Ułamek prawdy o strachu

                                           

31 maja 2023 

Czy się boję? Boje się każdego dnia, każdej chwili. Wszyscy się boimy choroby, śmierci. Szczególnie tej nagłej i w starszym wieku. Ale staram się o tym nie myśleć. Bo inaczej nie mogłabym żyć normalnie. Każdy człowiek wie, że śmierć jest częścią naszego życia i że nikt się nie wywinie spod jej “kosy”. 

Ale wiedzieć a myśleć o tym, wpadać w dołki depresji, poddawać się panice – to już zupełnie coś innego. 

Na szczęście świat jest tak mądrze skonstruowany, że od urodzenia zawsze coś wokół nas się dzieje. Jesteśmy zajęci. Jesteśmy w ciągłym ruchu. Im większym tym lepiej. Pomiędzy dziesiątkami obowiązków, nauką, pracą, przyjemnościami, wyzwaniami i trudnościami każdego dnia, nie mamy czasu na zastanawianie się nad śmiercią. Jeśli dopada nas nieplanowana i nieoczekiwana wśród najbliższych, zaskakuje nas potężnie i wtedy, niestety, musimy zmierzyć się z problemem.  

Boli! Boli bardzo i w różny sposób. Pozostawia ślady, doświadczenia, ale wciąż to problem odległy, jakby trochę… “nie nasz”.

Natura jest sprawiedliwa. Natura dba, byśmy zostali obdarowani wszystkimi możliwymi uczuciami i doznaniami.

Nie! Nie powiedziałam, że równo! Tego nikt nam nie obiecywał!  Często doznajemy uczucia, że inni mają lepiej i więcej, że są szczęśliwsi niż my.  Choć tak bardzo się staramy, pracujemy, to nie osiągamy tego, co mają inni. To nieprawda. To co widzimy, to tylko wycinek obrazu, który obserwujemy i notujemy w swojej głowie.  Każdy “niesie swój krzyż” – mówi popularne powiedzenie i nie wierzcie, że istnieje człowiek, któremu wszystko udaje się szczęśliwie.  

Moja przyjaciółka ma takie powiedzonko: “Każdy ma swojego mola”. Mól czy krzyż – obojętnie jak to nazwiemy. Kiedyś zawsze dopada nas czas, gdy gryzie mól albo zmagamy się z ciężarem krzyża. 

Nasza psychika świetnie dostosowuje się do walki z takimi momentami. Życie jest jak sinusoida – raz w górę a raz w dół. I znów i znów. Raz bardzo wysoko a innym razem głęboki dołek. Czasami tak głęboki, że nie potrafimy wydostać się z tego dołka sami. Wołamy o pomoc. Albo gubimy się i jest źle.. Kryzysy i fatalne efekty.  Zwycięstwa i radości powrotu… 

Mijają lata.  To co kiedyś było tragedią, dziś jest tylko mgiełką przykrego wspomnienia.  Albo doświadczeniem, które – przeciwnie – chcemy pamiętać, bo daje nam siłę do trzymania się w pionie i stąpania twardo po prostej drodze. 

Strach. Kto nie zna takiego uczucia? A jednak.. Strach jest różny. Strach bólu fizycznego nie jest taki sam jak strach cierpienia psychicznego, zadanego przez najbliższą osobę. Nie porównuję, który ból jest trudniejszy do zniesienia. Po prostu nie wiem!  Nie wyobrażam sobie jak można wytrzymać ból wyrywania paznokci czy bicia, katowania fizycznego. Nie mam o tym pojęcia. Przeczytalam ogrom książek opisujących setki takich bólów i wciąż zastanawiam się jak autorzy mogli to wiedzieć? Wyobraźnia czy wywiady, rozmowy z tymi, co tego doświadczyli?  Własne doświadczenia? Te ostatnie raczej nie, bo w większości to autorzy wsþółcześni, którzy chyba takich fizycznych doznań nie przeżyli.  Z drugiej strony – wszędzie wokół nas ludzie codziennie doświadczają przemocy domowej, także fizycznej więc zadawanie bólu drugiemu czlowiekowi istnieje na wyciągnięcie ręki.  Przemoc to także molestowanie psychiczne, którego można nie zauważyć latami, choćby się działo tuż obok nas.  

Bywa, że zło mija. Mozolnie podnosimy się i wychodzimy z dołka. Układamy sobie życie. Uśmiechamy się. Jest dobrze. Ale strach wciąż w nas pozostaje. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że nigdy do końca nie uwolniliśmy się od niego. 

Atakuje nas w najbardziej nieoczekiwanym miejscu i czasie. Człowiek zdrowy silny, w jednym momencie staje się przebitym balonikiem, z którego uszło powietrze, choć przecież nie miało prawa!  Każdy strach jest siłą niszczącą. Niezależnie od wieku i od przyczyny.  Strach jest ludzkim uczuciem. Także strach przed śmiercią.  

Cierpienie bliskich nam ludzi budzi w nas strach – strach ich fizycznego cierpienia i nieuchronnej śmierci.  Może jeszcze nie dziś i nie jutro. Ale kiedy wkraczamy w wiek  “smugi cienia” (podoba mi się to oficjalno-delikatne określenie dla ludzi starszych, po 60-ce) naturalnym jest, że o tym myślimy. Jedni potrafią traktować to ironicznie, drudzy – z paniką, jeszcze inni – filozoficznie. Są tacy, którzy wpadają w sferę rozmyślań religijnych i tam znajdują miejsce do rozwiązywania i układania swoich wątpliwości. Jeszcze inni nie chcą niczego układać, wolą nadrabiać to, czego nie zdążyli w życiu zrobić – podróżują, czytają, malują i nie chcą pozwolić sobie na żadne rozważania o strachu i wizji końca. Nie mają na to odwagi. 

Stadium obrony. Obrony przed cierpieniem. Własna mała filozofia. Bo każdy z nas jakąś ma. Wiadomo, że najlepiej umrzeć we śnie jak królewna Śnieżka, bo wtedy nic nas nie będzie bolało i może jeszcze znajdzie się jakiś królewicz, co magicznym pocałunkiem przywróci nam życie. 🙂  Bywa, że tak ludzie umierają.

Wszystko to co teraz piszę, to moje smutne przypuszczenia.  Tak naprawdę nie wiem, jaka jest bariera prawdy i bezpieczeństwa pomiędzy zdrową jeszcze myślącą głową, a już tą chorą zmaltretowaną bólem, jeszcze czującą, ale już tą, która nie do końca wie, jaka decyzja będzie dla niej najlepsza…

Ale najczęściej ludzie starsi chorują, cierpią. I to cierpienie odziera ich z godności i szacunku. Ból niszczy nas, nie panujemy nad sobą, cierpienie wykrzywia nasz obraz, nie chcemy takimi pozostać w pamięci najbliższych. Ale już nie mamy na to wpływu. Często nie decydujemy o sobie. Nie mamy siły, jesteśmy zdezorientowani, nie rozumiemy co się z nami dzieje. Jesteśmy zdani na tych, którzy zadecydują za nas…

Nasza przyjaciółka jest bardzo chora. Moja znajoma bardzo cierpi.

Moja kochana przyjaciółka  straciła “siebie” i stała się inną osobą…

Jak to mówią – trochę popularnie i trochę ironicznie: biorą “z naszej półki”.  Wiem. Tragedie dzieją się każdego dnia. Ludzie umierają. Ludzie też chorują, walczą i zdrowieją.  

Wszystko to wiem ja i wiesz Ty. Tak trwa życie… Ale to nie zmniejsza mojego strachu i mojego bólu. 

Miałam cztery może pięć lat, kiedy uległam wypadkowi, gdy jechałam na motorze z tatą.  Było lato, wakacje. Pamiętam, że tata trzymał mnie z przodu, przed sobą. Nie wiem, gdzie jechaliśmy, jak długo i jak daleko. Pewnie to nie była żadna wielka wyprawa. Nie mam pojęcia co się zdarzyło. Nie pamiętam żadnego zderzenia ani upadku. Pamiętam pobyt w szpitalu, gdzieś poza Krakowem. Może to były Myślenice? Miałam przy łóżku blog kartek papieru i dostałam od Mamy pudełko kolorowych kredek. Malowałam dużo obrazków, na wszystkich kolorowe tęcze i słoneczka. A może tylko mi się tak wydawało? W każdym razie tyle zostało mi w pamięci. Potem już zawsze bardzo bałam się motorów.  

Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, on kupił sobie skuter marki “Osa”.  To był szał motoryzacyjny tamtych czasów szczególnie dla młodych ludzi. Był zachwycony, ale z tym skuterem ciągle były problemy i wiecznie trzeba było coś tam naprawiać. Wacek miał też bliskiego kolegę, który posiadał motor. Taki prawdziwy, duży ciężki i okropnie głośny. W którąś ładną pogodowo sobotę chłopcy postanowili, że pojedziemy na motorową wycieczkę, my na skuterze i kolega na swoim wściekłym potworze. To miała być krótka trasa do Porąbki koło Sosnowca, nad Zalew czy coś takiego (nie miałam najmniejszego przebłysku, że kiedyś będę tam w pobliżu mieszkać.🙂 Oczywiście, motor szalonego kolegi wyprzedzał nas  co chwilę a nasza „Osa” prychała, stawała, wciąż mieliśmy z nią jakieś kłopoty. Na kolejnym postoju kolega zaproponował, żebym przesiadła się i pojechała z nim. A ja – młoda i głupia dałam się namówić.. On – młody i także glupi musiał przecież zaszpanować dziewczynie kumpla i jak przyłożył nogę do pedału gazu i jak zawył i ruszył z kopyta, to do dziś nie wiem jak ja to przeżyłam! Obudził się we mnie taki strach, że sparaliżował mnie od nóg po czubek głowy. Wrzeszczałam jak opętana a on był pewien, że ja tak z rozkoszy do rozpędzonej maszyny.. Najgorzej było na zakrętach jak pochylał tego potwora. Czułam, że niemal dotykam asfaltu..  To był horror! 

Wydaje mi się, że w końcu dojechaliśmy nad ten zalew, ale głowy dziś nie dam sobie uciąć. Byłam sparaliżowana strachem i nienawidziłam facetów, którzy uwielbiali dwukołowe maszyny!  Mam jakieś przebłyski pamięci siedzenia na zielonej trawce i zjadania smacznych kanapek (bo jakby inaczej na polskim pikniku!). 

Szczęśliwy moment ..sprzedawania „Osy” wtedy już mojego męża

A potem – powrót do Krakowa. No i tu już nasza “Osa” postanowiła do końca pokazać swoje żądło… Na tym skuterze nie można było rozwinąć dużej szybkości, ale oczywiście (dziś tak myślę), mój chłopak (a przyszły mąż) musiał jednak ściąć ostry zakręt w popisowym stylu i… nasza “Osa” wraz z nami wywaliła się w równie popisowym stylu. Dzięki Bogu nic nie jechało w tym momencie, co by nas rozjechało, uszkodziło etc.  Miałam takie ładne aksamitne ciemno-czerwone spodnie, które zostały starte na całej długości nogawki z aksamitnego meszku. Nie mówiąc o startej do krwi skórze, bo to się wtedy mniej liczyło niż spodnie..  W każdym razie, przyciągnęlismy nasz skuterek do najbliższego domu, gdzie dobrzy ludzie pozwolili nam go zostawić w jakimś pomieszczeniu (chyba komórce?) do następnego dnia, a my zatrzymaliśmy Fiata 125, a uprzejmy kierowca zgodził się nas zabrać do Krakowa. Po “Osie” zostały nam w rękach tylko bardzo ładne, kupione kiedyś w Berlinie, kaski. Nasz kolega pojechał do Krakowa swoim “rumakiem”, by zawiadomić rodziców (moich przyszłych teściów), że żyjemy i jakoś doczłapiemy się do domu. 

Przygoda motorowa skończyła się szczęśliwie. Następnego dnia Wacek odebrał Nyską czy czymś podobnym swoją ukochaną “Osę”, ale od tej chwili już tylko miesiącami stała w garażu albo u mechanika, aż pewnego pięknego (!!) dnia udało się ją sprzedać.  Ja natomiast już nigdy nie siadłam na żaden inny motor i uraz do motorów pozostał mi do dzisiaj. Jadąc autostradą moim wygodnym kochanym Cadillac-iem, gdy nagle przemknie obok jakikolwiek motor z warkotem i jazgotem, wzdryga się całe moje ciało. Jak wtedy gdy miałam kilka lat. Nie znoszę motorów, choćby były najpiękniejsze. Budzą we mnie strach, niechęć i mimo, że młodzieńcze, to złe wspomnienia. 

Pamiętam – stoję na balkonie ósmego piętra. Blok jakich tysiące w komunistycznej Polsce. Ale mieszkanie własne i nareszcie duże. Cztery pokoje na tamte czasy. I jeszcze remont, który nowocześnie połączył kuchnię z gościnnym pokojem. Urządzone kreatywnie i z rozmachem, na ile to było wtedy możliwe.  Byliśmy młodzi, zawsze miałam smykałkę i wyobraźnię do takich projektów.  Balkon był wąski, długi i – co tu dużo gadać – po prostu brzydki. Ale był. Wychodził prosto na główną dwupasmową ulicę, po której środkiem jeździły tramwaje. Niestety, bardzo głośne. W lecie, gdy drzwi balkonowe były otwarte (w końcu potrzebowaliśmy “ świeżego zagłębiowskiego” powietrza 🙂 w momencie przejazdu tramwaju rozmowa w pokoju nie była słyszalna. Jazgot tramwajowy zagłuszał ją kompletnie! Ale – jak do wszystkiego, tak i do tego przyzwyczailiśmy się bardzo szybko. W końcu zawsze można było pozamykać szczelnie wszystkie okna…

Marzyłam i planowałam zrobić sobie malutki “ogródek” na balkonie, stoliczek i małe dwa krzesełka, by z przyjaciółką wypić czasem kawę i poplotkować.  Nie było takiej szansy. Za wąsko, za głośno, za brudno. Co kilka dni wielkie mycie balkonu. Cóż – Zagłębie, obok Śląsk. Pewnie niektórzy wiedzą o czym mówię. 

To było tylko (!) ósme piętro. A dla mnie otchłań bez dna..

Stałam więc na tym wymarzonym balkonie i patrzyłam w przestrzeń. Daleko. To jedyne, co mogłam robić. Widziałam przestrzenną ulicę, szkołę moich dzieci po drugiej stronie, duże akademiki Uniwersytetu Śląskiego, w dwóch z nich mieliśmy swoją historię mieszkania. W dali blokowiska aż po zarys Zagórza.. Na to mogłam patrzeć. Ale gdy tylko spojrzałam blisko, w dół , natychmiast żołądek podchodził mi do gardła i panika opanowywała moją głowę. Już wtedy miałam lęk przestrzeni.  Łatwo to było zatrzymać, bo drzwi były blisko, na wyciągnięcie ręki. Mogłam szybko uciec w głąb mieszkania i nikomu nie zwierzać się z mojego lęku. 

Kiedyś moja córka Kasia miała chomika. Nie pamiętam jak to się stało, ale chomik znalazł się w okolicy balkonu a potem.. Pewnie z niego spadł. “Pofrunął” w dół. Nie było mnie wtedy w domu. Dziecko rozpaczało. My dorośli zajęliśmy się smutkiem dziecka. A ja – długo nie mogłam poradzić sobie w mojej wyobraźni z  wizją spadającego chomika. Prześladowało mnie to miesiącami. Nigdy tego nikomu nie powiedziałam, ale do dziś nie pozbyłam się tego obrazu z pamięci. 

Gdy przyjechaliśmy do Houston, oczywiście zamieszkaliśmy w mieszkaniu na 1-szym piętrze, potem w wynajętym domu na parterze. Problem stał się odległy.  Za to powrócił kiedy pewnego dnia przyjechaliśmy do Krakowa i stanęłam na balkonie rodziców mojego męża. Piąte piętro. I nie mogłam spojrzeć w dół!! Piąte piętro było o wiele “wyższe” niż nasze dawne domowe ósme. Poczułam mdłości, zawroty głowy. Musiałam stać pod ścianą, daleko od barierki. Miałam poczucie, że nie wytrzymam.. Będę musiała poszybować tak jak kiedyś chomik.. 

Te zdjęcia mogłam robić tylko patrząc na wprost a nie w dół. wysokośc – 124 piętro!! Dubai- Burj Khalifa (585,4 m)

A potem było jeszcze gorzej, gdy w czasie różnych pięknych wycieczek zdarzało się nam zwiedzać wysokie miejsca jak wieże w Auckland, w Dubaju, w San Antonio itd. W każdym takim miejscu z cudownymi widokami w przestrzeń ja musiałam tak się ustawiać, by mój wzrok był “bezpieczny” i nie spoglądał wprost w dół.  By moja glowa nie doznawała wstrząsu i paniki. I nie chciała natychmiast “uciekać” w stronę ziemi, w dół…

Lęk wysokości to fobia i zdaję sobie sprawę, że powinnam umieć ją opanować. Od wielu długich lat unikam sytuacji, w których mogłyby mnie dopaść takie uczucia. Ale nie jest to do końca możliwe.

Przeprawy przez wiszące mosty nad przepaściami zieleni i jedno zdjęcie ze zjazdu na linie. Dobrze, ze mojej twarzy tutaj nikt nie zobaczy..

Pamiętam, kiedy chodziliśmy po pięknych przestrzeniach, gdzie na ogromnej wysokości dwa miejsca  połączone były “mostem szklanym” po którym trzeba było przejść, żeby dostać się na dalszą część drogi. Nikt z moich bliskich nie zdawał sobie sprawy co ja czułam i co pokonywałam w sobie, by ten ”most” przejść… Nie wiem jak ja to przeżyłam! 

Podobnie przepiękne połączenia drewnianymi wąskimi  wiszącymi mostami w Costa Rica nad zielonością lasów, gdzie pod nami skakały małpy i latały cudne ptaki. Wszyscy zachwycali się cudami przyrody, a ja mdlałam przed p-r-a-w-i-e śmiercią. 

Do dziś nie wiem jak przeżyłam zjazdy linowe w Costa Rica, które dla całej mojej rodziny i to na takiej wysokości były wielką atrakcją, a ja wstydziłam się powiedzieć o mojej tajemnej fobii.  O przeszywającym strachu, który nawet dla mnie jest niezrozumiały. O tym, że NIE dam rady i nie wiem, czy przeżyję… Dla nich to była dodatkowa atrakcja: Babcia, która boi się zjazdów na “zipline”. 🙂

W końcu i ja, gdy już przetrwałam ten dzień, razem z nimi do dziś się śmieję, bo cóż mogłam wtedy innego powiedzieć?.. Ale dopiero dzisiaj, po wielu latach, po raz pierwszy o tym mówię. 

Strach. Ma różne przyczyny. I różne nasze reakcje. Często głęboko skrywane. Boimy się rzeczy małych i większych. Mamy własnego “mola”. 

Śmierć jest dla wszystkich wspólna i sprawiedliwa. Ale niejednakowa.  Każdy boi się jej inaczej.

Są i tacy, którzy się nie boją.  A ja… zgodziłabym się z Woody Allenem.


BACK

Gdybym była wiosną.. Etiuda słowna

17 maja 2023

Gdybym była wiosną podarowałabym ci pierwsze ciepłe powiewy wiatru. I nieśmiałe promyki przebijającego się przez chmury słoneczka. 

Podniósłbyś wysoko głowę do góry i zauważyłbyś na tle nieba sznur powracających  ptaków.  I wypatrywałbyś  kolejnych zwiastunów wiosny…

Nie widziałam kaczeńców od tamtej wiosny. Nie wiedziałam że nazywają się po angielsku Mash Marigolds. Zawsze jest czas, żeby nauczyć się coś nowego..

Gdybym była wiosną przywołałabym obraz pozimowego dnia, gdy w górach jeszcze leżał śnieg, ale w dolinach już zieleniły się pierwsze kępki trawy. Żółte kaczeńce wychylały do słońca swe piękne główki. Kaczeńców było mnóstwo, układały się w złoty dywan za oknem pociągu, który z głośnym furkotem pędził w stronę miasta.  Wtedy także leniwie nadchodziła – wiosna. 

