Jest takie popularne powiedzenie w języku angielskim: ” The sky’s the limit”.
Wersje tego sloganu ma kilka albo nawet kilkanaście wariantów, czasami nawet sprzecznych ze sobą. Jak wszystko w naszym życiu, każda wersja zależy od zakrętu, na którym się znajdujemy, od nastroju, od tematu, do którego potrzebujemy dostosować tę sentencję.
Niebo nie ma limitu. Niebo jest nieograniczone. Niebo pomieści nasze marzenia, plany, działania. Niebo jest dla wszystkich: dla silnych ludzi i dla tych co zgubią się na chwilę i szukają drogi powrotu na właściwą ścieżkę. Niebo jest w dzień i w nocy. Jasne i słoneczne albo ciemno-granatowe rozświetlone tysiącem gwiazd. Ponure, zakryte chmurami albo radosne i ciepłe.
Niebo jest dla każdego z nas. Obiecuje nadzieję tym, co nie boją się fruwać i otuchę tym, co potrzebują być otuleni ciepłem białych chmur.
Niebo jest nadzieją dla ludzi. Jeśli sięgniesz marzeniami odważnie wyżej niż niebo, osiągniesz wszystko, czego pragniesz. Spełnią się twoje marzenia…
Tak opowiadały bajki czytane w dzieciństwie przez Mamę i Babcię, tak zachęcają nauczyciele do nauki najmądrzejszych uczniów. Nie ma limitu, jeśli czegoś bardzo chcesz. Limit jest tam, gdzie wyznacza go twój wzrok i twoja myśl.
To tyle tytułem ładnego wstępu.
A jak ma się do tego życie? Moje życie, moje doświadczenia i przemyślenia? Pewnie trochę inaczej niż twoje. Pewnie także inaczej dzisiaj i zupełnie inaczej wczoraj czy 40 lat temu. No i zapewne moja pamięć dziś już nie ogarnia pojęcia limitu z tamtych lat.
Dziś, gdy moje życie ma już na koncie długą listę zdarzeń dobrych i gorszych, doświadczeń zaplanowanych i całkowicie przypadkowych, zwykłych małych codziennych i wielkich, które w dominujący sposób zaważyły na moim losie wiem, że wszystko ma swój limit.
Limit w życiu jest trochę jak limit na karcie kredytowej. Najpierw myślimy, że w danej kwestii mamy mały “limicik”, potem okazuje się, że nie jest źle, nasz limit rośnie, czujemy jak potrafimy wycisnąć go jak sok z cytryny. Mamy sukcesy, zbliżamy się do przysłowiowego nieba…
Mamy swój “właściwy czas” – właściwe miejsce na ziemi, właściwy moment wciąż trwa.
Ale gdzieś powoli czai się granica, pojawia się nagle i znikąd – limit. Limit, którego już nie potrafimy pokonać.
Ile razy zdarzyło się tak w naszym życiu? Ile zdarzeń zakończonych sukcesem, zrealizowanym marzeniem, a ile takich, gdy zatrzymaliśmy się na ścianie?
Dlaczego tak się dzieje? Co jest przyczyną tych naszych życiowych limitów? Tak naprawdę to wszystko może być limitem. Warunki zewnętrzne, na które w pewnym sensie (ale tylko częściowo) nie mamy wpływu jak np. miejsce urodzenia, stan finansowy rodziny, środowisko szkolne, historia rodziny…
Ale przede wszystkim my sami – MOJA osobowość. Siła mojego umysłu, moja wrażliwość, moje wykształcenie, oczytanie, otwarcie na potrzeby drugiego człowieka, siła woli wypracowana we własnym umyśle, sztuka nieulegania złym ludziom, nałogom, umiejętność odróżniania dobra od zła itd, itd.. Można by wymieniać jeszcze godzinami. Wiadomo, nikt z nas nie posiada tych cech naraz, ani w jednym czasie. Ich potrzeba posiadania, w zależności od sytuacji w której się znajdujemy, pojawia się i znika. Odnaleźć właściwy limit we właściwym momencie – to niełatwe zadanie życiowe. Nie usprawiedliwiam tu ani siebie, ani nikogo innego. Po prostu wiem, że nie zawsze nam się udaje, choćbyśmy bardzo się starali.
Najtrudniej dla człowieka jest, gdy limit wybuduje się mam w zakamarku mózgu. I to tak głęboko, że sami już nie możemy sobie z tym poradzić. Takie limity najczęściej ujawniają się w relacjach międzyludzkich, w małżeństwach, związkach partnerskich, głębokich i długotrwałych przyjaźniach, relacjach pomiędzy rodzicami i dorosłymi dziećmi. Nawet najbardziej dojrzali, inteligentni i mądrzy ludzie, którzy w innych warunkach podjęliby rozsądne decyzje, w momencie gdy sytuacja dotyczy osobistego skomplikowanego układu, popełniają błędy nie zdając sobie sprawy z konsekwencji dla obu stron.
Plakat z filmu „Granice wytrzymałości”- jednego z wielu opowiadającego o ludzkich limitach sił fizycznych i psychicznych..
Znów wrócę do literatury i filmów, bo takie problemy to “wspaniały” materiał literacki czy filmowy. Tematy do dyskusji na forach psychologicznych, szansa dla terapeutów, by pomóc tym, którzy nie potrafią wyjść z toksycznych związków.
LIMIT to czubek wysokiego drzewa, które rozrasta się w dziesiątki gałęzi: emocji, bólu, poczucia własnej małej wartości, niespełnionych marzeń, zazdrości, braku godności, żalu o przeszłe nieudane działania, złości, którą często nosimy w sobie, a nie umiemy się do tego przyznać i wiele wiele innych.
Pojawia się emocjonalne uzależnienie. Rozrasta się w nas “drzewo limitu” – czasami przez wiele lat. Nie zdajemy sobie sprawy, że dotykamy przysłowiowej ściany, a to co wydaje nam się wyjściem, naprawdę jest prowizoryczną ucieczką wraz z bocznymi “gałęziami” wad, które coraz bardziej przeszkadzają nam żyć.
Biegasz? – masz limit czasowy na 3 mile, na maraton, Podnosisz ciężary?- masz swój limit na wyciskanie iluś tam kilogramów. Piszesz książki – masz limit pracy umysłowej przy komputerze.. itd. Jak to mówią dobitnie i po polsku (ale bardzo jednoznacznie!) “wyżej d… nie podskoczysz! “
Wszystko ma swój limit i każdy ma swój limit! Można go zmieniać wiele razy w życiu. Można nad limitem życiowym pracować. Nad tym fizycznym i tym w naszej “głowie”. Nie poddawać się i rozumieć, że mój limit może być blisko nieba.
Ale niebo po prostu jest! A człowieczy limit bywa każdego dnia inny. I nigdy nie jest dany na zawsze.
Jest wielu ludzi, którzy żyją po prostu z dnia na dzień. Nie zastanawiają się nad sobą i nad innymi wokół siebie. Nie mają potrzeby robić zbędnych analiz psychologicznych, ulepszać siebie czy ułatwiać życia innym ze sobą. Takim ludziom pewnie łatwiej poruszać się pomiędzy ludźmi, ale z nimi niełatwo przebywać.
Młodzi ludzie mają bardziej otwarte podejście do życia, mniej kompleksów i zawiści. Ludzie starsi, zmęczeni doświadczeniami, wieloletnią pracą, często są zgorzkniali, zazdrośni, mają kompleksy, ukryte niespełnione marzenia, rożne frustracje, które się ujawniają w dziwnych sytuacjach. Nie, nie będę szczegółów opowiadać choć mogłabym dużo podać przykładów. Wszyscy takie znajdujemy na własnym podwórku.
Zasadniczo nie lubię statystyki i wykresów, bo wyzute są emocji, ciepła i nazwijmy to.. ludzkich pierwiastków. A jednak – bywają przydatne, by uzmysłowić nam rysunek tego, co opisowo każdy z nas odbiera w nieco inny, osobisty sposób.
Trzy pokolenia silnych kobiet w naszej rodzinie.
Gdyby nasze życie zapisywało się linią taką jak wykres pracy serca na EKG, łatwo byłoby nam odczytać, że w chwilach najwyżej położonych punktów na wykresie “coś” na drodze życiowej się wydarzyło. Ten punkt szczytowy to “ściana” – limit naszej wytrzymałości. Punkt, którego już nie możemy przekroczyć. Granica nie do przekroczenia. Moja granica. Może jeszcze nie twoja. I nie jego, nie jej…
Moja Synowa take należy do grona silnych kobiet. „Mocną ręką” trzyma życie rodzinne pod kontrolą.
Należę do kobiet silnych. Jak większość kobiet w mojej rodzinie. Moja Mama była silna kobietą i poradziła sobie z wieloma bardzo trudnymi sytuacjami. Moja córka jest też silna. Nie wiem czy to tak do końca dobrze. Pewnie tak, choć czasem, przyznaję, chciałabym być słabą kobietą, którą chociaż przez chwilę silny mężczyzna zaopiekowałby się jak dawny rycerz z pięknej bajki… Ale bajki to bajki, a w życiu trzeba sobie radzić. I tak radzimy sobie, my kobiety, od pokoleń. Widać – znacznie lepiej niż panowie. Choć jak widać, żadna z nas feministką do końca nie jest i każda z nas faceta koło siebie ma.
Takich momentów mamy wiele w życiu, a przynajmniej kilka. Czasem zauważamy je szybko a czasem zapieramy się, zamykamy oczy, zatykamy uszy i nie chcemy o nich wiedzieć. Bywa, że radzimy sobie sami i szybko, bywa i odwrotnie…
Mój życiowy wykres wiele razy uświadomił mi, że limit mi się wyczerpał i trzeba było coś zmienić. Wiele razy zmieniałam, postanawiałam, walczyłam. Udawało się, czasem na dłużej, czasem na krócej.
Choć wydaje nam się, że starzejąc się maleją nasze siły, nie mamy już ochoty na zmiany, na walkę, że poddajemy się, tracimy poczucie własnej wartości i powoli jest nam wszystko jedno.
Ze zdziwieniem odkryłam niedawno, że tak nie jest. Im więcej mam doświadczeń i im dłużej zastanawiam się nad sobą i moim życiem, tym mocniej budzi się we mnie poczucie, że chcę jeszcze przeżyć kilka dobrych lat “po swojemu”. Bez uzależnienia, bez poczucia limitu, bez smutku i tolerowania tego, czego NIE lubię obok siebie.
Powoli rozumiem, że nietolerowanie tego, czego nie lubie, nie jest równoznaczne ze jestem samolubna, bo NIE jestem. Chcę żyć zgodnie z moimi wartościami, to znaczy, że nie muszę się zgadzać na to, co mi nie odpowiada.
Tolerancja, to pogodzenie racji obu stron, a nie tylko JEDNEJ. Kompromis to wielka sztuka i muszą ją opanować obie strony, niezależnie w jakim są związku!
Wykres życia ma nie tylko punkty ekstremalne na czubku wykresu, ale także takie, które znajdują się na samym dole. Depresje – dołki życiowe. Okropne chwile – łzy, koszmarne sny albo brak snu, manie prześladowcze, strach, nerwowe bicie serca, spocone ręce.. Bywało, że trwało to kilka dni i udało się pozbierać w “jedną całość”.
Bywa, że potrzebna jest pomoc bliskiej osoby, życzliwej przyjaciółki albo po prostu terapia fachowa obcego, terapeuty czy psychologa. Życie zapętli się czasem tak mocno, że nie dajemy rady. I takie doświadczenia też dotykają… Wszystko jest ludzkie, wszystko może się wydarzyć.
Świat tak jest urządzony, że psychologia czy matematyka, statystyka czy medycyna, literatura czy psychiatria – wszystko splata się razem i współgra w człowieku, dla człowieka i o człowieku. Choćbyśmy wmawiali sobie, że nas to nie dotyczy, że nic nas to nie obchodzi i udawali, że jesteśmy tak wybitną i niezależną jednostką ludzką, iż ze wszystkim możemy poradzić sobie sami – nie uwierzę.
Niebo jest jedno i dla wszystkich. Piękne i nie ma limitu. Ale limit jest indywidualny dla każdego z nas. I operowanie nim jest tak trudne, jak trudny i skomplikowany jest mózg i…serce każdego z nas.
p.s Sentencje i zdjęcia znalezione w necie (oprócz rodzinnych)
Żyję w świecie normalnym, jak większość ludzi. Każdego dnia moje zmysły napotykają wrażenia dotyku, smaku, koloru, muzyki. Odczuwam każde drgnienie liścia, każdy dźwięk przejeżdżającego samochodu, płaczącego dziecka, bicia mojego serca. Jestem taka jak inni. A przecież jestem inna.
O swej inności najczęściej myślimy wtedy, gdy patrzymy w lustro, gdy przemawia do nas obraz wewnętrzny. Porównujemy siebie, myślimy o swej inności, czasem z pozytywnym odczuciem a czasem wręcz przeciwnie. Pojawia się w nas frustracja, negacja, złość i zniechęcenie. Patrzymy na siebie – normalnych zwykłych ludzi w kontekście takich samych, którzy codziennie nas otaczają.
Jak często zastanawiamy się, że na świecie żyją ludzie, którym los poskąpił jakiejś części elementu “ludzkiego” wyposażenia? Są wśród nas tacy, którym nie dane było od urodzenia zobaczyć słońca, kolorów, piękna przyrody, twarzy matki. Pośród nas żyją tacy, którzy nigdy nie usłyszeli żadnego dźwięku. Ani własnego płaczu, ani wołania matki, ani muzyki, ani krzyku przerażenia. Czy taki ktoś jak ja, jak ty, potrafi sobie wyobrazić istnienie a raczej współistnienie człowieka niepełnosprawnego z naszym “normalnym” światem?
Nikt – tylko ci, których los wybrał do zmagania się z tym problemem co dzień.
Rozważania nad tym tematem naszły mnie po obejrzeniu dwóch filmów wyświetlanych niedawno na Polskim Festiwalu Filmowym w Houston: “Sonata” i “Ikar. Legenda Mietka Kosza”.
Nie są to pierwsze filmy, które dotykają takich tematów (zresztą w zupełnie różny sposób) i nie jest moją intencją wystawić im laurkę czy napisać recenzję. Raczej – podziękować twórcom, że dzięki tym filmom wróciło do mnie kilka ważnych wspomnień i przemyśleń. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wcześnie zetknęłam się z problemem głuchoty. Zupełnie przypadkowo moja Mama dostała pracę jako księgowa w Spółdzielni Inwalidów Głuchoniemych “Trud” w Krakowie. Wprawdzie w samym biurze nie zatrudniali pracowników głuchoniemych, ale już w zakładzie produkcyjnym tak. Miałam chyba siedem lat, gdy Mama poszła do pracy i nie za bardzo orientowałam się w tym organizacyjnym systemie, ale za to szybko okazało się, że Mama zaangażowała się w pracy społecznej i zaczęła udzielać się między innymi w organizowaniu imprez mikołajkowych w szkole specjalnej dla dzieci głuchoniemych. Tam jako mała dziewczynka spotkałam dzieci niesłyszące, używające języka migowego i w zupełnie instynktowny, naturalny dla dzieci sposób zorientowałam się, że te dzieci bawią się tak samo jak my. Śmieją się, biegają, ba – nawet przygotowały kiedyś przedstawienie jasełkowe! Szybko dotarło do mnie, że mogę z tymi dziećmi bawić się tak samo jak z moimi koleżankami, muszę tylko nieco zmodyfikować swoje rozumienie ich mowy i sposobu porozumiewania się. Oczywiście, nie było to długo trwające doświadczenie. Kilka razy, kilka godzin, bo potem już wyrosłam z tej tradycji, ale zapamiętałam gdzieś głęboko w mojej podświadomości, że głuchota nie musi być wielka przeszkodą w radości rozumienia świata..
Wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że co innego jest porozumiewanie się między ludźmi, zabawa na podwórku, a co innego inne formy słyszenia jak np. odbieranie dźwięków muzycznych, dźwięków ostrzegających przed niebezpieczeństwem, odgłosów natury itp. Wszystko to przyszło z czasem, z doświadczeniami, które płynęły wraz z życiem.
Literatura i filmy setki razy przekazały nam obrazy fascynujące na temat ludzkich inności, niejednokrotnie wskazując na niesamowite umiejętności przystosowania innych zmysłów, by mogły zastąpić te, których czasem człowiekowi brakuje. A także jak drugi człowiek, stojący obok potrafi zrozumieć, dopasować siebie jako idealnie brakujący kawałek puzzla , by życie było znośne, normalne i dobre. Często historie te wzruszają do łez, poruszają najgłębsze struny człowieczeństwa, dają nadzieję, że potrafimy ułożyć życie nawet wtedy, gdy jest podziurawione.
Niestety – jest i druga strona “medalu”. Jest samotność człowieka niepełnosprawnego, brak wsparcia, poczucie odrzucenia. O tym też mówią filmy, malarstwo, powieści i fakty życia. O tym opowiada najnowszy film Macieja Pieprzycy “Ikar. Legenda Mietka Kosza”
Wiele lat temu, gdy byliśmy młodym małżeństwem mieliśmy bardzo dobrego kolegę, który był niewidomy. Był trochę od nas młodszy, ale bardzo wtedy przyjaźniliśmy się. Mądry, wykształcony, ukończył anglistykę (dzienne studia, a były to lata 80-te więc technicznie nie było to takie proste jak dzisiaj), oczytany, często spędzaliśmy czas razem w grupie wielu przyjaciół, którzy jako młodzi humaniści zafascynowani literaturą mogli na tematy literackie przegadywać całe noce. Nasz kolega czuł się w tym towarzystwie świetnie, nigdy jego ułomność go nie krępowała, śmiał się sam z siebie, a powiedzenie “ Co ty nie widzisz jak idziesz, ślepy jesteś, czy co?” – gdy gdzieś się obił o stolik, było dla niego zawsze przyczynkiem do wybuchu śmiechu i szybkiej inteligentnej riposty. Miał niesamowity zmysł organizacyjny, orientował się tak dobrze i szybko we wszystkim, że do dziś jest to dla mnie zagadką – JAK??
Szybko przyzwyczailiśmy się do jego “normalności”, choć gdy dzisiaj o tym myślę mam wątpliwości czy nasze reakcje były właściwe.
Pewnego razu, gdy już mieliśmy drugie dziecko, bardzo chcieliśmy mieć piętrowe łóżeczko dla dzieci. Podobało nam się takie z niemieckiego katalogu. Oczywiście, nie było mowy, żeby na początku lat 80-tych coś takiego znaleźć w Polsce! I wtedy W. zaproponował, że on ma kuzyna – stolarza gdzieś w połowie drogi pomiędzy Sosnowcem a Krakowem i zapyta go czy mógłby nam takie łóżeczko zbudować. Ucieszyliśmy się bardzo choć nigdy takiego doświadczenia jeszcze nie mieliśmy. Długo dyskutowaliśmy z W. jak to łóżeczko wygląda, opowiadaliśmy mu jakie jest, na czym nam zależy, opisywaliśmy obrazek. Zrobiliśmy wymiary i wysłaliśmy wszystko do kuzyna – stolarza. Po jakimś czasie pojechałam tam ze “Ślepym ” (przepraszam, że tak o nim mówię, ale tak go nazywaliśmy i tak on nazywał siebie) i łóżeczko stało skręcone, prawie gotowe. Oczywiście nie było pomalowane, to mieliśmy już skończyć w domu. Poza tym i tak trzeba je było rozkręcić, bo oczywiście do transportu miał nam posłużyć nasz “Maluch”. I wtedy W. zaczął przesuwać rękami, palcami po całym łóżku, po ramie, po połączeniach, po śrubach i “odczytywał” każdą najdrobniejszą niezgodność z planem! Tu krzywe, tu za krótkie, tu jest za pochyłe, to niedokładnie gładkie.. Już nie pamiętam, ale stałam jak oniemiała!! Nie mogłam pojąć jak to możliwe, że on to widzi!! Bo tak powiedział.. Ja to widzę. Przecież pamiętam z planu i “widzę”, że tu jest nie tak… I kuzyn się zgodził z jego uwagami i po kilku dniach wszystko poprawił. Łóżeczko naprawdę było idealne. My pewnie nigdy nie zauważylibyśmy tych niedociągnięć. To był tak niesamowity mebel, na owe czasy wzbudzał zazdrość wszystkich znajomych dzieci. Pomalowaliśmy je na kolor granatowo-biały i było piękniejsze nawet niż to na katalogowym obrazku. Przez wiele lat było to ulubione miejsce zabaw dzieciaków, które do nas przychodziły. Kto wtedy mógł mieć piętrowe łóżeczko? Takich “rarytasów” w sklepach meblowych jeszcze nie było..
Nie mam pojęcia jak w wyobraźni W. funkcjonował plan wymiarowy mebla, którego nie mógł nigdy widzieć, jak potrafił to wymierzyć, sprawdzić. Gdyby mi to ktoś opowiedział, powiedziałabym, że fajną opowiastkę wymyślił… ale ja naprawdę tam byłam! Ja to widziałam (własnymi zdrowymi oczami!) i nic a nic nie zmyśliłam!
Przeszukałam kolejny raz wszystkie przywiezione z Polski i zachowane po dziś dzień zdjęcia i nie znalazłam żadnego, gdzie zachowałoby się nasze piętrowe dziecięce łóżeczko. Cóż, w tamtych czasach niewiele zdjęć robiliśmy, a jeśli już, to z ważnych znaczących imprez, wydarzeń. Uwiecznianie drobnych zwykłych momentów nie było tak popularne i łatwe jak dzisiaj. 🙂
Później, gdy wyjechaliśmy do Stanów, nasze drogi rozeszły się, przez te wszystkie lata kontakt mieliśmy bardzo sporadyczny. Ale wiem, że facet założył własną firmę tłumaczeniową, ma żonę, dwoje dzieci i świetnie sobie radzi. Jeśli tak jak kiedyś z naszym łóżeczkiem, to nie mam wątpliwości, że świat mroku jest mu bardzo przychylny..
Ciekawy był także epizod muzyczny. Otóż – jak wielu ludzi niewidomych, los wyposażył W. w świetny słuch i nasz “Ślepy” kolega grał w zespole o nazwie Daily Jazz Combo albo bardzo podobnej, który zakwalifikował się (w latach 80-tych) chyba nawet dwa razy, do udziału w jazzowym festiwalu w Dunkierce. Nie pamiętam jak to się stało, ale W. wciągnął mojego męża na tłumacza i managera swojego zespołu. Wacek znał wtedy dobrze język niemiecki, często tam wyjeżdżał, no i był dobrym organizatorem, a taki wyjazd wymagał nie lada umiejętności i kombinacji, by go załatwić dla całego zespołu. Czasem nawet musiał być kierowcą, bo różne zdarzały się im przygody po drodze. 🙂 “Ślepy” grał na pianinie czy fortepianie a czasem na gitarze. Byli naprawdę nieźli i raz nawet przywieźli ze sobą drugą nagrodę, o ile dziś mnie pamięć nie myli.
Dlaczego po tylu latach naszło mnie wspomnienie naszego kolegi? Otóż, film o Mietku Koszu, młodym fenomenalnym muzyku jazzowym z końca 60-tych i początku 70-tych przywrócił mi w pamięci tamten epizod życiowy.
Dawid Ogrodnik w znakomitej roli Mietka Kosza.
Jakże różnie potoczyły się losy dwojga młodych ludzi dotkniętych podobnie przez los.
