Są ludzie dobrej woli, jest solidarność Świata i jest jeden Potwór! 

03/08/2021

Mój wpis nie będzie miał osobistych zdjęć. Internet, media, zwykli ludzie codziennie publikują setki zdjęć wojennych wydarzeń Ukrainy. Te zdjęcia są prawdziwe. Są najprawdziwszą kroniką ostatnich dni naszej rzeczywistości.

“Dziwny jest ten świat, gdzie wciąż mieści się tyle zła” – tak śpiewał kiedyś Niemen. Ale w piosence są też słowa – “lecz ludzi dobrej woli jest więcej…”

Kiedy myślę: wojna – widzę moje dzieciństwo pełne wspomnień rodziców, setek oglądanych filmów, które zawsze dotykały tematyki wojennej niezależnie od kontekstu, widzę oczami wyobraźni ludzi smutnych i głodnych, słyszę wyjące syreny.. Choć nigdy sama nie przeżyłam tej najgorszej z wojen.  Przez dziesiątki lat żyliśmy w strachu przed wojną nieznaną nam, a jednak tak jakby w nas wrośniętą wraz z  przeżyciami rodziców, przez ich złamaną psychikę, przez to wszystko, co na zawsze w nich pozostało. A nam – następnemu pokoleniu, naturalnie się udzieliło. 

Później sami doświadczyliśmy czołgów na ulicach w czasie stanu wojennego. Przeżyliśmy swój strach, swoją wojnę. Zrobiliśmy wszystko co wydawało nam się właściwe i konieczne, by nasze dzieci nie zostały skażone strachem wojennych wyobrażeń. 

Najbardziej bliska sercu flaga ostatnich dni

Od tygodnia nie mogę znaleźć w swojej  głowie skrawka spokojnego miejsca, bo wojna wróciła. Nie ta sprzed 70 lat, nie nasza polska, nawet nie taka, która wkroczyła tu na amerykańską ziemię. A przecież tak samo ważna, a może jeszcze bardziej. To wojna Putina przeciwko całemu światu, przeciwko ludziom dobrej woli, przeciwko Ukrainie, ale także przeciwko mnie i tobie.

Jest tragedią wszystkich ludzi, jak każda wojna – przeszła i przyszła. 

Ludzie zawsze walczyli ze sobą. O ziemię, o władzę, o wyższość swojej rasy, o poczucie wielkości i siły nad innymi – o bezsens… Walczyli na miecze, na szable, zabijali dzidami, pięściami, podrzynali gardła, strzelali, wieszali, dusili. 

Teraz wjeżdżają na obce ziemie czołgami, niszczą domy, pola, wyrzucają ludzi z ich domów, zabierają dzieci od matek.  

Tylko, że ta wojna to wojna jednego psychopaty, przeciwko któremu stanął cały niemal świat. 

Stanął i.. NIC nie może zrobić. Jak to jest możliwe?  Z jednej strony od pierwszego dnia ruszyła ogromna pomoc humanitarna ludzi dobrej woli. Cała Polska stanęła jak mur i zorganizowała się doskonale, by pomagać tłumom Ukraińców uciekających przed wojskiem rosyjskim. Wszyscy i wszystko co tylko jest możliwe i potrzebne w takiej sytuacji! Aż nie mogę sobie tego wyobrazić! Ubrania, koce, lekarstwa, transport, mieszkania, pomoc prawna, kontakty z rodzinami, pomoc medyczna, psychologiczna i pewnie setki innych, których nie potrafię wymienić. O których nawet pewnie nie wiem. Ludzie piszą, pytają, nie śpią po nocach, bo pomagają jak potrafią i jak mogą. Podobnie jest w innych krajach. Inni – po prostu chcąc zamanifestować swoją solidarność z Ukrainą doczepiają kolory narodowe Ukrainy do swoich portalowych zdjęć na Facebooku czy innych stronach mediów społecznościowych.

Miasta oświecają największe i najważniejsze budowle kolorami niebieskim i żółtym. Ważni i liczący się w świecie przywódcy krajów wygłaszają poparcie dla Ukrainy i potępiają działania Putina. Sportowcy odmawiają udziału w najważniejszych sportowych wydarzeniach jeśli mieliby grać z Rosją… Solidarność. Chcemy być solidarni.  Jesteśmy solidarni! Ale jesteśmy bezradni. Nie możemy nic konkretnego zrobić. 

Cały Świat solidarnie przywdział kolory: żółty i niebieski

Wszystkie te działania są piękne, wyraźne, ukazują naszą wolę, nasze serca, ale nie nasze działania, które mogłyby powstrzymać Putina i rosyjskie wojska. 

Co robić??  Kto może coś zrobić?  Jakie prawdziwe działania w dzisiejszym tak wielce silnym i rozbudowanym technicznie, militarnie i elektronicznie świecie mogą zatrzymać tę wojnę, by nie wywołać jeszcze gorszych konsekwencji?? 

Ja – mały człowiek, jeden prawie z ośmiu miliardów żyjących na kuli ziemskiej pytam: czy nikt nie potrafi zatrzymać tej dziwnej wojny? Takiej wojny, której nikt nie chce, a która trwa już od ponad tygodnia. 

Mieszkając w Houston widzę tę wojnę z daleka, na pewno inaczej niż moi przyjaciele z Polski, z Krakowa i innych miast. Codziennie dostaję bardzo przejmujące wiadomości, tak głęboko poruszające, bo zwykłe ludzkie, bardzo prywatne.  Każda jest inna, każda zawiera tyle emocjonalnego ładunku: smutku, strachu a równocześnie wielkiego zaangażowania, determinacji i nieograniczonej pewności co i jak należy teraz robić. Jak pomagać, na ile mnie stać, w czym ja mogę, chcę się przydać… 

Jestem zafascynowana moimi bliskimi i dalszymi znajomymi i nieznajomymi. Jestem dumna, że jestem Polką. My także nie jesteśmy tu bezczynni – pomagamy finansowo albo jeśli ktoś ma dostęp po innych form pomocy przez rodzinę, przyjaciół, także tę pomoc oferują. 

A jednak – czuję się bezużyteczna.  Czuję się bezsilna 😦

Denerwuje mnie, że ludzie piszą, mówią, żyją zwykłymi normalnymi sprawami dnia codziennego, choć doskonale wiem, że życie toczy się wszędzie i nie może być inaczej!!  Sama tak robię i równocześnie jestem zła na siebie. Głupie?? Bardzo głupie! Wiem. I nie wiem jak to wytłumaczyć, wyrazić co czuję. Jednak nie mogę odeprzeć od siebie takiego myślenia, nie mogę zająć się “normalnością”, bo wiem, że tej nie ma.  

Można żyć w nienormalności. Można jeść, pić wino, pracować, cieszyć się, że wnuk dostał się do wymarzonej szkoły średniej, odpoczywać na krótkich wakacjach, martwić się zwykłymi codziennymi kłopotami i istnieć tak zwyczajnie i po prostu… Ot, życie..

A gdzieś za morzem dzieją się sprawy nam bliskie, a równocześnie dalekie. Nie mogę tego ogarnąć. Jakby świat podzielił się na części zupełnie do siebie nie przylegające ani geograficznie, ani czasowo, ani “po ludzku”.

Zazdroszczę tym, którzy nie mają takich myśli i takich dylematów jak ja. Podziwiam takich, którzy umieją się uporać z uczuciami i racjonalnie poukładać sobie sens takiego porządku świata. Bo ja zupełnie się pogubiłam.  Mam wrażenie, że znajduję się na rozdrożu i w gdzieś wysoko powietrzu. Żyję moim zwykłym codziennym życiem, które toczy się tak, jak powinno się toczyć. A obok istnieje  życie, o którym wiem, że jest, a do którego nie mam wstępu…  To jak zły sen, w którym chciałabym coś natychmiast przerwać, zmienić, a nie mogę, nie potrafię – bo to tylko sen… Tyle, że tym razem to nie jest sen. Nie mogę obudzić się, przetrzeć zmęczone nocnym koszmarem powieki i zacząć nowy lepszy dzień.

Wyobraźnia podsuwa mi okrutne i straszne obrazy. Media codziennie donoszą o chaosie, dezinformacji, walkach wojskowych, trudnościach codziennego wojennego życia, ale także o setkach fantastycznych ludzi, którzy bezinteresownie pomagają w każdy możliwy sposób, wspomagają Ukraińców. Jaki będzie następny krok? Co wielki świat powinien zaplanować?

Jaka jest rola małego człowieka w takim planie? 

Nie mam żadnej mądrej odpowiedzi. Jak wielu podobnych do mnie, jestem bezradna i przerażona. I choć też dokładam finansową  “cegiełkę” pomocy, to nadal czuję się mało użyteczna. Nie potrafię stworzyć pokoju dla Ukrainy, dla Polski, dla naszych dzieci, dla siebie. Dla Świata. Mimo wielkiej “dobrej woli”, którą ludzie w sobie mają, nie potrafimy zbudować bezpiecznego miejsca na Ziemi. Domu, w którym nie będzie wojen, nienawiści, konfliktów i ludzi – POTWORÓW. 

Wiem, że ten wpis może sprawiać wrażenie – dla jednych jakiegoś niedojrzałego miotania się z własną niemocą, dla innych to niejasna próba wyrażenia myśli pomieszanych ze strachem. Jeszcze inni pomyślą, że to wielkie mieszanie się w mojej głowie. 

Pewnie wszystko po trochu.  

Ludzie politykują, ludzie oceniają innych, ludzie rzucają się w wir pracy i pomocy dla innych. Jeszcze inni – odcinają się od otaczającej ich rzeczywistości, stronią od mediów, informacji i żyją radością nadchodzącej wiosny, własnego małego świata, podróży.  Ludzie są różni.

 “Lecz ludzi dobrej woli jest więcej..”  i każdy z nas chce, na swój własny sposób,  plan dobrego życia w pokoju zrealizować. 

 Na rozdrożu, pomiędzy – czyli kim jestem? 

02/17/2021

Na rozdrożu..

Jestem Amerykanką z przypadku, ale i poniekąd z wyboru. Jestem Polką z urodzenia. Mam polską duszę, ale lubię życie w Ameryce. Tęsknię za Krakowem, ale gdy wracam  z wakacji w Polsce i ląduję na lotnisku w Houston, to czuję, że jestem w domu.  Jak wytłumaczyć to dziwne zjawisko?  Po 32 latach emigracji wciąż nie potrafię wyjaśnić tego skomplikowanego podwójnego własnego JA w sobie. 

Wyjazd do Ameryki nigdy nie był w moich życiowych planach. Ani nawet w marzeniach. Owszem, jak większość młodych ludzi w latach 60 czy 70-ch zachwycaliśmy się postępem amerykańskim niemal we wszystkich dziedzinach życia, ale raczej myślałam o tym kraju  jak o wielu innych, do których chciałabym pojechać (a raczej polecieć) w celach turystycznych   i zobaczyć to, co wiedziałam już z filmów, przeczytanych książek, opowieści znajomych. Ogromny kontynent, nieznany kraj, jak każdy inny fascynował, szczególnie, że był nam tak bardzo niedostępny. 

Jedno z pierwszych zdjęć na kampusie Rice Un. przed głównym budynkiem

Znalazłam się w Ameryce jako osoba dorosła, mająca już rodzinę, całkiem dobrze ułożone życie, ustalony status zawodowy, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Mąż z doktoratem, dobrą pozycją na uniwersytecie, dzieci odchowane “z pieluch”. W Polsce mieszkaliśmy wprawdzie nie w rodzinnym Krakowie, ale w przyjacielskim Sosnowcu, gdzie wiele “klocków” dorosłego życia całkiem dobrze już nam się poukładało. Zbliżaliśmy się powoli do 40-ki, a więc jak to mówią, jeszcze jeden czy dwa solidne kroki i połowa życia za nami. Skąd więc pomysł skoku przez Atlantyk i szukania nowych wyzwań właśnie tam?  Dziś myślę, że w głowie mojego męża działo się zupełnie co innego niż w mojej. Dzieci z dnia na dzień zachwyciły się nową przygodą i wszystkim co było ciekawym impulsem dla dzieciaków w wieku 10-14 lat. Mąż, po latach spędzonych na uniwersytetach  w Leningradzie (dziś Petersburgu) i w Moskwie, nagle znalazł się w pięknym kampusie Rice University, gdzie poczuł, że może spełnić się jego marzenie. Wprawdzie to tylko było na chwilę, wyglądało jak spełnienie chwili marzeń, jak film, w którym on może zagrać mały epizod, a ja przy okazji będę miała wyjątkowe wakacje…

Każdego dnia pojawili się jacyś nowi ludzie, uśmiechnięci i mili, nawet jeśli nie rozumiałam co do mnie mówili, bo ja przecież nie znałam angielskiego. Każdego dnia widziałam pełne półki w sklepach, wszelkiego rodzaju owoce, soki, pięknie opakowane mięsa… Przez lata niczego takiego nie widzieliśmy w Polsce. Jakieś strzępki towarów, które dopiero zaczynały wtedy do Polski docierać.  Zmęczeni walką o każdy lepszy element życia, tu w Ameryce nagle mieliśmy wszystko dostępne, wszystko co przyciągało nasz wzrok i było piękne, pachnące, czyste, miłe. 

Kolaż zrobiony do albumu na nasze 35-lecie ślubu a więc 19 lat po przylocie do Houston

Już w pierwszych dniach poznaliśmy Polaków, którzy mieszkali w Houston. Ci także byli uśmiechnięci, pomocni i radośni. Bez kompleksów, bez smutku w oczach. Jakaż to była wielka odmiana! Ludzie po prostu, tak bez powodu uśmiechali się do siebie – w sklepach, na ulicy, w restauracji, w szkole. Każdy mówił: dzień dobry, cześć, co słychać, czy mogę ci w czymś pomóc?  Początkowo byłam tym zażenowana, nie wiedziałam jak się zachować. Przecież w Polsce obcy nigdy się do ciebie nie odezwał bez powodu…  Dziś gdy jestem w Polsce, brakuje mi na ulicy tego zwykłego “obcego” dzień dobry, brakuje mi uśmiechu drugiego człowieka, poczucia, że mnie zauważa, że zwraca na mnie uwagę.  Brakuje mi świadomości, że drugi człowiek, który znajduje się tuż koło mnie jest zwyczajnie zadowolony, szczęśliwy i wie, że nie jest sam na ulicy czy w sklepie. 

To była pierwsza wielka i bardzo przyjemna odmiana w Ameryce. Pozytywne zaskoczenie i odkrycie. Ludzie są mili! Ludzie się uśmiechają do siebie wzajemnie, są zadowoleni.  Nie mają “chmury na czole” jak większość Polaków. 

Dziś już jest nieco inaczej, ale i tak myślę, że z natury Polacy są smutną i ponurą nacją. 

Dzieci poszły do szkoły i jak to dzieci – szybko albo raczej szybciej niż my, dorośli, przysposobiły się do nowych warunków, nowych przyjaciół. Już po kilku miesiącach czuły się tutaj dobrze. Wacek pracował, wyzwania bywały trudne, dużo dodatkowej pracy z dziećmi, żeby nadrabiały  zaległości w szkole albo raczej krok po kroku uzupełniały braki, których “dziury” sięgały kilku lat. 

A ja? Powoli robiło się samotnie i pusto, bo zostawałam w domu sama, gdy oni byli zajęci. Nie znałam języka, trzeba było zabrać się choćby trochę za angielski, choć motywacji na bardzo nie miałam, bo przyznaję, traktowałam wciąż te pierwsze miesiące jako przedłużone wakacje. 

Po raz pierwszy poleciałam do Polski po półtora roku pobytu w Houston. W mojej głowie jeszcze wciąż był to pobyt wakacyjny. Jeszcze nie podejrzewałam mojej rodziny, że każdy,  na swój sposób, mój mąż, dzieci nie chcą już wracać do Polski. Tylko, że wtedy chcieć zostać a móc zostać legalnie w USA, to były tak odległe sprawy jak podróż z Ziemi na Marsa…

Kiedy w 1992r. przyleciałam do Warszawy, a potem pociągiem do Sosnowca, nasz przyjaciel Andrzej K. odebrał mnie i zawiózł do naszego mieszkania. 

Migawki z pierwszego pobytu w Polsce po wyjeździe do Stanów. Październik 1992r.

Otworzył drzwi, wrzucił drobne zakupy i powiedział: prześpij się, odpocznij a my tu wszyscy przyjdziemy po południu. I poszedł. Byłam w domu. Tak – wtedy byłam znów w MOIM w domu!  Po południu rzeczywiście przyszli wszyscy moi najbliżsi sosnowieccy przyjaciele. Przynieśli polskie pyszności: kiełbaskę, pomidorki, ogórki, wódeczkę.. Na stole pojawiła się popielniczka i papierosy, otworzyli okno i wtedy doznałam kolejnego szoku! Uświadomiłam sobie jak bardzo śmierdzi mi dym papierosowy! I że wszyscy w Polsce palą, podczas gdy w Ameryce prawie nikt już nie palił. No, może czasem ktoś…  Mój mąż, który palił zawsze, po kilku miesiącach pobytu w Houston, z dnia na dzień przestał palić a ja (też kiedyś trochę podpalałam) przestałam jeszcze przed wyjazdem do Stanów. 

Przez półtora roku pobytu w Houston nie zwróciłam uwagi, że właściwie ludzie tam NIE palą. Musiałam znaleźć się w moim własnym domu, wśród moich przyjaciół, żeby ten fakt sobie uświadomić.  Gdy po kilku godzinach zostałam sama, wydawało mi się, że cały mój dom, firanki w oknach, cała ja – wszystko jest przesiąknięte obrzydliwym smrodem dymu papierosowego. To było niesamowite – całymi latami nie przeszkadzało mi, gdy wszyscy paliliśmy ucząc się nocami, dyskutując, pijąc wódkę, odpalając dziesiątki papierosów niemal jeden od drugiego.  W pokojach 10 metrów kwadratowych było szaro i kompletnie gęsto od dymu, a my byliśmy z tym całkowicie szczęśliwi. Aż tu nagle, powrót z Ameryki i to na chwilę, wywrócił mój węch i stosunek do papierosów tak bardzo, że rewolucja w mojej głowie odjęła mi mowę. Co zresztą nie było takie złe, bo  nie powiedziałam nic na ten temat moim przyjaciołom. Pewnie wtedy bardzo by się zdziwili. Dziś – hmm… chyba już nikt z nich nie pali. 🙂 

Wróciłam i tak dużo się działo, że chyba tylko dziecięca zabawka – młynek nakręcony do maksymalnej prędkości, obraca się szybciej. Dziś już nie pamiętam jakie procesy myślowe i uczuciowe zachodziły wtedy w mojej głowie, w moim sercu. Mijały dni, miesiące, wszystko układało się raz lepiej, raz gorzej. 

Nie mogę powiedzieć, że poszło tak jak zaplanowaliśmy albo raczej jak wymarzył sobie mój mąż, czy moje dzieci. Człowiek jest jednak dziwną istotą. Im więcej trudności, im głębiej “w las”, tym robi się twardszy, odporniejszy, bardziej zaparty. 

 Zwłaszcza, gdy wspierają go dobrzy ludzie. Gdy spotykamy przyjaciół, gdy stajemy się cząstką społeczności i życia, które toczy się na co dzień wokół nas i z nami.  I wtedy nawet nie wiemy jak to się stało, że już należymy do tego nowego miejsca, do nowej rodziny. Zaczynamy myśleć tak samo jak otaczający nas ludzie, cieszyć się razem z nimi, lubić nasze nowe życie.  

Każdy człowiek ma inny limit tolerancji nowego porządku i siebie w nowym świecie. Mnie zajęło bardzo dużo czasu, bym poczuła, że jest mi dobrze w Ameryce. 

Formalnie, moja rodzina nie miała łatwej drogi, aby otrzymać papiery – najpierw “zieloną kartę” a potem obywatelstwo. Zabrało nam to wiele długich lat, ale nie byliśmy w Stanach ani jednego dnia nielegalnie! Nie będę nikomu opowiadać ile nerwów, niepewności, łez, przykrych momentów, ale i szczęśliwych dokonań zebrało się na to, by otrzymać amerykańskie dokumenty i wyprostować formalny nasz status. Nie my pierwsi i nie my ostatni. Każdy emigrant ma swoją historię. Są tacy, którym udało się to prościej i szybciej, są tacy jak my – którym droga szła “pod górkę’ i jeszcze z ostrymi zakrętami. 

Nie sądzę, że gdybym o tym wszystkim wiedziała wcześniej podjęłabym te same decyzje. Ale – w tamtych czasach, po naszych polskich doświadczeniach młodości, wizja lepszego życia dla dzieci, budzenie się każdego nowego dnia i robienie nowego kroku w przyszłość.. Kto z was by zrezygnował?.. Wiem, że są i tacy ludzie. My szliśmy dalej po amerykańskiej ziemi, coraz częściej z poczuciem, że to będzie, jest nasz dom. I co wcale nie zaprzeczało uczuciu, że jesteśmy Polakami.   

I tak dotarliśmy do decyzji, że zostajemy. I niech nikt nie myśli, że nie zdawałam sobie sprawy jakie to niosło za sobą konsekwencje. Oczywiście, że pewnych rzeczy NIE wiemy, nie przewidujemy. I pewnie dobrze.. 

Nie myślimy o tym,  jak ciężko będzie, gdy zaczną odchodzić nasi rodzice i będzie nas  dzielić taka wielka odległość, choć wiemy, że kiedyś taki moment będzie musiał nadejść..  Nie myślimy o tym, że nasze dzieci, choćbyśmy dokładali wszelkich możliwych starań, mogą kiedyś zapomnieć o polskich korzeniach , bo będą czuły się Amerykanami, podobnie ich dzieci a nasze wnuki..  Nie zastanawiamy się, jak poukładają się nasze wieloletnie ważne dla nas przyjaźnie i związki rodzinne z czasów, kiedy mieszkaliśmy w Polsce. Dystans, który niekoniecznie mierzony jest w odległości czy w czasie, lecz przede wszystkim w mentalności, jest coraz większy i już nie rozumiemy tych innych realiów. I nie ma się co dziwić. Jesteśmy różni. Mamy prawo do własnych uczuć, własnych przemyśleń, własnych wyborów. 

