Patrzę na świat ponad chmurami

16 października 2024

Jest rok 1970.

Zbliżają się wakacje. Bardzo chcę jechać na obóz harcerski w Bieszczady. Ale rodzice po raz pierwszy nie pozwalają mi na taką eskapadę.

Miałam za sobą ciężki rok. Ciągle chorowałam – anginy przyczepiały się do mnie jak „rzepy psiego ogona”, co kilka – kilkanaście tygodni. Wysoka gorączka, ropnie na „migdałkach” w gardle, wiele dni opuszczonych w szkole. Potem jeszcze zapalenia ucha. I jakieś telepania serca… Poradnia Laryngologiczna stała się moim „ulubionym” miejscem odwiedzin 😊. Skończyło się to operacją usunięcia migdałów, co w tamtym czasie równało się leżeniu w szpitalu przez 10 dni. Przy okazji – powikłania, jakiś krwotok.. dramat tamtych czasów i tamtej medycyny.. Pamiętam, to był  szpital w Nowej Hucie?? Dlaczego tam? Do dzisiaj nie wiem. Był styczeń, kilka dni po wspaniale spędzonym Sylwestrze i Nowym Roku.

Potem pojawiły się kłopoty z nadrabianiem materiału szkolnego, zwłaszcza z takich przedmiotów jak fizyka, matematyka. I jeszcze problem z… geografią bo zadarłam z nauczycielką (taką Rudą złośliwą 😀) i wyraźnie na tyle mnie nie lubiła, że pomóc za bardzo nie chciała… Ciągle jakieś dodatkowe egzaminy, uzupełniania. Ciężko było mi to wszystko wyrównać.  Wszystko to udało mi się poskładać przed zakończeniem drugiej licealnej klasy. Świadectwo było jako takie, ale uporu rodziców nie potrafiłam pokonać. „Nie! Obóz pod namiotami!! W żadnym wypadku! Jeszcze nie jesteś w dobrej formie, będzie za zimno, znów będziesz chora.. itd”.   Jak to rodzice, gdy boją się o swoje dziecko. Ale wtedy byłam zła zbuntowana i czułam się bardzo pokrzywdzona!!  

W zamian rodzice wymyślili, że pojadę z Mamą nad Morze Bałtyckie do Ustki. A tata wspaniałomyślnie zrealizował swój pomysł, że do Gdańska polecimy samolotem, a stamtąd po odwiedzeniu rodziny, pociągiem do Ustki. I kupił nam bilety lotnicze! 

Tak oto po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem.. Niewiele pamiętam. Wiem że było to dla nas mocne przeżycie. Mama bała się okropnie, ale jednocześnie była bardzo podniecona i przejęta.  Ja pewnie podobnie. Jaki to był samolot, jak długo trwała podróż… nic nie pamiętam, oprócz wrażenia jakie zrobiło na mnie oglądanie widoków pól, rzek, lasów z wysoka. Pewnie nie była to duża wysokość, bo prawie  cały czas widzieliśmy ziemię i czasem chmury. No i szybkość porównując do dzisiejszych lotów, też pewnie “niewielka”. Za to ta podróż na długo była opowieścią rodzinną. 

Wakacje w Ustce były bardzo niefajne – dwa tygodnie w małym wynajmowanym u kogoś pokoiku (były takie wczasy „w prywatnych kwaterach”!). Na posiłki chodziliśmy daleko dwa razy dziennie, deszcz lał albo padał codziennie. Było zimno i nie wiem czy raz czy dwa skorzystałyśmy z plaży i morza. Wszystko było “nie tak” choć Mama starała się jak mogła, żeby nam umilić czas..  Tylko ten lot samolotem był specjalną atrakcją!!

Stewardessy LOT-u. ( zdjęcie z końca lat 70-tych, znalezione w sieci)

Drugi raz leciałam samolotem już razem ze świeżo „upieczonym mężem”, w podróż poślubną do Rumunii w 1974 r. Lot był z Warszawy, późną nocą, do miejscowości Constanta. (nad Morzem Czarnym). To był pierwszy lot w życiu mojego męża. W tamtych czasach podróż samolotem to było „coś”. A polskie linie lotnicze miały dobrą obsługę, ładnie ubrane stewardessy i pyszne jedzenie. Pamiętam dobrze, że do tacki z posiłkiem roznoszono maleńkie świetnie upieczone cieplutkie bułeczki. Nie mam pojęcia ile, ale na pewno mój mąż zjadł ich mnóstwo! Pani stewardessa dorzucała mu świeżą bułeczkę z „prędkością światła”!  

Kilka lat później, w lutym 1978 zima była sroga i śnieżna. 

Pracowałam już wtedy w Liceum Medycznym jako nauczycielka języka polskiego i miałam  dwa tygodnie zimowej przerwy. Mój mąż od kilku miesięcy przebywał w Leningradzie (obecnym Petersburgu). Marzyłam, by udało mi się pojechać do niego. Nie było to łatwe, nasza córka miała wtedy niecałe dwa lata. Udało się jednak namówić nasze obie Mamy, by zaopiekowały się malutką Kasią, a ja znów poleciałam samolotem. Do Leningradu! To był samolot rosyjski IŁ-18 albo TU -104 albo jeszcze jakiś zupełnie inny 😂. Tu pewnie mój wnuk Christoph mógłby sprostować wszystkie pomyłki, które na pewno zakradły się w te informacje. O samolotach wie prawie wszystko! 👍

Może to był któryś z tych samolotów, a może zupełnie inny..

Pamiętam,  że samolot miał śmigła na skrzydłach i okropnie głośny silnik.. Szum w czasie całego lotu był bardzo głośny. Szczegółów lotu nie pamiętam, ale dobrze zapamiętałam jak bardzo trzęsło tym „ptaszyskiem”!! Ten lot wydał się nie mieć końca. Byłam jak sparaliżowana przez cały czas jego trwania..  Ale doleciałam – żywa i cała.  
Lot powrotny nie pozostawił mi takich doznań w pamięci, więc chyba już wszystko było w porządku.


Następny nasz lot to już rodzinna podróż za Ocean- do Ameryki! Wielki samolot – czarter z Warszawy do Los Angeles z śródlądowaniem w Montrealu. Wysadzili nas z samolotu, by go zatankować. Ale pomieszczenia na lotnisku nie opuściliśmy i po krótkim czasie polecieliśmy dalej.
Dla naszych dzieci to był pierwszy lot w życiu..
I tak powoli zaczęły spełniać się marzenia – podróże samolotami – po Ameryce, Do Europy, Ameryki Południowej, później do Azji i Afryki.
Mija blisko 35 lat mieszkania w Stanach, a my nie potrafilibyśmy już zliczyć tych podniebnych podróży.

Lubię lotniska. Uwielbiam obserwować dzisiejszy jakże inny świat lotniczy. Dziś „spowszedniał” już temat wyjątkowości lotów samolotem.

Jedna z najładniejszych reklam, jaką zapamiętałam z dawnych lat – plakaty reklamujące amerykańska linię Pan Am

35 lat temu dla przeciętnego człowieka w Polsce samolot wciąż był luksusem. Pamiętam piękne reklamy PAN AM – eleganckiej amerykańskiej linii lotniczej. Przystojny pilot i śliczne stewardessy w malutkich eleganckich czapeczkach! Uśmiechnięte młode kobiety – marzenie wielu dziewcząt, by kiedyś taką pracę otrzymać. Kiedy wsiadało się do samolotu, świat był otwarty, obsługa uprzejma, posiłki serwowane na porcelanowych talerzach i z prawdziwymi sztućcami. Nie było plastików, bylejakości..
Dziś podróżowanie samolotem dostępne jest wszystkim, tzw. ”tanie linie” mają się dobrze. Latamy wszędzie i coraz więcej. Za to obsługa dawno już przestała być specjalną przyjemnością dla klienta.
Ale – „ coś za coś” – niestety – ze „szkodą” dla pasażerów.

Lotniska są różne. Uwielbiam te największe – przestronne, nowoczesne z wielkim ruchem i odlotami/lądowaniami samolotów niemal co minutę.
Samolotów tak wielkich, że aż trudno uwierzyć iż takie potężne „metalowe ptaszysko” może unieść się w powietrzu na wiele wiele godzin. Leciałam już do Dubaju liniami Emiratów, leciałam do Japonii, Europy ogromnymi „piętrowymi” samolotami. Nie są mi dziwne i nieznane takie samoloty jak Boeing 777, 747 (zwany powszechnie Jumbo Jet-em), Airbus 380. Niestety nie leciałam Concord-em, bo wyszedł z obiegu, ale przecież i takie loty kiedyś mogą się wydarzyć 😃.. Tam gdzie trudno dotrzeć autem czy pociągiem, może dotrzeć samolot. Samoloty, helikoptery spełniają wiele ważnych zadań transportowych.

Rodzinny lot małym helikopterem na Hawajach. Wielkie przeżycie pełne wrażeń, 2009 r

W takich miejscach trudno nawet mówić o „lotniskach”, bo to zazwyczaj skrawek ziemi wydzielony i przygotowany do szybkiego startu czy lądowania.
Ale wszystkie takie miejsca mają to, co potrzeba do transportu w przestrzeni. Może nie ma tam restauracji, pryszniców, miejsc do odpoczynku, stacji do prac komputerowych dla pasażerów.. Są za to piloci, obsługa techniczna i dobry serwis dla klientów. I każdy samolot spokojnie startuje i ląduje 😉.

Różne wersje samolotów United. Od małego- United Express do Boeing 747

Mieszkam w Houston i od lat obserwuję nieustające zmiany i rozbudowę – przebudowę naszego lotniska. Jest piękne! Rozkwita każdego miesiąca jak wielkie miasto. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi to kolos trudny do poruszania się i zgłębienia jego organizacyjnych nowinek. A jednak – jestem pełna podziwu dla takiej niesamowitej konstrukcji!
Nieustający przepływ tłumu ludzkiego, czekających na swój odlot, ludzi mówiących różnymi językami, przemieszczających się z jednej półkuli na drugą!
I te potężne „ ptaki” rozsiane wokół długich „korytarzy”. Numery, kolory, oznakowania nazw krajów i linii lotniczych. Zachwycające i trochę.. przerażające. 😀

Aż nadchodzi moment – wsiadam do samolotu, zapinam pasy bezpieczeństwa, czekam na konieczne instrukcje o zasadach bezpieczeństwa i mam w sobie dreszczyk oczekiwania na powolne ustawienie się samolotu do startu..
Samolot przyspiesza, podnosi swój “dziób” i unosimy się nad ziemią. Obserwuję to i czuję coraz większy pęd niemal… prosto do nieba! Przebijamy się przez chmury – czasem puszyste białe i jak góry lodowe. Innym razem ciemne i zimne – jak niedostępne, „ żelazne” – nie do pokonania.

Aż wszystko wycisza się, uspokaja i wyrównuje. Płyniemy równo i „życie” wewnątrz samolotu staje się normalne. Ludzie czytają książki oglądają filmy, rozmawiają, zasypiają.
Trwa podróż. Jedna z setek, tysięcy odbywających się w tym samym czasie, przestrzeniach na całym świecie.
Lecę nad Ziemią i myślę o tych co są teraz jeszcze wyżej, „nade mną”. Także o tych, którzy stąpają po ulicach, ogrodach i parkach.
Ci na dole – może też pomyślą o tych, co właśnie przebywają w górze.😀
Życie przecież toczy się wszędzie.

Są lotniska wielkie, nowoczesne. Zaprojektowane i zbudowane z rozmachem. Bywają i małe, trochę “byle – jakie”, a jednak samoloty lądują i startują. Wszystkie muszą być zorganizowane tak, by zapewniały nam bezpieczeństwo.

Blisko Ziemi ale już w powietrzu

W dzisiejszych czasach musimy latać. Jeśli ktoś nie lubi, boi się i nie lata “z zasady”, to wielu planów podróżniczych nie może zrealizować. Nic w tym złego. Tacy ludzie też są i są szczęśliwi. Niektórzy po prostu boją się wysokości, pustej przestrzeni “pod nogami”.
Mnie także na dzień czy dwa przed kolejną podróżą przychodzą do głowy myśli o braku kontroli nad tym, co może się stać, gdy jestem w środku zamkniętej żelaznej “puszki” . W takim momencie- natychmiast wymazuję ze swojej wyobraźni takie myśli i obrazy. Wiem, że tak naprawdę – nie ma zbyt wielkiej różnicy czy podróżujemy autostradą w szczelnie zamkniętym samochodzie, czy pędzimy leśną ścieżką na rowerze albo hulajnodze. Albo żeglujemy jachtem po wielkim jeziorze lub płyniemy wielkim wielopiętrowym statkiem cruise- owym.
Statystyki podają, że podróżowanie samolotem jest zdecydowanie bezpieczniejsze niż jazda samochodem. W wypadku lotniczym ginie 0,16 osoby na milion lotów!!! Nie wiem wprawdzie jak to “przełożyć” na ludzki, bardziej zrozumiały język, ale podobno liczby nie kłamią 🤔.
Mimo to wciąż wiele osób woli wybrać długą podróż samochodem niż dwugodzinny lot na docelowe miejsce. Bo choć liczbom można zaufać, to psychika ludzka jest zdecydowanie bardziej skomplikowana. I nie myślę tutaj tylko o wielkich katastrofach lotniczych (ODPUKAĆ!!!), ale także o “spacerowych” lotach malutkimi samolotami, których krąży każdego dnia na niebie ogromna ilość.

Zip-line, jedna z wielkich atrakcji ostatnich lat. Jeśli myślicie, że to łatwiejsze niż lot samolotem to.. możecie się mylić. Dla Christopha to radocha, dla mnie – wielki strach przed wysokością !! (Costa Rica ,Listopad 2012 r)

Latanie nie jest dla ludzi “czynnością „fizjologiczną” i dlatego niektórym trudno jest pokonać strach przed czymś, co nie jest naturalną działalnością człowieka. Nasza wyobraźnia działa zupełnie inaczej, gdy myślimy o jeździe autem versus locie wysoko nad ziemią.
Takie obawy ma każdy – a jednak… miliony ludzi pędzi na lotnisko i korzysta z tej wersji komunikacji. Dla ogromnej części ludzkości samolot to dziś jak “tramwaj” naszych dawnych czasów. Latanie wysoko w powietrzu stało się czymś elementarnym, prostym, normalnym i koniecznym. Sposób współczesnego życia biznesowego, szybkość naszego życia, komfort, którego potrzebujemy w nieustannym pośpiechu, a przede wszystkim spełnianie marzeń, by poznawać Świat, zobaczyć jak najwięcej – naturalnie “wymaga” wygodnego i szybkiego przemieszczania się.

Dla mnie lotnisko to też ludzie. Różni. Z wielkim zainteresowaniem obserwuję jak człowiek zachowuje się w podróży – na lotnisku.
Widzę ludzi zapracowanych, skupionych nad komputerami, wykorzystujących każdą chwilę oczekiwania na pracę. Potrafią skupić się na własnych sprawach, projektach, nawet wtedy, gdy obok przemieszcza się fala innych pasażerów i pracowników. Inni biegną, bo już są nieco spóźnieni. Patrzę na rodziców ciągnących się powoli z malutkimi dziećmi, na pary roześmianych i głośno rozmawiających. .
Jeszcze inni siedzą w barze, w restauracji, piją spokojnie wino, piwo, whisky czy Margaritę. Traktują czas oczekiwania na lot jako odreagowanie na stres. Czytają książki albo korzystają z innej formy czytania. Oglądają filmy we własnych telefonach, grają w karty, by czas minął przyjemnie. Są i tacy, którzy w biegu robią ostatnie zakupy, bo sklepów na lotniskach też nie brakuje. Dziś możemy kupić wiele produktów bez udziału sprzedawcy, obsłużyć się samemu, szybko w środku wielkiego korytarza łączącego terminale czy poszczególne stanowiska samolotów.

I jeszcze wspomnę o tych, dla których lotnisko to po prostu codzienne stanowisko pracy. Od pilotów, stewardess i stewartów poczynając, poprzez wielką “rodzinę” obsługującą loty. Setki ludzi wykonujących takie prace, o których nikt z nas pasażerów nawet nie myśli. W środku lotniska, na zewnątrz. Przy potężnych maszynach (nie tylko samolotach), w restauracjach i sprzątaniu ubikacji.

Lotniska to także miejsce spotkań po latach, po długich rozstaniach. Oczekiwanie na najbliższych na lotnisku jest pełne emocji i radości. I odwrotnie – podróż samolotem do kogoś, kto może „zagubił się” w naszym życiu i czeka niecierpliwie na nas…

A wszystko po to, byśmy polubili lotniska i latanie. Czuli się tam bezpiecznie.
By świat widziany z góry, znad chmur podobał nam się tak samo, jak ten na Ziemi, w którym żyjemy codziennie.

Lubię mój dom, moje miejsce na Ziemi. Lubię spacer pustą plażą i szum miejskiej ulicy wielkiego miasta.
I bardzo lubię lotniska… 😉

Piosenka „Samoloty”, ktorą wybrałam na zakończenie tekstu (lubię takie muzyczne zakończenia 😃) śpiewa artysta młodego pokolenia (rocznik 2003) – muzyk, autor tekstów i kompozytor. Brał udział w polskiej edycji The Voice. Ignacy Błażejewski – po prostu IGNACY! Piosenka pogodna, letnia, wzruszająca, i lekka.

Jak widać, sięgam nie tylko do starych piosenek mojego pokolenia. Młodzi artyści też mają na moim blogu swoje miejsce 👍 😉.


BACK

“Złote” 18,262

1 października, 2024

Jak więc niektórym ludziom udaje się przetrwać w związku małżeńskim 50 lat?  Żeby to jeszcze 50 lat.. ale gdy uświadomimy sobie,  że jest to pół WIEKU, to już naprawdę wydaje się to niemożliwe! 

Oryginalny certyfikat ślubu kościelnego – zawartego 7 września 1974 roku w kościele Św. Szczepana w Krakowie

Jeśli policzymy, że 50 lat to 50 kalendarzy i każdy z nich „trzyma” 12 stron miesięcznych z rubrykami 30-31 dni, jeśli pomyślimy, że dzień ma 12 godzin (nie będę już liczyła minut i sekund, matematyka nie była nigdy moją mocną stroną…) I do tego dołożymy 30 nocy przez 12 miesięcy, często wcale nie łatwiejszych niż dni- to wychodzi astronomiczna pula czasu, którą dostają od losu tacy, jak na przykład ja. 

Co może zdarzyć się w życiu człowieka przez 50 lat? Co zdarzyło się w tych latach na świecie? 

Ile dobrych i niemiłych wydarzeń? Ile wielkich odkryć, podróży w przestrzeń kosmiczną. Ile kwiatów zakwitło w ogrodach, ile mądrości wypowiedziała ludzkość. Ile konfliktów wybuchło w różnych częściach świata, ile ofiar pochłonęła ludzka nienawiść, głupota, brak rozwagi..

Kto pamięta takie komputery??

Dziś to nie jest takie trudne, żeby „przewertować” internet i znaleźć setki – tysiące przykładów na to, co zmieniło się na świecie w ciągu 50 lat.. Lista nigdy by się nie zamknęła, bo każdy człowiek trwający w dobrym zdrowiu i dobrym związku przez pół wieku – miałby coś do dodania do takiego spisu. 

Kiedy zaczynało się moje małżeńskie pół wieku temu, nikt nie wiedział o Internecie, komputery dostępne były w wybranych miejscach i dla wybranych osób. Do egzaminu z literatury czytaliśmy książki w całości, bo skróty i streszczenia były bardzo trudno dostępne i… nie miały dobrej opinii. 😀

Kochani Skaldowie ♥

Chodziliśmy na koncerty, gdzie sprzęt muzyczny nie miał nic do czynienia z maszynerią i elektroniką ogromnego studia. Gdy w Krakowie grali Skaldowie – siedziałam na gałęzi wielkiego drzewa, bo miejsc było niewiele a chętnych do słuchania znacznie więcej. Dziś miejsca, gdzie odbywają się koncerty słynnych zespołów muzycznych i artystów mają wielkość stadionów sportowych i szokują sprzętem, światłem, możliwościami techniczno-elektronicznymi.

Telewizory miały maleńki ekran i skrzynię wielkości i ciężaru „szafy”. Pierwszy amerykański obraz z lądowania człowieka na księżycu oglądałam w czarno- białym telewizorze i nie myślałam, że za kilka lat telewizor będzie mógł pokazać nam kolory każdego zakątka ziemi.

Pociągi pędzące na jednej szynie albo takie, które osiągają zawrotne szybkości- to była bajka/wizja marzeń tych, których uważaliśmy za „ zwariowanych”.

Dzieci rodziłyśmy długo i w bólach. Każda kobieta wiedziała, że tak ma być. Bo przyjście na świat nowego człowieka to „ ból i nieopisana radość” i nikt nie zamierzał tego w naturze zmieniać. Dziś metody rodzenia z pomocą epidural-u sprawiają, że matkom zostaje do zapamiętania tylko radość, bo ból zniknął na zawsze..

Ja pamiętam jedno i drugie i nie żałuję ani jednej sekundy bólu.. 🤗

Jak więc określić,  zdefiniować fenomen wspólnego życia dwojga ludzi pod jednym dachem przez 50 lat?

Nie oszukujmy się, nie czarujmy innych!! Miłość jest gorąca i namiętna na początku, w ważnych chwilach rodzinnych, w pielęgnowanych dużych okazjach.