Z pewnością Mietek Kosz był muzykiem o nieprzeciętnym talencie, o wielkich możliwościach na karierę i piękne życie, ale na swej drodze od dzieciństwa spotykał odrzucenie, niezrozumienie. Z początku instynktownie próbuje sobie z tym poradzić, zbliżyć do ludzi, którzy wydają się mu życzliwi, ale z czasem przekonuje się, że jego kalectwo jest przeszkodą do bliskości, do traktowania go “normalnie”. Zdaje sobie sprawę, że pomimo swego geniuszu muzycznego (sam określa siebie “najlepszym”) nie potrafi pokonać konkurencji w zwykłych ludzkich poczynaniach, w zdobyciu czyiś uczuć. Coraz dotkliwiej odczuwa odrzucenie i coraz trudniej znosi samotność. Coraz częściej sięga po alkohol i staje się agresywny, niepogodzony z otaczającym go światem. Chciałby wznieść się ponad innych, ponad wszystko co go otacza. Muzyka pomaga, dodaje skrzydeł. Ale nie uszczęśliwia do końca… W wieku 29 lat Mietek Kosz wybiera dosłowny lot – lot z okna wysokiego budynku.. Nie wytrzymuje presji samotnego życia w świecie mroku, tylko w towarzystwie muzyki.
Nasz “ Ślepy” kolega, choć nie znam szczegółów z jego dzieciństwa, ale wiem, że podobnie jak Mietek nie urodził się niewidomy, ale stracił wzrok jako małe dziecko. Nie pamiętał obrazów realnego świata. Spędził dzieciństwo, a przynajmniej jego część także w szkole z internatem dla dzieci niewidomych w Laskach pod Warszawą. Dzielił ich czas. W. był młodszy od Mietka Kosza, poznaliśmy go w latach 80-tych i miał wtedy dwadzieścia kilka lat. Właśnie niedawno ożenił się, ukończył studia anglistyczne. Moja pamięć zarejestrowała obraz człowieka wesołego, zadowolonego, który umiał załatwić dziesiątki drobnych i większych życiowych spraw. Grał w zespole muzycznym, a więc realizował swoje pasje. Pamiętam moment, gdy otrzymali mieszkanie i jak się w tym mieszkaniu urządzali. Przypominam, że były to lata 80-te i nie było to wcale łatwe.
W. był jednym z nas, choć bardziej był kolegą mojego męża niż moim. Obracał się w dużym towarzystwie, uczestniczył w różnych naszych imprezach, wyjazdach. Oczywiście, że pomagała mu żona, oczywiście, że pomagaliśmy mu wszyscy. Ale, bez narzucania się, bez traktowania go jako “ułomnego”. Gdy byliśmy u nich w domu, jego żona wciąż wydawała mu jakieś polecenia: połóż sztućce na stół, zaświeć światło, podaj małe talerzyki… I on to wykonywał. Na początku mnie to krępowało, z czasem przywykłam, że mają to pomiędzy sobą poukładane.
Dwoje ludzi, dwa życia w mroku, dwa nieprzeciętne umysły. Dlaczego tak?
Nie odpowiem na to pytanie. A może… już częściowo odpowiedziałam?
Niezbadane są ścieżki, którymi przychodzi nam podążać. Nieznany jest los, który nas wybiera i który poniekąd my sami wybieramy. Nasze rodziny, nasi przyjaciele, nasza siła i odporność na bodźce zewnętrzne, potrzeba miłości, której bardzo pragniemy..
W tych przemyśleniach przypomniał mi się bardzo dawno oglądany film z Audrey Hepburn w roli głównej. Film jest z 1967 r. A ja pewnie widziałam go dobrych parę lat później. Tytuł “Doczekać zmroku”. Młoda niewidoma kobieta zostaje sama w domu. Na skutek zbiegu okoliczności lalka naszpikowana heroiną trafiła do jej domu, a bandyci desperacko chcą tę lalkę odebrać. Bandyci osaczają ofiarę i stopniowo różnymi odgłosami doprowadzają kobietę szaleńczego strachu. Jedyną bronią kobiety jest to, że potrafi ona znakomicie poruszać się w ciemności. Nie pamiętam dokładnie zakończenia filmu, bohaterka na pewno zostaje uwolniona, ale thriller trzyma przez cały czas w ogromnym napięciu, a przede wszystkim pokazuje fenomen radzenia sobie człowieka niewidomego w ekstremalnej sytuacji. Był to tak mocny film, że zapamiętałam go i jego przesłanie do dzisiaj.
Rewelacyjna obsada- na zdjęciu – główny bohater historii – Grzegorz (debiut Michała Sikorskiego) i Małgorzata Foremniak w roli jego matki.
Przesłanie filmu “Sonata” to przeciwieństwo Legendy o Mietku. Tam bohater nie słyszy w wyniku źle postawionej diagnozy w dzieciństwie i złego leczenia. Nie słyszy dźwięków, nie może nauczyć się mówić, nie może chodzić do normalnej szkoły. Za to ma rodziców, którzy nie mogą pogodzić się z takim wyrokiem. Walczą w każdy możliwy sposób, szukają innych możliwości, docierają do ludzi, którzy popierają ich w tej walce. Pokonują twardy nieludzki system aż w końcu po 14 latach udaje im się odwrócić zły los. Grzegorz okazał się mieć niedosłuch, a nie jak wcześniej zakładano, autyzm. Ta nowa diagnoza dzięki rodzicom i ludziom, którzy uwierzyli, że życie Grzegorza może całkowicie się zmienić, uruchomiła lawinę kolejnej, ale już innej walki o “nowego człowieka”. Determinacja głównego bohatera, jego rodziny i bliskich mu ludzi sprawia, że Grzegorz uczy się świata i życia w nim od początku. I nie jest to wcale łatwe. Nie przypomina historii z bajkowym zakończeniem. Ale warto było. Grzegorz przecież słyszy, słyszy coraz więcej i coraz lepiej, coraz piękniejsze dźwięki, aż budzący się geniusz muzyczny doprowadza do zagrania upragnionej Sonaty Beethovena…
Ta historia zdarzyła się naprawdę. I choć trudno w niej widzieć wielki “happy end”, jest szansą i drogowskazem dla podobnych przypadków.
Ja, Ty, My wszyscy, którzy urodziliśmy się bez wad fizycznych najzwyczajniej nie myślimy, że to mogłaby być nasza historia. Los mógłby naznaczyć nas.. Każda matka nosząc pod sercem przez dziewięć miesięcy swoje dziecko niejednokrotnie po cichu zadaje sobie pytania: a ma wszystkie rączki, ma dziesięć paluszków, ma oczka, uszka?… Głupie? Nie, niezupełnie. Patrząc na statystyki, pytania matek mają swoje uzasadnienie.
My mamy wybór. Słyszymy. Możemy słuchać muzyki, jakiej lubimy albo nie. Albo cokolwiek innego.
Gdy mieszkaliśmy w Sosnowcu w bloku, nasze “duże” trzypokojowe mieszkanie stykało się bezpośrednio z małym mieszkankiem jednopokojowym. Po przeciwnej stronie naszego było drugie większe mieszkanie. A więc za ścianą mieliśmy sąsiada, który mieszkał sam. Był bardzo miły, kilka lat starszy od nas. Gdy wracał z pracy codziennie około 16.00 natychmiast włączał telewizor i tak ten TV niezależnie co w nim nadawano i dla kogo, był włączony do późnych godzin nocnych. Na szczęście w tamtych czasach nie było programów całodobowych, więc przynajmniej w nocy mieliśmy za ścianą ciszę… Słyszałam głosy telewizyjne, gdy byłam w kuchni (przylegała bezpośrednio do pokoju telewizyjnego sąsiada) słyszałam je na klatce schodowej. Słyszałam, gdy było późno i cicho i u nas dzieci już spały i nikt nie rozmawiał. Kiedyś, gdy zaprzyjaźniliśmy się nieco bliżej, po prostu go zapytałam dlaczego zawsze na włączony telewizor i czy rzeczywiście cały czas ogląda wszystkie programy? Odpowiedział z uśmiechem: oczywiście, że nie! A potem spoważniał i dorzucił: nie mógłbym wytrzymać w pustym domu bez jakiegokolwiek głosu ludzkiego. Musi ktoś coś mówić. Cokolwiek..
Zapamiętałam tę jego odpowiedź.
A ja lubię w domu ciszę. Cokolwiek robię gdy jestem sama, lubię robić to w całkowitej ciszy. Nie włączam żadnej muzyki, nie słucham książki (jeśli słucham książkę, to nie robię nic innego!) Przeszkadza mi nawet dźwięk maszyny do mycia naczyń czy pralki lub suszarki. Muszę zamknąć drzwi do pralni. Czytanie książek, pisanie postu, przygotowanie zajęć z polskiego, czytanie recenzji, pisanie listów, układanie rzeczy w szafach – może to zabrzmi dziwnie, ale tylko moja dana praca i moje myśli mogą ze sobą współpracować. Wyjątek stanowi dzień wigilijny, kiedy praca w kuchni idzie mi dobrze przy dźwiękach polskich kolęd. Taki nawyk z dzieciństwa. 🙂
Moja przyjaciółka Nina ma zawsze w swoim domu włączoną muzykę. To jej pomaga się wyciszyć. Kiedyś, gdy o tym mówiła spodobała mi się jej argumentacja i myślałam, że się tego od niej nauczę. Była taka przekonywująca i zafascynowana swoją opowieścią. Ale nic mi z tego nie wyszło, wróciłam do swojej ciszy. Na koncerty też lubię chodzić tylko takie, które są kameralne, z niekrzyczącą muzyką. Najlepiej jazz, ballady, muzyka medytacyjna. Nigdy nie lubiłam wielkich muzycznych spędów, fanatycznego wrzasku, muzyki, która przypomina dziki krzyk. Moja głowa takich dźwięków nie potrafi przyjąć spokojnie.
Ale – wiem i zawsze powtarzam – ludzie są różni, więc lubimy różności.
Cieszę się, że moje oczy mogą widzieć wszystkie kolory świata. Uwielbiam ostre wyzywające odcienie i przenikające mocne światło. A przecież wiem, że wielu gustuje w spokojnych kolorach: szarości, bieli, beżach, bladym delikatnym świetle.
Dziękujmy Bogu, losowi i komukolwiek kto sprawił, że nie jesteśmy ułomni, niepełnosprawni. Mamy wiele problemów, bo kto ich nie ma. Ale brak słuchu czy wzroku nas ominął. Przez chwilę pomyślmy o tym…
p.s. wszystkie dołączone przeze mnie zdjęcia pochodzą ze stron internetowych i są kopiami plakatów lub zdjęć filmowych.
Kto z nas w dzieciństwie nie znał bajki o Pinokio? Każdy rodzic czytał ją swemu dziecku ku przestrodze i na tym przykładzie nauczał, czym jest kłamstwo, jakie może mieć konsekwencje. Wydłużający się nos Pinokia przy każdym jego kolejnym kłamstwie, to wizja, która prześladowała niejedno dziecko w dzieciństwie.
Pinokio był nieznośny, w czasie swej samotnej ucieczki popełnił niezliczone błędy, nieprzyjemne i złośliwe czyny wobec innych, a jednak stary stolarz Dżepetto – jego przybrany ojciec kochał go tak bardzo, że przebaczył mu wszystkie szkody i psikusy. Pinokio kłamał, jego nos każdym razem robił się coraz dłuższy, aż wreszcie doświadczenia życiowe a przede wszystkim miłość ojca nauczyły go, że warto być dobrym i żyć bez kłamania.
znalezione w sieci 🙂
Ładna pouczająca historia. Jedna z wielu, które młody człowiek powinien zapamiętać na całe życie jak drogowskaz z biblii.
Cóż… Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować.
W młodości przez długie lata miałam do pojęcia kłamstwa podejście bardzo “katolickie”. Sama przed sobą wstydzę się przyznać i chyba nie uzmysłowiałam sobie tego przez wiele lat, że kłamstwo kojarzyło mi się przede wszystkim z pojęciem grzechu. Długo miałam gdzieś w głowie zagnieżdżoną świadomość, że za każde wypowiedziane głośno kłamstwo czeka mnie kara i często byłam przekonana, że każde niemiłe zdarzenie, które przydarzyło mi się wkrótce po jakimś kłamstwie na pewno było “karą Bożą”. Nie mam pojęcia jak długo mnie to prześladowało i dlaczego. Kto we mnie wpoił takie przeświadczenie. Nie byliśmy przesadnie religijną rodziną, nikt mnie nie straszył piekłem, diabłem itd. A jednak.. Musiałam gdzieś natrafić na takie tlumaczenie, na taką wersję kary za kłamanie, nawet to najmniejsze dziecinne i zwyczajne. .
Czy kłamałam jako dzieckọ? Pewnie tak jak wszyscy. Dziś już tego nie pamiętam.
NIe pamiętam również, kiedy pozbyłam się wizji kary za kłamstwo. Później, jak każda nastolatka, funkcjonowałam bratając się z powszechnym sposobem mijania się z prawdą czy drobnymi kłamstwami potrzebnymi każdemu młodemu człowiekowi na użytek wygodnego życia szkolnego. Tak, tak – wiem jak to brzmi!!
W szkole, nie odrobiłam zadania – więc mówiłam, że zapomniałam zeszytu. Nie nauczyłam się poprzedniej lekcji, mówiłam, że poprzedniego dnia się źle czułam albo cokolwiek innego.. Małe kłamstwa, których nauczyciel nie mógł sprawdzić albo po prostu nie chciał… Pewnie był przyzwyczajony do takich uczniowskich wymówek. A potem takie i inne powody zamiast słowa “nie” otaczają nas w każdego dnia. Nas – bo wszyscy mijamy się z prawdą, kłamiemy, krążymy wokół istoty różnych informacji tak, by nie powiedzieć wszystkiego, a mieć poczucie, że jednak nie kłamiemy..
Czy wtedy czujemy się lepiej? Może. Zależy jak potoczą się dalsze losy owych historii. Nikt z nas nie jest idealny. Nieprawdą jest, że NIGDY nie kłamiemy. Nawet wtedy, gdy jesteśmy przekonani, że nasze kłamstwo chroni najbliższych, że tak trzeba, bo to mniejsze zło.
Istnieje dziesiątki rodzajów kłamstw. To nieodzowny element ludzkiego społecznego życia. Nie ma sposobu, by go uniknąć. Nawet najbardziej uczciwi ludzie, ludzie o duszach niemal krystalicznych czasami muszą unikać mówienia prawdy.
Moralność, kultura, zapętlone sytuacje życiowe, skomplikowana miłość, wybór między tzw. mniejszym czy większym złem – jakże często nie jesteśmy w stanie nawet wyobrazić sobie jakie dylematy doprowadzają nas do użycia kłamstwa jako broni. Broni ochronnej przed samym sobą, przed ośmieszeniem się, przed utratą autorytetu, przed kompromitacją, przed stratą ukochanej osoby…
Gdy kłamie polityk, nic nas to nie dziwi. Polityka żywi się kłamstwem i ludzie nie wysilają się nawet, by nazywać sposobu mowy politycznej inaczej. Kłamstwa polityczne brzmią jak specyficzny kod i tak już musi być. Tak było zawsze i tak będzie.
Ta karykatura celnie oddaje kłamstwa mediów 🙂 (znalezione w sieci)
Do hasła – “Telewizja kłamie” czy też prasa, już przyzwyczailiśmy się i raczej traktujemy je z pobłażaniem. Mamy miliony widzów, jedni wierzą w wiadomości płynące ze stacji FOX a inni z CNN. Wiadomo – ktoś kłamie, ale przecież nikt zbyt poważnie tych kłamstw “nie rozkminia” – jak to mówią teraz młodzi w Polsce. (Bardzo mi się to słówko podoba. 🙂 )
Dla mnie osobiście, istota i waga kłamstwa zaczyna się naprawdę tam, gdzie w grę wchodzi strefa bliskości, zaufania, więzów międzyludzkich. I nie myślę tu tylko o relacjach rodzinnych: mąż – żona, rodzic – dziecko, narzeczona – partner, ale także relacje w pracy, w przyjaźniach, w wyjątkowych sytuacjach jak np. długa przymusowa izolacja z kimś, wspólna tajemnica itd. Od lat jak fale rzeki, od czasu do czasu wracają do mnie natrętnie myśli jak ludzie radzą sobie z kłamstwami każdego zwyczajnego dnia. Jak ja sobie radzę? Jak radzi sobie każda bliska mi osoba? Dlaczego mimo, że wiemy iż niemal każdego dnia ściema, kłamstwo, pół- prawdy, mijanie się z prawdą czy jak sobie to nazwiemy – towarzyszy nam w różnych sytuacjach, nie dostrzegamy ich uwierania…
Oczywiście, wiem, że nie jestem kłamcą patologicznym, kompulsywnym. Nie jestem mitomanką, nie kłamię ot tak, dla samego kłamania. I większość ludzi także nie.
Wręcz przeciwnie! Należę do ludzi, którzy tak naprawdę nie umieją kłamać. Wiem, że najmniejsze kłamstwo “widać” na mojej twarzy bardzo wyraźnie, nie umiem sobie ze sobą poradzić, natychmiast czuje się źle i jestem absolutną zwolenniczką i wyznawczynią praktyki, że należy rozmawiać otwarcie, szczerze, mocno, choćby to miało boleć obie strony. Tak, prawdą też jest, że wielokrotnie przekonałam się, że to bolało, że cierpiałam potem długo, że nie zawsze szczerość uczciwość i PRAWDA jest lepsza od kłamstwa czy choćby połowicznej prawdy i manipulacji. A ja jednak – uparcie twierdzę, że przemilczanie z wygody, z chronienia siebie, ze strachu nie jest najlepszym życiowym wyjściem. Jest w pierwszej reakcji spokojniejsze, ale na pewno nie daje spokoju wewnętrznego. Przynajmniej mnie osobiście. Nieprzypadkowo ktoś kiedyś wymyślił powiedzenie, że “kłamstwo ma krótkie nogi”. Nie zdajemy sobie sprawy jak szybko czasami prawda wychodzi na wierzch, nawet w drobnych kłamstewkach, zupełnie niepotrzebnych, wypowiedzianych bez sensu… I wtedy to małe kłamstwo a może tylko półprawda – jest jak cierń wbity przyjacielowi, matce, komuś kto jeszcze przed chwilą nam ufał.
Większość ludzi woli spokój. Unika konfliktów. Nie chce konfrontacji z trudną sytuacją, nieprzyjemną prawdą dlatego wybiera przyjemniejszą “kłamliwą” wersję. Dlatego mijanie się z prawdą, tzw. małe kłamstwa, kłamstewka nie sprawiają kłopotu dla sumienia, nie są problemem. Są raczej wyborem między mniejszym czy większym złem. Rozumiem takie wybory … choć sama niezupełnie tak potrafię.
Badania psychologów i psychiatrów potwierdzają (tak kiedyś wyczytałam :), że takie zachowania stosują częściej introwertycy.. Ja natomiast jestem wybuchowa, otwarta, podejmuję decyzje dość szybko i nie lubię w sobie trzymać uczuć na uwięzi. Dlatego może kłamstwa nie leżą w moim charakterze i stąd mam więcej kłopotów i konfliktów z ludźmi niż inni.
Nie lubię prawić nieuczciwych komplementów, ale też nie jestem “niepotrzebnie niegrzeczna”.
Niedawno rozmawialiśmy o różnicach w zachowaniu wynikających z kultur np. polskiej i amerykańskiej. W jak różny sposób te zachowania odbieramy.
Gdy Amerykanin z uśmiechem i uprzejmością mówi “Hi, how are you?”, to tak naprawdę wypowiada standardową formułkę powitalna i nie za bardzo interesuje go odpowiedź, jak naprawdę czuje się ta druga osoba.. Odpowiedź: “ fine, ok, good” jest także odruchowa. Wcale nie oznacza, że tak naprawdę odpowiadający czuje się dobrze. Może właśnie ma duże problemy w domu, w szkole, może ma kłopoty, o których nie chce i nie będzie opowiadać. I tak pytający tego od niego nie oczekuje!
W polskiej kulturze – pytanie “Cześć, jak się czujesz?” oznacza znacznie głębsze zainteresowanie zdrowiem, samopoczuciem osoby, do której zwraca się pytający. I takie pytanie zazwyczaj mobilizuje do odpowiedzi bardziej szczerej, przynajmniej dwu- trzy-zdaniowej, informującej o prawdziwym samopoczuciu osoby zapytanej.
W Ameryce pytanie “How are you?” nie wymaga odpowiedzi ani specjalnego zwracania na nią uwagi. A w polskiej kulturze nie zadaje się takiego pytania za często, ale ale jeśli już, oznacza ono coś zdecydowanie głębszego i byłoby niegrzecznie nie odpowiedzieć takie pytanie. Czy zatem pytanie “How are you” i automatyczna odpowiedź na nie “good, fine”, nawet jeśli czujemy się źle i właśnie mamy np. covida – jest kłamstwem???
Oto przykład jak łatwo niechcący kłamać nawet nie zdając sobie z tego sprawy.. 🙂
A podobno ktoś obliczył, że każdy człowiek przeciętnie kłamie 13 razy dziennie (a tak w ogóle – ciekawi mnie bardzo jak to można wyliczyć ???)
Na wymyślnych kłamstewkach, intrygach, mijaniu się z prawdą opierają się dobre powieści, najlepsze filmy, od których słuchacz i widz nie może się oderwać. Można więc powiedzieć, że “kij ma dwa końce” i kłamstwo tez ma swoje “dobre” strony. A od czasu zalania świata falą internetowych kombinacji we wszystkich możliwych sferach życia – kłamanie i manipulacja nie ma granicy. „Uczymy” tego nasze dzieci, uczymy się tego w domu, w pracy, z dzień i w nocy.
Tyle, że takie kłamstwo jakoś nas nie boli. Boli to prawdziwe – osobiste. To, które dotyka nasze serce, oszukuje zaufanie i rani miłość, którą ofiarujemy drugiej osobie. Niezależnie kim ta osoba jest. Jesli jest dla nas ważna, przyłapanie jej na kłamstwie, nawet najmniejszym – dotyka, boli, łamie nasze zaufanie.
znalezione w sieci
Często zapominamy, wybaczamy. Albo wybaczamy, ale nie zapominamy. Kochamy dalej, bo wiemy, że nikt nie jest idealny.
Pamiętam kilka zdarzeń, z których dziś mogę się śmiać, bo były wybrykami młodzieńczych pomysłów, to jednak wspominając je, mam wciąż niesmak. I choć kłamstwa wyszły na jaw, bo niemal zawsze wyskakują wcześniej czy później, to musiały mnie wtedy zawstydzić mocno, bo do dziś je pamiętam.
Często chodziłam w młodości na prywatki (bo tak nazywały się za naszych czasów dzisiejsze party) i moi rodzice zazwyczaj nic nie mieli przeciwko temu. Wymagali tylko powrotu do domu o określonej godzinie (bardzo wcześnie, o 21.00!) i zawsze wypytywali mnie dość dokładnie kto będzie na tej prywatce. Znali moich znajomych, koleżanki i kolegów. Raz zdarzyło się, że chciałam zaprosić na imprezę chłopaka, którego poznałam na wakacjach (miałam może 15 lat). On był starszy ode mnie, mieszkał w innym mieście i – co tu dużo mówić – Mamie się od początku ta znajomość nie podobała. Ale ponieważ była to wakacyjna znajomość Mama nie przywiązywała do tego zbytniej uwagi. Tymczasem chłopak był dość natrętny, zaczął do mnie pisać listy i we wrześniu już przyjechał mnie odwiedzić do Krakowa. A ja, młoda i głupia, zaprosiłam go na prywatkę organizowaną w domu mojego kolegi.
