Jak “uczesać” własne myśli?

16 marca 2025

Kilka z dziesiątek wydań „Myśli nieuczesanych” S..J Leca.

Książka “Myśli nieuczesane” Stanisława Jerzego Leca to ogromny zbiór sentencji i powiedzonek, które kiedyś Umberto Eco zrecenzował krótko, iż “każdy cywilizowany myślący człowiek powinien co wieczór przeczytać przynajmniej trzy lub cztery, zanim zaśnie (jeśli w ogóle będzie mógł zasnąć)”.  

Moje pokolenie zna ten tytuł i myślę, że w dużym zakresie również treść tej księgi. W tym niezwykłym zbiorze mieszczą się aż ponad 2 tysiące zdań “złapanych” w różnych okresach czasowych i podzielone według  tematów, okoliczności, kategorii.  Zasłyszane w najprzeróżniejszych miejscach i chwilach… nigdy nie miały szans stać się księgą “myśli uczesanych”. 

Stanisław Jerzy LEC w karykaturze.

Przypominają  potarganą fryzurę myśliciela i filozofa,  rozwichrzoną na szalejącym wietrze. Ironizującego, patrzącego na świat z dystansu i z przymrużeniem oka. Kiedy jednak przeanalizujemy prawdziwe przyczyny i okoliczności powstawania “Myśli nieuczesanych”  Stanisława J. Leca, szybko zorientujemy się, że mogą pełnić tu funkcję ciekawego wstępu  literackiego, który skojarzył mi się z tym, o czym chcę napisać. 

Stanisław Lec opatrzył swą księgę “Myśli…” mottem: “ Jak najmniej wyrazów, jak najwięcej wyrazu”. (Mnie to chyba nie dotyczy 😂)  

Oczywiście, nie znam wszystkich jego sentencji, ale kilka z nich utkwiło mi w głowie na wiele lat. Trafione jak strzałą “prosto w serce “, choć większość z sercem nic nie ma wspólnego. Ale o tym później..

Przyszlo mi do głowy, że każdy z nas ma swoje myśli – “nieuczesane”.

My “zwykli śmiertelnicy” – nie profesorowie z ambicjami, którzy czują się mądrzejsi niż ci przeciętniacy. Nie geniusze sportów, czy artyści żyjący w świecie obłoków i marzeń, do których ty i ja nie mamy dostępu. Nie ci, co mają w sobie siły nadprzyrodzone, których prostak nie dostrzega i nie potrafi zrozumieć…  ale wszyscy inni –  zwyczajni ludzie naszej Planety. 

Każdy z nas ma własne myśli, nad którymi często nie jest w stanie zapanować. 

Myśli te zmieniają się w różnych etapach życia. Wszystkim kieruje potężna maszyna – nasz mózg. Nie, nie będę przytaczać żadnych danych o mózgu, bo jest tak dokładnie zbadany, obliczony i opisany, że nie mam szans konkurować z tymi, co się tym zajmują i na ten temat wypowiedzieli się już bardzo fachowo. 

Mózg i nasze myśli (zapożyczone z sieci)

Powiem tylko, że ten mózg, który siedzi sobie ukryty w naszej głowie, steruje wszystkim! Wszystkim, co ważne, a my często nie zdajemy sobie z tego sprawy, nie myślimy o nim w tak czuły i fachowy sposób, jak powinniśmy. Każdego dnia myślimy, na przykład, o makijażu oczu, o maseczce na twarz i fryzurze okalającej mózg. Ale czy kiedykolwiek pomyśleliście, że te wszystkie zabiegi piękności, to przede wszystkim osłona, upiększanie zewnętrzne naszego mózgu? To, co wykonujemy dla podobania się innym, dla satysfakcji i własnej radości – to także działanie dla zabezpieczenia mózgu. 

Proste!  To właśnie mózg pomaga nam wybrać kolor włosów, decyzję nagłej zmiany fryzury, oprawki okularów, które wydają nam się najładniejsze dla naszej twarzy…

Górne zdjęcie – to prosta „mapa myśli dziecka
Dolne – skomplikowane wyobrażenie mapy myśli dorosłego człowieka. ‚To tylko schemat. A tak naprawdę wygląda to jeszcze bardziej zagmatwane!

I tak można by ciągnąć przykłady od zwyczajnych najprostszych do coraz bardziej skomplikowanych, niemal piętrowych decyzji. Od domowych, rodzinnych, bliskich ciału, powoli pojawiają się postanowienia coraz trudniejsze, zawiłe, wielowarstwowe. Kolejne pochłaniają uczucia, wahania w kwestiach: “białe czy czarne”, “dobre czy złe”.  Robi się gorąco. Dorastamy, piętrzą się problemy, wybory nabrzmiewają, a najgorsze, że już nie są pojedyncze, już nie idą w szeregu tylko parami albo całą drużyną.   

Już walą gromadą, tłumem, a my tracimy grunt pod nogami i zaczynamy gubić się. Nie zauważamy kiedy i dlaczego nie potrafimy poradzić sobie z  osobistym narzędziem “operacyjnym” – własnym mózgiem. Myśli tłoczą się i mieszają.  Co zrobić, by moje myśli “uczesać”? 

Nie chcę zwariować. Nie chcę pozwolić mojemu mózgowi zawładnąć moimi emocjami, działaniami, zdolnościami organizacyjnymi tak, bym straciła panowanie nad sobą…  

Jako ludzie mamy przewagę nad wszystkim co żywotne, bo posiadamy umysł. A umysł potrafi się bronić i sterować mózgiem tak, by myśli nie niszczyły naszego życia. 

Smutek jest naturalną częścią naszego istnienia.  W większości jest uzasadniony, przynajmniej z naszego punktu widzenia. Ale nie jest to obiektywne uczucie…

Znacie takie i podobne nastroje w swojej głowie?  Ile razy w życiu tak męczyliście się? Zadręczaliście się własnymi myślami. Goniliście swoje własne coraz bardziej bezzasadne wyobrażenia, by wpadać głębiej w otchłań smutku i poczucia pustki? 

A później – po prostu – najzwyczajniej, w jednym momencie świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieniał nastrój, bo nasza jedna pozytywna myśl, jedno pozytywne zdarzenie może odmienić dziesiątki emocji. 

Posłużyłam się banalnym przykładem, ale na pewno znanym każdemu z własnych doświadczeń. 

Skąd nasz mózg tak szybko czerpie powody do lęku? Dlaczego tak łatwo poddaje się panice, pozwala przejąć instynktowi kontrolę nad umysłem? 

Myślę, że każdy z nas dorastając, od dziecka “zbiera” w pamięci, świadomie lub nie, ogromną ilość różnych doświadczeń. W tym także i tych trudnych, które w momencie poczucia zagrożenia, nawet jeśli to zagrożenie jest wywołane tylko w naszej głowie i jest odczuciem bardzo subiektywnym. Niestety, często powoduje przywołanie niemiłych wspomnień. Zaczynamy bać się powtórki emocji, które kiedyś były przykrym doświadczeniem.  

To wszystko przeradza się w myśli coraz bardziej galopujące i osaczające nas. 

Nie chcę mówić jakie mogą i często są konsekwencje chorobowe takich problemów “z głową”. To już temat dla psychiatrów i psychologów. I problemy – rzeki, z którymi nie mogą poradzić sobie miliony ludzi.  

Staram się skupić “na uczesaniu” moich codziennych myśli, bo wbrew pozorom wcale ich z wiekiem nie ubywa. 

Mówi się, że człowiek starszy odchował już dzieci, ma za sobą dobrze spełnione najważniejsze zadania swego długiego życia. To teraz, kiedy przychodzi czas emerytury powinien się wyciszyć, uspokoić wewnętrznie i czerpać radość, spokój i luz życiowy.  

Ogólnie – to ja się z tym ZGADZAM. Tyle, że nie zawsze wiem jak to praktycznie wykonać 😀

Jakoś w moim emeryckim świecie cisza i luz nie są mi do końca znane. I właściwie nie mam tego za złe mojemu światu.  Od dzieciństwa nie zdążyłam się nauczyć, co to jest nuda i pewnie już się nie nauczę. Zawsze mam coś do roboty, a jak nie mam… to natychmiast sobie znajdę 😀. Żyję bardzo na bieżąco, bo na szczęście otacza mnie ciągle COŚ

Czy narzekam? Pewnie! Czasem mam wszystkich i wszystkiego dość, bo jestem cholernie zmęczona!  Bo, jak wszyscy, mam prawo być zmęczona, mam swoje lata i swój własny limit wytrzymałości. Do jutra. Jutro zacznę znowu tak samo… i znów wszystko będzie kręcić się od nowa 😄

Unikam toksycznych ludzi. Nie chcę zaczynać rozmów od pretensji czy kłótni, szukam nowych celów, więc wymyślam drobne nowe rzeczy do zrobienia, napisania, zaplanowania i ich realizacji. 

Staram się nie popadać w rutynę, bo rutyna rozleniwia mój mózg. Każdy tak ma. Jak nie robimy czegoś nowego, nie próbujemy nowych pomysłów, nie wymyślamy nowych potraw na obiad, nie mamy planów na następną niedzielę czy na kolejne wakacje, to pozwalamy naszemu mózgowi zasypiać, a to nie jest fajnie. 

Wszyscy ciągle mówią o ćwiczeniach fizycznych, o tym, że musimy “robić kroki”, biegać, jeździć na rowerach, pływać etc. A zapominamy, że dla nas, szczególnie dla ludzi starszych równie ważny jest trening “ruchu mózgu”

Trzeba czytać książki, rozwiązywać krzyżówki, oglądać filmy, które poruszają mózg do rozmyślań nad obrazem i problemami w nim zawartym. Potrzebujemy często i dużo rozmawiać z ludźmi, dyskutować na trudne tematy. 

Oczywistym jest, że nasze myśli będą biegać w głowie, będą aktywne i nie dadzą nam spokoju. Będą nakładać się jedne na drugie, uwierać, męczyć, straszyć. Czasem nawet wprawiać w stan niepokoju, “trzęsawki”, bezsennych nocy. To bardzo niemiłe stany. Znam to, i każdy z nas też. 

Ważne jest, by nasze myśli dotyczyły dobrych i pozytywnych sfer życia. By nie wyprowadzały nas na manowce smutku, depresji, niechęci, lenistwa… 

To się dużo częściej przytrafia starszym ludziom niż młodym (choć bywa różnie..),  tym bardziej muszę mieć świadomość, że powinnam teraz “pilnować” swojego mózgu i mieć nad nim szczególną opiekę. 

Sposób na „uczesanie myśli”?

Równie ważne dla zdrowia mojego mózgu, dla pamięci, dla mojej kreatywności i pomysłowości, są spotkania i świętowania wszelkich uroczystości rodzinnych i przyjacielskich, pyszne jedzonko w dobrym  towarzystwie, słuchanie muzyki, tej, którą lubię (jeśli lubię), spacery, wycieczki, że nie wspomnę (oczywiście) o SPA, masażach i dobrej zdrowej diecie… Do wyboru, do koloru, jak kto chce! 

Bylebym “ uczesała” swoje myśli. 

A jeśli czasem pozwolę sobie na ich rozczochranie, to też jest OK, ale zwyczajna starsza pani  stara się uporządkować swój “intymny mały świat”… Przynajmniej ja mam taką potrzebę. 

Bo czymże są nasze myśli, jak nie intymnym światem, często chowanym głęboko przed ludzkim uchem i okiem?..

 *****************************

Dla tych, którzy nigdy nie zaglądali do Myśli nieuczesanych” Stanisława J. Leca  polecam spojrzeć (do poduszki😀) na kilka moich ulubionych sentencji:  (zgadnijcie, która jest moja … najbardziej ulubiona?? 🤔)

  • Na żadnym zegarze nie znajdziesz wskazówek do życia
  • Rany się zabliźniają. Ale blizny rosną wraz z nami 
  • Kiedy rodzi się pesymizm? Kiedy zetkną się dwa optymizmy
  • Kłamstwo nie różni się niczym od prawdy, prócz tego, że nią nie jest
  • Myśli są niewidzialne, ale bezmyślność jest widoczna 
  • Samotności, jakaś ty przeludniona!

A przy okazji tych rozważań – pomyślałam, że jest okazja przypomnieć fragment z przestawienia Teatru Ogniska Polskiego pt. Apetyt na Czereśnie” (ach, ta „moja” Osiecka!!) z kwietnia 2005 roku. W końcu każdy z nas ma „Swój intymny mały świat”...🤗 – śpiewa Monika Wojtanowicz


BACK

Wizyty zwykłe, specjalne i zaskakujące. 

4 marca 2025

Człowiek to “towarzyskie zwierzę ”. Nawet ci, którzy mówią i myślą o sobie, że są samotnikami mają jakieś zwierzątko koło siebie. Pieska, kota, świnkę morską, chomika czy rybki w akwarium. A jak nie coś “żywego”, to telewizor nastawiony na czyjeś “gadanie” albo muzykę płynącą z dostępnych urządzeń.  Cisza też może być przyjazna i wystarczająca. 

A jednak.. Większość z nas ciągnie do ludzi, do rozmów, spotkań, dyskusji. 

Party, rauty, małe spotkania służbowe i prywatne. Randki – czasem takie, o których zapominamy już następnego dnia. A bywają i takie, które zmieniają nasze życie na zawsze. Zebrania w pracy i na luzie po pracy, choć z tymi samymi ludźmi. Znajomości w przedszkolu naszych dzieci, potem w szkole. Zawsze ktoś, gdzieś, obok, bliżej lub dalej. Na bardzo krótko i na dłużej… 

Ludzie odwiedzają się wzajemnie. Kiedyś w czasach bez telefonów komórkowych (ba, bez telefonów domowych!!) ktoś wpadał niezapowiedziany, bo właśnie przechodził kolo naszego miejsca zamieszkania, bo potrzebował pogadać, albo miał chwilę wolnego czasu i wpadał na herbatę lub kawę. W restauracji spotykaliśmy się bardzo rzadko. Nie było to w modzie, nastroju i finansowych możliwościach. Ale czasami bywało i tak. Częściej wpadaliśmy do kawiarni, kawa zawsze była, ciastko też. Miałam swoje ulubione miejsca w Krakowie. Mieszkałam blisko Rynku, więc wybór był, jak na tamtą epokę, duży. Hawełka, Rio, Antyczna, kawiarnia w willi Kossaków, Cocktail Bar na Karmelickiej, Jama Michalika, Noworol (ulubiona kawiarnia mojej Mamy!), Marago i Kolorowa na ul. Gołębiej, tuż przy miejscu codziennych zajęć polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ta ostatnia okupowana była przez studentów cały dzień. Wiecznie brakowało miejsc do siedzenia. Niejeden raz siedzieliśmy na jednym krześle po dwie osoby. Trudno wymienić wszystkie, każdy z nas miał swoją kawiarnie i kluby, bardziej czy mniej lubiane. Wbrew wiedzy o “biedzie i trudnościach finansowych” – kawiarnie nie narzekały na przestoje pomiędzy klientami.   

Później, gdy już zapuszczaliśmy się na spacery randkowe trochę dalej niż tylko w centrum Krakowa, uwielbiałam mała kawiarenkę na ul. Kazimierza Wielkiego. Nie miała nazwy, ale my nazwaliśmy ją “Fioletowa Przystań” , bo miala takie lekko “liliowe” lampy, które dawały wrażenie fioletowej poświaty.  Kiedyś nawet wyjawiliśmy ten nasz “imienny” sekret pani, która wraz z drugą koleżanką prowadziła to miejsce. Ach, jaka tam była pyszna kawa i kremówki! I jeszcze filiżanka czerwonego barszczu z krokietem. Smakowało jak w niebie! Zwłaszcza, gdy były zimne i słotne dni. 

Pamiętam też kawiarnie w okolicy Rudawy i Krakowskich Błoń, gdy zaglądaliśmy tam spacerując po tamtych okolicach przy ładnej wiosennej i letniej pogodzie. 

Większość tych kawiarni czy restauracji zniknęła na przestrzeni lat, a na ich miejsca powstały setki nowych – innych, nowoczesnych. Urok tamtych starych miejsc zawsze jednak będzie w mojej pamięci… 

Ale najczęściej i najfajniej było w domu, gdy ktoś wpadł przypadkiem, wybawił mnie na chwilę od czytania podręczników szkolnych, odrabiania zadań domowych itp. Włączaliśmy radio z muzyką, później też adapter/magnetofon i plotkowaliśmy całymi godzinami. Do picia była herbata, jakaś indyjska, madras czy podobne. Nic wielkiego, kto by zastanawiał się nad faktem, że herbaty są różne i że nie wszystkie smakują jednakowo.

W akademiku też wizytowaliśmy się nieustająco! Droga do innego pokoju nie była długa – następne drzwi lub drzwi naprzeciwko. Albo jedno piętro wyżej lub niżej. Zawsze mieliśmy mnóstwo nauki, mnóstwo czytania lektur (wiadomo – polonistyka!) ale też nigdy nie brakowało nam czasu na spędzanie go z innymi. Wtedy już pojawiała się wódeczka, wino Egri Bikaver albo podobne i jakieś małe kanapeczki z serem czy kiełbaską. Było dobrze! Bo byliśmy razem, w nieustającym ruchu towarzyskim. 

