujrzały. 😃

Lustro patrzyło na mnie z  pobłażliwością, kiedy walczyłam po urodzeniu Maluchów, by dojść do dawnych rozmiarów i znów wrócić do  swojej “starej szafy”.

Lustro to mój pierwszy surowy sędzia. Sędzia, który jednego dnia mrużył oczy, kiwał głową i radośnie zgadzał się z moją opinią. Ale już następnego – lusterko potrafi być bardzo wymagające, krytyczne. Ocenia mnie surowo. Niejeden raz zbeształo mnie za mnóstwo szczegółów, które wcale mu się nie spodobały. 

A ja patrząc mu prosto w “szare oczy” wiem, że lusterko zawsze ma rację…

Bo lustro ma świetne wyczucie smaku, gustu i czasu. Rozumie mnie. Rozumie, że czas zmienia nas. Czas zmienia również wizerunek wewnętrzny człowieka, przez zwykłe lusterko pozornie niedostrzegalny. Moje “prywatne lustro” dostrzega ten wewnętrzny portret. Bo magia lustra jest silna i głęboka.

Myślę o magii i sile lustra, której nie ma w zwykłych zapiskach czy opowieściach ludzkich. Lusterko mi powie prawdę… bo to ja w tym lustrze odbijam swoją twarz i duszę. Siebie nie oszukam… Jestem pewna, że każdy choć raz w życiu znalazł się w sytuacji, gdy stał na skraju jeziora czy spokojnie płynącej rzeki i wpatrywał się w swoje oblicze. Jakie myśli przychodziły wam wtedy do głowy? Czy ujrzeliście przez moment prawdziwego siebie? 

Nawet jeśli ta twarz była wykrzywiona poruszającą się falą, to w falującym się obliczu dostrzegłam najprawdziwsze własne „ja”. Tafla odbija skupioną energię i czuję, że ten obraz należy tylko do mnie. Im większa siła wpatrywania się we własne oblicze, tym głębsze zrozumienie swej “duszy” . Wymaga to chwili i cierpliwości, ale pomaga ujrzeć to, co na co dzień gubimy w biegu życia.

Teraz łatwiej zrozumieć dlaczego tak ważne jest patrzenie komuś głęboko w oczy, by go zrozumieć, by ujrzeć jego bezgraniczną miłość albo… skonfrontować inne uczucia czy emocje. Oczy drugiego człowieka, a raczej jego źrenice mogą być także dla nas lustrem. 

Takie fajne lustro mam w sypialni. Bardzo wydłużony owal, fajnie wyszczuplający każdą sylwetkę. 😜 To lustro to prezent od mojej córki z czasów jak jeszcze studiowała w szkole dentystycznej w Dallas.

Od kałuży do jeziora, od lśniącego wypolerowanego kamienia do wykwintnych luster weneckich. Od bajki o krzywym zwierciadle do przesądów o siedmiu latach nieszczęścia. Od wiary o uciekaniu duszy do świata umarłych do opowieści o “Oku Boga”…

Czy moje lustra domowe są dla mnie ważne i czy naprawdę je potrzebuję? Dlaczego dziś niemal co sekundę ktoś pokazuje swoją twarz w lustrzanym odbiciu na Instagram, YouTube czy innym filmiku w mediach? Skąd takie uwielbienie dla oglądania własnych twarzy? Co magicznego jest w lusterku i dlaczego jest ono tak ważne dla człowieka? 

Może powyższe rozważania pomogą odpowiedzieć na te pytania? 

Lusterko – świecznik odbijające płomień zapalonej świecy.

A co to oznacza dla mnie? 

Jak każdy przeciętny człowiek używam lustra do prostych życiowych czynności. Lubię lustra dekorujące moje ściany. 

Lubię także zwierciadło, w którym tylko ja potrafię dostrzec bogactwo moich doznań, uczuć, spostrzeżeń, intuicji. 

Moje lustro nie jest weneckie. Nie ma złotej oprawy ani długiej starej historii.

