Blogowy zawrót głowy

6 kwietnia 2023

  Blog zaczęłam pisać ponad dwa lata temu.  Moja przyjaciółka naciskała mnie bym  zainteresowała się tym tematem, a ja nie bardzo wierząc, że to “działka” dla mnie, nieufnie i bardzo powoli przyglądałam się temu w sieci. Niezbyt uważnie i niezbyt poważnie. Blog jawił mi się jako bardzo prywatna forma wypowiedzi i chyba właśnie ta wolność słowa mnie przekonała najbardziej. Nie musiałam wpisać się w żadne ograniczenia, łatwo było założyć stronę blogową (no, oczywiście z pomocą mądrej komputerowo przyjaciółki!) i zacząć pisać, o tym co właśnie chciałam wyrzucić z siebie i ze swojej pamięci.  Powoli wciągało mnie to coraz bardziej, fascynowało, złościło, że nie mogę sobie czasem dać rady ze zdjęciami, marginesami, poszukiwaniami w sieci itd. A potem już coraz głębiej sięgałam po narzędzia ułatwiające i usprawniające tworzenie każdego wpisu. 

Jednym z elementów “uczenia się” jest czytanie blogów innych blogerów. 

I tu… no właśnie!  Zaczyna się wielka zawierucha!! Nawet nie wiem od czego zacząć!  Czy od tego co uważam za dobre czy od tego, co miesza mi tak w głowie, że  przestaję rozumieć ten sieciowy świat i uważam, ze bardzo rozwarstwia mi wszystko, co zdołałam poukładać sobie w głowie. Jakby od czasu kiedy zainteresowałam się blogowaniem, ten obszar tematyczny rozdwoił się jak zbyt szeroka rzeka, która musiała znaleźć sobie ujście drugim korytem. 

Mój prosty bliski mi, prywatny świat/blog, w którym można odnaleźć siebie, swoje emocje, wspomnienia, własne sprawy, rodzinę przyjaźnie nagle zaczął mieć “wielkiego brata” w postaci blogów, które powstają  trzymając się bardzo mocnych określonych zasad. Zasad biznesowych, finansowych, tematycznych, które nie mogą przekraczać luźnych “ludzkich “ granic.  O potrzebie i zasadności istnienia takich blogów powstają kolejne blogi określające “co, jak, po co” – itd..   

Zawrót głowy! to nie moja bajka, nie mój technologiczny świat!

Czytając te wszystkie wytyczne mrużę oczy, chwytam się za głowę i nie wierzę, że to też są BLOGI!!  Słownictwo, jakim te “artykuły “ operują, bo na pewno nie nazwałabym je blogami, nie mają nic wspólnego z luźnym indywidualnym prywatnym światem blogera. Być może tak działa blog biznesowy. Niewiele wiem o tym. Na pewno każda firma ma prawo założyć swój blog i w ten sposób promować swoje wyroby.  Ale ta „bajka” jest już nie mój świat..

Wybrałam fragmenty z czterech blogów do których zaglądam w sieci. Jest ich serki, tysiące i TAKIE lubię! Ciepłe, inspirujące, ludzkie..

Pisząc mój blog już od dawna czytam w sieci  blogi innych autorów. Obserwuję, że techniki pisania są bardzo różne. Zresztą nie ma się co dziwić, już wybór tematu narzuca różnorodne formy. Blogi podróżnicze są kolorowe od zdjęć z całego świata, blogi kulinarne przyciągają zdjęciami najróżniejszych potraw, a ich podstawą są przepisy podane tak, by zachęcić nie tylko do jedzenia, ale przede wszystkim do gotowania. Są i takie blogi, które bazują na własnej grafice, malunkach i zawierają niewiele słów a przemawiają do odbiorcy obrazkiem biało-czarnym czy ostrymi kolorami. Są też po prostu recenzje książek, filmów – ogromnie cenne, bo osobiste “ludzkie” a nie pochodzące od fachowców, którzy zawsze wiedzą “najlepiej”. 🙂

Ponoć nie da się policzyć ile w sieci naprawdę istnieje blogów, głównie dlatego, że dużo z nich trwa krótko, od kilku miesięcy do roku a potem twórcy tracą zainteresowanie i z różnych przyczyn przestają kontynuować pisanie. WordPress, który jest najpopularniejszą platformą blogową na świecie podała, że w 2022 co miesiąc pojawiało się na niej 70 milionów postów.  Podobno średnio napisanie jednego postu zabiera 3 godz. 55 min. Ale niektórzy wrzucają króciutkie informacje czy zdjęcia albo filmiki, tworzenie których zajmuje  im niewiele więcej niż kilkanaście minut.  Mnie napisanie pełnego postu, sprawdzenie go, wyczyszczenie, dołączenie zdjęć, przeczytanie go sto razy itd. zabiera długie godziny. Ale nie narzekam!! 🙂 

Symboliczne anonse stron biznesowych – jest ich tysiące w sieci!

Nigdy nie miałam intencji zaistnieć się w kategorii blogerów biznesowych. Ani tych, którzy umieją wyrazić swe myśli własnymi rysunkami. Lubie pisać. Opisywać, wyrażać swoje myśli dość dosadnie, odważnie i po mojemu.  Nie rozumiem mechanizmów i słownictwa, które rządzi prawami niepojętych wymagań, żądań, które współczesny świat sprowadza do zarabiania pieniędzy na blogu. Ale rozumiem, że tak też można i że takie blogi to jedna z istniejących form biznesu. 

Moje koleżanki też nie mają łatwo! Ale „dajemy radę” – jak mawia mój krakowski Anioł

 Mnie ledwie udało się znaleźć miejsce, w którym na stare lata z radością zaistniałam jako JA. Moje miejsce, w którym mogę pogadać. pofantazjować, zastanawiać się nad życiem, a nawet trochę krytykować, bez obawy, że komuś może się to nie spodobać 😊.. I gdy tylko spojrzę na te fachowe blogi „biznesowe” to natychmiast czuję się niedouczona i nie na „ właściwym miejscu”, ale wcale ani odrobinkę mi to NIE przeszkadza!! Nastąpił taki moment, że wreszcie tzn. „różnica pokoleń” nie wyklucza nas starszych z uczestnictwa w technologii, jeśli tylko chcemy. i tak jak potrafimy sobie z tym poradzić.

Technologia, komputeryzacja to dziedziny zwariowane i stanowczo za szybkie!  To pogoń (jak to się mówiło za moich czasów) za „ króliczkiem” tylko po to, by go wciąż gonić i – nie dogonić! 

A ja chciałabym: obudzić się rano, otworzyć oczy, ujrzeć słońce albo leniwie spadające po szybie krople deszczu. Wypić kawę z pianką mleka i zjeść spokojnie i niespiesznie małe śniadanie. I wszystko to celebrować! I jeszcze opowiedzieć wam o tym. Wykrzyczeć, że to jest takie proste! Powiedzieć, że to jest nadzwyczajne piękne i i ja już teraz to wiem! 

Bo przez wiele lat mojego życia pędziłam każdego ranka prosto z łóżka do łazienki, łapałam w biegu kanapkę i wybiegałam z dziećmi do przedszkola. Ledwo zdążałam do pracy. Wszystko na godzinę, na dzwonek na lekcję, ze strachem, że znów się spóźnię.. Nie znosiłam tego. A jednak – żyłam jak każdy, zaprzyjaźniona z takim systemem, bo tak było trzeba. Przecież wszyscy to pamiętacie…

Dziś ma być inaczej. Mój blog ma pomóc mi powiedzieć moim dzieciom, moim przyjacielom jak bardzo kocham moje „dzisiaj”. Mimo, że czasem chciałabym wrócić do chwil młodości, moje “dzisiaj” ma wiele zalet. Dobrze wiem, z jednej strony to już starość i wiele dobrych cudownych chwil młodości nigdy już nie wróci – z drugiej strony, to właśnie między innymi technologia pozwala mi powrócić do wspomnień, spokoju  i dobroci przeszłych czasów.

Każdy z nas ma wyznaczony w przestrzeni ziemskiej swój czas. Każdy może z nim zrobić co chce. Może być geniuszem nauki, artystą, wspaniałym nauczycielem albo złodziejem, bandytą.. Kimkolwiek chcemy. Nasz wybór!! 

Możesz żyć jak myszka i nigdy się nie odzywać. Możesz krzyczeć, walczyć słowem czynem i twój głos pozostanie zapamiętany przez kolejne pokolenia. Możesz być twardym biznesmenem pełnym sukcesu i satysfakcji albo zwykłym cichym „myszkowatym” blogerem jak ja. 

Nie chcę zmieniać teraz moich zasad. Mojej małej wolności. Chcę, by blog był moją własnością, moim wyborem. By go czytali ci, co mają na to ochotę i ci co czują podobnie.

Niech mi technologia pomaga a nie przeszkadza. Niech mi nie miesza w głowie, bo życie już mi wystarczająco namieszało przez lata. 

Ostatnimi laty bardzo modne stało się określanie, że dzisiejsze 50, to dawna 30-ka, dzisiejsze 70 to dawna 50-ka.. Nie za bardzo wyobrażam sobie, co to może znaczyć.

Próbuję przypomnieć sobie jak to było, gdy moja Mama miała 70 lat.. Była wesoła, optymistyczna mimo, że była już od kilku lat wdową. Miała podobnie jak ja, grupę swoich koleżanek, z którymi spotykała się od czasu do czasu na kawę na Rynku w Krakowie. Przylatywała do nas w odwiedziny do Ameryki i chętnie z nami podróżowała, choć i nasze i jej możliwości były znacznie skromniejsze niż te dzisiejsze. Nie korzystała z internetu, bo go nie było! 

Wspomnienia urodzinowe Babci Helenki 70-tych urodzin w Houston

Za to namiętnie rozwiązywała krzyżówki i podobnie jak my oglądała swoje ulubione seriale i filmy. Biegała do fryzjera i na manicure. Nie miała komputera i nie musiała zgłębiać jego tajemnic. Dopiero w starszym wieku zaczęła szaleć po sklepach z ciuchami i cieszyć się każdą nową sukienką czy bluzką. Lubiła kolory, lubiła zmieniać torebki, choć nie były to torebki znanych marek. Jej „70-ka” wcale nie była taka „stara” choć nie nazwałabym ją „50-ką”. I na pewno była inna niż nasze teraz. Nigdy nie nauczyła się prowadzić samochodu, chociaż w naszej rodzinie auto mieliśmy niemal „od zawsze”, ale myślę, że to raczej z powodu taty, który jak każdy wówczas facet uważał, że żadna kobieta na świecie nie może nauczyć się prowadzić samochodu.  Dopiero, gdy ja zrobiłam prawo jazdy (w 1982 r) i przełamałam „tabu” – pewnego dnia, gdy wracaliśmy z Gdańska i prowadziłam auto prawie całą drogę, Tata powiedział do Mamy: „ wiesz, Gosia całkiem nieźle jeździ..”

Gdyby dziś wiedział, ile w życiu przejechałam kilometrów i mil, to by się tam w chmurkach cały czas za głowę z niewiary trzymał. 😀

Samochód przecież stał się dla mnie po prostu „parą butów”, którą używam każdego dnia..

Oczywiście, że obecna 70-ka to dawna 50-ka! Nie może być inaczej! Bo dziś, MY 70-letnie „staruszki” nie miałybyśmy szans przeżyć w tej dżungli internetowo-technologicznej bez tej wiedzy, którą posiadamy!  Musimy być douczone, bo nasze wnuki nie umiałyby z nami rozmawiać, musimy być sprawne komputerowo, żeby samodzielnie załatwić sobie bilet lotniczy i rezerwację do restauracji. Musimy umieć sprawdzić w sieci wszelkiego rodzaju informacje i przeliczyć pesos na dolary albo cokolwiek innego, o co można szybko zapytać wujka Google’a. Musimy umieć rozmawiać z „Alexą” i zrobić zakupy na Amazonie. Zobaczyć co nasze dzieci czy wnuki zamieściły właśnie na Instagram-ie albo na Facebooku, bo inaczej… nie będziemy wiedzieć co u nich słychać. 😀

Zawrót głowy!!  Nie taki zwykły „ poczciwy” ból, na który kiedyś pomagały tabletki „z krzyżykiem” albo pabialgina. 

Dziś zawrót głowy ma zupełnie inne przyczyny niż 40 czy 50 lat temu. 

Równocześnie zdaję sobie sprawę, że świat składa się z milionów ludzi, którzy żyją codziennie bez komputera, bez smartphona. Starzy, zaplątani w dawno wygasłe metody życia. Ludzie, którzy nie rozumieją konieczności przyswajania sobie tego, co mogłoby spowodować ten technologiczny zawrót głowy. Nie potrzebują nowoczesnej technologii i potrafią bez niej żyć. Nie podejrzewają nawet, że mogliby mieć wybór narażenia się na takie zmiany. Trudno sobie to wyobrazić, a jednak.. tacy też w naszym świecie istnieją.

Ich świat funkcjonuje inaczej. Żyje i nie zmieni się. Choć może w głowach ich wnuków czy prawnuków wydaje się to niemożliwe…

 Kochani Młodzi! Kochane Dzieci i Wnuki! 

Tak wnuk uczy babcię nowości technologicznych 😛😊 Oczywiście – to bieganie obrazków to jego pomysł

Jestem babcią otwartą na nowości technologiczne, współczesne szaleństwa internetowe (byle bez przesady!🤣) choć i tak ogromnej ich ilości nie mogę zrozumieć. Ale każdego dnia bardzo się staram! Łyknąć choćby jedną nową malutką cząstkę. Lubię słuchać jak o nowościach komputerowych opowiadacie, pod warunkiem, że używacie języka, który do nas starszych dociera i potrafimy go rozumieć. Ale i wy również musicie wiedzieć, że my (starsi i starzy) potrzebujemy nauczycieli cierpliwych i wyrozumiałych, którzy będą umieli przekazać tę szaloną wiedzę włożyć do głów dawnym nauczycielom bez używania „języka prędkości światła”. 😂

Bo dziś tak się na świecie dziwnie zrobiło, że nauczyciel nie tylko uczy uczniów, ale i sam też jest uczniem. A jego uczeń może pełnić dla swojego nauczyciela – wzajemnie – także rolę nauczyciela, tylko z całkiem innego zakresu wiedzy!

Nieważne ile mamy lat – każde pokolenie ma coś do zaoferowania sobie wzajemnie! 

My starsi liczymy na waszą nowoczesną wiedzę i.. cierpliwość do nas. Bo my do Młodych cierpliwości mamy nadmiarze! 😜😍


BACK

O normalności, powieści pt. “Alicja z Krainy Czarów” i nienormalności wśród ludzi

 29 marca 2023

Alicja z Krainy Czarów” doczekała się setek wydań książkowych i filmowych. Także ogromną liczbę wyobrażeń o Alicji! 😃

Niedawno, w którymś filmie albo w książce trafiłam na powiedzenie  “Wypij mnie” i wiedziałam, że znam ten cytat i że na pewno kojarzy mi się z czymś ważnym. Krążył mi po głowie nie dając spokoju.  Zastanawiam się kiedy i gdzie mogłam go usłyszeć, widzieć… 

I w końcu – błysk w starych szarych komórkach! Otworzyła się “szufladka pamięci” w myśl powiedzenia, że jak bardzo bardzo chcesz sobie przypomnieć, to znajdziesz to we własnej głowie. To cytat z książki “Alicja w Krainie Czarów” autorstwa Lewisa Carrolla. Główna bohaterka, Alicja – senna znudzona podąża za Białym Królikiem i nagle znajduje się w miejscu i czasie zupełnie nieokreślonym i nierealnym. Tam natrafia na buteleczkę z napisem “Wypij mnie” i od tego momentu wszystko jest inne niż w rzeczywistości. Dziewczynka raz jest malutka, by za chwilę być wysoką i wielką i w każdej sytuacji “zakosztować” konsekwencji z tym związanych. W tym dziwnym świecie spotyka bardzo niezwyczajne postaci, zwierzęta znane jej z rzeczywistego świata, ale jakże inne. 

Najważniejsze postaci w Krainie Czarów- Kapelusznik, Królik i Kot.

Bajka? Baśń dla dzieci?  Tak, to wszystko prawda, bo wydaje się, że tak wielką wyobraźnią dysponują tylko dzieci. A jednak – powieść jest wielce popularna w świecie dorosłych.  Zalicza się do gatunku fantastycznych, ale tak naprawdę to filozoficzna, trochę matematyczno-logiczna opowieść o tym, czym jest dla ludzi czas, normalność, brak logiki, brak stałych zasad. Kraina czarów, w której znalazła się bohaterka, nie ma praw, zwierzęta zachowują się trochę  jak ludzie, zdecydowanie przekraczają granice swojej zwierzęcej  “normalności”.

To powieść krytykująca nasze wyobrażenia, kto z nas jest normalny i dlaczego postrzega innych jako.. “nienormalnych”. Może wyrażenie “krytykująca” nie jest właściwe. Raczej – odkrywająca problem, ukazująca dwie strony przysłowiowego “medalu” albo dwie strony lustra. 

Bo temat jest głęboko  psychologiczny i łatwo natrafiamy na niego w codziennych sytuacjach naszego życia.  Prosty przykład: jesteś singielką, masz już swoją “pierwszą młodość” za sobą, a jednak nadal nie chcesz zmieniać swojego trybu życia. Jest ci z tym dobrze, nie związujesz się z nikim na dłużej i na poważnie. Szalejesz każdego wieczora, bywasz w klubach, jeździsz sama na wycieczki o ekstremalnych i trudnych programach. Słowem – jesteś “inna” i różnisz się od typowych kobiet powyżej 30-ki, które zazwyczaj mają już rodziny i dzieci. One stabilizują swoje życie towarzyskie oparte na spotkaniach par, na spokojniejszych, dobrze przemyślanych wakacjach, o rodzinnych priorytetach. Ty czujesz się dobrze grupie towarzyskiej o podobnych zasadach jak twoje i na ustawiczne pytania własnej mamy, czy masz jakiegoś narzeczonego, partnera i plany z nim związane, będziesz się zżymać i denerwować, będziesz zła, bo “przecież jesteś normalna” i twoje życie według ciebie nie odbiega od normy. A jednak – twoje koleżanki mężatki powiedzą (w najlepszym wypadku) – ona jest zwariowana, albo inna, albo ..”nienormalna”.   W gruncie rzeczy – każdy jest normalny, tylko jego normy i preferencje są różne. 

Znów wrócę do Alicji. Alicja malutka nie może dosięgnąć do kluczyka, by otworzyć drzwi. Alicja wielka i bardzo wysoka, sięgająca do konarów drzew narażona jest na uderzenia ptaków, dla których nagle jest zagrożeniem. 

Gołąb postrzega Alicję jako żmiję, Alicja bierze udział w podwieczorku u Szaraka “bez piątej klepki”. Kot Dziwak rozmawia z Alicją o tym, jaka jest różnica między nim a psem. Bo pies warczy jak jest zły, a kot przecież warczy jak jest zadowolony (no, może mruczy..🙂) Są tam także ludzie jak Królowa i Księżna – źli, władczy i okrutni. 

To w gruncie rzeczy nic innego, jak otaczający nas świat. Niezależnie od czasu, miejsca w którym się znajdujemy, łatwo odnajdziemy wśród nas takie dziwolągi. Dobre i niedobre. Miłe i pyskate, nieprzyjazne. 

Jakże często w swoich opiniach mówimy: to jest bez sensu, ona ma bzika, on jest stuknięty. Angielskie powiedzenie “he/she is crazy” jest bardzo popularne. I w sensie negatywnym i  ironicznym. Wszystko dlatego, że gdy ktoś jest inny niż my sami, to wydaje nam się “nienormalny”. Bo normalność dla każdego człowieka to odbicie własnej twarzy w lustrze. To to, co mamy w głowie, nasze własne reguły, zasady które wyznajemy. 

