Skrawki dnia powszedniego…

1 sierpnia 2023

Godzina 5.43 rano

This image has an empty alt attribute; its file name is img_2776.jpg

Budzę się nieprzytomna. Jest jeszcze zupełnie ciemno. Coś mi się śniło. Coś albo raczej ktoś z dalekiej przeszłości.. Gdzieś w szkole, tak, nie było miło. To byli koledzy z podstawówki. Jakieś podwórko. Całe kamienne. Biegłam. Uciekałam. I ktoś nieustannie powtarzał pytanie, a ja nie znałam odpowiedzi.. Jestem roztrzęsiona. Zawsze kiedy śni mi się szkoła cała się trzęsę. Opadam na poduszkę. Zamykam oczy. 

Zasypiam.

8.27

Budzę się powoli. Jest jasny słoneczny dzień. Cisza w domu. Jestem sama. Mój mąż już dawno pojechał do pracy. Moje oczy nie chcą się otworzyć. Po omacku szukam na stoliku kropel do oczu. Rozbudzam się długo. To komfort emerytury. Wreszcie nie trzeba się spieszyć. Siadam na łóżku, kręgosłup nie chce poddać się takiej pozycji. Przypominam sobie mój sen. Czuję się nieswojo. Widzę zamazane  twarze kolegów z klasy, ale nie jestem pewna czy to na pewno oni byli w moim śnie… Jeśli oni to dlaczego jestem taka podenerwowana? Co w tym śnie było nie tak? Pewnie już sobie nie przypomnę.  

Mijają długie minuty zanim mogę podnieść się do pozycji stojącej. Idę do łazienki.

8.49

Poranna twarz – nie lubię tego obrazka…

Stoję przed wielkim lustrem. Szoruję zęby. Patrzę w poranną twarz, już zmęczoną. 

W tym momencie przychodzi mi na myśl, że gdybym teraz nie miała czasu dla siebie, to może nie zauważyłabym starej twarzy? Zmęczenia, zmarszczek , podkówek pod oczami?

Puszczam gorącą wodę pod prysznicem. Uwielbiam mój prysznic. Uwielbiam moją łazienkę. Dużą, jasną, nowoczesną, w kolorach jakie sama wybrałam, choć  została przerobiona z wersji starej już istniejącej, więc pewne ograniczenia, niestety, musiały być. Woda leje się z kwadratowego prysznica wielkim strumieniem, kafle mają łagodny falisty kształt w kolorze ciemnego kobaltu a pośrodku ciągnie się pomarańczowy  pas przecinający ścianę wzdłuż, od góry do dołu.  Prysznic ma warianty masażu wodnego. Jest bosko. Mogę usiąść i odpoczywać. Niemal jak w saunie. 

9.25

Taki znaczek mojej bardzo mądrej wagi. Jakby ktoś chciał sobie sprawić...😂

Mamy wagę. Stoi sobie tuż przed wejściem do prysznica. Tak złośliwie, że nie sposób jej ominąć. No to wchodzę na nią. Jest bardzo płaska. Nic a nic nie przeszkadza. Poza tym, że.. jest bardzo mądra! Połączona z “apką” w telefonie zaznacza wszystko! – wagę, BMI, tłuszcze, mięśnie, kości i wszystkie inne  całkowicie niechciane przeze mnie informacje. Kupiłam kiedyś tę wagę mojemu mężowi, miał być fajny prezent. I jest! – tyle, że  gnębi nas swoją mądrością, przeliczeniami, wskazówkami.. BBRRR…  I w dodatku – przecież mogłabym jej NIE używać. A używam, sprawdzam i złoszczę się na wagę, na życie. Na siebie – bo wiem, że już nigdy szczupła nie będę, chyba że kupię sobie wagę – oszustkę i zacznę jej bezgranicznie wierzyć. 

I dużo nowych zmarszczek, a ja ich tak bardzo dużo nie mam… W ten sposób zawsze mogę znaleźć sobie jakąś wymówkę, jakieś beznadziejne – ale pocieszenie.  

W moim wieku już modelką nie zostanę, na ulicy nikt się za mną nie oglądnie, więc chudość nie ma takiego wielkiego znaczenia. 

Ale – z drugiej strony..  Teraz zeszczupleć, to może nie być dobry symptom…

Trudno – będę z tym żyła. Zapewne nie tak długo..

9.50

Herbatka. Tak! Wiem wiem! To nie po mojemu.  Od lat zaczynałam dzień od kawy. A od może dwóch miesięcy szukałam sposobów, żeby uspokoić mój rozchwiany rano żołądek. I odkryłam, że przed kawą najpierw kubek owocowej herbaty, a po godzinie – dwóch dopiero kawa. Jeśli więc nie muszę gdzieś biec z rana (bo i tak się zdarza) to najpierw herbata, czasem jakiś herbatnik do tego. Potem lekarstwa i mój żołądek zaakceptował taką terapię i uspokoił się. Choć uważam się za osobę zdrową, moja poranna porcja to 12 tabletek różnego rodzaju. Nic wielkiego, ot – a to na cholesterol, a to na zbyt wysokie ciśnienie, a to na jakieś artretyczne bóle i.. ho, ho – czego tam jeszcze nie ma!

Nic wielkiego, ale starzejący się człowiek potrzebuje witaminek, pomocy w zasypianiu itp. itd.  No to sobie tak po tej herbatce serwuje dawkę, jednorazową. Połykam wszystkie za jednym zamachem, mam to dobrze wytrenowane. W niebieskim pudełeczku mam dawkę na wieczór (co dla mnie oznacza na noc, czyli bardzo późno!) ale za to dużo mniej, bo tylko trzy tabletki! 

Tyle spowiedzi medycznej!

10.15

Teraz kawka ze spienionym mleczkiem i odrobiną kahlua i cynamonu. Codziennie w innej filiżance. Rozpisywać się nie będę, bo niedawno to zrobiłam. 

I małe, ale kaloryczne i zdrowe śniadanie.  Bardzo staram się nie dopuszczać złych myśli do siebie. Nie denerwować się. Odsunąć wszelkie negatywne fluidy.  Wyluzować się. 

Łosoś, awokado i owoce
Serek biały z owocami

To najprzyjemniejszy moment dnia. Nie zawsze to wychodzi. Ale dla mnie to ważny punkt dnia. 

11.00

Nawet emeryci muszą zająć czymś głowę. Emeryturę trzeba sobie dobrze zaplanować. Jak każdy etap w życiu, ten też musi mieć jakiś sens. Nie można więc zwlekać z emeryturą, jak już nie będziemy umieli sobie poradzić z jej zorganizowaniem. Bo wtedy wyda nam się już tylko czasem bezczynnego siedzenia, czasem bycia bezużytecznym, nieudolnym i niepotrzebnym. A to oznacza, że wszystkie wcześniejsze etapy życia nie przygotowały nas na ten ostatni, który i tak jest nieuchronny i musi nadejść. 

Trochę więc pracuję, trochę sprzątam, biegam na zakupy, trochę plotkuję, trochę czytam. I piszę sobie mój blog. Mój wolny czas nigdy NIE jest wolny. A jak jest wolny to tak, że mnie cieszy. A jak mnie wkurza, to zupełnie z innych powodów..

12.40

Bardzo często jestem w domu sama. Już dawno do tego przyzwyczaiłam się. Właściwie to od zawsze częściej byłam sama niż z kimś. Jakby istniał sposób na zliczenie godzin samotnych i porównanie ich, gdy przebywałam w domu z moim mężem, to na pewno samotność by wygrała. W młodości tego nie odczuwałam tak bardzo, bo dzieci zajmowały mój czas i samotność była  tylko pozorna. Zawsze coś się działo. Poza tym kiedy byłam młodsza, aktywność towarzyska była dużo większa niż teraz. To też normalne. Dziś wszystko ma wolniejsze obroty. I wcale nie jest to takie złe. Ot, “zmęczenie materiału”. 🙂 

Tylko jedna nowa myśl się pojawiła. Co zrobiłabym gdybym zasłabła? Gdybym przewróciła się? Gdybym oparzyła się, skaleczyła poważnie, rozbiła głowę?  Czy umiałabym pomóc sobie będąc sama??? 

13.28

Czytam powieści, w których autorzy piszą: “ 70-letnia staruszka”.  Oglądam film i bohaterem jest “starszy pan w podeszłym wieku “, “miła 80-letnia staruszka”, dziarski  90-latek, 65-letnia babcia..  

Kto z nich naprawdę jest stary? Kto czuje się stary? 

Odczucie wieku w społeczeństwie jest na pewno inne niż subiektywne spojrzenie na nasz własny wiek. Tak już ten świat jest urządzony, że gdy mamy 50 lat, to 60-ka wydaje nam się już bardzo stara, zaś gdy ją osiągniemy, to wcale nie jest tak źle. Wtedy przeraża nas 70-ka. A w 70-te urodziny czujemy się całkiem nieźle i z przerażeniem myślimy dopiero o 80-tce. 

Jedno jest pewne – każdy wiek ma prawo do pięknych uczuć. Każdy wiek  potrafi kochać, wzruszać się, znaleźć miłość, ciepło drugiego człowieka. Żaden numer go od tego nie powstrzyma.

W każdym wieku czujemy tak samo.  Niezależnie kogo tą miłością obdarzamy. 

Te myśli kłębią mi się w głowie pod wrażeniem lektury, którą podesłała mi moja przyjaciółka Ł. Tytuł „Chwile wieczności” autorka – Kjersti Anfinnsen. Na pierwszy rzut oka – rozważania smutne i pesymistyczne. A jednak – choć książka bolesna, ma w sobie wiele pozytywnej prawdy. Dla zachęty albo zadumy – zacytuję dwa krótkie fragmenty:

Dużo gorzej jest z ukazaniem światu i drugiej osobie naszego zewnętrznego obrazu. Tego nie da się ukryć za słowami, komplementami, spojrzeniami. 

Obraz nasz tylko wtedy będzie piękny, jeśli druga osoba będzie na nas patrzeć z tą samą miłością, co my patrzymy na nią. 

Tylko wtedy równanie uczuć i obrazu będzie dla tych DWOJGA zrozumiałe…

Już popołudniu, 14.10

Mam obsesyjną potrzebę kontrolowania  swoich zachwiań w zachowaniu. Ciągle o tym czytam, rozmawiam i sprawdzam samą siebie. Wszystkim nam (tzn. moim  koleżankom i kolegom – rówieśnikom) zdarza się coś zapomnieć, uwikłać się w jakieś dziwne często nawet śmieszne sytuacje. Wiem, wiem – to nic wyjątkowego.

A jednak. Jadę samochodem i przez ułamek sekundy mam wrażenie, że tracę  kontrolę, na którym pasie jestem na drodze. Albo – wydaje mi się, że ..nie wiem gdzie jestem, którędy jadę do domu. Najgorsze jest to, że nie potrafię się sprawdzić czy to jest iluzja i czy faktycznie przez maleńką chwilkę tracę orientację, bo to trwa tak minimalny moment, że nie potrafię go uchwycić. Nie potrafię uświadomić sobie, czy mi się tylko wydawało czy autentycznie straciłam poczucie rzeczywistości.. 

Czy istnieje jakieś wytłumaczenie na takie zjawiska? Muszę to sprawdzić. Muszę to wiedzieć!! 

14. 50

Planujemy wakacje. To znaczy ja planuję. Ja ciągle coś planuję. W mojej głowie siedzi taki “klik”, że jak nie będę planować, to ktoś – coś zatarasuje mi drogę do najbliższej przyszłości i powie: dalej nie pojedziesz, nie pójdziesz. Twoje drogi są już zamknięte. Bez planów człowiek ma siedzieć na “czterech literach” i patrzeć w okno tępym wzrokiem. 

Jedno z wydań opowiadania „Tu zaszła zmiana” i kilku innych- autorstwa M. Dąbrowskiej.

Patrzenie w okno czy przez okno nie jest może takie złe, pod warunkiem, że przez to okno jest ciekawy widok. Coś sobie przypominam z dawnych czasów, taką książkę czy raczej opowiadanie, chyba autorstwa Marii Dąbrowskiej pt.“Tu zaszła zmiana”.  Dla niej, w tamtych czasach, to były ciekawe zmiany. 

Mnie dziś patrzenie przez okno kojarzyłoby się to z przymusem siedzenia w jednym miejscu i ograniczeniem moich ruchów, planów. 

Chciałam, by te nasze wakacje były otwarciem drzwi  dla przyjaciół, spotkaniem przy winku, przy wspólnym stole, okazją do spontanicznego podchwycenia hasła: TAK, spotkajmy się! 

Ale – chyba już za późno na spontan. Więc jednak „numer” przeszkadza?  Już nie reagujemy jak dawniej. Smutne… A może jeszcze nie jest tak źle? 😊

15.30

Cholera! Przecież tak naprawdę nic nie wiemy o cierpieniu dopóki nas osobiście nie dopadnie. Obojętnie w jaki sposób, ale jak nas nie dotyczy, to po prostu nie możemy go zrozumieć. 

Może i dobrze, że tak jest. I tak jest wystarczająco dużo cierpienia na świecie. Nawet gdy dopada ludzi wybiórczo, to i tak  cierpiących jest zbyt wielu. Czuję, że cierpię z przyjacielem, bliską osobą. Ale tak nie jest. To znaczy jest, ale  “n i e  d o  k o ń c a”.  

Realne cierpienie jest tylko jedno. To, w którym tkwię JA sama albo tkwię z najbliższą osobą, którą kocham. 

Dziś widziałam to na własne oczy. 

Dziś widziałam to obok siebie. 

16. 12

Już od dawna wiem, ze dawać znaczy więcej niż otrzymywać. Najwięcej radości sprawia mi przygotowywanie dla innych niespodzianki, wymyślanie prezentów, realizowanie ich.  Im trudniejszy i bardziej wymagający projekt, tym lepiej. Im więcej szukania, kombinowania, więcej niepewności, trudności, oczekiwania, tym radośniejszy efekt naszych starań. Tyle, że to niekoniecznie pokrywa się z odczuciem odbiorcy prezentu. Bywa, że w pierwszym momencie zakuje mnie coś na kształt rozczarowania, ale już za chwilę jak zastanowię się, to logiczne jest, że druga osoba wcale nie musi czuć tego samego, co ja. Przecież nie siedzi w mojej głowie!  Być może jest blisko moich myśli i uczuć, ale  przecież jest innym człowiekiem.  Ma prawo do innych odczuć. Prezent, który ja przygotowywałam, odmalowywał moje uczucia, moje myśli, które chciałam przekazać. I to zrobiłam. 

Spełniłam to, co chciałam, co potrzebowałam zrobić z głębi mojego serca. Nie mogę wymagać od drugiej osoby dokładnie takiego samego odbioru, jaki był mój przekaz. 

I tak to rozumiem. I tak to muszę też czuć! 

17.00

Manipulacja jest wszechobecna wśród ludzi.  Nawet ci, którzy o tym nie myślą, manipulują z nieświadomością. Tak jakoś wychodzi. Oficjalnie, z premedytacją lub cichutko, bo tak wygodniej i łatwiej. Dla świętego spokoju, żeby nie urazić drugiej osoby. Mamy dziesiątki powodów. I nawet nie nazywamy naszych działań manipulacją. Takie tam.. ułatwienia, żeby podporządkować sobie sytuację, zrobić tak jak nam wygodniej, jak zaplanowaliśmy. Z uśmiechem na ustach, z przekonującym uzasadnieniem. 

Dostrzegamy to dopiero, gdy jesteśmy starzy, gdy mamy za sobą ogrom doświadczeń. Obserwujemy rozmowy, uśmiechy, gesty innych i przypominamy sobie jak sami byliśmy w podobnych sytuacjach. Każdy z nas dawał się porwać takim “gadkom” i każdy podobnie nakłaniał innych do swoich planów. 

Dzisiaj ogarnia mnie lenistwo do takich działań. Patrzę z dystansu, z przymrużeniem oka, ile to trzeba wysiłku, by osiągnąć swoje cele. Wszyscy przeszliśmy tę samą drogę. Życie to wieczna walka. Tyle, że jedni są bardziej zapalczywi i agresywni, inni walczą spokojniej i po cichu. Ale drogi życiowej bez walki nie przejdziesz. Ludzkie manipulacje to machina w ciągłym ruchu. 

Starzejące się części powoli odpadają. Dzięki temu, jeśli mam wprawne oko – widzę dużo z przeszłości. I uśmiecham się, bo rozumiem, że inaczej być nie mogło. Mogłam być trochę lepsza, bardziej empatyczna. Mogłam widzieć lepiej, słyszeć więcej, reagować szybciej. Ale nie mogłam zapobiec tej wielkiej machinie manipulacji ludzkiej. 

Dziś odczepiony trybik rdzewieje i płacze. Nie naprawi już niczego..

17.34

Trzeba się ruszać! Trzeba chodzić na spacery, trzeba pracować w ogródku, wyrywać zwiędłe roślinki, poruszać się cały czas w domu. Ruchy, ruchy, ruchy! 

A mnie to wychodzi coraz gorzej. Jestem w domowym ruchu niemal cały dzień a jednak kroki  na “garminowym” podglądaczu nie przybywają tak jak powinny. 

Coraz mniej mi się chce. Niedobrze. Gdybym miała partnera/partnerkę do wypadów na spacer do parku, na osiedlowe ścieżki byłoby łatwiej. Lubię towarzystwo. Samej trudno mi się mobilizować. 

Patrzę przez okno i każdego dnia widzę osoby, które niemal o tej samej porze maszerują po chodnikach osiedlowych. Wiosna, jesień, zima. Nawet upalnego lata się nie boją. To zazwyczaj starsi ludzie. Znam ich z widzenia. W końcu to moi sąsiedzi. Powinnam z nich brać przykład. Powinnam się od nich czegoś nauczyć. 

Jedni idą spokojnym krokiem, inni maszerują szybciej. Niektórzy mają pieski. Są i tacy którzy słuchają muzyki albo może książek, bo w uszach mają słuchawki. 

To proste. Wstać rano, niekoniecznie bardzo wcześnie. Założyć buty sportowe, jeden z moich jogowych strojów, których mam wiele z czasów, gdy potrafiłam jeździć trzy-cztery razy w tygodniu na jogę. Gdy lubiłam to. Ba, uwielbiałam!! 

I wcale nie było to tak dawno. 

A teraz powinnam tylko wyjść z domu. Na uliczki, w najbliższym kwadracie.  A za kilka dni trochę dalej. I jeszcze dalej. 

Dlaczego tego nie robię?  Czy zbliżająca się  starość jest coraz bardziej leniwa?  Dochodzę do wniosku, że tak! – z wiekiem lenistwa przybywa. Bardzo niedobrze. 

Przecież starość ma czas. Dla siebie ma czas.. 

18.17

To już pora obiadowa. Zdecydowanie NIE później. I zdecydowanie powinnam pamiętać od o jedynej tabletce, którą powinnam zażyć tuż przed obiadem. 

Obiad jem różnie. O tabletce najczęściej nie pamiętam…

Czyli jak na osobę dobrze zorganizowaną – jestem beznadziejna. Zapominam o rzeczach, które dotyczą mnie i są ważne dla mnie.

Mogłabym znaleźć całą długą listę innych przykładów, dużo poważniejszych, choć regularność tabletki to dość poważny nawyk. 

Mamy tyle spraw na głowie, że każdy z nas prowadzi jakiś kalendarz. Jedni zapisują terminy tradycyjnie w kalendarzu ściennym, inni wciąż prowadzą swoje prywatne notesiki. Większość jednak pilnuje dat i wydarzeń w kalendarzu telefonicznym. To zdecydowanie ułatwia życie a przede wszystkim jego kontrolę. Alarmy przypominające na trzy dni wcześniej, na dzień wcześniej, na godzinę czy dwie wcześniej. Adresy, mapki. Ale – wbrew pozorom nie jest to łatwe i dla ludzi starszych to czasem dżungla, która zamiast ułatwiać, tylko utrudnia. 

Mój mąż gubi się często, ja trochę mniej, ale bywa, że i mnie się to zdarza. 

Najgorsze jest, że to nie “gubienie się” jest przyczyną problemu, a fakt, że zapominam sprawdzić, co mam zapisane w kalendarzu na dzisiaj czy na najbliższe dni. Szwankuje pamięć. Nasze szare komórki. Dziury, puste miejsca, brak połączeń w głowie. Próbuję nadrobić kolorowymi karteczkami z hasłami mającymi przypomnieć mi o sprawdzeniu kalendarza, o sugestii pamiętania.  Ale karteczki też się gubią, włażą w szpary i czeluści torebki – czyli kółko się zamyka. 

I nie będzie lepiej..

I już wieczór 19.20

Nie wiem co powiedzieć osobie bliskiej i śmiertelnie chorej. Nie wiem jak się zachować. Mówię : “Wszystko będzie dobrze.  Dobrze ci idzie.  Jak się czujesz?..”  

I czuję się jak ostatnia idiotka! Nie wiem czy ona mnie rozumie. Nie wiem czy ona mnie słyszy. A jeśli tak, to co myśli o takich bredniach wypowiadanych przeze mnie?  Uśmiecham się. Może to jej dodaje spokoju. Bo pewnie nie optymizmu. Przecież nie mogę płakać, a najchętniej wyłabym jak wilk w głębokim lesie.

Nikt nie jest przygotowany na takie momenty. 

Wiem, można się po jakimś czasie oswoić. Człowiek poradzi sobie ze wszystkim. Człowiek musi jakoś żyć, nawet z cierpieniem. Ale zanim to nastąpi jest wiele innych etapów, które musi przetrwać. 

Zastanawiałam się, co ja chciałabym usłyszeć od drugiego człowieka w takiej sytuacji? Oczywiście, zakładając, że rozumiałabym co się dzieje wokół mnie.. 

Chyba chciałabym, żeby ten ktoś był. I trzymał mnie za rękę. I istniał obok. I trwał… Ale może to tylko moje dzisiejsze wyobrażenie. Nie mam pojęcia jak jest naprawdę. 

Mam to cholerne szczęście, że nie wiem jak w takiej sytuacji czuje się chory. I ten, kto powinien go trzymać za rękę… 

Panie Boże, dzięki ci za ten dar.

20.28

Czas na relaks. Czas na filmy. Uwielbiam świat ekranu. Każdy jego aspekt. Od filmów tradycyjnych, może niezbyt starych, ale realizowanych prostymi sposobami, poprzez filmy i seriale dotykające coraz to bardziej złożonych tematów społecznych i psychologicznych, poruszających tematykę uwikłaną w najbardziej trudne problemy ówczesnego świata.  Często zupełnie zaskakujące mnie. A równocześnie takie, o które potykamy się niemal na każdym kroku. Jeśli dodamy do tego kunsztowne nowoczesne dialogi, gdzie słownictwo także niejednokrotnie zadziwia, efekty wizualne, ciekawe rozwiązania montażowe, inscenizacyjne i artystyczne – mogłabym godzinami nie odchodzić od ekranu.

Im jestem starsza, tym bardziej fascynują mnie bardzo młodzi aktorzy, niewiarygodnie zdolni. A równocześnie sprawia mi wielką radość rozpoznawanie w filmach polskich aktorów “moich” czasów, których po tylu latach znów widzę  w dobrej formie na ekranie. 

