Nie bój się – swojego strachu..

3/24/2021
Jeszcze na długo przed naszym wyjazdem do Ameryki mój mąż miał takie trzy marzenia: posiadać garaż na dwa samochody, lodówkę, która produkuje lód i.. zobaczyć prawdziwy australijski busz! Tak, wiem – to marzenia bez składu i ładu, nic w nich nie ma wspólnego, no ale tak sobie gdzieś w swojej głowie wymyślił i tak często to powtarzał przy każdej okazji, gdy mówiliśmy o przyszłości, zresztą bez określonych bliżej dat i planów. I wcale nie miały się spełnić w Ameryce! Zupełnie przypadkowo tak się zdarzyło, że garaż i lodówka ziściły się a Texasie a busz.. no, poniekąd też dzięki Ameryce 🙂
Wiele lat później, gdy przyjechaliśmy do Ameryki mieszkaliśmy przez pierwsze lata w kilku różnych wynajmowanych mieszkaniach nie mieliśmy tam ani lodówki, którą sobie wymarzył, lodówka była duża, ale jednodrzwiowa, bez urządzenia produkującego kostki lodu. Nie mieliśmy wciąż garażu, bo w apartamentach zazwyczaj były (teraz już są, ale to było 30 lat temu) miejsca na samochody pod zadaszeniem, po prostu wiaty. Dopiero w 1996 roku, kiedy kupiliśmy nasz pierwszy dom, kupiliśmy również lodówkę z częścią produkującą wymarzone kostki lodu i dom posiadał wreszcie garaż na dwa samochody. Od tego czasu w naszym garażu mogą stać tylko auta! Mój zwariowany mąż nie pozwala zostawić samochodu przed garażem nawet na jedną noc, gdy z jakiejś przyczyny potrzebowałabym przestrzeń garażu na przechowanie czegoś innego. Nie! Garaż jest dla auta i nie ma mowy o innej wersji wykorzystania tej powierzchni domu.

Do zrealizowania pozostało zobaczenie australijskiego buszu. Za bardzo się tym nie przejmowałam, bo nie było to w końcu takie proste. Życie jednak wymyśla nam niespodziewane scenariusze. Rok 2004. Ciężki dla mnie. Nie miałam pracy, zdecydowałam przekwalifikować się z humanistki i wejść w inną branżę. Zrobiłam kursy asystentki dentystycznej i miałam nadzieję, że gdy moja córka skończy swoją rezydenturę, będę mogła dla niej pracować. Ale to miało nastąpić dopiero za dwa lata.. A ja coś musiałam ze swoim zawodowym istnieniem zrobić. Szukałam pracy i – nie szło mi zbyt dobrze. Nie miałam żadnego doświadczenia, jak na taki zawód stanowczo za późno chciałam zaczynać.. Byłam w dołku, był sierpień i miałam dość myślenia: co dalej? Pewnego popołudnia wpadł do domu mój mąż, rzucił mi na stół dwa bilety (tak, wtedy takie papierowe książeczki) do Nowej Zelandii i Australii i powiedział że to jest prezent na naszą 30 rocznicę ślubu, jest we wrześniu, i dalej to muszę wszystko zorganizować (tanio i szybko!) bo mamy wylot 29 sierpnia! No i „miałam” pracę! Zresztą w tym samym czasie dostałam też nową prawdziwą pracę. O dziwo! mój przyszły pracodawca słysząc, że mam już bilety do Australii zgodził się, bym ją rozpoczęła po powrocie. No i nabrałam oddechu w płuca, energii „w skrzydełka” i uleciałam w organizację i realizację marzeń. A nie było to łatwe – dla mnie, bo za dużo nie umiałam, bo z pieniędzmi było krucho, ale od czego są przyjaciele i Internet!

I może teraz oczekujecie na piękny opis wycieczki, ale NIC z tego! Tak, cała wycieczka była wspaniała, dotarliśmy do wymarzonego buszu, zrealizowaliśmy marzenie mojego męża, spotkaliśmy się z jego przyjacielem ze szkolnej krakowskiej ławy, spędziliśmy wieczór rocznicowy w słynnej Operze w Sydney – i przeżyliśmy wiele, wiele niezapomnianych cudownych atrakcji.

To bilet – reklamówka naszej nieszczęsnej wyprawy podziemnej

Ta historia będzie jednak o STRACHU. O wielkim niespodziewanym, zaskakującym strachu, o którym zazwyczaj nie chce się później w dalszym życiu pamiętać. Strach, który zamazuje się z czasem, ale równocześnie pozostawia taką ranę, że kiedyś trzeba o nim opowiedzieć głośno. Te kilka godzin naszego życia stało się „przedsionkiem do śmierci” i jakkolwiek to dziś brzmi absurdalnie, takie było nasze poczucie wtedy i gdy dziś o tym myślimy, z perspektywy minionych prawie 17 lat, nic się w nas nie zmieniło. I z pełną świadomością piszę to w liczbie mnogiej, mając na myśli nas oboje – mnie i mojego męża.
Kilka miesięcy wcześniej jedna z moich najlepszych przyjaciółek, Beatka, zarekomendowała mi jako jedną z największych atrakcji w Nowej Zelandii, w Waitomo- Blackwater Rafting. Opowiadała o tym godzinami. Razem z mężem byli zachwyceni i zarazili nas tak bardzo, że zaraz po przylocie zgodnie z ich instrukcją zarezerwowaliśmy taką turę. Byliśmy bardzo podnieceni i nastawieni na wyjątkową przygodę. Podziemne pływanie, na „tubach” wspinanie się, przechodzenie drogą wodną z jednej jaskini do następnej, skoki do wody. Wszystko to brzmiało niesłychanie atrakcyjnie, no i oczywiście miało być z przewodnikami w małej grupie – w pełni bezpiecznie. Cała wycieczka miała trwać około czterech godzin.
Zgłosiliśmy się do wyznaczonego miejsca, spotkaliśmy tam grupę sześciu innych młodych ludzi (znacznie młodszych od nas..) i dwóch przewodników. Musieliśmy podpisać różne papiery, że to na naszą odpowiedzialność itd. co w gruncie rzeczy nas nie zdziwiło, ale zdziwiły nas komentarze naszych przewodników, pół-słówka i uśmieszki i już wtedy powinno było nam to dać coś co myślenia.. Następnie przewieziono nas w dalekie puste miejsce, gdzie stał budynek, a w nim tylko kostiumy do podwodnego „spaceru”.

Na zdjęciu górnym – jeszcze przed wycieczką – uśmiechnięci gotowi na przygodę. Na zdjęciu dolnym – po wyjściu z podziemnej rzeki. Wykończeni zniesmaczeni i zawiedzeni.

Potem zaczęliśmy schodzić w dół po drabince w głęboką dziurę ziemi. Dostaliśmy latarki na pasku na głowę i to okazało się być przez cały czas jedyne źródło światła. Początkowo droga prowadziła w wodzie nie głębszej niż po kolana czy uda, ale potem już po pas i rzeka zaczęła być coraz bardziej rwąca, nasza grupa rozciągnęła się, przestaliśmy widzieć siebie wzajemnie, a za to słyszeliśmy bardzo niemiłe ironiczne, powiedziałabym wyśmiewające się komentarze naszych przewodników. Na nasze prośby pomocy, poczekania na nas, przyświecenia nam dodatkowym światłem (oni takowe posiadali) zachowywali się lekceważąco. Koszmar zaczął się w momencie, gdy komory jaskini łączyły się i z jednej do drugiej trzeba było przeciskać się przez otwór ledwo mieszczący nasze ciała na czworakach. Nie mogłam sobie poradzić. Byłam przerażona i sparaliżowana strachem! Byliśmy ostatni, za mną był tylko Wacek, jeszcze bardziej przerażony jak ma się przecisnąć. Woda zalewała nam całe ciało i twarz. W pewnym momencie nie mogłam chwycić powietrza. Wtedy – naprawdę – myślałam, że to już koniec! Że nie dam rady, że nie wyjdę stamtąd i już nigdy nie zobaczę moich dzieci.. Nie wiem jak zdołaliśmy się przeczołgać. Nie wiem jak znaleźliśmy się po drugiej stronie. Woda była tam rwącą rzeką i wtedy nagle musieliśmy się chwycić ściany, bardzo śliskiej, której nie mogłam się utrzymać, bo woda niosła mnie i porywała dalej. Zaczęłam okropnie krzyczeć, a mój mąż jeszcze bardziej. Nie widziałam go za sobą i myślę, że on nie widział mnie. Młodzi ludzie gdzieś zniknęli nam z pola widzenia i też jakoś zamilkli. Pojawili się przewodnicy- dziwnie spoważnieli i podali nam tuby. Wsiedliśmy na nie, spięli nas linami i jakiś kawałek podholowali na spokojniejszą część rzeki. Tam zrobili nam 10-minutowy odpoczynek. Było bardzo, bardzo zimno. Trzęsłam się z zimna, wysiłku i niesamowitego strachu. Pamiętam, że dali nam jakieś batoniki i soczki i próbowali rozładować atmosferę „wesołymi” opowiastkami. Jakoś nikt się nie śmiał. Albo jeśli ktoś próbował, to dość nieudolnie. Chyba już wtedy nikomu nie było do śmiechu. Nie wiem, co myśleli ci młodzi ludzi, może ich odczucia były zupełnie inne, ale na mój gust – oni też wyglądali na zdezorientowanych. Wiem, że szanowni przewodnicy mieli aparat fotograficzny i próbowali nam robić zdjęcia, zachęcić do uśmiechu w podziemnej scenerii nadal opowiadając swoje rozśmieszająco-żałosne historyjki. Zaraz po wyjściu z jaskini, w punkcie początkowym mieliśmy możliwość kupienia sobie pamiątkowych zdjęć z niezwykłej przygody życia.

Nie pamiętam jak długo jeszcze szliśmy w wodzie, co działo się potem.. Wyszliśmy na powierzchnię także po drabince, ale w innym miejscu niż zaczynaliśmy nasz koszmar. Przywieźli nasze rzeczy, mogliśmy się umyć i ubrać. Potem zawieźli nas do punktu wyjścia, gdzie na parkingu mieliśmy nasz samochód.
Wsiedliśmy do środka. Siedząc w kompletnym milczeniu zjadaliśmy kanapki, które przygotowałam przed wycieczką. Nie weszliśmy odebrać naszych zdjęć..
Nie zaskarżyliśmy nigdy zachowania naszych przewodników ani organizacji tej wycieczki. Od pierwszej chwili staraliśmy się pokonać strach, którego doznaliśmy w tych czterech godzinach życia. P r a w i e się udało… Ale i tak pisząc dziś o tym mam wewnętrzne drgawki, których nie potrafię opanować…

Wymarzony BUSZ austalijski

A potem już wszystko było piękne!: Geizery, gorące błota, Maori-tubylcy Nowej Zelandii, Hobbiton, gdzie kręcono film „Lord of the Ring”. I rafy koralowe w Cairns w Australii, i krokodyle, cudowna trasa wzdłuż Gold Coast z Brisbany i serfujący po falach na wybrzeżu Surfers Paradise. Winiarnie w słynnej Hunter Valley Wine Country i Blue Mountain – skały , naprawdę niebieskie szczyty gór, dziesiątki wodospadów, niesamowita zieleń i wymarzony przez mojego męża australijski BUSZ! Kilka dni w Sydney, ach, zachwyciłam się tym miastem! Stara artystyczna dzielnica The Rocks, slynny Harbour Bridge, i najpiękniejsza Opera Świata, gdzie obchodziliśmy dzień 30 rocznicy ślubu. Także pawie, kangury, kookaburra, wombat, strusie, misie koala. I Great Ocean Road po 24 wakacyjnych dniach, powrót z Melbourne do Houston.

