Mam swoich Aniołów

3/16/2021         

Anioły wcale nie muszą żyć w niebie, Anioły stąpają mocno i pewnie po ziemi. Anioły są anielsko dobre. Mają anielską duszę, anielską cierpliwość i anielskie ciepło. Niekoniecznie anielski głos. Nie muszą śpiewać w anielskich chórach, by ich głos, ich uśmiech był najpiękniejszy na świecie.  Kiedy byłam małą dziewczynką, prawie każdy mój rówieśnik miał taki obrazek nad swoim łóżkiem – rzeczka, nad rzeczką kładka, przez kładkę przechodzi dwoje ładnych dzieci trzymających się za ręce, dziewczynka i chłopiec, a za nimi stoi piękny duży anioł uważnie rozkładający swe ręce nad ich główkami, by przekroczyli bezpiecznie wąski mostek. Anioł był piękny! Miał długie falujące się rude włosy, powiewną suknię i choć z pewnością wyglądał bardzo kobieco, pamiętam,że męczyło  mnie długo pytanie: czy aniołami są tylko kobiety? Czy mężczyzna też może być aniołem? Otóż mój, nasz rodzinny Anioł, ten ziemski prawdziwy Anioł jest płci męskiej. Pojawił się w życiu mojego męża w drugiej klasie szkoły podstawowej, usiadł obok niego w ławce szkolnej, z jakiegoś powodu nazwał się Aniołem (albo ktoś inny go nazwał) i tak już zostało do dzisiaj.

Jedyne zdjęcie, które zachowało się z pierwszego obozu harcerskiego Anioła i Wacka w 1964 roku.

Był mały, przeraźliwie chudy i miał mocno wystające dwie „łopatki” na plecach, stąd pewnie te anielskie skrzydełkowe skojarzenia.  Mijały lata, chłopcy dorastali razem, ze szkolnej ławki wstąpili towarzysko do harcerstwa (oczywiście też razem, do Harnasi) a Anioł nadal Aniołem był. I choć imię ma i nazwisko ma, to już nikt za bardzo nie pamięta jakie. No, może przy ślubie, przez moment oficjalnej przysięgi jego przyszła żona musiała o prawdziwym nie-anielskim imieniu pamiętać.. Za to mogę wam zdradzić tajemnicę, że jak na prawdziwego Anioła przystało imię i nazwisko ma na A (A,A) i żonę też A-Anię 🙂 Poznałam Aniołów oczywiście w Krakowie, wtedy już byli parą Aniołów i natychmiast znalazłam się pod ich dobrymi skrzydłami. Byliśmy młodzi i spędzaliśmy dużo wolnego czasu  razem, ale dość szybko dorosłość poukładała nam obowiązki w bardzo różny sposób. Zamieszkaliśmy w Sosnowcu, ale nigdy nie straciliśmy kontaktu ze sobą. Przez lata panowie wyjeżdżali razem w czasie wakacji na „zagraniczne roboty” (też takie robiliście?) i zawsze rozumieli się pod każdym względem, niezależnie od tego gdzie byli, co robili. Mieli bardzo specyficzny tylko im zrozumiały sposób porozumiewania się. Humor, półsłówka – wszystko to grało po „anielsku”. Nikt inny, przyglądając się z zewnątrz, nie potrafiłby tego powtórzyć. 

Zdjęcia z wakacyjnych wyjazdów do Niemiec i Holandii na przyjemności „zarobkowe” i towarzyskie w latach 1975-82

Nasze dzieci wychowywały się – trudno powiedzieć razem, ale obok siebie, bo często spotykaliśmy się rodzinami. Wiekowo cała czwórka, niemal jedno po drugim, dziś już dorosłe, wciąż tak samo zaprzyjaźnione jak kiedyś. Jeśli trzeba pomóc, także mogą na siebie wzajemnie liczyć.  A my?.. Idziemy z Aniołami razem we czwórkę już grubo ponad pół wieku. Gdziekolwiek i kiedykolwiek potrzebowaliśmy wsparcia, pomocy, pocieszenia, podania, ręki – Anioł BYŁ. Ania świadkowała na naszym ślubie, Anioł jest ojcem chrzestnym naszej córki, Wacek – również ich syna, Rafała. Anioły wspierali nas w sposób wyjątkowy, gdy chorowali czy umierali nasi rodzice, organizowali nasze przyjazdy do kraju, zawozili, przywozili w środku nocy, na drugi koniec Polski, organizowali „niemożliwe” by było możliwym – zawsze i wszędzie. Z uśmiechem, z optymizmem, z tą nigdy nie gasnącą dobrocią serca i ulubionym powiedzonkiem „damy radę”. Zaskakiwali nas tak ciepłymi znakami „anielstwa”, na jakie nikt kto nie jest Aniołem wpaść by nie mógł. Od lat kartka na Święta Bożego Narodzenia przychodzi w paczce. Paczka zawiera też co roku inną książkę, która opowiada ciepłe, wyjątkowe historie z aniołami „w akcji” w życiu bohaterów. Bo tylko Anioły wiedzą, że takie historie mogą mieć ciąg dalszy w prawdziwym życiu, że choć to tylko wzruszająca opowiastka świąteczna do wtulenia się w poduszkę. Anioły ziemskie mogą sprawić wiele pięknego i dobrego w realnym życiu.  Anioły wiedzą, że są filiżanki specjalne i piękne z kopią grafiki czeskiego artysty Alfonsa Muchy i kawa w takiej filiżance sprawi mi szczególną przyjemność…

Mój amerykański anioł  ma też imię na A i ma dziś urodziny. I jest aniołem -kobietą o niekończącej się cierpliwości i spokoju. Wszystko, co wokół mojego tutejszego anioła się dzieje jest DOBRE, mój anioł potrafi mi wytłumaczyć każdą wątpliwość w sposób tak prosty, że każdy musi to pojąć. Jest w tym jakiś magnetyzm słów i tonu, ciepło, które mój anioł wokół siebie rozsiewa.  Zawsze dla wszystkich przyjazna, wszędzie pomocna, cicha, skromna i prawdziwie ANIELSKA.  No i dumnie dodam, że niektóre anioły ziemskie są bardzo utalentowane komputerowo, potrafią wytrzymać tysiące głupich pytań innych nie-komputerowych, odpowiadać na nie a nieustającą cierpliwością, pouczać tak jakby uczyli niemowlaka pierwszych słów, wytrzymują każde niepożądane manipulacje komputerowe, które trzeba poprawiać po tych beztalenciach. Mój wyjątkowy anioł  „opiekuje się” i jeszcze wciąż z uśmiechem i dobrym słowem zachęca do dalszych wyczynów w sferze elektronicznej takich, co już prawdopodobnie nic więcej do swej starej głowy nie włożą.  Mój ANIOŁ amerykański ma swoje zasługi w tym blogu, o których nie wiecie, bo anioły nie ujawniają swoich opiekuńczych rozpostartych skrzydeł.

Mój amerykański Anioł zawsze blisko!

Ale ja wiem, że mam swojego anioła, tu blisko. I gdy jestem w potrzebie, w „dołku”, w rozpaczy, że znów coś „kliknęłam” nie tak – mój anioł spokojnie, bez paniki (nie to co ja! 🙂 zadziała, poprawi, pocieszy, wypije ze mną kawę, winko, pogada… I mam też nadzieję, że mój anioł wie, że wprawdzie nie jestem tak anielska jak Ona, ale duszę mam dla swojego anioła (może powinnam napisać Anielicy??? – eee, to nie brzmi chyba tak dobrze jak A-N-I-O-Ł…) tak oddaną jak ona dla mnie. Bo mój anioł jest ANIOŁEM dla wielu wielu innych wokół.

Krakowskie ANIOŁY dzisiaj

p.s. żeby nikt mnie źle nie zrozumiał:
*Anioł przez duże A zastępuje imię i nazwisko (razem)
*anioł to nazwa niezwykłej osobowości
*ANIOŁ to konkretnie mój anioł, niezależnie czy piszę o Nim czy o Niej.