Za każdym razem, szczególnie przez pierwsze 5-10 lat, gdy przylatywaliśmy do Polski łaknęliśmy spotkań z dawnymi kolegami, przyjaciółmi z harcerstwa. Szukaliśmy okazji do spędzenia wspólnego wieczoru, choćby kilku godzin razem. Zazwyczaj były to bardzo miłe emocjonalne spotkania, dla mnie ogromne radosne, niezależnie czy spotykałam przyjaciół w Krakowie, czy w Sosnowcu, rodzinę w Gdańsku czy z Sanoka. Wciąż mieliśmy jeszcze rodziców, to też było dla nas bardzo ważne.  Ale zdarzyło się i tak, że kiedyś w pięknej scenerii krakowskiego wzgórza z widokiem na Wisłę, gdy wydawało się, że nic nie może zakłócić tak pięknego wspólnego wieczoru, jedno z takich spotkań koleżeńskich skończyło się ogromnie przykrą dyskusją, właściwie awanturą – jedną wielką pretensją do nas wykrzyczaną przez naszego wieloletniego dobrego przyjaciela. On jeden “wypluł” wszystko, co pewnie wielu innych nam bliskich ludzi miało w głowach i w sercach: że jak mogliśmy wyjechać z Polski?? że to w jego oczach zdrada, że tu, w Polsce jest tyle do roboty, że tu mamy rodziców, rodzinę, że.. itd, itd. Już dokładnie nie pamiętam i nawet nie chciałabym tego przytaczać, bo nie w tym rzecz, ile argumentów zebrał. Sedno w tym, że wszystko co wtedy usłyszeliśmy, z jego strony było absolutnie logiczną i uzasadnioną prawdą, tyle że jednostronną. Po prostu, jego – polską stroną prawdy. Ale także tą samą, która siedziała we mnie i wiele razy powracała w wątpliwościach, myślach, zapytaniach w mojej własnej głowie. Nie zmieniało to jednak faktu, że decyzję podjęliśmy, że byliśmy szczęśliwi tam, gdzie byliśmy.

Wiele razy wracały takie rozmowy, dyskusje w różnych sytuacjach i z różnymi ludźmi, może nie tak drastyczne i nieprzyjemne. Zdarzają się i dzisiaj po ponad 30 latach.  Zdarzają się także między nami, w domu, w rodzinie. Tego nie uniknie żaden emigrant pierwszego pokolenia. To naturalna kolej rzeczy. Ale to nie znaczy, że żałujemy wyboru czy jesteśmy nieszczęśliwi. Ci, którzy odkryli w sobie potrzebę powrotu do Polski po wielu latach, po prostu wrócili do kraju. Czy są szczęśliwi? Jedni tak, ale znam i takich, którzy znów z powrotem znaleźli się na amerykańskiej ziemi. Albo – próbują być i tu i tam. Nie jest to łatwe. Ale nikt kto nie jest emigrantem, kto nie zaznał tego rozdwojenia – NIGDY tego NIE zrozumie. 

Polacy lubią być sędziami. Oceniają łatwo i bez ogródek, dochodzenia i wysłuchania obu stron. Ile to razy będąc w Polsce usłyszałam rozmowy, zwłaszcza młodzi ludzi pewni swoich racji, mówili różne dziwne fakty o Ameryce absolutne niezgodne z rzeczywistością. Przysłuchując się takim dyskusjom, wchodziłam w słowo i pytałam: a skąd to wiesz? Czy widziałeś? Czy byłeś w Stanach? Stąd taka pewność??  I słyszałam odpowiedź: “Ach, dziś internet ci wszystko powie!” Cóż za ignorancja!  Skąd wynika taka “wiedza” i pewność siebie?  Czułam się wtedy zawstydzona taką postawą, niechętna nawet sprostowywaniu faktów nieprawdziwych, bo pewnie zaraz byłabym posądzona, że “och, przyjechała z Ameryki i już się wymądrza..”  

I tak świat wiedzy i porozumienia pomiędzy nami a dawnymi bliskimi w Polsce z zaczął się zupełnie naturalnie oddalać.  Życie “inaczej” rozdziela…

Ale – niekoniecznie i nie do końca.  Jeśli odrzucimy zwykłe codzienne realia, jeśli zrozumiemy, że to co nas łączyło i nadal łączy, to coś więcej – potrafimy się porozumieć. 

Ci, którzy naprawdę chcieli zobaczyć jak żyjemy, czy jesteśmy tymi samymi ludźmi, których zapamiętali z naszych wspólnych czasów, przyjeżdżali nas odwiedzić. A my z całą radością, z sercem i z tymi samymi uczuciami sprzed lat, przyjęliśmy ich tutaj – czy to był pobyt na tydzień czy na miesiąc czy jeszcze dłużej – tak by każdy zrozumiał, że miejsce nie musi człowieka zmienić. Mimo odległości, innego stylu życia, mimo śnieżnych zim, których tu nie mamy, braku wiosennego bzu i krakowskiego Rynku, możemy w zamian zaproponować tu w Ameryce teksański steak na obiad, wspaniałe kalifornijskie wino, wycieczkę do Grand Canyon i białe plaże Florydy. Możemy mieć inną codzienność, ale przyjaciół nawet na różnych kontynentach łączy wiele. 

Od pierwszego dnia zamieszkania w Houston rzuciliśmy się w wir pracy, bo była to jedyna szansa, by utrzymać się na drodze, którą sobie wybraliśmy i zaplanowaliśmy. Szybko zorientowaliśmy się, że w tym kraju ludzie pracują zupełnie inaczej niż w Polsce.  

Sama w końcu wychowałam się w komunistycznych czasach, przez 17 lat pracowałam w szkole, ale przez  ostatnie kilka lat dodatkowo prowadziłam prywatną firmę, co na owe czasy było wtedy jeszcze rzadkością i nastawienie społeczne do takiej działalności raczej było negatywne. Dopiero powoli przebijały się trendy indywidualności i inicjatywy w pracy. Każdy wiedział, że pracując na państwowej posadzie godziny są unormowane, od 8.00 do 15.00 i powrót do domu. Wczasy każdego roku zapewnione, kolonie dla dzieci też. O ubezpieczeniu nikt nie myślał, bo po prostu BYŁO itd. Pensje były byle jakie, ale kto mógł to dorabiał jak i gdzie się dało. Kupowaliśmy wiele artykułów “na lewo” i spod lady i co gorsza – nie mieliśmy wyrzutów sumienia i poczucia, że to nie jest w porządku, że to nie jest do końca legalne. Bo jeśli coś robią wszyscy, to poniekąd staje się to globalne – zwyczajne – normalne – legalne.. choć NIE jest. Najbardziej popularnym słowem w tamtych czasach było słowo “załatwić” Długo nie zdawałam sobie z tego sprawy. Trzeba mi było przyjechać do Ameryki, żeby przekonać się, że można mieć rzeczy bez “załatwiania”. Wystarczy zadzwonić, kupić, zamówić, poprosić i już! 

Kiedy Kasia poznała Billa, swojego “chłopaka na poważnie” a dziś męża, wiele razy opowiadaliśmy mu różne nasze polskie historie i usiłowaliśmy mu wytłumaczyć co oznacza słowo “załatwić”. Nie wiem ile lat zajęło mu, żeby pojąć w czym tkwi sedno.. Dopiero po kilku wyjazdach do Polski, gdy dobrze zapoznał się z polską rzeczywistością, nauczył się wielu polskich sposobów rozumowania tamtych realiów. Do dziś zresztą Polska mu się podoba i dobrze się tam czuje.

Amerykanie pracują dużo dużo więcej niż Polacy. Dzień pracy kończy się o 17.00 a często jeszcze później. Sklepy otwarte są do późnych godzin nocnych, zarówno w soboty jak i w niedziele. Amerykanie nie jeżdżą na wakacje na dwa tygodnie czy na miesiąc. Wykorzystują weekendy, czasem dodają do tego dzień czy dwa i wypad gdziekolwiek na 3 do 5 dni jest już całkiem dobrym urlopem uzupełniającym energię baterii życiowych. Każda godzina przestoju w pracy to strata pieniędzy, które szef na pewno odliczy od pensji. Urlopy są znacznie krótsze. Nie do pomyślenia są takie kombinacje jak łączenie święta 1 maja z 3 maja i dodanie 2 maja tylko dlatego, że jest pomiędzy.. W Ameryce (jak zresztą w większości krajów) nie ma dwudniowych Świąt Wielkanocnych czy Bożego Narodzenia i jeszcze do tego wolnej wigilii.. Dzień Matki obchodzony jest zawsze w niedzielę. Owszem, są święta, które są wolne ustawowo od pracy ale na pewno nie da się ich połączyć „darmowo” z niedzielą czy sobotą, żeby sobie przedłużyć urlop. No, chyba że za własne pieniądze.

Amerykanie nie biorą zwolnień lekarskich na jakieś kaszle, grypy, bóle głowy jak Polacy. Nie chodzą do lekarzy tak często jak w Polsce. W aptece można kupić dobre leki i spróbować najpierw podleczyć się samemu. Podobnie dzieci – jakoś tutaj nie chorują tak często jak w Polsce. Może to dziwne ale – prawdziwe!!  Sama tego doświadczyłam, więc naprawdę nie wymyślam.  Nie ma też urlopów macierzyńskich jak w Polsce, każda kobieta musi sama zadbać o kilka tygodni wolnego (czyli zabezpieczyć się wcześniej finansowo) i jakoś „ułożyć” się z szefostwem w pracy i jest to bardzo indywidualna kwestia. Nie gwarantowana żadną ustawą! Mnie osobiście nie bardzo się to podoba, bo noworodek potrzebuje bliskości matki choćby przez pierwsze kilka tygodni, ale z kolei uważam, że to co w Polsce dostają matki jest znów przesadą w drugą stronę. A już na pewno ciągle i wielce popularne zwolnienia w czasie trwania ciąży, by pacjentka „odpoczywała”. W Ameryce ciąża jest stanie normalnym, zdrowym i kobieta pracuje jak każdy inny pracownik niemal do dnia urodzenia. Ja urodziłam dwoje dzieci (w Polsce) 🙂 i studiowałam/pracowałam do ostatniego dnia przed porodem. Ludzie cenią sobie pracę i wiedzą, że nikt nie zapłaci im za przestój. Oczywiście są tacy, co nie pracują, bo nie muszą. Każdy kraj ma bogatych, którzy mogą robić wiele innych rzeczy niż zarabianie pieniędzy. 

Moja szczęśliwa houstońska rodzina

Przez 30 lat przeszłam długą drogę różnych prac. Wykonywałam je rzetelnie nawet jeśli niekoniecznie je lubiłam. Szybko przyzwyczaiłam się do tutejszych wymagań i szybko zrozumiałam, że zamiast narzekać na swój los, człowiek musi pracować, by w życiu coś osiągnąć i mieć godne życie, bo tak naprawdę NIC nie ma za darmo ! – jak uczy polskie przysłowie – „jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz„!

W Polsce są tłumy “50-kilkuletnich emerytów”, którzy nie wiem w jaki sposób doczekują do prawdziwej emerytury. Podobno właściwa emerytura powinna być w 65 roku życia. Skąd więc taki ciąg i takie możliwości, by nie pracować już dużo wcześniej? No i oczywiście narzekać, że emerytury są takie niskie… Nie dziwię się, bo skąd brać pieniądze, gdy ludzie w wieku jeszcze całkiem zdolnym do pracy zawodowej, z tej pracy odchodzą..  Oczywiście – znów zaznaczam, że to NIE reguła, bo znam i takich (jednostki 🙂 )  którzy pracują powyżej wieku emerytalnego. Mam małą tolerancję dla życiowych leniuchów wszędzie, niezależnie od wieku i miejsca na świecie, dlatego nie miałam problemów z przystosowaniem się do amerykańskiego systemu pracy, podobnie jak moje dzieci, już niemal zaraz po przyjeździe zauważyły, że młodzi ludzie pracują w czasie wakacji, zarabiają własne pieniążki i uczą się odpowiedzialności i poszanowania wartości pracy. Dziś, choć oboje pracują bardzo dużo i ciężko, efekty tej pracy mają imponujące.

W Ameryce – mało kto idzie na emeryturę wcześniejszą, czasem kobiety, gdy mężowie zarabiają naprawdę dobrze, ale większość doczekuje ustawowego terminu albo przekracza go znacznie i nadal pracuje. Możliwości są różne. Motywacje też. 🙂 

Może dlatego Amerykanie są narodem ogromnie czynnym, aktywnym, nie siedzą w domach, pracują jako wolontariusze wszędzie gdzie się tylko da. Jest to tak popularne, że w zasadzie jeśli ktoś nie jest naprawdę chory, to nie może się w tym kraju nudzić. Może dlatego ludzie starsi nie są tu smutni i zgorzkniali?.. 

Amerykanie lubią się spotykać z przyjaciółmi, w grupach, grać w karty, w gry, bywać w restauracjach, na wycieczkach, organizować sobie wyjazdy (częściej babskie, ale taka to już natura aktywniejsza 🙂 ).  Nie zamykają się w domach. Oczywiście zwalniają nieco tempo, gdy są starsi, ale nie poddają się samotności, nie odcinają się od przyjaciół i od aktywnego życia.  To także jedna z bardzo widocznych różnic pomiędzy polską a amerykańską mentalnością. I przyznaję, że ten sposób życia bardziej mi odpowiada i bardziej przystaje do mojej starzejącej się natury. 

Przypomniała mi się jeszcze jedna ciekawa obserwacja z pierwszych miesięcy naszego pobytu w Stanach. Jako nauczycielka z Polski przez pierwsze lata bardzo pilnie obserwowałam naukę dzieci w szkole, wychwytywałam podobieństwa i różnice  i fascynowałam się metodami, które mi się podobały, a równocześnie dziwiłam się organizacji ogromnych szkół, w jakich na początku znalazły się moje dzieci. Później, gdy Jacek zaczął chodzić do prywatnej szkoły, w dodatku dość wyjątkowej, bo międzynarodowej (Awty International School, do której dziś, po ponad 20 latach chodzi nasz wnuk) doświadczyłam jeszcze innych wrażeń i odkryć. Od pierwszego dnia dzieci walczyły z nowymi sposobami uczenia się, odrabiania prac domowych, testami, które okazały się   czymś zupełnie innym, niż test czy klasówka polska. Również ocenianie tych prac było inne. I co najważniejsze – kontakt ucznia z nauczycielem! Każdego dnia czekałam na powrót dzieci do domu, na ich opowieści, na ich nowe spostrzeżenia. Dodatkowo ciekawym był fakt, że o ile Kasia jakoś dawała sobie radę z angielskim i porozumiewała się  z koleżankami czy nauczycielami, to Jacek był zupełnie “odporny” językowo na to, co się wokół niego działo. Powoli – codziennie zdobywał słówko po słówku… Nie wiem jak to dzieci robią, co myślą, jak rozumują…

Górne zdjęcie – Jacek w drużynie piłki nożnej w 5-ej klasie. Zdjęcie na dole – już w Awty School, w 6-ej klasie.

Dość, że w piłkę grał najlepiej w klasie i szybko złapał sportowy kontakt, matematykę opanował tak (dzięki ci, polska szkoło!) , że w lutym (po pól roku pobytu w Stanach!) zdobył drugie miejsce w jakiś ważnych zawodach matematycznych w dystrykcie, a w czerwcu już całkiem  spokojnie porozumiewał się z dziećmi po angielsku. 

A ja szybko zauważyłam, że w szkole amerykańskiej np. nieznane jest uczniom  pojęcie “ściągania”.  Nie istnieje ani w języku szkolnym, ani w mentalności ucznia. Uczeń uczy się dla siebie, pisze test sam, nigdy nie pomyślałby nawet, żeby komuś dać odpisać, podpowiedzieć,  pokazać co napisał, ułatwić drugiemu jego pracę. Proste i logiczne – “Możemy uczyć się razem, przygotowywać – ale każdy z nas pracuje na siebie i dla siebie. Jesteśmy odpowiedzialni. I uczciwi.” 

Na studiach, gdy Kasia była już studentką na Rice University, po raz pierwszy w życiu usłyszałam o istnieniu egzaminów “honorowych”. Profesor daje studentom test, studenci podpisują jakieś zobowiązanie, że  będą ten test wypełniać bez zaglądania do książek i innych pomocy naukowych i – nie wiem jak jest naprawdę, ale wiem, że Kasia i jej znajomi, przyjaciele zawsze tej zasady uczciwie się trzymali. Oddawali pracę w terminie, napisaną honorowo, bez dodatkowej pomocy. Szok! To był dla mnie szok. Sama byłam uczennicą, której niejeden raz zdarzyło się ściągać zadanie z matematyki czy fizyki, odpisywać od dobrych koleżanek ćwiczenie z francuskiego czy rosyjskiego. Nie będę oszukiwać. Gdyby nie ściąga z matematyki na maturze podana mi przez moją wychowawczynię (rusycystkę) to na pewno pisemnej matury nie zdałabym.. Niech podniesie rękę ten, kto nigdy epizodu ściągania nie doświadczył. Pełny szacun już w tej chwili!! 

A tu – na świecie istnieje kraj, który nie wie, co to uczniowska ściąga!  Kraj, który na pewno NIE jest idealny, w którym nie zawsze żyje się łatwo. Kraj, który może fascynować, intrygować, a już na pewno jest niezwykle interesujący.  Kraj wielki, piękny, mający jak każdy inny, własne trudne problemy. 

Możecie myśleć co chcecie, oceniać jak chcecie, pytać i “wiedzieć” z internetu..

Ja także przez ostatnie trzydzieści kilka lat zadaję sobie pytania, odpowiadam i staram się “wiedzieć”. Wiem, że jestem Amerykanką z polską duszą. Wiem, że kocham oba te kraje i wiem, że to się nigdy nie zmieni.  I dziś także już wiem, że jest mi z tym dobrze.  Jeśli ktoś tego nie może zrozumieć, to wcale się mu nie dziwię. 

My – emigranci to wiemy. Ludzie mają prawo być różni. 

Bądźmy tolerancyjni..


BACK

Niby nic, a tak to się zaczęło :) czyli koniec raczkowania!

02/6/2022

Nie, to nie był mój pomysł!  To nie była iskra jednej chwili!  To nie nagłe olśnienie ani przypływ zachcianki. Oczywiście czytałam różne blogi, wiedziałam, że piszą je młodzi, sprawni w słowie, w pomysłach ludzie. Często są to blogi tematyczne, mające jakiś od początku przewidziany cel i to mnie bardzo fascynowało.  Nic takiego nie widziałam dla siebie ani przed sobą. Broniłam się mocno. Zwłaszcza, że i komputerowo za bardzo sprawna nie byłam (gadam jakbym teraz była..) 

Znaczek małgośkam – czyli LOGO mojego blogu

Przyznaję, gdzieś głęboko w duszy czy z zakamarkach głowy marzyło mi się napisanie książki, choćby jednej w życiu. Ale im więcej czytałam im więcej myślałam tym bardziej nabierałam przekonania, że dobrej książki to ja nigdy nie napiszę.. Takie to były czasy, że wszyscy mieliśmy więcej kompleksów niż dobrych myśli o sobie, rzadko wierzyliśmy w swoje możliwości. Mało kiedy ktoś nas chwalił, raczej na początku dziennym było krytykowanie, karcenie za każdy nawet mały błąd. W domu byliśmy chowani bez zbędnych pochwał, w szkole nauczyciele straszyli a uczeń z zasady miał się bać. 

  I tak sobie “podpisywałam” w różnych momentach ważnych i mniej ważnych życia jakieś artykuły, opowiastki, listy, zwierzenia, bo mi to lepiej wychodziło niż rozmowy. Potem był teatr, zaczęłam robić adaptacje, wstępy do programów, kolejnych spektakli – jednym słowem coś tam skrobałam, ale trudno to nazwać pisaniem a co dopiero literackim.  

Mój Anioł stróż i ja 🙂

Właściwie to wszystko, co przydarzyło mi się w ostatnim roku – mogę przypisać Ani. Mój “Anioł stróż” od dawna, na długo zanim stałam się emerytką (no, taką trochę nie do końca) 🙂 namawiała mnie na pisanie blogu. Anioł stróż namawiał, szeptał do ucha, żartował, sugerował, pokazywał, dociskał i kusił jak nie Ania-Anioł a najlepszy “diabeł- kusiciel”. Mój Anioł miał jeszcze ten silny argument, że obiecał mi pomóc i zająć się oprawą komputerową i zdjęciową i to wtedy Anioł i kusiciel w jednym wcieleniu przekonał mnie, bym spróbowała. 

Moja pierwsza strona blogu. Dziś już mam drugą wersję.

Odwagi nabrałam, gdy usiadłyśmy obie przy komputerze na kilka dni, zatopiłyśmy się w studiowaniu możliwości jakie daje WordPress, by założyć własny blog. Ja – oczywiście głównie w roli asystentki, nieśmiało zgłaszającej co bym chciała, co mi się podoba, a Ania  z wrodzoną pasją i niesamowitą energią i zaparciem – zmieniając, dobierając, łącząc, koloryzując, dokonując jak dla mnie CUDÓW komputerowych. Ja tylko nieśmiało dopisywałam tu i ówdzie tekst, powoli poznawałam zasady nowego programu i tak z dnia na dzień posuwaliśmy się – najpierw razem, potem już osobno po moim nowym raczkującym bardzo nieumiejętnie blogu. 