Sydney – piękne miasto!
Austalijskie zwierzęta i ptaki: struś Emu, kangur, jeżozwierz, wombat, koala

BACK

Daty, daty.. i inne dziwactwa

3/22/2021
„Daty, daty, kolejne daty, jakby nie można inaczej” To słowa z wiersza pt. „Jak te konwalie, jak łzy albo bez” z książki autorstwa Jana Nowickiego „Między Niebem a Ziemią”. Kiedyś, na podstawie tej książki, napisałam sztukę o Krakowie, Skrzyneckim, Nowickim i Piwnicy pod Baranami. Trochę to o dziwactwach (pięknych zresztą!) Piotra Skrzyneckiego i tak mi się skojarzyło z tematem, o którym dziś chcę pogadać.
Każdy z nas ma swoją datę. Datę urodzin (nie wybieraliśmy!). Datę pierwszej komunii, pierwszego dnia pracy czy ślubu. Potem ktoś zapisze datę naszej śmierci, bo to też musi być dla porządku w papierach świata. Istnieją ludzie, którzy mogą żyć bez dat i godzin, bez ciągłej kontroli i układania swego życia według schematów. No i dobrze.
Ja – odwrotnie. Niestety – a może stety – zawsze byłam „pod kontrolą”. I nie mam o to pretensji do nikogo, bo to niczyja wina. Pewnie tylko moja. Ale taka to już konstrukcja mojej głowy. Zawsze trzymałam się kalendarza, poleceń, czasu i wytycznych. Jakoś tak działają moje szufladki pamięciowe w głowie, że mam kłopot z odtworzeniem imion i nazwisk dawno niewidzianych znajomych, ale za to pamiętam o ich urodzinach albo imieninach.. Chociaż – czasem moje „szufladki” zacinają się i już nie są tak dobrze naoliwione jak kiedyś.
Moja rodzina jest datowo bardzo wiosenna. Marzec to miesiąc, który już od drugiego dnia ma daty zapełnione naszymi imionami – począwszy od imienin mojej Mamy Heleny (tak o imieninach kalendarzowych też pamiętam! 🙂 dalej urodziny mojego syna, Teściowej, brata, Mamy, mojej córki, kilku ważnych przyjaciół. Styczeń i luty też nie pozostaje obojętny. Rok zaczyna się od urodzin Christopha, najstarszego wnuka, ale w mojej głowie mam i urodziny bratanka, rocznice ślubu kochanych Aniołów, nawet rocznicę pierwszego ślubu mojego szwagra.. Nie, żebym im wszystkim to przypominała, ale jakoś wymazać z moich szufladek nie potrafię. Kwiecień to miesiąc mój i kilku moich ważnych koleżanek i mojego zięcia, w maju i czerwcu choć robi się już prawie wakacyjnie wciąż łażą mi po głowie daty urodzinowe (9 czerwca, 13 czerwca, 24 czerwca) i tak przez całe następne miesiące.. Trochę wstydzę się to wszystko wymieniać, bo z pewnością widzicie, że to nie jest normalne. Ale przecież każdy z nas ma (jak mówi Nina „swojego mola”), tylko nie każdy się do tego przyznaje. W moim wieku już śmiało mogę o tym mówić, bo mnie bawi mój „mól” i wcale mi nie przeszkadza. 🙂 🙂

Rodzinny kalendarz, rodzinne spotkania, celebracje.. Każda chwila wspólna warta więcej niż całe „złoto świata”

Ja nawet pamiętam, że kiedyś 22 lipca było świętem odrodzenia Polski :), choć dla rodziny nie miało to specjalnego znaczenia. Ale – raz w życiu- byłam na kolonii. Tak – nie na obozie, tylko na kolonii, organizowanej przez pracę mojej mamy. Myślę, że nie mogłam mieć więcej jak 12-13 lat i mama znalazła dla mnie jakąś lukę czasową i wysłała mnie na inne wakacje niż harcerskie. Pamiętam długą nocną podróż pociągiem nad morze. A potem okazało się, że kolonia była gdzieś koło.. Słupska, dość daleko od morza i żeby korzystać z plaży (a pamiętam, że tego lata była ładna słoneczna ciepła pogoda) musieliśmy dojeżdżać jakąś starą „ciuchcią” (nie wiem jak długo, ale wtedy wydawało mi się że bardzo długo!). To był lipiec, chyba 1966r. No i zbliżało się święto 22 lipca, więc oczywiście przygotowywaliśmy program na tę okazję. Wymyśliłam z dwoma koleżankami układ taneczno-gimnastyczny z szarfą. Byłam wtedy zaprzyjaźniona z dziewczyną, której mama była trenerką gimnastyki artystycznej w Krakowie i choć nie uczestniczyłam z zajęciach, to chodziłam tam z Iwoną i zafascynowałam się tym, co obserwowałam. Ćwiczyłam godzinami w domu przed lustrem i postanowiłam wykorzystać to na kolonii. O dziwo, całkiem nieźle się udało! Pamiętam, że nasz wychowawca zabrał nas do sklepu z pasmanterią w Słupsku, żeby poszukać dobrych szerokich wstążek, które nadawałyby się na kijek i można by z nich zrobic „profesjonalne” szarfy do tańca 🙂 Stałyśmy się bardzo popularną trójcą po tym występie. Może dlatego pamiętam tę datę tak dobrze, bo potem już oczywiście nigdy, na żadnym obozie harcerskim nie celebrowaliśmy tego święta.
Pamiętam lądowania pierwszego Człowieka na księżycu i datę naszego przylotu do Ameryki. Także takie, o których niekoniecznie chciałabym pamiętać.
Wrzesień to data naszej „prawdziwej” jak mówimy, rocznicy ślubu (bo ta mniej prawdziwa czyli cywilna jest w maju) imieniny mojego męża, pazdziernik, listopad – znów dużo rodzinno-przyjacielskich dat-celebracji i uwierzcie, że wszystkie te daty i osoby łączące się z nimi mam w mojej głowie.
Moje dzieci wciąż śmieją się, że u nas w rodzinie wszystko jest obchodzone podwójnie, bo według tradycji amerykańskiej i polskiej, czyli urodzinowo i imieninowo i dwie rocznice ślubu, dwie celebracje Dnia Babci, Dnia Matki czy Ojca i co się tylko da.
Cóż – łakniemy siebie, radości i uśmiechu i chyba nic w tym złego.
Poza pamięcią do dat, skłonnością do ich „pielęgnacji” mam jeszcze inne dziwactwa, więc idąc dziś „za ciosem” do kilku przyznaję się za jedna wyliczanką: nie pozwalam na celebrację moich urodzin przed prawdziwą kalendarzową datą, bo mam taką („rosyjską” obsesję), że NIE wolno, bo można ich nie dożyć :), jak czarny kot przebiegnie mi drogę, natychmiast uruchamiam w swej głowie taki refren:

„Gdy ci kot przebiegnie drogę,
nie myśl, że to pech!
Kot ci szczęście przynieść może,
jeśli tylko chcesz”..

I wyobraźcie sobie, że jeszcze kilka dni temu nie miałam pojęcia skąd mi się wziął ten refren w głowie przez tyle długich lat! Z jakiej piosenki, kiedy i w jakich okolicznościach wpadł mi w ucho. Kiedy zaczęłam szukać go w internecie (dzięki ci technologio, za internet i wszystko, co w nim siedzi!!) znalazłam tytuł „Koci twist” i wykonawczynię piosenki – Fryderykę Elkanę. Nie mam pojęcia jak i gdzie mi się to przyplątało! Sprawdziłam, że piosenka powstała w 1964 roku. Patrząc na tytuły innych piosenek Fryderyki Elkany, chyba nie znam żadnej innej. Kot jednak przemówił do mnie bardzo mocno i przekonywująco, bo:
po pierwsze – bardzo lubię koty, po drugie – bardzo lubię czarne koty, a po trzecie -uważam, że przynoszą szczęście jak w piosence i mój refren służy mi jako amulet do odstraszania pecha!
Mam jeszcze zwyczaj odpukiwania w niemalowane drewno jak mi coś bardzo NIE pasuje i czegoś bardzo nie chcę, lubię liczbę trzynaście i nie mam nic przeciwko piątkom 13-go. Osobiście nie ubrałabym czarnej sukienki na czyjś ślub, choć wiem, że to nawet modne teraz się zrobiło, ale ja mam swoje uprzedzenia…
To chyba tyle mojej spowiedzi na dzień dzisiejszy, bez księdza i sądu 🙂


BACK

„Ruszyła maszyna..”

3/20/2021
20 lat Teatru Ogniska Polskiego to kawał czasu. To długi kawał mojego życia. Byłam nauczycielką w sobotniej szkole polskiej przy kościele polskim w Houston od 1990r, zaczęłam tę pracę niemal kilka dni po przyjeździe. Uczenie języka w takiej szkole jest bardzo specyficzne. Dzieci są przydzielane do klas nie według wieku a według umiejętności i znajomości języka polskiego. Pochodzą one z rodzin polskich lub mieszanych, pół-polskich i co tu dużo mówić, polski jest ich drugim językiem. Na codzień, w szkole z rówieśnikami używają angielskiego i często niechętnie i niełatwo jest im przestawić się na język polski. Poziom językowy był więc w szkole polskiej zróżnicowany a my – nauczyciele mieliśmy jedno podstawowe zadanie, znaleźć najciekawszy i skuteczny sposób, by język polski i polska kultura wciąż dla tych dzieciaków była częścią ich życia i zainteresowań.
kiedy dzieci są małe nie jest to takie trudne, przez zabawę można wiele „przemycić” ale gdy zaczynają dorastać i stają się nastolatkami trzeba wymyślić inne metody. I tak wraz z dorastającymi moimi dziećmi w szkole, w mojej głowie powstał pomysł teatralny. O ileż ciekawiej jest być aktorem i zaistnieć na scenie grając w języku polskim i w ten sposób ucząc się go nadal, w oparciu o literaturę sztukę i wiele nowych ciekawych elementów działań, które wiążą się naturalnie z teatrem. Zaczęliśmy w 1995 roku od przedstawienia, pierwszego samodzielnego występu Teatru Ogniska Polskiego ” Jak kamienie na Szaniec..” o czym już pisałam wcześniej. Mała rzecz, ale zakiełkowało ziarenko i rozkwitło dalszymi pomysłami i sukcesami.
Nie mieliśmy niczego! Ani sali na próby, ani miejsca na występy, ani funduszy na organizację, ani pojęcia o reklamie i marketingu, ani dekoracji i kostiumów – ale mieliśmy pomysły, marzenia, pasję i chętnych aktorów! to wszystko dawało nam niezwykłą się i już po niecałym roku wystawiliśmy „Zemstę” A. Fredry.