BACK

Posłaniec uczuć

3/15/2021
Przyznaję się od razu, że tytuł dzisiejszej opowiastki pożyczyłam sobie z tytułu pewnej książki, którą dostaliśmy pewnie jakieś 15 lat temu od naszej koleżanki, a właściwie przyjaciółki z kręgu uniwersyteckiego czasów Sosnowieckich mojego męża. Polonistka, kobieta niezwykła, nieprzeciętna, trochę szalona – czasem nawet bardzo. Oczytana, niezwykle inteligentna, przypominająca kota, co to po nocy zawsze chodzi własnymi drogami. W tej swojej niezwykłości miała wiele ciepła dla każdego i ale także kryła w sobie jakąś tajemnicę i nikt z nas tak naprawdę do końca nie potrafił jej „opowiedzieć”. Była sama, ale wśród ludzi, nie potrzebowała i nie dążyła do gromadzenia wokół siebie zwykłych przedmiotów, które człowiek po prostu chce „mieć” w różnych momentach życia. Jeździła na rowerze, nawet w zimie, nawet w środku nocy. Niestety, właśnie rower stał się przyczyną nieszczęśliwego wypadku i ta pełna entuzjazmu, optymizmu i fantazji kobieta zginęła bez sensu pozostawiając mnie – dziś to wspomnienie. Przyszło mi dziś na myśl wraz z tytułem wyżej wspomnianej książki.
O uczuciach i odczuciach, o całej gamie i kolorycie człowieczych wrażeń można bez końca. Natura obdarowała każdego z nas bogactwem odczuwania, wrażliwością na wszelkiego rodzaju bodźce. Ale większość z nas przez całe swoje życie ma problemy z wyrażaniem swoich uczuć, z wyartykułowaniem słów, przekazywaniem ich innym: czy to rodzicom, czy przyjaciołom, obcym, czy nawet własnym dzieciom. Emocje rodzą się w najprzeróżniejszych momentach życia, w warunkach, które nie stwarzają nam wygodnych i komfortowych sytuacji, by je szczerze ubrać w słowa i przekazać drugiej osobie, co czujemy. I tu zaczynają się „schody”. Tu tworzą się bariery, mury, chmury a potem jeszcze gorzej – płacze, wojny, nieporozumienia, rozstania i urazy do końca życia.
Jesteśmy sobie bliscy. Matka i córka, syn i ojciec, bracia, siostry, dorośli i młodsi – gdzieś poróżniliśmy się na swej wspólnej drodze, nie dogadaliśmy się, brniemy w dalszą dyskusję, ale ale żadne już tak naprawdę nie słucha tego drugiego.
Łączą nas więzi krwi, kochamy się, ale nie lubimy się. Myślimy o sobie, a nie potrafimy słuchać siebie nawzajem i mówić tego, co naprawdę czujemy…
Jestem osobą, która wierzy w „posłańca uczuć”. Wierzę w stary wypróbowany od wieków sposób. Tak, jestem staroświecka i tradycjonalna. Lubię wziąć do ręki biały kawałek papieru i ołówek albo długopis i napisać tradycyjny zwyczajny list. List, w którym dużo łatwiej opowiedzieć o swoich uczuciach, bo można pisać bez wstydu, bez zahamowań, bez poczucia, że za chwilę ktoś zacznie się ze mnie śmiać, a może będzie się ze mną kłócić albo będzie agresywny i nieprzyjemny. Gdy już napiszę mój list pełen moich myśli, emocji, uczuć, gdy naprawdę wyrzucę na papier wszystko co mam w głowie i w sercu, popatrzę na to jeszcze raz, sprawdzę samą siebie i uwierzę, że tak właśnie chcę powiedzieć, bo tak naprawdę czuję! Nie boję się, mówię swoją prawdę!
Widzę swoje słowa swoje myśli i swoje czucia jak w lusterku. To jest moje „ja” to w środku – w sercu i głowie. Podobne terapie przeprowadzają fachowi terapeuci, więc i ja potrafię poradzić sobie sama ze sobą.
Ten mój list może zawędrować dalej. Możemy go świadomie zaadresować do osoby, która jest dla nas ważna, której te słowa chcemy przekazać, z którą chcemy podjąć dialog. Coś naprawić. Może otrzymamy odpowiedź. Może też będzie to list. Może spotkanie, pogadanie. A może wystarczy podanie ręki, przytulenie bez słów..
Są listy, które piszemy i których nigdy nie wysyłamy. Zapisujemy krótkie myśli, pojedyncze zdanie, czasem ze łzą co spłynęła i rozmazała atrament. I chowamy je do szuflady. Gdzieś w cichy kącik, a potem zapominamy na zawsze o tym. Może kiedyś ktoś trafi na te kilka słów sprzątając szufladę, może zadziwi się ich treścią, pomyśli chwilę. Przez jedną chwilę może te słowa będą dla kogoś inspiracją, dobrym duchem? Słowo ma przecież dużą moc.
Za moich młodych czasów uwielbialiśmy taką piosenkę zespołu „Skaldowie” o listach i listonoszu. Tak to jakoś szło;

„Może ktoś na ten list czeka kilka długich lat
Dostanie go może dziś!
Ludzie listy piszą, zwykłe, polecone
Piszą, że kochają, nie śpią lub całują cię”..

List pisany na korze brzozy. Ma prawie 50 lat i wciąż jest piękny 🙂

Tak, ja wiem, że spojrzycie przewracając oczami, albo popukacie mi w czoło – swoje 🙂 bo przecież w dzisiejszym świecie prawie nikt listów nie pisze. Są szybkie wiadomości e-mailowe, messages, krótkie „tak-nie-może”. Godzina, miejsce, może jakiś epitet miły lub nie bardzo. Wystarczy.
Takie modne słowa, niezależnie od języka, w którym piszemy wiadomość : „cool, amazing, super, siema, nara..”. Nie myślcie, że ja nie korzystam z tych technologii i wygód. A jednak – wierzę w siłę otwarcia swego serca słowem, wrzucenia ciepłej myśli albo chwili rozgoryczenia czy złości na małą karteczkę, nawet gdy nie ma koło mnie adresata tej myśli. Nawet, jeśli wiem, że może nigdy to co czuję do niego nie dotrze. Ale wiem, że umiem nazwać swoje uczucie, wiem, że TO właśnie i TEJ chwili chciałabym powiedzieć.
Niektóre listy przechowujemy przez lata, czytamy dziesiątki razy, często nawet zaczynamy je rozumieć po tysięcznym spojrzeniu na tekst. Są duchem drugiego człowieka, jego stałą obecnością z nami. Są czasem legendą rodzinną, są „posłańcem uczuć” i żywym dowodem jego bliskości.

Pewnie dziś jestem sentymentalna i staroświecka. Ale wcale się tego nie wstydzę. W końcu nie ja na przestrzeni wieków wymyśliłam listy i ich przesłanie. Epistolografia czyli dział literatury zajmujący się utworami napisanymi w formie listów jest ogromny! Zawsze możecie sprawdzić. Filmów podobnie zrealizowanych też mamy do wyboru i do koloru.
Nie jestem więc w tym temacie żadnym odkrywcą. Ale mogę być „przypominajką” – tak, to moje ulubione słowo, kto mnie trochę zna osobiście wie, że dla dobrego zorganizowania, lubię przypomnieć 🙂 Dziś więc przypomnę sobie o pewnym pakiecie pięknie i kolorowo zaadresowanych listów- posłańców uczuć, które leżą przewiązane fioletową wstążeczką w szufladzie małej szafki, o małym pakiecie listów, ostatnich i jedynych, które napisał do nas mój tata w ostatnich miesiącach przed śmiercią, o dziesiątkach terapeutycznych uczuć – wrażeń – myśli – nagłych wdechów i wydechów w głowie, karteczek, które pewnie gdzieś szwędają się w zakamarkach dawno przeczytanych książek, w szufladach, szafach, starych pudełeczkach.


BACK

Podróżniczy bakcyl

3/11/2021
WAKACJE. Takie proste zwykłe słowo. Kiedyś jednak miało dla mnie zupełnie inne znaczenie niż dzisiaj. Kiedyś oznaczało koniec roku szkolnego, zawsze tego samego dnia (24 czerwca), wyjazd z miasta na niemal całe dwa miesiące, bo chociaż wszyscy byliśmy dość biedni, to jakoś nie przypominam sobie, żebym wakacje spędzała w domu. Gdy sięgam pamięcią do wczesnego dzieciństwa, pamiętam, że jeździliśmy z rodzicami do rodziny Mamy, do Gdańska i tam, nad zimnym Morzem Bałtyckim zamieszkiwaliśmy na całe kilka tygodni to u jednej cioci to u drugiej i wraz z moimi kuzynami i kuzynkami mijały nam wspólne wakacje. Nikt przecież nie przejmował się, że mieszkania były małe i ciasne nawet dla jednej rodziny, zresztą oni też odwiedzali nas w Krakowie, w naszym dwupokojowym mieszkaniu, bo Kraków był atrakcją dla dorastających kuzynów, no i był wygodnym przystankiem na trasie do Zakopanego, gdy zamieniali swoje morze na wakacje w górach. Czasem, już nieco później, jeździliśmy do Sianowa, nad jezioro, gdzie jedyny brat Mamy wraz z rodziną miał mały domek tuż przy samym jeziorze. Nie było tam prądu, nie było wody czyli wychodek zbudowany opodal, w lesie.. Za to wszyscy, cała calutka rodzina uwielbiała to miejsce i w różnych konfiguracjach osobowych i w różnym czasie się tam zjeżdżała. W latach późniejszych szczególnie uprzywilejowanymi gośćmi (niemal gospodarzami „wakacyjnymi”) byli tam moi rodzice, którzy zabierali ze sobą nasze dzieci. Tam tata nauczył ich pływać, tam wyznaczył im „granicę”, której nie mogli przekraczać, żeby nie wkroczyli do głębokiej wody, czemu dzieci bardzo się buntowały uważając, że już są wystarczająco dobrymi pływakami i ograniczenia są niesprawiedliwe 🙂 Tam na spacerach Jacek ćwiczył tabliczkę mnożenia z prędkością światła, tam babcia Helenka uczyła ich piosenek o Jasieńku i historyjek o żołnierzu, który zjadł kawałek gorącego chleba, prosto z pieca, dostał skrętu kiszek… i umarł! Do dziś krąży w naszej rodzinie ta „rodzinna legenda” babci Helenki, nawet nasze wnuki się z niej śmieją 🙂
Sianowo to jedno z najpiękniejszych wspomnień, jakie mamy ze wspólnych wakacji z rodzicami i naszymi dziećmi.

Od lewej najstarsza siostra mojej mamy, Mama, ciocia Cesia, Tata i moje dzieci. Zdjęcie z połowy lat 80-tych, na pomoście w Sianowie.

