Czy „Białe” znaczy białe?

19 grudnia, 2023

Thanksgiving 2023. 

W Ameryce to najważniejszy dzień w roku. I bardzo piękny. To najbardziej ruchliwy czas podróży Amerykanów, czas łączenia się rodzin i przyjaciół niezależnie jak daleko są od siebie. Czas setek ciepłych słów, dziękowania Bogu za wszystko, co nas dobrego spotkało. Dzień kiedy szczególnie mocno czujemy, że jesteśmy wdzięczni za każdy przyjazny gest, dobre słowo i wzajemną pomoc. 

Migawki z dnia Thanksgiving w Durango- rodzina, przyjaciele, pieczony indyk i tradycyjne pyszności!

Takie uczucie znałam już z dnia Wigilii, od dzieciństwa i młodości “uczyliśmy się” tego w naszych rodzinach.  Ale dopiero tutaj w Stanach poczułam jak można WYRAŻAĆ wdzięczność za to, że jesteśmy razem. Niekoniecznie z podtekstem religijnym – po prostu od rana krzątać się  razem w kuchni, czekać na gości, usiąść przy wspólnym stole i pokroić wielkiego, świetnie wypieczonego indyka ze specjalną nadziewką i przeróżnymi dodatkami, takimi jak absolutnie konieczny “cranberry” sos, słodkie ziemniaki podawane na wiele sposobów, zapiekanka z zielonej fasolki,  dyniowa tarta (pumpkin pie) i całe mnóstwo innych pyszności.

To święto ma swoją piękną tradycyjną legendę i każdy Amerykanin wie, że ten dzień łączy ludzi! Nieważne czy różni nas religia, kolor skóry, różnica wieku, język i pochodzenie – tego dnia w tym kraju jesteśmy wdzięczni za to… że jesteśmy razem! 

Tego roku Thanksgiving spędziliśmy w Durango, Colorado. W nowym domu mojej córki i jej męża. Z wnukami i ich przyjaciółmi. Brakowało mi Syna i jego rodziny, ale przecież nie można mieć zawsze wszystkiego..

Już niedługo wigilia i Boże Narodzenie. Znów będziemy razem, szczęśliwi i wdzięczni, tak “po polsku”.. 

Co mój wstęp ma wspólnego z białym?  I czy BIAŁY to tylko kolor ?  Otóż skojarzenia mam odległe i wiem, że ktoś już teraz stuka się w czoło myśląc, że – jakby to określiła moja przyjaciółka – bajdurzę! 

Pierwsze godziny opadu śniegu nie zapowiadały tak nagłej i białej zimy!…

A jednak… To właśnie tegoroczny Thanksgiving w Colorado zainspirował moje myśli o “białym”.

Następnego dnia, po wystawnym obiedzie, pysznych deserach i oczywiście pierwszej części tradycji (w naszej rodzinie) oglądania “Christmas” filmów – (ZAWSZE tych samych 😀) spadł pierwszy piękny obfity śnieg! I po kilku godzinach zrobiła się zima, prawdziwa, jakiej nie widziałam od lat!  Już zapomniałam, jak taki obrazek wygląda w naturze…   

Puszyste czapy na drzewach, choinkach leśnych, drogi, po których nagle nie mógł przejechać nasz samochód, spacer w słońcu, które odbijając się od bieli zmuszał nas do mrużenia oczu. Nagle świat wokół mnie stał się zupełnie inny. Dawno zapomniany  obraz wrócił ze zdwojoną siłą. Czystość tej bieli mnie poraziła! 

Taka zima, jak te kilka świątecznych dni  w Durango, bardzo mi się podoba. 

Ale co tu ukrywać – zimy, które pamiętam z Polski, nie są najpiękniejszymi wspomnieniami.  Kulig w górach, spacery podczas wakacji zimowych, powitanie Nowego Roku przy ognisku w nocnej scenerii lasu zasypanego świeżym śniegiem  – TAK, to były piękne chwile… Ale codzienna rzeczywistość dziesiątków dni, gdy trzeba było wstać jeszcze “w nocy”, brnąć przez brejowaty topniejący śnieg pchając ledwo posuwający się wózek z dzieckiem do żłobka albo ciągnąć sanki, stanie w długich kolejkach na mrozie, by kupić podstawowe artykuły spożywcze (nie mówiąc o takich rarytasach jak papier toaletowy, pomarańcze czy czekolada…).   

Wtedy biel zimy nie miała nic wspólnego z jej pięknem. I z dobrocią, która tak łatwo nasuwa się na myśl, gdy myślimy o “białym”.   

Bo oprócz zimy – biel zaczęła krążyć wokół mnie jak “dymki” nad obrazkami z komiksów, w których wpisuje się co bohater obrazka “ma na myśli”.

…jak piękne suknie ślubne mojej Córki i Synowej

Biały kolor niesie w sobie uspokojenie, poczucie niewinności, uczciwości. Rozjaśnia to, co czasem brudne i niedobre. Pierwsza impresja narzuca myśl o tym, że białe musi być pozytywne, łagodne. Jak sukienka do pierwszej komunii, szatka do chrztu świętego, którą symbolicznie zarzucamy dziecku jako wyraz jego niewinności.  Jak wymarzona suknia ślubna Panny Młodej.. 

Nigdy nie widziałam na własne oczy narkotyków dziwi was to? Amfetamina – zdjęcie znalezione w sieci!

A przecież to tylko skrawek prawdy. Bywa, że biel, która przychodzi mi do głowy przeraża mnie. Tak jak biała śmierć – narkotyki. Dziś już może ludzie patrzą na ten problem spokojniej i rozumieją, że narkotyki są wszechobecną plagą naszych czasów. Źródłem wielkich pieniędzy i niewyobrażalnych przestępstw w skali światowej. Dla mojego pokolenia to wciąż przerażająca idea śmierci głupiej, nierozważnej, bezsensownej. “Biała śmierć” – jakże okrutne skojarzenie słów…  

Słowo biały/biała często używane jest przez ludzi automatycznie, trochę ‘metaforycznie”. Tak naprawdę nie zdajemy sobie do końca sprawy, jakie to określenie ma znaczenie.  Mówimy na przykład: ”to mnie tak denerwuje, że dostaję “białej gorączki”… Czy ktoś jednak wie, że biała gorączka to medyczne określenie na objawy i reakcje odstawienia alkoholu u alkoholika? Jest to rodzaj bardzo silnej furii, poważnych auto psychicznych omamów, zaburzeń wzrokowych, słuchowych, majaczenia itp. Szczerze mówiąc, ja także długo tego określenia nie brałam tak “poważnie”, choć oczywiście znałam takie powiedzenie.  Jakoś niedawno wpadło mi w ręce takie wyjaśnienie. 

Podobnie – “białe małżeństwo”.   Niemal każdy dorosły człowiek wie, że takim określeniem nazywamy małżeństwa, które żyją w przykładnym związku dwojga ludzi, ale w ich relacji brakuje seksu. Nic w tym złego. Statystyki podają, że całkiem dużo takich par jest wokół nas. A jednak – rzucamy tym określeniem nie zdając sobie sprawy ile może w tym kryć się w nich tragedii i smutku.  Białe – ale czy dobre?..

I jeszcze przychodzi mi na myśl taka sytuacja (może ja za dużo historii kryminalnych czytam i oglądam filmów?? 🙂).  Ktoś planuje zbrodnię doskonałą – choć wszyscy wiemy, że zbrodni doskonałych nie ma!  Są tylko błędy popełnione przez śledczych, niezauważone ślady itd.  Faktem jest, że istnieją zbrodnie popełnione i nigdy niewyjaśnione. Istnieją zbrodnie “dopracowane” i określa się je jako zbrodnie czy przestępstwa popełnione w “białych rękawiczkach”. Tak precyzyjnie, że nie pozostawiły żadnych śladów. Białe zatuszowało przestępstwo, choć nigdy nie spowodowało, że stało się niewinnością. 

Jak i dziwnie powstało określenie z użyciem słowa – biały. 

Biel otacza nas często i jest powszechnym elementem naszego życia. Lubimy zjeść na śniadanie dobry biały ser, pijemy mleko (nie ja!! 🙂) Niektórzy robią jajecznicę ale tylko z białek.  Inni piją “białą kawę”, ale przecież to tylko umowna biel. Podobnie jak skóra “białej rasy ludzkiej” – to tylko umowne określenie.. 

Fragment jednego z setek wierszy Czesława Miłosza – ten własnie jest wierszem białym. Nie ma rymów. Opiera się tylko na zachowaniu rytmu.

Jako polonistka (trochę była 🙂) znam określenie “biały wiersz” czyli wiersz bezrymowy. Lubię tańczyć tango i do dziś nie wiem dlaczego białym nazywamy to tango, do którego my panie zapraszamy panów.. 

Ja nie przepadam za białymi wnętrzami mieszkań ale inni ludzie bardzo lubią biel mebli i ścian. (kuchnia jednej z moich koleżanek)

Bardzo wielu ludzi urządza swoje kuchnie w białym kolorze. Wszystkie szafki maluje na biało. No może dodatki, jak uchwyty do szafek, blaty na stoły,  dekoracje kuchenne dodają w innych kolorach i nieco tę biel ożywiają. Ja osobiście nie przepadam za białymi kuchniami, ale jeśli inni tak robią – nie mam nic przeciwko 🙂.  Podobnie – nie lubię całkiem białych ścian w domach. Przychodzi mi zawsze na myśl surowość dawnych sal szpitalnych, choć dziś – na odwrót – to szpitale starają się być w weselszych kolorach i dodają dużo kolorowych dekoracji. 

Nasz pierwszy samochód (to znaczy Maluch czyli Fiat 126) był biały i nie byłam z tego powodu szczęśliwa. Ale wyboru dużego nie było, kolor w tamtych czasach i tamtej sytuacji był na końcowym miejscu ważnych elementów samochodowych. Ale jako kobieta, oczywiście, że po cichu o kolorze  marzyłam mocnym, widocznym z daleka, rzucającym się w oczy 🙂. 

Dużo później kupiliśmy tutaj Nissana X -Terrę i też w tym momencie padło na biały. Auto bardzo lubiłam a do białego.. po prostu przyzwyczaiłam się.  

Kilka wydań książki „Samotny biały żagiel”

Z dzieciństwa pamiętam książkę “Samotny biały żagiel” . Autor bodajże Katajew Walentin. Nie pamiętam w jaki sposób ta powieść wpadła mi w ręce, ale były to czasy kiedy rosyjskie powieści czytaliśmy w szkole. Zapamiętałam ją dobrze, bo choć rzecz dzieje się w czasie rewolucji 1905 roku w Odessie, to historia widziana jest oczami dwójki dzieci 9-10 letnich. Opowiada o zderzeniu dzieciaków z brutalnym, złym światem dorosłych. I o ich pięknej przyjaźni w prawdziwym nieprzyjaznym świecie. Ta książka wywarła na moją dziecięcą wyobraźnię duże wrażenie. Po latach nakręcono film na podstawie książki.

Pomysł tytułu książki zaczerpnął autor z wiersza Lermontowa pt. “Żagiel”, ale o tym dowiedziałam się dużo później.. 

Trudno znaleźć w sieci dobre zdjęcie, które naprawdę oddaje zjawisko Białych nocy w Petersburgu. To wydaje się najbliższe realnemu widokowi tego miasta w czerwcu o północy .

A jak już dotarłam w moich rozmyślaniach do Rosji, to wspomnę o słynnych leningradzkich “białych nocach”, których nigdy nie miałam okazji zobaczyć, ale mój mąż, który kiedyś często spędzał czas w Leningradzie (tak, jeszcze wtedy w Leningradzie, nie w Petersburgu!), bo tam zbierał materiały do swojego doktoratu, miał okazję zaobserwować to zjawisko, gdy o północy wciąż jest tylko lekki półmrok a pełna noc w końcowej fazie  czerwca nigdy tam nie następuje. Nawet mojej córce udało się tam raz być w tym czasie.

Jeśli szukasz bardzo cennych i unikatowych egzemplarzy wydań książkowych, trudnych do zdobycia, takich których np. na świecie jest tylko kilka sztuk – to znaczy, że poszukujesz “białych kruków”…

I tak można by te rozważania ciągnąć jeszcze godzinami przez wiele wiele stron. Białe ciałka krwi, białe zęby, białe plamy w ludzkim mózgu, które powodują pustkę w pamięci..

Wyrzuciłam w swoich zapiskach to, co pamiętałam. To, co nie wpadło jeszcze do moich „białych plam” w głowie.. 

Od śniegowego obrazu pięknej tegorocznej zimy w Colorado zrobiło się biało w moich myślach.  Biało – to nie znaczy spokojnie, niewinnie i idealnie. 

Ale każdy kolor to także nastrój, to biegający po głowie temat, który natrętnie nie daje spokoju.  Wyrzucam z siebie uciskający w środku wątek. Zagwozdkę, która zakręciła się, zagmatwała w mojej głowie i inaczej nie chciała mnie opuścić. 
Moje “białe” – czasem lekkie jak świeży śnieg, czasem  trudne jak biała gorączka – rozsypało się jak domino. Zawsze jednak można dodać następne kostki – białe albo… jakiegokolwiek innego koloru 🙂


BACK

Kilka słów od filmowej narkomanki

1 grudnia 2023

Gdy zaczynam pisać te słowa, minął tylko tydzień do Festiwalu Filmów Polskich w Houston, tradycji którą uwielbiam tutaj już od 24 lat.  Jeśli ktoś chociaż trochę śledzi moje wpisy, to wie, że świat filmów, literatury, teatru – to sfera, w której mój mózg działa dwa razy szybciej niż normalnie, oddech przyspiesza, a emocje skaczą jak na wykresie badań serca – w dół i w górę, z prędkością rakiety kosmicznej odbijającej się od ziemi…  Wszystko, co można znaleźć w dobrej powieści,  w świecie filmu czy na scenie teatralnej działa na mnie jak zaczarowana różdżka. Nigdy nie przechodzę obok tych elementów ludzkich “realizacji” obojętnie. Nawet jeśli mam wiele ocen/uwag dyskusyjno-wątpliwych, to i tak każdy taki wytwór wzbudza we mnie wiele reakcji i emocji. 

Mam pełną świadomość, że jesteśmy RÓŻNI i zawsze to powtarzam. I wiem, że są ludzie, którzy po obejrzeniu filmu wyjdą z kina i nie pofatygują się skomentować filmu nawet jednym słowem. Albo skończą czytać książkę, zamkną ostatnią stronę i odłożą ja na półkę. W głowie pozostanie im pustka… Cisza bez echa. Mam nadzieję, że niewielu jest takich ludzi, ale nie mam wątpliwości, że i tacy są wśród nas. 

Inni rozmyślają chwilę, są pod wrażeniem większym czy mniejszym. Przez jakiś czas mają w pamięci sceny, które ich poruszyły.  Lubią pogadać o tym z przyjaciółmi, otworzyć swoje wrażenia w dyskusji. Bywają tacy, którym historie książkowe, filmowe spać nie dają, a bodźce wzrokowe przepięknego przedstawienia teatralnego, scenografii baletowej czy muzyka wywołują tak sine emocje, że poszukują wciąż kontynuacji. Chcą zatrzymać na dłużej to, co zrobiło na nich wyjątkowe wrażenie, co nie ucieka z głowy, z serca. 

Ja tak mam. Niemal każdy film, który wybieram do obejrzenia, czy książka, którą czytam, jeszcze długo ciągnie się w mojej głowie. Rozmyślam, jak to mówią teraz w nowym polskim języku “ rozkminiam” postaci i ich psychologiczne działania, przyglądam się zamysłom reżyserów starając się zrozumieć ich tok myślenia. 

Po filmach – rozmowom i dyskusjom nie ma końca.

Szukam elementów, które mogłyby zapełnić dziury, często specjalnie umieszczone w filmie, by widz musiał sam sobie dopowiedzieć własne rozumienie i uzupełnić “niejasności”. Bo dla mnie dobry i bardzo dobry film to taki, po którym wychodząc z kina MAM PYTANIA, wątpliwości, chce mi się o nim porozmawiać. Film pobudził mnie do rozmyślań, do dyskusji, chce mi się o nim myśleć, nawet – MUSZĘ!! 

Podobnie z książką. Odkładam ją na półkę, ale tylko w sensie fizycznym, bo długo jeszcze postaci, wątki, problemy nie dają mi spokoju. Nigdy nie czytam kilku książek naraz! Dobrej książce, która mnie interesuje poświęcam czas i moje myśli. Skupiam się, jestem “dla niej” 

A czemu ja tak o tym wszystkim?

Właśnie! Obiecałam sobie, że publicznie, w kwestii tegorocznych dziewięciu filmów polskich, wybranych jako najlepsze w 2023 roku, nie będę mówić zbyt dużo, oceniać, krytykować, zachwalać, koloryzować, wpadać w szał euforii albo zupełnie odwrotnie.

Nie jest łatwo taki festiwal zorganizować w innym kraju. To dużo pracy, kontaktów, zwłaszcza gdy chce się również gościć na festiwalu twórców, aktorów polskich. Za to niezmiennie jestem wdzięczna naszym organizatorom i zawsze ich podziwiam, wspomagam i także dlatego jestem zawsze obecna na tej imprezie. 

Fani festiwalu – jesteśmy każdego roku i z radością powracamy na następny..

Tegoroczny Festiwal był bardzo udany i choć pewnie nie wszyscy się ze mną zgodzą, nowo wybrane miejsce kinowe było bardzo ładne i czyste, siedzenia wygodne, sala nie za duża. Dojazd – jak to w Houston, wiadomo, że zawsze jest “daleko”. Za to miejsc na parkingu nie brakowało, autostrady tuż obok..

Tak więc – prawdziwych RECENZJI nie będzie, choć i język i ręka mnie swędzi.  Ale tyle już na temat  filmów, które mieliśmy okazję oglądnąć, zostało powiedziane i napisane, że dziwię się, iż internet dotąd nie wybuchnął ogniem. Głównie krytyki i nienawiści wypisanej przez tych, którzy filmów…NIE oglądali. (Zielona Granica, Figurant..) 

Bo, że nie widzieli, to jasne jak słońce. Wystarczy film zobaczyć i potem jeszcze raz przeczytać co, w tym “hejcie” jest. Trzeba być ślepym i głuchym, żeby nie dostrzec i nie słyszeć, że wiedza większości autorów/ krytyków wpisów, o treści filmu jest zerowa!

My oglądnęliśmy !!

Na szczęście internet, inne media, gazety na całym świecie są dostępne dla wszystkich. Jest wielu ludzi, którzy najpierw film oglądają, później myślą, a jeszcze później o nim piszą. To co dobre i pozytywne. Także to, co dla nich dyskusyjne… I wtedy można i jest o czym wspólnie dyskutować i wymieniać swoje poglądy i uwagi.

Kadry z filmu pochodzą z internetu. Opublikowane w recenzjach filmowych. Główna postać esbeka, Budnego zagrana przez Mateusza Więcławka

Ogromne emocje wzbudził film “Figurant”.  Dla mnie już pierwszy moment ukazania się na ekranie obrazu starego Krakowa z końca lat 50-tych i lata 60-te przyspieszył bicie serca.  Ulice, tak blisko mojego rodzinnego domu, temat – trwająca 20 lat inwigilacja księdza (późniejszego biskupa) Karola Wojtyły, o której jako dziecko czy młoda dziewczyna nie miałam pojęcia. A przecież to właśnie Biskup Karol Wojtyła udzielił mi w 1967 r sakramentu bierzmowania.. w kościele Karmelitów, na ul. Karmelickiej.

Piwnica Pod Baranami i słynna “Dezyderata, którą pamiętam z moich (późniejszych już) wizyt w Piwnicy wywołała ciarki na moich plecach. To przecież także jedna z pieśni, którą sama zrobiłam z młodzieżą w naszym Polskim Teatrze. I chociaż nie była tak artystycznie piękną interpretacją jak w filmie, to także przeszywała dreszczami i do dziś słucham naszego wykonania ze specjalnym wzruszeniem..