Do dziś nie mam pojęcia w jaki sposób Mama dowiedziała się, że on tam był. Zaraz na drugi dzień zaczęła od niewinnych pytań jak tam było, jak bawiliśmy się itd. A ja brnęłam w opowieści, pomijając to, co było wtedy dla mnie najważniejsze. No i jak już rozentuzjazmowana kończyłam moje sprawozdanie o tanecznym wieczorze, Mama zapytała mnie o… Wojtka. Tak zwyczajnie, jakbym po prostu o czymś zapomniała, a ona w dobrej wierze chce mi przypomnieć. Myślałam, że zapadnę się pod podłogę, że spłonę ogniem żywym albo strzeli we mnie natychmiast porażający piorun. Nic nie powiedziałam. Nic nie potrafiłam jej wytłumaczyć. A ona nic więcej nie dopytywała mnie. Była smutna do końca dnia. A Mama rzadko bywała naprawdę smutna i dotknięta.
Nigdy tego nie zapomniałam. Lekcję zapamiętałam na zawsze. Tak mocno i tak głęboko, że do dziś wiem, co to znaczy zranić kogoś kłamstwem. I że nie musi być kłamstwo wielkiego kalibru by bolało. I wiem też, że czasem osoba dotknięta zapomni i wybaczy, a ta która zraniła, zapamięta na całe życie.
Zapamiętałam też historię wyjazdu wakacyjnego z moim mężem (wtedy jeszcze chłopakiem) gdy bardzo chcieliśmy wyjechać razem, a rodzice oczywiście nigdy nie zgodziliby się, żebyśmy pojechali ze dwójkę. Obie rodziny wiedziały, że jesteśmy razem, że chodzimy ze sobą, jeździmy na wakacje ale z grupą innych zazwyczaj harcerskich przyjaciół. I to było akceptowalne. Musieliśmy więc wymyślić jakąś wiarygodnie brzmiącą historyjkę, choć zdawaliśmy sobie sprawę, że (po cichu ) nasi rodzice najprawdopodobniej i tak w to nie uwierzą. Powiedzieliśmy, że wyjeżdżamy z kilkoma kolegami (znanymi rodzicom) nad morze – no i tu się zaczęły nieprzewidywalne schody! – bo moi rodzice z jakiegoś dziwnego zupełnie nieznanego mi powodu uparcie nie chcieli zgodzić się, żeby to był wyjazd “tak daleko!”) i kiedy w końcu oświadczyłam, że zmieniliśmy plany i pojedziemy na camping blisko Krakowa nad Jezioro Rożnowskie, to rodzice się zgodzili. Tak jakby to była jakakolwiek różnica z punktu widzenia wyjazdu “damsko-męskiego” młodocianych… bo chyba o to im chodziło. Pamiętam, że kupiliśmy nawet widokówkę z tamtych terenów, napisaliśmy pozdrowienia i kolega miał ją wysłać w odpowiednim czasie z okolic Rożnowa. Okrutne, prawda?? ..
Pakowanie wielkich plecaków i ruszamy dalej w drogę autoSTOP-em
A my sami pojechaliśmy najpierw pociągiem do NRD (tak, wtedy jeszcze takie coś istniało ) do Berlina, włóczyliśmy się po mieście a późnym wieczorem już w ciemności, jako że nie mieliśmy pieniędzy na camping, znaleźliśmy ładne trochę zalesione miejsce, gdzie rozłożyliśmy namiot i padliśmy wykończeni intensywnym dniem. Wczesnym rankiem obudziły nas dziwne dżwięki. Jakież było nasze zdziwienie (i przerażenie!) gdy okazało się, że malutki nasz namiot stoi sobie na środku pętli tramwajowej, które właśnie zaczynają swoją poranną pracę 🙂 . Chyba nigdy w życiu nie zwinęliśmy się tak szybko i tak sprawnie z “miejsca kempingowego”. Na szczęście nikt nas szybciej nie zwinął.
Nie wiem jakim cudem zachowałammaleńkie niewyraźne zdjęcia z tego wyjazdu. Myślę, że był to rok 1971 (może 72?) Byłam taka młoda .. i zgrabna! 🙂
Tego dnia dojechaliśmy pociągiem do pierwszego przystanku już po stronie polskiej a potem autostopem, co w tamtych czasach było bardzo modne, popularne i BEZPIECZNE – dotarliśmy do Świnoujścia i tamtej części wybrzeża Bałtyckiego.
To były piękne wakacje. Byliśmy biedni, ale dawaliśmy sobie radę. Trafiliśmy na Festiwal Kabaretów Studenckich i wtedy po raz pierwszy widziałam kabaret “Tey” z Zenonem Laskowikiem i Bogdanem Smoleniem. To było dla nas wielkie przeżycie! Poznaliśmy fajnych przypadkowych ludzi, przeszliśmy, przejechaliśmy autostopem wzdłuż wybrzeża długi kawałek pięknych plaż. Wszystko to na zawsze pozostało nam w pamięci.
Wróciliśmy do domów i wszystko było w porządku.
Aż pewnego dnia, po wielu latach, gdy już byliśmy małżeństwem, a nasze rodziny były zaprzyjaźnione, obie Mamy były u nas, rozmowa zeszła na te właśnie dawne wakacje. I jak to bywa we wspomnieniach – od słowa do słowa – moja Teściowa mówi: wiesz, jak oni byli nad morzem… a moja Mama na to: Nie! Oni byli nad Jeziorem Rożnowskim! No i tak kłamstwo wyszło na jaw! Tym razem długo mi zeszło na bieganiu na swych “kłamliwych nóżkach” ale i tak się wywaliło! 🙂
Jakość zdjęć fatalna, za to my piękni młodzi i szczęśliwi! Plaża w Świnoujściu
Na szczęście – upłynęło już wiele lat i obie Mamy potraktowały te sytuacje dość zabawowo i nawet nie dociekały dalszych szczegółów, z kim naprawdę tam byliśmy.. Ale i tak do tej pory myślę o tym z niesmakiem, choć… wiem, że pewnie i tak dziś zrobiłabym tak samo, bo inaczej wtedy się nie dało. A warto było, tamte wakacje wciąż we wspomnieniach są na wagę złota.
Są kłamstwa okrutne i i takie, których nawet nie zauważamy. Takie, które popełniamy w “dobrej wierze” i takie, które będą nas prześladowały długie lata. Niewinne mijanie się z prawdą, delikatne przemilczenia i ciosy zadane przemyślnie.
Czy to znaczy, ze wszyscy jesteśmy źli? Ależ skąd! Natura ludzka jest złożona i jej częścią są słabości charakteru. Staramy się żyć zgodnie z tym, co podpowiada nam serce, ale tyle czynników zewnętrznych, wrażeń, zmiennych nastrojów – wszystkiego co nas otacza, wpływa na nasze reakcje – jest tak wiele, że trudno czasem nad tym panować. I nie zawsze zagrywamy szczerze i uczciwie.
Człowiek rodzi się dobry. Człowiek jest dobry. A jakim staje się później w życiu – jest już jego wyborem. Okoliczności, warunki, dom, rodzina – wszystko to jest tłem dla naszych wyboru.
Wybiera nasze serce i umysł.
*********************
Na koniec- dla starszych przypomnienie, dla młodszych – trochę historii muzycznej z lat 60-70-tych. Sława Przybylska śpiewa balladę Bułata Okudżawy „Trzy miłości”. Trzecia zwrotka to „clou” dwóch pierwszych. Bułat Okudżawa był silnie związany z Polską i polskimi artystami takimi jak Osiecka, Młynarski, Przybylska i do dziś wielu młodszych artystów zawsze chętnie śpiewa i interpretuje jego piosenki.
Zapraszam również od odszukania i posłuchania brzmienia tej piosenki w oryginale i w wykonaniu Bułata Okudżawy (YouTube)
I znów kolejna jesień, kolejne spotkanie ze starymi przyjaciółmi, wyjazd w znane nam dobrze miejsca.. Niby tak samo jak kiedyś, przecież chcemy powtórzyć, chcemy sobie przypomnieć, odtworzyć, chcemy znów się nacieszyć tym, co kiedyś było fajne przyjemne i pozostawiło nam dobre wspomnienia. Tyle wspólnych dni za nami, tyle podróży, dni i wieczorów, przygód, przegadanych godzin przy winku, dobrym jedzeniu, imprezach spotkaniach.
I nic nie wychodzi już tak samo! Wszystko jest inaczej!
Jesień w Texasie wciąż zielona, żółta ciepła i słoneczna.
Tylko natura wciąż powtarza swój rytualny nieśmiertelny coroczny cykl. Jesień jest piękna. Zachwyca tysiącem kolorów, słońcem, które już nie dokucza upałem a uprzyjemnia każdą sekundę złotego obrazu wokół nas. Zanim zaczną się deszcze i zimne poranki, ponure smutne godziny zapowiadające coraz krótszy dzień – jesień oddaje nam swoje najpiękniejsze cuda. Takie właśnie chwytaliśmy tego ostatniego weekendu, gdy kolejny raz wybraliśmy się na wycieczkę w nasze Teksaskie górki czyli Hill Country. Okazja przy tym przyjemna, mogliśmy spędzić ten czas jeszcze raz razem, przez wiele lat jeździliśmy na wspólne wycieczki wakacyjne i spędziliśmy kawał życia podróżnego w różnych miejscach, w różnych okolicznościach i bardzo różnym czasie. Tym razem nasi przyjaciele zabrali ze sobą w tę podróż swoją przyjaciółkę, która przyleciała do Stanów po raz pierwszy i dla niej wszystko było ciekawe, nowe inne i warte “spojrzenia”.
Nie planowaliśmy żadnych szaleństw, powoli dreptaliśmy oglądając małe sklepiki z najdziwniejszymi towarami, które raczej zachęcały do oglądania niż do kupowania. Są trochę bezużyteczne, ale za to fajne, wymyślne, ciekawe. Aż dziw, że ludzie tworzą takie dziwolągi i uważają, że można je wystawić na sprzedaż. I jestem pewna, że są i tacy, którzy te dziwności kupują! Ja zresztą też się na coś tam skusiłam. Nie żeby cokolwiek było mi potrzebne, ale rozśmieszył mnie napis i żebym mogła go zapamiętać (pewnie by mi się to nie udało…) – po prostu kupiłam, bo tak mi się spodobał. 🙂
Myślę, że takich, podobnych i innych motywacji wydawania pieniędzy, a tym samym sensu egzystencji tych sklepików jest o wiele więcej.
A więc od lizaków, cukierków, dżemików słodko-gorzkich, przypraw przeróżnego rodzaju przez serwetki, dziwne maszynki – uproszczenia do krojenia owoców jarzyn, łyżeczki, serwetki, szmatki, ciuchy, wyroby drewniane, biżuteria, perfumy… można by wymieniać bez końca! No i jeszcze antyki – czyli przeróżne starocie o nie bardzo określonym wieku ani wartości ale jak się cos komu podoba i pasuje to czemu nie kupić?? A pooglądać zawsze można..
Jednym z bardzo popularnych zwyczajów są sklepiki oferujące przez cały rok pełny asortyment świąteczny. Do wyboru do koloru!
Obserwowałam snujących się ludzi – dość dużo jak na taką małą miejscowość. Młodzi i starsi i całkiem “starsi”:). Jedni biegający żwawo, poruszający się lekko i z dużym zainteresowaniem zmieniający sklepiki na miejsca z winami i możliwością ich testowania, na lodziarnie i kawiarnie, gdzie szybko można przysiąść na chwilę i wypić kawę. Potem wejść do restauracji na dłuższą chwilę i zjeść dobry obiad. I znów popędzić małymi uliczkami i dotrzeć nad rzekę by tam napić się margarity w meksykańskiej restauracji na zewnątrz albo skorzystać z dużych ciężkich stołów i ław w lokalnej piwiarni. Wszystko to działo się w Wimberley, TX gdzie spędziliśmy wspólne piątkowe długie pół dnia.
Tyle, że niestety my w tym tłumie biegającym byliśmy raczej jak stare wolno przesuwające się “żółwie”. Szło nam o wiele wolniej niż kiedyś i co mnie mocno zmartwiło – także z dużo mniejszym entuzjazmem i zainteresowaniem.
Kiedyś nasi panowie byli jak “papużki-nierozłączki”. Biegali razem, znikali z oczu, nagadać się nie mogli. Dziś – jacyś spokojni, przysiadający na ławeczkach, bez dawnego polotu, humoru… Czas mijający nieubłaganie, dystans, który nas teraz dzieli, inny sposób życia – wszystko to wyraźnie każdego z nas zmienia.
Czy jestem zła? Jestem! Na siebie, na nas wszystkich, na starość, której nie da się ujarzmić. Na tych, którzy poddają się jej szybciej niż można i na tych co się bez sensu buntują – jak ja..
Codzienność płynie tak szybko, że nie daje nam zauważyć prostych zmian jakie dzieją się w nas i wokół nas. Nie dostrzegamy, że starzejemy się i tracimy każdego dnia małą cząsteczkę siebie takiego jakim byliśmy wczoraj. Zmieniamy się fizycznie i psychicznie. Tracimy zapał, energię, radość. Nie zauważamy tego co umyka nam w każdej mijającej sekundzie. Także co umyka nam wraz z ludźmi, którzy byli nam bliscy, a którzy z tego samego powodu oddalają się od nas.
Powoli idziemy każdy własną drogą – bo zmęczenie, bo niechęć do wysiłku, bo “może jutro to zrobię, jutro o tym pomyślę, jutro będzie mi łatwiej…”
Nie będzie…
Nasze winko czerwone
Następnego dnia pojechaliśmy do jednej z wielu winiarni w Hill Country. Nie jest to wprawdzie Kalifornia i wina nie smakują tak jak te z Napa Valley, Sodoma Valley czy Mendocino w Kalifornii, ale własne texaskie też mamy. 🙂 Wybraliśmy ciekawą, bo chcieliśmy pokazać naszej koleżance coś specjalnego teksaskiego..
Winiarnia – położona pięknie wśród starych rozłożystych drzew, stoliki, gdzieniegdzie nawet kanapy i niskie mniejsze stoliki, mała scena i samotny “kowboj” z gitarą. Muzyka i piosenki oczywiście country! W ładnie urządzonym budynku można skorzystać z “ wine tasting” , posłuchać o produkcji miejscowych win, spróbować kilka z nich. Obejrzeliśmy wnętrze winiarni sympatycznie urządzone i przystosowane do różnego rodzaju imprez, które tam pewnie często się odbywają. Spotkaliśmy zresztą grupę młodych kobiet, wśród których jedna miała biały welon. Zapewne był to wyjazdowy koleżeński bridal shower, jakich wiele tradycyjnie organizuje się w Ameryce.
Bardzo miły leniwy spokojny odpoczynek!
A na zewnątrz atrakcją tego miejsca były dwa duże charakterystyczne w Ameryce food-track-i czyli jeden stary piętrowy czerwony autobus przysposobiony i urządzony jako bar, w którym kupiliśmy dwie butelki miejscowego wina – białego i czerwonego. Dostaliśmy kieliszki i wybraliśmy sobie stolik w cieniu z dobrym widokiem na miejscowego kowboja – artystę. Drugi autobus, równie śmieszny, spełniał rolę szybkiej restauracji, w której zamówiliśmy dwie pizze (byliśmy w tej winiarni już kiedyś z mężem więc pamiętaliśmy, że oprócz innych równie dobrych przegryzek do winka, pizzę serwują znakomitą znakomitą!) Na bardzo cienkim cieście (kto takiej nie lubi!) – obie pizze, choć ich dziwnych nazw nie zapamiętałam – były doskonałe. Chociaż po śniadaniu serwowanym w domu przez naszych panów (brawo, brawo!!! W końcu obaj NIE-kuchenni!! To im się liczy podwójnie!) nie byliśmy specjalnie głodni, ale dwie pizze ochłonęliśmy bez oporów. Nawet ci co wina nie pili. 🙂
Był to bardzo leniwy segment naszego wycieczkowania. Cisza jesienna choć z muzyką country, leniwe słoneczko… Jakoś za bardzo nie chciało nam się zbierać w dalszą drogę. Wszystko było na zwolnionych obrotach. W planie było dużo więcej – wyszło jak wyszło.
Potem pojechaliśmy do miejscowości słynnej jako wizytówka Texasu – Gruene.
Miejsce malutkie a tłum niebywały! Okazało się, że trafiliśmy na festiwal win (zupełnie wypadło nam z głowy, że to przecież długi weekend, bo w poniedziałek jest “Columbus Day”). Jedna czy dwie ulice a przejście nimi jak w największej metropolii świata :). Byliśmy już zmęczeni a przecież trzeba było zaglądnąć do słynnego “General Store”, gdzie wszystko JEST!! I co trzeba zobaczyć i co możesz sobie kupić i co możesz spróbować, obejrzeć i podziwiać nie mając pojęcia do czego TO może służyć.. Nasi goście mieli chyba już dość chodzenia, staraliśmy się przemieszczać w kierunku Gruene Hall, najstarszego budynku w tej miejscowości – z 1878 roku. Budynku, który od początku służył i do dziś pełni tę samą rolę – jako miejsce spotkań towarzyskich, randek, luźnych rozmów biznesowych, występów muzycznych, tanecznych i wszelkich potańcówek.
Mieliśmy pecha, trafiliśmy na moment kiedy właśnie skończyło się granie a wieczorny koncert zaczynał się dopiero o 8.00 czyli za dwie godziny. Ludzi wprawdzie było pełno w środku budynku, przy długich stołach i ciężkich ławach było gwarno i szumnie. Młodzi i starsi pili piwo, bo tylko to chyba jest tam dostępne, za to w przeróżnych barwach i “maściach”. Przypuszczam, że jest to bardzo popularny sposób spędzania czasu przez miejscowych w tym miasteczku, a także każdy turysta chce tam zajrzeć i posmakować tej atmosfery i piwa, choćby było byle jakiej jakości. Tyle, że… nasi goście nie mieli na to ochoty. Rozejrzeli się wokół, na muzykę nie trafiliśmy, piwa pić nie chcieli, zdjęcia i obrazki artystów gościnnie występujących w tym Hallu, wywieszane i zbierane pewnie od wielu dziesiątek lat nie sprawiły na nich wrażenia. Cóż, starsze pokolenie nie jest specjalnie zainteresowane historią muzyki amerykańskiej „texasko-wiejskiej” country z poprzedniego stulecia 🙂 🙂 Trochę się temu nie dziwię.
Poszliśmy obok do restauracji, która pamiętaliśmy z naszego poprzedniego pobytu, położonej na wysokim brzegu rzeki Guadalupe, gdzie na kilku poziomach roztacza się piękny widok na tę rzekę i okolicę.. Restauracja Gristmill River jest bardzo ładna, zbudowana na bazie ruin z 1878 roku, tuż obok charakterystycznej wieży ciśnień. I znów – niestety – tłumy czekających na swoją kolej ludzi. My także zapisaliśmy się w komputerową kolejkę i siedząc przy kolejnej margaricie i winku czekaliśmy cierpliwie. Tym razem czas umilał nam miejscowy artysta z gitarą i obowiązkowym kowbojskim kapeluszem. Było już ciemno, cała restauracja tonęła w dekoracyjnych światełkach, gdy usiedliśmy przy stoliku oczekując na nasz obiad. Było warto! “Baby ribs” czyli po prostu żeberka były znakomite!! Zanim jednak rzuciliśmy się na taką ucztę, wysłałam naszych gości na oglądanie innych części restauracyjnych pomieszczeń. Są tak ładnie architektonicznie wkomponowane w stare mury i usytuowane na wysokim brzegu rzeki, że w całości tworzą niepowtarzalny klimat. Naprawdę warto to zobaczyć!
Długie oczekiwanie na wolny stolik, ale zasłużona nagroda – piękna sceneria, muzyka, wyjątkowy wystrój i pyszne jedzenie. Polecam gorąco restaurację „Gristmill on the River”
Jeśli ktokolwiek znajdzie się kiedyś w tej małej texaskiej mieścinie – polecam to miejsce. Ładne, wyjątkowe połączenie historii i współczesności i na dodatek dobre jedzenie.
Jeszcze na chwilę wstąpiliśmy na koncert do Gruene Hall, ale znowu złapaliśmy tylko końcówkę części i właśnie zaczynała się 15-minutowa przerwa. Tego dnia na to już nasi goście nie mieli siły.
“Wieczorynek”, wspólnych długich “nasiadówek”, śmiechów, wspomnień, opowiastek jak dawniej… już nie było. (: Ktoś mierzył ciśnienie, ktoś zażywał garść leków przed pójściem spać, ktoś był za bardzo zmęczony, ktoś już nie miał nawet siły na kolejne winko czy koniaczek… Tak – to symptomy przemijania. Ale nie tylko. To także dowód na to, że my sami też się zmieniamy.
Nie potrzebujemy już siebie tak jak kiedyś. Aktywność towarzyska spadła w hierarchii naszych potrzeb. Dla jednych – tylko trochę się przesunęła w dół, dla innych więcej. I nie jest to niczyja wina i nie jest to nic dziwnego ani złego.
Widać, tak się w życiu dzieje. Tylko… że gdy jesteśmy młodzi (młodsi) nigdy o tym nie myślimy. Nie wiemy o tym. Wydaje nam się, że przyjaźnie, śmiechy, radości, energia, potrzeba bliskości drugiej osoby jest dana na zawsze, do końca życia, a teraz przekonujemy się, że tak nie jest. Coś nas łączy, ale.. inaczej.
INACZEJ. I pewnie w tym momencie każdy miałby tu do powiedzenia coś innego niż ja…
Rozmowa telefoniczna. Z ciocią. Z bardzo zaprzyjaźnioną ciocią. Bardziej moją przyjaciółką niż starszą o prawie 20 lat ciocią. Smutną, obolałą, przerażoną starością i poczuciem samotności. A przecież – obiektywnie – nie jest samotna. Ma córkę, która na pewno ją kocha. Ma wnuki, ma wciąż obok męża choć już tak stareńkiego, że trudno wymagać, by był dla niej podporą.
Słuchałam jej. Słuchałam i myślałam czy to jest następny etap naszych starczych powiązań międzyludzkich? Czy tak muszą wyglądać samotne ostatnie lata życia wśród ludzi bliskich? Czy wszystko to, co bliskie i dobre w rodzinie i wśród przyjaciół zamiera, oddala się na ostatnim zakręcie naszej życiowej drogi?
Czyja to wina? – nas starych, czy młodych ? A może obu pokoleń?
Zdjęcie górne- ciocia, jej córka i ja – w ukochanym Sulęczynie w 2010 roku. Zdjęcia niżej – spotkania z ostatnich lat.
Niewidzialnych, ale realnie istniejących barier, które oddzielają nasze uczucia, umysły? Oddzielają od siebie pokolenia, nie pozwalają rozumieć się tak, jak zrozumieliśmy się jeszcze kilka czy kilkanascie lat temu?
Rozmawiam z moją kuzynką i znam jej bolączki i cierpienia w tym momencie. Słucham monologu Cioci i serce mi pęka. Może dlatego, że jestem pośrodku tych dwóch kochających się kobiet. Matki i córki. Może dlatego, że też jestem matką i mam córkę. I miałam Matkę, byłam córką, nie zawsze dobrą córką.. Często chciałabym cofnąć czas.