Minęło wiele lat od tamtych spontanicznych wizyt, kawiarnianych dyskusji literackich, spojrzeń w oczy znad filiżanki kawy. 

Zmienił się nasz sposób życia,  zmieniły się zasady spotkań towarzyskich. Są telefony komórkowe, sms-y, e-maile. Nie przychodzimy odwiedzić nawet najbliższych przyjaciół w biegu, tak po prostu, z odruchu serca i ciekawości, co tam u nich słychać. 

Tak się jakoś “zrobiło”, że trzeba zatelefonować, umówić się,  zapowiedzieć swoja wizytę. Powinniśmy być przygotowani. A to w pewnym sensie zobowiązuje. Obiad, kolacja, może tylko przystawki… Na pewno coś – do kieliszka wina, do koniaczku czy modnych od lat mix- drinków. 

Mój „świąteczny” barek – grudzień 2024

Mamy barki domowe zaopatrzone całkiem nieźle, by nie zdarzyło się, że nasz gość na pytanie: “czego się napijesz?” – odpowie i zaskoczy nas, bo TEGO właśnie nie mamy.. W takim momencie natychmiast nadrabiamy przepraszającym uśmiechem i wyliczanką CO mamy. Mamy też drobne ciasteczka, czekoladki, orzeszki. Wszystko to należy do baru domowego. Dopiero potem zapraszamy na coś więcej do stołu. 

Dziś nie ma żadnego problemu z zapełnieniem lodówki, z przygotowaniem czegoś “na szybko” czy czegoś bardziej wykwintnego na dłuższą wizytę gości.   

Nie jestem “specem” od kulinariów, ale każde zaproszenie gości dodaje mi adrenaliny i wtedy lubię gotować, wymyślać coś nowego, nawet jeśli to tylko przystawki. Sprawia mi to przyjemność, bo to część spotkania, a dla mnie to zawsze ważne i radosne chwile. Uwielbiam domowe obiady rodzinne, drobne przyjęcia z rożnych okazji. Mogę je wymyślać “z tematem” lub bez.  Każda okazja jest dobra! Podobnie wizyty przyjaciół, tych najbliższych i dalszych. 

Lubię małe spotkania, zarówno te domowe jak i w restauracjach, czy gdziekolwiek w innych miejscach – koncert, park, wypad do Kemah po nowe kwiatki do ogródka, czy na zakupy świeżych ryb. Do orientalnego głównie sklepu Phenicia czy do polskiego sklepu. Na lunch naszych “babskich tradycji” czy z rodzinnych okazji. 

Mieszkamy w Houston już 35 lat. To połowa naszego życia. Daleko od Polski, ale wiele razy wracamy tam na wakacje czy z innych ważnych powodów. Zmieniło się nasze życie codzienne i zmieniła się też Polska. Wszędzie jest “inaczej” niż wspomnienia naszej młodości. Nowoczesność, technologia i nowe obyczaje wkroczyły wszędzie! Podróże stały się łatwiejsze, bardziej dostępne dla wszystkich. 

Nie wiem czy umiałabym dzisiaj zliczyć ilu gości “specjalnych” odwiedziło nas w ciągu tych lat…

Pierwsze dziesięć lat naszej amerykańskiej wersji życia nie było łatwe. Każdego dnia ciągnęło nas do nowości i inności, ale mnie osobiście też zżerała tęsknota, nostalgia i myśl o powrocie.  Jakoś mnie było najtrudniej. Może dlatego, że dużo z tego, co lubiłam robić zniknęło z codziennych obowiązków. Gubiłam się długo,  kręciłam wokół zanim znalazłam tutaj swoje miejsce. Zdobyłam nowych przyjaciół, bardzo bujne i ciepłe życie towarzyskie. Teatr Polski, który przynosił mi bardzo dużo radości i satysfakcji. 

Nigdy jednak nie odeszły ode mnie emocje i uczucia do bliskich mi osób w Polsce – w Krakowie, Sosnowcu, Gdańsku czy Sanoku. Każda wizyta wakacyjna to spotkania z nimi. Zawsze radosne, sentymentalne. A przecież wszyscy postarzeliśmy się. Bywa, że trudno złapać dawny kontakt.. 

Ola, Rafał.. było wesoło!

Z Polski – odwiedziła nas kilka razy moja Mama, była naszym pierwszym gościem na dłuższy czas. Aż trudno się przyznać, że mieszkaliśmy w apartamencie, a ona zajmowała wspólny pokój z naszymi dziećmi i bardzo cieszyła się wnukami. 

Przyjechała do nas moja chrześnica Ola na całe wakacje i chrześniak mojego męża. Był kilka razy mój szwagier – sam i z żoną.

Wczesne lata 90-te. Pierwszy przyjazd do Houston Janusza.

Mieliśmy w gościnie bliskie osoby na ślub naszego syna Jacka. Doleciała pewnego lata Ania A, choc tak bardzo boi sie latać samolotami 😉. Byli tu młodzi ludzie, przyjaciele dziecięcych lat naszych dzieci i córka brata mojego męża, Marta.  

W jednej z licznych winiarni – Hill Country

Przylecieli moi teściowe, pierwszy raz oboje. Potem jeszcze raz Teściowa z moją Mamą, razem. 

Mieszkali z nami przez wiele lat przyjaciele, którzy wrócili do Polski na emerytalne lata, ale każdego roku powracali tutaj i zamieszkiwali u nas. Mieli nawet swój pokój, którego nigdy nie nazywaliśmy gościnnym, ale pokojem „Państwa Kolegostwa”😂 . Dopiero niedawno zmieniło się, oni przylatują tu rzadziej i wynajmują już apartament do swobodnej własnej dyspozycji. 

Spacer w pobliżu downtown Houston
Łucja z Kasią i ze mną

Odwiedziła nas wielokrotnie moja najlepsza Przyjaciółka z czasów szkolnych i harcerskich. To były niezapomniane chwile. Dużo podróży, zwiedzania, ale jeszcze więcej wieczornych rozmów, wspomnień, ciepłych i ważnych dla nas chwil. Podobnie, gdy odwiedziła nas Łucja – przyjaciółka wspólnych lat “sosnowieckich” To także była cudna wizyta. Tyle dobrych momentów naszego wspólnego życia znów się w nas obudziło. 

Przyleciała do nas moja ukochana Ciocia, najmłodsza siostra mojej Mamy. Już wtedy była “starszą” Panią. Ale sprawna – w bieganiu, zwiedzaniu, smakowaniu teksańskich przysmaków, piciu Metaxy. Pojawiła się ze swoja córką a moją kuzynką Magdą i jej rodziną. Ileż to wieczorów i nocy przetrawiliśmy na wspomnieniach, opowieściach ze śmiechem i łzami na przemian.  

Ciocia Hania i Magda – w czasie wizyty u naszego syna Jacka i jego żony Christiny.

Jak dobrze czuje się człowiek, który może dzielić się z innymi tym, co ma i co wie. Kiedy może być przewodnikiem po nowych miejscach, pokazać to, co warto w innym kraju zobaczyć.  

Wszystkie te wizyty były bardzo specjalne!  Do każdej przygotowywałam się z radością,  planowaniem i oczekiwaniem na coś wyjątkowego. 

W ciągu tych 35 lat nie gościliśmy tylko nikogo ze strony rodziny mojego jedynego brata. Mam trzech fajnych bratanków i staram się zawsze z nimi spotkać, gdy odwiedzam Polskę. Wiem, że są zajęci, mają rodziny, małe dzieci. Zawsze i niezmiennie zapraszam ich do nas – ale jakoś nie wyszło…  

Tym bardziej jestem szczęśliwa, że po tylu latach mój Brat wyraził chęć przyjazdu tutaj ze swoja żoną. Gdy piszę ten tekst, do przylotu mojego Brata zostało tylko trzy tygodnie, w lutym. 

Nie wiem jak to będzie, bo nie jesteśmy już tak sprawni fizycznie jak kilka, kilkanaście lat temu. Niewiele o nich wiem, choć spotykam mojego Brata w Polsce, ale to zawsze sprowadza się do dwu-trzygodzinnej rozmowy, w restauracji. To na pewno nie to samo co mieszkać ze sobą nawet na czas kilku tygodni. Czy sprostamy ich oczekiwaniom? Czy będzie im się takie życie podobało???  

Mam wspomnienia ze wspólnego mieszkania z Jankiem w jednym pokoju, kiedy byliśmy dziećmi. Kłóciliśmy  się dużo, jak to rodzeństwo, ale też wiedzieliśmy, że nie ma innej opcji mieszkania. 

Wyszłam za mąż i opuściłam rodzinny dom, kiedy mój brat miał 17 lat.  Powiedział wtedy: “Fajnie, nareszcie będę miał swój pokój”🤗 Nie dziwię mu się.

Ta wizyta będzie specjalna.  Może łatwa, przyjazna i ciekawa. Może będzie to egzamin nie tylko “więzów krwi”, ale też przekonanie się, co naprawdę nas łączy. 

Może kiedyś napiszę o tym, jak było. 

Na razie – podobnie jak poprzednio gdy oczekiwałam na wizyty gości, szykuję wszystko co powinno być zrobione, o czym powinno się pomyśleć, gdy specjalni goście wkraczają w twój dom. 

Dłuższe odwiedziny gości bliższych czy mniej znanych osób zawsze są w pewnym sensie niespodzianką. Nie tylko dla nas – gospodarzy, ale też dla wizytujących. Cieszymy się, mamy różne wyobrażenia i wiemy także, że wiele nas zaskoczy. Pozytywnie albo nie… Wydaje się, że potrzeba wzajemnej tolerancji, ale tak naprawdę wystarczy pozytywna aura, ciepłe nastawienie i wzajemny szacunek. 

Już nie zostało nam dużo czasu na tak ważne spotkania. Na spotkania specjalne! Każda chwila bycia razem jest na wagę złota😉.

Na wizyty, które zostaną w pamięci na zawsze. Mam takich wiele w szufladkach moich wspomnień. Mają dla mnie nieocenione znaczenie. Są siłą do życia każdego nowego dnia. ….Bo ja nie jestem samotnikiem. Lubię ludzi, kocham rodzinę i przyjaciół. 

I każdego kolejnego dnia jestem gotowa na kolejną wizytę. 

Nawet jeśli będzie niezapowiedziana… 💖


BACK

Zielona”Małgośka” czyli wszystko może się zdarzyć

16 lutego 2025

Jak czuje się pisarz, gdy wydaje swoją pierwsza książkę? Znakomicie! Nawet jeśli nie wie, czy książka będzie odebrana przez czytelników pozytywnie? Czy recenzenci zwrócą na nią uwagę? Czy nie będzie jednorazowym “wyczynem” życiowym… 

Niezależnie jak się potoczą dalsze losy człowieka/pisarza – moment zobaczenia swojego nazwiska na okładce napawa dumą, radością i nadzieją. 

Ze spełnianiem nadziei i oczekiwań bywa różnie. Każdy kto napisał choć jedno “oficjalne” zdanie wie, że procent osób, które naprawdę stają się zawodowymi pisarzami jest bardzo niewielki. A jeszcze mniejszy tych, którzy będą dobrymi znanymi pisarzami. 

Ale każdy z nas ma prawo spełniać swoje marzenia. Obojętnie w jakim momencie życia. Cokolwiek chcemy robić, spróbować czegoś nowego – róbmy to! Nikt nie może nam zabronić testować siebie, smakować nowych sposobów na spełnienie marzeń, sprawdzać swoich możliwości. I przeżywać wzloty i upadki, bo to też wpisane jest w próby pisarskie (i w każde inne).

Pisarstwo jest bardzo różne. Poważne i dramatyczne, naukowe i na luzie. Wielkie, które przechodzi do historii literatury – jak Sienkiewicz, Mickiewicz, Lem, Szymborska, czy Tokarczuk. I dziesiątki innych. I w przeróżnych kategoriach, bo trudno jest porównywać poetę z pisarzem historycznym czy twórcą kryminałów.  

Kiedyś, szperając w internecie znalazłam listę, która nazwana była “Najlepsi polscy pisarze: 32 autorów, których musisz znać”. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam tam nazwiska kilku pisarzy (poetów) o których nigdy nie słyszałam… Jacek Piekara, Anita Głowińska, Albena Maleszka (i to jeszcze nie koniec nieznanych mi twórców na tej liście).

Czy powinnam się wstydzić, źle czuć, że ktoś wybrał tych pisarzy, a ja nic o nich nie wiem? 

Nie! Zasady, na podstawie których ktoś stworzył taką listę nie są mi znane. I wiem, że to jest subiektywna ocena, bo każdy z nas ma prawo wypowiedzieć swoją opinię. 

Są gusta (gusty?), guściki i dowolne kryteria. Młodzi mają na pewno inne poglądy na pisarzy. Starsi trzymają się swoich wyobrażeń. Kategorie też mogą być sprzeczne. Każdy lubi coś innego i nie można oceniać czytelników według naszych własnych “lubień”. Podobnie – wartość pisarzy też nie jest jednoznacznie porównywalna, bo kategorie tematyczne nie nakładają się na siebie. 

Dlatego tak bardzo dziwią mnie dyskusje ludzi, ktorzy usiłują stwarzać płaszczyznę porównań prozy Grochali, Mroza do Sapkowskiego czy Szczepana Twardocha. A już wkładanie w to prozy Sienkiewicza jest zupełna pomyłką. To całkiem inne kategorie wypowiedzi pisarskiej.  Ale wszyscy są na swój sposób fantastyczni!! Czyli – dla każdego coś „chcianego” 🤗.

To tylko mały przykład wydańµ książek dla dzieci Anity Głowińskiej

Z badań Biblioteki Narodowej wynika od kilku lat, że najpoczytniejszym pisarzem polskim ostatnich lat jest  Remigiusz Mróz. Idąc dalej – dowiedziałam się, że autorka serii „Kicia Kocia”, Anita Głowińska (przyznałam się już, że nic o tej pisarce nie wiem – pewnie dlatego, że to pisarka książek dla dzieci a ja już.. z tego wyrosłam 😂) i sprzedała blisko 2 miliony swoich książek. Mam zamiar się tym teraz zainteresować!

Nic nie szkodzi, że ktoś czyta najchętniej science-fiction a inni reportaże, powieści historyczne czy kryminały. Bardzo lubię czytać, mam swoje ulubione tematy, ale czasem łapię coś zupełnie innego i też czuję się fajnie z nieznaną mi tematyką.   

Wracam do pisarzy. Twórcą każdej pozycji książkowej jest Człowiek.  Wbrew pozorom napisanie książki to wielka i wcale niełatwa praca. Wielomiesięczna (może wieloletnia). Od pomysłu do wydania książki jest daleka droga. 

Jedna z wielu półek w moim domu zapełniona książami

Każdy pisarz ma swój sposób na pisanie. Mało kto o tym mówi, a jeśli mówi, to tajemnic najważniejszych pewnie nie zdradza. I wcale się nie dziwię!  Proces tworzenia to intymny świat. Nikt, kto tego nie spróbuje nie chce wierzyć, że bycie pisarzem to jak każdy zawód – codzienna żmudna praca. Tak jak lekarze powinni mieć powołanie do wykonywania swojego zawodu, tak i pisarz musi kochać to, co robi. 

Pisarką nie jestem i nie będę!  Ale pisać lubię. Głównie dla siebie, bo to dla mnie jest terapią na różne problemy i w różnym czasie. 

Kiedy w 2020/21 roku moja przyjaciółka Ania W. zachęcała mnie do rozpoczęcia bloga, nie miałam nawet przebłysku, że po czterech latach pisania będę miała z tej zwykłej pisaniny już trzy książki. 

W dniu przyjęcia z okazji moich okrągłych (niemłodych już urodzin) kiedy w obecności kilkudziesięciu przyjaciół otrzymałam od Ani i mojego męża (mojej najlepszej ekipy wydawniczej!😍) pierwszy tom mojego bloga (2021) w postaci książki – popłakałam się ze szczęścia, wzruszenia, niedowierzania i szoku. 

Mój blog pojawił się w zielonej okładce, z kochanym tytułem „ Małgośka, mówią mi”. Pierwszy, pewnie najbardziej nieudolny rok mojej pisaniny! To nic, że zdjęcia są biało- czarne, to nic, że są tylko linki do pojawiających się dość często muzycznych dedykacji na koniec wpisów. To wszystko można przecież zobaczyć w całości w sieci blogowej, jeśli czytelnik chce dopełnić obraz wpisu. 

Moja „ekipa wydawnicza „wręcza mi tom II-Rok 2022

Każdy wpis to osobny rozdział. Inne myśli, inne wspomnienia – radosne, nostalgiczne a bywa też, są i bolesne. Nikt nie musi tej książki czytać w całości. Można zamknąć oczy i otworzyć książkę gdziekolwiek. Można spojrzeć na spis treści i wybrać coś, co zaciekawi tytułem. Można czytać dziś i za tydzień. Za miesiąc.. Kiedykolwiek i gdziekolwiek.  Ze zdziwieniem zauważyłam, że wiele osób woli sięgać do książki, niż czytać regularnie pojawiające się co dwa tygodnie wpisy w internecie.