Czas – „realny”dorosłego człowieka. (znalazłam w sieci i zgadzam się z tym obrazkiem)

Oczywiście na przestrzeni całego życia (czyli mijającego czasu) te reguły muszą się zmieniać. Alicja rośnie i zmniejsza się. Jej perspektywa wobec otoczenia, spotykanych postaci w “Krainie Czarów” zależna jest od tego, jaką ona sama jest w tym momencie. Dziecko ma łatwiej – ma swoją dziecięcą wyobraźnię, nieskażoną jeszcze realnymi doświadczeniami i rzeczywistością. Dzięki temu jest mu łatwiej przyswoić sobie to, co nietypowe i “nienormalne” za zwyczajne i naturalne.  Czas (którego nie ma w powieści) dla nas ludzi dorosłych jest ważny i realny i dyktuje nam wiele naszych decyzji i dalszych zachowań. 

Rozglądnij się wokół siebie. Przyjrzyj się sobie i swojemu rodzeństwu. Dlaczego jesteśmy inni i nasze życie potoczyło się zupełnie innymi szlakami? Czy ułatwia nam to porozumienie? Nie bardzo.. I wtedy tylko tolerancja może nas uratować przed wpadnięciem w otchłań nieporozumień. Musimy mieć w sobie trochę wyobraźni dziecka, by przyswoić sobie nienormalność jako coś, co stoi obok “mojej normalności” ale niekoniecznie z nią się kłóci .  

Normalność to pojęcie względne. To kraina niezrozumiałych absurdów, brak logiki dla jednego człowieka i niemal matematyczne reguły dla innego. Nie ma szans, by wszystko dla wszystkich było jednakowe! I bardzo dobrze.! Gdyby tak się zdarzyło umarlibyśmy z nudów, a “duch – wieczny rewolucjonista“ (że użyję słów J. Słowackiego) nie miałby co robić na tym świecie. 

Na absurdzie i wizji świata z “Alicji..” polegają konflikty pokoleń, różne spojrzenia na życie naszych rodziców, nas i naszych dzieci. Mamy wiele wspólnego, łączą nas więzy krwi, tradycji i uczuć, ale równie dużo nas dzieli. A przecież mimo upływającego czasu, ten sam czas niczego nie zmienia. Dziś moja normalność  dla innych jest nienormalna – jutro, w następnych pokoleniach będzie podobnie. 

Jedno z pierwszych wydań „Godziny pąsowej róży”

Gdy byłam nastolatką oglądałam film “Godzina pąsowej róży” (film powstał w 1963 roku!) albo może najpierw czytałam książkę Marii Kruger pod tym samym tytułem. Banalna historia dla młodych panienek. Niesforna dziewczyna buntująca się przeciw normom narzuconym jej przez rzeczywistość, trochę ze złości a trochę  przez przypadek cofa wskazówki zegara, które zaczynają samoistnie pędzić do tyłu jak szalone…

Elżbieta Czyżewska jako Anda i Lucyna Winnicka w roli jej ciotecznej prababki. Czy ktoś to pamięta?? 😂

Bohaterka – Anda (w roli głównej niezapomniana, wówczas młodziutka i śliczna  Elżbieta Czyżewska) nagle znajduje się w czasie młodości swojej ciotecznej prababki (Lucyna Winnicka). Szalona nastolatka umieszczona na pensji dla młodych dziewczyn, ubrana w straszliwie ciasny gorset, by jej sylwetka była idealnie piękna i szczupła, walczy z dziwnym słownictwem i szeregiem zasad, które okazują się jeszcze trudniejsze niż normy z jej “właściwego czasu”.  “Nienormalność”  w normalnym świecie (czasie) jej prababki, doświadczenia, jakim poddała swoją bohaterkę autorka powieści, szybko nam młodym dziewczynom pomogły zrozumieć, że to nasza głowa kreuje w nas pojęcie normalności. To perspektywa, jaką mamy w sobie pozwala nam zrozumieć inność drugiego człowieka.  

Wniosek jest prosty – dopóki jesteśmy częścią większości i czujemy w grupie oparcie uważamy siebie za normalnych. Ale tak naprawdę to nie da się ustalić prawdziwej granicy pomiędzy tymi dwoma pojęciami. Mózg ludzki jest skomplikowany i bardzo głęboko indywidualny. Dlatego moja czy twoja opinia “ona jest nienormalna” nie jest żadną logiczna oceną. Jest tylko odczuciem chwilowym, w zależności czy właśnie jestem “Alicją malutką czy tą wielką, która nie mieści się w świecie, gdzie chwilowo przebywa”.

Dla dziecka życie jest krainą czarów. Bajki opowiadane przez rodziców czy ukochaną nianię rozwijają i rozbudzają wyobraźnię, dzięki której dziecko potrafi odnaleźć się w rzeczywistości.  Później już jest coraz trudniej. Znika elastyczność myślenia, dziecięca wyobraźnia. Normy, zasady przytłaczają nas i gubimy się w tym, co powinno być otwarte, tolerancyjne i elastyczne. Tylko od nas samych zależy jak ułożymy sobie swój świat normalności. 

W głowie jednego człowieka jest wiele sprzeczności. Myślę, że jestem osobą z dużą wyobraźnią, a jednak ciśnienie norm, zwyczajów i nakazów często przeszkadzają mi w ocenie ludzi i najbliższego mi codziennego świata. Łatwo uruchamiają się sprzeczności i absurdy, z którymi często trudno sobie dać radę.  

Nie jestem w tych odczuciach samotna. Współczesność jest tak naszpikowana przepisami i zakazami i nakazami, które są nam wpajane od wczesnego dzieciństwa, że życie wydaje się “krainą czarów”, tyle że piekielną. Zawsze na swej drodze spotkamy okrutną apodyktyczną Królową (o, tu miałabym wiele przykładów 🙂, głupiego Szaraka bez piątej klepki czy bojaźliwego, wiecznie spóźnionego (ach, zawsze ten czas!!) Królika. Nasze życie niewiele odbiega od “Alicji w Krainie Czarów”.  To walka z nieustającym wyborem normalności i anormalności. I choć wiem, że jest mnóstwo ludzi, którzy uparcie będą widzieć w tej powieści tylko baśniową opowiastkę dla dzieci, dla mnie świat Alicji to nasza rzeczywistość, to błąkanie się wśród odmiennych charakterem, emocjami, kulturą ludzi.

Od czasu spopularyzowania internetu i łatwych możliwości cofania się wstecz, wehikuł czasu stał się w literaturze i w ludzkiej wyobraźni bardzo atrakcyjnym elementem życia “realnego”. Alicja przestała być dla ludzi przewodnikiem ułatwiającym zrozumienie  porównania i pomostem pomiędzy normalnością a innością. Dla młodych ludzi zdecydowanie prostsze są współczesne sposoby połączeń przeszłości, czasów współczesnych i przyszłości poprzez nieograniczone dziś możliwości technologiczne. Do wyobraźni młodych (i nie tylko młodych) takie obrazy  przemawiają  szybciej i jaśniej niż intelektualna zagadka “Alicji..” Cóż, “Alicja” ma już ponad sto lat. Nic dziwnego, że  powoli staje się  niezrozumiała i zbyt trudna do rozwiązania. A szkoda.. 

Wyobraźnia każdego z nas jest wielka, ale nigdy nie jest identyczna z mózgiem drugiego człowieka.  Czujemy i widzimy rzeczywistość podobnie a jednak inaczej. Rozmawiamy, dyskutujemy, kłócimy się – i to jest bardzo twórcze! Dzięki temu bohaterowie Gwiezdnych Wojen, powieści Stanisława Lema, czy choćby powieści R. Mroza “ Projekt Riese” i setki innych dzieł literackich i filmowych, które są tworem wyobraźni ludzkiej ukazującej jak można przenieść się w czasie (umownym!!) w przeszłość lub przyszłość fascynują nas od lat tak samo mocno. Od wieków ten temat nie jest nam obcy i nie jest obojętny. I ma wiele wymiarów. Tworzy w naszych głowach najprzeróżniejsze światy. 

Normalny, bliski i mój.  I taki, który wydaje się daleki – anormalny.. 

Ale – czy naprawdę tak bardzo różny od twojego?? 

Wszystkie problemy Alicji można próbować rozwiązać albo przynajmniej starać się.  Trzeba tylko poczuć się w swojej głowie trochę dzieckiem, trochę Kotem – Dziwakiem, trochę kłótliwym Szalonym Kapelusznikiem. Nie jest to łatwe, ale możliwe… Może właśnie dlatego odważam się o tym napisać.  

Warto podjąć dyskusję, warto spojrzeć w lustro i poczuć się Alicją..

Zakończę te rozważania na temat normalności, czasu, który jest albo go nie ma piosenką „Czas uczy nas pogody” śpiewaną przez Grażynę Łobaczewską (byli tez inni wykonawcy)

„Wiele dni, wiele lat, czas uczy nas pogody
zaplącze drogi, pomyli prawdy…”


BACK

Na zielono. Poczuj się lepiej!

17 marca 2023

Moja  blogowa strona jest zielona.! 

Lubię zmiany, więc próbowałam zmienić też jej kolor. I cokolwiek robiłam – wszystko kręciło się wokół zielonego. Mój ulubiony to świeży, żywy, wesoły i jaskrawy. Ale – są dziesiątki odcieni zieleni: butelkowy, miętowy, limonkowy, oliwkowy, szmaragdowy, morski, pistacjowy, seledynowy, trawiasty… I jeszcze można by piętrzyć kolejne odcienie. 

Nie jestem maniaczką, nie trzymam się tylko jednego koloru. Wręcz przeciwnie – lubię kolory różne, mocne, lubię świat wielobarwny i nie boję się ostrych zestawów kolorystycznych. Co więc jest takiego w zieleni, że przyciąga mnie jak magnes? 

Kolory wymyśliła natura, a człowiek przyswaja je sobie na swój własny sposób.. Kolory są potrzebne w życiu każdego z nas i w każdym momencie nieco inaczej. Właśnie barwy są metodą badawczą w psychologii, muzyce, medycynie i sztuce. Innymi słowy – bez koloru nie ma normalności. Bo biały i czarny to też kolory, choć często ludzie mówią – “ja nie lubię kolorów, dla mnie istnieje tylko czarny i biały.” Ja osobiście kolor beżowy i szary uważam za “bez-kolory”, ale to także kolory, które mają swoją wymowę i różnym ludziom są potrzebne.   

Wszystkie aspekty życia, wybory, decyzje, nastroje i wrażenia opierają się na kolorystyce. Nie zdajemy sobie sprawy jak bardzo wpływają na to, co się z nami dzieje i dlaczego. Psychologia potrafi określić naszą osobowość, charakter nawet pragnienia na podstawie kolorów, które lubimy lub nie. Niekoniecznie musimy do końca w to wierzyć i wcale nie jest to jednoznaczna opinia, bo przecież paleta kolorów jest wielka, a my nie identyfikujemy się tylko z jednym kolorem. Odcienie kolorów są różne, przenikają się wzajemnie i podobnie jest z ludzkim charakterem i naszą głęboką osobowością. 

 A jednak – często wyróżniamy jeden kolor, lubimy go bardziej niż inne. Dlaczego? Znów psycholog czy psychiatra miałby tu więcej do powiedzenia niż ja. 

Zieleń jest kolorem ziemi, natury. Jest wszechobecna, o każdej porze roku, w każdym miejscu. Odpręża, koi nerwy, przynosi dobrą energię. Ma wszystkie te zalety, o których mówimy “ ekologiczne”. To takie modne i ważne słowo w dzisiejszych czasach. Zieleń można  łatwo łączyć z innymi kolorami. Ale także można podświadomie używać go z wielu innych powodów, które “biegają” w naszej głowie.   

O znaczeniu tego koloru można poczytać w setkach naukowych rozprawach w bardzo różnorodnych sferach życia i nauki. I nie myślcie, że ten kolor ma tylko pozytywne skojarzenia i znaczenia!  Choć zdecydowanie pozytywnych jest więcej. 

Z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości  zielony kojarzy się  z wakacjami na wsi (Laskowa, koło Limanowej), niedzielnymi wycieczkami z rodzicami ( bo – może nie wszyscy pamiętają, ale w soboty rodzice pracowali jak w każdy inny dzień tygodnia a my chodziliśmy do szkoły 🙂). Zielone góry, lasy z wysokimi drzewami. Te liściaste i te szpilkowe. Błękit nieba i zieleń wszędzie wokół. Kamienie górskiej rzeki Łososiny, śliskie od zielonego “wodnistego mchu”. A później kolonie zuchowe i obozy harcerskie, zawsze w terenie zielonym, gdzie wszystko działo się w zielonej naturalnej scenerii.

Nadszedł czas młodości, niełatwej w naszych komunistycznych polskich warunkach, a mimo to  każdy dzień przynosił coraz więcej marzeń – zielony kolor miał posmak nadziei.  Zielona koniczynka na szczęście, zielony szmaragd to kamień szczęścia. Zawsze lubiłam zielone pierścionki. Rzadko dostawaliśmy w tamtych czasach takie prezenty, zaręczyny nie kojarzyły się z pierścionkiem jako koniecznym elementem przedmałżeńskiej umowy. Ale gdy zdałam maturę Tata przyniósł mi duży bukiet kwiatów, a wśród zielonych dużych liści zawieszony był pierwszy prawdziwy  pierścionek! (oczywiście, nie licząc tych, które czasem udało się wyłudzić od rodziców na odpustach 😂 ) Ten złoty pierścionek składał się z pięciu cieniutkich obrączek połączonych w jeden, na każdym znajdowały się drobniutkie szmaragdy i opale, które układały się w ładny wzór skośnego kwadratu. Może i nie był tak piękny jak dziś modne pierścionki z diamentami, ale dla mnie zawierał tak ogromną dawkę emocji, miłości i piękna, jakiej wcześniej tak obrazowo nie doświadczyłam.

Ten zielony pierścionek ma już ponad 50 lat..

Pierścionek nosiłam od święta i dużych okazji, był dla mnie relikwią rodzinną i miał wielkie emocjonalne znaczenie. Właściwie – powinnam powiedzieć: MA,  bo po latach przekazałam go swojej córce Kasi, w równie ważnym momencie jej życia. A wraz z nim – tę samą miłość ukrytą w zielonych maleńkich szmaragdach. W kolorze nadziei, spokoju, harmonii wewnętrznej. Kolorze siły witalnej, której na pewno jej nie brakuje!  Mam nadzieję, że i ona widzi w zieleni tych szmaragdowych oczek coś więcej niż “tylko pierścionek”. 

Mój dom jest kolorowy – ale zieleń jest dominującym kolorem. Nie umiem się temu oprzeć 🤔

Z tamtych czasów pamiętam także częsty temat “zielonych” Czyli o dolarach mowa. Mieć dolary – oznaczało mieć szansę na lepsze a przede wszystkim łatwiejsze życie. Zakupy w Pewexie za dolary (a czasem za bony, wymiennie) to było marzenie wielu z nas. Polacy robili wszystko co możliwe, by wyjechać do Ameryki, popracować parę miesięcy, rok albo i dwa i wrócić do kraju z dolarami.  Za zielone (oczywiście wymienione po “czarnym kursie” ) można było dom wybudować, auto albo mieszkanie kupić i żyć znacznie lepiej niż przeciętna polska rodzina.  Właśnie niedawno przeczytałam gdzieś, że w latach 70-tych czarnorynkowa cena dolara utrzymywała się w granicach 100-150 złotych. A już na przełomie lat 1982-88 cena wzrastała sukcesywnie od 300 zł do 800. 

Ludzie, którzy pracowali oficjalnie zagranicą lub dostawali spadki, darowizny ze strefy dolarowej formalnie otrzymywali wypłaty w polskim banku w bonach. Można je było wykorzystać na zakup rarytasów w Pewexie (i to nie tylko ciuchów czy smakołyków) ale także można było kupić materiały budowlane, wyposażenie mieszkań, sprzęt domowy jak lodówki, zamrażarki, samochody itd. Wszystko, co “normalnemu” człowiekowi w tamtych czasach mogło się tylko przyśnić. 

Takie były moje pierwsze prawdziwe jeans! Tak, dokładnie taki kolor!

Za to handel dolarami na czarnym rynku kwitł (ryzykownie 🙂) i miał się dobrze, mimo, że był nielegalny. Pamiętam, że swoje pierwsze prawdziwe jeansy kupiłam w Pewex-ie za pożyczone dolary od mojego (ha! młodszego kuzyna). To były ciemno-błękitne “RIFLE” za $7!!! Były piękne – wąskie rurki, czysty fantastyczny kolor. Wielkie marzenie młodej dziewczyny! Miałam wtedy może 15 lat.. Boże! Jak ja długo zbierałam złotówki, żeby mu oddać za te dolary! 

 “Zielone” – to był synonim dobrobytu w biednej Polsce. Koniak kosztował $2.20, można było kupić dzieciom prawdziwe czekolady, odżywki do mleka. 

Nasz pierwszy NOWY (nieużywany) samochód – oczywiście Maluch czyli Fiat 126 kupiliśmy za dolary zarobione przez mojego męża w czasie jego pierwszego pobytu w Stanach w 1982 roku. Był tam trzy miesiące, trochę podróżował, trochę pracował, a po powrocie – mogliśmy kupić auto. I jeszcze przez długi czas mieliśmy pieniądze na różne przyjemności. 🙂  Takie to były czasy! Zielone to był nie tylko “biznes”. To była szansa na lepsze życie, na spełnienie życiowych marzeń, bo  normalny sposób zarabiania takiej szansy nie dawał.

Zielone pozwalały również spełnić marzenia o podróżach. Był taki czas, że jeśli nie wykazało się posiadania konta dolarowego, to nie było szans na wyjazd do Jugosławii, Turcji, Grecji. Trzeba było przywieźć do kraju z jednej podróży pewną ilość dolarów, zgłosić to na granicy, wpłacić do banku, by następnego roku udowodnić, że posiada się środki na kolejną podróż.  Wiem to dobrze, bo mój ojciec bardzo starał się podróżować do innych dostępnych wtedy krajów a potem w latach 70 i 80-tych ja już z mężem robiliśmy to samo.  Nie jestem pewna czy ktoś z młodego pokolenia potrafi dzisiaj to zrozumieć..  

Jest takie popularne powiedzenie: Pokaż mi swoją szafę a powiem ci kim jesteś”.

W mojej szafie wszędzie jest cos zielonego! Albo jakiś mały zielony element..

Nie wiem czy moja szafa mogłaby służyć za taki dowód ale na pewno można w niej znaleźć mnóstwo zieleni albo przynajmniej zielonych akcentów. Już dawno zauważyłam, że gdy przeglądam ciuchy, biżuterię torebki w sklepach to wśród  dziesiątek “szmat” ściśniętych na wieszakach czy też luźno porozwieszanych na miejscach do przyciągania wzroku klienta – prawie zawsze odruchowo chwytam za coś, co jest zielone. Co nie znaczy, że kupuję tylko zielone. Ale instynkt działa dla oka jak magnes. ZIELONY – i to we wszystkich odcieniach – od najbardziej jasnych delikatnych aż do bardzo ciemnych prawie czarnych. Nie ma zieleni, której nie lubię! Jest zdecydowanie MOIM kolorem. Mogę dodać czerwień, żółty, szafirowy, czarny ale i tak zielony wyjdzie na wierzch. 

Nie ma takiego czegoś: to NIE MÓJ kolor! Każdy kolor jest dla każdego. Trzeba tylko mieć trochę więcej odwagi, by ubrać zieloną marynarkę czy czerwone spodnie. Zwłaszcza ludzie w starszym wieku uważają, że “nie wypada”. Wszystko jest dla ludzi, wszystko zależy od tego, jak w danym kolorze się czujemy . 