I boję się starości i starczych relacji.. Może też dlatego, że posmakowałam, jak trudno udźwignąć czyjeś cierpienie, ból i jego zachowanie. Często zniecierpliwienie, opryskliwość, niechęć do otoczenia, ranienie najbliższych. A my – zdrowi, silniejsi, zamiast wykazać dobrą wolę, siłę, humor, i w ten sposób pomóc i rozładować trudne chwilę, wpadamy w złość, irytację i komplikujemy jeszcze bardziej i tak trudne zachowania.
Moja druga Mama, moja przyjaciółka, moja ukochana…
Słuchałam, próbowałam być pomocna, pocieszyć słowami, rozśmieszyć, przekonać.. i płakałam bezgłośnie razem z nią. Skończyłam rozmowę, żeby nie dosłyszała moich łez. Płakałam nad świadomością, co może czekać mnie za kilka lat..
W Gdańsku mieszka nasza duża rodzina. Zawsze tego im zazdrościłam. Ciocia była gwiazdą towarzyską. Inteligentna, elokwentna, piękna i mądra. Uwielbiana szanowana. Dziś – że stara? że trudna? że uparta? że nieznośna? A powiedz mi Córko, Synu, Siostro, Bracie, Przyjaciółko i Przyjacielu – jesteście pewni, że WY, dla innych, młodszych tacy NIE będziecie???? Nie rodzimy się siostrami miłosierdzia. Jesteśmy zwykłymi ludźmi i nie wiemy jak sobie w takich sytuacjach radzić. Trzeba nam dużo dobrej woli, jeszcze więcej miłości i jak najmniej złej energii, by przezwyciężyć w sobie ucieczkę od ciężaru opieki i pomocy staremu człowiekowi. Staremu, ale Kochanemu!
Pomyślcie o tym, bo na mnie już przyszedł czas, by nad tym głęboko się zastanowić i pomyśleć jak najłagodniej przeżyć ten trudny moment.
Kilka migawek- mój brat na naszym ślubie cywilnym – miał wtedy 17 lat. Potem zdjęcie z chrztu Jacka, naszego syna.Jest jego chrzestnym ojcem ale raczej nie maja kontaktu.. I Jedne z nowszych zdjęć ze spotkań w Krakowie.
Mam jednego brata. Formalnie rozstaliśmy się, gdy miałam 21 lat i wyszłam za mąż. On miał wtedy 17 lat i był dzieciakiem w szkole średniej. Wyjechałam do innego miasta i od tego czasu do dziś wszystkie nasze relacje rodzinne, towarzyskie, emocjonalne ewoluowały jak najbardziej nieprzewidywalny wulkan.
Można sobie wyobrazić ile zdarzeń emocji musiało zaistnieć w ciągu tych ponad 48 lat. W dodatku ciągle na odległość. Ja w Sosnowcu, on w Krakowie a potem w Sanoku. On ukończył technikum chemiczne. Ja dostałam się na studia humanistyczne. Kiedy my wyjechaliśmy do Stanów, nasze stosunki były dość napięte, choć oboje mieliśmy już rodziny i dzieci, co pozornie powinno nas do siebie zbliżyć. Nie zbliżyło. Wtedy też wiedziałam a raczej czułam, że mój brat ma do mnie pretensje z podtekstem religijnym (my tu byliśmy w owym czasie w konflikcie z miejscowym księdzem i kościelną grupą, a moja rodzina sanocka, mocno katolicka, miała nam to za złe). Oczywiście, nie było to łatwe, bo przecież tak naprawdę NIGDY nie rozmawialiśmy ze sobą szczerze i co najgorsze nigdy nie umieliśmy przeprowadzać takich rozmów.
Jego synowie dorastali, każdy z nich szedł w swoim kierunku a międzyczasie życie małżeńskie mojego brata komplikowało się, o czym ja, niestety, długo nie wiedziałam.
Ale – tu muszę postawić plus bratu! – powiedział mi o tym, wprawdzie już w momencie decyzji odejścia z domu rodzinnego, ale przynajmniej nie pozostawił mnie w całkowitej niewiedzy..
Znów jednak tak naprawdę nie rozmawialiśmy o tym. Albo – bardzo bardzo niewiele.
Zawsze lubiłam i do dzisiaj i lubię pierwszą żonę mojego brata. Niezaprzeczalnie ma wiele zalet. I to, że im się nie udało, to nie mnie to oceniać. Nie oni pierwsi i nie ostatni. Kij ma dwa końce i wina na pewno leży po obu stronach. Jedno jest pewne. Skoro się nie udało, powinni byli już wiele lat temu jak ludzie na poziomie zakończyć ten związek i dać sobie wzajemną wolność i poszanowanie. Nie robili tego przez lata. Zadawali sobie ból, wciągali w to chłopców, najpierw młodych niedojrzałych, po latach dorosłych, dziś już mających swoje rodziny, cudne dzieciaki. Na pewno dzisiaj rozumieją tę całą sytuację inaczej. Niezależnie od religijnej wiary, od poglądów nakazów kościelnych – ludzi do miłości nie można zmusić! Lepiej rozstać się i nie zadawać sobie wzajemnie bólu, niż trwać przy kościelnych zasadach, które i tak na siłę ludzkich uczuć nie zmienią. Ale – to tylko moja „OCENA”
Szanuję uczucia obu stron. I głęboko żałuję, że T. nie ułożyła sobie „drugiego życia” Zasługuje na nie i na drugiego człowieka obok, który by jej nieba przychylił..
Ta myśl dziś nadciągnęła do mojej głowy nieprzypadkowo. Wszystko to od naszej weekendowej przyjacielskiej wycieczki zatoczyło krąg, poprzez rozmyślania przez łzy w rozmowie z ciocią aż do smutnych przemyśleń jak to jest, że wiążą nas więzy krwi i wydaje się, że jest dobrze, a tak naprawdę – mało o sobie wiemy…
Ale przykład relacji takiej jak moja z moim bratem, to wcale nie jest odosobniony przypadek!
Wracam do powtórki – czas, odległość, inny styl życia, zawsze brak czasu na rozmowy, nieumiejętność podjęcia szczerych rozmów… a może po prostu ich nie potrzebujemy? Jesteśmy inni i to co mamy nam wystarcza. Od lat jest tak, jak jest.
Znalazłam zdjęcie z małym Pawełkiem (moim chrześniakiem) jeszcze sprzed wyjazdu do Stanów! Inne to już z naszych spotkań w Krakowie. Środkowe- to jedyne ze spotkania całej rodziny w Sanoku w 2015 roku
Mój brat nigdy nie odwiedził mnie w Stanach, nie wie jak my żyjemy, nie ma pojęcia jak naprawdę mogło i może wyglądać nasze życie na przestrzeni ostatnich 32 lat. Ani moje ani moich dzieci. Podobnie jego synowie. Bardzo się staram utrzymywać kontakty z moimi bratankami. I doceniam to, że zawsze gdy przylatuję do Polski ktoś z nich stara się ze mną spotkać, podobnie jak mój brat. Czasami dzielą się ze mną zdjęciami swoich dzieci, dobrymi nowinami rodzinnymi. Lubię ich żony, bardzo bym chciała, żeby moje wnuki w przyszłości wiedziały wzajemnie o swoim istnieniu i pamiętały, że mają rodzinę w Polsce.
Rodziny moich bratanków są dla mnie ważne. Ale – zdaję sobie sprawę – odległość, brak jakiejkolwiek ich wiedzy gdzie mają rodzinę tu w Ameryce, jak my (i młodzi żyją) nie pomoże im tych kontaktów utrzymać.
Ale może im to już nie jest tak potrzebne? Być może, że oni patrzą na to zupełnie inaczej. Świat rozprzestrzenia jak rozpryskująca się bańka i być może szybkość znikania starego pojawiania się i nowych potrzeb i innych ludzi jest dla młodych normalna.
W końcu to my kiedyś podjęliśmy decyzję i wybraliśmy utworzenie nowego odgałęzienia naszej rodziny na amerykańskim kontynencie?…
Ja – o tym myślę. Ja – się tym martwię.
” Gdy łyk powietrza, z wysiłkiem łapiesz…. Pogodnie dumam o tej starości… czy ona musi stale nas złościć?” (znalezione w necie)
Texas Medical Center w Houston. Serce medyczne Houston. Ponad sto tysięcy pracowników, ponad dwadzieścia różnych szpitali, sześćdziesiąt kilka różnych medycznych instytucji badawczych, hoteli i podobno prawie osiem milionów rocznie odwiedzających pacjentów. A w najbliższym sąsiedztwie równie słynny Rice University, piękne ZOO, przestrzenny i zielony Hermann Park z teatrem na wolnym powietrzu. Wokół medycznej części skupia się też dystrykt kilku przepięknych Teatrów houstońskich, Opera, Ballet i różnorodne muzea. Imponująca wizytówka nowoczesnego, fantastycznego miasta.
Panorama Centrum Medycznego – Houston Medical Center. Oczywiście zdjęcie nie jest moje.Nie byłabym w stanie objąć tak ogromnej przestrzeni swoim Iphonem 🙂
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo takie właśnie są wielkie amerykańskie metropolie. Od ponad 30 lat tu mieszkam i obserwuję tę część miasta dość często. Gdyby…
To właśnie Rice University spełnił nasze marzenie i sprowadził mojego męża, a tym samym naszą rodzinę do Houston. To tu, niedaleko Medical Center mieszkaliśmy przez kilka lat. Miałam i taki epizod w swoim życiu, że pracowałam przez trzy lata w jednym z budynków należących do Medical Center, choć nie w takim, który zalicza się do ścisłego centrum tej zabudowy.
Setki faktów fascynujących i niesamowitych można wyczytać o możliwościach medycznych tego ośrodka, do którego ludzie przyjeżdżają z całego świata szukać często ostatniej szansy i ostatniej nadziei na życie.
Dziś jednak nie o suchych faktach myślę. Dzisiaj jestem w środku jednego z tych ogromnych budynków. Nie bywam tu zbyt często, ale też nie jest to moja pierwsza wizyta.
Tych dziesiątkach nowoczesnych bardzo pięknych i wysokich budynkach, poza szpitalami, znajduje się wiele gabinetów medycznych prywatnych lekarzy połączonych w grupy zawodowych specjalistów. I to wszystkich możliwych specjalności!! Właśnie w Medical Center mieliśmy pierwsze wizyty pediatryczne naszych wnuków, tu mam doktora chirurga-ortopedę, tu kiedyś znalazłam się na “emergency” z atakiem kamienia w nerce czy wyrostka robaczkowego.
Cóż – każdy z nas miewa w życiu takie nieprzyjemne incydenty. (:
Dziś pacjentem jest mój mąż. Zabieg jest dość poważny, bo dotyczy serca, choć nie jest to otwieranie klatki piersiowej. Ale dziś już wszyscy wiemy, że medycyna opanowała wiele sposobów docierania do wnętrza człowieka bez krajania jego ciała. Penetrowanie wnętrza ludzkich organów, podglądanie co się w nich dzieje za pomocą maleńkich kamer, sond i tym podobnych urządzeń stało się bardzo normalne. I mimo że taki laik jak ja nie bardzo potrafi sobie to wyobrazić, fakty same mówią za siebie.
A gdy dodam, że wszystko dzieje się tutaj – w Houston, w Medical Center, w Instytucie Chorób Serca – nie mam wątpliwości, że każda nawet najbardziej skomplikowana procedura medyczna na pewno się może tutaj dokonać!
Nie jest to pierwsze moje doświadczenie ze szpitalem amerykańskim czy z lekarzami w tym kraju. Przez ponad 30 lat mieszkania tutaj oczywistym jest, że chorujemy, mamy problemy i to coraz większe i niestety coraz bardziej skomplikowane. Cóż, starość wszystkich dosięga, w różny sposób i nikt się przed nią nie uchroni.
Ludzie z natury lubią ( a może muszą?? 🙂 narzekać, więc i tu w Stanach także narzekają na medyczną sferę usług. Najczęściej na system ubezpieczeniowy. Ci co mają ubezpieczenie – że stanowczo za drogie, że skomplikowane, że niezrozumiałe, że trzeba być “zdrowym”, żeby walczyć i dać sobie radę z „papierologią” ubezpieczeniową i jej zrozumieniem… itd. itd. itp. Ci, którzy nie mają ubezpieczenia albo mają bardzo ograniczone (z różnych przyczyn) narzekają, że system jest niesprawiedliwy, że powinien być dostępny dla wszystkich jednakowo i za darmo. Lekarze narzekają na wysokie ubezpieczenia ochraniające ich od pomyłek i ryzyka zawodowego i tak dalej – można by wymieniać jeszcze długo i dużo błędów, poczucia niesprawiedliwości, wylewać złość i niechęć do systemu prawno-medycznego.
Zgadzam się z wieloma segmentami zarzutów, uważam że istnieje ogrom elementów systemowych, które należałoby zmienić naprawić, choć oczywiście nie pretenduję do grona tych, którzy mają na ten temat jakiekolwiek gotowe rozwiązania! To bardzo trudny temat i nigdzie na świecie nie jest on idealny.
Osobiście, jedno mogę stwierdzić z całą pewnością! Jeśli ludzie narzekają na służbę medyczną, lekarzy i system leczenia tutaj, to polecam pomieszkać i zachorować (przepraszam za takie określenie!!) w krajach, gdzie istnieje państwowa służba zdrowia taka np. jak w Polsce. Jeśli przeciętny Amerykanin poleżałby sobie tydzień w polskim szpitalu, poddałby się kilku poważnym badaniom jak np. kolonoskopia (bez znieczulenia!), doświadczyłby procedury wyjścia ze szpitala, gdzie papierowy wypis (bez jakichkolwiek wyjaśnień) rzucą mu na łóżko – doznałby niemałego szoku. Na pewno nikt z personelu nie pomógłby się mu się ubrać, znaleźć wózek, żeby dojechać do windy a potem do samochodu.. (no chyba że ktoś z rodziny się pacjentem zajmie…). Wiem co mówię, bo takie doświadczenie przeżyłam kilka lata temu w szpitalu w Krakowie odbierając swoją teściową, schorowaną staruszkę. Pacjent wypisany może sobie radzić sam! Bez względu na to w jakiej jest kondycji i wieku. Wózek kazano mi sobie poszukać „gdzieś” (cytat) na korytarzu. Pacjent już przestał być pacjentem szpitala “bo przecież już jest wypisany” a to że powinien bezpiecznie opuścić budynek, to już nie jest problemem personelu..
Kontakt pacjenta czy rodziny pacjenta z lekarzem, to nadal forma “PAN i poddany”. Pacjent boi się zapytać co mu dolega, jakie są prognozy, jakie leczenie lekarze zamierzają podjąć, jakie są wyniki badań itd. (dlaczego??). Lekarz nie rozmawia z pacjentem jak z równym sobie, rzadko kiedy jest miły, przystępny, uczynny. Podobnie z obsługą w informacji, rejestracji, telefonach itd.
Przepraszam, jeśli kogoś dotykam takimi stwierdzeniami. Nie chcę przez to powiedzieć, że tak jest ZAWSZE i WSZĘDZIE!! Ale w większości miejsc nadal tak się dzieje. Terminy oczekiwania na wizyty czy badania są potwornie długie. Znajomości, układy to podstawowa zasada działania służby zdrowia. Opieram to na doświadczeniach własnych, na opowieściach i doświadczeniach moich przyjaciół i rodziny polskiej, którzy (niestety) teraz częściej chorują i muszą chodzić do lekarzy i szpitali i korzystać z opieki polskiej służby zdrowia. Obserwuję ten problem dość mocno i jawnie określony i oceniony w wielu polskich współczesnych filmach. (reżyserzy: Palkowski, Żuławski, Vega)
Proszę mnie źle nie oceniać. To nie jest nagonka na prywatne osoby, na lekarzy, którzy są na pewno dobrze wykształceni, ale na system, który w warunkach publicznej służby zdrowia doprowadza do takiego sposobu leczenia i działania.
Ale, ale .. zapędziłam się o nieprzyjemnym, a miałam zamiar pisać o przyjemnym!
Właśnie! Chcę napisać jak przyjemnie można chorować i czuć się komfortowo w szpitalu. Wiem, już słyszę! “Wariatka! Kto może czuć się dobrze, gdy choruje!?” Oczywiście, że lepiej być zdrowym! Ale – jeśli już tak się zdarzy, że coś nas nieprzyjemnego dosięgnie i cała plejada doktorów, asystentów i pielęgniarzy musi nas naprawiać, to o ileż przyjemniej, jeśli dzieje się to w komfortowych, czystych i spokojnych warunkach.
Począwszy od pierwszej wizyty, jeszcze poza szpitalem, gdy po raz pierwszy lekarz przedstawia nam dość jasno opcje tego, co będzie się z nami działo. Dwa dni przed zabiegiem czy operacją osoby uprawnione rozmawiają z nami szczegółowo o wszystkim, co nas w tym temacie dotyczy – o ubezpieczeniu, przygotowaniu do zabiegu – operacji, diecie, lekach, ubraniu, parkingu, czasie trwania zabiegu itd. Możemy zadawać pytania i na pewno dostaniemy na nie odpowiedzi.
Wejście na szpitalny hol ruchomymi schodami. Ładny widok na przestrzeń i konstrukcję wysokiego sufitu. Zdjęcie 1-sze: widok na Starbucks. Zdjęcie 3-cie: w głębi wejście do Children’s Hospital (Szpital Dziecięcy)
Początek długiego korytarza
Wchodzimy do szpitala. Jest pięknie! Samochód zostawiamy tuż pod wejściem i dalej zajmuje się już nim obsługa (tak, oczywiście odpłatnie). Budynek jest ogromny! Przestronny, nowoczesny, ogromne okna, jasne kolory, dużo zieleni. Na ścianach wielkie obrazy, przemyślane tematycznie. Pośrodku nowoczesne rzeźby. Idziemy dość daleko. Jestem podenerwowana ale mimowolnie rozglądam się wokoło. Jest poranna godzina, mijamy dość dużo ludzi. Część pewnie rozpoczęła już pracę dużo wcześniej, inni dopiero idą rozdzielając się na różne oddziały. Różne kolory ubrań szpitalnych. Jest spokojnie, ale nie ma w tym “ciszy przytłaczającej” Ludzie się uśmiechają, piją kawę w styropianowych kubkach. Mijamy kafejki, Starbucks. Kolorowe lekkie stoliki, wygodne krzesła. Czysto schludnie. Prosto ale bardzo przyjemnie. Wszędzie kwiaty, zieleń. Dalej wzdłuż holu ciągną się wygodne miękkie ławy, obok bardzo ładne stoliki. Wydaje się być dużo ludzi, ale nie ma poczucia tłumu. Sufity bardzo wysokie. Ogromne okna, dużo światła dziennego. Nie ma w tym ani krztyny atmosfery szpitalnej.
Dochodzimy do właściwej “naszej” części – Instytut Chorób Serca. Wchodzimy do poczekalni. Tu także wygodne fotele, stoliki, telewizor cicho podaje wiadomości dnia bo taka to pora, jest kawa, herbata i dodatki. Wszystko sterylne, przyjemne. Kilka osób już siedzi, niektórzy czytają, pracują na komputerach. Nie ma żadnych “szpitalnych zapachów”. Ładnie, przyjemnie. Miła pani w recepcji szybko załatwia sprawy papierowe, później jeszcze druga ich część i niemal za chwilę wołają męża do dostępnej sali. Ja zostaję i czekam w poczekalni. Po pół godzinie mogę już wejść do jego pokoju. Jest sam, leży przygotowany do zabiegu, podłączony do wszystkich potrzebnych maszyn. Jego rzeczy są spakowane w szafce. Obok jest fotel, z drugiej strony stolik z instrumentami, lekami itd. Na ścianie telewizor, W rogu pokoju oczywiście łazienka. Wszystko co w takiej sytuacji potrzebuje pacjent. Całkowita prywatność. Pacjent, obsługa medyczna i jeśli jest z nim ktoś z rodziny jak ja. Od tego momentu to nasze miejsce, tylko nasz pokój. Od tej chwili co jakiś czas ktoś wchodzi do pokoju, przedstawia się i opowiada jaka będzie jego rola w tym zabiegu – asystent doktora wykonującego zabieg, następnie doktor główny, anestezjolog, pielęgniarz, jeszcze jakiś asystent… Każdy wyjaśnia, każdy cierpliwie pyta czy coś jeszcze chcemy wiedzieć, każdy uśmiecha się, każdy sprawia wrażenie, że ma dla nas czas i naprawdę zajmuje się tylko i wyłącznie nami… choć przecież my wiemy, że nie jesteśmy jedynymi pacjentami w tym szpitalu.
Trwa to długo, bo to poważny zabieg. Tak naprawdę nie wiem ani ja ani mój mąż jak to będzie przebiegać, chociaż teoretycznie przygotowaliśmy się dość dobrze.
Wywiad koleżeński też pomógł, ale przecież to nie to samo co własne doświadczenie. Bardzo pomaga poczucie, że pacjent jest w centrum opieki, że wszyscy którzy krążą wokół, są dla pacjenta, podpiętego do maszyn i co tu dużo mówić – już nie mogącego się za bardzo ruszać.
Długie miękkie ławy, stoliki, wielkie okna, dużo naturalnego światła i wszędzie zieleń.
Tuż przed zabraniem męża na salę zakładam sobie aplikację informacyjną, która będzie mi przesyłać bieżące wiadomości o postępach zabiegu. Rzeczywiście, przez cały czas będzie działać bez zarzutu. Nawet późno wieczorem, gdy byłam w domu otrzymywałam powiadomienia, że pacjent otrzymał leki, że zasnął itd. A na drugi dzień już rano przed wyjściem z domu wiedziałam, jak się czuje i że mogę już znów przyjechać do szpitala. Proste, ale jakże pomocne i uspakajające dla rodziny.
Na czas trwania zabiegu wychodzę z sali, idę do kafejki. Muszę coś zjeść, napić się kawy. Teraz dopiero czuję ogromne napięcie. Mam przed sobą około trzech – czterech godzin, może więcej. Potem, gdy już go wybudzą i przywiozą z powrotem, będę mogła wrócić znów do tego samego pokoju.
Idę wzdłuż holu i rozglądam się. Jest tak pięknie jak w hotelu Hyatt. Dopiero tak naprawdę teraz dostrzegam przestrzeń, nowoczesność tego obiektu. Druga część tego budynku to szpital dziecięcy – Texas Children’s Hospital. Ale są to tak ogromne przestrzenie, ze tylko z daleka obserwuję wejście do niego. Trochę ukradkiem, ale z wielką dumą pstrykam kilka fotek. Nie wiem czy łatwo uwierzyć, że to zdjęcia szpitalne..
Idę sobie do kafejki, kupuję coś na lunch. Jest duży wybór, ale to nie ciepły bufet. I takie są, ale mnie nawinęła się „caffee” po drodze. W dużym i bardzo dobrym wyborem rożnego rodzaju kanapek, pizzy, sałatek, przystawek, napojów zimnych i ciepłych, soków. Do wyboru, do koloru!! Potem kawa ze Starbucks, “pogadanie” z przyjaciółką, która pracuje w szpitalu dziecięcym i przyszła mnie wesprzeć dobrym słowem (dzięki, wielkie Ewa!)