Minął rok i mój „ Mikołaj” podarował mi drugi tom – rok 2022.  W tym roku miałam cichutką nadzieję, że też nowa książka do mnie dotrze. Ale – minęły święta i blog pozostał blogiem w świecie internetowej przestrzeni.

Hmm.. pomyślałam: ileż razy można inwestować we mnie! Przecież trzeba włożyć ogrom pracy, by takie wydanie przygotować. Zawstydziłam się, że pomyślałam o kolejnym wydaniu i błyskawicznie zapomniałam o tym. Zaczął się Nowy Rok 2025. Wspólne spotkanie z przyjaciółmi i… nagle na półce wśród dziesiątek świątecznych ptaszków – kolekcji specjalnej Ani – zauważyłam „Małgośkę”!!! 

Tom trzeci znów wycisnął potok łez wzruszenia.. Moja ekipa wydawców, konsultantów tekstu, pierwszych czytelników i recenzentów znów mój blog doceniła. Gdyby nie oni, nigdy nie poznałabym tego niesamowitego uczucia, gdy moja pasja staje się realną książką.

Ania i ja. Często pracujemy razem. To moja „konsultantka komputerowa”I nie tylko w tym temacie.. To mój mentor komputerowy!

Tym razem książka jest wzbogacona o komentarze do wpisów. Niewiele osób komentuje teksty, ale mój mąż stworzył swoimi ocenami/reakcjami swoiste ich uzupełnienia. Często są to słowa, które nawiązują do moich rozważań albo włączają całkowicie zaskakujące nas skojarzenia. Warto przeczytać je wraz z moimi wpisami. 

Zresztą nie tylko On!!  Od czasu do czasu piszą inni, ale ludzie czują się lepiej gdy “sypną” własne reakcje w postaci SMS-a, kilku słów wypowiedzianych przez telefon albo w czasie bezpośredniej rozmowy.  Wszystko to jest dla mnie bardzo wzruszające i miłe. Najbardziej jednak (tak, tu jestem samolubna!! 🙂) napawa mnie radością samo istnienie zielonej książki, w której umieściłam wszystko, co moje.  

Zdaję sobie jasno sprawę, że nie jest to książka o przemyślanej strukturze i wielowątkowej akcji, że to nie górna półka literatury. Mam jednak nadzieję, że moi najbliżsi znajdą na nią miejsce i przytulą ją do kącika na dolnych półkach swoich domowych bibliotek.

Dzięki Ani i mojemu mężowi mam tyle tak innej, nieznanej mi dotychczas radości.  Aż trudno mi uwierzyć, że mając “inne” (nie-pisarskie) życie można mieć tyle satysfakcji z robienia czegoś, co we mnie “siedzi” od lat. 

I wcale mi nie przeszkadza, że to tylko blog, zapiski losów życiowych, powrotów do zdarzeń z dawnych lat. I radości, ktorą mogę się dzielić z innymi. Sam fakt, że umiem to z siebie pisemnie wyrzucić jest wielką frajdą!!

Jestem otwarta na krytykę, bo cokolwiek robimy “publicznego” ma i musi mieć i zawsze będzie miało swoją krytykę. Dobrą i złą. Rozumiem doskonale, że jednym coś się podoba, innym nie. Jeśli tylko jedna osoba zatrzyma się, wspomni, zdziwi się, wróci na chwilę do starej piosenki.. dla mnie to jest i będzie najlepszą krytyką i oceną. 

Jestem starszą kobietą (nie, nie starą!! Jeszcze wierzę, że mogę kiedyś być dużo starszą), mogę wiele zrobić, mogę wygrzebać w pamięci jeszcze mnóstwo zdarzeń, o których nie napisałam. Jeszcze wierzę, że mam o czym pisać. 

Fakt, że mój blog jest także w formie książkowej daje mi cichutką nadzieję, że nie zniknie „w chmurkach” – choć Młodzi twierdzą, że to własnie „w chmurze” NIC nie ginie. Kiedyś – może sięgną do niego moje dzieci i wnuki – może chociaż spojrzą na okładkę… 

Mówiąc o estetyce wydania – kocham zieleń mojej  “Małgośki”, przesłania na tylnej stronie, każdego roku trochę inne. No i jakby nie patrzeć, książkowe wydanie trzech lat 2021-23  ma razem 1100 stron.. 

Ktoś zakrzyknie: grafomaństwo! Po co aż tyle?…  🤣 🤣 Może i racja. 

Ale ja wiem, że to mój blog i mogę pisać, to co chcę i potrzebuję. Dla siebie przede wszystkim. Dla innych – jeśli poczują potrzebę zajrzenia do wydania książkowego.  I dla zachęty – spojrzenia na bieżące wpisy w sieci. 

www.malgoskam.com z a p r a s z a! ! ! 

**********************************************

A na zakończenie mojego „książkowej ekscytacji” – dziś zamiast piosenki zacytuję fragment wiersza Wisławy Szymborskiej „Portret kobiety”. Był nasza kobieca myślą przewodnią, kiedy tworzyłyśmy spektakl pt. „Jej portret” w Teatrze Ogniska Polskiego.


BACK

Ty i ja. Na co czekam, czego oczekuję… 

1 lutego 2025

Budzę się rano. Jestem obolała, zmęczona albo zrywam się w całkiem dobrej formie. 

Ledwo otwieram oczy. Staram się spojrzeć  w okno i pomyśleć coś pozytywnego. Cokolwiek, co na moje „dzień dobry” przyniesie pozytywne emocje. 

Każdego poranka czuję coraz większą radość, że jestem… zdrowa, że NIC się od wczoraj nie zmieniło i znaczy to, że jest dobrze. Jestem wdzięczna losowi, Bogu, mężowi, przyjaciołom i całemu Światu, że wciąż jestem z nimi, a oni są ze mną.

Kwiaty w ogrodach – cieszą moje oko i duszę

Człowiek ciągle na coś czeka. Na pójście pierwszy raz do szkoły, na gości urodzinowych. Na pierwszą podróż w góry albo za ocean. Czeka na kogoś wymarzonego i na spotkanie prawdziwej miłości. Czeka na lekarstwa, które przynoszą uśmierzenie bólu i na wieczór przy choince i dobrym winku. Albo – po prostu na to, by przestał padać deszcz, by zakwitły kwiaty w ogrodzie…

Mamy kalendarze – papierowe, komputerowe i te w swojej pamięci. Zapisane wszystko cokolwiek godne jest zapamiętania. Poukładania, dopilnowania. Zatelefonować, oddać, zamówić, przypomnieć, zrobić… I tak w kółko przez miesiące i lata. 

Kiedyś było łatwiej. Trzymało się w pamięci, układało się logicznie w dni i godziny. Dlaczego dziś życie stało się skomplikowane? Zapewne z powodu (paradoksalnie!) lepszej technologii, która rośnie i rozwija się w zastraszającym tempie, a my – starsi nie jesteśmy w stanie za nią nadążyć. Wszyscy chcemy korzystać z najnowszych telefonów, laptopów a w praktyce okazuje się, że nie potrafimy zrozumieć, czego chcą od nas dziesiątki nowych aplikacji. Cokolwiek chcemy zrobić – wszędzie trzeba się zarejestrować, zapisać i zapamiętać hasło, NIK, Kod czy takie tam podobne. Jeszcze gorzej – gdy jest to jednorazowa konieczność, a po dłuższym czasie nieużywania aplikacji okazuje się, że technologia znów sprawdza nasze dane i …klapa – nie możemy sobie szczegółów – tych sprzed miesiąca czy roku – przypomnieć.

Apki” portali medycznych przykład

A już najgorzej, bo ktoś wymyślił, że każda grupa medyczna, każdy lekarz ma swój portal i tylko taką drogą (poza wizytą lekarską) musimy się porozumiewać. Wizyty medyczne, wyniki badań, terminy, nawet kolejne lekarstwa – te same lub nowe – wszystko to trzeba poszukać na portalu. Zalogować się, sprawdzić i.. Dalej już nie wiemy. Bo może trzeba odpisać, czy potwierdzić (najczęściej wysyłając „Y”) czy zostawić gdzieś pytanie, których często mamy dużo. I jeszcze tak, by ktoś do nas odpisał, oddzwonił.  

W tej chwili jeszcze wiem o czym mówię, jednak przeraża mnie jak będzie za kilka lat. Czy będę w stanie śledzić te technologiczne wymagania? Czy ktoś będzie mi mógł pomóc? Już dziś obserwuję wielu moich przyjaciół, którzy zupełnie sobie z tym nie radzą. 

Jak mają to wszystko ogarnąć dzisiejsi 80 i 90- latkowie?  Nawet jeśli znajdziemy numer telefonu do jakiejś potrzebnej nam instytucji, z chwilą wybicia numeru zaczyna się rozmowa z maszyną. I naciskanie guzików: jeśli chcesz to… to naciśnij jeden. A jesli chcesz to… to naciśnij dwa, trzy i tak bez końca. Nawet do własnej apteki dodzwonienie się do człowieka zabiera godzinę i to nie zawsze się udaje. 

Sztuczna inteligencja nas frustruje, a niedługo zacznie “zabijać”.

Tak, tak!!! – wiem co pomyślą i powiedzą w tej chwili Młodzi, kochający technologię, komputery i te wszystkie inne “bajery”.  Przecież niemal cały swój czas spędzają na zgłębianiu nowych wariantów “wczorajszej aplikacji”.  

Wiedzą prawie wszystko, ale – wytłumaczyć tego “ludzkim głosem” często nie potrafią. Cierpliwość do ludzi starszych nie jest ich mocną stroną… Zresztą, to chyba nie zmienia się od pokoleń..

Dla Młodych (młodszych) technologia to gry, wyzwania, łatwość zakupów, błyskawiczny kontakt ze znajomymi i przyjaciółmi. A niekoniecznie wariant medycznych portali czy kontakty z aptekami. 

Czekam i MARZĘ o takim momencie, kiedy zamiast nowej gry komputerowej, ktoś (młody) popracuje i wymyśli “appki” dla starszej generacji. Uproszczone, działające jak z dotknięciem czarodziejskiej różdżki. A potem będzie naszym przewodnikiem i NAUCZY nas jak w sposób prosty z tego skorzystać.  

Czy doczekamy się takiego zwrotu w technologii komputerowej, telefonicznej? Wątpię. Jak wykazuje praktyka – łatwiej jest komplikować i wymyślać trudności niż praktycznie ułatwiać innym życie. 

Ale – poza komputerem istnieje jeszcze zwykły dzień. Dla każdego z nas.  Budzimy się rano i  przychodzą nam do głowy różne myśli. Różne – bo każdy ma swoje priorytety i  potrzeby. 

Dzisiaj – oczekuję  słońca i spokoju. Dziś liczę na to, że nic mnie nie zaboli. Wejdę do mojej szafy i znajdę fajne ubranie, które nie będzie na mnie za ciasne i nie zdenerwuje mnie tak, by popsuć mi humor na resztę dnia. Może się uda. 

Dziś pójdę na kawę i lunch z moją przyjaciółką. Wieczorem usiądę na kanapie z moim mężem i przy kieliszku dobrego wina będziemy oglądać kolejny odcinek fascynującego serialu.  

Liczę na to, że odezwie się do mnie ktoś z moich bliskich z dobrym słowem i jeszcze lepszą wieścią, że u niego też dzieje się dobrze i właśnie wydarzyło się coś miłego. Lubię takie momenty, gdy mogę cieszyć się z moimi najbliższymi ich radościami.   

Takich drobnych pozytywnych elementów bardzo mi potrzeba. Czekam na takie chwile.  Wypełniają zapotrzebowanie na poczucie spokoju, ciepła i normalności. 

Normalność w naszym wieku to także “podświadome oczekiwanie”, że coś się wydarzy niedobrego. Jak w życiu. Zwłaszcza w życiu ludzi po 70-ce. To już nieuchronnie ostatni etap naszego życia. Co nie znaczy, że ten etap nie może trwać jeszcze 10 -20 lat a może więcej.  

Twarze starych kobiet – a wśród nich my ” – STARUSZKI po 70-ce” 😂 👍

Nie mam poczucia, że jestem “staruszką”, ale wiem, że 70 lat to już  “szron na głowie”… i trzeba się do tego przygotować. Nie oszukujmy się, kochani! Nie da się żyć drugie tyle, co już przeżyliśmy. Ale można żyć radośnie i pozytywnie przez następne 10-25… lat.

Czy tego oczekuję? Tak!!  Oczekuję od siebie, że ból kręgosłupa, nogi, trzepotanie serca, trudności w “skakaniu” nie zepsują mi następnych dni i miesięcy. 

Ale też NIE udaję, że jestem super zdrowa i żadna choroba dopadająca ludzi w „wieku “dojrzałym” – mnie, jako jedynej wybranej – nie dotyczy.  

Żałośnie brzmi taka teoria i wiara w nią, bo nikt nie jest wieczny i wszechmocny. Realia życia (i śmierci) dotyczą nas wszystkich. I nie ma co udawać, że jest inaczej. Trzeba więc na to patrzeć z dystansem, ale i logiką natury. Tak jest, było i będzie.

Jestem otwarta na nowy dzień, oczekuję codziennie wydarzeń, które mnie cieszą. Nawet takich jak zwykłe domowe kłótnie, a potem miły moment małżeńskiego żartu i pogodzenie się. 

Moje nastawienie do ludzi zmieniało się na przestrzeni lat. Nie jest to nic odkrywczego, tak działamy wszyscy. Zmienia się czas, sposób naszego „młodego myślenia”, doświadczenia i sytuacje. Ale ludzie są różni i dzielą się na takich, którzy jakkolwiek by nie szło w życiu – są optymistyczni i widzą dobro. I na takich, którzy po prostu nie lubią ludzi. Często także nie lubią siebie. I wtedy działa to jak źle dobrane okulary korekcyjne. Wszystko nam przeszkadza, denerwuje. Nie ma kolorów i nie ma pozytywnych myśli. „Szklanka jest pusta…”

To bardzo trudne, żeby nauczyć się zwalczać w sobie takie emocje. 

Są także takie osobowości, które przy każdej sposobności promują siebie jako lepszych i bardziej „wartościowych” niż wszyscy wokół, uważają siebie za wszechwiedzących na każdy temat. W towarzyskiej rozmowie ignorują nasze argumenty, nie słuchają innych, tylko kreują siebie na mądrzejszych. Mówię – kreują – bo myślę, że taka postawa często wynika z głęboko skrywanych ludzkich kompleksów i wielkiej potrzeby zatuszowania ich przed innymi. 

Jeśli nie potrafimy słuchać innych, jeśli przerywamy rozmowy, nagle wtrącamy zupełnie   inne tematy… Oj… Jest to często obserwowana sytuacja i każdy zna takich ludzi. Sami też nie jesteśmy bez winy. Ileż to razy zdarzało nam się z dziesiątek różnych przyczyn właśnie tak zachowywać. Szum towarzyski, nudny dla nas temat, trochę więcej alkoholu, nagła potrzeba zaimponowania… Ach, poszperajmy w swoim życiu, na pewno nie są to obce obrazki. 

Widzę to wszystko coraz wyraźniej. I oczekuję od siebie, że uporam się z “toksycznymi ludźmi” i nie będą mnie tacy denerwować. Mam nadzieję, że  osiągnęłam świadomość, iż tolerancja popłaca i sprawia, że MÓJ świat jest lepszy i MOJE życie łatwiejsze. 

Należę do osób spontanicznych, narwanych, nerwowych i otwartych w swoich wypowiedziach. Szczerość jest bardzo przydatną cechą. I uczciwą, a to bardzo ważne w życiu. 

Ale – bywa “szczerość niekontrolowana”, taka która rani innych. Taka – czasem… Bez sensu.  Teraz już to wiem i oczekuję od siebie, że granicy “szczerości niekontrolowanej” już nie przekroczę. Wiem, że pozornie – starość jest coraz słabsza – ale w wielu aspektach daje też nam siłę, której kiedyś nie miałam. Zmienić na lepsze…

Nie oczekuję cudów. Wiem, że możemy “podskoczyć” tylko do określonej wysokości, że kiedy patrzę w lustro widzę siebie “dzisiejszą”. Ale kiedy zamknę oczy pojawia się wizerunek taki, jaki chciałabym zobaczyć – mnie – szczupłą, uśmiechającą się bez zmarszczek, życiowego zmęczenia. Taką Małgośkę, którą kiedyś byłam. Ale wtedy ona wcale mi się nie podobała, miałam do niej wiele zastrzeżeń. Dziwne, prawda? 

Zawsze mamy do siebie jakieś “ale”, ciągle chcielibyśmy inaczej, lepiej, piękniej i sprawniej. A jak to utracimy, to dopiero uświadamiamy sobie: dlaczego ja byłam dla siebie taka niedobra, nietolerancyjna?

