Przypadek, przeznaczenie czy wolność naszych wyborów?

2 maja 2024

Film Krzysztofa Kieślowskiego “Przypadek” powstał w 1981 roku, jednak ze względu na skomplikowaną sytuację w kraju, widz mógł go oglądać dopiero kilka lat później, w 1987 roku. 

To jeden z najznakomitszych polskich filmów psychologicznych mojego pokolenia. Do dziś w różnych momentach wraca do mnie motyw przewodni i pomysł Kieślowskiego, tak doskonale ujęty w trzech historiach jednego człowieka. Rozpoczynają się w tym samym punkcie życia, gdy bohater znajduje się na dworcu kolejowym w Łodzi i zamierza stamtąd udać się pociągiem do Warszawy.  A potem już następują odmienne warianty jego życia…

Fragmenty oryginalnych plakatów filmu „Przypadek”

Film jest znakomity, główną rolę zagrał Bogusław Linda, ktory wówczas wbiegał wielkim rozpędem na drogę swej niesamowitej kariery aktorskiej. Zresztą towarzyszy mu cała plejada fantastycznych aktorów. Mimo, że film ma już swoje lata, gorąco polecam – warto obejrzeć go niezależnie od jego “starczego wieku”.

Temat psychologicznie zawsze aktualny, w każdej szerokości geograficznej, w każdym  momencie naszego życia, w każdej chwili, kiedy przypadek zarządza naszym życiem i  wyboru dokonujemy w sytuacji, którą właśnie ów przypadek nam podsunął.  

Czym jest naprawdę przypadek? Najlepszym usprawiedliwieniem sytuacji, której nie udało nam się do końca zrozumieć. Nie potrafiliśmy nad nią zapanować tak, by sobie ją sensownie wytłumaczyć. 

Przypadki się zdarzają. Nie planujemy ich. One nas zaskakują. Znajdują nas. 

**************************

*******************

Banalna historia dobrego przypadku. 

Chcecie inną – o mniej szczęśliwym przypadku? Pewnie nie, choć tak jak ja wiecie, że i takich jest mnóstwo. 

Przypadki istnieją. Ale już co dalej się wydarza – kreujemy my sami. Przecież facet “z przypadku” mógł nie sprawdzić biletu, tylko wrzucić go do śmieci. Mógł uznać, że nie będzie fatygować się poszukiwaniem osoby, którą niechcący potrącił i która zniknęła mu natychmiast z oczu.  

A dziewczyna? Mogła wrócić wcześniej do domu i nie spotkać po raz drugi wytrwałego faceta. Mogło między nimi nie zaiskrzyć… Ileż wariantów i rozwiązań może zdarzyć się w tej samej sytuacji, w takiej samej chwili.  

Traf- szczęście. Wyrzucone „szóstka” Karty wróżki, które mogą powiedzieć ci wiele. Tylko – czy chcesz uwierzyć w przepowiednie..?

Los, traf, przypadek. Zbieg okoliczności. Czy wszystkie te określenia znaczą to samo? Jest jeszcze słowo – cud. Czasami wydaje nam się, że znaczeniowo te określenia nakładają się na siebie.  Gdyby jednak opisać dziesiątki najróżniejszych sytuacji i zrobić próbę odbioru i zakwalifikowania ich do tych powyższych kategorii przez np. stu czytelników, zdziwiliśmy się wszyscy jak zróżnicowane byłyby zdania. Nasze wyczucia wobec przypadku czy trafu, cudu czy losu są różne.  

Mają jednak też wspólny mianownik. 

  • Los wygrywasz na loterii, ale jak go spożytkujesz i co z nim dalej zrobisz, zależy od ciebie. 
  • Trafem może być, że znajdziesz się  tu i tam, w dobrej czy złej godzinie – ale co będzie dalej, to już twoja decyzja, twoje przemyślenia, twoje działanie. 
  • Przypadek – kreuje sytuację, ty jednak musisz podjąć decyzję jak sytuacja dalej się rozwinie. 
  • Cud – to co nazywamy cudem jest tylko przyczynkiem i szansą, którą życie ci daje. Wszystko potem jest w twoich rękach. Twoich i tych, którzy są z tobą. 

Czyż nie jest tak, że nic nie dzieje się bez przyczyny?  Każda sytuacja, każdy człowiek, który staje na naszej drodze, nie jest przypadkowy.  Czasem jest to krótkie mgnienie i znika szybko z naszego życia. Może więcej się już nie spotkamy.  Co nie znaczy, że to spotkanie minie bez echa. 

Innym razem zderzamy się z kimś, kto będzie stał obok nas przez wiele lat, może przez całe życie. Stanie się nawet tą najważniejszą osobą, naszą drugą połówką.  Wspólna droga – przez kilka lat,  przez długie dekady. Z zakrętami, w dół i w górę. Z bolesnymi upadkami i z sukcesami, o jakich marzymy przez wiele dni i nocy. 

Nie wiemy. Bo “nie znamy dni, które są przed nami” – jak śpiewał kiedyś Marek Grechuta. 

Karty Tarota. To zupełnie coś innego niż zwykłe karty do wróżb. To inny rodzaj symboliki, komunikacji, interpretacji. Tarot to duża wiedza, intuicja, znajomość psychologii. No i duchowości, która nie jest dostępna dla wszystkich jednakowo..

Budząc się rano nie mamy pojęcia czy nasz plan dnia się wypełni według naszego pomysłu czy może zdarzy się nieprzewidziany przypadek. I wszystko potoczy się zupełnie inaczej.. Bywa – szczęśliwie. Zdarza się, że nie. 

Są ludzie, którzy obsesyjnie chcą wiedzieć jaki los czeka ich w przyszłości. Bardzo chcą mieć na to wpływ. Biegają do wróżek, wróżbitów, śledzą horoskopy, stawiają kabały. Wierzą w tarota, kule kryształowe, we wróżenie z linii papilarnych. Jeszcze inni wierzą w przepowiednie boskie, w objawienia, w biblijne historie i proroctwa. /

Nie wiem czy śmiać się czy wierzyć tym ludziom. Jak głęboko może zakorzenić się w ludzkim umyśle wiara w przepowiednie, w szansę ominięcia przypadku, złego losu. 

W literaturze, biblii czy wielu innych dokumentach znanych jest wiele opowieści o tym, jakich prób potrafił dokonywać człowiek, by za wszelką cenę ominąć złe przepowiednie, a i tak los sprowadzał go na drogę, która była mu wyznaczona… 

Wniosek: Nie ma przypadku? Czyżby nasz szlak życiowy był z góry ustalony i “zapisany”?  Przecież wiem, że tak nie jest… Ale – pewności nikt i nigdy mieć nie będzie. Istnieje tylko wiara, którą każdy według własnego sumienia ustala sobie i w nią jest zapatrzony. Po swojemu, na własny użytek.  

Zresztą ta wiara, na różnych etapach naszego życia może zmieniać się pod wpływem silnych przeżyć i wydarzeń, na skutek obcowania i przyjaźni z ludźmi o silnych osobowościach, którzy wywierają na nas mocny wpływ. 

Także nagłe, niespodziewane okoliczności jak np. wojna, odcięcie od dawnego życia, wypadek, który zmienia zupełnie warunki  naszej egzystencji itp. 

Z osoby całkowicie niewierzącej, odbierającej świat racjonalnie i logicznie, nagle z dnia na dzień ktoś staje się niepewnym siebie, zapatrzonym w przepowiednie. Szukającym znaków swojego jutra, wypatrującym sygnałów, które chce odczytać i którym całkowicie ulega. 

Setki przepowiedni o końcu świata, o plagach, które spadną na Polskę, dziesiątki wizji tragicznych katastrof… ileż już tego przeżyliśmy i – przetrwaliśmy, bo na szczęście nic się nie spełniło.  Jeśli wydarzyły się tragedie, to z powodu ludzkich działań i błędów, a nie z przepowiedni i ślepego losu. 

 W tym względzie – jestem bezwzględna! 

W horoskopy nie wierzę – jeśli je czytam (a raczej, NIE czytam) czy ktoś stawia mi kabałę, to podchodzę do tego, jak do dobrej zabawy. Nie dopuszczam w swojej głowie, że cokolwiek może za chwilę zdarzyć się w rzeczywistości. I – tak, jestem z natury trochę romantyczką, ale to nie ma nic wspólnego z uleganiem przepowiedniom, horoskopom, magii itd.😄

Aczkolwiek – rozumiem, że istnieją przypadki/podobieństwa, które można interpretować zgodnie z wynikiem  horoskopu. Zresztą psychologia już dawno wyjaśniła na czym polega manipulacja sugestii. Jeśli ktoś posiada taką umiejętność, w łatwy sposób  może przekonać drugą osobę, że przepowiednie “zapisane” w horoskopie, układach kart, w proroctwach wielkich ksiąg itd. mogą  być prawdziwe. Mózg ludzki jest bardzo podatny na sugestie. W sposób nadzwyczajnie “gładki” połyka piękne słowa, ciepłe opowieści…

Czasopisma młodzieżowe mojej młodości. No, może trochę późniejsze, bo w latach 60/70-tych nie były jeszcze takie kolorowe 😀

Dlatego tak trudno utrzymać balans pomiędzy prawdą a ułudą. 

Właśnie horoskopy cieszą się szczególną popularnością. Pamiętam z czasów dzieciństwa, gdy czytałam czasopismo dla młodzieży harcerskiej “Na Przełaj” (a może to był “Świat Młodych”..) każdego tygodnia na ostatniej stronie zamieszczany był horoskop. Na cały tydzień. Zawsze porównywałyśmy z koleżankami swoje znaki zodiakalne, każdego poniedziałku była to “obowiązkowa” fajna zabawa. Zwłaszcza jeśli jakoś nasze  przepowiednie znakowe krzyżowały się. Już wtedy szybko zorientowałam się, że zawarte tam zdania, określenia wciąż się powtarzają. Osoba, która to pisała nawet nie wysilała się zbytnio, by postarać się zakamuflować je jakoś stylistycznie, wymyślić więcej słów, synonimów, mniej czy bardziej szokujących przepowiedni. Były tak proste, że my, wtedy chyba 13-14-latki odkryłyśmy szybko całe to łatwe „oszustwo”. Ale i tak niezmiennie nas to bawiło. 🤣

Mój zodiakalny znak – ARIES czyli BARAN. Wersji graficznych jest mnóstwo.

Dziś horoskopy są bardziej skomplikowane i przekonywujące. Kilka miesięcy ktoś temu uświadomił mi, jaki to teraz internetowy biznes. Horoskop wiąże się z astrologią, a to z kolei z niezgłębionymi elementami takimi jak Księżyc, Słońce, Gwiazdy – “nieznane, głębia, przestrzeń”. Wszystko to, co dla ludzi od zawsze było i jest pociągające, magiczne i niezbadane do końca. 

No i znaki zodiaku. Każdy z nas ma swój, przypisany losowo przez datę urodzenia. A to jakby wkłada każdego z nas w cały system wydarzeń, który “gdzieś i w jakiś nieznany nam sposób jest zaprogramowany”.  Jeśli w to uwierzymy – horoskop będzie dla nas sposobem poszukiwań własnego szczęścia, spełnienia marzeń, uchronienia się przed złem. 

Dla „zabawy” – sprawdź co mówi o tobie twój znak zodiaku jakim jesteś kierowcą. Dziś więcej jeździmy autem niż chodzimy – może warto o tym pamiętać? 😏🤗 ps. tylko nie traktujcie tego na poważnie!!

A jak już raz wejdzie się w ten świat… ciężko wynurzyć się z niego w otaczającą nas rzeczywistość.  I tu już nie tylko szklana kula czy dawne wierzenia, znaczące  liczby, słowiańskie zabobony czy podobne magie pomagają. 

Głównym sprzymierzeńcem dziś jest internet. Nic dziwnego. W horoskopie podstawą jest data urodzenia człowieka, układ gwiazd, znaki zodiaku, położenie planet oraz innych ciał niebieskich na niebie w danym momencie przygotowywania horoskopu przez astrologa. Nie ma się co dziwić, że internet  to skarbnica takich wiadomości.  Reszta to już umiejętna interpretacja człowieka..  

Na pytanie – czy w życiu trafiamy na przypadki? Odpowiadam: Tak! Zdecydowanie tak!! Wielkim przypadkiem życiowym był mój wyjazd a raczej pozostanie i zamieszkanie w USA. Nigdy, NIGDY czegoś takiego nie wyobraziłabym sobie wcześniej, ani przez moment. Ale wszystko, co wydarzyło się potem – od momentu przyjazdu już nie było przypadkiem. Toczyło się z dnia na dzień, z minuty na minutę ostrą walką o każdą decyzję. 

Tak czy inaczej? Białe czy czarne? Jeszcze miesiąc czy rok? Wrócić czy zostać? Itd.. itd…

Czy wierzę w cuda? Może i istnieją, może zdarzają się gdzieś i komuś…  Ja chyba ich nie doświadczyłam.  Ale chciałabym zobaczyć i uwierzyć.

W szczęśliwy traf, zbieg okoliczności wierzę. Myślę, że każdy taki moment miał, ma albo będzie miał. 

Mały drobny ale znaczący, który zaważył na “ostrym zakręcie”  albo był przysłowiowym “strzałem w dziesiątkę”.  Jak 33 lata temu, pewien mecz piłki nożnej naszego syna Jacka,  w YMCA ze szkolną piłki nożnej drużyną Awty International School. Dzięki temu jego (i nasze) losy życiowe potoczyły się zupełnie nieoczekiwanie..

Albo – jeden traf – spotkanie człowieka, który bezinteresownie i jednorazowo sprawił, że pozostaliśmy z legalnymi papierami na kilka miesięcy, w czasie których wiele się wydarzyło..  Stało się tak, że mąż na długie lata swojej kariery zawodowej z językiem rosyjskim znalazł się najbliżej jak to możliwe, amerykańskich astronautów w NASA, pracując z nimi, ucząc ich,  przyjaźniąc się z nimi przez prawie trzy dekady.

Czterolistna koniczyna -moja ulubiona! Takie „szczęście”, które gdzieś tam rośnie, tylko trzeba sobie je samemu znaleźć..👍 bardzo spodobało mi się to określenie

Decydując się na studiowanie filologii rosyjskiej w komunistycznej Polsce, takiego scenariusza nie można było przewidzieć.. 

Każdy nowy dzień jak nieprzewidywalny. Planujemy, ba nawet na miesiąc i rok do przodu. Mamy precyzyjne kalendarze pełne zaznaczonych spotkań, wyjazdów, imprez. Niektórzy są pod tym względem fenomenalnie poukładani. Wiedzą czego chcą i co najważniejsze, wierzą, że tak będzie, że tak uda im się wszystko zorganizować. Ci aktywni wiedzą, że szczęściu trzeba pomagać, bo nic nie przychodzi tak „po prostu”..

Ale życie pisze swoje własne scenariusze. I żaden nawet najdoskonalszy horoskop i najzdolniejszy wróżbita nas przed nimi nie uchroni. Nauczymy się akceptować przypadki, obracać je na swoją korzyść. Jak kiedyś powiedział Horacy – “Carpe diem” – “Żyj chwilą”.  Korzystaj z chwili, ciesz się z każdego dnia, a gdy nagle zmieni się (przez przypadek, traf czy.. cud 🙂 ) to też go łapmy i nie martwmy się, że jest inny od pierwotnego planu. 

Nie zabiegajmy o to, by poznać nasze jutro!  Bo “ ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy..”   

I oby ich było jak najwięcej przed nami!

Na wspomnienie, że właśnie tak jest .. przypomnę wspominaną już piosenkę Marka Grechuty, tym razem w wykonaniu grupy Teatru Polskiego w Houston w 2005 r. ( tak, to już prawie 20 lat temu!) z przedstawienia „Apetyt na Czereśnie” (scena finałowa)

Entuzjastycznie, młodzieńczo, radośnie! Wciąż jesteśmy otwarci i ciekawi, co los przyniesie nam jutro, za tydzień i rok…


BACK

 Jak stać się szczęśliwą emerytką?  

17 kwietnia 2024

Już czytam w waszych myślach! Już słyszę komentarze młodszych i prychanie młodzieży: wariatka jakaś!  

Czy naprawdę nikt nie chce być emerytem?… Wiadomo – to ostatni etap życia. Dłuższy czy krótszy, lepszy czy gorszy, ale nie ma wątpliwości, że po nim już nic fascynującego “nowego” nie nastąpi.  I tak i nie. Innymi słowy, duże uproszczenie. 

Na każde zjawisko życia można spojrzeć z dwóch stron: pozytywnej lub negatywnej i cieszyć się albo być wielce nieszczęśliwym. 

Zdjęcia znalezione w sieci – migawki na ile prawdziwe/.. nie wiem.

Przez długie lata młodości i późniejszego życia mało kto myśli o tym, że kiedyś będzie starym i trzeba się do tego przygotować. I to nie tylko emocjonalnie, fizycznie, ale i finansowo. W mojej “komunistycznej epoce” w Polsce coś takiego jak świadomość czekających nas czasów “emeryckich” nie istniało. Ludzie żyli z dnia na dzień, potem pewnego dnia kończyli pracę zawodową i otrzymywali jakąś wyliczoną kwotę. Wszystko wokół się zmieniało, nikt nie przejmował się sytuacją emerytów. 

Nie będę wypowiadać się jak jest w dzisiejszej Polsce, czy emerytowi zmienił się status czy nie. Narzekań słyszę wiele, ale znam też takich, którym wiedzie się całkiem dobrze. Nie mam w tym temacie szczegółowej orientacji.

Za to wiem, że przez te trzydzieści kilka lat życia w USA uświadomiłam sobie dość jasno i boleśnie, że na emeryturę trzeba pracować od pierwszego dnia swojej pracy zawodowej. Jakakolwiek i gdziekolwiek by ona była. 

Młody Amerykanin wie, że tylko dolar zapracowany własną ręką, kiedyś przekształci się w jego fundusze emerytalne. System to skomplikowany i nie mam zamiaru niczego opisywać, tłumaczyć, tym bardziej oceniać.  Czy dobry? Czy sprawiedliwy?  Gdzie jest lepszy? itd… – nie jestem ekonomistą, finansistą ani znawcą tak skomplikowanych liczb i obliczeń. Jedyne, co próbuję powiedzieć to: TAK, pod względem finansowym emerytura “zaczyna się” tutaj już we wczesnej młodości. 

Tyle, że ludzki mózg jest tak zbudowany, iż przyswaja to, co dziś jest na jego drodze ważne. A kiedy mamy 20 – 30 lat na pewno emerytura nie jest na liście naszych priorytetów życiowych. Nawet nie mieści się w końcówce listy życiowych potrzeb. Wokół nas dzieje się tyle ważnych spraw, którym trzeba sprostać organizacyjnie, zawodowo, rodzinnie, finansowo. Dni biegną szybko i intensywnie. Lata zmieniają potrzeby, lista tasuje się jak talia kart w ręku wytrawnego gracza. Wśród pogoni za wciąż nowymi wyzwaniami, celami, które trzeba osiągnąć, szczytami, które chcemy zdobyć – nie zauważamy, że przybywa zmarszczek, strzyka tu i ówdzie, boli przeciążony kręgosłup…

Emerytura to słowo nieznane w młodości. Nawet nie wiem kiedy naprawdę pojawia się w naszej głowie. Kiedy zaczynamy  zastanawiać się nad takim zjawiskiem. Przez długi czas jest to temat naszych rodziców, potem problem związany z nimi. Choć – nie zawsze. Zależy jak się im i nam życie poukłada. 