Było trochę tak jak u Tuwima w słynnym uwielbianym przez dzieci wierszu „Lokomotywa” :

…Najpierw- powoli,
jak żółw ociężale,
ruszyła maszyna…
ospale..
A potem:
…i spieszy się, spieszy..
jak gdyby to była piłeczka,
i fraszka, igraszka..
To para wprawiła ją w ruch
i pcha ją i gna ją..”

Lokomotywa – dekoracja Donka

Przez 20 lat istnienia Teatru Ogniska Polskiego wystawiliśmy 27 sztuk. Niby niedużo.

Oto lista nsszych sztuk. Brakuje tu ostatniej – pożegnalnej „Ale to już bylo” – marzec 2014r.

To była trochę „dziwna” praca.. Próby odbywały się wszędzie, w najbardziej dziwnych miejscach, ale najczęściej w moim domu. Nawet wtedy, kiedy mieszkaliśmy w domku szeregowym, w zamkniętym kompleksie domów niedaleko Medical Center, gdzie pan kontrolujący przybywających gości, po trzecim samochodzie wjeżdżającym do nas, już nikogo więcej na teren osiedla nie chciał wpuścić. Biedni aktorzy parkowali na ulicy i maszerowali na piechotę, żeby dostać się na próbę.. Kiedyś, po kolejnym wieczorze grania i głośnego śpiewania piosenek do którejś z muzycznych sztuk, sąsiadka zatrzymała mojego męża w garażu i konspiracyjnym szeptem zapytała: „A co to za spotkania nocne u was? jaka to religia..?”

Nasze miejsca przedstawień także mają swoją długą listę: od szkolnej sali gimnastycznej, poprzez salę Baker College na Rice University (tak, mieliśmy tam swoje „aktorskie wtyczki”, którzy na codzień byli tam dobrymi studentami!), później znów dzięki polskim koneksjom udało nam się skorzystać ze sceny teatralnej w St.Thomas University (to była pierwsza scena prawdziwa scena teatralna) i tam odbyło się kilka naszych przedstawień. Kilkakrotnie przytuliło nas też gościnne miejsce w Warwick Towers i piękna w scena Chateau Polonez. Skorzystaliśmy z uprzejmości Włoskiego Centrum Kulturalnego i polskiego Kościoła.
Przez 20 lat przewinęło się w szeregach Teatru (pozwólcie, że z szacunku dla wszystkich aktorów, twórców, pomocników, muzyków, widzów i tych, którzy w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek czasie po prostu BYLI z nami, będę pisać/mówić o naszym Teatrze przez duże „T”) mnóstwo aktorów – jedni zaistnieli w tylko jednym przedstawieniu, inni pozostali dłużej, jeszcze inni grali, odchodzili, wracali, a byli i tacy wytrwali co wytrzymali ze mną przez całe 20 długich lat!

Nowa era dla naszego Teatru zaczęła się, kiedy dołączyła do nas Beatka, moja kochana przyjaciółka i moja „asystentka”. Niezwykła kobieta – inżynier z wykształcenia, humanistka w duszy, a śpiewała – głos miała miała nieziemski. Wszystko to dodało mam „efektów specjalnych” i nowych pomysłów (no i odwagi) i rozpoczęła się era przedstawień z muzyką i piosenkami. No i dołączyła do nas Ewa T, więc nasze zaplecze śpiewające znacznie się powiększyło i gotowe było podjąć nowe wyzwania. A ja – po Fredrze, Mrożku, Przyborze, wreszcie odważyłam się spełnić moje młodzieńcze marzenia i włączyć do naszego repertuaru sztuki i piosenki Agnieszki Osieckiej. Tak powstała seria mini- przedstawień z cyklu „Listy Śpiewające”. Potem przyszła kolej na sztukę „Świat nie jest taki zły” – na motywach najsłynniejszej sztuki Osieckiej „Niech no tylko zakwitną jabłonie”
Po raz pierwszy obejrzałam to przedstawienie w Teatrze Wybrzeże, kiedy jako młoda 16-letnia dziewczyna spędzałam mnóstwo czasu w tym teatrze, razem z Ciocią, która pracowała tam jako organizator sceny (a może to się wtedy inaczej nazywało?) Przez całe lato gościnnie grano tam to przedstawienie, a ja zakochałam się w nim do szaleństwa. No i po ponad 30 latach sięgnęłam do tekstów Osieckiej i niemal wiernie (choć oczywiście to musiała być interpretacja..) zrobiliśmy przedstawienie – moje marzenie.
A kiedy kilka tygodni temu oglądając nowy serial polski pt „Osiecka” a w jednym z odcinków oryginalne fragmenty „Jabłoni” wystawione po raz pierwszy w 1964 r. moje serce ze wzruszenia zamarło a dusza uleciała do nieba na kilka długich chwil…
Osiecka jeszcze kilka razy była z nami, w przedstawieniu ” Apetyt na czereśnie” w sztuce, o życiu Maryli Rodowicz którą napisałam na podstawie jej książki o sobie. Tam też wykorzystaliśmy wiele piosenek Osieckiej.

Aż wymyśliłyśmy z Beatką wspólny program autorski „Jej portret” o kobiecie – dwie części, jedna mojego autorstwa, mojego „widzenia” kobiety, druga część była Beatki. Inna – jak jak my byłyśmy inne. I bliska, tak bardzo, jak my byłyśmy sobie bliskie…
Zagościły też na scenie pomysły i wspomnienia z naszych ukochanych miejsc polskich, zagościł więc Kraków i Piwnica Pod Baranami ze wspomnieniem o Piotrze Skrzyneckim i piosenkami Ewy Demarczyk. A jak Kraków to i Warszawa, więc i pan Piecyk i Gieniuchna..
A na koniec pomyślałyśmy, że nasz Teatr taki .. „kobiecy”, więc może napiszemy sztukę o mężczyznach, skoro też ich kilku mamy w naszym zespole. I tak powstało przedstawienie „Chłopcy z naszej ulicy”.

Ale życie nie jest tylko piękne i idealne. Naszego Teatru nie ominęły tragedie. Najpierw zachorował mąż Beatki. Nagle. I szybko. Rak mózgu. Wyrok..
Jakoś nie mogliśmy wtedy grać. Byłam z Beatką każdego dnia. Wszyscy, jak rodzina przeżywaliśmy z nią ten ciężki czas. A kiedy już powoli zaczęliśmy myśleć o powrocie na scenę, znów zdarzył się wypadek, który wyłączył Beatkę z roli, jaką pełniła w naszym Teatrze. Dziś mieszka, na swój sposób spokojna i szczęśliwa, w Stanie Oregon.

Przez 20 lat przewinęła się przez Teatr Ogniska Polskiego wielka plejada ludzi – aktorów, twórców, tych co uczyli się ról na pamięć, ćwiczyli, mieli tremę, przeżywali małe porażki i duże sukcesy, takich co planowali, malowali, kleili dekoracje, tworzyli, nagrywali muzykę, wymyślali kostiumy czasem naprawdę z niczego!. I tacy, co robili makijaż i pomagali uspokoić nerwy tuż przed występem i tacy, co nakarmiali aktorów i tacy, co pomagali zorganizować przyjęcie i wspólny czas aktorów i widzów po przedstawieniu, bo to też zawsze była nieodzowna część naszych spotkań teatralnych. Bez tej wspólnej „końcowej” części mielibyśmy niedosyt – rozmów, wrażeń, gratulacji, przeżyć na bieżąco i jeszcze raz. I wspólnych zdjęć i wspólnych zaśpiewanych raz jeszcze refrenów, które zapewne zostały nam w pamięci do dziś.

Mam nadzieję, że wszyscy aktorzy znaleźli się na tej liście a jeśli kogoś pominęłam – proszę mi przypomnieć! Z góry przepraszam 🙂

Za te wszystkie chwile, za godziny prób, za nerwy i euforie, za „faux pas” i za sukcesy, a przede wszystkim za spełnienie moich „zawodowych marzeń”, które nigdy nie stały się prawdziwym zawodem, ale wypełniły mi satysfakcją wielką część mojego życia i mojego serca – wszystkim, którzy mieszczą się w słowie TEATR Ogniska Polskiego – dziś tym wpisem DZIĘKUJĘ!

Są chwile, kiedy coś się w życiu kończy, kiedy trzeba stanąć wobec decyzji – co dalej. Taki moment nastąpił w 2014 roku. Nasi Teatralni pożenili się, powychodziły za mąż, rozjechali się w różne części kraju, ja dojrzałam do wnuków i emerytury – czas przekazać młodszym. Jeszcze wymyśliliśmy piękny happening pożegnalny, po raz ostatni w gościnnym Chateau Polonez. Spotkaliśmy się w bardzo dużym gronie, jeszcze raz zaistnieliśmy we wspomnieniach teatralnych i choć już od kilku lat nie istniało Ognisko Polskie, to wciąż ludzie skupiali się (i nadal są razem) wokół Teatru. Pożegnaliśmy erę 20 teatralnych lat spotkaniem „Ale to już było”, z łezką w oku, ale też ze świadomością, że wykonaliśmy dobrą robotę – dla rodaków w Houston (i nie tylko, bo bywało, ze widzów gościliśmy i z Dallas i z Austin i z innych miast) daliśmy dużo radości, przypomnieliśmy polską kulturę, piosenkę, polski język, a przede wszystkim zrobiliśmy wszyscy wiele dobrego, polskiego dla siebie samych!. Pokochaliśmy to, co zakiełkowało kiedyś w naszych rodzinach, w polskiej szkole. Cieszę się, że umiałam tyle DAĆ innym i sobie również.

Tak tak! Wiem, już stanowczo za długi ten post! Hmm.. Ale to dopiero wstęp do wspomnień o naszych sztukach. Ja się dopiero rozkręcam!!


