16 maja 2026
W człowieku nie ma jednolitości. Nikt nie jest monolitem. Składa się na to nasz wiek, różnorodność sytuacji, nasze nastroje i dziesiątki innych mniej czy bardziej ważnych powodów.
A jednak – naukowcy, psycholodzy, przyjaciele i my sami staramy się określić siebie. Swoje charaktery i swoje preferencje. Poznać siebie na tyle, by móc przewidzieć nasze reakcje. Przygotować się na trudne sytuacje. Umieć dokonywać wyborów. Nie uzależniać się od innych ludzi. Żyć tak, by było nam jak najlepiej.
Takie “pobożne” życzenia. W dodatku wydają się być łatwe do zrealizowania, bo przecież… znamy siebie. Nic bardziej mylnego!!
Nie jesteśmy przygotowani do nagłych zmian, trudnych chwil i ludzi, z którymi się stykamy. Wtedy budują się nam w głowach “schody”, piętrzą trudności. Niby z każdym rokiem stajemy się mądrzejsi, ale to wcale nie oznacza, że jest nam łatwiej. Nasze doświadczenia to zbiór, w którym mamy dobre i złe pakiety zachowań. Jedne pomagają, inne utrudniają każdy nowy dzień.
I w dodatku rodzeństwo, małżeństwo, przyjaciele nie zapamiętują tego samego wydarzenia tak samo ja my. Jak to się dzieje, że po latach te same zdarzenia odbieramy zupełnie inaczej? Przychodzi moment, że rozmawiamy o czymś, co dotyczyło nas razem, a obraz tego wydarzenia mamy zupełnie różny. I nikt z nas nie kłamie.
Tyle, że zaczyna nam to przeszkadzać w porozumieniu. Nawet w akceptacji siebie. Tak jest między rodzeństwem, dziećmi i rodzicami. Tak jest na salach sądowych i w zwykłym małżeńskim życiu. Niedobrze. Ale – normalnie.
Trauma, poczucie krzywdy, słaba samoocena są wpisane w nasze życie. I gorzej – także niechęć, złość, krytyka. Pewnie jestem naiwna, bo wciąż mnie dziwi, że takie uczucia bywają tak silnie “pielęgnowane”.
W większości to są przeszłe wydarzenia, które owszem, przytrafiły się, ale już dawno powinniśmy o nich zapomnieć. A przynajmniej wybaczyć. Bo wybaczyć po latach jest łatwiej niż całkiem zapomnieć.
Pamiętam takie bardzo dawne mgliste wydarzenie w mojej młodości. Jako nastolatka miałam często anginy, grypy, jakieś przeziębienia. Wtedy trzeba było zostać w domu i nie iść do szkoły. I trwało to wszystko dużo dłużej niż dzisiaj, bo lekarstwa były kiepskie, a tradycja “chorowania” nakazywała wyleczyć się, a nie walczyć z chorobą tak, by trwała jak najkrócej.
Gdy byłam w drugiej klasie licealnej, lekarz laryngolog stwierdził, że muszę mieć usunięte migdałki w gardle, bo to one są źródłem ciągle powracających infekcji. Już zaczęły się komplikacje i kłopoty ze stawami, z sercem.
Był 6 stycznia (chyba 1970 rok?), gdy trafiłam do szpitala w Nowej Hucie. Nie pamiętam dokładnie jak długo to trwało, ale wciąż do dzisiaj wydaje mi się, że BARDZO długo. Najpierw czekanie na operację, potem operacja i długie leżenie po…
Sama operacja (zabieg) pozostała mi w pamięci jako coś bardzo traumatycznego. Po pierwsze pamiętam, że znieczulenie było tak słabe, iż czułam każdy ruch “łyżeczki” (taką nazwę zapamiętałam!) usuwającej migdały. Pamiętam usta pełne krwi (do dziś czuję ten smak), oszołomienie. Wydawało mi się wtedy, że trwa to godzinami.