Problem emerytury to często temat żartów, opowieści co kiedyś, gdzieś, może.. musi.. nadejść, ale tak naprawdę nie bierzemy tego na serio, do siebie. 

Kariera, fajne życie, wyciskanie z niego jak z cytryny wszystkiego, co przyjemne i co potrzebne, żeby egzystować “po ludzku” i normalnie zabiera nam tyle energii i czasu, że na daleką przyszłość inwencji i planów już nie zostaje.  W takich momentach naszą “przyszłością” jest zwyczajne najbliższe dosłowne “JUTRO”. Szkoła, dzieci, wakacje w najbliższym roku, nowy komputer, zmiana auta, może domu. A może po prostu buty dla dzieci o dwa numery większe, lekcje gitary, bilety na koncert, kieszonkowe o kilka dolarów/złotych większe.. Proste codzienne potrzeby. Ciągle coś. No i jeszcze – prezent dla przyjaciółki. Wyskok z mężem w góry, wymarzone wakacje w Grecji, jakieś spa ze spokojnym masażem. I dobre czekoladki z szampanem…

Później potrzeby studenckie dorastających dzieci, no i wreszcie czas na realizację swoich wymarzonych podróży. 

Bez pomysłu na stare lata. Bo kto jak kto, ale – JA nigdy stara nie będę!!  To nie znaczy, że nie widzę dat w kalendarzu. Wiem, że każdego roku  coś mi przybywa i coś ubywa…

Ale psychika jest odporna. Nie przyjmuje we własny rejestr informacji, że czas dotyczy również mnie. Planujemy w swoim życiu dziesiątki spraw – drobnych i wielkich. Ważnych i takich, które i bez specjalnych planów odbyłyby się bez problemów. 

Emerytura jest “ostatnim dzieckiem” w kolejce życiowej.  A szkoda. Błąd! 

Żeby przeżyć godnie czas emerytalny, każdy dorosły człowiek powinien zrozumieć dużo wcześniej, że  musi się do niej przygotować. Przede wszystkim MENTALNIE. Emeryturę trzeba polubić! Głupoty gadam? NIE!! 

Jeśli nie “zaprzyjaźnisz się z pojęciem “emerytura”, w przyszłości ciężko będzie sobie z nią poradzić. Jak możesz zorganizować sobie swoje życie, jak chciałbyś, żeby twoje dni emerytalne były wypełnione, czym i jak miałyby zapełnić się odkładane latami plany… Dlaczego przez całe życie mogliśmy snuć plany, a czas emerytury ma się okazać pustką? Kto powiedział, że w dniu zakończenia pracy zawodowej kończy się nasze życie? 

Bzdura. Kolejny myślowy błąd.  

Pomyśl. Od szóstego roku życia zaczynamy szkołę i obowiązki zgodne z wymogami wieku. Każdego roku coraz więcej. Podstawówka, liceum, studia. Potem drabinka kariery zawodowej. Przez te wszystkie lata mamy CELE. I tysiące obowiązków. Nakazów. Testy, egzaminy. Upadki, przegrane. Kolejne pomysły, kolejne próby. I tak w kółko, przez lata. Nawet jeśli nam się coś nie udaje, nie uważamy, że to stracony czas. Szukamy nowych pomysłów, innych rozwiązań. Rzucamy się na jeszcze głębszą wodę. W nieznaną przestrzeń. Uczymy się od zera zupełnie nowych zawodów. Bo dlaczego nie zmienić swojego dotychczasowego życia? Kto powiedział, że nauczyciel nie może być kucharzem, a kucharz podróżnikiem?  Filolog może przekształcić się w znawcę komputerów, a sportowiec w fachowca od biznesu lub specjalistę od degustacji win. Wszystko może się zdarzyć!

Czemu więc kiedy nadchodzi czas emerytury wielu starszych ludzi popada w depresję? Nie widzi przed sobą żadnych perspektyw na fajne spędzenie kilkunastu czy kilkudziesięciu lat życia. Rozumiem, że każdy z nas obawia się problemów zdrowotnych, bo te dopadają nas począwszy od wstawania porannego, gdy trzeba długo przeciągać się, by stanąć do pionu.. Ale – tak naprawdę wiele z tych kłopotów można pokonać albo przynajmniej poprawić, by było łatwiej. 

Choć jak – my emeryci ze śmiechem mówimy – “Lepiej już nie będzie” 🤣 🤣 

Mówiąc poważnie, każdy może chorować i to w różnym wieku.  Nigdzie nie jest powiedziane, że musi to być akurat, gdy już będziemy na emeryturze. 

Tak celebrowaliśmy moje odejście na emeryturę z rodziną w.. LAS VEGAS, w marcu 2019 r. Ale tak naprawdę do dzisiaj troszkę jeszcze „pracuję” w SFK

Ale ogólnie wiadomo, że wszystko co stare (starsze 🙂) psuje się z powodu nadmiernego zużycia, więc prawdopodobieństwo choroby jest znacznie większe, niż gdy mamy 30 czy 40 lat. Jest to częścią życia człowieka i nic tego nie zmieni. Trzeba to wpisać w “swoją głowę” i ten element wmontować w w dalsze pomysły emerytalnego życia. 

Nie jestem zwolenniczką “rzucania” pracy zawodowej zbyt wcześnie! Uważam, że wszystko ma “swój właściwy czas”  i jeśli ktoś śledzi czasem mój blog to wie, że jest to jedno z moich ulubionych powiedzonek. A jeśli nie wie, to przytaczam je dzisiaj kolejny raz. 

Moja emerytura rozpoczęła się dokładnie w wieku 66 lat. Oto migawki z party emerytalnego które zorganizowały mi moje przyjaciółki. 😂

Dobrze jest być aktywnym. Być wśród ludzi. Być zajętym, mieć swój cel. Tak! Być zmęczonym, zabieganym, narzekać na codzienność i na zbyt dużo zajęć. To wszystko jest częścią pozytywnego naszego istnienia.  Nieprzypadkowo wymyślono i obliczono KIEDY człowiek powinien iść na emeryturę. Statystycznie – kiedy jest ten „właściwy czas”. Indywidualnie – bywa przecież bardzo różnie!

Tak przygotowywałam się do pożegnania Bossa ( mojej córki) dr. J i moich koleżanek w pracy. Każdą osobno, każdą troszkę inaczej.. I tak jak chciałam

66-67 lat to bardzo rozsądna liczba. To, że indywidualna osoba chce pracować nieco dłużej, też jest w porządku, ale pewnych granic nie powinno się przekraczać. Często wydaje się nam, że nasza głowa pracuje bez zarzutu. Wszystko gra i nie ma żadnych “potknięć”. Często.. po prostu.. Tak chcemy i tak nam się WYDAJE a odczucie innych ludzi wokół nas jest inne. 

I odwrotnie. Odchodząc na emeryturę zbyt wcześnie, wydaje nam się, że wreszcie jesteśmy szczęśliwi i wolni. A bywa, że szybko okazuje się, iż znudzenie, znużenie, brak celów na wykorzystanie wciąż dużej energii zaczyna powodować frustrację i smutek. 

Ale – wszystko to tylko ogólne wnioski. Każdy przypadek ludzki może być inny i wcale moje przewidywania i opisy nie muszą się potwierdzić. 

W życiu NIC nie ma za darmo. Na emeryturze też potrzebne są pieniądze. Jeśli w jakiś sposób udało ci się zgromadzić wystarczająco dużo pieniędzy (są tacy wybrańcy!!!) i możesz sobie pozwolić na swobodne korzystanie z przyjemności wolnego czasu, to masz dużo szczęścia. Albo – po prostu: pracowałeś tak dużo, tak  mądrze, udało ci się odkładać pieniądze na przyszłość i twoje zaplecze finansowe zapewni ci spokojne ostatnie dekady życia. 

Wielu ludzi będąc na emeryturze wciąż pracuje kilka czy kilkanaście godzin tygodniowo i to uzupełnia im dodatkowe pieniążki, kontakt z ludźmi i poczucie bycia aktywnym. Też dobry wariant! 

A sposobów na spędzanie czasu na emeryturze może być setki! Jeśli myślimy o tym dużo wcześniej, jeśli nie boimy się takich zmian i uznajemy, że jest to normalny status dojrzałego/starszego człowieka, zapewniam wszystkich przyszłych emerytów, ze sobie z tym poradzicie!! 

Nie tylko zorganizujecie sobie każdy nowy dzień, ale także będziecie się nim cieszyć.  Doskonale wiem, że w każdym wieku, wiosną czy zimą, rano czy wieczorem – zdarzają nam się “huśtawki” nastrojów, złe chwile, trudne tygodnie, dołki życiowe. I niczym nie różnią się od dni czy miesięcy emeryckich. Są chwile szczęśliwe – piękne wycieczki, rodzinne spotkania. I samotne smutne rozmyślania. Choroby i pustka.  Cudowne niespodzianki i niespełnione marzenia. 

Lubisz wstawać wcześnie rano? – wstań! Zobacz wschód słońca. W ciszy wypij czarną kawę albo zieloną herbatę. Posłuchaj śpiewu pierwszych ptaków albo idź na spacer w zimowy jeszcze szary poranek. Albo do kościoła na pierwszą mszę poranną. Zapewne nie miałaś na to czasu, kiedy pracowałaś. 

A jeśli nie lubisz, tak jak ja, wstawać wcześnie rano, wyśpij się słodko do 9-10, ponaciągaj powoli wszystkie mięśnie, weź gorący prysznic i kawę ze spienionym mleczkiem. Czytaj to, co lubisz najbardziej i ile chcesz. Nadrabiaj zaległości, nie spiesz się, bo NIE musisz. 

Nic NIE musisz. A jak coś musisz, to spraw, żeby to, co musisz było przyjemnością. Nie daj się wcisnąć w sytuację, że robisz coś, co nie chcesz i nie lubisz…(niestety, mnie wciąż do końca to się nie udaje 😀)

Jeśli lubisz podróże – podróżuj! Zwiedzaj, rozmawiaj z ludźmi albo spaceruj sama i rozmyślaj cichutko. To nieprawda, że na podróże trzeba mieć dużo pieniędzy. Owszem, jeśli zaplanujesz podróż daleką – do Indii, na Alaskę, do Afryki, na Hawaje czy w setki innych wymyślnych zakątków Świata – to oczywiście musisz liczyć się z dużymi kosztami. Zwłaszcza, że większość z nas potrzebuje komfortu i wygody, a to kosztuje podwójnie. Z plecakiem i w namiocie.. Ta era już chyba za nami. 🤗

Ale mamy wiele innych możliwości równie miłych. Dlaczego nie zaplanować sobie jednej w tygodniu wycieczki w najbliższe okolice, tam gdzie mieszkamy! W Krakowie – proszę bardzo: spokojny spacer Plantami z wypadem do wybranego muzeum. A potem przystanek na lampkę wina z przyjaciółką w pobliskiej kawiarni? W Houston- Art Museum albo wiele innych. Zawsze jest tam coś nowego, ciekawego.  I kawiarnia tez czeka na chętnych… W Gdańsku i okolicach – plaże są piękne przez cały rok. 

Mam Przyjaciół, którzy uwielbiają tańczyć TANGO. Gdziekolwiek są- znajdują kluby, restauracje – miejsca, gdzie gra muzyka a ludzie tańczą tango…

Parki, lasy, jeziora, krótkie szlaki spacerowe. Festiwale różnego rodzaju. Spotkania filmowe, teatralne. Czy my emeryci mieliśmy kiedyś na to czas?? Na słuchanie jazzu na żywo, na balet, na teatr. Nie mówię, by chodzić na takie imprezy codziennie. Ale, od czasu do czasu. Rozumiem doskonale, że organizacyjnie zabiera to czas i trzeba mieć z góry ustalony budżet biletowy i “okolicznościowy”. Wierzę, że jeśli to wszystko zagości w naszej głowie i mentalnie zagospodaruje sobie tam miejsce, to na pewno znajdzie się na naszej “mapie emerytalnej”.

A jak ktoś woli ogródek i sadzenie i pielęgnowanie kwiatków, to też super. Może wyhoduje nowe odmiany drzewek owocowych, a może otworzy ogrodowe salony spotkań dla przyjaciół? Marzy mi się takie miejsce z piosenką i poezją na żywo.. 

Mój mąż na rowerze. Nie jestem tym zachwycona (różnie się to kończyło..) Ale – walczy! 😀

Ktoś inny zechce pisać kronikę wspomnieniową swojej rodziny albo od dawna ma pomysł na książkę  i wreszcie może go zrealizować. Albo – jak ja, ktoś zacznie pisać blog. Tematów przecież nie brakuje i chętnych do ich czytania też nie.  

Czy myślicie, że emeryt nie może być tez szalony! O, tu bardzo się mylicie! Znam wiele osób, które po dość poukładanym życiu zawodowym właśnie na emeryturze wymyślili sobie szalone plany. Grupa moich polskich znajomych, zapaleńców – miłośników górskich spacerów, niemal co tydzień wymyśla nowe wędrówki po Beskidach, Pieninach czy Karkonoszach. Powolutku, własnym rytmem z kijkami w ręku. Z dodatkowymi atrakcjami, których nigdy im nie brakuje. Nie mam pojęcia, jak oni to robią, że są aktywni o każdej porze roku! Uśmiechnięci i zadowoleni, jakby zmęczenie i wiekowe niedogodności wcale ich nie dotyczyły.

Czy zimno czy gorąco – zawsze jest okazja być razem!

Znam takich emerytów, co kiedyś grali na różnych instrumentach, a teraz zebrali się w grupę i założyli.. zespół muzyczny! I umilają czas sobie i znajomym, przypominając dawne najładniejsze przeboje ich najlepszych lat 😃. Mam koleżanki, które lubią się spotykać, by poczytać i porozmawiać o poezji a przy okazji o.. życiu – o nasuwających się myślach i przeżyciach, skojarzeniach, które owa poezja inspiruje. Wspaniałe chwile. Emocjonalne, tryskające energią i pasją jak wulkan…

Z wnukami na meczach. Babcia nawet gra w kręgle! Trochę szkolenia komputerowego. No i lekcje polskiego. , Dużo wspólnie spędzonego czasu!

Starsi ludzie grają w brydża, domino, kanastę. Wyjeżdżają na pikniki, na ryby, lubią wspólne ogniska, gry planszowe z wnukami. Czasami wygłupiają sie jak nastolatki. Chodzą na kursy tanga i salsy, mimo, że maja już „na karku” 70-kę i 80-kę. Lubią kursy gotowania, zajęcia malowania w plenerze i sklejanie modeli samolotów czy statków.

Jest tysiące fajnych zajęć, po które tak łatwo sięgnąć. Trzeba tylko przez chwilę pomyśleć i wyciągnąć rękę. Jeśli kochasz życie, to nie marnuj ani jednej minuty. Nawet tej emerytalnej…

Nie, nie będzie lepiej.. Ja to wiem i ty wiesz. Ale może być całkiem dobrze 😉… Kiedyś nadejdzie chwila – ostatni dzień emerytury – która zamknie nasze życie.

Ale to będzie KIEDYŚ.. Dziś myśl o tej części życia, jak o każdej innej.  

Nie bój się jej bardziej niż pierwszego dnia w przedszkolu,  pierwszego samodzielnego  wyjazdu na kolonię czy ciężkiego egzaminu na studia. 

Wszystko co ważne, jest w naszej głowie. Wszystko co chcemy, żeby było dobre musimy przepuścić przez nasze myśli. Kiedy w “szufladkach mózgowych” ułożymy sobie mądrze, rozumnie, logicznie cały sens do ostatniego oddechu życia – emerytura będzie tak samo szczęśliwa, jak każdy inny  element naszego istnienia.  

**********************

Lubię kończyć moje przemyślenia akcentem muzycznym, ktory kojarzy mi się z tematem. Oto co znalazłam w dawnym repertuarze Ireny Santor. Piosenka „stara”, ale chyba jeszcze ostatni raz wykonywana przez panią Irenę w 2019 roku, we Wrocławiu. „Starość to nie jest wiek”. Jeśli słowa tej piosenki napisał Wojtek Młynarski, to na pewno znajdziemy w nich życiową głęboką mądrość.😀. Zdecydowałam się na wcześniejsze nagranie (2016), ale polecam także posłuchać na YouTube tego ostatniego..


BACK

Komu serduszko, komu? 

3 kwietnia 2024

Pomysł mi przyszedł wraz z Walentynkami, ale przecież życiowo aktualny zawsze. Człowiek – prawie każdy – lubi przebywać w towarzystwie. Już od dziecka, gdy rodzice zapisują malucha do żłobka czy przedszkola dzieciaki wykazują radość wspólnej zabawy. Nawet jeśli jest to w postaci wyrywania sobie zabawek i niezadowolenia, że pociąg ma tylko jedną lokomotywę. A mały Jasiu chce mieć tę samą, którą właśnie ma w ręku Stasiu. Już wtedy kreują się początki ważnych interakcji “lubi- nie lubi” czyli coś, co przez całe życie krążyć będzie wokół nas. 

W szkole grzecznym dzieciom na koniec dnia  pani rysowała  w zeszycie serduszka – jedno, czasem dwa lub trzy. W pamiętnikach, tak popularnych w moich czasach wpisywaliśmy się wzajemnie używając różnych słów: kochanej przyjaciółce, miłej koleżance.. a na końcu dedykacji niezdarnie malowaliśmy serduszko. 

Pisaliśmy do siebie listy, a koperty ozdabialiśmy serduszkami.. 

Pamiętam, że gdy byłam w szkole podstawowej, każdego roku z okazji Dnia Matki robiłam laurkę dla Mamy i często miały kształt serca. A jeśli nie – gdzieś w środku zawsze znalazło się jakieś serduszko.. 

Były w życiu serduszka przyjaźni i serduszko od chłopaka. Bursztynowe i srebrne. Szklane i złote. Malutkie i całkiem duże.

Ha, ha, ha! Tak było!

Za czasów mojej młodości nie było Święta Walentynkowego. Za to 8-go marca obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet. Jaki on był „międzynarodowy” – to dziś się nad tym z uśmiechem zastanawiam.. Ale na pewno panowie obchodzili go całkiem wesoło zakrapiając ostro alkoholem, zwłaszcza w miejscach pracy, a panie zadowalały się otrzymywanym w tym dniu rutynowo – czerwonym lub różowym goździkiem, bo głównie takie sprzedawane na każdym rogu ulicy, mogły przetrwać wciąż jeszcze mroźną o tej porze roku „wiosenną” pogodę. 

Ale serduszek z okazji tego święta nie przypominam sobie.. 

Za to lubiłam polskie bombonierki czekoladowe ułożone w pudełku serduszkowym. Zanim doszło do kryzysu we wszystkich dziedzinach gospodarki polskiej na przełomie lat 70/80, polskie czekolady były pyszne i w bardzo ładnych opakowaniach.