Nawet konewki są zielone 😀

Dlatego tak lubimy ogródki, własne działki pod miastem, grządki kwiatków na balkonach, kwiaty doniczkowe w domu. Powiew zieleni daje radość, poczucie spokoju. A z dodatkiem każdego innego koloru po prostu jest piękna! Zieleń w mieście to temat, który jest zawsze na czasie. Parki, ogródki, trasy spacerowe wśród drzew – nikt nie wyobraża sobie miasta bez zieleni! 

Domki Hobbitów, zieleń przestrzennych łąk i pól. (zdjęcia z sieci)

Najpiękniejszą zieleń zapamiętałam z podróży do Nowej Zelandii. Jest mnóstwo miejsc na świecie gdzie zieloność piękna, wręcz przytaczająca swoja siłą – Hawaje, Costa Rica, Peru… można by wymieniać długa listę. Ale zieleń w Nowej Zelandii ma coś w sobie niezwykłego. Ma siłę, stanowi epicentrum zieloności. Ma w sobie taką wielką świeżość i energię, że człowiek zanurza się w niej jak w oceanie spokoju i wyciszenia.  Nowa Zelandia jest jedną wielką zieloną łąką! Zieloną z dziesiątkiem odcieni, od jaskrawych do ciemnych butelkowych. W zależności od miejsca, pory dnia, słońca. Ma wiele łagodnych wzgórz, leniwych potoków, czystych przejrzystych. Jeśli do tego dodać ogrom kwiatów, niezwykły błękit nieba, odgłosy pszczół, motyli i zapach ziół traw, to nigdzie drugiego takiego obrazu nie znajdziesz. 

Baby- owieczka urodzona kilka godzin temu. Przez moment była z nami w naszym wycieczkowym autobusie.

Zapamiętałam taki obrazek – wjechaliśmy na tereny słynnej atrakcji turystycznej Nowej Zelandii – Hobbiton, gdzie kiedyś powstał film „The Hobbit”, na podstawie słynnej powieści “The Lord of the Rings”. Autobus zatrzymywał się co kilka minut, pan przewodnik opowiadał całą historię miejsca i powstawania filmu a ja z zachwytem oglądałam niesamowitą zieloność tej ziemi.  Nagle autobus zatrzymał się i wsiadł do niego młody chłopak z bielutką owieczką na rękach urodzoną dosłownie przed godziną czy dwoma.. Gdy wyszliśmy z autobusu, biała śliczna delikatna owieczka na tle intensywnej zieleni to obrazek, który utkwił mi w głowie na całe życie! To właśnie jest zielona Nowa Zelandia “w pigułce”!! 

Zielone oczy są niezwykle atrakcyjne. Kocie oczy. Zielone oczy podobno częściej posiadają kobiety, choć ogólnie procent ludzi na świecie z zielonymi oczami jest niewielki (podobno tylko 1-2% populacji.) Uważa się, że na podstawie koloru oczu lekarze potrafią wyjaśnić i ocenić wiele chorób, większą czy naszą podatność na niektóre, ale ja jakoś bym się tym za bardzo nie fascynowała 😀. Jednak nie dziwi mnie powszechna ocena, że “oczy zielone są seksowne, spokojne i inteligentne”. 🤔

W marcu, 17-go, obchodzimy Patrick’s Day. Kiedyś nie miałam pojęcia o takiej tradycji, ale dziś wiem, że to także piękne, irlandzkie, zielone święto.  Tego dnia nawet rzekę maluje się na zielono. I piwo pijemy zielone i zieloną koniczynkę , w dowolnej postaci, na szczęście, nosimy przy sobie. I musimy mieć “coś” zielonego na sobie albo chociaż przy sobie!  Bo zielone jest piękne. I szczęśliwe! Niesie z sobą powodzenie, spokój, harmonię w sercu i duszy, nadzieję na dobro. Jest symbolem płodności (też ziemi), powodzenia w życiu i biznesie, witalności, energii – czyli samych dobroci w naszym życiu! 

Ale – uwaga! Są też negatywne historyczne odniesienia tego koloru. Można o tym przeczytać i dowiedzieć się w wielu pracach naukowych o różnych innych kulturach i tradycjach. Tak, zgodnie z tym, co mówi mądre przysłowie: „Kij ma DWA końce” 

Dla mnie zieleń to – nadzieja, zdrowie, spokój, młodość i wciąż każdego roku odradzające się życie. I tego się trzymam!!  

 “Grasz w zielone? Gram! Masz zielone? Mam!”

*********************

„Zielono mi” – słowa tej piosenki napisała Agnieszka Osiecka w 1970 r. (jakże by inaczej!) muzykę stworzył Jan Ptaszyn Wróblewski. Pierwszym wykonawcą był Andrzej Dąbrowski, później Andrzej Zaucha, Anna Maria Jopek, Mariusz Lubomski i inni. Ja wybrałam interpretację Katarzyny Nosowskiej. A wam się podoba?


BACK

O Kobietach – dla Panów, ale także dla nas

03/08/2023

Stary i banalny temat. Cokolwiek dziś powiem o kobiecie, machnięcie zniecierpliwieni ręką i powiecie – to już było, tak już jest i będzie.  Bo jak świat światem, kobieta i mężczyzna to odwieczny konflikt, a zarazem największy i najsilniejszy magnetyzm ciał i serc. 

Smutną historię mojej kochanej przyjaciółki Beatki M. wielu z was pamięta. Ale życie biegnie naprzód, Beatka ma się na swój sposób dobrze i jest po swojemu szczęśliwa. A ja wracam myślami wciąż i wciąż i nie mogę pogodzić się, że los potrafi być tak przewrotnie okrutny. Nie! nie będę wracać do tamtych ciężkich dni i miesięcy. Wiele wspólnych lat, a przede wszystkim teatralna przygoda życia połączyła nas nierozerwalnie. I przyszło mi na myśl, że skoro mam ochotę na wynurzenia o kobietach, o mnie, o was drogie moje przyjaciółki i koleżanki, to właśnie Beatka będzie dziś dla mnie inspiracją. 

Marzec rozwiewa świeżą delikatną zieleń, rano pięknie ptaszki śpiewają w moim ogródku, który dopiero zaczyna być wyzwaniem do wiosennych porządków. Ale marzec to, jak przypomniał mi kilka dni temu, mój brat – także Dzień Kobiet. Kiedyś oficjalnie (w komunistycznej Polsce) bardzo poważna tradycja a dziś zabawny, ciepły, “kobiecy” dzień.  

Nie wiem jak w Polsce, ale tutaj obrazek “Międzynarodowego Dnia Kobiet” jawi mi się zupełnie inaczej niż w dawnych czasach polskich.  

Wrócił do mnie dawny pomysł, który 17 lat temu wymyśliłyśmy razem z Beatką i zrealizowałyśmy go na scenie Teatru z Ewą K. i Mariuszem Z.  

Programy obu przedstawień.

I tak w 2006 roku powstał dyptyk pt. JEJ PORTRET czyli… na dobre, na niedobre i na litość boską” . Pierwszą część pokazaliśmy houstońskim widzom w kwietniu (a potem jeszcze raz w czerwcu) i była ona mojego autorstwa.  Drugą część stworzyła Beatka i wystawiliśmy ją w listopadzie 2006 r. 

Trzy kobiety – Wiosna, Lato, Jesień i.. PAN!

Był to czas, kiedy już nasz zespół trochę rozsypał się po świecie (co nie znaczy, że nie zgromadził się później, na inne przedstawienia).  W kompletnie nieracjonalnym i szalonym zwidzie, uznałyśmy, że zagramy tę sztukę we trzy. Przy czym wcześniej ani Beatka ani ja nie grałyśmy jako aktorki Teatru Ogniskowego. Ja miałam trochę doświadczeń z czasów szkolnych (HA! HA! HA!!!) a Beatce zdarzyło się śpiewać i nieco obyć się ze sceną. Co innego Ewa – ona już dała się poznać jako nasza aktorka śpiewająca i grająca. Mariusz Z. zawsze i wszędzie był na posterunku i od razu wiedziałyśmy, że nie przestraszy się takiej “trójcy”, nie zawiedzie nas.  Cokolwiek będzie robił na scenie z nami, będzie perfekcyjny, elegancki, spokojny, wyważony i taki.. męski!   

Do dziś nie rozumiem jak Beatce udało się mnie namówić do roli aktorki. Co innego napisać adaptację sztuki, wymyślić, wyreżyserować, wycisnąć ostatnie poty z aktorów.  Ale zagrać to, co stworzyłyśmy same? Ba, nawet wziąć udział w śpiewaniu?? Hmm.. Jako tło i echo 🙂 (posłuchaj piosenki “W żółtych płomieniach liści” – część druga dyptyku) . 

prawda, że ślicznie zaśpiewane?..

W ten sposób powstało podwójne przedstawienie o nas – Kobietach. Każda z nas miała nieco inny zamysł, dlatego tak naprawdę te spektakle są podobne – ale inne. Bo “kobieta zmienną jest” jak mówił niejeden poeta. 🙂

Część II „Portretu” Tym razem nasz Pan ma głos! (odsyłam do fragmentów przedstawienia)

“Jesteśmy takie i owakie: białe, czerwone i czarne. Zielone niebieskie i pstrokate..” Tak napisała Beatka we wstępie do programu II-ej części. 

Kobieta to motto, symbol, temat dla poetów, malarzy, męskich plotkarzy, mężów, narzeczonych.. I kobiet też!  Sposoby obgadywania płci pięknej, Heter, Bab, Kochanek, Lasek i Zołz itd. (I tu określeń mam jeszcze cały zapas, a słownik synonimów pewnie jeszcze dziesięć razy więcej !) są tak wymyślne i tak emocjonalne, że niejedną pracę doktorską można by o tym napisać. 

Pisano o nas ze śmiechem i uśmiechem, złośliwie, żartobliwie, uszczypliwie, obleśnie. Z miłością i nienawiścią. Z podziwem i druzgocącą krytyką. 

Nie ma takiego sposobu, żeby zebrać i ułożyć ten wywód jednoznacznie i logicznie. Można tylko wybierać. A ten wywód jest nieskończenie bogaty. 

I co tu dużo mówić – w dużej części zależy też od Panów!  To oni wpływają na kobiety, od nich często zależy “obecny i aktualny portret”.  Czas, losy dwojga ludzi, moment, w którym jesteśmy ze sobą może portret zmieniać. Na lepsze i na gorsze. Na szczęście i na smutek. Bo jak w całym naszym życiu – doświadczenia uczą nas, kształtują związki poważne, te na “całe życie” i te, które pozostają przelotnym flirtem, wspomnieniem wyjątkowych wakacji, migawką jednego spotkania, jednego uścisku ręki. Albo… koszmarem, który nie chce nas opuścić przez wiele następnych lat życia. 

Kobieta – jego Kobieta – kobieta, którą ten PAN wybrał, jakikolwiek był jego cel i sposób na życie, może okazać się wszystkim: Aniołem, Szatanem, Motylem i Ćmą ulotną, Kochanką na trudne chwile, na zimny i deszczowy wieczór.  Jeszcze inna okazuje się być Tyranem, Potworem, Kokotą.  Bywa i to często, że jest Ofiarą, Ofermą i Ciamajdą..  (posłuchajcie fragmentu mojego autorstwa, który był częścią tekstu scenicznego)

Jestem .. każdą po trochu- fragment sztuki „Jej portret” część I.

Jesteśmy wszystkim po trochu.. Zmieniamy się w różnych częściach naszego życia jak kameleony. I wy Panowie często bywacie tłem tych nastrojów. To wy często kształtujecie  zmienność kobiety! 

“Być kobietą” – tak to wyglądało w słowno- muzycznym przekomarzaniu się na scenie (Portret – część II-ga) 

„BYĆ KOBIETĄ” – na wesoło i z sensem 😍 😀

Wiosna życia, hormony, które szaleją jak opętane objawią się  szaleństwem uczucia, marzeń planów, jeśli tylko pojawi się ON. Spojrzenie jego oczu, kilka ciepłych słów, których nikt inny nie usłyszy, bo “przecież przeznaczone są tylko dla mnie..” Obietnice, wspólne plany. Czasem udaje się na długie lata, na zawsze!

(Tak, tu jestem pod wrażeniem 50 rocznicy ślubu moich krakowskich Aniołów! – 50 lat i wspólne marzenia, pragnienia realizowane czasem łatwo, a czasem w bólu i walce. Bo nikt nam nie obiecywał, że życie będzie łatwe. Ale można dać rady! Oni dali radę, oni potrafili!

Zdarza się, że nie udaje się. Znika przystojniak wymarzony, odchodzi “w siną dal”, pozostaje trochę smutku, trochę wzruszeń, ulotne wspomnienie, że było miło. Też dobrze. Byle nie było jak w wierszu/piosence autorstwa Michała Zabłockiego, jednego z twórców Piwnicy pod Baranami. W naszym Teatrze oddaliśmy głos w tekście Ewie Kuleszy, która stworzyła z tego dramatyczną i energetyczną scenkę źle ulokowanych uczuć i namiętności, które w końcu prowadzą do tragicznego finału związku dwojga ludzi. Piosenka kiedyś zaśpiewana przez Rafała Jędrzejczyka w „Piwnicy” (można posłuchać na Youtube ), w interpretacji Ewy K. wydaje mi się dużo bardziej wymowna. Może dlatego, że w kobiecym wydaniu siła nieszczęśliwego związku jest porażająca?.. 

Ewa Kulesza – „Jeszcze się przecież nic nie stało, jeszcze się wszystko da odkręcić…

Nie da się przejść przez życie i trzymać się schematu, w którym wszystko jest albo białe albo czarne. Kiedy jesteśmy młodzi wydaje się, że szaleństwo, świeżość myśli i odczuć ułatwi nam taki obraz. Przecież mamy przed sobą całe życie, możemy je wyciskać jak cytrynę do ostatniej kropli soczystego soku. Przyszłość jawi się w pastelowych kolorach, nic nie jest w stanie tego obrazu zmienić. 

A potem lata dodają się, każdego roku jeden dzień, jeden miesiąc więcej. Stajemy się coraz bardziej dojrzałe, już wiemy co to jest pełnia szczęścia i co to łzy…

Nie chcę, nie pozwalam się zepchnąć na “drugi plan”! Walczę z trudnościami, nieprzychylnościami świata wokół, nie godzę się na „bylejakość”. Chcę osiągnąć sukces, chcę mieć dzieci, szczęśliwą rodzinę, dom z kominkiem, a w tym wszystkim własne JA.  Tak – z czasem staję się wredną zołzą, walczącą kobietą. Nie podoba się to Panom. Przeszkadza im w karierze, w wizji Kobiety, którą mają w pamięci z początku cudnej znajomości, ciepłej, miłej, potulnej. Z którą czuliby  się bezpiecznie…

I tym momencie w życiu nadchodzi chwila, kiedy  wiele trzeba zmienić. Użyć KOMPROMISU. Dogadać się tak zwyczajnie, na co dzień. Dzień po dniu budować ciepło, bezpieczeństwo, porozumienie. Gdzieś wczoraj a może kiedyś dawno, usłyszałam taką wypowiedź w którymś z filmów: Kobiecie nie wystarczą piękne oświadczyny raz na całe życie, ona nie zapamięta tej jednej jedynej obietnicy.”.. Mój mężczyzna musi się starać, powtarzać “kocham” każdego dnia (no.. może po prostu częściej niż dwa razy do roku 😉), choćby taki zwykły polny rumianek. Obsypywać “darami” słów ciepłych, wzniecać ogień, który łatwo po kilku czy kilkunastu latach przygasa. Wtedy, proszę Pana, możesz liczyć na to samo. Zołza będzie miła, ciepła i uda się Ci stworzyć uśmiechnięty portret ukochanej “Kobiety – Tyrana, Hetery czy Matki ”.

W rolach głównych – J. Stuhr i O. Łukasiewicz. I niesamowite role kobiece – B. Tyszkiewicz (Berna) i B. Stryjkówna (Lamia) – a także inne świetne kreacje aktorskie.

Panowie! Kobiety są nieprzeniknione, tajemnicze, trudne do zrozumienia. Ale to wy macie w sobie wiele narzędzi i jeśli tylko chcecie i umiecie się nimi posługiwać, macie szansę zbudować bardzo piękny kobiecy świat! Dla przypomnienia wrzucam tytuł filmu, klasyk w temacie: kobieta- mężczyzna,  “Seksmisja” – gorąco polecam. 🙂

Lata mijają, wspólnie albo osobno. Z konieczności lub z wyboru. Ani się nie obejrzałam a już minęła i wiosna i pełnia życiowego lata. Jest jesień. Pogodna, złota i spokojna. A przynajmniej taka powinna być. I nie myślę tu o braku nieprzewidzianych wydarzeń i niespodzianek, bo te w moim życiu zdarzają się często. Myślę o własnej filozofii, wypracowanej przez lata doświadczeń – o łezce w oku, gdy wspominam dobre chwile, o tym, że nie żałuję szaleństw i błędów które się zdarzyły. I zdarzają się nam wszystkim – i kobietom i mężczyznom. 

Jestem “jesienią’ – taką, która daruje innym więcej niż przyjmuje.

Wspomnienia z przeszłości – dziś już jesienna kobieta umie zachować dystans..

W moim życiu mężczyźni przynosili kwiaty, pamiętali o ważnych dniach, podgrzewali ogień, który bywał ledwie tlący się. Byli i tacy, o których nie chcę pamiętać, szarpali nerwy w pracy, rzucali złośliwościami, byli niemili. Cóż,  nie ma idealnych kobiet, a co dopiero mężczyzn!

Jak powiedział Stanisław Witkacy: ” Prawdziwa Kobieta nie jest zła ani dobra. Jest KOBIETĄ – to wystarcza, a winni są zawsze tylko i jedynie mężczyźni” 😂)

Są za to kobiece przyjaźnie, których nie zastąpi nikt i nic. Są przyjaźnie ze szkolnej ławy i takie “od zawsze”. Są i trwają! Kobiece wspólne pasje, plotki i kieliszek czerwonego wina łączą je mocno, chronią przed zwyczajnością i są lekiem na monotonię życia. 

I zdarzają się Faceci, którzy choć nie mają nic wspólnego z “Venus” i przybyli do nas prosto z “Marsa”, to  potrafią zrozumieć nas, nawet te wszystkie “Choleryczki, Zołzy, Małpy, Matki i Wydry”. Jeśli ktoś z mojej rodziny będzie to czytać, to łatwo pojmie o kim mówię. 🙂   

Zołza, choleryczka? a może po prostu.. życie

A jak po drugiej strony lustra widzą to nasi Panowie?  

Zacytuję tu wiersz Adama Ziemianina, który dawno temu Mariusz Z. “podarował”  nam – trzem Kobietom na scenie, w “Jej portrecie”.  I pewnie wielu innym ważnym dla niego kobietom… Drogie Panie! To brzmi bardzo optymistycznie! 

“Z tobą by konie kraść
różaniec odmawiać
tańczyć białe tango
do białego rana
Do rany cię przyłożyć
do zdjęcia iść z tobą
niech sobie fotograf
nie myśli byle co
O tobie pisać wiersze
nawet te bez rymu
o tobie rozmawiać
w kolejce po gruszki
Dla ciebie jabłka zrywać
studnie kopać w skale
wiadro wody wylać –
może się obudzisz.”

(autor: Adam Ziemianin, w imieniu Panów od Mariusza Z.)

Panowie, kochajcie nas, nie tylko w Dniu Kobiet, nie tylko w marcu, nie tylko od wielkich okazji. 

Potrzebujemy ciepła i opoki i dajemy dużo w zamian. 

„Kobieta jest najsłabsza, gdy kocha – najsilniejsza, gdy jest kochana. (autor: Erich Osterfield)

Kobieta jest organizmem ultra-doskonałym.Potrafi się regenerować po ekstremalnie ciężkich doświadczeniach. Przetrwa wszystko” (autorka: Katarzyna Noskowska)


BACK

Czekoladowo, walentynkowo, czyli jak oprzeć się słodkim zachciankom?