A potem – znoszono mnie ze schodów (na pewno nie było windy..) i nagle zaczęłam wymiotować krwią, bo mój żołądek nie mógł nic więcej z tym zrobić. I wtedy, u progu schodów na dole zobaczyłam rodziców. I kolegę, który nie wiedzieć czemu i jak – odwiedzał mnie w tym szpitalu. Była sroga zima, śnieg, a dojazd z centrum Krakowa do Nowej Huty – to była długa wyprawa. Potem (znów w kolejnej sali zabiegowej na piętrze) lekarz postanowił założyć mi dodatkowe szwy i na pewno nie dołożył mi znieczulenia… Szwy były długie, przyklejone plastrem na policzkach. Wyglądały jak „kocie wąsy..”
W mojej pamięci, to jedno z najgorszych wspomnień “medycznych“ w Polsce. A operacji i szpitalnych momentów trochę by się w moim życiu nazbierało. Niestety, a może na szczęście – nie mam żadnych zdjęciowych dowodów z tamtych zdarzeń.
Gdy teraz, po tylu latach miałam tu, w Stanach różne operacje – kręgosłupa, wymiany kolana, usunięcie wyrostka… trauma migdałkowa wracała do mnie jak bumerang. Czy dlatego, że takie były tamte czasy? Czy lekarz popełnił błąd? Już wtedy mówiło się, że usunięcie migdałków to drobny zabieg…
Nic tak szybko nie rozwija się jak zmiany w medycynie. Ale przecież ludzie zawsze chorowali, zawsze ktoś musiał mieć operację czy trudne leczenie.
W moich czasach kobiety rodziły bez znieczuleń, w szpitalu trzymano nas długo po porodzie, a często i przed. Nie doświadczyłam w życiu tego pięknego momentu, kiedy położna czy lekarz kładzie matce Maleństwo na piersi, które dopiero minutę temu przyszło na świat. Pamiętam moment, gdy doktor wypowiedział słowo – “dziewczynka”, a trzy lata później – “chłopak”. Ale pierwsze spotkanie z moim maleńkim dzieckiem nastąpiło po kilkunastu godzinach. Dziś motyw przychodzącego na świat malucha jest otwarty w filmach, opowieściach i w realnym życiu, gdy oboje rodziców wraz z dzieckiem tworzą bliskość, o jakiej my – matki, w latach 60-70-tych nie mogłyśmy nawet wiedzieć. Bardzo żałuję, że takiej chwili nie dane mi było przeżyć. To także trauma – pustka w pamięci, bo ból, brak intymności i wsparcia bliskiej osoby pozostawiły ślady na całe życie.
Oczywiście wiem, że po prostu tak wtedy było. Nie mam do nikogo pretensji. A jednak… tamte bolesne chwile szpitalne nie chcą zniknąć z pamięci. Nikt nie lubi szpitali.
Tutaj, dzisiaj – szpitale są czyste, kolorowe, przestrzenne, pachną ładnie i nic nie przypomina dawnych obrzydliwych zapachów. Małe sale, często pojedyncze, z łazienką, z wygodną kanapą dla rodziny i odwiedzających. Zieleń na korytarzach, fotele, stoliki, bufety z dobrym jedzeniem i kawą. Jakże inny świat medyczny…
Wiem, że mówię tu o doświadczeniach amerykańskich, ale i w Polsce chyba zmieniło się wiele… Choć doświadczenia sprzed 10 lat, gdy moja Teściowa leżała w szpitalu im. Narutowicza w Krakowie wspominam także w kategorii traumy. Bardzo nieprzyjemnej. Nie tylko z powodu warunków, ale także ludzi – pracowników szpitala, z którymi się tam zetknęłam. A przecież przez 17 lat (mimo, że byłam „tylko” nauczycielką języka polskiego) w Liceum Medycznym – byłam cząstką tych, którzy uczyli przyszłe pielęgniarki. I zawsze humanitaryzm i empatia były na pierwszym miejscu w przygotowaniu do tego zawodu. Wiem, że wciąż polska służba zdrowia ma braki kadrowe, że pielęgniarki, lekarze napotykają na trudności, które powodują frustracje i zmęczenie. Ale – nigdzie nie jest tylko „dobrze”. Każdy ma swoje problemy. Porównując traktowanie pacjentów tutaj i w Polsce, nie wierzę, że ludzie są „źli”. To „system” tak niszczy motywację… bardzo smutne.