Późny wieczór to mój czas. Nasz czas, bo oglądamy te filmy z mężem. Na czytanie książek przychodzi godzinka już bardzo późną nocą albo następnego dnia  w różnych innych chwilach. 

To taki sposób na przenoszenie się w inne światy. Tak lubię, a teraz mogę robić to, co lubię. Mogę sobie wtedy popijać kieliszek wina albo sączyć metaxę. I jeść dobre ciasteczko albo krekersy z serkiem. 

Bo starość na różnych etapach ma też przywileje. 🙂

Noc 11.55

Kończy się jeden z setek dni mojego życia. Zwykłych powszednich dni.  

Dni, w których pytania, strach, zmęczenie, wątpliwości kłębią się od rana do wieczora.  Kiedy wiem, że jest dobrze, ale lepiej już nie będzie.   

Kiedy każda chwila cieszy mnie, że jest! 

Bo przecież wiem, że nic się nie powtórzy..

*********************************

Oh! nie mogę sobie odmówić muzycznego zakończenia optymistycznym akcentem samopoczucia idolki mojego pokolenia i mojej ulubionej – Maryli Rodowicz, piosenką pt. „W Sumie Nie Jest Źle”. Piosenkarka nagrała ją w 2017 roku mając 71 lat. Brzmi bardzo optymistycznie. I tego się My – trochę S T A R S I trzymajmy!!


BACK

W górach oddycham inaczej

20 lipca 2023 

Mówię – lubię góry. I ty mówisz – kocham góry. 

Takie skojarzenie z młodości.. „Pan Tadeusz” zawsze wróci w pamięci 😃

Patrzysz na szczyty rozmarzonym wzrokiem i cichym głosem w gł

ębi siebie powtarzasz – tęsknię za górami..

Mówimy GÓRY, myślimy i czujemy różnie…

Góry są wszędzie. I są różne. Mickiewicz, tęskniąc do miejsc swego dzieciństwa, napisał kiedyś: „..do tych pagórków leśnych…” ( “Pan Tadeusz”, Inwokacja – Litwo, Ojczyzno moja)

Inni, mówiąc góry – widzą przez oczami szczyty zatopione w chmurach, niedostępne dla przeciętnego człowieka. Często niedostępne dla nikogo. 

Góry zielone, porośnięte lasem i kosodrzewiną.  Góry skaliste – szare i czerwone. Sypiące kamieniami i lawinami śniegu, niejednokrotnie pochłaniające życia ludzkie.

Góry, które można pokochać i zaprzyjaźnić się z nimi. Ale także góry, które przerażają, niszczą i przez wieki są niedostępne dla ludzkiej stopy. 

Góry mojej młodości, to były łagodne pagórki Beskidów i polskie Tatry. Dużo później poznałam niektóre szlaki Bieszczad. 

Moje pierwsze szkolne i harcerskie wycieczki górskie to szlaki bez nadzwyczajnych niespodzianek. Co nie znaczy, że nie zdarzały się przygody jak nagła burza, wielki deszcz i zjeżdżanie na tyłku w błocie w dół góry. Wtedy wydawało się nam, że to niewygodne, trochę nerwowe.. i czasem bardzo trudne. 😂

O innych górach niewiele wiedziałam..  Kiedyś na początku lat 70-tych znalazłam się w Turcji. Pierwszy raz zobaczyłam góry kamieniste, wysokie, puste. Zimne i nieprzyjazne..

Blue Mountains w Australii

Jak każdy młody człowiek lubiłam wycieczki i to każdego rodzaju. Krótkie wyjazdy, biwaki, noce spędzane w namiocie, wieczory przy ognisku. Wakacje w górach i nad jeziorem. Uwielbiałam morze. Potem, gdy już to było możliwe, także wszelkie podróże zagraniczne.

Świat jest piękny, różnokolorowy. I taki.. wielopoziomowy. Alpy różnią się od Karpatów, góry w Utah są zupełnie inne niż te w Australii zwane Blue Mountains.  Appalachy w Ameryce Północnej i Andy w Południowej, góry Afryki ze szczytem Kilimandżaro, góry Antarktydy, spośród których cześć ma pochodzenie wulkaniczne. Można by ciągnąć długą listę wyliczań, porównań i różnic. Wspólny mianownik to słowo – góry.

Góry w różnych częściach Świata mają tysiące wersji, wysokości, kształtów, własnych historii.  Są pociągające i odpychające. Bywają dla człowieka bardzo trudne, ale także są magnesem, któremu niejeden nie może się oprzeć. 

Piękne zdjęcia Half Dome i Longs Peak zrobione przez naszego przyjaciela Marka M.

Od zawsze wiedziałam, że nie należę to tych, którzy kochają góry tak, by wciągnąć się w ich szlaki z wielką miłością jak np. moja córka i jej rodzina. Dawno temu zdobyli Half Dome w  Yosemite (2696 m n.p.m) czy Longs Peak Mountain, w Colorado  (14,259 feet = 4346 m).  Wejście na Mount Elbert, najwyższy szczyt w Colorado (14,433 feet = 4399 m) to dla mojego męża był wielki wyczyn. Moje wnuki wraz z rodzicami przeszli dziesiątki wysokich i trudnych szlaków górskich. Uwielbiają to! Ale (i może na szczęście!!) nie ma to NIC wspólnego z wyprawami profesjonalnych wielbicieli wspinaczek na najwyższe szczyty Świata, w ekstremalnych warunkach, z których niestety wielu nie powróciło nigdy do domów, do kochających ich rodzin.  Dla tych miłośników gór okazały się one silniejszym magnesem niż drugi człowiek.. 

Ja lubię być „górskim obserwatorem”. Mam nadzieję, że nikt nie uzna tego za moją „ułomność”.

Tak! Byliśmy tam, na szczycie Machu Picchu (Peru) 2016 r.

Lubię przebywać w górach, otaczać się ich pięknem, obserwować ich majestatyczną siłę i niezależność. Nie ciągnie mnie, by być na ich szczytach, nie mam w sobie potrzeby ich zdobywania.

Ale – to wcale nie znaczy, że moje życie takich “sukcesów” nie ma na koncie. 🙂 Wśród kilku takich wydarzeń mogę pochwalić się np. wejściem na Machu Picchu, czy jeszcze we wczesnej młodości, na polski Giewont w Tatrach. Wejście na ten szczyt było dla mnie ogromnie stresującym wydarzeniem, głównie za sprawą metalowych klamer i mojego lęku wysokości. No i miałam wtedy może 13 lat… Nigdy tego dnia nie zapomnę.

Generalnie jednak uznaję „wyższość” gór nade mną.  Zawieram z górą „pakt szacunku”.

Jesteś Góro – więc podziwiam cię! Dajesz mi poczucie piękna, siły i bezpieczeństwa, gdy nie walczę z tobą. Nie będę rywalizować z tobą. Nie będę przeszkadzać ci w twoim majestacie! Czasami pozwalasz mi zbliżyć się twoimi ścieżkami, by zobaczyć świat bliżej chmur, odetchnąć głęboko powietrzem, jakiego nie ma w dolinach. Dopuszczasz  mnie wtedy, GÓRO, na chwilę do twojego zamkniętego kręgu ciszy.. Bardzo pozornej, bo życie w górach toczy się przecież intensywnie. 

Ja – z wyboru człowiek/obserwator, patrzę na zmieniające się kolory, na poruszające się drzewa i krzewy, na spadające z góry odłamki skał, kamienie, na chmury, które nachodzą i zasłaniają szczyty.. 

Nie czuję się częścią gór. 

Fiordy w Norwegii

Jestem osobą, która podziwia góry z bezpiecznej pozycji.  Nie umiem jednoczyć się  z górami. Góry dla mnie to nieogarnięta przestrzeń, którą podziwiam, ale której  także boję się…

Widziałam i podziwiałam piękno gór na kilku kontynentach Świata. Od pagórków zielonych w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej czy w Beskidów i polskich Tatr poczynając, poprzez wysokie i niedostępne góry, kiedy płynęliśmy przełomami  rzeki Jangcy w Chinach. Obserwowałam góry o soczystych ciemnozielonych niemal granatowych kolorach  w Norwegii, błękitne góry w Australii, europejskie Alpy, amerykańskie czerwone góry Utah, Colorado, kalifornijskie Yosemite, czy góry w Kanadzie i wiele wiele innych. 

Migawki z wakacji w górach – w Kanadzie (dwa pierwsze zdjęcia ), w Norwegii, (trzecie) i w Sedonie, w Arizonie (ostatnie zdjęcie)

Minęły juz bezpowrotnie lata wędrówek górskich, wycieczek, kiedy wciąż mogłam łazić po szlakach jako turystka.

Jest czerwiec – ale na szczytach wciąż jeszcze zalega zimowy śnieg.

Kiedyś naprawdę wędrowałam górskimi szlakami! Choć nie wyczynowo, nie wspinaczkowo, to jednak całkiem pokaźna lista tych “spacerków” by się uzbierała… 

Dzisiaj – jestem na krótkich wakacjach w pięknym górskim miejscu – w Durango, Colorado.  Jest czerwcowe wczesne lato. Gdzieniegdzie, wysoko w górach zalega jeszcze śnieg. 

Zdjęcia zrobione przez otwarte okno tuż po 5 rano..

Mam to szczęście, że dzięki naszym dzieciom, na kilka dni zamieszkaliśmy w ich fantastycznym nowym domu. Jesteśmy tu przyjaciółmi. Pierwszego dnia, wyjątkowo, obudziłam się bardzo wcześnie. Dzięki temu obserwowałam wschód słońca. Dawno nie przytrafił mi się taki moment…

Nieco później, w słońcu poranka przez ogromne okna tuż przede mną, napawałam się widokiem zielonej góry. A jeszcze bliżej, tuż obok tarasu rozpościerał się dywan drzew położonych nieco niżej niż dom, stąd wrażenie, że tworzą ocean zieleni wokół całego domu. 

Jest przestrzeń. Jest cisza. Jest świeże powietrze, które wdycham głęboko do dna płuc siedząc na fotelu przy małym stoliku tarasowym. Wszystko jest nowe. Mam nadzieję, że każda cząstka ich marzeń spełni się, zapewne nie za działaniem “czarodziejskiej różdżki”, bo wiadomo, ile pracy takie marzenia wymagają. 🙂

Będzie to na pewno dom otwarty dla wszystkich, przyjazny dla ludzi bliskich. Choć z własnego doświadczenia wiem, że realna odległość trochę utrudnia relacje, ale wcale nie musi zmienić naszych uczuć. 

Zawsze lubiłam kolor zielony. Zieleń w każdym odcieniu. W każdej sytuacji i kontekście. Natura jest zielona.

Widok z okien domu wprost – na górę. Dolne zdjęcia – to zieleń drzew po obu stronach domu.

Patrzę przed siebie i niemal przewiercam oczami ten zielony kolor. Góra przede mną jest zielona, ale jakże nierówna w odcieniach! W zagięciach ciemniejsza, na krawędziach oświetlonych w tej chwili przez poranne promienie słońca, zieleń jest soczysta, jasna, niemal jaskrawa. Gdzieniegdzie ma odcień nawet żółtawy. Tam gdzie górskie krawędzie są porośnięte niskimi krzakami znów zmienia się odcień. Jest dużo ciemniejszy, trochę zielony-butelkowy, a pomiędzy krzakami przemieszczają się brunatno-żółte plamy. To widok z daleka. Pewnie gdybym była trochę bliżej, znów kolory zmieniłyby się, jak w kalejdoskopie, zabawce zapamiętanej z dziecięcych lat. 

Drzewa bliżej mnie mają także różne odcienie, bo to mieszanka gatunków. Są i liściaste i iglaste. Zdążyłam dowiedzieć się, że popularny tutaj gatunek to osiki. To te jaśniejsze zielone. Już niemłode, bo tworzą dość “gęsty las” przed domem.  Ale też nie stare, bo wciąż piękne zielone, pachnące świeżością.

Nie wiem jak te otaczające mnie spokojem i ciszą góry będą dla mnie łaskawe, gdy kiedyś zawitam tu w czasie zimy czy ponurej jesieni. Może trafię na piękną złotą jesień, gdy zieleń zamieni się w tysiące bajecznych innych kolorów ? Czy polubię góry inaczej niż dotychczas?  

Odpoczywam, choć góry są trudne dla człowieka w moim wieku. Oddycham głęboko. Patrzę w przestrzeń i podziwiam. 

To co opisuję i przeżywam przez ostatnie dni, tutaj w górach jest niemal idealne. Piękna pogoda, słońce ale bez upału, bez deszczu, choć kilka razy pokropiło a nawet próbowało nas przez chwilę postraszyć. 

Mesa Verde – piękne miejsce, piękne góry! Ale patrząc na nie – potrafię wyobrazić sobie jak potrafią być groźne dla człowieka..

Ale wiem dobrze, że góry potrafią być nieprzychylne dla nas, że jednym momencie mogą zmienić swe ciche oblicze na miejsce, w którym poczujemy, że to góra jest „górą” nad człowiekiem, a nie odwrotnie. 

Może właśnie dlatego magnetyzm tych przestrzeni, wysokości i niedostępności jest tak wielki, iż często nie możemy się oprzeć temu przyciąganiu?… 

Ja – z natury i z wyboru „mieszczuch” – nie odrzucam piękna gór. Ich terapii zdrowotnej, głębokiego oddechu i balansu psychicznego. 

Respektuję góry jako sojusznika ratującego mój mieszczański zwariowany bieg przez życie.

Byłam w górach. Oddychałam inaczej. 

Powrócę znów kiedyś, gdy zabraknie mi oddechu…


BACK

Byle nie było byle jak..

8 lipca 2023

Dziś będzie trochę inaczej! Może dlatego, że właśnie tuż przed opublikowaniem tego wpisu, przypadkowo spojrzałam na cyfry i okazuje się, że jest to mój wpis numer 100!! Pomysł i tytuł powstał wprawdzie dużo wcześniej, ale akurat wstrzeliły się w „dziesiątkę” 😄

Zacznę nietypowo, od jednej z piosenek Jana Pietrzaka, kiedyś uwielbianego przez moje pokolenie, który w czasach ponurego PRL-u wielokrotnie uratował nas swoimi piosenkami, żartami kabaretowymi, znakomitymi tekstami od upadku i poddania się psychicznego. Od całkowitego  zniknięcia w czeluściach “czarnej dziury bez wyjścia” tamtych czasów. Jego humor, niezwykła inteligencja, zawoalowane prawdy, dosadność (anty)polityczna i  pomagały przetrwać starszym i młodszym najgorsze chwile. I co najważniejsze – niosły optymizm i wiarę, że to musi być lepiej, że będzie lepiej. Pietrzak i jego “Żeby Polska była Polską” to dla mnie nieoficjalny hymn, który w przełomowych momentach emocjonalnie trzymał nas – młodych, razem bliskich i silnych. 

Ale dziś zacytuję piosenkę mniej znaną, może nawet z pozoru banalną w swym tekście, której przesłanie nasunęło myśl, o jakiej i ja chciałabym swoje trzy grosze dołożyć. “Życie jest za krótkie, by żyć byle jak..” I choć przykłady jakie podaje w tekście Jan Pietrzak, dla których nie warto “żyć byle jak” są prozaiczne przyziemne i trochę… ironiczne, to pamiętajmy, że forma tej piosenki jest kabaretowa. 

Ostatnia zwrotka niesie jednak głębsze przesłanie:

“Niełatwo znaleźć słowa niosące głębszy sens
Co w głowach mrok rozjaśnia przyspiesza bicie serc
Potrafią trafić w sedno, istotny znaleźć ślad
By łatwiej pojąć codzienne gdzie i jak
Z niepewnym skutkiem śpiewajmy sobie tak
Życie jest za krótkie by żyć byle jak..”

**************

Ludzie dzielą życie na momenty zwykłe, “byle jakie” i takie, które mają być ważne, specjalne. Lubimy czekać aż wydarzy się coś wyjątkowego. Podświadomie przygotowujemy się na taką chwilę. Nie mamy konkretnego planu, nie mamy pojęcia kiedy i co ma nastąpić i na co mamy się przygotować. Ale – trwamy w poczuciu oczekiwania na coś absolutnie specjalnego i emocjonalnie przygotowujemy się na to wydarzenie.. 

Taki stan może trwać latami zanim obudzimy się i zrozumiemy bezsens czekania na.. Właśnie! Na co?  Cokolwiek wydarza się w życiu, szybko okazuje się rozdziałem zamkniętym, jakby zwyczajnym i znów zaczyna się oczekiwanie. Dzień za dniem przeżywany w “bylejakości”… 

Mijają godziny i dni i całe lata, a my nie dbamy o to co tu i teraz, trwając wciąż w oczekiwaniu na to, co ma nadejść – lepsze i specjalne. Kupujemy nową sukienkę, ale jej nie ubieramy, bo czekamy na lepszą okazję, dobieramy do niej fantastyczne buty, ale ich nie zakładamy, bo przydadzą się później..  

Wiele moich koleżanek ma w swoich szafach piękne nowe, nigdy nieużywane  ubrania, z których nawet metek nie oderwały. Trzymają je na lepszą okazję, na ważną chwilę, która na pewno nadejdzie.. Tymczasem każdego dnia zakładają zwyczajny podkoszulek, dobrze już wytarte spodnie. Nie przykładają wagi do wyglądu, a przede wszystkim do przyjemności, jaką może sprawić spojrzenie na siebie w lustro i ujrzenie własnego odbicia w nie “byle jakim stroju” .

Albo zamiast zjeść w biegu wyciągniętą mrożonkę z lodówki i odgrzaną byle jak, bez smaku i wartości odżywczych, warto pokusić się na szybkie pokrajanie kilku plastrów czerwonego pomidora, położyć go na zielonych liściach świeżej sałaty i dodać plasterek pachnącej włoskiej szynki prosciutto. Ułożyć to na białej serwecie, obok mały dzbanuszek z polnym kwiatkiem rumianku albo z jedną małą różyczką. Może właśnie dziś jest ten dzień, który krzyczy: „jestem specjalny! Chcę być zauważony w twoim życiu! “

W mojej młodości często rodzice dzielili rzeczy na “codzienne” i “świąteczne”, na “kościółkowe” i  takie, które mogliśmy używać każdego dnia. Dotyczyło to wielu kategorii domowych zasobów, nie tylko ubrań. Pamiętam, że nie można było usiąść na tapczanie, jeśli nie był przykryty kocem lub kapą, nie można było używać niektórych talerzy czy kieliszków, bo były tylko wersją świąteczną. Mama miała nawet torebki, które dobierała do płaszcza czy sukienki tylko na “ wielkie wyjścia”.  Takie podziały były w tamtych czasach poniekąd uzasadnione, bo jak wiadomo żyliśmy ubogo, rodzice oszczędzali rzeczy, tak by mieć je jak najdłużej w jak najlepszym stanie. Być może, stąd zakotwiczyła się w mentalności mojego pokolenia konieczność “przetrzymywania” rzeczy i czekania na lepszy moment, by je użyć. 

Lubię gdy używamy kryształowe kieliszki, zwłaszcza, że są pamiątką jeszcze z czasów polskich.

A ja nigdy nie chciałam i nie chcę tak żyć! Nie chcę żyć czekając na COŚ! Bo nie wiem, nie jestem pewna czy to coś nie jest dzisiaj, teraz, w tej sekundzie!  Moja nowa sukienka może być ważna i piękna właśnie w tej chwili, bo jutro będzie na mnie za mała. Albo ja stanę się wychudzona, wynędzniała i schorowana i sukienka będzie wisiała na mnie jak na wieszaku?  Chcę dziś cieszyć się pięknem drobnych rzeczy, które mnie otaczają na co dzień, chcę nalać sobie winka do kryształowego kieliszka, z pamiątkowego  kompletu rodzinnego sprzed pół wieku, jeśli mam taką ochotę. Chodzić w futrze we własnym mieszkaniu, jeśli w tym mam przyjemność! (i futro oczywiście 🙂)

Przyjemnie jest dostać prezent w opakowaniu specjalnym, estetycznym, wyjątkowym. Czujemy się specjalni i przyjemność jest podwójna!

Chcę ŻYĆ! A nie czekać, że kiedyś przyjdzie “coś” w życiu. Chcę żyć pełnią przyjemności, doznań, emocji, przeżyć estetycznych – dzisiaj!  Nie chcę żyć byle jak! 

Oczywistym jest, że każdy człowiek lubi wygodę. W domu biegamy w sportowych wygodnych ciuchach, nie musimy od wczesnych godzin porannych nakładać makijażu i sprawdzać czy nasza fryzura przypadkiem nie straciła właściwego kształtu.  Nic w tym złego. Mamy do tego pełne prawo, by czuć się wygodnie i na luzie we własnym mieszkaniu. Ale to  nie to samo, co w moim mniemaniu oznacza pojęcie “bylejakości” 

Niedomyte zapuszczone włosy, zaniedbane paznokcie, zapuszczone brudne miejsca w domu jak łazienka, kuchnia..to już zupełnie inna kwestia. To Już nie luz. To już często dowody na “bylejakość”, choć przyznaję, bywa, że przyczyny są bardziej złożone.

Jeśli nadchodzi w życiu taki moment, że przestaje nam zależeć  na drobnych rzeczach, które nas otaczają, które dawniej były dla nas istotne i postrzegaliśmy je jako cząstkę samych siebie i te wszystkie rzeczy były dla nas istotne, dbaliśmy o nie, a nagle stały się “niewidzialne” i obojętne to sygnał, że źle się dzieje. To ostrzeżenie, że nasza głowa, nasze serca czucie zaczyna lekceważyć jakość, piękność, poczucie estetyki, uroki dawnych elementów naszego codziennego życia. Zaczyna nam nie zależeć na istotnych częściach naszej dawnej rzeczywistości. Jakość przechodzi w “bylejakość”…  

I o ile trudno mi zrozumieć jak taki proces czasami pojawia się w życiu młodych ludzi (chyba że jest to medyczny objaw depresji czy innej trudnej mentalnej i psychicznej choroby) o tyle mogę wyobrazić sobie jak łatwo poddać się takiemu sposobowi życia w starszym wieku. Smutne ale prawdziwe. 🙁

Każdy z nas starzeje się inaczej. Z wielkim zadziwieniem stwierdzam, że niektórzy ludzie, którzy w młodości byli niesłychanie aktywni, komunikatywni, błyskotliwi i weseli, na stare lata tracą nagle te wszystkie cechy i stają się smętni, smutni, bez “ikry” i poczucia humoru. Jakby ich zabawowy charakter gdzieś odpłynął. Opuszcza ich energia i chęć do życia. Wydaje się, że właśnie takie cechy charakteru jak poczucie humoru i otwartość na ludzi potrafią ocalić człowieka od smutnej starości, a okazuje się, że nie ma w tym żadnej reguły.  Tak naprawdę nikt z nas nie wie czy będzie łagodną staruszką, czy wiedźmą czy nieposkromioną złośnicą.  

Słyszę, gdy wymieniamy często powtarzane zdanie  – “Na stare lata ludzie się zmieniają”. Zmieniają się, choć zapewniam – nie jest to “zaprogramowane świadomie”.  