 MOJE lustro jest bezcenne i unikalne, jedyne w swoim rodzaju…


BACK

Uliczkami w górę i w dół, po mostach, popijając  wino „Porto”

17 października, 2023

Myśl o Portugalii mignęła mi wiele lat temu, kiedy moja przyjaciółka Beatka takie właśnie wakacje sobie wymyśliła. Ona pierwsza wrzuciła nam Portugalię do koszyka pomysłów wyjazdowych. My już wtedy całą Europę bardziej czy mniej zwiedziliśmy albo chociaż dotknęliśmy co piękniejsze czy ciekawsze zakątki. Ale jakoś Portugalia przesmyknęła się przez nasze plany bez echa. I tak sobie kiełkowała i rosła, aż tuż przed pandemią byliśmy gotowi do wyjazdu – z pomysłami i biletami. Tyle że wydarzenia roku 2020 zastopowały nasz wakacyjny plan i jak większość ludzi utknęliśmy z planami  w głowie albo na papierze. 

Minęły kolejne lata, podróżowaliśmy tu i ówdzie, aż dopiero w tym roku dotarliśmy do.. PORTO

Porto – Miasto w Portugalii położone przy ujściu rzeki Douro do Oceanu Atlantyckiego. Drugie co do wielkości w tym kraju. Dlaczego tam? Jak to w życiu bywa – trochę przez przypadek, trochę przez sugestie przyjaciół i znajomych, trochę przez przekorę, bo wszyscy koniecznie do Lizbony, a ja przeczytawszy dużo na temat – koniecznie chciałam właśnie do Porto. 

Może przez dawne sentymenty i wspomnienia wąskich uliczek, pełnych kwiatów w Grecji i Turcji, może sentyment zapamiętanych obrazków z Chorwacji (dawnej Jugosławii) i uliczkach ciągnących się w górę i w dół.. Gdy zobaczyłam zdjęcia, posłuchałam opowieści przyjaciół i wciągnęłam się w nowoczesny świat internetowych blogów podróżniczych, a do tego jeszcze historii,  skąd wzięło się  wino „Porto”.. to już wiedziałam, że wybieramy Porto jako miejsce tegorocznych wakacji!

A że tym razem potrzebowałam odpoczynku “ na moich warunkach” – będę wstawać wtedy, kiedy poczuję, że chcę i mogę, gdy “najpierw będzie kawa, a potem życie”, gdy będziemy się włóczyć tam, gdzie MY chcemy i nie będzie to program wycieczki zorganizowanej (przy czym NIC nie mam przeciwko zorganizowanym wycieczkom, ale czasem potrzeba czegoś innego!!) – wszystko pasowało mi idealnie! Był ze mną mąż i zaprosiliśmy też przyjaciółkę, taką od szkolnej ławy aż do dziś (na kilka dni).

Urocze wąskie kręte uliczki. Zawsze w górę i dół. Nawet jeśli w dół… to i tak w górę 😂😂

Sceneria: bardzo ciasne uliczki, bardzo pod górę i jak mówi mój mąż: “nawet jak w dól to też pod górę! 🙂🙂

Jeśli ktoś liczy na  opis i szczegółowe informacje o Porto, to polecam blogi turystyczne i informacyjne na ten temat.  Mój tekst takich wieści wam nie przyniesie.  Ja chciałabym  w tym krótkim wpisie oddać atmosferę naszych kilku dni wakacyjnych. I tego, co mnie, czekającej na pobyt w tym miejscu przez kilka lat, najbardziej wpadło do serca. 

Most Luis’a z każdej strony i o każdej porze dnia i nocy prezentuje się wspaniale!!!

Uliczki – wąskie, bardzo wąskie i jeszcze węższe. Dziesiątki uliczek. Do rzeki Douro i głównego nabrzeża Ribeira niedaleko. Trzeba zejść w dół może przez niecałe 10 minut i już oczom ukazuje się widok jak z najpiękniejszych pocztówek tego miasta. Szeroka czysta rzeka, stare statki/barki z baryłkami wina i sześć słynnych pięknych mostów, z których jeden jest najbardziej charakterystyczną reklamówką tego miasta. Most Luis’a (Luis’ Bridge). Zbudowany w stylu wieży Eiffel’a, przez ucznia samego mistrza. Jest wyjątkowy, posiada dwie kondygnacje, obie wykorzystane do pełnego ruchu, dolna do ruchu samochodowego i dla pieszych, a po górnej kondygnacji jeździ metro i chodzą piesi. Metro wyłania się z jednej strony z podziemnego korytarza, by przejechać majestatycznie na drugi koniec mostu i zniknąć w czeluściach podziemnych po drugiej stronie. 

