
1 maja 2025

Trzy razy M. Skąd takie skojarzenie? Jak zwykle – z życiowego doświadczenia. Wszyscy mamy wiele wspomnień, bardzo trudno je poukładać. Ustalić – co, kiedy, do czego i po co. Trzy motywy myślowe, które pozornie nie mają ze sobą wiele wspólnego.
Był rok 1990 – listopad. Basia i Marek zaproponowali nam wycieczkę do Nowego Orleanu. Niewiele wiedzieliśmy o tym mieście. Pożyczyli nam ich drugi samochód (nie bardzo wierzyli że nasz „staruszek” z założenia kupiony na jeden semestr, wytrzyma taką podróż)
Ze wstępnych opowieści chłonęliśmy o tym mieście co się dało, zwłaszcza legendy o nowoorleańskim jazzie. Pojechaliśmy tam z dziećmi- nasze już były nieco starsze, ale dzieci naszych przyjaciół jeszcze małe (5-7 lat) – za małe by odwiedzić kluby jazzowe…
To niełatwe zobaczyć dużo, ale i tak jazz wszechobecny na każdej ulicy, każdym rogu, artyzm i atmosfera tego miasta zachwyciła nas niemal natychmiast. Było tak… inaczej! Sklepiki z pamiątkami w charakterystycznych kolorach tego miejsca, wielka rzeka Mississippi – wszystko nowe i zachwycające. Skupiliśmy się na starym statku pływającym po wielkiej jak morze rzece, kolorowych sklepikach, muzyce jazzowej i każdej innej na ulicach i dobrych „cajun” przysmakach.
Wtedy po raz pierwszy odkryłam maski. Były w każdym sklepiku, na ścianach, półkach, wieżach z magnesami. Kolorowe cuda jak na filmowych balach maskowych. Maski (oczywiście fioletowo- żółto- zielone) ale także w wielu innych kolorach – ostrych, wyrazistych, natychmiast przyciągających oko! Maski zasłaniające pół twarzy i całą. I tylko na oczy. Śliczne, ale i przerażające, karykaturalne.
Moją uwagę zwróciły maski dekoracyjne, zawieszane jako ozdoby ścian. Wtedy po raz pierwszy takie kupiłam… Długo były z nami na różnych ścianach naszych często wtedy zmieniających się domów, aż – gdzieś się zapodziały. Pewnie po latach – zakurzone nieświeże zawędrowały do kosza…
W Nowym Orleanie byliśmy jeszcze cztery razy. W różnych porach roku i przy wielu okazjach. Kiedy piszę ten tekst jestem po świeżej wizycie w NO – tym razem w szaleństwie karnawałowych parad Mardi Gras, bardzo wymyślnie i niezwykle kolorowo poprzebieranych turystów i ogromie dekoracji. Tym razem – już bez takiego „obłędu w oczach” kupiłam nową maskę na ścianę i bardzo ładny magnes/maskę. Tradycji stało się więc zadość. 😀
Niesamowite maski były w Brazylii w czasie ich tradycyjnego karnawału, także w Wenecji, w Peru i wielu innych miejscach świata..
Maski to sposób na ludzkie tajemnice, szokujące prawdy . Na jeden wieczór, na jedną noc… zakrywanie naszych oczu lub całej twarzy elementem upiększającym a równocześnie zaskakującym, jest niezwykle ekscytujące. Maska to element – uzupełnienie kostiumu. Dla zabawy i żartu albo z dużo głębszych powodów.
Tak, historia wielokrotnie udowodniła, że pod maskami można ukrywać złe intencje, skrywane namiętności, kłamstwa. Już w starożytności na scenie teatrów maski odgrywały istotną rolę. Maska miała odzwierciedlać charakter scenicznej postaci. Ach, długo by o tym mówić 🤔
Dla mnie (z moich skromnych doświadczeń) maska to część gry, zabawy, “słodkiej tajemnicy”, która może poruszyć wyobraźnię i zaintrygować innych ludzi… Moje maski były i są kolorowe i radosne i kojarzą mi się z miłymi chwilami.
Dlaczego więc drobne maski przywiodły mi na myśl wielkie graffiti i murale?
Graffiti – choć wydają się podobne i pokrewne z muralami, stanowią jednak osobny temat. Malowane na murach, często przez przypadkowych „ autorów” wyrażają nadmiar odruchowych emocji i fantazji. W większości nie mają planu, są niedokładne, często mało estetyczne. Są „wybuchową bombą” emocji, od dobrych do tych najgorszych. Autor zazwyczaj używa farb w sprayu, byle jak, szybko i nierówno. Często w nielegalnych miejscach, psując smak i klimat miejsca. Ale wcale tak nie musi być! Istnieją graffiti, których przesłanie jest sensowne i pozytywne, a wykonanie zalicza się już do sztuki ulicznej (Street Art).
Za to murale to piękna kategoria ulicznej sztuki! Tak naprawdę dopiero kilka lat temu zaczęłam je zauważać, chociaż są ogromne i właściwie nie da się ich pominąć wzrokiem.
Kiedyś – mural kojarzył mi się źle. “Komunistyczny motyw” narzucający siłę, uderzający w wyższość polityczną i społeczną sił rządzących. Jakieś niemiłe ukłucie w myśli i w sercu..
W 2019 roku pojechaliśmy na wspaniałą wycieczkę do Brazylii i Argentyny. Tam, w największych miastach tych krajów, Rio de Janeiro i Buenos Aires aż buchały z wielkich ścian kolorowe malowidła. Wysokiego artyzmu, w niesamowitych kolorach, każdy o silnym przesłaniu. Pozytywnym! Tematyka dowolna i bardzo szeroka. Często dla nas turystów nie odczytywana w pierwszym spojrzeniu, ale przewodnik potrafił opowiedzieć każdą historię kryjącą się w obrazach. Tak – obrazach! Obraz na gigantycznych ścianach murów, którego przekaz jest prosty, docierający do odbiorcy, poruszający i tematem i wizją. Byłam zachwycona! Pół miasta to kolory, twarze, często zmuszające nas do zatrzymania się na dłuższą chwilę, spojrzenia i zastanowienia się. To ułamki wydarzeń i historia współczesna miast.
Malowidła (a może to niewłaściwe słowo, bo myślę o nich w bardzo pozytywny sposób, a malowidło nie zawsze kojarzy się pozytywnie…) przyciągają naszą uwagę, nie pozwalają przejść obok nich obojętnie.
Są wizerunkiem miasta i “punktują” dla obserwującego najważniejsze problemy współczesności albo historii.
A kilka lat później (w 2023 roku) pojechaliśmy znów do Polski i bardzo blisko domu mojego dzieciństwa zamiast starych szarych kamienic, zobaczyłam park, a w nim mural poświęcony pamięci naszej noblistki Wisławy Szymborskiej.
Pojawił się polski trend malowania murali ku pamięci polskich twórców literatury, aktorów, piosenkarzy. Twarze na murach, blisko naszych oczu i serc, ludzi, których nie chcemy zapomnieć. W Opolu, w 2020 roku powstał mural Anny Jantar a rok później mural, który upamiętnił Krzysztofa Krawczyka. Jest także bardzo ciekawy graficznie, mural pamięci Zbigniewa Wodeckiego. Agnieszka Osiecka tonie w kwitnących bzach w Warszawie.