Myślę często o ludziach, o bohaterach “Figuranta”, “Różyczki 2” i zastanawiam się, jakie trzeba mieć priorytety w swym sercu, głowie, by tak zagmatwać sobie życie.. Swoje życie i swoich najbliższych. I to tak, by odbiło się to na losach nawet następnych pokoleń. Jak różne motywacje życie podsuwa nam w przeróżnych okolicznościach, a człowiek dokonuje “niewłaściwego” wyboru.

W jaki sposób i kiedy ludzie próbują naprawić swoje błędy?  Co i kto na nich wpływa? Co jest momentem zwrotnym w życiu? Czy zwykły szary człowiek ma szansę na poprawę? Na odkupienie swych złych uczynków? Czy w ogóle w życiu “pokuta” za takie uczynki (krzywdy wyrządzone innemu człowiekowi) jest możliwa?? 

Kiedy człowiek  zaczyna rozumieć, co stracił a co zyskał?.. Czy manipulacja drugim człowiekiem może być aż tak silna, że doprowadza do uruchomienia najgorszych odruchów drzemiących w psychice człowieka? Czy film, powieść potrafi to wszystko nam – prostym ludziom jasno uświadomić??  

To zaledwie cząstka pytań, które pojawiły się w mojej głowie po kilku filmach festiwalowych.  

W rolach głównych: Paulina Pytlak (gość Festiwalu), Tomasz Sapryk, Joanna Drabik (Nastka) i rewelacyjna rola Józefiny (Kinga Preis)

Inne rodzaje pytań zelektryzowały moją głowę i poruszyły moją duszę po dwóch pierwszych filmach. Wychodząc z kina usłyszałam czyjąś krótką opinię o filmie: “beznadziejny, okropny!”  

Beznadziejny? Okropny??  Film czy sytuacja? (rzucona opinia dotyczyła któregoś z filmów – albo obu –  “Święto Ognia” i “Strzępy”) 

Jedno jest pewne. Oba filmy były łatwe w odbiorze. Trudne do “pogodzenia się” z faktem, że  przytłaczający jest temat i sytuacja, które reżyserzy postawili sobie za zadanie przybliżyć i to w “ostrym” wydaniu widzowi.  Filmy jakby trochę podobne, bo zarówno jeden i drugi podejmuje temat ludzkiej nieuleczalnej choroby. Ale jakże w inny sposób obrazują te “podobne tematy”.

Zdjęcia z sieci- w roli głównej Michał Żuławski.

 Nic nie jest tu podobne – oprócz… braku szansy na wyleczenie. 

A jednak – świat można widzieć na różne sposoby. Życie w sytuacji “beznadziejnej” nie musi być beznadziejnością i ostatecznością. 

Znów kolejny dowód, że człowiek ma zawsze wybór. I ten wybór zależy tylko od nas. I od… okoliczności w jakich się znajdziemy. I od przyjaciół jakich mamy wokół siebie. I od siły, jaka w nas jest. I od uczuć, jakie nosimy w swym sercu… Ileż mogłabym tu wymienić powodów, sposobności, okoliczności. Właściwy czas, właściwe miejsce, ten jeden moment, który liczy się na całe życie. 

Łatwo powiedzieć – “film beznadziejny”… a może po prostu boimy się przyjrzeć głębiej takim sytuacjom? Może nie chcemy podjąć myśli co stałoby się ze mną, gdybym ja musiała zmierzyć się z takim nieszczęściem.. 

Te filmy,  rozgrzały do czerwoności we mnie pytania, rozmyślania: mam to ogromne szczęście, że jestem zdrowa. Moje dzieci są zdrowe. Nie muszę i nie musiałam dokonywać takich wyborów. A gdybym stanęła przed podobną koniecznością jak bohaterowie filmów?  Co bym zrobiła? Jak silna byłabym? Czy potrafiłabym dokonać mądrych wyborów? Nie wiem. Nawet po obejrzeniu filmów, które ukazują wybory bohaterów, nie jestem pewna jakie byłyby moje decyzje.. 

Film jest tylko filmem. Ale uczy nas, że nigdy nie wiemy, co może przytrafić w życiu. Jedna chwila i świat wokół nas może runąć. Nigdy nie mów – to beznadziejne! Bo jutro twoja sytuacja może być podobnie “beznadziejna i okropna”. 

Boimy się cudzych trudnych sytuacji. Nawet filmowych. O ile łatwiej unikać prawd smutnych, nie wiedzieć, że takie tragedie ludzkie dzieją się i to czasem całkiem blisko nas.  Udawać, że nas nie dotyczą, bo NIE są nasze… 

Pewnie, że idąc do kina można chcieć spędzić czas z komedią lekką i śmieszną -taką, która nie zmusi nas do wysiłku zadawania sobie trudnych pytań. Nic w tym złego..

T. Kot (Tadeusz Boy-Żeleński), M. Dorociński (S. Witkiewicz), A. Seweryn, (J. Conrad), W. Mecwaldowski (B. Malinowski)
>Plakat znaleziony w sieci<

Jeden z filmów wyróżniał się wśród pozostałych własnie komediową lekkością i humorystycznymi dialogami. Mówię o filmie “Niebezpieczni Dżentelmeni”. 

Wbrew pozorom intryga jest ciekawa, a jej postaci to znakomitości literackie i historyczne zakopiańskiej bohemy roku 1914: artyści, politycy, gangsterzy. Poczynając od Boya- Żeleńskiego czy Stanisława Witkacego, poprzez Piłsudskiego, Nałkowską a kończąc na Leninie.  Dużo dialogów, w które świetnie wpleciono fragmenty literackie z różnych utworów tamtej epoki. Dostrzeże je widz obyty i wykształcony, bo wbrew pozorom nie jest to tylko zabawna fikcja przypadkowych zdarzeń. To fajna lekcja trochę historii, trochę polskiej literatury. Pośmiać się można, ale uważać “na lekcji” też trzeba, by złapać sens, ironię i zamysł twórców.  No i odświeżyć sobie w pamięci szkolne wiadomości z literatury. 🙂

Ostatni dzień filmowy przyniósł mi wspomnienia dawnych lat.

Filmy o tematyce wojennej były cotygodniowym “rytuałem” w telewizji mojej wczesnej młodości, w kinach też ich nie brakowało. Wywoływały we mnie zdenerwowanie i niewyjaśnione do dziś uczucia strachu. 

Byłam dzieckiem urodzonym osiem lat po zakończeniu wojny, w normalnym domu, gdzie nikt nie mówił (albo bardzo rzadko i niechętnie) o wojnie.. Dlaczego więc do dziś pozostało mi dziwne wrażenie rozdygotania wewnętrznego, strachu, gdy tylko mam oglądać lub czytać wspomnienia wojenne, obrazy tamtych  lat. I obojętne czy są to filmy z otwartych  działań wojennych na frontach, czy z obozów koncentracyjnych, czy  opowieści o przemocy indywidualnej czy o grupowej. Zawsze i niezmiennie powraca do mnie fala wciąż nienazwanego do końca odczucia, które zadomowiło się w latach dzieciństwa pokolenia powojennego, ale mocno skażonego wojną.. 

Celem twórców filmu “Filip”  nie jest ukazanie patosu wojennego, wyjątkowych bohaterów i wielkich poświęceń, drastycznych obrazów śmierci. Po pierwszym krótkim “prologu” – scenie w getcie warszawskim cała reszta filmu, to szokująca “konsekwencja” zupełnie zaskakującego życia w wojennej scenerii w niemieckim Frankfurcie. Pozornie szary człowiek, cichy wyniosły kelner, konsekwentnie, dzień za dniem, toczy swoją własną wojnę. 

Ma plan. I gdy już wydaje się, że jest coś, co może wyleczyć go z tej przemocy- rodząca się prawdziwa miłość, która może stać się istotniejsza niż zło – znów macki wojennej nienawiści są silniejsze. 

Ten film jasno uświadomił mi, że obraz wojny,  którego wciąż podświadomie nie mogę się pozbyć, nie jest jedyną i najgorszą wersją tamtych czasów. Teoretycznie wszystko od dawna to wiem, ale wciąż nie umiem sobie tego wytłumaczyć.

Kim byli ludzie zwykli, szarzy, którzy znaleźli się w przypadkowym miejscu, w przypadkowych okolicznościach i musieli “nie będąc sobą” jakoś przeżyć tyle długich lat?  Jak sobie radzili z najbardziej prostymi emocjami, pragnieniami, których nie można pozbawić człowieka?  

Patos, odwaga, strach, śmierć… te określenia kojarzą nam się zawsze wojną.   Ale to tylko część prawdy o tamtych latach. 

Z czym się naprawdę prosty człowiek musiał się zmagać?  O tym filmy wojenne naszej  młodości nam nie opowiadały… Sześć długich lat życia wojennego. 

Pomyślmy przez moment o stanie wojennym w 1981-83 roku (ci co pamiętają i przeżyli ten czas), pomyślmy o niedawnej pandemii. Jak bardzo takie niespodziewane wydarzenia wpływają na nasze osobiste uczucia, zmiany w życiu, ważne decyzje. 

Wbrew pozorom to są niezwykłe momenty, które potrafią wstrząsnąć i zmienić w nas bardzo wiele. W myślach, w czuciu, w niespodziewanych decyzjach. Nie planujemy tego. I nagle -BUM!!! 

Ile pomysłów może zrodzić się w  głowie twórcy – by napisać kolejny scenariusz filmowy, kolejną powieść czy sztukę. By wyreżyserować następny mocny film, który potrząśnie umysłem i sercem odbiorcy. 

Jeśli dodamy do tego całą plejadę ludzi, którzy biorą czynny udział w tym procesie, począwszy od  aktorów, scenarzystów, producentów, poprzez tych, o których mniej, a może w ogóle nie myślimy, jak montażyści, operatorzy dźwięku, obrazu, twórcy kostiumów, ludzie od make-up-u, do tych, którzy muszą “załatwiać” pieniądze, wypromować film i dziesiątki dziesiątki innych… to otrzymamy ogromny proces długich miesięcy pracy setek ludzi. 

Nie rzucajmy opinii “beznadziejny film, książka”. Ja użyłabym słów: “Mnie się nie podobało  to i to, dlatego i dlatego”.. – a to już brzmi inaczej.   

Taka opinia może być punktem do dyskusji i nie ignoruje twórczych działań  setek ciężko pracujących ludzi. 

O tym wszystkim mieliśmy szansę porozmawiać z naszymi gośćmi, zapytać o każdy szczegół, nie tylko o pracy aktorskiej, ale o wszystko inne,  co “za kulisami” a przecież równie fascynujące. Ale czasu zawsze za mało, a chętnych do zadawania pytań o wiele więcej. 

Dr. Wojciechowski i Dr. Ściuk – organizatorzy Festiwalu podczas prowadzenia rozmów z gośćmi – producentkami: Olgą Bieniek i Marleną Kreńską.

Wyszło jak wyszło – i tak napisałam więcej niż planowałam. Taki to temat, że nie mogę skończyć. 

Cieszę się, że mieszkam w Houston, że częścią polskiej kultury jest tutaj Festiwal Filmów Polskich. Dla jednych – okazja rozrywki polskiej, dla innych – czas wspólnych wieczorów Polonii, dla mnie – rarytas filmowy, aktorski i intelektualny! 

Dziękuję Zbyszkowi, całej ekipie organizatorów i nam – widzom, że wciąż mamy apetyt na nowe filmowe wyzwania!!


BACK

Przeziębienie czy grypa – jesienne zawirowania

17 listopada 2023

Ziemniaki w folii pieczone w popiele w żarze ogniska jesiennego.

„Złote jesienie” mojego dzieciństwa były  bardzo piękne. Słoneczne, bajecznie kolorowe, ciepłe i.. krótkie. To był przeważnie fragment października, na Plantach spadały dojrzałe brązowe kasztany, w niedzielę wyjeżdżaliśmy na wycieczki, by upiec na ognisku tradycyjne „Pieczonki” albo chociaż ziemniaki w popiele ogniska. Nawet w szkole były dwa dni wolne na jesienne prace społeczne albo “wykopki”. Wyjeżdżaliśmy z klasą gdzieś za miasto, dogadywaliśmy się z jakimś gospodarzem, że będziemy pomagać przy wykopkach ziemniaków. A później po dobrze wykonanej pracy układaliśmy grube polana na ognisko, piekliśmy na długich patykach kiełbaski i cierpliwie czekaliśmy na ziemniaki pieczone w żarzącym się popiele, posypywane potem grubą solą z odrobiną masła. Ile było w tym młodzieńczej radości i szaleństwa!

Wszystko to trwało bardzo krótko, może dwa, trzy tygodnie, bo złota polska jesień zazwyczaj nas nie rozpieszczała. 

Jesień w okolicach Ustronia i Wisły. Szlak na Czantorię, szlak spacerowy w okolicy Ustronia. Niestety, nie zachowały się nasze rodzinne zdjęcia z wycieczek rodziców. Zdjęcia zapożyczyłam z sieci.

Moi rodzice bardzo starali się w tym czasie trafić na wczasy w góry Beskidu; do Szczyrku, Ustronia, Wisły. Uwielbiali te okolice. I uwielbiali właśnie tę porę roku! Każdego roku jesienią podziwiali bogactwo kolorów w czasie niezliczonych spacerów tamtejszymi szlakami. Pamiętają to także moje dzieci, które przez kilka lat  towarzyszyły im w tych jesiennych wypadach. 

W mieście nie było aż tak pięknie. Jednak większość czasu jesiennego to pora deszczowa zamglona i ponura. Choć i taka, przydymiona i smętna, też potrafi nastroić nas pozytywnie i ..wyczekująco. Wiadomo – listopad i grudzień, to czas oczekiwania na radosne wydarzenia. Na nadchodzące tradycyjne Andrzejki, Mikołajki, przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia, wreszcie same Święta. 

Ale nie o tańcach i swawolach chcę dziś napisać. Wiem, że wstęp nastroił do  przyjemnych rozważań, ja jednak zejdę na bardziej przyziemne tematy. 

Mało kto myśli o jesieni jako o porze roku, która przynosi nam drastycznie zmieniające się  anomalia pogodowe, a co za tym idzie – czas, który uruchamia w wielu ludziach dużą wrażliwość (albo nawet nadwrażliwość) na te zmiany. Te z kolei odbiją się mocno na naszym zdrowiu. I to w dwóch aspektach – psychologicznym, gdy przy deszczowej wietrznej aurze czujemy smutek, niechęć do pracy, apatię, typowo jesienną chandrę. 

Schemat podobieństw i różnic pomiędzy przeziębieniem a grypą

Jeszcze gorzej jest, gdy równocześnie pogarsza się nasze fizyczne poczucie. Zaczyna się od bólu głowy, kapie nam z nosa, męczy brak normalnego oddechu. Zaczynają boleć wszystkie kości naraz i już właściwie boli nas wszystko! Temperatura ciała szybko się podnosi i już wiadomo -dopadło nas jesienne przeziębienie lub grypa! 

Jedna i druga choroba bardzo męczy, przebiega podobnie, ale tak naprawdę jest inna. Właśnie.. Jeśli dobrze pamiętam z rodzinnego domu, z moich dziecięcych i młodzieńczych doświadczeń, nikt nigdy nie rozróżniał przeziębienia od grypy. No, może jak przebieg choroby był lżejszy, to mówiło się, że  przeziębiliśmy się. Jeśli wyglądało to poważniej, a gorączka utrzymywała się przez kilka dni, to znaczyło, że mamy grypę. Lekarstwa? Chyba mama podawała nam aspirynę, syrop na kaszel (najbardziej pamiętam Tussipect ) i może coś jeszcze, czego zupełnie nie pamiętam.. Czy w tamtych czasach ktoś przejmował się przeziębieniem czy grypą tak na poważnie? 

Najbardziej „lubiany” przez dzieci syrop na kaszel mojego dzieciństwa

Dzieci zawsze chorowały w czasie jesieni (i w czasie przedwiośnia). Są to choroby wirusowe, przenoszą się łatwo metodą kropelkową, stąd szybko można zarazić się w dużych skupiskach np. w przedszkolach, szkołach, w pracy. 

Jako dziecko, wcale nie przejmowałam się kiedy byłam chora na jedną z tych chorób. Wręcz przeciwnie.  Choć pierwsze dni były dokuczliwe, to jednak po trzech dniach samopoczucie wracało do normy, a rodzice nie pozwalali jeszcze iść do szkoły. Trzeba było “odleżeć” co najmniej tydzień. I nie trzeba było mieć zwolnienia lekarskiego, bo każdy wiedział, że w tym jesiennym deszczowym, mglistym i nieprzyjaznym pogodowo czasie łatwo się zaziębiamy i swoje musimy odsiedzieć w domu. Lubiłam te przymusowe chorobowe wakacje. Nie zastanawiałam się wtedy jakie mogą mieć konsekwencje dla mojego organizmu. Na co powinnam uważać, co naprawdę dzieje się ze mną i we mnie. 

A przecież takie choroby dopadały mnie nie raz w roku i nie dwa.. 

Gorzej było, gdy nagle występowała bardzo wysoka gorączka i ból gardła. Wtedy wiedziałam, że to najprawdopodobniej angina i że bez lekarza sie nie obejdzie. Zapamiętałam na zawsze lekarza dziecięcego w Krakowie na pl. Sikorskiego. Z jednej strony na parterze było wejście do przychodni dla Dzieci Chorych, a z boku budynku wchodziło się na  pierwsze piętro do Przychodni dla Dzieci Zdrowych. Musiałam bardzo długo korzystać z tej przychodni, bo pamiętam, że byłam chyba w ósmej klasie i chodziłam do lekarza sama. Też ciekawe… Przychodnia znajdowała się jakieś 30-40 minut marszu od mojego domu.  

Angina była zmorą mojej młodości.  W pewnym momencie, gdzieś pod koniec podstawówki miałam już lekarza laryngologa w przychodni dla “dorosłych” i tam chodziłam jak tylko pojawiały się objawy anginowe. Dopadały mnie tak często, że sama je rozpoznawałam, a po pewnym czasie doktor stwierdził, że bez operacji wycięcia migdałków się nie obejdzie. Gdy już zaczęłam mieć ciągłe zapalenia ucha środkowego, jakieś bóle reumatyczne, coś tam z sercem, po wielu badaniach, jak na tamte czasy skomplikowanych i męczących (byłam w pierwszej klasie liceum) zdecydowano usunąć mi migdałki. Zresztą nie bez powikłań…   Takie to były czasy polskiej medycyny, że nawet proste usuwanie migdałków było zabiegiem “skomplikowanym”. W szpitalu trzymano mnie przez prawie dwa tygodnie.

Za to problemów anginowych pozbyłam się na zawsze!! 😀

Wracając do jesiennych przeziębień czy grypy, gdy po trzech pierwszych dniach choroby już czułam się znacznie lepiej, moje najbliższe koleżanki przychodziły do mnie zaraz po szkole i siedziały koło mnie, nawet na moim łóżku i nikt z nas nie myślał o tym, że przecież można się zarazić..  Przynosiły mi zeszyty z notatkami, opowiadały co działo się w klasie, donosiły plotki i ploteczki.  A rodzice byli zadowoleni, że mam kontakt z rówieśnikami i że jestem na bieżąco z tym, co dzieje się w szkole. W liceum nierzadko też odwiedzali mnie koledzy.

Rodzice pracowali do 16.00, więc niezbyt kontrolowali to, co robią w tym czasie “chore” dzieci. 😆

Dzieci – od małych do tych starszych w szkole podstawowej i średniej – chorowały często. Rodzice biegali z nimi do lekarzy. Lekarz wypisywał lekarstwa i.. zwolnienie tzw. L-4. Pięć dni – tydzień.  Matki na okrągło dostarczały swoim pracodawcom zwolnienia, bo przecież ktoś musiał opiekować się  w domu małym dzieckiem. Te starsze mogły już zostawać same. Tak było i tak jest do dzisiaj…

Czemu o tym piszę??  Przede wszystkim dlatego, że przez 17 lat mojego dorosłego życia małżeńskiego w Polsce byłam pracującą nauczycielką i matką dwojga malutkich dzieci. Oboje wychowały się w żłobkach i przedszkolach. Ja – “matka- potworzyca” nigdy nie wzięłam urlopu wychowawczego, a macierzyński przypadł mi tylko na Syna i to w czasie wakacji i skończył się na początku września czyli jak zaczął się kolejny nowy rok szkolny.  (Córkę urodziłam będąc na studiach, więc urlopu macierzyńskiego nie miałam).

