Niby nic, a tak to się zaczęło :) czyli koniec raczkowania!

02/6/2022

Nie, to nie był mój pomysł!  To nie była iskra jednej chwili!  To nie nagłe olśnienie ani przypływ zachcianki. Oczywiście czytałam różne blogi, wiedziałam, że piszą je młodzi, sprawni w słowie, w pomysłach ludzie. Często są to blogi tematyczne, mające jakiś od początku przewidziany cel i to mnie bardzo fascynowało.  Nic takiego nie widziałam dla siebie ani przed sobą. Broniłam się mocno. Zwłaszcza, że i komputerowo za bardzo sprawna nie byłam (gadam jakbym teraz była..) 

Znaczek małgośkam – czyli LOGO mojego blogu

Przyznaję, gdzieś głęboko w duszy czy z zakamarkach głowy marzyło mi się napisanie książki, choćby jednej w życiu. Ale im więcej czytałam im więcej myślałam tym bardziej nabierałam przekonania, że dobrej książki to ja nigdy nie napiszę.. Takie to były czasy, że wszyscy mieliśmy więcej kompleksów niż dobrych myśli o sobie, rzadko wierzyliśmy w swoje możliwości. Mało kiedy ktoś nas chwalił, raczej na początku dziennym było krytykowanie, karcenie za każdy nawet mały błąd. W domu byliśmy chowani bez zbędnych pochwał, w szkole nauczyciele straszyli a uczeń z zasady miał się bać. 

  I tak sobie “podpisywałam” w różnych momentach ważnych i mniej ważnych życia jakieś artykuły, opowiastki, listy, zwierzenia, bo mi to lepiej wychodziło niż rozmowy. Potem był teatr, zaczęłam robić adaptacje, wstępy do programów, kolejnych spektakli – jednym słowem coś tam skrobałam, ale trudno to nazwać pisaniem a co dopiero literackim.  

Mój Anioł stróż i ja 🙂

Właściwie to wszystko, co przydarzyło mi się w ostatnim roku – mogę przypisać Ani. Mój “Anioł stróż” od dawna, na długo zanim stałam się emerytką (no, taką trochę nie do końca) 🙂 namawiała mnie na pisanie blogu. Anioł stróż namawiał, szeptał do ucha, żartował, sugerował, pokazywał, dociskał i kusił jak nie Ania-Anioł a najlepszy “diabeł- kusiciel”. Mój Anioł miał jeszcze ten silny argument, że obiecał mi pomóc i zająć się oprawą komputerową i zdjęciową i to wtedy Anioł i kusiciel w jednym wcieleniu przekonał mnie, bym spróbowała. 

Moja pierwsza strona blogu. Dziś już mam drugą wersję.

Odwagi nabrałam, gdy usiadłyśmy obie przy komputerze na kilka dni, zatopiłyśmy się w studiowaniu możliwości jakie daje WordPress, by założyć własny blog. Ja – oczywiście głównie w roli asystentki, nieśmiało zgłaszającej co bym chciała, co mi się podoba, a Ania  z wrodzoną pasją i niesamowitą energią i zaparciem – zmieniając, dobierając, łącząc, koloryzując, dokonując jak dla mnie CUDÓW komputerowych. Ja tylko nieśmiało dopisywałam tu i ówdzie tekst, powoli poznawałam zasady nowego programu i tak z dnia na dzień posuwaliśmy się – najpierw razem, potem już osobno po moim nowym raczkującym bardzo nieumiejętnie blogu. 

Nie miałam pojęcia czego naprawdę chcę. Wiedziałam, że idę na żywioł i że każdy nowy dzień pokaże mi co z tego wyjdzie. Ba, wcale nie byłam pewna czy coś z tego wyniknie. Jedyne co miałam w planie to zamysł, że jeden z działów tego blogu ma być poświęcony Teatrowi Polskiemu w Houston, który kiedyś prowadziłam przez 20 lat. Chciałam ocalić od zapomnienia ten kawałek polskiej kultury i historii, przypomnieć aktorom, przyjaciołom wszystkie te piękne wspólne chwile. Od lat było to moim marzeniem, od lat przymierzałam się do tego projektu. Może więc to także był jeden z powodów powstania tego blogu?  

Ale to nie jest tylko blog teatralny. To MÓJ blog. Od początku Ania mi powtarzała: blog jest twój, możesz pisać co chcesz i jak chcesz! 

Założyłam więc, że blog piszę, by mieć poczucie wolności, nie przejmować się żadnymi ograniczeniami, wypowiadać swoje myśli tak jak siedzą w mojej głowie. Blog jest dostępny dla publiczności, ale może się zdarzyć, że nikt moich tekstów nie będzie czytać. Piszę go więc tak, jakbym pisała tylko dla siebie, do siebie. To było i nadal jest moim podstawowym założeniem. Nie przeczę, że doznałam bardzo miłego uczucia, gdy dowiedziałam się, że jednak mam pierwszego, drugiego czytelnika.. 

Ale ludzie czytają blog różnie – jedni (rzadko, ale są i tacy!) regularnie, inni od czasu do czasu. Jeszcze inni przypadkowo natykają się na coś, co ich tematycznie zaciekawi, albo dlatego, że jest coś we wpisie o nich, o ich dzieciach, o wydarzeniach z dawnych lat, które w nich samych wywołują własne wspomnienia. Jestem szczęśliwa, gdy zdarzają się komentarze, w których ktoś zwraca uwagę na elementy, które go poruszyły, bo są nie tylko moje, ale także jego. Jakieś okruszki wspomnień, skoki pamięci otwierające ich własne życiowe zdarzenia. Inni przypominają mi nasze wspólne przeżycia, uzupełniają moje dziury w pamięci, łączymy się przez chwilę w zdarzeniach sprzed 40 czy 50 lat. Wszystko to dla mnie jest bezcenne, niesamowite. Mój świat, moje życie wypełnia się po raz kolejny. 

To nic, że czasem wybieram sobie temat i moja droga wiedzie do A do wyznaczonego punktu Z, a po drodze nagle znajduję się na bezdrożach wcale niezaplanowanych. Na bocznych dróżkach i małych ścieżkach i jestem zupełnie gdzie indziej niż miałam się znaleźć. Jak w życiu. Nie zawsze jest prosto do celu. Czasem krążymy, spotykamy ciekawych ludzi, zdarzają się niezaplanowane przygody. 

Blog żyje podobnie. Mój blog to życie. Moje życie pierwsze, drugie, trzecie.. Moje długie – różne życia. To moje dzieciństwo, dom rodzinny, Kraków i Polska. To dorosłość w Sosnowcu, przyjaźnie z tamtych lat, te które minęły i te które przetrwały do dzisiaj. Nasza samodzielność solidarnościowych czasów i nasze małe dzieci. Mój świat, to nowe życie Houston i dziesiątki podróży po całym świecie.  Moi przyjaciele, którzy tutaj są dla mnie jak najbliższa rodzina. Dziesiątki setki wydarzeń i myśli, które zapełniają MÓJ blog, bo życzyłabym każdemu człowiekowi tak ciepłego i intensywnego życia jak moje. 

Nie powiem, że tylko łatwego. Nie. Każdy ma “swój krzyżyk”.  Nikt nam nie obiecywał, że będzie łatwo. O tym też mówię, nie używam “nadmiaru lukru”.

Jest luty. Za kilka dni będzie połowa miesiąca. 13-go lutego 2021 r trzęsącą się ręką kliknęłam niebieski prostokącik z napisem “Publish” i włożyłam na swój blog pierwszy własny wpis pt.“ Puste ściany.. Zadzwonię”. I tak to się zaczęło.

Czym jest dla mnie blog?  Przede wszystkim czymś, co bardzo lubię! Na początku pisząc każdy nowy tekst byłam bardzo zestresowana. Podenerwowana, z dreszczykiem emocji, czytałam go milion razy. Zmieniałam słowa, przestawiałam, szukałam zdjęć, bałam się, że niepotrzebnie coś nacisnę i wszystko gdzieś w przestrzeni wyparuje (tak też się zdarzyło :). Wtedy był wielki i głośny krzyk o pomoc do mojego Anioła stróża, który zawsze jakoś wyciągał mnie z opresji. Gdy już byłam w dołku rozpaczy ona mówiła: to nic, to tylko..  I tak powoli uspokoiłam się, przyzwyczaiłam się do swojego nowego dziecka. Bo to właśnie tak działało. Jak z pierwszym dzieckiem, gdy przyniesiesz je ze szpitala. Drżysz, zaglądasz co minutę czy wszystko jest w porządku, czy powinnaś coś poprawić. A potem powoli przyzwyczajasz się do zmian, jakie zaszły w twoim życiu i idzie ci coraz lepiej. 

Kolejne teksty pisałam łatwiej i szybciej, mniej się z nimi “cackałam”, łatwiej wyskakiwały ze mnie myśli i słowa. Cieszyły mnie i bawiły.  Właśnie! Gdy poczułam, że pisanie mnie bawi i sprawia mi przyjemność wiedziałam już, że chcę to robić. 

Nigdy nie myślałam o moim blogu, jako narzędziu zarabiania jakichkolwiek pieniędzy.  Nie taki był mój zamysł, ani nie takie przeznaczenie blogu. To raczej rodzaj terapii dla starszej pani, ćwiczenie dla mózgu i pamięci, uświadomienie samej sobie zmian, jakie zaszły i zachodzą we mnie. Czasem – nawiązanie niespodziewanych kontaktów z ludźmi, których odnalazłam dzięki wspomnieniom blogowym. No i.. cicha nadzieja, że kiedyś pozostanie po mnie coś dla moich najbliższych. Może zdarzy się, że ktoś trafi na moje opowieści, myśli i wspomni jakąś naszą wspólną chwilkę, gdy mnie już dawno nie będzie.. 

Może przecież tak się zdarzyć. 

Nie jestem specjalną entuzjastką statystyki, bo wiem, że to tylko suche liczby i nigdy dają prawdziwego obrazu “z duszą”. To tylko twarde fakty, numerki, często z jakiegoś powodu podwojone czy nawet jeszcze bardziej zwielokrotnione. Ale WordPress prowadzi statystyki i to wielowariantowe i kiedy kilka dni temu zaczęłam się im przyglądać, to niektóre podsumowania mnie zadziwiły. Miło jest zobaczyć, że (oprócz tego, co właśnie sobie tutaj dopisuję): 

> Od początku napisałam ponad 108 tysięcy słów, odwiedziło mnie blisko 1000 spoglądających na moje wpisy (nie powiem czytających, bo pewnie niektórzy uznali, że za długie, albo to nie temat dla nich, albo spojrzeli tylko na zdjęcia…) 

> Mój blog został w różny sposób i z różnych powodów, czy to z ciekawości i chęci przeczytania któregoś tekstu, czy po prostu przeze mnie, by go sprawdzić czy uzupełnić – otwarty ponad 8800 razy.    

Pisze się! 🙂

> 37 osób zostawiło pod tekstami swoje komentarze, wliczając w to moje odpowiedzi, natomiast, niestety nie ma tu wielu komentarzy, które dostałam  wielokrotnie w koleżeńskich sms-ach czy e-mailach. Wszystkie są dla mnie jednakowo cenne i miłe. Zarówno te chwalące jak i te krytyczne. Te dopełniające moje opowieści i wspomnienia czy dodające inne, kojarzące się moim czytelnikom z danym tematem. Nie mam pojęcia czy to dużo, czy to nic nie znaczące liczby. Wiem, że są blogi, które otwierają się setki razy dziennie i mają tłumy czytelników i jeszcze większe rzesze fanów.

> Mam siedmiu tzn. “followers” czyli takich zaprzyjaźnionych z moim blogiem, co zapisali się, by dostawać moje wpisy e-mailowo, zaraz po ich opublikowaniu.  Najwierniejszymi czytelnikami są Ania (wciąż jest moim Aniołem stróżem, która pierwsza czyta i sprawdza, zanim wydam “głos” publicznie – taka to już nasza tradycja 🙂 i mój mąż, który prawie zawsze dołącza potem swój komentarz. To bardzo miłe. 

 Mój blog jest malutki cichutki, no i ma dopiero “roczek”. Dzisiejszy wpis ma numer 60-ty! czyli zakładając, że rok ma 52 tygodnie, każdego tygodnia- średnio – napisałam (a raczej „opublikowałam”) 1,15 wpisu. Oczywiście nie jestem aż tak regularną „blogerką” – jak już mówiłam bawią mnie statystyki, więc i ta informacja jest kolejnym klockiem mojej zabawki.

Nie mam ambicji wypłynięcia na głębokie wody, zresztą zawsze lubiłam zaciszne spokojne zatoczki.  Byle było słonecznie, przyjaźnie i ciepło. Tak mi jest dobrze. Nie oczekuję już żadnego szaleństwa…


BACK

Każdy ma w życiu “Apetyt na czereśnie”! czyli kolejna przypominajka teatralna

02/01/2021

Początek kwietnia 2005 roku był smutnym czasem dla Polaków. Drugiego kwietnia zmarł Papież Jan Paweł II, nasz rodak Karol Wojtyła. Choć wszyscy wiedzieliśmy, że jest bardzo chory, jego śmierć była dla nas wszystkich ciosem i pogrążyła Polaków na całym świecie  we wspólnym smutku.

Tytułowa strona programu „Apetyt na czereśnie” autorstwa Halinki D.

Przedstawienie Teatru Ogniska Polskiego, nad którym pracowaliśmy przez długie miesiące od dawna zapowiadane było na 9 kwietnia. Wszystko przygotowane niemal na “ostatni guzik”. Śmierć i uroczystości pogrzebowe, które odbyły się 8 kwietnia, atmosfera żałoby nie sprzyjały wystawieniu przedstawienia.

Co robić? Wiele osób stanowczo doradzało nam przesunięcie terminu premiery. Ale w naszych warunkach nie było to łatwe… Wynajęcie sali w St. Thomas University, jednorazowe pożyczenie wielu rekwizytów, przewiezienie ich, zorganizowanie tysiąca drobiazgów… Każdy element organizacyjny wymagał połączeń, powiązań, o jakich zwykły widz nie ma najmniejszego pojęcia, a pieniędzy przecież nie mieliśmy zbyt dużo i każda zmiana to dodatkowe koszty. Wszystko to nie ułatwiało decyzji odroczenia spektaklu.

CD z nagraniem 15-minutowego dodatku specjalnego „Jana Pawła II Żałobny Rapsod”

I wtedy – wpadłam na pomysł, że zrobimy coś, czym my Polacy w Houston dołożymy „cegiełkę” i uhonorujemy pamięć naszego Papieża. W ciągu kilku dni nasz fenomenalny zespół zebrał się i zmontowaliśmy krótki 15-minutowy program opracowany na podstawie tekstów Jana Pawła z dodatkiem muzyki i pieśni, w atmosferze blasku świec, nastroju przemyśleń, wspomnień i jednoczenia się z rodakami w tym ważnym momencie.  Nasz “Jana Pawła II pamięci Żałobny Rapsod” był pięknym lirycznym i wzruszającym dodatkiem na początku naszego przedstawienia. Dzięki temu zamiast przenosić spektakl na inny termin, zadedykowaliśmy go Papieżowi od naszej polskiej młodzieży i dołączyliśmy się teatralnym wspomnieniem do narodowej żałoby. Pamiętamy przecież, że Karol Wojtyła był także w swoim bogatym życiu poetą, aktorem teatru w Wadowicach.

Jestem dumna, że w ciągu czterech dni zrobiliśmy ten program, zamontowaliśmy teksty, muzykę, zmobilizowaliśmy się do dodatkowej pracy.

Wszyscy byliśmy w wyjątkowym nastroju, wszyscy czuliśmy mocno i głęboko to samo.  Choć nagranie tego dodatku nie jest najlepsze, wręcz powiedziałabym kiepskie, bo scena przez cały czas pozostawała tylko w oświetleniu świec, to jednak dźwięk muzyki i atmosfera oddaje nastrój tych ważnych dla nas wszystkich, 15 minut.

A później – kolejny raz zespół Teatru Ogniska Polskiego wrócił do repertuaru inspirowanego twórczością mojej ulubionej Agnieszki Osieckiej. Zaprezentowaliśmy adaptację sztuki  pt. “Apetyt na czereśnie” która oryginalnie po raz pierwszy pojawiła się na scenie warszawskiego Teatru Ateneum 13 czerwca 1968 r. Ja oglądnęłam tę sztukę w Sopocie, na małej scenie Teatru Wybrzeże w 1969 roku i od razu zakochałam się w niej  podobnie jak w “Jabłoniach” Osieckiej.

„Czereśniowa” obsada

Bohaterami sztuki są On i Ona – „mężczyzna z przeszłością” i „kobieta po przejściach”, którzy spotykają się w przedziale pociągu jadącego na trasie  z Warszawy do Szczytna. Szybko okazuje się, że oboje właśnie rozwiedli się i w trakcie swej podróży odsłaniają widzom swoje trochę nieudane, trochę nudne życia małżeńskie.  Jest w nich rozczarowanie, smutek, gorycz, ale także wzloty i dobre wspomnienia, które jednak nie rozpaliły dawnych uczuć dwojga bliskich osób.

Nasi sponsorzy – dzięki ich pomocy wiele spraw organizacyjnych było łatwiejszych

Mając tak duży i  energiczny zespół młodych ludzi, a także grupę nieco starszych aktorów, którzy kilka lat dołączyli do nas, postanowiłyśmy razem z moją nieocenioną asystentką Beatką urozmaicić wszystkie wspomnienia i opowieści z małżeńskich minionych lat scenkami, które rozgrywają się jakby “obok” pędzącego pociągu – na peronie. “Wyświetlał się” więc film życia małżeńskiego, przeszłych wydarzeń, które doprowadziły do nieszczęsnego rozwodu. Bowiem w końcowej scenie spektaklu dowiadujemy się, że właśnie tych dwoje podróżujących wspólnie w jednym przedziale, to nie przypadek. To małżeństwo, powracające świeżo po rozwodzie i podejmujące swoistą “grę”. W taki właśnie sposób analizują dlaczego do tego rozwodu doszło.

Głowni bohaterowie-Natalia K i Mariusz Z.

Każda żywa scenka, to gra innych aktorów, którzy wcielają się w rolę Zosi i Marka, bo tak mają na imię nasi bohaterowie. A tak naprawdę zagrali te główne role Natalia K. i Mariusz Z.

O Natalii pisałam już wiele we wcześniejszych teatralnych wspomnieniach  i publiczność miała okazję ją poznać na scenie w kilku poprzednich rolach. Mariusz to nasze odkrycie.  Debiut czereśniowy! I od razu w głównej roli!  Nie pamiętam jak to się stało, że do nas przyszedł. Po prostu – zjawił się, uśmiechnął, oczarował (zwłaszcza dziewczyny ale nie tylko) 🙂 i został  z nami na długo. Był tak “zwyczajny” – bez problemu dostosowywał się do każdego terminu próby, każdej godziny, nie obrażał się na czasem ostre uwagi, ćwiczył miliony razy to samo, a muszę powiedzieć, że nie szło mu łatwo. Był zawsze na czas, “za pazuchą” jak trzeba było podnieść nastrój, znajdował butelkę winka, mógł czekać do późnej nocy aż Wacek wróci z zajęć wieczornych na Rice University, by z nim przećwiczyć ich wspólne scenki. Był zawsze niezawodny, niezniszczalny i dotrwał z nami do końca naszej działalności. Wtedy jednak w “Czereśniach” zagrał na scenie po raz pierwszy i wcielił się w męża Natalii K. czyli scenicznej Zosi i był to dla niego wielki wyczyn. Z wielkim rozrzewnieniem i łezką w oku jeszcze dziś biję brawo specjalnie dla Mariusza!

Choć w tej sztuce nie tylko on był debiutantem – na scenie po raz pierwszy pojawili się także Michelle G. Filip Sz. (młodszy brat Marcina) i Marek M.

Pierwotnie Osiecka zakładała, że dwie osoby na scenie pokażą widzowi nieprawdopodobne mistrzostwo gry aktorskiej i zmienią swą osobowość kilkanaście razy wcielając się a to w “kurę domową”,  a to kobietą wyzwoloną na wczasach i poszukującą niewinnego flirtu z młodym przystojnym mężczyzną, a to w kobietę marzącą o życiu w wielkim lepszym świecie.. Podobnie mężczyzna rozczarowany swym małżeństwem i nieudaną karierą przemienia swą osobowość i staje się wielokrotnie kimś zupełnie innym. My, w pewnym sensie ułatwiliśmy to naszym bohaterom, tworząc ich “sobowtóry”, dzięki temu powstało przedstawienie dynamiczne, w którym grał 22-osobowy zespół. Uzyskaliśmy zmienny, efektowny i kolorowy przegląd życia małżonków. Jeśli dodam,  że trzymając się konwencji Osieckiej włączyliśmy oczywiście jej piosenki tak dobrze komponujące się z poszczególnymi scenkami – wyszło całkiem niezłe przedstawienie. Pełne zmiennych emocji, lirycznych nastrojów, ale i śmiechu, zabawy, co wyraźnie słychać w spontanicznych reakcjach naszych widzów.

Scena znana nam dobrze z kilku poprzednich spektakli, tym razem w centrum ściany zajmuje wielka stara parowa lokomotywa – kolejne dzieło Donka M. (męża Beatki). Rozpędzona lokomotywa sprytnie połączona była z torami „wpadającymi” już na peron z dużym staroświeckim zegarem, które znajdowały się na scenie i dzieliły ją na dwie części.

Jeśli dodamy do tego często dźwięki parowej lokomotywy, zapowiedzi na stacji kolejowej, szum pary niemal jak w Tuwimowskim wierszu „Lokomotywa”, gwizdy i okrzyki znane nam z dawnych lat, mamy pełny obraz i atmosferę zwykłej stacji kolejowej lat 60-tych czy 70-tych w Polsce. Całość dekoracji to wspólne dzieło Donka M. oraz ojca i syna –  Marka M. i Adasia M. Po lewej stronie sceny ustawiliśmy pożyczone i przywiezione dwie  ławki pokryte czerwonym skajem do złudzenia przypominające siedzenia w pociągach pierwszej klasy  lat 70-tych. Pamiętam, że Beatka pracowała wtedy w Nalco i wyczaiła je gdzieś w magazynie i tylko sobie znanym sposobem pożyczyła je dla nas na ten wieczór. To była wielka frajda!  Dodatkowo znalazła drewnianą ławkę na peron. Po prawej stronie mieliśmy dekorację zmieniającą się w zależności rozgrywającej się scenki “życiowej” głównych bohaterów.

Jak zawsze – wszystko było proste, sensowne, przemyślane przez Beatkę do ostatniego szczegółu. Łatwo i szybko wymienialne, uproszczone ale wymowne. W takich sprawach byłyśmy zgodne i ufałam jej tak jak ona ufała mi w sprawach reżyserskich i tekstowych. Byłyśmy super zgodnym “teatralnym małżeństwem” i .. w naszym przypadku o rozwodzie nie było mowy! 🙂

Jak zawsze, gdy po tylu latach wracam do oglądania starych DVD  (tak, to już 17 lat minęło!)  mam niepohamowaną ochotę przypomnieć wam całą sztukę, ale wiem, że to niemożliwe. Jakość materiału, którym dysponuję jest bardzo słaba, niektóre fragmenty nie są pełne. Muszę wybrać, muszę pomóc tym, którzy dziś zechcą sobie tamten dzień przypomnieć i tym którzy po raz pierwszy popatrzą na te migawki. Muszę pokazać małe skrawki gry aktorskiej wszystkich 22 aktorów, piosenek, atmosferę tego wieczoru tak, by was zachwyciły jak kiedyś nas – widzów i twórców przedstawienia.  A więc… przeżyjmy to jeszcze raz!

W nastrój zbliżającej się podróży wprowadza nas liryczny wiersz Ewy M. i piosenka Beatki M.