BLOCK

Mam swoich Aniołów

3/16/2021         

Anioły wcale nie muszą żyć w niebie, Anioły stąpają mocno i pewnie po ziemi. Anioły są anielsko dobre. Mają anielską duszę, anielską cierpliwość i anielskie ciepło. Niekoniecznie anielski głos. Nie muszą śpiewać w anielskich chórach, by ich głos, ich uśmiech był najpiękniejszy na świecie.  Kiedy byłam małą dziewczynką, prawie każdy mój rówieśnik miał taki obrazek nad swoim łóżkiem – rzeczka, nad rzeczką kładka, przez kładkę przechodzi dwoje ładnych dzieci trzymających się za ręce, dziewczynka i chłopiec, a za nimi stoi piękny duży anioł uważnie rozkładający swe ręce nad ich główkami, by przekroczyli bezpiecznie wąski mostek. Anioł był piękny! Miał długie falujące się rude włosy, powiewną suknię i choć z pewnością wyglądał bardzo kobieco, pamiętam,że męczyło  mnie długo pytanie: czy aniołami są tylko kobiety? Czy mężczyzna też może być aniołem? Otóż mój, nasz rodzinny Anioł, ten ziemski prawdziwy Anioł jest płci męskiej. Pojawił się w życiu mojego męża w drugiej klasie szkoły podstawowej, usiadł obok niego w ławce szkolnej, z jakiegoś powodu nazwał się Aniołem (albo ktoś inny go nazwał) i tak już zostało do dzisiaj.

Jedyne zdjęcie, które zachowało się z pierwszego obozu harcerskiego Anioła i Wacka w 1964 roku.

Był mały, przeraźliwie chudy i miał mocno wystające dwie „łopatki” na plecach, stąd pewnie te anielskie skrzydełkowe skojarzenia.  Mijały lata, chłopcy dorastali razem, ze szkolnej ławki wstąpili towarzysko do harcerstwa (oczywiście też razem, do Harnasi) a Anioł nadal Aniołem był. I choć imię ma i nazwisko ma, to już nikt za bardzo nie pamięta jakie. No, może przy ślubie, przez moment oficjalnej przysięgi jego przyszła żona musiała o prawdziwym nie-anielskim imieniu pamiętać.. Za to mogę wam zdradzić tajemnicę, że jak na prawdziwego Anioła przystało imię i nazwisko ma na A (A,A) i żonę też A-Anię 🙂 Poznałam Aniołów oczywiście w Krakowie, wtedy już byli parą Aniołów i natychmiast znalazłam się pod ich dobrymi skrzydłami. Byliśmy młodzi i spędzaliśmy dużo wolnego czasu  razem, ale dość szybko dorosłość poukładała nam obowiązki w bardzo różny sposób. Zamieszkaliśmy w Sosnowcu, ale nigdy nie straciliśmy kontaktu ze sobą. Przez lata panowie wyjeżdżali razem w czasie wakacji na „zagraniczne roboty” (też takie robiliście?) i zawsze rozumieli się pod każdym względem, niezależnie od tego gdzie byli, co robili. Mieli bardzo specyficzny tylko im zrozumiały sposób porozumiewania się. Humor, półsłówka – wszystko to grało po „anielsku”. Nikt inny, przyglądając się z zewnątrz, nie potrafiłby tego powtórzyć. 

Zdjęcia z wakacyjnych wyjazdów do Niemiec i Holandii na przyjemności „zarobkowe” i towarzyskie w latach 1975-82

Nasze dzieci wychowywały się – trudno powiedzieć razem, ale obok siebie, bo często spotykaliśmy się rodzinami. Wiekowo cała czwórka, niemal jedno po drugim, dziś już dorosłe, wciąż tak samo zaprzyjaźnione jak kiedyś. Jeśli trzeba pomóc, także mogą na siebie wzajemnie liczyć.  A my?.. Idziemy z Aniołami razem we czwórkę już grubo ponad pół wieku. Gdziekolwiek i kiedykolwiek potrzebowaliśmy wsparcia, pomocy, pocieszenia, podania, ręki – Anioł BYŁ. Ania świadkowała na naszym ślubie, Anioł jest ojcem chrzestnym naszej córki, Wacek – również ich syna, Rafała. Anioły wspierali nas w sposób wyjątkowy, gdy chorowali czy umierali nasi rodzice, organizowali nasze przyjazdy do kraju, zawozili, przywozili w środku nocy, na drugi koniec Polski, organizowali „niemożliwe” by było możliwym – zawsze i wszędzie. Z uśmiechem, z optymizmem, z tą nigdy nie gasnącą dobrocią serca i ulubionym powiedzonkiem „damy radę”. Zaskakiwali nas tak ciepłymi znakami „anielstwa”, na jakie nikt kto nie jest Aniołem wpaść by nie mógł. Od lat kartka na Święta Bożego Narodzenia przychodzi w paczce. Paczka zawiera też co roku inną książkę, która opowiada ciepłe, wyjątkowe historie z aniołami „w akcji” w życiu bohaterów. Bo tylko Anioły wiedzą, że takie historie mogą mieć ciąg dalszy w prawdziwym życiu, że choć to tylko wzruszająca opowiastka świąteczna do wtulenia się w poduszkę. Anioły ziemskie mogą sprawić wiele pięknego i dobrego w realnym życiu.  Anioły wiedzą, że są filiżanki specjalne i piękne z kopią grafiki czeskiego artysty Alfonsa Muchy i kawa w takiej filiżance sprawi mi szczególną przyjemność…

Mój amerykański anioł  ma też imię na A i ma dziś urodziny. I jest aniołem -kobietą o niekończącej się cierpliwości i spokoju. Wszystko, co wokół mojego tutejszego anioła się dzieje jest DOBRE, mój anioł potrafi mi wytłumaczyć każdą wątpliwość w sposób tak prosty, że każdy musi to pojąć. Jest w tym jakiś magnetyzm słów i tonu, ciepło, które mój anioł wokół siebie rozsiewa.  Zawsze dla wszystkich przyjazna, wszędzie pomocna, cicha, skromna i prawdziwie ANIELSKA.  No i dumnie dodam, że niektóre anioły ziemskie są bardzo utalentowane komputerowo, potrafią wytrzymać tysiące głupich pytań innych nie-komputerowych, odpowiadać na nie a nieustającą cierpliwością, pouczać tak jakby uczyli niemowlaka pierwszych słów, wytrzymują każde niepożądane manipulacje komputerowe, które trzeba poprawiać po tych beztalenciach. Mój wyjątkowy anioł  „opiekuje się” i jeszcze wciąż z uśmiechem i dobrym słowem zachęca do dalszych wyczynów w sferze elektronicznej takich, co już prawdopodobnie nic więcej do swej starej głowy nie włożą.  Mój ANIOŁ amerykański ma swoje zasługi w tym blogu, o których nie wiecie, bo anioły nie ujawniają swoich opiekuńczych rozpostartych skrzydeł.

Mój amerykański Anioł zawsze blisko!

Ale ja wiem, że mam swojego anioła, tu blisko. I gdy jestem w potrzebie, w „dołku”, w rozpaczy, że znów coś „kliknęłam” nie tak – mój anioł spokojnie, bez paniki (nie to co ja! 🙂 zadziała, poprawi, pocieszy, wypije ze mną kawę, winko, pogada… I mam też nadzieję, że mój anioł wie, że wprawdzie nie jestem tak anielska jak Ona, ale duszę mam dla swojego anioła (może powinnam napisać Anielicy??? – eee, to nie brzmi chyba tak dobrze jak A-N-I-O-Ł…) tak oddaną jak ona dla mnie. Bo mój anioł jest ANIOŁEM dla wielu wielu innych wokół.

Krakowskie ANIOŁY dzisiaj

p.s. żeby nikt mnie źle nie zrozumiał:
*Anioł przez duże A zastępuje imię i nazwisko (razem)
*anioł to nazwa niezwykłej osobowości
*ANIOŁ to konkretnie mój anioł, niezależnie czy piszę o Nim czy o Niej.


BACK

Posłaniec uczuć

3/15/2021
Przyznaję się od razu, że tytuł dzisiejszej opowiastki pożyczyłam sobie z tytułu pewnej książki, którą dostaliśmy pewnie jakieś 15 lat temu od naszej koleżanki, a właściwie przyjaciółki z kręgu uniwersyteckiego czasów Sosnowieckich mojego męża. Polonistka, kobieta niezwykła, nieprzeciętna, trochę szalona – czasem nawet bardzo. Oczytana, niezwykle inteligentna, przypominająca kota, co to po nocy zawsze chodzi własnymi drogami. W tej swojej niezwykłości miała wiele ciepła dla każdego i ale także kryła w sobie jakąś tajemnicę i nikt z nas tak naprawdę do końca nie potrafił jej „opowiedzieć”. Była sama, ale wśród ludzi, nie potrzebowała i nie dążyła do gromadzenia wokół siebie zwykłych przedmiotów, które człowiek po prostu chce „mieć” w różnych momentach życia. Jeździła na rowerze, nawet w zimie, nawet w środku nocy. Niestety, właśnie rower stał się przyczyną nieszczęśliwego wypadku i ta pełna entuzjazmu, optymizmu i fantazji kobieta zginęła bez sensu pozostawiając mnie – dziś to wspomnienie. Przyszło mi dziś na myśl wraz z tytułem wyżej wspomnianej książki.
O uczuciach i odczuciach, o całej gamie i kolorycie człowieczych wrażeń można bez końca. Natura obdarowała każdego z nas bogactwem odczuwania, wrażliwością na wszelkiego rodzaju bodźce. Ale większość z nas przez całe swoje życie ma problemy z wyrażaniem swoich uczuć, z wyartykułowaniem słów, przekazywaniem ich innym: czy to rodzicom, czy przyjaciołom, obcym, czy nawet własnym dzieciom. Emocje rodzą się w najprzeróżniejszych momentach życia, w warunkach, które nie stwarzają nam wygodnych i komfortowych sytuacji, by je szczerze ubrać w słowa i przekazać drugiej osobie, co czujemy. I tu zaczynają się „schody”. Tu tworzą się bariery, mury, chmury a potem jeszcze gorzej – płacze, wojny, nieporozumienia, rozstania i urazy do końca życia.
Jesteśmy sobie bliscy. Matka i córka, syn i ojciec, bracia, siostry, dorośli i młodsi – gdzieś poróżniliśmy się na swej wspólnej drodze, nie dogadaliśmy się, brniemy w dalszą dyskusję, ale ale żadne już tak naprawdę nie słucha tego drugiego.
Łączą nas więzi krwi, kochamy się, ale nie lubimy się. Myślimy o sobie, a nie potrafimy słuchać siebie nawzajem i mówić tego, co naprawdę czujemy…
Jestem osobą, która wierzy w „posłańca uczuć”. Wierzę w stary wypróbowany od wieków sposób. Tak, jestem staroświecka i tradycjonalna. Lubię wziąć do ręki biały kawałek papieru i ołówek albo długopis i napisać tradycyjny zwyczajny list. List, w którym dużo łatwiej opowiedzieć o swoich uczuciach, bo można pisać bez wstydu, bez zahamowań, bez poczucia, że za chwilę ktoś zacznie się ze mnie śmiać, a może będzie się ze mną kłócić albo będzie agresywny i nieprzyjemny. Gdy już napiszę mój list pełen moich myśli, emocji, uczuć, gdy naprawdę wyrzucę na papier wszystko co mam w głowie i w sercu, popatrzę na to jeszcze raz, sprawdzę samą siebie i uwierzę, że tak właśnie chcę powiedzieć, bo tak naprawdę czuję! Nie boję się, mówię swoją prawdę!
Widzę swoje słowa swoje myśli i swoje czucia jak w lusterku. To jest moje „ja” to w środku – w sercu i głowie. Podobne terapie przeprowadzają fachowi terapeuci, więc i ja potrafię poradzić sobie sama ze sobą.
Ten mój list może zawędrować dalej. Możemy go świadomie zaadresować do osoby, która jest dla nas ważna, której te słowa chcemy przekazać, z którą chcemy podjąć dialog. Coś naprawić. Może otrzymamy odpowiedź. Może też będzie to list. Może spotkanie, pogadanie. A może wystarczy podanie ręki, przytulenie bez słów..
Są listy, które piszemy i których nigdy nie wysyłamy. Zapisujemy krótkie myśli, pojedyncze zdanie, czasem ze łzą co spłynęła i rozmazała atrament. I chowamy je do szuflady. Gdzieś w cichy kącik, a potem zapominamy na zawsze o tym. Może kiedyś ktoś trafi na te kilka słów sprzątając szufladę, może zadziwi się ich treścią, pomyśli chwilę. Przez jedną chwilę może te słowa będą dla kogoś inspiracją, dobrym duchem? Słowo ma przecież dużą moc.
Za moich młodych czasów uwielbialiśmy taką piosenkę zespołu „Skaldowie” o listach i listonoszu. Tak to jakoś szło;