Wiosna często długo nie chciała do nas przyjść, czekaliśmy całe tygodnie. Zaglądaliśmy do kalendarza i była tuż tuż.  Sprawdzaliśmy termometry na zewnątrz okna, ale tam uparcie wystawiała nas na próbę cierpliwości. Wtedy nie byliśmy cierpliwi. Wiosna była jednak uparta i robiła po swojemu.  Nie chciała ani przyspieszyć, ani posłuchać naszych marudzeń, ani próśb. Wiosna była niezależna. To my musieliśmy być grzeczni i czekać cierpliwie. 

Tamte wiosny  miały często posmak długich spacerów, kiedy tak bardzo marzły mi  kolana. Tak chciało się usiąść na ławce w parku, gdzie w sadzawce pływały pary łabędzi, ale wiatr rozwiewał pieczołowicie zrobioną fryzurę długich włosów i trudno było wytrzymać w jednej pozycji.  

Wiosna była nam potrzebna, żeby wreszcie zrzucić znudzoną już czapkę i otulający szyję szalik.  By rozpiąć zimowy płaszcz i zamienić go na lekką kurtkę albo luźny sweterek. Potrzebowaliśmy poczuć wolność, radość wiosenną… Zmęczeni zimą – tęskniliśmy za  nową wiosną. Taką wiosną, co przychodziła każdego roku i przynosiła “nowe życie”. Nowy kwitnący rok. 

Gdybym była wiosną, zamieszkałabym na Rynku w Krakowie. Za sąsiada miałabym Adasia M. a na ploteczki każdego wieczoru zasiadałabym z krakowskimi kwiaciarkami na krawędzi jego pomnikowego cokołu. Sprawdzałabym codziennie świeże kwiaty w wiadrach pod kolorowymi  parasolami. Obserwowałam z radością i zaciekawieniem, kto komu i jakie bukieciki kwiatów kupuje. I daruje. Czy kupujący długo zastanawia się nad wyborem? Czy myśli, czy wdycha zapachy konwalii, frezji? A może wybiera hiacynt w doniczce wierząc, że przetrwa dłużej niż maleńki bukieciḳ?.. Może zainspirują go (albo ją)  niepozorne przylaszczki albo cichutkie pierwsze pierwiosnki. A ktoś inny z rozmachem i szerokim uśmiechem wybierze bukiet ledwie rozwijających się pastelowych tulipanów albo intensywnie żółtych żonkili zmieszanych z białymi narcyzami…?

Gdybym była wiosną, żyłabym odmierzając czas dźwiękiem trąbki hejnału z Wieży  Mariackiej.  Mogłabym jeszcze dodać słowa dawnej piosenki “To był maj.. Już zapisani byliśmy w urzędzie.. Małgośka, tańcz i pij..” 🙂

Gdybym była wiosną, trzymałabym kciuki za wszystkich maturzystów, którzy idą zdenerwowani aleją kwitnących kasztanów na swój wielki egzamin dojrzałości.  Żadna wiosna nie przepuści młodym sprawdzianu tego, co przez dwanaście lat zakuwali w szkołach. Coś musiało przecież zostać w tych ślicznych młodych główkach i pod dumnymi czołami przystojniaków.  

Gdybym była wiosną, obdarowałabym tych wszystkich młodych ludzi podwójną dawką wiedzy o życiu, literaturze, uczuciach, pięknie świata i wszystkim, co może im się przydać na dalszej drodze dorosłego życia. Ale nie jestem wiosną… 😃 I dzięki temu, każdy Młody sam pracuje na swoje doświadczenia. Na własną wiosnę! 🤩

Gdybym była wiosną, mogłabym marzyć tak jak kiedyś. 

Opowiedzieć o różnych minionych wiosnach i nadziejach. O spełnionych marzeniach i o takich, których nigdy nie miałam śmiałości odkryć nawet przed sobą. Nie, nie żałuję ! Bo nie ma takiego człowieka, który spełniłby wszystkie marzenia. Gdyby tak było, zostałaby pustka i cisza przed odejściem.  Czarna dziura, której nie umielibyśmy rozświetlić pozytywną myślą, ciepłą wizją, kolejnym marzeniem.  

Ludzie kochają psy. Niektórzy bardziej inni mniej. Ludzie stworzyli na Facebook-u taką akcję, którą nazwali “Stare psy też mają swoje marzenia”. 

Starzy ludzie też mają marzenia. Starsi ludzie też marzą, choć może nie umieją się do tego przyznać.  Mówią – “ja już wszystko przeżyłem, już nic mi nie potrzeba, pragnienia, plany na przyszłość są dla młodych”…

Gdybym była wiosną, owiałabym tych starszych ludzi wiatrem nadziei, nową wiosenną energią, wiarą i potrzebą marzeń i pragnień, dopóki życie trwa!  Pragnień – nawet tych najmniejszych, które pozornie są niezauważalne. Dla innych są zwyczajnymi zdarzeniami – dla starszego człowieka mogą być cichym spełnieniem jeszcze jednego marzenia. 

Jeszcze jedna wiosna, jeszcze jeden piękny rok.  Jedno marzenie więcej, jeden uśmiech, jedna dobra niespodzianka.  To jak czekoladka w dzieciństwie, jak piątka w zeszycie z polskiego, jak przypadkowe spotkanie uwielbianego aktora, jak niespodziewana randka w młodości.  

Moich wiosen było bardzo dużo. Były kwitnące i pachnące. 

Ale wiosna ma czasem swoje humory,  złości się i nadciąga z czarnymi, gradowymi chmurami. Ciska wtedy błyskawicami, rzuca porywistym wiatrem, ulewnym deszczem  i gradem.  W moim życiu bywały i trudne wiosny. Uczyłam się wtedy walczyć z przeciwnościami i szukałam drogi do kolejnej nowej wiosny. 

Gdybym była wiosną, nie chciałabym być chmurą gradową. A jednak – nie da się żyć idealnie.  Jesteśmy częścią dobra i zła. Wszystko jest płynne…

Emanująca świeżością i nadzieją – WIOSNA

Gdybym była wiosną, chciałabym być tak śliczna i niewinna jak  maleńka wnuczka mojej Przyjaciółki. Jak miliony małych dziewczynek, które są świeżutką wiosną, z wiankiem żółtych mleczy na głowie.  Urzekają świat dobrocią i prostotą. Każdego ranka otwierają swe wielkie oczy i napełniają nas nadzieją na kolejny szczęśliwy dzień. Jak wszystkie nasze kochane dzieci i wnuki na świecie.  Niezależnie czy dopiero stawiają pierwsze kroki czy już uciekają w kolejny etap uniwersyteckiego życia.

Gdybym była wiosną, pomalowałabym świat na zielono. 🙂 Nie, nie tylko!

Wiosenna wizja świata – w kolorowych obrazkach dziecięcych. To także moja wizja.

Tak naprawdę mój wiosenny świat byłby najbardziej kolorowym światem! Na zielonym tle – wszystkie kolory kwiatów, błękit nieba, żółte wielkie słońce… jak na najprostszych i nieszczęśliwych obrazkach dziecięcych. Żadnych szarości i brązów, żadnych smutków i łez. No, chyba że wiosna potrzebowałaby łez wzruszeń i szczęścia…

Gdybym była wiosną… ale nie jestem.
I wiem, że niedługo przyjdzie jesień…

****************************************************************************

Wiosenna majowa piosenka Maryli Rodowicz. Rok 1973, 50 lat temu.

Rok później była moją ślubną piosenką. Wtedy byłam wiosną. I miałam w dniu ślubu cywilnego taką „bananową” spódnicę jak Maryla.. (i ten „Maluch” na scenie..😀) Wtedy wierzyłam, że będę wiosną zawsze..


BACK

W poszukiwaniu autentyczności

8 maja 2023

Pokochaj siebie! – to pierwszy stopień, który musimy pokonać, by poczuć się szczęśliwym!  Szczęśliwą w wersji, jaką naprawdę jestem. Dziś w pełni zdaję sobie z tego sprawę i nie muszę się z kryć się z prawdziwymi uczuciami i dostosowywać się do innych.  Jestem jaka jestem. Dziś już wiem, że warto być autentyczną, nawet jeśli nie wszyscy za to mnie lubią. Nie ma nic gorszego, jak udawanie, dostosowywanie się do innych ludzi, bycie kimś, kim NIE jesteśmy. Wydaje nam się, że tak jest lepiej, że nie narażamy się na nieprzyjemne sytuacje, a tak naprawdę wyrządzamy sobie podwójną krzywdę – inni ludzie nigdy nie będą mieli szansy, żeby poznać nas jacy naprawdę jesteśmy.  Będą nas traktować tak, jak my siebie kreujemy, a nie jaką osobowość prezentujemy naprawdę. Za to my będziemy już zawsze w stresie kontrolować nasze reakcje, by nie wyszło na jaw, że nasza autentyczność jest głęboko skrywaną cechą. 

To nic nowego, każdy z nas w pewnym momencie życia walczy z takimi sytuacjami. Kwestią istotną pozostaje, kiedy, jak i czy potrafimy uporać się z tym problemem głęboko skrywanej  naszej osobowości. 

Na poczucie  autentyczności i szacunek do samego siebie pracujemy przez całe życie.  Od wczesnego dzieciństwa, gdy w pierwszych  trudnych sytuacjach musimy wybrać i podjąć decyzję. Uczymy się tych wyborów: tak lub nie, białe czy czarne. On lub ona. Chcę lub nie chcę.. itd.  I tak naprawdę bardzo często te wybory nie są “białe albo czarne”, bo zazwyczaj bywają “szare”, a nam ciężko być pewnym czy nasza decyzja zgodna jest z  tym, co naprawdę czujemy, z uczciwością w naszym sercu, z poczuciem prawdy wewnętrznej.  Istnieje milion czynników zewnętrznych, które niestety zawsze silnie na człowieka oddziaływują. 

Nie będę tu roztrząsać tego, o czym mówi wiele mądrych nauk dotyczących osobowości i wyborów ludzkich.  Każdy z nas mógłby sypać przykładami z własnego życia jak deszcz z gradowej chmury. 

Nie chcę nikogo  sprawdzać ani osądzać. Autentyczność to w gruncie rzeczy bardzo osobisty temat. Moje poczucie autentyczności z pewnością nie jest twoim. W pewnym sensie wiąże się z pojęciem uczciwości, ale tej osadzonej głęboko w nas samych. Nie tej objętej przepisami, normami, których musimy codziennie przestrzegać. Tej uczciwości, której w wielu sytuacji nikt nie sprawdzi. My sami musimy się ocenić.  

Jeśli dorastasz w ciągłym poczuciu gry udowadniania innym, że wszystko co robisz jest zawsze “dobre”, że nigdy nie popełniasz błędów, że jesteś we wszystkim tak dobry, iż niemal zawsze wyprzedzasz każdego o pół kroku… – to najprawdopodobniej zatraciłeś swoją autentyczność.  Bo prawdziwy autentyczny człowiek popełnia błędy i w dodatku umie się do nich przyznać, bo zdarza się, że przytrafia mu się niepowodzenie, nie osiąga zaplanowanego celu, bywa, że wpada  życiową pułapkę. Tak się zdarza wszystkim, bo takie jest życie. Jeśli kreujesz siebie na człowieka sukcesu, to co najwyżej możesz być tylko sztucznym pomnikiem, bez człowieczej duszy. 

Być autentycznym to dla mnie być sobą. Nie mieć obaw przed ukazaniem swoich wad, co nie oznacza, że muszę się nimi chwalić. Podobnie – nie oznacza to, że jeśli przykładowo moje poglądy polityczne czy jakiekolwiek inne ranią kogoś i jeśli o tym wiem, nie będę celowo o  nich mówić. Ale gdy ktoś  zapyta mnie o nie, nie będę tchórzyć i ukrywać mojego zdania, tylko dlatego, by dostosować się do rozmówcy.  Jak je zaprezentuję i przekażę, to kwestia kultury i sposobu rozmowy. 

Przykładów można mnożyć. 

Niestety, my – pokolenie Polaków, wychowanych za czasów komuny, w szkole, w której lepiej było nie odzywać się, niż powiedzieć o pół słowa za dużo lub chlapnąć jedno “niewłaściwe” słowo, mamy ten smutny nawyk “chowania głowy w piasek” i na wszelki wypadek nie odzywania się, żeby “nie zrobić komuś przykrości”. W ten sposób latami zaciera się  w większości nas autentyczność. Znam wielu ludzi, którzy w “tłumie” zachowują się inaczej niż jakimi są naprawdę. Jest to częsty mechanizm obronny, wygodny, który wydaje się bezpieczny. Tyle, że.. nie jest. Ten sposób naszego zachowania wykorzystują inni, którzy należą do drugiej kategorii. Są nieautentyczni,  bo to my przez lata pozwoliliśmy im na to. 

Proszę nie odbierać wywodów personalnie! To ogólne spostrzeżenia i dotyczą zarówno mnie jak i ciebie. Wszyscy popełniamy takie same błędy. Różnica jest tylko taka, że ja dziś o tym mówię otwarcie, a inni nigdy się do tego nigdy nie przyznają. 

Kiedy zastanawiałam się czy poruszyć na blogu ten temat, sprawdzałam jakie znaczenie słownikowe ma słowo “autentyczny”. Nie jest to jednoznacznie określone słowo, ale jednym z jego  wymienników są: ”szczery, prawdziwy i nieprzekłamany”.  Jak łatwo zauważyć, to znów grupa określeń, która należy do wyrazów podlegających ocenie indywidualnej, intymnej, personalnej.  Moje rozumienie słowa “szczery” zapewne będzie inne niż twoje. Szczerość to szerokie pojęcie i znów normy prawne, religijne czy ogólnoludzkie tu pewnie nie wystarczą.  

W moim mniemaniu kiedyś trzeba zdobyć się na odwagę i ustalić SWOJĄ normę autentyczności. Można całe życie być “chłopcem w krótkich spodenkach” i nie chcieć, nie umieć podejmować żadnej takiej poważnej decyzji. Albo odwrotnie – można dojrzeć bardzo szybko i wiedzieć kim się jest i czego się w życiu naprawdę chce. Ludzie są różni. Mówię to często, bo taka jest niepodważalna prawda.  

Gdy ma się tyle lat co ja, świat już staje się dla takich coraz jaśniejszy. Doświadczenia nauczyły mnie wiele. Widziałam, czułam, byłam szczęśliwa i płakałam. Byłam wściekła i czułam wielką wdzięczność. Zabolało mnie niejeden raz, wiem, że i ja popełniłam wiele błędów. To najlepszy moment, by nie bać się być autentycznym.  

Ludzie przechodzą w życiu fale różnych fascynacji. W zależności, gdzie czas i przypadek nas rzuci zachwycamy się dziwnymi zjawiskami i ludźmi. Nagle kręci nas coś, na co jeszcze wczoraj czy pół roku temu nie zwrócaliśmy najmniejszej uwagi.  Ktoś potrafi niesłychanie sugestywnie opowiadać o czymś nowym, nieznanym i jesteśmy porażeni siłą jakiejś idei czy rzeczy posiadanej przez inną osobę. Definitywnie nie stać na to w tym momencie. I co się dzieje? Zaczynamy powtarzać słowa, fascynować się cudzymi opowieściami , doprowadzać się do stanu, w którym wierzymy, że  to co mówimy jest autentyczne, prawdziwe i… jest NASZE.  Autentyczność nabyta, bezwiednie “pożyczona”.  Czujemy się lepsi, ważniejsi. Jestesmy przekonani, że zyskaliśmy coś, czego nam w życiu brakowało. A tak naprawdę, straciliśmy dużo więcej niż zyskaliśmy..  Znacie takie sytuacje? Zapewne wiele.  Powtarzają się każdego dnia, w każdej grupie koleżeńskiej, rodzinnej, biznesowej.  Bo łatwiej człowiekowi upodobnić się do kogoś innego, niż walczyć o siebie, o inność i autentyczność. Z jakiegoś dziwnego powodu łatwiej jest nauczyć się naśladowania, snucia sztucznych nieprawdziwych opowiastek tak długo, aż sami zaczynamy w nie wierzyć, zamiast być naturalnymi i zwyczajnymi.   

Ile to razy byłam świadkiem, że ktoś ukradkiem wystawiał metkę świetnej znanej firmy zza kołnierzyka, by znajomi wiedzieli, jaką bluzkę ma dziś na sobie. Ktoś inny demonstracyjnie kładł torebkę “Prady” na stole, by każda koleżanka zanotowała tę informację w swojej pamięci. Torebka wcale nie była ładna, ale to przecież nie miało znaczenia.. W dziesiątkach towarzyskich rozmowów przewijalo sie niechcąco rzucone słowo o marce i cenie nowego TV czy domu, który właśnie znajomi planują kupić… Wszystko to jest absolutnie ludzkie!  Zwłaszcza kiedy jest się młodym i marzy się o sukcesach. 

Dziś zwalniamy tempo takich opowieści. Powoli zmieniają się nam priorytety. A jeśli nie… O! To znaczy, że wciąż szukamy swojej drogi do autentyczności.  

Są dwa rodzaje autentyczności. Ta, która jest we mnie.  W mojej osobowości. Autentyczność, która walczy we mnie, mimo, że często nie przynosi poklasku. Ale niezmiennie walczy o miejsce wśród ludzi, którzy mnie docenią taką, jaką jestem.. Bez względu na moje lata, na mój wygląd, pieniądze, na pochodzenie. 

I inna “autentyczność”, którą ludzie budują przez lata wokół siebie jak najpiękniejszą legendę. Taką legendę, która przepelniona będzie ich sukcesami, w której każde wydarzenie ma niemal bajkowe zakończenie. Tyle, że to nie będzie autentyczność… 

To coś, co pomyliliście z fałszywą oryginalnością, nierzeczywistym obrazem samego siebie.  Lubicie siebie takim?  Dobrze się czujecie? I tak może być. Nie twierdzę, że takich ludzi nie ma wśród nas.  Nasze ludzkie głowy pomieszczą różne odczucia, wytłumaczą sobie wszelkie potrzeby i granice naszych działań.🤔

Nie lubię, gdy ludzie są sztuczni. W tej kwestii mam mocno sprecyzowaną opinię. Zawsze wtedy przypomina mi się fragment wiersza, który analizowalismy jeszcze na zajeciach w czasie studiów i dużo było wokól niego zapalonej dyskusji młodych studentów, pt. “Rozmowa o poezji” Stanisława Grochowiaka: 

…”Dlaczego z pani jest taka piwonia 
Co chce zawzięcie być butelką perfum?”..

Moje ulubione -Sisley. Mąż od lat dba by mi ich nie zabrakło na kosmetycznej półce.

Uwielbiam zapach moich perfum! Jak prawie każda kobieta mam swoje ulubione: Sisley Eau du Soir Eau de Parfum. Mało kto wie, że autorem, który stworzył piękny i oryginalny korek dla tych perfum jest Polak, Bronisław Krzysztof. Od lat współpracuje z firmą Sisley i zaprojektował dla nich wiele korków i flakonów nawiązujących do piękna ludzkiego ciała.  Ale równocześnie zdaję sobie sprawę, że nawet najpiękniejszy zapach perfum nie zastąpi naturalnych zapachów, które napotykamy w naturze. Wdychamy je całym sobą i nie zapominamy ich do końca życia. To właśnie zapachy są najsilniejszymi bodźcami, które  nasz mózg bardzo silnie rejestruje, do końca nie zdając sobie z tego sprawy.  

Uwielbiane przeze mnie naturalne zapachy kwiatowe.