Często spędzaliśmy też wakacje z rodziną krakowską (od strony taty) w małej wsi Laskowa, niedaleko Limanowej. Ach, to była wolność! Od rana do nocy biegaliśmy sami po polach i łąkach, nad rzeką o nazwie Łososina, mieliśmy po 10-12 lat i nikt nas nie sprawdzał, nie pilnował, nikt nie interesował się co robimy. Nasze Mamy robiły na obiad tonę pierogów z jagodami i gęstą wiejską śmietaną, albo młode ziemniaczki z kwaśnym mlekiem w glinianym garnku, bardzo zimnym, prosto z piwnicy. Przynosiły nam w dużych koszach nad rzekę, żebyśmy nie tracili czasu na powrót do domu. Wracaliśmy na kolację, zjadaliśmy ogromną pajdę wiejskiego chleba z wiejskim masłem posypaną cukrem i biegliśmy bawić się w podchody, bo ta zabawa, o zmroku, z latarkami była fantastyczna. Przywoływała strachy, duchy i mnóstwo emocji. Następnego dnia mogliśmy o tym opowiadać godzinami dodając oczywiście wiele dodatkowych efektów „specjalnych”.
Kiedy byłam nieco starsza zaczęły się moje wakacje zuchowe i harcerskie i wtedy już całkowicie pochłonęły mnie namioty, plecaki, wędrówki, nocne alarmy, gry terenowe. Nie było bardziej ekscytującej wersji wakacji. Szczególnie, gdy szybko zaczęłam awansować i zostałam przyboczną, a potem drużynową i sama zaczęłam pełnić funkcje instruktorskie na obozach i koloniach zuchowych. Przygotowania programowe, organizacyjne, dyskusje – wszystko to było jak drugie, to „najważniejsze” życie nastolatki.
No i to już były wakacje bez rodziców. Samodzielność choć tak naprawdę zawsze mieliśmy dorosłych instruktorów wokół nas, mnóstwo reguł i regulamin harcerski, które trzeba było przestrzegać.
Mimo to, Gdańsk i moja rodzina mieszkająca tam, morze, które uwielbiałam i do dziś uwielbiam, wciąż mnie przyciągało. Każdego roku znajdowałam trochę czasu, żeby i tam zawędrować. Zwłaszcza, gdy poczułam buzujące hormony 16-latki, moi nieco starsi kuzyni zaczęli imponować mi zabieraniem mnie do Non-Stopu, najmodniejszego wówczas klubu na wolnym powietrzu, tuż przy molu w Sopocie i do innych podobnych modnych wakacyjnych miejsc.
Wakacyjne przygody, wakacyjna pierwsza miłość, wakacyjna muzyka modnych zespołów, nocne włóczęgi (bo z kuzynami mogłam!) i jeszcze ciągłe wizyty i przedstawienia w Teatrze Wybrzeże (kochana ciocia pracowała tam, więc często mnie zbierała ze sobą na letnie przedstawienia. Znałam teatr od drugiej strony kurtyny, aktorów i życie, które mnie tam fascynowało!)
Tam po raz pierwszy oglądnęłam „Niech no tylko zakwitną jabłonie” Agnieszki Osieckiej i zakochałam się w tym spektaklu na zabój. Tak bardzo, że po wielu wielu latach (w 2002 roku) tu w Houston, na podstawie tamtego tekstu zrobiłam przedstawienie pt. „Świat nie jest taki zły”.
A gdy kilka tygodni temu, oglądając serial „Osiecka” zobaczyłam fragmenty oryginalnego warszawskiego spektaklu „Jabłoni”, ze wzruszenia odjęło mi mowę a dusza uleciała na moment do nieba..
Mój ojciec uwielbiał podróże. A w tamtych czasach proste to nie było. To on nauczył nas, że świat jest wielki i warto szukać sposobów, by wiedzieć i widzieć jak najwięcej. Od codziennych spacerków po krakowskich plantach, od wyjazdów niedzielnych do Zakopanego, Lanskorony, nad jeziora, w górki, aż do wycieczek zagranicznych do Jugosławii (tak, wtedy to była JUGOSŁAWIA!), Bułgarii, Austrii, Rumunii. I tylko moje pokolenie wie jak te wycieczki wyglądały.
O paszport trzeba było składać podanie i czekać – nie wiadomo jak długo i nie wiadomo czy się uda i nie wiadomo od czego/kogo to będzie zależało.. Ale tata każdego niemal roku próbowal i jakoś miał szczęście. Potem następowały długie przygotowania do wyjazdu, zakupy, pakowania, upychania, bo przecież nie mieliśmy porządnego sprzętu turystycznego, pieniędzy, jechaliśmy starym samochodem, jakąś Skodą albo Trabantem, albo Syrenką. Ostatnie lata wspólnych wyjazdów to już polskim Fiatem 125 i wtedy uważaliśmy to za duży luksus.

Mój Tata w naszej podróży do Turcji w 1975 roku polskim Fiatem 125.

Jedzenie robiliśmy w słoikach, jak tradycyjne „weki”, skupowaliśmy konserwy gdzie się dało (przecież niczego nie było w sklepach!) i o ogóle dziś nie mogę sobie ani przypomnieć ani wyobrazić jak za każdym razem udało nam się to wszystko wpakować do auta i jeszcze upchać nas – cztery osoby! No i przetrwać taką podróż przez trzy – cztery tygodnie bez cienia wątpliwości, że to trudne, niewygodne, warte takiego wysiłku. Byliśmy szczęśliwi, zwiedzaliśmy co tylko było możliwe i w zasięgu naszych możliwości (też finansowych). Spaliśmy na campingach, na przypadkowych polach, czasem ktoś za niewielką opłatą pozwolił nam skorzystać ze swojego ogródka, a nierzadko po prostu była to przydrożna zatoczka, bo już nie było siły na szukanie czegoś innego późną nocą.
Podobnie podróżowaliśmy już jako małżeństwo, z naszymi małymi dziećmi, różnica była tylko taka, że pakowaliśmy się do… „Malucha” czyli Fiata 126 i też się dało. Na zasadzie: Polak potrafi, a młodość nie zna przeszkód. Rok przed wyjazdem do Ameryki w taki sposób objechaliśmy z dziećmi kawał południowej Europy: od Związku Radzieckiego poczynając (tak, jeszcze wtedy był Związek Radziecki..) poprzez Rumunię, Bułgarię, Turcję, Grecję, Jugosławię i wróciliśmy przez Austrię (ach, ten wiedeński Prater- park rozrywki i McDonald, cudowne atrakcje dla polskich dzieci!) i Czechosłowację do domu. Nic nie było w stanie nas zniechęcić, ani niewygoda podróżowania, ani kilometrowe kolejki na granicach i wielogodzinne czekanie na ich przekroczenie, ani sposoby traktowania nas. Gdy dziś o tym wszystkim myślę i gdy uświadamiam sobie, że mogliśmy się w tamtych czasach śmiać z tego i być szczęśliwymi, to podziwiam naszą odporność. Odporność na nienormalność, która po prostu była codziennością i.., normalnością. I cieszę się, że ten blog piszę po polsku i że czytają go Polacy, bo myślę że innym trudno byłoby te zjawiska wytłumaczyć. Choć – mam też wątpliwości czy moje wnuki i inni młodzi to rozumieją 🙂
Bakcyl podróży był tak silny w mojej rodzinie, że podłapał go mój mąż i nasze dzieci. I tak trwa do dzisiaj. Tylko, że dziś od wielu lat podróże, wakacje to jakby zupełnie inna bajka!
O podróżach po Świecie moich, a jeszcze więcej moich dzieci i wnuków można by pisać miesiącami, ale nie w tym rzecz. To nie blog podróżniczy.
W tym dzisiejszym fragmencie chciałam sięgnąć w mojej pamięci do tej „szufladki” w głowie, w której ukryła się i zachowała na całe życie potrzeba zwiedzania Świata, poznawania nowego, nieznanego, spotykania ludzi, przyrody, przeszłości i przyszłości Ciągnie nas „gdzieś”, niezależnie ile mamy lat, ile mamy pieniędzy, jak różne mamy zainteresowania. Wciąż jeszcze czeka na nas coś nieznanego. Wydaje mi się, że zwiedziłam ogrom Świata, tyle krajów na niemal każdym kontynencie, a jednak wciąż jestem nienasycona i wiem, że mogłabym tak planować podróżować do końca świata..
Na szczęście – życie jest też wyborem. Zawsze pozostaje COŚ przed nami.
Jest wiele dróg nieznanych, które na nas czekają..
No, i innym też trzeba zostawić miejsce i inicjatywę 🙂