Serduszka na ścianach, na maskach aut, na drzwiach i oknach…

Serduszka kojarzą mi się też z dekoracjami ślubnymi – zwłaszcza w małych miastach, na wsiach koniecznie głównym symbolem wielkiej miłości musiało być wielkie serducho. Na głównej ścianie sali weselnej, nad głowami Pary Młodej, na masce samochodu, którym Państwo Młodzi zajeżdżali pod kościół. 

Uczono nas  przecież, że serce to symbol pozytywnych skojarzeń. 

Rzecz w tym, że wcale tak nie jest. Serce ma wielowarstwowe znaczenie. 

Serce to miłość, romantyzm. Nieograniczona dobroć, ale czasem naiwność i bezmyślność, zazdrość i smutek. To związki międzyludzkie, nie tylko te dobre, przyjazne czy kochające się. To także te powikłane, destruktywne, nienawistne i skomplikowane.  

Serce to także ciężkie choroby, których boi się każdy z nas. Wady serca u dziecka przerażają rodziców, obojętnie kiedy taka informacja dopada rodzinę. Według statystyk w Polsce na sto noworodków jedno rodzi się z wrodzoną wadą serca. I mogą być to różne powikłania, czasem szybko wykryte i natychmiast leczone, a czasem objawić się mogą dużo później. 

Ludzkie serce- narząd ktory odpowiada za właściwe działanie każdego zakątka naszego organizmu

Serce jako narząd naszego organizmu to centrum naszego “ja”. To nie tylko przysłowiowy punkt odpowiedzialny za zdrowie fizyczne, przepływ krwi do najmniejszego zakątka naszego organizmu, ale także miejsce, gdzie ogniskują się nasze problemy emocjonalne. Nie na darmo mówimy, że “sercem czujemy” itd.. Może to i głęboka przenośnia, bo w tym wypadku umysł, kora mózgowa i bardziej szczegółowo nazywane w medycynie miejsca odpowiadają za uczucia i emocje. Często jednak fizycznie czujemy, że serce bierze czynny udział w procesie  odczuwania, odbierania wrażeń. Jeśli szalejemy z miłości – mamy fizyczne  poczucie radosnego bicia (“trzepotania”)  serca. Gdy jesteśmy w dołku, w depresji i mamy ciężki czas w życiu – odczuwamy fizyczny ból w okolicy serca, jego nieznośne kołatanie. Psychiczne samopoczucie odbija się fizycznym bólem naszego serca.  Jest to powiązane mocno niewidzialnym, ale silnym węzłem. Nic w naszym organizmie nie jest osobne. Wszystko “współpracuje”. Na dobre i na złe. Czasami tylko.. nieco mija się w czasie. 🙁

Choroby serca, kiedykolwiek się pojawiają, są podstępne, niezależnie od wieku. W takich sytuacjach serce staje się czymś zupełnie innym niż tym ślicznym równiutkim czerwonym albo różowym serduszkiem przekazującym przesłanie dobrego uczucia. 

Niestety, jest to powszechnie znana “choroba seniorów” wywołana zmęczeniem, długim życiem, niewłaściwym odżywianiem, za małą ilością ruchu i całym mnóstwem innych przyczyn. A tak naprawdę tym, że się starzejemy i nasz najważniejszy organ pracujący od poczęcia jeszcze w łonie matki powoli zaczyna być zmęczony. Już nie potrafi pracować tak jak młody silny najważniejszy element ludzkiego organizmu. Coraz częściej odczuwamy przemęczenie, duszności, puchną nam nogi – to sygnały, że nasze serducho daje nam znać, iż trzeba o nie zadbać więcej i lepiej niż dotychczas i pomóc mu w jego zadaniach biologicznych. 

Zachowało się bardzo niewiele zdjęć z mojego rodzinnego domu. To – chyba zrobione jest na plantach, na niewielkiej górce, gdzie popołudniami chodziliśmy na spacery – myślę że w 1958-9 r. (tata ma czarną opaskę na rękawie, wtedy umarła Babcia – jego Mama)

W moim domu rodzinnym żyłam od dzieciństwa ze strachem choroby serca. Niewiele o tym wiedziałam. Ale odkąd pamiętam Tata zawsze był chory “na serce”. Reagował na złą duszną pogodę, brał ciągle jakieś leki, często chodził do lekarza. Prawdę mówiąc – moja wiedza o jego chorobie serca była niewielka. W domu nigdy  o szczegółach się nie mówiło. Dziś wstyd mi, że nie interesowałam się tym problemem i nie miałam świadomości jak niebezpieczna to była choroba. 

Pierwszy zawał Tata przeszedł mając 42 lata. Pierwszy raz widziałam w szpitalu kogoś z maską na twarzy, z jakąś aparaturą dostarczającą tlen i ułatwiającą oddychanie. Pierwszy raz też bałam się, że może umrzeć.. 

 Miałam 18 lat i byłam w klasie maturalnej. 

Byłam dorosła a wciąż nie bardzo rozumiałam, jakie zagrożenie stanowiła sercowa choroba Taty.  Tata bardzo dbał o siebie, prowadził regularny tryb życia. Codziennie  po pracy odbywał 30 – 45 minut popołudniowej drzemki.  Prawie każdego dnia niezależnie od pory roku chodził na spacery, pilnował regularnych godzin posiłków i godzin snu. 

Nawet nie wiem jak wyglądał wtedy ser, który Tata przyniósł w ostatnich chwilach swego życia..

A jednak…umarł nagle upadając w kuchni na podłogę  na oczach Mamy, podając jej kawałek sera żółtego “Roquefort”, który właśnie udało mu się zdobyć w krakowskich Delikatesach na Rynku. Karetka przyjechała bardzo szybko, niestety serce stanęło szybciej.. Tata nie miał jeszcze 65 lat. 

Medical Center w Houston. To miejsce kojarzy mi się z trudnym przeżyciem. Na szczęście – wszystko dobrze się skończyło..

A dla mnie jedyną podświadomą a może właśnie świadomą  “obsesją” chorobową,  którą kontroluję bardzo regularnie to jest ciśnienie krwi (mam z tym problem z nadciśnieniem, więc od lat jestem na lekach), cholesterol, podstawowe badania kontrolne serca. Wszystko to, co wiąże się z chorobą serca. Zapewne wypływa to z rodzinnych dawnych doświadczeń. 

Dziś wiem dużo na ten temat i związanych z sercem chorób. ”Przerobiłam” to także niedawno na rodzinnym  “własnym podwórku”. Wiem jakie myśli biegają wtedy w głowie, jakie strachy nas nawiedzają. Mam do tematu zupełnie inne podejście niż lata temu. Rozumiem inaczej, czuję inaczej. Nie chcę “powtórki” i doświadczeń mojej Mamy…

Wracam do tej przyjemniejszej nuty sercowej. Serce w poezji, w piosence, w dziesiątkach sentencji, których chętnie używamy niemal każdego dnia, by oddać dosadnie nasze nastroje i odczucia. Serce jest symbolem tak jednoznacznym i “wygodnym” w językowym użyciu, że nawet nie zdajemy sobie sprawy jak blisko i silnie jesteśmy z nim związani i w ilu codziennych  sytuacjach korzystamy z sercowych elementów znaczeniowych.  

Ktoś jest nam bardzo bliski, chcemy go opisać jako naszego dobrego przyjaciela, polecić komuś, określić jego cechy jako człowieka  czułego, wrażliwego na krzywdę drugiego człowieka.. Mówimy o nim: Ten Człowiek ma “złote serce”.  Albo inaczej- ma “gołębie serce”, jest człowiekiem o “wielkim sercu”,  “oddałby nam całe serce”..  

I odwrotna sytuacja –  na naszej drodze spotykamy niedobrego człowieka.  Nieczułego, niechętnego do pomocy, zawziętego.  Używamy określeń: on ma “serce z kamienia”, „lodowate serce” albo „człowiek bez serca”..  

Otaczamy się ludźmi “wielkiego serca”, takimi ktorzy swoją szczerością ujmują nas szybko i “podbijają nasze serce” , “chwytają nas za serce” albo “serce w nas rośnie” gdy przebywamy blisko nich. 

Obserwujemy ich działania i widzimy jak potrafią “ wkładać całe serce” w swoją pracę, jak “biorą sobie do serca” powagę zadań do zrobienia,  jak “oddają całe serce” swej działalności…

A jeśli kochają – to “całym sercem” i biegną “za głosem serca” , by czasem mimo  strachu i zdenerwowania wyjawić to, co najważniejsze “ z bijącym sercem” choć to “ serce o mało nie wyskoczy”…  

Bo jego “serce czuje żal i ściska go smutek” ale wierzy , że “ujmie drugie serce prostotą swych uczuć”..  

“Serce się kraje” – gdy z “drżeniem serca” ktoś walczy jak lew, by jego uczucia zostały odwzajemnione. 

I czyjeś “serce z dobrocią otwiera się” i “serca łączą się”, bo wzajemnie są sobie przeznaczone… 

Czyż nie takich i wiele innych określeń sercowych używa literatura, poezja, piosenka każdego dnia? 

Serce wpisane jest w nasz język codzienny, w nasze myślenie tak głęboko, że zarówno słowo jak i kształt, kolor, pląta nam się od pierwszych dni narodzin do ostatnich chwil życia. Czy chcemy tego czy nie. Serce po prostu jest w nas, przy nas, obok nas. To cząstka nas. Mała, ale bardzo ważna. 

Serce. Nie zawsze słodkie i lukrowane. Niekoniecznie piękne i równiutkie w kształcie.  Za to zawsze niesie prawdziwe przesłanie. Jeśli tego chcesz. 

Górne zdjęcie to oryginalny obraz namalowany przez E. Kazimirowskiego.. Dolne- jedne z wielu kopii. (znalezione w necie)

Przychodzi mi na myśl obraz, który można spotkać prawie w każdym kościele katolickim.  Jest to postać dorosłego Jezusa, który ponoć ukazał się siostrze Faustynie w 1931 roku w celi klasztoru w Płocku. Jego lewa ręka wskazuje na serce, z którego wypływają dwa silne strumienie światła, jeden czerwony a drugi blady. Jezus podobno przemówił do siostry Faustyny, by namalowała Jego obraz tak, jak go zobaczyła, z podpisem “ Jezu, Ufam Tobie”. A potem Jezus dodał, by “obraz ten czczono w tej kaplicy i innych na całym świecie”.

Pierwszy obraz powstał w Wilnie namalowany przez Eugeniusza Kazimirowskiego pod okiem siostry Faustyny, lata po objawieniu. 

Dziś niemal w każdym kościele katolickim możemy zatrzymać się pod kopią tego obrazu, zadumać się na chwilę nad przesłaniem i znaczeniem Serca. 

Kilka zdjęć dr. Zbigniewa Religi. Ostatnie – to okładka książki o jego życiu i dokonaniach medycznych. „Bogowie nie umierają”

Czy jesteśmy wierzący czy nie, symbol serca jest tu bardzo wymowny. I silnie odbija w naszej wyobraźni: pytaniem, zamyślaniem – o sercu – na swój własny  sposób. 

Dr. Zbigniew Religa, w 1985 roku przeprowadził pierwszy w Polsce udany zabieg przeszczepu serca. Daleko było do dnia, kiedy takie operacje stały się sukcesami. Droga do zrealizowania jego marzeń była długa, niezwykle trudna, stresująca i pełna potknięć… Dr. Religa nie był wierzącym, a jednak nazywano go “Świętym”. Naprawił tysiące polskich serc. Był niezwykłym człowiekiem, nietypowym lekarzem, upartym i nietuzinkowym. Serce uważał za “kawał zimnego mięsa” (bo przed zabiegiem transplantacji serce trzeba było oziębić) ale gdy puściło się krew, serce podejmowało swoją pracę i stawało się dla dr. Religi najpiękniejszym cudem…

Tekst ballady „Romantyczność” Adama Mickiewicza

SERCE – Ufaj Bogu, ufaj uczuciu, które masz w sercu, ufaj swojej wierze. 

              Pilnuj swojego serca, chroń go, jak najcenniejszą cząstkę naszego ciała.  I swojego umysłu.    

               “Miej serce i patrzaj w serce” jak napisał kiedyś Adam Mickiewicz.

  *******************************

A po klasycznym przykładzie poezji wrzucę jeszcze dawno zapomnianą piosenkę o serduszku (Serduszko puka w rytmie cza-cza) z lat 50-60 -tych, którą pamiętam, kiedy rodzice słuchali jej w radiu w wykonaniu Marii Koterbskiej. Czy ktoś wie, że M. Koterbska zmarła niedawno, w 2021 dożywszy 96 lat? Nazywano ją królową polskiego swingu. Dlatego właśnie, gdy przypadkowo natrafiłam na nagranie tej piosenki z tłem tańca cza-czy czy (cza-cza lub cha-cha, bo wszystkie pisownie dozwolone!!) to nie mogłam sobie odmówić by czegoś takiego nie przypomnieć.

Czy teraz też serduszko wam za-puka w rytmie cza-cza” !! 😀 😀


BACK

Krytyka – “diabelska” natura człowiecza

19 marca, 2024

Dziś będę krytykować krytykowanie! 

Będę krytykować tych wszystkich, którzy krytykują i uważają, że to konieczne, sprawiedliwe, potrzebne, choć często okazuje się, że NIE zawsze tak jest. 

Krytykować”,  jak podaje Słownik Synonimów Polskich znaczy: potępiać, ganić, oceniać kogoś albo coś ujemnie, wyrażać się niepochlebnie, osądzać kogoś według własnych zasad, szukać dziury w całym i jeszcze kilka innych niemiłych określeń… 

Czyli – ogólnie krytyka to dla osoby krytykowanej niezbyt przyjemna krucjata – raczej atak, agresja na tę osobę. A jeśli się uda doznać lżejszej formy, to będzie jakieś kazanko, prawienie morałów, może opieprz, pretensje albo wytyk. Pewnie można by znaleźć dziesiątki innych określeń łącznie z modnym ostatnimi laty słowem – mobbing. 

Krytyka dzieje się wszędzie i w różnych sytuacjach. Trudno ją porównywać, bo w każdym momencie ma różne znaczenie. Inny wymiar ma w szkole w relacjach: nauczyciel – uczeń czy uczeń – uczeń.  Innego sensu nabiera krytyczna rozmowa na forach społecznościowych, gdy dotyczy tematów osobistych wśród osób prywatnych, jeszcze inny, gdy toczy się na stronach politycznych i publicznych.  Ogromną rolę odgrywają artykuły krytyczne dotyczące filmów i przedstawień teatralnych, ludzi, którzy tworzą rzeczy niezwykłe, a potem zostają poddani publicznej krytyce, która burzy ich osiągnięcia jak za jednym dotknięciem różdżki. Albo – odwrotnie: świat nagle  otwiera się i zaczyna się nowe piękne życie.. 

Wszystko to przyszło mi do głowy nieprzypadkowo i nie nagle. 

Wielokrotnie pisałam, że dużo czytam i uwielbiam oglądać filmy. Nie jestem w tym osamotniona, bo dużo moich rówieśników (że nie powiem głośno “emerytów”) ludzi, którzy wreszcie nie muszą się spieszyć do pracy, mających czas na “odrabianie zaległości” z kultury uzupełnia tego typu „braki”, których nazbierało się w ciągu całego życia. Wciąż coś zostawało za nami, coś co chcieliśmy przeczytać, oglądnąć, co ktoś polecał, o czym chcieliśmy porozmawiać a jakoś uleciało i nigdy nie powróciło. Teraz właśnie jest moment, by do wielu tytułów wrócić, może nawet spojrzeć na nie nieco inaczej niż lata temu. 

A dziś wszystko mamy dostępne w domu na wyciągnięcie ręki, zarówno książki do słuchania i czytania w postaci  e-booków i  audiobooków jak i w tradycyjnej papierowej formie. Podobnie mamy nieograniczony dostęp do filmów w każdym języku, na wszelkich platformach streamingowych takich jak Netflix, Amazon Prime, HBO, VOD. Nie mówiąc o setkach kanałów  telewizyjnych. Do wyboru, do koloru! 

Korzystamy więc z tego co lubimy, co nas najbardziej interesuje, a z rozmów i dyskusji z moimi przyjaciółmi i znajomymi już dość dawno zorientowałam się, że niemal każdy z nas ogląda… coś innego! 

Ja jestem uparciuchem i lubię (trochę nawet muszę, bo mi tak w głowie mocno siedzi 😀),  poszukać i poczytać o filmie, który wywarł na mnie duże wrażenie, sprawdzić  recenzje przeczytanej książki. Opinie krytyków – fachowców, ale też to, co piszą w “necie” zwykli ludzie – odbiorcy o bardzo różnym poziomie wiedzy, wrażliwości i wyczuciu filmoznawczym. Niestety, często także i słownictwo, którego używają w swoich wypowiedziach pozostawia wiele do życzenia. Z drugiej strony… taka ocena bywa cenna, bo autentyczna (czasem aż za mocno 😏).

plakat filmu „Small World”

Kilka dni temu natrafiliśmy z mężem na film Patryka Vegi pt.”Small World”,

Zdziwił mnie ten tytuł, zwłaszcza, że od razu zauważyłam, iż film ma obsadę międzynarodową i jest w trzech językach – polskim, rosyjskim i angielskim. 

Kadry z filmu – Julia Wieniawa – Narkiewicz (znalezione w sieci)

Przyznaję, że jakoś nie zauważyłam, kto jest reżyserem filmu, dopiero w końcowych napisach zobaczyłam nazwisko Vegi. Za to w roli głównej zagrał mój ulubiony  Piotr Adamczyk (może mam do niego słabość przez “pokrewieństwo” do mojego panieńskiego nazwiska😀) i Julia Wieniawa- Narkiewicz.  

Jak to u Vegi – temat zawsze bardzo mocny (tym razem problem pedofilii w skali międzynarodowej, akcja filmu toczy się na przestrzeni kilku lat, współpraca Interpolu kilku państw itd…) 

Wszystko to wymieniam błyskawicznie w punktowym skrócie, bo nie tylko to, przynajmniej dla mnie, jest w tym filmie najważniejsze. 

 W tym potwornym obrazie współczesnego świata jest coś jeszcze, co zelektryzowało moje “komórki odbioru”  – „wypunktowanie” tragedii pojedynczego porządnego człowieka, mającego w sobie upór i nadmiar dobrych intencji, które zawładnęły jego mózgiem tak głęboko, że zamieniają bohatera w “potwora”.  A może nie do końca.. Ale – po latach jego psychika jest już tak pokręcona, że nie potrafi wrócić do normalnego świata mimo, że wykonał swoją misję.

Świat pedofilii jest brutalny, nie tylko dla dzieci. To potworna machina, która niszczy tysiące niewinnych osób, czyni z ludzi bogatych zwyrodnialców szukających nieludzkich rozrywek,  zmienia ich w potworów i diabłów, a także doprowadza do samozniszczenia tych, którzy zatracają się w walce z tym złem. 