No i siedzę na tych miękkich ławach, piszę (pisałam ) trochę na komputerze, choć niełatwo się skupić. Ogromne okna, cała przeszklona ściana, widok na szpitale po drugiej strony ulicy, także bardzo wielkie i wysokie. Tak wysokie, że trudno było objąć cały budynek na zdjęciu.
Widok z okien holu na główną ulicę Fannin. Na zdjęciu 1-szym widać linię tramwajową i jeden z przystanków pomiędzy szpitalami. Na obu zdjęciach udało mi się objąć tylko skrawki budynków szpitalnych na przeciwko. Są tak wysokie, że nie sposób ze środka budynku zrobić je w całości.
Pomiędzy tymi wielkimi budynkami, które ciągną się na długości całej ulicy Fannin, biegnie linia tramwajowa. To bardzo dobre rozwiązanie, które powstało już za “naszych czasów”. Dobrze pamiętam przebudowę całej ulicy i budowę linii tramwajowej. Przy tym nigdy ruch nie był całkowicie zamknięty, bo przecież w sytuacji działania szpitali 24 godziny na dobę, niemożliwością byłoby utrudnienie normalnej pracy karetek czy innych pojazdów komunikacji miejskiej czy prywatnej.
Do dziś nie rozumiem jak ktoś to wszystko obmyślił i wykonał, że nie było w owym czasie żadnych zakłóceń. 🙂 Przy takiej ilości pacjentów i dodatkowo ludzi ich odwiedzających, garaże- nawet te wielopiętrowe, choćby sięgały do nieba – nie są w stanie pomieścić wszystkich. Także pracowników dojeżdżających codziennie do pracy, stażystów, studentów, wolontariuszy. Zbudowano więc z dwóch różnych stron “Medical Centrum” wielkie ogrodzone parkingi, dla pracowników. A zaraz obok zaczyna się linia szybkiego nowoczesnego tramwaju (czy pociągu, jak kto woli to nazwać, bo tramwaj bardziej przypomina swym wyglądem szybką kolejkę), którym personel, po zostawieniu samochodu na parkingu, dalej już może dojeżdżać do dowolnego szpitala na trasie przejazdu, na długości całej linii. Oczywiście, nie wszystkie szpitale znajdują się w pobliżu linii tramwajowej, ale na pewno problem parkowania został w dużym procencie rozwiązany i złagodzony.
Obserwowałam to wszystko siedząc na wygodnej kanapie i zastanawiając się jak niesamowite jest tempo przemieszczania się ludzi, z tramwaju do poszczególnych budynków, jakie przemyślne są połączenia pomiędzy nimi, przewiązki pomiędzy budynkami. Ile trzeba wiedzieć, żeby zgłębić wiedzę i nauczyć się swobodnie poruszać po całym zespole Centrum. Jakim trzeba być geniuszem – architektem, inżynierem, wizjonerem, wykonawcą… żeby taki kolos funkcjonował tak idealnie?!
Zawsze mnie to zadziwiało, zadziwia i zadziwiać będzie! Zawsze i niezmiennie podziwiam ludzki rozum i wyobraźnię. Ludzkie możliwości tworzenia. Geniusz ludzkiego mózgu.
Ktokolwiek włożył w ten projekt choćby jedną cegiełkę, może być z siebie dumny i zawsze pamiętać, że dzięki niemu każdy pacjent jak mój mąż dziś jest wdzięczny, że może ten trudny dzień przetrwać w tak komfortowym miejscu.
Zaraz po skończonym zabiegu, doktor przyszedł do mnie, do poczekalni, usiadł koło mnie przy stoliku, opowiedział fachowo jak przeszedł cały zabieg, co zostało zrobione, co pacjent potrzebuje w najbliższym czasie. Zapewnił mnie, że będzie następnego dnia rano i sprawdzi pacjenta i jego samopoczucie. Rozmowa była konkretna, krótka i logiczna. Zadałam jeszcze jakieś pytanie czy dwa. Wiedziałam to, co najważniejsze i co potrzebowałam na ten moment.
Jakie to proste, ludzkie.. I potrzebne osobie, która czeka i martwi się o chorego.
Dlaczego tak prostej komunikacji nie można zastosować w polskich szpitalach? Gdy opowiadają moi przyjaciele o komunikacji z lekarzami albo raczej o niemal całkowitym jej braku – włosy stają mi dęba. Może bym nawet i nie wierzyła, gdybym podobnych sytuacji nie doświadczyła sama. Na szczęście ja nie mam w sobie strachu przed rozmową z lekarzem w Polsce, jaki ma większość polskich pacjentów. ):
Po kilku godzinach, kiedy wróciłam do pokoju, zastałam męża w kiepskiej formie. Ale pewnie to normalne. Dość długa anestezja, zmęczenie, leki, ból.. Oczywiste, że nie może być to radosnym poczuciem. Za to opieka, jaką miał mój mąż była naprawdę imponująca. Pielęgniarka, miła młoda dziewczyna, krążyła wokół niego jak satelita, sprawdzała wszystko co chwilę, poprawiała, zajmowała się każdym jego niewygodnym ruchem. Zamówiliśmy późny mały obiad (oczywiście pacjent nie miał apetytu, co mnie nie dziwiło), ale udało mi się wieczorem wcisnąć w niego kilka łyżeczek zupy. Potem inny pan przyjął zamówienie na śniadanie na następny dzień i gdy już wszystko było poukładane i przygotowane do spania, wiedziałam, że nie ma sensu dłużej tam czuwać. Zdecydowałam się pojechać do domu. Szłam znów przez długi piękny hol, tym razem prawie pusty, lśniący czystością, oświetlony ładnymi lampami, a nie bijącym jarzeniowym szpitalnym światłem. Przez wielkie okna podziwiałam po przeciwnej stronie ulicy oświetlone budynki innych szpitali. Ruch na ulicy był znacznie mniejszy ale nigdy nie ustawał.
Myślałam o tych, którzy w tej chwili pracują i czuwają nad chorymi podobnie jak nad moim mężem. Ilu ludzi w tym momencie śpi spokojnie w cichym ładnym pokoju, urządzonym jak domowy kąt, choć są w nim maszyny czuwające nad ich życiem, mierzące każdy ruch ich oddechu…
Zdaję sobie sprawę, że można tu rozwinąć temat kosztów takiego leczenia, miejsc i narzędzi ratujących ludzkie życie. Kosztów administracyjnych i miliona innych. Ile naprawdę za to płacimy? Ile płacimy za pracę tych, co się nami zajmują, za luksus, który zapewniają nam takie miejsca??? Za system, który zapewne można by usprawnić, zmniejszyć, za nadmiernie rozbudowane urzędowe i formalne struktury pożerające niepotrzebne pieniądze.
Można i trzeba dyskutować o tym, zmieniać ulepszać i usprawniać.
Jedno czego zmieniać NIE trzeba! Ludzkiej empatii, dobroci. Przysięgi, którą na całym świecie lekarz i pielęgniarka składa taką samą. Człowiek jest najwyższą wartością. Niezależnie czy jest ciężko czy lekko chory, czy jest młody czy stary, sprawny fizycznie czy wymaga opieki – należy mu się taki sam szacunek. Zwłaszcza w czasie choroby i cierpienia. Zwłaszcza gdy jest w bólu, jest niecierpliwy, rozdrażniony. My, którzy jesteśmy zdrowi często nie potrafimy tego zrozumieć. Wiem coś o tym..
Nie rozumiemy ich strachu, bólu jaki jest w nich, nie możemy pojąć że właśnie świat zewnętrzny zamyka swe piękno przed nimi i przez jakiś czas chorzy czują się w klatce swojej choroby. Pacjent cierpiący musi przedrzeć się przez wiele ścian, o których zdrowy człowiek w tym momencie nie ma “zielonego pojęcia”.
Dobry lekarz, cierpliwa pielęgniarka, ciepła osoba z rodziny i wreszcie miłe ładne wnętrze, które bardziej przypomina domową atmosferę niż szpitalny, nasączony zapachem środków do dezynfekcji narzędzi, środków mycia podłóg, wszelkiego rodzaju medykamentów, środków opatrunkowych itd. szpital – to dla chorego ogromne ułatwienie przetrwania trudów choroby i leczenia.
Szpitale amerykańskie nie trzymają swoich pacjentów długo. Mimo tak dobrych warunków, każdy wie, że w domu rekonwalescencja jest łatwiejsza. Jeśli nie ma zagrożenia pacjent wypisywany jest jak najszybciej.
Zabrałam mojego męża do domu następnego dnia po zabiegu ablacji ok. południa.
Był już po śniadaniu, ubrany, przygotowany do wyjścia, jego rzeczy, choć nie było ich wiele, zostały spakowane. Wózek czekał obok. Otrzymaliśmy dokładną instrukcję działań, informację szczegółową co robić gdyby cokolwiek działo się niewłaściwego. Lekarstwa zostały przez szpital zamówione w aptece, termin wizyty u doktora prowadzącego ustalony mniej więcej, należało tylko potwierdzić datę wizyty w jego gabinecie.
Dlaczego tak dokładnie opisuję to doświadczenie szpitalne? Przecież nie jest to ani moje/nasze pierwsze ani pewnie ostatnie. Zdaję sobie sprawę, że przez całe życie płaciliśmy i płacimy dużo pieniędzy za ubezpieczenie zdrowotne. I wiem, że nic nie jest i NIE MOŻE być za darmo. Bo za darmo – znaczy: byle jak. Byle jakie warunki, byle jaki serwis, byle jaka opieka. Każda rzecz, każda usługa, żeby była dobra efektywna musi mieć swoją cenę. Tak jest ze wszystkim, tak jest w medycynie. Chodzi tylko o to, by ta cena była uczciwie wyważona. I w tym leży największa tajemnica i trudność.
Za to ludzka dobroć, uczciwość zawodowa lekarza, poczucie obowiązku, zrozumienie własnego wyboru życiowego, odpowiedzialność za życie drugiego człowieka – to wszystko nie kosztuje. To jest cena naszego sumienia.
Lekarze pracujący w warunkach ekstremalnie trudnych (np. „Lekarze bez granic”) w Afryce, w czasie wojny, w warunkach epidemii czy choćby niedawno w pierwszych miesiącach pandemii – pokazali jasno i wyraźnie, że lekarz może nawet najtrudniejszej sytuacji być “ludzkim lekarzem”. Lekarzem z powołania.
Takich lekarzy i pielęgniarzy jest na świecie ogromna liczba. Także z myślą o nich piszę te kilka słów.
Minęło już ponad półtora roku, gdy wkroczyłam, najpierw bardzo niepewnie i z lekkim wstydem, na strony publiczne mojego blogu. Od razu zaznaczam, że nigdy nie miałam w głowie nawet przebłysku o stworzeniu blogu, który będzie zarabiał jakiekolwiek pieniądze. Chciałam zrobić coś fajnego dla siebie i dla innych. Chciałam pisać, bo lubię to i wydaje mi się, że nie najgorzej mi to wychodzi. Poza tym jak już wielokrotnie powtarzałam, mam przyjacielskiego “duszka” obok siebie, który wciąż mnie do tego namawiał, nadal ciśnie i nadal wspomaga, gdy wkopię się w ciemny zaułek internetowo-komputerowy i ani rusz nie mogę sobie poradzić wyjść na prostą. Zawsze jeszcze mogę krzyknąć głośno HELP, choć już coraz rzadziej mi się to zdarza.
Dziesiątki porad, blogów o blogach.. wszystko możesz sprawdzić, poczytać, nauczyć się 🙂
Kilka tygodni temu (przyznaje, nie pierwszy raz) wpadły mi w oko różne wypowiedzi, porady, młodszych doświadczonych blogerów – jak pisać i prowadzić blog, by był on sukcesem dla autora i ciekawym miejscem szukania informacji dla czytelników. Poczytałam, pomyślałam, porównałam i przyszło mi na myśl, że może w świetle tych porad ja wcale blogerką nie jestem?!
Na pewno nie wpisuję się w zasady, bardzo zresztą logiczne i pomocne jasno są w tych wpisach przedstawiane. Z drugiej – nie mam sobie do zarzucenia ani wiele błędów w pisaniu, ani niewłaściwego podejścia do moich tematów i emocji we wpisach.
Uzmysłowiłam sobie jedną ważną rzecz, która mnie zaskoczyła. Współczesne blogi czy vlogi (video-blogi) to forma publicznych sposobów komunikacji ludzi młodych, a w każdym razie o wiele młodszych ode mnie, od naszego pokolenia.
Nie sprawdzałam statystyk, nie przyglądałam się bliżej tematowi, ale uświadomiłam sobie, że mając tak duży krąg zaprzyjaźnionych ludzi wokół, zarówno tu w Stanach jak i w Polsce, nikt z moich przyjaciół i znajomych nie prowadzi bloga. Początkowo wydawało mi się, że skoro jednym z głównych powodów powstania mojego blogu była idea uporządkowania, przypomnienia i ocalenia wspomnień naszego Polskiego Ogniskowego Teatru, to wpisy teatralne przyciągną wielu czytelników – dawnych aktorów, ich rodziców i naszych fanów. Dla mnie było jasne, że wszyscy z radością będą ten blog odwiedzać i czytać. Okazało się, że nie… Z jakiegoś powodu, te bardzo solidnie przygotowane wpisy z filmikami ze sztuk, z piosenkami nie znalazły zbyt wielu chętnych do wspomnień. Może zbyt mała reklama z mojej strony… Może za długie te wspomnienia.. Dla mnie ważne – dla innych już tylko migawka z przeszłości.
Na szczęście blog ma dwie inne części, które najpierw może nieśmiało ujawniały moje własne rozważania, a potem rozkręciły mnie mocno, bo w końcu coraz silniej poczułam potrzebę pisania tego, co naprawdę we mnie siedzi.
Przychodziło ot tak, znienacka. Jakaś myśl, jakieś wspomnienie. Zabłąkana łza, zły nastrój albo data w kalendarzu. Czyli – myśli z przeskokiem, wydobyte z zakamarków pamięci. Doświadczenia starzejącej się kobiety.
Wczoraj oglądając jakiś film, wychwyciłam w początkowej scence tekst: “Jedziemy, mamy zabójstwo, staruszka 70-letnia, uderzona tępym narzędziem..” itd. I mówię, niemal krzycząc do męża – “czy ty słyszysz?? 70-letnia staruszka!!” a mój mąż ma przecież 71 lat, ja 69.
Może to ja? ..za 10, 20 lat? 🙂 🙂
Czy my też powinniśmy się już nazwać S T A R U S Z K A M I ?? Film był całkiem współczesny, a ja poczułam się jakbym DZISIAJ sama siebie ustawiła w niewłaściwym miejscu…
Może dlatego niewiele osób czyta mój blog, bo co młodzi mogą wyczytać w blogu “staruszki”? 🙂 🙂 A moi rówieśnicy, moje koleżanki nie nawykły do takiej literatury, do takiego sposobu spędzania czasu. Choć moje myśli, moje serce tak często krążą wokół nas wszystkich. I w pewnym sensie przecież dotyczą także nas, ich – mojego/naszego pokolenia. Naszych wspólnych problemów.
Myślę, że ludzie starsi mają o wiele więcej oporów do publicznego dzielenia się swoimi myślami niż młodzi. Łatwo to zauważyć na innych blogach, w różnych komentarzach. Młodzi reagują szybko i z entuzjazmem, w naszym pokoleniu istnieje wciąż bariera i niechęć do wypowiadania się. Szkoda, bo te komentarze, które czasem docierają do mnie ustnie czy prywatnie byłyby dobrym początkiem i zalążkiem naszych dyskusji i rozmów “staruszków” na wiele fajnych tematów. 🙂
Moje dwie najwierniejsze czytelniczki
Ale z radością przyznaję, że mam i taką fankę, która czyta każdy mój wpis niemal natychmiast i udziela za każdym razem krótkiej i celnej recenzji SMS-owej, co dla mnie jest zawsze jak balsam na serce, duszę i wiarę, że moje gadanie we wpisie się przydaje. Dzięki Ci, Grażynko! Powinnam oczywiście natychmiast wspomnieć pierwszą moją czytelniczkę/ poprawiaczkę/duszka/Anioła czuwającego, ale o Niej już wiecie. 🙂
Czym więc jest mój blog? Na pewno nie pamiętnikiem! – bo to bardzo staroświecka forma, dawno wyszła z mody. Kiedyś każda dziewczyna z mojego pokolenia prowadziła pamiętnik, dłużej czy krócej, solidniej czy byle jak. Taka była moda i każda z nas próbowała swoich sił na kartkach zeszytu w kratkę czy w linie. Niektóre z nas wklejały wycinki z kolorowych czasopism, dekorowały własnymi rysunkami. Lubiłyśmy z przyjaciółkami czytać sobie wzajemnie co pikantniejsze fragmenty. Gdy już trochę wydoroślałyśmy, pamiętniki stały się bardziej intymne. Zresztą nie tylko dziewczyny prowadziły pamiętniki, chłopcy także. I to w wieku dojrzałych nastolatków. Gdzie te pamiętniki się podziały? Czy ktoś z nas ma jakikolwiek fragment tej pamięci zachowany? Fajnie byłoby wiedzieć…
Ja ostatnio znalazłam kilkadzieścia kartek spisanych wspomnień z pierwszych miesięcy po przyjeździe do Houston. Chyba miałam wtedy taki zamiar prowadzić, już nie pamiętnik a raczej dziennik, bo plan był taki, że nasz pobyt w Houston nie potrwa dłużej jak pół roku, może uda się zostać na rok.. Pomiędzy starymi zdjęciami, które ciągle i nieustannie wertuję, przewracam, przetrząsam i szukam natchnienia, ułamków wspomnień, które mogłabym włączyć do mojego blogu – tam właśnie natknęłam się kiedyś na te zapiski. Jakby nie patrzeć, mają już 32 lata! I choć są zapiskami “nowej ery” naszego życia, to jednak na pewno odzwierciedlają nasze spojrzenie na Amerykę i Houston zupełnie inaczej niż dzisiaj. I zapewne kiedyś do nich powrócę i jeszcze je wykorzystam.
Mój blog nie jest blogiem informacyjnym jak np. blogi turystyczne, modowe, kulinarne, medyczne itd. Gdzieś pośród różnych wersji, ocen i określeń natknęłam się na określenie “lifestyle” i to chyba najbardziej by mi pasowało do mojego “gadania blogowego”. Choć tu już słyszę krzyk zaprzeczenia mojego Anioła-duszka- strażnika, że znowu skusiłam się na słowo z języka angielskiego.
No, ale tak to już jest w dzisiejszym świecie pisanym i mówionym! Prawda jest taka, że to my emigranci widzimy zapożyczenia i wiele angielskich wyrazów, używanych przez Polaków i ostro na to reagujemy! I to my się buntujemy, nas to razi, denerwuje a dla młodych polskich pokoleń to po prostu już .. język polski.
Takie wyrazy jak T-shirt, fast food, lajkować, smartfon, singielka, event, happy end, weekend, hejt, marketing, call, grill, chipsy, hot dog i milion innych – to już nie angielszczyzna. Nawet „blog” to już polski wyraz choć naprawdę jest angielski…
W dobie internetu, komputerów, wspólnych światowych interesów, język staje się także wspólną własnością. Wiem, że dla nas, ludzi starszego pokolenia, zwłaszcza tych silnie związanych z literaturą, jest to trudne do zaakceptowania. Uczono nas, że to, co między innymi silne i indywidualne w narodzie, to język. Ciężko nam się pogodzić z faktem, że we współczesnym świecie już tak teraz nie jest.
Mój blog niezaprzeczalnie jest MÓJ. Nie mam zamiaru konkurować z tymi najlepiej zarabiającymi blogami, czy w ogóle zarabiającymi. Mój blog nie jest popularny, nie spełnia najbardziej współczesnych wymogów blogowych. Jest spełnieniem potrzeb “staruszki”, która staruszką się jeszcze nie czuje i która staruszką nie chce się jeszcze nazywać… Choć swych lat się nie wstydzę i upływu czasu przed światem nie ukrywam. Emeryci robią różne rzeczy. Albo.. nie robią nic. Bo i tacy są wśród nas.
Uczenie to „wisienka na torcie” ale przygotowanie lekcji to już poważna praca!
Ja wciąż robię dużo, bo życie nie przestaje mnie gonić i potrzebować tu i tam. Biegam więc do pracy na chwilkę, ale regularnie, uczę moje wnuki polskiego (także te przyszywane 🙂 – też regularnie) i bardzo poważnie, więc to całkiem solidna praca i wcale niemała, pochłaniająca wiele godzin przygotowań. Cóż, “staruszkom” idzie wolniej niż kiedyś młodym szybkim i błyskotliwym nauczycielkom…
Mam przyjaciół, wspólne lunche, spotkania, wieczory filmowe, górę książek i męża, który lubi codzienne regularne obiadki. Moje dni są wypełnione po brzegi a blog jest dużą ich częścią. Nie przesadzam z tym pisaniem, staram się publikować mniej więcej dwa razy w miesiącu, bywa że trzy. Pomysły przychodzą czasem szybko, zupełnie nie wiadomo skąd i dlaczego takie. I często zapis wychodzi kompletnie inny niż na początku w głowie się kotłował. Jakby miał swój zaplanowany początek, a potem zszedł “na manowce”, ale niekoniecznie w złym tego słowa znaczeniu. 🙂 Przez kilka dni wije się w myślach jak wiejskie nieznane ścieżki albo górskie szlaki podczas długich wędrówek.
Sama się czasem dziwię dokąd zaprowadzają mnie moje rozmyślania i gdzie w końcu okazuje się być mój “postowy końcowy punkt Z”.
Mnie się to podoba i wcale nie uważam tego za chaos. Lubię spontaniczność w myśleniu, to tak jakby odkrywanie samej siebie, własnych odczuć, ukrytych i zamkniętych doznań. Nasza wewnętrzna wrażliwość okazuje się dużo głębsza i często nie zdajemy sobie sprawy jak wiele starych zapomnianych przeżyć wciąż żyje głęboko w nas. Gdy zdarzy się okazja, by uchylić jedną małą szufladkę wspomnienia – rusza lawina skrywanych zupełnie nieświadomie ważnych elementów naszego życia.
Blog więc to także zdrowa terapia, powiew świeżego powietrza, orzeźwiającego na “stare lata”. Dodaje skrzydeł, radości, czasem rozprawia się z dawnymi demonami, innym razem układa obrazki przeszłości we właściwym porządku.
Taki blog jak mój musi być osobisty, a równocześnie już nie jest żadną tajemnicą, ani dziewczęcym wstydem, ani nawet nie “ambarasem staruszki”. 🙂
Czyli – jakby nie patrzeć – malgośkam.com jest blogiem, ale pisze i robi sobie co chce i jak chce.
I tu znajdzie się zaraz cała armia krytyków, co mnie zakrzyczy, że to nie tak powinno być, bo są zasady… itd.
Zgadzam się i chylę głowy przed tymi co i blogi potrafią poukładać według zasad i ustawić właściwy porządek. Ale jak świat światem istniał i będzie istnieć – zasady zawsze były po to.. by je łamać – zwłaszcza, gdy mają im podlegać staruszki, które chcą sobie jeszcze trochę poszaleć. 🙂 🙂
Mama przyleciała do nas po raz pierwszy do Houston w październiku 1991 roku. Cztery miesiące po nagłej śmierci Taty. Nie tak miało być. Mama była rozsypana, rozbita, a my mieliśmy ja jakoś poskładać, przywrócić do życia. Rodzina w Polsce liczyła, że zmiana miejsca, ludzi wokół a przede wszystkim przebywanie z wnukami – Kasią i Jackiem pomoże jej przywrócić względną równowagę psychiczną. I mieli rację. Powoli, w ciągu kilku miesięcy Mama zawsze optymistyczna i życiowo silna wróciła do Polski w zdecydowanie lepszej formie.