Widok z okna naszego apartamentu, z czwartego piętra. Dachy innych domów, ledwo widoczna wąska uliczka. Az strach patrzeć w dół 😂

Jest to fantastycznie połączone z uliczkami, które natychmiast wpadają pomiędzy niezliczone ilości bardzo wąskich kamieniczek, wysokich zazwyczaj na trzy, cztery i pięć pięter. Wysokich pięter! Nasz apartament mieścił się na czwartym piętrze i wspinanie się na tę wysokość bylo nie lada wyzwaniem. Choć wewnątrz klatka schodowa jak i caly dom był nowy i bardzo ładnie zrobiony, to schody były wysokie i strome i dotarcie  do naszego, bardzo zresztą ładnego i ciekawie architektonicznie zaprojektowanego duplexu, było niezłą codzienną gimnastyką!! 

Porto, to niezliczona ilość schodków! Kamiennych, bardzo stromych i tylko czasem nieco mniej.😆 Wijących się i biegnących ostro w dół i w górę. Miasto pełne uliczek, które nigdy i nigdzie nie są płaskie. I też nie są lekko pochyłe. One po prostu są strome, wręcz sprawiają wrażenie pionowych!! Nie mam pojęcia jak ludzie żyją tam na co dzień. Jak jeżdżą  te niezliczone ilości aut, a jeszcze bardziej interesuje mnie jak te auta parkują!? Bo zaparkowane samochody stojące niemal jedno na drugim, to widziałam na własne oczy, ale jak kierowcy są w stanie tak się wcisnąć! Przypomina to układankę z klocków lego precyzyjnie dopasowanych do siebie. I jak potem opuszczają to swoje miejsce parkowania, to NIE udało mi się przez tydzień zauważyć.. 🙂

 czywiście większość tych maleńkich uliczek jest jednokierunkowa, po jednej stronie “oblepiona” parkującymi samochodami – środkiem, jeśli o środku drogi w ogóle można mówić – jadą różnego rodzaju pojazdy, także duże dostawcze i jeszcze spokojnie pomiędzy przetaczają się dziesiątki pieszych. Fenomenalne!

Wydaje się, że tylko strefa nadrzeczna, dzielnica Ribeira i po drugiej stronie rzeki Douro –  Vila Nova de Gaia,  chociaż są najbardziej tłumne, dzień i noc oblegane przez turystów, są najbezpieczniejsze. A przynajmniej płaskie. 😃 Ale już Most Luisa tętni ruchem samochodowym i pieszym, a w górnej strefie pomyka metro i mimo że nie ma tam “górek” ruch jest ogromny. Nad tym wszystkim można przejechać się gondolą czyli kolejką linową i zobaczyć  ten piękny obrazek z lotu ptaka!

Szaleństwo i fantazja Młodych!

Dodam do tego obrazka (na szczęście na “dolnym”poziomie”) śmiałków (raczej szaleńców), z których co poniektórzy przymierzają się do skoku z mostu do rzeki, a bardziej szaleni skaczą z niego do rzeki. Oto miejsce tętniące nieustająco  muzyką, ryzykiem,  kolorystyką ludzi, strojów, setkami turystów, mieszanką różnych języków, słońcem i dziesiątkami restauracyjnych stolików z parasolami.  Bo tam w tej scenerii nie brakuje pysznego jedzenia i oczywiście słynnego wina Porto!

Opuszczając płaską część nadrzeczną wkraczamy natychmiast w uliczki, wtapiamy się przyklejone do nich restauracyjne stoliki. Każda inna, niemal na innym schodku! Wszędzie zieleń, tajemne przejścia i niepewność, gdzie znajdziemy się za chwilę. Podobno w Porto najmilszy jest ten moment “kiedy zagubisz się” w krętych nieodkrytych i nieznanych uliczkach. My takiego odczucia doświadczyliśmy, ale muszę przyznać, że chyba nie było ono najmilsze.😅 🤔 Nachodziliśmy się w górę i w dół (oczywiście!!) czy raczej znów w górę, żeby odnaleźć właściwą drogę… 

Porto ma piękne zabytki, myślę, że przez tydzień pobytu nie pominęliśmy niczego ważnego. Szczegółowo opisywać nie będę, bo o zabytkach i na ich ten temat dużo zostało powiedziane i napisane przez innych. 