Zapach jest najbardziej autentycznym elementem, który po wielu latach nasza pamięć potrafi rozpoznać. Dlatego cytat z wiersza Grochowiaka ma tak jasne przesłanie, tak dobitną psychologicznie prawdę. Piwonia zakwita w czerwcu, jest piękna, ale nie to jest najistotniejsze. Jej największym atutem jest powalający zapach. Naturalny, zniewalający. Dla alergików nawet zabójczy. Żadne perfumy nie są w stanie jej przebić, żadna próba naśladowania tego zapachu nie może się udać. Innym takim cudownym zapachem jest fiołek. Ten prawdziwy, niepozorny, dziko rosnący w lesie (nie ogrodowy!), malutki a pachnie tak specyficznie, że nic i nikt nie może go zastąpić. Pachnie aksamitem swojego koloru, delikatnością płatków i cichym pojawieniem swej maleńkiej główki w ciemno-zielonych liściach. Nie wiem, czy ktoś podobnie odczuwa ten zapach jak ja… 

I BEZ! Prawdziwy, majowy, liliowy! Jego zapach jest niesamowicie intensywny, a równocześnie tak pięknie przynosi delikatny powiew wiosny. Podobnie jak malutkie białe dzwoneczki konwalii… Każdy z tych zapachów jest niepowtarzalny. Autentyczny! I choć szczególnie często w sklepach kosmetycznych spotykamy produkty naśladujące zapach bzu, to jednak nigdy nie znalazłam niczego, co prawdziwy bez mogloby mi choć trochę zastąpić.  Bo to, co jest autentyczne jest jedyne! I jest prawdziwe. Wszystko inne może być podobne, ale będzie tylko lepszym albo gorszym naśladowcą. 

Podobnie jest z człowiekiem. 

Człowieku! nie wysilaj się, bo nawet najlepsza gra jest tylko grą. Piwonia, malutki skromny fiołek czy krótko, ale intensywnie pachnący bez, są prawdziwe i autentyczne, chociaż ludzie nie doceniają ich tak jak róże, które przez cały rok służą nam przy każdej okazji. O, proszę nie myśleć, że nie lubię róż!  Uwielbiam! Zawsze i niezmiennie mnie cieszą, gdy je dostaję!  To tylko porównanie, które ma służyć przypowieści o autentyczności – zapachów i nas – ludzi…

Koneserzy obrazów zachwycają się autentycznymi dziełami sztuki, choć w dzisiejszym świecie nie jest łatwo być pewnym, że obraz, ikona, rzeźba, fotografia, grafika, moneta, oryginalny zapis nut wielkiego utworu muzycznego itd. są autentycznymi. Dziś reprodukcje, repliki, kopie są tak cenne, że same w sobie są “autentyczne”.  Trzeba więc być wielkim znawcą i posiadać ogromną wiedzę, by na temat autentyczności takich przedmiotów się wypowiadać. 

Ludziom często wydaje się, że wiedzą o czym mówią, a w gruncie rzeczy powtarzają przeczytane, zasłyszane niepełne informacje, z których budują sobie obraz “znawcy” tematu. Nic w tym złego, że podajemy dalej wiedzę przeczytaną, nauczoną. Tylko chwalić taką postawę. Ale bądźmy uczciwi! – nie uzurpujmy sobie takiej wiedzy jako własne kolekcjonerskie doświadczenie. 

Inna strefa braku autentyczności, którą ludzie przyswajają sobie bez najmniejszej żenady jako własną i “autentyczną” to setki restauracji z jedzeniem obcych krajów, które w ostatnich dekadach wyrosły jak grzyby po deszczu i stały się modne w całej Polsce. Mamy więc restauracje, bary, bistra tajskie, chińskie, włoskie, brazylijskie, francuskie, amerykańskie i wszelkie inne. I ogromna większość z nich serwuje naprawdę dobre jedzenie. I przecież o to chodzi i klientowi i właścicielowi! Niektóre z nich są tak wymyślne i wysublimowane, że trudno by takiej szukać w oryginalnym kraju. Pomysły organizatorów, kucharzy, dekoratorów są naprawdę fantastyczne, ale czy to oznacza, że jedzenie jest autentyczne – „tajskie” czy “brazylijskie”?? Nie. Jest zbliżone. Bo skąd zdobyć do każdej restauracji amerykańskiej prawdziwe mięso na amerykańskiego steka?? Może, gdzieś istnieje jakaś… która  potrafi takowe sprowadzić, upiec… szczerze?

Przykładowe reklamy „obcych- autentycznych” restauracji w Polsce.

Wątpię w pełną autentyczność. Podobnie jak w dziesiątki przypraw najprawdziwszych, wspaniale reklamowanych i tym podobnych zabiegów, które oczywiście wydają się konieczne w dobrej reklamie i przy  tak dużej konkurencji. Użyłabym jednak wielu różnych słów, aby opisać te zabiegi doprowadzajace smakołyki do swietności smakowej i pięknego wyglądu na talerzu, ale o autentyczności menu raczej bym nie wspominała. Podobieństwo – tak. Smaki, fantastyczny kucharz, nastrój danego kraju – wszystko to może przekonać głodnego klienta do wejścia w progi restauracji serwującej najbardziej dziwne i niespotykane jedzenie. Ale slogan: „serwujemy autentyczne…… !” na mnie nie zadziała! 🙂

No i chyba już na koniec problem, który drażni mnie jako starą polonistkę najbardziej. Jak się z rozmów towarzyskich okazuje, nie tylko mnie.

Język. Co stało się, co dzieje się z autentycznością naszego języka polskiego? Oczywiście, w pełni rozumiem wzajemne przenikanie mieszanie się słów z różnych języków. Nie jest to proces nowy, od wieków takie zjawisko istniało, choć przeciętny człowiek nie interesujący się historią języka nie musiał tego zauważać. W dobie internetu, ogromnego przepływu informacji, zapożyczeń i rozwijającej się bardzo szybko technologii, która nie nadąża w wynajdywaniu własnego nazewnictwa, taki proces wydaje się uzasadniony. Ale problem sięga dużo głębiej i zrobiło się bardzo…niesmacznie. 

Już nie mówię o zwykłym: ok, hello, super czy T-shirt. 

Weźmy do ręki pierwsze z brzegu POLSKIE kolorowe czasopismo i spójrzmy na tekst, roi się jak w ulu od słów obcych : singielka, song, playback, lunch, high life, living-room, teenager i całe setki innych. A to tylko przykłady z języka angielskiego, bywają i z innych języków. Jeśli to miesza ktoś taki jak ja (czyli Polak mieszkający od ponad 30 lat w Stanach) – no, drażni nawet mnie, choć przyznaję ze wstydem (!) święta nie jestem! Ale, gdy to używa Polak w Polsce, który z angielskim ma do czynienia, tyle co otworzy czasem popularny polski magazyn albo komputer, to już trochę inaczej brzmi. 

A już najgorsze co się przydarza w języku, to zniekształcenia powstałe na skutek kombinacji dwóch języków!! To coś, co poraża ucho nawet Polaków/Amerykanów! To wielki koszmar i ohyda językowa naszych czasów!! 

“Hejka, na kornerze (w sensie – na rogu), lokacja (w znaczeniu lokalizacja), bukować, dżogować, eventy, hejtować, lajkować… Boże! Już nie mogę więcej wyliczać, bo mam „trzęsawkę wstrętową” a pewnie jeszcze można by dorzucić za jednym zamachem z setkę przykładów albo i dużo dużo więcej! 

Jak się teraz czujecie? Czy macie takie odczucie jak ja? Czy cokolwiek widzicie w tym autentycznego?? 

Nasze życie wszędzie narażone jest na sztuczność, naśladowanie, udawanie, powtarzanie kogoś, czegoś.. Strzeżmy się tego, jeśli możemy i na ile potrafimy. 

Chociaż NIE zaprzeczam, że są i takie sytuacje, iż naśladowanie bywa chwilami potrzebne 🤔

Przecież już na początku tego wywodu zastrzegłam, że jest wiele momentów życiowych w kolorze szarym. 🙂 

Zacznijmy jednak poszukiwanie autentyczności od siebie samych. Tam przynajmniej możemy ją znaleźć. O tym mogę was zapewnić! 

PS. wszystkie zdjęcia mające na celu potwierdzić/przyblizyć moje sugestie, mysli i nastroje pochodzą z sieci ( a jednak, powiem to!- dzięki ci internecie! ) Prócz tych kwiatowych. Te są z mojej własnej kolekcji zdjęć. Bardzo lubię fotografować piekno kwiatów, szkoda że nie wymyślono jeszcze kamery, ktora rejestruje ich zapach…😏 Także butelka perfum Sisley jest z mojej półki kosmetyków.


BACK

Ciało moim zwierciadłem

28 kwietnia 2023 

Ostatnie tygodnie to dla mnie ogrom emocjonalnych wrażeń – rodzinnych, urodzinowych, koleżeńskich. Mam wrażenie, że biegam po jakiś nieznanych łąkach kosmosu, a może jeszcze innego nieznanego mi świata.. Odkrywam pokłady uniesień i emocji, za którymi już nie nadążam, choć wszystkie są dobre i miłe, a z takimi człowiek powinien sobie dawać radę. 

Pomyślałam więc sobie, że odskoczę od tego co “w duszy gra” i pomyślę o tym, co widzę, gdy spojrzę na siebie w lustro. 

No, tttaaakkk … powiecie. To wcale nie musi być taki miły widok 😂 w myśl bajkowego powiedzonka “lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”..? Nie żebym się spodziewała odpowiedzi, że niby ja, ale.. I tu  zaczyna się moje gadanie…

Pierwsze smarkate sesje fotograficzne 🤣

Mam już na tyle dużo lat (w końcu cudownie, długo i uroczyście obchodzone urodziny mi o tym przypomniały 🙂), iż wiem, że o ciele, jego wadach i zaletach mogę mówić odważnie i bez obaw, że chlapnę coś niewłaściwego.  Jak każda kobieta (ba, jak każdy człowiek! Przecież problem dotyczy też mężczyzn). Byłam kiedyś młoda i piękna, no może bez przesady, ale uważam, że całkiem niczego sobie. Uchodziłam za ładną dziewczynę, byłam zgrabna, nie byłam za chuda, nie miałam (i nie mam do dziś) krzywych nóg. Czyli – wszystko było ze mną w porządku. A jednak, jak większość moich koleżanek chciałam być “inna”, bo ciągle coś we mnie było nie tak, coś brakowało, czegoś było za dużo. Wszystkie dziewczyny w każdej epoce, w każdej części świata, o każdej porze dnia i nocy, podobnie i my mogłyśmy dyskutować o tym, zmieniać, poprawiać. Szukać środków, sposobów, by sobie z tymi poprawkami poradzić. A poza tym kto nie lubi zmian, zwłaszcza, gdy jest młodym, pragnie podobać się chłopcom, zaimponować koleżankom. Nic nowego. Tak było, tak jest i tak będzie. Miałam kolegę, który miał aparat fotograficzny, dobry jak na tamte czasy. To było pod koniec podstawówki, dużo czasu z nim spędzałam, a on ciągle mnie fotografował. Miałam wtedy 14 lat. Zostało mi trochę fajnych zdjęć z tamtych pierwszych randek i w dodatku w jakiś dziwny sposób zachowały się i dotarły ze mną aż do Houston 😀.

To zdjęcie pochodzi z jakiejś małej prywatki – byłam chyba w 3 klasie licealnej. Bardzo lubiłam moją zamszową mini spódniczkę

Jedno jest pewne – w mojej młodości, choć istniała już telewizja, pisma młodzieżowe, kółka zainteresowań i spotkań młodzieży, biegaliśmy na prywatki,  randki, to jednak takiego nacisku na wygląd jak dziś na pewno nie było.  Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie istniały problemy bulimii czy anoreksji, dewiacje i obsesje na punkcie odchudzania się, terror i pranie mózgu modelkom, wywieranie presji na aktorkach. Wszystko to znane było od dawna, ale nigdy na tak wielką skalę, jak to się dzieje we współczesnych czasach i na naszych oczach. Media, wielkie pieniądze, konkurencja, walka i panowanie ideału w stylu “lalki Barbie” wymagają  stosowania środków i sposobów, o jakich moje pokolenie nie miało nawet przebłysku w głowie. 

I gdyby to był tylko problem biznesu, to może jeszcze można byłoby to oddzielić od życia. Niestety, wszystkie te kwestie “idealnego ciała” przenoszą się do zwykłego normalnego życia małej dziewczynki czy chłopca, zaczynają się pozornie od ciała, a tak naprawdę zadomawiają się w głowie i tu już zaczyna się znacznie poważniejszy problem.  

Uwielbiałam mój długi płaszcz szyty u krawca, bo w sklepach nie było szans takiego spotkać. I kozaki sznurowane na ćwieki, z przodu 🙂

Moje pokolenie to czas szaleństwa mini spódniczek, ciągłych awantur w szkole, że mamy za krótkie szkolne fartuchy (po krakowsku chałaty). Pamiętam, że nasza profesorka od francuskiego “Wandzia” wzywała nas do odpowiedzi na środek, brała do ręki sztywną linijkę i mierzyła ile centymetrów nad kolana zaczyna się nasz chałat. Centymetr nad kolanem pani Wandzia była w stanie zaakceptować, w innym wypadku dziewczyna musiała być przygotowana na tyradę bardzo specyficznych wyzwisk. Z czasem jednak przyzwyczailiśmy się do tej “mowy” i za bardzo nie przejmowałyśmy się tymi jej wystąpieniami. Ale i tak fartuchy szkolne były znacznie dłuższe niż nasze “codzienne” spódniczki czy sukienki. Kiedy byłam w liceum zapanowała ogromna moda na długie płaszcze z dużym kapturem.  Miałam taki, kaptur był obszyty futerkiem. Króciutka spódniczka, do tego mały “przy ciele” sweterek, wysokie kozaki i długi płaszcz – to był odlotowy zestaw!! 

Dużo większe zainteresowanie się modą i sobą zaczęło się na studiach.  Studentki były najlepiej ubraną grupą społeczną.  Często rodzice zapożyczali się, byle tylko sprostać potrzebom córek studiujących. Konkurencja i prestiż był bardzo silny. 

Patrząc z perspektywy czasu, porównując warunki życia, sposób odżywiania się, gdy w zasadzie nie zwracaliśmy w ogóle uwagi na tzw. “zdrowe żywienie”, trudno pojąć jak to się działo, że utrzymywałyśmy dobrą wagę, miałyśmy niezłą kondycję choć nie korzystałyśmy z klubów fitness, nie biegałyśmy codziennie rano, nie uczestniczyliśmy w maratonach czy podobnych teraz zawodach.  Głównie dlatego, że plan dzienny polegał na wyjściu z domu, dojściu na piechotę na uczelnię (czasem tylko z pomocą tramwaju czy autobusu) na przemieszczaniu się z budynku do budynku, bo niemal każde zajęcia były w innym miejscu. Przerwa na obiad wymagała powrotu do domu (zazwyczaj prawie biegiem, bo czas był ograniczony) albo szybko szukaliśmy taniej jadłodajni i znów biegiem na zajęcia popołudniowe. Wieczorem – jeśli randka, to długi spacer w okolicy Plant, Rynku, Rudawy, Wawelu. Wszędzie pieszo. Rzadko chwila w kawiarni, jeśli to tylko na kawie, bo kto wtedy chodził na obiady??  

W domu jedliśmy syto i pewnie niezbyt zdrowo. Zawsze na niedzielę Mama piekła dobre ciasto i wcale od niego tyłek się nie powiększał. 

Podobnie później – do pracy dojazdy albo długi codzienny spacer pieszo, biegi poranne przez park (żeby tylko zdążyć na czas!), a potem z maluchami do żłobka i do przedszkola. 

Nikt nie robił rocznych badań kontrolnych (nie mówię, że to dobrze!!), nie ważyliśmy się obsesyjnie, żeby sprawdzić swoją wagę. 

Ciało było mocne, jędrne, wciąż młode i odporne. A jeśli ciało było zdrowe – dusza też go słuchała. Mieliśmy dużo problemów, bo czasy nie były łatwe, ale dawaliśmy sobie radę. Ciało i dusza współpracowały. Trzymały się razem. Mocny solidny monolit. 

Zmarszczki są dziełem natury…

Z czasem jednak w życiu coś zaczyna szwankować. Bywa różnie. Czasem to umysł pierwszy wypowiada wojnę ciału, innym razem odwrotnie. Jeśli wpląta się w to stan duszy – zaczynają się problemy i powoli galimatias jest tak skomplikowany, że nie możemy sobie poradzić. Wiadomo – ból fizyczny przeszkadza w dobrym nastroju i odwrotnie. Różnego rodzaju problemy  rodzinne, w pracy, w szkole zaburzają odporność naszego ciała. Nie ma już zgranego zespołu. Nie zdążymy się oglądnąć, gdy w lustrze widzimy zupełnie inną osobę. Odkrywamy całą harmonijkę zmarszczek, podkrążone oczy, dobrych kilka (jeśli nie kilkanaście kilogramów więcej), przygarbienie, smutek w oczach. Wiele z tych elementów często jest nieodwracalnych. Nie jest to proces jednego dnia. Choć sprawy w życiu układają się potem lepiej, ślady po takich zawieruchach zostają. Ciało jest już zbyt zmęczone, by wrócić do młodzieńczej jędrności. Dusza ma skazę, blizna pozostaje. 

Każde nasze doświadczenie nabyte przez lata, lepsze i gorsze, złe i trudne zostawia pieczątkę” na naszym ciele. Wydaje nam się, że czas goi rany, bo taka jest prawda. Ale zagoić, to nie znaczy zniknąć.  Stary człowiek ma wiele zmarszczek i od razu stwierdzamy, że te szpecą mu twarz. Ale tak naprawdę są sygnałem tego, co dzieje się w duszy. Są odzwierciedleniem naszych emocji, trudności życiowych i reakcji na nie. Mogą także być efektem problemów zdrowotnych, a więc kłopotów ciała. To najbardziej wyrazista mapa nas samych. Ze zmarszczkami można oczywiście walczyć w różny sposób – od specjalnego masażu poprzez dziesiątki kremów, żeli, ćwiczeń mięśni twarzy aż do botoksu.  Ale – prawdy tak łatwo nie oszukamy.. 

Nie pamiętam kiedy zaczęłam dostrzegać zmiany w moim ciele i we mnie. Myślę, że stało się to już tutaj, gdy przyjechałam do Houston. Tak nagła zmiana życia, dostęp do kompletnie innego jedzenia (bardzo dobrego i w dużym wyborze!) no i zmiana sposobu życia – wiadomo, w Houston  samochód to przecież para butów na co dzień – sprawiły, że po kilku miesiącach moja waga wzrosła a sylwetka wyraźnie się zmieniła. Ponieważ tak wiele innych zmian działo się równolegle nie zauważyliśmy tego, co już powinno było być ostrzeżeniem. 

50 i więcej? Byłyśmy tak piękne (i młode!) że nawet dostałyśmy Oscary! 😂

A i tak, kiedy patrzę na moje zdjęcia z 40-tych urodzin wciąż jestem młoda, zdrowa i powiedzmy.. szczupła. Dziesięć lat później – „piękność” moja i moich przyjaciółek 50-latek kwitła, byłyśmy wciąż zgrabne i wcale nie martwiłyśmy się kilkoma dodatkowymi funtami. Czerwone kapelusze dodały nam radości – w duszy grało i ciało było szczęśliwe! 

60-ki już spoważniały, babć wśród nas było coraz więcej ale być młodą babcią to tylko przyjemność i przywilej. W fioletowych kapeluszach też było nam do twarzy. Ciała trochę straciły proporcje „nastolatek”, ale od czego są ciuchy maskujące, dobry humor i przyjaciółki dla “pokrzepienia serc”. 

Kochanego” ciała nieco przybyło 😀 ale dusza i umysł są mu przyjazne więc wszystko „gra”!

A  teraz wraz 70-ką możemy owinąć swoje ciała szalem jedwabnym, to znalazłyśmy kolejny sposób na maskowanie niedoskonałości. Niestety, szal nie chce zamaskować też umysłu i bolączek ciała, których każdego dnia coraz więcej. Tematyka rozmów biega między wnukami a chorobami, strzykaniem, zapominaniem i brakiem słuchu.. Na szczęście – ciągle mamy ochotę spotykać się o gadać o tym, więc jeszcze nie jest z nami źle 🤔

Mamy też nowe plany podróży, nie rezygnujemy, nawet jeśli mylimy dni czy godziny spotkań i planowanych miejsc.

Możemy się pośmiać sami z siebie, to zawsze pomaga, gdy trzymamy dystans i nie użalamy się nad sobą. 