Proste! Bo przez całe życie mamy wobec siebie jakieś oczekiwania. Ci którzy ich nie mają – nie są szczęśliwi. Bo poprzeczka oczekiwań powinna wznosić się coraz wyżej. Byleby…nie przekroczyła naszych limitów. 

Czekam na moje kilkanaście (-dzieścia) ostatnich lat i liczę na to, że wykorzystam je zgodnie z moimi “zasadami”, które każdego dnia układają mi się w mój osobisty regulamin. A wcale nie jest to łatwe, bo zawsze ktoś/coś wywraca nam nasze prywatne “zasady”. 

Oczekuję …  Każdy na coś innego i w inny sposób. I nie dajmy już sobie tego odebrać. Żyjmy już teraz na własnych prawach. Choćby nie bardzo podobały się innym, ważne by nam dawały radość i spokój wewnętrzny. 

Pamiętajmy przesłanie muzyczne Marylki R. :

 “Niech żyje bal, bo to życie to bal jest nad bale!

..Nie grają na bis, chociaż żal…

I choć wydaje się to smutnym przesłaniem – tu świat, los i Bóg (jakakolwiek jest moja i twoja filozofia) jest wielce sprawiedliwy. 

******************************************

Z sentymentu i wdzięczności, dla tych którzy w moim życiu pojawili sie na ważną chwilę albo na długie lata – dedykuję piosenkę Maryli Rodowicz. Mało znaną a może nawet nieznaną pt. „Piosenka dla przyjaciela”. Wsłuchajcie się w tekst, jest piękny, optymistyczny i taki… prawdziwy! Tak może opowiedzieć o „naszym – już nie młodzieńczym – czasie życiowym” tylko Marylka R.💝


BACK

Piszę… bo muszę!

16 stycznia 2025

Właściwie to nie jest do końca prawdą, bo dziś już wiem, że NIC nie muszę. “Chcę, powinnam, mam obowiązek, lubię, pragnę, czuję, że potrzebuję..” – cała plejada słów, które oddają moją potrzebę pisania. Mogłabym znaleźć jeszcze kilka. Takich, co potrafiłyby oddawać stan moich skłębionych myśli i potrzeb emocjonalnych.


Kiedyś Skaldowie śpiewali: “Śpiewam, bo muszę…” Śpiewać nie umiem, za to gdzieś i z jakiegoś niewiadomego mi powodu, przypomniala mi się ta piosenka, a właściwie jej refren i natknęła mnie myśl, by wyjawić sobie (i innym) dlaczego w ogóle piszę. Dlaczego wpadłam (są tacy, którzy bardzo mi w tym pomogli😂) na pomysł prowadzenia własnego Bloga i dlaczego w takim, a nie innym wydaniu.
Aż sama sobie się dziwię, że takie beztalencie muzyczne ze mnie, a inspiracją do wielu wpisów, pomysłów tematycznych są dla mnie cytaty dawnych piosenek, wierszy czy fajnych przypadkowo zapamiętanych zwrotów.

Koncert Diany Krall w Houston – 2018 r

Już słyszę okrzyki oburzenia!! “Muzyka jest dobra na wszystko”.
Cóż … dla mnie muzyka i jej prawdziwe ciepło i pomoc “mojej głowie” to ta, którą słucham w okresie świątecznym (kolędy polskie i amerykańskie), ulubione przeboje mojej młodości (bardzo wybrane!) i koncerty, na które chodzę – niestety – bardzo rzadko. Nie zauważam, jak inni moi znajomi, muzycznych wydarzeń wokół nas, dlatego często omijają mnie rarytasy, które pewnie by mi się podobały. Lubię koncerty jazzowe, Dianę Krall, Blake’a Sheltona, Keitha Urbana, Adama Levina i podobnych.

Koncert Blake’a Shelton (Rodeo w Houston)

Są ludzie, którzy niemal natychmiast po porannym otworzeniu oczu włączają muzykę, słuchają wiadomości porannych, potrzebują przemawiającego do nich telewizora. A ja lubię ciszę. Muzyka mnie rozprasza, gdy robię coś “intelektualnego”. Czytanie książki, praca w komputerze, rozmowa telefoniczna – z żywym człowiekiem, nie z maszyną!🤗 wymagają ode mnie skupienia. I muzyka mi w tym przeszkadza.

Nie lubię ostrej muzyki. Nie wpływa dobrze na moja psychikę, wręcz drażni mnie. Nie potrafię w muzyce wykrzyczeć emocji i mojego nastroju.
I nie mam nawyku poproszenia “Alexy”, by pomogła mi słuchać takiej muzyki, którą rozumiem. Zbyt rzadko korzystam z takiej możliwości.

Mówię o muzyce, bo dla wielu ludzi to “łatwe hobby” i terapia uspokajająca. Albo terapia otwierająca, pomocna w oczyszczaniu “głowy”, wyrzucająca niepotrzebne złe emocje, nadmiar energii. Wiem, że krzyk, głośne słowa piosenek, ostre dźwięki instrumentów muzycznych są dla wielu ludzi najlepszym lekarstwem na własne JA.

Dla mnie taką rolę spełnia pisanie. O nie, nie jestem pisarką! Nie mam ambicji napisania powieści, wielkiej komunikacji publicznej!! A jednak takie hobby sobie wybrałam, gdy już po wszystkich “trudach” młodości, odchowania i wykształcenia dzieci i małych wnuków, pracowania jak i gdzie się dało – mogłam wreszcie znaleźć czas na moje JA.

Od bardzo dawnych, szkolnych czasów pamiętam, że wolałam wypowiadać się w piśmie niż w bezpośrednim słowie. Lekcje języka polskiego, to dla mnie były najlepsze lekcje w szkole. Pisanie klasówek nigdy nie sprawiało mi problemów. Wypowiedź na środku klasy przed nauczycielem i publiką koleżeńską było już dużo bardziej krępujące i stresujące. Nigdy nie byłam “cichą myszką”, lubiłam ludzi, dyskusje, im bardziej zadziorne tym fajniejsze.
Kiedy inni koledzy mieli problem z wyciśnięciem z siebie dwóch stron na wybrany klasówkowo temat, ja zazwyczaj zdążyłam w czasie dwóch 45- minutowych lekcji (bo zazwyczaj tyle trwały wypracowania z literatury ) napisać 4-5-6 stron. I to całkiem niezłych. Nie miałam zahamowań, zacinań, przestojów. Dobór słów płynął spokojnie i nigdy nie było pustki. Wolne formy, tematy i argumenty – to była gratka!!
Lubiłam wypracowania pisemne! Lubiłam zadania do domu, gdy mój ulubiony nauczyciel dawał temat (czasem dwa do wyboru) i mówił: zbieram kartki za tydzień! (to były kartki A4, czyli duży format).
Wszyscy narzekali, że tak dużo, że tyle trzeba się przygotować do takiego wypracowania – mnie aż iskrzyło w głowie. Byłam podniecona, że to co napiszę zależy tylko ode mnie, że wreszcie w szkole jest to, co naprawdę lubię..
Nie będę wracała do tego, czego NIE lubiłam, co do dziś pamiętam jako koszmar – matematyczne kombinowanie czy oderwane dziwadła fizyki. Żałuję, że od początku szkoły byłam taka “jednostronna”.

Dawno temu, kiedy w Polsce nie było kartek okazjonalnych już z gotowym tekstem, kiedy wszyscy pisaliśmy do siebie listy i widokówki z podróży.. . zrobiłam sama własną ręką kartkę (laurkę) dla mojej Mamy z okazji Dnia Matki. Nie pamiętam ile miałam lat, ale myślę, że gdzieś pomiędzy końcówką szkoły podstawowej a początkiem liceum. Może 13, 14… Główną stronę wykleiłam fragmentami zdjęć z kolorowych czasopism i powstał całkiem ładny “collage”(jak to się dzisiaj “po polsku” mówi). Napisy i tło ładnych kwiatów samodzielnie namalowałam. To też lubię robić i też nie najgorzej mi wychodzi. Za to w środku, zamiast “Miłego dnia” itp. napisałam do Mamy list, a może całkiem długą notkę, może specjalne dla Niej przesłanie. A może po prostu opowiedziałam o tym, co wtedy czułam a czego nie umiałam jej powiedzieć tak zwyczajnie, siedząc obok Niej… Słowa układały się swobodnie, wylewały się prosto z mojego serca na papier.
Mama była wzruszona do łez. Wtedy powiedziała ”… ładnie piszesz”.
To była pierwsza pochwała o moim pisaniu. I tę właśnie zapamiętałam… Długo Mama trzymała tę kartkę w sekretarzyku (zamykanym na malutki kluczyk💝).

Szkoda, że moje literackie i piśmienne (nie mylić z pisarskimi! 🙂) upodobania nie rozwinęły się później, w życiu. Ale tak już często jest – życie to nie bajka… Nie zawsze można mieć wszystko tak, jak się chce. Coś za coś.
Czyli wiadomo, dlaczego mój blog jest “Blogiem Babci” albo inaczej – kobiety po przejściu wszystkich zakrętów z doświadczeniami przeżytych lat.

Stanisław Ignacy Witkiewicz napisał kiedyś: “W sztuce więcej jest wart atom zapału niż góra doświadczenia”. Atom to może nie był, ale gdzieś na progu emerytalnym pojawił się zapał.

Zapał… – a potem już dużo trudnej roboty. Mam świadomość, że pisanie to nie tylko sypanie słowami, które łażą po głowie. W pierwszym podejściu do tekstu tak własnie robię. Rozsypuję myśli ubrane w słowa.

Ale nieco później zaczynam poprawki i widzę jasno, że dla czytającego to może być niezrozumiały „bełkot”. A przynajmniej nie tak jasny przekaz, jak ja bym chciała. Piszę dalej – ale ciągle wracam, czytam, poprawiam, zmieniam…
Najtrudniejszy jest dobór zdjęć. Niewiele ich mam z przeszłości, czasem więc powtarzają się w różnych wpisach, ale nieprzypadkowo. Zazwyczaj to ma kontekst inny niż poprzednio. Teraz, kiedy wszyscy i wszędzie robią zdjęcia nie wydaje się to żadnym problemem. Ale dobrać zdjęcie do czasów sprzed pięćdziesięciu i więcej lat, nie jest prostą sprawą. Oczywiście, znajduję zdjęcia w sieci, w końcu jak to niektórzy mówią – internet MA wszystko i nawet nie trzeba zrobić kroku, by to sprawdzić, „pożyczyć sobie”, dodać dla przypomnienia czy porównania. Wystarczy ruszyć „ myszką” i gotowe.
Trudno mieć współczesne zdjęcie dawnego Fiata 126 czyli „ malucha” czy zdjęcie z polskiego sklepu z mięsem i wędlinami (masarni) z lat 60-tych…
Bywa, że natrafiam w swoich starych zbiorach przywiezionych z rodzinnego domu na rarytasy tamtych czasów. To „kropla w morzu” tego, co bym potrzebowała.
Ale przecież to mój wybór! Taką tematykę sobie wybrałam. Każdy wpis o czymś innym, ale dużo wspomnień, porównań mojego “pierwszego życia” z tym drugim – obecnym.
Dwa światy, oddzielone wielkim morzem. Realia, które mam nadzieję, nigdy się nie spotkają. Dzieciństwo i młodość w biednej komunistycznej Polsce. Mimo wszystko – w Polsce, w której umiałam sobie radzić, śmiać się i uczyć. Miałam normalną rodzinę, nie byłam głodna ani smutna. Byłam szczęśliwa – choć może inaczej…
I życie, które trwa już 35 lat w kraju dobrobytu, ale też solidnej i wyczerpującej pracy.
W miejscu na Ziemi, gdzie znalazłam wielu przyjaciół, którzy stali się moją rodziną. Tutaj mam dorosłe wykształcone i pełne sukcesu dzieci i kochane wnuki.
Zdaję sobie sprawę, że ludzie często oceniają takich jak my bardzo surowo. Bo chcą widzieć w nas brak patriotyzmu, znieczulicę. Zarzucają nam ucieczkę, pazerność na lepsze życie itd…
Nikt jednak nie wie jaki był koszt takich decyzji. To temat na książkę, a ja jak już wspomniałam, książek pisać nie potrafię…
A jeśli chodzi o patriotyzm i tolerancję, to tu spotykam ich znacznie więcej niż w moim „pierwszym życiu”.
Taka ironia losu. 😊

Moje wpisy blogowe są długie. Może za długie. Ale – ci którzy lubią czytać i chcą czytać – przeczytają nawet te długie.
Ci, którzy z zasady NIE czytają – czy to blog, książka czy jakikolwiek artykuł – po prostu czytać nie będą. Może w tym czasie słuchają muzyki? Może malują jakiś obraz albo są na długim spacerze?… Wszystko jest dozwolone, jeśli tego potrzebujemy!

Pamiętam o zasadach – ale też trzymam się swoich własnych..

Nikt nie rodzi się z umiejętnością idealnego pisania. To długi i żmudny proces. Zwłaszcza dla tych, którzy są “fachowcami” czyli stają się prawdziwymi pisarzami.
Pisanie to “wolny” zawód. Zazwyczaj dopóki pisarz nie ma umowy terminowej z wydawnictwem (albo jeszcze nie dostał zaliczki za publikację 🙂) stawia sobie własne określenia czasowe. Własny plan działania i nikt mu w tym nie przeszkadza. Może pisać trzy dni bez wytchnienia i może zrobić sobie kilkutygodniową przerwę.
Pisanie bloga w takiej formie jak ja wybrałam, ma taką zaletę, że nie ma terminów, nie musi pojawić się w określonym dniu, na zaplanowaną godzinę. To, że moje wpisy ukazują się regularnie dwa razy w miesiącu, to jest mój wybór. Nikt mnie nie sprawdza i nikt z tego nie rozlicza. Kiedy zaczęłam prowadzić bloga, moje wpisy publikowałam częściej. Dziś wyregulowałam sobie czas i ustaliłam moje zasady – dla mnie.

Mój blog to tylko pisemna forma łatwego wypowiadania swych potrzeb. Chcę podzielić się z innymi o czym myślę, co pamiętam, co inspiruje mnie do przemyśleń. I co mnie wciąż zaskakuje.
Nie muszę być omnibusem warsztatu pisarskiego. Nie muszę mieć fachowców – redaktorów, kontroli szczegółowej tekstu, przecinków itp. Ale mam zaprzyjaźnionych najbliższych, którzy jeszcze przed opublikowaniem czytają moje wypociny, wrzucają swoje uwagi i poprawki. Niejeden raz dyskutujemy bardzo mocno nad użytym przeze mnie zwrotem, słowem. Zwłaszcza dzisiaj, w dobie “mieszania się języków” jest to często elementem całkiem poważnego językowego spierania się.

Nie mam wrażenia, że piszę, bo jestem w tym dobra. Za to mam absolutne poczucie, że to jest mi potrzebne. I że to lubię.
Miewam długie dni a nawet tygodnie, kiedy nie mam pomysłu na następny wpis. Gdy robię dziesiątki innych rzeczy i nie myślę o pisaniu. A jednak – gdy tylko w głowie coś mi “piszczy” – piszę. Dzięki temu mam zawsze kilka tekstów “do przodu” – bez określonych dat publikacji. Ach! – publikacja to stanowczo przesadzone słowo! Raczej otworzenie tekstu w sieci dla kogokolwiek, kto ma ochotę na niego spojrzeć.

„Kropla” księgozbiorów w moim domu

Czytam pewnie więcej niż przeciętny człowiek, oglądam filmy ze specjalną uwagą na scenariusze. To niewątpliwie pomaga i rozwija czujność językową i szlifuje wypowiadanie się w tekście pisemnym.
Po czterech latach prowadzenia bloga wiem już jak trudno wielu ludziom napisać nawet krotki komentarz. Zwłaszcza, jeśli ma to być upublicznione w sieci.
Wielu moich przyjaciół mówi mi uwagi i komplementy. Jednym zdaniem wskazują, że zaglądnęli, przeczytali albo przynajmniej zauważyli. Ale niewielu pozostawia ślad pisemny w komentarzach. W prywatnych (SMS, rozmowach) przewijają się ich opinie, w tekście pisanym – rzadko…

Cóż – pozostaje mi tylko wierzyć, że pisanie ma jakiś sens i tak jest dobrze. Przede wszystkim – dla mnie. W każdej chwili mogę zmienić wystrój wpisów, tematy, sposoby wypowiedzi. Wszystko jest w mojej głowie, w mojej ręce i piórze (przysłowiowym, bo kto dziś używa pióra czy długopisu??)

Może kiedyś wyciszy się mój blog i przestanie być moim “dzieckiem”. Porzucę go i pójdzie sobie gdzieś własną drogą…
Bo taka już natura ludzka, że nic nie jest na zawsze. Ciągle chcemy próbować czegoś nowego, coś nas przyciąga, pochłania, intryguje, a potem – odchodzi..

A dziś – Piszę.. bo muszę! Dla siebie i od siebie.

**********************************************

Ktoś, kto pewnie kochał Skaldów w młodości tak jak ja, napisał: ” Zdecydowana większość utworów Skaldów to te (prawie wszystkie) najlepsze… Pamiętacie piosenkę o Zielińskiej? O przecudnej wiolonczelistce? O kuligu, co z kopyta rwał? … NO I KTÓRA NAJLEPSZA?😀Były czasy, gdy świat był znacznie piękniejszy… Ratujmy wspomnienia!”