Bywa jednak, że „przemycamy” ją w małych gestach przez całe życie. W przynoszeniu kwiatków bez okazji, w niespodziankach, które CHCE nam się robić żonie czy mężowi. Jakiś prezent, jakieś ciepłe słowa, które tylko my dwoje rozumiemy. Wyjazdy na chwilę i na dłuższe wakacje – spełnienie wspólnych marzeń…

Ach, ta tubka pasty do zębów… 🤗

Ale tak nie żyje się na co dzień! Codziennie jest zawsze coś, co wzajemnie nas drażni, wkurza, przeszkadza. A to otwarta tubka z pastą, a to brudny talerz po śniadaniu, a to skarpetki rozrzucone na podłodze.. Drobiazgi, ale trudne do zaakceptowania przez obie strony…

Gorzej – gdy dochodzą konflikty z powodu braku pieniędzy, zmęczenia pracą zawodową. Niekończące się dyskusje na temat wychowywania dzieci. Z czasem zaczyna przeszkadzać nam wygląd współmałżonka, niedbanie o siebie. Bywa, że wkrada się nuda, kłamstwo, zdrada.. 

Przez 50 lat śmialiśmy się miliony razy. Wypiliśmy razem setki kaw na śniadanie i ogromne ilości wina, a kiedyś nawet wódki.  Celebrowaliśmy nasze rocznice, urodziny, imieniny, rocznice „nieformalne”, Dzień Dziecka i dni specjalne albo bez okazji. 

Milczeliśmy równie często, rozstawaliśmy się na osobne wyjazdy i czekaliśmy na swoje powroty. 

Radziliśmy sobie w złych momentach i cieszyliśmy się, gdy byliśmy szczęśliwi. Podobnie jak tysiące par radzi sobie z trudnościami, które zawsze ” czyhają” na związki małżeńskie!  

Co jest kluczem sekretnym do przeżycia razem 18,262 dni?

Co zrobić, by wytrzymać i to nie z przymusu, nie z powodu rutyny. I też  nie z powodu wiary, że jeśli zawarliśmy związek małżeński przed Bogiem, to tak już musi być na zawsze!

Tak naprawdę, to nie wiem… Mimo naszych doświadczeń nie czuję się upoważniona do udzielania porad innym.  

Nie jestem aż tak tolerancyjna, bym uważała rozwody za najprostszy sposób uzdrowienia złych uczuć w małżeństwie. Ale – rozumiem też, że czasem inaczej się nie da.

Dwoje ludzi ma swój intymny język i rozumie się bez słów..

Zanim jednak stwierdzimy, że inaczej jak tylko „osobno” nie da się żyć, te ponad 18 tysięcy dni daje nam dużo czasu i okazji, by spróbować każdej metody, każdego sposobu, z którego możemy skorzystać, by przetrwać „nasze kryzysy” czy tylko gorsze dni.

Bo każdy związek dwojga ludzi to inne życie, inne ulubione drogi godzenia się, inne rozmowy. 

Przez wszystkie lata zmieniamy się oboje. Fizycznie i psychicznie. Społecznie i towarzysko. To, co nas bardzo zbliżyło w pierwszej dziesiątce, niekoniecznie jest tak samo dobre później. Nasza droga trochę nabiera zakrętów i skrótów, a mijające lata, zmieniające się zainteresowania, różni ludzie wokół nas i nieustający bieg wydarzeń – muszą nas zmienić. I sposób wspólnego życia. Już nie potrzebujemy być ciągle razem i trzymać się za ręce.  Już czytamy inne książki – ale wciąż czytamy je wieczorem, obok siebie! „Razem ale trochę osobno. Osobno ale ciągle razem” ( jak pisał kiedyś Sławomir Mrożek w swojej sztuce pt.”Serenada” )

Uczestniczymy w innych imprezach zawodowych czy towarzyskich, ale chętnie opowiadamy sobie o nich. Znajdujemy chwilę na wspólną rozmowę. 

Bywa, że kłócimy się, ba – nawet jakiś procent tych 18,262 dni, to były tak zwane „ ciche dni” 😀🙄.

Gdy już zbliżamy się do czwartej czy piątej dziesiątki, życie egzaminuje nas coraz częściej z cierpliwości i tolerancyjności dla siebie.  Gdy chorujemy (czasem poważnie) wspieramy się i stoimy przy drugiej osobie, bo tak powinny się wypełniać dni coraz starszych ludzi.

Wszystko na świecie psuje się i trzeba po kilku czy kilkunastu latach naprawiać, ulepszać, łapać, cerować, odświeżać. Podobnie w związku dwojga ludzi nic nie jest na zawsze! Wciąż trzeba pracować nad sobą i to we dwójkę. Chociaż… bywa, że  ma się dość tej „drugiej połówki”, przychodzi złość, łzy, niechęć do kolejnych wyjaśnień, zapomnień, wybaczeń. 

Ale wszytko co dobre i co złe jest dla ludzi!  Od nas tylko zależy jak sobie z tym poradzimy. 

ONI !

Mamy takich kochanych młodych (dużo młodszych od nas!) przyjaciół, którzy na pierwszy rzut oka różnią się całkowicie sprzecznymi  temperamentami. Często „idzie im pod górkę”, ale mają taki zwyczaj, że co jakiś czas gdzieś wyjeżdżają albo „wyskakują” na krótko i głośno mówią, że będą „repair marriage”. Specjalnie nazywam to po angielsku, bo brzmi to dużo lepiej niż polskie – naprawianie małżeństwa 😀 😜.

I zawsze znajdują swoje własne sposoby na poratowanie siebie nawzajem. Wracają „uleczeni” i są bardzo cudownym małżeństwem od wielu lat. Nie mam wątpliwości, że do swojego pół wieku też dotrwają. 

obiad rodzinny – 50

Miłość.. hmm – przez lata zmienia swoje oblicze. Bo miłość też się starzeje i też trzeba ją pielęgnować i odświeżać. Podać jej „laseczkę” albo rękę jako podporę. Uważać, by nie przerodziła się w złe odczucia, bo niestety i tak bywa.. By szybki mocny uścisk, przytulenie, nawet jedno ciepłe spojrzenie znaczyło nadal “kocham cię”

Moje 18,262 dni?? 

Nie jestem ideałem. I mój mąż też nie (a szkoda, bo może łatwiej by było utrzymać balans 😂). 

Były dołki i trudne momenty w życiu. Było bardzo wiele dobrych ciepłych chwil, bukietów kwiatów, słów, które zostają w nas na długo. Wielkie sukcesy naszych dzieci. I wnuki – cudowne i mądre!

Tak jak po pięknym lecie nadchodzi słota jesieni i sroga zima, tak i nasze PÓŁ WIEKU obfitowało we „wszystkie kolory”.

50 – Nierozerwalne, twarde jak marmur, ciężkie, gładkie , piękne i silne – jak życie. Dwie figury splecione w jedną…

Nie żałuję niczego. Nawet tego, że bywałam zła, niedobra i wkurzona. 

Bo po „ciężkim dniu” nadchodzi noc – a po nocy nowy dzień. Ten, który będzie lepszy od wczorajszego…

Mój mąż powiedział: „Teraz zaczynamy nowe życie”. 😊

Ile jeszcze dni mamy przed sobą? Nie wiem. 

Ale wiem – jak to kiedyś wyśpiewał Marek Grechuta – że „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”.

************************************

Zamykam te 18,262 dni (a dziś juz kilkanaście więcej) piosenką, ktorą słuchaliśmy w naszych pierwszych wspólnych latach „Wszystko mi mówi, ze mnie ktoś mnie pokochał” . Choć piosenka powstała w 1967 roku zawsze była wykonywana podczas występów Skaldów. Radosna, optymistyczna, pełna energii i zawsze aktualne słowa.

Wybrałam wersję pochodzącą z benefisu Andrzeja Zielińskiego z okazji jego 50-tych urodzin, w grudniu 1994 roku. Impreza miala miejsce w krakowskim Teatrze STU, którego założycielem (1966) i wciąż kierownikiem jest równie znany krakowski artysta – Krzysztof Jasiński (pojawia się na ekranie). Z nostalgią i wielką przyjemnością słucham tej piosenki.

Dziś juz nie ma pana Jacka, wspaniałego śpiewającego lidera zespołu „Skaldów. Odszedł w maju 2024 r. Ale jego piosenki pozostały z nami.


BACK

“Nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ubrania”

16 września 2024

Różne rzeczy mogę opowiedzieć o sobie. Dobre i gorsze. Złe też by się znalazły.

I na pewno zabrzmi to inaczej, niż ktoś inny by mnie oceniał.  Mamy różne “stopnie” ocen samego siebie. W zależności od nastroju chwili czy dnia, od tego jak zostaliśmy wychowani, od naszego wieku i tysiąca innych uwarunkowań. Dzisiaj w pogodowe nastroje wprowadzi nas stara piosenka „Czerwonych Gitar” z 1975 roku. Po takim wspomnieniu, mimo deszczu zrobi nam sie w sercu ciepło i przytulnie…

Są ludzie, ktorzy oceniają siebie zawsze wysoko, uważają się za bardzo wartościowych, wyjątkowych i w większości życia potrafią być z siebie zadowoleni. I całkiem odwrotnie – wielu ludzi czuje się ze sobą źle, mają kompleksy i często wystawiają sobie bardzo surową ocenę, wręcz negatywną.  

Oba sposoby, jeśli są ekstremalnie zawyżone lub zaniżone nie ułatwiają nam życia. 

Mówię tu oczywiście o samoocenie, a ta jak wiadomo jest i musi być subiektywna.  Jak bardzo byśmy się starali, taka ocena niekoniecznie będzie się pokrywać z opinią innych – o nas. 

My różnimy się – ale jesteśmy jak jedna rodzina!

Nic w tym złego. Ludzie są skomplikowanymi  organizmami, zwłaszcza jeśli mówimy o naszym życiu wewnętrznym, o myślach i rozważaniach, o uczuciach i nastrojach. Różnimy się między sobą i różnimy się sami – w sobie.

Dlatego tak często nasze oceny zmieniają się – od zachwytu i samouwielbienia aż do złości, wściekłości i… nienawiści do siebie.  Gdyby człowiek wymyślił jakąś maszynę, która potrafiłaby sprawiedliwie zmiksować nasze nastroje, opinie o sobie z różnych dni, lat i sytuacji – może wtedy mielibyśmy świadomość jacy jesteśmy i jak naprawdę o sobie myślimy.  Istnieje wiele testów osobowościowych, by sprawdzić siebie i by nas sprawdzili inni. Wszystko to jednak traktuję bardziej zabawowo niż naukowo. 

Jestem osobą, która ma w sobie przewagę optymizmu życiowego na marazmem. Co nie znaczy, że nie zdarzają mi się złe nastroje i wtedy już nie myślę o sobie tak pozytywnie. 

Znam ludzi, którzy uważają siebie za idealnych, najmądrzejszych i doskonałych.  Przynajmniej tak się innym pokazują, taki obraz starają się kreować i utrwalać dla wszystkich wokół. Myślę, że nie jest to łatwa postawa do trwania w niej. Często zresztą wynika z głęboko skrywanych kompleksów. Wymaga wiecznego kontrolowania własnych zachowań i udawania swojej “idealności” .  

Nikt NIE jest doskonały!!!  Nie ma takich ludzi, którzy nie popełniają błędów, takich którzy potrafią wszystko “najlepiej” albo przynajmniej lepiej od innych. 

Za to na pewno są tacy, którzy nie potrafią się przyznać (nawet przed sobą!) do  swych słabych punktów osobowości.  To ci, którzy pilnują się dzień i noc, by nie wypaść z roli “ideału”, nie pozwolić sobie na słabość i luz. 

Oj, ciężko być takim człowiekiem!!  A jak jeszcze z taką postawą idzie w parze głębokie przekonanie, że jestem naj, naj, naj…!!! To już codzienność staje się nie do zniesienia. Dla tej osoby i dla wszystkich, którzy  są blisko niej. 

Przyznać się do własnych słabości nie jest łatwo. Ale trzeba też uświadomić sobie swoje zalety, umiejętności i wyjątkowość. Zacząć od porządku w swojej głowie, przegryźć, poukładać, “zmiksować” i ustawić swoje priorytety.  To JA mam być “właścicielem” opinii o sobie. JA mam być wobec siebie obiektywna w sposób, w jaki najlepiej potrafię. I wreszcie to ja mam uwierzyć w siłę swoich pozytywów. I pracować nad tym, co JA uważam za niedoskonałe. 

Oczywiście, każdy z nas żyje “w stadzie”. Nikt nie jest samotny do końca. Opowieści o bezludnej wyspie i “samotnych wilkach” są tylko opowieściami. Bywa jednak, że czujemy się samotni wśród najbliższych ludzi i wtedy trudności piętrzą się w nienaturalny sposób. 

Kiedy spotykamy się z drugim człowiekiem – przypadkowo na ulicy czy planowo na  rodzinnym obiedzie – często zdarza się, że nie wiemy jak zagaić rozmowę.  Jak ją prowadzić, jak i o czym mówić, by  nie zostać ocenionym nie po naszej myśli.

I wtedy przychodzi pierwsza myśl – o pogodzie.. “Dzisiaj tak zimno! ależ wiatr! co za mroźny, śnieżny  dzień!  Upał nie do wytrzymania, nie można oddychać…” I tak dalej.. 

Pogoda to najlepszy temat do wejścia w dalszą rozmowę.  Albo się poskleja i przejdziemy do ciekawszych tematów i już pójdzie “jak po maśle” albo zatrzymamy się i będziemy jeszcze chwilę marudzić o pogodzie i wyjdzie kiepsko..🤔

Tytuł, który wykorzystałam do tego wpisu nie jest mój i nie jest przypadkowy. “Pożyczyłam” go sobie z jakiejś filmowej rozmowy, w którym bohater też cytował go w konkretnym celu. To zdanie „biega” w różnych wersjach, ale ogólnie znaczenie ma zawsze takie same.

Pogoda jest zawsze! Czy nam się podoba czy nie. Czy będziemy narzekać czy zachwycać się pięknym niemal perfekcyjnym dniem. I czy to będzie w środku dnia czy w nocy. Środa, piątek czy niedziela.  Pogoda to zawsze subiektywne wrażenie tego, jak ją odczuwamy. Jedni ludzie lubią upały plażowe i wcale im nie przeszkadza temperatura 30 C.  Inni uciekają w góry, w chłodne krainy, bo nie mogą znieść gorąca. Nie znoszą wysokich temperatur, lubią wiatr, nawet zachmurzone niebo. Jeszcze inni mieszkają na Alasce, Wyspach Owczych, W Islandii, bo uwielbiają długą zimę, mróz, śnieżyce.  Pod tym względem także jesteśmy różni! 

Pogoda jest zawsze!!😂

Pogoda jest zawsze jakaś – nie ma złej czy dobrej pogody. Są tylko nieodpowiednio… dobrane ubrania 😂.

Właśnie.. Te “nieodpowiednie ubrania”… To, że jadąc w góry nie mamy odpowiednich butów, by wspinać się po szlakach, to że właśnie zapomnieliśmy stroju kąpielowego na plażę – to nie tragedia. Zawsze są sklepy, sposoby na pożyczenie czegoś albo można zmienić plany 😃

Trudniej, gdy w  życiu codziennym nie potrafimy dopasować “swoich ubrań” do sytuacji, która tego  wymaga.  Nie oszukujmy się, każdy ma w swoich osobistych doświadczeniach takie momenty. 

Nie jest łatwo „dopasować ubrania” – ale jeśli chcemy i pracujemy nad tym – w końcu się udaje.!!! 👍

… Za późno na ważną rozmowę, przegapiona okazja na istotną zmianę, niedotrzymanie słowa, ludzkie zapomnienie. Takie chwile powodują w nas złość na samych siebie,  frustrację i przyrzeczenie, że następnym razem zrobimy w odpowiednim czasie, to co powinniśmy.  A potem znów i znów powtarza się historia…

Tak powstają “dziury” w historiach rodzinnych, w kontaktach międzyludzkich. Niewyjaśnione  pretensje, nieporozumienia pozostawiające niesmak niejeden raz, a czasem na całe życie. 

Marudzimy, wymyślamy setki powodów, by było na „NIE” A przecież – to nie pogoda jest temu winna… (obrazek znaleziony w sieci 😀)

Smutne jest to, że nie zawsze uczymy się na własnych błędach… Brak odwagi, wstyd, lenistwo, unikanie niewygodnych reakcji – ach, przyczyn można by mnożyć, dodawać i podnosić do n-tej potęgi. Zawsze “jakieś ubranie” uwiera, przeszkadza…   

Coraz częściej myślę, ile takich momentów było w moim życiu.  Należę do osób, które wolą jasne sytuacje niż niewyjaśnione.  Zazwyczaj nie unikam trudnych rozwiązań, rozmów. Nie znoszę “chowania głowy w piasek”, unikania rozmów na bolesne tematy. Wiele osób tego nie lubi. Z tego powodu częściej niż inni narażam się moim otwartym zachowaniem. Ludzie duszą w sobie pretensje, wolą sprawiać wrażenie obrażonych, chociaż tak naprawdę taka atmosfera najbardziej gnębi tego, kto ją tworzy w swojej głowie. W dodatku za chwilę rozsiewa ją wokół siebie i innych bliskich. 

Wiem, że otwartość i szczerość czasami nie popłaca. Ale – w ogólnym dalszym “rozliczeniu” jest lepsza niż inne reakcje takie jak udawanie, ukrywanie, nienaturalność.  W końcu tylko wtedy, gdy dobierzemy “właściwe ubranie” do sytuacji, nawet tej najbardziej niewygodnej, jest szansa, by wyszło nam „na dobre”. 

Nieszczerość, pretensjonalność, pozerstwo.. To komplikuje stosunki ludzkie, przyjacielskie i powoduje, że czujemy się niewygodnie. A to oznacza, że nasza psychika i nasze uczucia ciągle nie znalazły dopasowanego, wygodnego ubrania. 

Nikt nie jest idealny! Błędy to ludzka rzecz. Wiem o tym wszystkim, bo własne doświadczenia uczą nas to rozumieć. I z czasem – rozpoznawać. Tak, z wiekiem lubimy coraz luźniejsze, wygodniejsze ubrania. Uczymy się reagować w trudnych momentach szczerze,  bez strachu, obłudy i paniki. 

Nie wiem jak układają się takie przemyślenia w głowach innych ludzi…  Mówię o sobie. Myślę o sobie. Nie mam już przed sobą walk konkurencyjnych, tzw. “układów” biznesowych, nie muszę mieć tysiąca znajomych i przyjaciół. Wystarczy  mała grupa, ale takich którzy wysłuchają mnie,  gdy czuję się elementem ludzkich gierek, mam poczucie niewygody, wykorzystania mnie.

Nie znoszę, kiedy ktoś stwarza pozory “innej prawdy”. Nie lubię ściemy i zakłamania.  Ograniczam się do przebywania z ludźmi, którzy  pomogą mi zmienić “niewygodne ubranie” I oczekuję od nich, że oni też  w swoim “odzieniu” będą ze mną czuli się wygodnie. 🤔 😃

To niełatwe codzienne zadanie. Zwłaszcza, że latami byliśmy odporni na niewygodę, żyliśmy w biegu nie zwracając uwagi na to, co naprawdę nam odpowiada, czego nam potrzeba i co lubimy.  Popełnialiśmy gafy, nieporozumienia, błędy, których nie chcieliśmy zauważać.  

Postępowaliśmy tak, by było nam wygodnie. Często, by zatuszować własne uczucia i prawdę, bo tak było „bezkonfliktowo”. I wydawało nam się, że tak lepiej. Ale coś uwierało. Tyle tylko, że dało się z tym żyć. I to całkiem nieźle.. 

Zbliżająca się starość ma wiele wad. Fizyczna starość dopada nas na tych samych warunkach. Przybywają zmarszczki, bolączki, złość na to, czego już nie możemy robić tak jak kilka czy kilkanaście lat temu. I tego już nie da się odwrócić. Jak to mówią: “nie udała się Panu Bogu starość”. Ale lepiej tej starości doświadczyć! Każdy z nas sobie jej życzy.

Starość to też.. przywilej. Tak, już widzę te szeroko otwarte oczy, wzrok, który woła: nie rozumiem!!!  

Dopasowane i wygodne ubrania to MY!!

Właśnie ta coraz większa liczba lat daje mi prawo do wyboru wygodnych ubrań, do luzu, na jaki nie mogłam sobie pozwolić przez całe dorosłe i zabiegane życie. 

Nie szkodzi, że ubrania wygodne nie są tak piękne jak te idealnie dopasowane, skrojone i uszyte na miarę!  To nic, że dziś już nie wyglądam tak elegancko, jak w młodości czy najpiękniejszych latach dojrzałości. 

Jestem świadoma, że w najgorszą pogodę – upał czy deszcz ulewny, zamieć śnieżną czy zachmurzone niebo – mogę dopasować dla siebie wygodny ubiór. 

Już nie mam czasu na „złą pogodę” i moje życie ma prawo być swobodnym i na luzie. Najpierw w mojej głowie, bo przecież stamtąd biorą się nastroje pogodowe. 

Wtedy już  mam wybór!  I tego trzeba nam się trzymać.  Właściwej pogody każdego dnia – dziś, jutro i za rok.. Odpowiedniego ubrania – otwartości i uśmiechu i komfortu.  