02/14/2023

Właśnie mijają kolejne Walentynki. To jakże popularne “święto miłości” w ciągu ostatnich kilkunastu lat wszyscy bardzo je polubili – młodzi, starsi i ci najstarsi. Nie ma się co dziwić. Przesłanie tego lutowego dnia jest bardzo ciepłe i potrzebne każdemu z nas. Kochamy w różny sposób i każdego dnia, ale nieczęsto wyrażamy to otwartym tekstem. I w tym ma nam pomóc między innymi – Dzień Walentynkowy. 

Mieszkając w Polsce nigdy o takim dniu nie słyszałam, choć w kalendarzu polskim Walenty obchodzi swoje imieniny 14 lutego od zawsze, ale imię nie było popularne i wiedzę o Św. Walentym mieliśmy “żadną”.  O celebracji tego dnia dowiedziałam się już będąc tutaj, w Stanach, a teraz w Polsce jest to tak samo popularne. Nawet nie wiem kiedy to się stało. 

Czekoladowy moment 😆

Wszystko oczywiście sprzyja biznesowi, w tym czasie sprzedaje się setki tysięcy bukietów kwiatów, półki zapełniają się przeróżnymi czekoladkami w specjalnych czerwono-różowych opakowaniach. Restauracje mają rezerwacje zrobione na walentynkowy wieczór na wiele tygodni naprzód i są pełne kochających się ludzi. No i młodzi uwielbiają planować ten dzień jako datę swoich zaręczyn czy ślubu. 

A ja.. pamiętam, że tego dnia są urodziny mojej kochanej Przyjaciółki . 😘 Fajnie jest być urodzoną w dniu miłości.. nawet jeśli nie mieliśmy na to żadnego wpływu.🙂

A ten dzień słodkości w słowach czynach i czekoladkach nasunął mi pomysł, że pogadam sobie o moim nieszczęsnym, ale bardzo przyjemnym uzależnieniu. 

Nie jest miło, gdy patrzę rano w lustro i widzę siebie stanowczo za “pulchną” (że nie użyję tu dosadnego określenia, żeby nie urazić innych i sama siebie.) Przez moment nachodzi mnie niemal depresyjne uczucie, ale na szczęście wiem, ze sama sobie to załatwiłam, a są rzeczy i uczucia ważniejsze, wiec odpuszczam złość, smutek czy niechęć do siebie🙂

Kiedyś byłam szczupła i zgrabna i piękna (ha! ha! ha!) jak wszystkie młode dziewczyny. 

Od zawsze lubiłam słodycze i nigdy  (mówię o tych młodych czasach ) nie miałam z tym problemu. Lubiłam jadłam, wybierałam a było w czym. Mama w każdą sobotę piekła fantastyczne ciasta, na każde święta słodkich wypieków było w ilościach do obdzielenia pułku wojska. Ktokolwiek zapraszał (albo wpadał bez zaproszenia) na herbatkę czy kawę, miał w szafce jakieś ciasteczko, czekoladki. I zawsze były dobre. Bo polskie czekolady były zawsze pyszne!!  Kto z nas “starszyzny” nie pamięta kasztanek czy malag? Albo „Chrupki krakowskiej”? W dzieciństwie, tuż obok naszej bramy wejściowej do kamienicy przez wiele lat mieściła się cukiernia. Boże, jak tam pięknie pachniało czekoladą!  Już samo wejście do środka zapowiadało rozkosz dla podniebienia. W czasach szkoły podstawowej zachodziłam do tej cukierni kilka razy w tygodniu i kupowałam batonik “Chrupka krakowska” Pamiętam, że kosztował 2 złote i 10 groszy. I jeszcze – batonik “Torcik pomarańczowy” za 2 złote i 60 groszy. Były malagi, kasztanki, mieszanka krakowska.

Ach, zapomniałabym o chałwie!! Polska fantastyczna chałwa. Była sprzedawana na wagę, w sklepie mieli ją w takich dużych blokach. Ta miłość do chałwy, niestety, została mi do dziś. Nie kupuję jej zbyt często, ale rodzajów i smaków jest tutaj mnóstwo. Tu można kupić chałwę grecką, turecką irańską. Ale żadna, nawet najlepsza nie ma tamtego smaku. A jak powszechnie wiadomo – smaków się nie zapomina.

Słodycze polskie to był towar eksportowy i mogliśmy się tym pochwalić w świecie. Tylko, że świat był “ograniczony” w wymiarach i rozmachu sprzedaży naszych słodyczy. 😟

Ale pamiętam, że w końcu lat 60-tych i początku 70-tych moi rodzice bardzo przyjaźnili się z rodziną z NRD. Oni często przyjeżdżali do nas na wakacje nad polski Bałtyk i wyjeżdżając z Polski do domu kupowali ogromne ilości naszych rodzimych słodyczy. 

A potem przyszedł kryzys – brak wszystkiego, w tym czekolad i innych słodkości. Przez dobrych kilka (a może kilkanaście) lat w sklepach cukierniczych mieliśmy “wyroby czekoladopodobne”.  Produkcja tych czekolad rozpoczęła się w początku lat 80-tych i spowodowana była trudnościami z zaopatrzeniem zakładów przemysłu spożywczego w kakao. Tłuszcz kakaowy zastąpiono tłuszczem innych roślin. W wyniku tego zabiegu czekolada w smaku była okropna!  Na wiele lat skończyła się era dobrych słodyczy. Niestety, moje dzieci doświadczyły tego obrzydliwego smaku, choć szczęśliwie dzięki podróżom i kontaktom z ludźmi z Zachodu, mogliśmy im także udostępniać dobre niepolskie słodycze. 

Wyrób czekoladopodobny. Wyglądał podobnie, ale smaku czekolady NIE przypominał! 😝

Ale ale.. Moje rozważania miały być o słodyczach i o mnie. O miłości do słodkości (ale takich naprawdę dobrych!) Nie o zwykłych ciasteczkach z czekoladowymi chipsami, nie o suchych twardych herbatnikach. Tak – uwielbiam słodycze i przez całe swoje “dojrzałe życie” próbuję z tym walczyć. Ale jestem też dość wybredna i naprawdę nie rzucam się na cokolwiek co jest słodkie. Lubię to, co naprawdę w smaku (dla mnie) jest pyszne. A więc – wybieram. A że wybór jest ogromny.. często trudno mi się oprzeć. 🙂 

Czekolada jest bodaj jedyną formą “słodką” która ma wiele zalet, wcale nie mniej niż wad. Powszechnie wiadomo, że dobra czarna gorzka czekolada jest bardzo pożywna, więc dwie trzy kostki mogą zastąpić mnóstwo innego, zbędnego cukru.  Pobudza nasz mózg i pomaga się lepiej skoncentrować, zmniejsza ryzyko chorób serca i jest idealna na cholesterol. Jest źródłem magnezu, którego bardzo potrzebuje nasz układ nerwowy oraz wszystkie mięśnie.  Jeśli chcecie dowiedzieć się  i przestudiować dalsze i inne pozytywy zjadania czekolady – nie ma problemu! Na ten temat wypowiedziało się już całe tabuny lekarzy, dietetyków i innych mądrych ludzi. (jeden z setek linków dołączam powyżej)

A ja – laik medyczny powiem jedno. Czekolada to jest TO!  Mój stres (niestety, jestem z kategorii nerwusów i raptusów!) bardzo lubi taką terapię!  Czekolada mnie uspokaja, przywraca poczucie balansu. Łagodzi zamieszanie w głowie. Nie wiem na ile prawdziwe są te wszystkie badania naukowe dotyczące cudownych działań czekolady, ale ja jestem przykładem przynajmniej części jej pozytywnych wyczynów. 

Czekolada wzmaga wydzielanie endorfin czyli hormonów szczęścia, dlatego podobno po zjedzeniu kilku kostek czekolady szybko poprawia nam się humor. Zaraz odczuwam lepsze samopoczucie i więcej energii do działania. 

Nie wierzycie? Spróbujcie mojej terapii – to nie żadna tajemnica.  A gdy jeszcze do dobrej czekolady dodam kieliszek wina albo mojej ulubionej Metaxy – mam już poczucie wznoszenia się ku niebu. 🙂

To był paragraf zachwytów i udowadniania, że czekoladę należy jeść i nie mieć wyrzutów sumienia. Kiedyś przeczytałam nawet, że czekolada w rozsądnych ilościach pomaga w.. walce z nadwagą. Ale nie jestem pewna czy po moich doświadczeniach powinnam w to uwierzyć. 🙂

Gdyby tylko czekolada.. Ale do tego są orzechy, rodzynki, mleczna czekolada, miętowa, z opiłkami pomarańczy nawet z.. chili.  A obok czekolady stoją sobie – w mojej głowie i potrzebach życiowych – dobre ciasteczka, ciasta wypiekane domowo i takie, których pełno można kupić w sklepach i zjeść w restauracjach, kawiarniach! I które na pewno nie są tak zdrowe i polecane jak królewska gorzka czekolada. 

Teraz czas na szczerość. Skąd te skłonności do słodyczy i dlaczego tak trudno mi je opanować? Bo czekolada – to nie wszystko.  

Tiramisu, bezy krakowskie, tort orzechowy mojej przyjaciółki Zosi, pączki Grażyny albo mojego brata, kruche ciasteczka z prawdziwą polską smażoną różą, karpatka, wypieki domowe cioci Hani i dziesiątki pychot, których nigdy nie potrafię sobie do końca odmówić. Potrafię zjeść tylko pół kawałka, ale nie mogę powiedzieć sobie STOP. 

Dlaczego tak się dzieje? Bo mam słabą wolę (tak), bo zawsze znajduję dla siebie wymówkę, że to tylko “kawałek” (tak), bo myślę sobie, że w końcu nie objadam się do “upadłego”, więc to strategia do przyjęcia (tak). A może to przyzwyczajenie z domu, gdzie zawsze było dobre ciasto? (tak). Może pamięć o czasach, gdy słodycze nie były łatwe do zdobycia a tak się chciało słodkości. (tak) I… geny, bo nie pamiętam, żeby ktoś z mojej rodziny nie lubił słodyczy (tak!).  

Poza tym słodycze dla mnie to coś, co wspomaga smakiem jeszcze coś ważniejszego – miłe towarzyskie spotkania, kieliszek winka wieczorem przy oglądaniu filmu albo fajnej rozmowie z bliską mi osobą. Nie mam w zwyczaju opychania się ciastkami czy cukierkami tak po prostu, bez powodu i bezmyślnie. 

W tym względzie przynajmniej nie muszę mieć wyrzutów sumienia.  

Znam tylko jedną osobę wśród moich przyjaciół i znajomych, która nie lubi, nie ma potrzeby jeść słodyczy. Stefan uwielbia mięsa, kiełbasy i wino, czyli jest jedzeniowo zupełnie “normalny” 😀 a jednak na słodycze nie da się go namówić. 

Trochę mu zazdroszczę, bo wygląda doskonale i problemy nadwagi nie są mu znane. Ale z drugiej strony… z mojego punktu widzenia – ile przyjemności go ominęło i to tych najsłodszych!? 🙂

Cukrzykiem nie jestem, choć przydałyby się w tej kwestii i w tym wieku wyniki bardziej idealne. Ale zmienić życie aż tak radykalnie, by wyeliminować słodkie dobroci całkowicie … nie, tego już nie uda mi się zrobić i chyba nie chcę. Sorry, mój koszyk z planami na kolejne dni i lata nie zmieści już tego punktu życiorysu. 

„Ziemniaczek” też ciasteczko!

 Z czasów młodości słodkie spotkania i przyjemne rozmowy przy ciastku i kawie wspominam bardzo ciepło. Gdy wracałyśmy we czwórkę ze szkoły (II liceum im. Sobieskiego w Krakowie) prawie każdego dnia wpadałyśmy do cocktail baru na ul. Karmelickiej. To było wtedy bardzo popularne miejsce i wielu młodych ludzi lubiło tam wpadać. Kawa z bitą śmietanką – to był przebój! A do tego, w zależności od dnia, nastroju, humoru i zasobów finansowych – kremówka krakowska, BEZA z bitą śmietaną i malinami albo napoleonka.. A jeszcze czasem “ ziemniaczek” – ciasteczko zrobione z okruszyn herbatników, orzechów, rodzynek, kakao itd. Zmielone składniki zmiękczone pysznym aromatem (arakowym, migdałowym? Już nie pamiętam..) uformowane w kulkę i obtoczone orzechami lub kakao. Też pychota!  Może wygląd nie był najbardziej przekonywujący, ale smak!..

W sezonie zimowo-karnawałowym były oczywiście pączki z różą (bo jakże inaczej!) ale na te zazwyczaj wpadaliśmy do ulubionej cukierni na Azorach (dzielnica Krakowa), w piątki po harcerskim dyżurze kadry. To był rytuał – dla nas ważniejszy niż niedzielne chodzenie do kościoła. Chłopcy zakładali się, kto zje najwięcej i już nawet nie będę przytaczać liczb wygrywających te zakłady. 🙂

Skąd braliśmy na to pieniądze? Nie mam pojęcia, ale nawet jak ktoś z nas nie miał forsy, to obok był przyjaciel, który tego dnia zapłacił.  Ależ to były słodkie znakomite czasy. Ile śmiechu, radości, fantazji! Piwa, wina czy czegokolwiek mocniejszego nie piliśmy w tamtych czasach, alkohol nie był nam do szczęścia towarzyskiego potrzebny. Natomiast dobre ciasta i ciastka były konieczne! 

Oto moja słodka “spowiedź”. Kto ma inaczej i daje sobie radę z niewinnymi nawykami zjadania łakoci i smakołyków, proszę podnieść rękę. Chętnie posłucham porad i doświadczeń co zrobić, żeby nie ogarniały mnie wyrzuty sumienia po zjedzeniu czekolady czy kawałka chałwy. A może ktoś woli podzielić się doświadczeniami, co lubi najbardziej ze słodkich delikatesów, jakie frykasy wspomina z dzieciństwa czy młodości?  Bo jak wiemy, w Świecie – “wszystko płynie” (Panta Rei). I smak słodyczy, ich wygląd, zawartość, sposoby produkcji czy pieczenia też się zmieniają. 

Tylko nasze smaki i zachcianki pozostają. I co ja mam na to poradzić??? 

A na koniec: uśmiech dzieciństwa! Jeśli masz wątpliwości i wyrzuty sumienia, to posłuchaj tej piosenki dla dzieci!

Czekolada NIE JEST ZŁA, skoro już dzieci to wiedzą ! 😂


BACK

Jak być dobrą dla siebie samej? Perfekcjonizm, czy było warto? 

02/02/2023

O, na to pytanie dziś już nam odpowiedź! 

Ta Książka – poradnik ma już dwie części. Myślę, że porada znaleziona w niej, z przymrużeniem oka, ale celnie ujmuje moją intencję 😂

Niestety, wiem że zbyt długo szukałam dróg, które pozwoliłyby mi określić, co to znaczy “być dobrą dla siebie”.  Jestem z pokolenia wychowanego w komunistycznej szkole, w czasach, gdy nauczyciel, rodzic czy nawet najbliższy przyjaciel nie czuł potrzeby, by nas chwalić.  Jako dzieci musieliśmy wykonywać swoje szkolne i domowe obowiązki najlepiej jak potrafiliśmy, ale nie byliśmy za dobrą robotę nagradzani. Co najwyżej – jeśli nie byliśmy krytykowani, nikt na nas tego dnia nie nakrzyczał, to wiedzieliśmy, że “jest dobrze”. 

Miałam dobrą ciepłą rodzinę, wiem, że rodzice mnie i brata kochali. Ale czy ktoś nam mówił: świetna robota! brawo! fantastycznie.. Czy słyszeliśmy od rodziców, wieczorem przed zaśnięciem, na dobranoc: jesteś cudowna, dziś zrobiłaś coś doskonale, bardzo cię kocham itd.?? Nie, bo takie były normy i praktyczne zasady wychowywania dzieci, zarówno w szkole jak i w domu. I wiem, że podobne zachowania i my jako rodzice, przez wiele lat stosowaliśmy do swoich dzieci. 😟

Minęło wiele lat zanim zorientowałam się, że bycie dobrą dla siebie zależy w dużym stopniu od tego, co dobrego dajemy innym, a przede wszystkim naszym własnym dzieciom – małym, dorastającym i też dorosłym.  

Dopiero gdy zamieszkałam w Ameryce, zrozumiałam jak ważna jest pozytywna motywacja. Ile trzeba mieć dla siebie tolerancji, łagodności i ciepła, żeby nie wejść w zamknięty krąg profesjonalizmu, który wcześniej czy później zacznie dusić.  Profesjonalizm, który przecież przez lata szkoły średniej (gdy już naprawdę zaczęłam rozumieć zależność zachowań międzyludzkich) a potem w pracy zawodowej był mi potrzebny, by zaistnieć i mieć swoje miejsce, osiągnąć jakiś mały, a potem trochę większy sukces.  Wykonywać swoją pracę lepiej i lepiej. Mieć kontrolę nad tym co robię, widzieć wciąż wysoko podniesioną poprzeczkę. Być dobrą, jeszcze lepszą niż wczoraj, mieć szansę, że mnie  inni zauważą, docenią, pochwalą choćby jednym słowem… 

Z dzieciństwa i młodości niewiele takich sytuacji pamiętam. Za to pamiętam, że gdy już miałam  dwadzieścia kilka lat, małe dzieci, męża, który wciąż gdzieś zawodowo wyjeżdżał,  ja MUSIAŁAM sobie poradzić! Być niezależną, odważną, perfekcyjną w zwykłych działaniach zwykłego dnia.  Odprowadzić dzieci do żłobka, do przedszkola, potem brnąć do pracy po śniegu albo w deszczu, przez park (pod prawdziwą górkę!).  W liceum, gdzie uczyłam, byłam najmłodszą polonistką (z trzech), więc potrzebowałam być tą najlepszą. Bo jak inaczej uczniowie mogli mnie zauważyć?  Pracowałam więc dodatkowo, organizowałam teatr, kabarety, studniówki, bardzo niekonwencjonalne wycieczki z młodzieżą. Wymyślałam nietypowe sprawdziany, lekcje, które nie mieściły się często w określonych normach uczenia w szkole. 

Miałam naprawdę dobre kontakty i fajne porozumienie z młodzieżą. Poświęcałam im przerwy międzylekcyjne na rozmowy, słuchałam ich problemów, rozmawiałam o tym wszystkim, o czym nastolatki chciały mi opowiedzieć. Moje wywiadówki z rodzicami przeciągały się i wychodziłam ze szkoły jako ostatnia. Rodzice też zawsze chcieli pogadać. Potrzebowali tego, a ja byłam do ich dyspozycji.  Chciałam być dobra w tym, co robiłam i myślę, że byłam.  Byłam też wtedy bardzo młoda, miałam ogromne pokłady  entuzjazmu i sił, chciałam być pedagogiem – profesjonalistką. Cokolwiek było do zrobienia w pracy, miałam skończone przed czasem. Wydawało mi się, że moje plany, moje metody, moje pomysły są wyjątkowe. Stawiałam sobie poprzeczkę bardzo wysoko, choć szybko zorientowałam się,że kariery nie zrobię. Były inne wymagania, a z tego “innego” nie zamierzałam skorzystać. (ech, polityka zawsze i wszędzie..) 

Nie będę głębiej roztrząsać tamtych czasów. Przez piętnaście lat byłam zwariowaną, ale dobrą nauczycielką. Wymagałam od uczniów dużo, ale lubiłam to, co robiłam i młodzież lubiła mnie. I wiem, że większość z nich lubiła także lekcje polskiego – literaturę, poezję, a to dla mnie było wielką nagrodą. Moje lekcje polskiego miały swoje “echo” wśród młodzieży. Wiadomo, jakie było podejście do szkolnych obowiązków w polskiej szkole w latach 70, 80-tych. 

Dziś szkoła w Polsce pewnie wygląda inaczej a ja nie mam ani podstaw ani prawa jej oceniać.  