„Może ktoś na ten list czeka kilka długich lat
Dostanie go może dziś!
Ludzie listy piszą, zwykłe, polecone
Piszą, że kochają, nie śpią lub całują cię”..

List pisany na korze brzozy. Ma prawie 50 lat i wciąż jest piękny 🙂

Tak, ja wiem, że spojrzycie przewracając oczami, albo popukacie mi w czoło – swoje 🙂 bo przecież w dzisiejszym świecie prawie nikt listów nie pisze. Są szybkie wiadomości e-mailowe, messages, krótkie „tak-nie-może”. Godzina, miejsce, może jakiś epitet miły lub nie bardzo. Wystarczy.
Takie modne słowa, niezależnie od języka, w którym piszemy wiadomość : „cool, amazing, super, siema, nara..”. Nie myślcie, że ja nie korzystam z tych technologii i wygód. A jednak – wierzę w siłę otwarcia swego serca słowem, wrzucenia ciepłej myśli albo chwili rozgoryczenia czy złości na małą karteczkę, nawet gdy nie ma koło mnie adresata tej myśli. Nawet, jeśli wiem, że może nigdy to co czuję do niego nie dotrze. Ale wiem, że umiem nazwać swoje uczucie, wiem, że TO właśnie i TEJ chwili chciałabym powiedzieć.
Niektóre listy przechowujemy przez lata, czytamy dziesiątki razy, często nawet zaczynamy je rozumieć po tysięcznym spojrzeniu na tekst. Są duchem drugiego człowieka, jego stałą obecnością z nami. Są czasem legendą rodzinną, są „posłańcem uczuć” i żywym dowodem jego bliskości.

Pewnie dziś jestem sentymentalna i staroświecka. Ale wcale się tego nie wstydzę. W końcu nie ja na przestrzeni wieków wymyśliłam listy i ich przesłanie. Epistolografia czyli dział literatury zajmujący się utworami napisanymi w formie listów jest ogromny! Zawsze możecie sprawdzić. Filmów podobnie zrealizowanych też mamy do wyboru i do koloru.
Nie jestem więc w tym temacie żadnym odkrywcą. Ale mogę być „przypominajką” – tak, to moje ulubione słowo, kto mnie trochę zna osobiście wie, że dla dobrego zorganizowania, lubię przypomnieć 🙂 Dziś więc przypomnę sobie o pewnym pakiecie pięknie i kolorowo zaadresowanych listów- posłańców uczuć, które leżą przewiązane fioletową wstążeczką w szufladzie małej szafki, o małym pakiecie listów, ostatnich i jedynych, które napisał do nas mój tata w ostatnich miesiącach przed śmiercią, o dziesiątkach terapeutycznych uczuć – wrażeń – myśli – nagłych wdechów i wydechów w głowie, karteczek, które pewnie gdzieś szwędają się w zakamarkach dawno przeczytanych książek, w szufladach, szafach, starych pudełeczkach.


BACK

Podróżniczy bakcyl

3/11/2021
WAKACJE. Takie proste zwykłe słowo. Kiedyś jednak miało dla mnie zupełnie inne znaczenie niż dzisiaj. Kiedyś oznaczało koniec roku szkolnego, zawsze tego samego dnia (24 czerwca), wyjazd z miasta na niemal całe dwa miesiące, bo chociaż wszyscy byliśmy dość biedni, to jakoś nie przypominam sobie, żebym wakacje spędzała w domu. Gdy sięgam pamięcią do wczesnego dzieciństwa, pamiętam, że jeździliśmy z rodzicami do rodziny Mamy, do Gdańska i tam, nad zimnym Morzem Bałtyckim zamieszkiwaliśmy na całe kilka tygodni to u jednej cioci to u drugiej i wraz z moimi kuzynami i kuzynkami mijały nam wspólne wakacje. Nikt przecież nie przejmował się, że mieszkania były małe i ciasne nawet dla jednej rodziny, zresztą oni też odwiedzali nas w Krakowie, w naszym dwupokojowym mieszkaniu, bo Kraków był atrakcją dla dorastających kuzynów, no i był wygodnym przystankiem na trasie do Zakopanego, gdy zamieniali swoje morze na wakacje w górach. Czasem, już nieco później, jeździliśmy do Sianowa, nad jezioro, gdzie jedyny brat Mamy wraz z rodziną miał mały domek tuż przy samym jeziorze. Nie było tam prądu, nie było wody czyli wychodek zbudowany opodal, w lesie.. Za to wszyscy, cała calutka rodzina uwielbiała to miejsce i w różnych konfiguracjach osobowych i w różnym czasie się tam zjeżdżała. W latach późniejszych szczególnie uprzywilejowanymi gośćmi (niemal gospodarzami „wakacyjnymi”) byli tam moi rodzice, którzy zabierali ze sobą nasze dzieci. Tam tata nauczył ich pływać, tam wyznaczył im „granicę”, której nie mogli przekraczać, żeby nie wkroczyli do głębokiej wody, czemu dzieci bardzo się buntowały uważając, że już są wystarczająco dobrymi pływakami i ograniczenia są niesprawiedliwe 🙂 Tam na spacerach Jacek ćwiczył tabliczkę mnożenia z prędkością światła, tam babcia Helenka uczyła ich piosenek o Jasieńku i historyjek o żołnierzu, który zjadł kawałek gorącego chleba, prosto z pieca, dostał skrętu kiszek… i umarł! Do dziś krąży w naszej rodzinie ta „rodzinna legenda” babci Helenki, nawet nasze wnuki się z niej śmieją 🙂
Sianowo to jedno z najpiękniejszych wspomnień, jakie mamy ze wspólnych wakacji z rodzicami i naszymi dziećmi.

Od lewej najstarsza siostra mojej mamy, Mama, ciocia Cesia, Tata i moje dzieci. Zdjęcie z połowy lat 80-tych, na pomoście w Sianowie.

Często spędzaliśmy też wakacje z rodziną krakowską (od strony taty) w małej wsi Laskowa, niedaleko Limanowej. Ach, to była wolność! Od rana do nocy biegaliśmy sami po polach i łąkach, nad rzeką o nazwie Łososina, mieliśmy po 10-12 lat i nikt nas nie sprawdzał, nie pilnował, nikt nie interesował się co robimy. Nasze Mamy robiły na obiad tonę pierogów z jagodami i gęstą wiejską śmietaną, albo młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem w glinianym garnku, bardzo zimnym, prosto z piwnicy. Przynosiły nam w dużych koszach nad rzekę, żebyśmy nie tracili czasu na powrót do domu. Wracaliśmy na kolację, zjadaliśmy ogromną pajdę wiejskiego chleba z wiejskim masłem posypaną cukrem i biegliśmy bawić się w podchody, bo ta zabawa, o zmroku, z latarkami była fantastyczna. Przywoływała strachy, duchy i mnóstwo emocji. Następnego dnia mogliśmy o tym opowiadać godzinami dodając oczywiście wiele dodatkowych efektów „specjalnych”.
Kiedy byłam nieco starsza zaczęły się moje wakacje zuchowe i harcerskie i wtedy już całkowicie pochłonęły mnie namioty, plecaki, wędrówki, nocne alarmy, gry terenowe. Nie było bardziej ekscytującej wersji wakacji. Szczególnie, gdy szybko zaczęłam awansować i zostałam przyboczną, a potem drużynową i sama zaczęłam pełnić funkcje instruktorskie na obozach i koloniach zuchowych. Przygotowania programowe, organizacyjne, dyskusje – wszystko to było jak drugie, to „najważniejsze” życie nastolatki.
No i to już były wakacje bez rodziców. Samodzielność choć tak naprawdę zawsze mieliśmy dorosłych instruktorów wokół nas, mnóstwo reguł i regulamin harcerski, które trzeba było przestrzegać.
Mimo to, Gdańsk i moja rodzina mieszkająca tam, morze, które uwielbiałam i do dziś uwielbiam, wciąż mnie przyciągało. Każdego roku znajdowałam trochę czasu, żeby i tam zawędrować. Zwłaszcza, gdy poczułam buzujące hormony 16-latki, moi nieco starsi kuzyni zaczęli imponować mi zabieraniem mnie do Non-Stopu, najmodniejszego wówczas klubu na wolnym powietrzu, tuż przy molu w Sopocie i do innych podobnych modnych wakacyjnych miejsc.
Wakacyjne przygody, wakacyjna pierwsza miłość, wakacyjna muzyka modnych zespołów, nocne włóczęgi (bo z kuzynami mogłam!) i jeszcze ciągłe wizyty i przedstawienia w Teatrze Wybrzeże (kochana ciocia pracowała tam, więc często mnie zbierała ze sobą na letnie przedstawienia. Znałam teatr od drugiej strony kurtyny, aktorów i życie, które mnie tam fascynowało!)
Tam po raz pierwszy oglądnęłam „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej i zakochałam się w tym spektaklu na zabój. Tak bardzo, że po wielu wielu latach (w 2002 roku) tu w Houston, na podstawie tamtego tekstu zrobiłam przedstawienie pt. „Świat nie jest taki zły”.
A gdy kilka tygodni temu, oglądając serial „Osiecka” zobaczyłam fragmenty oryginalnego warszawskiego spektaklu „Jabłoni”, ze wzruszenia odjęło mi mowę a dusza uleciała na moment do nieba..
Mój ojciec uwielbiał podróże. A w tamtych czasach proste to nie było. To on nauczył nas, że świat jest wielki i warto szukać sposobów, by wiedzieć i widzieć jak najwięcej. Od codziennych spacerków po krakowskich plantach, od wyjazdów niedzielnych do Zakopanego, Lanskorony, nad jeziora, w górki, aż do wycieczek zagranicznych do Jugosławii (tak, wtedy to była JUGOSŁAWIA!), Bułgarii, Austrii, Rumunii. I tylko moje pokolenie wie jak te wycieczki wyglądały.
O paszport trzeba było składać podanie i czekać – nie wiadomo jak długo i nie wiadomo czy się uda i nie wiadomo od czego/kogo to będzie zależało.. Ale tata każdego niemal roku próbowal i jakoś miał szczęście. Potem następowały długie przygotowania do wyjazdu, zakupy, pakowania, upychania, bo przecież nie mieliśmy porządnego sprzętu turystycznego, pieniędzy, jechaliśmy starym samochodem, jakąś Skodą albo Trabantem, albo Syrenką. Ostatnie lata wspólnych wyjazdów to już polskim Fiatem 125 i wtedy uważaliśmy to za duży luksus.