Nie miałam pojęcia czego naprawdę chcę. Wiedziałam, że idę na żywioł i że każdy nowy dzień pokaże mi co z tego wyjdzie. Ba, wcale nie byłam pewna czy coś z tego wyniknie. Jedyne co miałam w planie to zamysł, że jeden z działów tego blogu ma być poświęcony Teatrowi Polskiemu w Houston, który kiedyś prowadziłam przez 20 lat. Chciałam ocalić od zapomnienia ten kawałek polskiej kultury i historii, przypomnieć aktorom, przyjaciołom wszystkie te piękne wspólne chwile. Od lat było to moim marzeniem, od lat przymierzałam się do tego projektu. Może więc to także był jeden z powodów powstania tego blogu?  

Ale to nie jest tylko blog teatralny. To MÓJ blog. Od początku Ania mi powtarzała: blog jest twój, możesz pisać co chcesz i jak chcesz! 

Założyłam więc, że blog piszę, by mieć poczucie wolności, nie przejmować się żadnymi ograniczeniami, wypowiadać swoje myśli tak jak siedzą w mojej głowie. Blog jest dostępny dla publiczności, ale może się zdarzyć, że nikt moich tekstów nie będzie czytać. Piszę go więc tak, jakbym pisała tylko dla siebie, do siebie. To było i nadal jest moim podstawowym założeniem. Nie przeczę, że doznałam bardzo miłego uczucia, gdy dowiedziałam się, że jednak mam pierwszego, drugiego czytelnika.. 

Ale ludzie czytają blog różnie – jedni (rzadko, ale są i tacy!) regularnie, inni od czasu do czasu. Jeszcze inni przypadkowo natykają się na coś, co ich tematycznie zaciekawi, albo dlatego, że jest coś we wpisie o nich, o ich dzieciach, o wydarzeniach z dawnych lat, które w nich samych wywołują własne wspomnienia. Jestem szczęśliwa, gdy zdarzają się komentarze, w których ktoś zwraca uwagę na elementy, które go poruszyły, bo są nie tylko moje, ale także jego. Jakieś okruszki wspomnień, skoki pamięci otwierające ich własne życiowe zdarzenia. Inni przypominają mi nasze wspólne przeżycia, uzupełniają moje dziury w pamięci, łączymy się przez chwilę w zdarzeniach sprzed 40 czy 50 lat. Wszystko to dla mnie jest bezcenne, niesamowite. Mój świat, moje życie wypełnia się po raz kolejny. 

To nic, że czasem wybieram sobie temat i moja droga wiedzie do A do wyznaczonego punktu Z, a po drodze nagle znajduję się na bezdrożach wcale niezaplanowanych. Na bocznych dróżkach i małych ścieżkach i jestem zupełnie gdzie indziej niż miałam się znaleźć. Jak w życiu. Nie zawsze jest prosto do celu. Czasem krążymy, spotykamy ciekawych ludzi, zdarzają się niezaplanowane przygody. 

Blog żyje podobnie. Mój blog to życie. Moje życie pierwsze, drugie, trzecie.. Moje długie – różne życia. To moje dzieciństwo, dom rodzinny, Kraków i Polska. To dorosłość w Sosnowcu, przyjaźnie z tamtych lat, te które minęły i te które przetrwały do dzisiaj. Nasza samodzielność solidarnościowych czasów i nasze małe dzieci. Mój świat, to nowe życie Houston i dziesiątki podróży po całym świecie.  Moi przyjaciele, którzy tutaj są dla mnie jak najbliższa rodzina. Dziesiątki setki wydarzeń i myśli, które zapełniają MÓJ blog, bo życzyłabym każdemu człowiekowi tak ciepłego i intensywnego życia jak moje. 

Nie powiem, że tylko łatwego. Nie. Każdy ma “swój krzyżyk”.  Nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo. O tym też mówię, nie używam “nadmiaru lukru”.

Jest luty. Za kilka dni będzie połowa miesiąca. 13-go lutego 2021 r trzęsącą się ręką kliknęłam niebieski prostokącik z napisem “Publish” i włożyłam na swój blog pierwszy własny wpis pt.“ Puste ściany.. Zadzwonię”. I tak to się zaczęło.

Czym jest dla mnie blog?  Przede wszystkim czymś, co bardzo lubię! Na początku pisząc każdy nowy tekst byłam bardzo zestresowana. Podenerwowana, z dreszczykiem emocji, czytałam go milion razy. Zmieniałam słowa, przestawiałam, szukałam zdjęć, bałam się, że niepotrzebnie coś nacisnę i wszystko gdzieś w przestrzeni wyparuje (tak też się zdarzyło :). Wtedy był wielki i głośny krzyk o pomoc do mojego Anioła stróża, który zawsze jakoś wyciągał mnie z opresji. Gdy już byłam w dołku rozpaczy ona mówiła: to nic, to tylko..  I tak powoli uspokoiłam się, przyzwyczaiłam się do swojego nowego dziecka. Bo to właśnie tak działało. Jak z pierwszym dzieckiem, gdy przyniesiesz je ze szpitala. Drżysz, zaglądasz co minutę czy wszystko jest w porządku, czy powinnaś coś poprawić. A potem powoli przyzwyczajasz się do zmian, jakie zaszły w twoim życiu i idzie ci coraz lepiej. 

Kolejne teksty pisałam łatwiej i szybciej, mniej się z nimi “cackałam”, łatwiej wyskakiwały ze mnie myśli i słowa. Cieszyły mnie i bawiły.  Właśnie! Gdy poczułam, że pisanie mnie bawi i sprawia mi przyjemność wiedziałam już, że chcę to robić. 

Nigdy nie myślałam o moim blogu, jako narzędziu zarabiania jakichkolwiek pieniędzy.  Nie taki był mój zamysł, ani nie takie przeznaczenie blogu. To raczej rodzaj terapii dla starszej pani, ćwiczenie dla mózgu i pamięci, uświadomienie samej sobie zmian, jakie zaszły i zachodzą we mnie. Czasem – nawiązanie niespodziewanych kontaktów z ludźmi, których odnalazłam dzięki wspomnieniom blogowym. No i.. cicha nadzieja, że kiedyś pozostanie po mnie coś dla moich najbliższych. Może zdarzy się, że ktoś trafi na moje opowieści, myśli i wspomni jakąś naszą wspólną chwilkę, gdy mnie już dawno nie będzie.. 

Może przecież tak się zdarzyć. 

Nie jestem specjalną entuzjastką statystyki, bo wiem, że to tylko suche liczby i nigdy dają prawdziwego obrazu “z duszą”. To tylko twarde fakty, numerki, często z jakiegoś powodu podwojone czy nawet jeszcze bardziej zwielokrotnione. Ale WordPress prowadzi statystyki i to wielowariantowe i kiedy kilka dni temu zaczęłam się im przyglądać, to niektóre podsumowania mnie zadziwiły. Miło jest zobaczyć, że (oprócz tego, co właśnie sobie tutaj dopisuję): 

> Od początku napisałam ponad 108 tysięcy słów, odwiedziło mnie blisko 1000 spoglądających na moje wpisy (nie powiem czytających, bo pewnie niektórzy uznali, że za długie, albo to nie temat dla nich, albo spojrzeli tylko na zdjęcia…) 

> Mój blog został w różny sposób i z różnych powodów, czy to z ciekawości i chęci przeczytania któregoś tekstu, czy po prostu przeze mnie, by go sprawdzić czy uzupełnić – otwarty ponad 8800 razy.    

Pisze się! 🙂

> 37 osób zostawiło pod tekstami swoje komentarze, wliczając w to moje odpowiedzi, natomiast, niestety nie ma tu wielu komentarzy, które dostałam  wielokrotnie w koleżeńskich sms-ach czy e-mailach. Wszystkie są dla mnie jednakowo cenne i miłe. Zarówno te chwalące jak i te krytyczne. Te dopełniające moje opowieści i wspomnienia czy dodające inne, kojarzące się moim czytelnikom z danym tematem. Nie mam pojęcia czy to dużo, czy to nic nie znaczące liczby. Wiem, że są blogi, które otwierają się setki razy dziennie i mają tłumy czytelników i jeszcze większe rzesze fanów.

> Mam siedmiu tzn. “followers” czyli takich zaprzyjaźnionych z moim blogiem, co zapisali się, by dostawać moje wpisy e-mailowo, zaraz po ich opublikowaniu.  Najwierniejszymi czytelnikami są Ania (wciąż jest moim Aniołem stróżem, która pierwsza czyta i sprawdza, zanim wydam “głos” publicznie – taka to już nasza tradycja 🙂 i mój mąż, który prawie zawsze dołącza potem swój komentarz. To bardzo miłe. 

 Mój blog jest malutki cichutki, no i ma dopiero “roczek”. Dzisiejszy wpis ma numer 60-ty! czyli zakładając, że rok ma 52 tygodnie, każdego tygodnia- średnio – napisałam (a raczej „opublikowałam”) 1,15 wpisu. Oczywiście nie jestem aż tak regularną „blogerką” – jak już mówiłam bawią mnie statystyki, więc i ta informacja jest kolejnym klockiem mojej zabawki.

Nie mam ambicji wypłynięcia na głębokie wody, zresztą zawsze lubiłam zaciszne spokojne zatoczki.  Byle było słonecznie, przyjaźnie i ciepło. Tak mi jest dobrze. Nie oczekuję już żadnego szaleństwa…


BACK

Każdy ma w życiu “Apetyt na czereśnie”! czyli kolejna przypominajka teatralna

02/01/2021

Początek kwietnia 2005 roku był smutnym czasem dla Polaków. Drugiego kwietnia zmarł Papież Jan Paweł II, nasz rodak Karol Wojtyła. Choć wszyscy wiedzieliśmy, że jest bardzo chory, jego śmierć była dla nas wszystkich ciosem i pogrążyła Polaków na całym świecie  we wspólnym smutku.

Tytułowa strona programu „Apetyt na czereśnie” autorstwa Halinki D.

Przedstawienie Teatru Ogniska Polskiego, nad którym pracowaliśmy przez długie miesiące od dawna zapowiadane było na 9 kwietnia. Wszystko przygotowane niemal na “ostatni guzik”. Śmierć i uroczystości pogrzebowe, które odbyły się 8 kwietnia, atmosfera żałoby nie sprzyjały wystawieniu przedstawienia.

Co robić? Wiele osób stanowczo doradzało nam przesunięcie terminu premiery. Ale w naszych warunkach nie było to łatwe… Wynajęcie sali w St. Thomas University, jednorazowe pożyczenie wielu rekwizytów, przewiezienie ich, zorganizowanie tysiąca drobiazgów… Każdy element organizacyjny wymagał połączeń, powiązań, o jakich zwykły widz nie ma najmniejszego pojęcia, a pieniędzy przecież nie mieliśmy zbyt dużo i każda zmiana to dodatkowe koszty. Wszystko to nie ułatwiało decyzji odroczenia spektaklu.

CD z nagraniem 15-minutowego dodatku specjalnego „Jana Pawła II Żałobny Rapsod”

I wtedy – wpadłam na pomysł, że zrobimy coś, czym my Polacy w Houston dołożymy „cegiełkę” i uhonorujemy pamięć naszego Papieża. W ciągu kilku dni nasz fenomenalny zespół zebrał się i zmontowaliśmy krótki 15-minutowy program opracowany na podstawie tekstów Jana Pawła z dodatkiem muzyki i pieśni, w atmosferze blasku świec, nastroju przemyśleń, wspomnień i jednoczenia się z rodakami w tym ważnym momencie.  Nasz “Jana Pawła II pamięci Żałobny Rapsod” był pięknym lirycznym i wzruszającym dodatkiem na początku naszego przedstawienia. Dzięki temu zamiast przenosić spektakl na inny termin, zadedykowaliśmy go Papieżowi od naszej polskiej młodzieży i dołączyliśmy się teatralnym wspomnieniem do narodowej żałoby. Pamiętamy przecież, że Karol Wojtyła był także w swoim bogatym życiu poetą, aktorem teatru w Wadowicach.

Jestem dumna, że w ciągu czterech dni zrobiliśmy ten program, zamontowaliśmy teksty, muzykę, zmobilizowaliśmy się do dodatkowej pracy.

Wszyscy byliśmy w wyjątkowym nastroju, wszyscy czuliśmy mocno i głęboko to samo.  Choć nagranie tego dodatku nie jest najlepsze, wręcz powiedziałabym kiepskie, bo scena przez cały czas pozostawała tylko w oświetleniu świec, to jednak dźwięk muzyki i atmosfera oddaje nastrój tych ważnych dla nas wszystkich, 15 minut.

A później – kolejny raz zespół Teatru Ogniska Polskiego wrócił do repertuaru inspirowanego twórczością mojej ulubionej Agnieszki Osieckiej. Zaprezentowaliśmy adaptację sztuki  pt. “Apetyt na czereśnie” która oryginalnie po raz pierwszy pojawiła się na scenie warszawskiego Teatru Ateneum 13 czerwca 1968 r. Ja oglądnęłam tę sztukę w Sopocie, na małej scenie Teatru Wybrzeże w 1969 roku i od razu zakochałam się w niej  podobnie jak w “Jabłoniach” Osieckiej.

Czereśniowa” obsada

Bohaterami sztuki są On i Ona – „mężczyzna z przeszłością” i „kobieta po przejściach”, którzy spotykają się w przedziale pociągu jadącego na trasie  z Warszawy do Szczytna. Szybko okazuje się, że oboje właśnie rozwiedli się i w trakcie swej podróży odsłaniają widzom swoje trochę nieudane, trochę nudne życia małżeńskie.  Jest w nich rozczarowanie, smutek, gorycz, ale także wzloty i dobre wspomnienia, które jednak nie rozpaliły dawnych uczuć dwojga bliskich osób.

Nasi sponsorzy – dzięki ich pomocy wiele spraw organizacyjnych było łatwiejszych

Mając tak duży i  energiczny zespół młodych ludzi, a także grupę nieco starszych aktorów, którzy kilka lat dołączyli do nas, postanowiłyśmy razem z moją nieocenioną asystentką Beatką urozmaicić wszystkie wspomnienia i opowieści z małżeńskich minionych lat scenkami, które rozgrywają się jakby “obok” pędzącego pociągu – na peronie. “Wyświetlał się” więc film życia małżeńskiego, przeszłych wydarzeń, które doprowadziły do nieszczęsnego rozwodu. Bowiem w końcowej scenie spektaklu dowiadujemy się, że właśnie tych dwoje podróżujących wspólnie w jednym przedziale, to nie przypadek. To małżeństwo, powracające świeżo po rozwodzie i podejmujące swoistą “grę”. W taki właśnie sposób analizują dlaczego do tego rozwodu doszło.

Głowni bohaterowie-Natalia K i Mariusz Z.

Każda żywa scenka, to gra innych aktorów, którzy wcielają się w rolę Zosi i Marka, bo tak mają na imię nasi bohaterowie. A tak naprawdę zagrali te główne role Natalia K. i Mariusz Z.

O Natalii pisałam już wiele we wcześniejszych teatralnych wspomnieniach  i publiczność miała okazję ją poznać na scenie w kilku poprzednich rolach. Mariusz to nasze odkrycie.  Debiut czereśniowy! I od razu w głównej roli!  Nie pamiętam jak to się stało, że do nas przyszedł. Po prostu – zjawił się, uśmiechnął, oczarował (zwłaszcza dziewczyny ale nie tylko) 🙂 i został  z nami na długo. Był tak “zwyczajny” – bez problemu dostosowywał się do każdego terminu próby, każdej godziny, nie obrażał się na czasem ostre uwagi, ćwiczył miliony razy to samo, a muszę powiedzieć, że nie szło mu łatwo. Był zawsze na czas, “za pazuchą” jak trzeba było podnieść nastrój, znajdował butelkę winka, mógł czekać do późnej nocy aż Wacek wróci z zajęć wieczornych na Rice University, by z nim przećwiczyć ich wspólne scenki. Był zawsze niezawodny, niezniszczalny i dotrwał z nami do końca naszej działalności. Wtedy jednak w “Czereśniach” zagrał na scenie po raz pierwszy i wcielił się w męża Natalii K. czyli scenicznej Zosi i był to dla niego wielki wyczyn. Z wielkim rozrzewnieniem i łezką w oku jeszcze dziś biję brawo specjalnie dla Mariusza!

Choć w tej sztuce nie tylko on był debiutantem – na scenie po raz pierwszy pojawili się także Michelle G. Filip Sz. (młodszy brat Marcina) i Marek M.

Pierwotnie Osiecka zakładała, że dwie osoby na scenie pokażą widzowi nieprawdopodobne mistrzostwo gry aktorskiej i zmienią swą osobowość kilkanaście razy wcielając się a to w “kurę domową”,  a to kobietą wyzwoloną na wczasach i poszukującą niewinnego flirtu z młodym przystojnym mężczyzną, a to w kobietę marzącą o życiu w wielkim lepszym świecie.. Podobnie mężczyzna rozczarowany swym małżeństwem i nieudaną karierą przemienia swą osobowość i staje się wielokrotnie kimś zupełnie innym. My, w pewnym sensie ułatwiliśmy to naszym bohaterom, tworząc ich “sobowtóry”, dzięki temu powstało przedstawienie dynamiczne, w którym grał 22-osobowy zespół. Uzyskaliśmy zmienny, efektowny i kolorowy przegląd życia małżonków. Jeśli dodam,  że trzymając się konwencji Osieckiej włączyliśmy oczywiście jej piosenki tak dobrze komponujące się z poszczególnymi scenkami – wyszło całkiem niezłe przedstawienie. Pełne zmiennych emocji, lirycznych nastrojów, ale i śmiechu, zabawy, co wyraźnie słychać w spontanicznych reakcjach naszych widzów.

Scena znana nam dobrze z kilku poprzednich spektakli, tym razem w centrum ściany zajmuje wielka stara parowa lokomotywa – kolejne dzieło Donka M. (męża Beatki). Rozpędzona lokomotywa sprytnie połączona była z torami „wpadającymi” już na peron z dużym staroświeckim zegarem, które znajdowały się na scenie i dzieliły ją na dwie części.

Jeśli dodamy do tego często dźwięki parowej lokomotywy, zapowiedzi na stacji kolejowej, szum pary niemal jak w Tuwimowskim wierszu „Lokomotywa”, gwizdy i okrzyki znane nam z dawnych lat, mamy pełny obraz i atmosferę zwykłej stacji kolejowej lat 60-tych czy 70-tych w Polsce. Całość dekoracji to wspólne dzieło Donka M. oraz ojca i syna –  Marka M. i Adasia M. Po lewej stronie sceny ustawiliśmy pożyczone i przywiezione dwie  ławki pokryte czerwonym skajem do złudzenia przypominające siedzenia w pociągach pierwszej klasy  lat 70-tych. Pamiętam, że Beatka pracowała wtedy w Nalco i wyczaiła je gdzieś w magazynie i tylko sobie znanym sposobem pożyczyła je dla nas na ten wieczór. To była wielka frajda!  Dodatkowo znalazła drewnianą ławkę na peron. Po prawej stronie mieliśmy dekorację zmieniającą się w zależności rozgrywającej się scenki “życiowej” głównych bohaterów.

Jak zawsze – wszystko było proste, sensowne, przemyślane przez Beatkę do ostatniego szczegółu. Łatwo i szybko wymienialne, uproszczone ale wymowne. W takich sprawach byłyśmy zgodne i ufałam jej tak jak ona ufała mi w sprawach reżyserskich i tekstowych. Byłyśmy super zgodnym “teatralnym małżeństwem” i .. w naszym przypadku o rozwodzie nie było mowy! 🙂

Jak zawsze, gdy po tylu latach wracam do oglądania starych DVD  (tak, to już 17 lat minęło!)  mam niepohamowaną ochotę przypomnieć wam całą sztukę, ale wiem, że to niemożliwe. Jakość materiału, którym dysponuję jest bardzo słaba, niektóre fragmenty nie są pełne. Muszę wybrać, muszę pomóc tym, którzy dziś zechcą sobie tamten dzień przypomnieć i tym którzy po raz pierwszy popatrzą na te migawki. Muszę pokazać małe skrawki gry aktorskiej wszystkich 22 aktorów, piosenek, atmosferę tego wieczoru tak, by was zachwyciły jak kiedyś nas – widzów i twórców przedstawienia.  A więc… przeżyjmy to jeszcze raz!

W nastrój zbliżającej się podróży wprowadza nas liryczny wiersz Ewy M. i piosenka Beatki M.

A za chwilę dowiadujemy się jak Marek wyszedł z domu i odszedł od żony.

W tej krótkiej  scence w postać Marka wcielił się Andrzej W. ukazując jak odejście od żony (tu: Ewa M.) wydaje się łatwe i pełne nadziei na nowe lepsze życie.. 

Trubadur i Księżniczka

A jak się poznali? Banalnie – studia, karnawałowa zabawa kostiumowa, on trubadur, ona – księżniczka. Czyż może być coś bardziej sprzyjającego, by rozwinął się młodzieńczy romans?  Powoli rozpoczyna się fascynująca rozmowa wagonowa… W roli trubadura i księżniczki wcielili się Jędrek W. i Monika W.  

Jak w każdej romantycznej historii zakochanych, młodzi pobrali się z wielką nadzieją na długie i szczęśliwe życie. Ona „była taka ładna” jak wspomina z rozmarzeniem nasz bohater, (wiersz liryczny zaprezentowany przez Kasię L. która wpadła do nas na gościnny występ pomiędzy zajęciami na specjalizacji z dentystyki dziecięcej a karmieniem własnego kilkumiesięcznego synka) 🙂

Aż pewnego razu wakacyjna swoboda wbiła drzazgę zazdrości w serce męża. Letnią i bardzo wesołą wakacyjną scenkę odegrali Ewa K. i kolejny debiutant w naszym teatrze Filip Sz.

I co facet robi kiedy zaczyna być zazdrosny? Najczęściej idzie do baru. Nawet jeśli to jest małe miasteczko to jakiś bar zawsze się znajdzie. A jeśli bar, to i inna kobieta i kieliszek wódki. Opowieść o kłopotach sercowych płynie na scenie dalej. Tym razem mężczyzna poszukuje lepszego kobiecego towarzystwa na ziemi. Czy mu się to udaje?  Niezupełnie. Wersja komediowa jego nieudolnych prób poprawienia sobie nastroju rozbawiła widzów znakomicie. W scence barowej: Ewa T. i Wacek M.