Nie jestem pewna, czy potrafię zrealizować te swoje coraz “starsze” pragnienia. Ale wiem, że jestem na właściwej drodze. Nie walczę o opinię innych, lubię tych co mnie lubią, kocham moją rodzinę. Robię to, co lubię i… co jeszcze mogę. 😂

Zakończę z sentymentem pogodowym – zapraszam do przypomnienia sobie „starej” ale wciąż pięknej piosenki „Czas uczy nas pogody”. Pierwsza zaśpiewała ją Grażyna Łobaszewska na Festiwalu w w Opolu w 1980 roku w konkursie Premier.

Ja przypomnę wersję Stanisława Soyki. Ta piosenka rozbija mnie emocjonalnie od lat. Piękna poezja w pięknym wykonaniu. Jest w niej mądrość doświadczeń życiowych, żal przemijania, a równocześnie spokój wewnętrzny, którego tak bardzo potrzebujemy.

Cieþłe i wzruszające- wsłuchajmy się razem…


BACK

Po-olimpijskie „tupanie” w głowie. 

1 września 2024

W chwili gdy zaczynam pisać ten tekst, XXXIII Igrzyska Olimpijskie trwają na dobre. Wiele dyscyplin już zakończyło konkurencje zawodników i rozdano medale.  Kiedy będą czytać ten wpis inni – wszystko o paryskiej Olimpiadzie będzie już wiadomo. 

Nie jestem ani znawcą sportu, ani nawet wybranej dyscypliny. Lubię sport jak każdy “przeciętniak”. Bywa, że pasjonuję się mocniej jakimś ważnym meczem, zwłaszcza piłki nożnej, ale tak naprawdę sport to dla mnie rozrywka z większą czy mniejszą nutką emocji. I żeby było jasne – nie znam się do końca na regulaminach i zasadach. Coś tam wiem, ale stanowczo za mało, by oceniać zawodników i ich poczynania z profesjonalnego punktu widzenia.  

Do Olimpiady mam podejście emocjonalne. Pamiętam, kiedy byłam jeszcze dzieckiem, w moim domu czekaliśmy na Olimpiadę i zawsze oglądaliśmy to, co wtedy było dla nas dostępne. Ta wielka impreza kojarzy mi się z lekcjami szkolnymi, podczas których uczyliśmy się o Igrzyskach Olimpijskich w starożytnej Grecji. Może dlatego, ale na pewno nie tylko, tak mocno tradycja tych ponadczasowych i ponadnarodowych zmagań silnie do mnie przemawia. 

Choć Olimpiada odbywa się co cztery lata (no, można powiedzieć co dwa, bo przecież naprzemiennie z zimową Olimpiadą), to już od lat każda kolejna ma inny wymiar i inną oprawę. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić ogromu planów, prac, dyskusji, przygotowań i… pieniędzy, które pochłania ta światowa impreza. 

Ale coraz częściej usiłuję sobie to w głowie poukładać i zrozumieć, dlaczego ten fenomen sportowy, powtarzany od czasów starożytnych (z różnymi przerwami) trwa do dziś. I ma się coraz lepiej! 

No i tu “tupią” mi głowie pierwsze pytania: Czy rzeczywiście Olimpiada to tylko spotkanie najlepszych sportowców Świata? Czy wciąż jest to największe święto sportów różnego kalibru?  Czy ciągłe zmiany dyscyplin, regulaminów, zasad sportowych są konieczne?  Jak ma się do tego tradycja otwarcia Olimpiady, momentu wielce widowiskowego, który co cztery lata przekracza już logiczne granice jakiegokolwiek związku ze sportem?

O, nie, żebym nie lubiła uroczystego Otwarcia Olimpiady!!!  Od lat oglądam i patrzę na to zupełnie inaczej niż kiedyś. Tegoroczna Olimpiada w Paryżu po raz pierwszy w historii miała swe otwarcie poza granicami stadionu. Oczywiście, są elementy tak tradycyjne, że NIE mogą być pominięte, jak wprowadzenie i zapalenie Znicza Olimpijskiego, formalnej formuły rozpoczęcia Igrzysk, uhonorowanie wybranych zasłużonych sportowców danego kraju itp.  

Ale zdobycie – na długo wcześniej – przywileju bycia gospodarzem Olimpiady daje także organizatorom szansę na przedstawienie Światu tradycji tego kraju, własnych pomysłów, rozmachu i umiejętności organizacji takiego wydarzenia. 

Nie wiem ilu ludzi patrząc na sportowe zmagania zawodników, zastanawia się jaka jest droga ostatnich czterech lat (a może dużo dłużej?) zanim dane nam jest zobaczyć na stadionach bohaterów kolejnych dyscyplin.  Moja głowa tego nie obejmuje! Przyznam jednak, że te problemy w ostatnich latach olimpijskich kotłowały się w moich myślach bardzo intensywnie. 

Mam mnóstwo przemyśleń i osobistych wniosków czy wątpliwości i nie mam szans tutaj o wszystkim napisać. Ale kilka wątków “chodzi i tupie” mi w głowie i łapię okazję, by o tym napisać kilka słów.  

Zwyczajnie – nieprofesjonalnie, z pozycji prostego “oglądacza” coś na ten temat „rzucę”.  To osobiste wynurzenia – nikt nie może zabronić o nich „głośno” napisać, ale oczywiście można dyskutować i mieć własne zdanie 😃 🤔.

Zacznę od widowiskowego otwarcia Olimpiady. Pech chce, że Paryż powitał zawodników i organizatorów niezbyt sprzyjającą pogodą z deszczem, ale to nie zaburzyło programu. Programu wspaniałego, bardzo “francuskiego” – z dużą ilością aluzji historycznych, tradycyjnych i tych najbardziej współczesnych. 

Wszystko rozgrywało się w najpiękniejszej części miasta z Wieżą Eiffela, Łukiem Triumfalnym i rzeką Sekwaną w centrum wydarzeń. Działo się mnóstwo i kto nie oglądał, dużo stracił. Trudno było nadążyć za tym, co działo się równocześnie w kilku miejscach naraz, a spajał je biegnący po dachach paryskich domów, pałacach, ogrodach…. “Człowiek w masce” w różnych historycznych strojach, z symbolicznym zniczem – ogniem, który w kulminacyjnym momencie przekazany został “Wybrańcom”.  Tak, by ostatecznie ci “Najważniejsi “ zapalili Olimpijski Znicz. Ciekawy jest fakt, że Francuzi zdecydowali się na zapalenie Znicza, który tak naprawdę był/jest bez ognia.

Za to potężny balon jak jaskrawa paląca się kula dominował nad miastem przez cały czas trwania Olimpiady. Mało kto wie (ja też byłam zdziwiona, gdy się o tym dowiedziałam), że balon nie jest przypadkowym pomysłem, a nawiązuje do francuskiej  tradycji i pierwszych eksperymentów lotów balonem.  A ten historyczny moment… wydarzył się w 1783 roku.  O takich i innych nieznanych i ciekawych faktach francuskich wydarzeń mogliśmy się dowiedzieć przy okazji tegorocznej Olimpiady 👍.

Całość tej – jak dla mnie – stanowczo za długiej imprezy, ciągnącej się wiele godzin, była różnorodna i trzeba było bardzo mocno wpatrywać się, by dostrzec wszystko, co ważne i jeszcze to pojąć i zrozumieć. 

Jeszcze w czasie trwania Otwarcia odezwały się głosy krytyki – że zbyt duże pomieszanie faktów i aluzji, że antyreligijne (zgadnijcie, gdzie ta krytyka 😃), że zbyt jaskrawe albo nazbyt tolerancyjne… itd itp.. 

Cóż – tego uniknąć się nie da, zwłaszcza, że wszelkie media są tak dostępne dla wszystkich, iż na opanowanie krytyki nie ma sposobu..  To także zrozumiałe w dzisiejszych czasach. Niestety, “kij ma dwa końce” – o czym wiemy bardzo dobrze. I ten drugi koniec od pierwszego zdania na temat Igrzysk spowodował silną obecność wielkiej i  niesprawiedliwej krytyki. Każdy człowiek może na forach mediów powiedzieć co chce i  niestety wielu ludzi korzysta z tego, tylko po to, by zaistnieć niemiłym słowem, złośliwością i często – brakiem zrozumienia sytuacji, brakiem empatii wobec drugiego Człowieka, zwłaszcza zawodnika. 

Medale olimpijskie – Paryż 2024

Rozumiem, że my wszyscy inwestujemy w sport, każdy sobie możliwym sposobem. I uważamy, że możemy oczekiwać od naszych zawodników zwycięstwa i medali. Taki jest sens rozgrywek olimpijskich.  Ale – ludzie!! Przecież olimpiada to wielka konkurencja! To spotkanie najwyższych umiejętności z najlepszymi w danej dziedzinie. To także nieprawdopodobnie wielkie napięcie, sprawdzian wytrzymałości fizycznej i psychicznej. I wreszcie – to walka zawodników, z których każdy daje z siebie wszystko i każdy chce wygrać.!! A medalowe miejsca są tylko trzy – złote, srebrne i brązowe.

Czy nie uważacie tak jak ja, że tak naprawdę zwycięzców jest o wiele więcej? Ileż treningów, spotkań, meczów, walk, biegów musi przejść każdy zawodnik, by dotrzeć do tego ostatniego starcia – medalowego.. 

Dlaczego więc tak wielu kibiców – zwykłych obserwatorów takich jak ja, nie ma litości, gdy któryś z naszych zawodników/faworytów nie stanie na trzyosobowym podium? 

Gdzie jest zwykłe ludzkie zrozumienie, że sport to ogromna konkurencja i nie zawsze się udaje?  I że przyczyn może być wiele, a nie tylko brak umiejętności sportowca? Może po prostu fakt, że ktoś też bardzo chciał zwyciężyć i właśnie w tym momencie był lepszy, miał odrobinę więcej szczęścia? 

Iga Światek – od ciężkiej gry do łez i radości zwycięstwa!

Cała Polska (my tu w Stanach też!!) sercem trwała przy Idze Świątek i śledziliśmy każdy jej olimpijski mecz tenisowy. Od kilku lat  przyzwyczailiśmy się, że Iga przynosi nam zwycięstwa, wygrywa najważniejsze turnieje. Utrzymuje się na 1-szych miejscach na liście najlepszych tenisowych zawodniczek na Świecie. 

Iga szła jak burza, aż… po prostu przegrała swoja „złotą” szansę.  Ale wygrała brąz. 

Ma tylko 23 lata.. Jest wspaniała, fantastyczna i dostarcza nam kibicom niezwykłych emocji i ogrom radości.  Sprawdziła się raz jeszcze i zapewne  jeszcze wiele razy w przyszłości to powtórzy. 

Za to kibice różnie! Nie wiem czy istnieją statystyki (🤔??), które mogłyby podsumować ilu z nas umiało Igę zrozumieć, podtrzymać ją na duchu, by wytrzymała psychicznie i fizycznie do ostatniego meczu. Jej prawdziwi kibice i fani robili wszystko, by czuła, że ma poparcie i mur dobrych ludzi za sobą. 

A ilu było takich, którzy obrzucili ją pretensjami, słowami, które raniły. Brakiem zrozumienia, obrzydliwymi emocjami, jakich na pewno naszej czołowej tenisistce nikt NIE powinien  serwować. 

Każdego dnia podglądam na Facebooku, w wiadomościach sportowych wyniki polskich i amerykańskich zawodników. Także wszystkich innych sportowców. I robię to jako zwyczajny kibic. Nie “szaleniec sportowy”, nie znawca i specjalista w sportowej dziedzinie.

Po prostu – lubię Olimpiady, lubię zdrową rywalizację, siłę i zaparcie zawodników. Podziwiam to, czego nigdy u siebie nie doświadczyłam.  I chcę zrozumieć, jak niesamowici są ci “wybrani” przez los, ale także stali się wyjątkowi dzięki swej bardzo ciężkiej  pracy, wielu lat wyczerpujących treningów, często rezygnacji z życiowych przyjemności. 

Gdy tak myślę, a moje rozmyślania “tupią’ w głowie, coraz  głębiej rozumiem i podziwiam to, co składa się na jedno wydarzenie – OLIMPIADA.

Wspaniali siatkarze! zasłużyli na najlepsze

To suma przeżyć i emocji widzów/kibiców, walk zawodników, ich marzeń, które spełniają się lub nie.. Dla niektórych sportowców spełnieniem marzeń  jest już sam fakt zakwalifikowania się na Olimpiadę. Inni marzą o złocie,  jeszcze inni są “najszczęśliwszymi pod słońcem” gdy udaje się im ukończyć zmagania w pierwszej światowej dziesiątce. 

Przed nami jeszcze wielki mecz w siatkówce mężczyzn. Mecz o “złoto”  albo  “tylko” o srebrny medal.  Czy tylko…??? 

Pamiętam naszą złotą drużynę siatkarską Huberta Wagnera. Nie miałam pojęcia, że od tamtych zwycięstw minęło już 48 lat..  W tamtych czasach byli “bogami” tej dyscypliny a może i całego polskiego sportu. Ale dopiero dużo później powoli spływała prawda tamtych katorżniczych treningów i meczów.. 

Hubert Wagner powiedział wtedy: “Interesuje mnie tylko ZŁOTO”… Ja także życzę naszym siatkarzom wygrania złotego medalu! Ale – jeśli zawiśnie na piersiach całego zespołu srebro, to będę się cieszyć tak samo mocno i szczerze!! 

Bo zapewne zespół Francji też marzy o tym zwycięstwie…

Dwie Ole: Mirosław – złoty medal i Ola Kałucka – brązowy medal

Nigdy nie myślałam, że będę się cieszyć wraz z zawodniczkami, złotego i brązowego medalu w konkurencji wspinaczki sportowej. To całkowicie nowa  dyscyplina sportu dołączona (może nawet w tym roku?) do zmagań olimpijskich. 

Czy można porównywać złote medale w tak różnych dyscyplinach jak: koszykówka, siatkówka, piłka nożna, a sporty indywidualne – tenis, biegi, skoki o tyczce czy wbieganie na stromą ściankę? NIE, nie można!!! Ale żadna z tych dyscyplin nie jest ani lepsza ani gorsza. Ani trudniejsza ani łatwiejsza. 

Każda wymaga setek godzin trenowania, pracy ponad ludzkie siły. 

Piękne jest to, że wszystkie te kategorie i ogromna rodzina sportowa może spotkać się razem co cztery lata i walczyć o medale, sprawdzić swoje możliwości, cieszyć się z kibicowania innych kolegom – sportowcom. 

Bo Olimpiada to sportowe święto wszystkich – zawodników i kibiców. Tych, którzy na tę imprezę pracują cztery poprzedzające lata. Artystów i managerów. Młodzieży, która marzy o takiej przyszłości i starszych kibiców wspominających “inne” dawne olimpiady. 

Każdego roku w sporcie się coś zmienia.  W każdej dyscyplinie. Nie łudźmy się, że na następnej Olimpiadzie (Los Angeles 2028) będzie tak samo jak w tym roku. 

Mam tylko nadzieję, że moje “tupanie” w głowie, “zatupie” także i innym.  Hejt, narzekania, niezrozumienie zawodników i trenerów, obrzucanie “słownym błotem” tych, którzy swe umiejętności i serca wkładają, byśmy mogli być świadkami tak pięknego wydarzenia, jaką co cztery lata są Igrzyska Olimpijskie. 

Takie mam  życzenia – po “tupaniu” po-olimpijskich myśli w głowie najbardziej pospolitego kibica 💖

ps. oczywiście – zdjęcia – „przypominajki” pochodzą z internetowej kolekcji. Niestety, nie udało mi sie dotrzeć do Olimpijskiego Paryża 😟. Ale – może jeszcze nic straconego, może zdążę.. za cztery lata? 😂

****************************************

Na koniec – coś dla podtrzymania ducha walki, dla przypomnienia, że sport to zdrowa rywalizacja, walka do końca i nieustające poparcie dla zawodników. Uczmy się od najmłodszych.. Piosenka pt. „Walczymy do końca” w wykonaniu zespołu dzieci i młodzieży „Mała Armia Janosika”. Odnosi się wprawdzie do naszego „sportowego ulubieńca” – piłki nożnej, ale powinna być przykładem dla kibiców w każdej dziedzinie sportu i w każdym momencie.

Miło i optymistycznie! Warto posłuchać ! 😃 😃


BACK

Podróże – przypadkowe, wymarzone, niespodziewane i… ta ostatnia

15 sierpnia 2024

Są ludzie, którzy żyją w zgodzie z wybranym przez siebie miejscem na ziemi. Los rzucił ich “gdzieś” i tak już zostało.  Zdarza się. I wcale nie jest to wyjątkowe. Jednak życie każdego z nas jest wciąż nieustającą podróżą. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie lubimy być w ruchu, to nigdy nie jesteśmy w jednym miejscu. Nasze dawne małe wyprawy dzieciństwa urastały do „specjalnych chwil” i z czasem stały się coraz bardziej znaczącymi i wartościowymi podróżami.

Kiedy byłam małą dziewczynką „podróżą” był wyjazd na wieś, która znajdowała się nie więcej jak 30 kilometrów od Krakowa. Wyjazd z Krakowa do Zakopanego była całodniową wyprawą, a częściej nawet i dłuższą. Wycieczka pociągiem podmiejskim, to dopiero była niedzielna frajda! Wypad „gdzieś” poza miasto samochodem, który w mojej rodzinie pojawił się dość wcześnie, była podróżą całej rodziny przygotowywaną z wielką  organizacyjną dokładnością….

Pamiętam, kiedy na wakacje dojeżdżaliśmy autobusem, a dalej odbierał nas gospodarz swoją furmanką. Pakował nasze walizki a może tobołki i dalej jechaliśmy po drodze bitej z nierównych kamieni i piasku. Telepało nami, stukało, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało. (O, nawet wyszła rymowanka 😃) 

Wtedy jeszcze nie nazywaliśmy tego podróżami. Zwyczajnie i po prostu – przychodziło lato, zaczynały się wakacje i jakoś trzeba było dojechać na wybrane miejsca. Bo mimo różnych trudności rodzice dbali, by wakacje były z dala od miasta, wśród zieleni i na świeżym powietrzu.

Słowo wycieczka pojawiło się na dobre w szkole i niekoniecznie oznaczało wyjazdy. Wycieczki były do parku, do muzeum. Związane z zadaniami szkolnymi np. jesienią zbieraliśmy kasztany i ładne kolorowe liście. W starszych klasach wyjeżdżaliśmy już na dwa lub trzy dni w góry albo do Warszawy i to już było “coś”😃.

W mojej wyobraźni podróżowanie pojawiło się przy okazji czytania dużej ilości książek i oglądania filmów. Zwłaszcza od czasu, kiedy w domu pojawił sie pierwszy telewizor (miałam wtedy 9 lat). Choć książki w księgarniach nie były łatwo dostępne, to do biblioteki szkolnej i publicznej (tuż obok naszego domu) biegałam co kilka dni! Uwielbiałam szperać po pólkach, rozmawiać z paniami bibliotekarkami. One tak dużo wiedziały i umiały doradzić. O moje oczy i umysł ocierały się dalekie niedostępne obrazy Świata, gdzie ludzie tak łatwo się poruszali, przemieszczali się w każdy nowy dla mnie zakątek. Te odkrycia książkowo-filmowe były moją pożywką dla marzeń.  

Wyobrażałam sobie, że chodzę swobodnie po ulicach ogromnych miast, w tłumie elegancko ubranych ludzi. Wchodzę do sklepów, gdzie półki uginają się od towarów i wszystko jest dla mnie dostępne.  Innym razem byłam jedną z tych, którzy wygrzewają się na słonecznej plaży z kolorowym drinkiem w ręku. Bywałam w wysokich górach i na pustyniach. W miejscach tak niedostępnych, że mogły dla mnie istnieć tylko w marzeniach. W wyobraźni, której echo głosu marzeń niosło się daleko i wysoko aż do nieba.. 

Palcem po mapie, podróż oczami wyobraźni, pierwsze przymiarki i wybory… Każdy z nas tak zaczynał..

Prerie, pędzące konie, pustynie z oazami bujnej i nieznanej mi roślinności, domy na odludziu, a przecież piękne i okazałe…  I wciąż myślałam – gdzie jest taki świat? Czy jest taki świat?  W jaki sposób ludzie docierają do takich zakątków? Czy mnie uda się kiedyś je zobaczyć?..

Choć w wyobraźni snuły się obrazy niewiarygodne, bez “trudnych” elementów do pokonania, długo nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kiedyś i ja „wtargnę” w ten inny Świat…

Czas mijał a życie przynosiło coraz to nowe wyzwania i nowe rozwiązania. 