BACK

Fiołkowo i fioletowo

3/6/2021
„W marcu jak w garncu” – pamiętacie takie polskie przysłowie? O tej porze roku czekaliśmy już z utęsknieniem na wiosnę. Jeszcze zimno, jeszcze często śnieg i plucha, a już bywały dni, kiedy słońce nagle przygrzewało tak mocno, że rozpinaliśmy płaszcze zimowe i niemal tańczyliśmy z radości na ulicy ciesząc się podmuchem wiosennego zapachu. Najbardziej lubiłam jak mama wracała rano z rynku kleparskiego w Krakowie i przynosiła bukiet pierwszych tulipanów albo pięknych żółtych żonkili. Mama zawsze miała „świetną rękę” do kwiatów ciętych, do wazonu. Cokolwiek by postawiła, zawsze pięknie się rozwinęło, kwiaty zawsze stały świeże i rozkwitnięte dłużej niż u kogokolwiek innego.
Nigdy nie trzymała i nie hodowała kwiatów doniczkowych, ale zawsze miała w domu kwiaty świeże. Wymieniała je co kilka dni. O każdej porze roku. Nawet jeśli to miały być tylko bazie czy gałązki suszonych zbóż.
Kwiaciarki na Rynku krakowskim też zawsze miały świeże kwiaty. Nawet w zimowe mroźne dni najpiękniejsze róże można było kupić pod pomnikiem Adama Mickiewicza. Krakowska kwiaciarka zawsze miała kwiatka, często nawet dla tych, co biegli późnym wieczorem na spóźnioną randkę i koniecznie potrzebowali kwiatka na przeprosiny za to spóźnienie…
Kwiaciarka spełniała najwymyślniejsze pomysły i pragnienia klienta i układała piękne bukiety, mieszała różne kwiaty, zielone łodygi i kolorowe wstążki. Kiedy przyjechałam do Ameryki byłam zaskoczona, że bukiet kwiatów jest tak nieciekawy, że każdy jest.. taki sam, że nie ma duszy i pomysłu, że nie ma tchnienia, który ja widziałam i czułam w bukiecie kwiatów od wczesnego dzieciństwa.
Najbardziej kochałam małe bukieciki wiosennych fiołków. Pachnących tak silnie i tak wyjątkowo, że do dziś rozpoznałabym ten zapach na końcu świata. Kiedy byłam już razem z Wackiem, moim przyszłym mężem, dostawałam fiołki gdy tylko pierwszy bukiecik pojawił się na straganie krakowskim. Niestety, fiołki są delikatne, krótkotrwałe – może dlatego tak piękne, wzruszające i ulotne. Za to potem pojawiały się pierwiosnki, tulipany, konwalie, bzy, piwonie. Każde miały swój jedyny i niepowtarzalny urok. Każde pachniały inaczej. I te zapachy są głęboko w mojej pamięci. Głębiej niż sam obraz.
Mieliśmy taką swoją ulubioną kawiarenkę. W tamtych czasach wczesnych lat 70-tych rzadko chodziliśmy do restauracji. Te naprawdę dobre były drogie i niedostępne dla nas, młodych. Zresztą nie było w modzie chodzić do restauracji, nasi rodzice także nie chodzili, raczej spotykali się ze swoimi przyjaciółmi w domach. A te tańsze.. no cóż – nie miały dobrych opinii, uchodziły raczej za speluny z podejrzaną klientelą i ogromną ilością wypijanej tam wódki w najgorszym gatunku.
Za to kawiarnie, cocktail bary były bardzo popularne.
Na ulicy Kazimierza Wielkiego była mała kawiarenka, która wydaje mi się, że nawet.. nie miała nazwy. To znaczy – może nie pamiętam.. ale wiem, że my nazywaliśmy ją „Fioletowa Przystań”. Trochę od moich ukochanych fioletowych fiołków (wtedy wszystko, co było fioletowe wydawało mi się piękne i wyjątkowe!) a trochę dlatego, że przypominam sobie tam lekko fioletowe oświetlenie. Nie wiem czy był to neon, czy lampa z taką poświatą, dość, że tak zachowałam to miejsce w pamięci, jako przytulne, fioletowe, cieplutkie. Było tam kilka małych okrągłych stolików, mała lada przy bufecie i dwie przemiłe panie, które tę kawiarnię prowadziły. Zamawialiśmy tam kawę z bitą śmietanką i chyba czasem jakieś ciastko do tego (sernik, bezę a może kremówkę??) ale najbardziej uwielbialiśmy filiżankę czerwonego barszczyku z krokietem. Ten barszczyk miał niezwykły smak. Tylko tam w tej kawiarence tak smakował barszczyk czerwony! I ten krokiecik, czy może rogalik – bo taki kształt miał ten krokiet, nadziewany mięsem albo grzybkami.
Przychodziliśmy tam dwa, trzy razy w tygodniu choć zupełnie było nam to nie po drodze i choć trwało nie więcej jak trzy cztery lata – jest to jedno z najpiękniejszych wspomnień o miejscach mojej młodości.

Nie wiem czy też macie takie przemyślenia, ale ja myślę, że zapachy i smaki są najmocniej zapamiętywanymi odczuciami w głowie człowieka.

Nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno te wrażenia osadzają się w naszej pamięci i świadomości. Po wielu wielu latach, w bardzo niespodziewanych okolicznościach smak czy zapach potrafi przywrócić nam pamięć tak jednoznacznie, że nie mamy wątpliwości, skąd to pamiętamy.

Nasz ślub kościelny odbył się 7 września. Nie jest to miesiąc, kiedy kwitną fiołki. Ale ja, jak to każda panna młoda, wymarzyłam sobie mieć suknię koloru fiołkowego (niestety, nie udało się, bo moja kochana przyjaciółka Ania, brała ślub rok wcześniej i to ona spełniła to marzenie 🙂 W tamtych czasach taka była moda, że byłyśmy „zbuntowane” i nie chciałyśmy mieć tradycyjnych białych sukien, tylko kolorowe, nie chciałyśmy welonów tylko kapelusze, toczki itp. Byle nie tradycyjnie! No i odpuściłam fiołkową suknię ale uparłam się na fiołki i – wyobraźcie sobie, że (do dziś nie wiem w jaki sposób!!) ale miałam fiołki, świeże dopięte do pomarańczowego kapelusza (a jakże, tak jak chciałam!) i delikatno-pomarańczową prostą, ale elegancką długą suknię. Bukiet był z kwiatów mieszanych z dodatkiem fiołków, a ułożyła go z pewnością czarodziejka – krakowska kwiaciarka! (ale… tego to już tak do końca nie jestem pewna) 🙂 🙂


BACK

„Jak kamienie na Szaniec”

3/10/2021 

Te dwie książki stały się w latach szkoły średniej moją najważniejszą biblią życiową tamtego czasu. Zawsze lubiłam przedmioty humanistyczne, w przedmiotach ścisłych byłam przysłowiową „nogą”. Inne – biologia, chemia czy języki- średnio, „na jeża”. Nauczyciela historii mieliśmy fantastycznego choć .. hmm – nieco dziwnego. Lwowiak z pochodzenia, posiadał wielką wiedzę, niekoniecznie akceptowaną przez ówczesny szkolny system (i państwowy też) 🙂 i tę wiedzę przekazywał nam uczniom w równie niekonwencjonalny sposób.  Dłłłłłłuuugggooo by o tym opowiadać, do dziś mnie fascynuje, co nasz profesor miał w swojej głowie w sprawie sposobu nauczania. Faktem jest, że nauczyć potrafił. Więcej o tym mogłaby powiedzieć moja przyjaciółka Nina, która jakoś ten jego system szybciej chwyciła, podobnie jak całą historię, tak dogłębnie, że w końcu ukończyła historię na uniwersytecie i wspaniale przez lata swojej profesjonalnej kariery kontynuowała tradycję naszego profesora. 

 Ale to nie on zafascynował mnie historią Powstania Warszawskiego, choć on pierwszy rzucił w klasie zakazaną wówczas nazwę Katyń.. Wiele nam wyjaśnić nie mógł, ale raz rzucone ziarno kiełkowało dalej.  Jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najbardziej, szczególnie młodym ludziom.

 Kiedy obie z  Niną znalazłyśmy się w kręgu instruktorskim Harnasi (my dwie dziewczyny a reszta grupy instruktorskiej to chłopaki na czele z „Szefem” czyli szczepowym) szybko zorientowałyśmy się, że przyjaźń tej grupy jest niezwykła nie tylko dlatego, że łączy ich harcerska wspólna działalność, ale jest w tym coś więcej. Coś, co było jakąś tajemnicą, emocjonalną, „męską”, pozytywną siłą, której i my chciałyśmy doświadczyć. Powoli (oj, bardzo powoli…) wchodziłyśmy w ten krąg i z czasem zrozumiałyśmy, że Szef stworzył piękną tradycję. Zakazaną oficjalnie w tamtych czasach w szeregach harcerstwa polskiego, ale niezapomnianą przez takich instruktorów jak nasz Szczepowy. I powiem, że nie był on jedynym takim instruktorem.  Człowiekiem, który pamiętał i pielęgnował tradycje Szarych Szeregów. Tradycję Harcerstwa, które zapisało najpiękniejszą kartę swej działalności i swego istnienia w czasie Powstania Warszawskiego. I choć dziesiątki, setki historyków wypowiedziało się już na temat tego powstania – jedno jest dla mnie pewne i niepodważalne – to co zrobili dla Polski mali harcerze przenoszący meldunki pod murami płonącej Warszawy, sanitariuszki czy wreszcie młodzi chłopcy jak Rudy, Alek czy Zośka i wielu wielu innych walczących w Szarych Szeregach byli dla nas bohaterami i drogowskazem młodzieńczego życia.

Szef wykorzystywał każdą okazję, każdą rocznicę, żeby nas nauczyć tej historii, szacunku i patriotyzmu młodych i wyjątkowych harcerzy. Na obozach, każdego roku, 1-go sierpnia, przemykaliśmy się w małym instruktorskim gronie do lasu, gdzie wcześniej Szef przygotowywał naprędce ułożony i postawiony krzyż, zazwyczaj brzozowy, na nim wisiała malutka  kopia zdjęcia Tadeusza Kamińskiego – pseudonim „Zośka” i w ciszy i  skupieniu wysłuchiwaliśmy fragmentów owych najważniejszych książek o akcjach batalionu Zośka, niesamowitych wyczynach Rudego czy Alka. Słowa takie jak: konspiracja, Wawer, podziemie – to była nasza życiowa harcerska encyklopedia. Byliśmy wtedy pod jej wielkim wrażeniem.

 Z czasem nasze drogi rozeszły się, co nie znaczy, że kontakty urwały się. To, czego nauczył nas Szef zostało głęboko w pamięci, ale – jak to w życiu, nowe tematy, nowe sprawy zawładnęły moją głową i sercem.  Działo się dużo. 