I w ramach ratowania wspomnień, posłuchajmy – „Śpiewam, (piszę🤔) bo muszę”👍 💖


BACK

Czy ja nie lubię poniedziałku? 

1 stycznia 2025

“Nie lubię poniedziałku!” Każdy z mojego pokolenia pamięta ten tytuł filmu i jego absurdalnie śmieszną historię kilkunastu przypadkowych postaci, których połączył fakt, że wszystkie ich filmowe nieszczęścia zdarzyły się właśnie w poniedziałek..  

„Nie lubię poniedziałku!” komedia „poniedziałkowych” pomyłek i kalamburów sytuacji – 1971

Włoski przemysłowiec przyjeżdża do Warszawy. Na lotnisku wsiada do niewłaściwego samochodu, co skutkuje lawiną nieporozumień. W pewnym  przedszkolu panuje różyczka, tatuś – milicjant kierujący ruchem musi równocześnie opiekować się synkiem, bo żona nie może zwolnić się z pracy. Zaopatrzeniowiec desperacko poszukuje części do kombajnu (bardzo popularna i ważna maszyna z czasów epoki komunistycznej) itd, itp… 

To tylko kilka z wielu wątków, które wbiły mi się w pamięć.

Bogdan Łazuka – kadr z filmu „Nie lubię poniedziałku”

To polska komedia (1971)  przypadkowych zawirowań, których głównymi bohaterami są Bogdan Łazuka, Jerzy Turek, Halina Kowalska i wielu innych fajnych aktorów tamtych czasów. 

Kto z nas nie pamięta fantastycznego momentu, gdy Bogdan Łazuka idzie na wielkim kacu wzdłuż torów trzymając się metalowego pręta, który pozwala mu utrzymać się “w pionie”  i powtarza jak mantrę “Nie lubię poniedziałku”.  😃 😂

To już klasyka polskiego kina. To echo wielu podobnych interpretacji tego powiedzonka w kilku innych językach. 

Zjawisko niechęci do poniedziałku stało się tematem piosenek, filmów, zabawnych opowiastek.  Ułożyło się w głowie niemal każdego z nas, że to “ciężki dzień”. Powstały nawet na ten temat poważne rozważania psychologów, terapeutów, napisano wiele artykułów, w tym takie, które dają nam porady jak zmienić niechęć do poniedziałku.  

Biedny poniedziałek! Co on winny, że nasz kalendarz ustawił go na pierwszej pozycji tygodnia! 

Pamiętam z własnego doświadczenia, że już w niedzielę wieczorem byłam podenerwowana. Świadomość, że trzeba rano wstać wcześnie i zacząć kierat normalnego życia od “początku” nie była przyjemna. Lubiłam swoją pracę w szkole, lubiłam uczyć i lubiłam moje koleżanki nauczycielki. Nie w tym zamykał się mój “poniedziałkowy problem”. Przez długich kilka lat my nauczyciele mieliśmy konflikt z dyrektorem szkoły i to wcale nie z jednym. Byliśmy młodym gronem nauczycielskim, a dyrektor szkoły (kolejny zresztą też) traktował nas jakby był panem i władcą całego świata. I niestety takie były układy, że DYREKTOR szkoły mógł być władcą panującym… Dlatego przez wiele lat poniedziałkowy powrót do pracy był niezwykle stresującym momentem. Dziś każda z nas mogłaby nazwać to zjawisko “po imieniu” – wtedy – nikt nie miał odwagi odezwać się nawet jednym słowem. 

Ci, którzy pamiętają tamte czasy, wiedzą o czym piszę. Młodzi – mam nadzieję – nigdy nie doświadczą takiej przemocy psychicznej w pracy. Doskonale wiem, że przemoc wciąż istnieje, ale tak jawnej i tak bezkarnej już chyba dzisiaj nie ma… 

Gdy nastały czasy “Solidarności” dużo w naszej szkole się zmieniło. Byliśmy aktywni, ale dyrektora “na taczkach” nie wywieźliśmy 😜. Za to dość szybko zniknął ze swojego gabinetu a nasza koleżanka (KOBIETA!!) przejęła stery rządów w szkole. I wszystko zaczęło być lepsze, spokojniejsze, dyskusyjne i koleżeńskie. Nie! Nie było łatwo. Ale poniedziałek już nie był taki bolesny..

Stres jednak wciąż się gdzieś pojawiał, bo jak to w życiu – powodów jest tysiąc każdego dnia. Najbardziej niemiło wspominam moment, gdy dzieci były małe i ciągle chorowały – grypa, angina, zapalenie ucha. Odra, świnka, biegunka i znów zaziębienie… I tak w kółko. A najczęściej w niedzielę wieczorem albo jeszcze lepiej – w poniedziałek o 5 rano. Bo jakoś najczęściej taka sceneria wydarzeń wpisywała się w poniedziałek. Stres, bo nie ma komu zostać z dzieckiem, nerwy napięte, bo trzeba dostać się do przychodni, zadzwonić do szkoły (długo nie mieliśmy telefonu w domu, a potem dostaliśmy taki przez centralę osiedlową). 

Dzieci małe, dzieci chore, dzieci zapłakane.. I konflikt myśli i obowiązków… Odpowiedzialna Matka czy nauczycielka..???

Świadomość, że każda lekcja, na której mnie nie ma zwłaszcza w klasach maturalnych, to zaległości, których nie było łatwo nadrobić. Z drugiej strony – malutkie dziecko z gorączką, spłakane, niewyspane.  Kto tego nie znał…

Pamiętam, że gdy zaczęłam uczyć, tydzień  pracy wciąż trwał 6 dni. Dopiero zaczynało się coś-nie-coś zmieniać. Najpierw jedna sobota wolna w miesiącu, potem dwie…  Dziś coraz więcej ludzi pracuje cztery dni w tygodniu. Różnie to wygląda, w zależności co robimy w życiu i gdzie pracujemy. 

Myślę, że w wielu zawodach wydajność pracy była tak mała, że ilość dni nie miala specjalnego znaczenia. W sklepach z pustymi półkami cóż miały robić sprzedawczynie? Na budowach brakowało materiałów, przestoje trwały całymi dniami. Co miał zrobić prosty robotnik?…

Było tyle anormalności, że trudno dziś komukolwiek w to uwierzyć. 

W poniedziałek rób tylko to co lubisz! 🤣

Statystyki i analizy wykazują, że w poniedziałek mamy mniej energii – po przyjemnym i “wyczerpującym “ weekendzie. Psychicznie dopiero dochodzimy do siebie, by przestawić się na owocne i wytężone  działanie. W poniedziałki nie lubimy podejmować ważnych decyzji, od poniedziałku będzie padać deszcz, w poniedziałek zaczynają działać nowe zarządzenia, w poniedziałek mamy poczucie, jakby nasza “wolność weekendowa” znów się skończyła… itd. i tak dalej… zawsze jakaś przeszkoda, jakiś wykręt…

Podobno środa jest najbardziej efektywnym dniem, ale kto to naprawdę wie?

Ludzie lubią piątki, bo już następuje rozluźnienie psychiczne i przygotowanie się do wolnych dni. Piątkowy wieczór to najbardziej oblegany czas w restauracjach, klubach, spotkaniach towarzyskich. Nareszcie można się wyłączyć z pędu całego tygodnia. Spotkałam się z opinią, że piątek to jedyny dzień tygodnia, gdy nasz nastrój jest zdecydowanie lepszy niż w inne dni tygodnia. Ale tak naprawdę czy to wtorek, środa czy czwartek – wahania nastrojów są podobno mniej więcej na takim samym poziomie. Swoją drogą chciałabym wiedzieć jak to można zbadać, bym mogła w to uwierzyć. 😀

A jak czuję teraz? Czy nadal nie lubię poniedziałków?  Przecież dawno już nie mam powodów, by nie lubić pierwszego dnia tygodnia. 

Tak, lubię poniedziałek. Tak samo jak środę czy sobotę. Nie mam już “Syndromu niedzielnej nocy” czyli “Sunday Night Blues”. 

Nie muszę się denerwować co jutro nastąpi, nie dopada mnie smutek, rozdrażnienie, niepokój, o czym muszę pamiętać na cały nowy tydzień. Jestem emerytką, więc chciałabym zaczynać każdy dzień – od dobrej kawy, od miłego słowa, od nowych przyjemnych pomysłów. 

Poniedziałek czy inny dzień.. Cz.asami nawet nie rozróżniam ich,  dopóki nie muszę sprawdzać kalendarza. Zapominam, że tydzień ma weekend. Mogę przecież mieć piątek codziennie. 

I wtedy… żal mi, że nie czekam nerwowo na poniedziałek, że piątek to tak samo jak czwartek i niedziela. 

Gdybym to wszystko wiedziała kiedyś, może wymyśliłabym sobie sposób na polubienie biednego odrzucanego poniedziałku. Zaproponowałabym sobie nową nazwę dla poniedziałku – np. Dzień uśmiechu, albo Dzień dobrego słowa, albo Dzień życiowych nowości 🤔. To przecież wszystko ustawia się w naszej głowie. 

To od nas zależy jaki będzie nasz poniedziałek. 

Niedziela – pierwszy dzień tygodnia

Naród żydowski stworzył kalendarz, który zaczyna się od niedzieli. Zatem poniedziałek nie może być tym “najtrudniejszym” dniem tygodnia.  Czy jest nim niedziela? Warto to sprawdzić. 🤔

A tak w ogóle to niedziela powinna być pierwsza w tygodniu. Jeśli popatrzymy na polskie nazwy dni , to poniedziałek jest dniem, który następuje po-niedzieli.  

A wtorek jest “wtórym” czy drugim dniem po niedzieli.  Coś mi tam świta z zajęć uniwersyteckich z języka i gramatyki historycznej… Chyba wtóry znaczyło w prasłowiańskim drugi – vtoru?! Dalej idąc taką językową droga dedukcji – środa to środek tygodnia. Dalej już nie pamiętam, nie wiem. Może czwartek od słowa czwarty?    

Etymologia nazw jest bardzo ciekawą częścią językoznawstwa. Zwłaszcza, gdy zaczynamy porównywać podobne języki.  Niezbyt wiele pamiętam z czasów studiów (oj, wiele wody upłynęło w Wiśle od tamtych dni), ale bywa, że ciekawostki umiem sobie przypomnieć.

Przecież język i nazewnictwo to umowna dziedzina. Pochodzenie wielu nazw da się logicznie wytłumaczyć, inne słowa po prostu zapożyczono z innych języków, wymyślono.

Zdjęcia z sieci.

Poniedziałek – ma też swoje określenia, które wpisały się już na stałe do naszego polskiego słownika. “Lany poniedziałek” albo “oblewany poniedziałek” to ten jeden w roku – poniedziałek wielkanocny. Daty tego poniedziałku są różne, bo Wielkanoc to święto ruchome. Ale tylko ten jeden ma swoją specjalną nazwę. No i własną oblewaną tradycję. 😜

“Szewski poniedziałek” – podobno kiedyś szewcom  przypisywano największą skłonność do hulanek i nadużywania trunków alkoholowych w niedziele. 

A potem w poniedziałek ciężko było cokolwiek robić, pracować z zapałem i wydajnością. Łącząc to ze społeczną  niechęcią do pracy w pierwszy dzień tygodnia – powstała nazwa owego nastroju – “szewski…”  Coś mi się z tym kojarzy z dzieciństwa – chyba w ukochanej książce tamtych czasów “Dzieci z Bullerbyn” (czytałam ją nawet kilka lat temu moim wnukom i wciąż stoi na mojej półce 😃) postać szewca, wiecznie pijanego. Może i jest to stereotyp, ale takie właśnie trzymają się mocno i na długo siedzą nam w głowie.  

Nie mam szewskich poniedziałków, ale nie przysięgnę, że mi się taki nie zdarzył w życiu 😃. Nie utrzymujemy już w domu tradycji lanych poniedziałków, bo w USA w poniedziałek wielkanocny ludzie po prostu idą do pracy. 

Nie patrzę na kalendarz i nie narzekam na poniedziałki. Lubię każdy dzień, który jest miły, zdrowy, szczęśliwy. Chwalę poniedziałek, że zaczyna się nowy dzień, że przynosi mi nadzieję na kolejny tydzień. 

Ale tego wszystkiego uczyłam się długo. Na tych samych błędach, na negatywnych poniedziałkowych odczuciach. Przeżywałam takie same emocje jak wszyscy inni. 

Dzisiaj – bogatsza o doświadczenia i przemyślenia – od poniedziałku zaczynając a na “Sunday Night Blues” kończąc – proponuję, by polubić poniedziałki!  Dać wszystkim  poniedziałkom dobrą energię, uśmiech na początek tygodnia,  radość, że coś się nowego zaczyna! 

Nie bójmy się poniedziałków, one wcale nie są takie złe, jak niesie społeczna legenda.  

Ja – po prostu – LUBIĘ PONIEDZIAŁKI !


BACK

Jak pojęłam siłę marketingu i reklamy?   

16 grudnia 2024

Rok 1990.

Życie rzuciło nas do Houston. Już kilka razy w swoim blogu o tym pisałam ale zawsze to wspomnienie prowadzi mnie do innej historii. Niewiele wiedziałam o tym amerykańskim mieście. Może tylko to, że tam dzieją się ważne sprawy związane z podróżami w przestrzeń kosmiczną. Nie jestem pewna czy wiedziałam już wtedy jaka jest różnica pomiędzy kosmonautą a astronautą. A może po prostu nie interesowałam się jeszcze tym tematem?

Przyjechaliśmy tylko “na chwilę”. Miałam nadzieję na “roczne wakacje”, spełnienie marzenia mojego męża na pracę w amerykańskim uniwersytecie i szansę na nauczenie się przez dzieci trochę prawdziwego języka angielskiego. Dla siebie planowałam prawdziwe wakacje. 

Jak to w życiu bywa – zamiary i wizje szybko się zmieniły. Już po kilku tygodniach czułam się okropnie zostając sama w domu. Jeden samochód nie ułatwiał poruszania się po wielkim mieście, zważywszy na fakt, że samochód w Houston to jak para butów. Jak go nie masz i nie jeździsz samodzielnie, to twoje istnienie i funkcjonowanie na co dzień jest uzależnione od innych, a tego nigdy nie lubiłam. Nigdy też nie byłam w takiej sytuacji.

Nie znałam języka, czułam się zagubiona, miałam energię, ale żadnych pomysłów co ze sobą zrobić… Uratowali mnie nowi amerykańscy znajomi. 

Ellen pracowała w firmie Ambassador Greetings Cards. Po dwóch miesiącach miałam już tymczasowe pozwolenie na pracę. To właśnie ona wymyśliła i zaproponowała mi pracę w dużej amerykańskiej firmie, której maleńką cząstką był niemal każdy sklep spożywczy w Houston i w wielu innych miastach i miasteczkach. 

Moja pierwsza praca – trzy razy w tygodniu, po kilka godzin. 

Proszę sobie wyobrazić – Polka, która w wielkim mieście amerykańskim jest dopiero dwa, może trzy miesiące. Z angielskim nie miałam nigdy wcześniej do czynienia, zaczynałam dopiero łapać pierwsze słowa. Bałam się ludzi, bo ciągle mnie o coś pytali…  

A ja – miałam tylko (!!) przyjść do wyznaczonych mi sklepów, założyć niebieski fartuszek z logo firmy i dokładać kartki „okazyjne” na półki w wyznaczonych miejscach. Dużo? wydaje się, że NIC. Każdy by to potrafił! Przecież to żadne cuda – rozpoznać obrazki, porównać napisy, wielkości kartek.. 

O naiwności ludzka!  Byłam wychowana w Polsce, w systemie, w którym  ciągle czegoś brakowało, wszystko było szare i bure, żadnej motywacji do konkurencji. 

Aż tu nagle – pozornie zwykłe kartki na różnego rodzaju okazje, jakich ludzie setki wysyłali do znajomych i rodziny… Te KARTKI otworzyły przede mną nową wizję i wiedzę, że wszystko może być ładne, uporządkowane logicznie i – potrzebne. Już w pierwszej rozmowie, przy której mój mąż był tłumaczem, bo pewnie niewiele bym z tak obszernej wiedzy „o systemie kartek okazyjnych” nie złapała, zorientowałam się, że to nie takie proste 😀.

Wtedy myślałam – przyjadę, otworzę pudła, dołożę w brakujących miejscach kartki i pojadę do domu.. 

A tu szok! Istniał (dla mnie wtedy – skomplikowany🤗) system zamawiania kartek, elektronicznie, przez specjalną maszynkę, która wtedy wyglądała mniej więcej jak stare maszynki do kart kredytowych. Trzeba było się tego dobrze nauczyć, co zważywszy na stan mojego angielskiego było niemałym wyczynem. Każda kartka musiała być w odpowiedniej przegródce, które zmieniały się w zależności od sezonu, specjalnych okazji, i całej oprawy graficznej i dekoracyjnej, bardzo często zmienianej ściśle według instrukcji. 