Byłam młoda, ale za to bardzo odpowiedzialna. I ambitna. Gdy więc moje dzieci chorowały, dokonywałam cudów organizacyjno-koleżeńsko-kombinatorsko-zwariowanych, by tylko nie brać zwolnień z pracy, bo “maturzyści muszą mieć lekcje, bo nie mogą mieć z „mojego powodu” zaległości, bo nikt tego nie zrobi tak jak ja… itd. 

Moja doktor – pediatra otwierała szeroko oczy ze zdziwienia, że trafia jej się matka, która nie chce zwolnień, by “posiedzieć w domu”…

Może to bardzo głupio dziś brzmi, bo dziecko jest i zawsze było dla mnie najważniejsze!! Ale – gdy dziś patrzę na ten obrazek z dalekiej przestrzeni czasowej i wiedzy, którą dziś posiadam, to myślę, że wcale nie popełniłam wielkiej „zbrodni”.

Gdy dzieci były naprawdę chore byłam z nimi. Gdy zostawały w domu, bo trzeba było dopełnić 7-10  dni przetrzymania dziecka, nawet jeśli już czuło się całkiem dobrze, moje dziecko bawiło się z opiekunką, koleżanką, moją przyjaciółką i było zupełnie szczęśliwe. A ja – robiłam to, co powinnam była robić.. 

Kiedy przyjechałam do Stanów, jesienne przeziębienia dzieci nagle objawiły mi się zupełnie inaczej. Oczywiście, że tu także dzieci chorują. Ale.. jakoś mniej, jakoś inaczej. Rodzice wiedzą jakie leki im podać, dzieci są szczepione przeciw grypie. Nikt nie trzyma ich całymi tygodniami odizolowanych od świata tylko dlatego, że mają katar czy kaszel. 

Nie zamierzam porównywać czasów leczenia chorób sprzed 40 czy 50 lat i to w tak różnych krajach jak Stany Zjednoczone i Polska. Oczywiście, że w owych czasach były to dwa różne  światy. Ale nawet dzisiaj, w dobie internetu, wiedzy, którą łatwo zdobyć, porównać i zastosować – mentalność wciąż jest jednym z wiodących aspektów decyzji. 

Moja wiedza o przeziębieniu, a przede wszystkim o grypie dziś jest jak „wielka rzeka” w porównaniu do tej sprzed kilkudziesięciu lat.  

Oczywiście, rozumiem dlaczego powinnam szczepić się każdego roku na grypę. Ale zdaję sobie sprawę, że jest wielu ludzi, którzy tego nie rozumieją i uważają to za całkowicie niepotrzebne. I to ludzie, którzy są mi bliscy. Ludzie, którzy z zasady są przeciwni szczepieniom. 

Mając dużo lat, jestem świadoma jak bardzo niebezpieczna może być dla mnie grypa. Po niespodziewanych doświadczeniach COVID-owych, zamknięciu normalnego życia dla niemal całego świata, sparaliżowaniu wszystkiego, co człowiekowi potrzebne jest do codziennego funkcjonowania – wszyscy wiemy, jakie rozmiary może przyjąć powikłana grypa czy jej niecodzienne i nagłe mutacje. Przeziębienie czy tym bardziej grypa to NIE drobna niedogodność organizmu i przerwa na odpoczynek czy kilkudniowe wylegiwanie się w łóżku. 

Naukowcy próbują nam przekazać obraz wirusów w najbardziej logiczny i ekspresyjny sposób. Wyglądają nawet .. ładnie, ale są naprawdę bardzo niebezpieczne!

Coraz trudniej wydostać się z dopadających mnie od czasu do czasu takich niedomagań. Coraz częściej obawiam się złapania wirusów, skutecznego ich unikania. Ale nie należę do osób histerycznie przewrażliwionych na punkcie profilaktyki.

Ciągle przecież jesteśmy z ludźmi, pośród ludzi, wokół ludzi. Miliony wirusów krąży nieustanne wokół nas. Przekazujemy je sobie drogą kropelkową, przez przyjazny pocałunek, dotyk nosa, dotyk wspólnych przedmiotów… Nawet nie wyobrażamy sobie jakie to łatwe.  Na szczęście dziś już wiemy, że szczepionki uodparniają nas na wiele z tych wirusów i organizm potrafi się sam bronić.    

Grypa, zaziębienie – nasz wygląd i samopoczucie jest wtedy okropne!

Nie ma nic gorszego niż gdy dopada nas poczucie osłabienia, trzęsą nami  dreszcze, a zaraz  potem pojawia się ból zaczerwienionych oczu i męczący katar. Następnego dnia już mamy problem z normalnym oddychaniem, łamie nas w kościach i w ogóle świat wydaje się beznadziejny!  

I nawet jeśli dziś  mamy całą gamę dobrych leków na takie objawy i nie muszą być nawet przepisane na receptę przez lekarza, to i tak  w przypadku ludzi starszych proces dojścia do “normalnego” zdrowego samopoczucia trwa długo.

Po kilku dniach sytuacja zdaje się opanowana, a jednak… wciąż organizm jest  zbyt słaby, by funkcjonować normalnie. Do tego dochodzi brak apetytu, niechęć do robienia rzeczy, które zazwyczaj codziennie wykonujemy bez oporów. Wszystko idzie powoli, jakby to nie było nasz ciało, jakby ręce, nogi wcale nie chciały nas słuchać.

Kiedyś –  przeziębić się to był “drobiazg” nie choroba. Kiedyś mówiło się: “A, mam grypę! Poleżę w łóżku trzy dni, wypocę się, wygrzeję i będę zdrowa jak ryba!” 

Dziś: przeziębić się, złapać grypę – to brzmi złowieszczo. 

Choroby nie zmieniły się. Na szczęście zmieniła się nasza wiedza, metody badawcze, doświadczenie, świadomość zagrożeń. Uległo przemianom wszystko to, co może uchronić nas przed trudnymi albo nawet tragicznymi konsekwencjami tych pozornie zwykłych “jesiennych” chorób. 

Właśnie kilka tygodni temu dopadło mnie jesienne przeziębienie (bez temperatury) ale za to ze wszystkimi innymi bardzo nieprzyjemnymi objawami. Pogoda była słoneczna, ciepło, żadnych zimnych wiatrów, ani deszczu. Nikt nie może powiedzieć, jak to mówi się popularnie w Polsce, “że mnie zawiało”. 

Organizm wyraźnie wyczerpał naładowane przez lato baterie, zmęczenie dało znać o sobie i jakiś wirusik zaplątał się i ułożył sobie we mnie wygodne gniazdko. 

Walczyłam ostro przez niemal tydzień i myślałam o tym, jak 50 lat temu  łatwo było przetrwać z takim „niepożądanym gościem” w swoim organizmie. Niedawno zaaplikowana szczepionka pewnie pomogła mi zwalczyć tę chorobę bez gorszych konsekwencji.

Kiedyś temat grypa, przeziębienie był tylko niewygodną jesienną (rzadziej zimową bądź wiosenną) przeszkodą.  Nie wywoływały we mnie strachu, nie znęcały się tak bardzo fizycznie, nie dokuczały tak nieprzyjaznym kłuciem w płucach czy brakiem sił. 

Dzisiaj widzę i czuję jak bardzo upływający czas zmienia  proporcje realiów „prostej” choroby…


BACK

Kto wymyślił lustro i czy jest mi dziś potrzebne ? 

2 listopada 2023

Jeśli ktoś chce dowiedzieć się kiedy i jak powstały pierwsze prototypy lustra, to nic prostszego jak zaglądnąć do “wujka Google’a” i dość dokładną  historię tego wynalazku można sobie przeczytać w internecie. 

Niemal od początku istnienia życia ludzkiego człowiek pragnął zobaczyć i sprawdzić swój wygląd. Początkowo funkcje luster pełniła woda w rzekach, jeziorach i kałużach. Było to jednak uzależnione od pogody i człowiek, jak w każdej niewygodnej sytuacji, dążył do znalezienia metod usprawniających odbicie obrazu. Długa to historia geniuszu człowieka, jego fantazji, pomysłów, prób i oczywiście pieniędzy. 

Gdyby prześledzić ewolucję dzisiejszego zwykłego lusterka, to zdziwilibyśmy się, że w historii jego powstawania mieli swój udział Hindusi, Chińczycy, Rzymianie, a dopiero dużo później, bo w XIII wieku, lustrami zainteresowano się w Europie, głównie we Włoszech.  Prym wiedli oczywiście Wenecjanie. To oni odkryli, że dzięki użyciu stopu rtęci  można otrzymać przejrzyste szkło.  Lustra weneckie stały się  sławne i pożądane w całej Europie, a równocześnie uruchomiły machinę konkurencji  w innych krajach. Dalej już poszło jak “po maśle”.

Woda była pierwszym prototypem lustra. I zawsze lustrem jest dla natury.

Zanim jednak lustro stało się powszechnym produktem i elementem każdego domu, każdej kobiecej kosmetyczki, “przedreptało” długą drogę przez tysiące lat. 

                                                   ** ** ** ** ** 

Wstęp o lusterku jest dla zachęty, by nikogo nie zrazić do mojej opowieści na pozornie inny temat. Temat znany z dzieciństwa pod tytułem “ Lustereczko powiedz przecie kto jest….. na świecie” .  Środek tego pytania już należy tylko do mojej bajki (albo do kogokolwiek, kto to będzie czytać i zechce sobie pytanie uzupełnić. 🙂 

To niepozorne lusterko z jednej strony ma tak silne powiększenie, że pokaże nam chętnie wszystkie szczegóły naszego oka w czasie robienia makijażu 😀

Lustro jest odbiciem naszej twarzy. Jest szansą na sprawdzenie w najbardziej intymny i skryty sposób naszego odbicia. Sami, w ciszy spokoju i w zamkniętej przestrzeni możemy przyjrzeć się sobie,  uczciwie ocenić własną twarz, postawę, wygląd sylwetki, nowe ubrania czy cokolwiek innego. 

Pytając drugą osobę o opinię, nigdy nie jesteśmy do końca pewni czy ta osoba postrzega nas tak samo jak my siebie. Ma to i dobrą stronę i trochę złą.. W zależności od naszych relacji, od dnia, humoru – możemy usłyszeć to, co chcemy i to, czego nie chcielibyśmy wiedzieć. Własne odbicie w lustrze – mówi o nas całą prawdę. Przynajmniej – tak nam się wydaje… 

Lustra w moim domu. Każde inne. Każde lubię.

Lustra towarzyszą mam właściwie  wszędzie i przez cały czas. W domu niemal w każdym pomieszczeniu, w pracy, w każdym holu restauracyjnym, w poczekalniach itd. Stanowią element wygody, dekoracji, są naturalnym wyposażeniem każdego wnętrza. Pojawiają się już w pierwszych zabawkach dziecięcych, kiedy kilkutygodniowy maluszek z zaciekawieniem wpatruje się w odbicie swojego wizerunku w kołyszącej się nad nim zabawce, w jego łóżeczku.  

Tak prawdę mówiąc, to niespecjalnie zwracamy uwagę na lustra i ich znaczenie. A jednak – gdyby w samochodzie nie było lusterka, jak cofalibyśmy bezpiecznie  nasze auto?  Jak robiłybyśmy sobie codzienny makijaż, jak wymyślałybyśmy kolejną nową fryzurę bez patrzenia w lustro?  

Nawet przy myciu zębów często spoglądamy na swoje poranne czy wieczorne  odbicie.. A to tylko zaledwie malutki, podstawowy zakres wykorzystania lusterka. 

Czy myślimy o lusterku, gdy w grę wchodzi lustro i technologia razem połączone? Co to są czarne lustra i jak się to ma do komputerów, współczesnych telefonów, tabletów, bez których już nie umiemy funkcjonować?  Jak wykorzystuje się lustra w medycynie, optyce, astrologii i w tysiącach innych sfer naszego życia? Nie będę nawet próbować się tu wymądrzać, bo i tak nie potrafię wymyślić zbyt wielu przykładów. 

Lustro jest genialne. Albo raczej człowiek jest geniuszem, który dzisiaj lustro potrafi wykorzystać na tysiące sposobów. 

Dawno temu lustro miało inną wartość, wysoką cenę i było elementem wyposażenia wnętrz głównie ludzi bogatych. Nie na darmo piękne lustra miały swą nazwę zwierciadła. Ich dawna duża wartość łączy się prawdopodobnie z przesądem, który znany jest do dzisiaj. O lustra dbano szczególnie i z wielką ostrożnością, by nie rozbiły się, bo jak wiadomo gdy lusterko rozbije się – przesąd mówi – czeka nas siedem lat nieszczęścia”  

“Aby być pewnym, że zabezpieczymy się przed jakąkolwiek złą przepowiednią należy rozbite lusterko zebrać w czarny papier, najlepiej każdy kawałek tylną ścianką do góry, aby nie ujrzało naszej twarzy. Papier szczelnie zamknąć i zakopać głęboko.” 

Ha, ha!! Mam nadzieję, że nikt dziś na serio nie traktuje tych porad! Pozwoliłam sobie “zakomunikować” je ze źródła internetowego, opisującego lusterkowe przesądy.  Są i takie, które brzmią dużo groźniej, ale nie zamierzam nikogo straszyć.🙂   

Dziś już mamy zbyt dużo luster, lusterek i lusterkowo pochodnych produktów, byśmy mogli na takie przepowiednie zwracać poważną uwagę. 

Lustro w mojej jadalni imitujące dodatkowe okno. Z każdej strony widać w nim część jadalni z innej perspektywy.

Duże lustro optycznie powiększa powierzchnię pomieszczenia. Dlatego między innymi chętnie montuje się jej w windach. Dzięki lustrom można stworzyć przeróżne iluzje i stosować je zarówno w poważnych nowych odkryciach jak i w fajnych trickach, które przydadzą się w każdej codziennej sytuacji. A już lustro i światło…potrafią czynić cuda w zwykłej otaczającej nas przestrzeni. 

Czy lustrzane drobne pyłki kojarzą wam się z pięknymi paznokciami? A to, że lustro można wykorzystać w różnego rodzaju grach, malarstwie, oczywiście w fotografii..? Mnie to do głowy by nie przyszło, gdyby nie przypadkowy artykuł, na który natrafiłam, o rozbitym lustrze i przesądach. I tak po nitce do kłębka .. zafascynował mnie ten temat.    

Lustro jest także naszym kontaktem z innymi. Otwieramy komputer, telefon, włączamy ekran i widzimy tych, z którymi chcemy teraz rozmawiać. I nieważne czy są to plotki z przyjaciółmi, rozmowy rodzinne, czy konferencje biznesowe. Lustro/ekran ułatwia nam w sekundzie zobaczenie siebie nawzajem. Obojętnie o jakiej porze dnia, na jakim skrawku Ziemi i nie tylko Ziemi – widzimy siebie. Równocześnie widzimy twarz osoby, z którą rozmawiamy.

Ale nie byłabym sobą, gdybym nie pomyślała o lustrze w sposób osobisty, humanistyczny, głęboko człowieczy. 

Obraz siebie, który oglądam  codziennie, przez lata w swoich lustrach, to historia mojej twarzy. A twarz to moje oczy, moje usta, moja mimika, która przemawia do mnie. I przemawia do innych. A każda twarz odbija dużo więcej niż tylko obraz.

 “Lusterko prawdę ci powie” – to popularne powiedzenie, to nie tylko slogan o mojej twarzy, uśmiechu, zmarszczkach, szarych oczach czy coraz bardziej pooranej nadmiarem skóry szyi, na którą średnio lubię teraz patrzeć. 

A przecież kiedyś tak nie było.  Były dni, gdy z przyjemnością spoglądałam na siebie. Na roześmiane oczy, na zapał i w nich apetyt na życie. Okręcałam się dookoła ciesząc się  rozkloszowaną krótką spódniczką i patrzyłam z zachwytem na swe ładne zgrabne nogi. Lubiłam wiele szczegółów mojego ciała, nie przeszkadzał mi nawet szary kolor oczu, choć drażniło mnie, że tak go znajomi określali. 😀 Wtedy wydawało mi się, że to brzmi tak.. bez wyrazu.

Moje ” najdłuższe” włosy z czasów liceum.

Gdy miałam 8 lat (pamiętam dobrze, bo  przygotowywałam się wtedy do pierwszej komunii) bardzo chciałam mieć długie włosy. Mama zgodziła się, choć niechętnie, żebym sobie je trochę zapuściła. Wciąż jednak uważała że mam cienkie i słabe włosy i nie będą ładnie wyglądały, kiedy będą dłuższe. A ja marzyłam o “kucykach”, warkoczykach i oczywiście „końskim ogonie”. Ledwo mi trochę włosy urosły, już sobie ściskałam jej gumkami i wiązałam wstążeczki. Mieszkała wtedy z nami siostra Taty, niewiele ode mnie starsza (może 8-10 lat?) i ona okazała się bardzo przychylna moim dziewczęcym marzeniom. To ona poszła ze mną do sklepu, kupiła mi dużo kolorowych wstążeczek i czesała mi wymyślne pierwsze “palemki” i “kucyki” . Mama nie była z tego zadowolona. Do komunii wprawdzie nie miałam zbyt długich włosów, ale udało się zrobić z nich odświętną fryzurę.

Zdjęcie u gory – studniówka 1972 r. Zdjęcie dolne – 8 klasa podstawowa. Mama już przestała interweniować w moje „długie” włosy 😂

Za to w okresie liceum już mogłam mieć włosy dłuższe i Mama nie “korygowała” moich zmieniających się fryzur. 

Jak każdą nastolatkę, cieszyła mnie zawsze nowa “szmata” im bardziej kolorowa tym lepsza! Lubiłam zmieniać, kombinować, ryzykować zestawieniami kolorystycznymi, o ile i jak dało zadziałać w takich kwestiach w tamtych trudnych czasach. Lustro mnie kochało a ja kochałam lustro. Nawet łzy i smutek wydawał się  piękny w młodych oczach..

Lustro było świadkiem dziesiątek zmian w moim życiu. Ach, a  jaką radością przyglądałam się,  gdy mój brzuch powiększał się z miesiąca na miesiąc, kiedy moje dzieci dawały znać, że i one zmieniają się choć jeszcze światła dziennego nie ujrzały. 😃

Lustro patrzyło na mnie z  pobłażliwością, kiedy walczyłam po urodzeniu Maluchów, by dojść do dawnych rozmiarów i znów wrócić do  swojej “starej szafy”.

Lustro to mój pierwszy surowy sędzia. Sędzia, który jednego dnia mrużył oczy, kiwał głową i radośnie zgadzał się z moją opinią. Ale już następnego – lusterko potrafi być bardzo wymagające, krytyczne. Ocenia mnie surowo. Niejeden raz zbeształo mnie za mnóstwo szczegółów, które wcale mu się nie spodobały. 

A ja patrząc mu prosto w “szare oczy” wiem, że lusterko zawsze ma rację…

Bo lustro ma świetne wyczucie smaku, gustu i czasu. Rozumie mnie. Rozumie, że czas zmienia nas. Czas zmienia również wizerunek wewnętrzny człowieka, przez zwykłe lusterko pozornie niedostrzegalny. Moje “prywatne lustro” dostrzega ten wewnętrzny portret. Bo magia lustra jest silna i głęboka.

Myślę o magii i sile lustra, której nie ma w zwykłych zapiskach czy opowieściach ludzkich. Lusterko mi powie prawdę… bo to ja w tym lustrze odbijam swoją twarz i duszę. Siebie nie oszukam… Jestem pewna, że każdy choć raz w życiu znalazł się w sytuacji, gdy stał na skraju jeziora czy spokojnie płynącej rzeki i wpatrywał się w swoje oblicze. Jakie myśli przychodziły wam wtedy do głowy? Czy ujrzeliście przez moment prawdziwego siebie? 