Aż przyszedł taki moment, już w Houston, w 1995 roku. Uczyłam już pięć lat w polskiej szkole sobotniej, a raczej już wtedy w Ognisku Polskim. Moje „małe” dzieci zaczęły nieco dorastać i trzeba było wymyślić nieco inną formę szlifowania języka polskiego. I tak powstał (jeszcze nieśmiały…) pomysł spróbowania sił teatralnych. Wymyśliłam wystawienie sztuki (och! to przesadnie wielkie słowo! po prostu przedstawienia, niemal takiego zwykłego szkolnego..), którego tematem miało być Powstanie Warszawskie! 

 Wrócił sentyment do tematu, potrzeba przekazania polskiej młodzieży w Ameryce garstki tej fascynującej historii, zarażenia ich choćby na chwilę tym, czego ja doświadczyłam w swojej młodości. Wybrałam materiały (a jakże, oparłam je także na moich ikonowych  książkach!), dodałam własne opracowanie scenariuszowe no i oczywiście piosenki Powstania Warszawskiego, które niemal wszyscy choćby częściowo znali.  Wtedy były już coraz bardziej popularne. Któż nie lubiłby posłuchać „Pałacyku Michla Wola” czy „Nie grają nam surmy bojowe” albo „Warszawskie dzieci” czy „Mała dziewczynko z AK”.. 

 I wiersze. A, ileż pięknych wierszy napisano na ten temat! Młodzi poeci, nieznane nazwiska, ale piękne, do bólu szczere i prawdziwe słowa ujęte w strofy  wierszy. Nie pominęliśmy też Baczyńskiego.  Wszystko to okrasił ładnym wstępem historycznym nasz dobry Ogniskowy przyjaciel (już śp.) Tadeusz Burzyński.

Tadeusz Burzyński, wstęp historyczny o Powstaniu Warszawskim

I choć przedstawienie odbyło się w wynajętej sali gimnastycznej małej szkoły, dekoracja była bardzo prosta (powiedziałabym.. prymitywna, ale zrobiona własnymi rękami) a w dość już gorący kwietniowy dzień w Houston nagle zepsuła się w środku budynku.. klimatyzacja – przedstawienie i tak było pierwszym UDANYM debiutem Teatru Ogniskowego, od którego zaczęły się następne, coraz lepsze pomysły.

Jeszcze raz wróciliśmy na scenie do motywu Powstania Warszawskiego, ale już dużo później i w innym wymiarze. 

Ale o tym będzie przy innej okazji.


Pierwsze kwiaty dla aktorów i twórców, pierwszy sukces dla Teatru Ogniska Polskiego

BACK

Skąd przychodzi pasja?

3/‎4/‎2021
Zawsze fascynował mnie teatr i film. Pamiętam takie małe kino niedaleko naszego domu, chyba nazywało się Mikro, a może całkiem inaczej.. musiałam być bardzo małą dziewczynką, bo pamiętam, że tam właśnie po raz pierwszy oglądnęłam film o Jasiu i Małgosi i tak do mnie silnie przemówił, że zapragnęłam mieć własnego.. braciszka, Jasia. No i go „dostałam :). Miałam wtedy cztery lata.
Mieszkając w Krakowie miałam łatwy dostęp do kin i do teatrów, zwłaszcza, że mieszkaliśmy w samym centrum, może 7-10 minut spacerkiem do Rynku. Niemal każdego dnia gdzieś tam w okolicy plątałam się z koleżankami. Gdy byłam już w liceum okazji do takich spacerów było mnóstwo! Każdy przecież umawiał się na spotkanie, na randkę pod Sukiennicami, pod „Adasiem”, wpadał do księgarni, do Noworolla, który przecież był od zawsze w tym samym miejscu, a kiedy byliśmy już „doroślejsi” – przychodziliśmy na kabarety do Piwnicy pod Baranami, zaglądaliśmy (przez okna :)) „Pod Jaszczury”, choć ja akurat nie byłam fascynatką tego miejsca nawet już będąc studentką.
Moja Mama, oprócz tego, że była w swojej pracy księgową, pełniła jeszcze funkcję spoleczną „ka-o-wca” czyli kulturalno-oswiatowej. (jeśli chcecie coś o tym wiedzieć więcej, to już teraz odsyłam was do jednej ze sztuk Agnieszki Osieckiej z cyklu „Listy śpiewające”, pt. „MINY DO LUSTRA”, którą nasz młodzieżowy teatr houstoński wystawił w 2001 roku. Tam właśnie postać ówcześnie ważnego KO-wca (sama już nie wiem jak to powinnam dziś poprawnie pisać 🙂 w polskich przedsiębiorstwach, szkołach i wszelkich miejscach pracy, a zwłaszcza w ośrodkach wczasowych, sanatoriach, została przez Osiecką nakreślona bardzo przekonywująco i… satyrycznie. Jeszcze kiedyś tu do tego wrócę)
Tak więc, Mama jako bardzo zaangażowany KO-wiec (naprawdę lubiła swoją dodatkową funkcję społeczną!) wśród wielu innych rzeczy i wydarzeń, które organizowała, dostawała też każdego miesiąca bilety do teatru i opery. I – jak się łatwo domyślić, nie mogła znaleźć zbyt wielu chętnych na te imprezy. W ten sposób ja stałam się niemal stałą bywalczynią różnych krakowskich teatrów, i w dodatku zawsze miałam dobre miejsca w jednym z pierwszych rzędów. Byłam wiernym obserwatorem i podglądaczem aktorskich poczynań. Natomiast opery odbywały się w niedzielę w południe w pięknym i słynnym teatrze im J. Słowackiego i do dziś pamiętam atmosferę i uczucie zapierania oddechu, kiedy patrzyłam na słynną kurtynę Henryka Siemiradzkiego. Kiedyś, jako nastolatka umiałam wiele o tej kurtynie opowiedzieć. W ten sposób oglądnęłam niemal wszystkie najważniejsze i słynne opery, bo teatry krakowskie w czasach komuny były bardzo ambitne i miały się czym pochwalić. Wystarczy wspomnieć słynne „Dziady” w teatrze „Starym”.
Życie moich młodych lat co chwilę ocieralo mnie o sztukę. W kinach – szalałyśmy z Niną na punkcie filmów Bergmana, Woody Allena, Pollaca czy Andreja Tarkowskiego. Mogłyśmy uciekać na wagary niemal co drugi dzień, by tylko jakoś dostać się do kina „Sztuka”, gdzie zawsze grali coś wyjątkowego.
Każdego roku wykupywaliśmy karnety na Konfrontacje, które wcale niełatwo było dostać w tamtych czasach – był to przegląd najnowszych filmów zachodnich danego roku. Niektóre seanse odbywały się o 2 w nocy i często lektor czytał tłumaczenie dialogów na żywo. Ach, jakież to były przeżycia intelektualne. I emocjonalne!
Kiedy już zamieszkałam w Sosnowcu (tak, życie przynosi różne niespodzianki..) i po kilku latach zaczęłam pracować w Liceum, moja przygoda z teatrem przerodziła się w działalność „szkolnego reżysera” ( widać geny KO-wca gdzieś się przemyciły 🙂 i zaczęłam od czasu do czasu, gdy była ku temu okazja – robić różne małe kabarety, teatrzyki, zabawne scenki, degresje teatralne. A to w czasie studniówki, a to z okazji czyjś imienin, a to Dzień Nauczyciela, a to zakończenie roku szkolnego i pożegnanie uczennic. Zawsze coś się działo, zawsze coś wpadło do głowy, zawsze mnie to bawiło, dawało satysfakcję i poczucie, że życie toczy się w dwóch wymiarach: w rzeczywistości, która bywała różna i w wyobraźni, która może szaleć do woli, jak się chce i na ile jej się pozwoli.
Aż pewnego dnia, jak to w życiu bywa – zawierucha i kolejna niespodzianka – rok 1990 i niewinny wyjazd, jak mi się zdawało, wakacyjno-turystyczny do Ameryki.
Houston. Miasto, z którym kojarzyłam tylko trochę wieści o NASA i z faktem, że mój mąż dostał pracę na Uniwersytecie Rice.. na chwilę. No i ta chwila trwa już ponad 30 lat. A ja, przeszłam metamorfozę zawodową, która jako „skutek uboczny” przyniosła mi doświadczenie teatralne, całkowicie społeczne, a społeczności i młodzieży polskiej trochę zabawy i chyba dużo wrażeń i przeżyć literackich.


BACK

To co z tymi mijankami?