Na tyłach kartek były (wciąż są!) karteczki z kodem, w którym ukryte były informacje – ile kartek, do którego sklepu, jaki temat itd. To trzeba było zeskanować również w tej małej maszynce. Ustawić kolorowe napisy, podkłady, tekturowe półki itp. Wszystko wymierzone, składające się w zaprojektowaną „przez kogoś” kto pomyślał o wszystkim, by cały obraz „departamentu kartkowego” był przejrzysty, łatwy w wyborze dla klienta, estetyczny.

Moja pierwsza praca amerykańska nauczyła mnie szybko jak wyglądają zasady marketingu i dobrej reklamy. Lepiej nie mogłam trafić! Pozornie prosta robota, a okazała się pouczająca i całkiem interesująca… 

Od tego momentu na wszystko co było w sklepach, co można kupić, dokonać  wyboru, porównać – zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej. 

Nie było to trudne, bo żyjąc w nowych warunkach zupełnie naturalnie uczymy się nowości. Zwłaszcza, gdy jesteśmy młodzi i mamy wiele energii, by próbować wciąż czegoś nowego. 

Później przyszły zupełnie inne doświadczenia – jak tworzyć marketing na potrzeby konkretnego miejsca pracy?  Co znaczy dobra reklama, by funkcjonować lepiej i sprawniej?

I nie mówię tu o reklamie towarów w sklepach. Myślę o marketingu w medycznych instytucjach, w podróżowaniu, w mediach i w każdej innej dziedzinie, która wymaga od nas przemyśleń, porównań, głębszego rozeznania się w temacie. 

Ściana główna – wizerunek/logo

Kiedy zaczęłam pracować w klinice mojej Córki (Smiles For Kids, czyli pełna opieka dentystyczna dla dzieci i młodzieży) było to małe dość nieciekawe miejsce w budynku zajmowanym przez lekarzy różnych specjalizacji. Takich miejsc jest tysiące w Houston. 

Moja córka, wtedy świeżo upieczony lekarz dentysta- pediatra natychmiast uruchomiła całą swoją wiedzę i energię, by stworzyć bazę marketingową i w krótkim tempie zyskać nowych pacjentów, poznać “starych” – tych którzy już wraz z zakupieniem przez nią tego miejsca stali się także jej pacjentami. 

Niemal błyskawicznie nasze drzwi otworzyły się szeroko, a po roku czy dwóch podwoiła się liczba pacjentów, a potem urosła do poczwórnej i więcej. 

Dziś po 19 latach pracy dr. Kasia ma dwa wspaniałe miejsca w prestiżowych rejonach miasta, z ponad 25 stałymi pracownikami. Miejsca pracy pięknie wyposażone, kolorowe przyciągające “oko” rodziców, zaprzyjaźnione z dziećmi i młodzieżą.

Obie kliniki pracują pełną parą i to nie tylko w sensie opieki medycznej nad “ząbkami młodych” i związanymi z tym problemami. 

Dopiero, gdy życie rzuciło mnie do pracy w takim miejscu, zrozumiałam, dlaczego w Polsce NIE lubiliśmy dentystów, dlaczego każde wspomnienie leczenia (nie tylko dentystycznego) wspominam jako traumę dziecięcych i mlodzieńczych lat.

Pojęłam, że być dobrym lekarzem, to dopiero połowa sukcesu, choć niewątpliwie w sensie medycznym to priorytetowy cel. 

Drugą częścią sukcesu jest marketing. Pomijam już fakt, że reklama (w końcu tylko mała cząstka marketingowej platformy) w moich czasach nie była istotna dla nas – klientów czy pacjentów. Nie mieliśmy szans na wybory. Rejonowa szkoła była przypisana do miejsca zamieszkania, nie zastanawialiśmy się czy iść do tego lekarza czy do innego. No, chyba że prywatnie (bardzo rzadko!) ale jak wiadomo wiele spraw prywatnie nie dało się załatwić. Można było “załatwić” prywatne miejsce w szpitalu (“łapówki” a jeszcze lepiej – znajomości pracowały na wysokich obrotach😉). Miejsce w klinice czy szpitalu miało się “z przydziału”, lekarza również. I często codziennie zmieniały się twarze kolejnych lekarzy zajmujących się naszym przypadkiem. Bywało, że spotykali nas tylko jeden raz. Jak więc mogłaby wytworzyć się solidna więź pacjenta z lekarzem, wiedza o naszej chorobie. Jaki mogliśmy mieć wpływ na rozmowę, na wybór leczenia?…

Zdjęcia z lat 70-tych XX stulecia. Polskie wystawy sklepowe (z sieci)

Podobnie w sklepach – niemal takie same towary, te same ceny. Żadnej logicznej i przyciągającej klienta konkurencji.  To w sposób naturalny zniechęcało do „wysilania się” by ktoś/coś było lepsze niż gdzie indziej. A równocześnie – rosły apetyty na „inność”. Marzenia o zmianach.

Aż tu nagle, tu w Houston – okazało się, że pacjent może wybrać sobie lekarza, miejsce, rodzaj opieki itd. Może rozmawiać z lekarzem i mieć wpływ na medyczne decyzje. Wybór – konkurencja.

Trzeba się starać, żeby pacjent, klient polubił miejsce, do którego chce przychodzić, żeby się leczył, chciał być własnie tutaj! Trzeba wytworzyć specjalną więź, by dziecko polubiło swojego dentystę, dentysta poznał swojego małego pacjenta i jeszcze rodzic lubił te regularne wizyty. A to wszystko wskazuje na wielką pracę, by te zależności  zaistniały. Siła marketingu jest wielka!!

Wiele lat wytężonej pracy całego zespołu – pogadanki z dziećmi w przedszkolach i szkołach, festiwale szkolne, gdzie zawsze byliśmy i jesteśmy obecni. Kontrakty reklamowe i marketingowe z innymi lekarzami, którzy mogą z nami współpracować (pediatrzy, dentyści innych specjalizacji, specjalistyczne gabinety innych terapii dla dzieci itp). Okazje i pomysły co możemy dać, pokazać i czym przyciągnąć dzieci i ich rodziców.  Każdy nowy pacjent na pierwszej wizycie otrzymuje małą nagrodę, jakąś zabaweczkę adekwatną do wieku. Młodzież – bilet do kina, kartę prezentową do sklepu ze zdrowymi koktajlami, do sklepów, które młodzież lubi, do Starbucks. No i ciągle trzeba wymyślać coś nowego, bo jeden rodzaj “nagrody” nie jest dany na zawsze.. 

Dla rodziców też znajdzie się coś fajnego. Jeśli nas zareklamują dalej – losujemy raz w miesiącu kartę prezentową do restauracji. 

Dziecko, z okazji swoich urodzin w danym miesiącu ma szansę być wylosowanym, by jego dentysta był sponsorem party urodzinowego. 

Raz w roku urządzamy wielki otwarty dzień przyjaźni dla wszystkich pacjentów – w dużym kinie przez godzinę czy dwie urządzamy gry, zabawy, konkursy, malowanie wzorków i “tatuaży” dla dzieci, balony i nagrody specjalne. Potem wszyscy wraz z rodzicami i pacjentami jedzą ogromne ilości pizzy (bo cóż by innego!!) i drinków – bezalkoholowych i zdrowych dla ząbków!! No i wspólne oglądanie filmu. Od lat każdego roku, zazwyczaj na początku jesieni cała niedziela jest świętem i spotkaniem, tym razem NIE medycznym. 

Dla naszych dorosłych przyjaciół i partnerów także mamy taki dzień. To duże otwarte  spotkanie zazwyczaj w restauracji (ale bywały i inne miejsca) gdzie każdy lekarz, pracownik zaprzyjaźnionych miejsc, pracownicy firm medycznych i wiele innych osób bliskich nam „biznesowo” mają okazję spotkać się, pogadać, a nasz doktor i cały zespół pracowników może podziękować za współpracę i przyjaźń. 

Bo w ten sposób wzajemnie pomagamy sobie w biznesie. Tak powinna funkcjonować biznesowa przyjaźń. Jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni, wspieramy się i doceniamy. 

Marketing to nieustająca machina nowych pomysłów,  kontaktów, wymiany doświadczeń, produktów i informacji. To także zdrowa konkurencja. 

To uśmiech dla każdego pacjenta, w każdej sytuacji. Praca, w której pacjent i jego rodzice czują, że zawsze są najważniejsi i że cały zespół pracowników jest tylko  dla nich.  

Okropny, szorski i twardy papier toaletowy, lep na muchy (obrzydlistwo!) i łapka do zabijania much, których wiecznie pełno było w domu …

Gdyby przełożyć to na zapamiętany przeze mnie obrazek reklamowy w dawnej Polsce, można by uznać, że to za czasów komuny było ZERO reklamy. Widzę te wystawy, w których były rzucone byle jak buty, jakieś sukienki nawet nie zawieszone, tylko położone na płasko. Jakieś majtki i pończochy czy rajstopy w paczce…

Na budynkach ledwo widoczne blaszane tablice z nazwą miejsca medycznego czy urzędu. Żadnej zachęty, żadnego elementu, który przyciągałby oko klienta. Nawet nie istniało coś takiego jak LOGO…

Nigdy też nie przypominam sobie miłej rozmowy, która by zachęcała do wizyty, która pomogłaby w decyzji ważnego wyboru. Podobnie w sklepach – panie ekspedientki czekały (zazwyczaj niecierpliwie) aż klient skończy się zastanawiać (nie daj Boże – przymierzać!). A potem – spakowanie towaru, także w byle jaką torbę albo bez opakowania. Wrzucaliśmy do własnych siatek (nie wiem czy ktoś to jeszcze pamięta??) czy toreb i płaciliśmy. A i tak byliśmy szczęśliwi, że udało się na coś fajnego trafić.. 

Reklama pasty COLGATE czy ćwiczeń yogi? OBU! Tak działa dobry marketing!

Dopiero podróże na Zachód otworzyły mi oczy, że może być INACZEJ. 

Marketing to dziś wielki i ważny dział zaistnienia każdego rodzaju działalności. Chcesz kupić nowe auto – masz tysiąc możliwości i każdy sprzedający samochody będzie cię przekonywał, że to, co on oferuje jest NAJlepsze, NAJtańsze, NAJpiękniejsze samochody i w ogóle naj naj naj!!! 

Dziś już nigdzie takie działania nikogo nie zaskakują ani nie dziwią. Po prostu – tak pracuje biznes. Każdej kategorii. 

Jestem z pokolenia, które tych wszystkich zmian musiało nauczyć się w przyspieszonym tempie. Zmiany dokonywały się na naszych oczach i na naszej “skórze”.  Dla młodego człowieka marketing, reklama po prostu – SĄ. 

Dla mnie to była wielka szkoła zmian, uczenie się nieznanego mi sposobu na istnienie. W świecie relacji producent – klient – pacjent – uczeń. Od powstania, badań rynku,  poprzez rozwój strategii, zmian ceny, miejsc – do zachęty, sprzedaży i przede wszystkim satysfakcji i radości wyboru. 

Marketing i reklama, zgrany duet królujący od nowego pomysłu do sprzedaży produktu. Obojętnie czym i kim ten produkt jest.  I dziesiątki narzędzi jakie mamy do dyspozycji, by swój cel osiągnąć. Video, blogi, poradniki, podcasty, wszelkie social media, obrazy, billboardy, przesyłanie e-maili reklamowych, rozmowy i wywiady… i nieoceniony i wszechwiedzący Google. 

Zapewne lista może się wydłużać 😀.  

Doskonale rozumiem, że moje wywody “emerytki” z Polski mogą wydawać się banalne i niewarte aż takich rozważań.  Dla mnie to jednak kawałek życia, w którym uczyłam się od nowa czegoś, co w moim dzieciństwie i młodości nie istniało.   

“Tu zaszła zmiana w polu mojego widzenia” – w moich wspomnieniach o przeszłości często wracam do cytatu, który jest tytułem opowiadania Marii Dąbrowskiej. Motyw zmian powraca, chociaż w zupełnie innym sensie. 

A ja – po latach życiowego treningu, wchłaniania i uczenia się nowości, wciąż jestem pełna zachwytu, że taka potężna machina kręci się i ciągle mnie zadziwia. Ludzka pomysłowość nie ma granic. 

Tak tak – zdaję sobie sprawę, że czasami ta idealnie pracująca sfera marketingowa bywa… nieuczciwa, zachłanna, niesprawiedliwa. Ale – nie zawsze.

Cóż – nie ma rzeczy czy zjawisk idealnych. O tym też wiem od dawna. Ale i tak marketingowa wiedza to dla mnie zjawisko, o którym warto pogadać na moim blogu.


BACK

Grudzień- coś się kończy i coś otworzy nowe drzwi

1 grudnia 2024

Myślę o Grudniu. Właśnie zbliżamy się do ostatniego kalendarzowego miesiąca roku 2024. I zanim pomyślę zwyczajowo o Świętach Bożego Narodzenia, o dekoracjach, kolorowych światełkach, o zakupach prezentowych, o zimie która naprawdę już nadejdzie… O świątecznych pierniczkach, kapuście z grzybami  – o tym wszystkim, co na myśl przypływa wraz z nastaniem grudnia – popatrzę na ten miesiąc inaczej.

Zatrzymam się w biegu, zmienię rytm corocznych przygotowań. 

Grudzień to ostatni, dwunasty miesiąc, który coś zamyka, ale równocześnie przygotowuje nas na otwarcie nowego roku, na kolejne dwanaście miesięcy. To czas, w którym jest trochę końca i trochę już początku.   

Ostatnie 31 dni ma w sobie coś z przynależności do niebiańskich wzruszeń i do ziemi z pierwszym zimowym śniegiem. Łączy Niebo i Ziemię.

Czuję, że muszę zamknąć ten rok, podsumować w grudniowej aurze to, co minęło i przygotować się na otwarcie nowej furtki w mym życiu. Nic nadzwyczajnego, a jednak  dni grudniowe pełne zabiegania, nastroju świątecznego, oczekiwania na zjawiska duchowe nie dają nam wiele miejsca na kontemplację i osobiste podsumowania. 

Emerytura, Alaska, Durango, Sycylia.. i wiele innych ” moich „energetycznych” wydarzeń 2024.

Próbuję spojrzeć wstecz. Zatrzymać się na dobrych wydarzeniach minionego roku. Takich, które wypełniły mi dni innych miesięcy, naładowały moje “życiowe baterie”. Długo oczekiwana i planowana podróż na Alaskę, wakacje z przyjaciółmi, nasze wspólne pięćdziesiąt lat i piękne wydarzenia z tym związane. Niesamowite wrażenia – krótkie cudowne wakacje na Sycylii w atmosferze ciepłej dobrej relacji dwóch Braci, duchowe przeżycie odnowienia ślubu w Bazylice katedralnej Św. Agaty, w Katanii. I wreszcie nasze rodzinne celebrowanie z dziećmi, wnukami i z najbliższymi przyjaciółmi. Tyle wspomnień, opowieści, śmiechu i łez. Emocje przy powstawaniu filmiku, który w 20 minutach zmieścił całe nasze wspólne 50-letnie  życie. 

Grudzień przypomniał mi też o trudniejszych momentach minionego roku. O kłopotach zdrowotnych (kto ich nie ma w tym wieku!), o bolących stopach, o kręgosłupie, który już więcej nie “uniósł” i poddał się operacji. O decyzji emerytalnej mojego męża i wzruszających pożegnaniach. O “nowym rozdziale życia”, który wciąż go nie satysfakcjonuje. 

Mali, więksi i już …samodzielni! Czas nie zatrzyma się ani na jedną chwilkę.

I o tym, że odkąd wnuki wydoroślały coraz częściej możemy ich tylko obserwować “z daleka”. Cieszymy się ich sukcesami, wielką ilością zadań i spraw, z którymi muszą uporać się teraz sami. Tęsknię za czasem, kiedy dzieciaki potrzebowały nas, lubiły być z nami. Czekały z radością  na dobre słodycze, na “wycieczkę do Targeta” po małe samochodziki, by dodać je do kolekcji setek innych.  Na zakupy, gdy przypadkowo, ale za każdym razem kupowaliśmy pudełko klocków lego – od tych malutkich do coraz większych i większych. Tak niedawno w grudniowych dniach biegaliśmy oglądać dekoracje i światełka w naszym osiedlu. Albo chodziliśmy do ZOO czy w inne miejsca, gdzie otwiera się każdego roku elektryczno-elektroniczna iluminacja i świąteczna celebracja. Dziś wszystko to jest wzruszającym wspomnieniem, za to patrzymy na Młodych –  w szkole, w sporcie, na ich bieganie, grę w baseball, football, na ich zmagania w trudnych tematach i ich planach na przyszłe życie. 

Wizerunek polskiego Mikołaja

Są takie grudniowe tradycje, których nawet wiek dorastających wnuków nie zmieni. Święty Mikołaj wciąż zagląda z Polski do Houston. Nie czeka na choinkę i wypastowane lśniące podłogi. Przybywa tradycyjnie 6 grudnia. I zagląda pod poduszki… Pozostawia drobiazgi, znaki, że wciąż istnieje, mimo swojego starczego wieku. I wciąż ma się dobrze.! Nie zapomina o nas. Bo to jest jego grudniowy dzień!