A za chwilę dowiadujemy się jak Marek wyszedł z domu i odszedł od żony.

W tej krótkiej  scence w postać Marka wcielił się Andrzej W. ukazując jak odejście od żony (tu: Ewa M.) wydaje się łatwe i pełne nadziei na nowe lepsze życie.. 

Trubadur i Księżniczka

A jak się poznali? Banalnie – studia, karnawałowa zabawa kostiumowa, on trubadur, ona – księżniczka. Czyż może być coś bardziej sprzyjającego, by rozwinął się młodzieńczy romans?  Powoli rozpoczyna się fascynująca rozmowa wagonowa… W roli trubadura i księżniczki wcielili się Jędrek W. i Monika W.  

Jak w każdej romantycznej historii zakochanych, młodzi pobrali się z wielką nadzieją na długie i szczęśliwe życie. Ona „była taka ładna” jak wspomina z rozmarzeniem nasz bohater, (wiersz liryczny zaprezentowany przez Kasię L. która wpadła do nas na gościnny występ pomiędzy zajęciami na specjalizacji z dentystyki dziecięcej a karmieniem własnego kilkumiesięcznego synka) 🙂

Aż pewnego razu wakacyjna swoboda wbiła drzazgę zazdrości w serce męża. Letnią i bardzo wesołą wakacyjną scenkę odegrali Ewa K. i kolejny debiutant w naszym teatrze Filip Sz.

I co facet robi kiedy zaczyna być zazdrosny? Najczęściej idzie do baru. Nawet jeśli to jest małe miasteczko to jakiś bar zawsze się znajdzie. A jeśli bar, to i inna kobieta i kieliszek wódki. Opowieść o kłopotach sercowych płynie na scenie dalej. Tym razem mężczyzna poszukuje lepszego kobiecego towarzystwa na ziemi. Czy mu się to udaje?  Niezupełnie. Wersja komediowa jego nieudolnych prób poprawienia sobie nastroju rozbawiła widzów znakomicie. W scence barowej: Ewa T. i Wacek M.

Coraz trudniej naszym bohaterom porozumieć się, coraz trudniej opowiedzieć im swoje wzajemne uczucia. Ale gra toczy się dalej. Zadają sobie pytania i szukają szczerych odpowiedzi. Bo przecież nawet gdy drogi dwojga ludzi rozchodzą się, to z obu stron nie brakuje prób naprawiania małżeństwa. Świat męsko-damski Osieckiej jest jednak skomplikowany i wyraźnie potwierdza słynne porzekadło, że “mężczyźni są z Marsa a kobiety z Wenus” i trudno się im porozumieć.

Na szczęście tego wieczoru w naszym teatrze problem małżeński miał “lekki, łatwy i przyjemny” wymiar.  Tym razem Marek opowiada o tym jak znalazł swoją żonę w leśniczówce i próbował ją nakłonić, by wyjechała z nim do… Nidy Rucińskiej! Zośka, która marzy o wielkim mieście, o życiu pełnym gwaru, świateł miejskich, ludzi wokół, kawiarni – ma wyjechać z mężem do małego miasteczka, gdzie Marek dostał nową pracę…Marzenia o różowym kapeluszu przebijają początkowy entuzjazm i radość z powrotu Marka..  Ale nie uprzedzajmy faktów. Piosenka, w wykonaniu rodzeństwa Kasi K. i Jasia K. “Jedyne co mamy”, która kończy tę scenkę dopełnia obrazu dwóch różnych światów małżonków.   

Przypomnijmy  fragmenty  scenek w leśniczówce zagranych znakomicie przez Emilkę S. i Jacka M.

s

Marek zamienia się rolami z Zosią. Teraz on zadaje pytania licząc na uczciwe i szczere odpowiedzi kobiety, która pojechała z kolejnym nowo poznanym mężczyzną do… Mławy. Cóż, marzenia o wielkim mieście, różowym kapeluszu, a nawet dwóch niebieskich, o miejskim życiu pełnym niespodzianek, niestety – kolejny raz nie spełniły. Zamiast tego – zwykła codzienność. Banalne rozmowy dwojga ludzi przy wspólnym stole, ale tak naprawdę nie mające ze sobą nic wspólnego. Brak porozumienia, rodzinnego ciepła, brak marzeń, brak sensu. Tylko wspólne posiłki, które tak naprawdę też nie są wspólne.. 

Absurd małżeńskiej codzienności świetnie oddany w scence  odegranej przez Edytę W. i Marka M. – po raz pierwszy na naszej scenie w roli aktora.    

Każdy z opowiadających swoje małżeńskie wspomnienia nie jest szczęśliwy. Każda z postaci miała swe trudne chwile i coraz częściej rozumiała, że życie to nie bajka, to nie łatwa realizacja dawnych marzeń. “Mój intymny świat” – liryczno-muzyczna wypowiedź,  którą w imieniu naszej głównej bohaterki, pięknie i bardzo kobieco opowiedziała Monika W. oddaje  marzenia i nastroje każdej kobiety.  

Znów zdarzył się dzień, kiedy na drodze pojawiła się szansa na szczęście. Prawdziwy mężczyzna w jaguarze! Uppss. – przepraszam to był opel! Ale historia pierwszego spotkania niezależnie od marki samochodu jest równie fascynująca! W scence na szosie z szalonym kierowcą oglądaliśmy Monikę W. i Wacka M.

 Niestety, życie znów pokazało swoje pazurki i zwykła codzienność okazała się monotonią i fiaskiem kobiecych marzeń. Końcowa scena, już po zamieszkaniu z Tomaszem ukazuje nam smutną codzienną  rzeczywistość. 

Powoli pociąg zbliża się do stacji docelowej, nasi bohaterowie także kończą swoje wspomnienia. Mieli ich tak dużo wspólnych i znanych im obojgu, że już widzowie wiedzą, iż to historia ich wspólnego małżeństwa.

Jest jesień. Minęło wiele lat. „Panie, panowie! Co stało się, to się nie odstanie..”  Czy nasi bohaterowie wierzą, że to już koniec ich wspólnego życia?  Trudno zgadnąć. Zakończenie sztuki jest otwarte, bo tak naprawdę to nie jest tylko historia Zosi i Marka. To opowieść o tysiącach podobnych par. Niektórym udaje się przejść kryzys i uratować rodzinę, innym nie. Dla mnie najpiękniejszy jest motyw czerwcowej kiści dojrzałych czereśni, tej która otwiera lato. Przynosi nadzieję. Nawet jeśli tak naprawdę jest już jesień. 

Ile razy w życiu mamy apetyt na czereśnie? Ile razy nie tracimy nadziei i zaczynamy od początku?  Taka liryczną i życiową nadzieję przesyła widzom Agnieszka Osiecka. 

Tak ja, reżyser dokonujący adaptacji po wielu latach od powstania tej sztuki,  odczytałam scenę końcową.

 I choć nasi bohaterowie  rozchodzą się w dwie różne strony sceny, to my zdecydowaliśmy się zakończyć spektakl symboliczną piosenką “Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy” w wykonaniu Jasia i Kasi oraz całego 22-osobowego zespołu i z pomocą całej naszej kochanej publiczności. 

Bo tak naprawdę wierzymy wszyscy, że każdy nowy dzień może przynieść coś dobrego, każdego dnia będziemy znów mieć apetyt na czereśnie! 

Ps.  Drogi Czytelniku! (a może powinnam Cię nazwać widzem?!)  Jeśli wytrzymałeś/aś do tego momentu, to naprawdę jesteś odporny/a na niedogodności starej techniki. Wiem wiem! Jakość naszych filmików jest bardzo kiepska, głos (bez mikrofonów, wspomagania, fachowych kamerzystów.. ) obraz chwilami bardzo ciemny, rozbiegany. Możecie myśleć i mówić co chcecie, a ja i tak jestem ogromnie wdzięczna tym co te filmiki zrobili. Nawet nie wiem kto je nagrywał…  Dziś już tego nie pamiętam, ilu bezimiennych pomocników w naszej 20-letniej akcji “TEATR POLSKI” mieliśmy. To także dzięki nim mogę dziś podarować sobie i wam tyle wspomnień z tamtych dni. Wybaczcie więc niedociągnięcia, popatrzcie na obraz i słowa, na muzykę i zaangażowanie całego zespołu sercem – tak jak ja…
Dziękuję!


BACK

Historyjki o porządkowaniu, wyrzucaniu i zmienności, damską torebką opowiedziane

 01/21/2022

(w DNIU BABCI – Babcie też mają swoje kaprysy 🙂 )

Sama się sobie dziwię, co mi czasem na stare lata do głowy przychodzi. Głupawki jakieś. Przecież to raczej przywilej dzierlatek i młodych szalonych kobiet. 

Nie wiem dlaczego chcę podzielić się takimi wspomnieniami.  Może raczej powinnam je nazwać postrzępionymi  opowiastkami. 

Coraz częściej nachodzi mnie potrzeba porządkowania wokół mnie śmieci. Śmieci życiowych. W każdym możliwym sensie. 

Każdy człowiek, w każdym etapie życia lubi COŚ zbierać. Czasem są to zbiory bardzo przemyślane, sensownie zaplanowane (kiedyś już na ten temat napisałam osobny wpis) a czasem zupełnie przypadkowe rzeczy, które nagle nam się spodobają, zafascynują nas. Niekoniecznie nawet konkretne rzeczy. Bywa, że są to cytaty dla nas ważne, przemyślenia, zdjęcia, artykuły. Cuda! Po latach otwieramy pudło, szufladę, zapomniany kąt w domu, w piwnicy, na strychu i jesteśmy zdumieni, że to nasze!  Nawet nie potrafimy sobie przypomnieć kontekstu, w którym powstał ten pomysł, skąd się wziął i kiedy. A czasem zupełnie odwrotnie – nagłe olśnienie! I niesamowita chwila fantastycznego wspomnienia!  Zapomniana, zagubiona w niepamięci, a przecież ważna. I wtedy odtwarzamy  kawałek życia, który wyciekł nam, umknął, a dzięki przypadkowemu znalezisku odnajdujemy ułamek siebie…

I to są “śmieci” istotne. Ciepłe. Ważne. 

Tyle o zbieraniu, przechowywaniu, zatrzymywaniu i odtwarzaniu po latach w pamięci tego, co już dawno minęło. Każdy tak ma. Mniej czy bardziej, częściej czy rzadziej – jesteśmy ludźmi, a więc mamy ten przywilej od Boga, że myślimy, czujemy, przeżywamy, wracamy do przeszłości i planujemy własne wizje przyszłości. Są ludzie, którzy umieją o sobie i swych uczuciach mówić. Większość z nas, niestety, nie potrafi.  Myśli ulatują szybciej niż się formułują w zdania, wydaje nam się, że druga osoba nie może nas zrozumieć, bo przecież jest “inna”. Tworzy się w nas blokada, która nie pozwala wypowiedzieć tego, co w nas ważne i tak żyjemy nie oczyszczając własnych “śmieci” w głowie – dobrych i tych złych. O ile świat byłby łatwiejszy, ludzie byliby sobie bliżsi, a przyjaźnie, małżeństwa trwałyby tak po prostu. Bez nieporozumień, cichych dni, kłótni, niedomówień. Ach.. idealnie, co? 🙂 

No tak, wciąż jeszcze daleko jestem od mojego dzisiejszego tematu..  Ale to normalne. W głowie błądzi dużo ścieżek i miesza się ze sobą…

Choć jestem osobą mocno wierzącą w siłę jednej solidnie zbudowanej i trzymającej się razem rodziny, to życie pokazało mi wiele przykładów, że nie zawsze tak musi być. Widziałam wiele dowodów, że drugi mąż, trzecia partnerka, czasem “wielopoziomowa” rodzina są szczęśliwsze niż ta pierwsza “na wieki”. Cóż – życie bywa przewrotne, a wyjątki potwierdzają regułę. Starość (uupsss.. chciałam powiedzieć: długie lata życia na tym świecie 🙂 uczą doświadczenia. Dziś wiem, że może być różnie. 

I choć jestem konserwatywna w tym temacie, przyznaję – i mnie zdarza się mieć dosyć i ja miewam mieszane ludzkie uczucia na tę okoliczność: złość, gniew, rozczarowanie, ból, poczucie krzywdy, smutek i dziesiątki innych. Pewnie jak wszyscy inni ludzie wokół.  Na szczęście – umiem poradzić sobie z moimi “śmieciami” w mojej głowie. Za każdym razem wyczyszczam emocje i wracam do równowagi, choć przyznaję, nie jest to wcale łatwe. Może dlatego, że umiem mówić. Do siebie. Dla siebie. I nie tylko. 

Gdybym miała spróbować przełożyć to na język obrazkowy, to powiedziałabym tak: 

Od zawsze lubiłam zmieniać, porządkować rzeczy wokół siebie. Lubiłam zmiany. Odświeżanie! Jeszcze kiedy mieszkałam z rodzicami w małym dwupokojowym mieszkaniu w Krakowie i dzieliłam pokój z bratem, namówiłam kiedyś Mamę na wymianę starych dużych – wydawałoby się nienaruszalnych mebli, na nowe dużo lżejsze i wtedy już nowoczesne. Te, które stały u nas w pokoju były “od zawsze” . Miała je jeszcze Babcia, którą w dzieciństwie ledwie pamiętałam. Szczęśliwie rodzice pozbyli się wielkiego łóżka, ale szafa trzydrzwiowa została (kto takiej nie miał niech podniesie rękę!) i tapczan wielki dwuosobowy. Nie znosiłam tych mebli!  A mój tata był niechętny do jakichkolwiek zmian, jak każdy w tamtych czasach, jak w ogóle i z zasady każdy facet.. Bez względu na czas. 🙂 Kupiłyśmy więc z Mamą “bez zezwolenia” małą zgrabną (tylko dwudrzwiową!) szafę, biblioteczkę, mały stolik, dwa fotele i dwa małe tapczaniki. Rewelacja! I REWOLUCJA na tamte czasy!  Mama miała niezłą przeprawę z Tatą, ale dała sobie radę. Miałam wtedy może 15-16 lat. Potem doszło biurko. Potem Mama rozochociła się i powymieniała coś tam jeszcze. Długo nie posiedziałam w domu rodzinnym, bo wyszłam za mąż i wyjechałam z Krakowa mając 21 lat. 

Przez pierwsze kilka lat mieszkaliśmy  w różnych akademikach, wiadomo jak wyglądał wystrój takiego akademickiego  pokoju. Każdy robił cuda, żeby  choć trochę nadać takiemu miejscu wizerunek prywatności i poczucia “własnego domu”. Choćby na jeden rok. A my nie tylko byliśmy studentami (tzn. ja byłam studentką a Wacek już pracował jako asystent na uniwersytecie) to jeszcze jako małżeństwo naprawdę chcieliśmy mieć posmak przytulnego domu. Tak więc od pierwszego dnia oprócz elementów dekoracyjnych ciągle coś przesuwałam, zmieniałam układ mebli, przestawiałam, dodawałam. Proszę sobie wyobrazić jakie to było wyzwanie w pokoju, który miał kilkanaście metrów kwadratowych!  

Oczywiście mieszkając w akademiku mieliśmy dziesiątki przyjaciół i znajomych, zarówno pracowników – kolegów Wacka jak i studentów. Drzwi się nie zamykały dniem i nocą. Graliśmy godzinami w brydża, piliśmy dobrą! kawę, nie “plujkę” (jako jedyni mieliśmy ekspres do kawy, bo dostaliśmy taki w prezencie ślubnym), paliliśmy papierosy i gadaliśmy o literaturze, nowych książkach, podziemnych wydaniach..  Wszyscy śmiali się i robili zakłady “co dziś będzie zmienione, przesunięte” w naszym pokoju, gdy przyjdą na kolejną kawę..

A potem już było tylko lepiej. W 1977 roku dostaliśmy pierwsze własne mieszkanie i mój żywioł zmian, przemian, ustawiań, kombinowań ogarniał mnie co kilka miesięcy na nowo. Odreagowywałam swoje stresy, potrzebę odczuwania “nowego”, świeżego. Nie mieliśmy wiele. Wszystko było trudne do zdobycia. Ale byliśmy młodzi i chcieliśmy, żeby było ładnie, modnie i nowocześnie. 

Miałam kilka bardzo bliskich przyjaciółek – Teresę, Łucję, Martę. Wszystkie byłyśmy na etapie urządzania nowych mieszkań, lubiłyśmy kupować nowe ciuchy sobie, dzieciom. Byliśmy wszyscy młodzi i choć życie było w sklepach szare, trudne, niedostępne, to my mogłyśmy godzinami  dyskutować, planować, wymieniać koncepcje, co byśmy chciały, co byśmy mogły…  I choć każda z nas była inna, biegałyśmy po sklepach (np. niezapomniany butik naszej koleżanki J 🙂  i kupowałyśmy całkiem jak na tamte czasy nieprzeciętne sukienki.  Czy w słynnej, dobrze  zaopatrzonej “Modzie Polskiej” w Sosnowcu. Wtedy były bardzo modne  eleganckie  kostiumy. Nosiłyśmy je do pracy i na spotkania towarzyskie, a nawet na wieczorne imprezy. W  tamtym czasie miałam ich kilka, były eleganckie, bardzo różne w stylu, świetne odszyte, z podszewką, doskonale wykończone i w różnych kolorach. Ciepłe, na chłodniejsze dni i zupełnie letnie z dobrych jedwabnych materiałów. Prezentowały się doskonale! No i my w nich też. Zresztą, miałyśmy po dwadzieścia kilka lat, doskonale figury i wszystko świetnie na nas pasowało. Szalałyśmy w tym sklepie! Sosnowiec jako “stolica Gierka” był wyjątkowo uprzywilejowanym miastem i zaopatrzenie wielu sklepów było zdecydowanie lepsze niż w innych regionach Polski.  

Do pracy zawsze przychodziłam bardzo elegancko ubrana. I zawsze bardzo różnie!  Bo ubrania też uwielbiałam ciągle zmieniać.  Nie, nie jestem próżna! Zresztą.. Nie wiem jak psycholog specjalista by to określił. Dla mnie próżność to chęć olśniewania innych zewnętrzną powłoką, zwrócenie uwagi na siebie za pomocą wyglądu, posiadania czegoś np. samochodu, markowej torebki, markowych ciuchów. Ja takiego przesłania w sobie nie miałam. Ja zawsze miałam w sobie potrzebę, wręcz konieczność nieustających zmian. Widok tego samego ubrania, pomieszczenia, tej samej scenerii przez długi czas męczy mnie. Mój nastrój często się zmienia. Jednego dnia mam potrzebę na sportowy strój: jeansy, koszulę albo prostą bluzkę, a następnego dnia widzę siebie w bluzce z falbaną. Nie potrafię tego uzasadnić, wyjaśnić dlaczego tak się dzieje. Nie umiem powiedzieć do końca – JAKI jest mój styl?  Wiem czego nie lubię i czego nie założyłabym na siebie. Czego nigdy nie wstawiłabym do mojego pokoju. Ale nie mogłabym powiedzieć, że coś lubię tak bardzo, że tylko TO i to jedno, na zawsze!  Nudzi mnie monotonia. Nudzi mnie jednostajność. Nudzi mnie klasyka, co nie znaczy, że jej nie lubię, bo miewam dni i nastrój na klasyczne “co-nie-co”.

No i teraz, jeśli ktoś czuje się na siłach zdefiniować, co to za dziwny stwór osobowościowy, to niech sobie myśli o mnie co chce. 🙂 

A ja właśnie dotarlam (albo docieram) do sedna mojego pierwotnego zamysłu na ten post. 

Torebki. Patrzę na moją szafę (czy jak to tutaj w Ameryce nazywają, closet) i uważam, że są świetnym przykładem mojej natury zmienności. Natury każdej kobiety! Jak to mówią: pokaż mi swoja torebkę powiem ci kim jesteś. 🙂 

Oczywiście nie pamiętam kiedy pojawiły się torebki w moim życiu jako ważny element codzienności i osobowości. Za to pamiętam, że do szkoły chodziłam z tornistrem, którego nienawidziłam! Były obrzydliwe brązowe, kwadratowe, twarde. Trochę później miałam taki jasno-brązowy z ładniejszego bardziej miękkiego plastiku, który miał udawać skórę. Nie mogę sobie przypomnieć w czym nosiłyśmy książki i zeszyty w liceum, ale plecaki wprowadzono grubo już po ukończeniu szkoły przez moje pokolenie.

Za mojej młodości, w Polsce nie było “markowych” torebek. A jeśli nawet były, to ja nic takiego nie pamiętam. Na pewno nie były dla nas dostępne ani znane. Zresztą podobnie jak i ubrania. Choć o ubraniach i ich twórcach wiedziałyśmy, bo tu i ówdzie udawało nam się od czasu do czasu oglądać katalogi, zdobywać wiadomości. Orientowałyśmy się co było modne, znałyśmy najważniejsze nazwiska twórców mody i trochę jej główne trendy. Ale torebki? Ten temat był zbyt szczegółowy i zbyt głęboki. W Polsce jednak dostępne były ładne wyroby skórzane, w tym torebki, coraz częściej o ciekawych kształtach i nawet zaczynały bywać w różnych kolorach. Jakość tych torebek była bardzo dobra. Cena też niemała.. 

Pamiętam, w Krakowie na ulicy Grodzkiej po prawej stronie, gdy szło się w kierunku Wawelu, był sklep z torebkami. Piękna prawdziwa skóra! W dodatku niektóre kolorowe: bordowe, ciemno-zielone, czarne, brązowe w kilku odcieniach. Nie tylko torebki, ale i torebki-worki o różnych kształtach i wielkościach. Był to czas kiedy już mieszkaliśmy w Sosnowcu (druga połowa lat 70-tych, początek 80-tych). Przyjeżdżaliśmy do Krakowa często  z małymi dziećmi, do rodziców. Szwędaliśmy się po mieście godzinami. Wtedy jakoś odkryłam ten sklep i “zakochałam się” w torebkach.  Miałam torebek – jak to mówią – “od metra i ciut ciut“, ale tamta wystawa urzekła mnie i oczarowywała za każdym kolejnym razem. Zwłaszcza, że wszystko na niej było jak ze snu – niedostępne, bo ceny tych torebek były po prostu zupełnie dla nas nieosiągalne. W tamtym czasie Wacek często jeździł z przyjacielem do Niemiec na wakacyjne zarabianie pieniędzy, bo tak w tamtych czasach większość  z nas ratowała się, by przeżyć jakoś kolejny nadchodzący rok. Po jednym z takich wyjazdów zobaczyłam, że moja przyjaciółka ma ten “mój” wymarzony worek z wymarzonego sklepu. Ojej! Ale mnie ukłuło !! Ale jednak nie kupiłam go, czasy były takie, że torebka nie była najważniejszym zakupem. 

Dziś gdybym go znów zobaczyła, mogłabym się skusić bez oporów, choć tyle pięknych torebek wisi w szafie. 🙂 Ale – może marzenia Niezrealizowane smakują najbardziej?!

Ostatnia torebka która ostała się na moich torebkowych półkach. Prezent świąteczny, który dostałyśmy kilka lat temu od naszego Bossa- dr. Kasi

Nigdy nie zabiegałam o torebki markowe z nazwiskami ważnych twórców. Nawet nie znam wielu, choć były i takie w mojej szafie, które miały naszywki ze znanymi nazwiskami. Kiedyś, dobrych kilka lat temu, moja córka (mój Boss w pracy) jako prezent gwiazdkowy wzięła całą naszą ekipę do firmowego sklepu Michael Kors, który był zamknięty przez dwie godziny tylko dla nas i tam za określoną kwotę mogłyśmy sobie kupić dowolne torebki lub inne firmowe artykuły.