Coraz trudniej naszym bohaterom porozumieć się, coraz trudniej opowiedzieć im swoje wzajemne uczucia. Ale gra toczy się dalej. Zadają sobie pytania i szukają szczerych odpowiedzi. Bo przecież nawet gdy drogi dwojga ludzi rozchodzą się, to z obu stron nie brakuje prób naprawiania małżeństwa. Świat męsko-damski Osieckiej jest jednak skomplikowany i wyraźnie potwierdza słynne porzekadło, że “mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus” i trudno się im porozumieć.

Na szczęście tego wieczoru w naszym teatrze problem małżeński miał “lekki, łatwy i przyjemny” wymiar.  Tym razem Marek opowiada o tym jak znalazł swoją żonę w leśniczówce i próbował ją nakłonić, by wyjechała z nim do… Nidy Rucińskiej! Zośka, która marzy o wielkim mieście, o życiu pełnym gwaru, świateł miejskich, ludzi wokół, kawiarni – ma wyjechać z mężem do małego miasteczka, gdzie Marek dostał nową pracę…Marzenia o różowym kapeluszu przebijają początkowy entuzjazm i radość z powrotu Marka..  Ale nie uprzedzajmy faktów. Piosenka, w wykonaniu rodzeństwa Kasi K. i Jasia K. “Jedyne co mamy”, która kończy tę scenkę dopełnia obrazu dwóch różnych światów małżonków.   

Przypomnijmy  fragmenty  scenek w leśniczówce zagranych znakomicie przez Emilkę S. i Jacka M.

s

Marek zamienia się rolami z Zosią. Teraz on zadaje pytania licząc na uczciwe i szczere odpowiedzi kobiety, która pojechała z kolejnym nowo poznanym mężczyzną do… Mławy. Cóż, marzenia o wielkim mieście, różowym kapeluszu, a nawet dwóch niebieskich, o miejskim życiu pełnym niespodzianek, niestety – kolejny raz nie spełniły. Zamiast tego – zwykła codzienność. Banalne rozmowy dwojga ludzi przy wspólnym stole, ale tak naprawdę nie mające ze sobą nic wspólnego. Brak porozumienia, rodzinnego ciepła, brak marzeń, brak sensu. Tylko wspólne posiłki, które tak naprawdę też nie są wspólne.. 

Absurd małżeńskiej codzienności świetnie oddany w scence  odegranej przez Edytę W. i Marka M. – po raz pierwszy na naszej scenie w roli aktora.    

Każdy z opowiadających swoje małżeńskie wspomnienia nie jest szczęśliwy. Każda z postaci miała swe trudne chwile i coraz częściej rozumiała, że życie to nie bajka, to nie łatwa realizacja dawnych marzeń. “Mój intymny świat” – liryczno-muzyczna wypowiedź,  którą w imieniu naszej głównej bohaterki, pięknie i bardzo kobieco opowiedziała Monika W. oddaje  marzenia i nastroje każdej kobiety.  

Znów zdarzył się dzień, kiedy na drodze pojawiła się szansa na szczęście. Prawdziwy mężczyzna w jaguarze! Uppss. – przepraszam to był opel! Ale historia pierwszego spotkania niezależnie od marki samochodu jest równie fascynująca! W scence na szosie z szalonym kierowcą oglądaliśmy Monikę W. i Wacka M.

 Niestety, życie znów pokazało swoje pazurki i zwykła codzienność okazała się monotonią i fiaskiem kobiecych marzeń. Końcowa scena, już po zamieszkaniu z Tomaszem ukazuje nam smutną codzienną  rzeczywistość. 

Powoli pociąg zbliża się do stacji docelowej, nasi bohaterowie także kończą swoje wspomnienia. Mieli ich tak dużo wspólnych i znanych im obojgu, że już widzowie wiedzą, iż to historia ich wspólnego małżeństwa.

Jest jesień. Minęło wiele lat. „Panie, panowie! Co stało się, to się nie odstanie..”  Czy nasi bohaterowie wierzą, że to już koniec ich wspólnego życia?  Trudno zgadnąć. Zakończenie sztuki jest otwarte, bo tak naprawdę to nie jest tylko historia Zosi i Marka. To opowieść o tysiącach podobnych par. Niektórym udaje się przejść kryzys i uratować rodzinę, innym nie. Dla mnie najpiękniejszy jest motyw czerwcowej kiści dojrzałych czereśni, tej która otwiera lato. Przynosi nadzieję. Nawet jeśli tak naprawdę jest już jesień. 

Ile razy w życiu mamy apetyt na czereśnie? Ile razy nie tracimy nadziei i zaczynamy od początku?  Taka liryczną i życiową nadzieję przesyła widzom Agnieszka Osiecka. 

Tak ja, reżyser dokonujący adaptacji po wielu latach od powstania tej sztuki,  odczytałam scenę końcową.

 I choć nasi bohaterowie  rozchodzą się w dwie różne strony sceny, to my zdecydowaliśmy się zakończyć spektakl symboliczną piosenką “Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy” w wykonaniu Jasia i Kasi oraz całego 22-osobowego zespołu i z pomocą całej naszej kochanej publiczności. 

Bo tak naprawdę wierzymy wszyscy, że każdy nowy dzień może przynieść coś dobrego, każdego dnia będziemy znów mieć apetyt na czereśnie! 

Ps.  Drogi Czytelniku! (a może powinnam Cię nazwać widzem?!)  Jeśli wytrzymałeś/aś do tego momentu, to naprawdę jesteś odporny/a na niedogodności starej techniki. Wiem wiem! Jakość naszych filmików jest bardzo kiepska, głos (bez mikrofonów, wspomagania, fachowych kamerzystów.. ) obraz chwilami bardzo ciemny, rozbiegany. Możecie myśleć i mówić co chcecie, a ja i tak jestem ogromnie wdzięczna tym co te filmiki zrobili. Nawet nie wiem kto je nagrywał…  Dziś już tego nie pamiętam, ilu bezimiennych pomocników w naszej 20-letniej akcji “TEATR POLSKI” mieliśmy. To także dzięki nim mogę dziś podarować sobie i wam tyle wspomnień z tamtych dni. Wybaczcie więc niedociągnięcia, popatrzcie na obraz i słowa, na muzykę i zaangażowanie całego zespołu sercem – tak jak ja…
Dziękuję!


BACK

Historyjki o porządkowaniu, wyrzucaniu i zmienności, damską torebką opowiedziane

 01/21/2022

(w DNIU BABCI – Babcie też mają swoje kaprysy 🙂 )

Sama się sobie dziwię, co mi czasem na stare lata do głowy przychodzi. Głupawki jakieś. Przecież to raczej przywilej dzierlatek i młodych szalonych kobiet. 

Nie wiem dlaczego chcę podzielić się takimi wspomnieniami.  Może raczej powinnam je nazwać postrzępionymi  opowiastkami. 

Coraz częściej nachodzi mnie potrzeba porządkowania wokół mnie śmieci. Śmieci życiowych. W każdym możliwym sensie. 

Każdy człowiek, w każdym etapie życia lubi COŚ zbierać. Czasem są to zbiory bardzo przemyślane, sensownie zaplanowane (kiedyś już na ten temat napisałam osobny wpis) a czasem zupełnie przypadkowe rzeczy, które nagle nam się spodobają, zafascynują nas. Niekoniecznie nawet konkretne rzeczy. Bywa, że są to cytaty dla nas ważne, przemyślenia, zdjęcia, artykuły. Cuda! Po latach otwieramy pudło, szufladę, zapomniany kąt w domu, w piwnicy, na strychu i jesteśmy zdumieni, że to nasze!  Nawet nie potrafimy sobie przypomnieć kontekstu, w którym powstał ten pomysł, skąd się wziął i kiedy. A czasem zupełnie odwrotnie – nagłe olśnienie! I niesamowita chwila fantastycznego wspomnienia!  Zapomniana, zagubiona w niepamięci, a przecież ważna. I wtedy odtwarzamy  kawałek życia, który wyciekł nam, umknął, a dzięki przypadkowemu znalezisku odnajdujemy ułamek siebie…

I to są “śmieci” istotne. Ciepłe. Ważne. 

Tyle o zbieraniu, przechowywaniu, zatrzymywaniu i odtwarzaniu po latach w pamięci tego, co już dawno minęło. Każdy tak ma. Mniej czy bardziej, częściej czy rzadziej – jesteśmy ludźmi, a więc mamy ten przywilej od Boga, że myślimy, czujemy, przeżywamy, wracamy do przeszłości i planujemy własne wizje przyszłości. Są ludzie, którzy umieją o sobie i swych uczuciach mówić. Większość z nas, niestety, nie potrafi.  Myśli ulatują szybciej niż się formułują w zdania, wydaje nam się, że druga osoba nie może nas zrozumieć, bo przecież jest “inna”. Tworzy się w nas blokada, która nie pozwala wypowiedzieć tego, co w nas ważne i tak żyjemy nie oczyszczając własnych “śmieci” w głowie – dobrych i tych złych. O ile świat byłby łatwiejszy, ludzie byliby sobie bliżsi, a przyjaźnie, małżeństwa trwałyby tak po prostu. Bez nieporozumień, cichych dni, kłótni, niedomówień. Ach.. idealnie, co? 🙂 

No tak, wciąż jeszcze daleko jestem od mojego dzisiejszego tematu..  Ale to normalne. W głowie błądzi dużo ścieżek i miesza się ze sobą…

Choć jestem osobą mocno wierzącą w siłę jednej solidnie zbudowanej i trzymającej się razem rodziny, to życie pokazało mi wiele przykładów, że nie zawsze tak musi być. Widziałam wiele dowodów, że drugi mąż, trzecia partnerka, czasem “wielopoziomowa” rodzina są szczęśliwsze niż ta pierwsza “na wieki”. Cóż – życie bywa przewrotne, a wyjątki potwierdzają regułę. Starość (uupsss.. chciałam powiedzieć: długie lata życia na tym świecie 🙂 uczą doświadczenia. Dziś wiem, że może być różnie. 

I choć jestem konserwatywna w tym temacie, przyznaję – i mnie zdarza się mieć dosyć i ja miewam mieszane ludzkie uczucia na tę okoliczność: złość, gniew, rozczarowanie, ból, poczucie krzywdy, smutek i dziesiątki innych. Pewnie jak wszyscy inni ludzie wokół.  Na szczęście – umiem poradzić sobie z moimi “śmieciami” w mojej głowie. Za każdym razem wyczyszczam emocje i wracam do równowagi, choć przyznaję, nie jest to wcale łatwe. Może dlatego, że umiem mówić. Do siebie. Dla siebie. I nie tylko. 

Gdybym miała spróbować przełożyć to na język obrazkowy, to powiedziałabym tak: 

Od zawsze lubiłam zmieniać, porządkować rzeczy wokół siebie. Lubiłam zmiany. Odświeżanie! Jeszcze kiedy mieszkałam z rodzicami w małym dwupokojowym mieszkaniu w Krakowie i dzieliłam pokój z bratem, namówiłam kiedyś Mamę na wymianę starych dużych – wydawałoby się nienaruszalnych mebli, na nowe dużo lżejsze i wtedy już nowoczesne. Te, które stały u nas w pokoju były “od zawsze” . Miała je jeszcze Babcia, którą w dzieciństwie ledwie pamiętałam. Szczęśliwie rodzice pozbyli się wielkiego łóżka, ale szafa trzydrzwiowa została (kto takiej nie miał niech podniesie rękę!) i tapczan wielki dwuosobowy. Nie znosiłam tych mebli!  A mój tata był niechętny do jakichkolwiek zmian, jak każdy w tamtych czasach, jak w ogóle i z zasady każdy facet.. Bez względu na czas. 🙂 Kupiłyśmy więc z Mamą “bez zezwolenia” małą zgrabną (tylko dwudrzwiową!) szafę, biblioteczkę, mały stolik, dwa fotele i dwa małe tapczaniki. Rewelacja! I REWOLUCJA na tamte czasy!  Mama miała niezłą przeprawę z Tatą, ale dała sobie radę. Miałam wtedy może 15-16 lat. Potem doszło biurko. Potem Mama rozochociła się i powymieniała coś tam jeszcze. Długo nie posiedziałam w domu rodzinnym, bo wyszłam za mąż i wyjechałam z Krakowa mając 21 lat. 

Przez pierwsze kilka lat mieszkaliśmy  w różnych akademikach, wiadomo jak wyglądał wystrój takiego akademickiego  pokoju. Każdy robił cuda, żeby  choć trochę nadać takiemu miejscu wizerunek prywatności i poczucia “własnego domu”. Choćby na jeden rok. A my nie tylko byliśmy studentami (tzn. ja byłam studentką a Wacek już pracował jako asystent na uniwersytecie) to jeszcze jako małżeństwo naprawdę chcieliśmy mieć posmak przytulnego domu. Tak więc od pierwszego dnia oprócz elementów dekoracyjnych ciągle coś przesuwałam, zmieniałam układ mebli, przestawiałam, dodawałam. Proszę sobie wyobrazić jakie to było wyzwanie w pokoju, który miał kilkanaście metrów kwadratowych!  

Oczywiście mieszkając w akademiku mieliśmy dziesiątki przyjaciół i znajomych, zarówno pracowników – kolegów Wacka jak i studentów. Drzwi się nie zamykały dniem i nocą. Graliśmy godzinami w brydża, piliśmy dobrą! kawę, nie “plujkę” (jako jedyni mieliśmy ekspres do kawy, bo dostaliśmy taki w prezencie ślubnym), paliliśmy papierosy i gadaliśmy o literaturze, nowych książkach, podziemnych wydaniach..  Wszyscy śmiali się i robili zakłady “co dziś będzie zmienione, przesunięte” w naszym pokoju, gdy przyjdą na kolejną kawę..

A potem już było tylko lepiej. W 1977 roku dostaliśmy pierwsze własne mieszkanie i mój żywioł zmian, przemian, ustawiań, kombinowań ogarniał mnie co kilka miesięcy na nowo. Odreagowywałam swoje stresy, potrzebę odczuwania “nowego”, świeżego. Nie mieliśmy wiele. Wszystko było trudne do zdobycia. Ale byliśmy młodzi i chcieliśmy, żeby było ładnie, modnie i nowocześnie. 

Miałam kilka bardzo bliskich przyjaciółek – Teresę, Łucję, Martę. Wszystkie byłyśmy na etapie urządzania nowych mieszkań, lubiłyśmy kupować nowe ciuchy sobie, dzieciom. Byliśmy wszyscy młodzi i choć życie było w sklepach szare, trudne, niedostępne, to my mogłyśmy godzinami  dyskutować, planować, wymieniać koncepcje, co byśmy chciały, co byśmy mogły…  I choć każda z nas była inna, biegałyśmy po sklepach (np. niezapomniany butik naszej koleżanki J 🙂  i kupowałyśmy całkiem jak na tamte czasy nieprzeciętne sukienki.  Czy w słynnej, dobrze  zaopatrzonej “Modzie Polskiej” w Sosnowcu. Wtedy były bardzo modne  eleganckie  kostiumy. Nosiłyśmy je do pracy i na spotkania towarzyskie, a nawet na wieczorne imprezy. W  tamtym czasie miałam ich kilka, były eleganckie, bardzo różne w stylu, świetne odszyte, z podszewką, doskonale wykończone i w różnych kolorach. Ciepłe, na chłodniejsze dni i zupełnie letnie z dobrych jedwabnych materiałów. Prezentowały się doskonale! No i my w nich też. Zresztą, miałyśmy po dwadzieścia kilka lat, doskonale figury i wszystko świetnie na nas pasowało. Szalałyśmy w tym sklepie! Sosnowiec jako “stolica Gierka” był wyjątkowo uprzywilejowanym miastem i zaopatrzenie wielu sklepów było zdecydowanie lepsze niż w innych regionach Polski.  

Do pracy zawsze przychodziłam bardzo elegancko ubrana. I zawsze bardzo różnie!  Bo ubrania też uwielbiałam ciągle zmieniać.  Nie, nie jestem próżna! Zresztą.. Nie wiem jak psycholog specjalista by to określił. Dla mnie próżność to chęć olśniewania innych zewnętrzną powłoką, zwrócenie uwagi na siebie za pomocą wyglądu, posiadania czegoś np. samochodu, markowej torebki, markowych ciuchów. Ja takiego przesłania w sobie nie miałam. Ja zawsze miałam w sobie potrzebę, wręcz konieczność nieustających zmian. Widok tego samego ubrania, pomieszczenia, tej samej scenerii przez długi czas męczy mnie. Mój nastrój często się zmienia. Jednego dnia mam potrzebę na sportowy strój: jeansy, koszulę albo prostą bluzkę, a następnego dnia widzę siebie w bluzce z falbaną. Nie potrafię tego uzasadnić, wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. Nie umiem powiedzieć do końca – JAKI jest mój styl?  Wiem czego nie lubię i czego nie założyłabym na siebie. Czego nigdy nie wstawiłabym do mojego pokoju. Ale nie mogłabym powiedzieć, że coś lubię tak bardzo, że tylko TO i to jedno, na zawsze!  Nudzi mnie monotonia. Nudzi mnie jednostajność. Nudzi mnie klasyka, co nie znaczy, że jej nie lubię, bo miewam dni i nastrój na klasyczne “co-nie-co”.

No i teraz, jeśli ktoś czuje się na siłach zdefiniować, co to za dziwny stwór osobowościowy, to niech sobie myśli o mnie co chce. 🙂 

A ja właśnie dotarlam (albo docieram) do sedna mojego pierwotnego zamysłu na ten post. 

Torebki. Patrzę na moją szafę (czy jak to tutaj w Ameryce nazywają, closet) i uważam, że są świetnym przykładem mojej natury zmienności. Natury każdej kobiety! Jak to mówią: pokaż mi swoja torebkę powiem ci kim jesteś. 🙂 

Oczywiście nie pamiętam kiedy pojawiły się torebki w moim życiu jako ważny element codzienności i osobowości. Za to pamiętam, że do szkoły chodziłam z tornistrem, którego nienawidziłam! Były obrzydliwe brązowe, kwadratowe, twarde. Trochę później miałam taki jasno-brązowy z ładniejszego bardziej miękkiego plastiku, który miał udawać skórę. Nie mogę sobie przypomnieć w czym nosiłyśmy książki i zeszyty w liceum, ale plecaki wprowadzono grubo już po ukończeniu szkoły przez moje pokolenie.

Za mojej młodości, w Polsce nie było “markowych” torebek. A jeśli nawet były, to ja nic takiego nie pamiętam. Na pewno nie były dla nas dostępne ani znane. Zresztą podobnie jak i ubrania. Choć o ubraniach i ich twórcach wiedziałyśmy, bo tu i ówdzie udawało nam się od czasu do czasu oglądać katalogi, zdobywać wiadomości. Orientowałyśmy się co było modne, znałyśmy najważniejsze nazwiska twórców mody i trochę jej główne trendy. Ale torebki? Ten temat był zbyt szczegółowy i zbyt głęboki. W Polsce jednak dostępne były ładne wyroby skórzane, w tym torebki, coraz częściej o ciekawych kształtach i nawet zaczynały bywać w różnych kolorach. Jakość tych torebek była bardzo dobra. Cena też niemała.. 

Pamiętam, w Krakowie na ulicy Grodzkiej po prawej stronie, gdy szło się w kierunku Wawelu, był sklep z torebkami. Piękna prawdziwa skóra! W dodatku niektóre kolorowe: bordowe, ciemno-zielone, czarne, brązowe w kilku odcieniach. Nie tylko torebki, ale i torebki-worki o różnych kształtach i wielkościach. Był to czas kiedy już mieszkaliśmy w Sosnowcu (druga połowa lat 70-tych, początek 80-tych). Przyjeżdżaliśmy do Krakowa często  z małymi dziećmi, do rodziców. Szwędaliśmy się po mieście godzinami. Wtedy jakoś odkryłam ten sklep i “zakochałam się” w torebkach.  Miałam torebek – jak to mówią – “od metra i ciut ciut“, ale tamta wystawa urzekła mnie i oczarowywała za każdym kolejnym razem. Zwłaszcza, że wszystko na niej było jak ze snu – niedostępne, bo ceny tych torebek były po prostu zupełnie dla nas nieosiągalne. W tamtym czasie Wacek często jeździł z przyjacielem do Niemiec na wakacyjne zarabianie pieniędzy, bo tak w tamtych czasach większość  z nas ratowała się, by przeżyć jakoś kolejny nadchodzący rok. Po jednym z takich wyjazdów zobaczyłam, że moja przyjaciółka ma ten “mój” wymarzony worek z wymarzonego sklepu. Ojej! Ale mnie ukłuło !! Ale jednak nie kupiłam go, czasy były takie, że torebka nie była najważniejszym zakupem. 

Dziś gdybym go znów zobaczyła, mogłabym się skusić bez oporów, choć tyle pięknych torebek wisi w szafie. 🙂 Ale – może marzenia Niezrealizowane smakują najbardziej?!

Ostatnia torebka która ostała się na moich torebkowych półkach. Prezent świąteczny, który dostałyśmy kilka lat temu od naszego Bossa- dr. Kasi

Nigdy nie zabiegałam o torebki markowe z nazwiskami ważnych twórców. Nawet nie znam wielu, choć były i takie w mojej szafie, które miały naszywki ze znanymi nazwiskami. Kiedyś, dobrych kilka lat temu, moja córka (mój Boss w pracy) jako prezent gwiazdkowy wzięła całą naszą ekipę do firmowego sklepu Michael Kors, który był zamknięty przez dwie godziny tylko dla nas i tam za określoną kwotę mogłyśmy sobie kupić dowolne torebki lub inne firmowe artykuły.