Jako wychowawczyni, miałam (jak zresztą wszyscy nauczyciele) duże problemy z frekwencją na lekcjach. Na wszystkich konferencjach i zebraniach nauczycielskich był to jeden z głównych tematów do dyskusji. Młodzież nagminnie wagarowała, przynosili jakieś “lewe” usprawiedliwienia, bo można było mieć usprawiedliwienie od rodziców – czyli łatwo było oszukać, podpisać rodzica i wymyślić setki powodów, by nie być na lekcji. Grono nauczycielskie było bezsilne, co tu dużo mówić, młodzież nie lubiła szkoły, traktowała ją jako zło konieczne. System działał źle, wciąż tylko kary, oceny niedostateczne, zakazy, straszenia. Pochwał nie stosowano.. szkoda. Pamiętałam to z mojego dzieciństwa i własnej młodości. Bałam się szkoły i to w jakiś sposób zaważyło na całym życiu… 

Uczennice z mojej pierwszej klasy, gdy zaczęłam pracować w Liceum Medycznym.

W mojej klasie, gdy pierwszy raz byłam wychowawczynią wymyśliłam taki system: zeszyt, (ha,ha! komputerów nie było!!) a w nim każda uczennica (to były głównie dziewczęta, bo uczyłam w Liceum Medycznym Pielęgniarek i Opiekunek Dziecięcych) miała “swoją kartkę”.  Notatnik trzymałam u siebie, ale każda uczennica miała do niego dostęp. Mogły tam zapisywać swoje pytania, wkładać karteczki z problemami, o których chciały pogadać. A co najważniejsze – każda z nich miała ode mnie kredyt: jeden dzień w semestrze (w roku szkolnym były wtedy dwa semestry), który mogła wziąć sobie jako dzień wolny, bez usprawiedliwienia, bez spowiadania się “dlaczego, po co”. Wpisywała sobie datę i pilnowaliśmy, by to był uczciwie jeden dzień w semestrze. W zamian za to umówiłam się z nimi, że nie będą kłamać, oszukiwać, przynosić lewych zwolnień. To była umowa honorowa, kompletnie nieformalna i co tu dużo mówić, ogromnie dla mnie ryzykowna. Ale – okazało się, że zadziałało!  Większość uczennic pilnowała dat, rozmawiała ze mną dlaczego potrzebują dzień wolny.. Tłumaczyłam, że nawet powód iż dzień wolny jest potrzebny na leniuchowanie jest w porządku, jeśli może nam pomóc.  I powoli frekwencja klasy polepszyła się, a nasza współpraca była uczciwa. I może nie w stu procentach, ale powoli i konsekwentnie taki system zadziałał!! Dziewczyny szczerze rozmawiały, wpisywały swój dzień, nikt o tym nie wiedział, bo to była nasza cicha i “tajemnicza” umowa. 

Zaufanie? Coś w tym rodzaju.  Jeśli to działa z korzyścią dla obu stron.. 👍

Pamiętam spotkanie z rodzicami, na którym wyjaśniałam im jak ma to działać (bo przecież rodzicom musiałam powiedzieć prawdę.. )  Niektórzy mieli duże wątpliwości, było dużo pytań, patrzyli na mnie podejrzliwie. Ale i z rodzicami udało mi się zawrzeć układ. Oni też musieli wiedzieć, który dzień ich córka wykorzystała jako wolny od szkoły i że ma to być tylko JEDEN w semestrze.  Jakoś uwierzyli mi i co najważniejsze – zaufali własnym dzieciom.

Pilnowaliśmy się wzajemnie, kontrolowaliśmy wpisy w notatnik, dyskutowałyśmy i perfekcja w umowie działała. Tajemnica klasowa też!  🤐

Uważam, że to był jeden z moich dużych sukcesów wychowawczych.  Oczywiście, były różne problemy, bo życie szkolne i praca nauczyciela zawsze jest pełna problemów, ale było nam łatwiej dogadać się niż w innych klasach. No i na pewno moja klasa nie była w “czołówce” klas z najniższą frekwencją w szkole.

Perfekcjonizm w pracy zawodowej uważam za cechę pozytywną, choć można mieć także poważne zastrzeżenia. Perfekcjonizm nauczyciela może być trudny dla ucznia. Ale może go też wiele nauczyć. W tamtych czasach nie odczuwałam negatywnych elementów profesjonalizmu. Lubiłam moja pracę, byłam młoda i ogrom stresu mnie jeszcze nie zjadał. 

„Perfekcyjna” babcia czasem musiała jeździć na koniu. I zdarzyło mi się- na ATV (inaczej quad) ..

Trochę gorzej przekładało się to na życie domowe, rodzinne.  Nie zdawałam sobie sprawy, że moja wojownicza pozycja Matki, która MUSI wszystkiemu perfekcyjnie podołać, spalała mnie psychicznie. Był to powolny i długotrwały proces. Byłam i jestem osobą, która bardzo nie lubi jeśli trzeba zmienić planowane terminy, jak wyskakują nagłe zmiany w moim perfekcyjnym  przygotowaniu. Mijały lata, a ja wciąż musiałam wszystko mieć dopracowane i zrealizowane najlepiej jak potrafiłam. Wciągnęłam w to swoje dorastające dzieci, one także nauczyły się bardzo perfekcyjnego podejścia do szkoły, pracy i do dzisiaj widać tego piękne efekty. Mają sukcesy zawodowe, rodzinne, a było im trudniej niż wielu ich rówieśnikom, bo wraz z nami musiały przejść metamorfozę i przystosować się do nowej amerykańskiej szkoły, do systemu, którego w Polsce nie znały. Na szczęście, natura ma to do siebie, że młodym łatwiej odnaleźć się w “nowym”…

Z latami jednak wiele się zmieniło, a ja zaczęłam rozumieć, że w nowej rzeczywistości, w jakiej znalazłam się po przyjeździe do Houston, coraz trudniej stawiać sobie poprzeczki wyżej i wyżej.  

Próby próby.. zawsze jeszcze można lepiej!

Teatr Ogniska Polskiego, który założyłam i prowadziłam prawie dwadzieścia lat miał duże polonijne osiągnięcia i nie umniejszę tu sukcesów aktorów i całego zespołu pracującego, jeśli powiem, że dociskałam ich bardzo mocno.  W czasie wielogodzinnych prób, w każdej scenie, żartem czy na poważnie, późnym wieczorem w tygodniu czy w sobotnie i niedzielne dni – ćwiczyliśmy doprowadzając do perfekcji nasze teksty, piosenki, muzykę, dekoracje, kostiumy. Oczywiście, nasze możliwości pod wieloma względami były ograniczone, ale ile się dało, tyle “soków” wyciskałam z aktorów. I z siebie także!  Wtedy potrafiłam poświęcić długie godziny prywatnego życia, bo ktoś potrzebował dodatkowej próby, bo nie mógł przyjść na spotkanie grupy, bo jeszcze i jeszcze coś nie grało… 

Musiało być najlepiej jak potrafiłam, w teatrze musiało wszystko zagrać perfekcyjnie! 💪👍

Perfekcja 😀 z wnukami tez!!

Dziś z perspektywy przeżytych lat powiem szczerze – być perfekcjonistką, to nie najlepsza cecha człowieka. Owszem, dzięki niej osiągamy w życiu swoje cele, ale z czasem perfekcjonizm może nas zniszczyć. Albo – bardzo osłabić. Biegnąc w życiu “pod górkę” i wciąż pędząc do zadanego sobie celu, gubimy siebie. Swoje prawdziwe potrzeby. 

Książki i ogrom papierów, ćwiczeń do nauki języka polskiego. Jeśli jeszcze uczę – też musi być perfekcyjnie!
(koszulkę z takim napisem znalazłam w sieci. To juz tak- dla humoru 🤣)

Przez długie lata nie rozumiałam, że każdego dnia moje dążenie do idealnego ładu wprowadzało mnie w stres, a w tym coraz większym stresie i napięciu  nie dostrzegałam siebie. W domu musiało być wszystko ułożone według planu, żadnego poślizgu, zmian, kompletny brak elastyczności. Wokół mnie wiele napięcia i nerwowości, także dla tych, którzy byli i są koło mnie. A najgorsze, ze ja w tym wszystkim byłam ciągle zdenerwowana, szukająca co jeszcze mogę poprawić, zrobić lepiej, inaczej. Istny dom wariatów!!! 

Dopiero “starcza dojrzałość” i emerytalna perspektywa zmieniła mnie. No, może nie do końca, bo od czasu do czasu odzywa się we mnie poczucie, że muszę lepiej i że to co robię nie jest wystarczające. Ale już coraz rzadziej… 

Nadszedł dzień, gdy nagle mnie olśniło, że ja nie muszę jeśli nie chcę!  Nie muszę wciąż krytykować siebie, nie muszę być “na topie” w rodzinie, wśród koleżanek, przyjaciół.  Mogę sobie pozwolić na dzień – dwa niedoskonałości, lenistwa a przede wszystkim luzu, którego nie umiałam znaleźć w sobie przez wiele lat. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielkie spustoszenie robi mi w głowie pogoń za perfekcyjnością, doskonałością!  

Trudno zmienić swoją osobowość! Wiem, że praktycznie jest to niemożliwe. Ale można ją “podreperować”, uspokoić, wyciszyć. W miejsce podnoszenia wciąż życiowej poprzeczki zrozumiałam, że muszę spróbować znaleźć nowy styl życia, realistyczne małe cele, które bez szaleństwa potrafię osiągnąć. A jak nie osiągnę, to też jest dobrze! Już nie chcę gonić światełka z napisem “więcej i lepiej!”. Kreatywność tak, ale spokojna, wyważona, bezstresowa (oj, to dla mnie niełatwe!..). 

Perfekcjonizm to mocna cecha ale trudna!  Dla mnie osobiście już niekonieczna i nieprzydatna. I nie dlatego, że się starzeję, a dlatego, że tak teraz chcę! 

Wpisałam się w ten obrazek znaleziony w sieci. I podpisuję się także pod jego hasłem (🤔)

Już nie muszę bać się, że mnie inni wyśmieją, że muszę być dobra i bardzo dobra publicznie, że ktoś określi mnie jako kiepską matkę, złą żonę czy kogoś, kto nie poradził sobie w karierze zawodowej. Wszystkie te elementy życia nam już za sobą i skłamałabym, gdybym powiedziała, że tego nie doświadczyłam. 

Niestety, często uczymy się nowości za późno. Doświadczenia biją nas czasem bardzo dotkliwie i dopiero po latach odkrywamy, że można żyć inaczej. 

Mnie się udaje, ale wciąż nie do końca. Teraz jestem szczęśliwsza i stres, choć NIE jest mi obcy, gnębi mnie coraz rzadziej. 

Nie muszę być idealna, wręcz NIE CHCĘ. Nie boję się już krytyki, wiem, że nie trzeba być we wszystkim najlepszą. Wreszcie mam do siebie dystans, bywają jednak dni kiedy na chwilę “zawierucha” wraca.. 

Perfekcjonizm to zaleta czy wada? Perfekcjoniści, co wy o tym myślicie??

Cóż, jesteśmy niedoskonali, uczymy się każdego dnia.  Nie wiem jak wy – ale ja DZIŚ mam już do tego  prawo!

Dzisiaj bliższa mi jest medytacja nad sobą i moim życiem – myśl wyrażona w mało znanej piosence Seweryna Krajewskiego. Przymknij oczy i wsłuchaj się w siebie..


BACK

O tym, czym jest rozmowa dla ludzi i jak komunikowaliśmy się pół wieku temu

01/24/2023

Mam swój blog, piszę moje przemyślenia dość regularnie i traktuję je jako moją prywatną terapię i potrzebę w tym momencie mojego życia.  Wiem, że nie jest to blog popularny i pewnie niewiele osób go odwiedza i czyta.  Od początku, z założenia nie nastawiałam się na popularność czy zarabianie pieniędzy. 

Minęło już dwa lata (tuż tuż – za dwa tygodnie!) i ciągle oprócz pisania myślę o zmianach i ulepszeniach, bo przecież blog musi być żywy, kolorowy, musi przyciągać ewentualnie tych, co lubią właśnie w taki sposób się komunikować. 

Ale, co tu ukrywać, należę do pokolenia, które nie wyłapuje szybko internetowych możliwości, a co najważniejsze – nie umiem korzystać tak sprawnie jak młodzi z “marketingu blogowego”.  I pewnie za bardzo bym się nawet nad tym nie zastanawiała, gdyby nie to, że  sama śledzę różne blogi, czytam i podziwiam jak wielki i popularny jest to sposób komunikacji. 

Kilka fragmentów z setek blogów internetowych – m.in. blog „Alicja ma kota”

Kilka dni temu natknęłam się na listę 20 najciekawszych blogów tzn. “Lifetime”, bo te są najbliższe mojemu blogowi.  A wśród nich zainteresował mnie blog “Alicja ma kota”.

I tak sobie podczytywałam te wpisy, każdy ciekawy i intrygujący. I zatrzymałam się na dłuższą kontemplację nad wpisem pt. “Dlaczego cię nie ma? O tym jak zaczęłam komentować blogi”. Mam nadzieję, że autorka nie weźmie mi za złe, że skomentuję tu parę jej spostrzeżeń.

Pani Agnieszka – bo tak na imię ma autorka- ma wielu followersów (używam słowa  z komentarzy na polskich blogach, wyraźnie dziś w polskim słownictwie i mnie ten fakt nieco zaskoczył). Jej blog jest chętnie czytany i szeroko komentowany. I tu dowiedziałam się, że jest taka strona “Disqus” która pomaga radzić sobie z komentarzami do blogów, może pomóc z opanowaniem, formatem i opcjami wpisów. Oczywiście, nie miałam pojęcia, że takie coś jest.

No dobrze, może znajdę czas i douczę się nieco, ale zanim (kiedyś??) do tego dojdzie – powiem wam, co tak poruszyło mnie we wpisie “Alicji, co ma kota”, że aż stało się inspiracją dla mnie do dzisiejszego pogadania.  

Autorka jest młoda, utalentowana, ma “lekkie pióro” (to w kontekście dzisiejszej komunikacji wydaje się być.. nie na miejscu 😀). Opisując przeszłość komunikacji blogerka powraca do początku lat dwutysięcznych!  Na przestrzeni ostatnich 20 lat zauważa ogromne zmiany w świecie internetowej komunikacji, z rozrzewnieniem wspomina sposoby kontaktów w sieci na początku XXI wieku. Podane fakty, słownictwo i sposoby komunikacji w Internecie sprzed 20-u lat wtedy dla mnie były niezupełnie klarowne, a co dopiero teraz! Choć.. może dziś zdecydowanie głębiej się tym interesuję. 

Jestem na etapie czytania różnych blogów, zastanawiania się nad tymi, którzy je piszą, nad otwarciem ludzi wypowiadających się tak swobodnie. Jakże ogromną szansę daje Internet, tym którzy chcą pisać, mówić to, co potrzebują przekazać innym.  Zwłaszcza dla młodych to raj dla wyrzucenia tego, co w głowie się tłoczy i domaga się wyjścia do innych ludzi. Łatwo jest zauważyć, że zarówno wśród autorów blogów jak i ich czytelników są głównie ludzie młodzi. Ich język jest inny niż mój, znajomość technologicznych kruczków nieporównanie większa od mojej wiedzy.  

Ilu jest takich jak ja, którzy organizują i piszą blogi w wieku 60-70 więcej lat? Pewnie nikt takiej statystyki nie zrobił, ale jestem przekonana, że jesteśmy w maleńkiej grupie wszystkich blogerów. 

We wpisie pani Agnieszki uderzyła mnie zdecydowana i logiczna myśl: Bloger też człowiek! “Bloger, który ma bloga może nie czuć się fajny i doceniany” (cytuję z wpisu pani A.)

I dalej – zaskakujące w swej prostocie – uzasadnienie! 

Dlaczego na Facebooku klikamy lajki pod zdjęciami swoich przyjaciół – nawet gdy są to zdjęcia kotów, psów i dziesiątek innych zwierzątek, widoczków, wyrobów ręcznych, prostych sentencji. Mówię tu o zdjęciach bez podpisów, bez komentarzy,  bez twarzy ludzi nam bliskich czy znanych. Twój “kot” zostaje zauważony i doceniony setkami lajków (nic w tym złego!!), podczas gdy bloger spędzający godziny na napisaniu tekstu, oprawieniu go w zdjęcia, piosenki, wiersze, a przede wszystkim opublikowaniu swoich najintymniejszych myśli i dyskusji z samym sobą, swojej wiedzy, doświadczeń i chęci podzielenia się nimi, jest po prostu niezauważalny. Bloger, nawet jeśli ma swoich czytelników, jeśli ktoś dociera do jego wynurzeń, to najczęściej o tym nie wie. Nie wie autor blogu i nie wie potencjalny czytelnik, który twoim komentarzem mógłby zainspirować się do czytania. 

No właśnie – doszłam do sedna. KOMENTARZ. Jest przecież taka opcja pod każdym wpisem. Wystarczy podać swój e-mail, nawet nie musisz podać imienia – może być pseudonim/nick/ skrót imienia. Możesz napisać jedno- dwa zdania w okienku pod tekstem. Twój komentarz przychodzi do blogera w e-mailu i jeśli właściciel tekstu zgadza się na opublikowanie  kliknięciem, to komentarz nie musi być podpisany twoim prawdziwym imieniem, jeśli nie chcesz się ujawnić publicznie.

Jeden komentarz a ile przyjemności!!  A więc korzystam z okazji i dziękuję z całego serca tym, którzy komentują moje teksty i dodają swoje myśli i spostrzeżenia.  Mój mąż ujawnia się niemal zawsze w okienku pod wpisami, ale nie tylko on!  To dla mnie duża radość, choć nie jestem nastawiona na wielką czytelniczą inwazję ani na dyskusje na moim blogu. Mimo to – LUBIĘ te kilka waszych słów, te fakty dodane, wiersze i osobiste myśli, które nachodzą was po przeczytaniu moich „wypocin” 😂.

Mam cudowną czytelniczkę,  która niemal w kilka minut po opublikowaniu tekstu czyta i komentuje bardzo celnie moje wpisy. Niestety, uparcie przesyła je w sms-ie… 🙂.  Ale za to niezmiennie mnie raduje i zawsze czekam na jej pierwszą reakcję!! (nie mówiąc już od komentarzach od “czytelniczki- krytyczki” pierwowzoru moich wpisów – osoby, dzięki której udaje mi się uniknąć czasami dość głupich przeoczeń i błędów). 

Dlaczego o tym piszę?! O tak, na pewno chciałabym mieć więcej czytelników i więcej komentarzy!! Ale powód jest inny niż ten, który w tym momencie nasuwa wam się na myśl. Nie! Nie jestem  zarozumiała, ani egocentryczna, ani nawet nie jestem samochwałą, ani nie uważam się za “pępek w świata” z racji tego, że nagle zaczęłam pisać swój blog! Cieszy mnie fakt, że lubię to i robię to, co lubię. Więc jeśli ktoś lubi przeczytać co piszę, to jest mi jeszcze fajniej.  💕

Drugi, bardzo dla mnie istotny powód pisania blogu, to fakt, że blog jest jeszcze jednym sposobem komunikacji z innymi ludźmi.  I tu właśnie pojawia się już szereg moich własnych przemyśleń, nieco innych niż w blogu pani Agnieszki. 