Z jakiegoś powodu większość starszych ludzi patrząc w kalendarz usprawiedliwia siebie i wyłącza się z czynności, które zapewne mogliby dalej kontynuować. Ludzie pozwalają sobie na wykluczenie z listy swoich codziennych działań rzeczy, które dotychczas były normalnymi ich czynnościami.

„Kawa w ładnej filiżance czy w byle jakim kubku, który stoi najbliżej w zasięgu ręki? A może nawet kubek papierowy.. „

“Kupię świeże kwiaty dla siebie, do własnego wazonu, na własny stół ?..eee nie, przecież nikt tego nie widzi, tylko dla mnie, to nie chce mi się…” Czy tak nie jest?? 

Uwierzcie mi, przy świecy wieczorem zawsze milej spędzić czas..

Brak zaangażowania w codzienne życie sprawia, że przestajemy się zwracać uwagę na wiele małych, ale istotnych kiedyś rzeczy. Dzień przeżywamy automatycznie. A przecież jeśli nie zauważamy, nie poświęcamy czemuś uwagi – nie tworzymy już wspomnień. Zaczynamy się być obojętnymi.

Wciąż żyjemy, ale przeżywamy swój dzień byle jak. A nasze życie może trwać jeszcze wiele lat! Nie wiemy jakie liczby kryje nasz personalny kalendarz. Cyfry 60, 70, 80,90… przerażają a przecież nikt nie wie, ile  dobrych i “bogatych” lat los nam przeznacza.  Jeśli tylko zechcemy stworzyć każdy swój dzień wartościowy, dzień, w którym zdarzy się to COŚ – żadna liczba nie będzie nam straszna. Bo liczy się nie jutro, nie za miesiąc czy rok. Liczy się dzisiaj

To takie proste. Musisz tylko poukładać to sobie w swojej głowie. 

Ja wiem, że nie jest to łatwe. Ja też mam swój kalendarz i dużo w nim “dziesiątek”

Nie daję porad “z chmurki”, rozumiem co znaczy wstać rano i nie móc rozprostować swoich pleców. Wiem, jak czuje się osoba, która nie może wejść po schodach na trzecie piętro (nie mówię już – wbiec!) i rozumiem, jak bardzo boli, gdy chcemy zaplanować sobie wakacje ze spacerami po szlakach górskich, a niestety, musimy ograniczyć się do spokojnych planów, gdzie trasy będą dwa i trzy razy krótsze niż kilka lat temu. Kiedy wolimy spędzić wieczór w ciszy domowej przy kieliszku wina czy koniaku sami, czy z najbliższymi przyjaciółmi, a nie pędzimy już w każdy sobotni wieczór na party z tłumem kochanych przyjaciół jak bywało kiedyś..

Trudno – takie jest życie.  Dla wszystkich jednakowe. Dla nas teraz, dla tych młodszych przyjdzie czas ograniczeń za kilka lat, dla najmłodszych – za kilkanaście czy kilkadziesiąt.  Z tym można żyć i tego się można nauczyć. INACZEJ – też można żyć przyjemnie pięknie, miło. I nie byle jak. 

Tu znów wtrącę mój życiowy ukochany cytat:  “Wszystko ma swój właściwy czas”🙂. 

Ładnie nakryty stół sprawia przyjemność nie tylko w święta

Można by nawet odwrócić logikę tej sytuacji i udowodnić, że właśnie szczególnie ludziom starszym powinno zależeć na otaczaniu się drobnymi rzeczami wokół siebie, które będą  ładne i przyjemne. Czyż nie bardziej smakuje nam woda, gdy jest podana w ładnej wysokiej szklance albo w karafce, a nie w plastikowej butelce? Czy woda gazowana smakuje wam bardziej niż ta zwykła z kranu? Bo mnie tak. 

Mała dekoracja – a cieszy 😀

A ładny ozdobny talerz ( ten, co to miał być tylko na świąteczny dzień) czy ładna serwetka, którą wprawdzie trzeba zaraz wyprać, a papierową mogłabym użyć jednorazowo i wyrzucić do śmieci. Drobna dekoracja na stole albo na deserze. Gdy dopilnuję wokół siebie tych małych NIE byle jakich drobiazgów, na pewno poczuję się lepiej, poczuję się ważniejsza sama dla siebie, poczuję, że życie wciąż ma dla mnie duże znaczenie. 

Nie jestem “łatwa” dla siebie. Czasem, gdy czytam fragmenty swoich własnych blogowych wpisów (a zdarza mi się i zawsze wtedy chce mi się różne akapity zmieniać, poprawiać i tłumaczyć się dlaczego TAK i TO napisałam) i myślę sobie, że czytelnik odbiera mnie jako niepoprawna optymistkę i osobę, która nie ma ze sobą żadnych problemów. A to przecież tak nie jest!  Cały ten blog, to walka z różnymi problemami, kompleksami, przemyśleniami właśnie po to, by te moje trudne i “dołowe” rozwiązywać. Jak widać – to pomaga, działa, pracuje czy jakkolwiek to określę.  

Jednego jestem pewna – zdaję sobie sprawę z mijającego każdego dnia. Wiem, że starość jest nieuchronna i tak naprawdę dopiero teraz zaczynam to rozumieć. Dlatego jak długo będę mogła i potrafiła, nie pozwolę by moje życie zmieniło się w “byle jakie”. Będę nadal robiła makijaż przed wyjściem do sklepu po zakupy spożywcze, będę zapalała świecę wieczorem, by ładnie pachniało i kominek w “zimowe” wieczory, by przysiąść w jego blasku, choćby to miało być tylko dwa razy w roku!  Byle nie było byle jak…

By było tak, jak kiedyś śpiewał Krzysztof Krawczyk: 

“Byle było tak, że człowiek bardzo chce,
Byle było tak, że się nie powie “nie”…


BACK

Relaks po mojemu

28 czerwca 2023

Każdy od czasu do czasu potrzebuje relaksu. Nie da się gnać do przodu bez przerwy,  bez odpoczynku i bez wyluzowania. Niezależnie od wieku i od poziomu energii, nasze ciało, mózg, cały nasz organizm potrzebuje wyciszenia, regeneracji, choćby nam się wydawało, że jesteśmy z żelaza. 

Nie jest żadną tajemnicą, że młody człowiek relaksuje się szybciej, rzadziej, nie przykłada do tego problemu większej wagi. 

Kobiety są bardziej uczulone na odpoczynek, bo często kojarzą to z urodą i swoim wyglądem. Z cierpliwością do dzieci, z pozbyciem się stresu, który niszczy kontakty międzyludzkie w domu i w pracy. Mężczyźni podchodzą do tego bardziej praktycznie, relaks to dla nich często dodatkowy wysiłek fizyczny, siłownia, adrenalina w sportach o dużym ryzyku, turystyka wysokogórska. 

Wszystko to doskonale wpisuje się w młode szalone lata.  Jest świetnym balansem na zapracowane życie zawodowe.  

Odpoczynek czynny, wysiłkowy, ekstremalny, czy bierny jak spokojne wakacje nad jeziorem, w zaciszu lasu czy w dzikiej puszczy, gdzie nikt nas nie znajdzie przez tydzień – sposobów na własny relaks można znaleźć tysiące. I zapewniam was, że priorytety będą się zmieniać wraz z wiekiem, z charakterem i osobowością człowieka. 

Kiedy byłam młoda, byłam taka jak wszyscy moi rówieśnicy. Biegałam, ciągle się spieszyłam, nie zwracałam uwagi, że jestem zmęczona bardziej czy mniej, mogłam nie dosypiać, przegadać całą noc – wszyscy to znamy z własnych doświadczeń. 

Pamiętam, pewnego roku wybieraliśmy się na wakacje pięcioma rodzinami w Bory Tucholskie, z tego chyba tylko jedna rodzina miała Fiata 125, a reszta jechała Maluchami (Fiaty 126) z małymi dziećmi, bagażem napakowanym na dachu Malucha i w skrzyniach (wagonikach) dopiętych do auta, gdzie mieściło się wszystko! Od namiotów (ciężkich, bo żadnych lekkich jeszcze nie produkowano), materaców dmuchanych, też ciężkich, koców, poduszek, ubrań, słoików tzw. wek z mięsiwem, jarzynami, garnków, patelni, sztućców, o których współczesny turysta, by nawet  nie pomyślał przez mgnienie oka i setka innych cudów. Pakowaliśmy to wszystko na podwórku przed garażem kolegi, przez cały długi dzień a wyjazd nastąpił o 9 wieczorem i jechaliśmy całą noc i jeszcze może pół dnia (oczywiście żadnych autostrad nie było!). Czy ktoś był śpiący? Zmęczony? Oczywiście, że nie! Po przyjeździe na miejsce zbijaliśmy obozowisko, gotowaliśmy obiad, uganialiśmy się za sforą dzieci i bardzo towarzysko przy wódeczce spędzaliśmy kolejną “relaksującą” noc. 🙂

Nie mam pojęcia, kiedy nastąpił taki moment w moim życiu, że zaczęłam rozumieć, iż mój organizm potrzebuje relaksu. I że muszę o ten relaks sama zadbać. Myślę, że taka świadomość pojawiła się gdy byłam w ciąży. Byłam wprawdzie bardzo młoda, zafascynowana i szczęśliwa, że będę matką i dużo na ten temat rozmawiałam i czytałam. Miałam i wciąż mam przyjaciółkę Teresę Z. (właściwie to była najpierw przyjaciółka mojego męża ze studiów) i ona urodziła syna w momencie kiedy okazało się, że ja jestem w początkach ciąży.  To był moment kiedy poznałyśmy się bliżej i to właśnie ona wprowadziła mnie w tajniki wiedzy przygotowań się do macierzyństwa. A przecież nie były to czasy, gdy temat był tak otwarty i popularny jak dzisiaj. Uczyłam się wielu pierwszych i przydatnych  rzeczy o matkowaniu, o maleństwie na jej doświadczeniach. Niesamowite jest to, że nasze dzieci, dziś mające własne prawie dorosłe dzieci, nadal się przyjaźnią, spotykają, a my wciąż nie przepuścimy żadnej okazji, by się spotkać, gdy tylko  nasze drogi się przecinają.  

Byłam młoda i silna, ale rozumiałam, że ciąża wymaga ode mnie dbania o siebie dla dobra dziecka. Wtedy zaczęłam myśleć o wysypianiu się, o odpoczynku. O momentach, które powinnam poświęcać tylko dla siebie, by się trochę wyciszyć. Nie było ich wiele, bo jednak przez cały czas ciąży studiowałam. Urodziłam Kasię niemal “ w biegu” a po wakacjach, gdy zaczął się kolejny rok studiów poszłam na zajęcia, a dziecko do żłobka. 

Po trzech latach urodziło się drugie dziecko, mąż ciągle wyjeżdżał, ja pracowałam w szkole na pełny etat. Wszystko na jednej głowie, w przerwach – na dwie, jak mąż się pojawiał w domu. Ale dawaliśmy radę bo młodzi zawsze dają sobie radę. No i czasy były takie, że NIE DAŁO się nie dawać sobie rady 🙂.  

A relaks??  Nie pamiętam czy wtedy takie coś istniało w naszej świadomości?  Czy mówiliśmy o tym? Czy odpoczywaliśmy świadomie???

Jeździliśmy na wakacje, które zawsze były zorganizowane tak, by dzieci miały wakacyjny odpoczynek – trochę z nami albo z dziadkami. A my organizowaliśmy czas tak, by wakacyjne dni  podporządkować wyjazdom, w czasie których można było zarobić jakieś pieniążki i to nam nie przeszkadzało w “odpoczynku”. Potem, na koniec takiego pobytu zawsze wymyślaliśmy sobie krótki wyskok “relaksujący” – a to do Francji na Riwierę Francuską, a to do Danii, a to w gdzieś Niemczech w ciekawe miejsca. Zawsze było kilka dni  odpoczynku. Zupełnie wystarczało na “podładowanie baterii życiowych”, a nie powiem, żeby warunki tych krótkich podróży przypominały luksusowy pobyt w ośrodku wczasowym czy w SPA. 🙂 

Świece, kwiaty, dekoracje.. wszystko co pomaga uspokoić duszę i ciało.

W Polsce często spędzałam wieczory sama, dzieci były małe więc szły spać wcześniej, a ja nigdy nie należałam do tych, co kładli się “z kurami”.  Lubiłam chwile spokoju, bez włączonego telewizora, bez muzyki (tak! Lubię ciszę!) z książką, z zapaloną świecą zapachową. Od zawsze lubiłam świece. Nie było takich przyjemnych jak teraz są, nie było dużego wyboru, ale były kolorowe i zawsze blask świecy dawał mi poczucie ciepła wewnętrznego i spokoju. Może to coś, co pozostało z czasów harcerskich ognisk.. Blask ognia działa na mnie kojąco. 

Mijają lata a ja zawsze lubię odprężyć się przy blasku ogniska.

Do tego kieliszek wina (jakie myśmy wtedy pili wino? Na pewno czerwone, ale jakie??)  A może kieliszek wódki żołądkowej gorzkiej, bo taką wtedy lubiłam. 

I małe boczne światło, bo nigdy nie lubiłam (i nadal nie lubię) mocnego górnego. To były moje pierwsze relaksowe wieczory. 

Już wtedy zaczęłam kupować pierwsze kosmetyki i dbać o nawilżanie twarzy i szyi. Masowanie rąk i nóg, stóp. Powoli budziła się świadomość potrzeby własnego “prywatnego SPA”.. 

Za to spacer nad brzegiem morza zawsze był dla mnie relaksem. To zachód słońca nad polskim Bałtykiem.

Faktem jest, że w czasach mojej młodości pojęcia SPA i relaksu zorganizowanego tak jak to jest dzisiaj, nikomu nie było znane. Przynajmniej w naszym środowisku. A tym samym po prostu nie było potrzebne. Takich miejsc było niewiele.  Luksusowe serwisy pielęgnacji ciała, masaże i podobne przyjemności  oglądaliśmy w  zagranicznych filmach i kojarzyły nam się z życiem, które dla “zwykłych ludzików  w komunistycznym kraju”  były poza zasięgiem nawet marzeń.  

Tak naprawdę to musiało minąć wiele lat i wiele zmian w życiu, żeby uświadomić sobie, że regularny i świadomy relaks jest mi potrzebny. I że muszę sama o siebie zadbać w tym względzie. 

Rodzina wie co dla mnie najlepsze 😂

O SPA i przyjemnościach masażu, jacuzzi, peelingu dowiedziałam się  naprawdę dopiero w Stanach i nawet nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułam, jaką to sprawia przyjemność.  Myślę, że pierwsze masaże kojarzą mi się z prezentami od mojej córki, która zabrała mnie do takich miejsc. Później Kasia miała już prywatnego masażystę, który przychodził do niej domu i przy okazji i ja z niego czasami korzystałam. Te serwisy uświadomiły mi jak bardzo są potrzebne dla mojego ciała, dla mojej głowy, myśli – wyciszenia, wyluzowania się, oczyszczenia  ze wszystkiego, co siedzi we mnie i co mnie uwiera.      

Odpoczynek to wielka WARTOŚĆ.  Ale, żeby to wiedzieć,  trzeba przeżyć wiele lat i trzeba się tego dorosnąć. Przez lata trzeba odkrywać w sobie swoje “wewnętrzne dziecko”, z którym z czasem będziemy umieli sobie pogadać.

Przypomniała mi się taka scena z serialu, który oglądaliśmy. Kontekst i znaczenie tego, o czym powiem był zupełnie inny, ale całkiem dobrze wpisuje się ten moment, który chciałabym wam wytłumaczyć.  …Kobieta, po trudnych osobistych przejściach, nie może dojść do równowagi sama ze sobą. Ukrywa swoje uczucia i problemy, udaje, że jest silna, że świetnie radzi sobie z życiem. Przypadkowa sytuacja krzyżuje jej drogę z inną kobietą, która obserwując jej zachowanie orientuje się czego naprawdę kobieta potrzebuje. I daje jej dziwny prezent.. Szmacianą lalkę, która z jednej strony ma ma główkę dziewczynki i sukienkę, a gdy podniesie się tę sukienkę do góry, ukazuje się twarz chłopczyka i spodnie. Dziewczyna mówi  “porozmawiaj z tą lalką, tego ci potrzeba teraz”.  Kobieta odrzuca szmacianą pacynkę, ale widać, że coś w niej ta sugestia poruszyła.  Jakąś potrzebę wewnętrznej rozmowy.  Cześć tej kobiety jest tą „nic-nie-znaczącą lalką”  wołającą o pomoc… 

Nie będę mówiła jaki jest dalszy sens tej rozmowy, bo nie o to tu chodzi. 

Tą dygresją chcę wskazać, że każdy z nas ma taką pacynkę, takie dziecko w sobie, które kiedyś zaczyna domagać się pomocy. Chce od nas zwrócenia na nie uwagi, poświęcenia mu czasu, zajęcia się jego kondycją i fizyczną i mentalną. 

Ta część, której dotychczas nie dostrzegliśmy w sobie, domaga się relaksu, odpoczynku. Jeśli to zrozumiemy i zaczniemy sobie pomagać, powoli odszukamy właściwe miejsce dla siebie. W wielu wymiarach i wielu różnych znaczeniach. 

Dobra kawa, kieliszek wybornego wina, książka, joga, medytacja, dla wielu również muzyka – wszystko to elementy pomagające znaleźć spokój wewnętrzny.  Im częściej będziemy po nie sięgać, tym lepiej dla nas. 

Relaks z przyjaciółkami – zawsze działa!!

Szukajmy takich chwil dla siebie. Ważne są także dobre przyjacielskie rozmowy. Relacje z ludźmi to ważna część relaksu. Nie zawsze przecież relaks oznacza samotność. Bliska pokrewna dusza, ciepła rozmowa, dużo śmiechu i radości – wbrew pozorom także nas uspokaja,  przynosi rozprężenie i usuwa napięcie. 

A jeśli od rana nic nam się nie klei? Mamy plan, a nie możemy się na niczym skupić?  Snujemy się z kąta w kąt i wszystko nam leci z rąk. Myślimy – “To nie mój dzień. Nic mi nie idzie tak jak trzeba…”   

To może po prostu oznacza, że dziś  nadszedł moment na  DZIEŃ KOMPLETNEGO LENISTWA! Bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o tym, co było do zrobienia i czego nie zrobimy. Po prostu, nie robimy nic! Taki dzień też się nam należy. Taki dzień też jest umysłowi i ciału potrzebny. Można bezmyślnie leżeć i patrzeć w sufit, jak w tym wierszu Jana Brzechwy “Leń” ”(https://youtu.be/oPUIxEXeLaQ) Na tapczanie leży leń, nic nie robi cały dzień..” a potem cały wierszyk jest długą wyliczanką lenia – jak to on nic nie robi… przecież…. My też tak czasem możemy! Mamy do tego proste humanitarne prawo! 

Jeden z niezapomnianych Spa spotkań z przyjaciółkami

SPA współczesne jest cudownym wymysłem  naszych czasów, choć nie okłamujmy się, masaże, sauna były już znane w starożytnym Rzymie, może tylko teraz zakres korzystania z tych dobrodziejstw się zmienił.  Jest to często rozrywka towarzyska. Jedno z bardzo przyjemnych spotkań w SPA miałyśmy z przyjaciółkami kilka lat temu w hotelu Houstonian. Dość spontanicznie zebrałyśmy się w piątkę naszej “lunchowej” grupy.  Zamówiliśmy sobie pyszny lunch na tarasie z szampanem, później każda z nas udała się na wybrany masaż a po godzinie czy półtorej, znów przy szampanie już w jacuzzi  kontynuowałyśmy  nasze uwielbiane babskie pogaduszki do późnych godzin popołudniowych. Było cudownie i bardzo bardzo relaksująco!!!  

SPA to jedna z ulubionych form nagród, które dostawałyśmy od mojej córki – Bossa, gdy zabierała cały swój “babski personel” raz do roku na wybrane masaże, kuracje maseczkowe dla twarzy, szyi, stóp, paznokci itp. Uwielbialiśmy wszystkie ten dzień! 

Bywałam w różnych SPA, w różnych miejscach świata. Gdziekolwiek znaleźliśmy się w naszych podróżach zawsze wpisywał się w program masaż. I trzeba powiedzieć, że były bardzo różne. Mimo, że zasady są podobne, to ludzie, którzy je wykonują maje inne ręce, inną siłę, skupiają się na innych punktach ciała, nerwów.  

Kiedyś, gdy byłam na wycieczce w Chinach, w którymś z hoteli nasz przewodnik polecił nam w tym hotelu masaż stóp. Namawiał nas bardzo gorąco twierdząc, że takiego masażu nigdzie nie doświadczymy. Umówiliśmy się więc na jeden z polecanych półtora godzinnych serwisów. Pomyślałam wtedy – co można masując stopy przez całą godzinę. I śmiało powiem, że było to jedno z najbardziej zaskakujących doświadczeń w życiu! Atmosfera studia chińskiego masażu jest niezwykła. Muzyka, wystrój, przygotowanie całego organizmu, zanim zaczął się masaż już było czymś wyjątkowym. A potem… do dziś nie mogę uwierzyć, że ludzka stopa ma tyle punktów nerwowych, które dotknięte przez człowieka znającego te miejsca doprowadza do wstrząsu określone miejsca w naszej głowie. 

Moje ciało porażał prąd  tak subtelny i tak nieznany i w tak dziwnych miejscach i organach, że nie mogłam pojąć działania  tego masażu. Masowano moje stopy, łydki, kolana, a ja czułam się jak nowo narodzona. Nie mam pojęcia jakie czujniki zadziałały, jakie magiczne “fluidy” chińscy masażyści mieli w swoich dłoniach, ale już nikt nigdy takiego fenomenu w moich stopach nie dokonał. 

Mój dobrze zaznajomiony  masażysta w Houston (dziś już chyba mogę tak o nim powiedzieć) jest dla mnie jak najlepszy doktor od wszystkich moich bolących miejsc i nerwów. Mam wrażenie, że zna każdy punkt, gdzie mój złośliwy ból nerwów przesuwa się i krąży. Nie muszę nawet mówić, a on podąża za nim i rozmasowuje go, ugniata, przyciska tak mocno, że aż boli! Ale boli…dobrze! Wiem, że potem przez jakiś czas mnie nie będzie  boleć!  Czasami dobry masażysta to czarodziej.. W dodatku taki, który wie, że nie lubię, gdy się do mnie mówi w czasie masażu, choć zna mnie i wie, że jestem z natury gadatliwa. I wie jaką muzykę lubię, chociaż znawcą muzyki nie jestem..  Nie jestem jego pacjentką zbyt często (a życzyłabym sobie częściej) ale harmonia i zrozumienie między nami jest prawie idealne. 

Domowe Spa jakich wiele. Ale TO jest moje własne 😀

Moje domowe jacuzzi też używam, ale już rzadziej niż kiedyś. Jakoś tak.. Rozleniwiłam się, a szkoda. Ale jeśli już, to także ze świecami i muzyką medytacyjną, bardzo spokojną. Lubię pianę, kieliszek metaxy, ale mobilizuję się coraz trudniej do tych przygotowań domowych. Coraz częściej wolę wyjście do “większego” SPA. Na szczęście rodzina zna mnie dobrze i wspomaga mnie przy każdej nadarzającej się okazji 🙂.