Tak z racji poniekąd przypadku zaczęła się moja przygoda z torebkami z naszywką “Michael Kors”. Kupiłam wtedy jedną dużą zieloną, druga malutką. Później jeszcze kiedyś jasną gołąbkową, aż nagle doszłam do wniosku, że wszystkie są takie.. jednakowe, dość twarde. I w ogóle JUŻ nie chcę takich..  Potem odkryłam torebki – Patricia Nash. Mało kto wie, że Patricia Nash jest rodowitą Houstonką, którą życiowe losy związały z Mediolanem, a teraz od 2010 roku duża część jej kolekcji sprzedawana jest w dużych sieciach sklepów w Houston. Ja osobiście bardzo lubię jej styl.

Torby i torebki Patrici Nash- bardzo różnorodne!

Dobra skóra, mocna solidna, często kolorowa wesoła. Torebki bardzo różnorodne, od dużych nadających się świetnie do  codziennej pełnej napakowanej torby dla kobiety pracującej, po malutkie służące do teatru lub na party. Tych w tej chwili mam najwięcej w swojej kolekcji ale tylko dlatego, bo są to akurat zakupy najpóźniejszych lat. Poza tym moje torebki nie mają żadnych uzasadnionych określeń – mam duże i małe i średnie.

Lubię wszystkie!!

Czarne, brązowe i bardzo kolorowe. Lubię wszystkie.  I słowo daję – nie potrafię określić co i jakie lubię. Zależy na czym dziś moje oko się zatrzyma. Jedno mogę powiedzieć szczerze: moje oko zatrzymuje się już dużo rzadziej niż kiedyś na czymkolwiek!… Także na torebkach. 

W tym roku moje porządki zdecydowanie zmierzają (raczej powinnam tu użyć też czasu przeszłego!) w kierunku usuwania ogromu rzeczy z domu. Moje szafy przerzedziły się o jedną trzecią posiadanych ubrań, torebek, butów itd. Teraz przyszedł czas na meble. Właśnie sprzedaję meble stare, duże, zamieniam na mniejsze, drobniejsze, wygodniejsze. Usuwam powoli to, co wydaje mi się zbędne nie dlatego, że tego nie lubię już, ale dlatego, że nie chcę rzeczy, których od lat NIE używamy, a które może mogą cieszyć innych i służyć innym praktycznie.  

Coraz bardziej przeraża mnie ilość rzeczy, które mamy w domu. I coraz częściej rozumiem, że człowiek nie pozbywa się ich tylko z powodu własnego lenistwa. Z niechęci do ruszenia się, by zacząć przyglądać się temu CO mamy. Co przez lata zgromadziliśmy, a czego tak naprawdę od lat nie dotykamy, nie potrzebujemy i co najgorsze – nie chce nam się nawet myśleć o tym, że to nasze, że kiedyś trzeba by się tym zająć. Bo jak nie my, to .. 

Właśnie – o tym najbardziej nie chcemy myśleć. 

Wracam do torebek, żeby mnie nie rozsypało myślenie o ponurych stronach przyszłości. 

Mam koleżanki, które noszą tylko jedną i tę samą torebkę i argumentują to niechęcią do przekładania zawartości do innej. Mówią, że każda zmiana torebki to na pewno zapomnienie czegoś ważnego, niedopatrzenie i brak.. klucza, prawa jazdy, karty kredytowej..  Może i tak być. Ja od “tysiąca lat” mam tak dopracowane w swojej głowie przekładanie rzeczy torebkowych, że nie stanowi to dla mnie żadnego problemu! Co, przyznaję, nie znaczy, że nie zdarzyło mi się czegoś tam zapomnieć. 🙂 Mam absolutnie wszystko poukładane w szufladach – głowie: w małej kieszonce z zamkiem – klucze samochodowe, malutki woreczek z trzema najważniejszymi lekarstwami i malusieńka książeczka z modlitwą, którą kiedyś dostałam od kogoś bardzo ważnego.. Po przeciwnej stronie – w kieszonkach: szminka, malutkie perfumy, błyszczyk, puder w sztyfcie czyli cały mój mini arsenał kosmetyczny. Reszta w środku to ID, karty kredytowe, nieszczęsna konieczność ostatnich dwóch lat czyli maski, krem do rąk, wazelina do ust, długopis, mały dezodorant, pilnik do paznokci, okulary, no i oczywiście niezastąpiony telefon. Od czasu do czasu jakieś gumy do żucia albo paczka krakersów, teraz już rzadziej, bo wnuki wydoroślały.  Zdarza się mieć rzeczy “jednorazowe”, jak każdemu wedle nagłej potrzeby.

I jak przekładam mój “torebkowy bałagan”  z jednej torebki do drugiej, to działam jak wyuczona (własna) maszyna – pierwsza idzie przegródka z zamkiem.. itd. 

Torebki przywiezione z podroży- z Egiptu, Costa Rici i Włoch.

Torebki kupuję przypadkowo, w sklepach wcale nie-firmowych. Często w podróżach do innych krajów. Lubię mieć coś co jest oryginalne i co po prostu mi się podoba. Nie mam żadnych zasad w tym względzie. Mam zawsze nastrój i „oko”

Małe torebki, na party, do teatru, na specjalną okazję

I tu zapytacie: a co robię jak mam nastrój z dużej torby ( bo takie najczęściej używam na co dzień) do mniejszej albo całkiem małej? I jak na przykład ta całkiem mała nie ma kieszonki z zamkiem? Zazwyczaj staram się kupować takie torebki, które mają moje organizacyjne wymagania, a jak nie mają to.. w mojej głowie mam kieszonkę i na pewno ustawię w torebce wszystko tak, jakbym tam kieszonkę miała. Do małych zresztą nie zabieram wszystkiego, co mam w dużych. Mam swoją listę numer 1 i numer 2. 🙂   

Mam dziesiątki nastrojów i humorów, jak każdy z nas. Jak każda kobieta. Budzę się z radością, bo świeci słońce, bo są święta, bo jesteśmy zdrowi. Jestem niespokojna, jestem zła, jestem zmęczona. Mam nastrój taki, owaki. Lepszy – gorszy. 

Zmieniam torebki, bo lubię i mam dziś nastrój na taką, a nie na tamtą 🙂 Mogłabym napisać: piję dziś winko a nie metaxę, bo taki mam dziś smak. Słucham dziś muzyki country a nie Bacha, bo taki mam dziś nastrój..

Mój nastrój opowiastkowy zawędrował tym razem do torebki.

I wcale, wbrew pozorom, nie był tylko torebkowy. 🙂 🙂


BACK

Każdy Nowy Rok

01/06/2022

Każdy człowiek ma tylko raz w zyciu “rok” a potem już zawsze “lata”.  A jednak dodaje nam się każdego roku tylko – rok. To zwykła kalendarzowa liczbowa dokładanka. Gdy ma się już dużo lat (właśnie, lat!) to do głowy przychodzą różne dziwne myśli i jeszcze bardziej dziwne rozważania i wspomnienia. Pewnie każdy człowiek tak ma, tyle że większość z nas nie zatrzymuje się zbyt długo nad takimi obrazkami w głowie. Było – minęło. Dziś jest tak, jutro będzie nowy dzień. A ja czasem lubię zatrzymać się nad zwyczajnościami momentów z przeszłości. Im więcej dopisuje się liczb na moim prywatnym kalendarzu, tym częściej wypełzają mi z zakamarków pamięci zadziwiające mnie samą obrazki i strzępy wspomnień.

Dlaczego dzień 1 stycznia jest taki ważny dla większości ludzi na świecie? Przeciez to jeden z 365 dni, który składa się jak każdy inny dzień, na cały rok. 

A jednak – niemal cały świat równo o północy czyli 24.00 czasu obowiązującego w danym miejscu na Kuli Ziemskiej  uroczyście żegna rok  mijający a wita Nowy, kolejny. Z nadzieją, radością, trochę niepewnością co nam kolejne dwanaście miesięcy przyniesie. Dla mnie, zwykłego laika i obserwatora życia – dziwnym wydaje się, że gdy ja ciągle czekam tutaj na nasz Nowy Rok, moja rodzina i przyjaciele w Polsce już śpią po emocjach balowania, po wrażeniach powitalnych i mają o siedem godzin więcej “lat” niż ja tutaj, w Houston.  A nasi znajomi w Australii  już wyprzedzają nas na swoim kalendarzu o całą dobę.  

Tak oczywiście, na tyle jestem wyedukowana, iż wiem,  że to wszystko “przez” Kopernika, bo odkrył, że Ziemia kręci się dokoła słońca i dlatego nie wszystko na naszej poczciwej planecie dzieje się równocześnie. Wszystkie zawiłości tego problemu tłumaczono nam w szkole, w setkach mądrych książek, dyskusji i nowych odkryć w NASA czy innych podobnych mądrych miejscach na całym globie. Wiem także, że nie wszyscy ludzie uznają datę 1- go  stycznia za początek nowego roku. Są inne kalendarze na świecie, inaczej odliczające czas, inaczej nazywające lata przeszłe i przyszłe. Wszystko jest umowne.

Wszystko – oprócz przemijania. To jedno nie podlega dyskusji. “Panta rhei” – wszystko płynie.. jak kiedyś powiedział grecki filozof Heraklit z Efezu (żyjący na przełomie IV i V przed naszą erą). Wszystko przemija, nic nie jest trwałe, choćbyśmy bardzo mocno wierzyli w wieczność, świat się zmienia i zmieniać się będzie.

Ale – odbiegam od tematu, od głównej mysli, która kłębiła mi się w głowie kiedy zamierzałam pisać ten tekst. 

Gdy byłam małą dziewczynką rodzice często chodzili gdzieś na tradycyjne sylwestry, spędzali je ze z przyjaciółmi, znajomymi. W czasach lat 60-tych popularne były zorganizowane bale pracownicze lub prywatne. Nigdy  nie wiedzialam, gdzie to było ale wiedziałam, że dla rodziców był to ważny wieczór.

Chciałam doczekać do północy i zauważyć co jest specjalnego w tej magicznej chwili, ale przez lata dzieciństwa długo mi się to nie udawało. Sen był zawsze silniejszy, a ranek wydawał się już zupełnie zwyczajny i taki sam jak wczoraj.. 

Pamiętam, że gdy we wczesnych latach 60-tych rodzice stali się posiadaczami pierwszego telewizora, oczywiście czarno-białego, w którymś momencie zaczęliśmy oglądać sprawozdania z powitań Nowego Roku w innych krajach. Zapewne były to  obrazki z krajów demokracji ludowej, ale i tak zapamiętałem to jako fascynujące momenty. No i zawsze polska telewizja już od wczesnych godzin wieczornych nadawała “dobre” programy: jakieś kabarety, rozrywkowe koncerty, czasem był to wyjątkowy film…  Czekaliśmy na ten wieczór telewizyjny z dużą radością z zapartym tchem sprawdzając program w codziennej gazecie. 

Nie wiem kiedy po raz pierwszy w swoim życiu doczekałam północy i powitałam Nowy Rok. Kojarzy mi się to z wyjazdami na zimowe krótkie wakacje z rodzicami do Szczyrku, Wisły, Ustronia. Może wtedy? Na pewno były to lata połowy 60-tych, bo później zaczęły się już moje harcerskie zimowiska. 

Ale najbardziej pamiętam Sylwester 1968/69. Nie pojechałam wtedy na  harcerskie wakacje, bo wciąż miałam jakieś problemy zdrowotne, anginy powtarzały się co kilka tygodni. W końcu lekarze zdecydowali, że muszę mieć wycięte migdałki rodzice ustalili termin tego zabiegu na 7 stycznia czyli dzień po święcie Trzech Króli. Miałam go mieć w szpitalu w Nowej Hucie. Do dziś nie mam pojęcia dlaczego tam. Byłam pierwszej klasie nowego liceum, mialam nowe koleżanki, nowe życie towarzyskie i mnóstwo ciekawych wydarzeń wokół siebie. 

Basia i Ela. Tworzyłyśmy mocną czwórkę. Była jeszcze Małgosia (brakuje jej na tym zdjęciu)

W klasie tworzyliśmy we czwórkę “silną grupę” towarzyską, znaliśmy się już z podstawówki. Postanowiłyśmy spędzić wieczór sylwestrowy razem, miałyśmy już swoich  chłopaków, jedna z nas mieszkała w dużym mieszkaniu i tam zorganizowałyśmy nasz bal sylwestrowy.  Mama zabrała mnie do komisu (czy ktoś pamięta takie sklepy?) i kupiłyśmy pierwszą prawdziwą sukienkę wieczorową. Była wprawdzie krótka, bo przecież mini królowało wszędzie a ja miałam tylko szesnaście lat.  Była biało-srebrna, obcisła i wyglądała szałowo! Potem poszłam do fryzjera i miałam włosy upięte w koka, bardzo dorośle. 🙂 

No i miałam wtedy kolegę, którego poznałam w czasie poprzedzających wakacji w Gdańsku i Sopocie, który wtedy  zafascynował mnie ogromnie. Był trochę starszy ode mnie, wydawał się bardzo poważny, myślał serio studiowaniu medycyny. Mieszkał w Starachowicach więc nasza znajomość zaraz po wakacjach ograniczyła się do pisania listów, bo przecież innych sposobów komunikacji nie było. A że papier “wszystko przyjmie”, listy szybko stały się “obiecujące” i jakoś tak się złożyło, że mój korespondencyjny chłopak w okresie świąteczno-sylwestrowym spędzał ferie w Zakopanem i obiecał przyjechać do Krakowa na sylwestra. Byłam bardzo podekscytowana, odebrałam go z dworca autobusowego, przyprowadziłam do domu na herbatkę. Mama zachowała się bardzo  w porządku, jak to Mama- Polka, nakarmiła napoiła. Tata patrzył na niego z dużym dystansem, niezbyt zadowolony, ale żadnych opinii głośno nie wydawał.

Jedyne zdjęcie jakie zachowało się z tego sylwestra. Obok mnie kolega Maciek (chyba tak miał na imię) a w głębokim tle mój „sylwestrowy chłopak – S”. Moja piękna dorosła srebrna sukienka i fryzura 🙂

Wieczorem wyszliśmy razem do Basi na mój pierwszy samodzielny wieczór sylwestrowy. Jej rodzice, którzy uchodzili z bardzo “postępowych” i przychylnych młodzieży i zawsze lubiliśmy w nich w domu przebywać,  przygotowali dla nas jakieś kanapki, słodycze i napoje. Oczywiście, żadnego alkoholu nie było!  Za to był magnetofon czy adapter, w każdym razie dobra muzyka, bo bawiliśmy się jak szaleni do białego rana. I to dosłownie! Sypał śnieg wielkimi płatami, było bardzo mroźno (tak, kiedyś takie zimy bywały!) a ja w mojej krótkiej sukience i płaszczu narzuconym na nią, za to w wysokich kozakach i z przemarzniętymi do czerwoności kolanami w cieniutkich rajstopach, szłam znów na dworzec autobusowy odprowadzić mojego chłopaka (tak, po tym szaleństwie sylwestrowym i noworocznych obietnicach uwierzyłam, że mam chłopaka! 🙂 ) na pierwszy poranny autobus do Zakopanego. Wracałam do domu około 6 rano i dobrze pamiętam wciąż tańczące płatki śniegu. Na szczęście nie było to daleko. Nikt nie bał się maszerować o tej porze samemu, nie było to zjawisko wyjątkowe, zwłaszcza w noc po imprezach sylwestrowych. Byłam szczęśliwa i chyba wtedy po raz pierwszy doznałam uczucia, że Nowy Rok to moment, który  niesie ze sobą radość i optymizm, nadzieję i ciekawość co dobrego wydarzy się jutro, za tydzień, za miesiąc.. 

Takie uczucie pozostało mi na całe życie. Niezależnie od miejsca w jakim przyszło mi witać kolejny Nowy Rok zawsze z optymizmem patrzyłam w przyszłość nadchodzących dni. 

Niestety – życie ma swoje góry i doliny.. 

Aby zakończyć temat mojego pierwszego sylwestrowego doświadczenia dodam – dziś już ze śmiechem, że w połowie lutego, gdy już przeżyłam jakoś moją operację wycięcia migdałków (co proszę wierzyć, w tamtych czasach, wcale nie było prostym zabiegiem) otrzymałam od mojego korespondencyjnego chłopaka kolejny list. Tym razem słodycz wyznań  była zdecydowanie mniej słodka, za to bardzo konkretna i “uczciwa” – że matura, że dużo pracy, że nauka najważniejsza, że niestety ale.. to nie ma sensu. No i tak zakończyły się moje optymistyczne i pobożne życzenia i wizje na kolejny nowy rok. Wpadłam w rozpacz, stałam oparta o duży kaflowy piec w naszym pokoju a Mama pocieszała mnie, że to “nie pierwszy i nie ostatni”. No i po kilku dniach a może tygodniach (ale raczej dniach..) okazało się, że miała rację, bo dość szybko wpadłam w wir harcersko-szkolnych nowych  wydarzeń i przyjaźni i świat stal się znacznie lepszy. 

Dodam jeszcze (choć trudno w to nawet mnie samej uwierzyć 🙂 ), że jakieś dwa lata temu przez zupełny przypadek, tu w Houston zgadałam się z jedną z moich tutejszych koleżanek (pochodzącej ze Starachowic), że ten mój “sylwestrowy facet” – Uwaga! Uwaga! – rzeczywiście jest lekarzem kardiologiem, mieszka w Ameryce i w dodatku w Texasie, niedaleko ode mnie… 

Gdy “namierzyłam” go w internecie, to najpierw uśmiałam się do łez, a potem pomyślałam sobie, że nigdy nie wiadomo jaką niespodziankę szykuje dla nas  kolejny rok 🙂 .  W każdym razie historia mojego pierwszego sylwestra wydawała mi się warta tej barwnej opowieści. 

Wiele razy zdarzyło mi się witać Nowy Rok w gronie przyjaciół, na obozach harcerskich. Zazwyczaj byliśmy wszyscy razem o północy w lesie. Około 23.00 biegliśmy w górach, w zaspach śnieżnych za czerwonym uciekającym światełkiem (taka gra, którą serwowali mam starsi instruktorzy), które doprowadzało nas do palącego się na polanie ogniska. Wokół był las, sosny, świerki czy inne drzewa, pokryte puchem śniegu. Jakoś pamiętam, że zawsze BYŁ śnieg. Staliśmy w kręgu, jeden przy drugim, śpiewaliśmy nasze zimowe ogniskowe piosenki, na szafirowym niebie świeciły gwiazdy. Składaliśmy sobie nawzajem życzenia i choć byliśmy biedni, a Polska była ponura i smutna, to my młodzi, szczęśliwi i pełni nadziei.  Młodość ma zawsze swoje prawa. Nikt z nas nie myślał, że kolejny rok może być trudny, że żyjemy w niepewnych czasach. Nie baliśmy się niczego, nie mieliśmy żadnych zahamowań w marzeniach, wierzyliśmy, że każdego nowego dnia będzie lepiej. 

Dorosłość zmienia perspektywę na życie. Zmienia odpowiedzialność.  Nabiera rozwagi, dystansu, przewidywalności.  I niestety, przynosi także wiele rozczarowań, trudności, których młodość nie zna. Przemijanie przynosi strach. Doświadczenie, które uczy, że kartki kalendarza mają już nieco inne znaczenie niż w młodości. 

W Polsce, także chodziliśmy na bale większe czy mniejsze, organizowaliśmy je w mojej pracy (w Liceum Medycznym), pamiętam fajne sylwestrowe prywatki wśród dość dużej grupy przyjaciół. Zawsze wśród ludzi.  Nigdy sami.

Styl ubierania się na bale byl inny niz teraz ale i tak zawsze było to duże wyzwanie znaleźć sukienkę elegancką, wyjątkową, specjalną. Nie było to łatwe w tamtych czasach. I na pewno nie miało nic wspólnego ze stylem balowym współczesnych czasów.  Ale – dawałyśmy sobie radę. Dziewczyny wyglądały “szałowo” i na owe czasy byłyśmy po prostu.. piękne. 🙂 

Raz nawet urządziliśmy wieczór sylwestrowy u nas w domu. To był chyba rok 1977/78 gdy już mieliśmy nasze pierwsze samodzielne nowe mieszkanie. Malutka półtoraroczna Kasia spała w swoim małym pokoiku a my w gronie może 10-14 osób szaleliśmy przez całą noc – wtedy wydawało nam się w “dużym” pokoju. 

Bardzo się starałam przygotować ten sylwester elegancko, z dekoracją i dobrym jedzeniem, w kuchni, która wymiarami była na pewno mniejsza niż dzisiejsza moja łazienka.. Wszystko grało jak trzeba, muzyka była głośna (nikt z sąsiadów nie protestował, przecież to była noc sylwestrowa!) jedzenie jak na owe czasy dobre i obfite. Wszystko toczyło się radośnie, alkoholu nie brakowało, gdy w pewnym momencie jeden z naszych gości (brat naszego przyjaciela, który przyjechał do niego z jakiejś miejscowości z zachodniej Polski i znalazł się przypadkowo u nas) zrobił coś, co na wiele lat zmieniło moją decyzję o witaniu Nowego Roku w domu i urządzaniu “balu”.  Towarzystwo bawiło się i tańczyło, ktoś właśnie zajadał  śledziki i potrzebował dokładkę sałatki jarzynowej. Z uśmiechem (zupełnie grzecznie) krzyknął do nowego kolesia: ”rzuć sałatką” bo ten akurat znajdował się w pobliżu stołu. A nasz gość, niewiele myśląc sięgnął po miskę pełną sałatki jarzynowej i rzucił nią (dosłownie!) w.. szczęśliwie trafił w szafę w przedpokoju rozbijając miskę w drobny mak a sałatkę rozpryskując po całym pomieszczeniu.  Na szczęście nie w tego, który miał ochotę na tę sałatkę… Niezależnie od poziomu alkoholu (w końcu w tamtych czasach wódka królowała na takich imprezach) i humorów poszczególnych osób – zamieszanie było duże i nieprzyjemnie i wiele momentów, rozmów tamtej nocy było nieprzyjemnych. Więcej takiej imprezy przez długie długie lata nie powtórzyłam!

Kiedyś przez wiele lat myślałam, że każdy kolejny Nowy Rok będę witać z najbliższymi, z przyjaciółmi na sali balowej, w dużym gronie oczekując odliczania ostatnich sekund (10, 9, 8…. 1, 0!) i tych charakterystycznych dźwięków radości, strzelających pod niebo kolorowych rakiet oznajmujących, że nadchodzi NOWE, dobre, nieznane i na pewno szczęśliwe. Życzenia w ramionach męża, a potem setki ciepłych słów wśród najbliższych trwały czasami godzinę.

Ten moment o północy z 31 grudnia na 1 stycznia to chwila, która daje mi poczucie jedności, wspólnoty i nadziei.  Myślę o tym, że stajemy się o rok starsi, choć przecież jutro będzie zwykły dzień jak codzień. Wyjątkowość tej chwili dla mnie zawsze była i jest ważna. Tak zakodowało się kiedyś w mojej głowie i tak pewnie będzie trwało już zawsze. 

Od kilku lat unikam balów, tłumów, głośnych i efektownych krzyków powitalnych nadchodzącego Nowego Roku. Teraz bardziej lubię kameralne imprezy, ciche chwile oczekiwania, nostalgiczne życzenia. Ale wciąż chcę mieć bliskich ludzi obok. Czasem jest to kilka osób, czasem tylko jesteśmy we dwójkę z mężem. Patrzę ufnie w przyszłość, choć wiem, że coraz mniej mogę mieć tych postulatów i wymagań od życia. Jestem umiarkowana w swoich oczekiwaniach, mam dużo mniej pragnień, za to te, które mam są bardzo solidne i ważne. 