Nawet jeśli ta twarz była wykrzywiona poruszającą się falą, to w falującym się obliczu dostrzegłam najprawdziwsze własne „ja”. Tafla odbija skupioną energię i czuję, że ten obraz należy tylko do mnie. Im większa siła wpatrywania się we własne oblicze, tym głębsze zrozumienie swej “duszy” . Wymaga to chwili i cierpliwości, ale pomaga ujrzeć to, co na co dzień gubimy w biegu życia.

Teraz łatwiej zrozumieć dlaczego tak ważne jest patrzenie komuś głęboko w oczy, by go zrozumieć, by ujrzeć jego bezgraniczną miłość albo… skonfrontować inne uczucia czy emocje. Oczy drugiego człowieka, a raczej jego źrenice mogą być także dla nas lustrem. 

Takie fajne lustro mam w sypialni. Bardzo wydłużony owal, fajnie wyszczuplający każdą sylwetkę. 😜 To lustro to prezent od mojej córki z czasów jak jeszcze studiowała w szkole dentystycznej w Dallas.

Od kałuży do jeziora, od lśniącego wypolerowanego kamienia do wykwintnych luster weneckich. Od bajki o krzywym zwierciadle do przesądów o siedmiu latach nieszczęścia. Od wiary o uciekaniu duszy do świata umarłych do opowieści o “Oku Boga”…

Czy moje lustra domowe są dla mnie ważne i czy naprawdę je potrzebuję? Dlaczego dziś niemal co sekundę ktoś pokazuje swoją twarz w lustrzanym odbiciu na Instagram, YouTube czy innym filmiku w mediach? Skąd takie uwielbienie dla oglądania własnych twarzy? Co magicznego jest w lusterku i dlaczego jest ono tak ważne dla człowieka? 

Może powyższe rozważania pomogą odpowiedzieć na te pytania? 

Lusterko – świecznik odbijające płomień zapalonej świecy.

A co to oznacza dla mnie? 

Jak każdy przeciętny człowiek używam lustra do prostych życiowych czynności. Lubię lustra dekorujące moje ściany. 

Lubię także zwierciadło, w którym tylko ja potrafię dostrzec bogactwo moich doznań, uczuć, spostrzeżeń, intuicji. 

Moje lustro nie jest weneckie. Nie ma złotej oprawy ani długiej starej historii.

 MOJE lustro jest bezcenne i unikalne, jedyne w swoim rodzaju…


BACK

Uliczkami w górę i w dół, po mostach, popijając  wino „Porto”

17 października, 2023

Myśl o Portugalii mignęła mi wiele lat temu, kiedy moja przyjaciółka Beatka takie właśnie wakacje sobie wymyśliła. Ona pierwsza wrzuciła nam Portugalię do koszyka pomysłów wyjazdowych. My już wtedy całą Europę bardziej czy mniej zwiedziliśmy albo chociaż dotknęliśmy co piękniejsze czy ciekawsze zakątki. Ale jakoś Portugalia przesmyknęła się przez nasze plany bez echa. I tak sobie kiełkowała i rosła, aż tuż przed pandemią byliśmy gotowi do wyjazdu – z pomysłami i biletami. Tyle że wydarzenia roku 2020 zastopowały nasz wakacyjny plan i jak większość ludzi utknęliśmy z planami  w głowie albo na papierze. 

Minęły kolejne lata, podróżowaliśmy tu i ówdzie, aż dopiero w tym roku dotarliśmy do.. PORTO

Porto – Miasto w Portugalii położone przy ujściu rzeki Douro do Oceanu Atlantyckiego. Drugie co do wielkości w tym kraju. Dlaczego tam? Jak to w życiu bywa – trochę przez przypadek, trochę przez sugestie przyjaciół i znajomych, trochę przez przekorę, bo wszyscy koniecznie do Lizbony, a ja przeczytawszy dużo na temat – koniecznie chciałam właśnie do Porto. 

Może przez dawne sentymenty i wspomnienia wąskich uliczek, pełnych kwiatów w Grecji i Turcji, może sentyment zapamiętanych obrazków z Chorwacji (dawnej Jugosławii) i uliczkach ciągnących się w górę i w dół.. Gdy zobaczyłam zdjęcia, posłuchałam opowieści przyjaciół i wciągnęłam się w nowoczesny świat internetowych blogów podróżniczych, a do tego jeszcze historii,  skąd wzięło się  wino „Porto”.. to już wiedziałam, że wybieramy Porto jako miejsce tegorocznych wakacji!

A że tym razem potrzebowałam odpoczynku “ na moich warunkach” – będę wstawać wtedy, kiedy poczuję, że chcę i mogę, gdy “najpierw będzie kawa, a potem życie”, gdy będziemy się włóczyć tam, gdzie MY chcemy i nie będzie to program wycieczki zorganizowanej (przy czym NIC nie mam przeciwko zorganizowanym wycieczkom, ale czasem potrzeba czegoś innego!!) – wszystko pasowało mi idealnie! Był ze mną mąż i zaprosiliśmy też przyjaciółkę, taką od szkolnej ławy aż do dziś (na kilka dni).

Urocze wąskie kręte uliczki. Zawsze w górę i dół. Nawet jeśli w dół… to i tak w górę 😂😂

Sceneria: bardzo ciasne uliczki, bardzo pod górę i jak mówi mój mąż: “nawet jak w dól to też pod górę! 🙂🙂

Jeśli ktoś liczy na  opis i szczegółowe informacje o Porto, to polecam blogi turystyczne i informacyjne na ten temat.  Mój tekst takich wieści wam nie przyniesie.  Ja chciałabym  w tym krótkim wpisie oddać atmosferę naszych kilku dni wakacyjnych. I tego, co mnie, czekającej na pobyt w tym miejscu przez kilka lat, najbardziej wpadło do serca. 

Most Luis’a z każdej strony i o każdej porze dnia i nocy prezentuje się wspaniale!!!

Uliczki – wąskie, bardzo wąskie i jeszcze węższe. Dziesiątki uliczek. Do rzeki Douro i głównego nabrzeża Ribeira niedaleko. Trzeba zejść w dół może przez niecałe 10 minut i już oczom ukazuje się widok jak z najpiękniejszych pocztówek tego miasta. Szeroka czysta rzeka, stare statki/barki z baryłkami wina i sześć słynnych pięknych mostów, z których jeden jest najbardziej charakterystyczną reklamówką tego miasta. Most Luis’a (Luis’ Bridge). Zbudowany w stylu wieży Eiffel’a, przez ucznia samego mistrza. Jest wyjątkowy, posiada dwie kondygnacje, obie wykorzystane do pełnego ruchu, dolna do ruchu samochodowego i dla pieszych, a po górnej kondygnacji jeździ metro i chodzą piesi. Metro wyłania się z jednej strony z podziemnego korytarza, by przejechać majestatycznie na drugi koniec mostu i zniknąć w czeluściach podziemnych po drugiej stronie. 

Widok z okna naszego apartamentu, z czwartego piętra. Dachy innych domów, ledwo widoczna wąska uliczka. Az strach patrzeć w dół 😂

Jest to fantastycznie połączone z uliczkami, które natychmiast wpadają pomiędzy niezliczone ilości bardzo wąskich kamieniczek, wysokich zazwyczaj na trzy, cztery i pięć pięter. Wysokich pięter! Nasz apartament mieścił się na czwartym piętrze i wspinanie się na tę wysokość bylo nie lada wyzwaniem. Choć wewnątrz klatka schodowa jak i caly dom był nowy i bardzo ładnie zrobiony, to schody były wysokie i strome i dotarcie  do naszego, bardzo zresztą ładnego i ciekawie architektonicznie zaprojektowanego duplexu, było niezłą codzienną gimnastyką!! 

Porto, to niezliczona ilość schodków! Kamiennych, bardzo stromych i tylko czasem nieco mniej.😆 Wijących się i biegnących ostro w dół i w górę. Miasto pełne uliczek, które nigdy i nigdzie nie są płaskie. I też nie są lekko pochyłe. One po prostu są strome, wręcz sprawiają wrażenie pionowych!! Nie mam pojęcia jak ludzie żyją tam na co dzień. Jak jeżdżą  te niezliczone ilości aut, a jeszcze bardziej interesuje mnie jak te auta parkują!? Bo zaparkowane samochody stojące niemal jedno na drugim, to widziałam na własne oczy, ale jak kierowcy są w stanie tak się wcisnąć! Przypomina to układankę z klocków lego precyzyjnie dopasowanych do siebie. I jak potem opuszczają to swoje miejsce parkowania, to NIE udało mi się przez tydzień zauważyć.. 🙂

 czywiście większość tych maleńkich uliczek jest jednokierunkowa, po jednej stronie “oblepiona” parkującymi samochodami – środkiem, jeśli o środku drogi w ogóle można mówić – jadą różnego rodzaju pojazdy, także duże dostawcze i jeszcze spokojnie pomiędzy przetaczają się dziesiątki pieszych. Fenomenalne!

Wydaje się, że tylko strefa nadrzeczna, dzielnica Ribeira i po drugiej stronie rzeki Douro –  Vila Nova de Gaia,  chociaż są najbardziej tłumne, dzień i noc oblegane przez turystów, są najbezpieczniejsze. A przynajmniej płaskie. 😃 Ale już Most Luisa tętni ruchem samochodowym i pieszym, a w górnej strefie pomyka metro i mimo że nie ma tam “górek” ruch jest ogromny. Nad tym wszystkim można przejechać się gondolą czyli kolejką linową i zobaczyć  ten piękny obrazek z lotu ptaka!

Szaleństwo i fantazja Młodych!

Dodam do tego obrazka (na szczęście na “dolnym”poziomie”) śmiałków (raczej szaleńców), z których co poniektórzy przymierzają się do skoku z mostu do rzeki, a bardziej szaleni skaczą z niego do rzeki. Oto miejsce tętniące nieustająco  muzyką, ryzykiem,  kolorystyką ludzi, strojów, setkami turystów, mieszanką różnych języków, słońcem i dziesiątkami restauracyjnych stolików z parasolami.  Bo tam w tej scenerii nie brakuje pysznego jedzenia i oczywiście słynnego wina Porto!

Opuszczając płaską część nadrzeczną wkraczamy natychmiast w uliczki, wtapiamy się przyklejone do nich restauracyjne stoliki. Każda inna, niemal na innym schodku! Wszędzie zieleń, tajemne przejścia i niepewność, gdzie znajdziemy się za chwilę. Podobno w Porto najmilszy jest ten moment “kiedy zagubisz się” w krętych nieodkrytych i nieznanych uliczkach. My takiego odczucia doświadczyliśmy, ale muszę przyznać, że chyba nie było ono najmilsze.😅 🤔 Nachodziliśmy się w górę i w dół (oczywiście!!) czy raczej znów w górę, żeby odnaleźć właściwą drogę… 

Porto ma piękne zabytki, myślę, że przez tydzień pobytu nie pominęliśmy niczego ważnego. Szczegółowo opisywać nie będę, bo o zabytkach i na ich ten temat dużo zostało powiedziane i napisane przez innych. 

Jak wiadomo, bo mówię o tym często i chętnie, lubię wino czerwone, wytrawne o pełnym wyrazistym smaku. Najlepiej Merlot albo Cabernet. O winie „Porto” poczytałam na długo przed podróżą, nawet kupiłam butelkę jeszcze w Houston, by spróbować. Nie byłam zaskoczona, że jest inne. Znałam w zarysie historię jego powstania. Resztę dowiedziałam się podczas tury w jednej z winiarni (CALEM, 1859), gdzie przewodniczka opowiedziała jeszcze raz historię tego wina i nieco szczegółów o rodzajach, różnicach pomiędzy Białym, Rose i Tawny. Każde z nich ma jeszcze wiele “podgatunków”, które różnią je od siebie pod wieloma ważnymi względami. Jedno jest pewne. Prawdziwe Porto na pewno pochodzi z Doliny rzeki Douro!! 

Wino „Porto” trzeba poznać wraz z opowieścią o jego bogatej historii i testowaniem smaków

Potem oczywiście testowaliśmy te smaki. Na początku właściwie Porto nie bardzo mi smakowały. Ale jak wszystko, co próbujemy pierwszy raz, a szczególnie wina – trzeba mieć cierpliwość smakową. Nasze “smakowe kubki” są bardzo czułe i trzeba dać im czas, aby  miały chwilę na “złapanie” smaku. Na przyzwyczajenie się do tego, co nowe. Co nieznane i inne.

Zdecydowanie najbardziej smakowało mi Porto Tawny. Najintensywniejszy smak i zapach. W zapachu a może i smaku wyczuwa się element drewna – beczki, w którym to wino dojrzewa. Jest, jak mówią, słodkie, ale to jakby nie przeszkadza. Mnie zaczęło smakować po kilku kieliszkach “próbek”, smakowań, testowania zapachu, delektowania się malutkimi łyczkami.  Nie sprawiało wrażenia słodkiego. Raczej starego, “zleżałego”, które odczekało swój czas i właśnie ma “swoją” właściwą minutę. 

Co ciekawe, codziennie, kiedy jedliśmy lunch czy obiad w restauracji, za każdym razem innej, nigdy nie piliśmy Porto, choć zawsze piliśmy wina tamtejsze z winogron z Doliny Douro. Wina portugalskie są dobre (piłam tylko czerwone wytrawne, więc na temat innych się nie wypowiadam) kelnerzy umieli nam doradzić. Zawsze najpierw dawali próbkę do przetestowania. Tylko jeden raz odrzuciłam pierwsze i spróbowałam kolejnego. Nie jestem wielkim koneserem i nie marudzę przesadnie, ale umiem odróżnić wino kwaśne od takiego, które po prostu mi smakuje!  Wina portugalskie z Doliny rzeki Douro były dobre. 

Jak już jestem przy winach, to na pewno każdy chciałby wiedzieć  jakie jest  tradycyjne i najpopularniejsze jedzenie, bo przecież wiadomo, że to nieodzowna część naszych turystycznych zainteresowań. O pysznościach kuchni w Porto można by długo, ale znów powiem – nie będę wchodzić w drogę tym, co piszą blogi kulinarne, bo robią to fachowo i na pewno lepiej ode mnie. 

Każda restauracja była inna, każda miała swój nastrój, styl, inny sposób podania jedzenia. Zamawianie jedzenia w obcym kraju, nawet jeśli opis jest także w języku angielskim, jest zawsze pewnym ryzykiem. W tej części także byłam przygotowana i z grubsza wiedziałam, co powinniśmy spróbować. Oczywiście zaczęliśmy od najsłynniejszej kanapki Francesinha. Bardzo tradycyjna i bardzo portugalska. Dwa tosty a pomiędzy nimi szynka, kiełbasa, mięso stekowe, gruba warstwa serów, polana sosem pomidorowo-piwnym, czasem jeszcze jajko na wierzchu.  Duże, bardzo obfite i choć Portugalczycy uważają to za jedno z najlepszych dań, przyznaję, że ja nie byłam tym zachwycona. Dla nie za dużo mieszaniny, zbyt wielkie pomieszanie smaków. Nie przypadło mi do gustu tak jak powinno według opisów i poleceń. Za to bardzo mi smakowały dania rybne (seafood), szczególnie sardynki, których jest zatrzęsienie. Także mnóstwo sposobów ich przyrządzania, zupełnie mi nie znanych. Oczywiście my smakowaliśmy tylko kilka, ale każde były pyszne. Bardzo popularny jest tamtejszy dorsz, także przyrządzany inaczej niż nasz polski tradycyjny. Ale ja nie skusiłam się, bo dorsz jakoś w mojej głowie “uwiera” mnie z dawnych polskich komunistycznych czasów. Tak tak, wiem! Ten jest na pewno inny! Mimo to wybór był duży i mogłam próbować inne potrawy.

 Wspaniałe były wszelkiego rodzaju przystawki/tapas: rybne, carpaccio zupełnie inne niż dotychczas nam znane, hiszpańskie czy włoskie. Bardzo lubię te małe “talerzyki”, które można dzielić, próbować i zachwycać się smakami jakich dotąd nie znaliśmy! 

Mój mąż koniecznie musiał spróbować wszędzie polecanej potrawy “Tripas a Moda do Porto”. Jest to zupa nieco podobna do naszych flaków, ale tak naprawdę to zupełnie innej, bo była tam także biała fasola, kiełbasa chourico, inne rodzaje mięs, jarzyny, no i różne nieznane nam przyprawy.  Smak zupełnie nowy, na pewno niepodobny do polskich flaków. Spróbowałam kilka łyżek. Dobre, ale nie aż tak bym musiała zjeść całą porcję.  Za to mój mąż zjadł pełną misę z zachwytem.  

O jedzeniu, trunkach można by ciągnąć opowieści bez końca. Każdy z nas ma ich zazwyczaj mnóstwo, każdy inne, własne spostrzeżenia. Wiadomo – podniebienia anatomiczne mamy jednakowe, ale smaki odczuwamy różnie. I dlatego rozmowy na takie tematy nigdy się nie kończą. 😂

Niepowtarzalna, zapierająca oddech – księgarnia „Livraria Lello”

Porto to także kilka elementów, które to miasto pielęgnuje szczególnie wyjątkowo i uważa je za własne i niepowtarzalne. Jednym z nich jest księgarnia “Livraria Lello” 

Księgarni na świecie mamy tysiące, czemu więc ta przyciąga nie tylko miłośników książek ale zwykłych turystów, wielbicieli pięknej architektury i niemal każdego, kto zawita choć na chwilę do Porto? Od malucha po starszyznę, od tych, co uwielbiają “Harry Pottera” i tych co mają respekt dla wszystkich Noblistów z dziedziny literatury. 

Jednego dnia staliśmy w kolejce, by zorientować się jak zorganizowana jest akcja wchodzenia do środka księgarni. Zarejestrowaliśmy się, kupiliśmy bilety i następnego dnia wróciliśmy, by grzecznie ustawić się w kolejce pod tabliczką z godziną 11.30 rano.

Pracownicy księgarni pilnie czuwają, by z zakupionymi wcześniej biletami, co pół godziny wchodziła odpowiednia ilość osób. O historii księgarni można przeczytać w każdym przewodniku, książkowym czy internetowym. Powiem, że już to, co znajduje się u jej wejścia przyciąga oczy każdego oczekującego. Tuz po przekroczeniu głównych drzwi – cudowna architektura, wspaniała fasada, ogromny łuk, a na nim geometryczne i roślinne  wzory . Trzy ogromne okna a nad nimi malowidła. Piękne ażurowe wykończenia. Nie znam się za bardzo na stylach i myślę,  ze  jest ich tam więcej niż jeden, ale na pewno wyróżnia się secesyjny i chyba neogotyk. Dużo mądrych sentencji. I schody!!! Schody umieszczone w centralnej części księgarni, prowadzące na górną platformę są majestatyczne i dostojne. Każdy kto się na nich znajdzie, musi zatrzymać się choć na chwilę, spojrzeć wokół, w dół iw górę. No i zrobić choc jedno pamiątkowe zdjęcie… To moment, w którym przez sekundę brakuje nam oddechu..

Moja uwagę zwrócił specjalny system ułożenia książek na półkach, zupełnie inny niż zazwyczaj robi się to w księgarniach. Na jednej ze ścian wisi tablica z nazwiskami wszystkich Noblistów w kategorii literackiej, wśród nich także nasi polscy rodacy. Na jednej z półek wychwyciłam tomy książek Olgi Tokarczuk. 

Równie ciekawa jest sceneria architektoniczna księgarni z tyłu, po drugiej strony schodów. Schody w tylnej części są równie pięknie rzeźbione jak z przodu choć w nieco innym stylu. 

Opowieść niesie, ze autorka “Harry Pottera” przyjechała do Porto i pracowała tam jako nauczycielka języka angielskiego. Trafiła do tej księgarni, zakochała się w jej wystroju, atmosferze i to właśnie ta wizja podziałała na jej wyobraźnię i między innymi dzięki urokowi i magicznej sile tego miejsca powstały kolejne tomy “Harry’ego”. Olga Tokarczuk mieszkała w Porto pięć lat, znalazła tam miłość i wspaniałą drogą do życiowej kariery.