Muszę jednak przyznać się uczciwie, że relaksują mnie nie tylko takie “spokojne” formy. Widać, moja natura jest przewrotna i mimo upływu wieku wraca czasem do szaleństwa. 

Już wiele razy mówiłam, że lubię zmiany. Bywa, że to jakby burza nadchodziła, jakby piorun trzasnął! Coś zakręci się w głowie, coś załomocze i muszę nagle natychmiast zmienić coś wokół mnie. I wtedy – przestawiam meble, zmieniam obrazy na ścianach, wieszam inne zdjęcia, wymieniam elementy dekoracyjne. Ba, idę do szaf (czyli tutejszych closet-ów ) i wyciągam wszystkie ubrania. Na szczęście jest ich za dużo, żeby dobrać się do wszystkich naraz, więc ustalam – dziś spodnie i bluzki albo tylko sukienki letnie.. I wszystkie po kolei przeglądam, mierzę, odrzucam szybko, te co za małe, te co już wiem, że więcej nie ubiorę, bo już ich nie lubię. Pakuję je do oddania, robię porządki, wyrzucam, to co niepotrzebne, stare itd.  

I – wierzcie, nie wierzcie – czuję się odstresowana, wyluzowana, zrelaksowana!!  

Taka forma uspokajania też na mnie działa!!  O dziwo, nie jestem bardziej zmęczona. Czuję się dobrze. Naprawdę jestem OK 🙂.

Medytowanie

Może następnego dnia położę się na jogowej macie, poćwiczę oddechy, wyciszę moja głowę i trochę nadwyrężone mięśnie rąk. 

Każdego dnia moje “wewnętrzne dziecko” podpowiada mi na co ma ochotę. Bo jeśli mi nic nie mówi, to czuje się źle i jestem zagubiona. 

 Wniosek – relaksować można się w najróżniejszy sposób. Moje  “wewnętrzne dziecko”  ma dziwne życzenia na wyluzowanie się. Słucham go. Ono wie czego potrzebuję. Dzisiaj jest już mądre, wymagające i pokieruje mną  tak, by dostać to, czego ode mnie oczekuje! 

I czeka na – czas relaksu. I piosenka pod tym samym tytułem. Wykonanie trochę inne niż pierwotne, na pewno was zrelaksuje! 😃


BACK

Herbatka czy filiżanka kawy? 

13 czerwca 2023 

Powszechnie wiadomo, że człowiek powinien wypijać dziennie około dwóch litrów wody czyli 8 do 10 szklanek. 

Niestety, nie należę do tej grupy. Nigdy nie lubiłam wody. Nigdy nie lubiłam pić dużej ilości płynów.  Widocznie mam dziwny organizm, ale moje zapotrzebowanie na płyny znacznie odbiega od średniej normy. I w dodatku od dzieciństwa nie lubiłam i nie szukałam smakowych napojów, które naprawdę bym polubiła.  

Nie znam zbyt dużo podobnych mi ludzi, ale spotkałam i takich, co nie szaleją na punkcie noszenia przy sobie butelek z wodą i nawadniania się co minutę. 

Ale moja dzisiejsza opowiastka nie będzie o wodzie i zdrowiu. Pokręcę się we wspomnieniach, których motywem będą moje historyjki herbatkowo-kawowe z własną “duszą”.  

Mniej więcej tak to wyglądało..

Co piliśmy w Polsce w czasach mojego dzieciństwa? Mleko było popularnym napojem, przynoszono je szklanych litrowych w butelkach pod drzwi (to naprawdę był regularny serwis tamtych czasów). Od 5 rano słychać było tłukących się mleczarzy na klatkach schodowych. Zbierali wystawiane wieczorem przez mieszkańców puste butelki i zamieniali je na pełne. My jako dzieci nie lubiliśmy pić mleka!!  Mama uparcie gotowała nam grysik na śniadanie (też NIE lubiliśmy!) albo mleko potrzebne było do naleśników, racuchów itp. Nigdy jednak jako napój. Czasem w lecie piliśmy kwaśne mleko do młodych ziemniaczków i takie lubiliśmy. 

Wody “kranówy” w żadnym wypadku pić nie było wolno! Wody mineralnej w sklepach nie było (albo bardzo rzadko). Soków też nie było.  Za to czasem Mama robiła swoje soki domowe – najlepsze były malinowe. Nadawały się do herbatki zimowej i były lepsze niż czasem ciężko zdobyte cytryny. Były też soki jagodowe, soki z wiśni, ale żaden nie był tak pyszny jak malinowy. Niektórzy robili soki warzywne do picia bezpośrednio, bez mieszania go z wodą, ale u mnie w domu nigdy takich prób Mama nie podejmowała. To już uchodziło za wyższą “szkołę jazdy” w dziale przetworów.   

Herbata paczkowana, herbata w szklance, herbata w szklance z koszyczkiem, herbata w torebce.

A tak naprawdę to najpopularniejszym napojem przez wszystkie lata mojego dzieciństwa i młodości, także jeszcze tej studenckiej była HERBATA. Co pamiętam? Z domu pamiętam herbaty: Gruzińską, Ulung, Madras, Yunnan. Te herbaty były w wiórkach pakowane w pudełkach. Wiórka zaparzaliśmy w małych czajniczkach i potem były nalewane do szklanek (mniej więcej 1/6 szklanki) i resztę dopełnialiśmy wrzątkiem.  Prawie każdy wtedy słodził, dlatego cukier był tak ważnym produktem. Czasem, ale bardzo rzadko dodawaliśmy plasterek cytryny. 

Nikt nie używał filiżanki na herbatę, natomiast zawsze szklanka miała swój spodeczek. Łyżeczkę należało po zamieszaniu cukru wyjąć ze szklanki, ale byli i tacy, co pili z łyżeczką w środku, co przyprawiało mnie o zgrzytanie zębów.  

Z czasem zaczęto sprzedawać herbatę w torebkach. To był hit. Nikt jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, że wtedy był to najgorszy gatunek herbaty. Ale za to wygodny, no i inny, niż dotychczasowe.

Piliśmy herbatę wszędzie, do wszystkiego i o każdej porze.  Wpadało się do przyjaciół, znajomych “na herbatkę”. To był jedyny element poczęstunku, na który zawsze można było liczyć.  Wtedy nie bardzo odróżnialiśmy herbatę czarną od zielonej, miętową czy jakąkolwiek inną. Herbata i już! 

Kawa dotarła do Europy dużo wcześniej (XVII wiek) i była napojem elitarnym.  

Za moich czasów, choć wiadomo komuna nas nie rozpieszczała, kawa zaczęła się pokazywać w mieście. Oczywiście nie był to żaden tajemny produkt. W czasach mojej młodości mieliśmy już w Krakowie fajne kawiarnie, przytulne miejsca z dobrymi wyrobami słodkimi, małymi przekąskami i kawą, ale herbata wciąż była królową napojów. Kawiarnie studenckie również oferowały kawę. Zaparzaną po turecku czyli popularnie zwaną “plujką”. Kawa nasypana do szklanki (O Boże, ty nie grzmisz?!! do szklanki!) i zalewana wrzątkiem. Czasem, ale bardzo sporadycznie zdarzało się, że gdzieś już pojawiała się filiżanka.. 

W sklepach było znacznie gorzej. Kawy raczej NIE było. To co nazywano kawą było jakąś ohydną podróbką – kawa zbożowa, kawa Marago, taka polska  kawa rozpuszczalna.. Ale kawa prawdziwa pojawiała się z krajów zachodnich i dzięki coraz częstszym podróżom zagranicznym Polaków była już dostępna coraz częściej.  

Wciąż jednak kawa była artykułem luksusowym, służyła głównie do  “załatwiania” ważnych” trudnych spraw, podziękowań itd. Tak, kawa mogła załatwić wiele..  

Ale muszę się pochwalić, że nasz ślub odbył się w 1974 r. I jednym z prezentów był ekspres do kawy, całkiem nowoczesny i robił bardzo dobrą kawę. Ponieważ po ślubie zamieszkaliśmy w akademiku, więc staliśmy się wielce popularnym pokojem, do którego schodziło się towarzystwo “na KAWĘ” a nie “na herbatkę”. I o dziwo, już wtedy mieliśmy kawę i to całkiem niezłą jak na owe czasy.  Często ktoś jeszcze dorzucał jakieś własne datki, więc ekspres do kawy miał pełne “ręce” roboty. 

Nie mogę sobie przypomnieć jakie mieliśmy wtedy filiżanki, choć jestem bardzo bliska pewności, to były filiżanki typu “duralex”. Dostaliśmy takie naczynia w prezencie ślubnym, były wtedy modne i pamiętam, że były tam też takie ładne zgrabne brązowe przeźroczyste filiżanki ze spodeczkami.  Używaliśmy ten zestaw przez długie lata.

Herbatę piliśmy nadal, wody nie dotykaliśmy, ale coraz częściej podróżowaliśmy zagranicę i bywało, że piliśmy wodę mineralną. Czasem udało nam się trafić na sok pomarańczowy.  W polskich sklepach, głównie w Hortex-ie pojawiały się inne soki jak z czarnej porzeczki, jabłkowy i mieszane. Ale nie kupowaliśmy ich do domu, później sporadycznie bardzo rzadko kupowaliśmy soki dla dzieci.

Kawa natomiast zaczęła powoli wypierać ilość wypijanej herbaty i stawała się w naszym domu napojem równie ważnym jak herbata… Albo ważniejszym.

I nadszedł rok 1990.  Houston. Klimat jakiego nie znaliśmy. Nie, żebym narzekała, ale trzeba przyznać, że nawet najbardziej szczegółowe opisy nie mogły oddać wilgotności tego miejsca, a co za tym idzie konieczności picia wody i nawadniania organizmu. Wtedy właśnie po raz pierwszy w życiu zobaczyłam jak wielką wagę ludzie przywiązują do picia płynów. No i że wszyscy piją ogromne ilości zwykłej wody z kranu! I ta woda jest dobra! W każdej restauracji pierwsze, co podają na stół, to ogromne ilości zimnej wody z lodem. Mimo to mój organizm nie zmienił swoich upodobań. Przez ponad 33 lata wody nie polubiłam. Piję czasem i trochę, bo.. muszę. Ale nie dlatego, że chcę, lubię i potrzebuję.  

Za to kawa stała się napojem numer 1 w naszym rodzinnym domu. 

I tu właśnie rozpocznie się właściwa historyjka o kawowych “instrumentach” mojego domowego kącika. Wstęp był, owszem, przydługi, ale musiał być,  bo inaczej nie można byłoby odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule. 

Niektórzy ludzie malują piękne obrazy i oddają w nich to, co jest istotą ich myśli i marzeń. Czymś ważnym. Bez słów. I te ważne momenty bywają czasem bardzo  ulotne, niezauważalne dla innych. A nam się wydają warte zapamiętania i uwiecznienia. Pozostawienia po nich śladu. 

Ludzie mają różne sposoby przekazywania pamięci. Zdjęcia, pamiętniki, przesyłanie kartek z cytatami, które tylko ten jeden jedyny odbiorca zrozumie. Inni piszą wiersze, jeszcze inni piszą powieści, blogi, listy.  Są i tacy, którzy swe ulotne piękne chwile zamykają w muzyce, w malarstwie… Jeśli bardzo chcesz, by pozostawić po sobie ślad – znajdziesz sposób. I to będzie twój sposób! Nie obiecuję, że ktoś na pewno zwróci na to uwagę, bo tego nie możemy być pewni. Ale dajemy szansę sobie i innym na ocalenie naszych myśli, emocji, skrawka naszego istnienia.

Pierwsze komplety naczyń w naszym amerykańskim domu. Ten górny, to prezent od moich przyjaciółek na 50-te urodziny.

Od pierwszego dnia w Houston kawa stała się podstawowym elementem, od którego zaczynał się każdy dzień. Tak wiem! Nie jest to nic wyjątkowego i nie jestem w tym oryginalna. Ale – mimo, że w Ameryce oczarowało mnie wiele rzeczy i naturalnym było, że wiele elementów codziennego życia dość szybko przyswoiliśmy sobie, to kawy amerykańskiej i sposobu jej picia NIE! W domu jednak szybko pojawiły się zestawy śniadaniowe i obiadowe a wraz z nimi amerykańskie filiżanki do kawy!

Kawa jest tu wszędzie, a przede wszystkim w każdej pracy, w każdej poczekalni lekarskiej, dentystycznej, prawniczej itd. Duża lub mniejsza maszyna. Kawa w ogromnych ilościach, bardzo słaba (według mnie po prostu lura). Ale wcale mnie to nie dziwi, bo Amerykanie piją kawę cały dzień. Od rana do nocy. W kubkach plastikowych, styropianowych albo w dużych grubych kubkach, które na stałe mają “przypisane” do siebie w miejscu pracy. To była pierwsza rzecz, która mnie do takiej kawy zniechęciła. 

Nie znoszę kawy w kubkach!! Choćby miały najwymyślniejsze najbardziej sympatycznie dedykowane napisy. Owszem, doceniam napisy i chętnie je trzymam z tego powodu, ale NIE dla kawy! No i ta kawa tak “cienka”.. 

Dawno temu, gdy kupowałam i robiłam w pracy kawę (tylko dla nas – personelu ) pewnego dnia dziewczyny poprosiły mnie, żebym nie robiła kawy, bo jest… stanowczo za mocna! A ja wciąż starałam się tam robić dobrą, ale nie za mocną… 

Za to kupiłam dla siebie filiżankę dość dużą, a wszystkie dziewczyny miały kubki. W ten sposób nikt nie dotykał mojego jedynego personalnego naczynia. 

W domu – przez 33 lata mój kawowy kącik zmieniał swój wygląd.  Najpierw był express z naczyniem szklanym na 10-12 kaw, który działał bardzo dobrze i pozwalał wybierać jak mocną kawę chcemy, ale mleko trzeba było robić osobno (lekko podgrzewać) no i nie mieliśmy jeszcze wtedy maszyny do spieniania mleka. A ja uwielbiam cappuccino.  Potem przewinęły się inne expresy, inne sposoby parzenia kawy.

Aż wreszcie kilka lat temu kupiliśmy maszynę KEURIG i kawy porcjowane. Wbrew pozorom jest ich ogromny wybór. Po miesiącach testowania wybraliśmy kilka, które nam pasowały i najpierw tylko takie używaliśmy, a teraz wracamy do nich od czasu do czasu. Wszystko dlatego, że od kilku lat mamy maszynę NESPRESSO połączoną z częścią do spieniania mleka i ja osobiście uwielbiam tę “kawiarkę” Wiem, że już jest co najmniej kilka nowszych generacji i bardziej skomplikowanych , usprawnionych, ale nasza spisuje się bardzo dobrze i nic więcej mi na razie nie potrzeba. Kawę zamawiam z tej samej firmy Nespresso  przez internet, w kilku wariantach wielkości, mocy kawy, rodzaju kawy i to jest mój kawowy świat. 

Picie kawy trzeba celebrować! Na kawę i dla kawy trzeba mieć czas. Nigdy tego czasu nie miałam. Kawa zawsze była ostatnią rzeczą, którą łapało się w pośpiechu, tuż przed wyjściem z domu. Kawę trzeba było wypić, ale nigdy na nią i dla niej nie było czasu. W pracy, gdy jeszcze pracowałam w szkole, w czasie przerwy zalewaliśmy kawę (plujkę oczywiście!) wrzątkiem i zanim naprawdę dobrze się zaparzyła już był dzwonek oznajmiający początek kolejnej lekcji. Z czasem, mając swoją własną polonistyczną pracownię zrobiłam sobie mały kącik kawowy i tam zaparzałam kawę, którą piłam w czasie prowadzonej lekcji. Może i było to nielegalne, ale praktykowane przez wielu nauczycieli i nikt na szczęście się do tego nie czepiał. No i dzięki temu kawa była przynajmniej ciepła. 

Mój najlepszy kącik w domu !

Teraz, od wielu lat kawa ma swoje własne miejsce w moim życiu. Najpierw to najważniejsze – poranne. Spokojne. Po prysznicu, wciąż na luzie (no, czasem bywają szybsze poranki, ale bardzo staram się żeby to nie zdarzało się zbyt często) idę do kuchni. Podchodzę do mojego kącika kawowego.  Dziś już mam zgromadzoną całą kolekcję kolorowych (oczywiście!) filiżanek i patrzę na nie w nastroju mojego poranka. Czy mam ochotę na spokojny jasny niebieski kolor czy nieco bardziej wyrazisty ciemniejszy? Czy może słoneczny żółty lub pomarańczowy, ciepły i jaskrawy budzi mnie dziś do życia? A może ciemny granat – uspokaja i wycisza?.. Biały – rzadko… Pośrodku wisi filiżanka dodana niedawno. Prezent od gościa z Polski. Wielkością bardzo pasuje do mojej kolekcji, za to jest wielokolorowa, bardzo krakowska i ożywia jednolity kolor pozostałych filiżanek. Co kilka dni ta właśnie filiżanka jest wyznacznikiem mojego porannego nastroju i tę wybieram. 

Ale to nie koniec. Może to dziwne, ale mój sposób podania kawy (głównie dla mnie samej, ale także dla mojej przyjaciółki Ani) która poznała moje wymysły i świetnie się w nie wpisała, może wydawać się dziwny – ale dobrze działa. 🙂.

Ponieważ moje filiżanki są dokładnie na ilość kawy, którą robi maszyna, a ja dodaję do niej kropelkę “Kahlua” do smaku, spienione mleko i troszkę cynamonu (modny dziś kardamon nie bardzo mi smakuje), więc żeby można było pić ją komfortowo robię ją dodatkowo w drugiej malutkiej filiżance, która jest jakby kontynuacją tej porcji.  (Takie: Mama i Baby.. ładne skojarzenie, prawda?)  

Rysunki czeskiego artysty Alfonsa Muchy na naszych filiżankach

Te dwie małe filiżanki mają też swoją piękną historię. Są dla mnie bardzo ważne.  Są prezentem od naszych krakowskich Aniołów i pochodzą z firmowego sklepu artykułów z kopiami malunków słynnego czeskiego malarza i artysty-grafika przełomu XIX i XX wieku, Alfonsa MUCHY.  Będąc kiedyś na wycieczce z Aniołami w Pradze byliśmy w jego muzeum i oglądaliśmy wiele jego prac. Kiedy w Krakowie powstał taki sklep, Anioły nasze kochane zadbały, byśmy my Muchy mieli kilka ciekawych i miłych akcesoriów związanych z artystą, Alfonsem Mucha!  Tak więc mamy filiżanki do kawy (w codziennym użyciu!) i trzy ładne miseczki na czekoladki, ciasteczka – dodatek do kawy. 

Moja kawa jest zawsze ze spienionym pięknie uformowanym mlekiem i dodatkiem szczypty cynamonu (czasem czekolady). Chyba, że nachodzi mnie ochota na małą bardzo mocną kawę.

Kolorowe espresso

Double Espresso. Wtedy zmieniam filiżanki na inną kolekcję, także krakowską. Kupiłam ją wiele lat temu, gdy w Krakowie powstał sklep o ładnej filmowej nazwie “Pożegnanie z Afryką”.  Właściwie to była urokliwa kawiarnia z niesamowitym wyborem różnych kaw, świetnie zaparzanych i pięknie podawanych, na stolikach z beczek  i w afrykańskiej atmosferze. Wtedy można było kupić tam też różne nietypowe kawy i filiżanki. Kupiłam, dowiozłam do Houston  i od tego czasu ciągle służą mi tutaj. Bardzo je lubię. 

Filiżanki greckie

A obok – dwie filiżanki, które dostaliśmy w Gdańsku w 2021 roku od cioci Lili, wyciągnięte z naprawdę imponujących zbiorów. Z ładnym wzorem greckim i złoceniami z 24-karatowego złota. Cenna pamiątka.  Ciocia za kilka dni miała obchodzić swoje 90-te urodziny, była pełna radości i chęci przekazywania nam rodzinnych opowieści. I oczywiście ogromne ilości sernika, jagodzianek i innych polskich słodkości.

Mam też kolorowe filiżanki, przywiezione z Polski, w czasach gdy nie było takich ograniczeń “kilogramowych” o nowoczesnych wzorach, takie jak lubię. Niestety, jedna już się rozbiła. Obok tych filiżanek stoi sobie jeszcze, trochę podobna kolorem, ale w kształcie zupełnie inna. Za to w moim ulubionym kolorze, jaskrawo-seledynowym. Dostałam ją dawno temu, od dziewczyny, z którą pracowałam u dr ortodonty-chirurga (bo i tam mnie na jakiś czas życie rzuciło).  Była to dziwna, ale bardzo sympatyczna relacja. Utrzymywałyśmy ją tylko w pracy, ale naprawdę polubiłyśmy się. Nigdy potem już jej nie spotkałam. Pozostała mi tylko ta filiżanka – wspomnienie.  

Filiżanki „Mateuszowe” Moja ta od lewej 😀

Gdy odwiedziłam Polskę w 2019 roku wybrałyśmy się z moją przyjaciółką Łucją do Sandomierza. Byłam wtedy na etapie oglądania niektórych odcinków serialowych  “Ojca Mateusza” i miło było zobaczyć Sandomierz, miejsce akcji filmu a zarazem bardzo ładne miasteczko, które znałam tylko ze słyszenia. Okazało się, że jest tam filmowy sklep i na pamiątkę naszego pobytu kupiłam sobie oczywiście filiżankę z nadrukiem tytułowym, a Łucja dokupiła drugą dla mojego męża. Teraz od czasu do czasu w niedzielny poranek wracam filiżankowym sposobem do wspomnień z wycieczki do Sandomierza i nie tylko. To była nasz “babski” relaksowy wypad do spa, na długie wspólne wieczory, na nasze pogaduszki w miejsca, których ani nie pamiętałam, ani nie znałam z moich czasów młodości.  A filiżanki z Sandomierza są jednym ze wspomnień z tej podróży. 

Ulubione kubki kawowe mojego męża

W kuchni , obok mojego kącika kawowego, gdzie nad maszyną NESPRESSO wiszą “dzienne filiżanki” – jak je zwykłam nazywać, a nieco niżej leżą kawy tej samej firmy, wiszą też KUBKI kawowe mojego męża. Tak, tak!  Nie ma pomyłki, bo mój mąż odwrotnie niż ja – używa kubków na kawę. Ale tylko dwóch. Przynajmniej w domu. Dwóch ulubionych i ważnych. Jeden jest prezentem urodzinowym od wymienionych już wyżej Aniołów na jego 70 urodziny i jest ważny, bo został wymyślony i zrobiony przez nich w Polsce i ma dwie ważne informacje: z jednej strony herb Krakowa i rok 1951 a po przeciwnej stronie znak NASA i rok 2021 a pośrodku imię Wacek i liczbę 70.  Czyli jest  bardzo urodzinowy, pamiątkowy i ma swoje wyjątkowe miejsce! Drugi kubek ma też swoja historię, bo został “podmieniony” za kubek, który się rozbił (zupełnie nie mogę przypomnieć sobie dlaczego on był taki istotny!!?..) ale wiem na pewno, że te damskie super wysokie szpilki całkowicie rekompensują stratę tamtego kubka. I tu też zadziałały Anioły…

Ostatni prezent od mojej Beatki

A jak już rozglądniecie się po kuchni, bo bardzo macie ochotę na dobrą kawę, to zobaczycie jeszcze dwie małe niepozorne filiżanki – jedna stoi sobie samotnie z napisem LIMA, kupiona w Starbucks-ie.  Jest dla mnie bardzo ważna, bo chyba ostatni prezent jaki dostałam od Beatki, który przywiozła mi z wycieczki do Peru. Była już wtedy po wypadku, po wszystkich operacjach, rehabilitacjach i jeszcze raz wraz z koleżanką pojechała na zorganizowaną grupową wycieczkę. To było trudne doświadczenie, miała duże trudności z wytrzymaniem tempa wycieczki, dostosowaniem się do regulaminu, zainteresowaniem się programem. 