Los rzuca nas tam, gdzie chce. Na początku nie mamy na to wpływu. Szczęśliwie urodziłam się w rodzinie, gdzie Tata “ciągnął w świat “.   I to w czasach, kiedy naprawdę trudno było podróżować zarówno z powodów finansowych jak i organizacyjnych. A jednak mój ojciec dokonywał cudów, żeby znaleźć miejsce na wakacje, złapać miejsce w wagonie w pociągu, wrzucić nas – dzieci do przedziału przez okno, a w późniejszych czasach złożyć papiery na paszport i za każdym razem czekać wierząc, że ten paszport na milicji dostanie. A wierzcie mi – tata nie był osobą należącą do cierpliwych…  

Do dziś pamiętam krążącą w rodzinie legendę, o tym jak Tata uciekał z kolegą do Szwecji przez Bałtyk. Niestety, nie udało im się… Długo by opowiadać, ale nie jestem pewna, ile z tej opowieści jest prawdą, a ile już tylko rodzinną legendą, więc zostawię to jako przygrywkę do pierwszych jego zagranicznych podróży. Był wtedy młody i miał młodzieńczą fantazję. Ucieczka (a może podróż w nieznane!) nie udała się, za to wtedy właśnie Tata poznał Mamę i tak później ja znalazłam się na świecie 😂. Ale to juz inna historia. 

Kiedy Tata po raz pierwszy zaczął swoje podróże? – nie wiem. Myślę, że we wczesnych latach 60-tych. 

Jeździliśmy na Mazury, do Gdańska do rodziny Mamy, z którą łączyły nas silne więzy i lubiliśmy z nimi spędzać wakacje. A że była to duża rodzina, rodzice zmieniali miejsce “postoju” wakacyjnego i spędzaliśmy czas z różnymi ciociami, wujkami i kuzynami. Może dziś to sobie trudno wyobrazić, ale wtedy mimo małych mieszkań i niezbyt wygodnych warunków mieszkaniowych, nikt sie tym nie przejmował i chętnie gościł dodatkową rodzinę na czas wakacji. Jakoś to było “normalne”.

Pamiętam, że mieszkając w Krakowie, rodziny z Gdańska jadąc (zazwyczaj w zimie) do Zakopanego czy w okolice, zawsze zatrzymywały się u nas na kilka dni. Fakt, że mieszkaliśmy tylko w dwóch przejściowych pokojach, ogrzewanych przez piece, zimna kuchnia i… taka sobie łazienka – nie stanowiły dla nikogo z nas żadnego problemu.

Zawsze było wesoło i bardzo lubiłam te rodzinne odwiedziny. Niekiedy spędzaliśmy razem święta i dopiero po świętach goście jechali dalej w stronę Zakopanego. Dało się! 😂

Pierwsza podróż zagraniczna?  Chyba w 1966. Wtedy po raz pierwszy udało nam się wyjechać całą rodziną przez ZSRR, Rumunię, Bułgarię do Jugosławii (byłej).

Zapamiętałam cudowne miasto Split, wyspę Krk i wiele małych miasteczek, wysepek. Wracaliśmy już inną drogą przez Węgry i Czechosłowację albo… Tego już nie pamiętam. Już kiedyś o tym pisałam szczegółowo 😀. 

Nieco później odbyła się nasza rodzinna podróż, chyba do NRD. Zaczęło się tak: 

Kiedyś byliśmy na Mazurach nad jeziorem Ruciane i tam moi rodzice poznali rodzinę Niemców z NRD z dwoma dziewczynkami w naszym wieku. Moja Mama znała niemiecki, więc oni bardzo się ucieszyli, że mogą sobie z kimś pogadać. Tata też znał trochę ale znacznie słabiej. Pochodzili z małego miasteczka, już nie pamiętam jakiego. Ojciec rodziny był dentystą, żona jego asystentką. Prowadzili swój prywatny gabinet. (Prywatny – w NRD!?) Ich córki były dokładnie w moim i mojego brata wieku i miały na imię Karin i Helga.  W ciągu tygodnia czy dwóch nasi rodzice zaprzyjaźnili się. Nie bardzo rozumieliśmy na czym ta przyjaźń polegała, dopiero po wielu latach rodzice opowiedzieli nam (a właściwie Mama) wyjawiła nam ich tajemnice. O tym co wydarzyło się, gdy już polityczne układy się zmieniły i runął mur berliński. Było to już po śmierci mojego Taty, kiedy Mama po raz pierwszy przyleciała do nas, do Stanów.

Po powrocie z wakacji z Rucianego moi rodzice zapisali się na lekcje niemieckiego, uporządkowali i przypomnieli sobie gramatykę. Później znów spotkali się z niemieckimi znajomymi na wakacjach w Polsce. Mnie wtedy już z nimi nie było, bo pojechałam na obóz harcerski. 

Pod koniec sierpnia w 1968 roku pojechaliśmy samochodem odwiedzić naszych znajomych w NRD. Wtedy nie rozumiałam (to było tuż przed początkiem mojej ósmej klasy) dlaczego tak dziwnie pusto było na granicy, dlaczego rodzice przyciszonymi głosami rozmawiali itd. Wracaliśmy na początku września nieco spóźnieni do szkoły.  Do dziś zastanawiam się jak to możliwe, że wpuścili nas do NRD… W nocy z 20/21 sierpnia wojska Układu Warszawskiego Polski, ZSRR, Węgier, Bułgarii i NRD wykroczyły na teren Czechosłowacji…

Myślę dzisiaj, ze nasza podróż musiała się zacząć przed dwudziestym pierwszym sierpnia, gdy oficjalnie jeszcze nie nastąpiła akcja zbrojna. Do Polski wracaliśmy w ostatnie dni sierpnia i na granicy nie było juz żadnego innego samochodu. To był jakiś cud, że wróciliśmy do Krakowa cali i zdrowi.

Od moich NRD-owskich przyjaciół dostałam cały worek małych gum do żucia, które zrobiły furorę w szkole. Moi rówieśnicy pytali mnie o różne słowa, czy znam niemieckie odpowiedniki polskich słów itd. Taka normalna zabawa dzieci w takim wieku, które nigdy nie były zagranicą a chciałyby poczuć powiew inności. I takich, ktorzy nie czuli realnego zagrożenia sytuacji…

Wiele “tajemnic” politycznych rodzice starali się ukryć przed nami. Właściwie u nas w domu nie dyskutowało się głośno i dobitnie na temat polityki. Owszem, ojciec słuchał ciągle radia „Wolna Europa”, ale “przy uchu”, bo zagłuszenia były okropne i raczej mnie denerwowały niż ciekawiły. 

Wstyd przyznać, ale jak na 14-latkę, niewiele wiedziałam o tym, co działo się w Polsce i w polityce. Tak naprawdę zainteresowanie i świadomość polityczna obudziła się we mnie, kiedy zaczęłam chodzić do liceum (mój kochany nauczyciel historii prof. Pendzej z pewnością sie temu przysłużył, choć było kogo się bać…🤭). Wtedy też znalazłam się w szczepie “Harnasie”. Tam olśniło mnie jak daleko byłam od polskiej rzeczywistości. A przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że to wszystko, co dzieje się wokół dotyczy także mnie! Dorosłam, dojrzałam niemal z dnia na dzień. I wtedy – Tata zaczął mnie zupełnie inaczej traktować. Dyskusje, rozmowy o polityce, opinie zaczęły być wyrażane naturalnie, przy stole, bez tajemnic. Bez “omijania” mnie! Do dziś nie rozumiem, jaki cel mieli rodzice w urywaniu prawdy i dlaczego tak milczeli, o tym co działo się w Polsce wokół nas. Czy aż tak bardzo bali się o nas? A może zbyt długo postrzegali nas jako dzieci i celowo odsuwali od prawdy tamtych czasów?.

W latach 70-tych powoli wszystko stawało się łatwiejsze, bardziej dostępne. I pewnie my też dojrzewaliśmy, byliśmy coraz mądrzejsi życiowo, bardziej oczytani  i wykształceni. To juz był czas naszych studiów i świadomych planów 🤔.

Mądre myśli mądrych ludzi (znalezione w sieci) Także dla mnie i dla ciebie 🤔

Podróż nie zawsze oznacza realny wyjazd. 

Podróżowanie to marzenia. Patrzymy na mapę, szukamy oczami miejsc, o których słyszeliśmy od innych, które może zafascynowały nas w przypadkowo oglądanych filmach na YouTube. Albo w przeczytanych artykułach w magazynach przypadkowo spotkanych u lekarza w poczekalni. Coś poruszyło naszą wyobraźnię, coś stworzyło obraz fragmentu świata, do którego zaczęliśmy wędrować.  Apetyt na realne podróże rozwija się w naszej wyobraźni coraz bardziej i coraz wyraźniej.  Jeszcze nie podróżujemy, ale jest “nasz” plan. Dodajemy do niego szczegóły, upiększamy, nadajemy mu realne życie. Podróżujemy we własnej wyobraźni.. I wcale nie jest to mniej przyjemne niż w życiu. W planach i marzeniach wszystkie trudności  możemy pokonać, nie brakuje nam pieniędzy, nie stanie nam się nic złego. Spotkamy dobrych ludzi, zyskamy nowych przyjaciół. Możemy być sami, gdy potrzebujemy samotności. Mamy prawo wybrać sobie do towarzystwa ludzi, których nasze serce potrzebuje.  

Tylko w takiej podróży marzeń może nam się zdarzyć wszystko co piękne i dobre..

Jeśli chcemy pokonać strach, nauczymy się podążać śladami podróży tych, co pokonali demony. Jeśli chcemy nauczyć się tajemnic, które może pokazać nam podróżnik doświadczony w czasie trwania wędrówki, bo teoria nie wystarczy do nauczenia się czegoś naprawdę ważnego – podążajmy za śladami. 

Przez całe życie jesteśmy podróżnikami!!

Idziemy, jedziemy, biegniemy aż wreszcie drepczemy…  Najpierw na czworakach, nieudolnie, starając się wstać i utrzymać równowagę w pionie. Testujemy pierwsze drabinki w parku dla maluchów, łazimy po równoważniach i sprawdzamy czy damy radę wejść na ostatni poziom zjeżdżalni. W szkole próbujemy wszelkich sportów. Chcemy być lepsi od innych. Najlepsi z grupy rówieśników. 

W dorosłym życiu biegniemy w wyścigu zawodowym. I szukamy sposobów na zajęcie pierwszych miejsc w szeregach towarzyskich. Podróż w grupie koleżeńskiej, przyjacielskiej, rodzinnej.

„Partnerstwo jest świetne, ale chciałabym być zauważona doceniona. Jestem dobrą organizatorką. Może wyróżniam się specjalnym humorem, może jestem ładniejsza niż inne. Może on jest przystojniejszy niż przeciętny, ten ktory stoi obok mnie.. Albo moja wyjątkowa inteligencja i nieprzeciętna błyskotliwość zwraca szczególną uwagę?” – tak albo podobnie rozważamy, myślimy, wybieramy dziesiątki opcji.

Dziś podróż jest jednym z najważniejszych elementów naszego planowania. Bez podróżowania trudno żyć. Ludzie podróżują służbowo i z ciekawości. Dlatego, że chcą i dlatego, że potrzebują tego jak powietrza. Mają możliwości, wiedzę, środki, pieniądze, GPS-y.

Podróż stała się nieodzowną częścią naszego życia. Nie potrafimy usiedzieć spokojnie i bez ruchu w domu. Coś nas ciągnie, coś nas gna. Czasami nie planujemy, a nagle z małą torbą czy walizką błyskawicznie znajdujemy się w miejscu, zupełnie zaplanowanym, w czasie kiedy mieliśmy robić coś zupełnie innego… Jeszcze kilka kilkanaście lat temu, sytuacja nie do pomyślenia. Dziś – ot, zwyczajna zmiana planów.

Zdarza się także odwrotnie. Wspaniała trasa ułożona, walizki zapakowane, bilety samolotowe zakupione, hotele zamówione. I bum!! nasza podróż przerwana. Wymarzonej podróży nie będzie…

Każdego dnia w podróży jest coś wyjątkowego, coś co się liczy. Bo jesteśmy nieprzeciętni, wyjątkowi. A nasza podróż Życia jest tylko jedna. Tylko raz. 

Mamy dziesiątki wad. I setki zalet. To, że mamy wady nie oznacza, że jesteśmy źli. 

Ale ani wady ani zalety nie spadają z nieba. Pierwszych trzeba się wystrzegać. Drugie trzeba pielęgnować.  

Jeśli będziemy odmawiać sobie prostych i dobrych rzeczy, jeśli pozwolimy, by coraz częściej i częściej wszystko, co przyjemne nas omijało, bo mi „czegoś szkoda”, bo mi “żal tego użyć”… to z czasem zawładnie nami chciwość, chytrość, skąpstwo, a przede wszystkim głupota i durnowatość.  Bo przecież nic w tej “Wędrowce życiowej” nie będzie przyjemnego. Ani dla mnie ani dla innych. 

Pozostanie tylko smutne trwanie, przemijanie – bez radości. A czas i tak idzie do przodu i nie zatrzymasz go ani przez chwilę… 

Ale, gdy dobre uczynki, dobre gesty będziemy “darować” wokół siebie, szybko czujemy się się lepiej, szczęśliwiej. Coraz więcej ludzi to doceni, moja i nasza ODYSEJA będzie jaśniejsza i radośniejsza. A przecież tego w życiu potrzebujemy. 

A kiedy nadejdzie “czas dreptania” to chciałabym powiedzieć, jak już powiedziało wielu poetów, poetek, filozofów i zwykłych ludzi: 

Ja to wszystko rozumiem. Ja to wiem. Żyję długo i powoli zaczynam „dreptać”.  A mimo to wciąż nie chcę tak powiedzieć, nie jestem gotowa na pogodzenie się z faktem, że moje „życiowe tournee” już miałoby się skończyć. 

Zdarza się, że rano budzę się i myślę przez sekundę – czy to już miałby być mój ostatni dzień? I natychmiast widzę oczami mojej wyobraźni mapę miejsca podróży, gdzie chciałabym DZISIAJ się znaleźć.  Gdzie mnie jeszcze nie było. 


BLOG

Szklana kula

31 lipca 2024

Siedzę  przy moim najmniejszym biureczku świata (doprawdy, nie wiem dlaczego kiedyś wpadło mi do głowy, żeby kupić sobie akurat tak małe biurko..) i patrzę na szklaną kulę.

Kula, ładna, z kolorowym nieregularnie wylanym wzorem w jej wnętrzu, stoi na czymś w rodzaju półeczki, która trochę poszerza przestrzeń tego małego biurka. Co ja sobie myślałam o sobie i o jakiejkolwiek pracy przy tym meblu.. nie mam do dzisiaj pojęcia!  Ledwo tu mieści się mój chromebook a co dopiero cokolwiek innego! No – ale jakoś przyzwyczaiłam się do swojego “maleństwa”, dołożyłam komputerowi do towarzystwa mnóstwo drobiazgów: stojak z taśmą klejącą i z  zszywaczami, podkładkę pod myszę , kalendarz “papierowy” (bo lubię), linijkę, ołówki, długopisy, mazaki kolorowe, papierki do notatek, podkładkę pod kieliszek winka (albo szklankę z wodą – ale rzadko 🙂) i kilka innych bzdurek. No i ta kula! Nieduża, ale fajna. Jest dekoracyjna, ciężka więc może służyć za ciężarek do przytrzymania papierzysk, można się w nią wpatrywać i pomarzyć o wciąż niespełnionych pragnieniach… Lubię ją, choć to najzwyklejsza kula, jakich wiele w sklepach. 

Kula i „łezka” z fabryki szkła w Krośnie.

A obok niej jest jeszcze szklana “łezka”. I może  nigdy bym o tych szkiełkach tu nie wspomniała, ale po pierwsze wpadły mi kiedyś w ręce z naklejką, że były wyprodukowane w Polsce, w fabryce szkła w Krośnie (kiedyś byłam tam na zwiedzaniu części dostępnej dla turystów 😀) a po drugie – już od kilku lat tak od czasu do czasu “zawieszam oko” na kuli i jak z czarodziejskiej kuli, do głowy przypływają mi różne dziwne myśli i wspomnienia.  

Chyba każdy tak ma. Im bliżej końca naszej życiowej drogi, tym coraz więcej miejsca zajmują bardzo zadziwiające odkrycia pamięciowe. 

Mam swoją teorię, że każdy gdzieś ma ukrytą w sobie taką “szklaną kulę”. Może to jakiś maleńki kamyk przywieziony z bardzo dawnej podróży, może stare drzewo w twoim ogródku albo w parku, do którego wracasz. Może schowana głęboko stara chusta, może pożółkłe zdjęcie nadgryzione minionym czasem. A może jeden koralik podarowany przez kogoś bardzo bliskiego albo fragment starego medalika… Nie wiem. Może zupełnie odwrotnie-  współczesny obraz sprzed kilku lat wiszący na ścianie, na który codziennie patrzysz, ale widzisz w nim coś zupełnie innego… Jakiś jego element zaprowadza twoją pamięć w odległe miejsce i zdarzenie. Tylko ty wiesz, gdzie kiedy i o kim myślisz.  

Kulki „dzieciństwa” – oczywiście te nie są oryginalne, ale bardzo podobne. Może te z czasów dzieciństwa nie miały tak wyrazistszych kolorów..

Kiedy byłam małą dziewczynką, może miałam 9-10 lat, jak wszystkie dzieci w takim wieku lubiłam zbierać różne skarby. I wtedy właśnie zbierałyśmy szklane małe kulki. Były nie większe niż dwa cm średnicy i wyglądały prawie tak samo jak ta kula, którą mam teraz. Tyle, że były malutkie i bardzo różne. Miały mnóstwo kolorów!! I te wzorki wewnątrz też były różne. Pamiętam, że niektóre szkła były mleczne, niezupełnie przeźroczyste, ale wciąż na tyle, że widać było kolorowe wzorki wewnątrz. Nie wiem ile ich miałam, ale dużo. Trzymałam je w pudełku – kasetce. To było jakieś szaleństwo “kulkowe”! Spotykałyśmy się z koleżankami, wysypywałyśmy te kulki ostrożnie, po kilka, kilkanaście, by się gdzieś nie rozbiegły, oglądałyśmy, porównywałyśmy i czasem wymienialiśmy się nimi. 

Nie wiem jak długo to trwało, pewnie jak wszystko w takim wieku, szybko minęło i zajęłyśmy się innym tematem. Nie wiem nawet co się z kulkami stało. Ale pamiętam, że były bardzo ładne i kolorowe. I, że musiały być dla mnie bardzo ważne, bo przetrwały w szufladce mojej pamięci do dzisiaj. Aż moja szklana kula z Krosna pomogła mi sobie o kulkach dzieciństwa przypomnieć…🤔

Kiedyś ciągle się gdzieś spieszyłam. Chciałam, żeby czas mijał szybciej, żeby już zaczął się weekend,  żebym już biegła na randkę. By wreszcie nadeszły wakacje. Bym już była po egzaminach. By wreszcie skończył się dzień pracy i nadszedł wieczór spokoju i odpoczynku.. Zawsze był jakiś powód, żeby już coś nowego się zaczęło na co czekałam. I spieszyłam się. Dlaczego ja tak się zawsze spieszyłam??  Pewnie dlatego, że taka już jestem, bo moja natura NIE lubi nigdy i nigdzie się spóźniać, a poza tym życie było tak ciekawe, że to co działo się  danej chwili już nie było ważne. Już trzeba było dążyć do przyszłości, nawet tej “za chwilę” . Bo ta przyszła chwila wydawała się ciekawsza niż ta co trwała…

Boże, jaka ta natura młodości jest dziwna. Do czego my się tak w tym życiu spieszymy?  Zamiast rozkoszować się wszystkim, co jest nam dane właśnie w TYM momencie, my biegniemy do przodu i szukamy nowego wrażenia, przeżycia.  

W środę mówimy: byle do weekendu, wtedy odpocznę, będzie lepiej. W weekendowy czas myślimy: od poniedziałku zacznę inaczej, poukładam sobie na nowo i pójdzie gładko..  I kółko się zamyka. Biegniemy, biegniemy i sami nie wiemy dokąd, po co i dlaczego. Aż nadchodzi dzień, kiedy na naszej drodze pojawia się czerwony znak STOP. Zatrzymujemy się albo raczej zwalniamy i przychodzi myśl: dokąd tak biegnę? Po co się spieszę? Przecież powinnam już teraz cieszyć się tym co jest tu. Stanąć i chłonąć wszystko co jest teraz i wokół mnie. Ja nie chcę, żeby moje życie pędziło!! Ja chcę, żeby trwało, żeby nigdzie ode mnie nie uciekało. 

Kulo magiczna, spraw, żeby wszystko teraz toczyło się już powoli… 

To nieważne, że inni wokół mnie, młodsi  i wciąż spieszący się, denerwują się na mnie, ze jestem powolna.  Przestałam być partnerem w górskich wędrówkach, długich spacerach po nierównych kamiennych trasach. Nie potrafię wypowiadać swych myśli tak szybko i dobitnie jak kiedyś. Nie nadążam za żartami młodych, za ich planami, za współczesną techniką.  Zostaję codziennie o jeden rząd dalej. Ale wciąż jestem. 

I cieszę się z tego, że nawet jeśli innych to drażni i denerwuje, to ja nie muszę na to zwracać już uwagi.  Mogę po swojemu cieszyć się ze swojego spowolnienia. 

Tylko, że to trudno jest to pojąć. Nam – tym coraz wolniejszym i nie spieszącym się. Tym, którzy muszą zaakceptować, że spieszyć się, to dla nas “zbliżać się szybciej tam, skąd najchętniej teraz byśmy uciekali”..

I tym młodszym, dla których pośpiech i bieg życiowy jest normalnością, bo przecież energia, każdego dnia nowe plany i pomysły to nieodzowny element kręcącego się żywiołu i postępu. Tak było z nami, tak jest z każdym pokoleniem. 