Czy było tak jak mówią różne historie? – pani Rowling przychodziła tam na herbatkę i godzinami kontemplowała w atmosferze księgarni, czy rzeczywiście tam pisała swe powieści… przekazy są różne, ale pewne jest, że to miejsce ma swój wielki udział w powstaniu powieści “Harry Pottera” i dziś ogromna część jednej ściany to wielka wystawa wielu wydań tej powieści. 

Księgarnia równie wyjątkowa o pięknym wnętrzu – w Buenos Aires. Zdjęcie z podroży w grudniu, z 2019 r

W swych podróżach widziałam jeszcze jedną zaskakującą i niesamowitą księgarnię – w stolicy Argentyny, w Buenos Aires. Księgarnia nazywa się El Ateneo Grand Splendid i znajduje się w dawnym budynku ogromnego teatru Teatro Grand Splendid. Dawne miejsca dla publiczności zamieniono na regały na książki, pomiędzy nimi stworzono miejsca pracy, kawiarnie, ciche kąciki czytelnicze itp. Wnętrze jest równie piękne jak to w księgarni w Porto, choć przestrzeń ogromna a styl zupełnie inny. To jedna z najpiękniejszych księgarni świata. 

Wspominam o tym przy okazji – bo w obu wypadkach zachwyciłam się, jak wspaniale można połączyć i dokonać jednego wspólnego dzieła dla oka, duszy i wrażliwości ludzkiej! Teatr, architektura, rzeźba, literatura…  Czyż nie jest to piękne, co człowiek może następnym pokoleniom sprezentować?!   

I by “koszyk wrażeń artystycznych” z Porto dopełnić,  dorzucę jeszcze zaproszenie do odwiedzenia Muzeum Sztuki Współczesnej – (Museu de Arte Contemporanea de Serralves).  Kilka wystaw niezależnych autorów, ciekawych, które choć byliśmy we dwoje, wywołało różne odczucia i mocną między nami dyskusję. Częścią muzeum jest bogaty, duży park, gdzie również są  umieszczone eksponaty sztuki współczesnej. Spędziliśmy tam pół dnia i nie żałuję ani sekundy! 

Nasza tramwajowa wyprawa nad Atlantyk

Jeszcze dorzucę wycieczkę starym zabytkowym tramwajem, który dojeżdża na plażę nad  Atlantykiem z widokiem na latarnię morską i bijące wysokie fale i nieograniczoną liczbę małych kafejek, restauracji, winiarni.

Wszędzie, w każdym zakątku gdzie można zjeść pyszne pieczone lub grillowane sardynki, dorsza, i wszelkiego rodzaju inne przysmaki morskie a także mięsne. I pić wino portugalskie. Tak, głównie portugalskie produkowane w dolinie Douro. Codziennie inne i zawsze smaczne! I jeszcze wino PORTO – wizytówkę smakową wyjątkowego miasta. 

Jeśli planujesz wakacyjne wyjazdy, to nie zapomnij włączyć w nie portugalskiego miasta wąskich, krętych uliczek, które poprowadzą cię w górę i w dól, zmęczą cię, ale zawsze dojdziesz do miejsca, gdzie usiądziesz w czarownym zaułku,  przy małym stoliku z pięknym widokiem na rzekę Douro lub Ocean, kieliszkiem wyjątkowego portugalskiego wina “Porto”.


BACK

Żyję i wciąż mam pytania..

30 września 2023

Mam w sobie coś z niespokojnego ducha. Moja głowa wciąż zadaje sobie wiele pytań i szuka na nie odpowiedzi.  

Jeśli jednego dnia życie wydaje się jasne i spokojne, już następnego dnia piętrzą się dziwne wątpliwości, problemy do rozwiązania i pragnienie, by coś zmienić. Ciągle mam wrażenie, że nie nadszedł czas spokoju, że mam przed sobą dużo spraw do poukładania. Takich zupełnie moich – własnych, o których tylko ja wiem i o nich rozmyślam.

Nie wiem, czy wszyscy tak mają ? Większość ludzi w moim wieku jest zadowolona z tego, co osiągnęli w życiu. Cieszą się tym, co w tej chwili co robią. Są “spokojni” w swojej głowie. Jeśli się  martwią, to ewentualnie dopadającymi ich zdrowotnymi przypadłościami, bo w końcu w tym wieku wszyscy boimy się takich problemów. 

pytania, pytania, pytania…

A ja? Mnie „biega” po głowie coś zupełnie innego… 

  • Czy żyję teraz bardziej świadoma moich potrzeb niż dziesięć lat temu? 
  • Czy nauczyłam się wystarczająco asertywności życiowej, by być szczęśliwą? 
  • Co dziś chciałabym powiedzieć sobie, gdybym była młodsza o 15-20 lat?
  • Czy mam w sobie wystarczająco dużo pokory wobec życia, by być szczęśliwą? 
  • Czy mam jakieś skrywane talenty, o których wiem, a ciągle wstydzę się o nich głośno powiedzieć? 
  • Co w sobie najbardziej lubię? 
  • Czego nie lubię w sobie i dlaczego tego nie zmieniam?! 
  • Czego naprawdę się boję w wieku “starczym”? 

I tak mogłabym codziennie dodawać nowe pytania, przemyślenia i szukać na nie odpowiedzi. I co jest pewne – wiem, że moje odpowiedzi będą zmieniać się w zależności od dnia, pogody, nastroju – czyli wszystkiego, co charakterystyczne dla przybywających wciąż dni i miesięcy będzie miało wpływ na moje “zadanie domowe”.

Po tylu latach życia wiem, że nie ma złych pytań i złych odpowiedzi…

Kiedy byłam nauczycielką w Liceum Medycznym w Sosnowcu (a było to tysiąc lat temu 🤣) każdego roku przez 17 lat zasiadałam w komisjach maturalnych. Jak wiadomo, zestawy pytań pisemnych z języka polskiego otrzymywaliśmy rano, w dniu  rozpoczęcia matur pisemnych. Otwieraliśmy koperty przy młodzieży siedzącej już pojedynczo w ławkach, przed kartkami papierów i w nerwowym oczekiwaniu, podobnie jak my – nauczyciele, jakie tym razem będą tematy, czy nas zaskoczą, jak bardzo itd. Moment ten przez wszystkie lata pamiętam równie dobrze jak wszyscy kolejni maturzyści. I jak ja kiedyś na swojej własnej maturze. W tamtych czasach były to trzy tematy z literatury, z różnych epok, często łączących i porównujących myśl wiodącą na podstawie przeczytanych lektur i własnych przemyśleń uczniów. Czwarty temat był zazwyczaj tzn. tematem wolnym, w którym uczeń mógł skorzystać z większej dowolności i wyboru lektur, dodać inne przykłady jak filmy, przykłady literackie spoza programu szkolnego, własne doświadczenia itd. W naszym liceum niewiele uczennic korzystało z wolnych tematów, najwyżej dwie – trzy osoby. 

Piszę o tym, bo przychodzi mi na myśl zagadnienie pytań – własnych samodzielnych, odważnych. Nie była to popularna “działka” w owych czasach w szkole średniej. Odwaga w zadawaniu pytań a jeszcze większa – w odpowiedzi na nie, nigdy nie była mocną stroną naszego pokolenia.. Pisałam juz o tym niejednokrotnie. 

Okazuje się, że człowiek nie tylko publicznie boi się pytać i odpowiadać.  Równie często boimy się pytać samych siebie. 

Zadanie sobie pytania, które być może niejeden raz ułatwiłoby nam życiowe decyzje jest tak trudne, że nawet w głębi siebie, po cichu i do siebie nie chcemy go “wyartykułować”.  Nie powiem już o odpowiedziach. Szczerych, też tylko dla siebie.  Oceniamy siebie tak, jakbyśmy byli obcą osobą. Boimy się własnego JA. Unikamy siebie.  Nikt nas nie słyszy, nikt nas nie widzi “w środku”, nikt nas nie ocenia. A jednak – sami dla siebie czujemy się zagrożeniem. 

Dlaczego tak się dzieje?  Bo człowiek z natury jest tchórzem! 

Zasady wpajane nam przez lata wychowania w szkole komunistycznej – “siedź cicho, nie wychylaj się, bądź posłuszny.. “ – wszystko to stworzyło pokolenie ludzi dobrych, ale często “nijakich”, bezbarwnych, którzy nie mieli gdzie i jak nauczyć się indywidualności, odwagi i wyjątkowości. 

Nie chcę przez to powiedzieć, że pokolenie naszych rodziców wybitnych postaci nie wydało. Każdy naród ma wśród siebie ludzi fenomenalnych i wyjątkowych. Każde pokolenie wydaje na świat geniuszy. Ale też zawsze każdy reżim zadaje ciosy i ograniczenia, które najbardziej niszczą prostych ludzi. 

Tata – czy był szczęśliwy? tak wcześnie odszedł. nigdy go nie zapytałam (jedno z bardzo niewielu zachowanych naszych wspólnych zdjęć)

Istotą zadawania pytań jest to, aby mieć na nie odpowiedź. Nie wiem, czy moi rodzice zadawali sobie pytania, czy byli ludźmi szczęśliwymi. Czy mieli czas i sposobność na analizę mijającego życia? Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek na takie tematy w domu rodzinnym rozmawiali. Był dom, rodzina, dzień za dniem toczył się lepiej lub gorzej, nikt nie pytał nas ani naszych rodziców czy jesteśmy szczęśliwi.  My nie pytaliśmy rodziców o takie psychologiczno-egzystencjalne odczucia. Szkoda. Może dziś moglibyśmy coś więcej powiedzieć czy byli naprawdę szczęśliwi? 

Ilu z nas nad tym się dzisiaj zastanawia?… 

AUTOREFLEKSJA- klucz do emocjonalnej wolności. (znalezione w sieci)

Autorefleksja. Taka niby zwykła refleksja, tylko że tym razem poświęćmy czas na głębsze zastanowienie się nad sobą. “Zbadajmy” swoje własne przemyślenia, doświadczenia, emocje.  Spróbujmy zrozumieć swoje decyzje i relacje. Przeanalizujmy jak naprawdę umiemy sobie radzić z przystosowaniem się do trudnych, niewygodnych sytuacji. 

Tak, wiem. To nie jest proste. I większość ludzi nie lubi tego robić. Auto-analiza ogromnej pracy, niemal całego życia! Bo w gruncie rzeczy zaczyna się już od wczesnych lat, gdy tylko zaczynamy świadomie kreować nasze zachowania. No a potem juz niemal każdego dnia dokonujemy wyborów, ważnych decyzji, które mają/muszą nam odpowiedzieć na przeróżne pytania. Też takie, jakie przykładowo postawiłam sobie na początku tego wpisu. 

Nie jestem pewna czy taka auto-analiza jest zawsze dla nas sprawiedliwa. Czy nie popadamy zbyt surową ocenę siebie? Przecież i tak może się zdarzyć. A może wpadamy w sidła samouwielbienia? – jeszcze gorzej. 

Mam jednak nieodparte poczucie, że jeśli postawię sobie dobre pytania, odpowiem na nie uczciwie i nie oszukam siebie, to znajdę właściwe odpowiedzi. Dziś już chyba mogę i potrafię..

Odpowiem, sobie, że mam w sobie wiele życiowej pokory, żeby czuć się szczęśliwą, bo moje doświadczenia mnie już tego nauczyły.  Życie nie głaskało mnie po głowie, ale też nie mogę na to życie gniewać się. Wszystko czego doświadczyłam – trudne i niemiłe, lepsze i bardzo kochane – było  pozytywnym balastem, by dziś chylić głowę pokornie i powiedzieć; nie żałuję! Nie żałuję nawet tego, co bolało. Wiem, że wszystko działo się po coś i miało swój sens. 

Odpowiem, że  dziesięć lat temu nie udzieliłabym nikomu tak otwartej odpowiedzi, jak robię to dziś ! Dziesięć lat temu nie umiałabym wyrazić tak jasno swoich uczuć i opinii, nie powiedziałabym tak odważnie światu, czego dziś potrzebuję, czego chcę, a czego nie. Nie opowiedziałabym tak prosto o moich wadach, poczuciu winy czy czymkolwiek, czego nie lubię lub przeciwnie, co lubię, a inni może nie. 

Dawno temu w młodości, dekorowałam ręcznie kroniki harcerskie – wczesne lata 70-te😂

Odpowiem, że nie mam w sobie ukrytych talentów, bo pisanie już ujawniłam, a zresztą to taki pół-talent, bo gdzie mi do tych, co naprawdę piszą!! Trochę jeszcze lubię malować, ale to też pseudo-talent, jakich jest wiele na tym świecie. Tyle tylko, że sprawia mi to dużą przyjemność i teraz mogę już o tym głośno powiedzieć.

A teraz maluję.. np. doniczki do mojego ogródka 😀

Jak już jestem przy malunkach – to przypomniała mi się taka  historyjka sprzed ponad 30 lat. Kiedy przylecieliśmy do Stanów,  wszystko było nowe i niewiele wiedziałam o obyczajach, w tym także przedświątecznych.  Na początku grudnia 1990, w mojej 1-szej pracy (kilka godzin w tygodniu) zostałam zaproszona na świąteczne party, jakie tutaj są powszechną tradycją. Jedna z koleżanek szybko wprowadziła mnie, że mam zrobić jakiś prezent sama (“własną rączką”), zapakować go i przynieść na party. Wtedy jeszcze NIE wiedziałam, że “zrobić” coś, to nie znaczy wykonać go całkowicie samodzielnie. To znaczy po prostu kupić/przygotować/zapakować – najlepiej w jak największe efektowne świąteczne pudełko i dużą kokardę.  Ja – biedna, naiwna i nieświadoma co i jak i po co – męczyłam się przez tydzień, aż wreszcie namalowałam akwarelami nieduży, może 20 cm na 20-25 cm obrazek  polskiej zimy z całkiem ładnym zarysem kościoła w tle. Oprawiłam go  i zapakowałam w papier, wprawdzie z motywem świątecznym, ale raczej, jak na prezent świąteczny, prezentował się dosyć ubogo..  Szczególnie, gdy wszyscy wyłożyli swoje super bogato wyglądające prezenty w pudłach, w torebkach świątecznych z kolorowymi papierami i wstążkami. Nie miałam pojęcia, że istnieje coś takiego jak gra “White Elephant”, gdzie każdy uczestnik losuje numerek, a potem wybiera jeden prezent (oczywiście każdy “rzuca” się na ten największy, najładniej zapakowany..) a potem jeszcze można zabierać sobie wzajemnie prezenty (do trzech razy).. Mój biedny mały prezencik-kopciuszek nie zwracał niczyjej uwagi i ostał się na sam koniec. Otwarła go przedostatnia osoba. I natychmiast powstał wielki krzyk “oh-ów i ah-ów !! bo było to coś zupełnie innego i zaskakującego i…naprawdę się SPODOBAŁO!  Tak bardzo, że ostatnia osoba natychmiast ten obrazek odebrała, a ja po skończonej zabawie musiałam się przyznać, że jestem (prawdziwą) autorką prezentu. 🙂

I proszę sobie wyobrazić, że mimo, iż się opierałam, MUSIAŁAM namalować “pierwotnej” właścicielce podobny obrazek, a ona uparła się, że mi za ten niego zapłaci. No i w ten sposób  jedyny raz w życiu zarobiłam (symboliczne, ale jednak!) pieniążki za moje “malarstwo” 😀. Pieniążki miały być na szczęście, na dobry początek, ale jakoś się nie spełniło. Może dlatego, że więcej już na sprzedaż nie malowałam. 😂 😂   

W 2016 r. w czasie świątecznego spotkania u mnie w domu, powtórzyłam podobną zasadę gry „White Elephant” Jedna z moich przyjaciółek Basia K. wylosowała obrazek namalowany przeze mnie. Tym razem opakowałam go zdecydowanie staranniej i ładniej! 😂

Odpowiem jeszcze, że lubię w sobie szczerość, choć nie jest łatwą cechą i nie zawsze lubianą przez innych. Ale taka już jestem i nie zmienię się. I lubię siebie za to, że sprawia mi radość “dawanie” i jak tylko mogę, to robię coś dla innych. Cieszy mnie zawsze, gdy  ludzie są szczęśliwi wokół mnie i gdy się do tego przyczyniam. 

Odpowiem też, że NIE lubię w sobie nadmiaru nerwów, których gdy mnie dopadną, nie mogę opanować mimo, że zdaję sobie sprawę, iż powinnam. Jestem “choleryczką” i mam to po tatusiu.🙂 Wiem to nadto dobrze i choć się często staram (naprawdę się staram!) to czasem nie umiem sobie z tym poradzić. Ale może sobie poradzę, jak się już wykrzyczę na stare lata 🤔.

No i nie lubię tego, że muszę co pewien czas kupować większe rozmiary spodni. 😬

A czego się boję? Oj, chyba już nie odpowiem, bo nie jestem pewna czy ktoś chciałby to wiedzieć. Poza tym o strachu pisałam, po co więc gadać za dużo i znów się powtarzać?


BACK

O podróżach – inaczej

14 września 2023

“Podróże kształcą” – to każdy wie. Z własnej praktyki albo z teorii książkowej, internetowej czy wysłuchanej od innych doświadczonych podróżników.  

Moja wiedza podróżnicza jest duża, ciekawa i własna. A przede wszystkim różnorodna. Ta, z dawnych czasów – czasów dzieciństwa i młodości przepełniona jest doświadczeniami, o których dziś młodym ludziom nawet się nie śni. Możemy opowiadać im o tym godzinami, ale czy nam uwierzą?.. Mam duże wątpliwości 😀. I wiedza zdobyta w podróżach ostatnich 30-40 lat, zupełnie inna niż ta z “pierwszego życia”. Ale i ta nowsza część podróżnicza wykluwała się mozolnie, powoli i zmieniała swoje sposoby podróżowania: rodzaje przemieszczania się, warunki, komfort podróży, umiejętności odnajdywania się w sytuacjach.. 

To proste. Wszystko się zmienia. Ostatnie kilka dekad w turystyce to wielki bum przemian. Jeszcze nigdy nie podróżowało tak wielu ludzi, tak chętnie i tak łatwo. Dziś samolot to jak za moich młodych czasów zwykły czerwony uliczny tramwaj. Kupujesz bilet, wsiadasz – wysiadasz, czasem jeszcze przesiadasz się po drodze i niemal tego samego dnia jesteś na innym kontynencie oddalonym o tysiące kilometrów. 

Czy jednak jest to cała prawda? Czy technologia, szaleństwo Internetu aż tak usprawniło nasze życie?  

To tylko kilka z setek aplikacji, które przydadzą nam się w czasie podroży. Każda wymaga od nas zalogowania się, zapamiętania hasła i umiejętności posługiwania się nią. 🙄

Kolejny raz sprawdza się powiedzenie “kij ma dwa końce”.  Podróże wydają się ułatwiać nasze kontakty, usprawniać poruszanie się po świecie. A równocześnie stwarzają coraz więcej komplikacji, z którymi trudno jest się uporać i połapać organizacyjnie. My starsi gubimy się w nowych zarządzeniach, poleceniach, wypełnieniach aplikacji, logowaniach itd.  Cokolwiek chcę się dowiedzieć, natychmiast dostaję  długą listą działań internetowych – wpisz… podaj… kliknij… dalej… OOOJJJJJ!!!! 

A zaraz potem następuje setki ostrzeżeń, zaleceń, poleceń – co muszę, co mogę, czego NIE mogę.. 

Jak to zapamiętać, żeby nie pobłądzić? Gdzie trzymać takie wiadomości, żeby w każdej chwili mieć do nich dostęp i je łatwo odnaleźć?  Jak zapamiętać dziesiątki haseł, PIN numerów, gdy każda strona internetowa, każda kompania ma swoje własne wymagania. Duża litera, małe litery, znak specjalny, dwie liczby, symbole, strzałki, plus, minus.. Horror! 