Zapomniała o prezentach, które zawsze kupowała najbliższym, ale w jakiś magiczny sposób przypomniała sobie o mnie już na lotnisku, wpadła do Starbucksa i kupiła tę filiżankę.  A ja – do dziś z sentymentem i miłością piję od czasu do czasu w niej małą czarną…

I jeszcze – ostatnia “zdobycz” z 2022. Mały ryneczek w krakowskiej dzielnicy Kazimierz. W „budach” trochę stylizowanych żydowskie kramiki sprzed ponad wieku, gdzie na stołach rozłożone były różne ciekawe i smakowite rzeczy – od słodyczy (ach, ta chałwa!!) wyrobów drewnianych, metalowych do biżuterii, zabawek… Artyści, którzy opowiadali o swoich pracach, a ja po prostu COŚ musiałam kupić 🙂. Kupiłam więc – dwie filiżanki połączone jednym ciekawym w kształcie talerzykiem. Małe – żeby łatwo przewieźć. Coś – żeby mieć wspomnienie z tego miejsca, w domu w Houston. Niestety, niedawno wypadła mi z ręki filiżanka i została już tylko jedna..  A parka wyglądała tak ładnie i…nietypowo. 

Kawowa filiżanka Ani W.

A na koniec dodam, że do historii “naszych” filiżanek dołączę śliczną wielokolorową, prosto z brytyjskiego sklepu – filiżankę Ani W., której to filiżance (a nie Przyjaciółce) nie mogłam się oprzeć, więc teraz ona też ma kawowe poranne (i nie tylko) własne cudo i może zacząć swoją kolekcję 🙂.

Od herbaty zaczęłam tę opowiastkę. I od niemal “zamierzchłych” czasów. 

Mimo, że balans smaków napojów w naszym domów się zmienił, to mamy wciąż kubki (na herbatę) i mamy herbatę.  Nie jestem smakoszem, nie jestem fun-en, ale zdarza mi się chcieć herbaty!  Bywa, że jest zimny dzień w Houston (pewnie nie wierzycie, ale tak się zdarza!), że boli mnie żołądek albo, albo.. 

I herbata na chwilę wraca do łask. 

Mam w domu herbatę czarną, ale jej nie lubię. Za to lubię herbatki owocowe, najbardziej malinową i cytrynową. 

I mam kubki, które też mają swoją historię, bo jakże by inaczej 🙂.

Ten od lewej więc to najnowszy – prezent od mojej najwierniejszej czytelniczki blogowej, Grażynki B.  nawiązujący do wpisu o “Alicji z Krainy Czarów” – poznajecie? Drugi – to kubek od koleżanek, który dostałam w dniu emerytalnego party, z napisem “ Today has been cancelled. Go back to bed”.  Trzeci – ma jeden z nieprzyzwoitych żarcików krakowskiego grafika, Andrzeja Mleczki (uwielbiam go!). Czwarty- jakaś (chyba 61) ekspedycja z NASA – a jakże! A ostatni – świąteczny, taki się zawsze w kolekcji garnuszków zaplącze… 🙂  

Macie takie?.. U mnie jakoś przetrwały 😂

W domu, zupełnie NIE wiem jakim sposobem zachował się dzbanek do herbaty wraz z cukierniczką i dzbanuszkiem do śmietanki. A może to kawowy zestaw? Choć na moje oko – jednak herbaciany.. 

I czajniczek (daję słowo, że przytargany z Polski, z naszego pierwszego domu! Mieliśmy jeszcze filiżanki biało-czarne, talerzyki i talerzyki do ciasta). Bardzo je kiedyś lubiłam, ale to tak jakby to było w innym życiu…

A teraz, by zamknąć już całą kawową i herbacianą opowieść, zasunąć szklane drzwiczki kredensu – jeszcze dwie filiżanki.. Te już naprawdę najstarsze jakie mam w swoim domu. Nie wiem ile mają lat, jak przetrwały i skąd się wzięły. Wiem, że dużo większy komplet, a właściwie dwa różne znajdowały się w serwantce moich rodziców i pochodziły z domu dziadków ze strony Taty. Czy to oni byli pierwszymi właścicielami? Nie wiem. Ile lat mają mieć te filiżanki, także nie wiem.  Skoro ja pamiętam je z domu rodzinnego już jako pamiątkę, to mogą mieć nawet około stu lat.  Pochodzą z Chin (i to nie tych współczesnych 🙂). 

Ta większa jest filiżanka herbaciana, ta mniejsza wygląda na kawową. 

Tyle mi pozostało. Myślę, że ktoś z naszej rodziny ma jeszcze część tego kompletu. 

Czy ja nie mówiłam, że każda filiżanka ma swoja duszę i własną historię?  

*****************

Mam nadzieję, że czytając ten wpis raczyliście się dobrą mocną kawą, może czarną albo z delikatną śmietanką lub ze spienionym mlekiem posypanym cynamonem lub czekoladą  w wybranej tylko dla siebie filiżance. 

No, ewentualnie… herbatką! 😃


BACK

 Ułamek prawdy o strachu

                                           

31 maja 2023 

Czy się boję? Boje się każdego dnia, każdej chwili. Wszyscy się boimy choroby, śmierci. Szczególnie tej nagłej i w starszym wieku. Ale staram się o tym nie myśleć. Bo inaczej nie mogłabym żyć normalnie. Każdy człowiek wie, że śmierć jest częścią naszego życia i że nikt się nie wywinie spod jej “kosy”. 

Ale wiedzieć a myśleć o tym, wpadać w dołki depresji, poddawać się panice – to już zupełnie coś innego. 

Na szczęście świat jest tak mądrze skonstruowany, że od urodzenia zawsze coś wokół nas się dzieje. Jesteśmy zajęci. Jesteśmy w ciągłym ruchu. Im większym tym lepiej. Pomiędzy dziesiątkami obowiązków, nauką, pracą, przyjemnościami, wyzwaniami i trudnościami każdego dnia, nie mamy czasu na zastanawianie się nad śmiercią. Jeśli dopada nas nieplanowana i nieoczekiwana wśród najbliższych, zaskakuje nas potężnie i wtedy, niestety, musimy zmierzyć się z problemem.  

Boli! Boli bardzo i w różny sposób. Pozostawia ślady, doświadczenia, ale wciąż to problem odległy, jakby trochę… “nie nasz”.

Natura jest sprawiedliwa. Natura dba, byśmy zostali obdarowani wszystkimi możliwymi uczuciami i doznaniami.

Nie! Nie powiedziałam, że równo! Tego nikt nam nie obiecywał!  Często doznajemy uczucia, że inni mają lepiej i więcej, że są szczęśliwsi niż my.  Choć tak bardzo się staramy, pracujemy, to nie osiągamy tego, co mają inni. To nieprawda. To co widzimy, to tylko wycinek obrazu, który obserwujemy i notujemy w swojej głowie.  Każdy “niesie swój krzyż” – mówi popularne powiedzenie i nie wierzcie, że istnieje człowiek, któremu wszystko udaje się szczęśliwie.  

Moja przyjaciółka ma takie powiedzonko: “Każdy ma swojego mola”. Mól czy krzyż – obojętnie jak to nazwiemy. Kiedyś zawsze dopada nas czas, gdy gryzie mól albo zmagamy się z ciężarem krzyża. 

Nasza psychika świetnie dostosowuje się do walki z takimi momentami. Życie jest jak sinusoida – raz w górę a raz w dół. I znów i znów. Raz bardzo wysoko a innym razem głęboki dołek. Czasami tak głęboki, że nie potrafimy wydostać się z tego dołka sami. Wołamy o pomoc. Albo gubimy się i jest źle.. Kryzysy i fatalne efekty.  Zwycięstwa i radości powrotu… 

Mijają lata.  To co kiedyś było tragedią, dziś jest tylko mgiełką przykrego wspomnienia.  Albo doświadczeniem, które – przeciwnie – chcemy pamiętać, bo daje nam siłę do trzymania się w pionie i stąpania twardo po prostej drodze. 

Strach. Kto nie zna takiego uczucia? A jednak.. Strach jest różny. Strach bólu fizycznego nie jest taki sam jak strach cierpienia psychicznego, zadanego przez najbliższą osobę. Nie porównuję, który ból jest trudniejszy do zniesienia. Po prostu nie wiem!  Nie wyobrażam sobie jak można wytrzymać ból wyrywania paznokci czy bicia, katowania fizycznego. Nie mam o tym pojęcia. Przeczytalam ogrom książek opisujących setki takich bólów i wciąż zastanawiam się jak autorzy mogli to wiedzieć? Wyobraźnia czy wywiady, rozmowy z tymi, co tego doświadczyli?  Własne doświadczenia? Te ostatnie raczej nie, bo w większości to autorzy wsþółcześni, którzy chyba takich fizycznych doznań nie przeżyli.  Z drugiej strony – wszędzie wokół nas ludzie codziennie doświadczają przemocy domowej, także fizycznej więc zadawanie bólu drugiemu czlowiekowi istnieje na wyciągnięcie ręki.  Przemoc to także molestowanie psychiczne, którego można nie zauważyć latami, choćby się działo tuż obok nas.  

Bywa, że zło mija. Mozolnie podnosimy się i wychodzimy z dołka. Układamy sobie życie. Uśmiechamy się. Jest dobrze. Ale strach wciąż w nas pozostaje. Nawet nie zdajemy sobie sprawy, że nigdy do końca nie uwolniliśmy się od niego. 

Atakuje nas w najbardziej nieoczekiwanym miejscu i czasie. Człowiek zdrowy silny, w jednym momencie staje się przebitym balonikiem, z którego uszło powietrze, choć przecież nie miało prawa!  Każdy strach jest siłą niszczącą. Niezależnie od wieku i od przyczyny.  Strach jest ludzkim uczuciem. Także strach przed śmiercią.  

Cierpienie bliskich nam ludzi budzi w nas strach – strach ich fizycznego cierpienia i nieuchronnej śmierci.  Może jeszcze nie dziś i nie jutro. Ale kiedy wkraczamy w wiek  “smugi cienia” (podoba mi się to oficjalno-delikatne określenie dla ludzi starszych, po 60-ce) naturalnym jest, że o tym myślimy. Jedni potrafią traktować to ironicznie, drudzy – z paniką, jeszcze inni – filozoficznie. Są tacy, którzy wpadają w sferę rozmyślań religijnych i tam znajdują miejsce do rozwiązywania i układania swoich wątpliwości. Jeszcze inni nie chcą niczego układać, wolą nadrabiać to, czego nie zdążyli w życiu zrobić – podróżują, czytają, malują i nie chcą pozwolić sobie na żadne rozważania o strachu i wizji końca. Nie mają na to odwagi. 

Stadium obrony. Obrony przed cierpieniem. Własna mała filozofia. Bo każdy z nas jakąś ma. Wiadomo, że najlepiej umrzeć we śnie jak królewna Śnieżka, bo wtedy nic nas nie będzie bolało i może jeszcze znajdzie się jakiś królewicz, co magicznym pocałunkiem przywróci nam życie. 🙂  Bywa, że tak ludzie umierają.

Wszystko to co teraz piszę, to moje smutne przypuszczenia.  Tak naprawdę nie wiem, jaka jest bariera prawdy i bezpieczeństwa pomiędzy zdrową jeszcze myślącą głową, a już tą chorą zmaltretowaną bólem, jeszcze czującą, ale już tą, która nie do końca wie, jaka decyzja będzie dla niej najlepsza…

Ale najczęściej ludzie starsi chorują, cierpią. I to cierpienie odziera ich z godności i szacunku. Ból niszczy nas, nie panujemy nad sobą, cierpienie wykrzywia nasz obraz, nie chcemy takimi pozostać w pamięci najbliższych. Ale już nie mamy na to wpływu. Często nie decydujemy o sobie. Nie mamy siły, jesteśmy zdezorientowani, nie rozumiemy co się z nami dzieje. Jesteśmy zdani na tych, którzy zadecydują za nas…

Nasza przyjaciółka jest bardzo chora. Moja znajoma bardzo cierpi.

Moja kochana przyjaciółka  straciła “siebie” i stała się inną osobą…

Jak to mówią – trochę popularnie i trochę ironicznie: biorą “z naszej półki”.  Wiem. Tragedie dzieją się każdego dnia. Ludzie umierają. Ludzie też chorują, walczą i zdrowieją.  

Wszystko to wiem ja i wiesz Ty. Tak trwa życie… Ale to nie zmniejsza mojego strachu i mojego bólu. 

Miałam cztery może pięć lat, kiedy uległam wypadkowi, gdy jechałam na motorze z tatą.  Było lato, wakacje. Pamiętam, że tata trzymał mnie z przodu, przed sobą. Nie wiem, gdzie jechaliśmy, jak długo i jak daleko. Pewnie to nie była żadna wielka wyprawa. Nie mam pojęcia co się zdarzyło. Nie pamiętam żadnego zderzenia ani upadku. Pamiętam pobyt w szpitalu, gdzieś poza Krakowem. Może to były Myślenice? Miałam przy łóżku blog kartek papieru i dostałam od Mamy pudełko kolorowych kredek. Malowałam dużo obrazków, na wszystkich kolorowe tęcze i słoneczka. A może tylko mi się tak wydawało? W każdym razie tyle zostało mi w pamięci. Potem już zawsze bardzo bałam się motorów.  

Kiedy poznałam mojego przyszłego męża, on kupił sobie skuter marki “Osa”.  To był szał motoryzacyjny tamtych czasów szczególnie dla młodych ludzi. Był zachwycony, ale z tym skuterem ciągle były problemy i wiecznie trzeba było coś tam naprawiać. Wacek miał też bliskiego kolegę, który posiadał motor. Taki prawdziwy, duży ciężki i okropnie głośny. W którąś ładną pogodowo sobotę chłopcy postanowili, że pojedziemy na motorową wycieczkę, my na skuterze i kolega na swoim wściekłym potworze. To miała być krótka trasa do Porąbki koło Sosnowca, nad Zalew czy coś takiego (nie miałam najmniejszego przebłysku, że kiedyś będę tam w pobliżu mieszkać.🙂 Oczywiście, motor szalonego kolegi wyprzedzał nas  co chwilę a nasza „Osa” prychała, stawała, wciąż mieliśmy z nią jakieś kłopoty. Na kolejnym postoju kolega zaproponował, żebym przesiadła się i pojechała z nim. A ja – młoda i głupia dałam się namówić.. On – młody i także glupi musiał przecież zaszpanować dziewczynie kumpla i jak przyłożył nogę do pedału gazu i jak zawył i ruszył z kopyta, to do dziś nie wiem jak ja to przeżyłam! Obudził się we mnie taki strach, że sparaliżował mnie od nóg po czubek głowy. Wrzeszczałam jak opętana a on był pewien, że ja tak z rozkoszy do rozpędzonej maszyny.. Najgorzej było na zakrętach jak pochylał tego potwora. Czułam, że niemal dotykam asfaltu..  To był horror! 

Wydaje mi się, że w końcu dojechaliśmy nad ten zalew, ale głowy dziś nie dam sobie uciąć. Byłam sparaliżowana strachem i nienawidziłam facetów, którzy uwielbiali dwukołowe maszyny!  Mam jakieś przebłyski pamięci siedzenia na zielonej trawce i zjadania smacznych kanapek (bo jakby inaczej na polskim pikniku!). 

Szczęśliwy moment ..sprzedawania „Osy” wtedy już mojego męża

A potem – powrót do Krakowa. No i tu już nasza “Osa” postanowiła do końca pokazać swoje żądło… Na tym skuterze nie można było rozwinąć dużej szybkości, ale oczywiście (dziś tak myślę), mój chłopak (a przyszły mąż) musiał jednak ściąć ostry zakręt w popisowym stylu i… nasza “Osa” wraz z nami wywaliła się w równie popisowym stylu. Dzięki Bogu nic nie jechało w tym momencie, co by nas rozjechało, uszkodziło etc.  Miałam takie ładne aksamitne ciemno-czerwone spodnie, które zostały starte na całej długości nogawki z aksamitnego meszku. Nie mówiąc o startej do krwi skórze, bo to się wtedy mniej liczyło niż spodnie..  W każdym razie, przyciągnęlismy nasz skuterek do najbliższego domu, gdzie dobrzy ludzie pozwolili nam go zostawić w jakimś pomieszczeniu (chyba komórce?) do następnego dnia, a my zatrzymaliśmy Fiata 125, a uprzejmy kierowca zgodził się nas zabrać do Krakowa. Po “Osie” zostały nam w rękach tylko bardzo ładne, kupione kiedyś w Berlinie, kaski. Nasz kolega pojechał do Krakowa swoim “rumakiem”, by zawiadomić rodziców (moich przyszłych teściów), że żyjemy i jakoś doczłapiemy się do domu. 

Przygoda motorowa skończyła się szczęśliwie. Następnego dnia Wacek odebrał Nyską czy czymś podobnym swoją ukochaną “Osę”, ale od tej chwili już tylko miesiącami stała w garażu albo u mechanika, aż pewnego pięknego (!!) dnia udało się ją sprzedać.  Ja natomiast już nigdy nie siadłam na żaden inny motor i uraz do motorów pozostał mi do dzisiaj. Jadąc autostradą moim wygodnym kochanym Cadillac-iem, gdy nagle przemknie obok jakikolwiek motor z warkotem i jazgotem, wzdryga się całe moje ciało. Jak wtedy gdy miałam kilka lat. Nie znoszę motorów, choćby były najpiękniejsze. Budzą we mnie strach, niechęć i mimo, że młodzieńcze, to złe wspomnienia. 

Pamiętam – stoję na balkonie ósmego piętra. Blok jakich tysiące w komunistycznej Polsce. Ale mieszkanie własne i nareszcie duże. Cztery pokoje na tamte czasy. I jeszcze remont, który nowocześnie połączył kuchnię z gościnnym pokojem. Urządzone kreatywnie i z rozmachem, na ile to było wtedy możliwe.  Byliśmy młodzi, zawsze miałam smykałkę i wyobraźnię do takich projektów.  Balkon był wąski, długi i – co tu dużo gadać – po prostu brzydki. Ale był. Wychodził prosto na główną dwupasmową ulicę, po której środkiem jeździły tramwaje. Niestety, bardzo głośne. W lecie, gdy drzwi balkonowe były otwarte (w końcu potrzebowaliśmy “ świeżego zagłębiowskiego” powietrza 🙂 w momencie przejazdu tramwaju rozmowa w pokoju nie była słyszalna. Jazgot tramwajowy zagłuszał ją kompletnie! Ale – jak do wszystkiego, tak i do tego przyzwyczailiśmy się bardzo szybko. W końcu zawsze można było pozamykać szczelnie wszystkie okna…

Marzyłam i planowałam zrobić sobie malutki “ogródek” na balkonie, stoliczek i małe dwa krzesełka, by z przyjaciółką wypić czasem kawę i poplotkować.  Nie było takiej szansy. Za wąsko, za głośno, za brudno. Co kilka dni wielkie mycie balkonu. Cóż – Zagłębie, obok Śląsk. Pewnie niektórzy wiedzą o czym mówię. 

To było tylko (!) ósme piętro. A dla mnie otchłań bez dna..

Stałam więc na tym wymarzonym balkonie i patrzyłam w przestrzeń. Daleko. To jedyne, co mogłam robić. Widziałam przestrzenną ulicę, szkołę moich dzieci po drugiej stronie, duże akademiki Uniwersytetu Śląskiego, w dwóch z nich mieliśmy swoją historię mieszkania. W dali blokowiska aż po zarys Zagórza.. Na to mogłam patrzeć. Ale gdy tylko spojrzałam blisko, w dół , natychmiast żołądek podchodził mi do gardła i panika opanowywała moją głowę. Już wtedy miałam lęk przestrzeni.  Łatwo to było zatrzymać, bo drzwi były blisko, na wyciągnięcie ręki. Mogłam szybko uciec w głąb mieszkania i nikomu nie zwierzać się z mojego lęku. 

Kiedyś moja córka Kasia miała chomika. Nie pamiętam jak to się stało, ale chomik znalazł się w okolicy balkonu a potem.. Pewnie z niego spadł. “Pofrunął” w dół. Nie było mnie wtedy w domu. Dziecko rozpaczało. My dorośli zajęliśmy się smutkiem dziecka. A ja – długo nie mogłam poradzić sobie w mojej wyobraźni z  wizją spadającego chomika. Prześladowało mnie to miesiącami. Nigdy tego nikomu nie powiedziałam, ale do dziś nie pozbyłam się tego obrazu z pamięci. 

Gdy przyjechaliśmy do Houston, oczywiście zamieszkaliśmy w mieszkaniu na 1-szym piętrze, potem w wynajętym domu na parterze. Problem stał się odległy.  Za to powrócił kiedy pewnego dnia przyjechaliśmy do Krakowa i stanęłam na balkonie rodziców mojego męża. Piąte piętro. I nie mogłam spojrzeć w dół!! Piąte piętro było o wiele “wyższe” niż nasze dawne domowe ósme. Poczułam mdłości, zawroty głowy. Musiałam stać pod ścianą, daleko od barierki. Miałam poczucie, że nie wytrzymam.. Będę musiała poszybować tak jak kiedyś chomik.. 

Te zdjęcia mogłam robić tylko patrząc na wprost a nie w dół. wysokośc – 124 piętro!! Dubai- Burj Khalifa (585,4 m)

A potem było jeszcze gorzej, gdy w czasie różnych pięknych wycieczek zdarzało się nam zwiedzać wysokie miejsca jak wieże w Auckland, w Dubaju, w San Antonio itd. W każdym takim miejscu z cudownymi widokami w przestrzeń ja musiałam tak się ustawiać, by mój wzrok był “bezpieczny” i nie spoglądał wprost w dół.  By moja glowa nie doznawała wstrząsu i paniki. I nie chciała natychmiast “uciekać” w stronę ziemi, w dół…

Lęk wysokości to fobia i zdaję sobie sprawę, że powinnam umieć ją opanować. Od wielu długich lat unikam sytuacji, w których mogłyby mnie dopaść takie uczucia. Ale nie jest to do końca możliwe.

Przeprawy przez wiszące mosty nad przepaściami zieleni i jedno zdjęcie ze zjazdu na linie. Dobrze, ze mojej twarzy tutaj nikt nie zobaczy..