Jak wiadomo, bo mówię o tym często i chętnie, lubię wino czerwone, wytrawne o pełnym wyrazistym smaku. Najlepiej Merlot albo Cabernet. O winie „Porto” poczytałam na długo przed podróżą, nawet kupiłam butelkę jeszcze w Houston, by spróbować. Nie byłam zaskoczona, że jest inne. Znałam w zarysie historię jego powstania. Resztę dowiedziałam się podczas tury w jednej z winiarni (CALEM, 1859), gdzie przewodniczka opowiedziała jeszcze raz historię tego wina i nieco szczegółów o rodzajach, różnicach pomiędzy Białym, Rose i Tawny. Każde z nich ma jeszcze wiele “podgatunków”, które różnią je od siebie pod wieloma ważnymi względami. Jedno jest pewne. Prawdziwe Porto na pewno pochodzi z Doliny rzeki Douro!! 

Wino „Porto” trzeba poznać wraz z opowieścią o jego bogatej historii i testowaniem smaków

Potem oczywiście testowaliśmy te smaki. Na początku właściwie Porto nie bardzo mi smakowały. Ale jak wszystko, co próbujemy pierwszy raz, a szczególnie wina – trzeba mieć cierpliwość smakową. Nasze “smakowe kubki” są bardzo czułe i trzeba dać im czas, aby  miały chwilę na “złapanie” smaku. Na przyzwyczajenie się do tego, co nowe. Co nieznane i inne.

Zdecydowanie najbardziej smakowało mi Porto Tawny. Najintensywniejszy smak i zapach. W zapachu a może i smaku wyczuwa się element drewna – beczki, w którym to wino dojrzewa. Jest, jak mówią, słodkie, ale to jakby nie przeszkadza. Mnie zaczęło smakować po kilku kieliszkach “próbek”, smakowań, testowania zapachu, delektowania się malutkimi łyczkami.  Nie sprawiało wrażenia słodkiego. Raczej starego, “zleżałego”, które odczekało swój czas i właśnie ma “swoją” właściwą minutę. 

Co ciekawe, codziennie, kiedy jedliśmy lunch czy obiad w restauracji, za każdym razem innej, nigdy nie piliśmy Porto, choć zawsze piliśmy wina tamtejsze z winogron z Doliny Douro. Wina portugalskie są dobre (piłam tylko czerwone wytrawne, więc na temat innych się nie wypowiadam) kelnerzy umieli nam doradzić. Zawsze najpierw dawali próbkę do przetestowania. Tylko jeden raz odrzuciłam pierwsze i spróbowałam kolejnego. Nie jestem wielkim koneserem i nie marudzę przesadnie, ale umiem odróżnić wino kwaśne od takiego, które po prostu mi smakuje!  Wina portugalskie z Doliny rzeki Douro były dobre. 

Jak już jestem przy winach, to na pewno każdy chciałby wiedzieć  jakie jest  tradycyjne i najpopularniejsze jedzenie, bo przecież wiadomo, że to nieodzowna część naszych turystycznych zainteresowań. O pysznościach kuchni w Porto można by długo, ale znów powiem – nie będę wchodzić w drogę tym, co piszą blogi kulinarne, bo robią to fachowo i na pewno lepiej ode mnie. 

Każda restauracja była inna, każda miała swój nastrój, styl, inny sposób podania jedzenia. Zamawianie jedzenia w obcym kraju, nawet jeśli opis jest także w języku angielskim, jest zawsze pewnym ryzykiem. W tej części także byłam przygotowana i z grubsza wiedziałam, co powinniśmy spróbować. Oczywiście zaczęliśmy od najsłynniejszej kanapki Francesinha. Bardzo tradycyjna i bardzo portugalska. Dwa tosty a pomiędzy nimi szynka, kiełbasa, mięso stekowe, gruba warstwa serów, polana sosem pomidorowo-piwnym, czasem jeszcze jajko na wierzchu.  Duże, bardzo obfite i choć Portugalczycy uważają to za jedno z najlepszych dań, przyznaję, że ja nie byłam tym zachwycona. Dla nie za dużo mieszaniny, zbyt wielkie pomieszanie smaków. Nie przypadło mi do gustu tak jak powinno według opisów i poleceń. Za to bardzo mi smakowały dania rybne (seafood), szczególnie sardynki, których jest zatrzęsienie. Także mnóstwo sposobów ich przyrządzania, zupełnie mi nie znanych. Oczywiście my smakowaliśmy tylko kilka, ale każde były pyszne. Bardzo popularny jest tamtejszy dorsz, także przyrządzany inaczej niż nasz polski tradycyjny. Ale ja nie skusiłam się, bo dorsz jakoś w mojej głowie “uwiera” mnie z dawnych polskich komunistycznych czasów. Tak tak, wiem! Ten jest na pewno inny! Mimo to wybór był duży i mogłam próbować inne potrawy.