Przemijanie budzi we mnie strach. Strach jest pozytywną emocją. Często wywołuje potrzebę walki i zmierzenia się z nim. Walczę  o swój wygląd, o kontakty koleżeńskie by nie czuć się samotna, czytam książki, oglądam filmy, podróżuję, planuję, by nie poddać się marazmowi siedzenia w jednym miejscu i “przyrastaniu” do krzesła, do fotela, do czterech ścian, do braku planu na jutro. Dla siebie samej zmieniam kolor włosów, chodzę do fryzjera, na masaż, na manicure. Przecież NIE muszę tego robić! Ale wiem, że nie mogę dopuścić  w swojej głowie, by lęki przed najgorszymi wizjami przemijania zawładnęły moimi myślami. Bo lęk jest paraliżujący. Z lękami ciężko jest walczyć. Strach można wykorzystać pozytywnie.  Może nie zawsze, ale przynajmniej w słoneczne uśmiechnięte dni. Takie, które nadchodzą wraz z Nowym Rokiem. Z nowym porankiem, kiedy budzę się spokojna, gotowa na moją codzienną poranną kawę, na nowy pomysł – co by tu dziś zrobić kreatywnego? Może przestawię meble w pokoju i będzie wyglądało świeżo ? Może poszukam pomysłu na kolejne przyjacielskie spotkanie albo… na pewno wymyślę!   

Moja ukochana W. Szymborska napisała kiedyś w swym słynnym wierszu “ Nic dwa razy się nie zdarza”

“Czemu ty się, zła godzino,
z niepotrzebnym mieszasz lękiem?
Jesteś – a więc musisz minąć.
Miniesz – a więc to jest piękne”…

Minie, więc nie mogę ani jednej chwili zmarnować 🙂


BACK

Jak znaleźć swój własny “święty spokój”?

12/19/2021

Tak naprawdę to nawet nie wiem co to jest mój “święty spokój”. Chyba nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam. Pewnie dlatego, że nigdy tego tak na serio nie potrzebowałam, nie poszukiwałam. Moja osobowość, charakter pędzącej “rodzinnej i społecznej lokomotywy” nie pozostawiał miejsca na spokój i kontemplację. 

Zawsze w akcji

Przez całe życie, na różnych jego etapach zawsze było coś, dla kogoś. Nie wiem skąd biorą się takie elementy w ludzkim mózgu, w myślach, w uczuciach, w emocjach, że mamy w sobie potrzebę bycia w nieustającym biegu. 

Od wczesnego dzieciństwa nie umiałam wyłączyć się i odciąć tak od rzeczywistości wokół, by coś mnie nie przytłaczało, bym mogła nie czuć się odpowiedzialna za coś, co działo się obok mnie. By to coś nie pobudzało mnie do wiecznego nieustającego działania. Jako mała dziewczynka w drużynie zuchowej szybko poczułam się odpowiedzialna za najmniejsze nawet zadania, które druhna powierzała małym grupkom zwanych wtedy “szóstkami”. W szkole cokolwiek było do zrobienia, nawet jeśli nie było to moje zadanie, miałam poczucie, że muszę pomóc, muszę dopilnować, bo tak trzeba.

Harcerstwo i wieloletnie funkcje tam sprawowane nauczyły mnie tej odpowiedzialności potrójnie. Mogłam siedzieć nocami, byle tylko wywiązać się z obowiązków dla innych. Ja sama nie byłam dla siebie ważna. Ważni byli koledzy, koleżanki, przełożeni. Później rodzina – mąż, dzieci. Szkoła, praca, przyjaźnie. Dziesiątki, setki sytuacji, w których zawsze wybierałam na pierwszym miejscu innych. Nigdy siebie. Na każdym etapie życia w innym sposób ale z tym samym skutkiem. I nie mówię tego z żalem czy z  pretensją do kogokolwiek. Po prostu – taka byłam. To przecież nie jest zła cecha. Z takiego działania wynikają same pozytywne efekty. A jednak – “pociąg pędzący przez życie” po latach prawie nie zatrzymywania się na przystankach, na miejscach swoich, zamkniętych wewnątrz siebie przestrzeni uświadamia sobie, że zaczyna brakować mu pary. Bywa duszno, bywa samotnie, choć ludzie są wszędzie wokoło. Ale wtedy już nie umiemy zatrzymać się sami z własnej woli, z uśmiechem i codziennie taką samą siłą biegniemy dalej. Tylko gdzieś w środku, w głowie, w sercu zaczyna czegoś brakować… Chciałoby się chwilami być częścią tego zewnętrznego świata, tego dla którego “pędzimy”, by ten świat przez chwilę pędził dla ciebie, adorował cię przez mały kwadrans, obrócił poukładany od lat system działania i przeniósł cię na tę “drugą stronę”. Na spokojną przestrzeń przystanku, na którym pędząca od lat lokomotywa – TY, może się w ciszy i spokoju zatrzymać. I pomyśleć – teraz jest moje pięć minut…

Nie pamiętam w życiu chwil, kiedy mogłabym powiedzieć, że “nudziłam się”. Nie znam takiego zjawiska. Kiedy dzieci były małe myślałam, że jak dorosną będę miała więcej czasu dla siebie. Nie miałam.  Zmieniły się preferencje, potrzeby, rodzaj pracy, system życia. Tu w Houston stał się tak intensywny, że o jakimkolwiek czasie “własnym” już zupełnie nie pamiętałam. Pochłonęło mnie życie towarzyskie, nowa praca, wielogodzinne dojazdy, nowe wycieczki, nowe wyzwania. I znów – wiele akcji, w których czułam się odpowiedzialna i potrzebna innym ludziom. Ale – także sobie. Poświęcałam dziesiątki godzin, dni na próby w teatrze, by dopasować się do potrzeb indywidualnych aktorów, bo ich czas był dla mnie ważniejszy niż mój własny.  

Lata mijały. Przyszła era wnuków. Czas dla nich. Każda godzina, każda minuta, jak mnie potrzebowały. Niezależnie od tego czy było mi łatwo czy nie, odbierałam, zawoziłam, jeździliśmy na wakacje, na mecze, na szkolne przedstawienia, gdziekolwiek i na cokolwiek trzeba było dowieźć, być obecnym. Uwielbialiśmy i uwielbiamy to!  I nigdy czasu nie skąpimy, ani wysiłku ani sił. Byłam i jestem szczęśliwa w każdej minucie i sekundzie, którą spędziliśmy i spędzamy razem.

Moje przyjaciółki powitały mnie jako nową EMERYTKĘ. Party urodzinowo- emerytalne było wielką niespodzianką

Aż nadszedł dzień, kiedy każdy człowiek doznaje obudzenia.  Pewnego dnia otwieramy oczy i  uświadamiamy sobie: jestem zmęczona. I pojawia się cicha myśl o emeryturze. Już nie w postaci żartu i myśli, że tylko “starzy ludzie są emerytami!” Ale zupełnie na serio, że emerytura, to naturalny kolejny etap życia każdego człowieka. I jeszcze to, że emerytura to niekoniecznie numer/wiek. To stan umysłu, samopoczucia, potrzeby zmiany sposobu swego naturalnego rozkładu “nowego dnia”. We mnie kiełkowało to wiele długich miesięcy. I nie miało nic wspólnego z lenistwem, z nagłą chęcią porzucenia pracy, z oderwaniem się od obowiązków rodzinnych czy zamknięciem się w sobie i spaniem do połowy dnia.

Las Vagas – weekend – oficjalne pożegnanie z moją pracą w Smiles For Kids i moją córką jako BOSSem. Pyszny obiad, Cirque du Soleil ( O! at Bellagio) i… oczywiście ich kolejny pół-maraton a nasz bieg (no, marsz na 3 mile)

W moim pojęciu od początku emerytura kojarzyła mi się z czymś przyjemnym, na co zasłużyłam sobie ogromnie długą ilością przepracowanych lat (42!) I świadoma byłam, że nie pieniędzmi tu się kieruję, bo te w moim życiu nie za bardzo się udały (cóż, tak wyszło..) a poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, dobrze wykonanej życiowej roboty. I kiedy moja córka wyraźnie była niezadowolona, że chcę odejść z pracy (częściowo) ja byłam pewna mojej decyzji.

Las Vegas – po biegu, dzieci po pół-maratonie, my po trochę mniejszym „emerytalnym” dystansie.

Wydawało mi się, że wreszcie dojrzeją moje plany przeczytania wszystkich książek, które chcę przeczytać, które mam wokół siebie jako zaległości absolutnie konieczne do nadrobienia, że będę miała czas na złapanie każdej nowości, każdego nowego i starego zapomnianego filmu.. 

Nic bardziej mylnego!  Kilka miesięcy temu (no, już niedługo będzie rok!) powstał pomysł stworzenia tego blogu. Nie był to mój pomysł. Długo się opierałam i nie wierzyłam, że się uda, ale Ania zmobilizowała mnie, począwszy od organizacyjno-komputerowej jak i graficznej strony do omawiania innych szczegółów, a potem to już poszło jakoś samo. To ona nauczyła mnie miliona komputerowych, fotograficznych tajników i do dziś nie wiem jak wytrzymuje wszystkie moje pytania, błędy i ..znów te same pytania. 🙂 

Moja emerytura ma też “ciemne” strony. Niestety, charakter człowieka nie zmienia się za bardzo nawet na stare lata. Nie umiem opanować swojego sposobu działania dla innych, a coraz bardziej mnie to męczy. Mam wrażenie, że właśnie teraz, kiedy mam coraz mniej sił każdy coś ode mnie chce! Na dodatek – ja nie umiem sobie z tym poradzić! Jestem coraz bardziej powolna, każde działanie zajmuje mi dużo więcej czasu niż kilka lat temu, co mnie bardzo denerwuje. Staję się zła na siebie i na innych wokół, wkurza mnie coraz więcej prostych faktów, o czym wiem, czego jestem w pełni świadoma. I to jeszcze bardziej mnie denerwuje. Zamiast pozbywać się mocnych i irytujących emocji, bywają dni, że mam ich w sobie zbyt dużo i zbyt silne.  Szukam sama dla siebie rozwiązań, jak się  od tego uwolnić. Jak znaleźć swój “święty spokój”, którego nigdy nie miałam i nigdy nie potrzebowałam tak bardzo i tak naprawdę jak teraz. 

Umiem uczciwie siebie samą zanalizować, nie mam dla siebie samouwielbienia, nie wybielam swojego charakterku. Ale też wiem, co w życiu zrobiłam czy robiłam dobrego.   

Zadaję sobie setki pytań (jak zresztą dziesiątki moich koleżanek-emerytek) jak to możliwe, że kiedyś pracowałam na pełny etat, miałam dwoje małych dzieci, najpierw w Polsce, gdzie miesiącami bywałam sama, bez samochodu, wożąc dzieci do żłobka czy przedszkola w zaspach śniegu, piorąc i susząc tetrowe pieluchy na kaloryferach, później tu w Stanach, jeżdżąc 27 mil do pracy, gotując obiady, robiąc prania, zakupy, udzielając się towarzysko itd. i dawałam rady, zdążałam ze wszystkim. Udawało mi się też przeczytać książkę, pójść na party i do kina..

Dziś – jedna rzecz w jeden dzień.  Rano – kawa. A potem – jeśli lekcja polskiego na zoom z Christophkiem, to potem już tylko domowe prace, obiad i .. dość!!!! 

Już chcę ŚWIĘTEGO SPOKOJU!!  Ale go nie ma 🙂 bo jeszcze coś i jeszcze coś. Bo święta, bo pakowanie prezentów, bo brakuje szamponu w domu, bo trzeba zrobić dekorację, bo czas na lunch i ktoś głodny już się kręci koło lodówki 🙂 Bo właśnie trzeba wyciągnąć pranie z suszarki, poszukać miejsc na wakacyjny wyjazd, sprawdzić tysiące rzeczy, zadzwonić do lekarza.. Zawsze zawsze coś!  Nieustająca potrzeba zrobienia czegoś.  Konieczność biegania i działania. Nieumiejętność wyłączania się na stan: ZERO – odpoczynek. Spokój. Mój spokój:

„Robię co lubię co chcę i przez chwilę tylko dla siebie. NIKT mi nie przeszkadza. Nikt ode mnie NIC nie chce”

A może po prostu takie osoby jak ja nigdy takiego stanu nie osiągają? I w dodatku same są sobie winne takiego stanu rzeczy? Może dla takich jak ja święty spokój NIE istnieje, bo nie umiem go sobie sama wokół siebie stworzyć? może potrzebuję go tylko trochę, troszeczkę, bo…jestem jaka jestem 🙂

Czas aby się tego nauczyć.

Jest grudzień, za kilka dni święta Bożego Narodzenia. Moje ukochane najpiękniejsze święta. Jest dekoracja, jest choinka, jest kolorowo. Lodówka pełna produktów przygotowanych do potraw wigilijnych i świątecznych, które za kilka dni  będę gotować. Jak co roku. Choć.. już chyba ze mną lepiej,  bo w tym roku trochę z listy dwunastu obowiązkowych potraw wigilijnych odpuściłam Młodszym w rodzinie. 🙂 

Może zaczęłam już poszukiwać mojego “świętego spokoju”?…

Mogłabym tradycyjnym amerykańskim sposobem włożyć go do “New Year Resolution bucket” (do wiaderka rzeczy/marzeń do spełnienia w 2022 roku) ale.. boję się, że nie spełni się i na dodatek sama sobie będę winna. 🙂 

Mimo wszystko jestem gotowa do walki o siebie. Muszę poszukać pięknego miejsca i czasem przystanąć tam w ciszy i spokoju, sama ze sobą. 

Czasem..


BACK

Świątecznie – Od cichych oczekiwań do świateł, kolorów i zapomnianych przeżyć.

12/04/2021

Kiedy zaczęłam pisać ten tekst było jeszcze kilka dni do kalendarzowego grudnia.

Włączam radio i jak co roku odzywa się świąteczny kanał muzyczny. W Ameryce świąteczne przeboje rozpoczynają się dzień po Thanksgiving. I przyznaję się, że oczekuję na nie z wielką radością. Są takie wesołe, melodyjne, optymistyczne! Wprowadzają wszystkich w świąteczny nastrój choć wielu moich znajomych już chyba z przyzwyczajenia albo z przekory narzeka, że za dużo tej powtarzającej się każdego roku muzyki, że to nudne, że zawsze to samo.. Ale – to tylko raz w roku! Na tym przecież polega tradycja. Każda tradycja! A tradycja w tym kraju  inna niż polska…

Gdy my tu już pląsamy w kolorach świateł, gorączce kupowania prezentów, celebrowania świątecznych spotkań w pracy, w szkole, gdy w każdym mieście, miasteczku organizuje się markety, wyprzedaże, przedwczesne spotkania z tutejszym Mikołajem, w Polsce ludzie spieszą poranną porą do kościoła na roraty w oczekiwaniu na zwiastowanie Maryi przez Archanioła, że zostanie matką Jezusa.. Też tradycja. Tradycja ciszy, spokoju, oczekiwania na coś ważnego istotnego.

Ale świat staje się każdego roku coraz mniejszy. Zbliża się i kurczy, mimo dzielących nas wielowiekowych tradycji.  Błysk świateł, potrzeba zysków, sprawianie ludziom zwykłej prostej radości bierze górę. Dziś dowiedziałam się, że na Rynku w Krakowie zabłysła świąteczna choinka i Kraków także zaczął już dziś świętować. A przecież to dopiero koniec listopada…

Jedna z wersji mikołajów w polskim przedszkolu. Kasia jako Myszka Miki, maska wykonana przesz babcię Helenkę. Kasia miała chyba 5 lat.

Kiedy byłam małą dziewczynką czekając na grudzień najpierw myślałam o śniegu.. żeby białe płatki przysypały drogi i parki, żeby Mikołaj mógł dojechać w swych wielkich saniach z prezentami do nas, dzieci. Mam kilka małych mikołajowych wspomnień, niezmiennie powracających w pamięci każdego roku. Nasz polski Mikołaj wyglądał zupełnie inaczej niż ten dzisiejszy! Miał zawsze długą czerwoną kapotę, trochę jak ksiądz, siwą brodę sięgającą niemal do pasa i wysoką czapkę trochę przypominającą  nakrycie głowy biskupów. I w ręku laskę długą zakręconą na końcu kilkakrotnie w kółka.

Wyglądał dużo bardziej dostojnie niż współcześni Mikołaje. 🙂 No i jeśli się pojawiali (bo bardzo rzadko pojawiali się dzieciom!) to zawsze byli w otoczeniu pięknych aniołów w białych długich sukniach i z ogromnymi skrzydłami! A gdzieś obok – złośliwie i po cichu przebiegał, kręcił się czarny diabeł z czerwonymi różkami. I czerwonymi widłami!  

Pamiętałam taki obrazek ze spotkań z Mikołajem, które organizowane były u mojej Mamy w pracy. Było to dla mnie przez kilka lat zawsze wielkie przeżycie! Mikołaj, obok anioł i zawsze gdzieś rozbiegany przeszkadzający, ale niegroźny diabełek. Mikołaj dobrotliwie gładził dzieci po główkach a aniołek wręczał nam JEDNAKOWE prezenty i były to paczki różnorodnych słodyczy. Sprawiedliwie i… bardzo pysznie! 

Kilka lat później, gdy już byłam na tyle „ dorosła” że sama mogłam włączyć się w Mikołajową drużynę, przez dwa czy trzy lata awansowałam na anioła. 🙂

Trochę później, także w harcerskiej akcji Mikołajowej, wraz z moim przyszłym mężem jako anioł uszczęśliwiłam kolejne pokolenie maluchów. A potem pewnego razu, po takiej akcji  zaprosiłam tego “jedno-wieczorowego Mikołaja” na cukierki orzechowe do mnie do domu, które stały się początkiem świątecznej wspólnej tradycji trwającej aż do dziś. Tylko tych cukierków orzechowych brakuje. 🙂 

Pamiętam też, że często dostawałam od Mikołaja książki, które wtedy nie były łatwe do zdobycia. Kiedyś dostałam książkę pięknie ilustrowaną pt. „ Dziadek do orzechów”. Miała osobistą dedykację dla mnie od Mikołaja. Zawsze dziwiło mnie to jak taki stary Mikołaj ma takie piękne równe pismo? Bardzo długo miałam tę książkę w swojej biblioteczce.  Dopiero po wielu latach dowiedziałam się kto był owym tajemniczym Mikołajem, miał takie ładne pismo i napisał tę dedykację..

Kiedyś zaparłam się, że nie zasnę w nocy i poczekam na przyjście Mikołaja.. Koniecznie chciałam „złapać” ten moment, kiedy dzwoni do drzwi i Mama mu otworzy a on poda prezenty. I choć wiedziałam, że najprawdopodobniej nie zobaczę go, bo od drzwi wejściowych do sypialni było daleko, ale miałam nadzieję że usłyszę dzwonek i chociaż podpatrzę jak Mama pomaga Mikołajowi albo odbiera od niego prezenty. Wydawało mi się, że czekam w nieskończoność! Wytężałam wzrok, słuch, kręciłam się niemiłosiernie – a rano kolejny raz okazywało się, że nie zauważyłam. Mama karmiła mnie znów historyjką, co tym razem Mikołaj powiedział, jak się spieszył, jak bardzo był zmęczony. Ot- wszytko to samo, co później przez lata my powtarzaliśmy swoim dzieciom a potem oni przekazywali pałeczkę dalej. 😊

Po 6 grudnia nadchodziły zimne dni, dzień trwał coraz krócej, już po czwartej po południu robiło się ponuro i ciemno. Rano też ciemno. Nie chciało się wstawać z łóżka. W domu zimno, zanim piec kaflowy rozgrzał nawet nasze małe mieszkanie, zawsze dobrze zdążyłam rano zmarznąć. I ten okropny grysik na mleku na śniadanie! Natychmiast po ugotowaniu go robił się na powierzchni “kożuch”, którego nienawidziłam! Jeśli udało się go delikatnie ściągnąć z powierzchni i wyrzucić bez śladu to był cud! Niestety, większość razy zawsze zaplątała się jakaś mała “niteczka” ciągnąca się paskudnie, która natychmiast wzbudzała we mnie wstrząs obrzydzenia. Do dziś nie piję mleka w żadnej postaci. Czasami na wymianę mieliśmy lane kluski i te były troszkę lepsze. Tylko w niedzielę Mama podawała inne śniadanie. Jak tylko dorosłam na tyle, że mogłam zdecydować co jadam na śniadanie, natychmiast już na zawsze zmieniłam swoje menu tego posiłku. 

Polskie święta były bardzo obfite, a jednak nikt nie robił zakupów na tygodnie wcześniej. Nie mieliśmy dużych lodówek (początkowo nawet żadnych). Pamiętam dokładnie kiedy pojawiła się u nas pierwsza lodówka i jak wyglądała. O czymś takim jak zamrażalnik nikt chyba nie miał pojęcia.. 

Dużo mięs czy innych produktów dobrze pozawijanych Mama trzymała pomiędzy framugami okna. Tak, wiem że was to śmieszy! (to jak w słynnym kabarecie Smolenia i Laskowika. 🙂 Ale w moim domu były podwójne okna z dużą przerwą pomiędzy dwoma framugami, co przy zazwyczaj grudniowych temperaturach poniżej zera miejsce to świetnie służyło za lodówkę. I chyba w owym czasie w większości domów było to bardzo popularne. No, chyba że ktoś miał balkon, to był w dużo bardziej komfortowej sytuacji.  Nie wiem jak to wszystko działało – w sklepach trudno było cokolwiek dostać choć trzeba przyznać, że w okresie przedświątecznym nieco się polepszało. Nawet “rzucano” cytryny i pomarańcze, co dla nas dzieci było wielkim rarytasem. Dostać paczkę słodyczy od Mikołaja, a w niej także jedną pomarańczę – to było COŚ! Czasem w dniu wigilii tata zdobywał gdzieś cytrusy i przynosił jej dumny do domu w papierowej szaro – brązowej torbie. Rodzice dzielili tę pomarańczę na ćwiartki dla każdego z nas, ale ćwiartki dla mnie i mojego brata zawsze były trochę większe niż dla nich.. Kiedy dziś o tym piszę sama nie mogę uwierzyć, że kiedyś tak było. Nawet nie pamiętam kiedy pierwszy raz zobaczyłam mandarynkę i dowiedziałam się, że to coś innego niż pomarańcza. Nie jestem pewna czy moje wnuki uwierzyłyby mi w takie opowiastki..

A przecież Mama przygotowywała tak dużo potraw wigilijnych i świątecznych, piekła tak dużo ciast, że ja choć każdego roku zachowuję tradycję dwunastu potraw na wigilijnym stole, to na pewno nie dorównuję jej w ilości i jakosci  tego co ona robiła! Wszystko własnoręcznie. Każdy pieróg, każdy farsz do uszek, ciasto na pierogi, barszcz na zakwasie, który sama zrobiła.  Dwie zupy, bo nawet w moim domu częściej bywała grzybowa z łazankami, też własnej roboty. Karp, który łypał okiem, gdy Mama przynosiła go do domu na dzień przed wigilią (czasem dwa) i który natychmiast zajmował miejsce w wannie, bo musiał być “świeży” na kolację wigilijną. Każde dziecko wiedziało, że karpia trzeba (że użyję tu delikatnego słowa..) “zaszlachtować”, czego tata nigdy nie umiał dokonać i jeśli nawet zaczął, to zazwyczaj Mama musiała dokończyć i oprawić całą rybę. 

I nikt się temu nie dziwił. Każda polska rodzina miała swojego karpia, bo bez tego nie mogło być wigilii. Tak jak musiał być opłatek. Bo życzenia bez opłatka są TYLKO życzeniami, a te z opłatkiem są życzeniami magicznymi pełnymi nadziei, wiary i miłości. Wiary, że to co sobie mówimy i życzymy spełni się wraz z pierwszą gwiazdką i ciepłem tej wyjątkowej chwili. 

Każdego roku w jednej sekundzie łamania się opłatkiem wraca do mnie myśl mojej własnej cichej modlitwy: “daj Panie tak samo za rok..” I jak w kalejdoskopie wraca na sekundę pamięć wigilii przeszłych, każdej minionej.