I w dodatku w przypadku najmniejszej pomyłki, o którą w moim wieku bardzo łatwo, zaraz zaczyna się kołomyja odnawiania, poszukiwania starego hasła lub wprowadzania nowego i zapamiętania go kolejny raz.  I tak za każdym razem. Ile ta moja/nasza biedna, stara, przeciążona głowa może? musi? wytrzymać.  

Mimo to walczę. Nie poddaję się. Mam przecież syndrom “nowoczesnej Babci”, buszuję więc po Internecie, z cierpliwością w palcach (i napiętych do ostatecznych granic, nerwów) kolejny raz loguję się w tym samym miejscu.. Mam wnuków, więc pytam. Odpowiadają – jeszcze nie stracili do końca cierpliwości. 🤣 🤣

Potem zaczynam to samo tłumaczyć mężowi, który cierpliwości ma jeszcze mniej niż ja. Czasem się udaje bez awanturki, rzadziej jednak nie.. Ale – mimo wciąż z godziny na godzinę rozwijającego się oporu, a co gorsze – zmieniającej się technologii, trzymamy fason i pokonujemy  trudności. 

Część internetową (bez – papierową) mamy załatwioną i gotową do podróży.  Co wcale nie oznacza, że już nic w tej kwestii nas nie zaskoczy i nic się nie zmieni. O nie! Przy każdym wyjeździe zawsze jest jakiś nieprzewidziany BUM!!

Nagłe zmiany dla młodszych są normalką. Młodzi elastycznie podchodzą do nowości, na  porządku dziennym dają sobie z tym radę. Ja zazwyczaj wpadam w panikę, każda zmiana przez moment wyprowadza mnie z równowagi. Potem już jakoś idzie do przodu, ale pierwszy moment to zawierucha w głowie… Zaraz przychodzi myśl, że coś ucieknie, ze za moment zniknie to, co już sobie poukładałam i zapamiętałam. 

Jak już w komputerowym przygotowaniu chwilowo spokój, to  zaczynam mój własny plan przygotowań “domowych”. Lubię kiedy moje wyjazdowe sprawy są dopięte na ostatni guzik. Lubię plan tam, gdzie może być zaplanowane. 

Tak więc w mojej głowie, a potem najlepiej w telefonicznych notatkach powstaje lista spraw do załatwienia. Najpierw – w domu – to co przygotować, zapłacić, nie zapomnieć, dopilnować, sprawdzić w ostatniej chwili. Nie wiem jak inni sobie z tym radzą, ale ja muszę mieć po kolei wszystko spisane i odfajkowane, jeśli już jest załatwione.  I jak mam pewność, że nic nie pominęłam. A niestety, łatwo i sprawy i rzeczy umykają. 

To tylko niewielki skrawek mojej listy – ciągle jeszcze w procesie przygotowania i zmian 😀

Najważniejsze to spis dokumentów, potem rzeczy do zabrania. 

Lista ubrań i drobiazgów jest długa i nie rodzi się  za jednym zamachem. Dużo na niej pozycji ze znakami zapytania. Takich, które w trakcie następnych dni, w zależności od humoru, pogody, nastroju będą wymienione. A i tak zawsze coś potem mi nie pasuje. Zawsze żałuję, że czegoś nie wzięłam albo coś wzięłam zupełnie niepotrzebnie…

Polecam świetnie spisujące się w organizacji pakowania „cube” – różnej wielkości pudelka

Mogę jednak pochwalić się z całą odpowiedzialnością, że umiem się pakować. Moje rzeczy mają swój system, dobry system. Nigdy nie są zmięte. Zawsze wiem, gdzie co mam. Wszystko ma swój sens i logikę. 

Nic nie jest przypadkowe, wszystko do siebie pasuje. Spodnie do bluzek, części wierzchnie jak swetry, kurtki do tego, co pod spodem. Biżuteria, buty.. No, prawie zawsze. Czasem pogoda zaskakuje, ale ogólnie nie muszę mieć do siebie pretensji.  Jestem w “te klocki” niezła. Umiem obliczyć, ile czego potrzebuję.

Perfekcyjne pakowanie! w tych dwóch pojemnikach zmieściły się wszystkie tops, bluzki z krótkim rękawem i z długim i spodnie – na cale dwa tygodnie z przewidzianą zmienną pogodą.

Nie biorę niepotrzebnych rzeczy. No i zawsze pakuję się w podręczną walizkę, którą biorę ze sobą do kabiny samolotu.  Z wyjątkiem podróży do Europy i to tylko wtedy, gdy lecimy z mężem we dwoje. Jedna walizkę mamy nieco większą (choć moglibyśmy mieć dwie, bo tyle nam przysługuje). Ale już drugą mamy podręczną.  Pakuję jedną i nadaję na bagaż, głównie z powodu wygody, by przy przesiadkach i oczekiwaniach, bieganiach nie obciążać siebie niepotrzebnymi ciężarami.  Podróż jest długa, więc im mniej bagażu w rękach, tym dla nas wygodniej. 

Mała okrągła torebka na kosmetyki. Wygodna, łatwo dostępna. Jeszcze dużo pomieści..

Pamiętam zawsze o moich lekarstwach. Pakuję je w systemie, który stworzyłam sobie na własny użytek i powiem, że jest on zupełnie inny niż np. stosuje mój mąż. Ale – każdy z nas jest inny i każdy ma indywidualny kod zapamiętywania własnych ważnych spraw. 

Także moja indywidualna lista bardzo prywatnych i bardzo ważnych rzeczy jak kontakty i krople do oczu, komputer,  kabel, torebka, kosmetyki i inne tylko moje, moje i tylko moje… Malutkie ale ważne. I muszą ze mną jechać! 

Nie jestem księżniczką- podróżniczką z 5-ma ogromnymi walizami, pudłami i puzderkami. Nie mam obsesji dwudziestu par butów i kilkunastu sukienek na 10 różnych okazji. Jestem pod tym względem zupełnie normalna, choć mam wszystko co potrzeba.  

I przyznaję – lubię się pakować!!  Tak, tak!! Już słyszę, że to nie jest normalne, bo nikt NIE lubi się pakować. A ja lubię 🙂.

Już na kilka tygodni wcześniej pakuję się w mojej głowie.  Planuję, sprawdzam, mierzę, czy aby na pewno to, co chcę zabrać wchodzi na mnie bez “zaskoczenia”.  Piorę, dokupuję – słowem – wszystko pod kontrolą! 

Jak przystało na starsze pokolenie – lubię także szukanie informacji tradycyjnym sposobem – w książkach i mapach.

W tak zwanym międzyczasie (bo jak wiadomo międzyczasu nie ma!)  bardzo solidnie przygotowuję informacje na temat miejsc, do których się wybieram. Lubię wiedzieć! Mieć pojęcie o historii, geografii. Szukam ciekawostek związanych z tym regionem, miastem, państwem. 

Jeśli jedziemy w dobrze znane nam miejsce i znów spotkam się z dawnymi przyjaciółmi i znajomymi, odnawiam kontakty, rozmawiam, umawiam spotkania. Jestem bardzo podekscytowana, że znów będziemy mieli okazję zobaczyć się po latach i miesiącach przerwy.  Ten czas przygotowań, to dla mnie wielka frajda. Lubię znów wracać do układania nowych planów.  Cieszę się i zawsze i wspominam to, co było dobre i miłe. 

Z przeszłości biorę całymi garściami to, co najlepsze. To co warte pielęgnowania w pamięci. 

Zbliża się tydzień wyjazdu. Napięcie rośnie. Wyciągam walizkę i powoli według mojej listy przygotowuję rzeczy do pakowania. Wyciągam z szafy, szuflad. Pierwsze zmiany. Kolejne zmiany. I znów zmiany. Może nieduże, ale jednak. Sprawdzam pogodę. Za dużo letnich rzeczy. Albo odwrotnie. Po co tyle swetrów, po co dwie kurtki..  

Zaczynam się denerwować.

Sprawdzone sto tysięcy razy!! nigdy nie za dużo.

Nie! Nie denerwuję się. …

Denerwuję się!  Tylko dlaczego? Przecież bardzo lubię podróżować. 

Kolejny raz sprawdzam listę dokumentów. Muszą być spakowane w sposób, który sobie dopracowałam, żeby mieć do nich łatwy dostęp, ale by równocześnie były bezpieczne w czasie podroży. Dokumenty są najważniejsze! Nic nie może ulec zmianie. Absolutna pełna kontrola. 

Dwa dni do wyjazdu. Mój mąż nawet nie wyjął swojej walizki. To doprowadza mnie do szału. Pytam – kiedy się spakuje. Jutro. Zawsze jutro. To jutro nadchodzi w ostatnią noc, niezależnie o której godzinie następnego dnia rano musimy wstać. Mniej więcej o północy zaczynają się pytania: “nie wiesz może, gdzie są te moje…” albo “gdzie moja koszula, ta…” 

Trzęsie mnie już “w środku”  – nie chce mi się wiedzieć, nie chce mi się mówić i zła jestem, że jestem zła… bo przecież wiedziałam, że tak będzie. Bo tak jest odkąd jesteśmy razem (czyli od 120 lat!!) i odkąd podróżujemy razem.  Zawsze tak jest i nic się nie zmienia 😬!! No i pewnie się nie zmieni. Czemu więc ja się denerwuję?  Przecież ja się też nie zmienię.. 

Wiem, że moja rodzina zawsze sobie żartuje ze mnie, że przy każdej nowej planowanej podroży „mama pakuje walizki na miesiąc przed wyjazdem”. I robi listę na dwa miesiące wcześniej.. To dobry rodzinny temat do śmiechu!!

Ale ja się już tym wcale nie przejmuję. Kiedyś mnie to drażniło, dotykało. Dziś już nie. Już kilka razy moja organizacyjna i czasowa zapobiegliwość uratowała nas od bardzo niemiłych konsekwencji. Ostatnio tylko dlatego, że wyjechaliśmy na lotnisko dużo wcześniej (bo lubię mieć „zakładkę czasową” i spokojnie wypić kawę a jeszcze lepiej winko już po dokonaniu wszystkich formalności na lotnisku) zdążyliśmy zawrócić z 1/3 drogi, odszukać pozostawione przez moja przyjaciółkę w domu wakacyjnym dokumenty (!!) i dojechać na czas na lotnisko. I UWAGA! jeszcze łyknąć wino na uspokojenie nerwów. 🤣

Podobnie zdarzyło się kiedyś, gdy cała moja rodzina przeszła przez kontrolę security i nie zauważyła, że mnie z nimi nie ma, bo własnie okazało się, że przez pomyłkę mój bilet „miał na imię Małgosia” zamiast Małgorzata i zakwestionował mnie jako mnie.. Gdyby nie dodatkowy extra czas (o który od wczesnego rana kłóciliśmy się z moim mężem, że ja zawsze MUSZĘ być na lotnisku „pół dnia wcześniej”… ) to nie miałabym szansy dokonać zwariowanej operacji zakupu dodatkowego biletu, być przeprowadzona przez uprzejmą i bardzo przejętą moją sytuacją panią, pracującą – jak to mówią – „we właściwym czasie i we właściwym miejscu”. Ta pani pokonała kolejki (to był ranek Święta Dziękczynienia – Thanksgiving!!), przebiegła wszystkie możliwe skróty, niemal zatrzymała mój samolot i wrzuciła mnie w zamykające się już drzwi.. Dzięki temu nie spędziłam święta Indyka na lotnisku, sama! I nadal wcale nie przejmuję się, że spędzam więcej czasu na przygotowania do podróży niż inni członkowie mojej rodziny 😀.

Dzień przed podróżą – walizka stoi spakowana. Właściwie p r a w i e spakowana, bo w ostatniej chwili dopakuję absolutnie ostatnie kilka rzeczy, które umieszczam na osobnej liście w notatniku telefonicznym (do ostatniego sprawdzenia!!): lekarstwa na drogę, dokumenty (do sprawdzenia – jeszcze raz i jeszcze raz!!), telefon, kabel, karty kredytowe… czyli to, co mam ze sobą, przy sobie przez cały czas podróży. 

I wtedy – nachodzą mnie różne głupie myśli… Nie, nie nachodzą! Przebiegają przez głowę z prędkością światła i natychmiast znikają odepchnięte mądrym logicznym INSTYNKTEM, który czuwa nade mną. I szczęśliwie nigdy nie pozwolił mi na poddanie się żadnym rozważaniom, że… Ale nie będę udawać, że takich chwil słabości nie mam, bo niestety, gdzieś tam w zakamarkach mózgu zaplątują się sekundowe przebłyski.. „A co jeśli.. ” Odpycham natychmiast! Mam mój amulet, który mnie chroni – w głowie i nie tylko. Nie powiem co to jest, bo to mój i tylko mój talizman. Mój „good luck

Tak naprawdę to wiara jest najważniejsza! Dobre duchy nad nami czuwają, jeśli w nie wierzymy. I ja takie dobre duszki mam!  😂  🙏

A jak już wyjadę z domu, zamkną się drzwi i przede mną droga szeroka – symbol rozpoczynającej się kolejnej podróży – obojętnie czy samochodowej, czy na lotnisko i dalej samolotem, czy może to będzie statkiem podróż morska.. Wszystkie  obawy znikają. Nie ma już rozmyślań czy coś zapomniałam, odpuszcza nerwowe napięcie i wszystko staje się oczekiwaniem na kolejną przygodę. 

Wiem, że jutro może być pełne niespodzianek. Wiem, ze moje podróże stają się coraz trudniejsze i hmm.. zaskakujące. 

Ale – wciąż jeszcze chce mi się planować, pakować, szukać nowych nieznanych miejsc, widoków, wrażeń. Już wolniej, trochę na innych zasadach niż kiedyś, a jednak jeszcze nie zamykam drzwi na klucz. 

Szukam wciąż dróg, nieznanych i znanych, po których jeszcze nogi niosą w dal…

************************

Zachęcając do gotowości kolejnych podróży, przypomnę starą piosenkę Haliny Frąckowiak „Bądź gotowy dziś do drogi”. Akurat to wykonanie pochodzi z Opola 2022 roku. A więc – apetyt na podróże wciąż trwa! Nie tylko u mnie i nie tylko u pani Haliny. Spójrzcie na entuzjazm publiczności! 😄 😄


BACK

Wczoraj, dzisiaj – może jutro 

1 września 2023

Wczoraj..

Byłam zła. Byłam bardzo zdenerwowana. Byłam zmęczona. Już tak mam. Jak mnie coś dopadnie w głowie na “nie”, to nie może się odczepić. Nie mam umiejętności łatwego zdystansowania się od problemów, na które i tak nie mam wpływu. To fatalna cecha. To niemoc, którą dorosły, prawie stary człowiek powinien dawno pokonać. 

Dzisiaj

Słońce. Upał. Taki upał jak tylko potrafi być w Houston. Do upału można się przyzwyczaić. Nawet do tutejszego, ze stuprocentową  wilgotnością. Do komarów rano, w południe i wieczorem – nie! Houstońskie komary są maleńkie, niewidoczne i chyba nikogo więcej nie lubią, tylko mnie. Mnie uwielbiają. Uwielbiają pożerać albo raczej podżerać! Obojętnie o jakiej porze dnia wieczoru i nocy. Są upierdliwe, obrzydliwe i moje ustawiczne walki z nimi przegrywam do zera!!  Sprowadziłam już wszystko co możliwe i co miało je do mnie zniechęcić i NIC. Po wyjściu do mojego ogródka na poranna kawę z radosną intencją, że dziś już będzie lepiej, bo kolejny nowy płyn anty-komarowy zadziała, jest tak samo albo gorzej! 5 minut i bąble wielkości przysłowiowej “złotówy” mam na rożnych częściach ciała w zależności od inwencji panów komarów (pań komarzyc??).  

Najlepsza kawa okazuje się być przerwana szybką ucieczką w ulubiony (na szczęście) kącik domowy. 

Wczoraj…

Kraków, szkoła podstawowa nr.2 Jakoś zawsze “dwójki” mi się plątały wokół.  

Byłam dzielna i od pierwszych dni maszerowałam sama do szkoły. To znaczy sama, ale szybko znalazłam sobie towarzystwo. Jak to w Krakowie – wszystko było blisko, zwłaszcza w centrum. Przez pierwsze cztery lata do szkoły chodziliśmy na 1.30 w południe, dopiero od piątej klasy na 8 rano. Przed lekcjami przychodziłam do świetlicy a raczej do stołówki, żeby zjeść obiad przed lekcjami. 

W czwartej klasie poznałam tam koleżankę. O rok młodszą ode mnie. Miała na imię Iwona. Od razu pokochałam to imię. Ta dziewczyna oczarowała mnie od pierwszego spotkania. Zawsze uczesana inaczej niż pozostałe uczennice, fartuszek nietypowy, z falbankami, zupełnie inny niż ten „klasyczny, który wszystkie nosiłyśmy, krótszy niż nasze, o wiele zgrabniejszy i ładniejszy. Wychowywała ją tylko mama. Była trenerką gimnastyki artystycznej. To mnie fascynowało dodatkowo. Iwona miała “drugą rodzinę” swojego ojca, która mieszkała bardzo blisko mnie. Jej dwójka przyrodniego rodzeństwa – maluchy chyba jeszcze w wieku przedszkolnym, chłopczyk i dziewczynka uwielbiały Iwonę a ona ich. Nie pamiętam imienia chłopca, ale dziewczynka miała na imię Adrianna.  To imię później długo “kręciło” się koło mnie jako moje ulubione.  Te dziwne rodzinne relacje, tak nieznane w tamtych czasach, o których Iwona zawsze swobodnie opowiadała zachwycały mnie. Chodziłam z nią często do jej „drugiej” rodziny. Dla nich to było takie normalne – mnie wydawało się zupełnie „innym” życiem…

Byłyśmy przyjaciółkami na dziwnych zasadach. Na zasadach zupełnie nietypowych dla małych dziewczynek. Nie chodziłyśmy do tej samej klasy. Nasz wspólny czas był bardzo ograniczony, a tematy rozmów zupełnie inne niż rozmowy dziewczynek w tym wieku. Byłyśmy blisko, aż do momentu kiedy ja odeszłam ze szkoły do liceum, oczywiście nr.2 ( do Sobieskiego) 

Iwona poszła rok później do innej szkoły . Nie wiem do jakiej. Nigdy więcej jej nie spotkałam.

Nigdy nie szukaliśmy siebie…

Dzisiaj

Są różne smaki tęsknoty.  Takie, które nazwałabym “codzienną”, z którą nauczyłam się już żyć.  I takie, które pojawiają się rzadko i nagle, ale bolą tak mocno, że ciężko je znieść. Nie wiem, które z nich są lepsze – te wieczne i nieustępujące, czy te chwilowe, ale przeszywające spazmem nie do zniesienia. 

Ani jednych ani drugich nie można się pozbyć. Są i robią z nami co zechcą. 

Wczoraj…

Rodzina ze strony mojej Mamy, to ogromna część mojego życia. Ciocie, kuzyni, cudowny Gdańsk, choć nosi tuż po Krakowie imię “miasta numer 2” i zawsze kochane Morze Bałtyckie. Wiele wspomnień, wakacji, spotkań rodzinnych… 

 Do dziś magnes ogromnego rozrośniętego drzewa rodziny “G” przyprawia mnie o głośne i szybkie bicie serca. 

A jednak…  Są chwile, gdy krakowskie wspomnienia rodzinne dzwonią w głowie jak ciche natarczywe dzwoneczki. Nie ucieknę od przeszłości! 

Nikt nie ucieknie. Każdy człowiek ma swoje korzenie.  Pamiętajcie o cmentarzach! To miejsca święte i nietykalne. 

Krakowskie bardzo wczesne dzieciństwo to dwie kuzynki- Ela i Ewa. 

Moja kuzynka Ela i ja. 1955-56 ??

Kuzyn Kazik, Marek i Wojtek.  Kazik wciąż jest i jest bliski. 

Wojtek i Ewa – nie wiem nawet jak dziś wyglądają. Marka już nie ma nie zapamiętam go.