 Wspaniałe były wszelkiego rodzaju przystawki/tapas: rybne, carpaccio zupełnie inne niż dotychczas nam znane, hiszpańskie czy włoskie. Bardzo lubię te małe “talerzyki”, które można dzielić, próbować i zachwycać się smakami jakich dotąd nie znaliśmy! 

Mój mąż koniecznie musiał spróbować wszędzie polecanej potrawy “Tripas a Moda do Porto”. Jest to zupa nieco podobna do naszych flaków, ale tak naprawdę to zupełnie innej, bo była tam także biała fasola, kiełbasa chourico, inne rodzaje mięs, jarzyny, no i różne nieznane nam przyprawy.  Smak zupełnie nowy, na pewno niepodobny do polskich flaków. Spróbowałam kilka łyżek. Dobre, ale nie aż tak bym musiała zjeść całą porcję.  Za to mój mąż zjadł pełną misę z zachwytem.  

O jedzeniu, trunkach można by ciągnąć opowieści bez końca. Każdy z nas ma ich zazwyczaj mnóstwo, każdy inne, własne spostrzeżenia. Wiadomo – podniebienia anatomiczne mamy jednakowe, ale smaki odczuwamy różnie. I dlatego rozmowy na takie tematy nigdy się nie kończą. 😂

Niepowtarzalna, zapierająca oddech – księgarnia „Livraria Lello”

Porto to także kilka elementów, które to miasto pielęgnuje szczególnie wyjątkowo i uważa je za własne i niepowtarzalne. Jednym z nich jest księgarnia “Livraria Lello” 

Księgarni na świecie mamy tysiące, czemu więc ta przyciąga nie tylko miłośników książek ale zwykłych turystów, wielbicieli pięknej architektury i niemal każdego, kto zawita choć na chwilę do Porto? Od malucha po starszyznę, od tych, co uwielbiają “Harry Pottera” i tych co mają respekt dla wszystkich Noblistów z dziedziny literatury. 

Jednego dnia staliśmy w kolejce, by zorientować się jak zorganizowana jest akcja wchodzenia do środka księgarni. Zarejestrowaliśmy się, kupiliśmy bilety i następnego dnia wróciliśmy, by grzecznie ustawić się w kolejce pod tabliczką z godziną 11.30 rano.

Pracownicy księgarni pilnie czuwają, by z zakupionymi wcześniej biletami, co pół godziny wchodziła odpowiednia ilość osób. O historii księgarni można przeczytać w każdym przewodniku, książkowym czy internetowym. Powiem, że już to, co znajduje się u jej wejścia przyciąga oczy każdego oczekującego. Tuz po przekroczeniu głównych drzwi – cudowna architektura, wspaniała fasada, ogromny łuk, a na nim geometryczne i roślinne  wzory . Trzy ogromne okna a nad nimi malowidła. Piękne ażurowe wykończenia. Nie znam się za bardzo na stylach i myślę,  ze  jest ich tam więcej niż jeden, ale na pewno wyróżnia się secesyjny i chyba neogotyk. Dużo mądrych sentencji. I schody!!! Schody umieszczone w centralnej części księgarni, prowadzące na górną platformę są majestatyczne i dostojne. Każdy kto się na nich znajdzie, musi zatrzymać się choć na chwilę, spojrzeć wokół, w dół iw górę. No i zrobić choc jedno pamiątkowe zdjęcie… To moment, w którym przez sekundę brakuje nam oddechu..