Faktem jest jednak, że po sześćdziesiątce stajemy już na progu “smugi cienia” (to nie moje określenie! powtarzam je za Światową Organizacją Zdrowia😃) Ten moment życia uznaje się za początek starości (sorry, drogie koleżanki i koledzy!)  

 ps. W medycynie oficjalnie uznaje się, że proces starzenia się człowieka zaczyna się po 35 roku życia. 😅

Mniej więcej od tego momentu nasze serce zwalnia tempo przepompowywania krwi (na pewno czujecie często zimno w rękach i stopach, bo ja – ciągle!) Coraz bardziej bolą nas stawy, odczuwamy coraz więcej bólu w kręgosłupie, w karku, słabnie odczuwanie smaków potraw i węch itd. itd. Lista rośnie, dla każdego z nas trochę inaczej.  Nie znaczy to, że trzeba się poddać. Trening trzeba zacząć od umysłu, a zaraz potem ciało w tym treningu pomoże.  Nasza dusza też się ucieszy.  Jak to ostatnio pan doktor powiedział mojemu mężowi – nie musisz jeździć na rowerze po ścieżkach rowerowych czy w parku, ale możesz jeździć na rowerku  stabilnym w domu. Albo ćwiczyć jogę. Albo chodzić na spacerki. I wcale nie muszą być długie. Wystarczy pół godziny dziennie. Ale chodź!! Nie wymyślaj powodów, że coś ci przeszkadza. Sama wiem, jak łatwo znaleźć wymówkę! 

Nikt nie chce być starym!  Nikt nie lubi swojego starego ciała. Ale też nikt z nas tego nie zmieni. Musimy to zaakceptować. Muszę codziennie spoglądać w lustro odważnie, z podniesioną głową. Spojrzeć na swoje zmarszczki i pomyśleć – to moje lata ciężkich chwil,  walki o dobro. To zmarszczki od łez i od śmiechu, od przemyśleń trudnych spraw i od promieni słonecznych. Muszę widzieć swoje ciało takim, jakie było kiedyś.. Pomyśleć o nim, że jest moje i tylko moje. Okryć je, tym co lubię – fajną sukienką, zgrabnymi spodniami, przedłużoną tuniką.  Wyglądać tak, żeby mnie nie denerwowało. I żeby moja dusza była ze mnie zadowolona.  

Już dawno pojęłam fakt, że nie trzeba być pięknym ani nawet ładnym, żeby być szczęśliwym. Owszem, uroda pomaga. Zwłaszcza kiedy jesteśmy młodzi, bo wiadomo powszechnie, że ludzie odbierają to co ładne i estetyczne, łatwiej i przychylniej.  Ale dla nas, ludzi starszych z czasem preferencje wyraźnie zmieniają się. Liczy się dusza, charakter drugiego człowieka. No (niestety) też pozycja i pieniądze..

Gdy jednak popatrzysz w głąb siebie – z czasem zrozumiesz, że jeśli nauczysz się być szczęśliwą z tym co masz, co osiągnęłaś, co dajesz rodzinie i co od niej otrzymujesz  – jesteś szczęśliwa! A jeśli jesteś szczęśliwa – w środku dla siebie, jeśli nie masz kompleksów i zazdrości w sobie, złości i nienawiści – nie przeszkadza ci stare ciało, zmarszczki nadwaga i inne niedoskonałości.  

Pewnego dnia pojmujemy, że tak musi być. Że zamiast buntować się, szukać zwady i złościć się na coś, co jest oczywiste i “sprawiedliwe od Boga”, trzeba zaakceptować to, co  mamy i pielęgnować w sobie harmonię ciała, duszy i umysłu. 

I modlić się codziennie, by ta harmonia grała do naszego ostatniego oddechu…

Kochaj swoje ciało, jakiekolwiek by nie było. (zobacz CIAŁO i posłuchaj jego piosenki. – wykonanie Ewa Farna)


BACK

Mówią “podróże kształcą” – łap to, co cię dziwi, zdumiewa i zachwyca

15 kwietnia 2023

Niedawno wróciłam  z podróży wakacyjnej z Mexico City. Już dawno temu wspominałam (nawet w całym długim wpisie 😀), że jestem mieszczuchem, lubię duże miasta, uwielbiam je zwiedzać i każde które już odwiedziłam, a było ich dużo! To miasto zachwyciło mnie inaczej i na swój sposób. W Meksyku byliśmy już cztery razy, zawsze to były wakacje relaksujące, raz nawet rejs po Zatoce Meksykańskiej. Z Houston to bardzo popularne i wygodne. Można odpocząć, łatwo “nabić baterie życiowe”, nie ma więc nic łatwiejszego jak wyskoczyć i zrelaksować się na szybkich wakacjach w Meksyku. 

Ale ja dziś nie o tym. I ani przez chwilę nie miałam zamiaru być konkurencją dla wielu bardzo ciekawych blogów podróżniczych opisujących Mexico City. Nie będą to typowe wspomnienia z naszej tygodniowej, zresztą fantastycznej wycieczki w tym mieście.

Przyszło mi na myśl, że warto opowiedzieć o kilku spostrzeżeniach, które w ciągu tygodnia biegania po miejscach historycznych w Mexico City, po muzeach, restauracjach, ulicach wielkich i malutkich zaskoczyły mnie obserwując tamtejsze życie. Życie zwykłe jak nasze. A jednak uchwyciłam wiele jego elementów, które zaskoczyły mnie innością.  Zmieniło to w mojej głowie wiele schematów, które ktoś kiedyś mi wpoił albo po prostu przypadkowo zapamiętałam sobie z jakiś artykułów, książek, programów telewizyjnych lub rozmów towarzyskich. Z czasów “ polskich” 

Meksykanie kojarzyli mi się z narodem dalekim, nieznanym – wstyd przyznać – mało wyedukowanym i mało nowoczesnym. Potem, kiedy już zamieszkałam w Houston, Meksykanie stali się ludźmi bliżej znanymi, bo mieszka ich tutaj wielu.  Szybko zdążyłam się zorientować, że to ludzie solidni i pracowici. Poznałam też meksykańskie rodziny bogate i wykształcone. Powoli moja ocena zmieniała się. Trudno jednak oceniać cały Meksyk jako kraj bywając tylko w luksusowych resortach.. Wiadomo, że obraz wakacyjnego luksusu, to nie rzeczywiste odbicie całego kraju.  

Kiedy więc nagle mój mąż zaprosił mnie na wycieczkę do stolicy Meksyku, z przewodnikiem tylko dla nas dwojga, gdy zapoznałam się z bardzo bogatym programem wycieczki, nie mogłam uwierzyć, że Mexico City może nam tak wiele zaoferować!!  

Podobne wycieczki odbyliśmy już wiele razy i w różnych miejscach Świata, zarówno w miastach jak i górach – w Peru, w Costa Rica, w różnych częściach Europy czy Azji – nic mnie nie zdziwiło i nie wystraszyło. Może tylko to, że  jesteśmy coraz starsi i kondycja fizyczna juz nie ta co kiedyś, a Mexico City do małych miast nie należy – mieszka w nim ponad 10 milionów ludzi, a licząc miasto z “przyległościami” – zbliża się do 21 milionów!! 

Pan przewodnik okazał się bardzo miłym człowiekiem, niemal natychmiast zaprzyjaźniliśmy się z nim. Jego wiedza okazała się ogromna!  Sposób opowieści ciekawy, dużo zabawnych historyjek, anegdotek. Był bardzo elastyczny, cokolwiek chcieliśmy zmienić, dodać – wszystkie propozycje natychmiast uwzględniał.

Takie piętrowe autobusy śmigają równie szybko jak skutery, motory i wszelkiej wielkości auta.

Już pierwsze ciekawe zdarzenie mile mnie zaskoczyło – jedziemy z lotniska do hotelu. Nie do żadnego wielkiego Hyatt, Marriott czy Hilton. Ładny hotel w stylu meksykańskim, położony w pobliżu amerykańskiej ambasady. Zanim do niego dotarliśmy uświadomiłam sobie, że jedziemy ulicami, na których jest nieprawdopodobny ruch! (była sobota, więc dzień weekendowy). Nie ma zaznaczonych żadnych pasów ruchu! Samochody w ilości nie do policzenia, co chwilę przemieszczają się z jednej linii na drugą a za chwile na trzecią i czwartą (ulica ma kilka linii w jedną stronę, co najmniej 6-8 a i czasem więcej)..  I nikt się nie denerwuje, nikt nie trąbi i nikt nikomu nie stwarza niebezpiecznej sytuacji. Pomiędzy setkami aut śmigają motory, skutery, rowery, wcale nie z mniejszą prędkością niż samochody. No i oczywiście piętrowe eleganckie autobusy, równie sprytnie przemieszczające się z linii na linię obok i dalej.. 

Patrzyłam na to szeroko otwartymi oczami. Były to nasze pierwsze minuty jazdy po ulicach Mexico City.. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę!! Tempo tych zmian było tak szybkie jak na filmach kreskówkach dla dzieci. Nasz pan robił dokładnie to samo!

 I tak już było przez cały następny tydzień! Tyle, że w tygodniu ruch był dużo większy, a pan zazwyczaj w czasie tych operacji wyprzedzania, zmiany pasów, przesuwania się.. opowiadał nam aktualne historie w zależności od bieżących potrzeb tematycznych. Ufff.. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że przeżyliśmy to bez szwanku i że pod koniec tygodnia naprawdę baliśmy się coraz mniej (ale tylko jako pasażerowie, bo jako kierowca to chyba zeszłoby mi jeszcze 10 lat zanim bym odważyła się zasiąść tam za kierownicą). 

Po drodze potrzebowaliśmy zatrzymać się w aptece i kupić wodę destylowaną.  Apteka była, ale miejsca do zatrzymania nie, bo ulica była niesłychanie ruchliwa. Był wjazd i wyjazd do garażu podziemnego. Pan zatrzymał się dokładnie na tym wjeździe, wypuścił mojego męża do apteki a sam udał się.. do policjanta, który pilnował porządku przy wjeździe.  Pogadał, pomachał rękami i za chwilę przesunął auto o kilka metrów zajmując miejsce pośrodku wjazdu/wyjazdu… Byłam zszokowana! Policjant w Stanach na pewno tak nie pozwoliłby się zatrzymać. Policjant w Polsce zakrzyczałby kierowcę dziesiątkami przepisów i wyrzuciłby natychmiast takiego delikwenta.. Znów – nikt się nie zdenerwował, nikt nie zatrąbił, że ktoś niebezpiecznie zakłóca porządek ruchu ulicznego.. 

Podobna sytuacja, która upewniła mnie, że to “się dzieje”  w Mexico City, wydarzyła się następnego dnia. Wjechaliśmy na teren Uniwersytetu, gdzie bardzo trudno było zaparkować poza wyznaczonymi miejscami parkingowymi, całkowicie zresztą wypełnionymi autami.  Ale nasz pan przewodnik był niezrażony taką sytuacją.  Dojechał do miejsca, skąd już tylko “pół kroku” było do muralu Diego Rivera i znów udał się na pogawędkę do policjanta pilnującego tego miejsca. Pogadał, pogadał z prędkością światła, bo ten hiszpański w Meksyku jest bardzo szybki i pan policjant z uśmiechem na ustach, z wielką uprzejmością zgodził się, żebyśmy zostawili auto w miejscu zupełnie NIEDOZWOLONYM do postoju, pod jego czujnym okiem. I poszliśmy oglądać to, czym Meksyk może się pochwalić obcokrajowcom. 

Przypadek?? Nie! Jak wszędzie na świecie policja ma pilnować porządku, ale może też pomagać ludziom, być miła i uczynna. Szok!! 

Jak już dotknąłam tematu murali, to zatrzymam się przy nim nieco dłużej. Pewnie  wszyscy mniej więcej wiedzą co to są murale. Nie jest to zbyt popularny rodzaj sztuki, co nie znaczy, że nieznany. Murale to ogromne obrazy malowane bezpośrednio na murach, na ścianach o nieprawdopodobnie ogromnych wielkościach. Nie tylko malowanych. S ą też takie, które są monumentalnymi mozaikami.  Historia murali sięga czasów starożytnych i jego pierwotne przesłanki pojawiły się na murach starożytnego Egiptu czy Rzymu. 

W różnych krajach i różnych czasach pełniły inną rolę. Legalną i nielegalną.  Były dziełem największych artystów i stanowiły narzędzie w rękach wandali. 

To tylko namiastka tego co można podziwiać na murach w Mexico City

Często pełnią rolę  reklamującą produkty, mają przesłanie informacyjne, symboliczne.

Mówiąc o muralach w Mexico City oczywiście mam na myśli piękne, wielkie  dzieła Diego Rivera i jego „kompanów artystycznych”. Oglądnęliśmy te na Kampusie uniwersyteckim oraz te, które znajdują się w “Muzeum Mural Diego Rivera”. Również stadion piłkarski zbudowany na Olimpiadę  w 1968 roku, którego ogromna część zewnętrzna udekorowana jest muralem mozaikowym.  

Nie sposób opisać je wszystkie, zresztą nie taka jest moja intencja.  Nie umiałabym tego zrobić tak dobrze, by oddać piękno tych swoistych dzieł sztuki. 

 Jak powszechnie wiadomo Diego Rivera, podobnie jak jego przyjaciółka a później  trzecia żona, Frida,  byli zagorzałymi komunistami. Przyjaźnili się między innymi z L. Trockim i przy okazji tej wycieczki dowiedzieliśmy się wielu historii o Trockim i jego działalności w Mexico City, o których nigdy nie słyszałam, mimo iż osoba Trockiego przewijała się w historii Polski niejednokrotnie.  O tym, że był z pochodzenia Meksykaninem usłyszałam po raz pierwszy, gdy zwiedzałam muzeum znajdujące się w jego byłym domu.  Jego związki prywatne z Fridą i Diego były bardzo bliskie. 

Jeden z murali D. Rivera oglądany przez nas dokładnie  i omawiany przez naszego przewodnika  przedstawia ponad 150 postaci, z tego ok. 90-ciu postaci zostało rozpoznanych i opisanych. W centralnej części muralu znajduje się sam Diego, ale  przedstawiony jest jako dziecko trzymany za rękę przez elegancko ubraną postać kobiecą, z twarzą kościotrupa. Tuż za Diego stoi Frida, dorosła. Choć wiadomo, że to ona była od niego młodsza o 20 lat. Ten mural to skarbnica postaci tamtej epoki. Księży, przeciwników i popleczników politycznych, kobiet, które dla Diego miały szczególne znaczenie. Nasz pan przewodnik opowiadał długo i ciekawie. Szkoda, że nie potrafiłam wszystkiego zapamiętać chociaż chłonęłam te opowieści z wielkim zainteresowaniem. Oczywiście, wszystko jest spisane i można dotrzeć do szczegółowych informacji. Albo po prostu – pojechać na wycieczkę do Mexico City!    

Oczywiście, murale możemy spotkać w wielu dużych miastach. Ich przesłanie jest różne i zwracamy na nie większą lub mniejszą uwagę albo i nie.  

Murale w Mexico City są dziełami sztuki.  Są niesamowite! Oglądają je tysiące turystów, nie mogąc nadziwić się wielkością, tematyką, sposobem tworzenia w tamtych czasach kiedy powstawały. 

W muzeum możemy zobaczyć nie tylko dzieła skończone, ale także prześledzić  sposób ich powstawania. Geniusz Diego i artystów skupionych wokół niego był tak wielki, że do dziś dech zapiera. Nie dziwi mnie, że ten zwalisty, gruby, brzydki mężczyzna miał w sobie tyle silnego piękna, które jak magnes przyciągało nie tylko kobiety, ale i mężczyzn zafascynowanych jego geniuszem. 

Czytałam dużo na temat Fridy i Diego, ich życia i sztuki, a jednak koloryt, wielkość, atmosfera tych miejsc oczarowała mnie jeszcze silniej niż się spodziewałam.  

Mówiąc o kolorach, Mexico City jest po prostu skąpane w tysiącach barw. Powszechnie wiadomo, że miasto to jest miejscem silnych kontrastów. Z jednej strony – bogate piękne dzielnice, niesamowite nowoczesne budynki, biznesy z całego świata. Z drugiej strony – bieda, niskie zarobki, trudne warunki  mieszkaniowe, duża korupcja. Prawdopodobnie trzeba by pomieszkać długo w tym mieście, by naprawdę umieć obiektywnie o tym wszystkim opowiedzieć. My widzieliśmy to, co w Mexico City najcenniejsze i najpiękniejsze, co nie znaczy, że przewodnik nie dotknął problemów tego miasta… 

Kolory kolory – we wszystkich odcieniach, w każdym zakątku miasta!

Już w pierwszym dniu przy okazji zwiedzania “Niebieskiego Domu” czyli Muzeum Frida Kahlo, kręcąc się po dzielnicy Coyoacan natychmiast zwrócił naszą  uwagę na  kolorowe domy. Każdy inny, każdy piękny! I w dodatku tonące w kwiatach i kwitnących drzewach! Podobnie jak nasz hotel. Pomalowany na biało z szafirowymi wykończeniami, a wokół dziesiątki wielkich donic z kwitnącymi pnącymi się po ścianach kwiatami. Soczysta zieleń, kolorowe światła wieczorna porą – to wszystko sprawiało magiczne wrażenie. Cudowne dzielnice takie jak Condesa, Roma – można spacerować po tych uliczkach długimi godzinami.

Ta biedna dzielnica – z daleka sprawia wrażenie ślicznego obrazka kolorowej dziecięcej książeczki

Gdy następnego dnia długo jechaliśmy do słynnej miejscowości Teotihuacan nieco poza miastem, gdzie znajduje się najsłynniejsza Piramida Słońca i kilka innych, po drodze mijaliśmy długi pas domów zwanych “Brazilian favelas”. – najbiedniejszej  dzielnicy, która żyje swoim własnym życiem i własnymi prawami. Natomiast z daleka jej zabudowa wygląda bardzo ładnie! Stanowi bajkowy obrazek wielokolorowy ślicznie pomalowanych domków, które wcale nie wyglądają na biedne i w dodatku.. niebezpieczne. Znaliśmy już ten problem z Brazylii, a pan przewodnik opowiedział nam dodatkowo o problemie społecznym tej grupy ludzi. Trudno było uwierzyć, że przy takich problemach i tak smutnym życiu ci ludzie mają siłę i ochotę na tak wesołe zewnętrzne kolorowanie swoich domów. 

Tłum łodzi, roześmianych ludzi, muzyka Mariachi i cała paleta kolorów – oto prawdziwy folklor meksykański

Na każdej ulicy, w ogrodach, w parkach, kawiarniach, na murach przy ulicach, na mostach  i obskurnych fragmentach starych zniszczonych części domów – wszędzie było kolorowo.  I te kolory były świeże, mocne ostre. Wesołe i radosne. 

Podobnie, gdy spędziliśmy kilka godzin na tradycyjnej meksykańskiej łodzi, w pełnym kolorycie strojów grających i śpiewających Mariachi, wśród dekoracyjnych malunków. Folklor meksykański jest piękny!  Ma w sobie tyle pozytywnej energii, radości i sił witalnych, że obdzieli każdego potrzebującego. 

O zaletach części historycznej Mexico City nawet nie zacznę pisać, bo z pewnością mogłabym rozpędzić się na kilka długich wpisów. Przywiązanie Meksykanów do własnej tradycji i historii jest imponujące. Na każdym kroku widać jak silna jest ich świadomość przynależności do ojczystej ziemi. Cywilizacje prekolumbijskie pozostawiły swoje ślady sprzed prawie trzech tysięcy lat a współcześni mieszkańcy Meksyku pielęgnują swą historię od narodzin świata Majów i Azteków poprzez epokę kolonialną i uzyskanie niepodległości aż po dzień dzisiejszy. (polecam koniecznie zwiedzenie National Museum of Anthropology- rewelacja!!) W każdym kamieniu  czułam siłę meksykańskiej historii, moc tego narodu i ich dumę. Muszę uczciwie przyznać, że byłam tym wielce i bardzo pozytywnie zaskoczona! 