Mój Tata w naszej podróży do Turcji w 1975 roku polskim Fiatem 125.

Jedzenie robiliśmy w słoikach, jak tradycyjne „weki”, skupowaliśmy konserwy gdzie się dało (przecież niczego nie było w sklepach!) i o ogóle dziś nie mogę sobie ani przypomnieć ani wyobrazić jak za każdym razem udało nam się to wszystko wpakować do auta i jeszcze upchać nas – cztery osoby! No i przetrwać taką podróż przez trzy – cztery tygodnie bez cienia wątpliwości, że to trudne, niewygodne, warte takiego wysiłku. Byliśmy szczęśliwi, zwiedzaliśmy co tylko było możliwe i w zasięgu naszych możliwości (też finansowych). Spaliśmy na campingach, na przypadkowych polach, czasem ktoś za niewielką opłatą pozwolił nam skorzystać ze swojego ogródka, a nierzadko po prostu była to przydrożna zatoczka, bo już nie było siły na szukanie czegoś innego późną nocą.
Podobnie podróżowaliśmy już jako małżeństwo, z naszymi małymi dziećmi, różnica była tylko taka, że pakowaliśmy się do… „Malucha” czyli Fiata 126 i też się dało. Na zasadzie: Polak potrafi, a młodość nie zna przeszkód. Rok przed wyjazdem do Ameryki w taki sposób objechaliśmy z dziećmi kawał południowej Europy: od Związku Radzieckiego poczynając (tak, jeszcze wtedy był Związek Radziecki..) poprzez Rumunię, Bułgarię, Turcję, Grecję, Jugosławię i wróciliśmy przez Austrię (ach, ten wiedeński Prater- park rozrywki i McDonald, cudowne atrakcje dla polskich dzieci!) i Czechosłowację do domu. Nic nie było w stanie nas zniechęcić, ani niewygoda podróżowania, ani kilometrowe kolejki na granicach i wielogodzinne czekanie na ich przekroczenie, ani sposoby traktowania nas. Gdy dziś o tym wszystkim myślę i gdy uświadamiam sobie, że mogliśmy się w tamtych czasach śmiać z tego i być szczęśliwymi, to podziwiam naszą odporność. Odporność na nienormalność, która po prostu była codziennością i.., normalnością. I cieszę się, że ten blog piszę po polsku i że czytają go Polacy, bo myślę że innym trudno byłoby te zjawiska wytłumaczyć. Choć – mam też wątpliwości czy moje wnuki i inni młodzi to rozumieją 🙂
Bakcyl podróży był tak silny w mojej rodzinie, że podłapał go mój mąż i nasze dzieci. I tak trwa do dzisiaj. Tylko, że dziś od wielu lat podróże, wakacje to jakby zupełnie inna bajka!
O podróżach po Świecie moich, a jeszcze więcej moich dzieci i wnuków można by pisać miesiącami, ale nie w tym rzecz. To nie blog podróżniczy.
W tym dzisiejszym fragmencie chciałam sięgnąć w mojej pamięci do tej „szufladki” w głowie, w której ukryła się i zachowała na całe życie potrzeba zwiedzania Świata, poznawania nowego, nieznanego, spotykania ludzi, przyrody, przeszłości i przyszłości Ciągnie nas „gdzieś”, niezależnie ile mamy lat, ile mamy pieniędzy, jak różne mamy zainteresowania. Wciąż jeszcze czeka na nas coś nieznanego. Wydaje mi się, że zwiedziłam ogrom Świata, tyle krajów na niemal każdym kontynencie, a jednak wciąż jestem nienasycona i wiem, że mogłabym tak planować podróżować do końca świata..
Na szczęście – życie jest też wyborem. Zawsze pozostaje COŚ przed nami.
Jest wiele dróg nieznanych, które na nas czekają..
No, i innym też trzeba zostawić miejsce i inicjatywę 🙂


BACK

Fiołkowo i fioletowo

3/6/2021
„W marcu jak w garncu” – pamiętacie takie polskie przysłowie? O tej porze roku czekaliśmy już z utęsknieniem na wiosnę. Jeszcze zimno, jeszcze często śnieg i plucha, a już bywały dni, kiedy słońce nagle przygrzewało tak mocno, że rozpinaliśmy płaszcze zimowe i niemal tańczyliśmy z radości na ulicy ciesząc się podmuchem wiosennego zapachu. Najbardziej lubiłam jak mama wracała rano z rynku kleparskiego w Krakowie i przynosiła bukiet pierwszych tulipanów albo pięknych żółtych żonkili. Mama zawsze miała „świetną rękę” do kwiatów ciętych, do wazonu. Cokolwiek by postawiła, zawsze pięknie się rozwinęło, kwiaty zawsze stały świeże i rozkwitnięte dłużej niż u kogokolwiek innego.
Nigdy nie trzymała i nie hodowała kwiatów doniczkowych, ale zawsze miała w domu kwiaty świeże. Wymieniała je co kilka dni. O każdej porze roku. Nawet jeśli to miały być tylko bazie czy gałązki suszonych zbóż.
Kwiaciarki na Rynku krakowskim też zawsze miały świeże kwiaty. Nawet w zimowe mroźne dni najpiękniejsze róże można było kupić pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Krakowska kwiaciarka zawsze miała kwiatka, często nawet dla tych, co biegli późnym wieczorem na spóźnioną randkę i koniecznie potrzebowali kwiatka na przeprosiny za to spóźnienie…
Kwiaciarka spełniała najwymyślniejsze pomysły i pragnienia klienta i układała piękne bukiety, mieszała różne kwiaty, zielone łodygi i kolorowe wstążki. Kiedy przyjechałam do Ameryki byłam zaskoczona, że bukiet kwiatów jest tak nieciekawy, że każdy jest.. taki sam, że nie ma duszy i pomysłu, że nie ma tchnienia, który ja widziałam i czułam w bukiecie kwiatów od wczesnego dzieciństwa.
Najbardziej kochałam małe bukieciki wiosennych fiołków. Pachnących tak silnie i tak wyjątkowo, że do dziś rozpoznałabym ten zapach na końcu świata. Kiedy byłam już razem z Wackiem, moim przyszłym mężem, dostawałam fiołki gdy tylko pierwszy bukiecik pojawił się na straganie krakowskim. Niestety, fiołki są delikatne, krótkotrwałe – może dlatego tak piękne, wzruszające i ulotne. Za to potem pojawiały się pierwiosnki, tulipany, konwalie, bzy, piwonie. Każde miały swój jedyny i niepowtarzalny urok. Każde pachniały inaczej. I te zapachy są głęboko w mojej pamięci. Głębiej niż sam obraz.
Mieliśmy taką swoją ulubioną kawiarenkę. W tamtych czasach wczesnych lat 70-tych rzadko chodziliśmy do restauracji. Te naprawdę dobre były drogie i niedostępne dla nas, młodych. Zresztą nie było w modzie chodzić do restauracji, nasi rodzice także nie chodzili, raczej spotykali się ze swoimi przyjaciółmi w domach. A te tańsze.. no cóż – nie miały dobrych opinii, uchodziły raczej za speluny z podejrzaną klientelą i ogromną ilością wypijanej tam wódki w najgorszym gatunku.
Za to kawiarnie, cocktail bary były bardzo popularne.
Na ulicy Kazimierza Wielkiego była mała kawiarenka, która wydaje mi się, że nawet.. nie miała nazwy. To znaczy – może nie pamiętam.. ale wiem, że my nazywaliśmy ją „Fioletowa Przystań”. Trochę od moich ukochanych fioletowych fiołków (wtedy wszystko, co było fioletowe wydawało mi się piękne i wyjątkowe!) a trochę dlatego, że przypominam sobie tam lekko fioletowe oświetlenie. Nie wiem czy był to neon, czy lampa z taką poświatą, dość, że tak zachowałam to miejsce w pamięci, jako przytulne, fioletowe, cieplutkie. Było tam kilka małych okrągłych stolików, mała lada przy bufecie i dwie przemiłe panie, które tę kawiarnię prowadziły. Zamawialiśmy tam kawę z bitą śmietanką i chyba czasem jakieś ciastko do tego (sernik, bezę a może kremówkę??) ale najbardziej uwielbialiśmy filiżankę czerwonego barszczyku z krokietem. Ten barszczyk miał niezwykły smak. Tylko tam w tej kawiarence tak smakował barszczyk czerwony! I ten krokiecik, czy może rogalik – bo taki kształt miał ten krokiet, nadziewany mięsem albo grzybkami.
Przychodziliśmy tam dwa, trzy razy w tygodniu choć zupełnie było nam to nie po drodze i choć trwało nie więcej jak trzy cztery lata – jest to jedno z najpiękniejszych wspomnień o miejscach mojej młodości.

Nie wiem czy też macie takie przemyślenia, ale ja myślę, że zapachy i smaki są najmocniej zapamiętywanymi odczuciami w głowie człowieka.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno te wrażenia osadzają się w naszej pamięci i świadomości. Po wielu wielu latach, w bardzo niespodziewanych okolicznościach smak czy zapach potrafi przywrócić nam pamięć tak jednoznacznie, że nie mamy wątpliwości, skąd to pamiętamy.