3/8/2021

Kto z nas nie lubi klocków lego!? Każdy kiedyś (dziś też!) coś z nich budował i miał pomysł na własny projekt. W życiu podobnie. Wymyślamy, marzymy, budujemy, dążymy. Udaje się albo nie.. Ludzie mówią, że jak bardzo bardzo chcemy, to osiągniemy to. Wiara czyni cuda. Cuda są albo nie.
Są też przypadki – dobre i złe. Są decyzje – mądre albo chybione, choć bardzo chcieliśmy, żeby się udały. Tak naprawdę, nie wszystko w życiu zależy od nas samych, choć staramy się być “kowalem swego losu”. Czy oglądaliście film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”? Jeśli tak, to wiecie o czym myślę w tym momencie. Nasza myśl, nasza decyzja jest jedna, droga, którą znajdujemy wydaje się być jedna, nasze serce jest takie same – a w tym samym momencie dzieją się wokół nas najdziwniejsze zdarzenia, na które nie mamy wpływu, ale one na nas – tak. I to one właśnie zmienią nasze życie. Czy chcemy czy nie.
Tylko dlatego, że moja mama jako jedyna ze swojej całej rodziny wyszła za mąż za „Krakusa” i wyjechała z Gdańska, ja urodziłam się w Krakowie. Moje 21 szczęśliwych lat toczyło się w jednym z najpiękniejszych miast w Polsce, w samym centrum, tuż przy krakowskim rynku. Szkoła podstawowa, Liceum Sobieskiego, Uniwersytet Jagielloński, to najlepsze szkoły krakowskie. Wszystko poukładane, toczyło się planowo i niemal wiedziałam co z moim życiem będzie dalej… aż tu nagle po pierwszym roku studiów wyszłam za mąż i wyjechałam do… SOSNOWCA! Każdy, kto usłyszał tę wieść, patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami i krzyczał: „oszalałaś! z Krakowa do Sosnowca!? Co to za zamiana? Dlaczego??” A ja z lekkością i absolutnym przekonaniem, że tak ma BYĆ odpowiadałam: bo tam będzie teraz moje życie, mój nowy „życiowy blok klocków lego”
Nie będę się rozwodzić co i jak zdarzyło się potem. Jak bardzo to życie zmieniło się w sensie „technicznym” – organizacyjnym, jak zupełnie innym światem okazało się Zagłębie Dąbrowskie (a ja, naiwna i głupia, myślałam, że Sosnowiec to jest po prostu: Śląsk! ). Moje życie było wciąż moje, ale już nie moje, krakowskie.
To był zupełnie inny świat, w którym wszystko (absolutnie wszystko!!) było dla mnie nieznane, choć ludzie mówili tym samym języku (no,chyba, że ktoś nagle zaciągnął gwarą śląską..)
Nagle wszystko było daleko, musiałam zacząć jeździć autobusami i tramwajami, podczas gdy w Krakowie niemal wszędzie mogłam dojść na piechotę. Obce sklepy, obce urzędy, moje samodzielne decyzje, inni ludzie, inna uczelnia, gdzie każdy budynek był w innym miejscu, ba – nawet innym mieście. Sosnowiec, Katowice, Będzin, Szopienice, Czeladź, Zabrze, Gliwice. Trudno uwierzyć, ale dla mnie mimo, iż miałam ponad 21 lat wszystko to stanowiło niemal zerową wiedzę geograficzną! Nie potrafiłam odróżnić Zagłębia od Śląska.
Pamiętam taki moment – mieszkałam już w Sosnowcu może pół roku, czekałyśmy z koleżankami na przystanku przed akademikiem, gdzie była mijanka tramwajów (tak, tak! tramwaje miały tylko jeden tor i na przystanku ten tor rozdzielał się na dwa. W związku z tym tramwaj, który przyjechał pierwszy musiał czekać na ten z przeciwnej strony, żeby mogły się minąć i pojechać dalej). Czekamy więc i czekamy, robi się coraz zimniej a ja zła i zmarznięta rzucam ze złością: „Beznadziejne te śląskie mijanki!” A tu jedna z moich koleżanek z pełnym wielkim oburzeniem „Na ŚLĄSKU nie ma mijanek!”. Popatrzyłam na nią zdziwiona, nic nie zrozumiałam o co jej chodzi, ale też już nic nie pytałam, bo właśnie nadjechał z naprzeciwka oczekiwany tramwaj. Hmm.. Zeszło mi wiele miesięcy, żeby zrozumieć o co poszło… że Śląsk, to nie Zagłębie, że Sosnowiec, to nie Śląsk i że w ogóle to duży błąd mylić takie pojęcia, że to dawny historyczny konflikt itd, itd.. Ale tak naprawdę ludzie żyli z sobą zgodnie i wiele z tych niby „konfliktów” było tylko przyczynkiem do śmiesznych opowiastek. Przez następne 16 lat nauczyłam się dość dokładnie całej historii i przysłuchiwałam się im z dystansu i z uśmiechem.
Sosnowiec stał się dla mnie… piękny! I nie dlatego, że miasto mnie urzekło, ale dlatego, że miasto to LUDZIE. Spotkałam ludzi, którzy sprawili, że pokochałam to miejsce i moje 16 lat życia aż do wyjazdu do Houston nabrało sensu i ogromnego kolorytu. Tam skończyłam studia i pracowałam jako nauczycielka polonistka i pokochałam tę pracę całym sercem, choć mówią że “uczenie cudzych dzieci to ciężki kawałek chleba”. Tam urodziły się moje dzieci i właśnie w Sosnowcu zbudowaliśmy naszą rodzinę.
Najpierw poznałam fajne koleżanki na zajęciach na uczelni i w akademiku (nigdy wcześniej nie mieszkałam w akademiku, to była dla mnie nowość!), potem pewnego dnia otworzyłam drzwi akademikowego pokoiku i pojawiła się Łucja i Piotr, potem Teresa, która znalazła się w nowej pracy mojego męża a już wcześniej przez pięć lat studiowała z nim w Krakowie, a potem inni. Wszyscy tak szybko zaprzyjaźniliśmy się, że stanowiliśmy niesamowicie zgraną paczkę przyjaciół na dobre i na złe. Byliśmy fascynatami literatury polskiej i rosyjskiej, dyskutowaliśmy o tym w mniejszych czy większych grupach niemal całymi nocami, rodziły się idee solidarnościowe, wzbierała się energia, rosły marzenia o lepszym życiu. Graliśmy namiętnie w brydża, gotowaliśmy we wspólnej akademikowej kuchni, a kiedy urodziła się nasza córka Kasia, i trzeba było prać pieluchy z tetry (kto to pamięta?) w publicznej pralni na korytarzu, to do pralni przenieśliśmy stolik i dalej kontynuowaliśmy brydża przy dźwiękach pralki, a czasem nocnym wrzasku niemowlaka.
Sosnowiec miał wtedy specjalny status miasta Gierkowskiego (w końcu tam się urodził nasz ówczesny przywódca) a takie instytucje jak np. Uniwersytet Śląski były szczególnie preferowane i dzięki temu pracownicy naukowi dostawali mieszkania spółdzielcze dużo szybciej niż w innych miastach. W ten sposób po niespełna czterech latach oczekiwania otrzymaliśmy wymarzone własne trzypokojowe mieszkanie w dużym blokowisku, niedaleko uniwersytetu, które wprawdzie trzeba było zacząć “urządzać” od szorowania podłóg i zdrapywania farby z szyb, ale za to radość z faktu jego posiadania była tak ogromna, że kiedy wylewając setne wiadro brudnej wody do kibla po myciu kolejnego kawałka podłogi, spuściłam ją wraz ze złotym pierścionkiem, który ześlizgnął się mi z palca, nawet się tym za bardzo nie przejęłam..
Zmieniło się nasze życie akademikowe na bardziej rodzinne i „normalne”, ale przyjaźnie i spotkania kwitły nadal niemal każdego dnia i wieczora (nie wyłączając nocy) i wiele z nich pozostało do dziś choć oczywiście w innej formie.
Budujemy kolejny “blok życia”, ale o tym już innym razem…


Nasze sosnowieckie mieszkanie, na ósmym piętrze. Zdjęcie od lewej, pochodzi z lat 80-tych, zrobione od strony wejścia na klatkę schodową. Po prawej- nasz blok w roku 2019, kiedy to po raz pierwszy po 25 latach patrzyłam na niego z równie dużym wzruszeniem jak wiele lat wcześniej. Zdjęcie pokazuje stronę od głównej ulicy, gdzie każde mieszkanie miało swój balkon. Niestety, była bardzo głośna, ale kto by się takimi drobiazgami wtedy przejmował 🙂


BACK

Tej przyjaźni moc nie zgaśnie..