Co prawda polskie Boże Narodzenie  zawsze trwało (i trwa) trzy dni, bo wszyscy wiemy, że wigilia to już święto a potem dwa pełne dni, a jak w pobliżu wypada sobota czy niedziela to już się dodaje i zaraz jest Sylwester i Nowy Rok. 

W domu więc jedzenia mieliśmy jak dla pułku wojska. Mięsiwo takie jak gęś pieczona, kaczka z jabłkami lub indyk (ogromny!) Albo zając (wujek przynosił nam czasem z polowania) i Mama oprawiała go na długo przed świętami. Wisiał za oknem, na mrozie, specjalnie przyprawiony – proszę, niech nikt mnie nie pyta co i jak, bo nie mam zielonego pojęcia!!! Podobno miał skruszeć.. Potem po upieczeniu Mama podawała go “na kwaśno” z buraczkami. Jako dziecko wcale się tym nie zachwycałam i chyba dziś też nie mam ochoty tego spróbować.  Ale pamiętam, że dorośli chwalili. 🙂  Czasem był schab z suszonymi śliwkami, ale to już nie było takie wymyślne. Poza tym Mama piekła ogromną ilość ciast i tę ogromną ilość zajadaliśmy! Był zawsze sernik (Mama była specjalistką sernikową!) i makowce zawijane też doskonałe. Nigdy się nie nauczyłam ich piec za to mój brat nadrobił moje braki i jest w tym równie dobry jak nasza Mama. Oczywiście nie zabrakło nigdy piernika, keksa, tortu orzechowego i pewnie jeszcze drobnych ciasteczek i innych, o których może już nie pamiętam w tej chwili. Nie wiem jak to było możliwe, że Mama potrafiła to wszystko najpierw ugotować i upiec sama, bo tak naprawdę to niewiele jej pomagaliśmy. Najpierw byliśmy mali, później gdy już mogliśmy się na coś przydać, Mama nie lubiła za bardzo jak plątaliśmy się po kuchni. Zlecała nam drobne prace, jak pokrajanie bakalii, wymieszanie mąki z jajkami itp. W kuchni Tata właściwie tarł tylko świeży chrzan, bo chrzan kupowało się w laskach – nawet go już nie doprawiał, to już była mamina część i jeszcze ucierał mak w dużej misce z rowkami zwanej makutrą. Właściwie wszystko co było ważne i zasadnicze Mama lubiła robić sama, w nocy gdy już poszliśmy spać. Tak naprawdę to gotować i piec nauczyłam się sama, w swoim domu jak już byłam mężatką. Ale najbardziej zadziwiające jest to, że my to wszystko zjadaliśmy! Ja w naszym obecnym domu, choć – niestety- lubię słodycze, piekę na święta bardzo mało, w porównaniu do mojego domu rodzinnego prawie nic – a wciąż słodkości zostają na długo po świętach i nie możemy się z nimi uporać.

Może po prostu tamte były lepsze? Może byliśmy bardziej spragnieni takich dobroci? Nie mieliśmy takiego wyboru przez cały rok, czekaliśmy na te wypieki i specjalności i docenialiśmy ich smak i wyjątkowość. 

Często zastanawiam się ile uda mi się pozostawić dzieciom i wnukom z polskich tradycji, a ile i jakie tradycje wypracują sobie już własne. Jak je połączą?  Czy będą chcieli, potrzebowali kontynuować coś, co dla mnie było ważne, jest ważne? Cóż, cena za emigrację jest zawsze jakaś.. Choć z drugiej strony, nie trzeba wyjeżdżać z kraju, by nasze dziecko zbudowało sobie inny model życia. My przecież też mieliśmy prawo do własnego świata. Tak buduje się świat, tak  tworzą się nowe wizje nowych pokoleń. Mimo wszystko wierzę, że ziarenko przekazujące “pałeczkę pokoleń” zostało dobrze zasiane. 

Pierwsza wigilia w Houston z moja Mamą. 1991r.

Houstońskie święta są pełne kolorów, bogate w prezenty, spotkania, mają wizualnie ciepłą i piękną oprawę. Są poprzedzone długim przygotowaniem, bieganiną, szumem i radością. Ale ich świąteczne sedno trwa krótko.  My staramy się wydłużyć sobie ten czas. Dlatego wielką wagę przywiązujemy do wigilii. Bardzo pilnujemy polskiej tradycji i ten wieczór wciąż jest nasz – rodzinny, wspomnieniowy, z polskimi kolędami, które już od rana  towarzyszą mi przy gotowaniu. Zawsze zaczynam od pastorałki Czerwonych Gitar:  “Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy..” – 

Jedyna wspólna wigilia W Houston z rodzicami mojego męża – 1995r.

I tu uspokajam się choć nie jestem w tym dobra i łatwa. A potem już cała długa lista polskich kolęd, które nie są tak wesołe jak amerykańskie przedświąteczne “carols”, ale mają swój własny urok dla nas niepowtarzalny i wyjątkowy.  Nie ma płatków śniegu za oknem, ale jest duża choinka a na niej wiele polskich bombek, jest piękna dekoracja jakiej nigdy nie miałam w Polsce i nawet nie wiedziałam, że można takie cuda posiadać. 

Mam rodzinę, która każdego roku przychodzi wieczorem elegancko ubrana, bo inaczej dziadziuś by się zapłakał, narobi szumu i rumoru, zasiądziemy wszyscy do stołu, podzielimy się opłatkiem i znów krąg tradycji zamknie się – jak co roku. Jak od lat. Jak od wieków. Jak zawsze. 

Bywało, że kilka razy wyjeżdżaliśmy gdzieś w góry, ale niechętnie i do dziś nie lubię spędzać wigilii poza domem. Wigilie w domu wczasowym w Ustroniu czy Wiśle były przyjemne ale nigdy nie było tak jak w domu. Dlatego mimo, że łatwiej, mniej roboty i kłopotu unikaliśmy wyjazdów w tym świątecznym czasie. Natomiast lubiliśmy spędzać czas poświąteczny i noworoczny poza domem. Wielokrotnie witaliśmy Nowy Rok w scenerii górskiej, w schroniskach, domach wczasowych i w wielu innych miejscach świata. 

Trudno opowiedzieć o ponad 60 świątecznych nastrojach, wspomnieniach, przeżyciach. O rozmaitościach i o podobieństwach. O magicznych chwilach dobra i o jedynym w swoim rodzaju grudniowym wieczorze. O dniu, który jednoczy ludzi przy choince, przy stole, przy opłatku. W każdym zakątku świata. Inaczej a tak samo. Tak samo, a przecież inaczej. Bo nieważne gdzie. Ważne, że każdego roku jesteśmy razem.


BACK

Listopadowe drżenie ciała i myśli

11/18/2021

“Gaśnie listopadowe niebo,
ostatni liść się jeszcze miota
na wietrze, który smaga drzewo.
Dokoła smutek i tęsknota
.”

Nie lubię kiedy jest mi zimno. Zimno było nie tylko zimą. Zimno było wczesną wiosną i późną jesienią, kiedy mama paliła już w piecu, ale zanim piec się nagrzał, wstawałam z łóżka i było mi zimno. Zimno było w zimie, zawsze. Rzadko kiedy temperatura była fajna, a już tak, żeby można było być w lekkiej bluzce w krótkich rękawkach w zimowy wieczór chyba się nie zdarzało. Dopiero kiedy zamieszkaliśmy w Sosnowcu i w mieszkaniu były kaloryfery, zdarzały się przesadnie ciepłe temperatury. Pamiętam wiosenne dni, gdy już wyłączali kaloryfery, bo formalnie okres grzewczy kończył się, ale natura płatała figle i zafundowała nam wciąż jeszcze przymrozki. Marzłam wtedy bez przerwy. 

Nigdy nie myślałam o wyjeździe z Polski. Nigdy nie myślałam o wyjeździe na zawsze do ciepłego kraju. A jednak – zupełnym przypadkiem los rzucił nas do Houston. Jest ciepło przez cały rok. Jest upalnie w lecie. Wilgotno, duszno, czasami nie do wytrzymania. Dziesiątki moich znajomych, przyjaciół, nawet rodzina narzekają. Na upały, na nadmiar słońca, na brak wieczornego chłodu.

Wszystko to prawda. Zresztą – kto nie narzeka na pogodę niech podniesie rękę! 

Ludzie zawsze narzekają na pogodę. To przecież taki dyżurny temat. Bo pogoda jest!  I nie ma na nią mocnych, będzie taka jaką chce być. Można więc na nią narzekać marudzić, ale to i tak niczego nie zmieni. 

Ja na pogodę w Texasie nie narzekam. Choć oczywiście też upały czasami mi przeszkadzają, zwłaszcza teraz, kiedy jestem coraz starsza. Ale – wolę zdecydowanie pięć nieznośnych upalnych wilgotnych miesięcy a potem kilka pozostałych miesięcy, kiedy może i jest jesień i zima ale wiem, że nie będę marzła!  Wiem, że słońce będzie mnie budzić niemal każdego ranka, że wciąż w ogródku będzie zielono, że niektóre kwiaty będą kwitły cały rok. Nie będę stała, jak kiedyś w dzieciństwie, przy kaflowym piecu przylepiając się do jego ścian, by ogrzać się i nie drżeć z zimna od stóp do głowy. 

Jest listopad. Pamiętam polskie listopady. Najbardziej pamiętam mgły. Poranne i wieczorne. Wychodziłam rano do pracy, ledwie budził się dzień, nawet w pogodny dzień, kiedy leniwe promienie słońca przebijały się przez  mgłę, długo były niewidoczne, bo jesienna mgła blokowała je skutecznie. A już wczesnym popołudniem znów ta sama mgła pojawiała się, by zachód słońca całkowicie rozmył się w zamglonej scenerii. Obraz nigdy nie był czysty i wyrazisty. Nie mówiąc już o dniach deszczowych pochmurnych, drżystych, których nigdy nie brakowało w listopadowych tygodniach. Mimo zmieniających się kolorów w przyrodzie, kolorowych liści, czerwieni, żółci i brązów różnych odcieni listopad otulał mnie smutkiem i melancholią. I chyba bardziej smutkiem, bo melancholia to w gruncie rzeczy dobre uczucie.

W listopadzie zdarzyło się w moim życiu dużo drobnych wydarzeń, które zapamiętałam  jako tragedie czasów dziecięcych. 

Kiedyś tata pojechał odwieźć znajomych na wesele. Była to pięcioosobowa rodzina.  Rodzice i troje dzieci, najmłodsza dziewczynka miała chyba 4-5 lat. To musiały być dawne czasy, byłam chyba na początku mojej podstawówki a raczej tuż przed. Mieliśmy taki samochód produkcji NRD, nazywał się P-70.

P-70 ,szał NRD-kiej motoryzacji lat 50-tych

Podobno miał karoserię w całości z plastiku a może z tektury. Pamiętam tylko,  że miał bardzo ładny czerwony kolor, był zupełnie nowy (to było pierwsze nowe auto, jakie tata kupił!) i na lusterku powiesiliśmy z tatą bardzo malutkiego ciemno-żółtego misia. Była to wyjątkowo malutka miniaturka i wszystkim się bardzo podobała. Nie pamiętam gdzie go kupiliśmy i skąd go mieliśmy ale wiem, że był wyjątkowy. Nigdy wcześniej ani potem nie przywiązywałam takiej wagi do maskotki w aucie, jak wtedy do tego misia.  Tata miał z tą rodziną wrócić następnego dnia po weselu, ale podobno, nie wiem z jakiego powodu, oni uparli się, żeby wracać jeszcze tej samej nocy. Tata był tylko kierowcą, nie należał do zaproszonych gości. Zgodził się choć niechętnie. Tej nocy była gęsta mgła listopadowa. Widoczność na odległość kilku metrów była niemal zerowa. Jechali bardzo powoli. Na przodzie siedział ojciec rodziny, a na tylnym siedzeniu matka i trójka dzieci. Wtedy jeszcze nikt nie sprawdzał czy w aucie jest 4 czy 5 czy 6 osób. I nikt nie wiedział o istnieniu pasów bezpieczeństwa. Auto było bardzo małe, ale przecież nikt nie miał wyobrażenia o tym, że mogą być auta „duże i wygodne”. Cała rodzina była szczęśliwa, że znalazł się ktoś, kto zgodził się ich zawieźć na wesele i przywieźć z powrotem. W drodze powrotnej późno w nocy wszyscy spali, mój ojciec jechał ostrożnie i powoli. Zresztą jak mógłby jechać  inaczej takim autem jak P-70, w końcowych latach 60-tych?  Na poboczu drogi, wąskiej słabo oświetlonej i stał nieoznakowany światłami bezpieczeństwa duży samochód ciężarowy Star. Tata zauważył ciemna plamę tuż przed sobą zbyt późno, by zdążyć wykonać manewr ominięcia go.. Plastikowe a może tekturowe P-70 uderzyło bokiem w stojącego ciężarowego Stara miażdżąc swoją prawą stronę jak papierowe pudełeczko. Wypadek wydarzył się koło Bochni, dojazd karetki utrudniała wciąż gęsta mgła…

Dopiero następnego dnia gdzieś koło południa mama zabrała mnie autobusem do szpitala i tam zobaczyłam tatę z ręką i nogą w gipsie. Był poobijany ale rozmawiał z nami. Tak naprawdę to niewiele z tego pamiętam i nawet nie jestem dziś pewna czy obrazy o których mówię dziś są prawdziwe. Może tylko fakt, że po raz pierwszy zobaczyłam szpital…Choć nie była to moja pierwsza wizyta szpitalna. Ale tych wcześniejszych nie pamiętam.  Pamiętam natomiast, że tata bardzo martwił się i wypytywał o pasażerów, których wiózł.  Nie rozumiałam wtedy dlaczego i co naprawdę się stało. Dotarło do mnie tylko, że chłopiec który z nimi jechał był w bardzo ciężkim stanie, bo wszyscy o nim mówili. I mama płakała. Ale po wielu miesiącach wyszedł z tego i wszystko dobrze się skończyło. To był ciężki wypadek. Mój tata najmniej ucierpiał, bo jako kierowca akurat siedział po stronie przeciwnej niż stała ciężarówka. Jego pasażerowie byli w znacznie gorszej kondycji. Tylko mała dziewczynka wtulona pomiędzy swoja mamę a siostrę wyszła z tego wypadku bez szwanku. O tym wszystkim dowiedziałam się znacznie później, kiedy byłam dużo starsza i potrafiłam o tym rozmawiać. Z tamtych dni pamiętam tylko ogromny niezrozumiały strach, brzydki zapach szpitala i Mamę, która cały czas popłakiwała ukrywając to przede mną. Jeździła do szpitala codziennie, czasem ze mną. Nie wiem jak to długo trwało, ale dramat tego wydarzenia przez lata ciągnął się złą pamięcią w naszym domu.

Po latach dowiedziałam się także, że winę za ten wypadek poniósł kierowca ciężarówki. Nie miał włączonych świateł, nie miał trójkąta czerwonego i nie zjechał na pobocze. Po prostu- też był zmęczony długą jazdą w ciężkich listopadowych warunkach, zatrzymał się i przysnął. Ale tata już nigdy więcej nie zgodził się udzielić nikomu takiej przysługi a przecież niewiele ludzi w tamtych czasach posiadało auta. A kolejny samochód miał niedługo po tym zdarzeniu.  

Jednak moją dziecięcą wyobraźnią najbardziej wstrząsnął obraz miejsca rozwalonych samochodów, które odnalazłyśmy z mamą, żeby zidentyfikować nasze auto. Mama musiała załatwić jakieś formalności, a ja wspinałam się na te resztki plastiku i tektury i szukałam małego żółtego misia.. Wciąż widzę go przed oczami z jego malutkim czarnym pyszczkiem i czarnymi oczkami-kropeczkami. Ale nigdy go nie znalazłyśmy. Dwa razy wracałyśmy na to złomowisko, niestety nie udało nam się go odzyskać. Nie wiem nawet dlaczego tak mi na nim zależało, auto było stosunkowo nowe i właściwie nie miałam czasu przywiązać się do tego misia. A jednak – zapamiętałam go aż po dzień dzisiejszy. Widać, był listopadowym elementem, który wkradł się głęboko do mojej dziecięcej główki.  Miś miał nie więcej jak dwa centymetry, nie był żadną “przytulanką” dziecięcą, nie miał nawet imienia,  a jednak wbił się w moją pamięć jakby to on był istotą tego listopadowego wydarzenia. 

W najpiękniejszej młodości, w listopadowe wieczory długimi godzinami spacerowaliśmy nad rzeką Rudawą albo na krakowskich Plantach i moje kolana były przemarznięte i sine podobnie jak palce w cienkich rękawiczkach. Krótkie dni, długie ponure wieczory. Często deszcz i plucha, i wiatr, i pierwszy śnieg..  Czy ktoś pamięta jak wygląda Rynek krakowski we mgle, gdy wieża Kościoła Mariackiego ledwie się wynurza z mlecznej szarości??

Kiedy mieszkaliśmy już w Sosnowcu i mieliśmy własne pierwsze auto, oczywiście Malucha (Fiata 126) często w listopadzie jeździliśmy do Krakowa na ważne dla nas wieczory z okazji urodzin naszego przyjaciela Anioła, czy jego Andrzejkowych imienin. Także w listopadzie są imieniny brata mojego męża i wtedy byliśmy młodzi, zwariowani i żadna listopadowa pogoda nie stała nam na przeszkodzie by “skoczyć” do Krakowa na towarzyską imprezkę. Bo to wtedy były imprezki, nikt nie nazywał tego „party”. 🙂 Ale też już mieliśmy dorosłe obowiązki – najpierw moje studia, potem praca w szkole, praca Wacka na Uniwersytecie. Jeśli następnego dnia wypadały nam jakieś zajęcia, to trzeba było wracać do domu późno w nocy. Często więc te zwykłe 70 kilometrów trudnej wijącej się przez jedna po drugiej wsie, pokonywaliśmy we mgle, w deszczu a nawet w deszczu ze śniegiem i na oblodzonej powierzchni. Dla mnie to był koszmar! Siedziałam na przednim siedzeniu z nosem przy szybie wypatrując każdego metra drogi, każdego zakrętu, każdego przydrożnego drzewa. Trzymałam się kurczowo siedzenia nie zdając sobie sprawy, że moje palce są niemal sine od zaciskania się. Jechaliśmy bardzo wolno, więc do domu docieraliśmy po trzech albo i więcej godzinach zamiast po półtora. To było okropne godziny mojego życia. Zawsze gdzieś w podświadomości widziałam czarne plamy przed nami i czarne wielkie przeszkody. I gdzieś głęboko błąkał się maleńki żółty miś.. A przecież – nie było mnie w tamtym wypadku. Byłam małą dziewczynką, która niewiele rozumiała, niczego tamtej nocy nie widziała. Jak silna potrafi być wyobraźnia dziecka, by stworzyć obrazy strachu, które trwają przez lata..

Moja psychika, nastrój  zawsze były uzależnione od pogody i wszechobecnego listopadowego zimna. Każdego roku próbowałam rozsądnie przemówić sobie do “własnego rozsądku” i świadomości i odciąć się od kalendarza, że to tylko kreacja w mojej głowie, że nie mogę ulegać pogodzie, bo przecież tego zmienić się nie da! 

I tak walczyłam rozsądkiem z podświadomością i czuciem i każdego kolejnego listopada przegrywałam. Wracało zimno, to w środku mnie, to drżenie, jakiś strach, jakaś niepewność i przeczekiwanie, by po prostu – listopad… minął.  Tak, ja wiem, to zupełnie irracjonalne, nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Ale przecież każdy z nas ma takie uczucia i takie “dziury w swojej duszy”, które nie mają wytłumaczenia. Tyle, że większość z nas do tych dziur i ułomności uczuć czy myśli za nic w świecie się nie przyzna. Nawet przed samym sobą. Ja właściwie też nie lubię. Ale – jest listopad. No i jakoś mnie dopadło…

Kiedy listopad zmieniał się w grudzień to mimo, że grudzień wciąż skraca każdy dzień i mrozi coraz mocniej, jednak niesie powiew świąteczny. Zapach choinki, ruch przygotowań Bożonarodzeniowych, radość, optymizm i jakoś robi się cieplej i weselej. I łatwiej  żyć. 

Tak było kiedyś.

I takie we mnie zostały wspomnienia. Nostalgiczne. Czasem smutne. Takie.. Przejściowe. Oczekujące na cieplejszy powiew energii. Tej od serca. Takiej, co przynosi nową radość mimo jesieni, przemijania, zimnego drżenia strachu o tym, co jest za mgłą i deszczem, co niebawem może się zdarzyć..

Moja codzienna poranna kawa

A teraz moje listopady są w Houston. I świeci słońce. Każdego dnia rano na moim patio, piję najlepszą kawę ze spienionym mleczkiem, lekko posypanym odrobinką cynamonu.

Jest wciąż zielono. Wdycham świeże chłodne jak na Houston, a niemal ciepłe jesienne powietrze i delektuję się faktem, że Bóg a może Dobry Los wymyślił dla mnie drugą połowę życia w ciepłym klimacie. Tu gdzie listopad jest piękny. Nie muszę marznąć i drżeć. Moja “listopadowa szufladka pamięci” nie wspomina o dramatach dzieciństwa, nie nastawia się na trudne wspomnienia. Zapomina o tym, co gnębiło mnie przez lata. Już wiem, że listopad może być jesienno-piękny. Park, nawet w Houston może przybrać kolory złociste i czerwone i może przynieść wspomnienia polskiej jesieni.  Jesieni  dobrej i ciepłej.  

Moje skromne własne kwiatki ogródkowe wciąż rosną dumnie i wyciągają swoje główki prosto do słońca. Są jak mój nastrój – odważne i pełne radości, że słońce daje im radość i chęć do życia.  Niewiarygodne, jak bardzo potrzebne jest nam słońce! I błękitne niebo. Niebo o tej porze roku, rano w Houston, ma kolor absolutnie czystego niebieskiego koloru! Prawie bez jednej chmurki. A nawet jeśli się jakaś pojawi, to jest lekka biała puszysta. Nie wiem, czy ludzie to widzą tak jak ja. Nie wiem, czy ja to widziałam jeszcze kilka lat temu.. Pewnie nie. Może trzeba przeżyć dużo lat, żeby pewnego dnia widzieć rzeczy i zjawiska tak proste, że ledwie dostrzegalne. I tak ważne, że nie sposób ich w życiu ominąć..

Cieszę się, że mam swoje listopady.
Cieszę się, że na świecie są różne listopady. Te rzeczywiste, te kalendarzowe, te pogodowe i te w naszej głowie. 
Można mówić o wszystkim i w każdy możliwy sposób. Listopadowy albo majowy. Jeśli chcemy się porozumieć zawsze znajdziemy do siebie drogę.
Albo przynajmniej możemy – po ludzku – próbować..

“Staruszka jesień trwa w zadumie,
jak gęsta mgła na wrzosowiskach,
rozmyśla czule tak, jak umie
o wszystkich utraconych listkach.
O tym co było, czego nie ma,
o tym co się niebawem zdarzy.
Staruszka jesień myśli niema,
a deszcze płyną jej po twarzy
.”


BACK

Dziwny świat, świat ludzkich spraw…

11/6/2021

Zaczynam pisać, jest 1 listopada. Święto Zmarłych. Tu, w Ameryce, dzień jak każdy inny.  Nawet dla moich dorosłych dzieci nie ma specjalnego znaczenia. Dla mnie – dzień wspomnień, pamięci o zmarłych rodzicach, o tych wszystkich co już od nas odeszli. O tradycji, którą – może to dziwnie zabrzmi, lubiliśmy w Polsce jako dzieci. Nie kojarzyła się nam wtedy ze śmiercią i przemijaniem. Ten temat był odległy i abstrakcyjny.