Nasz ślub kościelny odbył się 7 września. Nie jest to miesiąc, kiedy kwitną fiołki. Ale ja, jak to każda panna młoda, wymarzyłam sobie mieć suknię koloru fiołkowego (niestety, nie udało się, bo moja kochana przyjaciółka Ania, brała ślub rok wcześniej i to ona spełniła to marzenie 🙂 W tamtych czasach taka była moda, że byłyśmy „zbuntowane” i nie chciałyśmy mieć tradycyjnych białych sukien, tylko kolorowe, nie chciałyśmy welonów tylko kapelusze, toczki itp. Byle nie tradycyjnie! No i odpuściłam fiołkową suknię ale uparłam się na fiołki i – wyobraźcie sobie, że (do dziś nie wiem w jaki sposób!!) ale miałam fiołki, świeże dopięte do pomarańczowego kapelusza (a jakże, tak jak chciałam!) i delikatno-pomarańczową prostą, ale elegancką długą suknię. Bukiet był z kwiatów mieszanych z dodatkiem fiołków, a ułożyła go z pewnością czarodziejka – krakowska kwiaciarka! (ale… tego to już tak do końca nie jestem pewna) 🙂 🙂


BACK

„Jak kamienie na Szaniec”

3/10/2021 

Te dwie książki stały się w latach szkoły średniej moją najważniejszą biblią życiową tamtego czasu. Zawsze lubiłam przedmioty humanistyczne, w przedmiotach ścisłych byłam przysłowiową „nogą”. Inne – biologia, chemia czy języki- średnio, „na jeża”. Nauczyciela historii mieliśmy fantastycznego choć .. hmm – nieco dziwnego. Lwowiak z pochodzenia, posiadał wielką wiedzę, niekoniecznie akceptowaną przez ówczesny szkolny system (i państwowy też) 🙂 i tę wiedzę przekazywał nam uczniom w równie niekonwencjonalny sposób.  Dłłłłłłuuugggooo by o tym opowiadać, do dziś mnie fascynuje, co nasz profesor miał w swojej głowie w sprawie sposobu nauczania. Faktem jest, że nauczyć potrafił. Więcej o tym mogłaby powiedzieć moja przyjaciółka Nina, która jakoś ten jego system szybciej chwyciła, podobnie jak całą historię, tak dogłębnie, że w końcu ukończyła historię na uniwersytecie i wspaniale przez lata swojej profesjonalnej kariery kontynuowała tradycję naszego profesora. 

 Ale to nie on zafascynował mnie historią Powstania Warszawskiego, choć on pierwszy rzucił w klasie zakazaną wówczas nazwę Katyń.. Wiele nam wyjaśnić nie mógł, ale raz rzucone ziarno kiełkowało dalej.  Jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najbardziej, szczególnie młodym ludziom.

 Kiedy obie z  Niną znalazłyśmy się w kręgu instruktorskim Harnasi (my dwie dziewczyny a reszta grupy instruktorskiej to chłopaki na czele z „Szefem” czyli szczepowym) szybko zorientowałyśmy się, że przyjaźń tej grupy jest niezwykła nie tylko dlatego, że łączy ich harcerska wspólna działalność, ale jest w tym coś więcej. Coś, co było jakąś tajemnicą, emocjonalną, „męską”, pozytywną siłą, której i my chciałyśmy doświadczyć. Powoli (oj, bardzo powoli…) wchodziłyśmy w ten krąg i z czasem zrozumiałyśmy, że Szef stworzył piękną tradycję. Zakazaną oficjalnie w tamtych czasach w szeregach harcerstwa polskiego, ale niezapomnianą przez takich instruktorów jak nasz Szczepowy. I powiem, że nie był on jedynym takim instruktorem.  Człowiekiem, który pamiętał i pielęgnował tradycje Szarych Szeregów. Tradycję Harcerstwa, które zapisało najpiękniejszą kartę swej działalności i swego istnienia w czasie Powstania Warszawskiego. I choć dziesiątki, setki historyków wypowiedziało się już na temat tego powstania – jedno jest dla mnie pewne i niepodważalne – to co zrobili dla Polski mali harcerze przenoszący meldunki pod murami płonącej Warszawy, sanitariuszki czy wreszcie młodzi chłopcy jak Rudy, Alek czy Zośka i wielu wielu innych walczących w Szarych Szeregach byli dla nas bohaterami i drogowskazem młodzieńczego życia.

Szef wykorzystywał każdą okazję, każdą rocznicę, żeby nas nauczyć tej historii, szacunku i patriotyzmu młodych i wyjątkowych harcerzy. Na obozach, każdego roku, 1-go sierpnia, przemykaliśmy się w małym instruktorskim gronie do lasu, gdzie wcześniej Szef przygotowywał naprędce ułożony i postawiony krzyż, zazwyczaj brzozowy, na nim wisiała malutka  kopia zdjęcia Tadeusza Kamińskiego – pseudonim „Zośka” i w ciszy i  skupieniu wysłuchiwaliśmy fragmentów owych najważniejszych książek o akcjach batalionu Zośka, niesamowitych wyczynach Rudego czy Alka. Słowa takie jak: konspiracja, Wawer, podziemie – to była nasza życiowa harcerska encyklopedia. Byliśmy wtedy pod jej wielkim wrażeniem.

 Z czasem nasze drogi rozeszły się, co nie znaczy, że kontakty urwały się. To, czego nauczył nas Szef zostało głęboko w pamięci, ale – jak to w życiu, nowe tematy, nowe sprawy zawładnęły moją głową i sercem.  Działo się dużo. 

Aż przyszedł taki moment, już w Houston, w 1995 roku. Uczyłam już pięć lat w polskiej szkole sobotniej, a raczej już wtedy w Ognisku Polskim. Moje „małe” dzieci zaczęły nieco dorastać i trzeba było wymyślić nieco inną formę szlifowania języka polskiego. I tak powstał (jeszcze nieśmiały…) pomysł spróbowania sił teatralnych. Wymyśliłam wystawienie sztuki (och! to przesadnie wielkie słowo! po prostu przedstawienia, niemal takiego zwykłego szkolnego..), którego tematem miało być Powstanie Warszawskie! 

 Wrócił sentyment do tematu, potrzeba przekazania polskiej młodzieży w Ameryce garstki tej fascynującej historii, zarażenia ich choćby na chwilę tym, czego ja doświadczyłam w swojej młodości. Wybrałam materiały (a jakże, oparłam je także na moich ikonowych  książkach!), dodałam własne opracowanie scenariuszowe no i oczywiście piosenki Powstania Warszawskiego, które niemal wszyscy choćby częściowo znali.  Wtedy były już coraz bardziej popularne. Któż nie lubiłby posłuchać „Pałacyku Michla Wola” czy „Nie grają nam surmy bojowe” albo „Warszawskie dzieci” czy „Mała dziewczynko z AK”.. 

 I wiersze. A, ileż pięknych wierszy napisano na ten temat! Młodzi poeci, nieznane nazwiska, ale piękne, do bólu szczere i prawdziwe słowa ujęte w strofy  wierszy. Nie pominęliśmy też Baczyńskiego.  Wszystko to okrasił ładnym wstępem historycznym nasz dobry Ogniskowy przyjaciel (już śp.) Tadeusz Burzyński.

Tadeusz Burzyński, wstęp historyczny o Powstaniu Warszawskim

I choć przedstawienie odbyło się w wynajętej sali gimnastycznej małej szkoły, dekoracja była bardzo prosta (powiedziałabym.. prymitywna, ale zrobiona własnymi rękami) a w dość już gorący kwietniowy dzień w Houston nagle zepsuła się w środku budynku.. klimatyzacja – przedstawienie i tak było pierwszym UDANYM debiutem Teatru Ogniskowego, od którego zaczęły się następne, coraz lepsze pomysły.

Jeszcze raz wróciliśmy na scenie do motywu Powstania Warszawskiego, ale już dużo później i w innym wymiarze. 

Ale o tym będzie przy innej okazji.


Pierwsze kwiaty dla aktorów i twórców, pierwszy sukces dla Teatru Ogniska Polskiego

BACK

Skąd przychodzi pasja?

3/‎4/‎2021
Zawsze fascynował mnie teatr i film. Pamiętam takie małe kino niedaleko naszego domu, chyba nazywało się Mikro, a może całkiem inaczej.. musiałam być bardzo małą dziewczynką, bo pamiętam, że tam właśnie po raz pierwszy oglądnęłam film o Jasiu i Małgosi i tak do mnie silnie przemówił, że zapragnęłam mieć własnego.. braciszka, Jasia. No i go „dostałam :). Miałam wtedy cztery lata.
Mieszkając w Krakowie miałam łatwy dostęp do kin i do teatrów, zwłaszcza, że mieszkaliśmy w samym centrum, może 7-10 minut spacerkiem do Rynku. Niemal każdego dnia gdzieś tam w okolicy plątałam się z koleżankami. Gdy byłam już w liceum okazji do takich spacerów było mnóstwo! Każdy przecież umawiał się na spotkanie, na randkę pod Sukiennicami, pod „Adasiem”, wpadał do księgarni, do Noworolla, który przecież był od zawsze w tym samym miejscu, a kiedy byliśmy już „doroślejsi” – przychodziliśmy na kabarety do Piwnicy pod Baranami, zaglądaliśmy (przez okna :)) „Pod Jaszczury”, choć ja akurat nie byłam fascynatką tego miejsca nawet już będąc studentką.
Moja Mama, oprócz tego, że była w swojej pracy księgową, pełniła jeszcze funkcję spoleczną „ka-o-wca” czyli kulturalno-oswiatowej. (jeśli chcecie coś o tym wiedzieć więcej, to już teraz odsyłam was do jednej ze sztuk Agnieszki Osieckiej z cyklu „Listy śpiewające”, pt. „MINY DO LUSTRA”, którą nasz młodzieżowy teatr houstoński wystawił w 2001 roku. Tam właśnie postać ówcześnie ważnego KO-wca (sama już nie wiem jak to powinnam dziś poprawnie pisać 🙂 w polskich przedsiębiorstwach, szkołach i wszelkich miejscach pracy, a zwłaszcza w ośrodkach wczasowych, sanatoriach, została przez Osiecką nakreślona bardzo przekonywująco i… satyrycznie. Jeszcze kiedyś tu do tego wrócę)
Tak więc, Mama jako bardzo zaangażowany KO-wiec (naprawdę lubiła swoją dodatkową funkcję społeczną!) wśród wielu innych rzeczy i wydarzeń, które organizowała, dostawała też każdego miesiąca bilety do teatru i opery. I – jak się łatwo domyślić, nie mogła znaleźć zbyt wielu chętnych na te imprezy. W ten sposób ja stałam się niemal stałą bywalczynią różnych krakowskich teatrów, i w dodatku zawsze miałam dobre miejsca w jednym z pierwszych rzędów. Byłam wiernym obserwatorem i podglądaczem aktorskich poczynań. Natomiast opery odbywały się w niedzielę w południe w pięknym i słynnym teatrze im J. Słowackiego i do dziś pamiętam atmosferę i uczucie zapierania oddechu, kiedy patrzyłam na słynną kurtynę Henryka Siemiradzkiego. Kiedyś, jako nastolatka umiałam wiele o tej kurtynie opowiedzieć. W ten sposób oglądnęłam niemal wszystkie najważniejsze i słynne opery, bo teatry krakowskie w czasach komuny były bardzo ambitne i miały się czym pochwalić. Wystarczy wspomnieć słynne „Dziady” w teatrze „Starym”.
Życie moich młodych lat co chwilę ocieralo mnie o sztukę. W kinach – szalałyśmy z Niną na punkcie filmów Bergmana, Woody Allena, Pollaca czy Andreja Tarkowskiego. Mogłyśmy uciekać na wagary niemal co drugi dzień, by tylko jakoś dostać się do kina „Sztuka”, gdzie zawsze grali coś wyjątkowego.
Każdego roku wykupywaliśmy karnety na Konfrontacje, które wcale niełatwo było dostać w tamtych czasach – był to przegląd najnowszych filmów zachodnich danego roku. Niektóre seanse odbywały się o 2 w nocy i często lektor czytał tłumaczenie dialogów na żywo. Ach, jakież to były przeżycia intelektualne. I emocjonalne!
Kiedy już zamieszkałam w Sosnowcu (tak, życie przynosi różne niespodzianki..) i po kilku latach zaczęłam pracować w Liceum, moja przygoda z teatrem przerodziła się w działalność „szkolnego reżysera” ( widać geny KO-wca gdzieś się przemyciły 🙂 i zaczęłam od czasu do czasu, gdy była ku temu okazja – robić różne małe kabarety, teatrzyki, zabawne scenki, degresje teatralne. A to w czasie studniówki, a to z okazji czyjś imienin, a to Dzień Nauczyciela, a to zakończenie roku szkolnego i pożegnanie uczennic. Zawsze coś się działo, zawsze coś wpadło do głowy, zawsze mnie to bawiło, dawało satysfakcję i poczucie, że życie toczy się w dwóch wymiarach: w rzeczywistości, która bywała różna i w wyobraźni, która może szaleć do woli, jak się chce i na ile jej się pozwoli.
Aż pewnego dnia, jak to w życiu bywa – zawierucha i kolejna niespodzianka – rok 1990 i niewinny wyjazd, jak mi się zdawało, wakacyjno-turystyczny do Ameryki.
Houston. Miasto, z którym kojarzyłam tylko trochę wieści o NASA i z faktem, że mój mąż dostał pracę na Uniwersytecie Rice.. na chwilę. No i ta chwila trwa już ponad 30 lat. A ja, przeszłam metamorfozę zawodową, która jako „skutek uboczny” przyniosła mi doświadczenie teatralne, całkowicie społeczne, a społeczności i młodzieży polskiej trochę zabawy i chyba dużo wrażeń i przeżyć literackich.