Myślę, że mam dużo racji gdy powiem, że ludzie starszego pokolenia trzymają się swoich nawyków, także w czytaniu. Dlatego blogi nie są ich sposobem na “czytelnictwo”, którego uczono nas w szkole. Książka, czasopismo z interesującymi nas artykułami – to jest to, co dla nas starszych ma sens i co rozumiemy pod pojęciem czytania. Ja sama nadal uwielbiam książki w tradycyjnej postaci i nie odrzucam takiego sposobu czytania. Ale – z racji “blogowania” nauczyłam się korzystać z książek, które słucham jako audiobooki z aplikacji w telefonie. Czytam blogi, bo wymagają tylko kliknięcia w telefonie czy laptopie i można z nich skorzystać w każdej wolnej chwili – czekając w poczekalni do lekarza, w szkole – aż wnuk skończy zajęcia i odbiorę go do domu, na parkingu, bo mam chwilę przerwy na wypicie kawy ze Starbucksa. To wygodny sposób czytania, bo nie trzeba nosić ze sobą grubej książki czy dużego czasopisma. 

W sieci jest tyle samo protestów przeciwko komunikacji telefoniczno-internetowej ile jest też popierających technologię i komunikację w sieci.

 Moi znajomi czytają mniej niż kiedyś. I to zarówno moi rówieśnicy jak i młodzi. Albo – czytają w inny sposób i co innego. Wszyscy, niemal bez przerwy mamy w ręku  telefony, W każdym możliwym miejscu coś w nim dłubiemy, sprawdzamy, oglądamy, klikamy, lajkujemy (przysłowiowego kota! – nie obrażając właścicieli kotów, psów, itd.. W końcu ja też lubię czasem wstawić fotki rodzinnych zwierzaków i klikam pod ich zdjęciami) 🙂. 

Istnieją nawet wpisy blogowe poświęcone tematowi Emotek 😃

Portale społecznościowe zrobiły swoje i nauczyliśmy się z nich korzystać. Niestety, tak dogłębnie, że inne sposoby komunikowania się poszły w odstawkę.  😒🤔

Szukamy na forach społecznościowych wypowiedzi naszych znajomych, klikamy albo odpisujemy jednym słowem, jednym zdaniem albo nawet.. gotowym, przygotowanym dla nas na tę okazję znaczkiem, “emotką” czy jak to internet nazywa.

Tyle naszej ludzkiej komunikacji!  A gdzie czas na rozmowę, na pogaduchy, na wyjawienie swoich uczuć, wrażeń, na dłuższe wypowiedzi no i na spojrzenie w oczy drugiemu człowiekowi…?

Setki naszych spotkań towarzyskich- bogatych w rozmowy, żarty, winko i poczucie bliskości.

Tego żadna technologia nam nie zastąpi! Narzekamy bez przerwy, że nie mamy czasu (nie jestem tu wyjątkiem!) ale tak naprawdę, gdyby policzyć czas spędzony w samotności przy komputerze i na telefonie, to zyskalibyśmy wiele “wolnych” dodatkowych godzin. 

Kto pamięta czasy – 50 lat temu, czasy młodości mojego pokolenia, gdy przechodząc koło domu przyjaciółki czy kolegi, wbiegaliśmy szybko po schodach do znajomej klatki, pukaliśmy do drzwi i jeśli ktoś był w domu – od razu zapraszał nas na herbatę i ciasto upieczone własną ręką. Niezależnie co ktoś robił w tym momencie, przerywał tę robotę, bo gość przyszedł. I poświęcaliśmy najbliższą godzinkę – dwie na rozmowę. Na uśmiech żywy, na świeże myśli i zwyczajny prawdziwie ludzki kontakt. Nawet przysłowiowe pożyczenie soli po sąsiedzku było okazji do porozmawiania przez chwilę.

Z wakacji wysyłaliśmy do najbliższych pocztówki, poświęcaliśmy dużo czasu, by wybrać najładniejsze, pisaliśmy do każdego adresata nieco inne słowa, by były najbardziej personalne. 

Komunikacja mojego pokolenia-to ogniska z kiełbaską i piwem, herbatka w szklance, zakąski i wódeczka. Nawet dziecko piło herbatkę! (zdjęcia wybrane przypadkowo z lat 1974-91)

Spotkaliśmy się przypadkiem na ulicy i potrafiliśmy stojąc przegadać pół godziny albo znacznie więcej. Czasem – pod parasolem, bo lał deszcz, czasem przytupując i zacierając zmarznięte ręce, bo mróz torturował nas trzymając mocno poniżej zera.  

Wpadaliśmy do siebie wieczorami i nie trzeba było przygotowywać dla gości specjalnego obiadu. Robiło się szybko małe kanapeczki, bo chleb i jakiś smalec ze skwarkami, ogóreczek, czy coś jeszcze podobnego zawsze się znalazło. Zakąska znalazła się od razu, wódeczka też często. Przyjęcia nie potrzebowaliśmy, żeby było fajnie! Telefonów było mało i kto by tam myślał, żeby wcześniej umawiać się ustalać godziny i plan spotkania.😆

Za to gadanie było zawsze! O wszystkim i wyczerpująco! Nie jednym zdaniem, nie tylko mrugnięciem czy za pomocą znaczka.. Czy było lepiej? Nie, tego NIE twierdzę. Było inaczej!! I na pewno w odczuciu mojego pokolenia – łatwiej, cieplej, bliżej drugiego człowieka.  W tym momencie Młodzi na pewno zakrzyczą mnie: Nie, to nie tak! My uważamy, że nasze sposoby komunikacji są tak samo dobre, jak kiedyś. My także mamy bliskich przyjaciół, swoje sposoby na pogadanie itd..”   

I mają rację. Swoją pokoleniową rację!  Ich komunikacja werbalna to właśnie komentarz pod wpisem na blogu, dyskusja na forach w sieci. Różnica jest taka, że młodzi MÓWIĄ w takich miejscach, a nasze pokolenie nie odzywa się, albo bardzo rzadko i mało. 

Starsi nie mają nawyku wypowiadania swoich sądów, opinii, porad czy pochwał publicznie. Nie byliśmy tego nauczeni w młodości. Pamiętam, że gdy byłam nauczycielką języka polskiego najtrudniejszą częścią lekcji było “sprowokować” młodzież do dyskusji np. o przeczytanej lekturze, o bohaterach, postawach, ocenach postępowania czy nawet o tzw. życiu. Jeśli zdarzyło się mieć w klasie dwie (góra, trzy osoby), które chciały podzielić się swoimi opiniami, to już był wielki sukces! Zazwyczaj było milczenie, pochylone głowy i pełna niechęć do otworzenia buzi czy wydania z siebie głosu. Nie wiem jak to robią w tutaj, że już nawet dzieci w przedszkolu, w najmłodszych klasach nie mają problemu ze swobodnym wypowiadaniem się w grupie.

Tak właśnie wyrosło pokolenie Młodych, które  chętnie się wypowiada, otwiera na blogach, forach internetowych i nie ma oporu w ujawnieniu własnego zdania. 

Myślę, że Internet zrobił w tej kwestii dużo “dobrego” – w sposób najpierw anonimowy a potem już bardziej otwarty, zachęcił  ludzi do publicznego wypowiadania się. Stąd tyle blogów, mediów społecznościowych, forum, gdzie można w sposób dowolny, dłuższy lub krótszy wysłowić swoje potrzeby i opinie. 

My, starsi wciąż bardziej cenimy sobie spotkania osobiste, czas na rozmowy twarzą w twarz, niezależnie od tego, czy to dwuosobowe spotkania czy w nieco szerszym gronie. Dlatego ja, moje przyjaciółki i koleżanki nieustająco pielęgnujemy i celebrujemy każdą możliwą okazję do spotkań (bez okazji też!!). Uwielbiamy nasze “babskie” lunche, wymyślone przez nas imprezy “z nazwą” lub bez. Wciąż nam się chce siebie, uwielbiamy plotki, ploteczki i pogaduchy. Lubimy też obiady w małym gronie w domu z przyjaciółmi, wspólny drink w barze czy wypad na weekendową wycieczkę. Dyskusje są gorące, wymiana poglądów wydaje się łatwiejsza, kiedy patrzymy na siebie i czujemy bratnią duszę tuż obok, a nie na ekranie komputera.  💻

Na koniec przyszła mi myśl, że jeśli chcecie dowodu na to, jak zmienił się świat komunikacji, to podrzucam wam propozycję oglądnięcia serialu “SEXIFY” wyprodukowanego przez Netflix (trwa emisja już drugiego sezonu).

Plakat serialu. Trzy główne bohaterki: Paulina- Maria Sobocińska, Natalia – Aleksandra Skraba i Monika – Sandra Drzymalska

Rzecz oczywiście o seksie – inaczej. Pozornie bez emocjonalno-miłosnej oprawy, bez kompleksów, nowocześnie i otwarcie. Wielu z nas będzie ten serial szokować. Mnie temat nie zszokował wcale, za to technika i sposób w jaki serial jest zrobiony – bardzo! Tempo akcji, humor bardzo “nowoczesny”, trochę już nierozumiany przez starsze pokolenie, środki audiowizualne – dźwięki,  elementy muzyczne, skróty komunikowania się przez sms-y w telefonie, które z prędkością światła pojawiają się na ekranie – Wow!!  Dużo tego i bardzo mocno!! 

Podziwiam pomysłowość autorów, grę aktorską trzech głównych bohaterek jakże różnych, a jednak odnajdujących się swobodnie w tym wirtualno – zwariowanym świecie. 

Film ma mocne przesłanie, sex-apka jest tu tylko motywem do pokazania starych jak świat problemów męsko-damskich (albo raczej damsko-męskich). 👩‍❤‍👨 Każdy może sobie ocenić to po swojemu. Za to technologia i jej współczesne zastosowanie w przekazie filmowym mnie osobiście zdumiała. Ciężko się odnaleźć i pojąć nam ten jakże inny temperament wypowiadania się, który na pewno bez trudności dociera dziś do młodych, ale dla nas.. Hhhmm – dużo musimy się jeszcze nauczyć.. 

Czy jednak  potrzebujemy takich zmian? Czy chcemy wejść w ten nowy wirtualny świat?  Ja – niekoniecznie. Choć uczę się wiele, fascynuje mnie inność kontaktów internetowych i nie mam nic przeciwko zmianom – pozostanę “pomiędzy”… i nadal będę uwielbiała z uściskiem ręki, spojrzeniem w oczy i pogadaniem w tempie mojego pokolenia. 💋

Bardzo lubię mój blog, dzięki któremu istnieję w sieci i mogę wypowiadać swoje myśli, wspomnienia i wciąż pojawiające się marzenia.

Ta piosenka Maryli Rodowicz ( uwielbiam Ją!) i Seweryna Krajewskiego przypomni starszym atmosferę czasów pogaduszek bez – internetowych, spotkań i plotek w „naszym” tempie.

I może Młodym też się spodoba??


BACK

Kalendarzowe rozważania o właściwym czasie

01/12/2023

Powitaliśmy Nowy 2023 Rok! To zawsze bardzo ekscytujący moment wieńczący grudniowe świąteczne szaleństwa.  Budzę się następnego dnia i odczuwam jakąś dziwna pustkę, ciszę. Czegoś mi brakuje, jakby coś nagle mi uciekło. A przecież nic się tak naprawdę nie zmieniło.  Kolejny dzień naszego życia. Gdyby nie było kalendarza nikt nie zwróciłby uwagi, że to następny “odliczany” rok. 

Mimo to – jak co roku, zdejmuję ze ściany tradycyjne kalendarze minionego roku (nigdy wcześniej! Jestem przesądna) 🙂 i zawieszam nowe. Czyste, niewypełnione żadnymi zapiskami, choć właściwie zapiski pojawiają się już bardzo sporadycznie, bo wszystko co ważne i istotne znajduje się w kalendarzach Google’a. 

Wciąż jest oświetlona choinka, jeszcze mamy świąteczną dekorację, którą tradycyjnie i uparcie trzymam do święta Trzech Króli (6 stycznia), ale już moje myśli krążą wokół konieczności sprzątania i pakowania dekoracji i wszystkiego, co świąteczne. I zawsze nieodmiennie ogarnia mnie wtedy smutek. 😔

(znalezione w sieci)

 I dopada poczucie upływu czasu, zamknięcia jakiegoś kolejnego rozdziału w życiu. A wraz z tym uczuciem dosięga niechęć do działania i mojej głowie wyraźnie potrzebna jest przerwa… Zanim urodzi się nowa energia, nowy pomysł,  zwyczajny cykl codziennego działania – jest pustka i cisza. 

A jednak – dzień po dniu rano budzi się słońce albo zachmurzone niebo. Każdego dnia znów nas coś boli, coś dręczy…  Ale obok niedomagań dzieje się tyle nowych dobrych rzeczy, wiele wydarzeń, które nas znów cieszą!

Wczoraj dostałam miłą wiadomość od mojej kuzynki, że jej córka właśnie miała swój piękny bal – Studniówkę. I przysłała mi kilka ślicznych fotek! Śliczna młoda przyszła maturzystka, szczęśliwa, bo to przecież jej pierwszy prawdziwy bal!  Bal, który tradycyjnie rozpoczyna się “polonezem”, do tańczenia którego młodzież solidnie przygotowuje się przez kilka tygodni. 

I nagle – przypomniała mi się moja studniówka. Skromna, ale wcale nie była mniej ważna. I poczułam się jakby to było w innym życiu! Milion lat temu.. Białe bluzki, czarne spódnice albo sukienki utrzymane w tonacji biało-czarnej. Chłopcy tylko z naszej klasy, bo nie mogliśmy zaprosić kolegów spoza szkoły. Tak, chyba już kiedyś o tym pisałam. A jednak wspomnienie wraca… A potem kolejne 17 może 18 studniówek, kiedy byłam nauczycielką w Liceum Medycznym i przeżywałam takie bale w zupełnie innej pozycji. Ale nigdy ten balowy wieczór Młodych nie był mi obojętny. Zawsze rozumiałam jak bardzo ważny jest dla tych, którzy mają swój “pierwszy bal”.  Choć były różne prywatki, spotkania, imprezy – STUDNIÓWKA jest tylko jedna! Ten pierwszy BAL, na sto dni przed maturą, przed egzaminem dojrzałości. Symboliczny bal, po którym już tylko trzeba się, uczyć, by zdać egzaminy. 📚 📘

Piękne dziewczyny, piękne suknie, niezapomniany Pierwszy BAL

Patrzę na te piękne młode dziewczyny, na suknie niemal jak z Hollywood, na nieznane mi z moich czasów długie rozcięcia sukien i czerwone podwiązki. 🙂 

Jak bardzo zewnętrzny świat się zmienił, a pierwszy Bal z dostojnym “polonezem” rozpoczynającym wieczór pozostał ten sam. 

I myślę sobie, że tradycja to piękna sprawa. Dopóki tradycja trwa i coś wspólnego łączy młode pokolenia z tymi starszymi, ziarenko dobra wciąż się odradza i kiełkuje od nowa.  Opakowanie zmienia się, pięknieje, ale młodość nadal pozostaje tak samo świeża i rozczulająca.  😢

W tych wspomnieniach styczniowych, balowych, studniówkowych przypomniałam sobie piosenkę, do której słowa napisała moja ukochana Agnieszka Osiecka, a śpiewała ją po raz pierwszy Kalina Jędrusik. Posłuchajcie, zrobi się jeszcze bardziej sentymentalnie i ciepło na sercu…

Wczoraj (8 stycznia) nasz najstarszy wnuk skończył 18 lat! To tylko liczba, symbol dorosłości, odpowiedzialności. Nic się nie zmienia, a jednak znów wraca poczucie minionego czasu. Dla młodych to dobry zwiastun. Otwiera się wiele nowych “okienek” – nowe wyzwania, nowe prawa, ale także odpowiedzialność za decyzje i poczynania i czas na psychiczne “odcięcie pępowiny”. Dla mnie – babci dorosłego wnuka (nigdy nie wyobrażałam sobie, że to nastąpi!) to silne ukłucie “wskazówki zegara” – tak, to już trzecie pokolenie w rodzinie zaczyna być dorosłe. A tak niedawno, niemal „wczoraj”, nasze dzieci wchodziły w dorosłość 😄. Ile emocji, wątpliwości było, gdy przeżywaliśmy to jako rodzice. 

 Przy wspólnym celebrowaniu 18-ki Christopha naszły nas wspomnienia, jak to było kiedy nasze dzieci miały 18-te urodziny. I choć nie było to „aż” tak dawno, okazało się, że pamięć dzieci – dziś rodziców – bardzo szwankuje. 🙂 Poszperałam więc w starych papierowych (ale już amerykańskich) zdjęciach i znalazłam obrazkowe przypomnienia 18-ki. Może nie odbyły się w restauracjach z wielkimi stekami, ale były także szczęśliwe specjalne, pełne gości i niespodzianek. To własnie na 18 urodziny oboje dostali swą pierwszą kartę kredytową.. To była dla nich wielka sprawa… Kilka migawek z tamtych celebracji (rok 1994- Kasia, 1997-Jacek)

Pokolenia- Dziadziuś i wnuki. Dorosły Christoph i prawie… dorosły Lukas (15)

Dziś nasze wnuki wchodzą w najpiękniejszy okres życia, a my znów patrzymy na to z łezką oku. Z dumą i radością, ale i trochę ze smutkiem..  🤔

Taka jest kolej rzeczy – sztafeta pokoleń. Wiem o tym jak każdy dorosły dojrzały człowiek. Ale ten “starzejący się” odczuwa to inaczej. Czas w ogóle to dziwny stwór. Jednego dnia ucieka nam zbyt szybko, innego dnia chcemy, by zatrzymał się i “biegł” znacznie wolniej niż godzina na zegarze.

Dziś boję się, że nie zdążę na odlatujący samolot i nie mogę doczekać się czekających mnie jutro wakacji.  Innego dnia chciałabym, by “dzisiaj” już minęło, by najgorszy dzień życia był poza mną..  Wszystko jest względne, zależne od nas samych. Czas NIE istnieje, to my go kształtujemy w sobie, niezależnie od zegara. 

Czas naprawdę wyznacza biologia. Czas wyznacza psychika człowieka. Każdy etap naszego życia ma swój czas. Ten WŁAŚCIWY CZAS. 

W moim wieku już wiem, że słowa “właściwy czas” jest najbardziej personalnym określeniem. Moje “dzisiaj” tylko mnie może wydawać się właściwe na.. 

Właśnie – na co i dlaczego?  Jak wiadomo, moda na noworoczne postanowienia nie przemija i slogan “new year resolution” znany jest każdemu. Moda – bo tak naprawdę kto zmienia swoje życie z powodu nadejścia kolejnego nowego roku? Nawet jeśli mamy taki zamiar, to bardzo rzadko udaje nam się to zrealizować. Nie wątpię, że są tacy, którym coś się udało i zaplanowane zmiany w nadchodzącym roku zrealizowali. Ale ja za bardzo w to nie wierzę. Nowy plan, postanowienia mogą zdarzyć się każdego dnia roku, czy to styczeń czy lipiec czy ponury listopad. Kalendarz nie jest nam do tego potrzebny. Za to  lista  elementów, które są pomocne do zmian w życiu może być długa i niekończąca się. 🙂  

Wszystkie najpopularniejsze porady typu:  schudnij, zacznij biegać, zmień pracę, zmień swój styl, zmień dietę, wyjedź na wymarzone wakacje, napisz książkę, zapisz się na siłownię, naucz się nowego obcego języka… brzmią jak lista pomysłów na dzisiaj, jutro, za tydzień, za pół roku, obojętnie kiedy nam się przydarzy.   

Czas jest w naszej głowie… (znalezione w sieci)

Mnie potrzebna jest lista moich aktualnych potrzeb życiowych – prostych, łatwych, niby niezauważalnych, ale kojących zamieszanie w głowie i w sercu. I taką listę – bez papierowej listy i punktowania wielkich działań potrzebuję zrobić.  