Zapraszam was do odwiedzenia Mexico City, bo opisać tego co możecie zobaczyć i tak nie potrafię. Za to zachęcić was mogę z pełnym entuzjazmem!! 

A na koniec, żeby nie było, że Mexico City polałam lukrem i oslodziłam jak najsłodsze ciacho.. opowiem o doświadczeniu, które budzi we mnie “dwubiegunowe” odczucia. 

Zdaje sobie sprawę, że świat nie składa się tylko z tego, co piękne dobre i przyjemne. Wiem, że trzeba mówić i o tym, co zadziwia i budzi odczucia powiedzmy… zdziwienia, odrazy, zaniepokojenia.. 

Ludzie są różni. Urodzeni, wychowani w dziwnych miejscach i w jeszcze dziwniejszych kulturach i wierzeniach.  Wiara i wierzenia w niekoniecznie “religijne” bóstwa także istnieją i to często na wyciągnięcie ręki. Tuż obok nas. Nawet jeśli to jest XXI wiek. Nauka, postęp technologiczny nie ma nic do ludzkiej wiary i przesądów, które człowiek potrafi zmieścić w swojej głowie. 

Zwiedzając duże miasta turyści lubią  zajrzeć na markety. Prawdziwy market to skarbnica folkloru, autentyczności, szansy na zakupy zazwyczaj tanie a prawdziwe, charakterystyczne dla specyfików regionu czy kraju. My też poprosiliśmy pana przewodnika o takie doświadczenie. Pan trochę się opierał, ale w końcu w ostatni dzień naszego pobytu przystał na naszą prośbę pod kilkoma warunkami, które nam bardzo dokładnie przedstawił. Nie będę podawała nazwy tego marketu, choć nie jest to tajemne miejsce, jest dość dokładnie opisane w internecie, ale ponieważ nie było zaplanowane w programie naszej wycieczki, więc pozostanę przy opisie bez jego oficjalnej nazwy. 

Jeden z marketów, których wiele w miastach meksykańskich. “Obiegliśmy “ go dość szybko i trzymając się cały czas blisko przewodnika, który wcześniej przygotował nas czego mamy się tam spodziewać i jak go oglądać. Zatrzymywaliśmy się na krótko i tylko w niektórych miejscach. Zresztą –  nieprawdopodobna ciasnota pomiędzy stoiskami nie dawała możliwości rozglądania się i przypatrywania się temu, co jest wystawione. A było wszystko, co tylko można i nie można sobie wyobrazić!!  Głównie zszokowały mnie rzeczy związane z wierzeniami “religijnymi”, subkulturą różnych grup – figurki jakiś potworków, diabłów, zwierząt nierozpoznawalnych, koszmarnie powyginanych, pokręconych. Świece w różnych kolorach służące każda do innych rytuałów, guseł, czarów (czarne – oczywiście do tych śmiertelnych!), zapachy – niektóre okropne! najprzeróżniejsze, bardzo przerażające laleczki voodoo. “Pinaty” wielobarwne, ale służące zupełnie do innych celów niż te, które znamy tutaj w Houston i które tak bardzo lubią dzieci, kiedy są napełnione cukierkami czy czekoladkami.  Była też sekcja ziół, leków na wszelkie możliwe dolegliwości, choroby, które podobno leczą wszystko! Osoby sprzedające te zioła ponoć znają się na nich, mają przepisy jak je przygotowywać, używać tylko, że ja chyba nie miałabym odwagi do końca im zawierzyć…  

Miliony drobiazgów, z których większość trudno rozpoznać co oznaczają i do czego służą. Znajdują się na tak małej powierzchni, zawieszone wysoko i rozłożone wszędzie wokół, wszystko to sprawia wrażenie niesłychanie zaciśniętej klaustrofobicznej powierzchni. Przerażające! A już najbardziej przygnębiająca jest sekcja sprzedaży żywych.. zwierząt: koguty, małe ptaszki, iguany, pieski… Nie byłam w stanie rozglądnąć się i zauważyć więcej. Bardzo intensywny brzydki zapach, ludzie krzątający się pomiędzy, popiskiwanie zwierzątek. Uciekliśmy stamtąd natychmiast. Nie miałam odwagi robić zdjęć, dosłownie udało mi się kliknąć jedno czy dwa, a ludzie tam pracujący bardzo pilnują, by turyści zdjęć nie robili. Nie dziwię się. 

Na ulicy można spotkać szamanów oczyszczających dusze, wyganiających z ciała choroby i złe duchy. Jest to ciekawa ceremonia i jeśli zdarzy wam się okazja, warto jej się przyjrzeć albo. .. nawet wziąć w niej udział.

Byłam zdegustowana, zniesmaczona i przerażona, ale przewodnik usiłował nam wytłumaczyć, że jest to częścią kultury tamtejszego życia i zarabiania pieniędzy na przetrwanie. I nie jest niczym nadzwyczajnym. Ani – nielegalnym…

Trudno ułożyć sobie to w głowie. Ale to właśnie jest dowód na to, że wiele sposobów na życie bardzo rożni się do naszej codziennej normalności. Już sam fakt, że ludzie pracujący w tamtych warunkach, cały dzień spędzają w tak malutkiej przestrzeni, pośród ogromnej ilości towaru, który zamyka dopływ powietrza, widok na cokolwiek innego, jest tak depresyjny, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie, aby spędzić tam choć nawet godzinę… Oczywiście są też dziesiątki innych stoisk z “chińszczyzną” o cenach tak niskich, że wydaje się, iż wyprodukowanie jednej sztuki spodni czy koszulki musiało mieć ujemną cenę.. Można kupić absolutnie wszystko! Ceny super niskie i jakość także. 

Tak! To był mocny akcent “INNOŚCI” na koniec naszej wycieczki! 

Na szczęście, tego dnia mieliśmy jeszcze w planie zwiedzanie Monument to the Revolution, Museo De Arte Moderno z kolejnymi obrazami i Diego Rivera( z jego ostatnich lat życia) i innych artystów oraz ostatni pyszny lunch, tym razem z owoców morza.

Moja i tak przydługa opowieść (sorry!!!) to tylko garść “perełek” z Mexico City, które złapałam w czasie tygodnia naszej podróży.   Mogłabym więcej i więcej… 

Ale – mam nadzieję, że jeśli lubicie podróżować, po tej lekturze Mexico City znajdzie się na waszej liście planowanych podróży! Bon Voyage!  

Dołączam fragment jednej z piosenek naszych Mariachi na łodzi, by dodać choć  odrobinę autentyzmu meksykańskiego muzycznego folkloru! Jedźcie tam!


BACK

Blogowy zawrót głowy

6 kwietnia 2023

  Blog zaczęłam pisać ponad dwa lata temu.  Moja przyjaciółka naciskała mnie bym  zainteresowała się tym tematem, a ja nie bardzo wierząc, że to “działka” dla mnie, nieufnie i bardzo powoli przyglądałam się temu w sieci. Niezbyt uważnie i niezbyt poważnie. Blog jawił mi się jako bardzo prywatna forma wypowiedzi i chyba właśnie ta wolność słowa mnie przekonała najbardziej. Nie musiałam wpisać się w żadne ograniczenia, łatwo było założyć stronę blogową (no, oczywiście z pomocą mądrej komputerowo przyjaciółki!) i zacząć pisać, o tym co właśnie chciałam wyrzucić z siebie i ze swojej pamięci.  Powoli wciągało mnie to coraz bardziej, fascynowało, złościło, że nie mogę sobie czasem dać rady ze zdjęciami, marginesami, poszukiwaniami w sieci itd. A potem już coraz głębiej sięgałam po narzędzia ułatwiające i usprawniające tworzenie każdego wpisu. 

Jednym z elementów “uczenia się” jest czytanie blogów innych blogerów. 

I tu… no właśnie!  Zaczyna się wielka zawierucha!! Nawet nie wiem od czego zacząć!  Czy od tego co uważam za dobre czy od tego, co miesza mi tak w głowie, że  przestaję rozumieć ten sieciowy świat i uważam, ze bardzo rozwarstwia mi wszystko, co zdołałam poukładać sobie w głowie. Jakby od czasu kiedy zainteresowałam się blogowaniem, ten obszar tematyczny rozdwoił się jak zbyt szeroka rzeka, która musiała znaleźć sobie ujście drugim korytem. 

Mój prosty bliski mi, prywatny świat/blog, w którym można odnaleźć siebie, swoje emocje, wspomnienia, własne sprawy, rodzinę przyjaźnie nagle zaczął mieć “wielkiego brata” w postaci blogów, które powstają  trzymając się bardzo mocnych określonych zasad. Zasad biznesowych, finansowych, tematycznych, które nie mogą przekraczać luźnych “ludzkich “ granic.  O potrzebie i zasadności istnienia takich blogów powstają kolejne blogi określające “co, jak, po co” – itd..   

Zawrót głowy! to nie moja bajka, nie mój technologiczny świat!

Czytając te wszystkie wytyczne mrużę oczy, chwytam się za głowę i nie wierzę, że to też są BLOGI!!  Słownictwo, jakim te “artykuły “ operują, bo na pewno nie nazwałabym je blogami, nie mają nic wspólnego z luźnym indywidualnym prywatnym światem blogera. Być może tak działa blog biznesowy. Niewiele wiem o tym. Na pewno każda firma ma prawo założyć swój blog i w ten sposób promować swoje wyroby.  Ale ta „bajka” jest już nie mój świat..

Wybrałam fragmenty z czterech blogów do których zaglądam w sieci. Jest ich serki, tysiące i TAKIE lubię! Ciepłe, inspirujące, ludzkie..

Pisząc mój blog już od dawna czytam w sieci  blogi innych autorów. Obserwuję, że techniki pisania są bardzo różne. Zresztą nie ma się co dziwić, już wybór tematu narzuca różnorodne formy. Blogi podróżnicze są kolorowe od zdjęć z całego świata, blogi kulinarne przyciągają zdjęciami najróżniejszych potraw, a ich podstawą są przepisy podane tak, by zachęcić nie tylko do jedzenia, ale przede wszystkim do gotowania. Są i takie blogi, które bazują na własnej grafice, malunkach i zawierają niewiele słów a przemawiają do odbiorcy obrazkiem biało-czarnym czy ostrymi kolorami. Są też po prostu recenzje książek, filmów – ogromnie cenne, bo osobiste “ludzkie” a nie pochodzące od fachowców, którzy zawsze wiedzą “najlepiej”. 🙂

Ponoć nie da się policzyć ile w sieci naprawdę istnieje blogów, głównie dlatego, że dużo z nich trwa krótko, od kilku miesięcy do roku a potem twórcy tracą zainteresowanie i z różnych przyczyn przestają kontynuować pisanie. WordPress, który jest najpopularniejszą platformą blogową na świecie podała, że w 2022 co miesiąc pojawiało się na niej 70 milionów postów.  Podobno średnio napisanie jednego postu zabiera 3 godz. 55 min. Ale niektórzy wrzucają króciutkie informacje czy zdjęcia albo filmiki, tworzenie których zajmuje  im niewiele więcej niż kilkanaście minut.  Mnie napisanie pełnego postu, sprawdzenie go, wyczyszczenie, dołączenie zdjęć, przeczytanie go sto razy itd. zabiera długie godziny. Ale nie narzekam!! 🙂 

Symboliczne anonse stron biznesowych – jest ich tysiące w sieci!

Nigdy nie miałam intencji zaistnieć się w kategorii blogerów biznesowych. Ani tych, którzy umieją wyrazić swe myśli własnymi rysunkami. Lubie pisać. Opisywać, wyrażać swoje myśli dość dosadnie, odważnie i po mojemu.  Nie rozumiem mechanizmów i słownictwa, które rządzi prawami niepojętych wymagań, żądań, które współczesny świat sprowadza do zarabiania pieniędzy na blogu. Ale rozumiem, że tak też można i że takie blogi to jedna z istniejących form biznesu. 

Moje koleżanki też nie mają łatwo! Ale „dajemy radę” – jak mawia mój krakowski Anioł

 Mnie ledwie udało się znaleźć miejsce, w którym na stare lata z radością zaistniałam jako JA. Moje miejsce, w którym mogę pogadać. pofantazjować, zastanawiać się nad życiem, a nawet trochę krytykować, bez obawy, że komuś może się to nie spodobać 😊.. I gdy tylko spojrzę na te fachowe blogi „biznesowe” to natychmiast czuję się niedouczona i nie na „ właściwym miejscu”, ale wcale ani odrobinkę mi to NIE przeszkadza!! Nastąpił taki moment, że wreszcie tzn. „różnica pokoleń” nie wyklucza nas starszych z uczestnictwa w technologii, jeśli tylko chcemy. i tak jak potrafimy sobie z tym poradzić.

Technologia, komputeryzacja to dziedziny zwariowane i stanowczo za szybkie!  To pogoń (jak to się mówiło za moich czasów) za „ króliczkiem” tylko po to, by go wciąż gonić i – nie dogonić! 

A ja chciałabym: obudzić się rano, otworzyć oczy, ujrzeć słońce albo leniwie spadające po szybie krople deszczu. Wypić kawę z pianką mleka i zjeść spokojnie i niespiesznie małe śniadanie. I wszystko to celebrować! I jeszcze opowiedzieć wam o tym. Wykrzyczeć, że to jest takie proste! Powiedzieć, że to jest nadzwyczajne piękne i i ja już teraz to wiem! 

Bo przez wiele lat mojego życia pędziłam każdego ranka prosto z łóżka do łazienki, łapałam w biegu kanapkę i wybiegałam z dziećmi do przedszkola. Ledwo zdążałam do pracy. Wszystko na godzinę, na dzwonek na lekcję, ze strachem, że znów się spóźnię.. Nie znosiłam tego. A jednak – żyłam jak każdy, zaprzyjaźniona z takim systemem, bo tak było trzeba. Przecież wszyscy to pamiętacie…

Dziś ma być inaczej. Mój blog ma pomóc mi powiedzieć moim dzieciom, moim przyjacielom jak bardzo kocham moje „dzisiaj”. Mimo, że czasem chciałabym wrócić do chwil młodości, moje “dzisiaj” ma wiele zalet. Dobrze wiem, z jednej strony to już starość i wiele dobrych cudownych chwil młodości nigdy już nie wróci – z drugiej strony, to właśnie między innymi technologia pozwala mi powrócić do wspomnień, spokoju  i dobroci przeszłych czasów.

Każdy z nas ma wyznaczony w przestrzeni ziemskiej swój czas. Każdy może z nim zrobić co chce. Może być geniuszem nauki, artystą, wspaniałym nauczycielem albo złodziejem, bandytą.. Kimkolwiek chcemy. Nasz wybór!! 

Możesz żyć jak myszka i nigdy się nie odzywać. Możesz krzyczeć, walczyć słowem czynem i twój głos pozostanie zapamiętany przez kolejne pokolenia. Możesz być twardym biznesmenem pełnym sukcesu i satysfakcji albo zwykłym cichym „myszkowatym” blogerem jak ja. 

Nie chcę zmieniać teraz moich zasad. Mojej małej wolności. Chcę, by blog był moją własnością, moim wyborem. By go czytali ci, co mają na to ochotę i ci co czują podobnie.

Niech mi technologia pomaga a nie przeszkadza. Niech mi nie miesza w głowie, bo życie już mi wystarczająco namieszało przez lata. 

Ostatnimi laty bardzo modne stało się określanie, że dzisiejsze 50, to dawna 30-ka, dzisiejsze 70 to dawna 50-ka.. Nie za bardzo wyobrażam sobie, co to może znaczyć.

Próbuję przypomnieć sobie jak to było, gdy moja Mama miała 70 lat.. Była wesoła, optymistyczna mimo, że była już od kilku lat wdową. Miała podobnie jak ja, grupę swoich koleżanek, z którymi spotykała się od czasu do czasu na kawę na Rynku w Krakowie. Przylatywała do nas w odwiedziny do Ameryki i chętnie z nami podróżowała, choć i nasze i jej możliwości były znacznie skromniejsze niż te dzisiejsze. Nie korzystała z internetu, bo go nie było! 

Wspomnienia urodzinowe Babci Helenki 70-tych urodzin w Houston

Za to namiętnie rozwiązywała krzyżówki i podobnie jak my oglądała swoje ulubione seriale i filmy. Biegała do fryzjera i na manicure. Nie miała komputera i nie musiała zgłębiać jego tajemnic. Dopiero w starszym wieku zaczęła szaleć po sklepach z ciuchami i cieszyć się każdą nową sukienką czy bluzką. Lubiła kolory, lubiła zmieniać torebki, choć nie były to torebki znanych marek. Jej „70-ka” wcale nie była taka „stara” choć nie nazwałabym ją „50-ką”. I na pewno była inna niż nasze teraz. Nigdy nie nauczyła się prowadzić samochodu, chociaż w naszej rodzinie auto mieliśmy niemal „od zawsze”, ale myślę, że to raczej z powodu taty, który jak każdy wówczas facet uważał, że żadna kobieta na świecie nie może nauczyć się prowadzić samochodu.  Dopiero, gdy ja zrobiłam prawo jazdy (w 1982 r) i przełamałam „tabu” – pewnego dnia, gdy wracaliśmy z Gdańska i prowadziłam auto prawie całą drogę, Tata powiedział do Mamy: „ wiesz, Gosia całkiem nieźle jeździ..”

Gdyby dziś wiedział, ile w życiu przejechałam kilometrów i mil, to by się tam w chmurkach cały czas za głowę z niewiary trzymał. 😀

Samochód przecież stał się dla mnie po prostu „parą butów”, którą używam każdego dnia..

Oczywiście, że obecna 70-ka to dawna 50-ka! Nie może być inaczej! Bo dziś, MY 70-letnie „staruszki” nie miałybyśmy szans przeżyć w tej dżungli internetowo-technologicznej bez tej wiedzy, którą posiadamy!  Musimy być douczone, bo nasze wnuki nie umiałyby z nami rozmawiać, musimy być sprawne komputerowo, żeby samodzielnie załatwić sobie bilet lotniczy i rezerwację do restauracji. Musimy umieć sprawdzić w sieci wszelkiego rodzaju informacje i przeliczyć pesos na dolary albo cokolwiek innego, o co można szybko zapytać wujka Google’a. Musimy umieć rozmawiać z „Alexą” i zrobić zakupy na Amazonie. Zobaczyć co nasze dzieci czy wnuki zamieściły właśnie na Instagram-ie albo na Facebooku, bo inaczej… nie będziemy wiedzieć co u nich słychać. 😀

Zawrót głowy!!  Nie taki zwykły „ poczciwy” ból, na który kiedyś pomagały tabletki „z krzyżykiem” albo pabialgina. 

Dziś zawrót głowy ma zupełnie inne przyczyny niż 40 czy 50 lat temu. 

Równocześnie zdaję sobie sprawę, że świat składa się z milionów ludzi, którzy żyją codziennie bez komputera, bez smartphona. Starzy, zaplątani w dawno wygasłe metody życia. Ludzie, którzy nie rozumieją konieczności przyswajania sobie tego, co mogłoby spowodować ten technologiczny zawrót głowy. Nie potrzebują nowoczesnej technologii i potrafią bez niej żyć. Nie podejrzewają nawet, że mogliby mieć wybór narażenia się na takie zmiany. Trudno sobie to wyobrazić, a jednak.. tacy też w naszym świecie istnieją.

Ich świat funkcjonuje inaczej. Żyje i nie zmieni się. Choć może w głowach ich wnuków czy prawnuków wydaje się to niemożliwe…

 Kochani Młodzi! Kochane Dzieci i Wnuki! 

Tak wnuk uczy babcię nowości technologicznych 😛😊 Oczywiście – to bieganie obrazków to jego pomysł

Jestem babcią otwartą na nowości technologiczne, współczesne szaleństwa internetowe (byle bez przesady!🤣) choć i tak ogromnej ich ilości nie mogę zrozumieć. Ale każdego dnia bardzo się staram! Łyknąć choćby jedną nową malutką cząstkę. Lubię słuchać jak o nowościach komputerowych opowiadacie, pod warunkiem, że używacie języka, który do nas starszych dociera i potrafimy go rozumieć. Ale i wy również musicie wiedzieć, że my (starsi i starzy) potrzebujemy nauczycieli cierpliwych i wyrozumiałych, którzy będą umieli przekazać tę szaloną wiedzę włożyć do głów dawnym nauczycielom bez używania „języka prędkości światła”. 😂

Bo dziś tak się na świecie dziwnie zrobiło, że nauczyciel nie tylko uczy uczniów, ale i sam też jest uczniem. A jego uczeń może pełnić dla swojego nauczyciela – wzajemnie – także rolę nauczyciela, tylko z całkiem innego zakresu wiedzy!