Moje opowieści we wpisach blogowych zazwyczaj są pozytywne. Może nawet zbyt ciepłe i optymistyczne. Staram się pamiętać dobre doświadczenia. Bardzo chcę pielęgnować dobre chwile, bo pomagają mi dzisiaj żyć z dobrą energią, bez złości i pretensji. To taka moja własna wypracowana terapia. Może się podobać albo nie…
Odrzucam to, co bolało w przeszłości, a mam tę przeszłość długą i bogatą. I nie zawsze były to miłe doświadczenia. Są w nich doznania bolesne fizycznie, są i smutki psychiczne, wrażenia, które wracają i są jak ciasne niewygodne buty.
Wszystko razem miesza się ze sobą. Mam dni z niebieskim niebem i pełnią słońca. Innym razem czarne chmury wtłaczają się w myśli i znów nie dają spokojnie spać. Nie, nie mam żadnej depresji, nie “dzielę włosa na cztery”. Ale jak każdemu z nas – zdarzają mi się chwile, kiedy wraca ucisk w żołądku i strach.
Mimo, że o temat dentystyczny ocierałam się przez wiele lat pracując w dentystycznym gabinecie mojej córki, za każdym razem, gdy idę na regularne (bardzo „NORMALNE”) czyszczenie zębów, mam ból żołądka, podświadomą niechęć do dentysty. A przecież WIEM, iż nie będzie boleć. Pani higienistka jest miła, lekarz także. Porozmawiamy przez chwilę na zwykłe tematy, nawet się pośmiejemy. Nic nie będzie mnie bolało…Podświadomość jednak wyciąga niemiłe chwile i straszy polską powtórką dentystyczną z dzieciństwa i młodości…
Nie lubię pochmurnych ciemnych dni. Także tych w głowie, niekoniecznie w realu. Nie chcę, by prześladowały mnie do końca życia, by pojawiały się znienacka, nieproszone i niechciane.

Wciąż uczę się walczyć ze smutkiem, zwłaszcza, gdy wracają stare wspomnienia. Nie będę czarować, że jestem świetna w tej walce, ale na pewno lepiej mi idzie niż dawniej. Wraz z upływem lat rozumiem siebie lepiej. Opanowanie nie jest moją mocną stroną, raczej określiłabym siebie jako “Raptusiewicza” (jak w “Zemście” Fredry 🤣). To już chyba genetyczne – po tatusiu… (jeśli dobrze sobie przypominam). Mam też kilka innych nieprzyjemnych wspomnień, ale każdy ma z dzieciństwa “coś”, co wlecze się za nami przez całe życie.
Wolę jednak rozpamiętywać lepsze chwile. Nie rozdrapuję przygnębiających wspomnień. Rozwiewam “czarne chmury” . Zamieniam je na błękit. No może z szarymi akcentami. To już potrafię. Zbliżająca się starość (a może już starość…) tego mnie nauczyła.
Gdy myślę o moim ojcu, o tym, że zmarł mając niecałe 65 lat, żal mi go. Nie dożył radości 21-ch urodzin wnuków, nie zdążył tak naprawdę się nimi nacieszyć. My wyjechaliśmy do Stanów, tata miał jeszcze wnuki ze strony mojego brata, ale też niedługo. Nie chcę myśleć o jego nerwowych reakcjach, bo choroba odebrała mu to, co ja dostaję każdego nowego dnia.
W życiu jest tyle dobrych chwil, pięknych momentów, nie warto tracić czasu na rozpamiętywanie gorszych dni. Zwyczajny dzień, bez wyjątkowych wydarzeń też może być miły. Wyciszenie się, dobra książka czy film, porządki w starych zdjęciach, wygodny fotel i kieliszek czerwonego wina… Recepta na słoneczny dzień 😄.
Lubię to. Można wciąż pomarzyć o dalekich podróżach albo krótkich wypadach na kilka dni. Nic tak nie pomaga jak snucie planów na przyszłość. Wtedy nasze myśli błąkają się po jasnym błękitnym niebie. Bezchmurnym.