Tak z racji poniekąd przypadku zaczęła się moja przygoda z torebkami z naszywką “Michael Kors”. Kupiłam wtedy jedną dużą zieloną, druga malutką. Później jeszcze kiedyś jasną gołąbkową, aż nagle doszłam do wniosku, że wszystkie są takie.. jednakowe, dość twarde. I w ogóle JUŻ nie chcę takich..  Potem odkryłam torebki – Patricia Nash. Mało kto wie, że Patricia Nash jest rodowitą Houstonką, którą życiowe losy związały z Mediolanem, a teraz od 2010 roku duża część jej kolekcji sprzedawana jest w dużych sieciach sklepów w Houston. Ja osobiście bardzo lubię jej styl.

Torby i torebki Patrici Nash- bardzo różnorodne!

Dobra skóra, mocna solidna, często kolorowa wesoła. Torebki bardzo różnorodne, od dużych nadających się świetnie do  codziennej pełnej napakowanej torby dla kobiety pracującej, po malutkie służące do teatru lub na party. Tych w tej chwili mam najwięcej w swojej kolekcji ale tylko dlatego, bo są to akurat zakupy najpóźniejszych lat. Poza tym moje torebki nie mają żadnych uzasadnionych określeń – mam duże i małe i średnie.

Lubię wszystkie!!

Czarne, brązowe i bardzo kolorowe. Lubię wszystkie.  I słowo daję – nie potrafię określić co i jakie lubię. Zależy na czym dziś moje oko się zatrzyma. Jedno mogę powiedzieć szczerze: moje oko zatrzymuje się już dużo rzadziej niż kiedyś na czymkolwiek!… Także na torebkach. 

W tym roku moje porządki zdecydowanie zmierzają (raczej powinnam tu użyć też czasu przeszłego!) w kierunku usuwania ogromu rzeczy z domu. Moje szafy przerzedziły się o jedną trzecią posiadanych ubrań, torebek, butów itd. Teraz przyszedł czas na meble. Właśnie sprzedaję meble stare, duże, zamieniam na mniejsze, drobniejsze, wygodniejsze. Usuwam powoli to, co wydaje mi się zbędne nie dlatego, że tego nie lubię już, ale dlatego, że nie chcę rzeczy, których od lat NIE używamy, a które może mogą cieszyć innych i służyć innym praktycznie.  

Coraz bardziej przeraża mnie ilość rzeczy, które mamy w domu. I coraz częściej rozumiem, że człowiek nie pozbywa się ich tylko z powodu własnego lenistwa. Z niechęci do ruszenia się, by zacząć przyglądać się temu CO mamy. Co przez lata zgromadziliśmy, a czego tak naprawdę od lat nie dotykamy, nie potrzebujemy i co najgorsze – nie chce nam się nawet myśleć o tym, że to nasze, że kiedyś trzeba by się tym zająć. Bo jak nie my, to .. 

Właśnie – o tym najbardziej nie chcemy myśleć. 

Wracam do torebek, żeby mnie nie rozsypało myślenie o ponurych stronach przyszłości. 

Mam koleżanki, które noszą tylko jedną i tę samą torebkę i argumentują to niechęcią do przekładania zawartości do innej. Mówią, że każda zmiana torebki to na pewno zapomnienie czegoś ważnego, niedopatrzenie i brak.. klucza, prawa jazdy, karty kredytowej..  Może i tak być. Ja od “tysiąca lat” mam tak dopracowane w swojej głowie przekładanie rzeczy torebkowych, że nie stanowi to dla mnie żadnego problemu! Co, przyznaję, nie znaczy, że nie zdarzyło mi się czegoś tam zapomnieć. 🙂 Mam absolutnie wszystko poukładane w szufladach – głowie: w małej kieszonce z zamkiem – klucze samochodowe, malutki woreczek z trzema najważniejszymi lekarstwami i malusieńka książeczka z modlitwą, którą kiedyś dostałam od kogoś bardzo ważnego.. Po przeciwnej stronie – w kieszonkach: szminka, malutkie perfumy, błyszczyk, puder w sztyfcie czyli cały mój mini arsenał kosmetyczny. Reszta w środku to ID, karty kredytowe, nieszczęsna konieczność ostatnich dwóch lat czyli maski, krem do rąk, wazelina do ust, długopis, mały dezodorant, pilnik do paznokci, okulary, no i oczywiście niezastąpiony telefon. Od czasu do czasu jakieś gumy do żucia albo paczka krakersów, teraz już rzadziej, bo wnuki wydoroślały.  Zdarza się mieć rzeczy “jednorazowe”, jak każdemu wedle nagłej potrzeby.

I jak przekładam mój “torebkowy bałagan”  z jednej torebki do drugiej, to działam jak wyuczona (własna) maszyna – pierwsza idzie przegródka z zamkiem.. itd. 

Torebki przywiezione z podroży- z Egiptu, Costa Rici i Włoch.

Torebki kupuję przypadkowo, w sklepach wcale nie-firmowych. Często w podróżach do innych krajów. Lubię mieć coś co jest oryginalne i co po prostu mi się podoba. Nie mam żadnych zasad w tym względzie. Mam zawsze nastrój i „oko”

Małe torebki, na party, do teatru, na specjalną okazję

I tu zapytacie: a co robię jak mam nastrój z dużej torby ( bo takie najczęściej używam na co dzień) do mniejszej albo całkiem małej? I jak na przykład ta całkiem mała nie ma kieszonki z zamkiem? Zazwyczaj staram się kupować takie torebki, które mają moje organizacyjne wymagania, a jak nie mają to.. w mojej głowie mam kieszonkę i na pewno ustawię w torebce wszystko tak, jakbym tam kieszonkę miała. Do małych zresztą nie zabieram wszystkiego, co mam w dużych. Mam swoją listę numer 1 i numer 2. 🙂   

Mam dziesiątki nastrojów i humorów, jak każdy z nas. Jak każda kobieta. Budzę się z radością, bo świeci słońce, bo są święta, bo jesteśmy zdrowi. Jestem niespokojna, jestem zła, jestem zmęczona. Mam nastrój taki, owaki. Lepszy – gorszy. 

Zmieniam torebki, bo lubię i mam dziś nastrój na taką, a nie na tamtą 🙂 Mogłabym napisać: piję dziś winko a nie metaxę, bo taki mam dziś smak. Słucham dziś muzyki country a nie Bacha, bo taki mam dziś nastrój..

Mój nastrój opowiastkowy zawędrował tym razem do torebki.

I wcale, wbrew pozorom, nie był tylko torebkowy. 🙂 🙂


BACK

Każdy Nowy Rok

01/06/2022

Każdy człowiek ma tylko raz w zyciu “rok” a potem już zawsze “lata”.  A jednak dodaje nam się każdego roku tylko – rok. To zwykła kalendarzowa liczbowa dokładanka. Gdy ma się już dużo lat (właśnie, lat!) to do głowy przychodzą różne dziwne myśli i jeszcze bardziej dziwne rozważania i wspomnienia. Pewnie każdy człowiek tak ma, tyle że większość z nas nie zatrzymuje się zbyt długo nad takimi obrazkami w głowie. Było – minęło. Dziś jest tak, jutro będzie nowy dzień. A ja czasem lubię zatrzymać się nad zwyczajnościami momentów z przeszłości. Im więcej dopisuje się liczb na moim prywatnym kalendarzu, tym częściej wypełzają mi z zakamarków pamięci zadziwiające mnie samą obrazki i strzępy wspomnień.

Dlaczego dzień 1 stycznia jest taki ważny dla większości ludzi na świecie? Przeciez to jeden z 365 dni, który składa się jak każdy inny dzień, na cały rok. 

A jednak – niemal cały świat równo o północy czyli 24.00 czasu obowiązującego w danym miejscu na Kuli Ziemskiej  uroczyście żegna rok  mijający a wita Nowy, kolejny. Z nadzieją, radością, trochę niepewnością co nam kolejne dwanaście miesięcy przyniesie. Dla mnie, zwykłego laika i obserwatora życia – dziwnym wydaje się, że gdy ja ciągle czekam tutaj na nasz Nowy Rok, moja rodzina i przyjaciele w Polsce już śpią po emocjach balowania, po wrażeniach powitalnych i mają o siedem godzin więcej “lat” niż ja tutaj, w Houston.  A nasi znajomi w Australii  już wyprzedzają nas na swoim kalendarzu o całą dobę.  

Tak oczywiście, na tyle jestem wyedukowana, iż wiem,  że to wszystko “przez” Kopernika, bo odkrył, że Ziemia kręci się dokoła słońca i dlatego nie wszystko na naszej poczciwej planecie dzieje się równocześnie. Wszystkie zawiłości tego problemu tłumaczono nam w szkole, w setkach mądrych książek, dyskusji i nowych odkryć w NASA czy innych podobnych mądrych miejscach na całym globie. Wiem także, że nie wszyscy ludzie uznają datę 1- go  stycznia za początek nowego roku. Są inne kalendarze na świecie, inaczej odliczające czas, inaczej nazywające lata przeszłe i przyszłe. Wszystko jest umowne.

Wszystko – oprócz przemijania. To jedno nie podlega dyskusji. “Panta rhei” – wszystko płynie.. jak kiedyś powiedział grecki filozof Heraklit z Efezu (żyjący na przełomie IV i V przed naszą erą). Wszystko przemija, nic nie jest trwałe, choćbyśmy bardzo mocno wierzyli w wieczność, świat się zmienia i zmieniać się będzie.

Ale – odbiegam od tematu, od głównej mysli, która kłębiła mi się w głowie kiedy zamierzałam pisać ten tekst. 

Gdy byłam małą dziewczynką rodzice często chodzili gdzieś na tradycyjne sylwestry, spędzali je ze z przyjaciółmi, znajomymi. W czasach lat 60-tych popularne były zorganizowane bale pracownicze lub prywatne. Nigdy  nie wiedzialam, gdzie to było ale wiedziałam, że dla rodziców był to ważny wieczór.

Chciałam doczekać do północy i zauważyć co jest specjalnego w tej magicznej chwili, ale przez lata dzieciństwa długo mi się to nie udawało. Sen był zawsze silniejszy, a ranek wydawał się już zupełnie zwyczajny i taki sam jak wczoraj.. 

Pamiętam, że gdy we wczesnych latach 60-tych rodzice stali się posiadaczami pierwszego telewizora, oczywiście czarno-białego, w którymś momencie zaczęliśmy oglądać sprawozdania z powitań Nowego Roku w innych krajach. Zapewne były to  obrazki z krajów demokracji ludowej, ale i tak zapamiętałem to jako fascynujące momenty. No i zawsze polska telewizja już od wczesnych godzin wieczornych nadawała “dobre” programy: jakieś kabarety, rozrywkowe koncerty, czasem był to wyjątkowy film…  Czekaliśmy na ten wieczór telewizyjny z dużą radością z zapartym tchem sprawdzając program w codziennej gazecie. 

Nie wiem kiedy po raz pierwszy w swoim życiu doczekałam północy i powitałam Nowy Rok. Kojarzy mi się to z wyjazdami na zimowe krótkie wakacje z rodzicami do Szczyrku, Wisły, Ustronia. Może wtedy? Na pewno były to lata połowy 60-tych, bo później zaczęły się już moje harcerskie zimowiska. 

Ale najbardziej pamiętam Sylwester 1968/69. Nie pojechałam wtedy na  harcerskie wakacje, bo wciąż miałam jakieś problemy zdrowotne, anginy powtarzały się co kilka tygodni. W końcu lekarze zdecydowali, że muszę mieć wycięte migdałki rodzice ustalili termin tego zabiegu na 7 stycznia czyli dzień po święcie Trzech Króli. Miałam go mieć w szpitalu w Nowej Hucie. Do dziś nie mam pojęcia dlaczego tam. Byłam pierwszej klasie nowego liceum, mialam nowe koleżanki, nowe życie towarzyskie i mnóstwo ciekawych wydarzeń wokół siebie. 

Basia i Ela. Tworzyłyśmy mocną czwórkę. Była jeszcze Małgosia (brakuje jej na tym zdjęciu)

W klasie tworzyliśmy we czwórkę “silną grupę” towarzyską, znaliśmy się już z podstawówki. Postanowiłyśmy spędzić wieczór sylwestrowy razem, miałyśmy już swoich  chłopaków, jedna z nas mieszkała w dużym mieszkaniu i tam zorganizowałyśmy nasz bal sylwestrowy.  Mama zabrała mnie do komisu (czy ktoś pamięta takie sklepy?) i kupiłyśmy pierwszą prawdziwą sukienkę wieczorową. Była wprawdzie krótka, bo przecież mini królowało wszędzie a ja miałam tylko szesnaście lat.  Była biało-srebrna, obcisła i wyglądała szałowo! Potem poszłam do fryzjera i miałam włosy upięte w koka, bardzo dorośle. 🙂 

No i miałam wtedy kolegę, którego poznałam w czasie poprzedzających wakacji w Gdańsku i Sopocie, który wtedy  zafascynował mnie ogromnie. Był trochę starszy ode mnie, wydawał się bardzo poważny, myślał serio studiowaniu medycyny. Mieszkał w Starachowicach więc nasza znajomość zaraz po wakacjach ograniczyła się do pisania listów, bo przecież innych sposobów komunikacji nie było. A że papier “wszystko przyjmie”, listy szybko stały się “obiecujące” i jakoś tak się złożyło, że mój korespondencyjny chłopak w okresie świąteczno-sylwestrowym spędzał ferie w Zakopanem i obiecał przyjechać do Krakowa na sylwestra. Byłam bardzo podekscytowana, odebrałam go z dworca autobusowego, przyprowadziłam do domu na herbatkę. Mama zachowała się bardzo  w porządku, jak to Mama- Polka, nakarmiła napoiła. Tata patrzył na niego z dużym dystansem, niezbyt zadowolony, ale żadnych opinii głośno nie wydawał.

Jedyne zdjęcie jakie zachowało się z tego sylwestra. Obok mnie kolega Maciek (chyba tak miał na imię) a w głębokim tle mój „sylwestrowy chłopak – S”. Moja piękna dorosła srebrna sukienka i fryzura 🙂

Wieczorem wyszliśmy razem do Basi na mój pierwszy samodzielny wieczór sylwestrowy. Jej rodzice, którzy uchodzili z bardzo “postępowych” i przychylnych młodzieży i zawsze lubiliśmy w nich w domu przebywać,  przygotowali dla nas jakieś kanapki, słodycze i napoje. Oczywiście, żadnego alkoholu nie było!  Za to był magnetofon czy adapter, w każdym razie dobra muzyka, bo bawiliśmy się jak szaleni do białego rana. I to dosłownie! Sypał śnieg wielkimi płatami, było bardzo mroźno (tak, kiedyś takie zimy bywały!) a ja w mojej krótkiej sukience i płaszczu narzuconym na nią, za to w wysokich kozakach i z przemarzniętymi do czerwoności kolanami w cieniutkich rajstopach, szłam znów na dworzec autobusowy odprowadzić mojego chłopaka (tak, po tym szaleństwie sylwestrowym i noworocznych obietnicach uwierzyłam, że mam chłopaka! 🙂 ) na pierwszy poranny autobus do Zakopanego. Wracałam do domu około 6 rano i dobrze pamiętam wciąż tańczące płatki śniegu. Na szczęście nie było to daleko. Nikt nie bał się maszerować o tej porze samemu, nie było to zjawisko wyjątkowe, zwłaszcza w noc po imprezach sylwestrowych. Byłam szczęśliwa i chyba wtedy po raz pierwszy doznałam uczucia, że Nowy Rok to moment, który  niesie ze sobą radość i optymizm, nadzieję i ciekawość co dobrego wydarzy się jutro, za tydzień, za miesiąc.. 

Takie uczucie pozostało mi na całe życie. Niezależnie od miejsca w jakim przyszło mi witać kolejny Nowy Rok zawsze z optymizmem patrzyłam w przyszłość nadchodzących dni. 

Niestety – życie ma swoje góry i doliny.. 

Aby zakończyć temat mojego pierwszego sylwestrowego doświadczenia dodam – dziś już ze śmiechem, że w połowie lutego, gdy już przeżyłam jakoś moją operację wycięcia migdałków (co proszę wierzyć, w tamtych czasach, wcale nie było prostym zabiegiem) otrzymałam od mojego korespondencyjnego chłopaka kolejny list. Tym razem słodycz wyznań  była zdecydowanie mniej słodka, za to bardzo konkretna i “uczciwa” – że matura, że dużo pracy, że nauka najważniejsza, że niestety ale.. to nie ma sensu. No i tak zakończyły się moje optymistyczne i pobożne życzenia i wizje na kolejny nowy rok. Wpadłam w rozpacz, stałam oparta o duży kaflowy piec w naszym pokoju a Mama pocieszała mnie, że to “nie pierwszy i nie ostatni”. No i po kilku dniach a może tygodniach (ale raczej dniach..) okazało się, że miała rację, bo dość szybko wpadłam w wir harcersko-szkolnych nowych  wydarzeń i przyjaźni i świat stal się znacznie lepszy. 

Dodam jeszcze (choć trudno w to nawet mnie samej uwierzyć 🙂 ), że jakieś dwa lata temu przez zupełny przypadek, tu w Houston zgadałam się z jedną z moich tutejszych koleżanek (pochodzącej ze Starachowic), że ten mój “sylwestrowy facet” – Uwaga! Uwaga! – rzeczywiście jest lekarzem kardiologiem, mieszka w Ameryce i w dodatku w Texasie, niedaleko ode mnie… 

Gdy “namierzyłam” go w internecie, to najpierw uśmiałam się do łez, a potem pomyślałam sobie, że nigdy nie wiadomo jaką niespodziankę szykuje dla nas  kolejny rok 🙂 .  W każdym razie historia mojego pierwszego sylwestra wydawała mi się warta tej barwnej opowieści. 

Wiele razy zdarzyło mi się witać Nowy Rok w gronie przyjaciół, na obozach harcerskich. Zazwyczaj byliśmy wszyscy razem o północy w lesie. Około 23.00 biegliśmy w górach, w zaspach śnieżnych za czerwonym uciekającym światełkiem (taka gra, którą serwowali mam starsi instruktorzy), które doprowadzało nas do palącego się na polanie ogniska. Wokół był las, sosny, świerki czy inne drzewa, pokryte puchem śniegu. Jakoś pamiętam, że zawsze BYŁ śnieg. Staliśmy w kręgu, jeden przy drugim, śpiewaliśmy nasze zimowe ogniskowe piosenki, na szafirowym niebie świeciły gwiazdy. Składaliśmy sobie nawzajem życzenia i choć byliśmy biedni, a Polska była ponura i smutna, to my młodzi, szczęśliwi i pełni nadziei.  Młodość ma zawsze swoje prawa. Nikt z nas nie myślał, że kolejny rok może być trudny, że żyjemy w niepewnych czasach. Nie baliśmy się niczego, nie mieliśmy żadnych zahamowań w marzeniach, wierzyliśmy, że każdego nowego dnia będzie lepiej. 

Dorosłość zmienia perspektywę na życie. Zmienia odpowiedzialność.  Nabiera rozwagi, dystansu, przewidywalności.  I niestety, przynosi także wiele rozczarowań, trudności, których młodość nie zna. Przemijanie przynosi strach. Doświadczenie, które uczy, że kartki kalendarza mają już nieco inne znaczenie niż w młodości. 

W Polsce, także chodziliśmy na bale większe czy mniejsze, organizowaliśmy je w mojej pracy (w Liceum Medycznym), pamiętam fajne sylwestrowe prywatki wśród dość dużej grupy przyjaciół. Zawsze wśród ludzi.  Nigdy sami.

Styl ubierania się na bale byl inny niz teraz ale i tak zawsze było to duże wyzwanie znaleźć sukienkę elegancką, wyjątkową, specjalną. Nie było to łatwe w tamtych czasach. I na pewno nie miało nic wspólnego ze stylem balowym współczesnych czasów.  Ale – dawałyśmy sobie radę. Dziewczyny wyglądały “szałowo” i na owe czasy byłyśmy po prostu.. piękne. 🙂 

Raz nawet urządziliśmy wieczór sylwestrowy u nas w domu. To był chyba rok 1977/78 gdy już mieliśmy nasze pierwsze samodzielne nowe mieszkanie. Malutka półtoraroczna Kasia spała w swoim małym pokoiku a my w gronie może 10-14 osób szaleliśmy przez całą noc – wtedy wydawało nam się w “dużym” pokoju. 

Bardzo się starałam przygotować ten sylwester elegancko, z dekoracją i dobrym jedzeniem, w kuchni, która wymiarami była na pewno mniejsza niż dzisiejsza moja łazienka.. Wszystko grało jak trzeba, muzyka była głośna (nikt z sąsiadów nie protestował, przecież to była noc sylwestrowa!) jedzenie jak na owe czasy dobre i obfite. Wszystko toczyło się radośnie, alkoholu nie brakowało, gdy w pewnym momencie jeden z naszych gości (brat naszego przyjaciela, który przyjechał do niego z jakiejś miejscowości z zachodniej Polski i znalazł się przypadkowo u nas) zrobił coś, co na wiele lat zmieniło moją decyzję o witaniu Nowego Roku w domu i urządzaniu “balu”.  Towarzystwo bawiło się i tańczyło, ktoś właśnie zajadał  śledziki i potrzebował dokładkę sałatki jarzynowej. Z uśmiechem (zupełnie grzecznie) krzyknął do nowego kolesia: ”rzuć sałatką” bo ten akurat znajdował się w pobliżu stołu. A nasz gość, niewiele myśląc sięgnął po miskę pełną sałatki jarzynowej i rzucił nią (dosłownie!) w.. szczęśliwie trafił w szafę w przedpokoju rozbijając miskę w drobny mak a sałatkę rozpryskując po całym pomieszczeniu.  Na szczęście nie w tego, który miał ochotę na tę sałatkę… Niezależnie od poziomu alkoholu (w końcu w tamtych czasach wódka królowała na takich imprezach) i humorów poszczególnych osób – zamieszanie było duże i nieprzyjemnie i wiele momentów, rozmów tamtej nocy było nieprzyjemnych. Więcej takiej imprezy przez długie długie lata nie powtórzyłam!