Nieważne ile mamy lat – każde pokolenie ma coś do zaoferowania sobie wzajemnie! 

My starsi liczymy na waszą nowoczesną wiedzę i.. cierpliwość do nas. Bo my do Młodych cierpliwości mamy nadmiarze! 😜😍


BACK

O normalności, powieści pt. “Alicja z Krainy Czarów” i nienormalności wśród ludzi

 29 marca 2023

Alicja z Krainy Czarów” doczekała się setek wydań książkowych i filmowych. Także ogromną liczbę wyobrażeń o Alicji! 😃

Niedawno, w którymś filmie albo w książce trafiłam na powiedzenie  “Wypij mnie” i wiedziałam, że znam ten cytat i że na pewno kojarzy mi się z czymś ważnym. Krążył mi po głowie nie dając spokoju.  Zastanawiam się kiedy i gdzie mogłam go usłyszeć, widzieć… 

I w końcu – błysk w starych szarych komórkach! Otworzyła się “szufladka pamięci” w myśl powiedzenia, że jak bardzo bardzo chcesz sobie przypomnieć, to znajdziesz to we własnej głowie. To cytat z książki “Alicja w Krainie Czarów” autorstwa Lewisa Carrolla. Główna bohaterka, Alicja – senna znudzona podąża za Białym Królikiem i nagle znajduje się w miejscu i czasie zupełnie nieokreślonym i nierealnym. Tam natrafia na buteleczkę z napisem “Wypij mnie” i od tego momentu wszystko jest inne niż w rzeczywistości. Dziewczynka raz jest malutka, by za chwilę być wysoką i wielką i w każdej sytuacji “zakosztować” konsekwencji z tym związanych. W tym dziwnym świecie spotyka bardzo niezwyczajne postaci, zwierzęta znane jej z rzeczywistego świata, ale jakże inne. 

Najważniejsze postaci w Krainie Czarów- Kapelusznik, Królik i Kot.

Bajka? Baśń dla dzieci?  Tak, to wszystko prawda, bo wydaje się, że tak wielką wyobraźnią dysponują tylko dzieci. A jednak – powieść jest wielce popularna w świecie dorosłych.  Zalicza się do gatunku fantastycznych, ale tak naprawdę to filozoficzna, trochę matematyczno-logiczna opowieść o tym, czym jest dla ludzi czas, normalność, brak logiki, brak stałych zasad. Kraina czarów, w której znalazła się bohaterka, nie ma praw, zwierzęta zachowują się trochę  jak ludzie, zdecydowanie przekraczają granice swojej zwierzęcej  “normalności”.

To powieść krytykująca nasze wyobrażenia, kto z nas jest normalny i dlaczego postrzega innych jako.. “nienormalnych”. Może wyrażenie “krytykująca” nie jest właściwe. Raczej – odkrywająca problem, ukazująca dwie strony przysłowiowego “medalu” albo dwie strony lustra. 

Bo temat jest głęboko  psychologiczny i łatwo natrafiamy na niego w codziennych sytuacjach naszego życia.  Prosty przykład: jesteś singielką, masz już swoją “pierwszą młodość” za sobą, a jednak nadal nie chcesz zmieniać swojego trybu życia. Jest ci z tym dobrze, nie związujesz się z nikim na dłużej i na poważnie. Szalejesz każdego wieczora, bywasz w klubach, jeździsz sama na wycieczki o ekstremalnych i trudnych programach. Słowem – jesteś “inna” i różnisz się od typowych kobiet powyżej 30-ki, które zazwyczaj mają już rodziny i dzieci. One stabilizują swoje życie towarzyskie oparte na spotkaniach par, na spokojniejszych, dobrze przemyślanych wakacjach, o rodzinnych priorytetach. Ty czujesz się dobrze grupie towarzyskiej o podobnych zasadach jak twoje i na ustawiczne pytania własnej mamy, czy masz jakiegoś narzeczonego, partnera i plany z nim związane, będziesz się zżymać i denerwować, będziesz zła, bo “przecież jesteś normalna” i twoje życie według ciebie nie odbiega od normy. A jednak – twoje koleżanki mężatki powiedzą (w najlepszym wypadku) – ona jest zwariowana, albo inna, albo ..”nienormalna”.   W gruncie rzeczy – każdy jest normalny, tylko jego normy i preferencje są różne. 

Znów wrócę do Alicji. Alicja malutka nie może dosięgnąć do kluczyka, by otworzyć drzwi. Alicja wielka i bardzo wysoka, sięgająca do konarów drzew narażona jest na uderzenia ptaków, dla których nagle jest zagrożeniem. 

Gołąb postrzega Alicję jako żmiję, Alicja bierze udział w podwieczorku u Szaraka “bez piątej klepki”. Kot Dziwak rozmawia z Alicją o tym, jaka jest różnica między nim a psem. Bo pies warczy jak jest zły, a kot przecież warczy jak jest zadowolony (no, może mruczy..🙂) Są tam także ludzie jak Królowa i Księżna – źli, władczy i okrutni. 

To w gruncie rzeczy nic innego, jak otaczający nas świat. Niezależnie od czasu, miejsca w którym się znajdujemy, łatwo odnajdziemy wśród nas takie dziwolągi. Dobre i niedobre. Miłe i pyskate, nieprzyjazne. 

Jakże często w swoich opiniach mówimy: to jest bez sensu, ona ma bzika, on jest stuknięty. Angielskie powiedzenie “he/she is crazy” jest bardzo popularne. I w sensie negatywnym i  ironicznym. Wszystko dlatego, że gdy ktoś jest inny niż my sami, to wydaje nam się “nienormalny”. Bo normalność dla każdego człowieka to odbicie własnej twarzy w lustrze. To to, co mamy w głowie, nasze własne reguły, zasady które wyznajemy. 

Czas – „realny”dorosłego człowieka. (znalazłam w sieci i zgadzam się z tym obrazkiem)

Oczywiście na przestrzeni całego życia (czyli mijającego czasu) te reguły muszą się zmieniać. Alicja rośnie i zmniejsza się. Jej perspektywa wobec otoczenia, spotykanych postaci w “Krainie Czarów” zależna jest od tego, jaką ona sama jest w tym momencie. Dziecko ma łatwiej – ma swoją dziecięcą wyobraźnię, nieskażoną jeszcze realnymi doświadczeniami i rzeczywistością. Dzięki temu jest mu łatwiej przyswoić sobie to, co nietypowe i “nienormalne” za zwyczajne i naturalne.  Czas (którego nie ma w powieści) dla nas ludzi dorosłych jest ważny i realny i dyktuje nam wiele naszych decyzji i dalszych zachowań. 

Rozglądnij się wokół siebie. Przyjrzyj się sobie i swojemu rodzeństwu. Dlaczego jesteśmy inni i nasze życie potoczyło się zupełnie innymi szlakami? Czy ułatwia nam to porozumienie? Nie bardzo.. I wtedy tylko tolerancja może nas uratować przed wpadnięciem w otchłań nieporozumień. Musimy mieć w sobie trochę wyobraźni dziecka, by przyswoić sobie nienormalność jako coś, co stoi obok “mojej normalności” ale niekoniecznie z nią się kłóci .  

Normalność to pojęcie względne. To kraina niezrozumiałych absurdów, brak logiki dla jednego człowieka i niemal matematyczne reguły dla innego. Nie ma szans, by wszystko dla wszystkich było jednakowe! I bardzo dobrze.! Gdyby tak się zdarzyło umarlibyśmy z nudów, a “duch – wieczny rewolucjonista“ (że użyję słów J. Słowackiego) nie miałby co robić na tym świecie. 

Na absurdzie i wizji świata z “Alicji..” polegają konflikty pokoleń, różne spojrzenia na życie naszych rodziców, nas i naszych dzieci. Mamy wiele wspólnego, łączą nas więzy krwi, tradycji i uczuć, ale równie dużo nas dzieli. A przecież mimo upływającego czasu, ten sam czas niczego nie zmienia. Dziś moja normalność  dla innych jest nienormalna – jutro, w następnych pokoleniach będzie podobnie. 

Jedno z pierwszych wydań „Godziny pąsowej róży”

Gdy byłam nastolatką oglądałam film “Godzina pąsowej róży” (film powstał w 1963 roku!) albo może najpierw czytałam książkę Marii Kruger pod tym samym tytułem. Banalna historia dla młodych panienek. Niesforna dziewczyna buntująca się przeciw normom narzuconym jej przez rzeczywistość, trochę ze złości a trochę  przez przypadek cofa wskazówki zegara, które zaczynają samoistnie pędzić do tyłu jak szalone…

Elżbieta Czyżewska jako Anda i Lucyna Winnicka w roli jej ciotecznej prababki. Czy ktoś to pamięta?? 😂

Bohaterka – Anda (w roli głównej niezapomniana, wówczas młodziutka i śliczna  Elżbieta Czyżewska) nagle znajduje się w czasie młodości swojej ciotecznej prababki (Lucyna Winnicka). Szalona nastolatka umieszczona na pensji dla młodych dziewczyn, ubrana w straszliwie ciasny gorset, by jej sylwetka była idealnie piękna i szczupła, walczy z dziwnym słownictwem i szeregiem zasad, które okazują się jeszcze trudniejsze niż normy z jej “właściwego czasu”.  “Nienormalność”  w normalnym świecie (czasie) jej prababki, doświadczenia, jakim poddała swoją bohaterkę autorka powieści, szybko nam młodym dziewczynom pomogły zrozumieć, że to nasza głowa kreuje w nas pojęcie normalności. To perspektywa, jaką mamy w sobie pozwala nam zrozumieć inność drugiego człowieka.  

Wniosek jest prosty – dopóki jesteśmy częścią większości i czujemy w grupie oparcie uważamy siebie za normalnych. Ale tak naprawdę to nie da się ustalić prawdziwej granicy pomiędzy tymi dwoma pojęciami. Mózg ludzki jest skomplikowany i bardzo głęboko indywidualny. Dlatego moja czy twoja opinia “ona jest nienormalna” nie jest żadną logiczna oceną. Jest tylko odczuciem chwilowym, w zależności czy właśnie jestem “Alicją malutką czy tą wielką, która nie mieści się w świecie, gdzie chwilowo przebywa”.

Dla dziecka życie jest krainą czarów. Bajki opowiadane przez rodziców czy ukochaną nianię rozwijają i rozbudzają wyobraźnię, dzięki której dziecko potrafi odnaleźć się w rzeczywistości.  Później już jest coraz trudniej. Znika elastyczność myślenia, dziecięca wyobraźnia. Normy, zasady przytłaczają nas i gubimy się w tym, co powinno być otwarte, tolerancyjne i elastyczne. Tylko od nas samych zależy jak ułożymy sobie swój świat normalności. 

W głowie jednego człowieka jest wiele sprzeczności. Myślę, że jestem osobą z dużą wyobraźnią, a jednak ciśnienie norm, zwyczajów i nakazów często przeszkadzają mi w ocenie ludzi i najbliższego mi codziennego świata. Łatwo uruchamiają się sprzeczności i absurdy, z którymi często trudno sobie dać radę.  

Nie jestem w tych odczuciach samotna. Współczesność jest tak naszpikowana przepisami i zakazami i nakazami, które są nam wpajane od wczesnego dzieciństwa, że życie wydaje się “krainą czarów”, tyle że piekielną. Zawsze na swej drodze spotkamy okrutną apodyktyczną Królową (o, tu miałabym wiele przykładów 🙂, głupiego Szaraka bez piątej klepki czy bojaźliwego, wiecznie spóźnionego (ach, zawsze ten czas!!) Królika. Nasze życie niewiele odbiega od “Alicji w Krainie Czarów”.  To walka z nieustającym wyborem normalności i anormalności. I choć wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy uparcie będą widzieć w tej powieści tylko baśniową opowiastkę dla dzieci, dla mnie świat Alicji to nasza rzeczywistość, to błąkanie się wśród odmiennych charakterem, emocjami, kulturą ludzi.

Od czasu spopularyzowania internetu i łatwych możliwości cofania się wstecz, wehikuł czasu stał się w literaturze i w ludzkiej wyobraźni bardzo atrakcyjnym elementem życia “realnego”. Alicja przestała być dla ludzi przewodnikiem ułatwiającym zrozumienie  porównania i pomostem pomiędzy normalnością a innością. Dla młodych ludzi zdecydowanie prostsze są współczesne sposoby połączeń przeszłości, czasów współczesnych i przyszłości poprzez nieograniczone dziś możliwości technologiczne. Do wyobraźni młodych (i nie tylko młodych) takie obrazy  przemawiają  szybciej i jaśniej niż intelektualna zagadka “Alicji..” Cóż, “Alicja” ma już ponad sto lat. Nic dziwnego, że  powoli staje się  niezrozumiała i zbyt trudna do rozwiązania. A szkoda.. 

Wyobraźnia każdego z nas jest wielka, ale nigdy nie jest identyczna z mózgiem drugiego człowieka.  Czujemy i widzimy rzeczywistość podobnie a jednak inaczej. Rozmawiamy, dyskutujemy, kłócimy się – i to jest bardzo twórcze! Dzięki temu bohaterowie Gwiezdnych Wojen, powieści Stanisława Lema, czy choćby powieści R. Mroza “ Projekt Riese” i setki innych dzieł literackich i filmowych, które są tworem wyobraźni ludzkiej ukazującej jak można przenieść się w czasie (umownym!!) w przeszłość lub przyszłość fascynują nas od lat tak samo mocno. Od wieków ten temat nie jest nam obcy i nie jest obojętny. I ma wiele wymiarów. Tworzy w naszych głowach najprzeróżniejsze światy. 

Normalny, bliski i mój.  I taki, który wydaje się daleki – anormalny.. 

Ale – czy naprawdę tak bardzo różny od twojego?? 

Wszystkie problemy Alicji można próbować rozwiązać albo przynajmniej starać się.  Trzeba tylko poczuć się w swojej głowie trochę dzieckiem, trochę Kotem – Dziwakiem, trochę kłótliwym Szalonym Kapelusznikiem. Nie jest to łatwe, ale możliwe… Może właśnie dlatego odważam się o tym napisać.  

Warto podjąć dyskusję, warto spojrzeć w lustro i poczuć się Alicją..

Zakończę te rozważania na temat normalności, czasu, który jest albo go nie ma piosenką „Czas uczy nas pogody” śpiewaną przez Grażynę Łobaczewską (byli tez inni wykonawcy)

„Wiele dni, wiele lat, czas uczy nas pogody
zaplącze drogi, pomyli prawdy…”


BACK

Na zielono. Poczuj się lepiej!

17 marca 2023

Moja  blogowa strona jest zielona.! 

Lubię zmiany, więc próbowałam zmienić też jej kolor. I cokolwiek robiłam – wszystko kręciło się wokół zielonego. Mój ulubiony to świeży, żywy, wesoły i jaskrawy. Ale – są dziesiątki odcieni zieleni: butelkowy, miętowy, limonkowy, oliwkowy, szmaragdowy, morski, pistacjowy, seledynowy, trawiasty… I jeszcze można by piętrzyć kolejne odcienie. 

Nie jestem maniaczką, nie trzymam się tylko jednego koloru. Wręcz przeciwnie – lubię kolory różne, mocne, lubię świat wielobarwny i nie boję się ostrych zestawów kolorystycznych. Co więc jest takiego w zieleni, że przyciąga mnie jak magnes? 

Kolory wymyśliła natura, a człowiek przyswaja je sobie na swój własny sposób.. Kolory są potrzebne w życiu każdego z nas i w każdym momencie nieco inaczej. Właśnie barwy są metodą badawczą w psychologii, muzyce, medycynie i sztuce. Innymi słowy – bez koloru nie ma normalności. Bo biały i czarny to też kolory, choć często ludzie mówią – “ja nie lubię kolorów, dla mnie istnieje tylko czarny i biały.” Ja osobiście kolor beżowy i szary uważam za “bez-kolory”, ale to także kolory, które mają swoją wymowę i różnym ludziom są potrzebne.   

Wszystkie aspekty życia, wybory, decyzje, nastroje i wrażenia opierają się na kolorystyce. Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo wpływają na to, co się z nami dzieje i dlaczego. Psychologia potrafi określić naszą osobowość, charakter nawet pragnienia na podstawie kolorów, które lubimy lub nie. Niekoniecznie musimy do końca w to wierzyć i wcale nie jest to jednoznaczna opinia, bo przecież paleta kolorów jest wielka, a my nie identyfikujemy się tylko z jednym kolorem. Odcienie kolorów są różne, przenikają się wzajemnie i podobnie jest z ludzkim charakterem i naszą głęboką osobowością. 

 A jednak – często wyróżniamy jeden kolor, lubimy go bardziej niż inne. Dlaczego? Znów psycholog czy psychiatra miałby tu więcej do powiedzenia niż ja. 

Zieleń jest kolorem ziemi, natury. Jest wszechobecna, o każdej porze roku, w każdym miejscu. Odpręża, koi nerwy, przynosi dobrą energię. Ma wszystkie te zalety, o których mówimy “ ekologiczne”. To takie modne i ważne słowo w dzisiejszych czasach. Zieleń można  łatwo łączyć z innymi kolorami. Ale także można podświadomie używać go z wielu innych powodów, które “biegają” w naszej głowie.   

O znaczeniu tego koloru można poczytać w setkach naukowych rozprawach w bardzo różnorodnych sferach życia i nauki. I nie myślcie, że ten kolor ma tylko pozytywne skojarzenia i znaczenia!  Choć zdecydowanie pozytywnych jest więcej. 

Z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości  zielony kojarzy się  z wakacjami na wsi (Laskowa, koło Limanowej), niedzielnymi wycieczkami z rodzicami ( bo – może nie wszyscy pamiętają, ale w soboty rodzice pracowali jak w każdy inny dzień tygodnia a my chodziliśmy do szkoły 🙂). Zielone góry, lasy z wysokimi drzewami. Te liściaste i te szpilkowe. Błękit nieba i zieleń wszędzie wokół. Kamienie górskiej rzeki Łososiny, śliskie od zielonego “wodnistego mchu”. A później kolonie zuchowe i obozy harcerskie, zawsze w terenie zielonym, gdzie wszystko działo się w zielonej naturalnej scenerii.

Nadszedł czas młodości, niełatwej w naszych komunistycznych polskich warunkach, a mimo to  każdy dzień przynosił coraz więcej marzeń – zielony kolor miał posmak nadziei.  Zielona koniczynka na szczęście, zielony szmaragd to kamień szczęścia. Zawsze lubiłam zielone pierścionki. Rzadko dostawaliśmy w tamtych czasach takie prezenty, zaręczyny nie kojarzyły się z pierścionkiem jako koniecznym elementem przedmałżeńskiej umowy. Ale gdy zdałam maturę Tata przyniósł mi duży bukiet kwiatów, a wśród zielonych dużych liści zawieszony był pierwszy prawdziwy  pierścionek! (oczywiście, nie licząc tych, które czasem udało się wyłudzić od rodziców na odpustach 😂 ) Ten złoty pierścionek składał się z pięciu cieniutkich obrączek połączonych w jeden, na każdym znajdowały się drobniutkie szmaragdy i opale, które układały się w ładny wzór skośnego kwadratu. Może i nie był tak piękny jak dziś modne pierścionki z diamentami, ale dla mnie zawierał tak ogromną dawkę emocji, miłości i piękna, jakiej wcześniej tak obrazowo nie doświadczyłam.

Ten zielony pierścionek ma już ponad 50 lat..