Trzeba mieć szeroko otwarte oczy i wielkie serce, by te proste fakty zauważyć na “zwykłej ulicy”, by umieć uchwycić to, co łatwo może nam umknąć w sztafecie pokoleń. Kiedyś myślałam, że pokoleniowa nić zrozumienia jest zawsze taka sama. Istnieje i ciągnie się od wieków w rodzinach, w historii. 

O, jakaż byłam naiwna! Nić jest cienka, słaba, łatwo plącze się urywa, miesza i zatraca. Potem znowu ktoś ją podchwyci, pielęgnuje i próbuje wyprostować. Ale nigdy nie jest nam to dane na zawsze. Nie łudźcie się – młodzi i starzy, wnuki i młodzieży! Wszystkich nas dopada ten sam problem, tylko w innym wymiarze, w innym momencie i w innym nastroju. 

O, nie straszę! I nie pouczam!! Podsuwam tylko każdemu pomysł na własną “szklaną kulę”, by móc zamknąć w niej coś, co uratuje nas kiedyś od niepotrzebnej “zadyszki”,  zanim zwolnimy na serio swój życiowy maraton.

Pamiętacie bajki (baśnie), gdy szklana kula odgrywała rolę tajemniczego zaczarowanego lustra, przywracającego  młodość, a przede wszystkim urodę? 

Czarownica – znaleziona w sieci 😀

Wypielęgnowane choć kościste ręce starej kobiety o wyjątkowej mocy, krążyły nad ogromną kulą wypowiadając słowa sobie tylko znane. Słowa zaklęcia, dobrego lub złego – zależy w jakiej bajce właśnie znaleźliśmy się… 

“Abra ka da bra… Kulo czarowna, wysłuchaj mnie… przywróć urodę pannie tej..”   

Albo odwrotnie – Zła czarownica  zamieniała piękną królewnę w potworka, którego potem zakochany rycerz musiał znaleźć i odczarować. Ha, ha!! 

Bajki, bajki.. A życie swoje. I podobnie. Kto nie chce być młodym i pięknym?! I najlepiej jeszcze bogatym! 😂 Już sam fakt młodości sprawia, że jesteśmy piękne, a presja każdego miejsca, w którym się znajdujemy, każdej instytucji, reklamy, telewizji, filmu, rozmów koleżeńskich, dyskusji profesjonalnych, mediów itd. itd… powoduje, że upiększanie się to jedno z naczelnych zadań każdego współczesnego człowieka. I to niezależnie od wieku. Teraz to już nie ma znaczenia ile mamy lat. I dotyczy to niemal tak samo mężczyzn jak i kobiet. 

Świat patrzy na piękno, na opakowanie. Na wierzchnią warstwę. Cieszy nasze oko wszystko to, co dostrzegamy natychmiast. Co dociera do nas w pierwszym uderzeniu wzrokowym Wiem jak to jest, bo sama jestem wrażliwa na ładne wnętrza, kolory, ubrania, meble, obrazy. 

A jednak – w moim umyśle podejście do Człowieka i jego urody, piękna jest zupełnie odmienne. 

Tak, tak – na pewno ocena piękna kreuje się i zmienia z wiekiem.  Przecież gdy byłam młodsza też uwielbiałam kosmetyki, ładne ciuchy i poczucie, że wyglądam dobrze, ładnie, że inni na mnie patrzą i że się podobam. Nic w tym dziwnego. Gdyby tak nie było, oznaczałoby, że ze mną coś nie tak.. 

Z czasem dostrzegamy w sobie i w innych ludziach wiele “innego” piękna. Nasz umysł zachwyca się drobiazgami, których nie potrafi zauważyć ani pojąć, kiedy jest młody.  

Piękno ma tyle wyrazów, tyle odmiennych niedostrzegalnych wcześniej znaków.  Jak to dobrze, że tak to jest urządzone w naturze, iż “rozkłada się” na na różne etapy naszego życia. Mamy poczucie zmienności, dojrzewania naszych zmysłów, postrzegania świata coraz to inaczej. 

W naturze niemal wszystko, co nowe i świeże zachwyca urodą! I nie dotyczy to tylko człowieka. Maleństwo w ramionach matki, urodzone kilka dni czy tygodni temu, zachwyca delikatnością skóry, meszkiem włosków na maleńkiej główce. Małe cielątko, kilkudniowa sarenka, popiskujący kociak czy baby-piesek są tak samo urocze.  Podobnie kwiat ledwo wydobywający się z pąka, otwierający swą piękną koronę. Wszystko, co młode, nowe, pokazuje światu swoje PIĘKNO. 

Czas – przemijanie, a może tylko” trwanie w czasie” – każda chwila zmienia piękno na… inne.

Jest wiele dróg, by piękno zatrzymać. I jest wiele sposobów, by nauczyć się widzieć piękno nie tylko w łatwej do dostrzegania powłoce.  Z czasem, z wiekiem, z przemijaniem „Piękno” staje się coraz trudniejsze… 

Zadziwiają mnie intensywne działania moich koleżanek, żeby ciągle poprawiać naturalnie zrobione zdjęcia, zmieniać ja, wygładzać, ustawiać się w pozach nienaturalnych, uśmiechać się sztucznie.. Mam zawsze duże wątpliwości, że to nieprawdziwe jest lepsze, niż kilka zmarszczek, za to z naturalnym uśmiechem i z osobistą urodą.. Wiem, że moja opinia nie spotyka się z przychylnością i aprobatą. Ale – to moje zdanie. Nic w tym złego, że jesteśmy starsze, że wciąż potrafimy być.. interesujące, nawet jeśli już nie najpiękniejsze. Jak to powiedział kiedyś bardzo trafnie Grochowiak (uwielbiam ten cytat!!): ” Dlaczego pani chce być taką piwonią, co udaje butelkę perfum??” Powtarzam się, ale to bardzo trafne powiedzonko 😃.

Wspaniale kobiety mojego pokolenia – cudowne aktorki! zawsze piękne naturalne. Niezależnie od czasu, roli jaką grają, dnia i godziny. Beata Tyszkiewicz, Małgorzata Braunek, Ewa Szykulska , Anna Seniuk i moja ukochana Krystyna Janda

Dobrze rozumieją to ludzie, którzy spędzili ze sobą 30-40-50 lat a może i więcej i wciąż mają w sobie sposób na dostrzeganie w swoim partnerze czy partnerce elementy piękna z ich pierwszego spotkania.

Mogłabym przytoczyć całą kolekcję ludzi, którzy wciąż zachwycają urodą dojrzałości. Może nie okrzyknięto by ich pięknościami świata, ale są tak wyraziście doskonali, że wciąż zwracają uwagę i przyciągają „oko i serce” każdą swoją zmarszczką, trochę zmęczoną twarzą, mięśniem, ktory juz nie taki sprężysty.. Takich właśnie portretować! Takie twarze uchwycić w uśmiechu szczęścia, w zamyśleniu, w dojrzałości chwili, którą przeżywają. Teraz dopiero rozumiem prawdziwych fotografów, którzy biegają nie tylko za modelkami „25 minus”.

Turpizm- elementy brzydoty w malarstwie, poezji i sztuce. Mogą podobać się równie mocno jak „piękno”

I nie jest to żadne odkrycie. Tak przecież oglądało świat  wielu słynnych malarzy, pisarzy i wcale się tego nie wstydzili. Historia brzydoty i piękna to nieustanne przeplatanie się tendencji i kontrastów, opinii i gustów. Odwieczna walka gładkości idealnego ciała ludzkiego, wymiarów w architekturze i odwrotnie – nieustanne uwielbienie dla wszystkiego, co wyłamuje ideały obrazu – wciąż trwa. 

Szpetny, szkaradny, obrzydliwy.. pojęcia, które wprowadzono do literatury i sztuki stały się z czasem równie piękne i ważne, jak te najbardziej zachwycające na pierwszy rzut oka. 

Wszystko dlatego, że mądry człowiek wcześniej czy później zrozumie,  że na całokształt życia składa się  nie tylko białe i czarne, ale także to, co pomiędzy. Tylko od nas zależy jak będziemy odbierać otaczający nas świat. Spróbujmy sobie wyobrazić co by się stało, gdyby wśród nas nie było ludzi, którzy potrafią dostrzec dobro i piękno w człowieku – schorowanym, starym, smutnym, pozornie odpychającym. 

Mówię o tym, bo sama zadawałam sobie wielokrotnie  takie pytania. 

Jestem estetką, lubię ładne rzeczy, wyjątkowe dekoracje, zachwycające kolory. Ale równocześnie nie lubię symetrii, idealnej równości. Wolę lekki artystyczny nieład. I lubię w sztuce “ładną brzydotę”.  Czyli – można to połączyć w sobie?  A może po prostu starzeję się i dostrzegam wiele w świecie to, czego nie zauważałam kiedyś? 

W. Szymborska – mądra, piękna, wyjątkowa. Ciałem, umysłem i duszą.

Przypomniał mi się kilka dni temu jeden z wierszy Wisławy Szymborskiej (uwielbiam jej poezję!) pt. “Możliwości”. Jak większość jej utworów- wiersz prosty w słowach, za to głęboki w myślach i przesłaniu. Wiersz wymienia zwykłe ludzkie “wolę” (coś od czegoś albo po prostu – wolę..) I to tak uderzająco zwykłe codzienne elementy życia, że aż zadziwiają, iż są cząstką poezji Noblistki.. 

Kilka z nich zapamiętałam: może nie w kolejności, ale za to w ważnym dla mnie porządku myślowym: 

“ Wolę kolor zielony” ( ja też)

“Wolę wyjątki..” (niż masówkę)

“Wolę wychodzić wcześniej… ” (zawsze! – niż się spóźnić..) 

“Wolę nie twierdzić, że rozum wszystkiemu winien..” ( o nie! Winnych jest zawsze innych okoliczności )

Ludzie kochają głęboką miłością drugiego Człowieka i często z dystansu, innym taki związek wydaje się.. nieuzasadniony, niewytłumaczalny, niemożliwy, niezrozumiały.. Bo na przykład – są to uczucia łączące ludzi ułomnych, brzydkich, niepełnosprawnych. 

Młodemu zdrowemu człowiekowi posiadającemu wszystko, co wydaje się “normalnością” a zarazem “koniecznością” do funkcjonowania PIĘKNEGO życia nie mieści się w głowie, że może być inaczej. 

 A jednak – może być! 

W swym długim życiu spotkałam wiele niesamowitych i nietypowych przykładów, które kiedyś zaskakiwały mnie, później zachwycały, a potem kolejne przyjmowałam już jako jeden z elementów trochę mniej “pięknego, wygładzonego życia”.    

Bo tak naprawdę to tylko pierwszy odbiór. To najprawdziwsze „inne” piękno dostrzeżemy dopiero w głębi takich związków.

Jeśli oczywiście chcemy i potrafimy je dojrzeć.. By nie pomylić opakowania z istotą zawartości, która nie przeminie.

Jest dużo ludzi, którzy żyją bez zadawania sobie skomplikowanych pytań. I być może – albo na pewno – każdy ich dzień jest łatwiejszy niż mój. Bo pytania, zwłaszcza te, na które trudno znaleźć odpowiedź, nie ułatwiają życia codziennego.

Ale czy to znaczy, że ich nie mamy w głowie? Że one w nas nie istnieją? 

Nie wierzę….


BACK

ALASKA – ogrom i przestrzeń, jestem tylko małym punkcikiem

12 lipca 2024

Płynę wielkim statkiem. Po Oceanie. 

Nie wiem nawet czy tego wielkiego pięknego potwora można nazwać statkiem. To  pływające miasto.  Ma dziewiętnaście pięter. Jest długi na 330 metrów i ogromnie szeroki.  Wewnątrz jest wszystko, co potrzebne jest (i jeszcze więcej!!) do funkcjonowania idealnego wakacyjnego życia dla 3500 pasażerów i prawie 1800 ludzi obsługujących turystów przez tydzień czy dwa  luksusowego, fantastycznego pobytu na nim. 

Nie jest jednak moją intencją opowiadanie o słynnych cruise-ach, które szczególnie dla Amerykanów są popularną formą wakacyjnych podróży. To zupełnie inna działka, która organizacją, technologią, pomysłami i precyzją funkcjonowania takiego kolosa, jest niemal nieprawdopodobna do wyobrażenia sobie przez przeciętnego człowieka. 

Cruise na Alasce jest wyjątkowy. Inny niż te, które pływają po morzach ciepłych, dopływają do wysp czy miejscowości letnich, tętniących gorącym życiem. Tu wszędzie są lodowce i przez większość podróży wpatrujemy się w dalekie brzegi uformowane przez naturę z lodowatego śniegu, który nigdy nie topnieje. I choć po drodze mijamy zielone i skaliste góry, z prawie czarnego kamienia, ogrom i kolor lodowca natychmiast można odróżnić od reszty ziemi.

Ocean… to tylko woda. A jednak – ma dziesiątki różnych obrazów, kolorów, wizerunków. O każdej porze dnia i nocy

Budzę się rano i pierwsze co widzę przez okno balkonu, to bezmiar wody morskiej. Każdego dnia innej. Dzisiaj – szare lekko unoszące się fale, cicho, prawie bez szumu poruszające się i odbijające od ścian statku. Za kilka godzin woda morska zmienia swój kolor na ciemnozielony, marszczy swą powłokę, bije coraz mocniej ściany statku. Czasem tak mocno, że ten wielki kolos nie potrafi się oprzeć falom i bijące z niesamowitą wielkie “góry” wody  kołyszą statkiem jak małym jachcikiem w przybrzeżnej przystani. 

Innego dnia wody oceanu błyszczą srebrzystą powłoką i odbijają promienie wschodzącego lub zachodzącego słońca. Kolory zmieniają się błyskawicznie, a przecież ocean wciąż jest ten sam. 

Patrzę się prosto przed siebie. W dal. W linię dalekiego horyzontu.

Uwielbiam wpatrywać się w tę przestrzeń wodną. W niekończącą się dal, bez pewności, gdzie jest koniec bezkresnej głębi. W ciszę, której naprawdę nie ma. W ciszę, którą “słyszę’.. W ciszę, która swoim szumem przemawia tylko do mnie, tylko mnie znanym językiem. Tak jak ja tego pragnę i potrzebuję. 

Lubię zmrużyć powieki, przymknąć oczy i “spojrzeć” w zachodzące słońce.. Poczuć lekkie kołysanie. Takie, które uspakaja, wycisza. 

Mam świadomość, że ten sam ocean może stać się nagle groźną i przerażającą nawałnicą, złowieszczą siłą, która w jednej sekundzie może zamienić się w piekło strachu. Z tak nagłą zmianą nie poradzimy sobie nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim nasza psychika znajdzie się w potrzasku horroru i szaleństwa. Woda jest żywiołem! Ale .. żywioł morski ma w sobie coś pociągającego, silnego, co działa jak magnes. Gdy zdarzy nam się obserwować rozwścieczone szalejące morze z miejsca, w którym my jesteśmy bezpieczni – obraz morskich fal, wysokich, uderzających o skały czy o puste plaże, szarpane wszystkim, co nagle znajduje się na ich drodze..  dla mnie jest zachwycającym obrazem siły natury.

Tak jak lubię ciszę i spokój wody, jej “terapeutyczne” kojące działanie, tak równie panicznie boję się szalejącej wody. Tej, w której  “rozwścieczony Neptun” ukazuje ludziom swoją moc, rozbija wielki ocean na tysiące poszarpanych fal, spienionych, rozpryskujących się na wszystkie strony. Fal, które mają moc niszczenia, rozbijania, zabijania.. I niezrozumiałej do końca, ale silnej emocjonalnej… fascynacji.

Jestem przecież tylko zwykłą turystką. Urodziłam się w Krakowie, a jednak jakieś niewidzialne, “nieuzasadnione” 🙂 geny ciągną mnie nad wielkie morza. 

Czuję się jak mała kropelka, która dzięki  “pływającym” wakacjom znalazła się w zasięgu wielkiego oceanu.  I na moment w moim życiu jestem maleńką częścią  tego oceanu.

Ach, już słyszę  ironiczne komentarze: co ma wspólnego przepych życia na statku cruise-owym z prawdziwym życiem “marynarskim” na wodach morskich?..  Może i nie ma. Ale – przecież każdy ma swoje odczucia, wrażenia, które powstają w głowie, w sercu i stają się ważne dla nas. Nie każdy chce i umie o tym opowiedzieć, ale każdy ma swoje ciche głęboko skrywane uczuciowe powody, by być w wybranym miejscu. 

Dlaczego jedziesz na wakacje w góry? Z jakiego powodu wybierasz wędrówki w dzikie puszcze i nieznane nikomu szlaki? A może właśnie uwielbiasz nieustający tłum ludzkich głosów i głośnej muzyki. Motywacja, zresztą często zmieniająca się, jest w twojej głowie.

O tym często nie mówimy. Z bardzo wielu i bardzo różnych powodów… 

Mój obraz Alaski w dzieciństwie kształtował się na takich właśnie książeczkach..

Cruise nie jest moją najbardziej ulubioną formą wakacji. Ale czasem fajnie jest coś zmienić, zwłaszcza gdy jest wygodnie, (a nawet aż za wygodnie!😂) no i można to łatwo połączyć z tak trudnym miejscem dla starszych ludzi, jakim jest ALASKA. 

Słowo „Alaska” z czasów mojego późnego dzieciństwa czy młodości kojarzy mi się z rzucaniem go w przypadkowych  rozmowach dotyczących czegoś bardzo nierealnego dalekiego i… absurdalnego.  Oczami wyobraźni widziałam wtedy zaśnieżone połacie niekończącej się przestrzeni,  ludzi – Eskimosów zakręconych w czapy z ogromnego futra, sanie z psim zaprzęgiem. Obraz jak z filmu, bo przecież nic więcej o Alasce nie wiedziałam.. 

Zawsze biało, zimno i niewyobrażalnie trudno, by mogło być tam normalne życie. 

I jeszcze igloo.. Jakie to wszystko okazało się nieprawdziwe, prymitywne i niedouczone.. 

Czyż mogłam sobie przez moment wyobrazić (tak! Jeszcze w tym samym MOIM życiu!) że kiedyś będę podróżować po Alasce i ten kawałek Świata okaże się zupełnie… realny!? 

Nie potrafię oddać tych ogromnych przestrzeni na maleńkich zdjęciach. Wierzę, że wyobraźnia oglądającego wyolbrzymi głębię tych obrazów.

Jedyne,  co naprawdę zgadza się z moimi dawnymi wyobrażeniami to  fakt, że Alaska jest ogromna! Jest wielka i przeciętnego człowieka może przerazić swoją bezkresną przestrzenią. To, co widzimy w czasie podróży po Alasce, to tylko malutki fragment tej ziemi. To część zagospodarowana rękami człowieka, dostępna i przystosowana do jego życia. Tak naprawdę Alaska to ogromne niedostępne dla turysty przestrzenie. Także dla przeciętnego człowieka, który nie jest turystą, ale przez lata mieszka na Alasce, zna tę krainę i ma znacznie większą wiedzę niż każdy z nas. Niewielu zaplątało się w głębokie zakątki Alaski. Tam gdzie tajemne ścieżki poznają tylko zwierzęta albo być może i one jeszcze tam nie dotarły.. 

Człowiek ma wielką wyobraźnię i może sobie taki obraz w swej głowie stworzyć. Czy jednak będzie prawdziwy? Nie wiem.. To co widziałam na turystycznej wycieczce robi wrażenie. To jaki obraz Alaski  starałam się wytworzyć w swojej wyobraźni, to zupełnie inna kraina. Alaska zapewne nigdy nie pozwoli mi spojrzeć na swoje prawdziwe wnętrze. Może właśnie dlatego, że jest tak niedostępna, wciąż fascynuje i przyciąga ludzi…

Jest czerwiec. Alaska powitała nas właśnie rozkwitającą wiosną. Choć przez dwa dni w National Denali Park padał deszcz – mniejszy czy większy – co nie przeszkodziło nam zrealizować planów naszych wycieczek i spacerów, byliśmy otoczeni świeżą niemal buchającą zielenią! I właśnie rozkwitającymi wszędzie kwiatami, drzewami nowych liści. 

Bogactwo flory jest zaskakujące! Nie miałam pojęcia, że Alaska oferuje tak kolorowe i piękne kwiaty rośliny i drzewa. Cudowne!!

Wiosna tu podobno trwa bardzo krótko i zaraz zaczyna się lato. Wtedy, jak podają statystyki, odwiedza  Denali Park dziennie ok.6 tysięcy turystów!! Teren Parku jest tak ogromny, że żadnego tłoku się nie odczuwa. I bynajmniej nie jest to “Park”  w wyobrażeniu polskim! Jeśli podpowiem, że Alaska jest pięciokrotnie większa niż Polska, to proszę sobie wyobrazić jak wielki jest powierzchniowo Narodowy Park Denali!! 🤔

Za to po lecie i równie bardzo krótkiej jesieni, od mniej więcej połowy października wszystkie te miejsca turystyczne i te bez-turystyczne stają się miejscowościami duchów!! Puste ciche bezludne.. Trudno sobie wyobrazić, że przez kilka długich miesięcy w takim miasteczku żyje 30-40 osób i to w jednym domu (apartamencie). Dziś noc trwała tam 3 godziny (dwie pierwsze noce były dla mnie bardzo trudne, gdy o 23.00 wciąż było jasno😊) a w zimie noc trwa i trwa i ciężko dojrzeć odrobinę jasności i słońca. 