Wiem! Wiem, w tym filmie można krytykować  wszystko – sposoby wyrażania scen symbolicznych, zbyt mistyczne podejście reżysera do okrucieństwa i brutalności, sceny walki (ha! ha! – gdzie ich nie ma!)… I wiele innych elementów niemal zawsze potępianych w filmach Vegi.  Nie wiem czy w ostatnich dwudziestu latach jakikolwiek inny polski reżyser spotkał się z tak intensywną krytyką, a równocześnie z tak wielkim zainteresowaniem swoimi filmami. Bo nie można zaprzeczyć, że filmy Vegi to wielki wstrząs na ekranie współczesnej kinematografii.

Tę ostrą krytykę mogłabym zrozumieć, choć bardzo niechętnie… bo przecież krytycy MUSZĄ pisać, zarabiać – to ich zawód. (ostro, nieprzyjemnie, szokująco??? – zawsze?) Jak inaczej nazwać ich KRYTYKAMI.  

Ale zaraz potem zajrzałam na stronę forum, gdzie dyskutują “normalni” widzowie. Spontanicznie, ot tak, bez tej filmowo – fachowej wiedzy, którą szczycą się zawodowi krytycy.  Sądząc z języka, jaki używają do swych wypowiedzi, są to zapewne młodzi ludzie.  Zdaję sobie sprawę, że nie jest łatwo zabierać głos w dyskusjach publicznych. Na ogół ludzie unikają wypowiadania się, nawet jeśli są to krótkie zdania anonimowe. 

Gdybym „miała ochotę i trochę czasu”, to pokusiłabym się o zrobienie tabelki/statystyki słów, które najczęściej zostały użyte w tych  wypowiedziach. Stawiam 99 na 100, że byłyby to słowa: dno, strzelanina, gra aktorka na żałosnym poziomie, hejt,  IQ Vegi..”burzosranie” (przepraszam – cytuję), żenada… itd, itp…. 

Mam wielką nadzieję, że są jednak ludzie, którzy dostrzegli w tym filmie coś więcej. 

Wszystko to, co można uznać za otoczkę, za tło, za filmowy zabieg artystyczny  – to, co może nam się podobać lub nie, bo takie są prawa widza – może być przedmiotem naszej dyskusji! I krytyki.  Ale nie zgadzam się na odrzucanie i negowanie wszystkiego, tylko dlatego, że lubicie KRYTYKOWAĆ z zasady i po prostu!  

Filmy Vegi są kontrowersyjne. Nawet bardzo! Są dyskusyjne. Mogą być nielubiane, chociaż są i wielcy fani jego filmów. Każdy z tych filmowych obrazów ma jednak w sobie “coś”.   

Język filmowy Patryka Vegi jest dziwny. Ale nie jest głupi. Jego wrażliwość może nie jest prosta i zrozumiała dla każdego. Przecież mamy prawo dokonywać wyboru.  Jeśli szukasz łatwego odbioru filmowego, to rzeczywiście może oglądaj filmy w stylu Rambo.. Ja ich nie lubię i dlatego nie oglądam. Nie każdy musi lubić to samo. Ale z krytyką hejtu – błagam, wstrzymaj się! 

Tym razem wpadł mi do głowy przykład filmu Patryka Vegi, ale przecież mógłby to być każdy inny! Komedia, która śmieszy do łez albo jest tak żałosna, że moje oczy wywracają się “do góry nogami”.  Być może taka właśnie komedia znajdzie swoich amatorów, którzy będą się nią zachwycać 🤗.

Kadry z serialu „1670” – w rolach głównych: B. Topa, K. Herman, M. Byczkowska, M. Sikorski, A. Kłak…

Ogromnym echem na wszystkich forach społecznościowych – oficjalnych i prywatnych odbija się teraz serial pt. “1670”. Pozornie film wydaje się być serialem historycznym o Polsce z czasów tuż po Potopie Szwedzkim, ale tak naprawdę nikt nie ma wątpliwości, że jesteśmy w samym  środku współczesnej Polski z jej tysiącem obecnych konfliktów i problemów. 

XVII -wieczny sarmata o najsłynniejszym polskim imieniu Jan Paweł, w każdym odcinku opowiada jedną historię (albo swój problem) o wsi Adamczycha i swojej rodzinie. 

Kostium historyczny jest tylko zasłoną problemów współczesnych a dialogi przekomicznie do nich nawiązują. Niektórych moich znajomych nieustająco śmieszą (zapewne tych, którzy politycznie zaangażowani delektują się odkrywaniem niuansów i konfliktów typu PO – PiS etc.) Jeśli mam wyrazić swoją opinię (czym na pewno narażę się niejednemu widzowi znajomemu i nieznajomemu 😂 – faktycznie niektóre odzywki są “pikantne’, inteligentne, śmieszą w kontekście obrazu, który obserwujemy. I na pewno dużo łatwiej je wychwycić, jeśli zna się współczesne polityczne i społeczne tło wydarzeń w Polsce.   Dla mnie ma to trochę.. hhmm – obcy wydźwięk. I śmieszy mnie tylko co jakiś czas…

Jedno jest pewne – mieć odwagę i pokusić się o sportretowanie tylu przywar polskich w jednym filmie naraz, pokazać, że właściwie na przełomie 4-5 wieków jako społeczeństwo niewiele zmieniliśmy się i jeszcze znaleźć taką formułę obrazu, by to przekazać – to wielka odwaga!!  I tu -brawo dla pomysłodawców!!

Choć daleko mi do szaleńczych “och-ów i ach-ów”  muszę przyznać, że twórcy serialu wykazali dużą wyobraźnię, znajomość historii i kreatywność.

Acha! – i to nie jest ani recenzja ani krytyka!  To przykład, że na miejscu filmu Vegi, serialu czy książki może być cokolwiek, o czym chcielibyśmy opowiedzieć i skomentować. I nie musi być to krytyka negatywna (bo moja opinia nie jest negatywna) choć wcale nie musimy być zachwyceni  tym, co właśnie czytamy i oglądamy.. (ja „zachwycona” jestem tylko umiarkowanie 😀).

W życiu, w codziennych rozmowach i sytuacjach jest podobnie. 

Instynkt podpowiada nam, by oceniać innych. Obojętnie czy to przyjaciel czy ktoś kogo nie bardzo lubimy. I czy chodzi o coś naprawdę istotnego, czy o głupotkę, do której akurat się “czepiamy”. 

Takie ludzkie “dzienne” działania. Coś tam powiemy, coś dodamy, bardzo często nie zdając sobie sprawy, że w mgnieniu oka doprowadzamy do wymiany zdań, dyskusji, która może stać się dla drugiej osoby nieprzyjemna. 

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego to robimy?  Najpierw wydaje nam się, że po prostu chcemy tylko wyrazić swoją opinię, a potem drążymy głębiej i naciskamy tak mocno, że nie zauważamy, iż celem naszego wywodu staje się doprowadzenie do przyjęcia przez tę drugą osobę naszych racji. Nawet jeśli ona tego NIE chce. Jeśli ma inne poglądy, jeśli jej nie pasują nasze opinie. 

Krytyka, sama w sobie, nie jest niczym złym – do czasu…gdy nie zacznie narzucać drugiej osobie naszego zdania. Do momentu, gdy nie ignoruje się poglądu przeciwnika, gdy stajemy się niemili, gdy wchodzimy komuś w jego świat i jego wolne wybory. 

W takiej chwili najlepszą reakcją jest wyjść pod byle pozorem z pomieszczenia, wycofać się z niezręcznej sytuacji, nie dopuścić do dalej rozwijającej się dyskusji. Ale większość z nas wie, że nie jest to łatwe. Asertywność i szybkie mocne decyzje są dla wielu dorosłych ludzi trudne, a co dopiero dla młodych czy dla dzieci. Męczymy się więc, słuchamy przykrej krytyki, a kompleksy życiowe rosną szybko.. 

Nikt tego nie lubi. Trudno w takich momentach powiedzieć drugiej osobie “STOP”!! “Nie chcę słuchać twoich krytycznych rad, bo są bolesne i dołują mnie. Ranisz mnie. Mówisz o sobie, o tym co dla ciebie dobre, o tym czego ty chcesz, a nie o tym, co byłoby dobre dla mnie..”  

 W szkole, w pracy, w rodzinnym domu. Nawet w pozornie miłych miejscach jak na spotkaniach towarzyskich, eleganckich przyjęciach. A tak naprawdę, sytuacje, w których ktoś nas krytykuje niekoniecznie mają dotyczyć nas… To osoba krytykująca ma ze sobą w tym momencie jakiś problem. Aby “zdjąć” z siebie trochę napięcia, kłopotów – rzucają się na ocenianie innych i tym samym próbują odjąć trochę własnego stresu, znaleźć ujście swojej złości czy zdenerwowania. 

Zasady krytyki pozytywnej

Jeśli uświadomimy sobie, że to “napastnik” ma problem, a nie my – łatwiej będzie przerwać taką dyskusję i wycofać się ze strefy zagrożenia. 

Krytyka musi ISTNIEĆ! Inaczej nie byłoby konkurencji. Nie mielibyśmy motywacji do poprawiania siebie, naszych działań, tego co tworzymy.  Każdy aktor, pisarz, artysta – twórca czegokolwiek, co powinno być ocenione przez innych, natychmiast po ukazaniu się jego dzieła, czymkolwiek by ono było, czeka na reakcje. Reakcje krytyków. Marzy o tym, by były one pozytywne, ale zazwyczaj zdaje sobie sprawę, że nie będą w pełni idealne. Zawsze Twórca spodziewa się krytyki. I wierzy, że będzie to krytyka pozytywna, która pozwoli mu zrozumieć błędy, poprawić jakość, usunąć to w sposób, który będzie zgodny z przesłaniem i jego wyobraźnią artysty-twórcy.

Niestety – krytyka ma i drugą stronę. Tę “diabelską” stronę ludzkiej natury. Niszczącą, rujnującą, intrygancką. 

Krytyka “hejtu” potrafi złamać najsilniejszych, zamącić w przyjaźniach, zniszczyć to, co budujemy w życiu czasem długo i mozolnie. 

To co nas nie złamie, wzmocni nas podwójnie. 

Życie jest czasami okrutne. Nie dajmy się złej krytyce.

Krytyka – to przecież ludzka rzecz…  Bywa czasem…przydatna 😀.. 


BACK

Czy można żyć bez pamięci?  

2 marca 2024

Świat za 100 lat oczami dziecka – konkurs plastyczny w jednej ze szkól w Polsce.

Jaki będzie Świat za sto lat? Jak bardzo dzień będzie różnił się od dnia dzisiejszego?  Czy moja ulica będzie jeszcze istniała? A mój dom?… Pewnie nie. Może będzie tu wielki park, a może wysokie nowoczesne domy, w których mieszkać będzie kolejne szczęśliwe pokolenie ludzi? 

Może będzie tu już inny kraj? A może będzie jedna wspólna planeta, gdzie nie będzie podziałów, kłótni, konfliktów? Marzenia…

…a może jeszcze będzie inaczej???

Sto lat to dla istnienia Świata wcale nie jest długo. Ale dla zwykłego człowieka to całe jego życie i jeszcze więcej. Za sto lat wszyscy, którzy teraz żyjemy będziemy na cmentarzach w rodzinnych grobowcach albo w skromnych urnach – jeśli sobie zażyczymy lub jak rodzina za nas postanowi. 

Co naprawdę po nas pozostanie?  Imię na nagrobku? Nazwisko w kościelnych księgach wieczystych czy w komputerowych spisach dawnych przodków… Może nawet takich śladów już nie będzie. Natłok informacji jest wielki, szybkość zmieniających się danych to jeden wielki młynek kręcący się z prędkością światła. Ile informacji pamięć maszyny udźwignie i na jak długo? Jaki rodzaj pamięci swoich o przodkach zachowają po nas następne  pokolenia? 

Zastanówmy się przez chwilę – ile naprawdę pamiętamy o rodzicach naszych rodziców? A o naszych pradziadkach?.. Czasem w domu zachowują się w opowieściach rodzinnych jakieś legendy, stare zdjęcie, jakiś medal, odznaczenie. Mroczna tajemnica rodzinna przekazywana z pokolenia na pokolenie, często upiększona albo “skrzywiona” i odległa od prawdy. 

Większość ludzi żyje jednak teraźniejszością, rzadko sięga do historii swoich przodków. Z czasem zapominamy o ich grobach, imionach, o prawdziwych korzeniach, z których się wywodzimy. 

Moje pokolenie nie ma zbyt wielu zdjęć rodzinnych, bo w czasach mojego dzieciństwa aparat fotograficzny był rarytasem. Mało kto go posiadał. 

Pamiętacie?

Zaczynał robić powszechną karierę dopiero w latach 60-tych. Pamiętam, że marzeniem było mieć jeden z takich aparatów jak  Leica, Zorka, Nikon, Canon, czy potem Praktica. Ale przeciętny “Kowalski” długo nie miał szansy na kupienie sobie takiego sprzętu. Najpopularniejszym i ewentualnie dostępnym był rosyjski Zenit.  

Natomiast ludzie pisali do siebie listy i często je przechowywali jak najpiękniejszą i ważną pamiątkę. Listy to w wielu rodzinach element pamięci o przodkach.

Cztery koperty, kilka zapisanych kartek, a tak wiele pamięci..

Nie mam listów i pamiątek po dziadkach, nie pamiętam ich z obu stron rodziny i nie poznałam ich nigdy. Może wyjątkiem kilku, 3-5 zdjęć, które w jakiś magiczny sposób zmieszały się z dużo późniejszymi zdjęciami. Ale zachowałam kilka listów napisanych do nas przez mojego Tatę, gdy już wyjechaliśmy do Houston.  Tata zmarł niespełna rok po naszym wyjeździe i zdążył napisać tylko kilka listów. Dziś te cenne słowa mają już ponad 33 lata i są jedynymi, jakie w życiu dostałam od mojego Ojca. W kopertach są też dodatkowe listy od mamy. Widać, każdy z nich miał potrzebę napisać coś od siebie i po swojemu… Dla mnie – unikalna pamiątka. Czy zachowają się po moim odejściu? Nie wiem… Ale chciałabym, żeby moje dzieci miały świadomość ich wartości. 

To prawda, że często nie przywiązujemy znaczenia do rzeczy, które kiedyś mogą stać się wartościowymi  pamiątkami. Wokół nas przetacza się za dużo – rzeczy, spraw, istotnych faktów, ważnych ludzi. Nie nadążamy z gromadzeniem tego, co dokumentuje się w dzisiejszym szybkim życiu – ani w pamięci, ani w zdjęciach, ani we własnym świecie wartości, tak by odpowiedzieć sobie na pytanie: czym jest dla nas pamięć.  

Mogłabym śmiało stworzyć listę bliskich mi ludzi, którzy z poczucia bliskości z historią swojej rodziny tworzą albumy zdjęć, pamiątek, poszukują nieustannie nowych wieści i imion uzupełniając drzewa genealogiczne rodziny kilku pokoleń. Przechowują medale, stare sztandary, książki. Ludzie gromadzą czasami bardzo zadziwiające rzeczy, które dla innego człowieka mogą sprawiać wrażenie dziwadeł, ba – nawet “śmieci” a dla tej jednej osoby są źródłem wspomnień, emocji, połączenia pokoleń, nierozerwalną nicią bardziej wartościową niż rodzinny grób. 

Ten portret dotarł do nas z domu rodzinnego mojego męża. Od lewej – jego dziadek Jan, babcia Maria i wujek- Bronisław. Rodzina ze strony Ojca mojego męża. Nigdy ich nie poznał. Niestety, nie znaleźliśmy nigdzie daty na tym portrecie i nie wiemy z jakiego czasu pochodzi. Na pewno sprzed II wojny..

Jedni tego nie rozumieją, inni przywiązują do tego wielką wagę. 

Są domy, które przypominają swoiste rodzinne, pokoleniowe muzea. Ściany pokryte są starymi fotografiami i aż dech zapiera skąd ludzie mają takie pamiątki. 

Łatwiej zrozumieć taki stosunek do pielęgnacji pamiątek, gdy ktoś w naszej rodzinie był człowiekiem sławnym – pisarzem, aktorem, wybitnym naukowcem, podróżnikiem…

Ale przecież nie zawsze tak jest. Większość z nas to zwyczajni ludzie. Zapisujemy się w historii istnienia Świata jako mgnienie, tworząc w swym życiu ważne humanitarne ogniwo, ale niekoniecznie wybitne! 

O takich “nas” następne pokolenia – nasze dzieci, wnuki, może prawnuki chcą, będą chcieli pamiętać. MOŻE.. A może NIE.

I nic w tym złego. Bo tak naprawdę człowiek istnieje, dopóki o nim trwa w ludzkich umysłach pamięć. Pamiętać nas może nasze dziecko, nasz wnuk. Może trochę prawnuk.. ale już tylko ze strzępka opowieści swoich rodziców… „Człowiek żyje tak długo jak długo trwa pamięć o nim”– tę sentencję znamy chyba wszyscy.

I na tym skończy się pamięć o indywidualnym “ja – ty czy my”. 

Pozostanie opowieść – jakaś bezimienna legenda o pokoleniu, które dokonało różnych odkryć, stworzyło ciekawe dzieła, napisało wiele pięknych książek, wymyśliło komputer i internet, zbudowało tysiące wspaniałych hoteli, domów i jeszcze i jeszcze… lista nie będzie miała końca. Bo tak wymyślono ten świat. Każdy człowiek wart jest zapamiętania. Ale nie ma takiej księgi, która objęłaby wszystkie nasze imiona i nasze zasługi. 

Szczęśliwie – w tej księdze pamięci nie zmieszczą się także wszystkie nasze grzechy i złe uczynki…

A jak wiemy “Każdy kij ma dwa końce”. Każda prawda ma dwie racje. 

Istnieją ludzie, którzy boją się zatrzymywać przy sobie jakiekolwiek pamiątki. 

Nie przechowują nawet drobnych elementów, które mogą im przypominać choćby cząstkę  minionego wczorajszego dnia, choćby kawałek przeszłości. Nie przywożą pamiątek z podróży, nie robią zdjęć, nie lubią oglądać albumów, w których  mogliby ujrzeć siebie sprzed lat albo innych znajomych wokół siebie. 

Ta filiżanka jest w mojej rodzinie już trzy pokolenia. Nie używam jej do picia herbaty. Jest tylko wspomnieniem..

Dlaczego tak się dzieje? Czy człowiek boi się siebie z przeszłości? Czy może ma obsesję magazynowania informacji, wspomnień, własnej twarzy sprzed lat?  A może przeraża go ilość niepotrzebnych materiałów, fizycznych papierów, śmieci, pudełek, które przecież trzeba pielęgnować, opisywać, sprawdzać, żeby był sens je trzymać? 

Niektorzy nazywają to po prostu “melinowaniem” albo “chomikowaniem” i nie są to określenia użyte w sensie pozytywnym. 

Bywają domy czyste schludne, pięknie urządzone, ale jakby .. puste. Czegoś im brak. Ciepła. Ludzkiego oddechu przeszłości. Poczucia pewnej ciągłości życia. 