Spokój, pewność i świadomość, że mam własne odpowiedzi na każdy moment mojego obecnego życia… Budzę się rano i widzę, że pochmurno i pada deszcz. Nie będę się denerwować, że dziś brzydka pogoda, pomyślę, że deszcz ożywi mój ogródek, przeczyści powietrze, a ja będę mogła poczytać nową książkę.  Mam żal i pretensje do najbliższych, jestem zła, naburmuszona i zdenerwowana, sama buduję sobie niepotrzebne napięcie… na mojej “właściwej liście” jest konieczność spojrzenia z odwrotnej strony. Może ktoś mi bliski też miał zły dzień, może poszukuje swojego “właściwego momentu”, a ja wkroczyłam w ten intymny świat odczuć i znalazłam się tam niepotrzebnie?  Jutro będzie nowy dzień, to co nas łączy jest silniejsze i ważniejsze, trzeba dać sobie przestrzeń i czas, odezwać się dobrym słowem. To NIE jest łatwe. A jednak – na pewno łatwiejsze do wykonania niż plan odchudzania się.. Przynajmniej w moim wypadku. 🤣

Moja lista to szukanie zgody ze sobą, wykorzystanie energii własnej tak, by siebie nie krzywdzić. Nie dać się wciągnąć wydarzenia i rzeczy do zrobienia, których nie lubię!  I to jest bardzo trudne! Wiem, że nie należę do ludzi, którym łatwo przychodzi dokonywanie wyboru, bycie selektywnym. Nie umiem odmawiać, wycofać się z niewygodnego planu czy zadania. Ale się staram, staram się coraz częściej i lepiej. 

Nie odmawiam pomocy, wiele mogę dać innym, ale “dorosłam” już na tyle, że coraz częściej chcę coś zrobić także dla siebie.  Nie jestem samolubem, moja wyobraźnia często podsuwa mi pomysły zrobienia czegoś dla innych. Nigdy nie brakowało mi w tym energii. A jednak – mój “właściwy czas” domaga się coraz częściej, by to dla mnie ktoś inny coś zrobił..

Kiedyś taką cechę nazywano zaangażowaniem społecznym.  W pracy, czy na obozach harcerskich, na koloniach, w moim dawnym teatrze czy w różnego rodzaju organizacjach – brzmiało to dobrze i dawało poczucie zadowolenia i spełnienia. Organizowanie przeróżnych imprez, wydarzeń towarzyskich zawsze było fajne, ale oprócz satysfakcji bywało i rozżalenie, że w tym wirze pracy dla innych ja jestem tą osobą, dla której niewiele już zostaje z sukcesu. 

Dziś mam do tego inne podejście. Dzisiaj chcę tak żyć, bym mogła cieszyć się tym w całej pełni. Dzisiaj muszę być  selektywna, świadoma swojej wartości, choćby nikt inny tego nie dostrzegał.  Nie zostało już wiele czasu na bycie “w zgodzie ze sobą”, na nieuleganie naciskom, planom innych osób, na “wypada – nie wypada”! 

Ktoś czytając moje wynurzenia i powie: to nie są “new year resolutions”!  I będzie mieć rację.  Nie wierzę w odmianę siebie z kalendarzem. Wierzę w motywację każdego dnia i w każdym zadaniu, byle było istotne dla mojej głowy i mojego serca.  A że piszę o tym w styczniu? No cóż, tak się złożyło, że właśnie teraz przyszło mi to do głowy. 🙂

A jak już rozmyślam o “właściwym czasie”, to przychodzi mi do głowy, że takie właśnie określenie często służy nam za wymówkę. Czegoś nie robimy, bo nie jest “właściwy czas”, nie podejmujemy ważnej dla nas decyzji, bo to nie jest “właściwy czas”, nie pojedziemy na zaplanowany wyjazd chociaż bardzo chcemy bo.. to nie jest “właściwy czas” itd. itp… Wygodne, bo nawet nie musimy wymyślać szczegółowych powodów. Wystarczy powiedzieć sobie, że czas na realizację planu czy postanowienia nie jest dobry, właściwy. 

Bbbbuuuu… zupełnie inne, wręcz negatywne ujęcie czasu właściwego!  Nie mój styl i nie moja intencja. Ale potwierdza zasadność powiedzenia, że “kij ma zawsze dwa końce”. 

Człowiek ma jednak tendencję do organizowania swojego czasu, do poukładania wydarzeń. Kalendarz jest każdemu z nas potrzebny, choć ludzie korzystają z nich w różny sposób i nie dla każdego kalendarz jest tak samo ważny.  Ci uporządkowani będą mocno trzymać się dat i godzin, inni podchodzą do tego w luźny sposób i nie przywiązują do kalendarzowej kolejności nadmiernej wagi.  

Kalendarze bywają piękne, artystyczne, zwykłe z cyferkami, albo z bardzo  wymyślnymi obrazkami. Można znaleźć dziesiątki informacji dodatkowych z rożnych sfer życia, różnych kategorii. Czego to ludzie nie wymyślą, by się dobrze sprzedało. No i dobrze! Kalendarze to także ozdoba naszych ścian, biurek, zbyt pustych miejsc w domu. Mimo wielkiej popularności internetowych kalendarzy, w tym Google’a na pierwszym miejscu, wciąż lubimy te tradycyjne. 

Sami tworzymy kalendarze z rodzinnymi zdjęciami, by pamiętać wydarzenia przeszłe i każdego roku, każdego dnia móc spojrzeć na ukochaną twarz, na ulubione miejsce, na wydarzenie bliskie sercu.  

Dla każdego coś innego! Bez ograniczeń i z każdą motywacją. W tych 365 dniach roku znajdź i ty swój WŁAŚCIWY CZAS! Nie uciekaj, nie chowaj “głowy w piasek”, nie udawaj, że ciebie czas nie dotyczy. Nikomu z nas czas się nie cofa, nikomu nie przeskakuje co drugi rok.  Czas płynie  wszystkim jednakowo. Pozornie – jest sprawiedliwy. Ale tak naprawdę jak go wykorzystamy, jak potraktujemy czas przeznaczony tylko dla nas na tej Ziemi – zależy tylko od nas samych.  

Czy to początek roku, czy w kalendarzu lato w pełni,  czy już znów zbliżają się święta – czas jest twój, czas jest mój.  Tylko ja i ty możemy sprawić, by był TEN właściwy..

Na podsumowanie – przypomnę starą piosenkę uwielbianą przez moją Mamę. Najbardziej popularną była wersja w wykonaniu Piotra Szczepanika, który w latach 60-tych był idolem tamtego pokolenia. Ale mało kto wie, ze tę piosenkę śpiewała także Beata Tyszkiewicz a oryginalne pierwsze nagranie należy do Heleny Majdaniec. Mnie najbardziej podoba się interpretacja i wykonanie Zbigniewa Wodeckiego..

to tak a propo’s kalendarzy. 📅


BACK

Poświątecznie ale wciąż grudniowo

12/26/2022

Ho, Ho, Ho!!! 

 Zaczynam pisać te zdania wciąż w przedświątecznym nastroju, ale do głowy wpychają mi się myśli bardzo “obok-świąteczne”. 

Choć dookoła nastrojowo i grudniowo, bo przecież jesteśmy tuż tuż przed wigilią i  żyjemy w ferworze przygotowań kulinarnych, dekoracji, kupowania i pakowania prezentów, pisania kartek z życzeniami dla najbliższych, słuchania najpiękniejszych świątecznych piosenek i kolęd, to przychodzą mi na myśl takie wspomnienia, które choć zdarzyły się w grudniowym czasie, mogły przecież zdarzyć się każdego innego dnia. 

Tragiczne wydarzenia polityczne w Polsce czasów mojego pokolenia latach 70 i 1980-tych, które nastąpiły w grudniu, w miesiącu radości i oczekiwania świątecznego wydają się niepojęte i niemożliwe, a  były najbardziej prawdziwymi faktami naszego młodzieńczego życia.  Był śnieżny grudzień, jak każdego roku zmagaliśmy się ze zorganizowaniem brakujących artykułów spożywczych, by Boże Narodzenie było piękne i obfite, jak tego pragnął każdy Polak, każdy zwykły człowiek. Ale rząd  zamiast tego, co grudzień przynosi ludziom całego świata, nam zgotował strach, ciemne puste ulice, czołgi i patrole wojskowe i milicyjne kontrolujące każdy nasz ruch. 

W niedzielę rano, 13 grudnia 1981 roku pojechaliśmy na giełdę  kupić samochód, bo tak akurat nam wypadło w tym momencie życia. A wróciliśmy.. Tak, jakimś autem, ale bez szans na zatankowanie benzyny, bez radości posiadania nowego pojazdu dla rodziny, bez nadziei na następny dzień, że pójdziemy normalnie do pracy… W ciągu kilku godzin nasze życie wywróciło się do góry nogami a przede wszystkim przyniosło nam tyle niewiadomych, tyle pytań bez odpowiedzi, strachu w głowie i niepewności w sercu. Z godziny na godzinę traciliśmy grunt pod nogami, a marzenie o pięknej choince, prezentach, smażonym karpiu i kutii odsuwały się gdzieś daleko w zakamarki kompletnie “nie-grudniowych” przemyśleń. 

Mieliśmy wtedy małe kilkuletnie dzieci, oczekujące na gwiazdkę i Aniołka z prezentami, na wyjazd do Krakowa do Dziadków, z którymi co roku spędzaliśmy Boże Narodzenie. Co mogliśmy im powiedzieć, jak wytłumaczyć grozę kolejnych dni i zupełnie nie-świątecznych zachowań? 

Mimo braku czynnych telefonów, nieistniejącego jeszcze internetu, ograniczonej i kłamliwej informacji telewizyjnej – byliśmy coraz bardziej przygnębieni docierającymi do nas wiadomościami o internowaniu naszych przyjaciół, kolegów, o braku możliwości poruszania się po kraju, o godzinie policyjnej. Obserwowaliśmy od miesięcy puste półki w sklepach, patrzyliśmy ze smutkiem i niepewnością na jutrzejszy dzień, nie wiedzieliśmy jak obronić siebie i swoją rodzinę przed znikającą nadzieją świąteczną.  

Byliśmy jednak młodzi, a młodość ma swoje prawa. Młodość to siła, młodość nie ulega trudnościom, nie poddaje się.  Chcieliśmy żyć “normalnie”, chcieliśmy mieć święta, wigilię i bliskich ludzi wokół. 

W Krakowie- na Rynku, zdjęcie współczesne ale tamtej zimy też było śnieżno i biało w świąteczny czas…

Nawet w najbardziej trudnych momentach życia, w najbardziej dziwnych warunkach człowiek kurczowo trzyma się tradycji, zwyczajnego prawa do zwyczajnego, codziennego życia. Babcia Helenka sobie tylko znanym sposobem dowiozła z Krakowa do Sosnowca choinkę, prawdziwą pachnącą lasem, my jak tysiące innych Polaków zdobyliśmy w sklepie karpia, ugotowaliśmy barszczyk i podzieliliśmy się opłatkiem. Tylko  nie dojechaliśmy do Krakowa… To były święta, które spędzaliśmy z przyjaciółmi, ale bez rodziców i bliskiej rodziny, którzy pozostali w Krakowie…

Potem był Sylwester, tego roku nie było szalonego balu, bo nie mogliśmy się gromadzić, ale witaliśmy nadchodzący Nowy Rok 1982 z nadzieją w sercu, że mimo wszystko – będzie lepiej.. 

Długo nie było. Przeżyliśmy wiele ciężkich chwil, buntów, politycznych i społecznych rozrachunków, z którymi nie zgadzaliśmy się do końca.. Nie pogodziliśmy się i nie przyjęliśmy warunków “nowego porządku”.

Żyliśmy najlepiej jak potrafiliśmy. Szukaliśmy dróg, które miałyby nam wszystkim zapewnić lepszą przyszłość, a naszym dzieciom szanse na prawdziwe polskie spokojne i tradycyjne święta grudniowe następnego roku.  Dziesięć lat później przyjechaliśmy do Houston. Ale to już inna historia..

Życie nie toleruje próżni. Wypełnia każdą chwilę i nie daje szansy na pustkę. Buduje, dodaje skrzydeł, daje nadzieję, otwiera nowe kolejne drzwi… Życie oczekuje od nas ciągłej inwencji, nowych decyzji, akcji, pomysłów. Życie nie lubi leniuchów, ludzi nieruchawych, ospałych i bezczynnych.  

Życie także niosąc coraz to nowe wiosny i jesienie, śnieżne grudnie i kolejne kwitnące maje – pozwala człowiekowi być ciągle zajętym i zapomnieć to, co było trudne i co bolało. Każdy nowy dzień stawia przed nami ciekawe a czasem trudniejsze wyzwania i każe nam bezustannie patrzeć w przyszłość. Piąć się w górę i iść do przodu. Przeszłość jest po to, byśmy pamiętali doświadczenia, które nauczyły nas siły, odporności, wrażliwości i dobroci. Byśmy potrafili poradzić sobie z segregacją dobrych i złych nauk życiowych.  Przeszłość ma nas inspirować do działania, a nie zatrzymywać w rozpamiętywaniu tego, co było złe. 

Nie, nie chcemy zapomnieć. Ja nie chcę! Pamiętam tamten grudzień. Wspominam go każdego roku..  I doceniam, że każdego roku mocniej i głębiej rozumiem ciepło i świąteczną “normalność” kolejnego grudnia. 

Pamiętam inny grudniowy epizod w moim rodzinnym domu. Był dla mnie jak pierwszy „wstrząs elektryczny” w dziecięcym samodzielnym życiu.   

Nie wiem kiedy to mogło się wydarzyć, ale na pewno były to końcowe lata 60-te, może początek 70-tych. Byliśmy z bratem jeszcze dziećmi. Tata wymyślił kilkudniową podróż do byłej Jugosławii, jeden z jego zwariowanych pomysłów na “szybkie “ zarobienie dodatkowych pieniążków na świąteczne potrzeby, prezenty. Taki to był czas, że podróże z towarami wymiennymi w “tamtą stronę świata” były wtedy popularne, dostępne i przynosiły zawsze jakiś dodatkowy zarobek dla domu. Rzecz tylko w tym, że Tacie nagle przyszła do głowy ta niespodziewana podróż w pierwszych dniach grudnia, czego nikt przy zdrowych zmysłach w tym czasie nie robił. W owych czasach takie wyskoki podróżnicze łączące trochę przyjemności, trochę dreszczyku i ryzyka, no i trochę szans na dodatkowy zarobek, wielu Polaków organizowało w okresie wakacyjnym lub przynajmniej pogodowo “przyjaznym”. Może i w Jugosławii czy Bułgarii zimy były cieplejsze i nie tak śnieżne jak w Polsce , ale żeby tam dojechać trzeba było przekroczyć teren byłej Czechosłowacji, a tym samym góry Tatry, gdzie zima dopadała te rejony dość wcześnie, już w listopadzie, a drogi w wysokich górach często nie były przejezdne w grudniowym czasie. Z jakiegoś powodu Tata wymyślił tę krótką wycieczkę w początkowych dniach grudnia a Mama, tak zazwyczaj rozsądna i logiczna kobieta, dała się na tę wyprawę namówić.  

Oczywiście – wszystko było zorganizowane i domówione i wyglądało bardzo normalnie i bezpiecznie.. My z bratem zostaliśmy sami w domu. Doglądała nas nasza ciocia, niewiele starsza od nas, którą raczej uważaliśmy za starszą siostrę. Była w wieku, gdy interesowało ją wszystko inne, a zajmowanie się dzieciakami było na pewno ostatnią rzeczą na jej liście.

Gdy rodzice wyjeżdżali z domu (już nie pamiętam czy wtedy mieli poczciwą Syrenkę czy małego Trabanta czy może już czeską – na tamte czasy bardzo luksusową Skodę?) – było mroźno, ślisko, ale śnieg nie padał. Oczywiście o żadnych bezpiecznych zimowych oponach nie było mowy. Wiadomo, jakie auta- takie bezpieczeństwo… Mieliśmy przygotowane jedzenie, plan na kilka dni i wytyczne co i jak robić i nawet cieszyliśmy się na te kilka dni samodzielności i wolności. 

Tylko, że zaraz potem zaczęły się „nieprzewidziane” wielkie opady śniegu, zawieje, ślizgawice. Nie wiem w jaki sposób do kogo i przez kogo, dotarły do nas wieści, że rodzice mieli wypadek i utknęli w zaspie śnieżnej w górach, że ktoś wyciągał ich końmi czy traktorem, po wielu godzinach spędzonych w zimnym samochodzie..

Do dziś nie wiem, co tak naprawdę wydarzyło się w tej ich podróży, gdzie rodzice dotarli, kto im pomógł, co później się z nimi działo. Wrócili po kilku dniach i właściwie NIE pamiętam, żeby kiedykolwiek o tym opowiadali. Mama była bardzo przygaszona i ledwo pozbierała się, by zorganizować normalne w tamtym czasie święta rodzinne. 

Nie pamiętam wielu faktów i pewnie to, o czym wspominam jest bardzo wyrywkowe. Ale jedno pamiętam – ogromny dziecięcy strach, że rodzice mogą nigdy już do domu, do nas nie wrócić. W jednej chwili, z radosnego dziecka, które cieszyło się, że zostaliśmy w domu na kilka dni sami, że jesteśmy “dorośli” na tyle, że nie musimy być kontrolowani, bo potrafimy sobie poradzić sami – w jednym momencie poraził mnie wielki paraliż! NIE wiedziałam co mam dalej robić, przecież za chwilę mogę być sama, bez Mamy i Taty! Moja młoda wyobraźnia działała jak huragan! I nagle poczułam wielką odpowiedzialność za młodszego brata, dom, w którym jestem sama i przerażenie, że ja nie umiem, nie wiem co dalej… Panika dziecka, które poczuło pierwszy życiowy strach.

Dziś już naprawdę NIE pamiętam, jak długo to trwało,  kiedy rodzice wrócili (na szczęście nic im się wielkiego nie stało). Jedyne, co do dzisiaj pamiętam, a minęło już około 60 lat, że to też był grudzień i oczekiwanie na święta, które przecież mogły być dla nas zupełnie inne.. Był śnieg, był czas rodzinny, a ja pierwszy raz w życiu zrozumiałam, jakie to ważne być razem. Mieć rodzinę. I czekać wspólnie na wigilię przy wspólnym stole.  Tamtej wigilii nie pamiętam. Ale wiem, że ją mieliśmy, że tamten grudzień przyniósł mi lekcję rodzinnej miłości, którą zapamiętałam do dzisiaj. 

Grudzień kojarzy mi się także z milszym corocznym wydarzeniem – tradycyjnym w czasach mojej młodości kuligiem. Najpierw pamiętam wyprawy na kulig organizowane z pracy mojej Mamy. Był to zazwyczaj wyjazd autobusem do Bukowiny Tatrzańskiej albo Zakopanego na dwa dni. Wyjeżdżały całe rodziny w sobotę rano a popołudniu, kiedy już zaczynało się robić ciemno formowała się długa kolumna sań góralskich ciągniętych przez parskające koniki, powożone przez górali w charakterystycznych kożuchach i czapach futrzanych. W saniach były ciepłe grube futrzane nakrycia, byśmy nie zmarzli, bo prawie zawsze był siarczysty mróz. Mieliśmy pochodnie przyczepione do sań. I jeszcze do dużych sań często były doczepione małe sanki. Kto miał ochotę i jeszcze nie był całkiem zmarznięty mógł pędzić na małych sankach, które ciągle się przewracały i dostarczały wielkich śniegowych atrakcji. Po powrocie do chat górali (a może schronisk, zupełnie tego nie pamiętam..) my dzieci biegaliśmy bzikując, by rozgrzać się po długiej przejażdżce, a dorośli mieli swoje – wiadomo jakie- rozrywki :).