Kiedyś przez wiele lat myślałam, że każdy kolejny Nowy Rok będę witać z najbliższymi, z przyjaciółmi na sali balowej, w dużym gronie oczekując odliczania ostatnich sekund (10, 9, 8…. 1, 0!) i tych charakterystycznych dźwięków radości, strzelających pod niebo kolorowych rakiet oznajmujących, że nadchodzi NOWE, dobre, nieznane i na pewno szczęśliwe. Życzenia w ramionach męża, a potem setki ciepłych słów wśród najbliższych trwały czasami godzinę.

Ten moment o północy z 31 grudnia na 1 stycznia to chwila, która daje mi poczucie jedności, wspólnoty i nadziei.  Myślę o tym, że stajemy się o rok starsi, choć przecież jutro będzie zwykły dzień jak codzień. Wyjątkowość tej chwili dla mnie zawsze była i jest ważna. Tak zakodowało się kiedyś w mojej głowie i tak pewnie będzie trwało już zawsze. 

Od kilku lat unikam balów, tłumów, głośnych i efektownych krzyków powitalnych nadchodzącego Nowego Roku. Teraz bardziej lubię kameralne imprezy, ciche chwile oczekiwania, nostalgiczne życzenia. Ale wciąż chcę mieć bliskich ludzi obok. Czasem jest to kilka osób, czasem tylko jesteśmy we dwójkę z mężem. Patrzę ufnie w przyszłość, choć wiem, że coraz mniej mogę mieć tych postulatów i wymagań od życia. Jestem umiarkowana w swoich oczekiwaniach, mam dużo mniej pragnień, za to te, które mam są bardzo solidne i ważne. 

Przemijanie budzi we mnie strach. Strach jest pozytywną emocją. Często wywołuje potrzebę walki i zmierzenia się z nim. Walczę  o swój wygląd, o kontakty koleżeńskie by nie czuć się samotna, czytam książki, oglądam filmy, podróżuję, planuję, by nie poddać się marazmowi siedzenia w jednym miejscu i “przyrastaniu” do krzesła, do fotela, do czterech ścian, do braku planu na jutro. Dla siebie samej zmieniam kolor włosów, chodzę do fryzjera, na masaż, na manicure. Przecież NIE muszę tego robić! Ale wiem, że nie mogę dopuścić  w swojej głowie, by lęki przed najgorszymi wizjami przemijania zawładnęły moimi myślami. Bo lęk jest paraliżujący. Z lękami ciężko jest walczyć. Strach można wykorzystać pozytywnie.  Może nie zawsze, ale przynajmniej w słoneczne uśmiechnięte dni. Takie, które nadchodzą wraz z Nowym Rokiem. Z nowym porankiem, kiedy budzę się spokojna, gotowa na moją codzienną poranną kawę, na nowy pomysł – co by tu dziś zrobić kreatywnego? Może przestawię meble w pokoju i będzie wyglądało świeżo ? Może poszukam pomysłu na kolejne przyjacielskie spotkanie albo… na pewno wymyślę!   

Moja ukochana W. Szymborska napisała kiedyś w swym słynnym wierszu “ Nic dwa razy się nie zdarza”

“Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne”…

Minie, więc nie mogę ani jednej chwili zmarnować 🙂


BACK

Jak znaleźć swój własny “święty spokój”?

12/19/2021

Tak naprawdę to nawet nie wiem co to jest mój “święty spokój”. Chyba nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Pewnie dlatego, że nigdy tego tak na serio nie potrzebowałam, nie poszukiwałam. Moja osobowość, charakter pędzącej “rodzinnej i społecznej lokomotywy” nie pozostawiał miejsca na spokój i kontemplację. 

Zawsze w akcji

Przez całe życie, na różnych jego etapach zawsze było coś, dla kogoś. Nie wiem skąd biorą się takie elementy w ludzkim mózgu, w myślach, w uczuciach, w emocjach, że mamy w sobie potrzebę bycia w nieustającym biegu. 

Od wczesnego dzieciństwa nie umiałam wyłączyć się i odciąć tak od rzeczywistości wokół, by coś mnie nie przytłaczało, bym mogła nie czuć się odpowiedzialna za coś, co działo się obok mnie. By to coś nie pobudzało mnie do wiecznego nieustającego działania. Jako mała dziewczynka w drużynie zuchowej szybko poczułam się odpowiedzialna za najmniejsze nawet zadania, które druhna powierzała małym grupkom zwanych wtedy “szóstkami”. W szkole cokolwiek było do zrobienia, nawet jeśli nie było to moje zadanie, miałam poczucie, że muszę pomóc, muszę dopilnować, bo tak trzeba.

Harcerstwo i wieloletnie funkcje tam sprawowane nauczyły mnie tej odpowiedzialności potrójnie. Mogłam siedzieć nocami, byle tylko wywiązać się z obowiązków dla innych. Ja sama nie byłam dla siebie ważna. Ważni byli koledzy, koleżanki, przełożeni. Później rodzina – mąż, dzieci. Szkoła, praca, przyjaźnie. Dziesiątki, setki sytuacji, w których zawsze wybierałam na pierwszym miejscu innych. Nigdy siebie. Na każdym etapie życia w innym sposób ale z tym samym skutkiem. I nie mówię tego z żalem czy z  pretensją do kogokolwiek. Po prostu – taka byłam. To przecież nie jest zła cecha. Z takiego działania wynikają same pozytywne efekty. A jednak – “pociąg pędzący przez życie” po latach prawie nie zatrzymywania się na przystankach, na miejscach swoich, zamkniętych wewnątrz siebie przestrzeni uświadamia sobie, że zaczyna brakować mu pary. Bywa duszno, bywa samotnie, choć ludzie są wszędzie wokoło. Ale wtedy już nie umiemy zatrzymać się sami z własnej woli, z uśmiechem i codziennie taką samą siłą biegniemy dalej. Tylko gdzieś w środku, w głowie, w sercu zaczyna czegoś brakować… Chciałoby się chwilami być częścią tego zewnętrznego świata, tego dla którego “pędzimy”, by ten świat przez chwilę pędził dla ciebie, adorował cię przez mały kwadrans, obrócił poukładany od lat system działania i przeniósł cię na tę “drugą stronę”. Na spokojną przestrzeń przystanku, na którym pędząca od lat lokomotywa – TY, może się w ciszy i spokoju zatrzymać. I pomyśleć – teraz jest moje pięć minut…

Nie pamiętam w życiu chwil, kiedy mogłabym powiedzieć, że “nudziłam się”. Nie znam takiego zjawiska. Kiedy dzieci były małe myślałam, że jak dorosną będę miała więcej czasu dla siebie. Nie miałam.  Zmieniły się preferencje, potrzeby, rodzaj pracy, system życia. Tu w Houston stał się tak intensywny, że o jakimkolwiek czasie “własnym” już zupełnie nie pamiętałam. Pochłonęło mnie życie towarzyskie, nowa praca, wielogodzinne dojazdy, nowe wycieczki, nowe wyzwania. I znów – wiele akcji, w których czułam się odpowiedzialna i potrzebna innym ludziom. Ale – także sobie. Poświęcałam dziesiątki godzin, dni na próby w teatrze, by dopasować się do potrzeb indywidualnych aktorów, bo ich czas był dla mnie ważniejszy niż mój własny.  

Lata mijały. Przyszła era wnuków. Czas dla nich. Każda godzina, każda minuta, jak mnie potrzebowały. Niezależnie od tego czy było mi łatwo czy nie, odbierałam, zawoziłam, jeździliśmy na wakacje, na mecze, na szkolne przedstawienia, gdziekolwiek i na cokolwiek trzeba było dowieźć, być obecnym. Uwielbialiśmy i uwielbiamy to!  I nigdy czasu nie skąpimy, ani wysiłku ani sił. Byłam i jestem szczęśliwa w każdej minucie i sekundzie, którą spędziliśmy i spędzamy razem.

Moje przyjaciółki powitały mnie jako nową EMERYTKĘ. Party urodzinowo- emerytalne było wielką niespodzianką

Aż nadszedł dzień, kiedy każdy człowiek doznaje obudzenia.  Pewnego dnia otwieramy oczy i  uświadamiamy sobie: jestem zmęczona. I pojawia się cicha myśl o emeryturze. Już nie w postaci żartu i myśli, że tylko “starzy ludzie są emerytami!” Ale zupełnie na serio, że emerytura, to naturalny kolejny etap życia każdego człowieka. I jeszcze to, że emerytura to niekoniecznie numer/wiek. To stan umysłu, samopoczucia, potrzeby zmiany sposobu swego naturalnego rozkładu “nowego dnia”. We mnie kiełkowało to wiele długich miesięcy. I nie miało nic wspólnego z lenistwem, z nagłą chęcią porzucenia pracy, z oderwaniem się od obowiązków rodzinnych czy zamknięciem się w sobie i spaniem do połowy dnia.

Las Vagas – weekend – oficjalne pożegnanie z moją pracą w Smiles For Kids i moją córką jako BOSSem. Pyszny obiad, Cirque du Soleil ( O! at Bellagio) i… oczywiście ich kolejny pół-maraton a nasz bieg (no, marsz na 3 mile)

W moim pojęciu od początku emerytura kojarzyła mi się z czymś przyjemnym, na co zasłużyłam sobie ogromnie długą ilością przepracowanych lat (42!) I świadoma byłam, że nie pieniędzmi tu się kieruję, bo te w moim życiu nie za bardzo się udały (cóż, tak wyszło..) a poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, dobrze wykonanej życiowej roboty. I kiedy moja córka wyraźnie była niezadowolona, że chcę odejść z pracy (częściowo) ja byłam pewna mojej decyzji.

Las Vegas – po biegu, dzieci po pół-maratonie, my po trochę mniejszym „emerytalnym” dystansie.

Wydawało mi się, że wreszcie dojrzeją moje plany przeczytania wszystkich książek, które chcę przeczytać, które mam wokół siebie jako zaległości absolutnie konieczne do nadrobienia, że będę miała czas na złapanie każdej nowości, każdego nowego i starego zapomnianego filmu.. 

Nic bardziej mylnego!  Kilka miesięcy temu (no, już niedługo będzie rok!) powstał pomysł stworzenia tego blogu. Nie był to mój pomysł. Długo się opierałam i nie wierzyłam, że się uda, ale Ania zmobilizowała mnie, począwszy od organizacyjno-komputerowej jak i graficznej strony do omawiania innych szczegółów, a potem to już poszło jakoś samo. To ona nauczyła mnie miliona komputerowych, fotograficznych tajników i do dziś nie wiem jak wytrzymuje wszystkie moje pytania, błędy i ..znów te same pytania. 🙂 

Moja emerytura ma też “ciemne” strony. Niestety, charakter człowieka nie zmienia się za bardzo nawet na stare lata. Nie umiem opanować swojego sposobu działania dla innych, a coraz bardziej mnie to męczy. Mam wrażenie, że właśnie teraz, kiedy mam coraz mniej sił każdy coś ode mnie chce! Na dodatek – ja nie umiem sobie z tym poradzić! Jestem coraz bardziej powolna, każde działanie zajmuje mi dużo więcej czasu niż kilka lat temu, co mnie bardzo denerwuje. Staję się zła na siebie i na innych wokół, wkurza mnie coraz więcej prostych faktów, o czym wiem, czego jestem w pełni świadoma. I to jeszcze bardziej mnie denerwuje. Zamiast pozbywać się mocnych i irytujących emocji, bywają dni, że mam ich w sobie zbyt dużo i zbyt silne.  Szukam sama dla siebie rozwiązań, jak się  od tego uwolnić. Jak znaleźć swój “święty spokój”, którego nigdy nie miałam i nigdy nie potrzebowałam tak bardzo i tak naprawdę jak teraz. 

Umiem uczciwie siebie samą zanalizować, nie mam dla siebie samouwielbienia, nie wybielam swojego charakterku. Ale też wiem, co w życiu zrobiłam czy robiłam dobrego.   

Zadaję sobie setki pytań (jak zresztą dziesiątki moich koleżanek-emerytek) jak to możliwe, że kiedyś pracowałam na pełny etat, miałam dwoje małych dzieci, najpierw w Polsce, gdzie miesiącami bywałam sama, bez samochodu, wożąc dzieci do żłobka czy przedszkola w zaspach śniegu, piorąc i susząc tetrowe pieluchy na kaloryferach, później tu w Stanach, jeżdżąc 27 mil do pracy, gotując obiady, robiąc prania, zakupy, udzielając się towarzysko itd. i dawałam rady, zdążałam ze wszystkim. Udawało mi się też przeczytać książkę, pójść na party i do kina..

Dziś – jedna rzecz w jeden dzień.  Rano – kawa. A potem – jeśli lekcja polskiego na zoom z Christophkiem, to potem już tylko domowe prace, obiad i .. dość!!!! 

Już chcę ŚWIĘTEGO SPOKOJU!!  Ale go nie ma 🙂 bo jeszcze coś i jeszcze coś. Bo święta, bo pakowanie prezentów, bo brakuje szamponu w domu, bo trzeba zrobić dekorację, bo czas na lunch i ktoś głodny już się kręci koło lodówki 🙂 Bo właśnie trzeba wyciągnąć pranie z suszarki, poszukać miejsc na wakacyjny wyjazd, sprawdzić tysiące rzeczy, zadzwonić do lekarza.. Zawsze zawsze coś!  Nieustająca potrzeba zrobienia czegoś.  Konieczność biegania i działania. Nieumiejętność wyłączania się na stan: ZERO – odpoczynek. Spokój. Mój spokój:

„Robię co lubię co chcę i przez chwilę tylko dla siebie. NIKT mi nie przeszkadza. Nikt ode mnie NIC nie chce”

A może po prostu takie osoby jak ja nigdy takiego stanu nie osiągają? I w dodatku same są sobie winne takiego stanu rzeczy? Może dla takich jak ja święty spokój NIE istnieje, bo nie umiem go sobie sama wokół siebie stworzyć? może potrzebuję go tylko trochę, troszeczkę, bo…jestem jaka jestem 🙂

Czas aby się tego nauczyć.

Jest grudzień, za kilka dni święta Bożego Narodzenia. Moje ukochane najpiękniejsze święta. Jest dekoracja, jest choinka, jest kolorowo. Lodówka pełna produktów przygotowanych do potraw wigilijnych i świątecznych, które za kilka dni  będę gotować. Jak co roku. Choć.. już chyba ze mną lepiej,  bo w tym roku trochę z listy dwunastu obowiązkowych potraw wigilijnych odpuściłam Młodszym w rodzinie. 🙂 

Może zaczęłam już poszukiwać mojego “świętego spokoju”?…

Mogłabym tradycyjnym amerykańskim sposobem włożyć go do “New Year Resolution bucket” (do wiaderka rzeczy/marzeń do spełnienia w 2022 roku) ale.. boję się, że nie spełni się i na dodatek sama sobie będę winna. 🙂 

Mimo wszystko jestem gotowa do walki o siebie. Muszę poszukać pięknego miejsca i czasem przystanąć tam w ciszy i spokoju, sama ze sobą. 

Czasem..


BACK

Świątecznie – Od cichych oczekiwań do świateł, kolorów i zapomnianych przeżyć.

12/04/2021

Kiedy zaczęłam pisać ten tekst było jeszcze kilka dni do kalendarzowego grudnia.

Włączam radio i jak co roku odzywa się świąteczny kanał muzyczny. W Ameryce świąteczne przeboje rozpoczynają się dzień po Thanksgiving. I przyznaję się, że oczekuję na nie z wielką radością. Są takie wesołe, melodyjne, optymistyczne! Wprowadzają wszystkich w świąteczny nastrój choć wielu moich znajomych już chyba z przyzwyczajenia albo z przekory narzeka, że za dużo tej powtarzającej się każdego roku muzyki, że to nudne, że zawsze to samo.. Ale – to tylko raz w roku! Na tym przecież polega tradycja. Każda tradycja! A tradycja w tym kraju  inna niż polska…

Gdy my tu już pląsamy w kolorach świateł, gorączce kupowania prezentów, celebrowania świątecznych spotkań w pracy, w szkole, gdy w każdym mieście, miasteczku organizuje się markety, wyprzedaże, przedwczesne spotkania z tutejszym Mikołajem, w Polsce ludzie spieszą poranną porą do kościoła na roraty w oczekiwaniu na zwiastowanie Maryi przez Archanioła, że zostanie matką Jezusa.. Też tradycja. Tradycja ciszy, spokoju, oczekiwania na coś ważnego istotnego.

Ale świat staje się każdego roku coraz mniejszy. Zbliża się i kurczy, mimo dzielących nas wielowiekowych tradycji.  Błysk świateł, potrzeba zysków, sprawianie ludziom zwykłej prostej radości bierze górę. Dziś dowiedziałam się, że na Rynku w Krakowie zabłysła świąteczna choinka i Kraków także zaczął już dziś świętować. A przecież to dopiero koniec listopada…

Jedna z wersji mikołajów w polskim przedszkolu. Kasia jako Myszka Miki, maska wykonana przesz babcię Helenkę. Kasia miała chyba 5 lat.

Kiedy byłam małą dziewczynką czekając na grudzień najpierw myślałam o śniegu.. żeby białe płatki przysypały drogi i parki, żeby Mikołaj mógł dojechać w swych wielkich saniach z prezentami do nas, dzieci. Mam kilka małych mikołajowych wspomnień, niezmiennie powracających w pamięci każdego roku. Nasz polski Mikołaj wyglądał zupełnie inaczej niż ten dzisiejszy! Miał zawsze długą czerwoną kapotę, trochę jak ksiądz, siwą brodę sięgającą niemal do pasa i wysoką czapkę trochę przypominającą  nakrycie głowy biskupów. I w ręku laskę długą zakręconą na końcu kilkakrotnie w kółka.

Wyglądał dużo bardziej dostojnie niż współcześni Mikołaje. 🙂 No i jeśli się pojawiali (bo bardzo rzadko pojawiali się dzieciom!) to zawsze byli w otoczeniu pięknych aniołów w białych długich sukniach i z ogromnymi skrzydłami! A gdzieś obok – złośliwie i po cichu przebiegał, kręcił się czarny diabeł z czerwonymi różkami. I czerwonymi widłami!  

Pamiętałam taki obrazek ze spotkań z Mikołajem, które organizowane były u mojej Mamy w pracy. Było to dla mnie przez kilka lat zawsze wielkie przeżycie! Mikołaj, obok anioł i zawsze gdzieś rozbiegany przeszkadzający, ale niegroźny diabełek. Mikołaj dobrotliwie gładził dzieci po główkach a aniołek wręczał nam JEDNAKOWE prezenty i były to paczki różnorodnych słodyczy. Sprawiedliwie i… bardzo pysznie! 

Kilka lat później, gdy już byłam na tyle „ dorosła” że sama mogłam włączyć się w Mikołajową drużynę, przez dwa czy trzy lata awansowałam na anioła. 🙂

Trochę później, także w harcerskiej akcji Mikołajowej, wraz z moim przyszłym mężem jako anioł uszczęśliwiłam kolejne pokolenie maluchów. A potem pewnego razu, po takiej akcji  zaprosiłam tego “jedno-wieczorowego Mikołaja” na cukierki orzechowe do mnie do domu, które stały się początkiem świątecznej wspólnej tradycji trwającej aż do dziś. Tylko tych cukierków orzechowych brakuje. 🙂 

Pamiętam też, że często dostawałam od Mikołaja książki, które wtedy nie były łatwe do zdobycia. Kiedyś dostałam książkę pięknie ilustrowaną pt. „ Dziadek do orzechów”. Miała osobistą dedykację dla mnie od Mikołaja. Zawsze dziwiło mnie to jak taki stary Mikołaj ma takie piękne równe pismo? Bardzo długo miałam tę książkę w swojej biblioteczce.  Dopiero po wielu latach dowiedziałam się kto był owym tajemniczym Mikołajem, miał takie ładne pismo i napisał tę dedykację..

Kiedyś zaparłam się, że nie zasnę w nocy i poczekam na przyjście Mikołaja.. Koniecznie chciałam „złapać” ten moment, kiedy dzwoni do drzwi i Mama mu otworzy a on poda prezenty. I choć wiedziałam, że najprawdopodobniej nie zobaczę go, bo od drzwi wejściowych do sypialni było daleko, ale miałam nadzieję że usłyszę dzwonek i chociaż podpatrzę jak Mama pomaga Mikołajowi albo odbiera od niego prezenty. Wydawało mi się, że czekam w nieskończoność! Wytężałam wzrok, słuch, kręciłam się niemiłosiernie – a rano kolejny raz okazywało się, że nie zauważyłam. Mama karmiła mnie znów historyjką, co tym razem Mikołaj powiedział, jak się spieszył, jak bardzo był zmęczony. Ot- wszytko to samo, co później przez lata my powtarzaliśmy swoim dzieciom a potem oni przekazywali pałeczkę dalej. 😊

Po 6 grudnia nadchodziły zimne dni, dzień trwał coraz krócej, już po czwartej po południu robiło się ponuro i ciemno. Rano też ciemno. Nie chciało się wstawać z łóżka. W domu zimno, zanim piec kaflowy rozgrzał nawet nasze małe mieszkanie, zawsze dobrze zdążyłam rano zmarznąć. I ten okropny grysik na mleku na śniadanie! Natychmiast po ugotowaniu go robił się na powierzchni “kożuch”, którego nienawidziłam! Jeśli udało się go delikatnie ściągnąć z powierzchni i wyrzucić bez śladu to był cud! Niestety, większość razy zawsze zaplątała się jakaś mała “niteczka” ciągnąca się paskudnie, która natychmiast wzbudzała we mnie wstrząs obrzydzenia. Do dziś nie piję mleka w żadnej postaci. Czasami na wymianę mieliśmy lane kluski i te były troszkę lepsze. Tylko w niedzielę Mama podawała inne śniadanie. Jak tylko dorosłam na tyle, że mogłam zdecydować co jadam na śniadanie, natychmiast już na zawsze zmieniłam swoje menu tego posiłku. 