Można to interpretować bardzo różnie i nie będę próbować tłumaczyć moich uczuć ani narzucać innym tych odczuć.  Przecież czujemy różnie i mamy do tego ludzkie indywidualne prawo.  

Dom może być nowy, wczoraj zbudowany, a atmosferę w nim będziemy odczuwali ciepłą, rodzinną. Dlaczego? Sami potraficie to wyczuć, jeśli tak będzie.. 

A jeśli nie – poczujecie pustkę, osamotnienie, choćby dom miał wszystko, ale zabraknie mu duszy. 

Co jest prawdziwe? Jaka jest recepta na pamięć ? 

Nie ma! Nie ma dobrej odpowiedzi. Odpowiedź jest w moim sercu. Twoja gdzieś w twojej duszy. Każdy z nas ma inne potrzeby względem przeszłości.

Jak kiedyś powiedziała W. Szymborska w swym słynnym wierszu (“Nic dwa razy się nie zdarza”) … Chwilo, godzino- jesteś a więc musisz minąć. Miniesz – a więc to jest piękne…

Takie „szczęśliwe” słoniki 😀

Pamięć nasza przechowuje się w drobiazgach: w maleńkich rzeczach – w kamyczku znalezionym dawno temu podczas wakacji nad morzem, w słoniku przywiezionym z podróży z Afryki, w liście, który dostałam od kogoś bliskiego prawie pół wieku temu… Albo w portrecie dziadków czy pradziadków. Może tylko w szufladce pamięci, w przegródce naszego mózgu?  

A może w ogóle jej nie potrzebujemy… Wypieramy każde „wczoraj”, każde „rok temu”,  każdą chwilę z dzieciństwa, bo tak nam jest lepiej. 

Żyjemy tak jak potrafimy i jak potrzebujemy. Każdy z nas inaczej 🤔


BACK

Postanowienia i obietnice czyli “dwa końce kija”

18 lutego 2024 

Gadanie na temat, który zawsze i wszędzie jest na czasie. A najbardziej i najczęściej “używany” jest przez wszystkie media i każdego z nas w styczniu, tuż po Nowym Roku. Wiadomo – słynne i modne “New Year Resolution”.

Kilka dni temu, w jakimś mignięciu telewizyjnym usłyszałam, że tylko JEDEN procent ludzi jest wierny swoim postanowieniom noworocznym i dotrzymuje obietnic (głównie danych sobie). Nie wiem, skąd takie statystyki, ale jestem skłonna w to uwierzyć! I wcale mnie to nie dziwi. Nie dziwi – nie dlatego, że jestem z tych, co nie mają i nie robią postanowień noworocznych, głównie dlatego, że przeżyłam różne fazy w swoim życiu i wiem z własnych doświadczeń, jak to było ze mną albo wokół mnie.

Wszyscy pamiętamy takie scenki, gdy rodzice chcieli od nas-maluchów uzyskać jakąś obietnicę, pytali: “Obiecujesz?” i uczyli nas w tym samym momencie gestu podniesienia w górę dwóch palców. Znak przyjęty od wieków, zarówno wśród dorosłych w podniosłych i ważnych chwilach, jak i przez dzieci w przedszkolu. 

Każdy z nas wiedział, że taki znak to “pieczątka” do słów przysięgi i że  to zobowiązuje nas do jej dotrzymania. Tyle tylko, że obietnice bywają chwilowe, ich sens i ważność czasem mijają, a my zapominamy, że w ogóle takie coś miało miejsce w naszym życiu. 

Takie doświadczenia mają jednak swoją logikę, gdy uczymy się co obietnica powinna oznaczać. Przyrzeczenia, obietnice są przeciwieństwem kłamstwa, uczą odpowiedzialności, lojalności i wszystkiego, co potem w dorosłym życiu liczy się naprawdę. 

Aby przysięga czy obietnica była ważna trzeba jej nadać odpowiednia oprawę. Musi mieć swój „moment” emocjonalny. Inaczej trudno takie słowa kontrolować, przejmować się nimi więcej niż innymi. 

Chyba na początku drugiej klasy szkoły podstawowej zetknęłam się z drużyną zuchową. Nigdy nie chodziłam do przedszkola, dlatego od początku szkoły ciągnęło mnie do zajęć grupowych i Mama szybko zapisała mnie do zuchów.   

Drużyna nazywała się “Szarotki”. Nosiłyśmy takie ładne szafirowe bereciki z paskiem pod brodę, a na obwódce białą plastikową  szarotkę. Chusta była czarna (albo szafirowa?) do tego biały kołnierzyk i chyba na chuście, w trójkącie na plecach była biała  szarotka, taka sama jak na berecie.

Kiedy już dostałam szary mundurek harcerski i wszystkie oznakowania, byłam szczęśliwa i dumna, że przynależę do jakiejś grupy. Zbiórki odbywały się w sali, która w ciągu dnia była pracownią zajęć prac ręcznych czy plastycznych (tak to zapamiętałam..) a ok. 17.00 zaczynały się tam zajęcia zuchowe i harcerskie.  Warunki nie były najlepsze, dopiero dużo później zobaczyłam jak mogą wyglądać prawdziwe izby harcerskie przeznaczone tylko na zajęcia drużyn.  

Pamiętam wyraźnie kilka migawek z tych zbiórek. Wiem, że mieliśmy małe grupki, które nazywały się “szóstkami” i chyba już po niecałym roku zostałam “szóstkową”, czyli zaczęłam pełnić pierwszą w życiu funkcję w machinie mojej (chyba dość długiej) kariery harcerskiej. 

Byłam przejęta każdym zadaniem, każdą nową piosenką i każdym poleceniem druhny drużynowej. 

Któregoś dnia… było już ciepło, czyli pewnie był to maj lub czerwiec i rok szkolny zbliżał się ku końcowi. Przy szkole było boisko – jedno cały czas otwarte i dostępne dla wszystkich, a drugie otoczone murkiem z płotem z żelaznych  prętów. Na to podwórko można było wejść tylko przez szkołę. Drzwi zewnętrzne przy końcu płotu były niemal zawsze zamknięte. 

Zbiórka zaczęła się jakoś nietypowo, zasłonięto nam oczy i ktoś nas wyprowadził  z sali zbiórek na zewnątrz. Szłam powoli po schodach do góry (pracownia była w “piwnicach” szkoły), ktoś prowadził mnie ostrożnie i nakazano nam milczenie. Bałam się a równocześnie byłam ogromnie ciekawa i przejęta, co będzie dalej… Na tym znanym mi podwórku, gdzie wypuszczano nas w dni ciepłe na “dużą” czyli 20 – minutową przerwę, ktoś ułożył drewienka w kształt ogniska, a w środku paliła się latarka pod czerwonym papierem (a może cienką  bibułką?).  Potem - działo się coś bardzo ważnego, innego niż na zwykłych zbiórkach.  

Ktoś nas sprawdzał, zadawał niezwykłe pytania, przechodziłyśmy jakieś próby… Nie pamiętam co i jak. Ale pamiętam napięcie i zdenerwowanie małej dziewczynki. I powagę tej niezwykłej sytuacji. Bo w końcu, po przejściu i zaliczeniu różnych “przeszkód”  druhna drużynowa uroczystym głosem powiedziała, że pomyślnie przeszłyśmy wszystkie próby i zasłużyłyśmy na złożenie obietnicy zuchowej. Pamiętam moje pierwsze świadome słowa: „Obiecuję być dobrym zuchem i zawsze przestrzegać prawa zucha”.

Prawo zucha miało sześć punktów, omawialiśmy je na zbiórkach, mówiliśmy co oznaczają i jak prawdziwy zuch powinien dochować obietnic. Do dzisiaj je pamiętam…

Minęło tyle lat, że aż trudno je policzyć, a wciąż pamiętam ten wieczór i wielkie przeżycie mojej pierwszej świadomej obietnicy. 

Przyrzeczenia harcerskie w „Harnasiach” miały zawsze uroczystą oprawę. Były wielkimi przeżyciami. Raz nawet zorganizowano Przyrzeczenie na Polu Grunwaldzkim, podczas obozu w 1971 roku.

Dlaczego to wspomnienie jest dla mnie takie ważne do dzisiaj? 

Bo właśnie to wydarzenie nauczyło mnie na całe życie, że obietnica to coś niezwykłego, coś co ma wymiar nie tylko wypowiedzianych słów, ale wszystkiego co z tymi i za tymi słowami idzie. 

Po latach, już jako harcerka,  składałam Przyrzeczenie Harcerskie, zapewne było to też ważne wydarzenie. Później przez wiele lat, jako drużynowa zuchowa, instruktorka harcerska, drużynowa harcerskiej drużyny żeńskiej, byłam twórcą, współorganizatorem i świadkiem niejednej imprezy, podczas której inni przysięgali, składali obietnice. 

Istnieją różne typy obietnic. Każda powinna być istotna w momencie ich składania, ale nie wszystkie są “na całe życie”. Okoliczności są zmienne, istnieją sytuacje, które zwalniają nas z obietnic. Czas i zmieniające się życie po prostu “rozmywa” niektóre z nich. Z czasem ulegają one przedawnieniu, przestają “istnieć”, nie mają odnośnika do sytuacji po latach. Nic w tym złego.

Mimo, że obiecać coś komuś czy nawet sobie oznacza dotrzymanie przyrzeczenia, to jednak nie szłabym w “zaparte” – na siłę i na zawsze. Nawet przysięgi powinny być logiczne. Nie ignoruję, nie wykręcam się i nie zmieniam ich wagi. Ale z drugiej strony wiem, że nie należy iść i jak to mówią “tłuc bezmyślnie głową w mur”. Skutek dotrzymania dawno dawno danej przysięgi może stać się kamieniem i ciężarem na dalsze życie…  

Moment podpisania przysięgi małżeńskiej w Urzędzie Stanu Cywilnego 17 maja 1974 r. (ale to nie ta najważniejsza przysięga😀)

Jest jedna przysięga, która dla mnie ma nieprzemijające znaczenie. To przysięga małżeńska. Słowa: “..I ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci”… są dla mnie przysięgą, której nic nie powinno  zmienić. W moim przekonaniu – tych słów żadne przeciwności na zakrętach życia nie powinny zakłócić i zniszczyć … 

Oczywiście jestem realistką i niezależnie od powyższego akapitu, wiem że życie potrafi przynieść takie zagmatwania i zapętlenia, że nawet najpiękniejsze intencje dotrzymania przysięgi nic nie pomogą. Rozwód to NIE katastrofa, choć na pewno traumatyczny moment życia. Przeżyło go tysiące par małżeńskich, przetrwało rozstania – niekoniecznie z powodu złamania przysięgi. Czasami trzeba dać sobie w życiu drugą szansę. Gdy składamy przysięgę małżeńską wierzymy, że jesteśmy „dwoma połówkami tego samego jabłka”. Czas weryfikuje nas i nasze uczucia i bywa, że z różnych powodów nie możemy dotrzymać tej pięknej przysięgi.. To jeszcze jeden dowód na potwierdzenie, że “kij ma dwa końce”.

Bywa różnie. Miłość, marzenia, dobre intencje, próby naprawy, kolejne obietnice…  Wszystko to ma swoje dobre strony i jak wszystko – jak ten przysłowiowy “kij” – miewa “ostre zakończenia”, ciemne zaułki, smutne konsekwencje i drastyczne niepożądane skutki.  

Nikogo nie osądzam. Nie potępiam. Nie lubię takich ostatecznych stwierdzeń – obietnice są po to, by ich dotrzymywać! Trzeba być konsekwentnym. Wszystko jednak ma rozsądne granice! Obietnica nie może być kamieniem, który przytłoczy cię i będzie uwierać na zawsze.  

Obietnica w powieści, obietnica, w geście, w słowie.
Obietnica w powieści, obietnica w geście, w słowie. W dzień, w nocy. Na zawsze..

Obiecujemy i to nas zobowiązuje. Obiecujemy, ale nie zawsze na całe życie, bo czasem jest to zwyczajnie… niemożliwe. 

Obietnica jest niesłychanie ważna w przyjaźni, bo jest jedną z mocnych podwalin związku dwojga ludzi. Bywa, że słowa obiecane kiedyś  drugiemu człowiekowi, w jakimś innym momencie życia mogą obie strony uciskać, przeszkadzać – wręcz być szkodliwe. 

Przykładów można by podać wiele. Każdy z nas taką indywidualną sytuację przeżył. Zaglądnijcie w swoje serca, a znajdziecie potwierdzenie moich słów.. 

Górne zdjęcie to fragment tekstu Przysięgi Hipokratesa. Czy dziś wszystkim wydaje się aktualna? (dyskusyjne..) Zdjęcie dolne to znalezione w sieci – z przysięgi żołnierskiej

Obiecywać można publicznie, przysięgamy szeptem tej jednej jedynej najważniejszej osobie, obiecujemy swoim dzieciom, wypowiadamy obietnicę sobie – w myśli i głęboko w sercu..

Przysięgi są nieodłączną częścią nauk kościoła, przysięgę składa żołnierz, przysięga jest istotnym elementem każdej miłości. Przysięgamy czasem w głębokich emocjach i wydaje nam się, że dotrzymanie obietnicy jest naturalną konsekwencją. A potem.. okazuje się, że była potrzebą chwili, zawieruchy w sercu i nie wiemy jak się wycofać, jak naprawić przysięgę, która jest dziś nieprzemyślaną pomyłką z niedobrymi konsekwencjami. 

Może powiem teraz coś, co nie będzie przychylnie odebrane… ale myślę, że nie zawsze i nie każda obietnica ma sens “do końca świata”. 🙂

Tak, tak! Wiem co mówię i mam nadzieję, że niejeden z was też mnie zrozumie.  

Już dawno przestałam układać sobie listę obietnic i przyrzeczeń, zwłaszcza tych noworocznych, których prawie nikt nie dotrzymuje! Nie będę się oszukiwać, że nie zjem już żadnych słodyczy, nie dotknę czekolady albo nie będę jeść mięsa, bo jak siebie znam, to wytrzymam tydzień albo dwa i potem nici z obietnicy. Ale mogę postanowić o ograniczeniu złych nawyków, o innym podejściu do tego, co wreszcie należałoby zmienić. Może takie wyglądające na “półśrodki” obietnice, są zdrowsze, realne i uczciwsze??

Bardzo cenię ludzi, którym udało się dotrzymać postanowień, zwłaszcza tych niezwykle trudnych. Bo bywa, że to samo postanowienie dla jednego człowieka jest łatwe do zrealizowania, a dla innego jest „murem” nie do przeskoczenia! To ogromna umiejętność i niezwykła siła woli!! Tacy ludzie są wśród nas! Dopóki istnieje w tym rozsądek, dopóki… nie robimy sobie sami fizycznej czy psychicznej krzywdy – przyrzeczenie ma piękny wymiar!  

Ja – niestety- chyba nie mam takich predyspozycji. Ale kto wie – gdybym naprawdę musiała czegoś się wyrzec, bo to byłby z mojego punktu widzenia jedyny konieczny wybór  – może znalazłabym w sobie więcej sił niż myślę.. 

Są w życiu motywacje wyjątkowe, na których zależy nam bardziej niż na sobie samym. I wtedy niezwykła, nieznana nam siła uskrzydla naszą obietnicę! Wiem na pewno, że tak jest. Takich momentów też w swoim życiu doświadczyłam. 

Bądźmy więc dobrzy dla siebie i traktujmy przyrzeczenia i obietnice jak wszystko inne ważne. Bo nie chodzi o słowa, o tekst na papierze, o chwile zapomnienia. 

Obietnica to czucie w sercu i zgoda na wypełnienie jej, by wypowiedziana, pomyślana w danej chwili, nie uleciała z wiatrem… 


BACK

Tylko jeden Człowiek. Jedno życie. I kilka myśli.

4 lutego 2024

Człowiek. Ty i ja. Bogaty a może nie bardzo. Stary i brzydki. Albo młody. Może malutki słodziak. Odważny, szalony. A może smutny, zahukany, z balastem kompleksów. Ten, który urodził się wczoraj i ten, który żył sto lat temu. Także ten, którego jeszcze nie znamy…

Planeta ludzi.  Rodziny, grupy przyjaciół, kochankowie. I ci, którzy się nie lubią, nawet nie bardzo wiedzą dlaczego.. Samotnicy, dziwolągi.  Mogłabym znaleźć albo stworzyć mnóstwo kategorii, by podzielić  ludzi według wymyślonych zasad, które nas różnią albo łączą – jak kto woli. 

W mojej życiowej obserwacji na myśl przychodzi mi też kategoria ludzi prostych i skomplikowanych. 

Mam taką wizję: 

Szeroka ulica – rzeka, która obiega kulę ziemską, a przez nią przetacza się nieograniczony tłum ludzkich ciał. Nieograniczony czas, nieograniczona przestrzeń. Ludzie ocierają się o siebie, obijają się jak piłeczki, ulatują w górę, znikają w przestrzeni. Uśmiechają się lub idą smętnie jak ćmy w ciemności. 

Zdrowi, wysportowani. Ułomni i chorzy. Szczęśliwi i rozpaczliwie wołający i krzyczący o pomoc. Nieustanny ruch.

Oczami mojej wyobraźni widzę małą dziewczynkę. Stoi w kącie z misiem przytulonym do zapłakanej buzi. Wokół biegają inne dzieci, ale nikt nie zwraca uwagi na płaczącą koleżankę. Ktoś udaje rozpędzony pociąg, ktoś inny rozciąga ramiona i jest latającym  samolotem. Jakiś chłopczyk w niebieskim sweterku ciągnie małą blondyneczkę za ładnie spleciony warkoczyk. Rozwiązał jej czerwoną wstążeczkę…

Gdzieś po drugiej stronie ulicy, woźnica pogania batem zdyszanego konia. Piana tocząca się z jego pyska wyraźnie wskazuje, że zwierzę jest u kresu tej podróży. Na wozie siedzi kilka zmarzniętych osób mocno przytulonych do siebie.  Podobnie jak koń –  wyraźnie zmęczonych, ledwo utrzymujących się w pozycji siedzącej. Skąd jadą? Dokąd prowadzi ta droga? Co życie przyniesie im jutro? 

Kilka ulic dalej… a może kilka dziesiątek lat później – mijam wzrokiem ponurą kamienicę, walącą się z jednej strony ścianę. Ulica wybrukowana kamienną kostką. Brudno, smutno. Pod rozwalającą się ścianą siedzi zgarbiony staruszek. Spod  zniszczonego kapelusza ledwie wystaje czerwony nos.

Śpi? Może. Żyje? Nie wiem.  Nie porusza żadną cząstką ciała. Nie widać znaku oddechu. Czuje się tylko otchłań rozpaczy i beznadziei. Pustkę i boleść… 

Jeszcze inny wymiar czasu i przestrzeni. Zielona dolina. Gdzieś daleko, jak okiem sięgnąć, ta soczysta świeża zieleń zlewa się z błękitem nieba. Las. W środku strumyki łączą się w niewielką rzeczkę. Słychać narastający szum strumienia wodnego. Na niewielkim kamieniu siedzi młoda dziewczyna. Może niezbyt piękna, ale przyciąga potęgą młodości. Siłą, którą może mieć w sobie tylko ktoś, kto posiada zdrowie, radość wewnętrzną, nieskażoną szczerość i cudowne marzenia. Wpatruje się w niebo przymrużonymi oczami, a spod jej powiek ulatują wizje planów, pragnień i życzeń na całe życie. 