Tu w Houston nie przykładam wagi do zmian grudniowej aury.  Ale kiedy mieszkałam w Polsce, to zjawisko było dla mnie ważne i mocno odczuwalne. 

W Houston w grudniu świeci wciąż dużo słońca, często jest nadal ciepło, choć robimy wszystko, by otaczała nas grudniowo- świąteczno – zimowa  atmosfera.   

W tym miesiącu przypada zimowe przesilenie. 21 grudnia (a jeśli trafi się rok przestępny to 22-go)  przypada najkrótszy dzień w roku i najdłuższa noc. Pamiętam, że dla mnie zjawisko zachodzącego słońca i nadchodzącej ciemności nocy już około godziny 3-4 popołudniu było zawsze bolesne. Zapamiętałam – długie zimowe wieczory, ciemność, gdy wstawałam do pracy, ciemność, gdy wracałam do domu. Takie zjawisko nie wpływa dobrze na naszą psychikę, na energię życiową. Samopoczucie odczuwa mocno obniżoną odporność, wiele planów odsuwamy na “potem”. Zapadamy w „zimowy sen”- jak niedźwiadki. 

W czasie tej najdłuższej nocy w roku budzą się demony, czarownice hasają i szaleją na przysłowiowych miotłach. Diabły wodzą ludzi “za nos na pokuszenie” i czują się bezkarne, by igrać ludzkim losem.  Na szczęście to tylko jedna noc! W naturze następuje zwycięstwo światła nad ciemnością. Od tego momentu każdy dzień zaczyna się wydłużać. Powolutku powraca słońce, ciepło i radość.  

Ten moment kalendarzowy, może nawet mocniej wyznaczony przez naturę, był celebrowany od pradawnych czasów w wielu kulturach. Obrzędy Słowian różniły się nieco od germańskich czy norweskich, ale wszystkie miały wspólną cechę – oczyszczenie i przyjęcie nowej energii. 

Tak, dla mnie to ważne przesłanie. Człowiek nie ma zbyt wielu chwil, by wejrzeć w głąb siebie i pomedytować nad “samooczyszczaniem”. Nie mamy czasu i nie mamy potrzeby, bo akcja życia trwa i nie daje nam wytchnienia. Dopiero dziś patrzę na to spokojnie, powoli. Chcę zamknąć to, co gdzieś się urwało, potrzebuję poczucia, że ostatnie grudniowe drzwi domknę bez obaw niezałatwionych spraw. Bez uraz, smutku, w poczuciu, że zapomniałam i wybaczyłam to, co mnie bolało. 

Mała cząsteczka naszych świątecznych dekoracji

Myślę, że dawno temu – “kiedyś” – ludzie wymyślili Święta Bożego Narodzenia z całą ich świetlistą radosną oprawą, by były w grudniu. W miesiącu szarym, mimo, że pojawia się przecież pierwszy śnieg. Walcząc z ciemnością szybko zapadających długich nocy, zimna, często mrozów, ulatniającej się z nas  energii, człowiek potrzebuje “kopa”. To właśnie świąteczne tradycje narzucają nam konkretne działania, niepodważalnie dają siłę do przetrwania i utrzymania balansu psychicznego. 

Lubię anioły. W grudniu anioły przypominają nam o sobie. Zaczynając od naszego krakowskiego przyjaciela, Anioła do dziesiątek figurek anielskich i ich symboliki. Każdy z nas ma swojego anioła. Gdzieś tam w zakamarku głowy wierzymy, że “nasz anioł” opiekuje się nami, pomaga nam i czuwa. 

Może nie wszyscy myślą o tym tak jak ja, może niektórym wydaje się, że to bzdura i tego nie potrzebują.  Ja jednak chcę wierzyć, że “MÓJ“ własny anioł Stróż kręci się koło mnie w pobliżu i kiedy naprawdę go potrzebuję – jest bardzo blisko.  W grudniu na pewno pomacha do mnie ręką i wyśle ciepły uśmiech…

Wizerunek Archanioła GABRIELA – jeden z tysiąca ludzkich wyobrażeń

Moje wirtualne wyobrażenia nikomu nie przeszkadzają, nie są ani grą, ani nie zawadzają innym. Są na mój własny użytek i tak mi jest dobrze. 

Archanioł Gabriel zwiastował Maryi Pannie narodzenie Jezusa, jest więc symbolem dobrej nowiny. Jest łącznikiem boskich (często trudnych do zrozumienia) prawd z ich ludzkim pojmowaniem. Archanioł to “wyższa funkcja” anielska. 

Ludzie wyobrażają sobie aniołów zazwyczaj w długich białych szatach, z rozpostartymi skrzydłami, które mają  nas chronić.  Otoczone są jasną poświatą. Mają zawsze pogodną twarz. 

I choć  tak naprawdę mamy bardzo różnych aniołów, zarówno w wizerunku jak i w działaniach, anioł grudniowy pojawia się z coroczną zapowiedzią Narodzin Jezusa i to w naszej kulturze jest istotne. Nie musimy być wierzącymi katolikami, by doceniać tę symbolikę. Zresztą Archanioł Gabriel pojawia się też… w wierzeniach arabskich, muzułmańskich i żydowskich. Pełni różnorodne funkcje. We współczesnym świecie mówi się, że  pierwotną rolą archanioła  Gabriela było “niesienie dobrej nowiny”. To tylko mała cząstka jego zadań. Dziś to patron komunikacji, sekretów, siły, ba – nawet.. telewizji. 😂 😂

Ciekawostką, na którą w ostatnich latach zwróciłam uwagę, są “nowe kalendarze”, które na wzór polskich imion w każdym dniu roku, mają wpisane dowolne – czasem śmieszne, czasem poważne celebracje różnych okazji. I nie myślę tu o Dniu Nauczyciela, bo to było odkąd sięgam pamięcią. Ani też o Walentynkach, o których dowiedziałam się dopiero w Ameryce. 😃

Grudzień jest naszpikowany takimi okazjami.

 1-go grudnia obchodzony jest Światowy Dzień AIDS, 3-go Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. 10 grudnia to Dzień Praw Człowieka.  Mamy Dzień Podziękowań i Dzień Cytrynowych Babeczek. Dzień Kakao i Dzień Skarpetki. 16 grudnia celebrujemy Dzień Pokrywania Wszystkiego Czekoladą. Mamy Tydzień Autyzmu i Tydzień.. Mycia Rąk. Dzień Pieprzniczki, Serka Wiejskiego i Bekonu. I na koniec Dzień Picia Szampana – oczywiście 31 grudnia. 

Można się z tego śmiać albo uśmiechać i dorzucić nasz własny pomysł. Cokolwiek leży nam na sercu i jest dla nas ważne, możemy temu poświęcić jeden dzień w roku. Zwrócić uwagę innych na to, co nas nurtuje, wykrzyczeć w kalendarzowym dniu, że każdy temat, każdy człowiek i każda rzecz może być istotna i warto na to poświęcić jeden z 365 dni w roku.  

Skupiając się na pozytywnych emocjach, na analizie dobrych wydarzeń minionego roku, a nawet na trudach i walce, jeśli coś nie było łatwe i nie ułożyło się po mojej myśli (cóż, nie ma 365 dni idealnych!) powoli czuję się swobodnie i wiem, że grudzień spełnił swoją rolę “oczyszczacza”. 

Teraz już będę mogła bez przeszkód realizować szaleństwo zakupów, świąteczne gotowanie, organizowanie, dekoracje i niepowtarzalny, a zarazem uniwersalny dla wszystkich, charakter nadchodzących świątecznych dni.  Wiem, że każdy człowiek, każda rodzina świętuje trochę inaczej. Wiem także, że tę różnorodność należy uszanować i rozumieć. Natura ludzka charakteryzuje się dążeniem do radości, wspólnoty rodzinnej, przyjacielskiej czy nawet biznesowej. Nieważne czy jesteśmy we dwoje, czy będziemy  przy stole w gronie wielopokoleniowej rodziny, czy może gdzieś w tłumie nieznanych, ale przyjaznych nam ludzi. 

Zamykam grudniowe rozważania i czekam na otwarcie furtki – wejście w Nowy Rok. W nowe wyzwania, tajemnice, o których nie mam jeszcze dzisiaj pojęcia. 

Przy kieliszku noworocznego szampana będę myśleć o minionym roku i o czekających na mnie wydarzeniach w kolejnym. 

Będę życzyć całemu Światu spokoju i zwykłej radości przychodzącej do nas z każdym nowym dniem.

I dodam do tego zimową grudniową piosenkę – Golec Orkiestra – mroźną i śnieżną ale optymistyczną. I takich wrażeń i uczuć życzę nam wszystkim!!


BACK

Nie przyzwyczaję się..

16 listopada 2024

Kawa z dobrym śniadaniem w ogródku – to bardzo przyjemne przyzwyczajenie 😀👍

Mówi się, że przyzwyczajenie  jest drugą naturą ludzką. Jak w każdym “powiedzeniu”  jest w tym trochę prawdy. I dużo fałszu. 

I jak wszystko w naszym życiu, można rozważać to też w kilku wariantach. 

W młodości, wszystko co pojawia się w nas i wokół nas – jest inne. Co chwilę zmieniają nam się priorytety i potrzeby. Szybko dostosowujemy się do nowości, do warunków, które jeszcze wczoraj były zupełnie inne. Nic nie jest wiążące, zobowiązujące na zawsze. I tak jest dobrze. Młodość jest i musi być elastyczna, prosta, choć przecież też ma swoje dylematy. 

W takim sensie, patrząc na świat i nasze potrzeby, nic złego w tym, że łatwo przyzwyczajamy się do nowych zadań i warunków. To bardzo praktyczna cecha, zwłaszcza, gdy dopiero uczymy się żyć “naprawdę” i każdego dnia testujemy samych siebie. 

Historia niejeden raz udowodniła, że przyzwyczajenie ratuje człowiekowi życie. 

Moje pokolenie powojenne wychowywało się na literaturze, filmach i opowieściach rodziców o latach wojny. O tym mówiło się z respektem, pompatycznie i trochę.. ze strachem. 

Ten wiersz wstrząsnął mną juz przy pierwszym czytaniu. I za każdym razem potem..

Wojenna literatura dominowała w szkole. Wiersze Różewicza („Ocalony” ), Baczyńskiego („Złote niebo ci otworzę..”), Gajcego, Broniewskiego, wstrząsające opowiadania powstałe ze wspomnień młodego pokolenia, dla którego wojna była “przeżyciem pokoleniowym” (tu przychodzi mi na myśl powieść Bratnego “Kolumbowie”, Kamińskiego “Kamienie na szaniec” czy film sprzed kilku lat “Jutro pójdziemy do kina” – a także wiele wiele innych).  Tym karmiono nas aż do poczucia, że balast tamtych wydarzeń nie może ulec zapomnieniu. Zamiast cieszyć się nowym dniem, lepszym życiem, bez nieustannie powracających wojennych wspomnień pokolenia naszych rodziców, z których każde musiało pozostawić ślad także w naszej psychice, wciąż oglądaliśmy filmy wojenne (ukazujące obraz wojny w sposób bardzo jednostronny). 

Pamiętam, że w polskiej początkującej telewizji (tylko jeden program) przynajmniej dwa razy w tygodniu a czasem i częściej oglądałam z rodzicami filmy o wojnie, o sytuacji na frontach, o “złych Niemcach”, „dobrych Rosjanach” i bardzo patriotycznych, odważnych, poświęcających się i umierających dla Ojczyzny Polakach. 

I absolutnie nie ironizuję!! Tak było i tak o tym temacie wojennym myślałam długo. Za długo, bo chociaż wojny nie przeżyłam, to w mojej podświadomości zamieszkał strach przed powtórką… Pewnie dzisiaj młody współczesny człowiek nie jest w stanie tego zrozumieć, ale kiedy wrażliwość młodego człowieka chłonie tylko jeden temat w “mocno przerysowanym i wyznaczonym kontekście” i nie ma wyboru i szans na porównanie, że “może być inaczej”, trudno wyobrazić sobie, że są jeszcze inne warianty własnej drogi, oprócz powtarzających się obrazów przeszłej wojny.

Długo bałam się, że znów wrócą czasy tamtej wojny, że będzie bieda, że będziemy głodni, a samoloty będą latać tylko po to, by zrzucać bomby.  

Na szczęście – czas leczy, a przede wszystkim szybko młodemu pokoleniu otwiera nowe drzwi. Nie tylko nowe lepsze warunki, ale przede wszystkim dorastając i dojrzewając intelektualnie “łapiemy” własne wizje. 

Szczęśliwie i ja znalazłam w porę życie bez strachu przed kolejną wojną mimo, że komuna straszyła nas w każdy możliwy sposób. Baliśmy sie w szkole nauczycieli, baliśmy się milicji obywatelskiej, baliśmy sie pani wrzeszczącej w sklepie… Żyliśmy w ciągłym strachu i kontroli siebie, że coś robimy nie tak, że ktoś z jakiegoś błahego powodu wyciągnie niemiłe konsekwencje i ukarze nas, bo… 

Do dzisiaj, gdy położę się spać zdenerwowana i bardzo zmęczona często śni mi się.. jakieś wydarzenie szkolne. Bez konkretnego wspomnienia. Jakaś scena, historia związana ze szkołą. I z jakiegoś powodu po obudzeniu jest to zawsze bardzo niemiłe wspomnienie. Dziwne poczucie krzywdy, niewygody, czegoś bardzo nieprzyjemnego… 

Coś w tym musi być!..

Nie!  Nie przyzwyczaiłam się do tych wszystkich krążących wokół mnie strachów, restrykcji. We pewnym momencie moja świadomość zaczęła sie buntować i podążać we właściwym kierunku. Każdego ranka budziłam się dojrzalsza i nie poddawałam się odczuciom, które już zaczęły zaciskać swoje szpony w moim młodym umyśle. 

Harcerstwo, w którym trafiłam na starszych i podobnych “buntowników”, nowa literatura, którą zaczęłam się interesować w połowie szkoły średniej, nieśmiało napływające do polskich (wybranych tzn. studyjnych) kin filmy produkcji zachodniej o zupełnie nowej tematyce – wszystko, to pomogło mi dojrzewać jaśniej, rozumnej i nowocześniej. 

Zakazane polskie teksty literackie, które pojawiały się za granicą zaczęły wpadać mi w ręce, wiersze Miłosza, Szymborskiej, Osieckiej, które poruszały nowe tematy – zmieniały moją postawę.

Symboliczne – ale wymowne.. ( z sieci)

Nie przyzwyczaiłam się do niewygody i szarości tamtych lat i wciąż myślałam o czymś nowym, kolorowym, pięknym. Nie pogodziłam się, że życie musi być jednostajne, a człowiek bierny i poddający się bylejakości. 

Nie przyzwyczaiłam się nigdy do chamstwa, niestety takie dominowało w wielu środowiskach lat 60-tych i 70-tych i bez żenady i ukrywania stosowano bardzo nieprzyjemne metody. Do dziś nie mogę pogodzić się z nieprzyjemnym poniżaniem kelnerów przez klientów w restauracjach, niemiłym odzywaniu się do siebie ludzi w sklepach, w przychodniach lekarskich. 

Lekarz – pacjent z czasów, kiedy mieszkałam w Polsce, to relacja tak przykra, że uważam te wspomnienia za traumatyczne. 

Wszyscy znamy takie obrazki 😫

Nie przyzwyczaiłam się do  brudu i śmieci na plażach, w parkach, w przeładowanych koszach. Na parkingach, na stadionach. Dlaczego człowiek nie potrafi wyrzucić śmieci, pustej butelki plastikowej po wodzie, czy puszki po coca-coli do kosza na to przeznaczonego, a nie bezmyślnie tak – po prostu – na ziemię?!

Nie potrafię przyzwyczaić się do kłamstwa, gdy wcale nie jest potrzebne, by je użyć. Można przecież żyć prosto i rozmawiać z innymi językiem prawdy. Nie trzeba kłamać tylko po to, by poczuć się lepszym.

 Razi mnie ludzka zachłanność i zazdrość. Do tego też nie przyzwyczaiłam się, chociaż kiedyś niemal wszyscy zazdrościliśmy innym, że żyją lepiej i radośniej, niż my żyliśmy za “wschodnią granicą”

Przyzwyczailiśmy się żyć z telefonem w ręku. Wszyscy- od małego do starego.. Plaga naszych czasów czy ułatwienie współczesnego życia?

Jestem już “dużą dziewczynką” i zdaje sobie sprawę z tego, że często łatwiej “przyzwyczaić się”.. . z powodu wygody, dla świętego spokoju, z braku siły na bunt i walkę o to “lepsze i właściwsze”.  Kiedy człowiek ma już swoje emerytalne lata – wie dużo i rozumie dużo. Wiem, że często ogarnia nas niechęć do do zmieniania świata.  