Groby rodzinne nie sprawiały uczucia bólu. Były raczej melancholią listopadowego mglistego dnia, poczuciem rodzinnych więzi, spotkań przy grobach, wieczornych spacerów oświetlonych niesamowitą łuną bijącą od palących się zniczy i świec. Ta poświata widoczna była daleko, wiele kilometrów od cmentarzy. Nawet małe dzieci wyczuwały, że to dzień ciszy i szły grzecznie za rękę z rodzicami, obserwując cudowne ogromne chryzantemy – białe, żółte, złociste. Czasem lekko fioletowe. I dziesiątki lampek, lampionów, świec. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam zaraz przy wejściu na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, długi grób Nieznanego Żołnierza i ogromną ilość świec zapalanych od rana aż do zamknięcia cmentarza przez przypadkowo przechodzących tamtędy ludzi. Pamiętam, jak bardzo każdego roku intrygowało mnie to – dlaczego..? Aż wreszcie zdobyłam się na odwagę i zapytałam Mamę, czyj to grób i dlaczego tam tak DUŻO świec.. Nie wiem ile mogłam mieć lat, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiorowa mogiła i że nie znamy imion tych ludzi, że byli żołnierzami, że zginęli podczas wojny i nikt z ich rodzin tu nie przyjdzie… Tej nocy beczałam długo w poduszkę nie mogąc zasnąć i nie umiejąc uporać się z dziecięcym smutkiem. Opowieść Mamy i wspólny grób nieznanych mi ludzi przemówił do mojej wyobraźni bardziej niż groby rodzinne odwiedzane wspólnie z rodziną. Myślę, że właśnie wtedy pojęłam pierwszy sens odejścia człowieka ze świata żywych. Od tego czasu zawsze jak wielu innych ludzi i ja pierwszą świeczkę na Rakowickim Cmentarzu zapalałam na grobie Nieznanego Żołnierza. 

Jedyne zachowane, bardzo stare zdjęcia z czasów sprzedaży świec i zniczy w harcerskich akcjach „Znicz” (myślę, że to zdjęcia ma już ponad 50 lat:)

Później, gdy byłam już zapaloną harcerką, czas listopadowego Święta kojarzy mi się z akcją “Znicz” (chyba tak się nazywała..) czyli sprzedawanie różnego rodzaju świec i zniczy, na kilka tygodni przed Świętem Zmarłych, koło cmentarza i na Kleparzu przez nasz Szczep “Harnasie” w celu zarobienia pieniążków na obóz letni. Ta akcja była wtedy bardzo popularna i wiele innych szczepów harcerskich w niej uczestniczyło. Wszystko było legalne, za odpowiednimi zezwoleniami, które załatwiali nam rodzice czyli “Koło Przyjaciół Harcerstwa”. Była to grupa rodziców, zorganizowanych i dobrze działających, pomagających nam w różnych akcjach. Coś na wzór komitetów rodzicielskich w szkołach. Wcześnie rano zabieraliśmy z garaży z tymi rodzicami pudła zniczy, stoliki i ustawialiśmy się przy wejściach do cmentarza albo na Kleparzu. Marzliśmy okrutnie, bo zazwyczaj o tej porze roku było już zimno, a my mieliśmy “warty” kilkugodzinne po dwie-trzy osoby. Rodzice pomagali nam i donosili gorącą herbatę w termosach i kanapki. A my byliśmy bardzo zadowoleni, bo na taką akcję oficjalnie zwalniano nas z lekcji szkolnych. Szkoła nie była za bardzo chętna, ale jakoś było to wpisane w porozumienie szkoły i organizacji i dyrekcja szkół tolerowała takie nieobecności jako usprawiedliwione. Byliśmy młodzi, radośni, uśmiechnięci, ludzie lubili harcerzy i chętnie od nas kupowali znicze. To były dobre akcje i przynosiły niezły jak na owe czasy zarobek na wakacyjny obóz. 

Miodek turecki- uwielbiany tradycyjny przysmak sprzedawany na stoiskach przy cmentarzu.

1-go listopada w Krakowie była jeszcze jedna “słodka” atrakcja, którą zapamiętałam na całe życie. Przed wejściami (a były dwa) na Cmentarz Rakowicki, oprócz stoisk z kwiatami i zniczami, były stoiska z “miodkiem”. Czasem nazywano go “miodkiem trupim” częściej jednak – tureckim. Był to po prostu karmelizowany cukier z dodatkiem pokruszonych różnych orzeszków, aromatów i barwników. Miał smak miodu, był twardy o wyglądzie nieregularnej bryłki, zazwyczaj o jasnym prawie białym kolorze. Z czasem pojawiły się inne smaki i kolory. Jako dzieci, uwielbialiśmy ten przysmak! Czekaliśmy cały rok na dzień kiedy się wreszcie pojawi a rodzice pozwolą nam go kupić i to nie tylko jedną paczuszkę (rożek, bo tak go sprzedawano, w celofanowym papierku w postaci rożka przywiązanego cienką kokardką) a przynajmniej dwie, trzy porcje na następne kilka dni.   

Słyszałam, że miodek wciąż jest i sprzedaje się tak samo dobrze dziś jak kiedyś, tyle że ja nie byłam już na Święcie Zmarłych w Polsce od 30 lat. Wstyd mi się przyznać, wstyd mi samej przed sobą, ale jakoś nigdy nie zmobilizowałam się, żeby odwiedzić groby najbliższych w ten wyjątkowy dzień. Kiedy przyjeżdżamy do Polski, zawsze pamiętamy o grobach rodziców. Ale nigdy nie zapaliłam im świeczki w dniu listopadowego święta… Co mnie powstrzymuje od tej wizyty? Dlaczego boję się tam być właśnie  tego dnia? Mam wyrzuty sumienia i równocześnie każdego roku odrzucam od siebie decyzję wyjazdu do Polski w tym czasie. Nasi rodzice odeszli, gdy my już mieszkaliśmy w Houston. Mam dziwne uczucie, że nie potrafiłabym udźwignąć ciężaru tego święta tam w Krakowie, że Święto Zmarłych, jakie zapamiętałam, to zupełnie inne święto.  Takie.. “nie-personalne”. A to, które mogłabym przeżyć teraz, gdybym pojechała do Polski, po raz pierwszy w życiu musiałabym zaakceptować jako Święto MOICH Zmarłych.. Jestem dorosłą, prawie starą kobietą i wciąż “NIE pochowałam” własnych rodziców.. 

Jednym z najpiękniejszych miejsc – wspomnień na krakowskim cmentarzu Rakowickim jest grobowiec Jana Matejki. Symbol krakowskich artystów . Tu każdy Krakus przystanie, zapali znicz, poduma przez moment. Ten grobowiec stoi na środku głównej alei i nikt nie przejdzie tędy obojętnie.

Świat uczuć jest dziwny. I trudno się nam przyznać do wielu myśli i uczuć. Boję się zaakceptować fakt, że jak każdy człowiek tak i moi najbliżsi mają swoje groby.  I nic tego nie zmieni. 

Takie rozważania nachodzą mnie każdego roku o tej porze.  Choć zazwyczaj zawiłości uczuć i skomplikowane przemyślenia potrafię samej sobie dość jasno wytłumaczyć, tak w tej kwestii od lat nie mogę sobie poradzić. Cóż, każdy ma jakieś wady, słabości. Ciche strony w zakamarkach własnego umysłu.  Nikt nie jest idealny. Nic w życiu nie jest białe albo czarne. Jest milion odcieni szarości i problem w tym, że większość z nas ich nie rozróżnia i nie potrafi ich w sobie odczytać.  

W czasach mojej młodości wszyscy zachwycaliśmy się piosenką Czesława Niemena “Dziwny jest ten świat”. Muzycznie, niezwykle nowoczesne opracowanie, natychmiast stała się hymnem naszego pokolenia. Słowa tego utworu elektryzowały przesłaniem rzuconym ludziom. Piosenka miała swoją premierę w 1967 roku. Były to czasy wojny w Wietnamie, ciągłych konfliktów społecznych w Polsce, wydarzeń marcowych ’68..  

“Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się tyle zła..” – wołanie Niemena miało szczególne znaczenie. Porażało prawdą tamtych  czasów, szokowało niezwykle dosadnymi słowami, ale tak naprawdę z perspektywy minionych ponad 50 lat od pierwszego wykonania tej piosenki wiemy, że słowa te są ponadczasowe i odnoszą się do każdego z nas. Do każdej zwykłej ludzkiej sytuacji. Wtedy upatrywaliśmy w niej powiązań politycznych, manifestu wolności i sprawiedliwości. Dziś przywodzą mi na myśl zwykłe ludzkie codzienne relacje. Nasze poranki i wieczory, domowe i przyjacielskie układy, zmagania z samym sobą i z własnymi słabościami. 

Kiedy stajemy się ludźmi “z bagażem życiowych doświadczeń” (żeby nie podliczać nikomu wieku) 🙂 zaczynamy rozumieć ogrom dziejących się spraw wokół nas zupełnie inaczej niż przed laty. Widzimy zdarzenia z dystansu, spokojniej, doceniamy relacje, które nas łączą z drugim człowiekiem.  Nauczyliśmy się już odróżniać, co warto pielęgnować i jak tolerować wady innych i własne, by ochronić to, co istotniejsze niż duma, upór i własne widzenie świata. A jednocześnie, nauczyliśmy się, że mamy prawo do ochrony własnego “terytorium”, do nienaruszalnego własnego JA. Nikt już nie powinien mnie zmieniać, zmuszać i nakłaniać na swoje “podobieństwo”.  Jesteśmy jacy jesteśmy.  Zbudowaliśmy rodziny, wychowaliśmy swoje dzieci, pracowaliśmy na to długie lata. Mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jesteśmy “ludźmi dobrej woli”. 

Z piosenki Niemena: “ Lecz ludzi dobrej woli jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim..”

Nikt nie jest idealny. Ale mamy dobrą wolę. Nie ma ludzi dogłębnie złych. Są tylko tacy, co zagubili się. Złościmy się , wprowadzamy w swojej głowie stan chaosu, patrzymy na świat tylko z własnej perspektywy i wtedy często zapominamy o innych. Myślimy tylko o sobie. Zawężamy swój punkt widzenia w imię egoizmu i rozmyślamy coraz głębiej o sobie brnąc w jedną stronę..  Szukamy winnego, szukamy coraz więcej argumentów bardzo jednostronnych. I tak naprawdę ranimy siebie, bo taki sposób czucia i rozpamiętywania boli przede wszystkim NAS samych. I już nagle – świat odczuć i rozmyślań zamknął się tylko w naszej własnej głowie! Cierpimy. Boli nas. Nie rozmawiamy z nikim, nawet z samym sobą . Gubimy się. Tracimy “dobrą wolę”. Tracimy ją nie tylko wobec innych ludzi ale i dla siebie.. 

“Ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem” śpiewał Niemen. Słowa ranią i niestety wszyscy wiemy, że najbardziej i najczęściej ranimy tych, których kochamy najmocniej.  Bo zależy nam na nich najbardziej i nie potrafimy tego inaczej okazać. Błąd, który wszyscy popełniamy. Wszyscy i mówię tu też o sobie. Trudno jest spojrzeć z dystansem i powiedzieć: porozmawiajmy, nie rańmy się więcej, jesteśmy dla siebie ważni. Musimy spojrzeć na siebie z różnych stron, z każdej możliwej perspektywy.  Rozmowa to coś, co odróżnia człowieka od świata zwierząt czy roślin. Dialog to jedyny rozsądny sposób, by pokonać bariery nieporozumień i nienawiści. Zazdrości i naszej ludzkiej „inności”. Dialog uczciwy – to dobre słowo, uśmiech, zwyczajny uścisk ręki.

Ja przecież wiem, to nie jest łatwe! Każdy człowiek jest INNY. Nasze myśli i uczucia pracują inaczej. Żeby się spotkały, musi być w nas ogromnie dużo DOBREJ WOLI! Tej z piosenki i tej życiowej.  Tej, którą zdobyliśmy już w naszych doświadczeniach przechodząc w życiu przez wiele trudnych chwil. Każdy wie, że “co nas nie zabije to nas wzmocni”. Mamy już to za sobą. 

Moje życie emocjonalnie nie było łatwe.  Należę do osób wybuchowych, nerwowych i pewnie czasami nabuzowanych gorącymi trudnymi emocjami . To cechy, które ujawniają się na zewnątrz i dla otoczenia rodzinnego czy przyjaciół są łatwo zauważalne i… niełatwo przyswajalne.  Wiem o tym doskonale. Ale tak naprawdę nigdy nikomu nie życzyłam źle, nigdy nie miałam w sobie uczuć prymitywnej zazdrości, potrafiłam bardzo dużo poświęcić dla rodziny, wnuków i innych ludzi.  Praca dla innych zawsze sprawiała mi radość i często w moim życiu zdarzały się chwile, że moje działania przerastały moje własne potrzeby. 

Z dawnej perspektywy – nie zawsze to było przez innych zauważane czy doceniane. Dziś już mi to nie przeszkadza.  Dziś wiem, że to normalne. Ludzie widzą to, co potrzebują widzieć. Pewnie i ja tak kiedyś to widziałam. Myślimy dużo, wyobrażamy sobie jeszcze więcej, nakręcamy sobie w głowie różne obrazy ale… rozmawiać z drugim człowiekiem nie potrafimy.  Rozmawiamy o innym człowieku, ale nie z tym WŁAŚCIWYM Człowiekiem.

Strach? Brak słów? Trudności w formułowaniu własnych myśli, uczuć? Czasem udowodnienie sobie własnej siły wobec drugiej osoby. „Leczenie” własnych kompleksów… Pewnie wszystko po trochu. Człowiek to skomplikowana machina. Mózg i uczucia nie zawsze umieją współpracować. Rozsądek bywa czasem na zupełnie innej planecie niż nasze prawdziwe uczucia. 

Uważamy się za “normalnych” ludzi. Ale tak naprawdę co to znaczy “normalny”? Czy człowiek, który wstępuje do klasztoru i przez całe życie każdy jego dzień jest zupełnie inny niż nasz, jest NIE-normalny? Czy ktoś kto zostawia swoją rodzinę, wyjeżdża do dalekiego, nieznanego mu kraju, postanawia żyć i pomagać ludziom, którzy są dla niego pozornie obcy a potem to oni stają się ważniejsi od jego własnej matki czy siostry, jest także NIE-normalny?  Albo ktoś kto podejmuje decyzję wspinania się na najwyższe szczyty Świata mimo, że wie iż niesie to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niego i może ból i tragedię dla najbliższych. A jednak nie rezygnuje ze swoich planów…

Jak zrozumieć ludzi innych od nas? Jak znaleźć w sobie siłę dla tolerancji i zrozumienia?  Tak, świat jest dziwny. Ludzie są dziwni, bo są różni. I w tym tkwi piękno i bogactwo człowieczeństwa. Człowieka wielkiego, który dokonuje nieprzewidzianych odkryć, nieprzeciętnych dokonań dla ludzkości,ma odwagę polecieć na Księżyc, czy po prostu Człowieka  zwykłego, takiego jak każdy z pośród nas.  Pan Bóg, Los czy jakkolwiek to nazwiemy, wyznaczył nam do przejścia kawałek drogi na tej Ziemi. 

I dobrą wolę. I umiejętność wyboru. I mózg i serce. Jaki zrobimy z tego użytek – zależy całkowicie od nas. 

Cudowna nasza noblistka Wisława Szymborska pisała w swym wierszu  “Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach” :

..”Twarze.
Miliardy twarzy na powierzchni świata.
Podobno każda inna
od tych, co były i będą.
Ale Natura – bo kto ją tam wie –
może zmęczona bezustanną pracą
powtarza swoje dawniejsze pomysły
i nakłada nam twarze
kiedyś już noszone.”


Trochę ironicznie, z przymrużeniem oka, ale jakże sensownie.. Jesteśmy tacy sami. Jak ci co już minęli, jak ci co przyjdą długo po nas. Każdy inny a jednak podobny. Mijają wieki, świat zmienia swój wizerunek, zmieniają się wizje, priorytety, marzenia, ale człowiek pozostaje taki sam. Potrzebuje zawsze ciepła drugiego człowieka, miłości, przyjaźni, poczucia bezpieczeństwa i wiary, że ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie dzięki nim.


BACK

Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! czyli „Przechadzki – o Krakowie” 2004

10/23/2021

“Nie przenoście nam stolicy do Krakowa!”  Słowami piosenki Andrzeja Sikorowskiego i Jerzego Turnaua z repertuaru zespołu “Pod Budą” kończyliśmy w naszym Ogniskowym Teatrze przedstawienie o Krakowie w 2004 roku.

Tak, dziś zaczynam opowieść od finału, przecież nie musi być zawsze tak samo. 

Kraków.. Jak pierwsza w życiu miłość. Miłość dozgonna, w różnych wariantach, w różnych kolorach, sentymentach, wspomnieniach. Miasto niezapomniane, wspominane z rozrzewnieniem, do którego powracam w marzeniach, w wizjach z dzieciństwa i w wakacyjnych podróżach, by znów odwiedzać Rynek Krakowski i moją rodzinną ulicę. 

W 2004 r. po serii różnych przedstawień z Mrożkiem, Osiecką w Teatrze Ogniska Polskiego, przyszedł mi do głowy pomysł inspirowany tęsknotą za moim Krakowem. Nie tylko tęsknotą do miasta, ale także do jego kultury, historii, legend, których w murach Krakowa nigdy nie brakowało. 

Zapragnęłam pokazać Polakom w Houston Kraków, w którym zaczarowana dorożka przewiezie widza w czasie i przestrzeni. Trzy Młode i Piękne dziewczyny: Romantyczka z inwencją (Kasia L), Pragmatyczka z  wyobraźnią (Edyta B) i Artystka z duszą (Natalia K) poprowadziły naszych widzów do Rynku krakowskiego, gdzie możesz posłuchać co godzinę hejnału z Wieży Kościoła Mariackiego, a z oddali czasami rozlega się głos Dzwonu Zygmunta. Gdzie kolorowe parasole i kwiaty rozkwitają przez cały rok niezależnie od pogody i pory roku, gdzie mogłeś spotkać w kawiarni u Nowo- rolla Szymborską, Turnaua, Miłosza czy Dymną, a dziś także młodych artystów. 

Czasami, gdy przymykasz powieki, przenosisz się w czasie, do epoki Wyspiańskiego i podążasz za magicznym zaproszeniem niezwykłego Chochoła na wesele pełne cudów i dziwów. Przez moment oddychasz polską trudną historią, smutkiem i kompleksami narodowymi, aby za chwilę obudzić się znów na kolorowym Rynku, obok Sukiennic. I posłuchać plotek krakowskich kwiaciarek, sympatycznych kawiarnianych rozmów zacnych Krakusów i zobaczyć radośnie tańczące dzieciaki. 

Zaglądnęliśmy też do Jamy Michalika, gdzie w latach międzywojennych królował kabaret “Zielony Balonik” i w swych elitarnych satyrycznych przedstawieniach wyśmiewał wszystko, co było młodopolskie i romantyczne. Tego wieczoru nasz teatr przypomniał widzom maleńki skrawek tekstów kabaretu Balonika, ale nie pominęliśmy jego obecności w kulturze krakowskiej. 

Dorożka zawiozła nas też na krakowski Kazimierz, podsłuchaliśmy dyskusji politycznych, rozmów o zawiłościach i różnicach językowych.. 

Ta sama zaczarowana dorożka Mistrza Gałczyńskiego wraz z głosem Dzwonu Zygmunta  przywiodła gości teatralnych kolejny raz na Rynek, do pewnej niezwykłej Piwnicy, gdzie przez wiele długich lat od 1956 roku działy się istne cuda! Zakotwiczyli się tam ludzie niezwykli!  Piotr Skrzynecki, legenda Krakowa, dusza, serce i puls kabaretu “Piwnicy pod Baranami”. Zachwatowicz, Demarczyk – “Czarny Anioł” polskiej piosenki.  Dymny, Litwin, Szałapak, Konieczny, Długosz, Nowicki i wielu wielu innych wielkich “Piwnicznych”. 

Przychodzili i odchodzili… A wokół nich publiczność tłoczyła się zawsze i niezmiennie. W wejściu do sieni Piwnicy już o 7.00 wieczorem było tłumnie, każdy chciał zdobyć jak najlepsze miejsce na niewielkiej widowni, choć nikt nie wiedział kiedy naprawdę zacznie się przedstawienie… To było przesłanie zza światów! Realność trwała w nierealności, mieszała się z muzyką, ze słowem niezwykłym, humor ze łzami, ironia i głupota ludzka z szarą rzeczywistością…

Zanim jednak wsiąknę na dobre w te wspomnienia, od których pewnie nie oderwę się  szybko i nie szybko powrócę do dzisiejszej rzeczywistości przytoczę kilka ważnych faktów wiążących się z tamtym spektaklem. Dziś pewnie już nikt o tym nie pamięta.

Dla Ogniska był to czas pełen sukcesów. Szkoła miała dużo dzieci, rozwijała się prężnie, nasze imprezy były znane i lubiane w houstońskiej Polonii. Tego roku obchodziliśmy już 10-lecie Ogniska, które uczciliśmy bankietem połączonym z wystawą prac fotograficznych Marka M. i ładnym programem teatralnym pt. “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Organizowaliśmy imprezy sportowe jak “Fun Run” w Hermann Park, czy biwak rodzinny w Bastrop Park. Ciągle coś się działo! Nic dziwnego, że gdy w parafii polskiej pojawił się nowy ksiądz Jan F, szybko zainteresował się naszą działalnością teatralną, zwłaszcza, że sam był niezwykłym księdzem.

Zdjęcie z próby, w której uczestniczył także ksiądz Jan F.

Człowiekiem, który doceniał kulturę, literaturę i sztukę i szybko na tym polu zaczął działać w parafii. Dzięki niemu wznowiono teatr parafialny i wystawiono sztukę („Dzień gniewu” Romana Brandstaettera), w której zresztą zagrał również ksiądz a także między innymi – aktorzy z naszego teatru: Rysiek S i Wacek M. Wspominam o tym dlatego, że właśnie dzięki księdzu Jasiowi F i za jego namową po raz pierwszy od lat doszło do współpracy szkoły polskiej parafialnej i naszego Teatru. Długo zastanawiałam się jak to zrobić. Nie było to łatwe zadanie z wielu przyczyn.  Dziś nie będę się o tym rozpisywać, bo dawne to “blizny”..

Dzieci z polskiej szkoły parafialnej

Dzieci ze parafialnej szkoły polskiej miały swoje “pięć minut” na Rynku Krakowskim, ładnie wkomponowały się z tańcem i piosenką i bardzo słodką deklamacją, co na moment ożywiło scenę dorosłego teatru a przede wszystkim dodatkowo ociepliło ten wieczór.  Będę za to zawsze wdzięczna księdzu Janowi. Także Maryli Kęstowicz-Lech, która wówczas odpowiadała w szkole parafialnej za przygotowanie muzyczno-taneczne dzieci.  Niestety, ksiądz Jan szybko musiał odejść z naszej parafii 😦

Podobnie jak Ognisko, Teatr także był wówczas w pełnym rozkwicie, mieliśmy duży zespół. Dołączyli do nas dwaj przystojniacy, Łukasz H i Rafał S którzy przyjechali z Polski na tymczasowe stypendia i postanowili spróbować swoich sił aktorskich. Po raz pierwszy zagrał też Andrzej W zwany “Panem Kolegą”, przyjaciel Wacka, więc od razu postanowiłam dać im role przyjacielskie i obsadziłam ich w “piwnicznej części” jako wiodące postaci – Jana Skrzyneckiego i Jana Nowickiego. Do zespołu dołączył też Rysiek S i Ewa K (to już trzecia Ewa w naszej grupie, w świecie prób i spotkań prywatnych mieliśmy dla nich dodatkowe określenia, ale nie będę ujawniać tajemnic zza kurtyny) 🙂 i Marysia M.