Zanim to jednak nastąpiło przez kilka miesięcy wspólnie przeżywaliśmy wiele trudnych chwil, ale i dobrych wspomnień. Naszym zadaniem było czuwać, by Mama uwierzyła, że ma po co i dla kogo żyć. Była osobą o bardzo pogodnym usposobieniu, lubiła ludzi, nie uciekała w samotność i na szczęście wnuki dla niej były najważniejsze. Był to czas kiedy dzieci lubiły być z babcią, opowiadały dużo o szkole, lubiły babci wypieki, gry w karty, wspólne wieczory.
29 grudnia tego roku moi rodzice obchodziliby 40 rocznicę ślubu. Nie doczekali.
To był bardzo trudny czas dla Mamy. Już kilka dni wcześniej wciąż wracała do wspomnień, do głośno wypowiadanej myśli: “to byłaby nasza 40 rocznica ślubu”…
Nigdy nie celebrowali specjalnie swoich rocznic choć Mama zawsze rzucała tego dnia jakieś przypomnienie, Tata komentował z krzywym uśmieszkiem albo nie. 🙂
Raz tylko, pamiętam, jak z tej okazji mieliśmy w domu uroczysty obiad w ich domu w Krakowie na Łobzowskiej. Była to ich 35 rocznica. Wymyśliliśmy im z dziećmi dużą laurkę a Wacek z Kasią ułożyli wiersz. Nawet ja nie znałam jego treści wcześniej. To była chyba niedziela. Poszliśmy do kościoła i oni się tam w czasie mszy bardzo niewłaściwie zachowywali – co chwilę coś szeptali, śmiali się, aż tata im zwrócił uwagę. A potem okazało się, że wciąż szlifowali treść tego wiersza, który potem w czasie obiadu oboje wygłosili wraz z wręczaniem laurki.
Szkoda, że dziś już nie mogę przypomnieć sobie jego treści, ale liczę na lepszą pamięć mojego męża (do takich rzeczy 🙂 ) więc może w dodatkowym komentarzu coś z tego tekstu uzupełni?.. W każdym razie wiersz był bardzo śmieszny, fajnie i trafnie podsumowywał charakter związku moich rodziców. Obiad był bardzo rodzinny i to jedyne moje wspomnienie z obchodów rocznicowo-ślubnych rodziców.
Wtedy wydawało mi się, że są to tak “ogromne” liczby, iż mimo że byłam już dobrych kilka lat mężatką, nie zastanawiałam się, że kiedyś mnie podobna sytuacja będzie dotyczyć.
1) Mama z Tatą w Tatrach -jeszcze przed ślubem 2) Na wakacjach w Beskidach-często tam jeździli 3) z wnukami – Pawłem i Krzysiem, synami mojego brata
Rodzice byli “normalnym” małżeństwem, jak setki i tysiące podobnych w tamtych czasach. Tata pracował, dzielił pieniądze na dom i na “swoje” czyli takie, które były mu potrzebne na wakacje (wspólne albo czasem tylko jego) na samochody, które uwielbiał kupować. Niemal każdego roku wymieniał na kolejny nowszy, ale dopiero pod koniec swojego życia udało mu się uzbierać pieniądze na naprawdę nowe auto. Mama – pracowała, sprzątała, zajmowała się domem, dziećmi, zakupami, odpowiedzialnością za wszystko inne… Sprawiedliwe?? Z punktu widzenia współczesnego modelu rodziny, chyba nie… A jednak taki model był zupełnie normalny i taki w tamtych latach funkcjonował w polskim społeczeństwie. Tata nie pił, nigdy nie bił Mamy ani nas, a więc wszystko układało się w porządku. Był mało wylewny uczuciowo i dlatego my dzieci nie potrafiliśmy się zbliżyć do niego. Dopiero w pełnej dorosłości związki z nim stały się łatwiejsze. I to głównie za sprawą pojawienia się moich dzieci czyli jego wnuków, a potem dzieci mojego brata. Tata zmienił się bardzo, stał się łagodniejszy, częściej się uśmiechał, był cieplejszy i bardziej przystępny w kontaktach.
Pamiętam, że kiedy przychodzili do mnie koledzy i koleżanki w odwiedziny, nigdy nie umiał odpowiedzieć nawet “dzień dobry” normalnym głosem. Zawsze to było jakieś burknięcie, ponure spojrzenie i po takim powitaniu każdy z moich znajomych dość szybko zwijał się do domu. Często, gdy zapraszałam koleżanki, najpierw pytały: a twój tata będzie w domu? A przecież nie był złym człowiekiem! Mama znała go dobrze, umiała z nim rozmawiać, łączyło ich wiele ciepła, którego my nie dostrzegliśmy. Tata był raptusem, nerwusem i w dyskusjach z Mamą bywał po prostu nieprzyjemny. Czy bardziej niż inni? Czasem tak, a czasem.. może tylko mi się wydawało? Rodzice mieli swoje kryzysy, drobne i duże. Jak wiele par. Na przestrzeni prawie 40 lat może się bardzo dużo wydarzyć. I na pewno wydarzyło się wiele. My dzieci obserwowaliśmy ich problemy, ale z pewnością nie widzieliśmy ich tak jak oni. Trochę dlatego, że rodzice dużo przed nami ukrywali, bo nie było zwyczaju szczerych rozmów na temat rodzinnych problemów, trochę pewnie dlatego, że to my nie chcieliśmy tego widzieć zajęci swoimi młodzieńczymi ważnymi problemami.
Rodzina mojej Mamy, liczbowo duża i bardzo z nami zaprzyjaźniona w tym czasie ale niemal w całości zamieszkała w Gdańsku, bardzo lubiła mojego Ojca. Dość szybko poznała jego furiacki, narwany i nerwowy charakter. Ale też szybko większość z nich umiała rozładować napięte sytuacje, a on sam nawet nie wiedział kiedy zaprzyjaźnił się całą z rodziną Mamy i bardzo lubił spędzać z nimi czas. Lubił jeździć do Gdańska, lubił ich odwiedziny w Krakowie w naszym małym mieszkaniu. Lubił i organizował wspólne wakacje i zawsze czuł się w różnych “konfiguracjach” osobowych z rodzinką gdańską bardzo dobrze. A oni uważali go za bardzo rodzinną osobę. Jego przedwczesna śmierć (miał tylko 64 lata) była dla wszystkich wielkim ciosem.
Mama, która jako jedyna z całej plejady sióstr (tak, bardzo “babska” rodzina – tylko dwóch braci, z czego jeden, najstarszy, zginął tragicznie bardzo młodo) zamieszkała w Krakowie. Ale i tak zawsze miała świetny kontakt z siostrami. Wiedziały o sobie nawzajem wiele. Nie było dla nich tajemnicą jakie mają problemy małżeńskie, która i na jakim etapie jest smutna, zła czy przeżywa kolejny kryzys. Także i one wiedziały wiele o Mamie i Tacie i często wspierały się wzajemnie, choć wiadomo – nie było to takie proste w czasach, gdy nie było internetu, telefonów o szybkich natychmiastowych kontaktów, gdy było im źle i ciężko.
Tylko jedna z sióstr Mamy rozwiodła się z mężem z reszta przeżyła lepiej czy gorzej długie związki małżeńskie.
Podobnie jak Tata uwielbiam moją gdańską rodzinę, chociaż już dziś nie jestem z nią tak związana jak kiedyś. Jak to bywa, drogi w dorosłym życiu rozchodzą się, rodziny powiększają się, każdy obiera inny kierunek. Wielu z nas nie rozpoznaje się, zwyczajnie – nie znamy się. Nasze zjazdy rodzinne, które w ostatnich latach odbyły się kilka razy trochę przybliżyły mi rodzinne więzy, ale na pewno już moje dzieci czy wnuki ich nie odtworzą nad czym ubolewam. Z drugiej strony, rozumiem doskonale, że takie jest prawo czasu, pokoleń, przemieszczania się i nic na to nie poradzimy. Tym mocniej chcę zachować choć małe okruchy wspomnień.
Nie wiem czy ktoś kiedykolwiek zajrzy na ten blog, czy przeczyta choćby przypadkiem te kilka zdań o zapamiętanych przeze mnie chwilach. Mimo to myślę, że warto ocalać od zapomnienia najmniejsze skrawki ludzkich historii. Historii ludzi, którzy nie są ani wybitnymi politykami ani artystami, pisarzami, naukowcami. Ale są tymi, których kochamy. Którzy byli, są dla nas bardzo ważni w różnych momentach naszego życia i nie chcemy, by zniknęli bez śladu. Bo każdy z nas pozostawia na tej Ziemi ślad po sobie. I nie jest to nagrobek. Niekoniecznie jest to wielkie dzieło. To cząstka miłości, element w pamięci następnego pokolenia.
Jeśli to zachowamy – człowiek wciąż żyje wśród nas.
Kiedy w 2016 roku przyjechałam z moimi wnukami do Gdańska, spędziłam z nimi kilka rodzinnych dni a potem oni pojechali na polskie kolonie a ja z kuzynką Magdą (uwielbiam ją! To najmłodsza kuzynka z linii mojego pokolenia) wybrałam się do Juraty na półwysep Helski. Kilka dni babskich plotek, fantastycznych leniwych chwil, spacerów brzegiem Bałtyku, nawet wypraw rowerowych do pobliskich miejscowości. Kiedyś, dawno w dzieciństwie byłam tam kilka razy z rodzicami na wakacjach. Sopot, Jastarnia, Jurata, Chałupy, Hel. Pamiętałam to z dzieciństwa, ale trudno powiedzieć, że cokolwiek, oprócz Sopotu, rozpoznawałam.
Pogoda była piękna. Miałyśmy swoje “kuzynowskie 5 minut”.. no może telefony od dzieci z kolonii i kilka problemów, jak to z dziećmi. Ale najważniejszą sprawą była planowana już wcześniej akcja zorganizowania w tajemnicy celebracji 60-tej rocznicy ślubu rodziców Magdy czyli moje ukochanej cioci Hani i wujka Gienia, którzy akurat przebywali na Kaszubach w ich letnim domku a Sulęczynie.
Nasze wakacyjne „kuzynowskie 5 minut” w Juracie, z Magdą
Wujek, który kiepsko się sam poruszał, wcześniej już z pomocą Magdy kupił dla cioci złoty pierścionek, z malutkim ślicznym oczkiem. Dobrze wiedział jaki ciocia chciałaby, jaki jej się podoba. To była trudna akcja, bo jak wiadomo, ludzie w tym wieku już nie ruszają się samodzielnie i zorganizować tajemniczą wyprawę do jubilera, bez wiedzy i podejrzeń cioci – nie było wcale łatwo. 🙂
Uparłyśmy się, że musimy niespodziankę zorganizować dokładnie w dniu ich rocznicy czyli 14 lipca. Niestety – tego dnia jak na złość od rano lał deszcz, niebo było całkowicie zachmurzone, a to natychmiast utrudniło nasze plany. Nie mogłam sobie wyobrazić i ułożyć w swojej głowie ale fakt faktem! – jedna jedyna droga prowadząca przez półwysep do Gdańska była całkowicie zawalona samochodami jadącymi tego dnia do do miasta, bo .. co można robić na plażach bałtyckich jak tak leje??!! Wszyscy wczasowicze uznali, że najlepiej w taki dzień wybrać się do Gdańska na wycieczki, do muzeum, na lody, do restauracji itd. No i zawalili jedna jedyną drogę w tym kierunku! A my musiałyśmy przejechać tylko (!!) niecałe 120 km ale być tam na określoną godzinę, bo akcja polegała na tym, by zdążyć zamówiony w restauracji obiad, dowieźć świeże piękne kwiaty, które miałyśmy jeszcze kupić po drodze i oczywiście zimne szampany! No i wszystko “wzięło w łeb”, bo musiałyśmy zmienić plan i kupić kwiaty w innej kwiaciarni, szampany też nie tak jak planowaliśmy. A już kombinowanie zakamuflowanych informacji i zaszyfrowanych rozmów z rodzicami, żeby przesunąć nasze spotkanie się w restauracji należało do najbardziej wymyślnych posunięć intelektualnych i słownych, na jakie nas było stać tego dnia w zamkniętym aucie i w strugach nieustająco lejącego deszczu. Dość, że dodam iż podróż do Sulęczyna zajęła nam sześć godzin zamiast dwie, a gdy dotarłyśmy do restauracji rodzice Magdy już tam byli i jedli obiad, bo umierali z głodu. Wujek nie wytrzymał i wręczył pierścionek bez naszej obecności, ale za to Ciocia już z daleka wymachiwała nam ręką z połyskującym na palcu z pięknym brylantowym oczkiem. Dojedliśmy obiad w atmosferze radości i opowieści o przygodach dnia, a deser i szampan kontynuowaliśmy już w ukochanym domku. Były wspomnienia, kwiaty i szampan i drugi – wiele miłości i wiele radości.
60 lat wspólnego pożycia. Zdjęcie dolne – kwiaty i szampan już po obiedzie. Ciocia z wymarzonym diamentowympierścionkiem 😄
Był to dla mnie piękny dzień. Uważałam, że nie można go pominąć ani w organizacji, ani we wspomnieniach. Wiem, że 60 lat to ogromna ilość dni i godzin. Długich – dobrych ciepłych i pewnie trudnych, kiedy każdy z nas zadaje sobie wiele pytań… Czy ja naprawdę tego pragnęłam? Czy o tym marzyłam? Dlaczego bywają dni, kiedy jesteśmy tak daleko od siebie? Czy tak bardzo zmieniliśmy się? Kto z nas się zmienił – ja? On? Oboje.. Czym jest naprawdę miłość? Czy istnieje tylko wtedy, gdy się do siebie zbliżamy, poznajemy, fascynujemy się sobą? A później- czy jest dla nas za trudna? Czy może po prostu ucieka gdzieś, ulatnia się, a pozostaje przyzwyczajenie, poczucie obowiązku, lojalność. A może małżeństwo to taki rollercoaster, raz jesteśmy w górze i jest dobrze a raz zjeżdżamy w dół i musimy to przetrwać dzielnie, bo wysiąść z niego jest trudno i niebezpiecznie.
Małżeństwo wymaga ciągłej pracy, nieustających zabiegań i kompromisów. Walki z samym sobą i rozmów z drugim człowiekiem. Rozmowa to dialog. A dialogi mają różne finały.
Najłatwiej się poddać. Odciąć się. Ułożyć sobie po swojemu. Rozumiem takich ludzi też. Tak czasem trzeba. Tak trzeba kiedy już NIE może być inaczej. Kiedy ktoś drugi, ten najważniejszy i wybrany kiedyś “na zawsze” odbiera nam godność, poczucie bezpieczeństwa. Nikt nie ma prawa niszczyć drugiego człowieka. Ale każdy ma prawo do drugiej szansy. I tę szansę w małżeństwie dajemy sobie niemal każdego dnia. Dobrym słowem, małym gestem, cichym przepraszam.
Zwykłe codzienne życie nie jest proste. Dorośli ludzie muszą umieć zmagać się z trudnościami. Wszędzie. W pracy i w domu. Ze sobą i z mężem, z żoną. Z przyjaciółmi i z dziećmi. Z myślami i z bólem fizycznym. W drodze pod górę i spadając w przepaść.
Dwoje ludzi tworzy związek. Nikt oprócz tych dwojga nie wie, jaki on naprawdę jest. Jakie są jego zasady. Gdzie są granice wybaczania, ile bólu możemy wytrzymać. Jak pojmujemy naszą miłość i jak ją rozumiemy. Jakiej miłości wzajemnie potrzebujemy…
Ostatnie moje spotkanie z Ciocią Stasią i wujkiem Staszkiem.Gdańsk 2016r.Ponad 70 lat małżeństwa
W rodzinie gdańskiej miałam jeszcze jedną piękną parę małżeńską. Także siostra Mamy – Ciocia Stasia i wujek Staszek. Pobrali się kiedy mieli zaledwie po dziewiętnaście lat. Przeżyli ze sobą ponad 70 wspólnych lat, szkoda, że nie pamiętam dokładnie ile.
W tamte wakacje 2016 roku odwiedziłam ich i spotkałam się z nimi po raz ostatni. Ciocia zmarła pierwsza, wujek nieco później. Mam z nimi wiele dobrych wspomnień z czasów dzieciństwa. Są dla mnie także wzorem małżeństwa, które wiele trudnych chwil przeszło w swoim życiu. I choć mieszkałam w Krakowie, to byłam świadkiem (z daleka) wielu ich kłopotów rodzinnych. Na stare lata byli bardzo mocno ze sobą związani.
Ten rok zaskoczył nas nagłymi kłopotami zdrowotnymi. Dotychczas wydawało się, że cokolwiek nas boli, gnębi, to szybko można się z tym uporać. Tym razem uświadomiłam sobie, że czas mija nieubłaganie i każdy dzień zaczyna mieć ważną wymowę. Każda chwila ma swój niepowtarzalny wymiar. Wszystko to oczywiście wiedziałam i wiem, ale co innego jest “wiedzieć” w teorii czy z literatury, a co innego poukładać to sobie we własnej głowie. Zrozumieć, że nasz czas jest jedyny, niepowtarzalny i policzony. Nie, nie! Nie wybieram się dzisiaj nigdzie z tego świata, ale mam poczucie, że przekroczyłam pewna strefę, w której człowiek zaczyna się bać i rozumie, że jego przyszłość jest krótsza niż przeszłość.
Obrączki – symbol wierności małżeńskiej.. Ryż we włosach – na pomyślność i szczęście…
7 września nasze małżeństwo świętowało 48 lat. O dziewięć lat więcej niż moi rodzice. Ale przecież o dwanaście mniej niż Ciocia Hania i wujek Gieniu!
48 róż
Oh, pardon! Szesnaście, bo przecież 14 lipca tego roku moi Kochani obchodzili (cichutko ) swoja 66 rocznicę! Czyli – wszystko może się jeszcze zdarzyć. Wszystko dobre i różne trudne i smutne. Trzeba uśmiechać się każdego dnia. Bo warto. Nawet jeśli jestem zła. Nawet jeśli jesteś zmęczony. Nawet jeśli dziś nam nie wyszło. Jutro może być lepszy dzień. To jest wciąż nasz dzień.
To może być jeszcze dużo naszych wspólnych dni… dni, na które wciąż czekamy. ( w załączniku piękna piosenka w wykonaniu Marka Grechuty ( lata 70-te XX wieku)
Ludzie to dziwne stwory. Ludzie to niezgłębione dziwolągi. Ludzie mają mózgi, które mogą wymyślać nieprawdopodobne rzeczy, procesy, intrygi.
To JA! ale tu możesz być też TY
Są ludzie zwyczajni, spokojni, niemal niezauważalni, którzy przeżyją życie bez wielkich wzlotów, ale też bez tragicznych i bolesnych upadków. Prawdę mówiąc niewielu jest takich, bo życie nie jest aż tak łaskawe, żeby nie doświadczyć nas raz bardzo przyjemnie, a za chwilę mocno uderzyć o twardą ścianę. Większość z nas ma jednak potrzebę bycia wyjątkowym. W grupie szkolnej, w pracy, w towarzystwie, w rodzinie. Gdziekolwiek jesteśmy, kogokolwiek spotykamy na swej drodze – chcemy być zauważeni. I tak powinno być. Bo każdy z nas jest wielką indywidualnością. Jesteśmy niepowtarzalni!! Nie ma znaczenia czy świat idzie ku globalizacji, klonowaniu itp. – ja to JA, a ty to TY!
Tylko – jak naprawdę i w jakim kierunku wykorzystujemy swoje indywidualne JA?
I nie o geniuszach nauki czy wybitnych znanych ludziach mam zamiar mówić, bo to już wiele razy inni za mnie zrobili i fakty znane światu same za siebie przemawiają. A co tworzy człowiek w swoich przemyśleniach, tak zwyczajnie, na co dzień? Dlaczego tak często robimy i mówimy inaczej niż naprawdę czujemy?
Dużo czytam i bardzo cenię książki, które ukazują bohaterów psychologicznie głębokich, których reakcje są ciekawe i śledzimy z zapartym tchem ich poczynania. Idziemy krok w krok za wyborami bohaterów i tego, co dzieje się w ich głowach. I często nie zdajemy sobie sprawy, że wszystko to kreuje jeden człowiek – autor powieści. Człowiek, który tworzy kilku lub kilkunastu różnych bohaterów, nadając każdemu inny charakter, inne działanie, uzależniając ich od siebie. Autor tworzy własny świat, w jakim jego postacie muszą istnieć i działać, być dobrymi, złymi, często znajdować się w pułapkach życiowych tak trudnych, że nawet w prawdziwym życiu nie zdarzają się zbyt często. Wyobraźnia jednego człowieka jest tak ogromna, że potrafi stworzyć przestrzeń nowego skrawka świata, w którym będą działy się wydarzenia, angażujące nas na całe godziny czy dni czytania powieści.
Podobnie z filmem. Twórca – reżyser, scenarzysta, operator – wszyscy ci ludzie wykorzystują swoją wielką wyobraźnię i tworzą wizję świata, który potem ma przemówić do nas widzów – zachęcić nas do przemyśleń, rozpalić opinie i trafić w czułe miejsca naszych emocji.
No i właśnie.. Tu dotarłam do do punktu, który jest sednem fragmentu tego rozważania..
Ja – odbiorca, zwykły człowiek korzystający z pracy i twórczości innych ludzi. Z miliona napisanych książek, nakręconych filmów, stworzonych pięknych dzieł sztuk, wymyślonych nieprawdopodobnych wizji przekutych w ogrody, pałace, niezwykłe muzea itd. A obok – natychmiast pojawiające się w prasie, w internecie, w komentarzach telewizyjnych na żywo oceny fachowców, którzy “wszystko wiedzą”! Od których opinii często zależy dobry początek kariery autora książki czy filmu. Od lat obserwując system działający w ocenach, opiniach tych “najważniejszych” i najbardziej liczących się w świecie krytyki stwierdzam ze smutkiem, że działa on niemal zawsze z przekorą, złośliwością i z premedytacją. Każda recenzja zaczyna się od wyszukiwania tego, co jest złe, a najchętniej omija to, co można by pochwalić. Jeśli chcecie przeczytać recenzje filmu, o którym jest bardzo głośno przed jego premierą, to wiedzcie, że jeśli ta pierwsza najważniejsza recenzja będzie negatywna – film najprawdopodobniej będzie wam się podobał!
I wszystkie kolejne recenzje będą już wydobywały z niego dużo więcej pozytywów niż ta pierwsza. To niepisana zasada, którą od lat obserwuję w wyścigu opinii fachowców od osądzania literatury sztuki filmu itp. I co ciekawe – kiedy przeglądam (bardzo pobieżnie!) oceny zwykłych odbiorców, czytelników czy widzów, natychmiast widzę jak bardzo rozbieżne są opinie przeciętnego człowieka od fachowców – krytyków. Tak, wiem! Sama juz o tym pisałam – z gustami się nie dyskutuje! Każdy ma prawo do własnej opinii. W każdym jednak dziele można dostrzec coś wartościowego. Każda ludzka idea, myśl niesie w sobie element, który twórca przesyła odbiorcy. Można krytykować, ale i pośród słów krytyki można dostrzec wartość pozytywną. Nigdy nic nie jest całkiem ZŁE albo całkiem DOBRE.