Pierścionek nosiłam od święta i dużych okazji, był dla mnie relikwią rodzinną i miał wielkie emocjonalne znaczenie. Właściwie – powinnam powiedzieć: MA,  bo po latach przekazałam go swojej córce Kasi, w równie ważnym momencie jej życia. A wraz z nim – tę samą miłość ukrytą w zielonych maleńkich szmaragdach. W kolorze nadziei, spokoju, harmonii wewnętrznej. Kolorze siły witalnej, której na pewno jej nie brakuje!  Mam nadzieję, że i ona widzi w zieleni tych szmaragdowych oczek coś więcej niż “tylko pierścionek”. 

Mój dom jest kolorowy – ale zieleń jest dominującym kolorem. Nie umiem się temu oprzeć 🤔

Z tamtych czasów pamiętam także częsty temat “zielonych” Czyli o dolarach mowa. Mieć dolary – oznaczało mieć szansę na lepsze a przede wszystkim łatwiejsze życie. Zakupy w Pewexie za dolary (a czasem za bony, wymiennie) to było marzenie wielu z nas. Polacy robili wszystko co możliwe, by wyjechać do Ameryki, popracować parę miesięcy, rok albo i dwa i wrócić do kraju z dolarami.  Za zielone (oczywiście wymienione po “czarnym kursie” ) można było dom wybudować, auto albo mieszkanie kupić i żyć znacznie lepiej niż przeciętna polska rodzina.  Właśnie niedawno przeczytałam gdzieś, że w latach 70-tych czarnorynkowa cena dolara utrzymywała się w granicach 100-150 złotych. A już na przełomie lat 1982-88 cena wzrastała sukcesywnie od 300 zł do 800. 

Ludzie, którzy pracowali oficjalnie zagranicą lub dostawali spadki, darowizny ze strefy dolarowej formalnie otrzymywali wypłaty w polskim banku w bonach. Można je było wykorzystać na zakup rarytasów w Pewexie (i to nie tylko ciuchów czy smakołyków) ale także można było kupić materiały budowlane, wyposażenie mieszkań, sprzęt domowy jak lodówki, zamrażarki, samochody itd. Wszystko, co “normalnemu” człowiekowi w tamtych czasach mogło się tylko przyśnić. 

Takie były moje pierwsze prawdziwe jeans! Tak, dokładnie taki kolor!

Za to handel dolarami na czarnym rynku kwitł (ryzykownie 🙂) i miał się dobrze, mimo, że był nielegalny. Pamiętam, że swoje pierwsze prawdziwe jeansy kupiłam w Pewex-ie za pożyczone dolary od mojego (ha! młodszego kuzyna). To były ciemno-błękitne “RIFLE” za $7!!! Były piękne – wąskie rurki, czysty fantastyczny kolor. Wielkie marzenie młodej dziewczyny! Miałam wtedy może 15 lat.. Boże! Jak ja długo zbierałam złotówki, żeby mu oddać za te dolary! 

 “Zielone” – to był synonim dobrobytu w biednej Polsce. Koniak kosztował $2.20, można było kupić dzieciom prawdziwe czekolady, odżywki do mleka. 

Nasz pierwszy NOWY (nieużywany) samochód – oczywiście Maluch czyli Fiat 126 kupiliśmy za dolary zarobione przez mojego męża w czasie jego pierwszego pobytu w Stanach w 1982 roku. Był tam trzy miesiące, trochę podróżował, trochę pracował, a po powrocie – mogliśmy kupić auto. I jeszcze przez długi czas mieliśmy pieniądze na różne przyjemności. 🙂  Takie to były czasy! Zielone to był nie tylko “biznes”. To była szansa na lepsze życie, na spełnienie życiowych marzeń, bo  normalny sposób zarabiania takiej szansy nie dawał.

Zielone pozwalały również spełnić marzenia o podróżach. Był taki czas, że jeśli nie wykazało się posiadania konta dolarowego, to nie było szans na wyjazd do Jugosławii, Turcji, Grecji. Trzeba było przywieźć do kraju z jednej podróży pewną ilość dolarów, zgłosić to na granicy, wpłacić do banku, by następnego roku udowodnić, że posiada się środki na kolejną podróż.  Wiem to dobrze, bo mój ojciec bardzo starał się podróżować do innych dostępnych wtedy krajów a potem w latach 70 i 80-tych ja już z mężem robiliśmy to samo.  Nie jestem pewna czy ktoś z młodego pokolenia potrafi dzisiaj to zrozumieć..  

Jest takie popularne powiedzenie: Pokaż mi swoją szafę a powiem ci kim jesteś”.

W mojej szafie wszędzie jest cos zielonego! Albo jakiś mały zielony element..

Nie wiem czy moja szafa mogłaby służyć za taki dowód ale na pewno można w niej znaleźć mnóstwo zieleni albo przynajmniej zielonych akcentów. Już dawno zauważyłam, że gdy przeglądam ciuchy, biżuterię torebki w sklepach to wśród  dziesiątek “szmat” ściśniętych na wieszakach czy też luźno porozwieszanych na miejscach do przyciągania wzroku klienta – prawie zawsze odruchowo chwytam za coś, co jest zielone. Co nie znaczy, że kupuję tylko zielone. Ale instynkt działa dla oka jak magnes. ZIELONY – i to we wszystkich odcieniach – od najbardziej jasnych delikatnych aż do bardzo ciemnych prawie czarnych. Nie ma zieleni, której nie lubię! Jest zdecydowanie MOIM kolorem. Mogę dodać czerwień, żółty, szafirowy, czarny ale i tak zielony wyjdzie na wierzch. 

Nie ma takiego czegoś: to NIE MÓJ kolor! Każdy kolor jest dla każdego. Trzeba tylko mieć trochę więcej odwagi, by ubrać zieloną marynarkę czy czerwone spodnie. Zwłaszcza ludzie w starszym wieku uważają, że “nie wypada”. Wszystko jest dla ludzi, wszystko zależy od tego, jak w danym kolorze się czujemy . 

Nawet konewki są zielone 😀

Dlatego tak lubimy ogródki, własne działki pod miastem, grządki kwiatków na balkonach, kwiaty doniczkowe w domu. Powiew zieleni daje radość, poczucie spokoju. A z dodatkiem każdego innego koloru po prostu jest piękna! Zieleń w mieście to temat, który jest zawsze na czasie. Parki, ogródki, trasy spacerowe wśród drzew – nikt nie wyobraża sobie miasta bez zieleni! 

Domki Hobbitów, zieleń przestrzennych łąk i pól. (zdjęcia z sieci)

Najpiękniejszą zieleń zapamiętałam z podróży do Nowej Zelandii. Jest mnóstwo miejsc na świecie gdzie zieloność piękna, wręcz przytaczająca swoja siłą – Hawaje, Costa Rica, Peru… można by wymieniać długa listę. Ale zieleń w Nowej Zelandii ma coś w sobie niezwykłego. Ma siłę, stanowi epicentrum zieloności. Ma w sobie taką wielką świeżość i energię, że człowiek zanurza się w niej jak w oceanie spokoju i wyciszenia.  Nowa Zelandia jest jedną wielką zieloną łąką! Zieloną z dziesiątkiem odcieni, od jaskrawych do ciemnych butelkowych. W zależności od miejsca, pory dnia, słońca. Ma wiele łagodnych wzgórz, leniwych potoków, czystych przejrzystych. Jeśli do tego dodać ogrom kwiatów, niezwykły błękit nieba, odgłosy pszczół, motyli i zapach ziół traw, to nigdzie drugiego takiego obrazu nie znajdziesz. 

Baby- owieczka urodzona kilka godzin temu. Przez moment była z nami w naszym wycieczkowym autobusie.

Zapamiętałam taki obrazek – wjechaliśmy na tereny słynnej atrakcji turystycznej Nowej Zelandii – Hobbiton, gdzie kiedyś powstał film „The Hobbit”, na podstawie słynnej powieści “The Lord of the Rings”. Autobus zatrzymywał się co kilka minut, pan przewodnik opowiadał całą historię miejsca i powstawania filmu a ja z zachwytem oglądałam niesamowitą zieloność tej ziemi.  Nagle autobus zatrzymał się i wsiadł do niego młody chłopak z bielutką owieczką na rękach urodzoną dosłownie przed godziną czy dwoma.. Gdy wyszliśmy z autobusu, biała śliczna delikatna owieczka na tle intensywnej zieleni to obrazek, który utkwił mi w głowie na całe życie! To właśnie jest zielona Nowa Zelandia “w pigułce”!! 

Zielone oczy są niezwykle atrakcyjne. Kocie oczy. Zielone oczy podobno częściej posiadają kobiety, choć ogólnie procent ludzi na świecie z zielonymi oczami jest niewielki (podobno tylko 1-2% populacji.) Uważa się, że na podstawie koloru oczu lekarze potrafią wyjaśnić i ocenić wiele chorób, większą czy naszą podatność na niektóre, ale ja jakoś bym się tym za bardzo nie fascynowała 😀. Jednak nie dziwi mnie powszechna ocena, że “oczy zielone są seksowne, spokojne i inteligentne”. 🤔

W marcu, 17-go, obchodzimy Patrick’s Day. Kiedyś nie miałam pojęcia o takiej tradycji, ale dziś wiem, że to także piękne, irlandzkie, zielone święto.  Tego dnia nawet rzekę maluje się na zielono. I piwo pijemy zielone i zieloną koniczynkę , w dowolnej postaci, na szczęście, nosimy przy sobie. I musimy mieć “coś” zielonego na sobie albo chociaż przy sobie!  Bo zielone jest piękne. I szczęśliwe! Niesie z sobą powodzenie, spokój, harmonię w sercu i duszy, nadzieję na dobro. Jest symbolem płodności (też ziemi), powodzenia w życiu i biznesie, witalności, energii – czyli samych dobroci w naszym życiu! 

Ale – uwaga! Są też negatywne historyczne odniesienia tego koloru. Można o tym przeczytać i dowiedzieć się w wielu pracach naukowych o różnych innych kulturach i tradycjach. Tak, zgodnie z tym, co mówi mądre przysłowie: „Kij ma DWA końce” 

Dla mnie zieleń to – nadzieja, zdrowie, spokój, młodość i wciąż każdego roku odradzające się życie. I tego się trzymam!!  

 “Grasz w zielone? Gram! Masz zielone? Mam!”

*********************

„Zielono mi” – słowa tej piosenki napisała Agnieszka Osiecka w 1970 r. (jakże by inaczej!) muzykę stworzył Jan Ptaszyn Wróblewski. Pierwszym wykonawcą był Andrzej Dąbrowski, później Andrzej Zaucha, Anna Maria Jopek, Mariusz Lubomski i inni. Ja wybrałam interpretację Katarzyny Nosowskiej. A wam się podoba?


BACK

O Kobietach – dla Panów, ale także dla nas

03/08/2023

Stary i banalny temat. Cokolwiek dziś powiem o kobiecie, machnięcie zniecierpliwieni ręką i powiecie – to już było, tak już jest i będzie.  Bo jak świat światem, kobieta i mężczyzna to odwieczny konflikt, a zarazem największy i najsilniejszy magnetyzm ciał i serc. 

Smutną historię mojej kochanej przyjaciółki Beatki M. wielu z was pamięta. Ale życie biegnie naprzód, Beatka ma się na swój sposób dobrze i jest po swojemu szczęśliwa. A ja wracam myślami wciąż i wciąż i nie mogę pogodzić się, że los potrafi być tak przewrotnie okrutny. Nie! nie będę wracać do tamtych ciężkich dni i miesięcy. Wiele wspólnych lat, a przede wszystkim teatralna przygoda życia połączyła nas nierozerwalnie. I przyszło mi na myśl, że skoro mam ochotę na wynurzenia o kobietach, o mnie, o was drogie moje przyjaciółki i koleżanki, to właśnie Beatka będzie dziś dla mnie inspiracją. 

Marzec rozwiewa świeżą delikatną zieleń, rano pięknie ptaszki śpiewają w moim ogródku, który dopiero zaczyna być wyzwaniem do wiosennych porządków. Ale marzec to, jak przypomniał mi kilka dni temu, mój brat – także Dzień Kobiet. Kiedyś oficjalnie (w komunistycznej Polsce) bardzo poważna tradycja a dziś zabawny, ciepły, “kobiecy” dzień.  

Nie wiem jak w Polsce, ale tutaj obrazek “Międzynarodowego Dnia Kobiet” jawi mi się zupełnie inaczej niż w dawnych czasach polskich.  

Wrócił do mnie dawny pomysł, który 17 lat temu wymyśliłyśmy razem z Beatką i zrealizowałyśmy go na scenie Teatru z Ewą K. i Mariuszem Z.  

Programy obu przedstawień.

I tak w 2006 roku powstał dyptyk pt. JEJ PORTRET czyli… na dobre, na niedobre i na litość boską” . Pierwszą część pokazaliśmy houstońskim widzom w kwietniu (a potem jeszcze raz w czerwcu) i była ona mojego autorstwa.  Drugą część stworzyła Beatka i wystawiliśmy ją w listopadzie 2006 r. 

Trzy kobiety – Wiosna, Lato, Jesień i.. PAN!

Był to czas, kiedy już nasz zespół trochę rozsypał się po świecie (co nie znaczy, że nie zgromadził się później, na inne przedstawienia).  W kompletnie nieracjonalnym i szalonym zwidzie, uznałyśmy, że zagramy tę sztukę we trzy. Przy czym wcześniej ani Beatka ani ja nie grałyśmy jako aktorki Teatru Ogniskowego. Ja miałam trochę doświadczeń z czasów szkolnych (HA! HA! HA!!!) a Beatce zdarzyło się śpiewać i nieco obyć się ze sceną. Co innego Ewa – ona już dała się poznać jako nasza aktorka śpiewająca i grająca. Mariusz Z. zawsze i wszędzie był na posterunku i od razu wiedziałyśmy, że nie przestraszy się takiej “trójcy”, nie zawiedzie nas.  Cokolwiek będzie robił na scenie z nami, będzie perfekcyjny, elegancki, spokojny, wyważony i taki.. męski!   

Do dziś nie rozumiem jak Beatce udało się mnie namówić do roli aktorki. Co innego napisać adaptację sztuki, wymyślić, wyreżyserować, wycisnąć ostatnie poty z aktorów.  Ale zagrać to, co stworzyłyśmy same? Ba, nawet wziąć udział w śpiewaniu?? Hmm.. Jako tło i echo 🙂 (posłuchaj piosenki “W żółtych płomieniach liści” – część druga dyptyku) . 

prawda, że ślicznie zaśpiewane?..

W ten sposób powstało podwójne przedstawienie o nas – Kobietach. Każda z nas miała nieco inny zamysł, dlatego tak naprawdę te spektakle są podobne – ale inne. Bo “kobieta zmienną jest” jak mówił niejeden poeta. 🙂

Część II „Portretu” Tym razem nasz Pan ma głos! (odsyłam do fragmentów przedstawienia)

“Jesteśmy takie i owakie: białe, czerwone i czarne. Zielone niebieskie i pstrokate..” Tak napisała Beatka we wstępie do programu II-ej części. 

Kobieta to motto, symbol, temat dla poetów, malarzy, męskich plotkarzy, mężów, narzeczonych.. I kobiet też!  Sposoby obgadywania płci pięknej, Heter, Bab, Kochanek, Lasek i Zołz itd. (I tu określeń mam jeszcze cały zapas, a słownik synonimów pewnie jeszcze dziesięć razy więcej !) są tak wymyślne i tak emocjonalne, że niejedną pracę doktorską można by o tym napisać. 

Pisano o nas ze śmiechem i uśmiechem, złośliwie, żartobliwie, uszczypliwie, obleśnie. Z miłością i nienawiścią. Z podziwem i druzgocącą krytyką. 

Nie ma takiego sposobu, żeby zebrać i ułożyć ten wywód jednoznacznie i logicznie. Można tylko wybierać. A ten wywód jest nieskończenie bogaty. 

I co tu dużo mówić – w dużej części zależy też od Panów!  To oni wpływają na kobiety, od nich często zależy “obecny i aktualny portret”.  Czas, losy dwojga ludzi, moment, w którym jesteśmy ze sobą może portret zmieniać. Na lepsze i na gorsze. Na szczęście i na smutek. Bo jak w całym naszym życiu – doświadczenia uczą nas, kształtują związki poważne, te na “całe życie” i te, które pozostają przelotnym flirtem, wspomnieniem wyjątkowych wakacji, migawką jednego spotkania, jednego uścisku ręki. Albo… koszmarem, który nie chce nas opuścić przez wiele następnych lat życia. 

Kobieta – jego Kobieta – kobieta, którą ten PAN wybrał, jakikolwiek był jego cel i sposób na życie, może okazać się wszystkim: Aniołem, Szatanem, Motylem i Ćmą ulotną, Kochanką na trudne chwile, na zimny i deszczowy wieczór.  Jeszcze inna okazuje się być Tyranem, Potworem, Kokotą.  Bywa i to często, że jest Ofiarą, Ofermą i Ciamajdą..  (posłuchajcie fragmentu mojego autorstwa, który był częścią tekstu scenicznego)

Jestem .. każdą po trochu- fragment sztuki „Jej portret” część I.

Jesteśmy wszystkim po trochu.. Zmieniamy się w różnych częściach naszego życia jak kameleony. I wy Panowie często bywacie tłem tych nastrojów. To wy często kształtujecie  zmienność kobiety! 

“Być kobietą” – tak to wyglądało w słowno- muzycznym przekomarzaniu się na scenie (Portret – część II-ga) 

„BYĆ KOBIETĄ” – na wesoło i z sensem 😍 😀

Wiosna życia, hormony, które szaleją jak opętane objawią się  szaleństwem uczucia, marzeń planów, jeśli tylko pojawi się ON. Spojrzenie jego oczu, kilka ciepłych słów, których nikt inny nie usłyszy, bo “przecież przeznaczone są tylko dla mnie..” Obietnice, wspólne plany. Czasem udaje się na długie lata, na zawsze!

(Tak, tu jestem pod wrażeniem 50 rocznicy ślubu moich krakowskich Aniołów! – 50 lat i wspólne marzenia, pragnienia realizowane czasem łatwo, a czasem w bólu i walce. Bo nikt nam nie obiecywał, że życie będzie łatwe. Ale można dać rady! Oni dali radę, oni potrafili!

Zdarza się, że nie udaje się. Znika przystojniak wymarzony, odchodzi “w siną dal”, pozostaje trochę smutku, trochę wzruszeń, ulotne wspomnienie, że było miło. Też dobrze. Byle nie było jak w wierszu/piosence autorstwa Michała Zabłockiego, jednego z twórców Piwnicy pod Baranami. W naszym Teatrze oddaliśmy głos w tekście Ewie Kuleszy, która stworzyła z tego dramatyczną i energetyczną scenkę źle ulokowanych uczuć i namiętności, które w końcu prowadzą do tragicznego finału związku dwojga ludzi. Piosenka kiedyś zaśpiewana przez Rafała Jędrzejczyka w „Piwnicy” (można posłuchać na Youtube ), w interpretacji Ewy K. wydaje mi się dużo bardziej wymowna. Może dlatego, że w kobiecym wydaniu siła nieszczęśliwego związku jest porażająca?.. 

Ewa Kulesza – „Jeszcze się przecież nic nie stało, jeszcze się wszystko da odkręcić…

Nie da się przejść przez życie i trzymać się schematu, w którym wszystko jest albo białe albo czarne. Kiedy jesteśmy młodzi wydaje się, że szaleństwo, świeżość myśli i odczuć ułatwi nam taki obraz. Przecież mamy przed sobą całe życie, możemy je wyciskać jak cytrynę do ostatniej kropli soczystego soku. Przyszłość jawi się w pastelowych kolorach, nic nie jest w stanie tego obrazu zmienić. 