Kilka zdjęć które zachowały się z prób końcowych – trudne żmudne godziny pracy 🙂

Po raz pierwszy jako tło piosenki “Groszki” śpiewaną przez Ewę T włączyliśmy tańczącą Olivię K, która pojawiła się w naszym teatrze chyba tylko ten jeden raz.  Reszta zespołu to znane widzom twarze.

Lista naszych sponsorów i przyjaciół Ogniska 2004

O popularności Teatru i dużym zainteresowaniu naszymi sztukami świadczy fakt jak długa była lista sponsorów, którzy nas popierali, pomagali nam i wierzyli w sens naszej działalności. Program teatralny wypełniony był ogromną ilością życzeń, podziękowań, gratulacji. To dodawało nam skrzydeł, napawało dumą, potęgowało marzenia i nowe wyzwania literacko-aktorskie. Długie godziny prób, nauki, powtórzeń i… znów to samo – dawało nam radość i ogrom satysfakcji.   

Trzy dziewczyny oprowadzały widzów po Krakowie, po jego uliczkach i zakamarkach, po kawiarniach na Kazimierzu i wreszcie w drugiej części zeszły po schodkach zasnutych gęstym dymem papierosowym, przedarły się przez tłumy oczekujących na “kawałek” miejsca na widowni, by ujrzeć “skrawek nieba”, a w nim Piotra Skrzyneckiego. Bo tego wieczoru w naszym teatrze, dzięki literackim listom pana Jana N – pan Piotr S. zgodził się na teatralną konwersację, prowadzoną prosto z wysokości, z Nieba. I tak powstała liryczna rozmowa dwóch przyjaciół, Panów J i P…

Najpierw jednak…

zaczęliśmy od serca Krakowa. Rynek krakowski, największy po Weneckim w Europie. Na naszej scenie – krakowskie kwiaciarki, przy stoliku kawiarnianym pan w szarym płaszczu i kapeluszu, pani Mecenasowa. Ożywione rozmowy, codzienny szum uliczny, tętent końskich kopyt, hejnał Mariacki przerywający te odgłosy co godzinę… Dzieci roztańczone i rozśpiewane, zakochani umawiający się pod “Adasiem”. Rynek tętniący życiem przez całą dobę. 

Przy okazji poznaliśmy odwieczną dyskusję na temat krakowskiego języka, bo przecież każdy Krakus wie, że stoi w ogonku a nie w kolejce, używa cumla, gdy dziecko płacze, a nie smoczka! Idzie do lasu na borówki a nie na jagody!  I w karnawale piecze chrust a nie faworki! No i koniecznie – codziennie i przy każdej możliwej okazji używa najpiękniejszych zmiękczeń językowych: prawdziwy Krakus zawsze całuje “rączki”, podsuwa “krzesełko”, podaje “wódeczkę w kieliszeczku”. Je “kromeczkę weki” i obowiązkowo wychodzi “na pole”!! Można by mnożyć przykłady do białego rana! My bawiliśmy się doskonale używając tych krakowskich słówek i na próbach i długo jeszcze potem. 🙂 

W Krakowie wszystko może się zdarzyć. Powoli zgasły światła i za sprawą niezwykłego Chochoła przenieśliśmy się wraz z naszymi widzami do pewnej podkrakowskiej wsi, do chaty, gdzie w mglistą listopadową noc trwało weselisko. W ten wyjątkowy wieczór przypomnieliśmy fragment  polskiej historii, o której opowiedział nam w wielkim skrócie Stańczyk i Dziennikarz.

Stańczyk – Andrzej W. i Dziennikarz – Wacek M.

Posłuchajmy fragmentu, który za sprawą długo ćwiczonej scenki przez Andrzeja W i Wacka M, z trudnego dramatu Wyspiańskiego („Wesele”) wywołuje we mnie do dziś wielki dreszcz emocji. W roli Chochoła spisał się znakomicie Rysiek S. Jest to jedna z najbardziej znanych symbolicznych postaci w polskiej literaturze. Wiele na jej temat napisano, do dziś istnieją nierozwiązane spory i domysły, co naprawdę w zamyśle Wyspiańskiego Chochoł miał  przekazać narodowi polskiemu. 

A gdy już przeżyliśmy wspólnie gorzką kropelkę historycznych wspomnień, przenieśliśmy się tym razem – na krakowski Kazimierz. Centrum kultury żydowskiej, miejsce, które miało swoje wzloty i upadki, a od wielu lat przeżywa nową fazę rozwoju, odnawiania starych kamieniczek, synagog, cmentarzy miejsc kultu żydowskiej religii i kultury. To w jednej z kawiarenek na Kazimierzu posłuchaliśmy dziennikarskiego przeglądu skróconych wiadomości o Krakowie u schyłku epoki młodopolskiej i dwudziestolecia międzywojennego. Dużo było tych wieści, bo dużo w tym mieście się działo.  Dobrego i złego. Zabawnego i smutnego. Miasto żyło pełnią swojego krakowskiego życia.  

Proszę zwrócić uwagę na dekorację sceny. Na ścianie widnieje wielki kościół Mariacki. Namalował go Donek M. śp. Mąż Beatki. Przez długi czas przed przedstawieniem kościół ten wisiał u nich w domu, na ścianie w salonie i choć oboje pochodzili z Warszawy (Donek chyba nawet z Radomia) to bez oporów pozwolili, by centrum Krakowa na długo  przeprowadziło się do nich do domu.

Jasiu K. w monologu pt „Stefania”

Po przerwie – akt drugi przedstawienia rozpoczęliśmy kolejną krótką poetycką przejażdżką  “Zaczarowaną Dorożką” i zawitaliśmy wraz z aktorami do Jamy Michalika, gdzie widzowie mieli szansę przez chwilę uczestniczyć w bardzo wyjątkowym kabarecie. Bez sceny, bez kurtyny, za to zawsze za specjalnymi zaproszeniami, które ozdabiane były przez malarzy karykaturzystów i malarzy z Krakowskiej Akademii Sztuk Plastycznych. W salce panowała straszliwa ciasnota, wisiał gęsty dym papierosowy, unosił się zapach mocnej kawy i za każdym razem można było posłuchać bardzo specjalnych tekstów, bardzo wyjątkowych autorów krakowskich. My przypomnieliśmy tylko kilka fragmentów słynnych “Słówek” Boya- Żeleńskiego. W “Zielonym Baloniku” a właściwie w jego drobnej  namiastce  wystąpili: Jasiu K, Emilka S, Monika W, Rafał S i Rysiek S.  Scenki, choć fragmentaryczne rozbłysły jak perełki. Pełne humoru i dobrej energii, zabawne i zielone w kolorze wprowadziły kabaretową atmosferę. 

Ale “Zielony Balonik” to była tylko przygrywka do tego, co zacząć się miało na scenie za chwilę.. Powoli zanurzaliśmy się wraz z całą naszą widownią w atmosferę ponurej “Piwnicy pod Baranami”. Na błękitnym niebie scenicznego Krakowa pojawił się duch Skrzyneckiego – legendy tego miejsca. A w Piwnicy, Jan N – jego przyjaciel i cała “piwniczna świta”, wszyscy, którzy wraz ze śmiercią Skrzyneckiego pozostali w niej kontynuując jego dzieło. Piwnica nadal żyła, zostały przecież teksty, piosenki, zaraźliwy śmiech Piotra, jego specyficzne poczucie humoru, jego DUCH, niepowtarzalny i niezniszczalny! 

Tył okładki książki „Między Niebem a Ziemią”

Tak oto powstały listy – rozmowy dwóch „Piwnicznych” – w książce autorstwa Jana Nowickiego “Między Niebem a Ziemią”  która zainspirowała mnie do napisania scenariusza i pomysłu tego spektaklu.  Wiem, że już kiedyś wspominałam w innym kontekście o tej książce, a także przytoczyłam piękną piosenkę, która przywołuje ducha Piotra S, ale nie potrafię odmówić sobie (i wam) przyjemności posłuchania jej jeszcze raz. Zwłaszcza, że wiem, iż ludzie czytają wybiórczo, więc pewnie dla wielu zaglądających na blog nie będzie to powtórką. Piosenką ”Jak te konwalie, jak bzy albo pet “ – rodzeństwo Kasia K i Jasiu K oraz Jan N, czyli Wacek M wprowadzili widzów w atmosferę spotkania “Nieba z Ziemią”. 

 

 I wtedy odezwał się do nas z nieba sam Piotr S, czyli Andrzej W…

A potem już wszyscy wsiąknęliśmy w przepaść wspomnień “piwnicznych”, przypomnieliśmy najpiękniejsze teksty zapamiętane przeze mnie, przez moje pokolenie. Powtarzane latami, słuchane zawsze z takim samym wzruszeniem, niezależnie kto był tego wieczoru na widowni. Zmieniali się wykonawcy, zmieniali się widzowie, zmieniały się czasy – duch i idea piwniczna trwała. 

Ewa K (no.2). bucha emocją i energią w monologu – „Jeszcze się wszystko da odkręcić”

Było i o miłości, na poważnie i trochę ironicznie.  W piosence królowała niezapomniana Ewa Demarczyk. U nas na scenie godnie zastąpiła ją Beata M. zawsze niesamowita i wspaniała! Kasia i Jasiu K piosenkę “Niebezpieczne związki” wykonali równie imponująco i pięknie. 

Ewa K i Łukasz H odtworzyli cudowną rozmowę dwojga kochanków, a Ewa K (numer 2) z wielką emocją i zmiennością nastrojów opowiedziała historię pt. “Jeszcze się wszystko da odkręcić”.  Posłuchajcie – tych fragmentów nie można pominąć we wspomnieniach o “piwnicznym” Krakowie!  

Co jakiś czas Piotr S. zaglądał do naszej Ogniskowej “Piwnicy”, Jan N. odpowiadał na jego listy, rozmowy wciąż toczyły się między Niebem a Ziemią, bo choć śmierć rozdziela ludzi fizycznie, emocje, wspomnienia pozostają. Jak mówi pan Jan N. “częste wspominanie zmarłych to rodzaj modlitwy – pomagają przetrwać, żyć”.

Ewa T (nasza trzecia Ewa!) cudownie (!) zaśpiewała piosenkę “Groszki i róże” i Ewa Demarczyk na pewno byłaby dumna z takiego wykonawstwa swej piosenki!  A Olivia K po raz pierwszy i chyba jedyny (a szkoda!) zilustrowała ten utwór delikatnym, równie romantycznym jak piosenka, tańcem. Był to nasz nowy pomysł, by włączyć do teatru młodszych aktorów i zachęcić w przyszłości do pojawiania się na scenie Teatru Ogniska. 

Lata 80-te dla “Piwnicznych” były bardzo trudne. Zbuntowani, jak większość Polaków, niepogodzeni z rzeczywistością, ze stanem wojennym i jego tragicznymi konsekwencjami, dopóki mogli, wyrażali temu sprzeciw. W każdy możliwy sposób! Nawet tekst dekretu o stanie wojennym potrafili “wyśpiewać” w taki sposób, że w owych czasach mroził krew w żyłach!    

Grzegorz Turnau, który pojawił się w Piwnicy w tamtym czasie, a jednocześnie tak naprawdę nigdy w w zespole Piwnicy nie był, miał na nią ogromny wpływ, podobnie jak Piwnica na jego twórczość. Często jego piosenki, jego postać są z zespołem piwnicznym mocno kojarzone. Zresztą od początku Piwnicy, od roku 1956 do dziś, wszyscy NAJWAŻNIEJSI o to miejsce w swym życiu artystycznym się otarli.  Posłuchajmy interpretacji piosenki “ Na Brackiej” do której muzykę napisał Jerzy Turnau, a nas w wykonaniu Natalii M.  

A teraz chciałabym zaprezentować utwór, który był jednym z najtrudniejszych do przygotowania, jaki w ogóle pamiętam w całej mojej “karierze” (ale śmiesznie powiedziane!!) 🙂  

“Dezyderata” to utwór napisany w 1927 roku przez amerykańskiego poetę Maxa Ehrmanna zawierający wskazówki na temat dobrego życia. Nie wiem jak to się stało, że właśnie ten tekst stał się hymnem “Piwnicznych”, najważniejszym ich przesłaniem przez całe dekady istnienia. 

Nasza “Dezyderata” była wspólnie wypracowaną interpretacją. Pomysł, który rósł, zmieniał się, dojrzewał w czasie naszych nieustannych wielogodzinnych prób. Czasami do późnych godzin nocnych wciąż powtarzaliśmy ten sam tekst, każdą frazę, każde słowo,  brzmienie, zgranie głosów. Do dziś podziwiam Emilkę S, która była w stanie wyłączyć “swoje ucho” na kilkanaście innych głosów wokół niej i pociągnąć cały tekst bez pomyłki. Jej siła przewodnika była niesamowita!  Cały zespół wykazał się doskonałym zgraniem, koncentracją i napięciem, które towarzyszyło temu utworowi do samego końca. Podziwiam nas wszystkich za te godziny monotonnych prób, za zaparcie, za nieprawdopodobne skupienie w tak młodych aktorskich umysłach. Podziwiam moich aktorów – wykazali się pełnym profesjonalizmem, a przecież byli tylko młodymi zapalonymi Amerykanami, którym w polskiej duszy zagrało najpiękniej dla polsko-houstońskiej publiczności. Cały zespół “Dezyderaty” zasługuje do dziś na wielkie specjalne brawa!!  

 A na koniec – już dla satysfakcji Krakusów i trochę dla odzwierciedlenia odwiecznej “wojny” pomiędzy Warszawą a Krakowem,  krótka scenka detronizacji Krakowa i akt sprawiedliwości dziejowej, czyli przeniesienie stolicy do Warszawy.. Pośmiali się Krakowianie, usatysfakcjonowani zostali Warszawiacy.. 

A prawdziwa Krakowska Dama kolejny raz powtórzyła:

Krakowska Pani Mecenasowa, czyli Marysia M.

„Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! Nie chcemy, aby pod Wawelem budowano pałace kultury i nauki.” 

I jak już na początku wszystkim ogłosiłam, tak i dziś powtarzam z taką sama siłą i perswazją, słowami piosenki dwóch Krakusów (Grzegorza T i Andrzeja S) –

NIE przenoście nam stolicy do Krakowa chociaż tak lubicie wracać do symboli..

I ja, rodowita Krakuska – po latach mieszkania w bardzo lubianym Houston – dołączam do tej prośby i mój skromny głos..

PS. Wszystkich, którzy są zainteresowani większymi fragmentami przedstawienia i jeszcze nie zmęczyli się moimi wspomnieniami odsyłam na YouTube (malgoskamucha) gdzie można znaleźć pozostałe filmiki ze spektaklu umieszczone tam dzięki pomocy Ani W 🙂


BACK

„Właściwy czas” połączył nas w radosnej zabawie i polskiej tradycji

10/10/2021

“Czas nas uczy pogody” – tak śpiewała Ewa T. w piosence w jednej z naszych sztuk teatralnych. Ale tym razem nie o teatrze będzie a o życiu. 

Słynne zdjęcie pierwszego zebrania zarządu, podczas którego uformowało się OGNISKO POLSKIE w Houston

Był wrzesień 1994 rok. Spontanicznie, choć nic nie dzieje się bez przyczyny – powstało w Houston Ognisko Polskie. Powstało z potrzeby kontynuowania nauki języka polskiego dla naszych dzieci. Byliśmy wtedy rodzicami dzieci, które potrzebowały lekcji języka polskiego prowadzonych przez nauczycieli – entuzjastów, którzy chcieliby w soboty poza regularnymi zajęciami w szkole amerykańskiej, dać dzieciom polskość w takiej postaci, by sprawiała im radość, uczyła języka, zbliżała do tradycji i kultury ich rodziców.  Tak zrodziła się idea Ogniska, która w szybkim czasie zaczęła spełniać wielowymiarową rolę. I o jednej z tych ról dziś opowiem. 

Od pierwszych dni powstania szkoła dla dzieci  była fantastyczna, szybko potem dołączył do jej działalności polski Teatr. A wszystko to zaistniało dzięki magicznym warunkom, które grupa ludzi napotkała na swej drodze życia. 

 “Wszystko ma swój właściwy czas..” często wracam do tej  harcerskiej sentencji, którą kiedyś, dawno dawno temu, ktoś ważny napisał mi na chuście harcerskiej na pożegnanie zimowego obozu. 

Dla nas, młodych Mam i Ojców, w pełni sił, pomysłów i energii, lata 90-te w Houston stały się “właściwym czasem” dla zbudowania niesamowitej przyjaźni, która w różnych kręgach z różnym nasileniem trwa do dzisiaj. I choć energia już w nas nie ta, radość dawnych spotkań a przede wszystkim wspomnienia, które nas łączą są wciąż wielką siłą emocjonalną. 

Długo myślałam co w tamtym czasie w Ognisku jednoczyło nas najbardziej. Najłatwiej powiedzieć – wszystko! Nasze dzieci, praca dla nich, wspólne wyjazdy, wycieczki, biwaki, festiwale, szycie kostiumów na występy, spotkania świąteczne, tańce dzieciaków, muzyka, przedstawienia teatralne. Ale – przecież nie można tak o wszystkim wspomnieć na jednym oddechu!  Życie jest sztuką wyboru. Pisanie jest wyborem. Wspominanie jest fragmentem odczuwania, otwarciem “szufladki”, która dziś przepełniła się myślami… więc otwieram moją szufladkę naszych szalonych imprez Ogniskowych!

Będzie dziś o tym jak organizowaliśmy w Ognisku, dla nas – dorosłych zwariowane spotkania Halloweenowe, polskie tradycyjne Andrzejki, Bale Sylwestrowe i Ostatki czyli tradycyjne zakończenie karnawału. Zapytacie, skąd taki wybór? Pamiętam… byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy szaleństwa, dobrej zabawy, ale też łaknęliśmy czegoś polskiego. Byliśmy na tyle dojrzali i odpowiedzialni, że rozumieliśmy potrzebę utrzymania polskości w swoich rodzinach, bliskości polskich przyjaciół. A te właśnie imprezy dawały nam szansę połączenia tych potrzeb razem. No i prozaiczna konieczność..  Musieliśmy szukać sposobów na zbieranie pieniędzy na potrzeby szkoły, a zabawy dla dorosłych zawsze przyciągały dużo chętnych. Tak więc sami przygotowywaliśmy każdą imprezę za darmo (bo przecież dla naszych dzieci) 🙂 płaciliśmy za bilety wstępu, zachwycaliśmy się bufetem i barem, potem bawiliśmy się świetnie wszyscy razem, a na koniec zabieraliśmy się do sprzątania, też razem. W ten sposób osiągaliśmy cel potrójnie – wspólna praca, wspólna zabawa i jeszcze pieniążki dla szkoły.

Halloweenowe migawki

Byliśmy jak wulkan! Jak kilka wulkanów naraz!  Bardzo szybko podzieliliśmy się na grupy “fachowców” od gotowania, dekoracji, zakupów, muzyki a potem już łatwo wciągaliśmy nowych do pomagania jednorazowo lub wielokrotnie.  Zaczęliśmy od Halloween. Dzieci oczywiście miały swoją imprezę, bo nawet polska szkoła nie mogła tej tradycji ominąć. A  dorośli, tak jak dzieci – przygotowywali swoje najbardziej wymyślne kostiumy na wieczór, by zaskoczyć innych, by wygrać konkurs na najśmieszniejsze, najbardziej pomysłowe przebranie.  Mieliśmy wielkie ambicje uszycia czy zrobienia kreacji, które z żadnym wypadku nie byłyby kupione w sklepie. Koniecznie coś specjalnego, wyjątkowego, nietypowego, zaskakującego!  Pamiętam kilka niesamowitych inwencji. Ania S. stworzyła sobie kostium jesienny tak piękny i kolorowy, że dech zapierało!  Rysiek S. zdobył gdzieś oryginalny mundur rosyjskiego żołnierza z ogromną ilością prawdziwych orderów. Twierdził, że jest rosyjskim generałem, wierzyliśmy mu tylko na okoliczność nocy halloweenowej. 🙂 Mnie udało się kiedyś dostać od koleżanki, z którą pracowałam przez krótki czas a która pochodziła z Ghany, jej narodowy strój łącznie z turbanem na głowę. Był szeroki, długi i przypasował świetnie mojemu mężowi.  Całą “ekipą rodzinną” pomalowaliśmy mu twarz  w kolory plemienne z buszu (według całkowicie naszej wyobraźni!) i jako wódz mało znanego albo raczej nieistniejącego plemienia “Tumbo- Bumbo” zrobił na wszystkich duże wrażenie. 

Niezmienną i zawsze pojawiająca się u nas  postacią był Presley, zawsze też miał swoje “pięć minut” muzycznego występu, bo jakże mogłoby być bez tej tradycji?!  Bywali u nas szejkowie, ludzie z prehistorycznych pieczar i diabły i korsarze. Kleopatra i klaun, czarownice i Indianie. Janek K. wystąpił jako zakonnica a Młodzi przybyli prosto z wysp Hawajskich. 🙂

Kilka tygodni wcześniej  załoga organizatorów rozpoczynała pracę nad dekoracją, instalowała muzykę, przygotowywała zawsze dobrze zaopatrzony bar. A nie było to łatwe. Proszę sobie uświadomić, że Ognisko nigdy nie miało swojego miejsca, w którym mogłoby takie imprezy organizować. Zawsze trzeba było dobrze “pogłówkować”, żeby wynająć miejsce, zrobić zaproszenia, dowieźć dekoracje, jedzenie, naczynia.. Dzięki zaangażowaniu każdego z nas udawało się zlepić wszystko razem i zawsze wychodziła fantastyczna impreza! Jedni załatwiali nam wypożyczenie swojego klubu osiedlowego, inni godzinami tworzyli dekoracje na ściany, dmuchali dziesiątki balonów, gotowali bigos, piekli schab, robili śledzie i co tylko można było wymyśleć. Każdy COŚ.  Niełatwa jest rola organizatorów w takich warunkach. Trzeba wiele zaparcia, czasu i wielkiego pomyślunku organizacyjnego. I chęci. Chęci, których nam wtedy nie brakowało. A przecież wszyscy pracowaliśmy zawodowo, każdy z nas miał dzieci w wieku szkolnym, byliśmy z wielkim życiowym biegu i znajdowaliśmy czas na pracę społeczną i wspólną zabawę. 

Każdego roku pomysły na kostiumy były bardzo kreatywne

Kilkuosobowy zarząd Ogniska a przede wszystkim nauczycielki, cztery niesamowite szalone kobiety – to była czołówka, która nie ustawała ani na chwilę w coraz to nowszych pomysłach, niewyczerpanych sposobach pozyskiwania chętnych do pomocy w pracy, znajdowania kolejnych przyjaciół i sponsorów Ogniska, zawsze dobrych rad, ciepłych słów, i pozytywnych fluidów rozsiewanych wokół. Krąg dobrych ludzi rozszerzał się szybko. Ogniskowe ciepło ogrzewało każdego, kto do nas dołączał.  

Halloweenowe wieczory szybko przyciągnęły młodzież czyli nasze “duże” dzieci, w tym czasie już będące studentami uniwersytetów, którzy przyprowadzili swoich amerykańskich przyjaciół. W ten sposób tradycja amerykańska połączyła dwie społeczności i bawiliśmy się razem, przy okazji zbierając coraz więcej pieniędzy na potrzeby szkolne. 

Wróżenie z wosku było kulminacyjnym punktem wieczoru.