Zanim się spełnią, przez dolinę przejdzie niejedna burza z piorunami, zasypie ją śnieg i osuszy słońce.  Będzie strasznie. I nie będzie łatwo. 

Ale dziewczyna  przetrwa. Człowiek wytrzyma.

Każdy Człowiek ma swoją drogę. Każdy ma swoją burzę i własne słoneczne dni. 

Wisława Szymborska w wierszu pt. “ Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach” kiedyś tak powiedziała: 

Dwa słowa: Każdy i wszyscy. Jeden z nas. Ja i Ty.  I my. 

Jesteśmy różni. Rodzina, religia, kolor skóry, język, kultura, obyczaje, zdolności, epoka w której przyszło nam żyć.  Miejsce na Ziemi. Zdrowie, dziesiątki przypadków, które nam się przydarzają i jeszcze więcej wyborów, których dokonujemy. Żyjemy w określonym czasie, w określonym miejscu, w określonych warunkach… 

Droga jest wspólna – LUDZKA

Na końcu drogi jest ciemność. Ciemność jest jedna.  

Pewnego dnia – “twarz moja, twoja, czyjaś ” –  zajdzie w ciemność. Jak zachodzi księżyc każdej nocy.. 

Nie mów mi, że to smutne rozważania! Takie myśli każdy z nas ma w głowie. Przychodzą nieproszone o poranku albo późną nocą, gdy nie możemy zasnąć. Czasem podstępnie skradają się, gdy zdarza się odejście bliskiej osoby, gdy dopada nas nostalgia, wspomnienia..  Boimy się wypowiadać je głośno!  

Śmierć jest częścią życia. Życie – nie zawsze jest sprawiedliwe. I, niestety, często nie mamy na to żadnego wpływu. 🙁

Niedawno oglądałam serial, którego jedną z czołowych postaci był lekarz – patolog. Przysłuchując się “komentarzom – żartom” na temat jego “pacjentów” stwierdziłam, że  smutek, strach i wszystkie inne odczucia na temat nieuchronności śmierci zmieniają się w zależności od perspektywy spoglądania na to zjawisko.

Śmierć jest ciężkim przeżyciem dla tych, co kochali. Dla tych, co pozostają z pustką, gdy muszą uporać się ze stratą, z otępieniem i niemocą. 

Ci, którzy odeszli – są już po drugiej stronie cienkiej linii czasu. Ich czas dobiegł końca. 

Nasz wciąż trwa..  Nie zmarnujmy żadnej minuty!


BACK

Relacje najbliższe, których nie można zmienić

25 stycznia 2024

Ludzie dorośli wybierają swoje życie świadomie. Albo bardzo chcą, by tak było. Każdy rodzic, nauczyciel, przyjaciel, psycholog tak właśnie nam powie. 

 “Jesteś kowalem własnego losu”. Prawda i nieprawda.  

Powiedzeń, sentencji, mądrości życiowych jest wiele i wszystkie właściwie mają rację.  Lubimy się nimi posługiwać podpierając nasze poglądy w różnych momentach. Ja sama  często cytuję maksymy, które w danym momencie podkreślają moją myśl. Są spójne, sensowne. Ale – nie na zawsze, nie na długo. 

Jedna z nich mówi, że “Człowiek rodzi się jako “tabula rasa” – Pojęcie czystej pustej tablicy pojawiło się już w średniowieczu, ale tak naprawdę zostało sformułowane i opisane w XVII wieku przez Johna Locke’a. 

Rodzimy się nieskażeni żadnymi naleciałościami realnego świata, wszystko zostanie zapisane w czasie naszego życia przez doświadczenie i edukację. 

Mnie to przekonuje, ale… bo jest zawsze jakieś ALE!  Gdzie w tym mieszczą się instynkty, geny przekazywane w międzypokoleniowych łańcuchach genetycznych ?  

Wiele teorii badanych całymi latami przez naukowców nie zgadza się, że w dniu urodzenia nie przynosimy niczego ze sobą na świat…

Tyle wstępnego teoretyzowania mającego służyć moim dzisiejszym rozważaniom.  

Dziecko nie ma wpływu na to, w jakiej rodzinie się urodzi i wychowa. Jego doświadczenie kształtuje się początkowo bez jego czynnego udziału. Ale dość szybko staje się “trybikiem” rodzinnego układu i zaznacza w nim swoje miejsce. 

Z wiekiem, z coraz większym zrozumieniem tego, co dzieje się wokół nas, dokonując wyborów – najpierw małych, dziecięcych, potem coraz bardziej dojrzałych, mamy wpływ na decyzje. 

Uruchamia się myślenie, instynkt, wybory “za i przeciw”, “chcę i nie”…

Budzą się przeróżne uczucia, zbierają się doświadczenia, których każdego dnia nabywamy coraz więcej. 

W tym ogromnie skomplikowanym procesie ważna jest zarówno inteligencja genetyczna jak i ta budowana i kształtowana w rodzinnej atmosferze, w dobrej szkole i wśród przyjaznych nauczycieli. Zależna także od tego, na jakie książki czy filmy natrafimy, czym się zainteresujemy, a szczególnie, jakich przyjaciół sobie dobierzemy.  Kogo obdarujemy pierwszym uczuciem miłości, kto nas nim obdaruje.    

Bawimy się, rozmawiamy, spędzamy dużo czasu z dziećmi i wnukami. Wierzymy ze to najlepszy sposób na wypracowanie właściwych relacji miedzy pokoleniami.

Jak od najmłodszych lat potoczą się relacje z rodzicami? Z dziadkami? Jakie metody, sposoby na życie przeniesiemy kiedyś do swoich własnych rodzin? 

Przecież związek każdego człowieka z nowym partnerem to zderzenie DWÓCH tradycji rodzinnych, dwóch doświadczeń życiowych,  dwóch różnych wyobrażeń, oczekiwań, marzeń. Nie jest łatwo wygładzić to tak, by “pracowało” jak w niezawodnej maszynie przez kolejnych 10 – 20 – 40 czy 60 lat. Zwłaszcza, że na początku nie rozumiemy, nie wyobrażamy sobie, jak bardzo wszystko zmienia się w czasie. Jak dorosłość, dojrzałość, starzenie się zmienia priorytety w naszych relacjach. Nic nie jest takie samo dzisiaj, jak było wczoraj !!

Miłość dzieci do rodziców jest bezgraniczna. Miłość rodziców – jest bezwarunkowa.!!

Jak więc dawać sobie radę, by miłość do małego dziecka – bezgraniczna, niezmienna i wyrozumiała nie zmieniła się w wieku dorosłym?  Jak stworzyć od maleńkości umiejętność rozmowy, poczucie konieczności rozmawiania ze sobą, by po latach nie pozostał tylko pozór porozumienia?  

Kiedy dzieci są małe podświadomie czekamy, by dorosły, bo będzie łatwiej z nimi pogadać, mieć wspólne zainteresowania, wspólne wyjazdy, wycieczki, tematy do rozmów. To będzie przyjaźń – myślimy.  Będziemy mogli rozmawiać szczerze o wszystkim.. 

Nic bardziej mylnego!  Jako rodzina jesteśmy sobie bliscy, kochamy się i jeśli udało nam się stworzyć poczucie, że rodzina to nasz najbliższy krąg, w którym możemy wzajemnie szukać oparcia, to już mamy wielki sukces. 

Ale to wcale nie znaczy… że jesteśmy przyjaciółmi.  

Matka i Córka, Ojciec i Syn – to relacje DWÓCH pokoleń. To relacje więzów krwi i miłości rodzinnych. Ale to niekoniecznie więzy przyjaźni. Rodzice mają swoje tajemnice. Często nie potrafią powiedzieć wszystkiego dzieciom, bo wiedzą, że mogłoby ich to zaboleć, że nie zrozumieliby sposobu myślenia ludzi starszych z dużo większym balastem doświadczeń. Instynktownie próbujemy dzieci ochronić. Stąd to nasze częste gadanie;” Kiedyś, jak będziesz w moim wieku, wspomnisz moje słowa..” Dorosłe dzieci tego nie znoszą. Zazwyczaj dobrze rozpoczęta szczera rozmowa na tym się kończy.  A my rodzice- po prostu, chcemy, nawet dorosłe dzieci chronić od złych konsekwencji.

Dzieci nie rozmawiają z rodzicami o sprawach, których według nich rodzice nie potrafią “zrozumieć’’. Dorosłe dzieci wstydzą się opowiadać o swoich uczuciach, często nie zdając sobie sprawy, że rodzic, zwłaszcza matka domyśla się, a nawet jasno je widzi problemy.  Nie potrafią wyobrazić sobie, że kiedyś rodzice też byli młodzi, że pamiętają, że rozumieją..

Syn – ma swoje ambicje i ukrywa je głęboko, bo „wie, że po męsku” jest nie pokazywać światu słabości. Rodzicom też nie. Rodzice też nie powiedzą, nie zapytają, by nie wejść nieproszonym w świat dorosłych dzieci.  Koło się zamyka i toczy.. 😏

Relacje z dziećmi wypracowujemy od najmłodszych lat

Nasze dorosłe dzieci są we własnych związkach. Mają “na głowie” swoje problemy. Muszą dbać o relacje w swojej rodzinie. Z mężem partnerem, ze swoimi małymi a potem dorastającymi  dziećmi. No i wciąż mają rodziców. Siatka relacji rozbudowuje się każdego dnia. A czasu jest coraz mniej…

Mijają dni. I miesiące. Są rodziny, w których dorosłe dzieci każdego niemal dnia sięgają po telefon, żeby zapytać rodzica – “Jak tam twój dzień minął? Jak się czujesz?”  Łatwe?  Dla niektórych tak. Potrzebne? Czasem. Też dla niektórych… 

Są tacy, którzy całymi tygodniami nie odzywają się do rodziców mając w głowie wewnętrzny spokój, że gdyby była potrzeba, rodzice się odezwą. Inne – ale także logiczne rozumowanie. 

Rodzice mają swoje ambitne myślenie: “Jeszcze nie jestem niedołężny, jeszcze daję radę. Nie będę dzieciom zawracać głowy. Dzieci mają i tak mnóstwo swoich spraw kłopotów, biegania. Aż za dużo.  Poczekam – będą mieć ochotę i czas – odezwą się.”  

Mija kolejny dzień, kolejny miesiąc i rok. A życie toczy się normalnie. I jest dobrze. Są święta, urodziny, wspólne obiady … 

Tylko czy my rozmawiamy?? 

Wnuki dorastają. Rodzice muszą wykazać dużo miłości, cierpliwości, logiki “dryfowania” po trudnych tematach i problemach nastolatków. Pojawiają się wszędzie – w szkole, pomiędzy kolegami, koleżankami. Z dziewczyną, chłopakiem. Z alkoholem, narkotykami, religią, problemami seksualnymi. Nie jest łatwo. Na prawdziwą rozmowę, na szczere pytania i odpowiedzi rzadko mamy okazję… 

Dlaczego łatwiej nam pogadać z rówieśnikami? Niezależnie od tego czy mamy -naście lat czy -dziesiąt.  Dlaczego trudne tematy stają się łatwiejsze do sformułowania w sposób  “luzacki”, udając że to nie nasz personalny problem, zmniejszając dystans do prawdy? 

Mam normalną kochaną rodzinę. Taką jak większość z nas. A przecież nie wiem jak naprawdę toczą się dni za drzwiami każdego małżeństwa, partnerstwa, jakie realne układy istnieją pomiędzy rodzicami i dziećmi. 

Kto naprawdę zastanawia się nad swoją relacją z najbliższymi? Kto ma czas w codziennym zabieganiu i… potrzebę wewnętrzną? Bo pewnie są i tacy, którzy nie czują takiej konieczności. Przecież tak też można żyć i być szczęśliwym. 

Coroczna sesja zdjęciowa w pracy. I każdego roku – wspólne zdjęcie

Ludzie, którzy się kochają, żyją obok siebie, spędzają ze sobą dużo czasu, niekoniecznie odczuwają potrzebę „głębokich rozmów” ze sobą. 

Łączy ich wiele -zbyt wiele, by nie czuć się dobrze razem. Ale zbyt mało – by mieć ochotę na roztrząsanie ważnych problemów, które ich gnębią.

Często wolimy milczeć. Zagłuszyć ciszą problemy, które siedzą w nas. Może problemy rozmyją się we wspólnej ciszy? Może jutro będzie łatwiej? Może, może… I czekamy – na lepszy dzień, na lepszą okazję do opowiedzenia tego, co trudne, na zniknięcie problemu.  A przecież gdzieś głęboko w podświadomości wiemy, że milczenie nie ułatwi rozmowy..

Sfera ludzkich uczuć i emocji jest nieprawdopodobnie głęboka i różnorodna!! To, że w jednej rodzinie ktoś wychowuje kilkoro dzieci, nie znaczy, że ich zachowania, potrzeby, emocje są i będą takie same. Każde z pięciorga – sześciorga dzieci jest inne, choć wychowały się razem, w tej samej rodzinie.  W przyszłości, jako dorośli ludzie utworzą zupełnie inne rodziny i choć może pewne tradycje wyniesione z rodzinnego domu będą się zazębiać, to tak naprawdę będą to inni ludzie.

Nikt z nas NIE jest idealnym rodzicem. Może udaje nam się osiągnąć zaplanowany w marzeniach status “dobrego rodzica”, bo każdy z nas decydując się na dziecko wierzy, że takim będzie.  A po latach, gdy już dzieci są całkiem dorosłe i niezależne, przyglądamy się ze zdziwieniem ich decyzjom i nie możemy sobie przypomnieć, kiedy i jak mogły nabrać „takich” doświadczeń”… Dlaczego tak postępują, przecież „nie nauczyły” się tego od nas…? 

Hmm…. my też nie przyswoiliśmy sobie wszystkiego od naszych rodziców, nie ułożyliśmy sobie życia tak, jak oni by sobie życzyli. W pewnym momencie zaczęliśmy żyć po swojemu. Uciekliśmy od tego, co było nam niewygodne. Nie chcieliśmy widzieć tego, czego oni od nas oczekiwali. 

Byliśmy blisko – ale daleko. A kiedy już byliśmy gotowi na rozmowę, na szczerość dwojga dorosłych ludzi dwóch pokoleń – już było za późno. ..

Teraz często rozmawiam… Ale dziś moje słowa są bezdźwięczne. Są łatwiejsze niż kiedyś, bez tajemnic, bez wstydu. Ale płyną w ciszy. I nie docierają do adresata…Jestem z tego powodu smutna. Mimo, że doskonale rozumiem, iż pokoleniowy system nazywania emocji, wyrażania uczuć taki właśnie jest i tak musi być poukładany.  

Wiąże nas miłość rodzinna, ale…

Emocje dziecka – symboliczne ujęcie
( z sieci)

To nie “przyjaźń z wyboru”. To  więzy krwi, bo rodzice kochają a dzieci kochają rodziców. Choć ile to razy w złości, w dziecięcej czy nastolatkowej bezradności wykrzykują: “ nienawidzę ich!!”  Dzieci kochają rodziców miłością bezwarunkową, nawet jeśli sobie z tego nie zdają sprawy. 

Rodzice są dorośli, więc świadomi swoich uczuć.  Kochają swe dziecko miłością NIEOGRANICZONĄ, choć bardzo starają się, by była mądra i  miała granice rozsądku.  Ale – z ręką na sercu – kto może przysiąc, że nigdy nie miał ochoty sprać swojego dzieciaka na przysłowiowe “kwaśne jabłko”? 

Dzieci zawsze mają do rodziców jakieś poczucie krzywdy doznane w dzieciństwie. Czasem były to bolesne fizyczne doznania, które zaważyły na późniejszych decyzjach życiowych. Innym razem to tylko “małe przewinienia”, których rodzice nawet nie pamiętają, ale dziecko, już dorosłe wciąż ma pamięci. Nie ma idealnych rodziców! Każdy z nas popełnia(ł) błędy!   

Nie trzeba być “katem w patologicznej rodzinie”,  by  jakaś błędna decyzja odcisnęła się w pamięci naszego dziecka. 

I niestety, NIE oznacza to, że nauczyło to nasze dzieci w przyszłości omijać błędy i nie popełniać błędów  Ich dzieci także wyniosą “niemiłe” doświadczenia..

Wiem, że to przykre, ale takie jest życie. Nie unikniemy błędów. Na własnych błędach przecież uczymy się żyć. Ważne jest, by było ich jak najmniej, by umieć je naprawiać i by miłość była silniejsza, niż wszystkie złe wspomnienia razem wzięte. 

Rozmowa to swego rodzaju wyzwolenie się z okowów trudnej przeszłości, to szansa na zbliżenie się do przyjaźni, a nie tylko trwanie w rodzinnych więzach miłości.  Bo choć brzmi to dziwnie i dość nieprawdopodobnie, i to miłość wydaje się uczuciem wyższym i ważniejszym niż przyjaźń, to jednak w moim osobistym rozumieniu –  w wielopokoleniowych relacjach rodzinnych – 

Ps. Wiem, że to wygląda na zapożyczone sentencje, ale nie są! To moje słowa. 

Dzisiaj to rozumiem.


BACK

Sportretować – by pamiętać

10 stycznia, 2024

Moje miasto Kraków. Ma swoje miejsce w sercu. Ma więcej miejsca niż Polska. Kraków, gdziekolwiek bym była, jest mój. I choć ma czasową konkurencję z Houston, to emocjonalnie, swoje miejsce ma niepodważalnie ważne. 

Wracam więc wspomnieniami do czasów mojego dzieciństwa i młodości. W różny sposób. Czasem nawet bolesny. Przecież każdy wie, że życie to nie ciastko z kremem. Bywa, że ma smak gorzki, że boli od niego żołądek i serce. 

Miasto to dom. Rodzinny dom. Miasto to ludzie. Ludzie są najważniejsi. 

Wiem, powtarzam się. I zawsze będę o tym przypominać. Życie bez ludzi, bez rodziny traci sens. Samotność czyni nasze istnienie bezsensownym. I nie myślę tu o chwilach, kiedy na krotki czas potrzebujemy się wyciszyć i pobyć w samotności. Bo taka samotność leczy i jest potrzebna. 

Tego roku nasze  krakowskie odwiedziny trwały bardzo krótko, zaledwie niecały tydzień. Niby nic nowego, bo już wiele razy tak bywało. A jednak.. 

Zorganizowałam wszystko perfekcyjnie, każde spotkanie, każdą minutę pobytu w tym mieście. Pisałam, telefonowałam, rozmawiałam, umawiałam się, jeździłam taksówką, uberem, tramwajem, spacerowałam dobrze znanymi mi od dziesiątek lat ulicami. A mimo to – przysięgłam sobie, że to już ostatnia taka podróż. Już nigdy więcej nie przylecę do Krakowa na tak krotki czas! To, że byliśmy z mężem  zmęczeni fizycznie, to nic nowego. Zawsze tak było. Ale tym razem uświadomiłam sobie, jak wielkie jest moje wyczerpanie – i fizyczne i emocjonalne.