Ach, co ca smaki, zapachy! wykwintne i wymyślne serwowanie ich klientom. Nie można się niczemu oprzeć!!

Warto jeszcze dodać kilka słów o jedzeniu. 

Wiadomo, że na statku-cruisie stoły uginają się od pomysłów kulinarnych, różnorodności, sposobów przyrządzania, podania. Ten temat to zawsze mocna część takich wakacji. Warto pamiętać że wiodącym tematem smakowym są przysmaki morza: oczywiście łosoś w dziesiątkach postaci i sposobów, halibut, pstrąg, kraby, krewetki i wszystko, co możliwe z oceanu😊. 

Staraliśmy się spróbować lokalnych produktów i przysmaków, także doskonałych. 

Wszystko to jest jakby inne w smaku, mimo że nam znane. Ale wystrój tych knajpek, widoki obserwowane z okien lub bezpośrednio na zewnątrz sprawiają, że jedzenie smakuje.. zupełnie INACZEJ 😉

Lista piw do wyboru jest niekończąca się, a jeszcze dłuższa jest oferta rodzajów whisky. Doprawdy, nie wiem czym tak bardzo mogą się różnić w smaku, ale pewnie ci co ją piją – wiedzą. 

Ameryka to wielki kraj, to ogromny kontynent. Alaska wydaje się jeszcze większa choć wiemy, że geograficznie jest tylko częścią Ameryki.  Ma w sobie jakąś siłę, która rozpiera nas od środka. Daje poczucie, że wobec wielkich gór, bezkresnych połaci morza, lodowców, potężnych lasów, człowiek jest tylko  małym punkcikiem pośród otaczającego go świata. 

Nie poczujesz tego na cruise-owym statku, w przepychu wytworzonym dla naszej wygody i luksusowych wakacyjnych chwil. Ale gdy wejdziesz na najwyższe deck statku, staniesz twarzą do Oceanu, dojrzysz w dali lodowy zarys gór łączących się z linią nieba, otoczy Cię cisza, w której usłyszysz tylko szum fal morskich… poczujesz bezmiar, bezkres tej części Świata. I zrozumiesz, że choć jesteś maleńką kropką, to w tym jednym – jedynym momencie i ty należysz do tego obrazu!

Wciągam głęboko zimne ostre powietrze i czuję łączność z miejscem, którego jestem na tę chwilę nie tylko gościem. 

Wiem, że ta ulotna chwila minie, ale ja chciałabym ją zapamiętać na długo! Na zawsze, bo pewnie już tutaj nie wrócę..

Podobna myśl naszła mnie w Denali, gdy wypatrywaliśmy najwyższej góry w USA, McKinley ( wymiennie zwanej Mount Denali, wys. 20 310 stóp czyli 6190.48 metrów) . Mieliśmy szczęście, że udało nam się “złapać” dzień, gdy widoczność była na tyle dobra, iż w bardzo dalekiej perspektywie – za linią drzew, skał, dalej szczytów gór, chmur.. wreszcie gdzieś w dalekim zarysie ukazała się “BIG MOUNTAIN” …jak jeszcze jedna biała ledwie widoczna chmura.

BIG MOUNTAIN – Mount McKinley or Denali wys. 20 310 stóp

Gdyby nie nasz przewodnik i jego precyzyjny opis, nie jestem pewna czy sami potrafiliśmy dostrzec ten szczyt. Trudno zwykłemu turyście uwierzyć, że widzi czubek wielkiej góry z odległości ponoć ok. 85 mil (czyli ok. 137 km), jeśli wierzyć naszemu przewodnikowi. Góra przypomina raczej puszystą watę cukrową delikatnie zarysowaną za wieloma pasmami innych kolorów i kształtów.. Ale wiem, że ci którzy nam o tym opowiadali byli profesjonalistami i entuzjastami tej ziemi i zjawisk tam zachodzących. Nie można im nie wierzyć!  Czuło się, że znają tę część świata, opowiadają o niej z wielką pasją i szacunkiem dla tej ziemi. 

Pierwszego wieczoru w Anchorage, słońce świecące o 10.45 wieczorem bardzo mnie zaskoczyło, choć przecież teoretycznie widziałam, ze tak właśnie tam jest o tej porze roku..

Człowiek, niemal zawsze, gdy stoi na szczycie góry, gdy poczuje siłę wiatru i wolności, doznaje uczucia swojej “małości” wobec sił natury. Wtedy ma wrażenie, że zbliżył się  do chmur, do nieba. I nieważne czy jesteśmy na Kasprowym Wierchu, czy na górze bez nazwy, na Machu Picchu czy na Mount Everest. Poczucie wielkości Świata, którego jesteśmy malutką, ale zarazem ważną  cząstką – jest niesamowite!! 

Mogłabym długo i kolorowo opowiadać o Alasce. O tym, co zaskoczyło mnie, że jest tam zwyczajne jak w wielu innych miejscach. I co ze zdziwieniem obserwowałam, że jest zupełnie inne np. słońce, które pięknie świeciło o 10.30 wieczorem. Przecież wiedziałam o tym – a jednak.. każdego wieczoru mnie zaskakiwało 🙂

Chciałabym zobaczyć prawdziwe zimowe życie na Alasce, chociaż wiem, że jego surowość już teraz w mojej wyobraźni mnie trochę przeraża. Taka zimowa, mroźna i skuta lodem Alaska na pewno nie jest tak łaskawa jak ta, którą poznałam na naszej wyprawie. 

O Alasce można snuć opowieści w nieskończoność i na różne sposoby. Ja wybrałam taki – o Oceanie z lodowcami i szumie fal. O wybuchu wiosny w Denali Parku i o wielkiej McKinley Mountain vel Denali. O tym, co poczułam, będąc na krótko cząstką ogromnej ALASKI.  

Jestem wdzięczna życiu, że Alaska zbliżyła się do mnie na wyciągnięcie ręki. Nie pozostała tylko obrazkiem z pamięci dzieciństwa. Choć troszkę pozwoliła mi spojrzeć na swoje lodowce, morskie przestrzenie, zielone potężne lasy i i na “WIELKĄ GÓRĘ”.

Mam dużo szczęścia w życiu. Jestem małym, wędrującym szczęśliwym punkcikiem!  


B A C K

O tym jak gotuję, gdy nie jest to mój życiowy “konik”

24 czerwca 2024

Tego jeszcze nie było! Różne tematy przychodzą mi do głowy – zależnie od nastroju, nagłych i niespodziewanych myśli, okazjonalnych wydarzeń, ważnych dla mnie dat itd.  Zawsze uważałam, że nie nadaję się do prowadzenia bloga o jednym “głównodowodzącym” wątku, bo lubię zmienność, różnorodność i nigdy nie potrafiłabym poukładać się w jednym temacie i rozwijać go konsekwentnie. 

Zaglądam często do innych blogów, lubię podczytywać co inni mają do powiedzenia, jak organizują swoje wpisy. Jestem pełna podziwu dla tych, którzy prowadzą tzw. „blogi tematyczne” np. modowe, kulinarne, podróżnicze, motoryzacyjne, polityczne (uff..) sportowe i wiele podobnych.  Trzeba mieć ogromną wiedzę, chcieć i umieć się nią dzielić, być skrupulatnym, zorganizowanym. 

Ja jestem jak.. wichura! Raz powieję wspomnieniem, drugi raz skojarzeniami odległych obrazów z życia, ale takimi, które w mojej głowie wydają mi się bardzo bliskie i mają wspólny mianownik. Jeszcze innym razem to uczucia biorą górę i czuję, że muszę się nimi podzielić.  Nic nie jest stałe, jednakowe w moich blogach. No, może wartości rodzinne, ludzkie i mimo wszystko, chyba optymizm życiowy. 

A to wstępne gadanie to dlatego, bo dziś zamierzam napisać parę słów o czymś, czego z zasady za bardzo NIE lubię. Rzecz będzie o codziennym gotowaniu, czyli zwykłej koniecznej czynności, którą jak prawie każda normalna kobieta “uprawiam” każdego dnia. Hmm, prawie każdego. Na szczęście zdarzają się dni, gdy jadamy w restauracjach, na przyjęciach, na wakacjach, gdy nie trzeba samemu gotować. Są dni, gdy ktoś dla nas gotuje, a nie my komuś. Wreszcie jest (przynajmniej u mnie w domu) dużo dni, gdy mam tak zwany “leftover” czyli pozostałości z poprzedniego obiadu, wystarczy dołożyć małą sałatę i już jest nowy obiad 😀

I żeby było jasne – nie mam “dwóch lewych rąk” do gotowania czy pieczenia, nie uciekam z kuchni, bo jej nie znoszę. Po prostu – gotowanie nie jest moją preferencją życiową. Gdy któregoś dnia jestem sama, nie wysilam się się kulinarnie, zjadam coś małego najprostszego, najłatwiejszego. 

Ale ponieważ zawsze gotowałam dla rodziny, teraz od wielu lat dla męża ( na szczęście lubiącego wszystko i nie marudzącego!), to starałam się, żeby posiłki były dobre, różnorodne i ładnie podane. A gdy zapraszamy gości, wtedy dostaję przypływu energii i gotuję z dużo większym entuzjazmem i rozmachem. 

Co nie znaczy, że są to potrawy wymyślne i trudne i że poświęcam im dużo czasu. 

TO DZIAŁA!! Nawet mój mąż nauczył się dekoracyjnego podawania małego śniadanka- kawa z literką M z cynamonu i kanapka z plastrami pomidorków 😀

Lubię dobre jedzenie i lubię jedzenie podane ładnie. Ten mój wrodzony estetyzm (😂) mnie ratuje. Dawno nauczyłam się, że gdy najprostszą kanapkę podam w wyszukany, ciekawy i wizualnie ładny sposób, to na pewno zrobi wrażenie. I już “wzrokowo” smakuje lepiej!

Mam własne opracowane przez życiowe doświadczenia zasady. 

Ponieważ wiem, że wieloletnie obserwacje, słuchanie i branie udziału we wspólnym gotowaniu z moimi koleżankami, które są o niebo lepsze ode mnie w tym fachu, nie nauczyło mnie doskonałości w kuchni ani też cierpliwości w podejściu do przepisów. 

Wypracowałam sobie inne sposoby gotowania. 

Małe śniadanko dla dwojga

Po pierwsze – łatwe, proste, bez przepisu, który wymaga dokładności w zestawianiu składników. 

Doszłam w tym do takiej perfekcji, że pewnie każdy szanujący się  kucharz dostałby zawału, gdyby zobaczył, co ja robię w kuchni 🙂  Otóż – otwieram lodówkę, wyciągam kawałek mięsa (ryby), patrzę na półki z jarzynami, dorzucam co mam i zaczynam… kombinować 🤗

Bez przepisu, bez proporcji ilościowych. I tu przyznaję, z niezłym doświadczeniem życiowo-kuchennym – opiekam mięso albo rybę. Dokładam jarzyny, dodaję przyprawy (też na “czuja”) czasem dodaję sosu. Obkładam małymi ziemniaczkami. Albo kaszą (różnymi rodzajami), dziwnymi makaronami .  

Posypuję zieleniną i zawsze wychodzi całkiem dobre. 

Wigilijny barszcz czerwony z „uszkami”

Z latami, zwłaszcza po przyjeździe do Stanów zmieniło się moje menu. Rozrosły się rodzaje mięs, zwiększyła się znacznie ilość ryb, moja wiedza o jarzynach, przyprawach itd. Wiadomo – to co jedliśmy i gotowaliśmy 50 lat temu w Polsce, to inna kuchnia i kompletnie inna baza zarówno produktów jak i wiedzy o jedzeniu.

Nie chcę przez to powiedzieć, że zaprzestaliśmy całkowicie gotowania i jedzenia polskich potraw. Kto nie lubi poczciwych pierogów czy naleśników? Albo żurku czy barszczu czerwonego? 

 Ja na przykład uwielbiam polskiego tatara i nigdy sobie go nie odpuszczam, gdy przyjeżdżam do Polski. Ale też nigdy nie robię go sama.  

Lubię gotować nowości podpatrzone na stołach u znajomych, w restauracjach, ale nie sięgam do szczegółów przepisów.  Nawet jeśli coś podczytuję, sprawdzam, to raczej potem improwizuję. Lubię bawić się tym, co robię. I na pewno nie dotknę niczego, co trzeba gotować bardzo długo. Nie mam cierpliwości. Wiem, że pewne potrawy są tylko dlatego tak dobre w smaku, że wymagają wielu godzin powolnego  pieczenia, trzymania idealnie dobranej temperatury, cierpliwości. A to już cechy bardzo dobrego kucharza! A nie kobiety bez cierpliwości do garnka.

 Ja lubię fantazję w kuchni i kolor na stole. 

Lubię też potrawy z grilla i choć ludziom wydają się pozornie proste, nie zawsze tak jest. 

Zazwyczaj grillowanie wychodzi mi dobrze ale.. Bywało różnie. Czasem mała chwila nieuwagi a już coś przypieczone nie tak. No i ważne jest często  przygotowanie zalewy, przypraw, czasu w jakim surowce trzyma się przed grillowaniem.  

Zapewne inni potrafią wyczarować na grillu cuda, o których ja nawet nie mam pojęcia. Moje potrawy są zwyczajne. Dobre mięso wcześniej trzymane w przyprawach. Jarzyny lekko posypane dobrą przyprawą, ryba w folii. Grill w połączeniu z tym, co powyżej gwarantuje ten specjalny zapach, smak i  soczystość, świeżość i  szybkość gotowania. Byle bym nie oddalała się od grilla… 

Bo niestety, moja uwaga nie umie być w tej kwestii podzielna. Pilnuję,  patrzę i..jest szansa, że nie przeoczę momentu: za długo – za krótko 🙂. 

Lubię wszelkiego rodzaju kaszy, couscous, ryże kolorowe-smakowe, przyprawiane na ostro z dodatkiem jarzyn itd. Eksperymentuję – niekoniecznie do końca … wiem co robię. Ale – udaje się 😀

Więcej problemów mam z sosami. Nie bardzo umiem dobierać właściwą ich konsystencję, kolor. Z tym mam trochę problemów i często jest to bardzo przypadkowy wytwór. 

Zapamiętałam taki “smak” z akademickiego życia.  Mieliśmy na studiach chyba na trzecim roku taką parę, która niemal od zawsze była razem. Byli idealni! Wcale nie piękni, ani nie z tych słodkich, pijących sobie “z dziubków”. Za to zawsze mieli świetne poczucie humoru, razem chodzili na każde zajęcia, dużo dyskutowali, całkiem zawzięcie  i wcale nierzadko nie zgadzali się w swoich literackich przyszło-zawodowych wnioskach i poglądach.  No i – uwielbiali razem gotować!! 

To nie te same kluski śląskie moich akademikowych przyjaciół, ale bardzo PODOBNE!!! Były znakomite!

Pewnego razu zrobili i ugotowali nam ( całej naszej akademikowej grupie!) kluski śląskie. Nie wiem czy ktoś pamięta, zna cudo dla podniebienia. Takie ładne okrągłe bardzo kształtne kluski z dziurką. Po ugotowaniu były bardzo mięciutkie, pyszne!!  Ale to jeszcze nic. Tą “kropeczką nad i” był ich sos.!!! Nie mam pojęcia jak on to robił (bo to ON) i z czego, ale sos był znakomity. Na pewno był na bazie wywaru wołowego, miał cudowny bardzo ciemno-brązowy kolor, zawiesistą konsystencję, ale nie za gęstą, o niesłychanym aromacie świeżości i smaku wypieczonego mięsiwa, choć mięsa w nim nie było (albo ja nie pamiętam) 🙂  Boże! Ależ ten sos był dobry!! Nigdy później już takiego nie jadłam!!  A jak potem dodali do tego “Modro kapuste” czyli sałatkę z czerwonej kapusty w stylu śląskim, to chociaż ja nie Ślązaczka, ale przyznaję, że to jedno z najlepszych dań owych czasów, jakie jadłam i zapamiętałam do dzisiaj. 

O gotowaniu niewiele wtedy wiedziałam, choć entuzjazm się budził we mnie jak wszystko w młodości. Po restauracjach zbyt często nie biegaliśmy, ale gotowaliśmy akademickie obiadki na długie wieczorne rozmowy czy brydżowe rozgrywki. Albo po prostu – zakąski do wódeczki. Zawsze coś tam dobrego było. 

Moja przyjaciółka i sąsiadka akademikowa, Łucja, ciągle piekła jakieś pyszne ciasta! U mnie też rodziły się już coraz większe ambicje. Szarlotki, placek ze śliwkami, z rabarbarem, babka z kakao, czy nasze kruche ciasto przekładane zwane popularnie “akademikowo” “PSI-PSI”  – oto kilka z tych najpopularniejszych, bez których niedziela uznawana była za zmarnowaną :).  Potem zaczęliśmy wymyślać bardziej skomplikowane słodkości kulinarno-domowe jak bezy piankowe, ptysie, pierniki.. 

 I – to wszystko umiałam zrobić. I chciało mi się piec! W każdą sobotę/niedzielę, niemal jak pójście do kościoła – ciasto jakieś musiało być. O kupnym mówiło się “fee..”  Co najwyżej podawało się czekoladowe pierniczki dla dzieci.  Ale my dorośli – dla siebie i dla swoich gości musieliśmy mieć ciasto własnej roboty. 

A potem przyjechałam do Stanów i zrozumiałam jaki rozmach może mieć “życie kulinarne”. Trzeba czasu, wiedzy, podglądania, smakowania i długiej orientacji no i .. pieniędzy, że choć trochę pojąć, co to znaczy – kierować się w smakowaniu (nie mówię o gotowaniu!!)  jedzenia. Wybór, jaki oferuje się tutaj jest tak wielki, że potrzeba lat, by sobie wyrobić podniebienie na smaki tak liczne i tak różnorodne.

No i wtedy pojawiają się w przeciętnej osobie urzędującej w kuchni dwie bardzo logiczne sprzeczności.  Jedna to taka, że fascynuje cię wszystko, co wiąże się z jedzeniem, gotowaniem, różnorodnością smaków, tradycji kulinarnych, dostępu i możliwości dotarcia do wszystkiego, co potrzebne ci do tworzenia cudów kulinarnych…. I wtedy pojawia się nowa pasja, realizują się nowe marzenia, próbujesz, fascynujesz się, uwielbiasz i stajesz się – Mistrzem/ Mistrzynią swojej kuchni! I obojętnie czy to tylko robisz dla siebie, swojej rodziny i przyjaciół. Czy może staje się to twoją zawodową pasją. A może interesujesz się kuchniami Świata czysto teoretycznie i wybierasz poszukiwania nowości, pisanie o nich, smakowanie, polecanie innym. A może konkursy, wielkie gale, uroczystości kulinarne dla innych.. Przecież  jest setki możliwości, zależy tylko od ciebie! Czego ty chcesz, co cię pasjonuje i co lubisz. No i co masz odwagę spróbować, jak chcesz się sprawdzić. 

Makaron z crow-fish sosem i jarzynami wychodzi mi bardzo dobrze!

I druga opcja – ta moja. Uwielbiam jeść, zachwycam się możliwościami gotowania, rodzajami kuchni Świata, podziwiam tych, którzy je tworzą – ale w pierwszych szeregach to ja na pewno nie pomaszeruję w tej branży..😂

Wszystko to olśniewało mnie przez kilka pierwszych lat. Po 10-15 lat zaczęłam rozsądnie wybierać co lubię. Co będę jadała tylko w restauracjach,  a co  chętnie spróbuję ugotować w domu. Takie samo nie będzie, ale może coś podobnego wyjdzie.

Z góry wiedziałam, że żadne meksykańskie w moich rękach nie stanie się meksykańskie, że chińskie to raczej nie, ale tajskie bardzo chętnie. Ale też zdecydowanie lepiej jak przygotowują to  “znawcy tematu” 

Sałatki, nawet te najszybsze i najprostsze zawsze się sprawdzają.

 Natomiast włoskie, wszelkie “seafood” całkiem całkiem nadają się na moje “podróbki”. Pomysły i ciągłe innowacje wychodzą mi bardzo dobrze i nigdy mnie nie zawiodły. 

Sałatki, sałaty – też nieźle. Może być. 

Tradycji polskich świątecznych trzymam się mocno. Bardzo chcę, by dzieci i wnuki zapamiętały kilka z nich ze swojego dzieciństwa. Czy będą je kiedyś umiały zrobić – nie wiem. Ale wiem, że będą umiały je nazwać i mam nadzieję, że będą pamiętały ich smak. 

Wciąż więc robię barszcz czerwony z uszkami ( uszka, niestety “podrabiane” ze sklepu 😉) jest ryba smażona i po grecku, kutię, kapustę z grzybami… Z grzybami to w ogóle dużo więcej potraw. 

Śledzie w śmietanie pokryte cebulką, posiekanymi kwaśnymi jabłkami i zieleniną. Pychota!!

Moim popisowym daniem – dziwnym dla Amerykanów, ale lubianym przez mojego zięcia – są śledzie. Robię je w śmietanie z jabłkami i cebulką. A drugie w oleju “pod kołderką”  jarzynek: cebulka, czerwona papryka, kiszone ogórki, marynowane grzybki… bardzo po polsku. Wychodzą znakomite. 