Życie jest jak sinusoida. Wczoraj nieprzyjemny wieczór z kłótnią i słowami, których już żałuję. Dziś świeże kwiaty w wazonie i ciepłe “przepraszam”…
Nie zadręczajmy się problemami, na które nie mamy wpływu. Nie wkurzajmy się na decyzje polityczne, bo one zawsze nie będą komuś pasować. Nie czepiajmy się drobiazgów, które nas teraz denerwują, bo jutro okażą się nam całkiem znośne albo obojętne. Nie zatracajmy się w roztrząsaniu “czarnych chmur” przeszłości, bo one już dawno odeszły i rozeszły się w głęboką niepamięć.
Dzisiaj jest dziś, a jutro będzie jeszcze fajniejsze.
**********************************
Piosenka z tytułem „Czarne Chmury” w wykonaniu Liber & Mateusz Grędziński doskonale oddaje nastrój moich myśli podczas pisania tego tekstu. Wsłuchaj się – tak jak ja…






Dawno temu usłyszałem i zapamiętałem taką frazę:
Życie należy przeżyć tak, żeby nie żałować lat przeżytych bez sensu.
Wydaje mi się, że wypowiedział ją Jan Tadeusz Stanisławski w jednym z wielu swoich wystąpień kabaretowych, ale nie dam głowy. W poszukiwaniu źródła tej wypowiedzi nie natknąłem się na nią nigdzie, ale spotkałem jedną, bardzo podobną myśl:
Chciałabym już tylko życie przeżyć tak, aby nie żałować tych lat lat przeżytych bez celu.
Autorką tego tekstu jest Izabela Sitek.
Czyli, jeżeli były w naszym życiu lata, miesiące, tygodnie, dni, godziny przeżyte bez celu lub, jeszcze gorzej – bez sensu, musimy przeciwstawić im czas przeżyty z celem i sensem. I, przy pozytywnym myśleniu, tego właśnie czasu musi być więcej, a lepiej – znacznie więcej.
Ja, niestety, sięgam często pamięcią do chwil, w których ktoś mnie niesprawiedliwie skrzywdził, głównie słownie. Wtedy nie miałem jak się bronić, albo nie miałem argumentów do obrony. Gdy dziś, po ponad trzydziestu latach spotykam się w zupełnie innym towarzystwie z tymi ludźmi, mam wielką ochotę przypomnieć im o tym, bo teraz mam argumenty, mnóstwo nawet, żeby się obronić. Raz spróbowałem, i okazało się, że ta osoba nie miała pojęcia (albo udawała, że nie ma) o czym ja mówię. Chyba z ich punktu widzenia bredziłem odwołując się do wspomnianej przeszłości, do „nieprawdziwych” wydarzeń. Wyperswadowałaś mi, Małgosiu bezsens takiego wracania do przeszłości. Inni przyjaciele zresztą też. A jednym z powodów nieodwoływania się do tych trudnych chwil w moim życiu we wszystkich rodzinnych i przyjacielskich komentarzach, było to, o czym piszesz w tym blogu.
Piszesz: „Moje „opowieści… zazwyczaj są pozytywne. Może nawet zbyt ciepłe i optymistyczne. Staram się pamiętać dobre doświadczenia. Bardzo chcę pielęgnować dobre chwile, bo pomagają mi dzisiaj żyć z dobrą energią, bez złości i pretensji”.
A później inaczej pozytywnie: „Wolę jednak rozpamiętywać lepsze chwile. Nie rozdrapuję przygnębiających wspomnień. Rozwiewam “czarne chmury” . Zamieniam je na błękit. No może z szarymi akcentami”.
I jeszcze dalej: „W życiu jest tyle dobrych chwil, pięknych momentów, nie warto tracić czasu na rozpamiętywanie gorszych dni. Zwyczajny dzień, bez wyjątkowych wydarzeń też może być miły. Wyciszenie się, dobra książka czy film, porządki w starych zdjęciach, wygodny fotel i kieliszek czerwonego wina…”
Teraz chyba powinno mi być łatwiej przetrawić stare wydarzenia z przeszłości i nie przymierzać się do rozliczania ich w kręgu znajomych. Bo pozytywnie to znaczy nie pamiętać tamtych negatywnych chwil, wypierając je lepszymi wspomnieniami. Chyba się czegoś nauczyłem.
PolubieniePolubione przez 1 osoba