Ela – pozostała tylko dawna fotografia. Jakby to było wczoraj..

Dzisiaj

Mam cudownych wnuków. Trójka – każdy inny. O każdym babcia mogłaby napisać osobna książkę. Nie, nie zacznę ich wychwalać, bo nie zatrzymam się nawet po stu stronach!  

BRACIA

Gdy urodził się Luki, Christoph przytulał go i obrazki braterskiej miłości były piękne. Kiedy mijały miesiące i lata, wszystko się komplikowało.  Niby razem, a coraz trudniej. Niby jednakowo, a nie zawsze tak jest… Patrzyłam na to z dystansu i z pozycji “babci” i czasem nachodził mnie głęboki smutek… Wciąż krążyło pytanie: 

Ile trzeba włożyć pracy, wiary, cierpliwości, miłości, dobroci, zrozumienia, serca, by MIŁOŚĆ rodzicielska zamieniła się w głęboką miłość i przyjaźń braterską?? 

W tym roku Christoph i Lukas pojechali SAMI na pierwsze wspólne wakacje do Japonii. Całkowicie samodzielne.  Byłam pełna obaw i pełna nadziei. 

KUZYNI

Dziś wiem, że wszystkie “klocki” są na swoim miejscu !

Mam nadzieję, że kuzynowskie relacje również tak samo ułożą się  mądrze i dobrze.  Rodzina na pierwszym miejscu. 

Tego ich nauczyli rodzice. Tego wszyscy ich uczymy. 

Wczoraj…

Moskwa, lato 1997. Wtedy myśleliśmy, że i tam zmieniło się  wszystko. Polecieliśmy na zaproszenie pani profesor z Uniwersytetu Moskiewskiego. Zamieszkaliśmy w akademiku dla gości – obcokrajowców. 

Łazienka- zdjęcie górne,Kuchnia – zdjęcie środkowe i urodzinowy szampan i ciasto – zdjęcie trzecie.😂

Kuchnia- różowe ściany, kuchenka o dwóch palnikach, stolik byle jaki, zlewozmywak z otwartą szafką pod spodem. 

Łazienka z deską – półką na wannie, niebieska umywalka i okropny ręczny prysznic…

Na moskiewskim Arbacie – 1997 r.

 3 sierpnia przypadały urodziny mojego męża.Poszliśmy do  nowoczesnego marketu spożywczego.  Kupiliśmy ciasto, które wyglądało jak amerykański pie i szampana – oczywiście “russkoje igristoje” Takiego jak zapamiętaliśmy z dawnych lat 70- tych.  Wróciliśmy do domu i… okazało się, że piecyk kuchenny zamiast piekarnika miał tylko drzwiczki (atrapa!) więc ciasto musieliśmy UGOTOWAĆ, co okazało się beznadziejne w smaku i konsystencji, a szampan  w żaden znany nam  sposób nie chciał się otworzyć.  Niestety, nie miał ani jednego “bąbelka” jakie zwykle miewają szampany i nie przypominał nie tylko dawnego “Igristoje”, ale nawet żadnego innego szampana świata.  

To była nasza ostatnia wizyta w Moskwie. Zapamiętałam jeszcze przed eleganckimi sklepami zachodnich znanych firm elegancko ubranych facetów z … karabinami w ręku.  I słynny deptak Arbat pełen artystów i atmosfery rosyjskiej bohemy, gdzie powstał również i mój portret. Nawiasem mówiąc – niezbyt mnie przypominający 🙂 

Dzisiaj

Zazwyczaj chodzę spać bardzo późno. Zawsze tak było, a teraz kiedy nie muszę wstawać wcześnie na dźwięk budzika, czas około północy jest naturalnym momentem układania się do snu. Pól tabletki dla uspokojenia “głowy”, wiatrak który wzmaga cyrkulację powietrza w sypialni – powinnam zasnąć. Ale – często nie zasypiam.   Patrzę w cień kręcącego się wiatraka albo w smugę światła ledwie wpadającego przez okno. Myśli, myśli, myśli.  Jeśli przyfruną delikatne i nie podrażniają mojej wyobraźni – pozwolą wyciszyć się i zasnąć. Gdy jednak atakują znienacka ostro i szybko, zaczną przepychać się, zadawać pytania, straszyć, krzyczeć, niepokoić, ostrzegać, alarmować… nici ze spania. 

Morfeusz – bóg snu opuszcza mnie i pozostawia z demonami moich własnych przemyśleń. 

Pewnie to nie jest nikomu obce. Czarna noc wspomaga moje wariacje myślowe. Logika je odpycha. Instynkt zapętla. Dopiero powoli nadchodzący wczesny poranek uspokaja szaloną wojnę umysłu. 

Przysypiam. Dzień wyrówna rachunki.  

Wczoraj…

Od Krakowa, Sosnowca do Ameryki. A potem – już drzwi się zamknęły…

Są przyjaciele na zawsze. Nawet jeśli życie rozdzieli nas na wiele lat, spotkanie po latach jest ścieżką, na której potknęliśmy się, by znów podnieść się i iść dalej razem. 

Są także przyjaźnie, które są jak wulkan i zostawiają wiele dobrych wspomnień. Kończą się nagle i na zawsze. Zupełnie bez sensu. Smutno i nie do naprawienia… 

Życie zabiera nam coś ważnego. Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. 

Nie mam żalu, nie mam pustki, nie mam złości w sobie.  Mam dużo ciepłych radosnych wspomnień. I tak to zachowam.   

Dzisiaj

Czy my się kłócimy? Czy to tylko mocne dyskusje?  Czy jesteśmy tak różni, czy tak mało tolerancyjni w naszym wieku? 

 Cokolwiek to jest, to nie obrażamy się na siebie. Nie jest tak, że się nie odzywamy, że zrywamy kontakty ze sobą, że omijamy się całymi tygodniami czy miesiącami. Mamy różne zdania, mówimy, wypowiadamy je głośno. I to dobrze.  Zazwyczaj nie kłamię. Tak, mówię w swoim imieniu! Może to jest trudne dla innych do wysłuchania, ale uczciwsze i łatwiejsze, bo tak naprawdę to i ja i mój słuchacz mamy prawo do dwóch różnych zdań. Do wymiany różnych poglądów, niemiłych zdań, nawet na “ostro”.  

Potem jednak myślimy, analizujemy, opadają gorące emocje. Lubimy siebie. Kochamy siebie, szanujemy. MAMY siebie. 

Tutaj jesteśmy rodziną. Bliższą i dalszą. Nie muszę otaczać się ludźmi toksycznymi. Wybieram tych, którzy są ważni w moim życiu. 

Jeśli z tobą dyskutuję, kłócę się, przepraszam cię, wracam do ciebie każdego ranka z ciepłym “dzień dobry” – to znaczy, że jesteś dla mnie ważny/a.

Wczoraj….

Przez 12 lat moja rodzina brała udział w wielkiej akcji rowerowej MS 150. Rajd rowerowy z Houston do Austin. W różnej konfiguracji osobowej, w różnych drużynach, po wielu wielu miesiącach przygotowań, bo regulamin tego rajdu był bardzo określony i specyficzny. Były miesiące, że w naszej rodzinie był to temat numer jeden!. Szaleństwo zaczęło się od rowerowego zamiłowania Billa, potem dołączyła Kasia i Wacek i wielu ich znajomych i przyjaciół. Kasia międzyczasie urodziła dwójkę dzieci, częściowo więc rower zastąpiła Maluchami w torbie przewieszonej na plecach albo w wózku składanym. A ja –  każdego roku dojeżdżałam w połowie drogi (baza noclegowa La Grange )  by “witać” ich na półmetku i następnego dnia na mecie w Austin  niedaleko Kapitolu. 

Kwiecień – rodzinny miesiąc „rowerowy”

Najpierw z jednym Maluchem, potem z dwoma. Ktoś zawsze pomagał. Każdego roku coś się zmieniało, dzieci rosły. Oglądały Kapitol wewnątrz, bawimy się w ogrodzie wokół niego. Grzebały patyczkami w brudnym piasku oczekując przyjazdu rodziców. Tłum, upał, oczekiwanie, zmęczenie, emocje… a potem długie rozmowy z przyjaciółmi, czekanie, pizza, winko i jeszcze dłuższy powrót do Houston. Każdego roku, przez 12 lat.

To nie było łatwe. Dla rowerzystów. Dla kilkunastu tysięcy uczestników. 

I dla mnie też nie.  Choć nie miałam roweru, choć nie osiągnęłam żadnego sukcesu, nie spałam w namiocie i nie wstawałam o 5 rano…

 Ale dobrze pamiętam ten rowerowy fragment rodzinnego życia. 

Inaczej, ale wspólnie. 

Jutro?? …

Może być więcej “wczoraj”. I jeszcze może być dużo szczęśliwego “dzisiaj”

Będę miała o czym pisać, wspominać. 

Może też być JUTRO… bez następnej kartki kalendarza.


BACK

Czy dorośli też mają własne bajki?

22 sierpnia 2023

Pewnego razu, daleko od domu zdarzyło mi się znaleźć w miejscu, które na kilka dni, jak w bajce dla dzieci, otworzyło zaczarowane drzwi i pokazało mi swoje tajemnice.

Bo bywa, że zdarzają się w życiu najprawdziwsze historie, które nas zaskakują.  Długo nie potrafimy ich do końca zrozumieć.  Dlaczego poukładane od lat “cegiełki” rozpadły się i komuś i rozsypał się dotychczasowy kontrolowany świat… 

KTOŚ kiedyś powiedział – “wyjeżdżam”.  Spakował walizki, trochę drobiazgów, mebli, pamiątek i zniknął z naszego życia. Nie, nie z mojego! Po prostu – z naszego! 

Ktoś był z nami przez lata, wiązała nas przyjaźń, dobre i gorsze chwile i wydarzenia. Dużo wspólnych dni. 

Wyjeżdżam. Jedno słowo, jedna decyzja. Decyzja dorosłego dojrzałego Człowieka. Świat jest przecież wielki. Każdy z nas może spakować plecak czy walizkę i przenieść się gdzie ma ochotę. A jednak… niewielu ludzi ma taką odwagę. Niewielu z nas ma taką potrzebę. Przywiązujemy się do miejsc szybciej i mocniej, niż o tym myślimy. Wrastamy w znane kąty, ulice, znajome twarze. Nie lubimy zmian. Zwłaszcza nagłych, do których nie mamy czasu się organizacyjnie i psychicznie przygotować. Może właśnie dlatego takie decyzje innych zaskakują nas i szokują. Może nawet bardziej te cudze, niż nasze własne… 

Życie jednak nie znosi próżni, więc krąg ludzki zawsze pełen nowych wydarzeń toczy się dalej.

A Ktoś właśnie buduje inny świat… Gdzieś – jak mówią w bajkach – „ za górami za lasami” Ktoś znalazł nowy kawałek ziemi.  Nowe miejsce na swoje nowe życie. 

Pewnego ranka obudziwszy się, Ktoś pomyślał: chciałbym stworzyć bajkowe życie. Kolorowe, spokojne, szczęśliwe i śliczne. I Ktoś, dzień po dniu, zaczął realizować wizję swojego świata…

Ale bajki dorosłych ludzi nie mają wróżek, które wyczarowują wszystko za jednym  pociągnięciem czarodziejskiej pałeczki. Dorosłe bajki rodzą się długo i mozolnie. I wymagają pracy i wyobraźni. Pieniędzy, cierpliwości, wyrzeczeń, kolejnych nieudanych prób, walki ze zniechęceniem i znów zaczynania od początku nowych pomysłów i ich realizacji.

Odważne kolory, ciepłe połączenia wprawiają natychmiast każdego w dobry nastrój.

Ktoś, kto tchnął nowe życie w ten skrawek ziemi, kocha kolory. Mocne, soczyste kolory! W samym środku stoi domek, nieduży, ale bardzo przytulny. Kto z was miałby odwagę zamieszkać w domu o kolorze ostrej ceglastej pomarańczy i ciemnej butelkowe zieleni??  Ja – tak!  Ale jestem pewna, że wiele osób długo by się zastanawiało nad taką decyzją..

Tak właśnie powstał pewien bajkowy dom, bajkowy ogród, który zadziwił mnie, że naprawdę istnieje.  

Domek ma żółte drzwi, czerwone ramy okienne i bardzo kolorowe kwieciste dywany na gankach. 

Już podjeżdżając pod dom z wszystkich stron otacza mnie zieleń. Zieleń lasu, ogrodu, altany, wszechobecnej trawy. Zieleń w każdym możliwym odcieniu.

Ale to dopiero początek. To tylko tło bajkowej scenerii. 

Donice z zieloną roślinnością a obok artystyczne dziwolągi. Zaskakujące i ciekawe połączenie!

Do głównego wejścia prowadzi wąska ścieżka i wpada wprost na duże zadaszone wysokie patio. Urządzone w stylu trochę „tureckim” a może country – w centralnym miejscu stół i cztery krzesła, pięknie kolorowo pomalowane. Wiszące duże lampiony, w donicach wokół bogate rośliny podświetlone lampkami. Obok nich śmieszne art-ptaki, bardzo barwne i pstrokate, o długich szyjach. Malownicze, dodające niezwykłego uroku już na wejściu do domu. 

Obok dwa drewniane łóżka z wygodnymi materacami, oczywiście w kolorze czerwonej cegły, gdzie wygodnie można odpocząć i poczuć się jak w SPA. Obok jeszcze jeden stolik i fotele. Także w tym samym wielobarwnym stylu. 

Miejsce na ognisko jest, brakowało tylko ognia. Wieczór i tak był bardzo ciepły! 😃

Po obu stronach ścieżki trawa i mieszanina różnokolorowych kwiatów. A pośród nich w niesamowity sposób wkomponowane są przeróżne sztuczne elementy artystyczne. Z metalu, porcelany, drewna, grubego szkła. Wiem, wiem, co niektórzy teraz sobie myślą!.. ale to jakaś niedorzeczna mieszanina, niepasująca w stylu, sztucznie połączona z naturą! Itd, itp… 

Poza zadaszeniem jest wydzielone miejsce na ognisko i wygodne drewniane kolorowe krzesła „fotelowe”.

Jakże się mylicie!!  Oczywiście – “ De gustibus non est disputandum” – o gustach się nie dyskutuje, pamiętam o tym doskonale. Na siłę nikogo przekonywać nie będę, ale zapewniam, że ci którzy umieją wyczarować „bajki dorosłych” – świetnie sobie z tym radzą.  Ktoś, który stworzył tę bajkę, mnie osobiście taką scenerią zachwycił. 

Wymyślne ścieżki, kwitnące kwiaty, ławeczki-motylki, zieleń drzew i krzewów..

Z każdym krokiem dalej bajkowy świat nabiera rumieńców.  Za altanką, która tworzy zieloną bramę do dalszej części, ogród zmienia rodzaj roślinności. Są tam wysepki- grządki a w nich wyższe kwiaty, rośliny zielone, nawet krzewy i drzewa. A pomiędzy nimi ścieżki wysypane drobnymi kamieniami. Tworzą one wyrazistą przestrzeń. Czystą i uporządkowaną.

Oczywiście wśród trawy i drobnych kolorowych kwiatów nie brakuje wychylających się: a to żółwia z meksykańskiej porcelany, a to malutkiego szafirowego pieska, a to gąsienicy w kapeluszu, a to kolorowych grzybków, dziesiątek motyli itp. 😀. 

Tutaj wczesną porą KTOŚ pije poranną kawę i oddycha świeżym powietrzem nowego dnia..

Wszystko to jest żartem artystycznym, radością dla oka, fantazją dziecka, prostotą i ciepłem uczuć. To, co oglądam, wprowadza mnie w nastrój zapomnianych dziecięcych lat. Chce mi się skakać w kółeczko i klaskać jak kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką i jakaś scena, obrazek nagle mnie zachwycił… 

Na tę część ogrodu wychodzi boczny ganek domu. “Ganek poranny” jak nazywa to miejsce mój „bajkowy” Ktoś. Jest tam stolik przeznaczony na poranną kawę, wygodny fotel i piękny widok na kwitnący barwy ogród. 

A w nocy świeci pięknie księżyc. I oczywiście nie brakuje delikatnego światła wiszących wokół ogrodowych lampionów. Na ścianie domu rozpościerają skrzydła malownicze  motyle, a pomiędzy nimi „biegają” czerwone biedronki w czarne kropeczki.

Za domem  napotykam jeszcze jeden pas zieleni i „latające” motylki, trochę pstrokatych grzybków, ale gdy wchodzę na ścieżkę i wspinam się pod górę w głąb lasu, już tylko otacza mnie natura. Wysokie drzewa, ściółka leśna, trochę powalonych pni i starych drzew. I cisza. Cisza. I od czasu do czasu ćwierkanie ptaków. Brzęczenie owadów. To także należy do świata bajki. Choć tego nie zmienia ludzka ręka Ktosia.  Tu życie toczy się według praw natury. Nawet podobno niedźwiedź  kiedyś pojawił się nocą w odwiedziny…

Teraz Ktoś już wie, że kubeł śmieci wystawiony kilka godzin za wcześnie, to zaproszenie “misia” na kolację🤣. Zajączek przybiega w odwiedziny bez zaproszenia, dość często. 😃 A może wiele innych zwierzątek?..

Kominek z lampionami i piękną drewnianą płaskorzeźbą

Dom wewnątrz jest nieduży, wcale nie nowoczesny. Raczej w stylu country, bardzo pasującym do otoczenia z zewnątrz. Wciąż utrzymuje się malowniczy styl, choć już nie tak bajeczny jak w ogrodzie. Na pierwszy rzut oka – dom jak każdy inny dom. Wchodzę do jadalni z kominkiem połączonej z małą, ale funkcjonalną kuchnią. W jadalni duży stół, efektowne krzesła, a nad stołem piękna zrobiona z grubych sznurów, ogromna lampa. Po lewej stronie kominek, obok wielkie stojące lampiony ze świecami, a nad kominkiem artystyczna drewniana płaskorzeźba. Coś na kształt kwiatu rozłożonego symetrycznie  na ścianie. Robi wrażenie! 

Olbrzymia lampa z grubych sznurów.

Dalej – living room jeden, drugi, potem sypialnia główna, gościnna, dwie łazienki. Na samym końcu mały pokój do pracy, czyli kącik biurowy Ktosia, z komputerem, papierzyskami – jak to zwykle bywa w takich miejscach. Ach, jeszcze pralnia.. 

KTOŚ wykonał tę ikebanę własnoręcznie!

Wszystko byłoby zwyczajne jak w każdym domu, tyle że “diabeł tkwi w szczegółach”, a tych szczegółów w bajkowym domku jest bardzo wiele. Tu w łazience półeczka na kosmetyki  zręcznie wkomponowana w niewidoczne miejsce z tyłu ścianki, tam zręcznie składany stolik/półka do wygodnego wyciągania prania  z suszarki i składania rzeczy. W innym miejscu piękny ogromny wazon z niesamowitą ikebaną ułożoną ze sztucznych kwiatów i ziół. Wygląda jak obraz wtopiony w powierzchnię ściany. Dobór kolorów, układ suchych kwiatów i roślin jest ślicznie skomponowany! Widać tu rękę artysty.

Każdy mebel w tym domu ma swoje miejsce. Choć pozornie wydaje się inny niż ten drugi obok stojący, to w całości wszystko harmonizuje idealnie! Wszystkie elementy uzupełniają się wzajemnie, jakby inaczej nie mogła istnieć całość tego wnętrza. 