Pamiętam, kiedy chodziliśmy po pięknych przestrzeniach, gdzie na ogromnej wysokości dwa miejsca  połączone były “mostem szklanym” po którym trzeba było przejść, żeby dostać się na dalszą część drogi. Nikt z moich bliskich nie zdawał sobie sprawy co ja czułam i co pokonywałam w sobie, by ten ”most” przejść… Nie wiem jak ja to przeżyłam! 

Podobnie przepiękne połączenia drewnianymi wąskimi  wiszącymi mostami w Costa Rica nad zielonością lasów, gdzie pod nami skakały małpy i latały cudne ptaki. Wszyscy zachwycali się cudami przyrody, a ja mdlałam przed p-r-a-w-i-e śmiercią. 

Do dziś nie wiem jak przeżyłam zjazdy linowe w Costa Rica, które dla całej mojej rodziny i to na takiej wysokości były wielką atrakcją, a ja wstydziłam się powiedzieć o mojej tajemnej fobii.  O przeszywającym strachu, który nawet dla mnie jest niezrozumiały. O tym, że NIE dam rady i nie wiem, czy przeżyję… Dla nich to była dodatkowa atrakcja: Babcia, która boi się zjazdów na “zipline”. 🙂

W końcu i ja, gdy już przetrwałam ten dzień, razem z nimi do dziś się śmieję, bo cóż mogłam wtedy innego powiedzieć?.. Ale dopiero dzisiaj, po wielu latach, po raz pierwszy o tym mówię. 

Strach. Ma różne przyczyny. I różne nasze reakcje. Często głęboko skrywane. Boimy się rzeczy małych i większych. Mamy własnego “mola”. 

Śmierć jest dla wszystkich wspólna i sprawiedliwa. Ale niejednakowa.  Każdy boi się jej inaczej.

Są i tacy, którzy się nie boją.  A ja… zgodziłabym się z Woody Allenem.


BACK

Gdybym była wiosną.. Etiuda słowna

17 maja 2023

Gdybym była wiosną podarowałabym ci pierwsze ciepłe powiewy wiatru. I nieśmiałe promyki przebijającego się przez chmury słoneczka. 

Podniósłbyś wysoko głowę do góry i zauważyłbyś na tle nieba sznur powracających  ptaków.  I wypatrywałbyś  kolejnych zwiastunów wiosny…

Nie widziałam kaczeńców od tamtej wiosny. Nie wiedziałam że nazywają się po angielsku Mash Marigolds. Zawsze jest czas, żeby nauczyć się coś nowego..

Gdybym była wiosną przywołałabym obraz pozimowego dnia, gdy w górach jeszcze leżał śnieg, ale w dolinach już zieleniły się pierwsze kępki trawy. Żółte kaczeńce wychylały do słońca swe piękne główki. Kaczeńców było mnóstwo, układały się w złoty dywan za oknem pociągu, który z głośnym furkotem pędził w stronę miasta.  Wtedy także leniwie nadchodziła – wiosna. 

Wiosna często długo nie chciała do nas przyjść, czekaliśmy całe tygodnie. Zaglądaliśmy do kalendarza i była tuż tuż.  Sprawdzaliśmy termometry na zewnątrz okna, ale tam uparcie wystawiała nas na próbę cierpliwości. Wtedy nie byliśmy cierpliwi. Wiosna była jednak uparta i robiła po swojemu.  Nie chciała ani przyspieszyć, ani posłuchać naszych marudzeń, ani próśb. Wiosna była niezależna. To my musieliśmy być grzeczni i czekać cierpliwie. 

Tamte wiosny  miały często posmak długich spacerów, kiedy tak bardzo marzły mi  kolana. Tak chciało się usiąść na ławce w parku, gdzie w sadzawce pływały pary łabędzi, ale wiatr rozwiewał pieczołowicie zrobioną fryzurę długich włosów i trudno było wytrzymać w jednej pozycji.  

Wiosna była nam potrzebna, żeby wreszcie zrzucić znudzoną już czapkę i otulający szyję szalik.  By rozpiąć zimowy płaszcz i zamienić go na lekką kurtkę albo luźny sweterek. Potrzebowaliśmy poczuć wolność, radość wiosenną… Zmęczeni zimą – tęskniliśmy za  nową wiosną. Taką wiosną, co przychodziła każdego roku i przynosiła “nowe życie”. Nowy kwitnący rok. 

Gdybym była wiosną, zamieszkałabym na Rynku w Krakowie. Za sąsiada miałabym Adasia M. a na ploteczki każdego wieczoru zasiadałabym z krakowskimi kwiaciarkami na krawędzi jego pomnikowego cokołu. Sprawdzałabym codziennie świeże kwiaty w wiadrach pod kolorowymi  parasolami. Obserwowałam z radością i zaciekawieniem, kto komu i jakie bukieciki kwiatów kupuje. I daruje. Czy kupujący długo zastanawia się nad wyborem? Czy myśli, czy wdycha zapachy konwalii, frezji? A może wybiera hiacynt w doniczce wierząc, że przetrwa dłużej niż maleńki bukieciḳ?.. Może zainspirują go (albo ją)  niepozorne przylaszczki albo cichutkie pierwsze pierwiosnki. A ktoś inny z rozmachem i szerokim uśmiechem wybierze bukiet ledwie rozwijających się pastelowych tulipanów albo intensywnie żółtych żonkili zmieszanych z białymi narcyzami…?

Gdybym była wiosną, żyłabym odmierzając czas dźwiękiem trąbki hejnału z Wieży  Mariackiej.  Mogłabym jeszcze dodać słowa dawnej piosenki “To był maj.. Już zapisani byliśmy w urzędzie.. Małgośka, tańcz i pij..” 🙂

Gdybym była wiosną, trzymałabym kciuki za wszystkich maturzystów, którzy idą zdenerwowani aleją kwitnących kasztanów na swój wielki egzamin dojrzałości.  Żadna wiosna nie przepuści młodym sprawdzianu tego, co przez dwanaście lat zakuwali w szkołach. Coś musiało przecież zostać w tych ślicznych młodych główkach i pod dumnymi czołami przystojniaków.  

Gdybym była wiosną, obdarowałabym tych wszystkich młodych ludzi podwójną dawką wiedzy o życiu, literaturze, uczuciach, pięknie świata i wszystkim, co może im się przydać na dalszej drodze dorosłego życia. Ale nie jestem wiosną… 😃 I dzięki temu, każdy Młody sam pracuje na swoje doświadczenia. Na własną wiosnę! 🤩

Gdybym była wiosną, mogłabym marzyć tak jak kiedyś. 

Opowiedzieć o różnych minionych wiosnach i nadziejach. O spełnionych marzeniach i o takich, których nigdy nie miałam śmiałości odkryć nawet przed sobą. Nie, nie żałuję ! Bo nie ma takiego człowieka, który spełniłby wszystkie marzenia. Gdyby tak było, zostałaby pustka i cisza przed odejściem.  Czarna dziura, której nie umielibyśmy rozświetlić pozytywną myślą, ciepłą wizją, kolejnym marzeniem.  

Ludzie kochają psy. Niektórzy bardziej inni mniej. Ludzie stworzyli na Facebook-u taką akcję, którą nazwali “Stare psy też mają swoje marzenia”. 

Starzy ludzie też mają marzenia. Starsi ludzie też marzą, choć może nie umieją się do tego przyznać.  Mówią – “ja już wszystko przeżyłem, już nic mi nie potrzeba, pragnienia, plany na przyszłość są dla młodych”…

Gdybym była wiosną, owiałabym tych starszych ludzi wiatrem nadziei, nową wiosenną energią, wiarą i potrzebą marzeń i pragnień, dopóki życie trwa!  Pragnień – nawet tych najmniejszych, które pozornie są niezauważalne. Dla innych są zwyczajnymi zdarzeniami – dla starszego człowieka mogą być cichym spełnieniem jeszcze jednego marzenia. 

Jeszcze jedna wiosna, jeszcze jeden piękny rok.  Jedno marzenie więcej, jeden uśmiech, jedna dobra niespodzianka.  To jak czekoladka w dzieciństwie, jak piątka w zeszycie z polskiego, jak przypadkowe spotkanie uwielbianego aktora, jak niespodziewana randka w młodości.  

Moich wiosen było bardzo dużo. Były kwitnące i pachnące. 

Ale wiosna ma czasem swoje humory,  złości się i nadciąga z czarnymi, gradowymi chmurami. Ciska wtedy błyskawicami, rzuca porywistym wiatrem, ulewnym deszczem  i gradem.  W moim życiu bywały i trudne wiosny. Uczyłam się wtedy walczyć z przeciwnościami i szukałam drogi do kolejnej nowej wiosny. 

Gdybym była wiosną, nie chciałabym być chmurą gradową. A jednak – nie da się żyć idealnie.  Jesteśmy częścią dobra i zła. Wszystko jest płynne…

Emanująca świeżością i nadzieją – WIOSNA

Gdybym była wiosną, chciałabym być tak śliczna i niewinna jak  maleńka wnuczka mojej Przyjaciółki. Jak miliony małych dziewczynek, które są świeżutką wiosną, z wiankiem żółtych mleczy na głowie.  Urzekają świat dobrocią i prostotą. Każdego ranka otwierają swe wielkie oczy i napełniają nas nadzieją na kolejny szczęśliwy dzień. Jak wszystkie nasze kochane dzieci i wnuki na świecie.  Niezależnie czy dopiero stawiają pierwsze kroki czy już uciekają w kolejny etap uniwersyteckiego życia.

Gdybym była wiosną, pomalowałabym świat na zielono. 🙂 Nie, nie tylko!

Wiosenna wizja świata – w kolorowych obrazkach dziecięcych. To także moja wizja.

Tak naprawdę mój wiosenny świat byłby najbardziej kolorowym światem! Na zielonym tle – wszystkie kolory kwiatów, błękit nieba, żółte wielkie słońce… jak na najprostszych i nieszczęśliwych obrazkach dziecięcych. Żadnych szarości i brązów, żadnych smutków i łez. No, chyba że wiosna potrzebowałaby łez wzruszeń i szczęścia…

Gdybym była wiosną… ale nie jestem.
I wiem, że niedługo przyjdzie jesień…

****************************************************************************

Wiosenna majowa piosenka Maryli Rodowicz. Rok 1973, 50 lat temu.

Rok później była moją ślubną piosenką. Wtedy byłam wiosną. I miałam w dniu ślubu cywilnego taką „bananową” spódnicę jak Maryla.. (i ten „Maluch” na scenie..😀) Wtedy wierzyłam, że będę wiosną zawsze..


BACK

W poszukiwaniu autentyczności

8 maja 2023

Pokochaj siebie! – to pierwszy stopień, który musimy pokonać, by poczuć się szczęśliwym!  Szczęśliwą w wersji, jaką naprawdę jestem. Dziś w pełni zdaję sobie z tego sprawę i nie muszę się z kryć się z prawdziwymi uczuciami i dostosowywać się do innych.  Jestem jaka jestem. Dziś już wiem, że warto być autentyczną, nawet jeśli nie wszyscy za to mnie lubią. Nie ma nic gorszego, jak udawanie, dostosowywanie się do innych ludzi, bycie kimś, kim NIE jesteśmy. Wydaje nam się, że tak jest lepiej, że nie narażamy się na nieprzyjemne sytuacje, a tak naprawdę wyrządzamy sobie podwójną krzywdę – inni ludzie nigdy nie będą mieli szansy, żeby poznać nas jacy naprawdę jesteśmy.  Będą nas traktować tak, jak my siebie kreujemy, a nie jaką osobowość prezentujemy naprawdę. Za to my będziemy już zawsze w stresie kontrolować nasze reakcje, by nie wyszło na jaw, że nasza autentyczność jest głęboko skrywaną cechą. 

To nic nowego, każdy z nas w pewnym momencie życia walczy z takimi sytuacjami. Kwestią istotną pozostaje, kiedy, jak i czy potrafimy uporać się z tym problemem głęboko skrywanej  naszej osobowości. 

Na poczucie  autentyczności i szacunek do samego siebie pracujemy przez całe życie.  Od wczesnego dzieciństwa, gdy w pierwszych  trudnych sytuacjach musimy wybrać i podjąć decyzję. Uczymy się tych wyborów: tak lub nie, białe czy czarne. On lub ona. Chcę lub nie chcę.. itd.  I tak naprawdę bardzo często te wybory nie są “białe albo czarne”, bo zazwyczaj bywają “szare”, a nam ciężko być pewnym czy nasza decyzja zgodna jest z  tym, co naprawdę czujemy, z uczciwością w naszym sercu, z poczuciem prawdy wewnętrznej.  Istnieje milion czynników zewnętrznych, które niestety zawsze silnie na człowieka oddziaływują. 

Nie będę tu roztrząsać tego, o czym mówi wiele mądrych nauk dotyczących osobowości i wyborów ludzkich.  Każdy z nas mógłby sypać przykładami z własnego życia jak deszcz z gradowej chmury. 

Nie chcę nikogo  sprawdzać ani osądzać. Autentyczność to w gruncie rzeczy bardzo osobisty temat. Moje poczucie autentyczności z pewnością nie jest twoim. W pewnym sensie wiąże się z pojęciem uczciwości, ale tej osadzonej głęboko w nas samych. Nie tej objętej przepisami, normami, których musimy codziennie przestrzegać. Tej uczciwości, której w wielu sytuacji nikt nie sprawdzi. My sami musimy się ocenić.  

Jeśli dorastasz w ciągłym poczuciu gry udowadniania innym, że wszystko co robisz jest zawsze “dobre”, że nigdy nie popełniasz błędów, że jesteś we wszystkim tak dobry, iż niemal zawsze wyprzedzasz każdego o pół kroku… – to najprawdopodobniej zatraciłeś swoją autentyczność.  Bo prawdziwy autentyczny człowiek popełnia błędy i w dodatku umie się do nich przyznać, bo zdarza się, że przytrafia mu się niepowodzenie, nie osiąga zaplanowanego celu, bywa, że wpada  życiową pułapkę. Tak się zdarza wszystkim, bo takie jest życie. Jeśli kreujesz siebie na człowieka sukcesu, to co najwyżej możesz być tylko sztucznym pomnikiem, bez człowieczej duszy. 

Być autentycznym to dla mnie być sobą. Nie mieć obaw przed ukazaniem swoich wad, co nie oznacza, że muszę się nimi chwalić. Podobnie – nie oznacza to, że jeśli przykładowo moje poglądy polityczne czy jakiekolwiek inne ranią kogoś i jeśli o tym wiem, nie będę celowo o  nich mówić. Ale gdy ktoś  zapyta mnie o nie, nie będę tchórzyć i ukrywać mojego zdania, tylko dlatego, by dostosować się do rozmówcy.  Jak je zaprezentuję i przekażę, to kwestia kultury i sposobu rozmowy. 

Przykładów można mnożyć. 

Niestety, my – pokolenie Polaków, wychowanych za czasów komuny, w szkole, w której lepiej było nie odzywać się, niż powiedzieć o pół słowa za dużo lub chlapnąć jedno “niewłaściwe” słowo, mamy ten smutny nawyk “chowania głowy w piasek” i na wszelki wypadek nie odzywania się, żeby “nie zrobić komuś przykrości”. W ten sposób latami zaciera się  w większości nas autentyczność. Znam wielu ludzi, którzy w “tłumie” zachowują się inaczej niż jakimi są naprawdę. Jest to częsty mechanizm obronny, wygodny, który wydaje się bezpieczny. Tyle, że.. nie jest. Ten sposób naszego zachowania wykorzystują inni, którzy należą do drugiej kategorii. Są nieautentyczni,  bo to my przez lata pozwoliliśmy im na to. 

Proszę nie odbierać wywodów personalnie! To ogólne spostrzeżenia i dotyczą zarówno mnie jak i ciebie. Wszyscy popełniamy takie same błędy. Różnica jest tylko taka, że ja dziś o tym mówię otwarcie, a inni nigdy się do tego nigdy nie przyznają. 

Kiedy zastanawiałam się czy poruszyć na blogu ten temat, sprawdzałam jakie znaczenie słownikowe ma słowo “autentyczny”. Nie jest to jednoznacznie określone słowo, ale jednym z jego  wymienników są: ”szczery, prawdziwy i nieprzekłamany”.  Jak łatwo zauważyć, to znów grupa określeń, która należy do wyrazów podlegających ocenie indywidualnej, intymnej, personalnej.  Moje rozumienie słowa “szczery” zapewne będzie inne niż twoje. Szczerość to szerokie pojęcie i znów normy prawne, religijne czy ogólnoludzkie tu pewnie nie wystarczą.  

W moim mniemaniu kiedyś trzeba zdobyć się na odwagę i ustalić SWOJĄ normę autentyczności. Można całe życie być “chłopcem w krótkich spodenkach” i nie chcieć, nie umieć podejmować żadnej takiej poważnej decyzji. Albo odwrotnie – można dojrzeć bardzo szybko i wiedzieć kim się jest i czego się w życiu naprawdę chce. Ludzie są różni. Mówię to często, bo taka jest niepodważalna prawda.  

Gdy ma się tyle lat co ja, świat już staje się dla takich coraz jaśniejszy. Doświadczenia nauczyły mnie wiele. Widziałam, czułam, byłam szczęśliwa i płakałam. Byłam wściekła i czułam wielką wdzięczność. Zabolało mnie niejeden raz, wiem, że i ja popełniłam wiele błędów. To najlepszy moment, by nie bać się być autentycznym.  

Ludzie przechodzą w życiu fale różnych fascynacji. W zależności, gdzie czas i przypadek nas rzuci zachwycamy się dziwnymi zjawiskami i ludźmi. Nagle kręci nas coś, na co jeszcze wczoraj czy pół roku temu nie zwrócaliśmy najmniejszej uwagi.  Ktoś potrafi niesłychanie sugestywnie opowiadać o czymś nowym, nieznanym i jesteśmy porażeni siłą jakiejś idei czy rzeczy posiadanej przez inną osobę. Definitywnie nie stać na to w tym momencie. I co się dzieje? Zaczynamy powtarzać słowa, fascynować się cudzymi opowieściami , doprowadzać się do stanu, w którym wierzymy, że  to co mówimy jest autentyczne, prawdziwe i… jest NASZE.  Autentyczność nabyta, bezwiednie “pożyczona”.  Czujemy się lepsi, ważniejsi. Jestesmy przekonani, że zyskaliśmy coś, czego nam w życiu brakowało. A tak naprawdę, straciliśmy dużo więcej niż zyskaliśmy..  Znacie takie sytuacje? Zapewne wiele.  Powtarzają się każdego dnia, w każdej grupie koleżeńskiej, rodzinnej, biznesowej.  Bo łatwiej człowiekowi upodobnić się do kogoś innego, niż walczyć o siebie, o inność i autentyczność. Z jakiegoś dziwnego powodu łatwiej jest nauczyć się naśladowania, snucia sztucznych nieprawdziwych opowiastek tak długo, aż sami zaczynamy w nie wierzyć, zamiast być naturalnymi i zwyczajnymi.   

Ile to razy byłam świadkiem, że ktoś ukradkiem wystawiał metkę świetnej znanej firmy zza kołnierzyka, by znajomi wiedzieli, jaką bluzkę ma dziś na sobie. Ktoś inny demonstracyjnie kładł torebkę “Prady” na stole, by każda koleżanka zanotowała tę informację w swojej pamięci. Torebka wcale nie była ładna, ale to przecież nie miało znaczenia.. W dziesiątkach towarzyskich rozmowów przewijalo sie niechcąco rzucone słowo o marce i cenie nowego TV czy domu, który właśnie znajomi planują kupić… Wszystko to jest absolutnie ludzkie!  Zwłaszcza kiedy jest się młodym i marzy się o sukcesach. 

Dziś zwalniamy tempo takich opowieści. Powoli zmieniają się nam priorytety. A jeśli nie… O! To znaczy, że wciąż szukamy swojej drogi do autentyczności.  

Są dwa rodzaje autentyczności. Ta, która jest we mnie.  W mojej osobowości. Autentyczność, która walczy we mnie, mimo, że często nie przynosi poklasku. Ale niezmiennie walczy o miejsce wśród ludzi, którzy mnie docenią taką, jaką jestem.. Bez względu na moje lata, na mój wygląd, pieniądze, na pochodzenie. 

I inna “autentyczność”, którą ludzie budują przez lata wokół siebie jak najpiękniejszą legendę. Taką legendę, która przepelniona będzie ich sukcesami, w której każde wydarzenie ma niemal bajkowe zakończenie. Tyle, że to nie będzie autentyczność… 

To coś, co pomyliliście z fałszywą oryginalnością, nierzeczywistym obrazem samego siebie.  Lubicie siebie takim?  Dobrze się czujecie? I tak może być. Nie twierdzę, że takich ludzi nie ma wśród nas.  Nasze ludzkie głowy pomieszczą różne odczucia, wytłumaczą sobie wszelkie potrzeby i granice naszych działań.🤔

Nie lubię, gdy ludzie są sztuczni. W tej kwestii mam mocno sprecyzowaną opinię. Zawsze wtedy przypomina mi się fragment wiersza, który analizowalismy jeszcze na zajeciach w czasie studiów i dużo było wokól niego zapalonej dyskusji młodych studentów, pt. “Rozmowa o poezji” Stanisława Grochowiaka: 

…”Dlaczego z pani jest taka piwonia 
Co chce zawzięcie być butelką perfum?”..

Moje ulubione -Sisley. Mąż od lat dba by mi ich nie zabrakło na kosmetycznej półce.

Uwielbiam zapach moich perfum! Jak prawie każda kobieta mam swoje ulubione: Sisley Eau du Soir Eau de Parfum. Mało kto wie, że autorem, który stworzył piękny i oryginalny korek dla tych perfum jest Polak, Bronisław Krzysztof. Od lat współpracuje z firmą Sisley i zaprojektował dla nich wiele korków i flakonów nawiązujących do piękna ludzkiego ciała.  Ale równocześnie zdaję sobie sprawę, że nawet najpiękniejszy zapach perfum nie zastąpi naturalnych zapachów, które napotykamy w naturze. Wdychamy je całym sobą i nie zapominamy ich do końca życia. To właśnie zapachy są najsilniejszymi bodźcami, które  nasz mózg bardzo silnie rejestruje, do końca nie zdając sobie z tego sprawy.  

Uwielbiane przeze mnie naturalne zapachy kwiatowe.

Zapach jest najbardziej autentycznym elementem, który po wielu latach nasza pamięć potrafi rozpoznać. Dlatego cytat z wiersza Grochowiaka ma tak jasne przesłanie, tak dobitną psychologicznie prawdę. Piwonia zakwita w czerwcu, jest piękna, ale nie to jest najistotniejsze. Jej największym atutem jest powalający zapach. Naturalny, zniewalający. Dla alergików nawet zabójczy. Żadne perfumy nie są w stanie jej przebić, żadna próba naśladowania tego zapachu nie może się udać. Innym takim cudownym zapachem jest fiołek. Ten prawdziwy, niepozorny, dziko rosnący w lesie (nie ogrodowy!), malutki a pachnie tak specyficznie, że nic i nikt nie może go zastąpić. Pachnie aksamitem swojego koloru, delikatnością płatków i cichym pojawieniem swej maleńkiej główki w ciemno-zielonych liściach. Nie wiem, czy ktoś podobnie odczuwa ten zapach jak ja… 

I BEZ! Prawdziwy, majowy, liliowy! Jego zapach jest niesamowicie intensywny, a równocześnie tak pięknie przynosi delikatny powiew wiosny. Podobnie jak malutkie białe dzwoneczki konwalii… Każdy z tych zapachów jest niepowtarzalny. Autentyczny! I choć szczególnie często w sklepach kosmetycznych spotykamy produkty naśladujące zapach bzu, to jednak nigdy nie znalazłam niczego, co prawdziwy bez mogloby mi choć trochę zastąpić.  Bo to, co jest autentyczne jest jedyne! I jest prawdziwe. Wszystko inne może być podobne, ale będzie tylko lepszym albo gorszym naśladowcą. 