Moja uwagę zwrócił specjalny system ułożenia książek na półkach, zupełnie inny niż zazwyczaj robi się to w księgarniach. Na jednej ze ścian wisi tablica z nazwiskami wszystkich Noblistów w kategorii literackiej, wśród nich także nasi polscy rodacy. Na jednej z półek wychwyciłam tomy książek Olgi Tokarczuk. 

Równie ciekawa jest sceneria architektoniczna księgarni z tyłu, po drugiej strony schodów. Schody w tylnej części są równie pięknie rzeźbione jak z przodu choć w nieco innym stylu. 

Opowieść niesie, ze autorka “Harry Pottera” przyjechała do Porto i pracowała tam jako nauczycielka języka angielskiego. Trafiła do tej księgarni, zakochała się w jej wystroju, atmosferze i to właśnie ta wizja podziałała na jej wyobraźnię i między innymi dzięki urokowi i magicznej sile tego miejsca powstały kolejne tomy “Harry’ego”. Olga Tokarczuk mieszkała w Porto pięć lat, znalazła tam miłość i wspaniałą drogą do życiowej kariery.

Czy było tak jak mówią różne historie? – pani Rowling przychodziła tam na herbatkę i godzinami kontemplowała w atmosferze księgarni, czy rzeczywiście tam pisała swe powieści… przekazy są różne, ale pewne jest, że to miejsce ma swój wielki udział w powstaniu powieści “Harry Pottera” i dziś ogromna część jednej ściany to wielka wystawa wielu wydań tej powieści. 

Księgarnia równie wyjątkowa o pięknym wnętrzu – w Buenos Aires. Zdjęcie z podroży w grudniu, z 2019 r

W swych podróżach widziałam jeszcze jedną zaskakującą i niesamowitą księgarnię – w stolicy Argentyny, w Buenos Aires. Księgarnia nazywa się El Ateneo Grand Splendid i znajduje się w dawnym budynku ogromnego teatru Teatro Grand Splendid. Dawne miejsca dla publiczności zamieniono na regały na książki, pomiędzy nimi stworzono miejsca pracy, kawiarnie, ciche kąciki czytelnicze itp. Wnętrze jest równie piękne jak to w księgarni w Porto, choć przestrzeń ogromna a styl zupełnie inny. To jedna z najpiękniejszych księgarni świata. 

Wspominam o tym przy okazji – bo w obu wypadkach zachwyciłam się, jak wspaniale można połączyć i dokonać jednego wspólnego dzieła dla oka, duszy i wrażliwości ludzkiej! Teatr, architektura, rzeźba, literatura…  Czyż nie jest to piękne, co człowiek może następnym pokoleniom sprezentować?!   

I by “koszyk wrażeń artystycznych” z Porto dopełnić,  dorzucę jeszcze zaproszenie do odwiedzenia Muzeum Sztuki Współczesnej – (Museu de Arte Contemporanea de Serralves).  Kilka wystaw niezależnych autorów, ciekawych, które choć byliśmy we dwoje, wywołało różne odczucia i mocną między nami dyskusję. Częścią muzeum jest bogaty, duży park, gdzie również są  umieszczone eksponaty sztuki współczesnej. Spędziliśmy tam pół dnia i nie żałuję ani sekundy! 

Nasza tramwajowa wyprawa nad Atlantyk

Jeszcze dorzucę wycieczkę starym zabytkowym tramwajem, który dojeżdża na plażę nad  Atlantykiem z widokiem na latarnię morską i bijące wysokie fale i nieograniczoną liczbę małych kafejek, restauracji, winiarni.

Wszędzie, w każdym zakątku gdzie można zjeść pyszne pieczone lub grillowane sardynki, dorsza, i wszelkiego rodzaju inne przysmaki morskie a także mięsne. I pić wino portugalskie. Tak, głównie portugalskie produkowane w dolinie Douro. Codziennie inne i zawsze smaczne! I jeszcze wino PORTO – wizytówkę smakową wyjątkowego miasta. 

Jeśli planujesz wakacyjne wyjazdy, to nie zapomnij włączyć w nie portugalskiego miasta wąskich, krętych uliczek, które poprowadzą cię w górę i w dól, zmęczą cię, ale zawsze dojdziesz do miejsca, gdzie usiądziesz w czarownym zaułku,  przy małym stoliku z pięknym widokiem na rzekę Douro lub Ocean, kieliszkiem wyjątkowego portugalskiego wina “Porto”.


BACK