A po kilku latach – ktoś rzucił pomysł, żeby przerzucić się na polską tradycję “andrzejkową” która kalendarzowo wypada w tym samym czasie, a była polskiemu towarzystwu bliższa. I spróbowaliśmy czegoś innego. Chwyciło za pierwszym razem. Andrzejów w naszym gronie mieliśmy pod dostatkiem, otrzymali specjalne zaproszenia jako goście honorowi.  Lanie wosku przez duże ucho od klucza, wróżenie z ustawiania i wyścigu butów, wypisywanie imion męskich i żeńskich na wielkim sercu i trafianie w nie lotką z zawiązanymi oczami, wkładanie pod kubki różnych przedmiotów symbolizujących andrzejkowe wróżby np. pierścionek – zaręczyny, obrączka – ślub, kostka cukru-szczęście, kluczyk- dom, moneta- bogactwo… to były nowe atrakcje, które natychmiast zdobyły wielką popularność i całą gromadę zachwyconych taką zabawą.  Zwłaszcza udało się przyciągnąć młodzież, a dla nas to było ważne. 

Andrzejkowe czary-mary  miały podobny do halloweenowego nastrój, a jednak był to wieczór na wskroś polski.  Nie pamiętam ile razy bawiliśmy się wspólnie na imieninowych wieczorach Andrzejów, ale mam nadzieję, że wiele dobrych wróżb z naszych “andrzejkowych” wieczorów sprawdziło się pannom i kawalerom w przyszłości. 🙂

Wpis z kroniki Ogniska o pierwszym Balu Sylwestrowym – 1994/95

Od jesieni niedaleko do zimy, od Halloween i Andrzejków do magii Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku już tylko jeden krok. Szczególnie tu w Ameryce okres świąteczny to czas radości i zabaw. Tak nas rozochociły te sukcesy organizacyjno- zabawowe, że  już w grudniu 1994 roku postanowiliśmy zorganizować nasz pierwszy Bal Noworoczny. To było wielkie wyzwanie. To już nie było “tylko party”.  Trzeba było pomyśleć nie tylko o pięknym miejscu, ale o takim miejscu, gdzie będzie można usadzić gości przy stolikach, zrobić zarówno zimny bufet jak i gorące dania, jak przystało na prawdziwy polski Sylwester, i dobra muzyka. I konkurs – niespodzianka czyli coś specjalnego, czego nie było na innych balach… I najpiękniejsza dekoracja..  Czyli  – po prostu… zwariowaliśmy! Równie dobrze mogliśmy się podjąć lotu na księżyc. Ale – Ognisko potrafi! Bo Ognisko to byliśmy my. My – to grupa młodych, napalonych, nieokiełznanych, żywiołowych, brawurowych przyjaciół. Zabraliśmy się do roboty już dwa miesiące wcześniej. Spotkania, gorące dyskusje, pomysły wrzucane, odrzucane. Kawa, wino, herbata i znów wino. Czasem piwo i znów kawa. Układaliśmy menu. Grażyna M. “dyrektorowała”.. Tworzyła ekipę główną i  “podkuchennych” – do pomocy. Ania S. zajmowała się stroną artystyczną czyli dekoracjami. 

Dalej ruszyły zaproszenia i cały marketing. Wykorzystywaliśmy wszystkich, kto się tylko nawinął nam na myśl i pod rękę. I ludzie pomagali. 

Nie pamiętam kto, ale na pewno ktoś z nas na zebraniu zarządu wpadł na pomysł, że powinniśmy zainicjować jakąś specjalną, tylko naszą tradycję przypadającą tuż po życzeniach noworocznych o północy.  I wymyśliliśmy, że będą to wybory Królowej Balu. Aby połączyć przyjemne z pożytecznym powstał pomysł sprzedawania malutkich bukiecików sztucznych kwiatków w postaci przypinek dla pań, które mieliby kupować dla swych wybranek panowie. Te bukieciki każdego roku miały inna formę, Raz to były broszki, raz bransoletki na rękę. Różne kolory, różne kwiatki, pięknie udekorowane bardzo pracochłonne i… całymi tygodniami robione ręcznie przez nas!  Były to zazwyczaj malutkie różyczki, które kleiliśmy z listeczkami, wstążeczkami  i układaliśmy pojedynczo, piątkami, dziesiątkami albo po dwadzieścia pięć. Były śliczne! Robiłyśmy je przez kilka tygodni a pracowała nad nimi ekipa kilkunastu a czasami kilkudziesięciu Mam szkolnych dzieci albo nasze dorosłe córki, które także nam pomagały. Nierzadko do projektu “różyczek” włączały się nasze Mamy-Babcie. 🙂 

Nie wiem jak dawaliśmy sobie z tym radę. Przez kilka lat nasze Bale Sylwestrowe stały się tak popularne, że pamiętam, iż w dniu Sylwestra na kilka godzin przed rozpoczęciem balu musieliśmy dostawiać stoły, niechętnie zmniejszać przestrzeń pomiędzy krzesłami, bo ludzie błagali nas o bilety wstępu w ostatniej chwili.. 

Na balu około godziny 23.00 kilka młodych dziewczyn wchodziło na salę z koszyczkami i rozpoczynało sprzedaż różyczek. Panowie – mężowie, narzeczeni, wielbiciele byli bardzo podekscytowani, bardzo chcieli, by ich wybranki zostały Królowymi balu.  A każda pani przekonywała swojego “rycerza”, że warto w nią zainwestować. 🙂  Aby zostać Królową trzeba było uzbierać największą ilość ręcznie robionych różyczkowych bukiecików. 

Gdy wybijała PÓŁNOC – przerywaliśmy sprzedaż i przy dźwiękach muzyki zwiastującej nadzieję dobrego szczęśliwego NOWEGO ROKU wszyscy wszystkim składali życzenia. Najpierw najbliższym: żonom, mężom, partnerom, potem przyjaciołom bliskim i dalszym. Każdy każdemu. Szampan lał się strumieniem, mieszał się ze łzami wzruszenia, ciepłymi słowami i świadomością, że jesteśmy tu jedną silną polską rodziną.  Nie dziwota, że czas życzeń ciągnął się prawie całą godzinę, a my wciąż mieliśmy sobie tak wiele do powiedzenia. Było nam ze sobą dobrze. 

Jedna z kilku Królowych Balów Sylwestrowych – Basia S.

Wreszcie DJ zapraszał wszystkich do pierwszego tańca w kolejnym nowym roku, a za chwilę przystępowaliśmy do momentu kulminacyjnego naszego balu czyli policzenia różyczek i ogłoszenia kto zostanie Królową balu. Nie jestem pewna czy na naszym pierwszym balu już wybraliśmy królową i nie wiem czy pamiętam wszystkie Królowe, ale pamiętam, że przez kolejne lata królowały nam Kasia Ch, Grażyna M, Basia S, Natalia M.  Ta akcja miała dla nas dodatkowy plus, bo utarg z niej był całkiem pokaźny i stanowił dobry zastrzyk finansowy dla szkoły.  

Bale nasze odbywały się w różnych miejscach, zazwyczaj były to sale balowe, gdzie na co dzień odbywały się zajęcia nauki tańca. Był to czas kiedy jedna z naszych nauczycielek Ania G. szalała ze swoim mężem na parkietach takich sal i dzięki jej znajomościom udało nam się też skorzystać z parkietu. 🙂  Nie tylko umieścić tam naszych gości, ale także raz nawet atrakcją naszego wieczoru był pokaz tańca profesjonalnego. Staraliśmy się zawsze dodać coś ciekawego do programu naszych balów. Mieliśmy występ kwartetu smyczkowego ze Szkoły Muzycznej z Rice University, długi “przerywnik” muzyki zespołu meksykańskiego. 

Nasz ostatni bal sylwestrowy 1999/2000 zaczął się bardzo niefortunnie. Właściwie wszystko szło nie tak!  Cały świat przepowiadał jakieś katastroficzne wieści, zwłaszcza komputerowo-technologiczne, bo miała przecież nastąpić zmiana numerów z 1999 na 2000 i nikt tak naprawdę nie wiedział co może się stać, jak nagle numerki zareagują.. Chodziły już niemal histeryczne przepowiednie co i jak należy zabezpieczyć na ten moment zmiany, który – niestety – przypada dokładnie na noc sylwestrową. W związku z tym, pierwsze co się zdarzyło, to dawno już załatwiona sala w Baker College na Rice University odmówiła nam wstępu na teren uniwersytetu. Stało się to w momencie kiedy mieliśmy już wszystko załatwione i tak daleko posunięte organizacyjnie, że stanęliśmy w pierwszym momencie w bezdechu.. Wszystkie znane i dostępne nam finansowo miejsca były już pozajmowane. Ogarnęła nas panika, ale jakimś cudem znaleźliśmy coś w zastępstwie! Honor Ogniska został uratowany i balu nie odwołaliśmy. 

Ale nieszczęścia, jak wiemy , chodzą parami. 🙂  Grażyna, główna szefowa organizacyjna poparzyła sobie nogę i to tak okrutnie, że o chodzeniu nie było mowy!  Nie zapomnę takiej scenki: jesteśmy w Sams’ie, Grażyna na wózku z nogą w ogromnych opatrunkach, wyciągniętą do przodu na podpórce, Kasia L.  popycha wózek od stoiska do stoiska według Grażyny instrukcji, ja za nimi z drugim wózkiem, nakładam do niego artykuły, które kupujemy do gotowania.. A ponieważ miał być to Sylwester Millenium – po raz pierwszy mieliśmy ambicję obiadu serwowanego przez naszą młodzież, która miała pełnić rolę kelnerek i kelnerów, a  dopiero po obiedzie dołączyć do grona “balowiczów” gdy już będzie otwarty zimny bufet. 

Nie wiem ile razy odbyły się takie zakupy, nie wiem, jak i gdzie gotowaliśmy te niezwykłe dania i serwowaliśmy je dla 160 osób. Nie mam pojęcia jak udało nam się to przetrwać, zorganizować, przeżyć i dożyć Nowego 2000 Roku, bez katastrofy komputerowej, organizacyjnej ani żadnej innej. A działo się każdego dnia coś niespodziewanego, co mogło przyprawić o zawał serca. Jakby naprawdę świat chciał nam udowodnić, że organizowanie balu w takim przełomowym momencie jest szaleństwem, na które nawet wariacka “społeczność ogniskowa” nie powinna się porywać. Ale – my twardo, do przodu. Tak jak Grażyna z wyciągniętą nogą na wózku!  Siedziała zresztą w kuchni do końca wydawania  obiadu i dyrygowała wszystkimi wszystkimi, jakby była wirtuozem muzycznym. 

Każdego roku sylwestrowe kreacje prezentowały się znakomicie!

Kelnerki i kelnerzy sprawnie, w eleganckich białych koszulach i muszkach roznosili gorące dania, prawdziwy meksykański zespół sprowadzony na tę okazję z Meksyku przygrywał delikatnie do obiadu, a potem już z całą  meksykańską energią, na zmianę z naszym kochanym DJ Christianem grał do końca balu. 

Jedyne zdjęcie- błyskawicznie zrobione przez „przytomnego” w tym momencie Christiana P. Następnego dnia zostało wydrukowane i podpisane przez tych którzy kontynuowali celebrację Nowego Roku na Meeting Ln. i byli świadkami zaręczyn

Dla mnie osobiście, dla mojej rodziny ten wieczór był wyjątkowy.. Przez pierwsze dwie godziny wszyscy byliśmy bardzo spięci i podenerwowani, wiedzieliśmy, że dopiero rozluzujemy się po zakończeniu obiadu.  Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle w połowie obiadu ucichła muzyka, Christian P. przybiegł do mnie niesłychanie podniecony krzycząc “pani Mucha, pani Mucha, niech pani patrzy! On się oświadcza!”  Nie rozumiałam co on mówi.. I nagle zobaczyłam, że na scenie stoi moja córka – kelnerka w śnieżno-bialej koszuli i czerwonej muszce a przed nią klęczy Bill z kwiatami..  Tak – to były oświadczyny!  Powoli wszyscy przerwali obiad i patrzyli jak urzeczeni. Bill, amerykański chłopak mojej córki wybrał polski Sylwester 1999/2000 jako TEN moment, najważniejszy moment, by zapytać moją córkę czy zostanie jego żoną..  To była wielka niespodzianka, nie tylko dla nas, ale i dla wszystkich gości. Nieplanowana atrakcja wieczoru.

Później, w damskiej toalecie, gdzie zawsze wymiana plotek i ploteczek jest szybka i ciekawa jednak z moich koleżanek powiedziała: “ wiesz, oświadczył się w obecności 160 osób. Teraz musimy być wszyscy świadkami ich ślubu.” 🙂 I niemal tak się stało. 13 sierpnia 2000 roku w podobnym choć oczywiście nie identycznym gronie, bawiliśmy na pierwszym polskim weselu pary dzieci z naszego grona przyjaciół.  Dziś takich wesel mamy za sobą już bardzo wiele, dużo wnuków, niektóre prawie dorosłe, a my wciąż tacy sami i wciąż  tak samo lubimy być ze sobą razem. Niewiele się zmieniło..

Najtrudniejszy moment nadchodził, gdy goście około godziny 2-3 nad ranem zmęczeni ale szczęśliwi opuszczali salę balową, a my, organizatorzy, równie zmęczeni i szczęśliwi zostawaliśmy z brudnymi naczyniami, stołami, zniszczoną już nieco dekoracją i musieliśmy przystąpić do sprzątania. Oj, bolesny to był moment.. Nie wszyscy potrafili to wytrzymać. Ale byli tacy, co nie musieli zostawać a dotrzymywali nam towarzystwa i oferowali swoją pomoc do końca. Wychodziliśmy  do domów kiedy jaśniał nowy pierwszy dzień roku. Czasem musieliśmy wrócić po południu żeby dokończyć sprzątania choć staraliśmy się  zabrać wszystkie “resztki” jedzenia i picia (ogromne zazwyczaj) 🙂 pozostawić miejsce tak, by profesjonalna ekipa sprzątająca mogła przystąpić do pracy. 

Po balu – czyli ciąg dalszy – Nowy Rok na Meeting Ln.

Na odpoczynek i sen po balu czasu mieliśmy niewiele, bowiem tradycją było, że kontynuowaliśmy nasz dobrze i radośnie rozpoczęty nowy rok u Grażyny i Marka w domu. Wprawdzie w bardzo zmniejszonym gronie, ale za to wśród najbliższych przyjaciół.  Już około 1 w południe pierwsi wyspani pojawiali się na Meeting Ln. i tak już było do późnej nocy. Nie wiem skąd w nas było tyle siły, tyle radości i potrzeby bycia razem!? Rozpamiętywaliśmy wydarzenia ostatniej nocy, śmialiśmy się z małych pomyłek, plotkowaliśmy o sobie i o gościach, zjadaliśmy to, co pozostało niezjedzone i piliśmy wino za naszą przyjaźń i kolejny udany wspólny bal. Niezwykły bal. Bal nasz, bal w którym razem powitaliśmy kolejny Nowy Rok. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, widzę te same twarze, które dziś nadal są ważne w moim życiu. Minęło prawie 30 lat a ja wciąż widzę moich przyjaciół wokół siebie. Już nie organizujemy balów, już nie szalejemy przez całą noc, ale to co urodziło się w tamtych latach nie odeszło z przemijaniem. Trwa…

Talenty nasze były nieograniczone! kto oglądał te wyczyny zapamiętał je na długo!

Jeszcze jedna polska “ zabawowa” tradycja zawojowała nas w tamtych latach.  Zakończenie karnawału czyli polskie OSTATKI. Amerykanie już dawno zapomnieli o świętach i nowym roku a my polskim zwyczajem na różnych mniejszych czy większych spotkaniach bawiliśmy się, bo dla Polaków (zresztą nie tylko dla nas!) karnawał kończy się we wtorek, dzień przed Środą Popielcową. A że trudno przygotować party dla większego grona pracujących ludzi w środku tygodnia, więc zorganizowaliśmy te Ostatki i żegnaliśmy każdy odchodzący czas balów w ostatnią sobotę karnawału. Ostatki Ogniskowe to były przede wszystkim polskie PĄCZKI i wymyślony przez nas POKAZ STARYCH TALENTÓW.  

Pączki – to była przede wszystkim Grażyna M. Nikt w naszej Polonii takich dobrych pączków nie robił! Cała reszta dziesiątek osób to tylko dobrze ustawiona ekipa “pomagierów” do różnych prac pączkowych. Mnie zdarzyło się być przypisaną do przewracania smażących się pączków w ogromnym garze pełnym rozgrzanego tłuszczu.  To była bardzo trudna rola! Uchwycić moment kiedy pączek ma właściwy kolor paseczka w połowie i sprytnie go obrócić, a potem wyjąć na tacę z bibułką – to nie było proste zadanie.. Innym razem dostałam przydział do lukrowania pączków i posypywania ich skórka pomarańczową. O, to mi się podobało! Były wtedy już gotowe i takie cudownie pachnące!  

Te paczki piekliśmy w różnych dziwnych miejscach: raz u Grażyny w kuchni, a raczej na zewnątrz w ogródku tuż przy kuchni.  Innym razem u mnie w domu. Przebywali wtedy u nas teściowie z wizytą, którzy nigdy w życiu nie widzieli takiej akcji, nigdy nie oglądali na własne oczy takiej ilości pączków – a upiekliśmy ich wtedy tysiąc!!  Tak, tak – nie przesadzam, było tysiąc pączków! 

1000 pączków smażonych u nas w domowej kuchni – 1996

I w dodatku Mama – teściowa cały czas brała czynny udział w ich pieczeniu choć reszta ekipy zmieniała się przez cały dzień. Nawet dzieci ze szkoły polskiej i młodzież nam pomagała. Teścia, moja córka wywiozła na wszelki wypadek “na wycieczkę”, bo trochę baliśmy się o wytrzymałość jego serca w tym tłumie i w takim pomieszaniu zapachów, ludzi, tłustej podłogi w kuchni itd. 

Jakie było nasze zaskoczenie jak to właśnie on zdecydował, że jednak pójdą z nami na party, choć wcześniej upierali się oboje z Mamą, że zostaną w domu.  Był taki szczęśliwy, gdy któraś z moich koleżanek poprosiła go do tańca, że potem “rozszalał” się ze swoją wnuczką – Kasią i jeszcze innymi. Oczy mu się świeciły łzami radości kiedy mówił do mnie: ”Gosiu, ja dzisiaj tańczyłem”.  To był jego ostatni taniec w życiu. Trzy miesiące później już nie żył…

Później już było lepiej, Grażyna miała pracę w profesjonalnej kuchni, którą mogła wykorzystywać na smażenie pączków i to bardzo ułatwiło nam kulinarne życie.   Przynajmniej już nikt więcej nie miał takiego “lodowiska” z tłuszczu jakie było w mojej  kuchni. 🙂 🙂

Oczywiście, Ostatki to nie tylko pączki, to także tradycyjny śledzik – tych mieliśmy zawsze kilka, do koloru do wyboru!  W śmietanie, w occie, w oleju, rolmopsy, z jabłkiem i ogórkiem i już chyba nie pamiętam co jeszcze tam było. A jak śledzik to i polska sałatka jarzynowa, w tym przodowała Zosia P. Ale były i inne wersje. Bigos, polskie wędliny, pasztety, rolady. Musiało być bogato i tłusto bo wiadomo – od następnego dnia post przez sześć tygodni aż do Wielkanocy.

Muzyka grała, wszyscy tańczyli, bawili się młodzi i starsi czekając na specjalną atrakcję. Bo my nie mogliśmy żyć, by czegoś specjalnego nie zaserwować naszym gościom. Kulinarnie, wiadomo  – śledzik i pączki, ale dla intelektu też coś potrzeba! 

Pierwszy Pokaz Starych Talentów zorganizowaliśmy w 1996 roku. Niektórzy buntowali się, dlaczego “starych” ale jakoś udało nam się wyjaśnić, że nie o nas “młodych” chodzi, tylko żeby było w odróżnieniu od pokazu młodych talentów w szkole polskiej, który już organizowano kilka razy. Wiedzieliśmy, że pierwszy raz  nie będzie wielu chętnych, ale zaryzykowaliśmy..  To był ten sam raz kiedy Grażyna u nas nocowała, bo musiała wstać o 3 rano by “zarobić” ciasto na pierwszą partię pączków. W piątek wieczór pojawiła się u nas nie tylko Grażyna ale także Ania G. i Kasia L. czyli cała czwórka nauczycielska, która dla przykładu (były też pomysłodawcami ) postanowiła wziąć udział w konkursie i przygotować swój popisowy numer. Miał być to taniec z piosenką “Cztery słonie, zielone słonie”. Jaka szkoda, że nie mam z tego wieczoru żadnego filmiku, bo byłby to nieoceniony materiał wspomnień! Cóż, mogę tylko zaproponować parę zdjęć, resztę polecam waszej, mam nadzieję szerokiej wyobraźni. 🙂 Myślę, że obserwacja naszej próby, wieczór pełen śmiechu radości i zabawy, zanim naprawdę miałyśmy stać się na drugi dzień “aktorkami” przekonało ostatecznie moich teściów, że warto wybrać się na nasze Ostatki. 🙂 

A mój mąż nikomu nic nie mówiąc, w sobotę rano zamknął się w pokoju, z pudłami, kawałkiem czerwonego materiału, klejem i nożyczkami i cały dzień aż do wyjścia na party ćwiczył swój własny numer. Ja jedna po cichu domyślałam się co to będzie, ale oczywiście nie wiedziałam, że tak sobie świetnie poradzi z dekoracją i rekwizytami.  Był ostatni w programie (wcześniej był numer muzyczny, piosenka Jerrego i skecz Andrzeja i Ryśka) i gdy  wyszedł na scenę (no, umowną) 🙂 ustawił sobie czerwona mównicę  ze znakiem sierpa i młota i zaczął fantastyczną parodię przemówień towarzysza Gomułki (ciekawe czy dzisiejsza młodzież polska wie kto to był??). My wszyscy pamiętaliśmy jego charakterystyczny sposób mówienia, jego akcent i głupoty, które wygłaszał. Te teksty były zresztą wycinkami jego autentycznych przemówień. Ludzie niemal tarzali się ze śmiechu, dla naszego pokolenia to był więcej niż kabaret!  Ten numer Wacek miał już dobrze opracowany i wypróbowany ale dla przyjacielskiej publiczności w Houston był całkowicie nowy. Był rzeczywiście świetny!!  Wacek wygrał bezdyskusyjnie, komisja nawet nie zastanawiała się komu przyznać 1-sze miejsce. My jako Słonie byłyśmy zawiedzione i uważałyśmy nawet, że to nie było całkiem sprawiedliwe, ale ostatecznie – zostało w rodzinie. 🙂 

Znakomita parodia „Hamleta” Wacek M w roli głównej i Kasia L jako Ofelia

Takich Pokazów Starych Talentów odbyło się jeszcze kilka. Wyrosły nawet grupy konkurencyjne jak Beatka M. ze swoim zespołem, słynny występ Osiedlowego Teatru z parodią “Hamleta” (znów Wacek w roli głównej).  I znów powtarzam – jaka szkoda, że z tego “małego śmiesznego” ostatkowego teatrzyku nie ma filmików. Dziś bawilibyście się tak samo dobrze jak wtedy. 

Właściwy czas.. Tak nazwałam w swoich myślach ten rozdział naszych wspólnych działań. Może powinnam powiedzieć – zabaw i radości. A może po prostu małej cząstki tego, co wtedy robiliśmy razem. Bo przecież działo się dużo dużo więcej. Otworzyłam przed sobą i przed wami tylko jedną szufladkę wspomnień. Tak jak czytamy jeden rozdział książki i znów ją zamykamy. Bo zamknęliśmy to, co zrobiliśmy wtedy razem.  Zostały nam wspomnienia.  Dużo dobrych i bogatych wspomnień. I wyjątkowa przyjaźń.  30 lat temu spotkaliśmy się we właściwym czasie, na właściwej drodze i stworzyliśmy właściwy sens dobrej przyjaźni, fajnego życia, szczęśliwych dni. 

Jeśli udało mi się niektórym przypomnieć dobre chwile – cieszę się. 

Może ktoś inny znajdzie swój “właściwy czas” i wykorzysta go tak my..  Życzę tego każdemu człowiekowi  z całego serca.


BACK