Podobnie jest z człowiekiem. 

Człowieku! nie wysilaj się, bo nawet najlepsza gra jest tylko grą. Piwonia, malutki skromny fiołek czy krótko, ale intensywnie pachnący bez, są prawdziwe i autentyczne, chociaż ludzie nie doceniają ich tak jak róże, które przez cały rok służą nam przy każdej okazji. O, proszę nie myśleć, że nie lubię róż!  Uwielbiam! Zawsze i niezmiennie mnie cieszą, gdy je dostaję!  To tylko porównanie, które ma służyć przypowieści o autentyczności – zapachów i nas – ludzi…

Koneserzy obrazów zachwycają się autentycznymi dziełami sztuki, choć w dzisiejszym świecie nie jest łatwo być pewnym, że obraz, ikona, rzeźba, fotografia, grafika, moneta, oryginalny zapis nut wielkiego utworu muzycznego itd. są autentycznymi. Dziś reprodukcje, repliki, kopie są tak cenne, że same w sobie są “autentyczne”.  Trzeba więc być wielkim znawcą i posiadać ogromną wiedzę, by na temat autentyczności takich przedmiotów się wypowiadać. 

Ludziom często wydaje się, że wiedzą o czym mówią, a w gruncie rzeczy powtarzają przeczytane, zasłyszane niepełne informacje, z których budują sobie obraz “znawcy” tematu. Nic w tym złego, że podajemy dalej wiedzę przeczytaną, nauczoną. Tylko chwalić taką postawę. Ale bądźmy uczciwi! – nie uzurpujmy sobie takiej wiedzy jako własne kolekcjonerskie doświadczenie. 

Inna strefa braku autentyczności, którą ludzie przyswajają sobie bez najmniejszej żenady jako własną i “autentyczną” to setki restauracji z jedzeniem obcych krajów, które w ostatnich dekadach wyrosły jak grzyby po deszczu i stały się modne w całej Polsce. Mamy więc restauracje, bary, bistra tajskie, chińskie, włoskie, brazylijskie, francuskie, amerykańskie i wszelkie inne. I ogromna większość z nich serwuje naprawdę dobre jedzenie. I przecież o to chodzi i klientowi i właścicielowi! Niektóre z nich są tak wymyślne i wysublimowane, że trudno by takiej szukać w oryginalnym kraju. Pomysły organizatorów, kucharzy, dekoratorów są naprawdę fantastyczne, ale czy to oznacza, że jedzenie jest autentyczne – „tajskie” czy “brazylijskie”?? Nie. Jest zbliżone. Bo skąd zdobyć do każdej restauracji amerykańskiej prawdziwe mięso na amerykańskiego steka?? Może, gdzieś istnieje jakaś… która  potrafi takowe sprowadzić, upiec… szczerze?

Przykładowe reklamy „obcych- autentycznych” restauracji w Polsce.

Wątpię w pełną autentyczność. Podobnie jak w dziesiątki przypraw najprawdziwszych, wspaniale reklamowanych i tym podobnych zabiegów, które oczywiście wydają się konieczne w dobrej reklamie i przy  tak dużej konkurencji. Użyłabym jednak wielu różnych słów, aby opisać te zabiegi doprowadzajace smakołyki do swietności smakowej i pięknego wyglądu na talerzu, ale o autentyczności menu raczej bym nie wspominała. Podobieństwo – tak. Smaki, fantastyczny kucharz, nastrój danego kraju – wszystko to może przekonać głodnego klienta do wejścia w progi restauracji serwującej najbardziej dziwne i niespotykane jedzenie. Ale slogan: „serwujemy autentyczne…… !” na mnie nie zadziała! 🙂

No i chyba już na koniec problem, który drażni mnie jako starą polonistkę najbardziej. Jak się z rozmów towarzyskich okazuje, nie tylko mnie.

Język. Co stało się, co dzieje się z autentycznością naszego języka polskiego? Oczywiście, w pełni rozumiem wzajemne przenikanie mieszanie się słów z różnych języków. Nie jest to proces nowy, od wieków takie zjawisko istniało, choć przeciętny człowiek nie interesujący się historią języka nie musiał tego zauważać. W dobie internetu, ogromnego przepływu informacji, zapożyczeń i rozwijającej się bardzo szybko technologii, która nie nadąża w wynajdywaniu własnego nazewnictwa, taki proces wydaje się uzasadniony. Ale problem sięga dużo głębiej i zrobiło się bardzo…niesmacznie. 

Już nie mówię o zwykłym: ok, hello, super czy T-shirt. 

Weźmy do ręki pierwsze z brzegu POLSKIE kolorowe czasopismo i spójrzmy na tekst, roi się jak w ulu od słów obcych : singielka, song, playback, lunch, high life, living-room, teenager i całe setki innych. A to tylko przykłady z języka angielskiego, bywają i z innych języków. Jeśli to miesza ktoś taki jak ja (czyli Polak mieszkający od ponad 30 lat w Stanach) – no, drażni nawet mnie, choć przyznaję ze wstydem (!) święta nie jestem! Ale, gdy to używa Polak w Polsce, który z angielskim ma do czynienia, tyle co otworzy czasem popularny polski magazyn albo komputer, to już trochę inaczej brzmi. 

A już najgorsze co się przydarza w języku, to zniekształcenia powstałe na skutek kombinacji dwóch języków!! To coś, co poraża ucho nawet Polaków/Amerykanów! To wielki koszmar i ohyda językowa naszych czasów!! 

“Hejka, na kornerze (w sensie – na rogu), lokacja (w znaczeniu lokalizacja), bukować, dżogować, eventy, hejtować, lajkować… Boże! Już nie mogę więcej wyliczać, bo mam „trzęsawkę wstrętową” a pewnie jeszcze można by dorzucić za jednym zamachem z setkę przykładów albo i dużo dużo więcej! 

Jak się teraz czujecie? Czy macie takie odczucie jak ja? Czy cokolwiek widzicie w tym autentycznego?? 

Nasze życie wszędzie narażone jest na sztuczność, naśladowanie, udawanie, powtarzanie kogoś, czegoś.. Strzeżmy się tego, jeśli możemy i na ile potrafimy. 

Chociaż NIE zaprzeczam, że są i takie sytuacje, iż naśladowanie bywa chwilami potrzebne 🤔

Przecież już na początku tego wywodu zastrzegłam, że jest wiele momentów życiowych w kolorze szarym. 🙂 

Zacznijmy jednak poszukiwanie autentyczności od siebie samych. Tam przynajmniej możemy ją znaleźć. O tym mogę was zapewnić! 

PS. wszystkie zdjęcia mające na celu potwierdzić/przyblizyć moje sugestie, mysli i nastroje pochodzą z sieci ( a jednak, powiem to!- dzięki ci internecie! ) Prócz tych kwiatowych. Te są z mojej własnej kolekcji zdjęć. Bardzo lubię fotografować piekno kwiatów, szkoda że nie wymyślono jeszcze kamery, ktora rejestruje ich zapach…😏 Także butelka perfum Sisley jest z mojej półki kosmetyków.


BACK

Ciało moim zwierciadłem

28 kwietnia 2023 

Ostatnie tygodnie to dla mnie ogrom emocjonalnych wrażeń – rodzinnych, urodzinowych, koleżeńskich. Mam wrażenie, że biegam po jakiś nieznanych łąkach kosmosu, a może jeszcze innego nieznanego mi świata.. Odkrywam pokłady uniesień i emocji, za którymi już nie nadążam, choć wszystkie są dobre i miłe, a z takimi człowiek powinien sobie dawać radę. 

Pomyślałam więc sobie, że odskoczę od tego co “w duszy gra” i pomyślę o tym, co widzę, gdy spojrzę na siebie w lustro. 

No, tttaaakkk … powiecie. To wcale nie musi być taki miły widok 😂 w myśl bajkowego powiedzonka “lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy na świecie”..? Nie żebym się spodziewała odpowiedzi, że niby ja, ale.. I tu  zaczyna się moje gadanie…

Pierwsze smarkate sesje fotograficzne 🤣

Mam już na tyle dużo lat (w końcu cudownie, długo i uroczyście obchodzone urodziny mi o tym przypomniały 🙂), iż wiem, że o ciele, jego wadach i zaletach mogę mówić odważnie i bez obaw, że chlapnę coś niewłaściwego.  Jak każda kobieta (ba, jak każdy człowiek! Przecież problem dotyczy też mężczyzn). Byłam kiedyś młoda i piękna, no może bez przesady, ale uważam, że całkiem niczego sobie. Uchodziłam za ładną dziewczynę, byłam zgrabna, nie byłam za chuda, nie miałam (i nie mam do dziś) krzywych nóg. Czyli – wszystko było ze mną w porządku. A jednak, jak większość moich koleżanek chciałam być “inna”, bo ciągle coś we mnie było nie tak, coś brakowało, czegoś było za dużo. Wszystkie dziewczyny w każdej epoce, w każdej części świata, o każdej porze dnia i nocy, podobnie i my mogłyśmy dyskutować o tym, zmieniać, poprawiać. Szukać środków, sposobów, by sobie z tymi poprawkami poradzić. A poza tym kto nie lubi zmian, zwłaszcza, gdy jest młodym, pragnie podobać się chłopcom, zaimponować koleżankom. Nic nowego. Tak było, tak jest i tak będzie. Miałam kolegę, który miał aparat fotograficzny, dobry jak na tamte czasy. To było pod koniec podstawówki, dużo czasu z nim spędzałam, a on ciągle mnie fotografował. Miałam wtedy 14 lat. Zostało mi trochę fajnych zdjęć z tamtych pierwszych randek i w dodatku w jakiś dziwny sposób zachowały się i dotarły ze mną aż do Houston 😀.

To zdjęcie pochodzi z jakiejś małej prywatki – byłam chyba w 3 klasie licealnej. Bardzo lubiłam moją zamszową mini spódniczkę

Jedno jest pewne – w mojej młodości, choć istniała już telewizja, pisma młodzieżowe, kółka zainteresowań i spotkań młodzieży, biegaliśmy na prywatki,  randki, to jednak takiego nacisku na wygląd jak dziś na pewno nie było.  Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie istniały problemy bulimii czy anoreksji, dewiacje i obsesje na punkcie odchudzania się, terror i pranie mózgu modelkom, wywieranie presji na aktorkach. Wszystko to znane było od dawna, ale nigdy na tak wielką skalę, jak to się dzieje we współczesnych czasach i na naszych oczach. Media, wielkie pieniądze, konkurencja, walka i panowanie ideału w stylu “lalki Barbie” wymagają  stosowania środków i sposobów, o jakich moje pokolenie nie miało nawet przebłysku w głowie. 

I gdyby to był tylko problem biznesu, to może jeszcze można byłoby to oddzielić od życia. Niestety, wszystkie te kwestie “idealnego ciała” przenoszą się do zwykłego normalnego życia małej dziewczynki czy chłopca, zaczynają się pozornie od ciała, a tak naprawdę zadomawiają się w głowie i tu już zaczyna się znacznie poważniejszy problem.  

Uwielbiałam mój długi płaszcz szyty u krawca, bo w sklepach nie było szans takiego spotkać. I kozaki sznurowane na ćwieki, z przodu 🙂

Moje pokolenie to czas szaleństwa mini spódniczek, ciągłych awantur w szkole, że mamy za krótkie szkolne fartuchy (po krakowsku chałaty). Pamiętam, że nasza profesorka od francuskiego “Wandzia” wzywała nas do odpowiedzi na środek, brała do ręki sztywną linijkę i mierzyła ile centymetrów nad kolana zaczyna się nasz chałat. Centymetr nad kolanem pani Wandzia była w stanie zaakceptować, w innym wypadku dziewczyna musiała być przygotowana na tyradę bardzo specyficznych wyzwisk. Z czasem jednak przyzwyczailiśmy się do tej “mowy” i za bardzo nie przejmowałyśmy się tymi jej wystąpieniami. Ale i tak fartuchy szkolne były znacznie dłuższe niż nasze “codzienne” spódniczki czy sukienki. Kiedy byłam w liceum zapanowała ogromna moda na długie płaszcze z dużym kapturem.  Miałam taki, kaptur był obszyty futerkiem. Króciutka spódniczka, do tego mały “przy ciele” sweterek, wysokie kozaki i długi płaszcz – to był odlotowy zestaw!! 

Dużo większe zainteresowanie się modą i sobą zaczęło się na studiach.  Studentki były najlepiej ubraną grupą społeczną.  Często rodzice zapożyczali się, byle tylko sprostać potrzebom córek studiujących. Konkurencja i prestiż był bardzo silny. 

Patrząc z perspektywy czasu, porównując warunki życia, sposób odżywiania się, gdy w zasadzie nie zwracaliśmy w ogóle uwagi na tzw. “zdrowe żywienie”, trudno pojąć jak to się działo, że utrzymywałyśmy dobrą wagę, miałyśmy niezłą kondycję choć nie korzystałyśmy z klubów fitness, nie biegałyśmy codziennie rano, nie uczestniczyliśmy w maratonach czy podobnych teraz zawodach.  Głównie dlatego, że plan dzienny polegał na wyjściu z domu, dojściu na piechotę na uczelnię (czasem tylko z pomocą tramwaju czy autobusu) na przemieszczaniu się z budynku do budynku, bo niemal każde zajęcia były w innym miejscu. Przerwa na obiad wymagała powrotu do domu (zazwyczaj prawie biegiem, bo czas był ograniczony) albo szybko szukaliśmy taniej jadłodajni i znów biegiem na zajęcia popołudniowe. Wieczorem – jeśli randka, to długi spacer w okolicy Plant, Rynku, Rudawy, Wawelu. Wszędzie pieszo. Rzadko chwila w kawiarni, jeśli to tylko na kawie, bo kto wtedy chodził na obiady??  

W domu jedliśmy syto i pewnie niezbyt zdrowo. Zawsze na niedzielę Mama piekła dobre ciasto i wcale od niego tyłek się nie powiększał. 

Podobnie później – do pracy dojazdy albo długi codzienny spacer pieszo, biegi poranne przez park (żeby tylko zdążyć na czas!), a potem z maluchami do żłobka i do przedszkola. 

Nikt nie robił rocznych badań kontrolnych (nie mówię, że to dobrze!!), nie ważyliśmy się obsesyjnie, żeby sprawdzić swoją wagę. 

Ciało było mocne, jędrne, wciąż młode i odporne. A jeśli ciało było zdrowe – dusza też go słuchała. Mieliśmy dużo problemów, bo czasy nie były łatwe, ale dawaliśmy sobie radę. Ciało i dusza współpracowały. Trzymały się razem. Mocny solidny monolit. 

Zmarszczki są dziełem natury…

Z czasem jednak w życiu coś zaczyna szwankować. Bywa różnie. Czasem to umysł pierwszy wypowiada wojnę ciału, innym razem odwrotnie. Jeśli wpląta się w to stan duszy – zaczynają się problemy i powoli galimatias jest tak skomplikowany, że nie możemy sobie poradzić. Wiadomo – ból fizyczny przeszkadza w dobrym nastroju i odwrotnie. Różnego rodzaju problemy  rodzinne, w pracy, w szkole zaburzają odporność naszego ciała. Nie ma już zgranego zespołu. Nie zdążymy się oglądnąć, gdy w lustrze widzimy zupełnie inną osobę. Odkrywamy całą harmonijkę zmarszczek, podkrążone oczy, dobrych kilka (jeśli nie kilkanaście kilogramów więcej), przygarbienie, smutek w oczach. Wiele z tych elementów często jest nieodwracalnych. Nie jest to proces jednego dnia. Choć sprawy w życiu układają się potem lepiej, ślady po takich zawieruchach zostają. Ciało jest już zbyt zmęczone, by wrócić do młodzieńczej jędrności. Dusza ma skazę, blizna pozostaje. 

Każde nasze doświadczenie nabyte przez lata, lepsze i gorsze, złe i trudne zostawia pieczątkę” na naszym ciele. Wydaje nam się, że czas goi rany, bo taka jest prawda. Ale zagoić, to nie znaczy zniknąć.  Stary człowiek ma wiele zmarszczek i od razu stwierdzamy, że te szpecą mu twarz. Ale tak naprawdę są sygnałem tego, co dzieje się w duszy. Są odzwierciedleniem naszych emocji, trudności życiowych i reakcji na nie. Mogą także być efektem problemów zdrowotnych, a więc kłopotów ciała. To najbardziej wyrazista mapa nas samych. Ze zmarszczkami można oczywiście walczyć w różny sposób – od specjalnego masażu poprzez dziesiątki kremów, żeli, ćwiczeń mięśni twarzy aż do botoksu.  Ale – prawdy tak łatwo nie oszukamy.. 

Nie pamiętam kiedy zaczęłam dostrzegać zmiany w moim ciele i we mnie. Myślę, że stało się to już tutaj, gdy przyjechałam do Houston. Tak nagła zmiana życia, dostęp do kompletnie innego jedzenia (bardzo dobrego i w dużym wyborze!) no i zmiana sposobu życia – wiadomo, w Houston  samochód to przecież para butów na co dzień – sprawiły, że po kilku miesiącach moja waga wzrosła a sylwetka wyraźnie się zmieniła. Ponieważ tak wiele innych zmian działo się równolegle nie zauważyliśmy tego, co już powinno było być ostrzeżeniem. 

50 i więcej? Byłyśmy tak piękne (i młode!) że nawet dostałyśmy Oscary! 😂

A i tak, kiedy patrzę na moje zdjęcia z 40-tych urodzin wciąż jestem młoda, zdrowa i powiedzmy.. szczupła. Dziesięć lat później – „piękność” moja i moich przyjaciółek 50-latek kwitła, byłyśmy wciąż zgrabne i wcale nie martwiłyśmy się kilkoma dodatkowymi funtami. Czerwone kapelusze dodały nam radości – w duszy grało i ciało było szczęśliwe! 

60-ki już spoważniały, babć wśród nas było coraz więcej ale być młodą babcią to tylko przyjemność i przywilej. W fioletowych kapeluszach też było nam do twarzy. Ciała trochę straciły proporcje „nastolatek”, ale od czego są ciuchy maskujące, dobry humor i przyjaciółki dla “pokrzepienia serc”. 

Kochanego” ciała nieco przybyło 😀 ale dusza i umysł są mu przyjazne więc wszystko „gra”!

A  teraz wraz 70-ką możemy owinąć swoje ciała szalem jedwabnym, to znalazłyśmy kolejny sposób na maskowanie niedoskonałości. Niestety, szal nie chce zamaskować też umysłu i bolączek ciała, których każdego dnia coraz więcej. Tematyka rozmów biega między wnukami a chorobami, strzykaniem, zapominaniem i brakiem słuchu.. Na szczęście – ciągle mamy ochotę spotykać się o gadać o tym, więc jeszcze nie jest z nami źle 🤔

Mamy też nowe plany podróży, nie rezygnujemy, nawet jeśli mylimy dni czy godziny spotkań i planowanych miejsc.

Możemy się pośmiać sami z siebie, to zawsze pomaga, gdy trzymamy dystans i nie użalamy się nad sobą. 

Faktem jest jednak, że po sześćdziesiątce stajemy już na progu “smugi cienia” (to nie moje określenie! powtarzam je za Światową Organizacją Zdrowia😃) Ten moment życia uznaje się za początek starości (sorry, drogie koleżanki i koledzy!)  

 ps. W medycynie oficjalnie uznaje się, że proces starzenia się człowieka zaczyna się po 35 roku życia. 😅

Mniej więcej od tego momentu nasze serce zwalnia tempo przepompowywania krwi (na pewno czujecie często zimno w rękach i stopach, bo ja – ciągle!) Coraz bardziej bolą nas stawy, odczuwamy coraz więcej bólu w kręgosłupie, w karku, słabnie odczuwanie smaków potraw i węch itd. itd. Lista rośnie, dla każdego z nas trochę inaczej.  Nie znaczy to, że trzeba się poddać. Trening trzeba zacząć od umysłu, a zaraz potem ciało w tym treningu pomoże.  Nasza dusza też się ucieszy.  Jak to ostatnio pan doktor powiedział mojemu mężowi – nie musisz jeździć na rowerze po ścieżkach rowerowych czy w parku, ale możesz jeździć na rowerku  stabilnym w domu. Albo ćwiczyć jogę. Albo chodzić na spacerki. I wcale nie muszą być długie. Wystarczy pół godziny dziennie. Ale chodź!! Nie wymyślaj powodów, że coś ci przeszkadza. Sama wiem, jak łatwo znaleźć wymówkę! 

Nikt nie chce być starym!  Nikt nie lubi swojego starego ciała. Ale też nikt z nas tego nie zmieni. Musimy to zaakceptować. Muszę codziennie spoglądać w lustro odważnie, z podniesioną głową. Spojrzeć na swoje zmarszczki i pomyśleć – to moje lata ciężkich chwil,  walki o dobro. To zmarszczki od łez i od śmiechu, od przemyśleń trudnych spraw i od promieni słonecznych. Muszę widzieć swoje ciało takim, jakie było kiedyś.. Pomyśleć o nim, że jest moje i tylko moje. Okryć je, tym co lubię – fajną sukienką, zgrabnymi spodniami, przedłużoną tuniką.  Wyglądać tak, żeby mnie nie denerwowało. I żeby moja dusza była ze mnie zadowolona.  

Już dawno pojęłam fakt, że nie trzeba być pięknym ani nawet ładnym, żeby być szczęśliwym. Owszem, uroda pomaga. Zwłaszcza kiedy jesteśmy młodzi, bo wiadomo powszechnie, że ludzie odbierają to co ładne i estetyczne, łatwiej i przychylniej.  Ale dla nas, ludzi starszych z czasem preferencje wyraźnie zmieniają się. Liczy się dusza, charakter drugiego człowieka. No (niestety) też pozycja i pieniądze..

Gdy jednak popatrzysz w głąb siebie – z czasem zrozumiesz, że jeśli nauczysz się być szczęśliwą z tym co masz, co osiągnęłaś, co dajesz rodzinie i co od niej otrzymujesz  – jesteś szczęśliwa! A jeśli jesteś szczęśliwa – w środku dla siebie, jeśli nie masz kompleksów i zazdrości w sobie, złości i nienawiści – nie przeszkadza ci stare ciało, zmarszczki nadwaga i inne niedoskonałości.  

Pewnego dnia pojmujemy, że tak musi być. Że zamiast buntować się, szukać zwady i złościć się na coś, co jest oczywiste i “sprawiedliwe od Boga”, trzeba zaakceptować to, co  mamy i pielęgnować w sobie harmonię ciała, duszy i umysłu. 