‎3/‎1/‎2021
Po tylu latach życia nie można przypomnieć sobie wszystkich ważnych ludzi, którzy przetoczyli się przez nasze życie. Mam taką wizję – kiedy uczyliśmy się w szkole o DNA i po raz pierwszy nauczycielka rysowała na tablicy pokrętne linie kodu genetycznego, które w jakiś dziwny całkiem niezrozumiały dla mnie sposób kręciły się, przecinały się, niewiele wtedy z tego zrozumiałam. Dziś choć wiem w ogólno-ludzkim sensie co to jest i dlaczego tamten schemat linii był taki ważny, w mojej wyobraźni posłużył czemuś zupełnie innemu..
Otóż – pewnego dnia przyszło mi na myśl, że tak jak w tych liniach genetycznych, podobnie widzę drogi ludzkich spotkań życiowych, przyjaźni, wspólnie spędzonych lat, czasem tylko tygodni, a czasem po prostu kilku dni. Ale tak ważnych i znaczących, że zostają gdzieś w zakamarku pamięci na całe życie.
Są także przyjaźnie, które trwają zawsze, nawet jeśli ludzie się rozstają, jeśli nie spotykają się przez wiele lat. Nadchodzi taki dzień, że znów skrzyżują się ich drogi, „zapętlą się” choćby na chwilę i dwie osoby- od lat żyjące daleko od siebie, pozornie inaczej i gdzie indziej – nagle wykrzykną swe imię i znów poczują tę samą więź, co ich łączyła lata temu.
Doświadczyłam kiedyś takiej sytuacji. Była to przyjaźń ze szkolnej ławy. Liceum, harcerstwo, wspólne wakacje, obozy harcerskie, dziesiątki opowieści o chłopakach, lękach, marzeniach. Nauka do matury, plany na przyszłość, konkurencja w prostych życiowych sprawach nastolatków i szaleństwa nocne dawnych prywatek. A nade wszystko – krąg przyjaźni harcerskiej, bo ta wtedy dla nas była jak narkotyk.
Kiedy oglądam dziś filmy o młodzieży i ich współczesnych problemach, to patrzę na siebie jak na dziwoląga – chyba naprawdę należymy do świata dinozaurów! Owszem – biegaliśmy na prywatki (tak to się wtedy nazywało) ale nigdy chyba nie byłam w żadnym klubie ani na prywatce, na której pilibyśmy alkohol, do domu wracałam o bardzo przyzwoitej porze i jakoś nie miałam pomysłu, że moje życie nastolaki jest nudne. Za to na zbiórki leciałam jak na skrzydłach, mogłam spokojnie zawalić szkołę, iść na wagary, jeśli trzeba było coś przygotować, zrobić na polecenie przełożonego czy wreszcie naszego „Szefa”, który wtedy był naszym absolutnym guru.
Przeszłam różne fazy harcerskie – od „Szarotek” w zuchach, gdzie później zostałam przyboczną i drużynową do drużynowej zuchowej w Czarnej 13-ce, aż wreszcie zaangażowałam się w krąg Drużynowych Zuchowych w hufcu Kraków – Kleparz i tam pewien ważny i fajny druh wciągnął mnie do 24 Szczepu „Harnasie” i tak stałam się pierwszą instruktorką żeńską w szczepie, który rozwijając się otworzył drużyny zuchowe żeńskie. Ja wciągnęłam Ninę i w ten sposób nasze życie dwóch nierozłącznych przyjaciółek szkolnych uwikłało się w krąg męskiej przyjaźni. Stanowiliśmy dobrą paczkę. Choć – nie ukrywam – były i trudne chwile. Dwie dziewczyny i stara zwarta paczka 7 czy 8 facetów, to niezbyt łatwa konfiguracja…
Mimo wszystko – połączyło nas tak wiele wspólnych rozmów, wyjazdów, akcji, wielogodzinnych dyskusji, że sprawdziliśmy te nasze „połączenia dróg” i ich niewiarygodną moc w różnych sytuacjach.
Po ponad 20-kilku latach z jednym z Harnasi odnaleźliśmy się w Stanach. Telefon – (wtedy jeszcze stacjonarny, nie było komórkowych), ten sam głos..
„Marek?” – „to ty, Gośka?” – kilka dni później czekałam na niego na lotnisku w Houston. Przyleciał spóźniony. Kiedy szedł z samolotu widziałam jego rozczochraną czuprynę i koszulkę z napisem KRAKÓW. Było wszystko jak kiedyś. Razem z moim mężem, też jednym z „Harnasi” – nie mogliśmy się nagadać przez kilka następnych nocy. Brakowało nam tylko dawnego kręgu ogniska..

Zdjęcie pochodzi ze spotkania a Markiem K. na Florydzie, kilka lat temu, nie było to nasze pierwsze spotkanie. Było ich już wiele, a rozmów telefonicznych jeszcze więcej, bo ” nie zgaśnie tej przyjaźni moc..”
Na obozie instruktorskim, Czechosłowacja-Węgry w 1972 roku, w Bratysławie, z moim przyszłym mężem (ale wtedy tego jeszcze nie wiedzialam…)

Wtedy po raz pierwszy piliśmy pepsi-colę! A Wacek do tej pory pamięta jak po węgiersku jest „jedenaście” bo było nas 11 uczestników: cztery dziewczyny i siedmiu chłopaków i tyle porcji, miejsc, biletów zamawiał przez cały czas trwania obozu. – TIZENEGI!!

Od prawej moja „druga szkolno-harcerska” połowa Nina, potem Wojtek, który do dziś pozostaje naszym najwierniejszym uczestnikiem spotkań babskich (już rzadkich i w małej grupie, ale Wojtek zawsze jest wśród nas! 🙂 Dalej Iwonka, wtedy już żona naszego Szefa i ja.


BACK

Zamiast diamentów i złota

‎3/‎2/‎2021
W kalendarzu polskim dziś są imieniny Heleny. Helenki. Imieniny mojej Mamy.
To był zawsze ważny dzień dla mnie. Dopiero niedawno zaczęłam zastanawiać się, jak to właściwie było w tej polskiej tradycji?..
Kartka z kalendarza przypominała rodzinie i przyjaciołom o dniu imienin, ale osoba, której imieniny tego dnia były sama musiała się na te imieniny przygotować. Chyba, że to był facet to wtedy biegała i przygotowywała mu wszystko żona – takie czasy.. Kilka dni wcześniej robiła plany, biegała po sklepach, zdobywała produkty, potem piekła, gotowała, sprzątała i czekała na swoich gości. Nigdy do końca nie było wiadomo kto naprawdę będzie pamiętać, kto wpadnie tylko na chwilkę, a kto tradycyjnie odsiedzi cały wieczór.
Tradycją było nie przenosić celebracji na inny dzień tygodnia, nie zapraszać specjalnie gości, tylko oczekiwać, że goście pamiętają i z potrzeby serca przyjdą z życzeniami, kwiatami, prezentem czy – do panów zwłaszcza – z półlitrówką wódki czy koniakiem. Mieszkania były małe, stoły zazwyczaj okrągłe, a wszystko co trzeba mieściło się na nich. Wszystko, to znaczy – zimne zakąski, kiełbaski, szyneczka (a jakże, zawsze jakoś się ją zdobyło!) pasztet własnej roboty, nóżki w galarecie, nierzadko bigos czy flaczki. Dopiero nieco później, już w latach 70-tych, jeśli dobrze pamiętam, Mama spróbowała takich innowacji kulinarnych jak leczo z papryki czy schab ze śliwkami. Zresztą…różnie przyjętych przez panów z konserwatywnymi podniebieniami 🙂 Na deser obowiązkowo był sernik (palce lizać!), czasem tort orzechowy, mama piekła też pączki, bo bywało, że jeszcze zahaczyło to o czas karnawału albo pyszne francuskie rogaliki z różanym nadzieniem.
No i wódeczka, bo któż piłby co innego w owych wódkowych czasach.
Nieco później, gdy moi rodzice, a zwłaszcza tata zaczął podróżować do Jugosławii (dziś już byłej) przywoził koniak w wielkiej butelce o nazwie CEZAR. Wtedy podawał go deseru i była to duża efektowna uczta dla gości. Miałam może 16-17 lat kiedy i ja dostałam maleńki kieliszeczek do spróbowania. Pamiętam oburzenie cioci Kazi, jak to można dziecku!! dać alkohol, ale tata powiedział wtedy, że lepiej bym pierwszy raz spróbowała jak smakuje alkohol w domu pod okiem rodziców, niż gdziekolwiek indziej. Zapamiętałam dobrze ten moment i rzeczywiście nigdy potem nie miałam żadnych ciągotek do picia alkoholu po kryjomu, na prywatkach.
Później, już w pełnoletności polubiłam te małe koniaczki z rodzicami wieczorem, przy oglądaniu filmów czy rozmowach, choć nie zdarzało mi się to zbyt często.
Jako dziecko, no może dziewczynka w 5 czy 6 klasie starałam się przygotować coś dla Mamy na jej imieniny prezent – niespodziankę.
Już wtedy lubiłam prezenty wymyślone, zrobione własną ręką. Na początku to były laurki (to takie modne było wtedy!) wyklejane zdjęciami z kolorowych gazet (wcale nie było łatwo je zdobyć), pisałam życzenia, takie od siebie, z serca, chciałam, żeby były inne niż robili to standartowo wszyscy inni. Później, kiedy byłam starsza, wymyślałam prezenty takie jak obrazki namalowane własnoręcznie, „książeczki” poezji (nie, wierszy nie pisałam!) ale szukałam takich, które oddawałyby specjalne myśli na taką okazję, dopasowywałam ilustracje. Każdego roku starałam się wymyślić coś innego. Nie pamiętam kiedy przestałam. Może w którymś momencie wstydziłam się już swoich „dziecinnych” pomysłów, może później już miałam jakieś swoje pieniążki i mogłam jej kupić już prezent..
Wiem, że długo przechowywała te moje wypociny artystyczne, kiedyś po latach, kiedy już byłam mężatką, znalazłam w szafce taką laurkę (zdaje się, że była z okazji Dnia Matki) i byłam bardzo wzruszona.. Nie wiedziałam, że gdzieś taki papier przetrwał aż tyle lat. Nie było „w modzie” przechowywanie takich dziecięcych pamiątek.
A kiedy myślę o sobie dziś, to wydaje mi się, że takie „potrzeby” nie uciekają z nas całkowicie. Często i dziś lubię zrobić coś dla moich bliskich, co nie jest zwykłą choćby najpiękniejszą kartką ze sklepu. Lubię napisać coś od siebie, lubię, zaskoczyć moich przyjaciół nietuzinkowym prezentem. Choć te nie mają wartości „złota czy diamentów” – dla mnie to jest wewnętrzna potrzeba i ogromna przyjemność pomysłu, samego tworzenia, przygotowywania czegoś dla bliskiej osoby. Gdybym spisywała takie moje pomysły i życiowe inicjatywy, to dziś miałabym już długą listę dla moich wnuków czy takich wariatów jak ja.
Muszę być jednak uczciwa – nie pamiętam takich pomysłów i ich realizacji na imieniny Taty czy jego inne święta. Choć także celebrowaliśmy je rodzinnie. Może uważałam, że mężczyznom nie wypada, że to za bardzo.. sentymentalne? Nie wiem. Ale wiem, że 1-go września, w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, wieczorem, zazwyczaj w piękny ciepły jeszcze letni wieczór, rodzinka spotykała się na imieniny Bronisława – i stół był zastawiony nie mniej bogato, niż w zimowy, jeszcze nie wiosenny wieczór, 2-go marca.