A potem lata dodają się, każdego roku jeden dzień, jeden miesiąc więcej. Stajemy się coraz bardziej dojrzałe, już wiemy co to jest pełnia szczęścia i co to łzy…

Nie chcę, nie pozwalam się zepchnąć na “drugi plan”! Walczę z trudnościami, nieprzychylnościami świata wokół, nie godzę się na „bylejakość”. Chcę osiągnąć sukces, chcę mieć dzieci, szczęśliwą rodzinę, dom z kominkiem, a w tym wszystkim własne JA.  Tak – z czasem staję się wredną zołzą, walczącą kobietą. Nie podoba się to Panom. Przeszkadza im w karierze, w wizji Kobiety, którą mają w pamięci z początku cudnej znajomości, ciepłej, miłej, potulnej. Z którą czuliby  się bezpiecznie…

I tym momencie w życiu nadchodzi chwila, kiedy  wiele trzeba zmienić. Użyć KOMPROMISU. Dogadać się tak zwyczajnie, na co dzień. Dzień po dniu budować ciepło, bezpieczeństwo, porozumienie. Gdzieś wczoraj a może kiedyś dawno, usłyszałam taką wypowiedź w którymś z filmów: Kobiecie nie wystarczą piękne oświadczyny raz na całe życie, ona nie zapamięta tej jednej jedynej obietnicy.”.. Mój mężczyzna musi się starać, powtarzać “kocham” każdego dnia (no.. może po prostu częściej niż dwa razy do roku 😉), choćby taki zwykły polny rumianek. Obsypywać “darami” słów ciepłych, wzniecać ogień, który łatwo po kilku czy kilkunastu latach przygasa. Wtedy, proszę Pana, możesz liczyć na to samo. Zołza będzie miła, ciepła i uda się Ci stworzyć uśmiechnięty portret ukochanej “Kobiety – Tyrana, Hetery czy Matki ”.

W rolach głównych – J. Stuhr i O. Łukasiewicz. I niesamowite role kobiece – B. Tyszkiewicz (Berna) i B. Stryjkówna (Lamia) – a także inne świetne kreacje aktorskie.

Panowie! Kobiety są nieprzeniknione, tajemnicze, trudne do zrozumienia. Ale to wy macie w sobie wiele narzędzi i jeśli tylko chcecie i umiecie się nimi posługiwać, macie szansę zbudować bardzo piękny kobiecy świat! Dla przypomnienia wrzucam tytuł filmu, klasyk w temacie: kobieta- mężczyzna,  “Seksmisja” – gorąco polecam. 🙂

Lata mijają, wspólnie albo osobno. Z konieczności lub z wyboru. Ani się nie obejrzałam a już minęła i wiosna i pełnia życiowego lata. Jest jesień. Pogodna, złota i spokojna. A przynajmniej taka powinna być. I nie myślę tu o braku nieprzewidzianych wydarzeń i niespodzianek, bo te w moim życiu zdarzają się często. Myślę o własnej filozofii, wypracowanej przez lata doświadczeń – o łezce w oku, gdy wspominam dobre chwile, o tym, że nie żałuję szaleństw i błędów które się zdarzyły. I zdarzają się nam wszystkim – i kobietom i mężczyznom. 

Jestem “jesienią’ – taką, która daruje innym więcej niż przyjmuje.

Wspomnienia z przeszłości – dziś już jesienna kobieta umie zachować dystans..

W moim życiu mężczyźni przynosili kwiaty, pamiętali o ważnych dniach, podgrzewali ogień, który bywał ledwie tlący się. Byli i tacy, o których nie chcę pamiętać, szarpali nerwy w pracy, rzucali złośliwościami, byli niemili. Cóż,  nie ma idealnych kobiet, a co dopiero mężczyzn!

Jak powiedział Stanisław Witkacy: ” Prawdziwa Kobieta nie jest zła ani dobra. Jest KOBIETĄ – to wystarcza, a winni są zawsze tylko i jedynie mężczyźni” 😂)

Są za to kobiece przyjaźnie, których nie zastąpi nikt i nic. Są przyjaźnie ze szkolnej ławy i takie “od zawsze”. Są i trwają! Kobiece wspólne pasje, plotki i kieliszek czerwonego wina łączą je mocno, chronią przed zwyczajnością i są lekiem na monotonię życia. 

I zdarzają się Faceci, którzy choć nie mają nic wspólnego z “Venus” i przybyli do nas prosto z “Marsa”, to  potrafią zrozumieć nas, nawet te wszystkie “Choleryczki, Zołzy, Małpy, Matki i Wydry”. Jeśli ktoś z mojej rodziny będzie to czytać, to łatwo pojmie o kim mówię. 🙂   

Zołza, choleryczka? a może po prostu.. życie

A jak po drugiej strony lustra widzą to nasi Panowie?  

Zacytuję tu wiersz Adama Ziemianina, który dawno temu Mariusz Z. “podarował”  nam – trzem Kobietom na scenie, w “Jej portrecie”.  I pewnie wielu innym ważnym dla niego kobietom… Drogie Panie! To brzmi bardzo optymistycznie! 

“Z tobą by konie kraść
różaniec odmawiać
tańczyć białe tango
do białego rana
Do rany cię przyłożyć
do zdjęcia iść z tobą
niech sobie fotograf
nie myśli byle co
O tobie pisać wiersze
nawet te bez rymu
o tobie rozmawiać
w kolejce po gruszki
Dla ciebie jabłka zrywać
studnie kopać w skale
wiadro wody wylać –
może się obudzisz.”

(autor: Adam Ziemianin, w imieniu Panów od Mariusza Z.)

Panowie, kochajcie nas, nie tylko w Dniu Kobiet, nie tylko w marcu, nie tylko od wielkich okazji. 

Potrzebujemy ciepła i opoki i dajemy dużo w zamian. 

„Kobieta jest najsłabsza, gdy kocha – najsilniejsza, gdy jest kochana. (autor: Erich Osterfield)

Kobieta jest organizmem ultra-doskonałym.Potrafi się regenerować po ekstremalnie ciężkich doświadczeniach. Przetrwa wszystko” (autorka: Katarzyna Noskowska)


BACK

Czekoladowo, walentynkowo, czyli jak oprzeć się słodkim zachciankom?

02/14/2023

Właśnie mijają kolejne Walentynki. To jakże popularne “święto miłości” w ciągu ostatnich kilkunastu lat wszyscy bardzo je polubili – młodzi, starsi i ci najstarsi. Nie ma się co dziwić. Przesłanie tego lutowego dnia jest bardzo ciepłe i potrzebne każdemu z nas. Kochamy w różny sposób i każdego dnia, ale nieczęsto wyrażamy to otwartym tekstem. I w tym ma nam pomóc między innymi – Dzień Walentynkowy. 

Mieszkając w Polsce nigdy o takim dniu nie słyszałam, choć w kalendarzu polskim Walenty obchodzi swoje imieniny 14 lutego od zawsze, ale imię nie było popularne i wiedzę o Św. Walentym mieliśmy “żadną”.  O celebracji tego dnia dowiedziałam się już będąc tutaj, w Stanach, a teraz w Polsce jest to tak samo popularne. Nawet nie wiem kiedy to się stało. 

Czekoladowy moment 😆

Wszystko oczywiście sprzyja biznesowi, w tym czasie sprzedaje się setki tysięcy bukietów kwiatów, półki zapełniają się przeróżnymi czekoladkami w specjalnych czerwono-różowych opakowaniach. Restauracje mają rezerwacje zrobione na walentynkowy wieczór na wiele tygodni naprzód i są pełne kochających się ludzi. No i młodzi uwielbiają planować ten dzień jako datę swoich zaręczyn czy ślubu. 

A ja.. pamiętam, że tego dnia są urodziny mojej kochanej Przyjaciółki . 😘 Fajnie jest być urodzoną w dniu miłości.. nawet jeśli nie mieliśmy na to żadnego wpływu.🙂

A ten dzień słodkości w słowach czynach i czekoladkach nasunął mi pomysł, że pogadam sobie o moim nieszczęsnym, ale bardzo przyjemnym uzależnieniu. 

Nie jest miło, gdy patrzę rano w lustro i widzę siebie stanowczo za “pulchną” (że nie użyję tu dosadnego określenia, żeby nie urazić innych i sama siebie.) Przez moment nachodzi mnie niemal depresyjne uczucie, ale na szczęście wiem, ze sama sobie to załatwiłam, a są rzeczy i uczucia ważniejsze, wiec odpuszczam złość, smutek czy niechęć do siebie🙂

Kiedyś byłam szczupła i zgrabna i piękna (ha! ha! ha!) jak wszystkie młode dziewczyny. 

Od zawsze lubiłam słodycze i nigdy  (mówię o tych młodych czasach ) nie miałam z tym problemu. Lubiłam jadłam, wybierałam a było w czym. Mama w każdą sobotę piekła fantastyczne ciasta, na każde święta słodkich wypieków było w ilościach do obdzielenia pułku wojska. Ktokolwiek zapraszał (albo wpadał bez zaproszenia) na herbatkę czy kawę, miał w szafce jakieś ciasteczko, czekoladki. I zawsze były dobre. Bo polskie czekolady były zawsze pyszne!!  Kto z nas “starszyzny” nie pamięta kasztanek czy malag? Albo „Chrupki krakowskiej”? W dzieciństwie, tuż obok naszej bramy wejściowej do kamienicy przez wiele lat mieściła się cukiernia. Boże, jak tam pięknie pachniało czekoladą!  Już samo wejście do środka zapowiadało rozkosz dla podniebienia. W czasach szkoły podstawowej zachodziłam do tej cukierni kilka razy w tygodniu i kupowałam batonik “Chrupka krakowska” Pamiętam, że kosztował 2 złote i 10 groszy. I jeszcze – batonik “Torcik pomarańczowy” za 2 złote i 60 groszy. Były malagi, kasztanki, mieszanka krakowska.

Ach, zapomniałabym o chałwie!! Polska fantastyczna chałwa. Była sprzedawana na wagę, w sklepie mieli ją w takich dużych blokach. Ta miłość do chałwy, niestety, została mi do dziś. Nie kupuję jej zbyt często, ale rodzajów i smaków jest tutaj mnóstwo. Tu można kupić chałwę grecką, turecką irańską. Ale żadna, nawet najlepsza nie ma tamtego smaku. A jak powszechnie wiadomo – smaków się nie zapomina.

Słodycze polskie to był towar eksportowy i mogliśmy się tym pochwalić w świecie. Tylko, że świat był “ograniczony” w wymiarach i rozmachu sprzedaży naszych słodyczy. 😟

Ale pamiętam, że w końcu lat 60-tych i początku 70-tych moi rodzice bardzo przyjaźnili się z rodziną z NRD. Oni często przyjeżdżali do nas na wakacje nad polski Bałtyk i wyjeżdżając z Polski do domu kupowali ogromne ilości naszych rodzimych słodyczy. 

A potem przyszedł kryzys – brak wszystkiego, w tym czekolad i innych słodkości. Przez dobrych kilka (a może kilkanaście) lat w sklepach cukierniczych mieliśmy “wyroby czekoladopodobne”.  Produkcja tych czekolad rozpoczęła się w początku lat 80-tych i spowodowana była trudnościami z zaopatrzeniem zakładów przemysłu spożywczego w kakao. Tłuszcz kakaowy zastąpiono tłuszczem innych roślin. W wyniku tego zabiegu czekolada w smaku była okropna!  Na wiele lat skończyła się era dobrych słodyczy. Niestety, moje dzieci doświadczyły tego obrzydliwego smaku, choć szczęśliwie dzięki podróżom i kontaktom z ludźmi z Zachodu, mogliśmy im także udostępniać dobre niepolskie słodycze. 

Wyrób czekoladopodobny. Wyglądał podobnie, ale smaku czekolady NIE przypominał! 😝

Ale ale.. Moje rozważania miały być o słodyczach i o mnie. O miłości do słodkości (ale takich naprawdę dobrych!) Nie o zwykłych ciasteczkach z czekoladowymi chipsami, nie o suchych twardych herbatnikach. Tak – uwielbiam słodycze i przez całe swoje “dojrzałe życie” próbuję z tym walczyć. Ale jestem też dość wybredna i naprawdę nie rzucam się na cokolwiek co jest słodkie. Lubię to, co naprawdę w smaku (dla mnie) jest pyszne. A więc – wybieram. A że wybór jest ogromny.. często trudno mi się oprzeć. 🙂 

Czekolada jest bodaj jedyną formą “słodką” która ma wiele zalet, wcale nie mniej niż wad. Powszechnie wiadomo, że dobra czarna gorzka czekolada jest bardzo pożywna, więc dwie trzy kostki mogą zastąpić mnóstwo innego, zbędnego cukru.  Pobudza nasz mózg i pomaga się lepiej skoncentrować, zmniejsza ryzyko chorób serca i jest idealna na cholesterol. Jest źródłem magnezu, którego bardzo potrzebuje nasz układ nerwowy oraz wszystkie mięśnie.  Jeśli chcecie dowiedzieć się  i przestudiować dalsze i inne pozytywy zjadania czekolady – nie ma problemu! Na ten temat wypowiedziało się już całe tabuny lekarzy, dietetyków i innych mądrych ludzi. (jeden z setek linków dołączam powyżej)

A ja – laik medyczny powiem jedno. Czekolada to jest TO!  Mój stres (niestety, jestem z kategorii nerwusów i raptusów!) bardzo lubi taką terapię!  Czekolada mnie uspokaja, przywraca poczucie balansu. Łagodzi zamieszanie w głowie. Nie wiem na ile prawdziwe są te wszystkie badania naukowe dotyczące cudownych działań czekolady, ale ja jestem przykładem przynajmniej części jej pozytywnych wyczynów. 

Czekolada wzmaga wydzielanie endorfin czyli hormonów szczęścia, dlatego podobno po zjedzeniu kilku kostek czekolady szybko poprawia nam się humor. Zaraz odczuwam lepsze samopoczucie i więcej energii do działania. 

Nie wierzycie? Spróbujcie mojej terapii – to nie żadna tajemnica.  A gdy jeszcze do dobrej czekolady dodam kieliszek wina albo mojej ulubionej Metaxy – mam już poczucie wznoszenia się ku niebu. 🙂

To był paragraf zachwytów i udowadniania, że czekoladę należy jeść i nie mieć wyrzutów sumienia. Kiedyś przeczytałam nawet, że czekolada w rozsądnych ilościach pomaga w.. walce z nadwagą. Ale nie jestem pewna czy po moich doświadczeniach powinnam w to uwierzyć. 🙂

Gdyby tylko czekolada.. Ale do tego są orzechy, rodzynki, mleczna czekolada, miętowa, z opiłkami pomarańczy nawet z.. chili.  A obok czekolady stoją sobie – w mojej głowie i potrzebach życiowych – dobre ciasteczka, ciasta wypiekane domowo i takie, których pełno można kupić w sklepach i zjeść w restauracjach, kawiarniach! I które na pewno nie są tak zdrowe i polecane jak królewska gorzka czekolada. 

Teraz czas na szczerość. Skąd te skłonności do słodyczy i dlaczego tak trudno mi je opanować? Bo czekolada – to nie wszystko.  

Tiramisu, bezy krakowskie, tort orzechowy mojej przyjaciółki Zosi, pączki Grażyny albo mojego brata, kruche ciasteczka z prawdziwą polską smażoną różą, karpatka, wypieki domowe cioci Hani i dziesiątki pychot, których nigdy nie potrafię sobie do końca odmówić. Potrafię zjeść tylko pół kawałka, ale nie mogę powiedzieć sobie STOP. 

Dlaczego tak się dzieje? Bo mam słabą wolę (tak), bo zawsze znajduję dla siebie wymówkę, że to tylko “kawałek” (tak), bo myślę sobie, że w końcu nie objadam się do “upadłego”, więc to strategia do przyjęcia (tak). A może to przyzwyczajenie z domu, gdzie zawsze było dobre ciasto? (tak). Może pamięć o czasach, gdy słodycze nie były łatwe do zdobycia a tak się chciało słodkości. (tak) I… geny, bo nie pamiętam, żeby ktoś z mojej rodziny nie lubił słodyczy (tak!).  

Poza tym słodycze dla mnie to coś, co wspomaga smakiem jeszcze coś ważniejszego – miłe towarzyskie spotkania, kieliszek winka wieczorem przy oglądaniu filmu albo fajnej rozmowie z bliską mi osobą. Nie mam w zwyczaju opychania się ciastkami czy cukierkami tak po prostu, bez powodu i bezmyślnie. 

W tym względzie przynajmniej nie muszę mieć wyrzutów sumienia.  

Znam tylko jedną osobę wśród moich przyjaciół i znajomych, która nie lubi, nie ma potrzeby jeść słodyczy. Stefan uwielbia mięsa, kiełbasy i wino, czyli jest jedzeniowo zupełnie “normalny” 😀 a jednak na słodycze nie da się go namówić. 

Trochę mu zazdroszczę, bo wygląda doskonale i problemy nadwagi nie są mu znane. Ale z drugiej strony… z mojego punktu widzenia – ile przyjemności go ominęło i to tych najsłodszych!? 🙂

Cukrzykiem nie jestem, choć przydałyby się w tej kwestii i w tym wieku wyniki bardziej idealne. Ale zmienić życie aż tak radykalnie, by wyeliminować słodkie dobroci całkowicie … nie, tego już nie uda mi się zrobić i chyba nie chcę. Sorry, mój koszyk z planami na kolejne dni i lata nie zmieści już tego punktu życiorysu. 

„Ziemniaczek” też ciasteczko!

 Z czasów młodości słodkie spotkania i przyjemne rozmowy przy ciastku i kawie wspominam bardzo ciepło. Gdy wracałyśmy we czwórkę ze szkoły (II liceum im. Sobieskiego w Krakowie) prawie każdego dnia wpadałyśmy do cocktail baru na ul. Karmelickiej. To było wtedy bardzo popularne miejsce i wielu młodych ludzi lubiło tam wpadać. Kawa z bitą śmietanką – to był przebój! A do tego, w zależności od dnia, nastroju, humoru i zasobów finansowych – kremówka krakowska, BEZA z bitą śmietaną i malinami albo napoleonka.. A jeszcze czasem “ ziemniaczek” – ciasteczko zrobione z okruszyn herbatników, orzechów, rodzynek, kakao itd. Zmielone składniki zmiękczone pysznym aromatem (arakowym, migdałowym? Już nie pamiętam..) uformowane w kulkę i obtoczone orzechami lub kakao. Też pychota!  Może wygląd nie był najbardziej przekonywujący, ale smak!..

W sezonie zimowo-karnawałowym były oczywiście pączki z różą (bo jakże inaczej!) ale na te zazwyczaj wpadaliśmy do ulubionej cukierni na Azorach (dzielnica Krakowa), w piątki po harcerskim dyżurze kadry. To był rytuał – dla nas ważniejszy niż niedzielne chodzenie do kościoła. Chłopcy zakładali się, kto zje najwięcej i już nawet nie będę przytaczać liczb wygrywających te zakłady. 🙂

Skąd braliśmy na to pieniądze? Nie mam pojęcia, ale nawet jak ktoś z nas nie miał forsy, to obok był przyjaciel, który tego dnia zapłacił.  Ależ to były słodkie znakomite czasy. Ile śmiechu, radości, fantazji! Piwa, wina czy czegokolwiek mocniejszego nie piliśmy w tamtych czasach, alkohol nie był nam do szczęścia towarzyskiego potrzebny. Natomiast dobre ciasta i ciastka były konieczne! 

Oto moja słodka “spowiedź”. Kto ma inaczej i daje sobie radę z niewinnymi nawykami zjadania łakoci i smakołyków, proszę podnieść rękę. Chętnie posłucham porad i doświadczeń co zrobić, żeby nie ogarniały mnie wyrzuty sumienia po zjedzeniu czekolady czy kawałka chałwy. A może ktoś woli podzielić się doświadczeniami, co lubi najbardziej ze słodkich delikatesów, jakie frykasy wspomina z dzieciństwa czy młodości?  Bo jak wiemy, w Świecie – “wszystko płynie” (Panta Rei). I smak słodyczy, ich wygląd, zawartość, sposoby produkcji czy pieczenia też się zmieniają. 

Tylko nasze smaki i zachcianki pozostają. I co ja mam na to poradzić??? 

A na koniec: uśmiech dzieciństwa! Jeśli masz wątpliwości i wyrzuty sumienia, to posłuchaj tej piosenki dla dzieci!

Czekolada NIE JEST ZŁA, skoro już dzieci to wiedzą ! 😂


BACK