Potem to świąteczne jedzenie, już zazwyczaj we dwójkę z mężem jemy niemal przez cały tydzień łącznie z pierogami, bo wszyscy się rozjeżdżają. Ale ja nie narzekam, bo nie muszę nic gotować przez kilka dni, chyba że mi się zachce coś innego.  A, jeszcze mój Syn lubi zabrać sobie trochę polskiego świątecznego jedzenia, bo tylko on jeden zjada je w swojej rodzinie. Wspomaga więc nas przed wyrzucaniem dobroci do śmieci, czego zresztą NIGDY NIE ROBIĘ !  

Gotuję jeszcze wielkanocny żurek z białą kiełbasą i piekę mazurki. Teraz już właściwie ograniczam się tylko do najbardziej ulubionego pomarańczowego na kruchym spodzie i czasem kilku mini- o innych smakach.  Wszystko po to, by tradycji stało się zadość. 

Ale tak naprawdę prawie nie gotuję polskich potraw albo bardzo rzadko. 

Co nie znaczy, że jak ktoś ugotuje pyszny bigos, to choć wiem, że mój żołądek się buntuje😞 i tak zjem z największą  przyjemnością!  

Oczywistym jest, że przygotowywanie posiłków jest częścią normalnego funkcjonowania życia i nie uważam tego za nieszczęście ani za przykry obowiązek. Mam wiele momentów, kiedy nawet sprawia mi to przyjemność. Na przykład poranną kawę robię z wielką radochą i każdy jej nowy wariant jest dla mnie wyzwaniem i zabawą 🙂

Ale – nie mam w sobie przesadnej miłości do kuchni. Co więcej – nie opowiadam ( bo nie lubię i nie umiem) o tym, co i jak ugotowałam. Gdy ktoś mnie pyta o to, co właśnie podałam na stół, raczej upraszczam i “spłycam” moją wersję wkładu pracy, nie traktuję tego jak cudu kuchennego, a mnie jako twórcy etc.  Nie widzę siebie jako wirtuoza kulinarnego. 

 Owszem – bardzo się cieszę, że to co podaję moim współbiesiadnikom jest zjadliwe i że im smakuje, ale nie pretenduję do kogoś – więcej niż naprawdę jestem. 

Nie udaję – a uwierzcie mi, że słowami można dobrze “doprawić” potrawy  😀

I wielu ludzi tak robi. Czasem .. aż trudno tego słuchać… Dużo lepiej po prostu potrawy spróbować i posmakować. 

To właśnie efekt kulinarny mojej przyjaciółki… która w ogóle NIE umie gotować! Jak wam kiedyś tak powie, to NIE wierzcie jej ani przez sekundę! po prostu – też ma swój styl w kuchni!! 😂😂

Bywa też odwrotnie! Znam takie osoby, które ciągle mówią, że NIC nie umieją gotować i “że będziemy jeść jedno danie z jednego garnka i że będzie byle jakie..”

Jeden garnek – „jedna potrawa!”

No i jest z jednego garnka a czasem z dwóch!:)  – tyle, że są znakomite, pachnie pysznie wysmażone mięsko z mocnym sosem i wszystkim bardzo smakuje!! Ryba – też pychota!

 Hhmm… każdy ma swój styl- w kuchni też. 

Nie trzeba być geniuszem kulinarnym, by sobie dawać radę we własnych garnkach. Ale też nie będę ukrywać, że PODZIWIAM kulinarny kunszt kilku moich koleżanek ( i kolegów), chęć próbowania coraz to nowych przepisów i nowych potraw z różnych krajów. Piękne ich serwowanie na stół. Uwielbiam takie nowości i bardzo chciałabym taką być.. ale nie jestem 😀😀

Znalezione w sieci:
A to już dla poprawienia humoru- dla wszystkich co czasem „im się w kuchni NIE UDAJE..”

 Za to mam inne hobby, ulubione działania i trochę zalet, które z kolei zapewne innych niezbyt „rajcują”.

Czyli – wszystko na swoim miejscu. Każdy ma to co chce, lubi, potrafi. I tak powinno być!

I gdyby zawsze i do końca tak było – świat byłby piękny, a życie niezachwianie radosne. 

„Twór kuchenny”- znaleziony w sieci 🤣🤣

Ale – bywa różnie. 

Gotuję, choć to nie mój „ konik”, bo tak już jest, że nie wszystko co robimy idealnie do nas „przylega”. 

Ale i tak jest częścią naszego „ JA”.   Bo każde JA to skomplikowany Twór stąpający po Ziemi. I po kuchni też 😂.


BACK

Czy przyjaźnie gasną? a może nie.. 

3 czerwca 2024 

Kiedyś w harcerstwie, przy wieczornym ognisku, śpiewałam i wierzyłam…”Nie zgaśnie tej przyjaźni blask..” 

Nic w tym złego. To była piękna przyjaźń. Blask młodości, szczerości. Moc i energia. Wszystko, co nas otaczało było prawdziwe. I młode. Trwało przez miesiące i  lata. 

Ninuś- ta przyjaźń to klasyczny obraz : od ławki szkolnej przez góry doliny zycia po dziś dzień – niestety na odległość… Ale nadal blisko, ciepło i z otwartym dla siebie sercem w każdym momencie

Były wspólne cele, kochałyśmy tych samych chłopców, a chłopcy te same dziewczyny.  Kręciliśmy się wokół się siebie niemal każdego dnia. Było tak dobrze, że nikt nie wyobrażał sobie, że może być inaczej. 

Tak właśnie wygląda szczęśliwa młodość!!  Wystarczyło ktoś, kto patrzył na świat podobnie jak ja. Mogliśmy gadać ze sobą całymi godzinami i zawsze mieliśmy wspólne tematy. Śmiać się z byle jakiego powodu. I myśleć, że to się nigdy nie zmieni! 

 Bo dlaczego miałoby się zmienić ?  Było nam tak dobrze razem. Tak świetnie się rozumieliśmy…

Było nas cztery. Było fajnie. Ale ta jedna – najważniejsza..😀

O, nie! Stop!! Nie tak idealnie! Przyjaciółka musiała być ta JEDNA, jedyna!  Trójkąty, a nawet czworokąty, to już było nie to..  Mogło być miło, wesoło. Ale ta jedna musiała być naprawdę MOJA – przyjaciółka. Taka “mała zazdrość”, która jednak miała wtedy DUŻE znaczenie. Bo uczucia w życiu nastolatków są buzujące i wcale niełatwe do pokonania w sercu i ułożeniu ich w głowie. 

To był czas łez, złości, zazdrości, niemocy, rozmów od serca, uścisków i…przykrych słów, których potem długo żałowało się, że wypowiedziało się je głośno.

Dziś, gdy patrzymy na swój długi życiorys – wszystko staje się bardziej jasne i zrozumiałe.  

Po latach szkoły, które zbyt szybko minęły, przyszedł czas studiów i świat wirował w zupełnie innym rytmie. 

Mnie własnie tak zawirował.  Zwariował nagle i niespodziewanie!  Niby- ten sam chłopak, ta sama miłość… A pierwszy “kop w tyłek” – jako jedyna z grupy harcersko-przyjacielskiej nie dostałam się na studia za pierwszym razem. 

I mówcie co chcecie, ale… nagle stałam się wyobcowana, inna. Moi przyjaciele, moja przyjaciółka SĄ studentami! Ja – nie.. Ta inność odpycha. Może nawet jeśli nie w ich głowach, to na pewno w mojej. Pierwsze niepowodzenie życiowe, pech. Wtedy to było dla mnie  – nieszczęście i wstyd. Niby wokół pełno rówieśników, którzy nie dostali się na studia, ale co to mnie obchodziło! Mnie dotknęło tylko to, że ja się nie dostałam, a oni TAK. Bolało.  I od tego czasu bolało już każde niepowodzenie coraz mocniej. 

Bo tak się to wszystko razem złożyło, że wraz z  faktem niedostania się na studia, posypały się niektóre koleżeńskie i przyjacielskie drogi, jak na szachownicy przekładały się nasze układy. 

Miałam chłopaka i poważne plany. Ślub w tych planach. To jakoś balansowało moje „zrozpaczone” uczucia. Po roku, za drugim podejściem dostałam się na studia. Polonistyka na Uniwersytecie Jagiellońskim. Moje marzenie. Spotkałam nowych ludzi, głównie dziewczyny. Ale był jeden facet, zrobił na mnie duże wrażenie. Zaprzyjaźniliśmy się. Wszyscy byli mili, ciekawi. Czas mijał i młodzieńcze „tragedie” też 😀.

Szybko  zgraliśmy się jako  grupa, nie tylko na zajęciach. To był tylko pierwszy rok studiów, a my włóczyliśmy się często i dużo razem. W Krakowie zresztą nie było to trudne… 

 Cywilny (pierwszy – bo ten drugi, kościelny był później we wrześniu)) ślub wzięliśmy w maju (17-go), na który ( o ironio losu!) przybyła cała moja grupa polonistyczna z I roku !!😀 a nie dawni wieloletni przyjaciele harcerscy… Ale – przed tymi najbliższymi nie ukryliśmy tego faktu, choć ogólnie do września miala być to tajemnica…   

Teresa- właściwie to przyjaciółka mojego męża z czasów studiów w Krakowie. A potem.. spotkaliśmy się na Uniwersytecie Śląskim w Sosnowcu i tak przyjaźń trwa do dzisiaj!

Zaraz po 1-szym roku wyjechaliśmy do Katowic/Sosnowca, gdzie znów otoczyła mnie kolejna, nowa grupa ludzi. 

Tak zaczęła się nowa era przyjaźni. 

Nowe środowisko. Ludzie pracujący na uczelni. Asystenci, profesorowie. Starsi i młodsi.  A ja wciąż studentka i młodziutka żona, zagubiona w obcym, nieznanym mi mieście.  Tak niepodobnym do mojego kochanego Krakowa. Do Rynku Krakowskiego i miejsc, które na każdym kroku nie przypominały mojego domu. 

Łucja- przyjaźń „akademikowa”. Przeszła wszystkie etapy – beztroskie i trudne. Rozsypała się na trochę, poprzestawiała „pionki osobowe” a jednak trwa już 1975 r…

Boże! Jak ja cierpiałam!  Bardzo powoli ( ja, taka otwarta i łatwo zawierająca znajomości..) wchodziłam w nowe koneksje koleżeńskie, choć wszyscy byli mili i nie pamiętam wielkich zgrzytów. Podobnie znajomi mojego męża, który zaczął pracować na Uniwersytecie Śląskim jako asystent na wydziale Filologii Rosyjskiej. Pracy i zajęć było dużo. Ludzi wokół również. Łatwo było wplątać się w życie towarzyskie. 

Krążyliśmy po akademikach, szukaliśmy swojego miejsca do życia.. 

 Nie będę o tym pisać kolejny raz. Już gdzieś o tym wspominałam. 

Chcę tylko powiedzieć, że im bardziej ciężko, tym więcej ludzie zbliżają się do ciebie. A młodość ma to w sobie, że ludzie nawzajem potrzebują podpory, dobrych słów i wzajemnego wspomagania  – szło nam więc łatwo i przyjaźnie zawiązywały się szybko.  

Te przyjaźnie, to już nie były takie same związki jak z czasów szkolnych. Miały charakter bardziej otwarty, dojrzały. Oczekiwaliśmy od siebie innej pomocy i zrozumienia. Niemal każdy z nas był już w osobistym związku i rozumieliśmy, że przyjaźń, to nie uczucie “ na wyłączność”  

Dużo było w nas ironii, sarkazmu, zabawy, a jednak na tych właśnie elementach budował się silny związek emocjonalny. Dużo później, uwikłani w “Solidarność”, gdy dotknął nas wszystkich stan wojenny potrafiliśmy sobie wzajemnie pomagać mądrze w tych trudnych momentach.  

Po 16 latach , w 1990 roku wyjechaliśmy do Stanów. Nasze kontakty z ludźmi były różne. Jak to w życiu. Jedne rozmyły się całkowicie. Inne jeszcze trwały przez lata ale osłabły, drogi rozeszły się, każdy z nas poszedł w swoją stronę. Niektórzy już odeszli na zawsze. Ale nie z naszej pamięci… 

Z Aniołami (tu Ania) znamy się ” od wieków” – właściwie mój mąż jeszcze dłużej niż ja.. To do naszej czwórki tak bardzo pasują słowa piosenki Grechuty !!

Są i tacy, z którymi wciąż jesteśmy blisko. Zawsze chce nam się opowiedzieć, co nowego u nas. Co u nich – u dzieci, u wnuków. Gdzie jadą na wakacje, jaka dziś pogoda, jaką książkę czytają.. Co zakwitło w ogródku i czy uda nam się zobaczyć w tym roku?…

Chciałoby się powiedzieć słowami piosenki  Grechuty: : Czy to jest przyjaźń czy to jest kochanie..”  Tak, to jest przyjaźń. A może jest i ziarenko ludzkiej dobrej miłości, która zostaje z najlepszych lat długo długo trwającej przyjaźni. Nic  w tym dziwnego. Ludzkie dobro..

Mijamy w swym życiu niezliczoną ilość osób.  Niektórych w ogóle nie zauważamy.  Inne są z nami związane na  chwilę, szkolnie, służbowo, łączy nas jedna, kilka rozmów – miłych, ale nic nie znaczących, choć dla danej chwili ważnych. Na szlaku naszego życia zaznaczają się osoby, które zapamiętujemy, ale z kolei one nie zapamiętują nas, bowiem relacje ludzkie nie są równoważne.  

Musi naprawdę dużo się wydarzyć pomiędzy ludźmi, żebyśmy siebie wzajemnie i jednakowo zapamiętali. By nasze uczucia były podobne. By po latach chcieć ze sobą wciąż utrzymywać kontakty.

 Nawet nie zdajemy sobie sprawy jak wiele wspólnego wypracowaliśmy przez minione lata.  Życie nas rozdzieliło na wiele lat, nie mieliśmy  okazji spotkać się, nawet nie myśleliśmy o sobie. . . 

Przyjaźń z Córką ma inny wymiar. Często trudny i nierówny ale bezcenny.!! Uczymy się jej nawzajem każdego dnia.

Więc skąd i jak zachowuje się więź??  Istnieje coś, czego człowiek nie jest w stanie czasami określić, nazwać, pojąć.  Coś, co najprawdopodobniej wydarzyło się w jakimś ważnym wspólnym momencie, co nas scaliło i związało. 

I to jest w nas – prawdopodobnie ważne dla nas obojga. Przez lata przygasa, tli się małym płomyczkiem. Zapominamy, nie czujemy.  Aż obojętnie kiedy i w jakich okolicznościach – pojawi się, by przypomnieć nam, że mamy coś wspólnego.  I że nić zawiązana kiedyś nie przerwała się na zawsze…

Przyjaźnie minione bezpowrotnie też są ważne. Na pewnym etapie życia były wartościowe, potrzebne. Uzupełniały nasze potrzeby emocjonalne i  stanowiły istotną część tamtych chwil. Niezależnie z jakich przyczyn się skończyły, rozluźniły, zniknęły – były “ cegiełką” budującą nas. 

Dużo już przeżyłam i wiem doskonale, że bywają także przyjaźnie toksyczne. Takie, które niszczą się wzajemnie. Albo niszczą tylko jedną stronę.  I tak bywa. O przykładach nie będę mówić, bo  są bolesne. Ale musiały się wydarzyć, bo takie też uczą, doświadczają nas i pozwalają docenić te dobre, pozytywne i piękne przyjaźnie.  

 Musi być czasem źle, żeby  było lepiej i byśmy umieli docenić dobro. 

Nie ma lepszego nauczyciela jak życie. Doświadczenia, które  zdobywamy „ na własnej skórze” są najlepszym źródłem wiedzy. A że czasem boli tyłek, gdy spadamy całą siłą na niego.. Cóż, spadanie z wysokości nie jest przyjemne… 

Kiedy dorośliśmy przyjaźń nabrała smaku dojrzałego owocu. 

Trzeba z niej czerpać smak i soki, ile się da! Nie czekajmy na układy, na lepsze momenty, na wygodniejsze sposoby. 

Od wielu lat trzymamy się razem. Blisko i trochę dalej. Żyjemy razem i obok. Połączyło nas wiele dobrego. I dużo trudnego. Wszystkie te więzy, to doświadczenia ważne i znaczące w naszym życiu.

Nasza „babska brydżowa” tradycja trwa już ponad dwie dekady- to nasza terapia, relaks, fun. Uwielbiamy!!!

Nie rozważajmy, że kiedyś coś może nam się nie udało.. Młodzieńcze przyjaźnie przeminęły albo stały się solidne i twarde jak skała.  Te dorosłe, sprawdzone, dojrzałe trwają od lat. Są spokojniejsze, mniej wrażliwe na burze, mniej zachłanne. Za to opierają się niejednemu życiowemu zachwianiu…

Czasem waham się czy każdą osobę w minionym etapie mojego życia powinnam nazywać przyjacielem czy tylko kolegą. Przyjaciółką?… I myślę – jak wartościowy związek nas łączył?  

Bo jeśli przyjaźń, to dlaczego odeszła, rozmyła się w czasie, przestrzeni? .. Nie przetrwała próby czasu, choć była nam wtedy tak potrzebna. Taka ważna. Losy ludzkich uczuć są pogmatwane…

Od przyjazdu do Houston – różne chwile. Różne przeżycia. 34 lata..

Dziś już rozumiem, że wtedy czułam inaczej. Wtedy potrzebowałam od przyjaciółki czegoś innego niż dzisiaj. Choć przyjaźń wydaje się mieć jedne zasady, to tak naprawdę wcale tak nie jest.  Nic nie jest wieczne. Nic nie jest nam dane na zawsze. My  ludzie biegnąc w życiu w różne strony zmieniamy nie tylko warianty życia i nasze potrzeby. Także partnerów, współpracowników, zakładamy rodziny. Także zmieniają się nasze priorytety, do których między innymi należą… przyjaźnie.   To instynkt obustronny. To przyciąganie, to “chemia”. Podobnie jak w miłości. Przyjaźń i miłość są blisko. I często a właściwie zawsze są w parze.

To COŚ niezwykłego, co czyni związki międzyludzkie tak bardzo silne i bogate z bardzo różnych powodów.  

Było tak pięknie. Miało być na zawsze.. A życie urządziło nam inny los. Inny rodzaj przyjaźni 💔😟

Przyjaźnie gasną, a może tylko przygasają.  Przyjaźnie starzeją się. I odchodzą  w siną dal… I wreszcie – przyjaźnie łamią się, bo okazują się za słabe. Czasem są odrzucone, czują się niepotrzebne,  porzucone..  Oszukane. 

A czasem – umierają niechcący, ulegają bezsensownemu „wypadkowi”, uciekają nam jeszcze za życia, przestają nas potrzebować, rozumieć… bo i tak się zdarza. I niczyja w tym wina 😢

I nie myślcie, ze przyjaźnie to tylko dziewczęce, kobiece. Są przyjaźnie męskie – szorskie i twarde. Czasem nawet wydają się ironiczne i zabawne. Ale pracują na równie wspólnych „falach” jak nasze – kobiece. Są różne poglądy – ja uważam, że istnieją przyjaźnie między kobietą i mężczyzną. Miałam i takie doświadczenia w życiu i do dziś sobie cenię te wspomnienia.

Bo przyjaźń to Człowiek. I jak Człowiek – jest wrażliwa i delikatna. Silna i twarda. Odporna i  uparta. Bywa zła i smutna. Nie zawsze wytrzymuje próbę czasu i  trudności życiowych. 

Ta przyjaźń to coś wyjątkowego. Jesteśmy inne – a bliskie i..obok siebie

Zaglądnij głęboko do swojego serca, dobrze pomyśl i zastanów się zanim wypowiesz słowo “Przyjaciel” 

Dla mnie to ma duże znaczenie. Kolega, koleżanka to cała plejada bardzo dobrych, kochanych osób. Pojawiają się i znikają. Lubimy się, spędzamy ze sobą czas. Śmiejemy się i kłócimy. Pomagamy sobie w różnych trudnych momentach , wspieramy się albo po prostu – jesteśmy obok…

Przyjaciel, Przyjaciółka – zostawiam sobie i  każdemu z was puste miejsce ……….

Włóżcie słowa, uczucia, myśli – dla tych, którym “ przyjaźni blask nie zgasł” całkowicie.. 💖💕

**********************

Na podsumowanie tematu przyjaźni, która przez całe życie, od podwórka do ostatnich chwil emeryckiego życia jest nam potrzebna, a przecież zmienia się i dorośleje wraz z nami -przychodzi mi na myśl ostatnia sztuka Polskiego Teatru pt. „Chłopcy z naszej ulicy czyli okruchy z zycia mężczyzny” (2012 r). Pozwolę sobie przypomnieć finałową piosenkę. Kiedyś jeszcze powrócę do tematu teatralnego i „Chłopców z naszej ulicy..” a tu posłuchajcie jak jak „Okruchy” wspomnień z ulicy dzieciństwa łączą nas czasami aż do wieku seniora! Przyjaźń potrzebna jest w życiu wszystkim – dziewczynom i chłopakom, starszym panom i paniom też…😂


BACK

Ach, ten Maj!

19 maja 2024

Chciałoby się powiedzieć, że to takie banalne. Każdy lubi miesiąc Maj. Ma przecież tyle zalet, że nawet jeśli coś komuś zgrzytnęło w tym miesiącu, to pewnie mu wybaczył. 