Polskie święta były bardzo obfite, a jednak nikt nie robił zakupów na tygodnie wcześniej. Nie mieliśmy dużych lodówek (początkowo nawet żadnych). Pamiętam dokładnie kiedy pojawiła się u nas pierwsza lodówka i jak wyglądała. O czymś takim jak zamrażalnik nikt chyba nie miał pojęcia.. 

Dużo mięs czy innych produktów dobrze pozawijanych Mama trzymała pomiędzy framugami okna. Tak, wiem że was to śmieszy! (to jak w słynnym kabarecie Smolenia i Laskowika. 🙂 Ale w moim domu były podwójne okna z dużą przerwą pomiędzy dwoma framugami, co przy zazwyczaj grudniowych temperaturach poniżej zera miejsce to świetnie służyło za lodówkę. I chyba w owym czasie w większości domów było to bardzo popularne. No, chyba że ktoś miał balkon, to był w dużo bardziej komfortowej sytuacji.  Nie wiem jak to wszystko działało – w sklepach trudno było cokolwiek dostać choć trzeba przyznać, że w okresie przedświątecznym nieco się polepszało. Nawet “rzucano” cytryny i pomarańcze, co dla nas dzieci było wielkim rarytasem. Dostać paczkę słodyczy od Mikołaja, a w niej także jedną pomarańczę – to było COŚ! Czasem w dniu wigilii tata zdobywał gdzieś cytrusy i przynosił jej dumny do domu w papierowej szaro – brązowej torbie. Rodzice dzielili tę pomarańczę na ćwiartki dla każdego z nas, ale ćwiartki dla mnie i mojego brata zawsze były trochę większe niż dla nich.. Kiedy dziś o tym piszę sama nie mogę uwierzyć, że kiedyś tak było. Nawet nie pamiętam kiedy pierwszy raz zobaczyłam mandarynkę i dowiedziałam się, że to coś innego niż pomarańcza. Nie jestem pewna czy moje wnuki uwierzyłyby mi w takie opowiastki..

A przecież Mama przygotowywała tak dużo potraw wigilijnych i świątecznych, piekła tak dużo ciast, że ja choć każdego roku zachowuję tradycję dwunastu potraw na wigilijnym stole, to na pewno nie dorównuję jej w ilości i jakosci  tego co ona robiła! Wszystko własnoręcznie. Każdy pieróg, każdy farsz do uszek, ciasto na pierogi, barszcz na zakwasie, który sama zrobiła.  Dwie zupy, bo nawet w moim domu częściej bywała grzybowa z łazankami, też własnej roboty. Karp, który łypał okiem, gdy Mama przynosiła go do domu na dzień przed wigilią (czasem dwa) i który natychmiast zajmował miejsce w wannie, bo musiał być “świeży” na kolację wigilijną. Każde dziecko wiedziało, że karpia trzeba (że użyję tu delikatnego słowa..) “zaszlachtować”, czego tata nigdy nie umiał dokonać i jeśli nawet zaczął, to zazwyczaj Mama musiała dokończyć i oprawić całą rybę. 

I nikt się temu nie dziwił. Każda polska rodzina miała swojego karpia, bo bez tego nie mogło być wigilii. Tak jak musiał być opłatek. Bo życzenia bez opłatka są TYLKO życzeniami, a te z opłatkiem są życzeniami magicznymi pełnymi nadziei, wiary i miłości. Wiary, że to co sobie mówimy i życzymy spełni się wraz z pierwszą gwiazdką i ciepłem tej wyjątkowej chwili. 

Każdego roku w jednej sekundzie łamania się opłatkiem wraca do mnie myśl mojej własnej cichej modlitwy: “daj Panie tak samo za rok..” I jak w kalejdoskopie wraca na sekundę pamięć wigilii przeszłych, każdej minionej.

Co prawda polskie Boże Narodzenie  zawsze trwało (i trwa) trzy dni, bo wszyscy wiemy, że wigilia to już święto a potem dwa pełne dni, a jak w pobliżu wypada sobota czy niedziela to już się dodaje i zaraz jest Sylwester i Nowy Rok. 

W domu więc jedzenia mieliśmy jak dla pułku wojska. Mięsiwo takie jak gęś pieczona, kaczka z jabłkami lub indyk (ogromny!) Albo zając (wujek przynosił nam czasem z polowania) i Mama oprawiała go na długo przed świętami. Wisiał za oknem, na mrozie, specjalnie przyprawiony – proszę, niech nikt mnie nie pyta co i jak, bo nie mam zielonego pojęcia!!! Podobno miał skruszeć.. Potem po upieczeniu Mama podawała go “na kwaśno” z buraczkami. Jako dziecko wcale się tym nie zachwycałam i chyba dziś też nie mam ochoty tego spróbować.  Ale pamiętam, że dorośli chwalili. 🙂  Czasem był schab z suszonymi śliwkami, ale to już nie było takie wymyślne. Poza tym Mama piekła ogromną ilość ciast i tę ogromną ilość zajadaliśmy! Był zawsze sernik (Mama była specjalistką sernikową!) i makowce zawijane też doskonałe. Nigdy się nie nauczyłam ich piec za to mój brat nadrobił moje braki i jest w tym równie dobry jak nasza Mama. Oczywiście nie zabrakło nigdy piernika, keksa, tortu orzechowego i pewnie jeszcze drobnych ciasteczek i innych, o których może już nie pamiętam w tej chwili. Nie wiem jak to było możliwe, że Mama potrafiła to wszystko najpierw ugotować i upiec sama, bo tak naprawdę to niewiele jej pomagaliśmy. Najpierw byliśmy mali, później gdy już mogliśmy się na coś przydać, Mama nie lubiła za bardzo jak plątaliśmy się po kuchni. Zlecała nam drobne prace, jak pokrajanie bakalii, wymieszanie mąki z jajkami itp. W kuchni Tata właściwie tarł tylko świeży chrzan, bo chrzan kupowało się w laskach – nawet go już nie doprawiał, to już była mamina część i jeszcze ucierał mak w dużej misce z rowkami zwanej makutrą. Właściwie wszystko co było ważne i zasadnicze Mama lubiła robić sama, w nocy gdy już poszliśmy spać. Tak naprawdę to gotować i piec nauczyłam się sama, w swoim domu jak już byłam mężatką. Ale najbardziej zadziwiające jest to, że my to wszystko zjadaliśmy! Ja w naszym obecnym domu, choć – niestety- lubię słodycze, piekę na święta bardzo mało, w porównaniu do mojego domu rodzinnego prawie nic – a wciąż słodkości zostają na długo po świętach i nie możemy się z nimi uporać.

Może po prostu tamte były lepsze? Może byliśmy bardziej spragnieni takich dobroci? Nie mieliśmy takiego wyboru przez cały rok, czekaliśmy na te wypieki i specjalności i docenialiśmy ich smak i wyjątkowość. 

Często zastanawiam się ile uda mi się pozostawić dzieciom i wnukom z polskich tradycji, a ile i jakie tradycje wypracują sobie już własne. Jak je połączą?  Czy będą chcieli, potrzebowali kontynuować coś, co dla mnie było ważne, jest ważne? Cóż, cena za emigrację jest zawsze jakaś.. Choć z drugiej strony, nie trzeba wyjeżdżać z kraju, by nasze dziecko zbudowało sobie inny model życia. My przecież też mieliśmy prawo do własnego świata. Tak buduje się świat, tak  tworzą się nowe wizje nowych pokoleń. Mimo wszystko wierzę, że ziarenko przekazujące “pałeczkę pokoleń” zostało dobrze zasiane. 

Pierwsza wigilia w Houston z moja Mamą. 1991r.

Houstońskie święta są pełne kolorów, bogate w prezenty, spotkania, mają wizualnie ciepłą i piękną oprawę. Są poprzedzone długim przygotowaniem, bieganiną, szumem i radością. Ale ich świąteczne sedno trwa krótko.  My staramy się wydłużyć sobie ten czas. Dlatego wielką wagę przywiązujemy do wigilii. Bardzo pilnujemy polskiej tradycji i ten wieczór wciąż jest nasz – rodzinny, wspomnieniowy, z polskimi kolędami, które już od rana  towarzyszą mi przy gotowaniu. Zawsze zaczynam od pastorałki Czerwonych Gitar:  “Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy..” – 

Jedyna wspólna wigilia W Houston z rodzicami mojego męża – 1995r.

I tu uspokajam się choć nie jestem w tym dobra i łatwa. A potem już cała długa lista polskich kolęd, które nie są tak wesołe jak amerykańskie przedświąteczne “carols”, ale mają swój własny urok dla nas niepowtarzalny i wyjątkowy.  Nie ma płatków śniegu za oknem, ale jest duża choinka a na niej wiele polskich bombek, jest piękna dekoracja jakiej nigdy nie miałam w Polsce i nawet nie wiedziałam, że można takie cuda posiadać. 

Mam rodzinę, która każdego roku przychodzi wieczorem elegancko ubrana, bo inaczej dziadziuś by się zapłakał, narobi szumu i rumoru, zasiądziemy wszyscy do stołu, podzielimy się opłatkiem i znów krąg tradycji zamknie się – jak co roku. Jak od lat. Jak od wieków. Jak zawsze. 

Bywało, że kilka razy wyjeżdżaliśmy gdzieś w góry, ale niechętnie i do dziś nie lubię spędzać wigilii poza domem. Wigilie w domu wczasowym w Ustroniu czy Wiśle były przyjemne ale nigdy nie było tak jak w domu. Dlatego mimo, że łatwiej, mniej roboty i kłopotu unikaliśmy wyjazdów w tym świątecznym czasie. Natomiast lubiliśmy spędzać czas poświąteczny i noworoczny poza domem. Wielokrotnie witaliśmy Nowy Rok w scenerii górskiej, w schroniskach, domach wczasowych i w wielu innych miejscach świata. 

Trudno opowiedzieć o ponad 60 świątecznych nastrojach, wspomnieniach, przeżyciach. O rozmaitościach i o podobieństwach. O magicznych chwilach dobra i o jedynym w swoim rodzaju grudniowym wieczorze. O dniu, który jednoczy ludzi przy choince, przy stole, przy opłatku. W każdym zakątku świata. Inaczej a tak samo. Tak samo, a przecież inaczej. Bo nieważne gdzie. Ważne, że każdego roku jesteśmy razem.


BACK

Listopadowe drżenie ciała i myśli

11/18/2021

Gaśnie listopadowe niebo,
ostatni liść się jeszcze miota
na wietrze, który smaga drzewo.
Dokoła smutek i tęsknota
.”

Nie lubię kiedy jest mi zimno. Zimno było nie tylko zimą. Zimno było wczesną wiosną i późną jesienią, kiedy mama paliła już w piecu, ale zanim piec się nagrzał, wstawałam z łóżka i było mi zimno. Zimno było w zimie, zawsze. Rzadko kiedy temperatura była fajna, a już tak, żeby można było być w lekkiej bluzce w krótkich rękawkach w zimowy wieczór chyba się nie zdarzało. Dopiero kiedy zamieszkaliśmy w Sosnowcu i w mieszkaniu były kaloryfery, zdarzały się przesadnie ciepłe temperatury. Pamiętam wiosenne dni, gdy już wyłączali kaloryfery, bo formalnie okres grzewczy kończył się, ale natura płatała figle i zafundowała nam wciąż jeszcze przymrozki. Marzłam wtedy bez przerwy. 

Nigdy nie myślałam o wyjeździe z Polski. Nigdy nie myślałam o wyjeździe na zawsze do ciepłego kraju. A jednak – zupełnym przypadkiem los rzucił nas do Houston. Jest ciepło przez cały rok. Jest upalnie w lecie. Wilgotno, duszno, czasami nie do wytrzymania. Dziesiątki moich znajomych, przyjaciół, nawet rodzina narzekają. Na upały, na nadmiar słońca, na brak wieczornego chłodu.

Wszystko to prawda. Zresztą – kto nie narzeka na pogodę niech podniesie rękę! 

Ludzie zawsze narzekają na pogodę. To przecież taki dyżurny temat. Bo pogoda jest!  I nie ma na nią mocnych, będzie taka jaką chce być. Można więc na nią narzekać marudzić, ale to i tak niczego nie zmieni. 

Ja na pogodę w Texasie nie narzekam. Choć oczywiście też upały czasami mi przeszkadzają, zwłaszcza teraz, kiedy jestem coraz starsza. Ale – wolę zdecydowanie pięć nieznośnych upalnych wilgotnych miesięcy a potem kilka pozostałych miesięcy, kiedy może i jest jesień i zima ale wiem, że nie będę marzła!  Wiem, że słońce będzie mnie budzić niemal każdego ranka, że wciąż w ogródku będzie zielono, że niektóre kwiaty będą kwitły cały rok. Nie będę stała, jak kiedyś w dzieciństwie, przy kaflowym piecu przylepiając się do jego ścian, by ogrzać się i nie drżeć z zimna od stóp do głowy. 

Jest listopad. Pamiętam polskie listopady. Najbardziej pamiętam mgły. Poranne i wieczorne. Wychodziłam rano do pracy, ledwie budził się dzień, nawet w pogodny dzień, kiedy leniwe promienie słońca przebijały się przez  mgłę, długo były niewidoczne, bo jesienna mgła blokowała je skutecznie. A już wczesnym popołudniem znów ta sama mgła pojawiała się, by zachód słońca całkowicie rozmył się w zamglonej scenerii. Obraz nigdy nie był czysty i wyrazisty. Nie mówiąc już o dniach deszczowych pochmurnych, drżystych, których nigdy nie brakowało w listopadowych tygodniach. Mimo zmieniających się kolorów w przyrodzie, kolorowych liści, czerwieni, żółci i brązów różnych odcieni listopad otulał mnie smutkiem i melancholią. I chyba bardziej smutkiem, bo melancholia to w gruncie rzeczy dobre uczucie.

W listopadzie zdarzyło się w moim życiu dużo drobnych wydarzeń, które zapamiętałam  jako tragedie czasów dziecięcych. 

Kiedyś tata pojechał odwieźć znajomych na wesele. Była to pięcioosobowa rodzina.  Rodzice i troje dzieci, najmłodsza dziewczynka miała chyba 4-5 lat. To musiały być dawne czasy, byłam chyba na początku mojej podstawówki a raczej tuż przed. Mieliśmy taki samochód produkcji NRD, nazywał się P-70.

P-70 ,szał NRD-kiej motoryzacji lat 50-tych

Podobno miał karoserię w całości z plastiku a może z tektury. Pamiętam tylko,  że miał bardzo ładny czerwony kolor, był zupełnie nowy (to było pierwsze nowe auto, jakie tata kupił!) i na lusterku powiesiliśmy z tatą bardzo malutkiego ciemno-żółtego misia. Była to wyjątkowo malutka miniaturka i wszystkim się bardzo podobała. Nie pamiętam gdzie go kupiliśmy i skąd go mieliśmy ale wiem, że był wyjątkowy. Nigdy wcześniej ani potem nie przywiązywałam takiej wagi do maskotki w aucie, jak wtedy do tego misia.  Tata miał z tą rodziną wrócić następnego dnia po weselu, ale podobno, nie wiem z jakiego powodu, oni uparli się, żeby wracać jeszcze tej samej nocy. Tata był tylko kierowcą, nie należał do zaproszonych gości. Zgodził się choć niechętnie. Tej nocy była gęsta mgła listopadowa. Widoczność na odległość kilku metrów była niemal zerowa. Jechali bardzo powoli. Na przodzie siedział ojciec rodziny, a na tylnym siedzeniu matka i trójka dzieci. Wtedy jeszcze nikt nie sprawdzał czy w aucie jest 4 czy 5 czy 6 osób. I nikt nie wiedział o istnieniu pasów bezpieczeństwa. Auto było bardzo małe, ale przecież nikt nie miał wyobrażenia o tym, że mogą być auta „duże i wygodne”. Cała rodzina była szczęśliwa, że znalazł się ktoś, kto zgodził się ich zawieźć na wesele i przywieźć z powrotem. W drodze powrotnej późno w nocy wszyscy spali, mój ojciec jechał ostrożnie i powoli. Zresztą jak mógłby jechać  inaczej takim autem jak P-70, w końcowych latach 60-tych?  Na poboczu drogi, wąskiej słabo oświetlonej i stał nieoznakowany światłami bezpieczeństwa duży samochód ciężarowy Star. Tata zauważył ciemna plamę tuż przed sobą zbyt późno, by zdążyć wykonać manewr ominięcia go.. Plastikowe a może tekturowe P-70 uderzyło bokiem w stojącego ciężarowego Stara miażdżąc swoją prawą stronę jak papierowe pudełeczko. Wypadek wydarzył się koło Bochni, dojazd karetki utrudniała wciąż gęsta mgła…

Dopiero następnego dnia gdzieś koło południa mama zabrała mnie autobusem do szpitala i tam zobaczyłam tatę z ręką i nogą w gipsie. Był poobijany ale rozmawiał z nami. Tak naprawdę to niewiele z tego pamiętam i nawet nie jestem dziś pewna czy obrazy o których mówię dziś są prawdziwe. Może tylko fakt, że po raz pierwszy zobaczyłam szpital…Choć nie była to moja pierwsza wizyta szpitalna. Ale tych wcześniejszych nie pamiętam.  Pamiętam natomiast, że tata bardzo martwił się i wypytywał o pasażerów, których wiózł.  Nie rozumiałam wtedy dlaczego i co naprawdę się stało. Dotarło do mnie tylko, że chłopiec który z nimi jechał był w bardzo ciężkim stanie, bo wszyscy o nim mówili. I mama płakała. Ale po wielu miesiącach wyszedł z tego i wszystko dobrze się skończyło. To był ciężki wypadek. Mój tata najmniej ucierpiał, bo jako kierowca akurat siedział po stronie przeciwnej niż stała ciężarówka. Jego pasażerowie byli w znacznie gorszej kondycji. Tylko mała dziewczynka wtulona pomiędzy swoja mamę a siostrę wyszła z tego wypadku bez szwanku. O tym wszystkim dowiedziałam się znacznie później, kiedy byłam dużo starsza i potrafiłam o tym rozmawiać. Z tamtych dni pamiętam tylko ogromny niezrozumiały strach, brzydki zapach szpitala i Mamę, która cały czas popłakiwała ukrywając to przede mną. Jeździła do szpitala codziennie, czasem ze mną. Nie wiem jak to długo trwało, ale dramat tego wydarzenia przez lata ciągnął się złą pamięcią w naszym domu.

Po latach dowiedziałam się także, że winę za ten wypadek poniósł kierowca ciężarówki. Nie miał włączonych świateł, nie miał trójkąta czerwonego i nie zjechał na pobocze. Po prostu- też był zmęczony długą jazdą w ciężkich listopadowych warunkach, zatrzymał się i przysnął. Ale tata już nigdy więcej nie zgodził się udzielić nikomu takiej przysługi a przecież niewiele ludzi w tamtych czasach posiadało auta. A kolejny samochód miał niedługo po tym zdarzeniu.  

Jednak moją dziecięcą wyobraźnią najbardziej wstrząsnął obraz miejsca rozwalonych samochodów, które odnalazłyśmy z mamą, żeby zidentyfikować nasze auto. Mama musiała załatwić jakieś formalności, a ja wspinałam się na te resztki plastiku i tektury i szukałam małego żółtego misia.. Wciąż widzę go przed oczami z jego malutkim czarnym pyszczkiem i czarnymi oczkami-kropeczkami. Ale nigdy go nie znalazłyśmy. Dwa razy wracałyśmy na to złomowisko, niestety nie udało nam się go odzyskać. Nie wiem nawet dlaczego tak mi na nim zależało, auto było stosunkowo nowe i właściwie nie miałam czasu przywiązać się do tego misia. A jednak – zapamiętałam go aż po dzień dzisiejszy. Widać, był listopadowym elementem, który wkradł się głęboko do mojej dziecięcej główki.  Miś miał nie więcej jak dwa centymetry, nie był żadną “przytulanką” dziecięcą, nie miał nawet imienia,  a jednak wbił się w moją pamięć jakby to on był istotą tego listopadowego wydarzenia. 

W najpiękniejszej młodości, w listopadowe wieczory długimi godzinami spacerowaliśmy nad rzeką Rudawą albo na krakowskich Plantach i moje kolana były przemarznięte i sine podobnie jak palce w cienkich rękawiczkach. Krótkie dni, długie ponure wieczory. Często deszcz i plucha, i wiatr, i pierwszy śnieg..  Czy ktoś pamięta jak wygląda Rynek krakowski we mgle, gdy wieża Kościoła Mariackiego ledwie się wynurza z mlecznej szarości??

Kiedy mieszkaliśmy już w Sosnowcu i mieliśmy własne pierwsze auto, oczywiście Malucha (Fiata 126) często w listopadzie jeździliśmy do Krakowa na ważne dla nas wieczory z okazji urodzin naszego przyjaciela Anioła, czy jego Andrzejkowych imienin. Także w listopadzie są imieniny brata mojego męża i wtedy byliśmy młodzi, zwariowani i żadna listopadowa pogoda nie stała nam na przeszkodzie by “skoczyć” do Krakowa na towarzyską imprezkę. Bo to wtedy były imprezki, nikt nie nazywał tego „party”. 🙂 Ale też już mieliśmy dorosłe obowiązki – najpierw moje studia, potem praca w szkole, praca Wacka na Uniwersytecie. Jeśli następnego dnia wypadały nam jakieś zajęcia, to trzeba było wracać do domu późno w nocy. Często więc te zwykłe 70 kilometrów trudnej wijącej się przez jedna po drugiej wsie, pokonywaliśmy we mgle, w deszczu a nawet w deszczu ze śniegiem i na oblodzonej powierzchni. Dla mnie to był koszmar! Siedziałam na przednim siedzeniu z nosem przy szybie wypatrując każdego metra drogi, każdego zakrętu, każdego przydrożnego drzewa. Trzymałam się kurczowo siedzenia nie zdając sobie sprawy, że moje palce są niemal sine od zaciskania się. Jechaliśmy bardzo wolno, więc do domu docieraliśmy po trzech albo i więcej godzinach zamiast po półtora. To było okropne godziny mojego życia. Zawsze gdzieś w podświadomości widziałam czarne plamy przed nami i czarne wielkie przeszkody. I gdzieś głęboko błąkał się maleńki żółty miś.. A przecież – nie było mnie w tamtym wypadku. Byłam małą dziewczynką, która niewiele rozumiała, niczego tamtej nocy nie widziała. Jak silna potrafi być wyobraźnia dziecka, by stworzyć obrazy strachu, które trwają przez lata..