Dawno temu, kiedy po raz pierwszy pomalowałam moją kuchnię na bardzo jaskrawo jasnozielony kolor (bo jakże mogło być inaczej! 😂) odbywało się u nas jedno z comiesięcznych spotkań brydżowych. Wtedy namiętnie graliśmy w brydża i każdego miesiąca spotkaliśmy się u kogoś innego na  rozgrywki. Zazwyczaj były to cztery, pięć stolików po cztery osoby. Najpierw poczęstunek, pogaduszki, a potem  dobieraliśmy się w czwórki i graliśmy do północy i dłużej. Ale nie o brydżu chcę opowiadać, chociaż mogłabym i na ten temat dużo. 🙂 

Przypomniała mi się taka spontaniczna wypowiedź jednego z naszych kolegów, który wpadł z zachwytem do mojej świeżo wymalowanej kuchni na “zajebisto” zielony kolor i zakrzyknął “ale niesamowity kolor! Fantastyczny! …ale ja bym u siebie nigdy takiego nie pomalował :)”

Myślę, że taka byłaby reakcja wielu osób, które po pierwszym wrażeniu i oceniłyby dom Ktosia

Dom zachwyca – ale trzeba mieć ogrom wyobraźni, odwagi, własnego smaku, stylu, by nagromadzić, ustawić i połączyć w całość tyle różnorodnych elementów razem.  Wymaga to niezwykłej bardzo indywidualnej, powiedziałabym nawet – “intymnej” wyobraźni i odwagi, by stworzyć coś, co jest “moje i tylko moje”! 

Takie uczucie miałam, kiedy wiele osób reagowało podobnie na kolory w mojej kuchni (zresztą nie tylko kuchni 🙂), tyle, że nie wszyscy tak efektownie, głośno i szczerze to  wyartykułowali. 

Ktoś jest na swój sposób artystą. Artystą, którego dusza uwolniła się ze standardów i codzienności. Czas, cisza, samotność pomogły mu rozwinąć talenty i marzenia. Wszystko to na pewno od lat w głowie Ktosia istniało, a teraz “za górami, za lasami” przeistoczyło się w dorosłą bajkę.

Moja podróż po kolorowym świecie trwała krótko. Może dlatego tak bardzo mi się podobała?  Oderwanie się od codzienności, krótka zmiana, dobre, ciepłe, przyjacielskie fluidy każdemu robią dobrze na duszę i na ciało. 

Tylko – czy to wystarczy, żeby być szczęśliwym?  Mój bajkowy Ktoś jest człowiekiem uspokojonym wewnętrznie, który zrealizował swoje kolorowe fantazje i marzenia i czuje się pośrodku nich bardzo dobrze. Na właściwym miejscu.

To miejsce wciąż wymaga od niego ciągłej pracy, pielęgnacji tego, co wokół.  Ogród, dom to jak małe dziecko, o które trzeba dbać każdego dnia poczynając od podlewania, a zapewne kończąc na wyrywaniu chwastów, czy  najbardziej prozaicznym sprzątaniu. 

Czy może czegoś do pełnego szczęścia brakować?  Zapewne jednego małego elementu.. Drugiego człowieka, przyjaciela, z którym można podzielić się bajkowym światem.  Pokazać mu, opowiedzieć o radości i cieszyć się przez moment wspólnie.  I myślę, że tacy jak ja, pojawiający się w odwiedziny w bajkowym ogrodzie, taką właśnie rolę spełniają.

Bo w bajkach dla dzieci nikt nie jest sam. Jaś ma Małgosię, Czerwony Kapturek – Babcię, Lolek Bolka. Nawet Wilk i Zając byli “parą” 🙂. Bajki dorosłych ludzi są dużo bardziej skomplikowane, ale jak widać i dorośli sobie z nimi radzą!

A ja cieszę się, że nam przydarzyło się w takiej bajce przez kilka dni zamieszkać! Ucieszyć oko tysiącem kolorów, które uwielbiam równie mocno jak KTOŚ, pośmiać się razem, napić się winka w blasku wieczornych lampionów, w towarzystwie krasnali, motyli i wielobarwnych wesołych dżdżownic.

Byłam w środku dorosłej bajki! A wy? byliście kiedyś, choćby w marzeniach…?


BACK

Idę ścieżkami, dróżkami…

 10 sierpnia 2023

Dziś w nocy przyplątały mi się dawno zapomniane obrazki z dzieciństwa. Idę wąziutką ścieżką pomiędzy polami dojrzałych zbóż.

(znalezione w sieci, ale zachowane w mej pamięci)

… Wieje lekki wiatr, wśród dojrzałych kłosów chwieją się czerwone maki i niebieskie chabry. Nie wiem nawet jak zapamiętałam nazwę tych kwiatków.. Tyle lat ich nie widziałam.

Jest wczesny ranek. Cisza. A właściwie nie! To nie cisza. Ta cisza ma swoje dźwięki. Słychać przecież  bzyki trzmieli, bąków, brzęczenie pszczół. 

W przyrodzie jest przecież wielki ruch. Zwłaszcza o letniej porze roku. Pola jeszcze nie skoszone, prezentowały swą pełną okazałość. A ja byłam małą dziewczynką. Dziewczynką z miasta, która spędzała wśród wiejskich pól swoje wakacje. 

Inny obrazek. Chodzimy po lesie. Znamy ten las. Znamy polanki, gdzie zazwyczaj rosną prawdziwki i takie miejsca, gdzie mogą być czerwone kozaki. Jesteśmy dziećmi z miasta, ale przez kilka latach wakacji na tej samej wsi nauczyliśmy się ścieżek i dróżek, którymi nawet sami nie boimy się chodzić. 

Borówki moich leśnych miejsc dzieciństwa (zdjęcie niestety – z sieci 😄)

Są miejsca z zielonym wilgotnym mchem, gdzie rosną całe połacie granatowych i słodkich  czarnych borówek. Tak, dla mnie to były borówki! (tak jak kiedyś pisała w swej książce „Na jagody” Maria Konopnicka. Jagody, to według niej były wszystkie owoce, które rodził las!) ).

Nie jagody!  W mojej krakowskiej rodzinie chodziliśmy na borówki. My, dzieci zbieraliśmy je prosto do kubeczków, a potem przesypywaliśmy do kobiałki, jeśli już było za dużo i niewygodnie było nam je utrzymać. Ale nie lubiliśmy tej “wspólnej” kobiałki, bo nie wiadomo było kto ile tego dnia nazbierał, a przecież to dla nas było ważne. 🙂

Gdy wracaliśmy do domu, nasza gospodyni wyciągała z piwnicy pod schodami zimną gęstą śmietanę i zjadaliśmy te prawdziwe pachnące jeszcze lasem borówki, ze śmietaną i z cukrem. Boże! Co za rarytas!! Nikt nie liczył kalorii, nikt nie był “za gruby”, gdy tylko jakaś borówka rozgniotła się w miseczce, śmietana zabarwiała się na piękny fioletowo-bordowy kolor. 

Dziś kupuję w każdym sklepie, bez wysiłku duże “blueberry”, które wcale nie są fioletowe w środku i wcale nie mają smaku borówek… Ale mogę jej mieć przez cały rok. Tak naprawdę amerykańska borówka to zupełnie inny owoc niż ta moja dawna polska leśna.

Na grzyby wyprawialiśmy się w niedzielę, z rodzicami i zapuszczaliśmy się w nieco bardziej odległe części lasu. Każdy miał swój koszyk, kalosze. Las był wtedy dziki, ludzi prawie nie spotkaliśmy. Czasami pojedynczych tubylców. Po powrocie rozkładaliśmy na gazetach nasze “skarby” i przechwalaliśmy się jeden przed drugim, kto ma więcej, a przede wszystkim kto ma ładniejsze okazy. Byłam małym dzieckiem a jednak te rodzinne rytuały pamiętam dość dobrze. Rodzice, ciocie wujkowie przekomarzali się, kto tego dnia został królem i znalazł najpiękniejszego grzyba,  a my już tylko niecierpliwie czekaliśmy na pierwsze upieczone na blasze grzyby, gotowe do zjedzenia. Dalsze obieranie i czyszczenie juz pozostawaliśmy dorosłym. 🙂

 A gdy byliśmy sami, chodziliśmy ścieżkami, które znaliśmy, zaglądaliśmy na polanki, pod drzewka i krzaczki, które traktowaliśmy niemal jak nasze własne “domowe” miejsca. Nie mieliśmy żadnego poczucia strachu, zagubienia. Umieliśmy sobie poradzić, zawsze  znajdując drogę powrotną do domu. A teren nie był płaski, las znajdował się na górkach, zmieniał się, był liściasty i iglasty, nieregularnie porośnięty.  Jego części miały nadane przez tubylców nazwy, których i my szybko nauczyliśmy się. Na jednym ze szczytów gór był nawet domek zwany domkiem “Baby Jagi”. Pamiętam dzień kiedy wybuchł tam pożar. Chatka spłonęła doszczętnie, bo o pomocy straży pożarnej nie było mowy, nie miała szans dojechać. 

Grzyby mojego dzieciństwa – prawdziwki, kozaki, gołąbki, kurki, rydze…

Mieliśmy tylko po 8-10-12 lat, a opanowaliśmy wiedzę “terenową” w tym  lesie całkiem dobrze. Nikt się nie przejmował, że biegamy tam sami. Była nas spora grupa, czasami czworo- pięcioro, a czasem dołączały się dzieci gospodarzy i byliśmy paczką około dziesięciu dzieciaków. 

Niektórzy znali się na grzybach całkiem dobrze, ja raczej średnio, ale i tak zawsze pani gospodyni albo rodzice sprawdzali, co przynieśliśmy. Najbardziej lubiłam, gdy pani Marta czyściła “duśki albo gołąbki ” (znacie takie grzyby?) albo nieco później,  już w sierpniu – rydze i kładła je prosto na rozgrzaną blachę pieca kuchennego.  Posypywała tylko lekko solą i za kilka minut grzyby były gotowe do jedzenia. Miały w kapeluszach taki pyszny naturalny sosik!  Ach, palce lizać! Pychota! 

Lubiłam też świeże grzyby, najbardziej kurki i rydze, duszone na masełku. No i oczywiście już później te marynowane zapasy otwierane zimą.

Ścieżki mojego dzieciństwa…

Przez wieś prowadziła droga, chodziliśmy nią aż do wiejskiego sklepu. Był tam “spożywczak”, taki typowy wiejski sklep gospodarstwa domowego czyli ze wszystkim – bo oprócz artykułów spożywczych były tam różności!: gwoździe, garnki, sprzęt i narzędzia potrzebne do  podstawowych napraw domowych, środki czystości, jeśli jakieś wtedy już były 🙂. Nie pamiętam co jeszcze, ale pachniało w nim żelastwem i proszkami i “mydłem i powidłem” – jak to mówili.  Była też wiejska restauracja i bar wiecznie pełne wiejskich gospodarzy pijących piwo.  Wszyscy oczywiście świetnie się znali. 

My, dzieci lubiliśmy te wyprawy do sklepu, choć ja zapamiętałam je jako bardzo długie i dalekie, a pewnie tak nie było.  Chodzi mi po głowie takie wspomnienie, że dorośli mówili, iż do sklepu było  ponad kilometr a może dwa.. Ale tak naprawdę to nie mam pojęcia! Zaraz obok tej “aglomeracji usługowej” był oczywiście też kościół. 

Najczęściej zrywaliśmy orzechy laskowe takie jeszcze niedojrzałe, trochę białe. Ale i tak były bardzo dobre!

W sklepie można było kupić cukierki, lizaki więc  taka wyprawa, choć dla nas trwała pół dnia, zawsze była nagrodzona. Znaliśmy każdy fragment tej drogi, rozpoznaliśmy co będzie każdy metr dalej, wiedzieliśmy gdzie będą krzaki ostrężyn, gdzie rosną orzechy laskowe itp.  

Teoretycznie można było dojść do sklepu szosą i potem przejść przez rzekę. W późniejszych latach na rzece była już kładka, ale często, przy dużych opadach deszczu w górach, co nie było rzadkością, woda wzbierała i podnosił się jej poziom. Wtedy kładka “znikała” w rwącym nurcie i po jakimś czasie znów budowano nową. Ta trasa była to krótsza a droga czystsza asfaltowa, bez kurzu.   Ale dzieciom nie wolno było samym tamtędy chodzić. 

Nasza więc droga a właściwie drożyna wiejska, bo trudno było ją nazwać drogą, prowadziła przez pola, czasem przez błota, duże kałuże, pagórki. Wszystko to pewnie dziś ma inny wymiar albo może i wtedy miało zupełnie inny.  Może dziś nie istnieje, może błąka się tylko w mojej wyobraźni? Ale pamięć dziecięca tak zapamiętała szlak wielkich wypraw – atrakcji zakupowych w wiejskim sklepie. Wracaliśmy obładowani torbami a raczej siatkami o dużych oczkach, bo takie wtedy były w użyciu.  Pewnie nie były to wielkie zakupy, ale bochen chleba, kilogram cukru czy soli i co tam jeszcze było na karteczce zapisane – to dla 8 czy 10-latka duży ciężar w upalny dzień na trasie kilometra, zwłaszcza, że jeszcze tyle ciekawych rzeczy działo się po drodze..  

Zawsze kochałam morze. Urodziłam się na południu Polski, w Krakowie. Uwielbiam to miasto do dzisiaj, wracam do niego zawsze z wielka radościa i czułoscią. A jednak do morza ciągnie mnie jakaś niewidzialna nić, magnes tak silny, że za każdym razem, gdy znajdę się w pobliżu morza odczuwam dreszczyk  emocji przeszywający mnie  od stóp do czubka głowy. Szum morza działa na mnie kojąco, leczniczo.  Potrzebuję tego dźwięku, zapachu, powiewu wiatru jak najcenniejszej terapii.  I w zasadzie nieważne, gdzie to morze się znajduje, które to jest morze, na której półkuli, w jakim miejscu świata. 

Oczywiście, pierwsze moje zetknięcie z morzem, to był polski Bałtyk. Tam  mieszkała rodzina mojej Mamy i tam często spędzałam jakąś część wakacji. Pierwsze moje nadmorskie wspomnienia – tłumne plaże,  walka o każdy centymetr miejsca na koc, ręcznik, parawan. Zimna, nawet bardzo zimna woda i marzenie – by udało się, że właśnie wtedy, kiedy jesteśmy nad morzem, pogoda dopisze i złapiemy słoneczne dni na plaży. 

Później już morze zaczęło mieć dla mnie inny wymiar. Jako nastolatka jeździłam z przyjaciółmi w miejsca bardziej odludne, szukaliśmy pustych plaż, spacer brzegiem morza miał większą wartość niż opalanie się na plaży.  Stosunkowo szybko poznałam plaże i inne morza – Śródziemne,  Czarne, Karaibskie, Północne, a później Ocean Spokojny i Atlantycki. Gdziekolwiek znalazłam się blisko wody morskiej, czy było to miejsce bardziej “cywilizowane” czy też puste dzikie – każde zawsze sprawiało mi taką samą przyjemność. Spacer brzegiem morza, wzrok wbity w jego horyzont, przestrzeń, którą do końca nie jestem w stanie  objąć umysłem i swoją wyobraźnią.. To daje mi poczucie niewyobrażalnego spokoju. Poczucie, że wobec tej przestrzeni, jestem maleńką cząstką, drobinką i wszystko jest “na swoim miejscu”.  Nie muszę się denerwować, szarpać, spieszyć, martwić, bo głębia tej nieograniczonej przestrzeni i tak zapanuje nade mną. I to w jednej chwili wycisza mnie dogłębnie. 

Polski Bałtyk, 2021

Morze w Zatoce Meksykańskiej w Galveston o kolorze szaro-brązowym, bo w swoich  głębinach ma bogate pokłady ropy, przez co wydaje się prawie nieprzeźroczyste, albo to zielone ciemne w Bałtyku, albo bardzo ciemno-granatowe Śródziemnomorskie. Lub piękne cudowne błękitne czy jasno- zielone… Ileż różnych odcieni, ileż kolorów mórz! Każde zmieniające swą  powierzchnię w zależności od pory roku, od pory dnia. Fale, które dopływają do brzegu raz cichutko, z lekkością baletnicy, a w innym momencie z siłą furiata i szaleńca w jednej postaci. Dziś morze nieokiełznane, morze nieopanowane. Jutro morze otulające i przynoszące ulgę, uspokojenie. 

Maine, Cliff House 2022
Chana, Grecja 2021
El Zonte, Salvador 2021

Ile razy wędrowałam, spacerowałam  takimi ścieżkami brzegiem morskim!  I zawsze było i jest mi dobrze, Nawet jeśli – jest mi źle… Nawet jeśli jest mi ciężko..

Szukałam, znajdowałam i znajdę kiedyś ten ostatni spokój..

Bywają brzegi morskie niedostępne, kamienne, górzyste. Wtedy patrzę na morze z góry, z daleka. I nadal podziwiam jego moc i piękno. Mimo wielkich fal odbijających się z hukiem o ogromne skały i nieprzyjazne kamienie, czuję ciszę i spokój.  Melodia fal ma w sobie coś niezwykle kojącego. 

Ile jest dróg w naszym życiu… Wybranych świadomie i przypadkowych.  Nie zliczymy. Nie zawsze mamy wpływ na ich wybór. 

Bywają chwile, że drogi są dróżkami i pojawiają się w naszym życiu na krótko, ale i tak bywają szczęśliwe i pamiętamy je do końca życia. 

Bardzo dawno temu byliśmy na wakacjach w maleńkiej miejscowości Mechelinki, gdzieś w okolicach Gdyni. Nad morzem. Tuż nad brzegiem Bałtyku. Mieliśmy niewiele ponad 20 lat, jedno małe dziecko, drugie “w drodze”, przyjaciół, którzy byli na tych wakacjach z nami… Jakaś droga zaprowadziła nas do tej wioski rybackiej, a właściwie były tam też ogródki działkowe, choć chyba nic “ogródkowego” na nich nie rosło.  Kilka biednych domków, z których jeden zajmowaliśmy na czas wakacyjnego pobytu.  Było pusto, za to każdego dnia słonecznie.  Dzień zaczynał się od ustawiania nocników dla dzieciaków (mieliśmy ich razem trójkę) i naszego prostego śniadania na małej plaży nad morzem… i tak już było do zachodu słońca. 

Zapomniana droga, zapomniany zakątek świata, codzienny wschód i zachód słońca nad Bałtykiem. I my – szczęśliwi, zagubieni na kilka tygodni, gdzie mała droga kończyła swą rolę “przewoźnika”. 

Nasze małe wakacje w 1978 roku.. 

Ile dróg pokonujemy w swoim życiu?  W jakie dziwne miejsca los nas rzuca. Nie zawsze plany idą w parze z przypadkiem. Los jest niespodzianką i chwała mu za to! 

Nieprzewidywalność wydarzeń, potrzeba błyskawicznych decyzji, szaleństwo dobrego i “złego” – to dla wielu wyzwanie, często trudne do wykonania. Ale pobudzające do działania. Do szukania nowych dróg. Zazwyczaj daje to pozytywny efekt. 

Ale są i tacy ludzie, którzy nie lubią niespodzianek i bardzo precyzyjnie czuwają nad każdym elementem swego życiowego programu. Boją się nagłych zmian, poplątania ścieżek, nieznanych zakrętów.  I ja to rozumiem. Szczególnie, gdy jesteśmy starsi, gubimy się łatwo w szybkich zmianach, coraz rzadziej czujemy się w “szaleństwach” komfortowo. 

Chciałabym moje ścieżki życia ocalić od zapomnienia. Ocalić ślady moich stóp w mej pamięci. Obraz maleńkich ścieżek i tych dróg “ważniejszych”, przecinających miasta i kontynenty. 

Widzę oczami mojej wyobraźni wielka mapę Świata “rozoraną” dróżkami i szosami, wielopasmowymi autostradami i maleńkimi ślepymi uliczkami miejskimi, wiejskimi drogami błotnistymi i ścieżkami nadmorskich szlaków. A wszystkie są poplątane, pokręcone, fantazyjne. 

I nikt nie potrafi ich rozplątać. 

Bo one należą tylko mnie. 

                     Mój “bank” życiowych dróg. Moich – ale nie samotnych…

***********************

Mój „bank wspomnień” wygrzebuje z pamięci piosenkę „Spacer dziką plażą” stary przebój Stana Borysa. Postarzało się nasze pokolenie, postarzał się wykonawca, zagubiła się gdzieś piosenka wśród nowych rytmów, a ja i tak zatęsknię do plaż dzikich i spacerów.

..”Idziemy brzegiem ku jesieni…”


BACK