Bardzo potrzebuję zorganizować swój czas spotkania z miastem i ludźmi – inaczej. Spokojniej. Potrzebuję perspektywy, by im się przyjrzeć, by powiedzieć, zapytać to, co naprawdę bym chciała.  Ta ogromna radość spotkania każdego, która wybucha we mnie, gdy po miesiącach, latach spotkam się z bliskimi ludźmi, nie pozwala mi powiedzieć tego, co dla mnie ważne. Wyjeżdżam z niedosytem. Wyjeżdżam z poczuciem, że nie “wyrzuciłam” z siebie tego, co potrzebowałam…

“Królestwo” Krakowa to Rynek i ten od lat jest piękny, pełen tłumów ludzi siedzących przy stolikach restauracji i kawiarni ulicznych, tonących w kwiatach. Wokół Rynku krążą dorożki powożone przez śliczne dwa koniki i woźnicę. Na środku stoją od zawsze Sukiennice, z jednej strony otoczone stoiskami kwiatów i pomnikiem “Adasia” (Adama Mickiewicza) a z drugiej – Ratuszem i wielką rzeźbą Głowy położonej w poprzek.  Wszędzie ludzie, wszędzie stoliki i kolorowe parasole, gwar młodych i starszych. Pulsujące serce miasta. W dzień i w nocy. 

Tym razem dorzucam kilka fotek nie z Rynku a z mniej popularnych miejsc Krakowa, choc równie „krakowskich” i równie pięknych: ściana prac artystów malarzy pod Barbakanem urzeka świeżym kolorytem na tle starego muru, na ławeczce na Plantach można „podyskutować” (co niniejszym usiłował uczynić mój mąż) z dwoma wybitnymi matematykami polskimi – Stefanem Banachem i Ottonem Nikodymem. Ich historia odkryć i dyskusji matematycznych została upamiętniona w tej rzeźbie. Podobno jeśli student tuż przed maturą z matematyki przysiądzie pomiędzy profesorami i z nimi podyskutuje – szczęście na egzaminie murowane! Na innym zdjęciu – „Cafe Mini” – kawiarnia, przy Grodzkiej w pobliżu ulicy Kanoniczej, w której serwują pyszne śniadania i lunche. I zaraz obok tego dnia odbywały się Targi Starej Książki, gdzie za 2 złote można było kupić książki z przeróżnych dziedzin. Niezwykle ciekawe tytuły i wydania! I co mnie bardzo przyjemnie zdziwiło – wielu zainteresowanych przeglądających, szukających i kupujących! A jednak – książka jest wciąż ŻYWYM towarem. I kawa w „Nowo-rollu” – to wielki sentyment – ulubiona kawiarnia mojej Mamy, miejsce spotkań jej z przyjaciółkami. 😄

Nasz apartament tym razem znajdował się na rogu ulicy Św. Jana i Rynku. Widok z okna był imponujący – wprost na fragment Rynku z Kościółkiem Św. Wojciecha i małą częścią Sukiennic, także na dorożkę czekającą na turystów chętnych na przejażdżkę po nocnym (albo dziennym ) Krakowie.    

Widok z okna naszego apartamentu. Z lewej – w nocy, z prawej – w ciągu dnia.

Ta część Krakowa jest w mej pamięci od niemal urodzenia (w końcu mój dom rodzinny, gdzie mieszkałam pierwsze 21 lat znajdował się 10 minut drogi od Rynku🤗). Rynek był i jest. Teraz inny niż 60, 40, czy 20 lat temu. Nowocześniejszy, piękniejszy, zeuropeizowany! Nic w tym dziwnego. Europa stała się jedną wielką otwartą krainą. Przynajmniej turystycznie… 

Tuż przy naszej bramie do apartamentu znajduje się mała kawiarnia RIO. Ktoś, kto nie jest Krakusem pewnie nawet nie zwróci na nią uwagi. Niepozorna, jeden czy dwa stoliki na zewnątrz. W środku stoły – ławy, dość wysokie, krzesła równie wysokie, okrągłe bez oparć. Wystrój bardzo minimalistyczny, nowoczesny. Bar – dobrze zaopatrzony. W szklanej witrynie widać wspaniałe kremówki, znane mi z czasów młodości szkolnej i studenckiej. Były też inne ciastka jak sernik, szarlotka, ale te kremówki ! od razu rzuciły mi się w oko i w smakowe pożądanie!

Wystrój wnętrza kawiarni RIO.W dali widać szklaną witrynę a w niej pyszne ciastka, w tym doskonałe słynne kremówki.
Moja poranna kawa z bitą śmietanką i kremówka w RIO

Kawiarnia RIO była od zawsze! To kultowe miejsce, pełne duszy krakowskich artystów! To właśnie w RIO przesiadywał Tadeusza Kantor, wpadał niemal każdego dnia na kieliszek „czystej” Piotr Skrzynecki. Uwielbiali to miejsce muzycy i uwiecznili je w swoich piosenkach: Maciej Muniak, Sikorowski, Kora. Do tej kawiarni – malutkiej, zawsze tłumnej, szarej od dymu papierosowego przychodzili wszyscy WAŻNI w świecie krakowskich artystów, obojętnie w jakiej dziedzinie. To była wizytówka Piwnicy Pod Baranami, Teatrów Krakowskich, Klubów Śpiewających. Właśnie tam od 1959 r. się bywało, jeśli nosiło się w sobie serce i duszę Artysty! Nie wiem czy kiedykolwiek RIO było nieczynne dla swoich specjalnych klientów..

Podobno ostatnimi laty obawiano się, że RIO zniknie z mapy Krakowa, ale nowy właściciel w 2022 r. przywrócił jej dawny charakter.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy już drugiego dnia rano wychodząc z naszego tymczasowego mieszkania, zobaczyliśmy siedzących przy stoliku na ulicy kilku Panów pijących małą czarną kawę i usłyszeliśmy w porannej ciszy ulicy piękną rzeczową i wielce zaangażowaną dyskusję o… Różewiczu, Herbercie. Aż podskoczyłam z wrażenia, bardzo chciałam przystanąć i podsłuchać dalej.. Trochę nie wypadało, zwłaszcza, że mój mąż zauważył, że Panowie do porannej kawy zamiast ciasteczek mają po kieliszku „czystej”…

Postanowiliśmy następnego dnia także iść do RIO na poranną kawę (bez wódeczki) ale za to z kremówką! Znów to samo towarzystwo siedziało przy swoim stoliku, tym razem z nimi była elegancka kobieta, także mocno zaangażowana w literacką dyskusję. Byłam oczarowana. Jeden z mężczyzn miał siwe rozwiane włosy, inny lekki, pewnie jedwabny szalik, nonszalancko przerzucony przez ramię.. Wewnątrz było kilka osób, tam w dyskusji prym wiodły panie.

A my całkiem miło i ciekawie pogaworzyliśmy z panem obsługującym w barze. Chętnie opowiedział nam co dzieje się w RIO teraz, zachwycony, że jesteśmy zaznajomieni z legendą tego miejsca. To był fantastyczny poranek! A dla mnie dodatkowa „literacka” nutka krakowskich odwiedzin.

Drobne i większe zmiany zachodzą wokół niemal codziennie. Krakowianie już nawet nie zauważają tego. Taka ciekawostka – śmiesznostka! Zaraz pierwszego wieczoru moja szwagierka powiedziała mi, że zlikwidowano sklep z torebkami, bardzo eleganckimi, który na ulicy Grodzkiej pamiętam od czasów, gdy byłam jeszcze w liceum.  Torebki z tego sklepu były obiektem moich marzeń, westchnień przez dziesiątki lat. Potem, gdy wyprowadziłam się z Krakowa do Sosnowca, w czasie powrotów zawsze przechodziłam tamtędy i zaglądałam na wystawę. Torebki zmieniały styl, kolory, piękne gatunki skóry, ale zawsze były! I były cudne! Ceny były jak z kosmosu, ale później, gdy zamieszkałam w Stanach, trochę się już “zmniejszyły”… Nie pamiętam, czy kiedyś w końcu kupiłam sobie torebkę z tego sklepu czy po prostu przestały mnie tak bardzo fascynować.  Ale przyznam, że gdy dowiedziałam się, że to tylu dekadach sklep zniknął, zrobiło mi się smutno. To był taki “ważny” element mojego Krakowa. 🤔🙂

Ja wybrałam torebki skórzane włoskiej produkcji. Przyznaję – miałam duży problem z podjęciem decyzji, wszystkie były ładne, wszystkie mi się podobały! 😀

Ale już następnego dnia inna moja przyjaciółka zabrała mnie do nowego sklepu z torebkami na tej samej ulicy, który okazał się bardzo ciekawy w ofercie. Całkiem (dzisiaj!) dostępny cenowo na moje możliwości, choć nie tani. Jedyny problem jaki miałam, to zdecydowanie się, które torebki (i ile ?!) wybrać. Czyli – próżni być nie może, nawet w takiej kwestii. Na Grodzkiej znalazł się dla mnie nowy sklep torebkowy, który serdecznie paniom polecam 😉 (panom też- świetny prezent dla pań). 

W tym roku dwie zmiany krakowskie zwróciły moją uwagę. 

Całe moje (“pierwsze krakowskie życie”) mieszkałam na Łobzowskiej, a okna wychodziły na studencka bursę – tak wtedy nazywał się stary akademik ze stołówką, gdzie ruch studentów mieszkających tam i przychodzących tylko na obiady był przez całą dobę. Zawsze lubiłam obserwować przez okno, co tam się dzieje.. 

Nieco dalej, tuż za murem był ogród kościoła Karmelitów i widać było kościół a właściwie jego tylną ścianę. To właśnie do tego kościoła przez wiele lat chodziliśmy każdej niedzieli całą rodziną na niedzielną poranną mszę, dopóki nie wyrosłam na tyle, by chodzić do kościoła już w innym towarzystwie. Była to tylko jedna przecznica od naszego domu. Kościół znajdował się na rogu ulicy (także) Karmelickiej i Garbarskiej. To był rytuał rodzinny każdej niedzieli.  Ulica choć nie była szeroka, była ruchliwa, środkiem jeździły tramwaje.  Po drugiej stronie była ulica, a wzdłuż niej koszary wojskowe. Pamiętam, że w lecie w pootwieranych oknach zawsze jacyś młodzi, świeżo upieczeni wojskowi zaczepiali dziewczyny zagadując do nas w rozmaity sposób. 

Jestem dumna, że mogłam stanąć pod ścianą niedaleko mojego rodzinnego domu, z takim oto tekstem poetyckim…

Wyjechałam z Krakowa mając 21 lat i jakoś już nie kojarzę, co działo się później w tamtej okolicy, choć w czasie powrotów często przechodziłam okolicznymi ulicami. Podobno koszary już dawno zburzyli, potem był jakiś parking, jakaś budka z kebabem.. ogólnie nieciekawie. 

Kilka miesięcy temu, chyba na początku lipca, na tej przestrzeni sięgającej od Karmelickiej, tuż na przeciwko Kościoła, wzdłuż ulicy Rajskiej czyli na miejscu gdzie kiedyś (w mojej pamięci) były koszary aż do następnej przecznicy stworzono Park imienia laureatki nagrody literackiej Nobla, krakowskiej poetki, Wisławy Szymborskiej. Park jest niesamowity! Tuż po przeciwnej stronie Kościoła Karmelitów wykorzystano wielką skośną  ścianę domu, a na niej umieszczono mural ze słowami jednego z najpopularniejszych wierszy Poetki “Nic dwa razy się nie zdarza”. Mało tego, wokół znajdują się powiększone kopie rysunków samej Szymborskiej, którymi własnoręcznie ozdobiła kiedyś jeden ze swoich tomików. Mało kto o tym wie, że Szymborska oprócz pisania, także trochę rysowała. 

PARK, który mnie zachwycił- pomysłem, emocjami i wykonaniem.

Park już nowy, zieleni w nim dużo, ale bardzo świeżej dopiero zasadzonej. Pierwsze rozkwitnięte kwiaty, pierwsze lilie wodne w oczkach wodnych. Za rok pewnie rozkwitną, rozrosną się. Pomiędzy nimi są ławeczki, na których z przyjemnością przysiadają przechodnie, by odpocząć w atmosferze poezji. 

Tu i ówdzie wystaje duży kamień, a na nim wyryte… kilka słów rzuconych luźno z jakiegoś kolejnego wiersza… To tak inspirujące słowa, trzy-pięć, że natychmiast musiałam znaleźć resztę tekstu wiersza. I natychmiast wiedziałam, że nieprzypadkowo się tam znalazł.. Każde zdanie przekazuje nam coś istotnego. Cały ten Park przemawia do nas jak książka, jak poezja wyzierająca “się niechcąco” spomiędzy kwiatów, zza krzaka i z  trawy. 

Ludzie siedzą na trawie pod parasolami i wchłaniają w środku miasta atmosferę poezji i literatury. Na końcu Parku, jest jeszcze jeden mural, a na nim młody Człowiek unoszący splecione kwiaty jak latawiec. Przesłanie poezji biegnie w Świat.. Takie moje odczucie 🤔.

Nowy „kawałek” (ze starym poetyckim duchem) Krakowa. Pięć, może siedem minut od mojego rodzinnego domu… Czy mogłam kiedyś zamarzyć o takim literackim prezencie? 

I jeszcze inne miejsce krakowskie, które dzięki naszym Przyjaciołom zobaczyłam w całkiem nieznanym mi wizerunku. Zakrzówek, bo tak nazywał się od zawsze ten kawałek podkrakowskiej ziemi.  Od dawna ta część Krakowa była w mojej pamięci miejscem, które należało omijać z daleka. Niby jeziorka/stawy blisko miasta, trochę zieleni, ale zawsze tak zaniedbane, zarośnięte, opanowane przez “meneli” – zwykłych chuliganów, pijaczków, że strach było pokazać się w okolicy. A już w jesieni czy wczesną wiosną to nikt rozsądny w te okolice się nie zapuszczał.

Przyjaciele i świadkowie ślubu nigdy nie zawodzą (nawet po 49 latach…) – śniadanie- niespodzianka!!

I oto tak po prostu – w dzień 49 rocznicy naszego ślubu, zupełnie niespodziankowo, po pysznym i pięknym wspólnym śniadaniu nasi Aniołowie zabrali nas na dawny Zakrzówek!  Oczom nie wierzyłam! Czułam się jak na południowych wyspach w okolicach eleganckich “Resorts “ – Spa, plaż, tras do biegania, spacerów pięknymi zadbanymi ścieżkami, alejkami wśród kwiatów, ładnie zagospodarowanych trawników, ławek dla tych co, życzą sobie chwilę odpocząć. Obszar tego Parku Natury, który ma służyć Krakowianom “do rekreacji kontemplacyjnej i fizycznej” (tak napisano w opisie Parku) jest ogromny, położony na  górkach Tynieckiego Parku Krajobrazowego. W dole rozciąga się wielkie jezioro, zagospodarowane z kilku stron i przystosowane jako kąpieliska, miejsce kajakowe, plaże itp. 

Widok z góry jest imponujący!!  Trasa, którą można dookoła całego obiektu  przejść spacerkiem, przejechać na rowerze, desce, jest długa i pięknie przygotowana, zabezpieczona. Już nikt nie musi się bać, że spadnie ze skały wprost do wody, jak to się zdarzało  często w czasach mojej młodości. 

To było miejsce strachu. Tam się NIE chodziło!! 

Jestem oczarowana taką zmianą! Podobno Park otwarło w czerwcu 2023 roku a my byliśmy tam na początku września.  Przez pierwsze tygodnie sprzedawano tylko po dwa tysiące biletów na wejście i to na dwie godziny, bo tak dużo ludzi było chętnych. Wcale się nie dziwię. Miejsce jest fantastyczne. No i póki co – czyste, świeże, zadbane. Miejmy nadzieję , że tak zostanie. 

Na dole nie byłam, plażowe miejsca widziałam z góry, z daleka, ale resztę Parku obeszliśmy z przyjemnością i z DUMĄ, że tak wiele dobrego może “wyrosnąć” na miejscu, które w mojej pamięci było skazane na niedotykanie, niekojarzenie go z miastem Kraków.   

A jednak – są ludzie, którzy zmieniają świat na lepszy. Mój Kraków staje się piękniejszy nie tylko na Rynku.  I to mnie cieszy ogromnie! 

Trzy POKOLENIA: nasi bracia, żony, moi bratankowie, ich żony, dzieci… Jakże życzyłabym sobie, by świadomość tej więzi pozostała w młodym pokoleniu naszych rodzin po obu stronach Oceanu…

Mój Kraków to także i przede wszystkim  LUDZIE. To galleria tych, którzy są dla mnie ważni. To układanka spotkań, rozmów,  uścisków, uśmiechów, wspólnych obiadów, wypitych kaw, kieliszków wina, pytań i łapania na nie odpowiedzi – jak żyją, jak ich rodziny, jak dzieci, jak zdrowie… Chciałoby się zapytać o wszystko, zapamiętać każde słowo. 

Nie da się. Jest za mało czasu, za dużo emocji, za wiele chaosu.  Ale zawsze są spotkania. 

Ludzie, których spotykam w Krakowie są dla mnie jakby z różnych “kręgów” czasowych. Łączą mnie z nimi różne – inne relacje.  Rodzina. Przyjaciele od młodości do dzisiaj. Przyjaciele z “ławy szkolnej” z którymi wciąż udaje mi się trzymać kontakt.  Każdy z nich, na swój sposób odpowiada na moje zawołanie: “Hej, będę przez kilka dni w Krakowie! Czy się zobaczymy?”  

Jak spotkać się z 25-35 osobami, z których każda jest inna i ma inne motywacje, by mnie zobaczyć. Jak ułożyć sześć dni życia, by moje serce znalazło dla każdego to, co chciałabym im przekazać i dać..

Przyjaciele, których poznałam w końcówce lat 60-tych. Przyjaciele ze studiów męża i wspólnych lat mieszkania w Sosnowcu, przyjaciele z Houston i Krakowa.. Setki wspomnień, które łączą na zawsze.
Z moją Chrześnicą Olą i jej rodziną. Najmłodsza, Helenka ma dopiero miesiąc.
Przyjaciele ze szkolnej ławy przewijają się w moich wspomnieniach często. Niektórych znam jeszcze z podstawówki. Aż dziw, że życie wciąż przecina nasze ścieżki życiowe! 😀

Zamazane portrety. Nigdy w pełni i nie do końca wyraziste.  Nigdy nie ma czasu na wypełnienie całego planu, który miałam w sobie. Znów – następnym razem…

Następnym razem, choć nie wiem kiedy pojadę na dłużej, może na długo. 