Oczywiście ludzkie gusta są bardzo różne, więc na pewno znalazłabym i takich, którzy nie zgodzą się z zachwytami nad wyższością Maja wobec innych miesięcy.  

Acha – i żeby było jasne – mój Maj będę pisała z dużej litery, bo w tym wpisie będzie bohaterem moich wynurzeń. Niech będzie, że jest ważny, a nie tylko kalendarzowy, coroczny powtarzający się od wieków. 

Ten Maj będzie osobisty, ale też wspólny dla wszystkich, którzy chcą choćby kawałek mojego Maja polubić 😀.

Maj ma setki skojarzeń. Dla jednych emocjonalnych, dla innych estetycznych albo muzycznych. Jeszcze inni widzą w nim miesiąc patriotyczny czy religijny. No i tak można listę skojarzeń wydłużać… 

Dla mnie Maj to przede wszystkim obraz zielonej otchłani. Wybuchającej nagle z niesamowitą siłą. Świeża, zielona barwa. Zieleń liści, trawy, kiełkujących roślin w donicach i na trawnikach. Zieleń w górach, na łąkach i na balkonach w skrzynkach. Zieleń, jakiej nigdy potem już nie ma – choć zielono wokół jest aż do późnej jesieni. 

Nie wiem ilu ludzi zastanawia się nad odcieniami zieleni w naturze. Pewnie wielu. Ale równie dużo nawet tej różnorodności nie zauważa. 

I jest jeszcze COŚ w tej majowej zieleni – jej niepowtarzalny zapach!

Tak świeżo, tak “deszczowo” i młodo pachnie tylko majowa trawa, majowy ogród, majowa grządka.

W Houston ten proces dostrzegam trochę inaczej. Tu zieleń wybucha swym kolorem niemal w ciągu jednej nocy! I w kwietniu. Mówimy – „Była zima…. A wczoraj w nocy przyszła wiosna” 😂. To taki „BUCH” natychmiastowy. Każde drzewo pokrywa się setkami małych listków, które niemal w ciągu doby są już “dorosłej wielkości”.

Może dlatego ludzie nie przeżywają tak nawrotu wiosny jak w Polsce. Nie zwracają szczególnej uwagi na wkroczenie w nasze życie miesiąca Maja… A przecież w głębi serca na wiosnę, tę „Majową” czekamy wszyscy. Bo to nie tylko pora roku. To stan naszego ducha. 

Mój prawdziwy Maj przychodził w  Polsce. Miał swoje WIELKIE wejście, był ważny doceniany, oczekiwany  i witany radośnie. 

Ten hiacynt wyhodowałam kilka tygodni temu. Tu, w Houston. Tak – w doniczce.. ale za to pachniał tak samo pięknie.

Po długim okresie nagich drzew bez liści, pustej szarej ziemi zamiast trawników, każdego nowego dnia wypatrywałam maleńkich pączków zapowiadających pierwsze listki. 

Gdy mocniej przygrzało słońce, budziło się nowe życie. Czasem już w kwietniu, ale tak naprawdę w Maju uderzała fala zieleni i wszelkich kolorów kwiatów wiosennych. Tych pierwszych – malutkich, pojawiających sie na chwilę, ale ważnych, bo oczekiwanych jak na pierwsze dziecko w rodzinie. Najpierw zawilce, śnieżynki, krokusy, kaczeńce, pierwiosnki. A zaraz potem te coraz śmielsze – narcyzy, żonkile, tulipany, hiacynty… 

I dwa najpiękniejsze bukieciki na całym Krakowskim Rynku! – delikatne białe dzwoneczki postrzępione na krawędziach, zaplanowanym przez naturę pięknym wzorkiem – Konwalie. Osadzone na równie delikatnych gałązkach, ale za to liście mają silne i duże, jakby stworzone po to, by chronić pozornie słabowite kwiaty. I ten niepowtarzalny zapach.. 

Górne zdjęcie to fiołki na leśnej łące. Kiedyś udało mi sie takie zrobić. Dolne- to już zdjęcie z internetu. Ale – pamiętam takie bukieciki. Kiedyś takie dostawałam 27 dnia każdego miesiąca... ❤

I jeszcze Fiołki. Koniecznie te prawdziwe. Dzikie, maleńkie. Te najprawdziwsze z  fioletowych!!!  I pachnące najprawdziwszym fioletem!! Czy mnie rozumiecie? 🤔

 Widzę je „oczami” moich zmysłów, mojej pamięci z młodości. Czuję zmysłem zapachu, którego nigdy się nie zapomina. Nie tego sztucznego, ale tego, który zapamiętałam, gdy pierwszy wiosenny  bukiecik, prosto z pojemnika z wodą krakowskiej kwiaciarki, zbliżałam do nosa, by poczuć wszystkimi zmysłami ten jedyny niepowtarzalny “fioletowy” zapach. 

Nie ma NIC innego podobnego na świecie!  Zapachu naturalnych konwalii i fiołków nie da się powtórzyć !! Tylko natura potrafi nas tym obdarzyć.

Ja wiem, że wy to wiecie, a ja mówię o tym nie po raz pierwszy. Ale kolejny raz nie mogę powstrzymać się od wdychania majowego wspomnienia tamtych kwiatów.. 

Majowy ogród w Houston szaleje i kwitnie na potęgę. Choć u mnie głównie w donicach, to o tej porze już kolory niesamowite. Niestety- lipcowe- sierpniowe słońce spali je szybciej niż bym sobie tego życzyła.

Kiedy już jest pięknie na świecie, wiosennie, zielono, to witajcie w ogrodach, parkach, ogródkach. Na działkach, balkonach, na tarasach, na skrawkach najmniejszych posesji, gdzie można ułożyć skrzynki, postawić donice albo przynajmniej małe doniczki. Nasypać ziemi i posadzić kolorowe kwiaty, zielone rośliny, byle tylko zrobiło się radośnie wokół nas. 

I już można ustawić stół, krzesła z kolorowymi poduszkami, obok grill i koniecznie zaprosić gości.  Przyjaciół, rodzinę, wnuki. 

Czas na wspólne biesiadowanie. Zimne piwo, wino, szampan. I kiełbaski, mięsko pachnące. Jarzynki szybko usmażone, zdrowo przygotowane, bez tłuszczu i sosu. No może trochę.. Nie przesadzajmy, że zupełnie bez 😂. I desery lekkie, z owocami, galaretką, szarlotki z nowymi jabłkami, ciasto z rabarbarem. Co za marzenia dla podniebienia! 🙂

Świeże owoce, których pojawia się coraz więcej. Sery, dipy czyli inaczej może sosy?😂 I rozmowy, żarty, przekomarzania się, bo nic tak nie daje radości jak wspólne chwile przy ogrodowym stole. Albo wieczory przy ognisku, bo wreszcie ciepło i wystarczy tylko sweter czy koc na ramiona i można snuć rozmowy, marzenia, plany. 

Dzień Matki (Mother’s Day) 2024. Mamy w naszej rodzinie.

Ale przecież ludzie mają różne potrzeby. Nie wszyscy lubią duże towarzystwo, tłum wokół siebie. Wszyscy obchodzimy rodzinnie w mniejszym lub większym gronie Dzień Matki, w Polsce zawsze 26 maja, a w Stanach w drugą niedzielę tego miesiąca.

Mniej kojarzymy ten miesiąc  z tradycją katolickiej religii. Przecież to miesiąc poświęcony Matce Bożej. Nabożeństwa Majowe to jedne  z piękniejszych kościelnych tradycji. Odbywają się codziennie wieczorną porą, przez cały miesiąc. Muszę przyznać, że kiedy byłam dzieckiem we wczesnym wieku szkolnym, chodziłam na te nabożeństwa i jest to jeden z momentów kościelnych, które  wspominam z rozrzewnieniem. Lubiłam te wieczory. To nie były długie nabożeństwa. Kościół był mały, tuż obok mojego domu (przynajmniej ten który zapamiętałam). Tonął w kwiatach i pięknie pachniał wiosną. Każdego dnia stawiano świeże kwiaty. Nie pamiętam jakie pieśni były śpiewane, ale pamiętam, że podobały mi się.  Te msze (przepraszam, to były nabożeństwa, a to nie jest to samo!) były takie … lekkie w nastroju, miłe i wcale nie były ponure i smutne! 

Zdjęcia komunijne moich dzieci. Kasia – 1985 r. Jacek oczywiście też był w białym garniturku! rok 1988. Zdjęcie w górnym prawym rogu – to moje komunijne – rok 1962.

Pewnie niedługo w nich uczestniczyłam, bo później już ich nie pamiętam, ale do dziś kojarzą mi się z przyjemnymi wrażeniami kościelnymi. Także z majowym czasem pierwszych komunii, bielą sukienek małych dziewczynek i chłopców w białych garniturkach. Bo w Krakowie za moich czasów chłopcy chodzili do Pierwszej Komunii Świętej w białych garniturach. Gdy znalazł się jeden w garniturze granatowym, to.. czuł się jak niemal jak “czarna owca” 😂.

No i oczywiście, te wieczory, to były także spotkania towarzyskie, bo przecież do kościoła chodziliśmy koleżeńskimi grupami, więc tym bardziej wieczór po nabożeństwie, odprowadzanie się do domu kilka razy tam i z powrotem, należał do dodatkowych atrakcji majowych Nabożeństw Maryjnych.

W maju zaczynał się szał wycieczek sobotnio-niedzielnych. Ruszali wszyscy, w jakikolwiek sposób mogli. Pieszo, na rowerach, podmiejskimi pociągami. No i ci szczęściarze, którzy posiadali samochody i mogli planować nieco dłuższe trasy. Wokół Krakowa atrakcyjnych miejsc nie brakowało, począwszy od Lasu Wolskiego, poprzez Skałki Krakowskie, trasy nad Rudawą, do Kryspinowa nad jeziorko, nad Rabę do Myślenic, aż do Zakopanego, Poronina czy innych nieco dalszych ciekawych miejscowości. 

Kroiliśmy chleb na kanapki z żółtym serem i zwykłą kiełbasą. Albo z pomidorem i ogórkiem (to już był rarytas!)  Jakieś kruche ciasteczka, czasem mama upiekła placek, czasem bułeczki drożdżowe.  Herbata w termosie albo kompot (…. bboooo )🤔 😞.

I juz byliśmy gotowi na wyjazd. Byle daleko od miasta! 

Tym wyjazdom, wieczornym przechadzkom, randkom, długim rozmowom w parkach sprzyjało rozwijanie się nowych przyjaźni, pierwszych, drugich… miłości. Związków, które kiełkowały szybko, buzowały szaleństwem hormonów. Śluby majowe. Welony i piękne suknie. Krótkie mini, bo taka wtedy była moda.  

Muzyka majowych koncertów. Nie, nie takich głośnych i krzykliwych jak dzisiaj, chociaż nasi rodzice tak właśnie uważali. Mówili, że to niezrozumiałe słowa, że “dziwny jest ten świat”, że włosy za długie, że bez rytmu, bez melodii..

A my dziś tęsknimy i z rozrzewnieniem wracamy do tych starych piosenek. Do melodii najbardziej melodyjnych. Do słów, które wzruszają, poruszają. I wcale nie wydają się ostre, niezrozumiałe. Jak te dzisiaj – raperskie czy inne, za którymi młode pokolenie przepada. I rozumie je, tak samo jak my kiedyś te dawne, nasze, wtedy uwielbiane.

Tak to już jest – “Każdy ma swój właściwy czas”.  😀

Było takie popularne powiedzonko “majowy deszczyk”

I ten deszczyk miał być orzeźwiający drobny, ciepły. Zbawienny dla młodych roślinek i nowych pojawiających się kwiatów, owoców i warzyw. Ale z mojej młodości pamiętam dwie wielkie ulewy, które wbiły się mocno w moją pamięć, bo łączą się z ważnymi wydarzeniami w moim życiu. I pewnie nie tylko w moim.

Kiedyś, właśnie w maju – przez Polskę, Czechosłowację i NRD przejeżdżał każdego roku słynny kolarski WYŚCIG POKOJU. Wszyscy pasjonowaliśmy sie tym sportowym wydarzeniem. Trwał chyba około dwóch tygodni i co roku miał nieco inną trasę. Zawsze było to wielkie wydarzenie i zarówno wsie, miasteczka jak i duże miasta, gdzie w danym dniu kończył się kolejny etap, cała trasa przejazdu pełna była kibiców.. Nie pamiętam, który to był rok, ale na pewno byłam już w końcowej klasie podstawówki lub na początku liceum, jeden z etapów Wyścigu miał zakończenie w Krakowie na Stadionie „Wisły” (jeśli dobrze pamiętam??)

Była to niebywała okazja, żeby zobaczyć zawodników z bliska i na żywo. Postanowiłyśmy z koleżankami wybrać i ustawić się jak najbliżej wjazdu na stadion. Od rana dzień był upalny. W tamtych czasach nikt specjalnie nie zawracał sobie głowy sprawdzaniem pogody, dopiero kiedy w trakcie naszego marszu (w dużym tłumie ludzi, dużo wcześniej niż zawodnicy mieli zacząć przyjeżdżać na stadion) czarne chmury zaczęły zbierać się nad Krakowem. A potem – dopadła nas wszystkich ogromna i długa ulewa. To nie był majowy deszczyk! To była ściana wody, deszczowa zasłona! Bez parasoli (większość ludzi, tak jak my nie pomyślała o takich detalach.. )

W jednym momencie tłum stojących w kilku czy kilkunastu rzędach zmienił swój wizerunek na zmokłe kury zlepione, trzęsące się z zimna, bo dość szybko spadła też temperatura, co nie jest takie nietypowe w polskim klimacie. Wody było po kostki albo i więcej, sandałowe paski letnich bucików rozsypały się i poluźniły, bo nie były to czasy dobrych wyrobów “skórzanych”  🤣🤣.

Na zdjęciu u góry wspaniały Ryszard Szurkowski, na dolnym – równie fantastyczny kolarz – Stanisław Szozda.
Środkowe – to drużyna polska która zwyciężyła w Wyścigu Pokoju w Warszawie, 1974 r

Ale nikt nie pomyślał nawet o opuszczeniu swojego stanowiska, skoro już ustawił się tak dobrze i czekał tyle godzin. Deszcz nieco zmalał, nawet chwilami słońce połyskiwało zza chmur, a my dzielnie czekaliśmy na pierwszego zawodnika. Nie jestem pewna, ale być może miał to być Ryszard Szurkowski a może Stanisław Szozda?? ( proszę wybaczyć jeśli mieszam czas i nazwiska)… 😂 🤔 W końcu miałyśmy swoich faworytów! Niestety, nie udało mi sie ustalić daty tego Wyścigu Pokoju, gdy jeden z etapów kończył się w Krakowie.. A pamięć o szczegółach dziś już zawodzi.

Oczywiście, burza i ulewa wpłynęła również na zawodników, którzy dotarli dużo (!!) później do mety i wcale nie w takiej kolejności “jak miało być”.. 

Ale – co widziałyśmy – to nasze!! Co przeżyłyśmy – to własne!! Wracałyśmy do domu na bosaka, stopy poranione na twardych płytach chodnika, ale kto by sie takimi drobiazgami przejmował! Z sandałkami w ręku, bo paski pourywały się dość szybko, za to letnie sukienki zdążyły wyschnąć na nas już kilka razy. 🤣

Stopy poranione, ale my w świetnych humorach, odświeżone przez majową ulewę i niecodzienne na owe czasy przeżycia. 

W końcu każdy Polak wie, że  majowy kalendarz ma też “trzech zimnych ogrodników – Pankracego, Serwacego i Bonifacego” i “zimną Zośkę” do kompletu. (12,13,14,15 maja) Czasem tylko „zimna czwórka” miewa swoje klimatyczne kaprysy i przesuwają sobie daty.. 

Może i pomyliłam się o jeden miesiąc, ale deszcz a właściwie ulewa była naprawdę. I helikopter z Papieżem na pokładzie też! 😀

Drugi deszczowy ulewny moment, który zapamiętam na zawsze to dzień wizyty Jana Pawła II w Katowicach i msza na starym lotnisku w Muchowcu w 1983 r. Bardzo chciałam w tej mszy uczestniczyć, ponieważ, gdy Papież zawitał po raz pierwszy do Polski i był tak blisko nas – w Krakowie i w Częstochowie, ja właśnie urodziłam syna i niestety  nie mogłam uczestniczyć w tych uroczystościach. Za to już w 1983 r. wybrałam się  podmiejskim pociągiem specjalnie uruchomionym na tę okoliczność i pojechałam z grupą koleżanek na tę mszę. Tłumy ciągnęły z każdej strony Zagłębia, całego Śląska, wszystkich miasteczek i okolicznych wsi, z Krakowa i skąd tylko się dało. Ogromne tereny lotniskowe Muchowca mogły pomieścić wszystkich chętnych.  Nie mogę sobie przypomnieć czy tego dnia lał deszcz od rana, czy w nocy już była ulewa… Dość, że szliśmy polami w błocie, kałużach, po trudnych nieprzygotowanych drogach. Zwłaszcza powrót był bardzo ciężki. Ale – przeżycie, którego tam doświadczyliśmy warte było wszystkich trudów. Helikopter, który przyleciał z Papieżem ( resztą bardzo opóźniony przez deszczową pogodę) lądował bardzo blisko nas.

… OH! Stara głowa ma kłopoty z pamięcią! Właśnie sprawdziłam, że wizyta Papieża na katowickim Muchowcu odbyła się w czerwcu a nie w maju – czyli  moje wspomnienie o ulewnym deszczu, błocie i kałużach troszkę przesunęły mi się  czasie – za co Czytelniku, bardzo Cię przepraszam. Choć.. zapewne majowy deszcz od czerwcowego za bardzo się nie różni 🙂.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za kilka lat pojadę do Rzymu i będę uczestniczyła w publicznej audiencji Jana Pawła II, a kilka dni później nasza grupa będzie przyjęta w bardzo ograniczonym gronie polskich turystów, w letniej Rezydencji Papieskiej na krótkie, ale specjalne i niesłychanie emocjonalne spotkanie. Był lipiec 1986 rok. 

Tyle na temat pogodowych wiosenno- majowo- czerwcowych wspomnień. 

A jak już jestem w rozbiegu wspominania o ważnych imprezach, to rzucę datę 17 Maja. Już wiadomo – to mój dzień. To nasz dzień podpisania cyrografu na całe życie.  

W pewnym krakowskim Urzędzie Stanu Cywilnego, w kamienicy tylko o jedną (a może dwie bramy dalej) od miejsca, gdzie kiedyś urzędował Papież Jan Paweł II, wtedy jeszcze dobrze zapowiadający się ksiądz i biskup Karol Wojtyła (polecam do obejrzenia film “Figurant”w reżyserii Roberta Glińskiego, 2023), w zachmurzony piątek o 11.15 rano  w obecności najbliższej rodziny, kilku osób z mojej grupy ze studiów I-go roku polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego i najbliższych przyjaciół z harcerstwa – stało się!   

I to właśnie było 50 lat temu, 17 maja 1974 r.   I było podobnie ważne jak Wyścig Pokoju  i Msza prowadzona przez Jana Pawła II albo może jeszcze WAŻNIEJSZE w tamtym momencie, choć mój mąż mówi, że to “nielegalne”, bo legalne dopiero nastąpiło we wrześniu. 

Dzień wcześniej, 16-go, też padał deszcz i było brzydko, i szaro, i zimno. Jak nie w Maju…

A my biegaliśmy do najbliższych wujków i cioć, by ich jednak zawiadomić, zaprosić na ten krótki – tajemniczy – “nielegalny ślub”, bo mój tata wpadł w panikę, że jednak… jak fakty ślubne wyjdą na wierzch, to na pewno rodzina pomyśli, że jestem w C I Ą Ż Y… I co wtedy stanie się  z rodzinną moralnością?????

I to już wszystko, co na temat Maja i jego wyjątkowych zalet skojarzyło mi się. Nic nowego i nic wyjątkowego. I jednak..

Ach, ten MAJ!  Ma swój urok, ma zapach, ma kolor, ma miłość, ma niepowtarzalna muzykę. 

I chociaż pamiętam takie powiedzenie; “W maju ślub- rychły grób” , to w moim przypadku na szczęście przepowiednia nie sprawdziła się. Widocznie nie dotyczy tych “nielegalnych ślubów”. 😂 😂 Jak i wielu wielu innych zupełnie legalnych i całkiem szczęśliwych…

***********************************

I tu aż wyrywa mi sie prosto z serca, by przypomnieć MOJĄ piosenkę „Małgośka” w wykonaniu ukochanej Maryli Rodowicz albo równie z wielkim sentymentem śpiewanej przez Ewę T. w naszym Polskim Teatrze. Ale wiem, że „co za dużo to niezdrowo” (choć w tym wypadku dla mnie to NIE za dużo ) i już nie będę kolejny raz wam jej powtarzać.😀

Ale – znalazłam piosenkę o Maju- z tłem zielonym, świeżym i soczystym, ze słowami o kwitnących kasztanach, o majowych parkach, spacerach, miłości, łabędziach i górskich wycieczkach. A wszystko to w wykonaniu tych, co kochają Polskę i polską muzykę. Oddaję głos Golec uOrkiestra! Na pewno pobudzi was Majowo do życia!!

Miłego majowego słuchania!


BACK