Jesteśmy zmęczeni i mówimy: “Można się przyzwyczaić”…

 Bo bywa i tak, że łatwiej jest przyzwyczaić się, niż coś zmieniać. Takie momenty w życiu ma każdy z nas. I czasem nie jest to do końca zła decyzja. 

Do dobrych nawyków warto sie przyzwyczaić. ( znalezione w sieci)

Są ludzie, którzy swoje zasady mają twarde, wypracowali sobie własny regulamin życiowy i potrafią trzymać się “w pionie” do swej wizji. Są i tacy, którzy łatwo ulegają innym i przyzwyczajają  się do obcych zasad.  Łatwiejsze to i pozornie przynosi spokój. Rodzaj konformizmu. Dość częsta reakcja w ustawieniu się pomiędzy ludźmi. 

Nie chcę, by ktoś pomyślał, że wkładam wszystko do jednego “worka”. Rozumiem, że ogólniki nie sprawdzają się w prawdziwym życiu. Różne sytuacje wymagają od nas elastyczności i “odpuszczenia” . Czasami nie ma jednakowej miarki do tych samych sytuacji. 

Całkiem sensowne.. ( z sieci)

 Nie przyzwyczaję się do przemocy czy mobbingu (takie słowo już też weszło do słownika polskiego), do smutku i łez w oczach drugiego człowieka. 

Nie przyzwyczaję się do krzyku, braku tolerancji wobec “inności”, – religii, koloru skóry, poglądów politycznych. 

Nie jestem wyjątkiem ani ideałem. Miewam swoje złe chwile – podobnie jak inni. Ale za to potrafię w sobie zrobić rachunek sumienia i wykrzyczeć to wszystko, do czego nie chcę i nie przyzwyczaję się ani teraz ani później. 

Lata doświadczeń życiowych uczą nas wyboru. Postrzegania tego, co dla nas ważne.  Błędy popełniamy  każdego dnia, ale to nie upoważnia nas do przyzwyczajania się do nich. 

Mam zasady na mój życiowy użytek – w mojej głowie, gdzie rozum rządzi myślami. I w sercu, które wybiera uczucie – dopisuje listę moich decyzji. 

Żyję jak chcę i pozwalam na to samo innym! Mają do tego takie samo prawo jak ja, jak my wszyscy. 

Tolerancja jest cechą, której uczymy się całe życie. Mimo to – do prostactwa, chamstwa, przemocy, wrzasku, bezczelności… nie przyzwyczajajmy się! 


BACK

W żółtych płomieniach liści.. 

1 listopada 2024

Nie wiedziałam, że istnieją drzewa o tak intensywnej żółtej barwie.  Nie wiedziałam, że żółć ma aż tyle odcieni! Nigdy nie myślałam o jesieni przez pryzmat jednego koloru..

Człowiek ma w sobie wiele wrażliwości. Wyjątkowe „ muzyczne” ucho.  „Malarskie” oko,  które widzi inaczej niż moje. Dotyk, który dla człowieka z wadą wzroku albo niewidomego jest obrazem świata odkrywanego czuciem. 

A oprócz tak prosto określonych „inności” każdy z nas ma jeszcze coś, co tylko dla niego jest wrażliwym punktem. Niepowtarzalnym. Odczuwanym w naszym mózgu. Bardzo osobistym i niełatwym do opowiedzenia. 

Wszystko zaczęło się od planu kolejnego wyjazdu do Durango w Kolorado. 

Tym razem jesienną porą, w połowie października, bo jak powiedział nasz przyjaciel Marek M, zapalony fotograf – wtedy drzewa Aspen czyli polskie Osiki są najpiękniej “żółte”.

Obraz -jesienne Aspen – namalowany przez Marka M a zainspirowany naszą wyprawą do Durango ( trzy tygodnie temu)

Od lat wiedziałam, że ludzie z południowych miejsc (tak jak np. Texas) jeżdżą do Stanów położonych w północnej części USA na oglądanie kolorów jesiennych. Kiedyś nasz syn studiował w Washington and Lee University w Lexington, w Stanie Virginia (Wirginia). Kilka razy odwiedziliśmy go w październiku i wtedy widzieliśmy niesamowite kolory jesienne. Byłam oszołomiona ogromnie wielką kolorystyczną paletą barw, nagromadzoną niemal w każdym miejscu w tej miejscowości i w okolicach. 

Później, w różnych latach zdarzało nam się być w jesiennej scenerii, w  wielu miejscach.  Ale nigdy nie byliśmy nastawieni, że nasza podróż jest specjalnie w celu oglądania “drzew”. I że mają to być Aspen/Osiki. 

Durango, gdzie byliśmy już kilka razy, zauroczyło nas rudo-zielonymi górami, soczystą świeżą letnią zielenią, nawet zimową śniegową aurą, która przydarzyła nam się rok temu w czasie Thanksgiving. Fotografowałam kolorowe kwiaty w czerwcu i warianty zmieniających się barw w górach w pełni lata. 

Od pewnego czasu zaczęłam zwracać szczególną uwagę na przyrodę, na kwiaty i góry, na wielokolorowy świat, w sposób, jak patrzy się na dzieło sztuki. Kiedyś na każdym zdjęciu chciałam upamiętnić jakąś osobę. Wydawało mi się, że ważni są ludzie – reszta jest tłem, dodatkiem. Tło jest istotną częścią zdjęcia, ale Człowiek powinien dominować. 

Dzisiaj moja percepcja Świata zmieniła się. Człowiek jest ważny, ale to co jest tłem -obrazem natury, miasta jest równie WAŻNE i równie piękne. Dziś zdjęcia bez twarzy człowieka mają także swoją “twarz”. Obraz uchwycony na fotografii zachwyca mnie w każdym miejscu i w każdej scenerii. Nie jestem fotografką z kursami i wiedzą fachową. Ale nauczyłam się patrzeć na każdy obiekt okiem fotograficznej marzycielki.

Kiedyś biegłam przez życie i łapałam wszystko, co działo się wokół mnie. Dziś oglądam obrazy świata powoli, z namaszczeniem, z pełnym zachwytem. Mam czas.. na zjawiska, których w biegu nie da się zauważyć.    

Mocne kolory zawsze robiły na mnie wrażenie. Lubiłam i lubię intensywne kolory. W przeciwieństwie do “zdolności” moich uszu (kiepsko u mnie ze znajomością muzyki, mam bardzo zwyczajną “wrażliwość słuchową”) zmysł odbioru kolorów mam silnie rozwinięty.  Obraz i natura w kolorach przemawia do mnie bardzo głęboko.    

Dzisiaj będzie o ŻÓŁCI. O kolorze, który nie jest zbyt popularny. Nie dorównuje ludzkiej wrażliwości na czerwień czy zieleń. Nawet czerń wywołuje silniejsze odczucia niż żółty. 

Ale – być może nie zdajemy sobie sprawy, jak żółty stymuluje nasze odczucia. .. Słońce to najważniejszy i najsilniejszy żółty bodziec. Bez słońca nie ma życia, nie ma radości i szczęścia. Uwielbiamy słońce, ciepło i dlatego chętnie wybieramy na wakacyjne wyjazdy miejsca z gwarantowaną słoneczną  pogodą. I niekoniecznie musi być do tego woda i plaża. Relaks w promieniach słonecznych nawet w zimie przy ujemnych temperaturach jest przyjemniejszy niż pod niebem pokrytym szarymi chmurami.  

Przykłady żółtych znaków drogowych

Codziennie jeździmy samochodem, ale czy ktoś z nas myśli dlaczego większość znaków ostrzegawczych ma żółte tło? Nawet nie mamy pojęcia jak bardzo i szybko żółty kolor zwraca naszą uwagę.

Podobnie żółty działa na nasze “oko” w marketingu, McDonald, Ikea, Ferrari – to znaki, w których żółty kolor dominuje.   Żółty lubimy w domu, ściany w tym kolorze rozświetlają wnętrze, uspokajają, napędzają energię życiową. 

Uwielbiam żółte kwiaty – słoneczniki, kaczeńce, chryzantemy, tulipany. Także żonkile i zwykłe pospolite mlecze. Dalie i drobne jaskry na łące. No i róże żółte też. Choć ponoć są oznaką zazdrości…

A jak już o tym mowa, to kiedyś przeczytałam, że żółty jest też kolorem wrogości i zdrady (nie tylko w miłości!) i że ponoć biblijny Judasz zdradzając Jezusa miał na sobie żółtą szatę.  Ale – kto to wie jak było naprawdę 🤔… O ludziach z problemami agresji, zaburzeniami psychicznymi czy szaleństwem w oczach mówi się, że mają “żółte papiery”. O człowieku schorowanym i zmęczonym myślimy : “jego skóra jest taka.. pożółkła” 

Czyli – jak zawsze – we wszystkich tematach “kij ma dwa końce”. Gdyby tak nie było, skąd brałyby się te setki dyskusji i różnorodne poglądy?  

Ja jednak wolę myśleć o żółtym kolorze w pozytywnych skojarzeniach. Zawsze lubiłam żółty, od dzieciństwa. Pamiętam moja ukochaną sukienkę z mnóstwem cieniutkich maleńkich falbanek w kolorze najbardziej słonecznej żółci. I żółtą skórzaną torebkę, którą zachwycały się wszystkie moje koleżanki w czasach licealnych. 

Także żółty sweterek mojej przyjaciółki Niny.. I szalik z czapką – też w takim kolorze. I pewnie jeszcze mnóstwo “żółtych inności”, które przewinęło się w życiu.

To jeszcze nie wszystkie odcienie!! (internetowo)

Żółty,  jak każdy kolor, ma mnóstwo odcieni! Od słonecznego, cytrynowego, bananowego, poprzez jasny, niemal “waniliowy”, bursztynowy do żółci złocistej, jasno zielonkawej i niemal pomarańczowej.  Fachowcy od kolorów, malarze artyści znaleźliby jeszcze więcej nazw i określeń. 

Skąd te nazwy się wzięły – nie wiem.   Nie jest łatwo wyrazić dokładnie słowami – kolor. To nasza wyobraźnia i wrażliwość podsuwa nam rozumienie kolorów.

Ale najpiękniej i najbardziej wyraziście opowiada nam o tym natura! 

I znów powracam wspomnieniami do naszych ostatnich wakacji sprzed kilkunastu dni, w Colorado.  Do tysiąca drzew w kolorach żółci, czerwieni, brązu, ciemnej zieleni. Do gór, które  przyciągają wzrok swą zmiennością, w każdym zgarbieniu, wąwozie, w każdej przecince i na różnych wysokościach. 

Osiki wzdłuż drogi, w kępach na zboczu góry, nad jeziorem.. Trzeba się tylko rozglądnąć i je zauważyć!!

Aspen ( Osiki, z rodziny topolowych) są wysokie, smukłe (osiągają ok. 30-35 metrów wysokości). Drzewo może żyć nawet 80-100 i 120 lat. Łatwo się zasiedla. 

Osika zawdzięcza swą nazwę skojarzeniom z drżeniem liści, trzepotaniem ich na wietrze. Osika ma okrągłe listki z bardzo cienką łodyżką i przy najmniejszym nawet podmuchu wiatru, listki poruszają się, a drzewo sprawia wrażenie trzęsącego się.. Kto nie zna powiedzenia “trzęsie się jak osika”?  

Kora tych drzew jest także charakterystyczna, jasna, w niektórych miejscach nawet biała i gładka.  Podobno (według wierzeń ludowych) osika drży ze zgrozy, gdyż była świadkiem biblijnego wydarzenia, gdy Kain zabił Abla 😂. 

Są ludowe wierzenia, które podają, że kołek z osikowego drewna odstrasza demony i złe duchy, a zerwanie osiki bez powodu (np. choroby drzewa) zwiastuje zbliżającą się śmierć..  

ASPEN – jedna z najpopularniejszych miejscowości sportów zimowych w Colorado.

Wierzenia wierzeniami, a na wszelki wypadek nie będę zrywać nawet listeczka z Osiki. 😃 🤔

Aspen. Długo tę nazwę kojarzyłam z piękną turystyczną miejscowością w Kolorado. O Aspen wiedzą wszyscy miłośnicy sportów zimowych, wygodnych miejsc do odpoczynku, narciarstwa, festiwali i artystycznych atrakcji.  To luksusowa miejscowość, z ekskluzywnymi restauracjami, butikami, hotelami i ośrodkami Spa.

Nazwę Aspen nadano tej miejscowości w 1880 r. w czasie wielkiego boomu, gdy odkryto i wydobywano tam ogromne ilości srebra. Nazwa jednak pochodzi od.. lasów osikowych otaczających to miasto. Proste, prawda?! 😂

Aspen (drzewa) w Kolorado (i nie tylko ) są tak samo popularne jak w Polsce. Ale tylko w tych Stanach, gdzie klimat odpowiada ich wymaganiom. W Texasie ich nie ma. Może dlatego tak mnie ich piękno zachwyciło..  Ze względu na wielkie przestrzenie Aspen układają się w równe linie jednakowych drzew i tworzą piękne naturalne “aleje”. Albo inaczej – rosną w wielkich przytulonych do siebie grupach/rodzinach i tworzą niesamowicie kolorystyczne złoto- żółte plamy. 

Jesienne liście drzewa Aspen – intensywny żółty kolor z plamkami brązu

Mam już za sobą wiele przeżytych lat, widziałam w życiu niejedno. Ale po raz pierwszy zwróciłam uwagę na takie zjawisko w przyrodzie. 

Dziesiątki drzew ciągnących się wzdłuż drogi, góry, brzegu wielkiego lasu  – strzeliste, równe jak  wojsko w szeregu. I cudownie żółte. Gdzieniegdzie lekko brązowe plamki, na zaokrąglonych listkach. Wszystkie jednakowe, jak siostry, jak wielka rodzina. 

Wszystkie razem tworzą długie ściany złoto-żółtego koloru. 

Patrząc na moje zdjęcia wciąż nie mogę uwierzyć, że to nie są namalowane ludzką ręką obrazy. Choć i takich nie brakuje! Każda galeria sztuki w Durango ma Aspen. Obraz  na ścianie, Aspen w szkle, Aspen w rzeźbie..  To symbol piękna! Naturalnego piękna. Ten energetyczny obraz dopełnia tu i ówdzie drzewo czerwone, bordowe, brązowe. To także akcenty jesieni. Ale dominują Aspen. 

Gdyby ktoś w wyjątkowo wietrzny dzień nakręcił film drżących Aspen, rosnących w dużej zwartej grupie dostrzeglibyśmy, że te drzewa to fantastyczni tancerze. Dodając do takiego filmowego obrazu “drżącą” muzykę zapewne otrzymalibyśmy dzieło artystyczne – piękno natury zsynchronizowane z kolorem i niezwykłą muzyką. Jeśli umiesz patrzeć “moimi oczami” i widzieć to, co ja – zakochasz się łatwo “w żółtych płomieniach liści” tych niesamowitych drzew.   

W piosence o tym samym tytule jest mowa o rozstaniach i powitaniach, o pożegnaniach i smutku odchodzenia. O przemijaniu.. A przecież każdego roku po lecie przychodzi płomienna jesień. Zanim śnieg przykryje kolory pełne jasności, energii, zanim świat stanie się biały a może szary, każdego roku witamy kolejną wiosnę, lato, jesień.. Nic nie zmieni natury. Jest uparta, zna swoje prawa i rządzi nimi po swojemu! 

Podaje nam – ludziom własne kolory, barwy niezrównane z niczym, co może i potrafi wyprodukować człowiek. To my naśladujemy tajemnice i talenty natury. My dopasowujemy się do jej rytmu i tajemnic. 

Dzień po dniu – “płoną góry, płoną lasy” (Seweryn Krajewski, Czerwone Gitary, 1971 r)  jesienną porą drzewa zmieniają swą barwę – przynoszą nam radość doznań, które mogą zmienić nasz nastrój, zachwycić obrazem, usłyszeć muzykę natury. 

Ile razy to zauważamy i słyszymy? Gdyby można było to policzyć, ze zdumieniem  stwierdzilibyśmy, że niezbyt często. W biegu codzienności – dzień po dniu, pora za porą, szybko mija czas a my nie zwracamy uwagi na otaczającą nas naturę. 

Ale kiedyś nadchodzi w życiu chwila, gdy nasz umysł otwiera się na zjawiska spowalniające codzienny pęd. Dostrzegamy najmniejsze elementy natury, cieszymy się kolorami i jej zmianami. 

Gdziekolwiek jesteśmy już mamy czas i umiejętność postrzegania piękna.  Naturalnego piękna, które zawsze było i jest obok nas. 

Zatopię się w “żółtych kolorach liści”, w słońcu jesieni, w czerwieni płonących lasów i będę jesiennie szczęśliwa…

I tu budzi sie we mnie nieodparta siła wspomnienia – piosenka „W żółtych płomieniach liści” w wykonaniu Ewy T i Beatki M. ( z moim skromniutkim współudziale😃) w naszym przedstawieniu Teatru Ogniska Polskiego – „Jej Portret” część II. 2006 r.

Tak, wiem !! powtarzam się – to juz drugi raz. Ale…muszę!!! Mam oczy pełne łez… 😪


BACK