Następnym razem – będę miała dla siebie czas. Będę rozmawiać, niekoniecznie tylko w restauracjach i spiesznie przy kawie. Może na spacerze, może pojadę w góry, może odwiedzę Sanok. Może usiądę na ławce na Plantach. I nie będę miała trzech spotkań dziennie, gdzie kochane twarze mieszają mi się w głowie, zamazują mi się rozmowy z nimi. Może nie pamiętam tego, co było ważne. Mam wyrzuty sumienia, że nie postarałam się bardziej. Ale – przecież to ja przyleciałam do Krakowa, to ja zorganizowałam te wspólne chwile. Dlaczego więc czuję się “niespełniona”? Jakbym nie dokończyła jakiegoś planu emocjonalnego, który we mnie siedział i oczekiwał pełnego spełnienia…

Rozumiem, że to być może, tylko mój punkt czucia. W końcu moi bratankowie czy dawni koledzy z klasy cieszą się, że spotkaliśmy się, że mieliśmy okazję chwilę razem pobyć. Rozchodzimy się, bo każdy ma swoje życie i jest dobrze.  I miło. Tak miało być. 

Jest jeszcze coś innego. Coś głębszego. Czego nie udało mi się spełnić. Nie dopracowałam moich portretów. Nie wszystkie. Coś zostawiłam na później… 

Tylko, że to później może być już daleko. A ja chciałabym galerię portretów bliskich memu sercu poukładać sobie tak, ja jak potrzebuję..

************************

Z sentymentu do przeszłości (znów nie mogę się opanować🤔) przypomnę piosenkę „Mglista piosenka o moim Krakowie” – o krakowskiej kawiarence RIO (i nie tylko) w wykonaniu Andrzeja Sikorowskiego


BACK

Przybiegły do mnie o poranku – migotki wigilijne..

30 grudnia 2023

Jest prawie 5 rano, 24 grudnia, 2023 roku.

Obudziłam się i spojrzałam na sufit, tam mój nowy budzik wyświetla godzinę czerwonymi numerkami. Nie muszę nawet podnosić głowy. Ledwo drgną mi powieki i już wiem, która jest godzina. Zazwyczaj tak wcześnie nie zaczynam dnia od rozmyślań. W ogóle nie zaczynam dnia tak wcześnie. To nie mój czas na rozpoczynanie nowego dnia, nawet gdyby to miała być pierwsza kawa. 

My- rodzina – wigilia 2023

Ale dziś jest ten jeden wyjątkowy dzień w roku. Jak śpiewały w swej piosence “Czerwone Gitary” – …Dzień, zwykły dzień, który liczy się od zmroku..”  

Taki, który znamy wszyscy od kołyski, w którym gasną wszystkie spory.. I w którym chcemy być wszyscy razem.

WIGILIA

Dla mnie to dzień rozmyślań, wspomnień, łez tych dobrych i tych smutnych. Dzień, w czasie którego zbiera się we mnie dużo niepokoju i nadziei – nieograniczonej i niewypowiedzianej wdzięczności. I żalu, że coś minęło, a ja najprawdopodobniej przeoczyłam coś bardzo ważnego..  

Mam za sobą 70 wigilii i oczywiście nie pamiętam wszystkich. I nie pamiętam szczegółów. A jednak dziś o świcie naszły mnie migawki chwil wigilijnych z mojego długiego już życia, które zapamiętałam bardziej niż inne. Widocznie te szczegóły wigilijne były emocjonalnie specjalne. Choć każda wigilia jest w naszym życiu ważna, to jednak coś maleńkiego, jakiś szczegół, jakaś chwila, ciepła emocja albo odwrotnie – nieudana i smutna – była tak silna, że utkwiła w pamięci jak wstrząs zadany silnym porażeniem prądu, na wieki. 

Pamiętam wigilie, kiedy padał śnieg i było zimno. W domu pachniało świeżą choinką. Nie było światełek, tylko świeczki w metalowych podstawkach przyczepianych na gałązki. Rodzice zapalali świeczki tylko na czas trwania kolacji wigilijnej i pilnie obserwowali, żeby choinka się nie zapaliła. Właściwie to używaliśmy słowa “drzewko” nie choinka.. Cukierki, które wisiały na drzewku były opakowane w cieniutką kolorową bibułkę pociętą na paseczki na końcach. Środek był opakowany w “złotko”. Były bardzo dekoracyjne. Czekoladki natomiast – jeśli rodzicom udało się takowe zdobyć na święta, były wieszane już bez dodatkowego opakowania.  Złotko oryginalne wystarczyło, by dawać ładny odblask w migoczących świeczkach. 

Przez cały grudzień robiliśmy ozdoby choinkowe. Uwielbiałam te wieczorne chwile. Jeżyki, pajacyki, łańcuchy…

Pamiętam wigilie, gdy przyjeżdżali do nas goście z Gdańska. Rodzina ze strony Mamy. Czasem jedna ciocia, czasem inna. W małym dwupokojowym mieszkaniu, przy stole, który dziś wydaje mi się, że ledwo mieścił cztery osoby, spędzaliśmy radośnie wigilijną kolację w osiem, dziewięć osób i wcale nie było nam ciasno!

Mało tego – spaliśmy wszyscy w dwóch pokojach, bo nikt wtedy nie pomyślałby nawet, żeby ktoś z rodziny szedł nocować do hotelu! Rano szykowaliśmy świąteczne śniadanie, biesiadowaliśmy cały dzień, szliśmy na długi spacer wokół krakowskich Plant. Potem znów zasiadaliśmy do obfitego obiadu, zjadaliśmy ogromną ilość słodkości upieczonych przez Mamę. I jeszcze trzeba było wymyć naczynia, bez gorącej bieżącej wody.. Jak to wszystko było możliwe? 

Pamiętam wigilie, które po tradycyjnej rodzinno-domowej, kończyły się długim spacerem z przyjaciółmi harcerskimi. Szliśmy wszyscy razem do kościółka na Bronowicach w Krakowie, na pasterkę o północy. Nie wiem jaki to naprawdę jest dystans, ale maszerowaliśmy na piechotę chyba około godziny. Śnieg iskrzył się i skrzypiał pod nogami. Nigdy nie pamiętam, żeby NIE było śniegu…

A po pasterce udawaliśmy się do pobliskiego lasu, a tam stawaliśmy w kręgu wokół małego ogniska, które chłopcy szybko rozpalali z przyniesionych w plecaku drewien. Przyciszonym głosem śpiewaliśmy kolędy i stosowne do okoliczności piosenki harcerskie. Każdy z nas przynosił jakiś malutki kąsek z wigilijnego stołu i tym dzieliliśmy się w kręgu przyjaźni. Najbardziej pamiętam pokrojone jabłka z miodem i kutię. 

Potem wracaliśmy długo i powoli do domu, już w małych grupach. Te noce wigilijne to jedne z najpiękniejszych moich wspomnień czasów młodości. Mimo zimy, mrozu, śniegu czuliśmy w sobie rozpalający ogień przyjaźni, radości 🤗

Pamiętam wigilie, gdy już byliśmy „świeżym” małżeństwem i zamieszkaliśmy w Sosnowcu. Nasze rodziny przyjaźniły się, spotykały się od czasu do czasu. Na święta zawsze przyjeżdżaliśmy do Krakowa, co zwłaszcza jak już dzieci pojawiły się na świecie, nie było łatwą wyprawą. W grudniu, z pieluchami, butelkami, zapasem ubranek itd. Pewnego razu zaproponowaliśmy rodzicom,  żeby zrobić wspólną wigilię, bo ułatwi nam to bardzo  bieganie pomiędzy dwoma domami.  

No i mimo, że sens i cel był wspólny – z jakiegoś powodu wigilia się nie udała. Rodzice byli niezadowoleni, a my następnego roku wróciliśmy do dwóch osobnych tradycji i biegania z jednego domu do drugiego, jedzenia podwójnych potraw i nigdy (zwłaszcza u moich rodziców) nie mogliśmy posiedzieć spokojnie i dłużej na ich wigilii.

Ale dziś rozumiem, że nic nie jest bez powodu. Nie wiedzieliśmy wtedy, że tak szybko wyjedziemy z Polski i już nigdy takich wigilii nie będziemy mieć.  To co pozostało mi w pamięci z tych nocnych “maratonów” na sankach pomiędzy wigiliami w dwóch rodzinnych domach – to krótka historia, która miała się szybko i na zawsze skończyć. 

Nie mam żadnego zdjęcia z wigilii ale zachowało się kilka (bardzo kiepskich zresztą ) zdjęć z pobytu w Wiedniu. Rok 1985

Pamiętam wigilię, kiedy na zaproszenie mojego szwagra i jego żony,  pojechaliśmy z mężem do Wiednia. W tamtych czasach wydawało nam się to wielką okazją i piękna szansą zobaczenia tego miasta. Rzeczywiście Wiedeń w Boże Narodzenie jest magiczny. Dla nas, Polaków w czasach komuny, wypad w „wielki świat” w porze świątecznej to była niezwykła chwila. Dzieci były jeszcze małe, mogły zostać z rodzicami – jednymi i drugimi dziadkami – w Krakowie. Dziadkowie się zgodzili, zrobili wigilię i święta z wnukami, a my – choć spędziliśmy fantastyczny czas w Wiedniu z rodziną brata męża – nie mogliśmy sobie znaleźć miejsca w wigilię! 

Czułam się okropnie! Choć wiedziałam, że moje dzieci są pod dobrą opieką, że nic im nie brakuje, to do dziś  nie mogę sobie wybaczyć, że wybrałam siebie, a nie rodzinę i dzieci. 

Tak, wiem, że byliśmy też z rodziną, że nic złego się nie stało.. A jednak – do dziś dźwięczą mi w uszach słowa mojego teścia, gdy po naszym powrocie powiedział: “już nigdy nie zostawiajcie dzieci z nami i nie wyjeżdżajcie na święta! “   Może ktoś powie i to całkiem logicznie, że w życiu bywa różnie i wcale nie musi być zawsze tak samo. Ja to wszystko wiem i rozumiem. A jednak – coś zgrzytnęło, coś zostało w pamięci niemiłego. I tak już pozostanie..

Taką wigilię – z czołgami na ulicach też przeżyłam w swym życiu.

Pamiętam wigilię w 1981 r, w mroku stanu wojennego. Był karp i choinka, którą Mama przywiozła pociągiem z Krakowa (bo choinka musi być!! 🙂) Wciąż nie wiem jak ona to zrobiła, przecież był zakaz podróżowania i opuszczania swoich miast…

Siedzieliśmy w Sosnowcu sami, chyba pierwszy jedyny raz bez rodziny w czasach, kiedy przez 16 lat mieszkaliśmy w Sosnowcu. Dziś wydaje mi się, że tę wigilię spędziliśmy z przyjaciółmi, bo ciężko było wysiedzieć w domu samym. Udawaliśmy “normalność” a daleko było do tradycji, radości i spokoju wewnętrznego. Wiedzieliśmy, że tak samo czują nasi najbliżsi, że to samo myślą i przeżywają ten wieczór tysiące Polaków w tysiącach innych domów. Nie mówiąc już o tych, co znaleźli się w obozach internowanych. To była bardzo smutna i trudna wigilia. 

Pamiętam śmieszną wigilię (przed-wigilijną!) – pierwszą naszą w Ameryce. Na kilka dni przed wyjazdem na święta do Indiana State, gdzie wówczas przebywał brat mojego męża ze swoją narzeczoną (i właśnie po świętach miał się odbyć ich ślub) zamieszkaliśmy w Houston na krótka chwilę w “pożyczonym” od znajomych apartamencie.  Po zaledwie czterech miesiącach pobytu w Stanach byliśmy wciąż zagubieni, nie znaliśmy zbyt wielu ludzi, obyczajów a bardzo chcieliśmy mieć coś “naszego- polskiego”. I podzielić się tym z kimś bliskim. Wymyśliłam wigilię – z malutką choinką ubraną wstążeczkami z kolorowego papieru. Kupiłyśmy jeden sznurek światełek w sklepie spożywczym „Fiesta”, moja córka jakoś dogadała się na temat karpia (który okazał się być zupełnie INNYM  karpiem niż ten nasz polski..) Ale pan nam rybę wypatroszył, wyczyścił, pokrajał i wyszła całkiem dobra. Ugotowaliśmy jakiś barszczyk i coś tam jeszcze i wymyśliliśmy drobne prezenty, sama nie wiem co to mogło być – bez pieniędzy, bez możliwości jeżdżenia autem (mieliśmy wtedy jedno auto, którym mój mąż pojechał tego dnia do pracy, a nam została okoliczna spożywcza Fiesta i może jeszcze jakieś sklepy do których można było zawędrować na nogach.🙂 Rozumiem, że wiele osób nie zwróci na to poprzednie zdanie uwagi, ale ci co mieszkają w Houston wiedzą, że tutaj się NIE chodzi! Tu trzeba pojechać autem, żeby dojechać do sklepów, by kupić normalnie, jak ludzie kupują – zwłaszcza prezenty, na które trzeba mieć trochę czasu i pomysłu.  

Zaprosiliśmy  wówczas jedynych bliskich ludzi, z którymi zdążyliśmy się zaprzyjaźnić i chcieliśmy się z nimi podzielić opłatkiem. Ciekawe jest to, że mieliśmy opłatek, choć dzisiaj absolutnie NIE pamiętam skąd ja go mogłam mieć! Ale miałam. I pamiętam dokładnie, że było to dla nich wielkie zaskoczenie i dla nas też wielkie wzruszenie.  Całe to spotkanie było w stylu polskim, spontaniczne, bez planowania, bez umawiania się wcześniej. Nasi goście nie mieli pojęcia, że to będzie namiastka wigilijnej tradycji. I chociaż zdarzyła się kilka dni przed 24-m grudnia, wbiła mi się mocno w pamięć. I myślę, że nie tylko mnie. 

Szkoda, że nie upamiętniliśmy tamtego spotkania ani jednym zdjęciem😒

Pamiętam wigilie z moją Mamą tutaj w Houston. Cieszyła się zawsze z gotowania, dekoracji, wielkiej choinki, nowej sukienki, gości. Z inności tutejszych świąt a równocześnie z ich polskości. Uwielbiała nasze towarzyskie spotkania kolędowe. Zaprzyjaźniła się szybko z naszymi przyjaciółmi i znajomymi. Była z nami szczęśliwa. 

Pierwsza wigilia z moją Mamą – rok 1991- kilka miesięcy po śmierci Taty.
Wigilia w 1992r. Mały apartament, tymczasowe byle jakie meble. I goście polscy z San Francisco. I babcia HELENKA Bardzo szczęśliwa wigilia!

Gościliśmy też moich Teściów. Raz jeden udało nam się ich ściągnąć tutaj. Myślę, że los był dla nas łaskawy, że mogliśmy przeżyć taką wigilię z nimi w Houston. Był rok 1995 

Zwłaszcza, że była to już ostatnia wigilia i ostatnie święta Taty..

Kilka lat temu mieliśmy dwie wigilie – jedną 10 dni wcześniej , bo Córka z rodziną wylatywała na święta do Tajlandii. Oczywiście, rozumiem, że to długa podróż. Jeśli się pracuje, dzieci chodzą do szkoły – trudno jest wygospodarować czas inaczej na zorganizowanie takiej wycieczki. 

Ta wigilia odbyła się 16 grudnia 2019 roku, u Kasi w domu. Wszystko było wigilijne.A jednak.. 24 grudnia – kilka miejsc przy stole było pustych... 🙁

Byliśmy więc razem, były wigilijne potrawy, była polska tradycja, była rodzinna atmosfera. Były prezenty i wszystko co powinno. 

Jedyna amerykańska wigilia w zmniejszonym gronie

A .. 24 grudnia – tradycyjnie – świętowaliśmy wigilię z Synem i jego rodziną. Brakowało jakby pół rodzinnego ogniwa… Ja wiem, że to się musi kiedyś stać! Jestem normalnie zdrowo myślącą starą kobietą. Wiem, że chłopcy kiedyś założą swoje rodziny, że dzieci mają już inne plany, że przyjdą lata kiedy naturalnie wigilie będą w innym składzie i może będą zupełnie inne, a może nawet samotne… Wiem i – godzę się z tym. W głowie. Ale czy moje serce jest gotowe?..

Wciąż jednak ogromnie cieszę się kiedy zasiadamy przy stole wszyscy razem! Gdy krążymy z opłatkiem i mówimy sobie i tylko sobie kilka ważnych słów. Gdy objadamy się, jak każe tradycja, dwunastoma i więcej potrawami, choć pękamy “w szwach”. 

A potem  chłopcy biegają na zewnątrz domu udając, że szukają na niebie sań z pędzącym Mikołajem, a my w pośpiechu wykładamy „setki” prezentów pod choinkę. 

I Santa- Wnuk w czerwonej czapeczce ogłasza imiona obdarowanych i bawimy się, że na pewno w tych największych pudłach to jest .. “toothbrush” a w tych małych to zapewne “Whisky”.. Wszyscy się cieszą, zajadają desery – najlepiej małe ciasteczka, te zawsze mają największe powodzenie. No chyba, że wybiera Dziadziuś – to wtedy kutia jest na pierwszym miejscu! 

Zdjęcie z wigilii „osiedlowej” – było nas tak dużo że młodzież miała swój stół. Ale weranda domu Ani i Rysia była tak duża, że mieściła nas wszystkich razem!

Były wigilie tłumne, w gronie przyjaciół, gdy chciało nam się z wielkim rozmachem organizować i gotować na dwadzieścia i więcej osób. Takie spotkania też miały swój urok. Nazywaliśmy te wigilie „osiedlowymi”. Mieszkaliśmy w kilka rodzin blisko siebie i przyjaźniliśmy się. Później, gdy dzieci dorastały, rozsypywały się do różnych szkół, każda rodzina powoli miała swoje plany i nieco inne priorytety.

Bywało i u nas dużo gości. Miejsce tradycyjnie przygotowane dla zbłąkanego gościa niejeden raz było zajęte, choc niekoniecznie gość był „zbłąkany” (a może zabłąkany?!) 😀. Na wigilię nikt nie powinien być sam. Zapraszaliśmy polskich studentów, zapraszaliśmy przyjezdnych tymczasowo profesorów z Polski, koleżanki i kolegów naszych dzieci, znajomych.. Wszystkich, którzy w takiej chwili potrzebowali ciepła rodzinnego i przyjacielskiej dłoni. Niektórzy byli z nami na wigilii przez wiele lat.

Boże! Daj mi szansę zapamiętać  jeszcze wiele wigilii. Nawet jeśli nie pamiętam ich ze szczegółami. Nawet jeśli każdego roku powtarzamy tak wiele tych samych wigilijnych elementów..

Dobre Życie, spraw proszę, by moja rodzina – gdziekolwiek kiedyś będzie, miała własne wigilie, równe piękne i wartościowe. Równie ważne dla nich i ich rodzin. 

To jest moje życzenie wigilijne 2023 – dla mnie i dla wszystkich moich BLISKICH.

                💕🎁🌟

Po takim życzeniu aż ciśnie się „na ucho” ciepła wigilijna piosenka. Jest ich bardzo wiele. Najpiękniejsza i wszystkim znana, to wspomniana juz na początku piosenka Czerwonych Gitar ” Jeden dzień w roku” – uwielbiam ją! ( odsyłam do mojego wpisu z 4 grudnia 2021 roku 😀🎶) Dziś wybrałam nieco mniej popularną ale równie wzruszającą:

Feel- „Gdy wigilia jest!” miłego słuchania!


BACK