Zawsze znajdziesz tysiąc sposobów, żeby sprawdzić co inni myślą o filmie czy książce..
Oczywistym jest, że każdy krytyk zwraca uwagę na coś innego, co jest dla niego ważne. Indywidualne podejście do tematu filmu, sztuki czy powieści jest normalne i uzasadnione. Podobnie jest w naszych domowych dyskusjach. Każdy jest inny i każdemu podoba się coś innego.
Jest jednak jedna zauważalna „polska zasada” (przepraszam za takie nazewnictwo!) – Polak uwielbia krytykować! Wszystko i w każdym temacie. Bez wyboru i bez zastanowienia. Nie trzeba sięgać daleko i głęboko, wystarczy przebiec oczami po krótkich komentarzach naszych polskich kolegów na Facebooku, by widzieć jak to działa.
Bardzo powoli rodzi się w nas umiejętność chwalenia, cieszenia się czyimś sukcesem, zadowolenia z dobrych efektów. Młode pokolenie już łatwiej wkracza w świat krytyki pozytywnej, nie tylko na “nie”. Ale “starszyzna” aż zieje słowami krytycznymi, ironizującymi, złośliwymi w każdy możliwy sposób. Rzadko kiedy w zamian proponujemy pozytywny projekt…
Krytykujemy się w gronie koleżeńskim, często bez logicznej przyczyny. Czasem usłyszymy uwagę krytyczną bezzasadną, nie rozumiejąc po co i dlaczego, bo krytyka ma sens wtedy, gdy ktoś, nawet najbliższy powie ci coś, co zmobilizuje cię do zmian, dobrych zdrowych posunięć. Krytyka powinna być pomocna, uczciwa a nie złośliwa. Niestety – często jest tylko negatywna! Jestem pewna, że przykrość, którą wyrządzamy drugiej osobie wraca do nas i długo nie daje nam spokoju. Czujemy się z nią niewygodnie. W większości przypadków zdajemy sobie sprawę, że krytyka była nieuzasadniona albo może nieładnie powiedziana i każda przyjaźń zawsze po takim incydencie musi ucierpieć. Zupełnie niepotrzebnie.. Bardzo ludzkie, ale… po co?
Jeśli myślisz że znasz siebie tak dobrze, że możesz sobie zaufać – to się myślisz.
Jeśli dziwisz się, że nie umiesz powiedzieć wszystkiego, co myślisz choć wydaje ci się, że masz łatwość wypowiadania swoich myśli – to tak naprawdę tylko ci się to wydaje..
Jeśli myślisz, że kochasz bardzo mocno, a za chwilę, że kochasz niewystarczająco… to wszystko są złudzenia chwili. Kochasz tak jak umiesz. Kochasz wciąż – więc pewnie mocno i naprawdę. Nigdy jednak to uczucie nie jest odczuwane jednakowo, dlatego masz w sobie wiele pytań wątpliwości. Jeśli ich nie masz, to nie wiem jak mogłabym cię określić. Ja mam i jestem pewna, że nie jestem wyjątkiem.
Jeśli czujesz się zraniona, niedoceniona, niezrozumiana, a wciąż stoisz przy tej drugiej osobie.. to jak myślisz? – dlaczego? Musisz sama sobie na to pytanie odpowiedzieć. Przecież nikt cię do tego nie zmusza.. Przyzwyczajenie? Strach? Lenistwo przed zmianą? Chwilowy dołek? Może po prostu zwyczajne ludzkie wahanie nastrojów.
Jeśli czujesz, że robisz dużo dobrego, a wciąż łzy pojawiają się z bezsilności – to może za dużo.. cię to kosztuje? Ale może tak potrzebujesz, bo taka właśnie jesteś..
Słabość czy siła? Konieczność czy bezsilność? Nie wiem. Za dużo sprzeczności. Za mało odpowiedzi.
Pewnego dnia zdarzy ci, się że zamkniesz oczy i przez chwilę nie wiesz czy jedziesz pociągiem czy samochodem czy.. i nagle odkrywasz, że lecisz samolotem i znajdujesz się wysoko nad ziemią, zupełnie zdezorientowana, co się wokół dzieje.. – co to oznacza? Czy z tobą coś nie tak? Czy może myśli przeniosły się na chwilę w świat pogmatwany pokręcony dziesiątkami doświadczeń i przeżyć? Przecież za moment wszystko znów ułoży się po kolei. Wróci do normalności, bo wciąż jeszcze wraca..
Zdarza się każdemu taki moment w życiu, że na krotki czas oderwiemy się od rzeczywistości – w czasie i przestrzeni. Znajdziemy się w miejscu, które oczywiście jest ziemskie i realne, ale nas widzi się jakby pojawiło się na chwilę z naszych dawnych marzeń, wyobrażeń. Jakby zlepiły się skrawki pragnień, przemyśleń, wyrwanych z kontekstu różnych lat i miejsc. Dziwna układanka życiowych bardzo fragmentarycznych marzeń, puzzle z najdalszych zakamarków mózgowej pamięci, która przez dzień czy dwa ujawnia się w naszej życiowej rzeczywistości.
Jeden z takich wymarzonych dni…
I choć może nie jest dokładnie taka sama jak była kiedyś w marzeniach, to jest przeżyciem, które odgrywa nas od zwyczajnej codzienności. Od kłopotów, zmartwień, bólu, niewygody, rozdrażnienia, zdenerwowania.
Jeśli czytasz teraz te słowa, zamknij oczy i pomyśl. Przypomnij sobie taki moment w życiu. Jeden dzień. Jedną godzinę komfortu. Przyjemności. Szczęścia i spokoju – dla siebie.
Ludzie mają najróżniejsze marzenia. Absolutnie szalone i niepojęte dla innych. Marzenia o wielkiej karierze. Marzenia o ekstremalnych niebezpiecznych przeżyciach, o osiągnięciach finansowych, o wielkiej szczęśliwej rodzinie, o podróżach do miejsc, których nazw przeciętny człowiek nawet nie zna. Albo przeciwnie, ktoś marzy o odludnym domku zaciszu lasu czy jeziora, na brzegu morza, czy czymś jeszcze innym, o czym nawet nie potrafię sobie teraz wyobrazić. Wszyscy mamy do tego prawo i wszyscy powinniśmy mieć czas i potrzebę marzeń. Im bardziej bogata jest nasza wyobraźnia, tym piękniejsze jest nasze życie.
To prawda, że łatwiej realizować marzenia i “dobre” życie, gdy ma się pieniądze i dużo czasu. Ale ja dziś nie o tej “realizacji realnej” mówię.
Myślę o chwilach, gdy zdarzyło mi się popatrzeć w niebo albo w przestrzeń, przed siebie i wyszeptać do siebie: “ Dobry Boże! To jest właśnie ten moment… Jest mi dobrze, widzę niezgłębioną przestrzeń morza, czysty błękit nieba, słyszę dźwięk naturalnej muzyki. Nie obchodzą mnie aktualne problemy świata, nic mnie nie boli, nie czuję ciężaru minionych lat, smutku trudnych chwil. Jest mi absolutnie dobrze. Jest pięknie. I cieszę się, że jestem…”
Taki stan ducha budzi w nas pozytywną energię i dobroć wobec innych ludzi.
Nie szukamy elementów zła, nie krytykujemy. Uśmiechamy się, oddajemy innym nasze ciepło, poszukujemy harmonii pomiędzy nami i ludźmi obok. Zdecydowanie łatwiej żyć bez szukania wad w innych, krytykowania ich, negowania, potępiania i besztania.
No tak! Racja! Codzienne życie nie jest w różowym kolorze! Wiadomo, jesteśmy jacy jesteśmy. Intrygi, awanturki, złośliwości, dziesiątki niemiłych słów i czynów – dzieciaki biją się już w piaskownicy, w szkole coraz więcej konfliktów między nastolatkami, a między dorosłymi to już szkoda gadać. Współczesna technologia nie pomaga. Agresja i rozwiązywanie konfliktów za pomocą walk, broni, bijatyk są coraz popularniejsze.
A ja – uparcie wracam do tego, co w człowieku dobre, do pozytywnej energii.
Nie lubię selfie! Ale to zdjęcie daje obraz tła które napędza w nas energię i chęć do życia…
Bo dziś już wiem, że każdy z nas ją w sobie ma. Rzecz w tym, by ją w sobie chcieć odnaleźć. By zrozumieć, że jest nam potrzebna – najpierw dla nas samych. Potem – by móc lepiej i łatwiej żyć z innymi i obok innych. Z mężem. Z córką, z rodziną, z przyjaciółką. Z przypadkowym przechodniem na ulicy.
Nie jest łatwo mocować się z negatywną energią bliskiej mi osoby. To swoista wojna plusów i minusów. To trudna i nieprzyjemna walka, która w ostateczności musi znaleźć sobie wspólny dialog. Bywa, że dialog jest niewygodny, brakuje słów, przeradza się w milczenie.
Często słyszymy, że ludzie starsi są złośliwi, zmierzli, trudni do wytrzymania.
Nie wynika to z tego, że na starość stają się gorsi, ale dlatego, że poddają się wewnętrznemu marazmowi, niechęci do wielu elementów świata zewnętrznego, zmęczeni wieloletnimi walkami w swoich myślach i rozdarciach psychicznych. Ludzie poddają się, nie zdając sobie sprawy, że to prosta droga do utraty energii życiowej..
Często – choroby, ból, zmęczenie zniechęcają do rozmowy, uśmiechu. Zanika w człowieku pozytywna energia. Zamykamy się w sobie. Nie reagujemy na to, co jeszcze powinno nas cieszyć. Stajemy się powoli obojętni, poddajemy się każdej sytuacji, byle nie trzeba było wkładać najmniejszego wysiłku, by czynnie w niej uczestniczyć. Niejednokrotnie obserwuję to wokół siebie, wśród moich znajomych i przyjaciół. Równie często podziwiam tych, którzy wciąż mają chęć i energię, by uśmiechać się każdego ranka do siebie i do innych wokół, dzielić się radością i optymizmem, wierzyć, że dobra energia rozmnaża się w człowieku podwójnie i jest zawsze zaraźliwa.
Czerpiemy tę energię z pierwszego promienia porannego słońca i z pozytywnej myśli, która nas budzi po obudzeniu. Dzielimy się nią, gdy uśmiechamy się do siebie, gdy pijemy razem poranną kawę, gdy przesyłamy sobie ciepły krótki sms z miłym słowem “dzień dobry”.
Nie jestem wyjątkiem, czy świętą, nie mam nic idealnego w sobie. Ale na pewno mam wiele pozytywnej energii. Nie przeczę, bywają dni “deszczowe i mroczne” – pokłady smętne też mam w sobie. Walczę jak każdy z nas. Nie idealizuję własnej duszy ani charakterku (zwłaszcza, że mam go podobno “po tatusiu”) a on nie był łatwy. 🙂 Ale wiem też i mam świadomość, iż bardzo nie chcę być na starość zgnuśniałą marudną, negatywną “babcią”, więc codziennie niezmiennie szukam w sobie nowych pokładów pozytywnej energii, dobrych fluidów i pogodnych poranków.
Kieliszek winka z widokiem na morze, poranna kawa na balkonie z widokiem na morze i …..morze kwiatów wokół !
Kwiaty i kolorowe dekoracje zawsze wokół mnie.
Pomaga mi w tym joga, medytacja, kwiaty na stole, świeca zapalona wieczorną porą, ładna dekoracja zwiastująca kolejną porę roku, dobra książka, zdjęcia rodzinne, mój blog, bliska osoba, dobre wino…
Tak niewiele. A przecież wystarczy…
Na koniec – piosenka o tym, że jest wiara w dobry świat i energię, którą możemy się dzielić. 🙂
Mam swoje nawyki, rutynę dnia codziennego, uzależnienia, które przez kilka dziesiątek lat ułożyłam sobie w swoim życiu i teraz już nie mam zamiaru z nich rezygnować. Praktycznie to każdy z nas ma swoje poukładane zasady, bo młodzieńcza spontaniczność z wiekiem coraz mocniej przeistacza się w logiczną listę przyzwyczajeń. W młodości nie przywiązujemy uwagi do porządku, kolejności i potrzeby trzymania spraw poukładanych i uporządkowanych. Szaleństwo i jak to mówią dziś młodzi – “spontan” – jest jednym z najpiękniejszych elementów młodości. Później, gdy nadchodzi czas założenia rodziny, wychowywania dzieci, pilnowania i kontrolowania porządku życiowego – niestety rutyna ma swój sens i konieczność istnienia, nie zawsze jest jednak przyjemnością. Są sprawy, które muszą zająć pierwsze miejsca w naszej codzienności i tak jest wtedy dobrze. Jak to mówią “najstarsi górale” – życie to nie bajka i nie tylko w bajkach można być szczęśliwym.
A jak już odrobimy największą i najtrudniejszą lekcję życia, pewnego pięknego dnia możemy sobie pozwolić na takie niewinne (może emeryckie?) wyselekcjonowane maniery, mody, których inni nie akceptują, słownictwo, które innym przeszkadza, nałogi, które innych drażnią. I dopóki nie zagraża to naszemu zdrowiu lub bezpieczeństwu innych ludzi, to możemy robić co tylko chcemy!
Oczywiście – wiem, że są na świecie tacy, którzy w tym momencie pomyślą o ostrych “zakrętach” narkotycznych, uzależnieniach od milionów dolarów czy funtów wydawanych na super samochody czy inne niepojęte dla mnie szaleństwa, ale ja – prosta leciwa kobita – wywlekę moje bardzo zwykłe i bardzo zwyczajne nawyki i przyzwyczajenia, które – przyznaję z całą radością – uwielbiam!! I wiem, że znajdzie się w ciągu pięciu minut tabun osób, które prychną z niesmakiem, jak można o takich byle jakich drobiazgach mówić, że to ważne rytuały w życiu, ale ja tak mam dzisiaj! To o czym powiem teraz jest dla mnie fajne, zabawne, wypracowane przez lata, ulubione i MOJE!!
Poranek. Broń Boże, nie za wcześnie! Ale też nie lubię spać długo, do południa. Budzenie się ma być naturalne, takie jak podpowiada mi mój organizm. Tak jak dziś podpowiada mi moje ciało. W poniedziałek – o 9 rano. W środę o 8.40. W piątek może dopiero o 9.50. Jak dobrze, że nikt mnie nie budzi, nikt nie każe mi wstać wcześniej. NIE muszę budzić się na dźwięk budzika. Przez wiele wiele lat musiałam. Wstawałam, bo tak trzeba było. 46 lat pracy zawodowej! Obowiązków, zasad, rutyny. Tyle lat.. To nie było łatwe… Dziś też czasem tak bywa. Ale częściej to zegar biologiczny podpowiada mi kiedy moje JA chce się obudzić. Kiedy moje oczy mają ochotę otworzyć się i spojrzeć na promienie słońca. Powoli podnoszę głowę, opuszczam nogi z łóżka. Zabiera mi to czas, bo nie powinnam robić szybkich ruchów. Tak, trudno zrozumieć to młodym. Czas wstawania, mycia zębów, brania prysznica, pełnej porannej toalety to teraz już długi proces.
To już nie dawne 15 minut. Sama często zastanawiam się dlaczego dziś trwa to tak długo? Ale najprzyjemniejszy moment to świadomość, że NIE muszę się spieszyć. Spokojny ruch, jeden po drugim – i do kuchni. Nie patrzę na zegarek. Włączam maszynę do kawy. Nalewam mleka i naciskam czerwony guzik, by mleko spieniło się na śliczną piankę. Wybieram kolor filiżanki pasujący mi na dzisiejszy dzień. Czym mam ochotę na niebieską czy na pomarańczową? A może dziś mam nastrój granatowy albo żółty? Wokół rozsiewa się zapach świeżo parzonej kawy. Łączę ją ze spienionym mleczkiem i z dodatkiem odrobiny cynamonu. Do tego maleńki biszkopcik albo herbatnik. Czasem mały dodatek z malin lub truskawek. Zabieram to wszystko na tacy, siadam fotelu, na moim małym skromnym patio i mam moje już nie 5 minut a pół godziny, czasem nawet więcej. Ile potrzebuję. Ile zapragnę! Mój, tylko mój – kawowy czas! Patrzę na zieleń, trochę inną wiosną, trochę inna jesienią. Podnoszę wzrok na houstońskie niebo, w większości roku błękitne i niemal bezchmurne. Lubię też dni ulewnych deszczów. Rzadko się zdarza, że trzeba wypić kawę w domu, bo pogoda przeszkadza w porannym rytuale. Upał? Bywa dokuczliwy i to często, 🙂 ale wiatrak szemrzący sztucznym wiaterkiem nad głową pomaga i już nawet tutejsze poranne upały polubiłam. Nie lubię tylko bardzo upierdliwych komarów, pojawiających się o różnych godzinach i w różnych dniach i porach roku. Za to one mnie bardzo bardzo lubią 😦 !!
I niech mi ktoś powie, że tego nie lubi??! Że kawa w kubku plastikowym albo papierowym wypijana w biegu, w samochodzie jadąc do pracy jest przyjemniejsza i smakuje lepiej? Przepraszam, NIE uwierzę!
Uwielbiam czytać! I jak wiadomo nic w tym złego, żadne to dziwactwo ani zły nawyk. Wręcz przeciwnie. Gdyby nie fakt, że lubię czytać książki w pozycjach, które wiem “od zarania dziejów” że są niewłaściwe, niezdrowe dla kręgosłupa, zwłaszcza starego, który i tak ma problemy z miliona innych powodów. Nie potrafię siedzieć przy czytaniu prosto na krześle albo w fotelu. Muszę leżeć na wpół zgięta albo podparta łokciem, gdy kręgosłup wygięty jest w literę “C”.
Uwielbiam siedzieć na kanapie w pozycji pół leżącej, co także jest absolutnie niewłaściwie. Wiem od wieków, że to nie jest dobre dla mnie i moich pleców, a jednak nie mogę się przemóc i zmienić pozycji. Jeśli to zrobię z rozsądku – za chwilę znów powrócę instynktownie do tej niewłaściwej pozycji, choć jestem w pełni świadoma, że działam na własną szkodę i przeciwko sobie. Wiem doskonale co to jest ból pleców i kręgosłupa i nie potrafię się sama wyprowadzić z tak nawyku. Jeśli przeliczymy to na dni miesiące i lata błędnej postawy “czytelniczej” to mogę mieć pretensje tylko do samej siebie, gdy łapie mnie wielki ból, trudny do opanowania. Oczywiście, spokojnie mogę znaleźć sto innych przyczyn i powodów, ale wiem też, że już uwagi Mamy sprzed 60-ciu laty: nie leż tak jak czytasz! usiądź! wyprostuj się jak się uczysz!” miały swój sens.. Cóż – nie udało się.. Bywają nawyki dobre, bywają i złe..
Prawie każdy z nas w jakimś momencie życia uprawia sport na poważnie lub dla towarzystwa albo przynajmniej ma okres biernej fascynacji sportem. Nigdy nie byłam przesadnie “sportową” osobą. W szkole nie przepadałam za lekcjami wf-u. Były raczej nieciekawe i daleko im było do tego, co dziś oferuje się dzieciom w szkołach amerykańskich w sporcie. Nie było ani takich możliwości, ani sprzętu, ani entuzjazmu, zarówno wśród nauczycieli jak i wśród dzieci. Sport był złem koniecznym w szkołach. Ale kibiców na meczach piłki nożnej nie brakowało, hokej był bardzo popularny, piłka ręczna czy koszykówka także. Poza tym lekkoatletyka na miarę możliwości polskiego zaplecza rozwijała się na tyle, że kto był fascynatem, mógł te sporty uprawiać. Dla mnie era sportowa otworzyła się dopiero kiedy przyjechaliśmy do Houston. Mój syn Jacek wprawdzie już w Polsce grał w piłkę nożną w klubie i interesował się tym sportem, ale naprawdę zaczął treningi szkolne tutaj.
Pierwszy pół-maraton Christopha w Houston, który przebiegł razem z Mamą
I kolejny (z ponad 40 pół- maratonów) który przebiegła Kasia z Christophem, ten chyba w Utah
Zarówno córka jak i syn znaleźli sobie zajęcia sportowe w szkole i zaczęli próbować swoich sił w różnych szkolnych rodzajach sportów. Jacek przez wiele lat najmocniej trzymał się piłki nożnej, grał nawet w drużynie college’u, a Kasia do dziś jest absolutną maniaczką biegania, co zainspirowało jej syna Christopha, który także biega razem z nią maratony i pół-maratony. Natomiast młodszy syn Lukas upodobał sobie Taekwon Do, jedną ze sztuk walk wschodnich, o której nigdy wcześniej nawet nie słyszałam.
Lukas i jego wiele lat treningów i zawodów Taekwon Do
Chase – najmłodszy z naszych wnuków, syn Jacka, nie poszedł w ślady taty, tylko z wszystkich sportów, które próbował jako dziecko, najbardziej uwielbia baseball i football i już teraz (ma tylko 10 lat!) zaangażował się, jak na swój wiek, bardzo poważnie w regularne treningi.
W studio Amandy (jeszcze w „starej”lokalizacji)
A ja.. Trochę jeździłam na rowerze, trochę rodzinnie chodziłam po górach, trochę pływałam ale nic tak naprawdę sportowo mnie nie angażowało. Próbowałam Pilates, aerobic, chwilami lubiłam i szło mi dobrze ale nigdy nie na długo. Aż do dnia – a było to prawie 24 lata temu) gdy zaczęłam chodzić na pierwsze zajęcia yogi (wiem powinno być jogi, ale tak to dziwnie wygląda..) 🙂 na Rice University. Od tego czasu klas i zajęć różnego rodzaju jogi doświadczyłam ogromną ilość!! Już chyba nawet nie pamiętam wszystkich. Była joga z tańcem, była joga medytacyjna, joga poranna w niedziele… Aż wreszcie po latach trafiłam do malutkiego studia Amandy, do której przylgnęłam na wiele lat. Przeszłam z nią wiele etapów rozwoju jej studia zarówno w sensie miejsca i proponowanych nowych klas jak i zmieniającej się filozofii, a także grupy ludzi, którzy gromadzili się wokół Amandy.
Kiedy zaczęły się klasy z przewagą takich ćwiczeń, poczułam, że to już.. nie moje klimaty..
Po latach studio rozrosło się, zmieniło lokalizację, zasady działania i rodzaj ćwiczeń jaki Amanda oferowała. A ja.. poczułam się staro i po 22 latach “jogowania” nie potrafiłam już udźwignąć ani fizycznie ani mentalnie, tego co działo się na zajęciach Amandy. No i wtedy też zaczęła się pandemia.. A potem przyszło bardzo łatwo: lenistwo, zapomnienie, bo bardzo prosto znaleźć sobie wymówkę, że… No właśnie! – że co???
Ciągle wracałam do wspomnień, do myśli o jodze, do prawdy, która tkwiła we mnie, że to JEDYNY sport w moim życiu, który lubię, który umiem robić i który potrzebuję.
I wreszcie znalazłam siłę, w kilka tygodni ułożyłam swój własny program na dzisiejsze moje potrzeby. Przecież wiem o jodze bardzo dużo. Wiem czego potrzebuję. Umiem sama sobie być trenerem, nauczycielem. Umiem połączyć elementy oddechu, jogu relaksującej, jogi na bóle kręgosłupa, jogi medytacyjnej. Wiem bardzo dobrze, co jest mi potrzebne! Mam sprzęt i mam dobre nawyki jogowe. Jestem uzależniona. Joga drzemała we mnie prawie trzy lata, tylko od czasu do czasu robiłam kilka ćwiczeń. Wstydzę się przyznać jak zaniedbałam siebie i swoje potrzeby. Jak bezsensownie porzuciłam to, co rano daje mi taką przyjemność skupienia się na swoim ciele, na własnym oddechu, na rozciągnięciu moich mięśni.