Moja psychika, nastrój  zawsze były uzależnione od pogody i wszechobecnego listopadowego zimna. Każdego roku próbowałam rozsądnie przemówić sobie do “własnego rozsądku” i świadomości i odciąć się od kalendarza, że to tylko kreacja w mojej głowie, że nie mogę ulegać pogodzie, bo przecież tego zmienić się nie da! 

I tak walczyłam rozsądkiem z podświadomością i czuciem i każdego kolejnego listopada przegrywałam. Wracało zimno, to w środku mnie, to drżenie, jakiś strach, jakaś niepewność i przeczekiwanie, by po prostu – listopad… minął.  Tak, ja wiem, to zupełnie irracjonalne, nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Ale przecież każdy z nas ma takie uczucia i takie “dziury w swojej duszy”, które nie mają wytłumaczenia. Tyle, że większość z nas do tych dziur i ułomności uczuć czy myśli za nic w świecie się nie przyzna. Nawet przed samym sobą. Ja właściwie też nie lubię. Ale – jest listopad. No i jakoś mnie dopadło…

Kiedy listopad zmieniał się w grudzień to mimo, że grudzień wciąż skraca każdy dzień i mrozi coraz mocniej, jednak niesie powiew świąteczny. Zapach choinki, ruch przygotowań Bożonarodzeniowych, radość, optymizm i jakoś robi się cieplej i weselej. I łatwiej  żyć. 

Tak było kiedyś.

I takie we mnie zostały wspomnienia. Nostalgiczne. Czasem smutne. Takie.. Przejściowe. Oczekujące na cieplejszy powiew energii. Tej od serca. Takiej, co przynosi nową radość mimo jesieni, przemijania, zimnego drżenia strachu o tym, co jest za mgłą i deszczem, co niebawem może się zdarzyć..

Moja codzienna poranna kawa

A teraz moje listopady są w Houston. I świeci słońce. Każdego dnia rano na moim patio, piję najlepszą kawę ze spienionym mleczkiem, lekko posypanym odrobinką cynamonu.

Jest wciąż zielono. Wdycham świeże chłodne jak na Houston, a niemal ciepłe jesienne powietrze i delektuję się faktem, że Bóg a może Dobry Los wymyślił dla mnie drugą połowę życia w ciepłym klimacie. Tu gdzie listopad jest piękny. Nie muszę marznąć i drżeć. Moja “listopadowa szufladka pamięci” nie wspomina o dramatach dzieciństwa, nie nastawia się na trudne wspomnienia. Zapomina o tym, co gnębiło mnie przez lata. Już wiem, że listopad może być jesienno-piękny. Park, nawet w Houston może przybrać kolory złociste i czerwone i może przynieść wspomnienia polskiej jesieni.  Jesieni  dobrej i ciepłej.  

Moje skromne własne kwiatki ogródkowe wciąż rosną dumnie i wyciągają swoje główki prosto do słońca. Są jak mój nastrój – odważne i pełne radości, że słońce daje im radość i chęć do życia.  Niewiarygodne, jak bardzo potrzebne jest nam słońce! I błękitne niebo. Niebo o tej porze roku, rano w Houston, ma kolor absolutnie czystego niebieskiego koloru! Prawie bez jednej chmurki. A nawet jeśli się jakaś pojawi, to jest lekka biała puszysta. Nie wiem, czy ludzie to widzą tak jak ja. Nie wiem, czy ja to widziałam jeszcze kilka lat temu.. Pewnie nie. Może trzeba przeżyć dużo lat, żeby pewnego dnia widzieć rzeczy i zjawiska tak proste, że ledwie dostrzegalne. I tak ważne, że nie sposób ich w życiu ominąć..

Cieszę się, że mam swoje listopady.
Cieszę się, że na świecie są różne listopady. Te rzeczywiste, te kalendarzowe, te pogodowe i te w naszej głowie. 
Można mówić o wszystkim i w każdy możliwy sposób. Listopadowy albo majowy. Jeśli chcemy się porozumieć zawsze znajdziemy do siebie drogę.
Albo przynajmniej możemy – po ludzku – próbować..

Staruszka jesień trwa w zadumie,
jak gęsta mgła na wrzosowiskach,
rozmyśla czule tak, jak umie
o wszystkich utraconych listkach.
O tym co było, czego nie ma,
o tym co się niebawem zdarzy.
Staruszka jesień myśli niema,
a deszcze płyną jej po twarzy
.”


BACK

Dziwny świat, świat ludzkich spraw…

11/6/2021

Zaczynam pisać, jest 1 listopada. Święto Zmarłych. Tu, w Ameryce, dzień jak każdy inny.  Nawet dla moich dorosłych dzieci nie ma specjalnego znaczenia. Dla mnie – dzień wspomnień, pamięci o zmarłych rodzicach, o tych wszystkich co już od nas odeszli. O tradycji, którą – może to dziwnie zabrzmi, lubiliśmy w Polsce jako dzieci. Nie kojarzyła się nam wtedy ze śmiercią i przemijaniem. Ten temat był odległy i abstrakcyjny.

Groby rodzinne nie sprawiały uczucia bólu. Były raczej melancholią listopadowego mglistego dnia, poczuciem rodzinnych więzi, spotkań przy grobach, wieczornych spacerów oświetlonych niesamowitą łuną bijącą od palących się zniczy i świec. Ta poświata widoczna była daleko, wiele kilometrów od cmentarzy. Nawet małe dzieci wyczuwały, że to dzień ciszy i szły grzecznie za rękę z rodzicami, obserwując cudowne ogromne chryzantemy – białe, żółte, złociste. Czasem lekko fioletowe. I dziesiątki lampek, lampionów, świec. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam zaraz przy wejściu na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, długi grób Nieznanego Żołnierza i ogromną ilość świec zapalanych od rana aż do zamknięcia cmentarza przez przypadkowo przechodzących tamtędy ludzi. Pamiętam, jak bardzo każdego roku intrygowało mnie to – dlaczego..? Aż wreszcie zdobyłam się na odwagę i zapytałam Mamę, czyj to grób i dlaczego tam tak DUŻO świec.. Nie wiem ile mogłam mieć lat, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiorowa mogiła i że nie znamy imion tych ludzi, że byli żołnierzami, że zginęli podczas wojny i nikt z ich rodzin tu nie przyjdzie… Tej nocy beczałam długo w poduszkę nie mogąc zasnąć i nie umiejąc uporać się z dziecięcym smutkiem. Opowieść Mamy i wspólny grób nieznanych mi ludzi przemówił do mojej wyobraźni bardziej niż groby rodzinne odwiedzane wspólnie z rodziną. Myślę, że właśnie wtedy pojęłam pierwszy sens odejścia człowieka ze świata żywych. Od tego czasu zawsze jak wielu innych ludzi i ja pierwszą świeczkę na Rakowickim Cmentarzu zapalałam na grobie Nieznanego Żołnierza. 

Jedyne zachowane, bardzo stare zdjęcia z czasów sprzedaży świec i zniczy w harcerskich akcjach „Znicz” (myślę, że to zdjęcia ma już ponad 50 lat:)

Później, gdy byłam już zapaloną harcerką, czas listopadowego Święta kojarzy mi się z akcją “Znicz” (chyba tak się nazywała..) czyli sprzedawanie różnego rodzaju świec i zniczy, na kilka tygodni przed Świętem Zmarłych, koło cmentarza i na Kleparzu przez nasz Szczep “Harnasie” w celu zarobienia pieniążków na obóz letni. Ta akcja była wtedy bardzo popularna i wiele innych szczepów harcerskich w niej uczestniczyło. Wszystko było legalne, za odpowiednimi zezwoleniami, które załatwiali nam rodzice czyli “Koło Przyjaciół Harcerstwa”. Była to grupa rodziców, zorganizowanych i dobrze działających, pomagających nam w różnych akcjach. Coś na wzór komitetów rodzicielskich w szkołach. Wcześnie rano zabieraliśmy z garaży z tymi rodzicami pudła zniczy, stoliki i ustawialiśmy się przy wejściach do cmentarza albo na Kleparzu. Marzliśmy okrutnie, bo zazwyczaj o tej porze roku było już zimno, a my mieliśmy “warty” kilkugodzinne po dwie-trzy osoby. Rodzice pomagali nam i donosili gorącą herbatę w termosach i kanapki. A my byliśmy bardzo zadowoleni, bo na taką akcję oficjalnie zwalniano nas z lekcji szkolnych. Szkoła nie była za bardzo chętna, ale jakoś było to wpisane w porozumienie szkoły i organizacji i dyrekcja szkół tolerowała takie nieobecności jako usprawiedliwione. Byliśmy młodzi, radośni, uśmiechnięci, ludzie lubili harcerzy i chętnie od nas kupowali znicze. To były dobre akcje i przynosiły niezły jak na owe czasy zarobek na wakacyjny obóz. 

Miodek turecki- uwielbiany tradycyjny przysmak sprzedawany na stoiskach przy cmentarzu.

1-go listopada w Krakowie była jeszcze jedna “słodka” atrakcja, którą zapamiętałam na całe życie. Przed wejściami (a były dwa) na Cmentarz Rakowicki, oprócz stoisk z kwiatami i zniczami, były stoiska z “miodkiem”. Czasem nazywano go “miodkiem trupim” częściej jednak – tureckim. Był to po prostu karmelizowany cukier z dodatkiem pokruszonych różnych orzeszków, aromatów i barwników. Miał smak miodu, był twardy o wyglądzie nieregularnej bryłki, zazwyczaj o jasnym prawie białym kolorze. Z czasem pojawiły się inne smaki i kolory. Jako dzieci, uwielbialiśmy ten przysmak! Czekaliśmy cały rok na dzień kiedy się wreszcie pojawi a rodzice pozwolą nam go kupić i to nie tylko jedną paczuszkę (rożek, bo tak go sprzedawano, w celofanowym papierku w postaci rożka przywiązanego cienką kokardką) a przynajmniej dwie, trzy porcje na następne kilka dni.   

Słyszałam, że miodek wciąż jest i sprzedaje się tak samo dobrze dziś jak kiedyś, tyle że ja nie byłam już na Święcie Zmarłych w Polsce od 30 lat. Wstyd mi się przyznać, wstyd mi samej przed sobą, ale jakoś nigdy nie zmobilizowałam się, żeby odwiedzić groby najbliższych w ten wyjątkowy dzień. Kiedy przyjeżdżamy do Polski, zawsze pamiętamy o grobach rodziców. Ale nigdy nie zapaliłam im świeczki w dniu listopadowego święta… Co mnie powstrzymuje od tej wizyty? Dlaczego boję się tam być właśnie  tego dnia? Mam wyrzuty sumienia i równocześnie każdego roku odrzucam od siebie decyzję wyjazdu do Polski w tym czasie. Nasi rodzice odeszli, gdy my już mieszkaliśmy w Houston. Mam dziwne uczucie, że nie potrafiłabym udźwignąć ciężaru tego święta tam w Krakowie, że Święto Zmarłych, jakie zapamiętałam, to zupełnie inne święto.  Takie.. “nie-personalne”. A to, które mogłabym przeżyć teraz, gdybym pojechała do Polski, po raz pierwszy w życiu musiałabym zaakceptować jako Święto MOICH Zmarłych.. Jestem dorosłą, prawie starą kobietą i wciąż “NIE pochowałam” własnych rodziców.. 

Jednym z najpiękniejszych miejsc – wspomnień na krakowskim cmentarzu Rakowickim jest grobowiec Jana Matejki. Symbol krakowskich artystów . Tu każdy Krakus przystanie, zapali znicz, poduma przez moment. Ten grobowiec stoi na środku głównej alei i nikt nie przejdzie tędy obojętnie.

Świat uczuć jest dziwny. I trudno się nam przyznać do wielu myśli i uczuć. Boję się zaakceptować fakt, że jak każdy człowiek tak i moi najbliżsi mają swoje groby.  I nic tego nie zmieni. 

Takie rozważania nachodzą mnie każdego roku o tej porze.  Choć zazwyczaj zawiłości uczuć i skomplikowane przemyślenia potrafię samej sobie dość jasno wytłumaczyć, tak w tej kwestii od lat nie mogę sobie poradzić. Cóż, każdy ma jakieś wady, słabości. Ciche strony w zakamarkach własnego umysłu.  Nikt nie jest idealny. Nic w życiu nie jest białe albo czarne. Jest milion odcieni szarości i problem w tym, że większość z nas ich nie rozróżnia i nie potrafi ich w sobie odczytać.  

W czasach mojej młodości wszyscy zachwycaliśmy się piosenką Czesława Niemena “Dziwny jest ten świat”. Muzycznie, niezwykle nowoczesne opracowanie, natychmiast stała się hymnem naszego pokolenia. Słowa tego utworu elektryzowały przesłaniem rzuconym ludziom. Piosenka miała swoją premierę w 1967 roku. Były to czasy wojny w Wietnamie, ciągłych konfliktów społecznych w Polsce, wydarzeń marcowych ’68..  

“Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się tyle zła..” – wołanie Niemena miało szczególne znaczenie. Porażało prawdą tamtych  czasów, szokowało niezwykle dosadnymi słowami, ale tak naprawdę z perspektywy minionych ponad 50 lat od pierwszego wykonania tej piosenki wiemy, że słowa te są ponadczasowe i odnoszą się do każdego z nas. Do każdej zwykłej ludzkiej sytuacji. Wtedy upatrywaliśmy w niej powiązań politycznych, manifestu wolności i sprawiedliwości. Dziś przywodzą mi na myśl zwykłe ludzkie codzienne relacje. Nasze poranki i wieczory, domowe i przyjacielskie układy, zmagania z samym sobą i z własnymi słabościami. 

Kiedy stajemy się ludźmi “z bagażem życiowych doświadczeń” (żeby nie podliczać nikomu wieku) 🙂 zaczynamy rozumieć ogrom dziejących się spraw wokół nas zupełnie inaczej niż przed laty. Widzimy zdarzenia z dystansu, spokojniej, doceniamy relacje, które nas łączą z drugim człowiekiem.  Nauczyliśmy się już odróżniać, co warto pielęgnować i jak tolerować wady innych i własne, by ochronić to, co istotniejsze niż duma, upór i własne widzenie świata. A jednocześnie, nauczyliśmy się, że mamy prawo do ochrony własnego “terytorium”, do nienaruszalnego własnego JA. Nikt już nie powinien mnie zmieniać, zmuszać i nakłaniać na swoje “podobieństwo”.  Jesteśmy jacy jesteśmy.  Zbudowaliśmy rodziny, wychowaliśmy swoje dzieci, pracowaliśmy na to długie lata. Mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jesteśmy “ludźmi dobrej woli”. 

Z piosenki Niemena: “ Lecz ludzi dobrej woli jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim..”

Nikt nie jest idealny. Ale mamy dobrą wolę. Nie ma ludzi dogłębnie złych. Są tylko tacy, co zagubili się. Złościmy się , wprowadzamy w swojej głowie stan chaosu, patrzymy na świat tylko z własnej perspektywy i wtedy często zapominamy o innych. Myślimy tylko o sobie. Zawężamy swój punkt widzenia w imię egoizmu i rozmyślamy coraz głębiej o sobie brnąc w jedną stronę..  Szukamy winnego, szukamy coraz więcej argumentów bardzo jednostronnych. I tak naprawdę ranimy siebie, bo taki sposób czucia i rozpamiętywania boli przede wszystkim NAS samych. I już nagle – świat odczuć i rozmyślań zamknął się tylko w naszej własnej głowie! Cierpimy. Boli nas. Nie rozmawiamy z nikim, nawet z samym sobą . Gubimy się. Tracimy “dobrą wolę”. Tracimy ją nie tylko wobec innych ludzi ale i dla siebie.. 

“Ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem” śpiewał Niemen. Słowa ranią i niestety wszyscy wiemy, że najbardziej i najczęściej ranimy tych, których kochamy najmocniej.  Bo zależy nam na nich najbardziej i nie potrafimy tego inaczej okazać. Błąd, który wszyscy popełniamy. Wszyscy i mówię tu też o sobie. Trudno jest spojrzeć z dystansem i powiedzieć: porozmawiajmy, nie rańmy się więcej, jesteśmy dla siebie ważni. Musimy spojrzeć na siebie z różnych stron, z każdej możliwej perspektywy.  Rozmowa to coś, co odróżnia człowieka od świata zwierząt czy roślin. Dialog to jedyny rozsądny sposób, by pokonać bariery nieporozumień i nienawiści. Zazdrości i naszej ludzkiej „inności”. Dialog uczciwy – to dobre słowo, uśmiech, zwyczajny uścisk ręki.

Ja przecież wiem, to nie jest łatwe! Każdy człowiek jest INNY. Nasze myśli i uczucia pracują inaczej. Żeby się spotkały, musi być w nas ogromnie dużo DOBREJ WOLI! Tej z piosenki i tej życiowej.  Tej, którą zdobyliśmy już w naszych doświadczeniach przechodząc w życiu przez wiele trudnych chwil. Każdy wie, że “co nas nie zabije to nas wzmocni”. Mamy już to za sobą. 

Moje życie emocjonalnie nie było łatwe.  Należę do osób wybuchowych, nerwowych i pewnie czasami nabuzowanych gorącymi trudnymi emocjami . To cechy, które ujawniają się na zewnątrz i dla otoczenia rodzinnego czy przyjaciół są łatwo zauważalne i… niełatwo przyswajalne.  Wiem o tym doskonale. Ale tak naprawdę nigdy nikomu nie życzyłam źle, nigdy nie miałam w sobie uczuć prymitywnej zazdrości, potrafiłam bardzo dużo poświęcić dla rodziny, wnuków i innych ludzi.  Praca dla innych zawsze sprawiała mi radość i często w moim życiu zdarzały się chwile, że moje działania przerastały moje własne potrzeby. 

Z dawnej perspektywy – nie zawsze to było przez innych zauważane czy doceniane. Dziś już mi to nie przeszkadza.  Dziś wiem, że to normalne. Ludzie widzą to, co potrzebują widzieć. Pewnie i ja tak kiedyś to widziałam. Myślimy dużo, wyobrażamy sobie jeszcze więcej, nakręcamy sobie w głowie różne obrazy ale… rozmawiać z drugim człowiekiem nie potrafimy.  Rozmawiamy o innym człowieku, ale nie z tym WŁAŚCIWYM Człowiekiem.

Strach? Brak słów? Trudności w formułowaniu własnych myśli, uczuć? Czasem udowodnienie sobie własnej siły wobec drugiej osoby. „Leczenie” własnych kompleksów… Pewnie wszystko po trochu. Człowiek to skomplikowana machina. Mózg i uczucia nie zawsze umieją współpracować. Rozsądek bywa czasem na zupełnie innej planecie niż nasze prawdziwe uczucia. 

Uważamy się za “normalnych” ludzi. Ale tak naprawdę co to znaczy “normalny”? Czy człowiek, który wstępuje do klasztoru i przez całe życie każdy jego dzień jest zupełnie inny niż nasz, jest NIE-normalny? Czy ktoś kto zostawia swoją rodzinę, wyjeżdża do dalekiego, nieznanego mu kraju, postanawia żyć i pomagać ludziom, którzy są dla niego pozornie obcy a potem to oni stają się ważniejsi od jego własnej matki czy siostry, jest także NIE-normalny?  Albo ktoś kto podejmuje decyzję wspinania się na najwyższe szczyty Świata mimo, że wie iż niesie to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niego i może ból i tragedię dla najbliższych. A jednak nie rezygnuje ze swoich planów…

Jak zrozumieć ludzi innych od nas? Jak znaleźć w sobie siłę dla tolerancji i zrozumienia?  Tak, świat jest dziwny. Ludzie są dziwni, bo są różni. I w tym tkwi piękno i bogactwo człowieczeństwa. Człowieka wielkiego, który dokonuje nieprzewidzianych odkryć, nieprzeciętnych dokonań dla ludzkości,ma odwagę polecieć na Księżyc, czy po prostu Człowieka  zwykłego, takiego jak każdy z pośród nas.  Pan Bóg, Los czy jakkolwiek to nazwiemy, wyznaczył nam do przejścia kawałek drogi na tej Ziemi. 

I dobrą wolę. I umiejętność wyboru. I mózg i serce. Jaki zrobimy z tego użytek – zależy całkowicie od nas. 

Cudowna nasza noblistka Wisława Szymborska pisała w swym wierszu  “Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach” :

..”Twarze.
Miliardy twarzy na powierzchni świata.
Podobno każda inna
od tych, co były i będą.
Ale Natura – bo kto ją tam wie –
może zmęczona bezustanną pracą
powtarza swoje dawniejsze pomysły
i nakłada nam twarze
kiedyś już noszone.”


Trochę ironicznie, z przymrużeniem oka, ale jakże sensownie.. Jesteśmy tacy sami. Jak ci co już minęli, jak ci co przyjdą długo po nas. Każdy inny a jednak podobny. Mijają wieki, świat zmienia swój wizerunek, zmieniają się wizje, priorytety, marzenia, ale człowiek pozostaje taki sam. Potrzebuje zawsze ciepła drugiego człowieka, miłości, przyjaźni, poczucia bezpieczeństwa i wiary, że ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie dzięki nim.


BACK