Oczywiście, nie mam zachowanych żadnych pamiątek „prezentowych” z czasów młodości, wszystko to było ulotne i pozostało w mojej i może jeszcze czyjejś pamięci. Ale mam kilka zdjęć moich fanaberii ostatnich lat i te mogę wam tutaj pokazać. Smieszne? Dziecinne? Ale ja to lubię! To mnie przede wszystkim sprawia radochę, kiedy osobistego coś wymyślam i robię i dedykuję dla ważnej dla mnie osoby. Cóż – każdy ma „swojego mola” – jak mawia jedna z moich przyjaciółek 🙂


BACK

„Duch – wieczny rewolucjonista”

2/‎26/‎2021
Każdy człowiek wie doskonale, że geny są elementem, który przekazują nam rodzice i wcześniejsi przodkowie, czy tego chcemy czy nie. Nie mamy na to wpływu. Są różne teorie na temat charakteru człowieka – do mnie najsilniej przemawia teoria: „Tabula rasa” (czysta tablica) – człowiek rodzi się czysty jak pusta niezapisana tablica.. Ale – tak jest tylko na początku. Wszystko co dzieje się z nami potem, od pierwszego dnia po urodzeniu zapisuje się na tablicy życia i jest już doświadczeniem kontaktów, uczuć, wrażeń. I tak już przez całe nasze życie. Aż do momentu odejścia.
Pierwszy kontakt z matką, pierwsze spojrzenie, ciepło jej ciała to już nasze doświadczenie. Dobre doświadczenie. Potem są słowa, sytuacje, w których dokonamy własnych wyborów, nauczymy się samodzielnie myśleć, nauczymy się uczuć, które w dniu pojawienia na świecie nie są nam przecież znane. Wchodzimy w interakcje, układy, sytuacje, dokonujemy przemyśleń, wyborów, uczymy się słów i uśmiechów, złości i współczucia… Naszym najmniejszym i pierwszym światem doświadczalnym jest rodzina. Jeśli wszystko układa się szczęśliwie i prawidłowo – mamy rodzinę i szansę na zapisanie naszej tablicy krok po kroku właściwymi elementami emocji, myśli i doświadczeń. Hmm.. ale to nie takie proste!
Każdy z nas miał inny dom. Innych rodziców. I w dorosłym życiu nasza „pusta tablica” ma różne zapisy. Są takie, które bardzo chcemy odciąć od siebie i nie powtarzać tych samych błędów w naszym dorosłym życiu. Często jednak łapiemy się na tym, że jesteśmy tacy sami jak nasi rodzice.. że tak naprawdę mimo, że byliśmy świadomi ich błędnych decyzji, nie potrafimy dziś postąpić inaczej. Geny? Siła nauczenia się czegoś, co jest silniejsze od rozumu, logiki? Więzy krwi, które są silniejsze, niż nasz własny rozum??
Kiedy byłam młoda, często nie podobały mi się reakcje mamy czy taty, byłam pewna, że ja NIGDY tak nie będę robiła! a dziś – z uczciwym spojrzeniem do lustra muszę przyznać, że popełniam te same błędy. Może nawet nie są to wielkie błędy, ale te same reakcje, które dziś nie podobają się moim dzieciom.
Kiedy patrzę na mojego męża, widzę niemal kopię mojego teścia. Nie tylko fizyczną, ale jego odezwania się, reakcje, ruchy są po prostu żywą kopią. A jednak – jest to INNY człowiek..
Wszystko to piszę po to, by powiedzieć, jak bardzo dziś rozumiem ważność domu, rodziny. Jak wielką istotną rolę pełni dom i rodzina w kształtowaniu nas na przyszłość. Wiele elementów naszego przyszłego życia możemy nauczyć się sami, sami wypracować własne cechy, ale nie oderwiemy się od tego co daje nam dom, rodzina, najbliżsi. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo zaprzeczali samym sobie, uciekali od kręgu, w którym pojawiliśmy się na świecie, pewne cechy są w nas. I pozostaną na zawsze. I tylko od nas zależy jak je wykorzystamy, jak będziemy je pielęgnować w sobie. Nie ma ludzi tylko dobrych i tylko złych. Wszyscy jesteśmy różni – skomplikowani, zmienni, wrażliwi. I ciągle się zmieniamy, rozwijamy. Mamy dni trudne i łatwiejsze.
Kiedy patrzymy na siebie wydaje nam się, że potrafimy się ocenić. Dużo trudniej jest zrozumieć własnych rodziców czy swoje nastoletnie dzieci albo nawet dorosłe już. Z wiekiem nasze oceny zmieniają się. Doświadczenie uczy w życiu bardzo wiele, zmienia się nasz temperament, wytrzymałość, Jakże często słuchamy planów naszych dzieci, które brzmią jakby one były pewne, że zawsze będą mieć 20 lat.. a przecież nie możemy ostudzić ich zapałów, ich wspaniałych marzeń, ich nawet najbardziej niedorzecznych, niewiarygodnych planów, bo one nie mogą zdawać sobie sprawy, że za 30 lat nie będą mieć tyle siły fizycznej co w tym momencie, że będą mieć inne preferencje, że wydarzy się wiele rzeczy, które przemieści ich kolejność spraw ważnych i mniej ważnych niż mają dzisiaj.
My to wiemy, młodsi nie. Nasi rodzice wiedzieli, my nie, a przecież też spieraliśmy się z nimi i uważaliśmy, że wiemy lepiej i „po swojemu”.
Tak jest zbudowany świat. Tak ciągnie się nieustanny pochód pokoleń.
Jak to kiedyś powiedział nasz wieszcz J. Słowacki: „Duch – wieczny rewolucjonista”. I z pewnością nie miał na myśli żadnego rewolucjonisty/komunisty 🙂
Mój dom dzieciństwa był bardzo zwyczajny.
Tata – przeciętny inżynier, nerwus, raptus. Ale dbający o rodzinę. Trochę po swojemu, czego ja za bardzo w dzieciństwie czy młodości nie rozumiałam i nie dostrzegałam. Właściwie tak naprawdę zaczęłam mieć dobre porozumienie z moim ojcem, kiedy opuściłam dom, wyszłam za mąż i urodziły się moje dzieci. Wtedy dopiero zobaczyłam jak bardzo mój tata kocha rodzinę. Jak bardzo kocha… wnuki. Nas – dzieci kochał tak, jak w tamtych czasach kochało się dzieci: bez zbędnych słów, bez okazywania uczuć, bez ciepłych gestów. Byliśmy rodziną, mieliśmy wspólne obiady czy kolacje, czasem wakacje, swięta. Nie rozmawialiśmy na tematy ważne, nie dyskutowaliśmy o nurtujących nas problemach. Czasem jakiś wspólny film w telewizji, spacer po plantach.
Mało, za mało.. Dopiero kiedy moje dzieci zaczęły jeździć z dziadkami na wakacje, okazało się że mój tata potrafi chodzić z nimi na spacery, uczyć ich tabliczki mnożenia, pływania w jeziorze. Dawał im to, czego nie potrafił dać nam, swoim dzieciom. Nie potrafił, bo takie były czasy. Ojcowie zarabiali pieniądze, dbali o rodzinę ale bawić się, żartować z dziećmi nie bardzo potrafili..
Mama była prostą dobrą kobietą. Przez pierwszych kilkanascie lat małżeństwa nie pracowała, zajmowała się domem i wychowywaniem mnie i mojego młodszego brata. Byłam chyba w drugiej klasie, kiedy mama zaczęła pracować. Chciała po prostu dołożyć trochę pieniędzy do rodzinnego budżetu i zgłosiła się do sprzątania biur ale tak jakoś szybko „wylądowała” w biurze księgowości i została księgową na wiele wiele lat, aż do swojej emerytury. Miała trochę doświadczenia, była bystra, a przede wszystkim miła, uczynna i wszędzie, gdzie się pojawiała, bardzo lubiana.
Lubiły ją wszystkie sąsiadki, koleżanki, panowie w pracy, wszystkie siostry (a rodzina byla naprawde duża!!). Uwielbiały ja moje koleżanki i koledzy, od pierwszego spotkania polubił ją mój przyszły mąż. Myślę, że to właśnie było jej największą zaletą życiową – mimo niełatwego życia, niesłychany optymizm i uśmiech dla każdego, zawsze i wszędzie.
Dziś myślę, że dała nam wszystkim o wiele więcej niż od nas otrzymała. Karmiła nas dobrociami, piekła najlepsze pączki na świecie, jej sernik był zawsze znakomity. Szyła ubranka dla lalek mojej córki (nie, nie można było kupić gotowych w sklepach). Kleiła, dekorowała kostiumy na przedstawienia do przedszkola dla swoich wnuków, kiedy przyjeżdżała do nas, już do Ameryki, z zachwytem opowiadała o dzieciach mojego brata, gdy wracała do Polski i przyjeżdżała do nich, wspominała nieustająco o nas i o naszych dzieciach. Chciała, by mimo, iż byliśmy już wtedy osobno i daleko od siebie – rodzina miała poczucie bliskości i wspólnoty.
I choć chyba wtedy tego nie czuliśmy – dziś, kiedy nasze dzieci są dorosłe i mają własne dzieci, myślę, że duch babci Helenki wciąż jest wśród nas obecny i to właśnie ona scaliła nas mocno niewidzialnym węzłem.

Zdjęcie Taty zrobione w dniu naszego ślubu cywilnego, w maju 1974 roku
Jedno z niewielu zdjęć z Mamą z mojego dzieciństwa. Mama zawsze uśmiechnięta, ja jakaś naburmuszona 🙂 🙂

BACK