Ależ to stare zdjęcia! Takie kuligi mieliśmy na zimowiskach harcerskich w początkach lat 70-tych 🙂

Kiedy nieco dorosłam i zaczęłam każdej zimy w drugi dzień Świąt wyjeżdżać na zimowiska harcerskie, uczestniczyłam w kuligach, które były obowiązkową atrakcją naszych wakacji zimowych. Niestety, zdarzyło się i tak, że przez całe zimowisko nie było dostatecznej ilości śniegu i kulig musiał być odwołany. Nasze kuligi zazwyczaj składały się z jednych dużych sań, no może dwóch i długiego „pociągu” małych saneczek. I tu niestety zawsze było dużo problemów – a to sznurki nie wytrzymywały obciążenia i ciągle się urywały, a to sanki były niestabilne i wywracały się przy najłagodniejszym zakręcie (przypadkowo lub nie..) a to ktoś się gubił po drodze i trzeba było go szukać.. Zazwyczaj wracaliśmy kompletnie przemoczeni, przemarznięci do szpiku kości, zmordowani i nie zawsze najszczęśliwsi. 🙂 Jedną z najpopularniejszych zimowych piosenek była wtedy piosenka Skaldów ” Z kopyta kulig rwie”

(proszę zwrócić uwagę jakie stare nagranie udało mi się znaleźć 🙂

Nie wiem czy w Polsce nadal organizuje się takie kuligi i czy są tak popularne jak za mojej młodości. Zima bez kuligu, bez grzańca, a często ogniska i pieczonych kiełbasek na zakończenie była zimą „straconą”, nieprawdziwą. Moje wnuki takich kuligów już nie znają, choć atrakcji zimowych każdego roku mają mnóstwo, a na nartach jeżdżą znakomicie. Ale fakt – za to ja w zimie nigdy nie korzystałam z jacuzzi i na pewno wtedy nie miałam pojęcia co to jest… 😀😀

Grudzień jest jednym z dwunastu miesięcy w kalendarzu. Jak każdy inny miesiąc może przynieść nam dni szczęśliwe i dni trudne. Dzieci rodzą się każdego dnia, każda godzina przynosi komuś moment wzruszenia i wielkie niezapomniane przeżycie. Podobnie – może być chwilą gorzkiej łzy, smutnego pożegnania i wstrząsu dla naszego serca, któremu ciężko będzie przywrócić regularny człowieczy rytm.  

A jednak –  jest coś wyjątkowego w tym ostatnim miesiącu roku, coś magicznego ciepłego. Mimo mrozów i śniegu, krótkich dni i ciemnych wieczorów. Jest wiara. Wiara w dobro, które przynosi nam każdego roku pierwsza gwiazdka wigilijna zwiastująca  tradycyjnie narodzenie Jezusa. Czy jesteś religijna czy nie, nieważne jaką wiarę wyznajesz – w coś musisz wierzyć!!  Człowiek jest istotą myślącą, czującą i ma swój własny świat – w sercu, w myśli. Czasem dojrzale i spokojnie poukładany, czasem chaotyczny, wciąż poszukujący swojego własnego wizerunku i własnego w nim miejsca. 

Szukamy pomocy w znakach grudniowych: w dobrym niespodziewanym i szczęśliwym wydarzeniu, w mrugającej do nas gwiazdce na niebie, w ciepłym słowie listu, którego nie spodziewaliśmy się otrzymać. Chcemy wierzyć, że grudzień zamknie drzwi minionego roku na “cztery spusty” do wydarzeń, które były trudne czy smutne i otworzy na oścież  drzwi  dla nowych pięknych chwil, godzin i dni Nowego Roku. 

Miną dni świąteczne, chwilę odpoczniemy i będziemy szykować się na tradycyjne powitanie kolejnego Roku. Przed nami nowe wyzwania, wiele doświadczeń i wcale  się ich nie boimy. Albo boimy się.. Ale i tak idziemy do przodu bo “życie próżni nie toleruje”. 🙂  

W Houston w tym roku – przedświąteczna niespodzianka pogodowa! Wprawdzie na śnieg nie liczymy, ale zawitała do nas naprawdę zimowa temperatura i wszystko wskazuje na to, że uda nam się w dzień wigilijny założyć płaszcze a nawet futerka, jeśli ktoś takowe posiada. A ja mam (sztuczne, ale kto by się odważył teraz nosić prawdziwe! 🙂 Tak więc grudzień przyniósł nam zimową aurę i namiastkę temperatury blisko zera. A meteorolodzy straszą, że nawet poniżej zera będzie w wigilijną noc.. 

A to grudniowy śnieg na balkonie naszych krakowskich przyjaciół

Może to śmieszne i trudne do pojęcia dla tych w Polsce, którzy śnieg piękny i niemal codziennie świeży mają już od kilku tygodni, ale dla nas to duża niespodzianka pogodowa, no i całkowicie od nas niezależna. 🙂 

Podoba wam się taki Mikołaj? dla odmiany…

A jak już jesteśmy przy tym pogodowym temacie, to wyobraźcie sobie przez chwilę wigilijny wieczór w Australii – na plaży, gdzie upalne temperatury w dzień dochodzą do 25-35 C (no, może nie w każdej części Australii)

Tak, Świat jest ciekawy. I bardzo różny. Podobnie jak ludzie.

A może dlatego, że ludzie są różni, budujemy tak różne światy?..  

A na koniec – przymknijcie oczy, wspomnijcie swoje ważne grudniowe wydarzenia i posłuchajcie piosenki Haliny Mlynkovej..


BACK

Grudniowo, Aniołowo i z nadzieją

12/10/2022

Mam takich bardzo bliskich kochanych przyjaciół w Krakowie, którzy od wielu lat każdego roku wraz z kartką i świątecznymi życzeniami przysyłają nam książkę. Książkę o tematyce świątecznej, historyjki lekkie wzruszające, miękkie, puszyste.. Opowiastki niemal niewiarygodne, zawsze jednak kończą się szczęśliwie, bo jakże inaczej mogłyby zakończyć się – grudniowe, magiczne, gwiazdkowe? 

Wieloletnia kolekcja pozytywnej energii grudniowo-gwiazdkowej!

Każdego roku wiem, że będę tę książkę czytać, choć treść jest banalna i niewyszukana. I wiem, że mnie wzruszy, choć ani trochę nie wierzę w realne przesłanki takiej historii. Ale opowieści tych corocznych przyjacielskich podarunków zawsze  przynoszą nam wiarę w to, że dobro pokonuje zło, że miłość jest silna i pokona wszystkie przeciwności losu, że nadzieja nigdy nie powinna nas opuścić. 

“Kinga straciła dom, pracę i zaufanie najbliższych… Już nie ma siły, by walczyć o przetrwanie. Gdy w noc wigilijną spotyka bezwzględną i bezduszną dziennikarkę, życie obu kobiet odmienia się całkowicie..” Inna historia: „Wieś o dziwnej nazwie Poczekajka i mała żółta chatka na krańcu świata. Pogoń za marzeniem i szansa na jego spełnienie… Historia Julii, której życie wywraca się do góry nogami, a ona sama wyjeżdża w Bieszczady. A tam jej droga splata się z losem nowych przyjaciółek w willi przy ulicy o wdzięcznej nazwie Leśnych Dzwonków. Jest oczywiście grudniowa mroźna zima..” 

Czyż trzeba człowiekowi coś więcej, by był szczęśliwy w świąteczny czas? Na mojej półce stoi długi szereg książek, które każdego roku przynoszą nam wsparcie, pozytywną energię, ciepłą historyjkę, choćby miała być najbardziej nieprawdopodobna czy “cukierkowa”. To jeden z najbardziej ciepłych dla serca prezentów. Taka nasza “wigilijno-świąteczna” umowa, ktorą tylko my i moi przyjaciele – między sobą rozumiemy… 

To prawda jest, że uwielbiam powieści mocne, głębokie i psychologicznie skomplikowane, lubię filmy trzymające w napięciu aż do “utraty oddechu”, co nie przeszkadza mi mięknąć w grudniowy czas i poddać się ciepłu lekkiej lektury gwiazdkowych prezentów moich  Aniołowych przyjaciół. I powiem wam w tajemnicy, że nie tylko ja ulegam takim nastrojom w tym magicznym czasie. 🙂 I wcale a wcale ani na chwilę nie ukrywam tych lirycznych wzruszeń, tych tej łezki, która każdego roku pojawi się w oku. Magia grudniowego czaru działa…

Jedna z dziesiątek okładek książki „Baśń o dwunastu miesiącach” Nasze szkolne przedstawienie zrobione było na podstawie tej baśni ale scenariusz był dostosowany do możliwości uczniów 3 klasy.

Pamiętam, że w dzieciństwie na zakończenie roku kalendarzowego, tuż przed feriami zimowymi  wystawialiśmy takie przedstawienie o dwunastu miesiącach. Każdy miesiąc wychodził na scenę i ładnie opowiadał widzom, co ma najlepszego do zaoferowania. Oczywiście, te miesiące były bardzo polskie, bo luty był bardzo zimny i przynosił dzieciom piękny śnieg, jazdę na sankach i łyżwach, kwiecień zachwalał swoje pierwsze promienie cieþłego słońca, kwiaty kaczeńce, pierwiosnki i fiołki, a wrzesień oferował mnóstwo dorodnych owoców itd. Grudzień za to wchodził na scenę stary, zmęczony, z długą siwą brodą, bo był najstarszy ze wszystkich braci – miesięcy.

Pamiętam, że nasza pani  nauczycielka miała duże trudności, by namówić któreś z dzieci, żeby było zgodziło się zagrać rolę Grudnia. Bardzo nam się nie podobała rola staruszka. Ostatecznie jedna z dziewczynek zdecydowała się i bardzo dobrze się spisała! Nawet głos wypracowała sobie taki gruby, bardzo “zmęczony”.  Widzowie długo ją oklaskiwali. Nie pamiętam dokładnie, w której to było klasie, ale chyba nie później jak w trzeciej lub czwartej. 

Tak mi przyszło na myśl, że grudzień to taki miesiąc podsumowań całego roku, wszystkich innych miesięcy.  Miesiąc, w którym jeśli chcemy pomyśleć przez chwilę, pomiędzy szaleństwem zakupów prezentowych pod choinkę, między planowaniem tradycyjnego świątecznego menu na stół wigilijny – możemy przymknąć oczy i jak w dziecięcym przedstawieniu spojrzeć, co dobrego przyniósł nam każdy z minionych miesięcy ostatniego roku. Ile dobrych  rzeczy przydarzyło się, ile niezapomnianych chwil przeżyliśmy. Ale także – jak wiele potknięć, rozczarowań, kłopotów i smutków nas dotknęło. Każdego roku w styczniu patrzymy optymistycznie w nadchodzący nowy czas.  Amerykańska tradycja uwielbia snuć postanowienia, co chcemy zmienić na lepsze. “New year resolution” to bardzo popularne hasło pojawiające się w pierwszych tygodniach roku we wszystkich mediach, w rodzinnych rozmowach, w naszych prywatnych myślach i rozważaniach. Chyba nikt nigdy nie przebadał i nie zrobił rzetelnej statystyki ile z postanowień ludzkich zostało zrealizowanych, ale liczą sie dobre chęci i nadzieja, że coś się uda, że tym razem będzie lepiej łatwiej.  W końcu wszyscy wiemy, że motywacja jest bardzo ważna w naszym życiu.  

Taką rózgę pamiętam z dzieciństwa

Pamiętam, że kiedy byłam małą dziewczynką Mama kazała nam pisać listy do Świętego Mikołaja. Co ciekawe, zawsze mówiliśmy o nim: Święty Mikołaj a nie po prostu Mikołaj. To od pierwszego wrażenia przydawało Mikołajowi nobilitacji. Był postacią szanowaną, ważną, dobrą. Nie tylko tą, która przynosi prezenty, ale taką, która wie o nas dużo, obserwuje nas przez cały rok i jeśli byliśmy niegrzeczni może do prezentów dołączyć ostrzegawczą rózgę. Dzieci wiedziały, że Święty Mikołaj jest dobry i nie da dziecku tylko rózgi, ale jeśli dołączy do prezentu rózgę to znaczy, że wie o naszych różnych wybrykach w ciągu roku i ostrzega nas łagodnie, by się poprawić. 🙂

Kto dziś pamięta o rózgach? Były ładne, złote i srebrne, z kolorowymi wstążeczkami ze złoconą jemiołą.  My z bratem zawsze dostawaliśmy małe rózgi, a nasz Tata dostawał dużo większą. Mama śmiała się,że tata musi się bardzo postarać i poprawić do następnego roku. 🙂 

Taki „Aniołek ” asystował Świętemu Mikołajowi gdy przychodził do naszych i naszych przyjaciół dzieci. I dzieciom się podobał. Dzisiaj – dzieci mają większe wymagania 🙂 🙂

Dziś każdego roku szykuję prezenty od polskiego Mikołaja dla moich wnuków, uparcie podpisuję “od Świętego Mikołaja” choć oni już wyrośli z czasów wierzenia w jego istnienie, ale radochę mają nadal i nadal czekają na dzień 6 grudnia. A ja biegam i dostarczam prezenty tak, żeby znalazły się pod ich poduszką w nocy z 5 na 6 grudnia. Niestety, nie wiem czy ich rodzice dopełniają tradycji co do godziny…

To internetowe przesłanie otrzymałam od przyjaciółki – może dla śmiechu a może z sugestią co nam już dziś pozostało 🙂

Ja najchętniej dziś wierzyłabym nadal w moc Świętego Mikołaja i poprosiłabym go o prezenty bardzo praktyczne i przydatne dla starszych pań np. wygładzenie niechcianych zmarszczek, odebranie paru zbędnych kilogramów. Teraz modne są takie rysuneczki krążące w internecie. I określają to nawet, że ludzie nie pragną dostawać od Mikołaja, a proszą o “odbieranie”! Czy to ma być łatwiejszy proces dla współczesnego Mikołaja?? 

A może lepiej rozglądnąć się wokół i poszukać swojego Anioła. Anioła – Gabriela albo jakiegokolwiek innego, który byłby nam przychylny.  Zadbałby o mnie w następnym roku. Pilnowałby mnie w dzień i w nocy, roztaczałby aurę bezpieczeństwa wokół mnie, czułabym jego pomocną dłoń. 

Jeśli wierzyć w moce, to w anielskie. Grudzień na pewno takie ze sobą przynosi…

Takie były nasze jeżyki!! identyczne! delikatne piękne różnokolorowe. Niestety, w moim domu nie zachował się ani jeden (:

Każda grudniowa tradycja  to coroczna nadzieja, że następnego roku znów doczekamy jej kolejny raz. Będziemy ustawiać choinkę, wieszać na niej gwiazdki, pierniczki, łańcuchy zrobione w długie grudniowe wieczory. Im dalej sięgnę pamięcią tym więcej widzę ozdób, które robiliśmy z Mamą, czasami z jej siostrami, gdy odwiedzały nas z Gdańska. Uwielbiałam “jeżyki” – powstawały z cieniutkich bibułek misternie wycinanych najpierw w kółeczka, potem nacinanych do środka, a później na dobrze zaostrzonym ołówku końcówki wokół były rolowane i sklejane jak “igły” jeża. Wymagało to wielkiej precyzji. My dzieci,  długie lata nie mogliśmy się tego nauczyć! Gdy kilkanaście takich kółeczek związało się na nitkę powstawała kulka wyglądająca jak jeż. Niestety nie zachował mi się ani jeden, choć wydaje mi się, że przywiozłam taki do Stanów. Ale.. może tylko to takie wspomnienie-marzenie? Być może, że w naszej rodzinie w Polsce ktoś jeszcze ma taką ozdobę??  

wieszaliście takie długie twarde rurki? ? bo my TAK!!

Uwielbiałam także pakowanie cukierków czekoladowych i czekoladek, które zresztą niełatwo było zdobyć w tamtych czasach. Pakowaliśmy je w różno-kolorowe  bibułki, nacinaliśmy końcówki, żeby były ładne frędzle, a w środku jeszcze nakładaliśmy kolorowe złotka. Później najtrudniejszym zadaniem było wytrzymać do rozbierania choinki i zdjęcia cukierków, by je podzielić sprawiedliwie dla wszystkich domowników. Ale i tak zawsze znalazły się puste papierki sprytnie zawieszone bez cukierków. Nie muszę dodawać, że winnych, którzy je zjedli nie było. 🙂 Były też długie twarde cukierki – rurki w kolorowych celofanowych papierkach. Te były już gotowe do wieszania na choinkę, wystarczyło dowiązać sznureczek lub wstążeczkę.

Moje choinki dzieciństwa były podobne do tej – miały papierowe łańcuchy, jeżyki, pierniczki, złote orzechy, aniołki… Taką choinkę zapamiętałam

Malowaliśmy też orzechy na złoto i srebrno i zawieszaliśmy jako ozdoby. Robiliśmy maleńkie koszyczki, ptaszki z wydmuszek, zakładaliśmy cienkie świeczki na podstawkach – spinaczach… Dziś nikt już nie zna uroku tamtych choinek. Dzisiaj spędzamy czas (i mnóstwo pieniędzy) na wybieraniu coraz to nowych ozdób w sklepach. Owszem, ja także ulegam urokowi tych świecidełek, są ładne kolorowe, przyciągają oko i chce się mieć każdego roku coś nowego. Ale tradycja wspólnych wieczorów, rodzinnych pogaduszek, manualnych ćwiczeń i niezapomnianego uroku oczekiwania zatarła się bezpowrotnie. 

Ale nigdy nie ma pustki w życiu. Na miejsce tych wieczornych domowych przygotowań, gdy na ulicach było szaro i smutno, cicho głucho, dziś wystawy sklepowe rozświetlone są pięknymi świątecznymi dekoracjami na długo przed Bożym Narodzeniem. Muzyka świąteczna uprzyjemnia zakupy, a więc coś za coś. Jest inaczej, ale nie jest źle. 

Mój miniony rok był dla mnie trudny. Po raz pierwszy poczułam, że boję się iż czas realnie, NAJPRAWDZIWIEJ ucieka. Dla nas ucieka coraz szybciej. Tym bardziej trzeba chwytać chwile dobre, doceniać ich każdą wyjątkową sekundę. Takie momenty jak moje tegoroczne unikalne spotkanie “maturalne” po 50 latach, w majowym Krakowie, wakacje na Hawajach, o których marzyłam od pierwszego pobytu, by zdarzyło mi się tam kiedyś wrocić po raz drugi, cztery dni słuchania nieustającego szumu morza na przylądku w Maine, a przede wszystkim tych wszystkie chwile rodzinne i przyjacielskie, których dane mi było doświadczyć i przeżyć w tym roku są “perełkami życia”. Najcenniejszymi, co teraz dostrzegam jasno i wyraźnie. Co czuję ze zdwojonym biciem serca.  I to, że udało mi się przetrwać wszystkie trudności, wszystkie “życiowe schody” na które musieliśmy się wspinać..

Stary, piękny Świąteczny Grudniu! Przynieś mi i mojej rodzinie dobrego Anioła Stróża 2023, wiele kolorowej rodzinnej radości, zdrowia i sił i nadziei. Tak jak to robiłeś każdego poprzedniego roku. Bo grudzień to najstarszy z braci – miesięcy, najbardziej odpowiedzialny i ja jak co roku liczę na twoją moc i przychylność. 

Zostało ci dwadzieścia kilka dni twojego grudniowego urzędowania,  więc działaj prężnie, daj nam moją “grudniową książkową historię” .. 

Do następnego grudnia! 🙂 

A na koniec – optymistycznie: piosenka Magdy Beredy pt. ” Kto wie czy za rogiem nie stoi anioł z bogiem” w wykonaniu trójki bardzo młodych ludzi. Gdy tę piosenkę znalazłam ucieszyłam się, że nie tylko ja, babcia trójki dorastających wnuków potrzebuję anioła Stróża. Młodzi też o takim myślą, też chcieliby jego pomocnej dłoni. To napełnia mnie otuchą, że każdy z nas ma swoje własne wyobrażenie o aniołach i liczy na ich opiekę..

Wiadomość dodana 27 grudnia: z ostatniej grudniowej chwili !

Dziś dotarła do mnie „Aniołowa grudniowa” przesyłka. Czyli – tradycja wypełniła swą misję. Grudniowy anioł w każdym sensie mnie nie opuszcza 🙂


BACK