BACK

To co z tymi mijankami?

3/8/2021

Kto z nas nie lubi klocków lego!? Każdy kiedyś (dziś też!) coś z nich budował i miał pomysł na własny projekt. W życiu podobnie. Wymyślamy, marzymy, budujemy, dążymy. Udaje się albo nie.. Ludzie mówią, że jak bardzo bardzo chcemy, to osiągniemy to. Wiara czyni cuda. Cuda są albo nie.
Są też przypadki – dobre i złe. Są decyzje – mądre albo chybione, choć bardzo chcieliśmy, żeby się udały. Tak naprawdę, nie wszystko w życiu zależy od nas samych, choć staramy się być “kowalem swego losu”. Czy oglądaliście film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”? Jeśli tak, to wiecie o czym myślę w tym momencie. Nasza myśl, nasza decyzja jest jedna, droga, którą znajdujemy wydaje się być jedna, nasze serce jest takie same – a w tym samym momencie dzieją się wokół nas najdziwniejsze zdarzenia, na które nie mamy wpływu, ale one na nas – tak. I to one właśnie zmienią nasze życie. Czy chcemy czy nie.
Tylko dlatego, że moja mama jako jedyna ze swojej całej rodziny wyszła za mąż za „Krakusa” i wyjechała z Gdańska, ja urodziłam się w Krakowie. Moje 21 szczęśliwych lat toczyło się w jednym z najpiękniejszych miast w Polsce, w samym centrum, tuż przy krakowskim rynku. Szkoła podstawowa, Liceum Sobieskiego, Uniwersytet Jagielloński, to najlepsze szkoły krakowskie. Wszystko poukładane, toczyło się planowo i niemal wiedziałam co z moim życiem będzie dalej… aż tu nagle po pierwszym roku studiów wyszłam za mąż i wyjechałam do… SOSNOWCA! Każdy, kto usłyszał tę wieść, patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami i krzyczał: „oszalałaś! z Krakowa do Sosnowca!? Co to za zamiana? Dlaczego??” A ja z lekkością i absolutnym przekonaniem, że tak ma BYĆ odpowiadałam: bo tam będzie teraz moje życie, mój nowy „życiowy blok klocków lego”
Nie będę się rozwodzić co i jak zdarzyło się potem. Jak bardzo to życie zmieniło się w sensie „technicznym” – organizacyjnym, jak zupełnie innym światem okazało się Zagłębie Dąbrowskie (a ja, naiwna i głupia, myślałam, że Sosnowiec to jest po prostu: Śląsk! ). Moje życie było wciąż moje, ale już nie moje, krakowskie.
To był zupełnie inny świat, w którym wszystko (absolutnie wszystko!!) było dla mnie nieznane, choć ludzie mówili tym samym języku (no,chyba, że ktoś nagle zaciągnął gwarą śląską..)
Nagle wszystko było daleko, musiałam zacząć jeździć autobusami i tramwajami, podczas gdy w Krakowie niemal wszędzie mogłam dojść na piechotę. Obce sklepy, obce urzędy, moje samodzielne decyzje, inni ludzie, inna uczelnia, gdzie każdy budynek był w innym miejscu, ba – nawet innym mieście. Sosnowiec, Katowice, Będzin, Szopienice, Czeladź, Zabrze, Gliwice. Trudno uwierzyć, ale dla mnie mimo, iż miałam ponad 21 lat wszystko to stanowiło niemal zerową wiedzę geograficzną! Nie potrafiłam odróżnić Zagłębia od Śląska.
Pamiętam taki moment – mieszkałam już w Sosnowcu może pół roku, czekałyśmy z koleżankami na przystanku przed akademikiem, gdzie była mijanka tramwajów (tak, tak! tramwaje miały tylko jeden tor i na przystanku ten tor rozdzielał się na dwa. W związku z tym tramwaj, który przyjechał pierwszy musiał czekać na ten z przeciwnej strony, żeby mogły się minąć i pojechać dalej). Czekamy więc i czekamy, robi się coraz zimniej a ja zła i zmarznięta rzucam ze złością: „Beznadziejne te śląskie mijanki!” A tu jedna z moich koleżanek z pełnym wielkim oburzeniem „Na ŚLĄSKU nie ma mijanek!”. Popatrzyłam na nią zdziwiona, nic nie zrozumiałam o co jej chodzi, ale też już nic nie pytałam, bo właśnie nadjechał z naprzeciwka oczekiwany tramwaj. Hmm.. Zeszło mi wiele miesięcy, żeby zrozumieć o co poszło… że Śląsk, to nie Zagłębie, że Sosnowiec, to nie Śląsk i że w ogóle to duży błąd mylić takie pojęcia, że to dawny historyczny konflikt itd, itd.. Ale tak naprawdę ludzie żyli z sobą zgodnie i wiele z tych niby „konfliktów” było tylko przyczynkiem do śmiesznych opowiastek. Przez następne 16 lat nauczyłam się dość dokładnie całej historii i przysłuchiwałam się im z dystansu i z uśmiechem.
Sosnowiec stał się dla mnie… piękny! I nie dlatego, że miasto mnie urzekło, ale dlatego, że miasto to LUDZIE. Spotkałam ludzi, którzy sprawili, że pokochałam to miejsce i moje 16 lat życia aż do wyjazdu do Houston nabrało sensu i ogromnego kolorytu. Tam skończyłam studia i pracowałam jako nauczycielka polonistka i pokochałam tę pracę całym sercem, choć mówią że “uczenie cudzych dzieci to ciężki kawałek chleba”. Tam urodziły się moje dzieci i właśnie w Sosnowcu zbudowaliśmy naszą rodzinę.
Najpierw poznałam fajne koleżanki na zajęciach na uczelni i w akademiku (nigdy wcześniej nie mieszkałam w akademiku, to była dla mnie nowość!), potem pewnego dnia otworzyłam drzwi akademikowego pokoiku i pojawiła się Łucja i Piotr, potem Teresa, która znalazła się w nowej pracy mojego męża a już wcześniej przez pięć lat studiowała z nim w Krakowie, a potem inni. Wszyscy tak szybko zaprzyjaźniliśmy się, że stanowiliśmy niesamowicie zgraną paczkę przyjaciół na dobre i na złe. Byliśmy fascynatami literatury polskiej i rosyjskiej, dyskutowaliśmy o tym w mniejszych czy większych grupach niemal całymi nocami, rodziły się idee solidarnościowe, wzbierała się energia, rosły marzenia o lepszym życiu. Graliśmy namiętnie w brydża, gotowaliśmy we wspólnej akademikowej kuchni, a kiedy urodziła się nasza córka Kasia, i trzeba było prać pieluchy z tetry (kto to pamięta?) w publicznej pralni na korytarzu, to do pralni przenieśliśmy stolik i dalej kontynuowaliśmy brydża przy dźwiękach pralki, a czasem nocnym wrzasku niemowlaka.
Sosnowiec miał wtedy specjalny status miasta Gierkowskiego (w końcu tam się urodził nasz ówczesny przywódca) a takie instytucje jak np. Uniwersytet Śląski były szczególnie preferowane i dzięki temu pracownicy naukowi dostawali mieszkania spółdzielcze dużo szybciej niż w innych miastach. W ten sposób po niespełna czterech latach oczekiwania otrzymaliśmy wymarzone własne trzypokojowe mieszkanie w dużym blokowisku, niedaleko uniwersytetu, które wprawdzie trzeba było zacząć “urządzać” od szorowania podłóg i zdrapywania farby z szyb, ale za to radość z faktu jego posiadania była tak ogromna, że kiedy wylewając setne wiadro brudnej wody do kibla po myciu kolejnego kawałka podłogi, spuściłam ją wraz ze złotym pierścionkiem, który ześlizgnął się mi z palca, nawet się tym za bardzo nie przejęłam..
Zmieniło się nasze życie akademikowe na bardziej rodzinne i „normalne”, ale przyjaźnie i spotkania kwitły nadal niemal każdego dnia i wieczora (nie wyłączając nocy) i wiele z nich pozostało do dziś choć oczywiście w innej formie.
Budujemy kolejny “blok życia”, ale o tym już innym razem…


Nasze sosnowieckie mieszkanie, na ósmym piętrze. Zdjęcie od lewej, pochodzi z lat 80-tych, zrobione od strony wejścia na klatkę schodową. Po prawej- nasz blok w roku 2019, kiedy to po raz pierwszy po 25 latach patrzyłam na niego z równie dużym wzruszeniem jak wiele lat wcześniej. Zdjęcie pokazuje stronę od głównej ulicy, gdzie każde mieszkanie miało swój balkon. Niestety, była bardzo głośna, ale kto by się takimi drobiazgami wtedy przejmował 🙂


BACK