I modlić się codziennie, by ta harmonia grała do naszego ostatniego oddechu…

Kochaj swoje ciało, jakiekolwiek by nie było. (zobacz CIAŁO i posłuchaj jego piosenki. – wykonanie Ewa Farna)


BACK

Mówią “podróże kształcą” – łap to, co cię dziwi, zdumiewa i zachwyca

15 kwietnia 2023

Niedawno wróciłam  z podróży wakacyjnej z Mexico City. Już dawno temu wspominałam (nawet w całym długim wpisie 😀), że jestem mieszczuchem, lubię duże miasta, uwielbiam je zwiedzać i każde które już odwiedziłam, a było ich dużo! To miasto zachwyciło mnie inaczej i na swój sposób. W Meksyku byliśmy już cztery razy, zawsze to były wakacje relaksujące, raz nawet rejs po Zatoce Meksykańskiej. Z Houston to bardzo popularne i wygodne. Można odpocząć, łatwo “nabić baterie życiowe”, nie ma więc nic łatwiejszego jak wyskoczyć i zrelaksować się na szybkich wakacjach w Meksyku. 

Ale ja dziś nie o tym. I ani przez chwilę nie miałam zamiaru być konkurencją dla wielu bardzo ciekawych blogów podróżniczych opisujących Mexico City. Nie będą to typowe wspomnienia z naszej tygodniowej, zresztą fantastycznej wycieczki w tym mieście.

Przyszło mi na myśl, że warto opowiedzieć o kilku spostrzeżeniach, które w ciągu tygodnia biegania po miejscach historycznych w Mexico City, po muzeach, restauracjach, ulicach wielkich i malutkich zaskoczyły mnie obserwując tamtejsze życie. Życie zwykłe jak nasze. A jednak uchwyciłam wiele jego elementów, które zaskoczyły mnie innością.  Zmieniło to w mojej głowie wiele schematów, które ktoś kiedyś mi wpoił albo po prostu przypadkowo zapamiętałam sobie z jakiś artykułów, książek, programów telewizyjnych lub rozmów towarzyskich. Z czasów “ polskich” 

Meksykanie kojarzyli mi się z narodem dalekim, nieznanym – wstyd przyznać – mało wyedukowanym i mało nowoczesnym. Potem, kiedy już zamieszkałam w Houston, Meksykanie stali się ludźmi bliżej znanymi, bo mieszka ich tutaj wielu.  Szybko zdążyłam się zorientować, że to ludzie solidni i pracowici. Poznałam też meksykańskie rodziny bogate i wykształcone. Powoli moja ocena zmieniała się. Trudno jednak oceniać cały Meksyk jako kraj bywając tylko w luksusowych resortach.. Wiadomo, że obraz wakacyjnego luksusu, to nie rzeczywiste odbicie całego kraju.  

Kiedy więc nagle mój mąż zaprosił mnie na wycieczkę do stolicy Meksyku, z przewodnikiem tylko dla nas dwojga, gdy zapoznałam się z bardzo bogatym programem wycieczki, nie mogłam uwierzyć, że Mexico City może nam tak wiele zaoferować!!  

Podobne wycieczki odbyliśmy już wiele razy i w różnych miejscach Świata, zarówno w miastach jak i górach – w Peru, w Costa Rica, w różnych częściach Europy czy Azji – nic mnie nie zdziwiło i nie wystraszyło. Może tylko to, że  jesteśmy coraz starsi i kondycja fizyczna juz nie ta co kiedyś, a Mexico City do małych miast nie należy – mieszka w nim ponad 10 milionów ludzi, a licząc miasto z “przyległościami” – zbliża się do 21 milionów!! 

Pan przewodnik okazał się bardzo miłym człowiekiem, niemal natychmiast zaprzyjaźniliśmy się z nim. Jego wiedza okazała się ogromna!  Sposób opowieści ciekawy, dużo zabawnych historyjek, anegdotek. Był bardzo elastyczny, cokolwiek chcieliśmy zmienić, dodać – wszystkie propozycje natychmiast uwzględniał.

Takie piętrowe autobusy śmigają równie szybko jak skutery, motory i wszelkiej wielkości auta.

Już pierwsze ciekawe zdarzenie mile mnie zaskoczyło – jedziemy z lotniska do hotelu. Nie do żadnego wielkiego Hyatt, Marriott czy Hilton. Ładny hotel w stylu meksykańskim, położony w pobliżu amerykańskiej ambasady. Zanim do niego dotarliśmy uświadomiłam sobie, że jedziemy ulicami, na których jest nieprawdopodobny ruch! (była sobota, więc dzień weekendowy). Nie ma zaznaczonych żadnych pasów ruchu! Samochody w ilości nie do policzenia, co chwilę przemieszczają się z jednej linii na drugą a za chwile na trzecią i czwartą (ulica ma kilka linii w jedną stronę, co najmniej 6-8 a i czasem więcej)..  I nikt się nie denerwuje, nikt nie trąbi i nikt nikomu nie stwarza niebezpiecznej sytuacji. Pomiędzy setkami aut śmigają motory, skutery, rowery, wcale nie z mniejszą prędkością niż samochody. No i oczywiście piętrowe eleganckie autobusy, równie sprytnie przemieszczające się z linii na linię obok i dalej.. 

Patrzyłam na to szeroko otwartymi oczami. Były to nasze pierwsze minuty jazdy po ulicach Mexico City.. Nie mogłam uwierzyć, że to się dzieje naprawdę!! Tempo tych zmian było tak szybkie jak na filmach kreskówkach dla dzieci. Nasz pan robił dokładnie to samo!

 I tak już było przez cały następny tydzień! Tyle, że w tygodniu ruch był dużo większy, a pan zazwyczaj w czasie tych operacji wyprzedzania, zmiany pasów, przesuwania się.. opowiadał nam aktualne historie w zależności od bieżących potrzeb tematycznych. Ufff.. Do dzisiaj nie mogę uwierzyć, że przeżyliśmy to bez szwanku i że pod koniec tygodnia naprawdę baliśmy się coraz mniej (ale tylko jako pasażerowie, bo jako kierowca to chyba zeszłoby mi jeszcze 10 lat zanim bym odważyła się zasiąść tam za kierownicą). 

Po drodze potrzebowaliśmy zatrzymać się w aptece i kupić wodę destylowaną.  Apteka była, ale miejsca do zatrzymania nie, bo ulica była niesłychanie ruchliwa. Był wjazd i wyjazd do garażu podziemnego. Pan zatrzymał się dokładnie na tym wjeździe, wypuścił mojego męża do apteki a sam udał się.. do policjanta, który pilnował porządku przy wjeździe.  Pogadał, pomachał rękami i za chwilę przesunął auto o kilka metrów zajmując miejsce pośrodku wjazdu/wyjazdu… Byłam zszokowana! Policjant w Stanach na pewno tak nie pozwoliłby się zatrzymać. Policjant w Polsce zakrzyczałby kierowcę dziesiątkami przepisów i wyrzuciłby natychmiast takiego delikwenta.. Znów – nikt się nie zdenerwował, nikt nie zatrąbił, że ktoś niebezpiecznie zakłóca porządek ruchu ulicznego.. 

Podobna sytuacja, która upewniła mnie, że to “się dzieje”  w Mexico City, wydarzyła się następnego dnia. Wjechaliśmy na teren Uniwersytetu, gdzie bardzo trudno było zaparkować poza wyznaczonymi miejscami parkingowymi, całkowicie zresztą wypełnionymi autami.  Ale nasz pan przewodnik był niezrażony taką sytuacją.  Dojechał do miejsca, skąd już tylko “pół kroku” było do muralu Diego Rivera i znów udał się na pogawędkę do policjanta pilnującego tego miejsca. Pogadał, pogadał z prędkością światła, bo ten hiszpański w Meksyku jest bardzo szybki i pan policjant z uśmiechem na ustach, z wielką uprzejmością zgodził się, żebyśmy zostawili auto w miejscu zupełnie NIEDOZWOLONYM do postoju, pod jego czujnym okiem. I poszliśmy oglądać to, czym Meksyk może się pochwalić obcokrajowcom. 

Przypadek?? Nie! Jak wszędzie na świecie policja ma pilnować porządku, ale może też pomagać ludziom, być miła i uczynna. Szok!! 

Jak już dotknąłam tematu murali, to zatrzymam się przy nim nieco dłużej. Pewnie  wszyscy mniej więcej wiedzą co to są murale. Nie jest to zbyt popularny rodzaj sztuki, co nie znaczy, że nieznany. Murale to ogromne obrazy malowane bezpośrednio na murach, na ścianach o nieprawdopodobnie ogromnych wielkościach. Nie tylko malowanych. S ą też takie, które są monumentalnymi mozaikami.  Historia murali sięga czasów starożytnych i jego pierwotne przesłanki pojawiły się na murach starożytnego Egiptu czy Rzymu. 

W różnych krajach i różnych czasach pełniły inną rolę. Legalną i nielegalną.  Były dziełem największych artystów i stanowiły narzędzie w rękach wandali. 

To tylko namiastka tego co można podziwiać na murach w Mexico City

Często pełnią rolę  reklamującą produkty, mają przesłanie informacyjne, symboliczne.

Mówiąc o muralach w Mexico City oczywiście mam na myśli piękne, wielkie  dzieła Diego Rivera i jego „kompanów artystycznych”. Oglądnęliśmy te na Kampusie uniwersyteckim oraz te, które znajdują się w “Muzeum Mural Diego Rivera”. Również stadion piłkarski zbudowany na Olimpiadę  w 1968 roku, którego ogromna część zewnętrzna udekorowana jest muralem mozaikowym.  

Nie sposób opisać je wszystkie, zresztą nie taka jest moja intencja.  Nie umiałabym tego zrobić tak dobrze, by oddać piękno tych swoistych dzieł sztuki. 

 Jak powszechnie wiadomo Diego Rivera, podobnie jak jego przyjaciółka a później  trzecia żona, Frida,  byli zagorzałymi komunistami. Przyjaźnili się między innymi z L. Trockim i przy okazji tej wycieczki dowiedzieliśmy się wielu historii o Trockim i jego działalności w Mexico City, o których nigdy nie słyszałam, mimo iż osoba Trockiego przewijała się w historii Polski niejednokrotnie.  O tym, że był z pochodzenia Meksykaninem usłyszałam po raz pierwszy, gdy zwiedzałam muzeum znajdujące się w jego byłym domu.  Jego związki prywatne z Fridą i Diego były bardzo bliskie. 

Jeden z murali D. Rivera oglądany przez nas dokładnie  i omawiany przez naszego przewodnika  przedstawia ponad 150 postaci, z tego ok. 90-ciu postaci zostało rozpoznanych i opisanych. W centralnej części muralu znajduje się sam Diego, ale  przedstawiony jest jako dziecko trzymany za rękę przez elegancko ubraną postać kobiecą, z twarzą kościotrupa. Tuż za Diego stoi Frida, dorosła. Choć wiadomo, że to ona była od niego młodsza o 20 lat. Ten mural to skarbnica postaci tamtej epoki. Księży, przeciwników i popleczników politycznych, kobiet, które dla Diego miały szczególne znaczenie. Nasz pan przewodnik opowiadał długo i ciekawie. Szkoda, że nie potrafiłam wszystkiego zapamiętać chociaż chłonęłam te opowieści z wielkim zainteresowaniem. Oczywiście, wszystko jest spisane i można dotrzeć do szczegółowych informacji. Albo po prostu – pojechać na wycieczkę do Mexico City!    

Oczywiście, murale możemy spotkać w wielu dużych miastach. Ich przesłanie jest różne i zwracamy na nie większą lub mniejszą uwagę albo i nie.  

Murale w Mexico City są dziełami sztuki.  Są niesamowite! Oglądają je tysiące turystów, nie mogąc nadziwić się wielkością, tematyką, sposobem tworzenia w tamtych czasach kiedy powstawały. 

W muzeum możemy zobaczyć nie tylko dzieła skończone, ale także prześledzić  sposób ich powstawania. Geniusz Diego i artystów skupionych wokół niego był tak wielki, że do dziś dech zapiera. Nie dziwi mnie, że ten zwalisty, gruby, brzydki mężczyzna miał w sobie tyle silnego piękna, które jak magnes przyciągało nie tylko kobiety, ale i mężczyzn zafascynowanych jego geniuszem. 

Czytałam dużo na temat Fridy i Diego, ich życia i sztuki, a jednak koloryt, wielkość, atmosfera tych miejsc oczarowała mnie jeszcze silniej niż się spodziewałam.  

Mówiąc o kolorach, Mexico City jest po prostu skąpane w tysiącach barw. Powszechnie wiadomo, że miasto to jest miejscem silnych kontrastów. Z jednej strony – bogate piękne dzielnice, niesamowite nowoczesne budynki, biznesy z całego świata. Z drugiej strony – bieda, niskie zarobki, trudne warunki  mieszkaniowe, duża korupcja. Prawdopodobnie trzeba by pomieszkać długo w tym mieście, by naprawdę umieć obiektywnie o tym wszystkim opowiedzieć. My widzieliśmy to, co w Mexico City najcenniejsze i najpiękniejsze, co nie znaczy, że przewodnik nie dotknął problemów tego miasta… 

Kolory kolory – we wszystkich odcieniach, w każdym zakątku miasta!

Już w pierwszym dniu przy okazji zwiedzania “Niebieskiego Domu” czyli Muzeum Frida Kahlo, kręcąc się po dzielnicy Coyoacan natychmiast zwrócił naszą  uwagę na  kolorowe domy. Każdy inny, każdy piękny! I w dodatku tonące w kwiatach i kwitnących drzewach! Podobnie jak nasz hotel. Pomalowany na biało z szafirowymi wykończeniami, a wokół dziesiątki wielkich donic z kwitnącymi pnącymi się po ścianach kwiatami. Soczysta zieleń, kolorowe światła wieczorna porą – to wszystko sprawiało magiczne wrażenie. Cudowne dzielnice takie jak Condesa, Roma – można spacerować po tych uliczkach długimi godzinami.

Ta biedna dzielnica – z daleka sprawia wrażenie ślicznego obrazka kolorowej dziecięcej książeczki

Gdy następnego dnia długo jechaliśmy do słynnej miejscowości Teotihuacan nieco poza miastem, gdzie znajduje się najsłynniejsza Piramida Słońca i kilka innych, po drodze mijaliśmy długi pas domów zwanych “Brazilian favelas”. – najbiedniejszej  dzielnicy, która żyje swoim własnym życiem i własnymi prawami. Natomiast z daleka jej zabudowa wygląda bardzo ładnie! Stanowi bajkowy obrazek wielokolorowy ślicznie pomalowanych domków, które wcale nie wyglądają na biedne i w dodatku.. niebezpieczne. Znaliśmy już ten problem z Brazylii, a pan przewodnik opowiedział nam dodatkowo o problemie społecznym tej grupy ludzi. Trudno było uwierzyć, że przy takich problemach i tak smutnym życiu ci ludzie mają siłę i ochotę na tak wesołe zewnętrzne kolorowanie swoich domów. 

Tłum łodzi, roześmianych ludzi, muzyka Mariachi i cała paleta kolorów – oto prawdziwy folklor meksykański

Na każdej ulicy, w ogrodach, w parkach, kawiarniach, na murach przy ulicach, na mostach  i obskurnych fragmentach starych zniszczonych części domów – wszędzie było kolorowo.  I te kolory były świeże, mocne ostre. Wesołe i radosne. 

Podobnie, gdy spędziliśmy kilka godzin na tradycyjnej meksykańskiej łodzi, w pełnym kolorycie strojów grających i śpiewających Mariachi, wśród dekoracyjnych malunków. Folklor meksykański jest piękny!  Ma w sobie tyle pozytywnej energii, radości i sił witalnych, że obdzieli każdego potrzebującego. 

O zaletach części historycznej Mexico City nawet nie zacznę pisać, bo z pewnością mogłabym rozpędzić się na kilka długich wpisów. Przywiązanie Meksykanów do własnej tradycji i historii jest imponujące. Na każdym kroku widać jak silna jest ich świadomość przynależności do ojczystej ziemi. Cywilizacje prekolumbijskie pozostawiły swoje ślady sprzed prawie trzech tysięcy lat a współcześni mieszkańcy Meksyku pielęgnują swą historię od narodzin świata Majów i Azteków poprzez epokę kolonialną i uzyskanie niepodległości aż po dzień dzisiejszy. (polecam koniecznie zwiedzenie National Museum of Anthropology- rewelacja!!) W każdym kamieniu  czułam siłę meksykańskiej historii, moc tego narodu i ich dumę. Muszę uczciwie przyznać, że byłam tym wielce i bardzo pozytywnie zaskoczona! 

Zapraszam was do odwiedzenia Mexico City, bo opisać tego co możecie zobaczyć i tak nie potrafię. Za to zachęcić was mogę z pełnym entuzjazmem!! 

A na koniec, żeby nie było, że Mexico City polałam lukrem i oslodziłam jak najsłodsze ciacho.. opowiem o doświadczeniu, które budzi we mnie “dwubiegunowe” odczucia. 

Zdaje sobie sprawę, że świat nie składa się tylko z tego, co piękne dobre i przyjemne. Wiem, że trzeba mówić i o tym, co zadziwia i budzi odczucia powiedzmy… zdziwienia, odrazy, zaniepokojenia.. 

Ludzie są różni. Urodzeni, wychowani w dziwnych miejscach i w jeszcze dziwniejszych kulturach i wierzeniach.  Wiara i wierzenia w niekoniecznie “religijne” bóstwa także istnieją i to często na wyciągnięcie ręki. Tuż obok nas. Nawet jeśli to jest XXI wiek. Nauka, postęp technologiczny nie ma nic do ludzkiej wiary i przesądów, które człowiek potrafi zmieścić w swojej głowie. 

Zwiedzając duże miasta turyści lubią  zajrzeć na markety. Prawdziwy market to skarbnica folkloru, autentyczności, szansy na zakupy zazwyczaj tanie a prawdziwe, charakterystyczne dla specyfików regionu czy kraju. My też poprosiliśmy pana przewodnika o takie doświadczenie. Pan trochę się opierał, ale w końcu w ostatni dzień naszego pobytu przystał na naszą prośbę pod kilkoma warunkami, które nam bardzo dokładnie przedstawił. Nie będę podawała nazwy tego marketu, choć nie jest to tajemne miejsce, jest dość dokładnie opisane w internecie, ale ponieważ nie było zaplanowane w programie naszej wycieczki, więc pozostanę przy opisie bez jego oficjalnej nazwy. 

Jeden z marketów, których wiele w miastach meksykańskich. “Obiegliśmy “ go dość szybko i trzymając się cały czas blisko przewodnika, który wcześniej przygotował nas czego mamy się tam spodziewać i jak go oglądać. Zatrzymywaliśmy się na krótko i tylko w niektórych miejscach. Zresztą –  nieprawdopodobna ciasnota pomiędzy stoiskami nie dawała możliwości rozglądania się i przypatrywania się temu, co jest wystawione. A było wszystko, co tylko można i nie można sobie wyobrazić!!  Głównie zszokowały mnie rzeczy związane z wierzeniami “religijnymi”, subkulturą różnych grup – figurki jakiś potworków, diabłów, zwierząt nierozpoznawalnych, koszmarnie powyginanych, pokręconych. Świece w różnych kolorach służące każda do innych rytuałów, guseł, czarów (czarne – oczywiście do tych śmiertelnych!), zapachy – niektóre okropne! najprzeróżniejsze, bardzo przerażające laleczki voodoo. “Pinaty” wielobarwne, ale służące zupełnie do innych celów niż te, które znamy tutaj w Houston i które tak bardzo lubią dzieci, kiedy są napełnione cukierkami czy czekoladkami.  Była też sekcja ziół, leków na wszelkie możliwe dolegliwości, choroby, które podobno leczą wszystko! Osoby sprzedające te zioła ponoć znają się na nich, mają przepisy jak je przygotowywać, używać tylko, że ja chyba nie miałabym odwagi do końca im zawierzyć…  

Miliony drobiazgów, z których większość trudno rozpoznać co oznaczają i do czego służą. Znajdują się na tak małej powierzchni, zawieszone wysoko i rozłożone wszędzie wokół, wszystko to sprawia wrażenie niesłychanie zaciśniętej klaustrofobicznej powierzchni. Przerażające! A już najbardziej przygnębiająca jest sekcja sprzedaży żywych.. zwierząt: koguty, małe ptaszki, iguany, pieski… Nie byłam w stanie rozglądnąć się i zauważyć więcej. Bardzo intensywny brzydki zapach, ludzie krzątający się pomiędzy, popiskiwanie zwierzątek. Uciekliśmy stamtąd natychmiast. Nie miałam odwagi robić zdjęć, dosłownie udało mi się kliknąć jedno czy dwa, a ludzie tam pracujący bardzo pilnują, by turyści zdjęć nie robili. Nie dziwię się. 

Na ulicy można spotkać szamanów oczyszczających dusze, wyganiających z ciała choroby i złe duchy. Jest to ciekawa ceremonia i jeśli zdarzy wam się okazja, warto jej się przyjrzeć albo. .. nawet wziąć w niej udział.

Byłam zdegustowana, zniesmaczona i przerażona, ale przewodnik usiłował nam wytłumaczyć, że jest to częścią kultury tamtejszego życia i zarabiania pieniędzy na przetrwanie. I nie jest niczym nadzwyczajnym. Ani – nielegalnym…

Trudno ułożyć sobie to w głowie. Ale to właśnie jest dowód na to, że wiele sposobów na życie bardzo rożni się do naszej codziennej normalności. Już sam fakt, że ludzie pracujący w tamtych warunkach, cały dzień spędzają w tak malutkiej przestrzeni, pośród ogromnej ilości towaru, który zamyka dopływ powietrza, widok na cokolwiek innego, jest tak depresyjny, że nie jestem w stanie wyobrazić sobie, aby spędzić tam choć nawet godzinę… Oczywiście są też dziesiątki innych stoisk z “chińszczyzną” o cenach tak niskich, że wydaje się, iż wyprodukowanie jednej sztuki spodni czy koszulki musiało mieć ujemną cenę.. Można kupić absolutnie wszystko! Ceny super niskie i jakość także. 

Tak! To był mocny akcent “INNOŚCI” na koniec naszej wycieczki! 

Na szczęście, tego dnia mieliśmy jeszcze w planie zwiedzanie Monument to the Revolution, Museo De Arte Moderno z kolejnymi obrazami i Diego Rivera( z jego ostatnich lat życia) i innych artystów oraz ostatni pyszny lunch, tym razem z owoców morza.

Moja i tak przydługa opowieść (sorry!!!) to tylko garść “perełek” z Mexico City, które złapałam w czasie tygodnia naszej podróży.   Mogłabym więcej i więcej… 

Ale – mam nadzieję, że jeśli lubicie podróżować, po tej lekturze Mexico City znajdzie się na waszej liście planowanych podróży! Bon Voyage!  

Dołączam fragment jednej z piosenek naszych Mariachi na łodzi, by dodać choć  odrobinę autentyzmu meksykańskiego muzycznego folkloru! Jedźcie tam!


BACK