Powrót do jogi stał się fizyczną i mentalną radością. Ach, jacy jesteśmy czasem głupi i niedobrzy dla siebie samych pozbawiając się tego, co lubimy co jest dla nas najlepsze. I nie myślcie, że to łatwy powrót. W tym wieku, te kilka lat przerwy czyni w naszym ciele duże zmiany. Widziane z boku pozycje jogi wydają się znajome i proste do powtórzenia. A jednak – mięśnie drżą i wcale nie chcą nas słuchać tak jak kiedyś, nie można przyciągnąć nogi czy ręki bez bólu i do takich pozycji, które jeszcze niedawno nie sprawiały nam trudności. Trzeba ćwiczyć, każdego dnia przesuwać się o centymetr do przodu. Wydłużać oddech, wracać do tego, co kiedyś było proste i wypracowane przez nasze ciało. Tak, łatwo jest zatracić to, co osiągnęliśmy przez wiele lat. Trudno jest odzyskać kondycję. Ale tak naprawdę nie o tę samą kondycję chodzi. O powrót do ulubionego dobrego nawyku, o robienie czegoś co lubimy, a co bezsensownie zgubiliśmy.
Dobre nawyki, uzależnienia trzeba pielęgnować, nawet jeśli nie są tylko samą przyjemnością, a wymagają od nas trochę wysiłku i koncentracji. Dopóki mamy nad sobą kontrolę, nie poddawajmy się biernie kolejnemu dniu – panujmy nad swoimi potrzebami. Tymi, które naprawdę lubimy. Szanujmy siebie – dla siebie samej !!
(ps- idę ćwiczyć jogę – ciąg dalszy nastąpi) 🙂
Kocyk bez którego nie mogę żyć 🙂
O tym, że jestem maniaczką filmową pisałam wielokrotnie. Ale nie zwierzyłam się, że oglądając filmy mam dziwną “wieczorną chorobę”. Do pełnego luksusu przenoszenia się w świat wyobraźni filmu czy książki wieczorną porą, potrzeba mi mojego ukochanego miękkiego cieplutkiego kocyka. Moje stopy, niezależnie od pory roku i miejsca – czy to gorące lato houstońskie czy trafi się wakacyjny czas zimowy w Colorado – po prostu “zamarzają”! Stają się lodowate i tylko kocyk ratuje mnie i daje mi komfort spokojnego oglądania kolejnego filmu czy serialowego odcinka. Albo czytania książki. Już nie powiem, że do kocyka w parze dołącza kieliszek Metaxy lub czerwonego wina i dopiero wtedy wszystko gra w filmowym wydaniu czy powieściowym zrozumieniu. 🙂 Może to “choroba głowy” a może dziwactwo, którego nie zamierzam się już wyzbyć, bo mi z nim bardzo dobrze.
Uwielbiam świece zapachowe, więc każdego wieczoru zapalam je na stoliku, często też w łazienkach. Blask świec jest dla mnie elementem nastrojowym, romantycznym, ciepłym i serdecznym. Potrzebuję tego!
Teraz już rzadziej – ale bywa, że robimy domowe jacuzzi i wtedy też zapalam wokół wszędzie świece. Uwielbiam. Trochę to może.. “filmowe” a może zostało mi coś z dawnych czasów harcerskich, z blasku ognisk i kominków. Poczucie spokoju przyjaźni i ciepła przy boku drugiego człowieka – to coś, co może pozostało we mnie z dawnych czasów młodości na zawsze.
Manicure zrobiony kiedyś w Sosnowcu- bardzo mi się podobał. Nazywał się „kocie oko” Za pomocą magnesu przyciąga się opiłki kolorowych metali, które stwarzają efekt świetlistego koloru.
Lubię chodzić regularnie na manicure i pedicure i nie wyobrażam sobie, żebym mogła sobie odmówić tego “obrządku” higienicznego i upiększającego. I uwielbiam zmieniać kolory lakierów! Za każdym razem wybieram inny kolor, w zależności od humorku, pory roku, nastroju. Bawi mnie to bardzo. Nie jestem wierna żadnym stylom ani kolorom. Cieszę się jak dziecko, gdy przyglądam się swojej starej dłoni w znów innym kolorze. 🙂
Talizman- ale nie zdradzę nikomu dlaczego..
Mam swój talizman, bez którego nie wsiądę do samolotu, uwielbiam małe słoniki z trąbą do góry i wierzę, że przynoszą one szczęście. Ogólnie – NIE jestem przesądna, ale akurat to gdzieś kiedyś wbiło mi się to w głowę i tak pozostało. Acha! No i kiedy coś zapomnę zabrać z domu i wracam z powrotem, to koniecznie muszę przysiąść na moment na krześle, odliczyć do dziesięciu i dopiero wychodzę po raz drugi…
Takie tam SZCZĘŚLIWE słoniki 🙂
Patrzę na swoje odbicie w lustrze i niespecjalnie się lubię. Ale dzisiaj mogę spojrzeć na siebie z pobłażaniem i spokojem, bo wiem, że lepiej już nie będzie. 🙂
Mam swoje lata i muszę dbać o to, co mi zostało. O siebie i najbliższych. O tych, co jeszcze mnie czasem potrzebują.
Kiedyś za żadne tortury ani nagrody nie przyznałabym się do wielu moich wad, głupot i bezsensownych działań. A przecież wszyscy je mamy. Człowiek z czasem “zbiera” wokół siebie dziwne przyzwyczajenia, nawyki, które najpierw chce zmienić, potem je ukrywa, później już wie, że będzie z nimi żył do końca życia. Pozostaje kwestia – czy to dobre nieszkodliwe dziwactwa, czy takie, które utrudniają nam i naszym najbliższym życie?
Bo wtedy to już inna bajka..
Dziś myślę, że moje śmieszności, nawyki, dziwactwa nikomu nie przeszkadzają. Może trochę drażnią. Może są niezrozumiałe. To przecież normalne.
Ale – ilu i kto z was opowiedziałby o tym, że jest trochę “dziwolągiem” i jeszcze TO lubi???
Emocjonalne stany, które przeżywamy przez całe życie są zmienne i skomplikowane. Jako dzieci nie zdajemy sobie sprawy, co targa naszymi uczuciami, ale z czasem poznajemy siebie, ludzi wokół i sytuacje, które wpływają na nasze odczuwanie. Nasza osobowość kształtuje się długo, właściwie niemal zawsze, do końca życia, a nasze reakcje na wydarzenia i relacje z ludźmi wciąż się zmieniają. Dojrzewamy, dorastamy, myślimy, pragniemy na nowo i inaczej.
Faktem niezaprzeczalnym jest, że większość z nas jest “zwierzęciem stadnym” i od początku pojawienia się na świecie potrzebujemy ciepła i przychylności drugiego człowieka. Instynktownie przytulamy się do piersi matki, kładziemy maleńką główkę na ramieniu ojca, babci czy opiekunki.
Noworodek potrzebuje ciepła drugiego człowieka. Podobnie nieco później – kiedyś matki naszego pokolenia uważały, że jeśli zatrzymają nas w domu jak najdłużej, będzie to z korzyścią dla dziecka. Dziś uważa się, że dziecko powinno jak najszybciej znaleźć się w żłobku, przedszkolu, by nawiązać kontakty z rówieśnikami, spędzać czas w grupie, nie wychowywać się samotnie.
Oczywiście nie określam tu żadnych mądrych racji – wiadomo, że dzieci są różne, jedne bez problemu nawiązują “socjalne” relacje z rówieśnikami, inne w kącie wolą bawić się same. To łatwo przekłada się na obrazki z życia ludzi dojrzałych i dorosłych, zarówno w szkole jak i na studiach czy później w pracy.
Kiedy myślę o sobie i moim dzieciństwie często analizuję jak trudny proces przechodziliśmy w polskiej szkole lat 60-tych i 70-tych i jak trudno było nam nauczyć się otwartości i dobrych kontaktów z rówieśnikami.
Nigdy nie chodziłam do przedszkola, bo mama była w domu i do pracy poszła dopiero, gdy ja zaczęłam chodzić do szkoły. Już jako mała dziewczynka zazdrościłam moim nielicznym wówczas koleżankom tego, że chodzą do przedszkola. Miały zawsze tyle do opowiadania! Dla mnie to był nieznany świat, pełen zabawek, w którym “królował Jasiek, Marek ciągnął za warkocz, Ala miała brzydki fartuszek a Kasia nie lubiła pomidorówki”. Te opowiadania były dla mnie fascynujące i zazwyczaj przysłuchiwałam się im po południu na Plantach, bawiąc się z dziećmi w piaskownicy. Ci, którzy dziś mnie dobrze znają może nie uwierzą, ale jako dziecko byłam bardzo nieśmiała, nie umiałam poradzić sobie w wielu sytuacjach i do dziś pamiętam nieprzyjemne momenty wynikające z poczucia osamotnienia, nieumiejętności nawiązywania kontaktu, strachu, wstydu. Szkoła nas, broń Boże, w tym nie wspierała, wręcz przeciwnie! Dystans wyczuwalny był wszędzie i w każdej sytuacji. Świat dorosłych był dla dzieci całkowicie zamknięty, młodzież większość doświadczeń życiowych zdobywała sposobami, które nie nie były najlepszymi przykładami na pierwsze wrażenia. Dziś wszystko jest prostsze łatwiejsze, jaśniejsze i bliższe. Świat dzieci i rodziców nie jest tak odległy jak kiedyś, wiedza jest na wyciągnięcie ręki, aż zbyt łatwo dostępna. Za to brak czasu, pogoń za… właściwie już nie wiadomo czym, jest tak szybka i absorbująca, że wpędza nas wszystkich – starych, młodych i najmłodszych w samotność czy może lepiej nazwać to – osamotnienie..
W ciągu prawie 70 lat życia, jak każdy człowiek, przechodziłam fale szaleństwa towarzyskiego, kiedy nie wyobrażałam sobie jednego dnia bez przyjaciół, rodziny, znajomych, imprez, wyjazdów itd. Pomiędzy tymi latami czy miesiącami życie rzucało mnie w otchłań pustki, gdzie poczucie osamotnienia było tak silne, że chciało mi się wyć. Czasami trwało to dzień dwa, bywało, że ciągnęło się dużo dłużej. Nic nowego, prawda? Każdy zna to po swojemu, nikomu takie uczucia nie są obce. Tyle, że.. inne. Bo tak naprawdę, nie potrafimy do końca opisać samotności tej najgłębszej, którą nosimy w sobie, jaka ona naprawdę jest. To uczucie jest tak intymne, tak indywidualne, że choćbyśmy bardzo chcieli ułożyć je w słowa – każda “opowieść” odmaluje się nieco inaczej. Może dlatego poezja, cala literatura, filmy są tak bogate i różnorodne na temat samotności człowieka.
Kiedy byłam małą dziewczynką Mama wychodziła z domu na zakupy albo w celu załatwiania różnych innych spraw i zostawiała mnie samą w domu. Takie były czasy, że rodzice nie obawiali się zostawiać cztero, pięciolatków samych w domu, zamykali drzwi na klucz i o dziwo, nikt nie uważał tego za przestępstwo. Czasem zaglądała zaprzyjaźniona sąsiadka, która zawsze na wszelki wypadek posiadała drugie klucze. Nie były to długie godziny, ale jednak dziś chyba nikt takich ryzykanckich zachowań nie uskutecznia.. Mieliśmy małe dwupokojowe mieszkanie i moim “królestwem” była jedna półka – wnęka doczepiona do dużego tapczanu rodziców, którą Mama dała mi w całości i tam urządziliśmy domek dla moich dwóch (a może trzech ?) laleczek. Niedużych, bo półka miała może niecałe 30 centymetrów wysokości i długość tapczana dwuosobowego. Pamiętam dobrze, że miałam tam drewniane mebelki pomalowane jasno-niebieską farbą. Była szafa dwudrzwiowa, której drzwiczki naprawdę się otwierały, i kredens, i stół i krzesła. Lalki miały łóżka a Mama uszyła mi malutkie kołderki i poduszki z kolorowych skrawków materiałów. A dalej była kuchnia z kuchenką i jakieś garnki i naczynia malutkie jak naparstki. I talerzyki. Nie wiem ile mogłam mieć wtedy lat. Może cztery, może trochę więcej. Ale ten obraz pozostał mi w pamięci z dużą siłą. Wycinałam małymi plastikowymi nożyczkami papierowe dywaniki, bo Mama nie chciała dać mi normalnych nożyczek do ręki. I jeszcze nakleiłam jakieś zasłonki na dykcie wewnętrznej, choć nie pamiętam czy były też z papieru czy z materiału. Ta zabawa w dom musiała trwać długo, bo rozwinęła się w”moją rodzinę”. Moje lalki miały imiona, marzyłam dla nich o długich włosach, więc Mama dała mi starą pończochę i z niej zrobiłam im warkocze. Nie było to łatwe, by umieścić je na plastikowej głowie. Musiałam być już wtedy nieco starsza, ale na pewno nie chodziłam do szkoły.
Wspominam o tym, bo dziś wydaje mi się, że właśnie ta moja pierwsza własna przystań pomiędzy półką a piecem kaflowym w pokoju nauczyła mnie bycia ze sobą w samotności. Byłam małym dzieckiem, ale tak często przebywałam sama, że stworzyłam sobie samotny – wtedy szczęśliwy świat. Umiałam go zapełnić swoją wyobraźnią, ułożyć takie elementy, które zapewniały im bezpieczeństwo, kiedy byłam sama – w domu, sensie faktycznym, jak i sama, bez ludzi: rodziców czy rówieśników, z którymi nie bawiłam się zbyt często. Myślę, że takie momenty życia, choć wydają się niezauważalne i mijają szybko, ale w psychice pozostawiają ślad, który potem gdzieś ujawnia swoje ważne znaczenie.
Później w szkole, życie każdego dziecka zmienia się, oczywistym jest, że od pierwszego dnia trafiamy do grupy. No i tu pojawia się problem – a raczej mnóstwo problemów, bo wcale nie wiadomo czy młodemu człowiekowi będzie w grupie lepiej czy odwrotnie – poczuje się zagubiony, samotny i nieszczęśliwy.
Kolejny raz wracam do zdjęcia z moimi koleżankami, które spotkałam w maju tego roku a pierwszy raz zasiadłyśmy razem w ławce szkolnej w 1960 roku.
I znów – przykładów można by przytoczyć setki i tysiące, tych nieszczęśliwych i tych radosnych. W moim życiu po pierwszych miesiącach trudnych przełamań nieśmiałości, przyjaźnie, które zawierałam były ciepłe i ważne dla mnie i wiele z nich pamiętam do dziś. Ba, nawet mam takie koleżanki, które spotkałam w tym roku na zjeździe 50-lecia matury ale tak naprawdę spotkałyśmy się w pierwszej klasie podstawówki. Może i nie utrzymujemy kontaktów na co dzień, ale fakt, że po tylu latach tak nagle, przy wspólnym stole, przy winku i świecach miałyśmy tyle tematów do obgadania, tyle wspomnień i momentów, żeby razem się pośmiać – świadczy o tym, że lata szkolne nauczyły mnie być z ludźmi, nie być samotną, nie stać “z boku”. Pomogło też harcerstwo. W tamtych czasach to było jak terapia grupowa. Zawsze razem, zawsze wokół ogniska, zawsze hasło “każdy za każdego”..
Młodość- szkoła średnia
Ale młodość jest też wiekiem wielkiej wrażliwości. Budzą się mocne uczucia i wybory. To właśnie w latach dojrzewania każdy z nas przeżywa pierwszą miłość, pierwsze uniesienia, pierwsze ukłucie zazdrości, pierwsze rozczarowania i zdrady. Wszystko to ze zdwojona siłą, bo emocje przerastają nasze rozumowe rozmyślania.
Nie wiem czy młodzieńczy świat mojego pokolenia był lepszy, czy też ja nigdy nie otarłam się o margines, ale narkotyki czy seks (w dzisiejszym wymiarze i rozumieniu) były mi praktycznie nieznane albo raczej znałam je tylko jako zjawiska teoretyczne.
Dziś młodzież mówi o tym swobodnie, narkotyki w szkole wszędzie są niemal na wyciągnięcie ręki, każdy kto chce je mieć ma łatwy dostęp do “zniszczaczy życia”, aż mnie ogarnia przerażenie, gdy o tym słucham niemal codziennie i bez jakichkolwiek zahamowań.
A jednak – tysiące młodych ludzi kończy szkoły, dobre studia, zakłada rodziny i żyje szczęśliwie. Depresje, samotność, trudności w przystosowaniu się do środowiska czy życia z drugą osobą były zawsze. Także za naszych czasów i wcześniej i później. Tylko podejście do tych tematów zmiania się. Wiedza i dostęp do informacji są znacznie większe.
Czy to lepiej? Nie wiem…
Za moich młodych czasów, w Krakowie była taka tradycja w szczepach harcerskich, że oprócz nazwy drużyny czy szczepu, mieliśmy także swojego bohatera. Drużyna “ Harnasie” jeszcze w 1962 obrała sobie za bohatera Jana Kasprowicza – poetę, tłumacza i turystę tatrzańskiego. Znacznie później, w 1970 roku Kasprowicz stal się symbolicznym bohaterem całego naszego Szczepu “Harnasi”.
Nawiązaliśmy ścisłą współpracę z “Harendą” – willą w Zakopanem i dawnym domem Kasprowicza, który wtedy w latach 70-tych był częściowo Muzeum Jana Kasprowicza a od 1964 r. mieściła się tam także siedziba Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza, do którego należał też nasz szczep.
Wydanie tomiku wierszy J. Kasprowicza z 1973 r, które mam tutaj w swoich zbiorach
Nie byłam i nie jestem specjalną entuzjastką poezji Kasprowicza, ale pamiętam takie harcersko-prywatne wydarzenie. W okolicy 12 grudnia Stowarzyszenie zawsze przygotowywało bardzo piękne i emocjonalne wieczornice i spotkania w Harendzie. Zdarzyło mi się raz wraz z moim (przyszłym) mężem uczestniczyć w takim wydarzeniu. Pojechaliśmy tam jako przedstawiciele szczepu. Niepowtarzalna domowa atmosfera ściągała wielu miłośników poezji Kasprowicza. Ludzie znali się, lubili się, przywozili ze sobą herbatę, zasiadali przy kominku, czytali poezję, dyskutowali… Byłam zafascynowana tym wieczorem. Byliśmy tam najmłodsi, każdy był dla nas miły i wypytywali nas skąd nasze harcerskie zainteresowanie Kasprowiczem i jego twórczością.
Fragment Hymnu Kasprowicza „Święty Boże, Święty Mocny” z którego pochodzą słowa: kopcie samotny grób..
Wtedy po raz pierwszy usłyszałam jak ktoś siedząc przy kominku, w blasku ognia, bez przesadnego patosu – deklamował słowa jednego z Hymnów Kasprowicza: ..Kopcie samotny grób..” Był może rok 1971 może 72. Miałam 18 lat. Atmosfera tego miejsca, głos osoby, która deklamowała ten wiersz, może późniejsza rozmowa z nim.. – dziś już nie pamiętam, ale było coś w tamtej chwili magicznego, niezapomnianego, co wywarło na mnie niesamowite wrażenie.
Wiele lat później, gdy już byłam nauczycielka polskiego i sama uczyłam młodzież, w 3-ciej klasie licealnej zawsze przy okazji omawiania poezji Kasprowicza, wspominałam ten wieczór i opowiadałam o nim moim uczniom.
Ten cytat “KOPCIE SAMOTNY GRÓB..” krąży w mojej głowie, w mojej pamięci przez wiele lat. Jest silnym przekaźnikiem tego, że tak naprawdę przez całe życie człowiek sam odpowiada za to, czy jest samotny czy nie. Czy tej samotności potrzebuje i w danym momencie potrafi sobie z nią poradzić. Czy samotność to dla niego dobro, potrzeba wewnętrzna czy nieudolna ucieczka od świata zewnętrznego, z którym nie potrafimy sobie poradzić.
Samotna czy osamotniona? Chcę tak, czy nie umiem inaczej? Uciekam od ludzi czy przyciągam ich do siebie i nie chcę być sama? W gruncie rzeczy każdy z nas sam o tym decyduje.
Tylko w jednym momencie jesteśmy naprawdę samotni – gdy odchodzimy z tego świata. Choćby wokół byli najbliżsi – umieramy sami.
Nasz symboliczny grób jest zawsze samotny. To jedyny rodzaj samotności, na którą nie mamy wpływu!
Na szczęście samotność nie jest odczuciem stałym. Zazwyczaj pojawia się i znika, wraz ze zmianą sytuacji, ludzi, którzy się do nas zbliżają, rozmów, które pomagają znaleźć inne lepsze życiowe rozwiązania.
Samotność bywa także uczuciem twórczym. To prawdopodobnie dlatego poeci, pisarze czy malarze tak często izolują się od świata publicznego, uciekają w ciszę i puste zakątki, bo to pomaga w odnalezieniu weny twórczej. Temat samotności od wieków powraca we wszystkich środkach wyrazu artystycznego, w każdym wymiarze – smutnym, gorzkim, pozytywnym i negatywnym. Także przynoszącym ludzkości wiele dobrych rozwiązań i potrzebnych odkryć znalezionych i przemyślanych właśnie w samotności.
Są ludzie, którzy nie mogą znieść samotności i ciszy, którym w pustym domu od pierwszej minuty musi towarzyszyć muzyka lub głos płynący choćby z radia lub telewizora. Ja lubię ciszę. Lubię samotność. Lubię być sama ze sobą. Ale gdy jesteśmy razem z mężem obecność drugiej osoby mi nie przeszkadza! Podobnie – bardzo lubię, gdy w domu jest cała rodzina, gwar, szum. Gdy mamy gości, jest wesoło i wokół słychać śmiech i radość.
Nie jestem sama. Choć bywam samotna. Nie jestem osamotniona. Choć bywają chwile, kiedy czuję się pusta, smutna i samotna. Każdy tak ma…
To nie skarga. To naturalny stan naszych odczuć.
Dziś wydaje się, że wszelkie media społecznościowe pomagają młodym ludziom nawiązywać szybkie kontakty, stwarzać poczucie, że nie są sami, że mają setki, tysiące przyjaciół. To tylko świat ułudy, oszustwa. “Przyjaciel” z FB czy Instagramu nie przytuli cię, nie spojrzy ci w oczy i cokolwiek ci powie – może być szczere a może nie.. Bo “papier ekranowy” wszystko przyjmie a rozmowa w cztery oczy to coś zupełnie innego.
Samotność w dzisiejszym świecie ma inny wydźwięk niż kiedyś. I choć dobrze wiem, że ludzi samotnych nigdy nie brakowało, wiem też, że w tej chwili każdy, kto przeczyta o czym tu piszę, pomyśli o “innej” wizji samotności i innym osamotnieniu.
Janusz Bykowski (Butelka)
A jednak – jeszcze wczoraj samotna i smutna… A dziś ”… widzę karty dwie na różowym tle Odnajdziemy złote szkiełko gdzieś na samym dnie..”