Kilka wybranych murali z polskiej rzeczywistości – pamięci Agnieszki Osieckiej, Zbigniewa Herberta i Krzysztofa Krawczyka
Śledząc murale w różnych miastach można stworzyć lekcję o twórcach współczesnej polskiej poezji, spotkać na wielkich ścianach wiersze Zbigniewa Herberta, Tadeusza Różewicza, Stanisława Barańczaka.
Jeden z mistrzów współczesnego polskiego kryminału, Marek Krajewski, doczekał się swojego wizerunku na murze (we Wrocławiu) w towarzystwie dwóch jego książkowych bohaterów – Eberharda Mocka i Edwarda Popielskiego. Oczywiście jest i mural Remigiusza Mroza promujący jedną z jego powieści “Osiedle RZNiW”.



Murale mogą mieć setki tematów, przekazać dziesiątki informacji. Nie sposób ich zliczyć!! Podobno w Polsce najwięcej murali jest w Łodzi. Trudno mi sobie wyobrazić współczesną Łódź pełną kolorowych ścian. Łódź, którą pamiętam – bardzo przelotnie i bardzo dawno – była ponura i smutna. Taka… nijaka. Chciałabym przejść się dzisiaj po tym zupełnie innym mieście. 🙂
Murale zmieniają przestrzeń publiczną, czynią ją weselszą. Są wszędzie, rozsiane po całym świecie. Przemawiają do nas obrazem, kolorem, wielkością. Także słowami – cytatami z wierszy, piosenek, mądrych słów ważnych ludzi. Dziś mural stał się nie tylko elementem dekoracyjnym, ale także estetycznym wyrażaniem przekonań, opinii i wartości społecznych. Także tych naszych – prywatnych, bo interpretacja to już nasz osobisty odbiór.
Nie wiem jak dokładnie wygląda technika wykonywania muralu. Nie jest to chyba łatwe zadanie, bo przestrzeń jest ogromna, a pomysły autorów bardzo różne. Osobiście, murale w różnych miastach świata zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Sztuką może być wszystko – od najmniejszej porcelanowej filiżanki czy srebrnej biżuterii do obrazu wiszącego na ścianie w naszym domu aż po ogromny mural, na który spoglądamy z daleka, by objąć cały jego przekaz.
A motyle? Czy to tylko dlatego, że pasują do “Trzy razy M”? A może dlatego, że są piękne, ulotne i delikatne. Mają w sobie tyle artyzmu natury, nawet jeśli są tylko dekoracją. Patrzę na nie i podziwiam niemal tak samo jak murale.
Stanowią piękno w naturze i w wielu rodzajach sztuki – malarstwie, metalu, w prostych rysunkach ręką dziecka i jako symbol rozlicznych ważnych tematów.
Mam słabość do motyli. W każdej postaci. Zawsze wywołują we mnie ciepłe skojarzenia, pozytywne myśli. Wielki mural i maleńki motyl. A pośrodku tajemnicze kolorowe maski. “Bukiet różności” a ja w swych myślach znajduję dla nich wspólny mianownik. I to nie tylko literę M…
Nie znam się na rodzajach, ale wiem, że cały cykl rozwojowy motyla trwa kilka miesięcy, ale motyl w “popularnej odsłonie”, taki jaki kojarzymy z jego nazwą żyje około trzech tygodni. I to są różnice pomiędzy grupami, gatunkami, które liczy się w tysiącach. Czy ktoś wie, że istnieje motyl, który żyje tylko jeden dzień?..
Zapamiętujemy obrazy. Każdy z nas inne i inaczej. Postrzegamy piękno również w inny sposób. Tworzymy sobie własną hierarchię, tego co lubimy i podziwiamy.
Być może temat masek, murali i motyli postrzegany w opisany przeze mnie sposób, nie przekona innych.
Ale na pewno sprawi, że ktoś zatrzyma się przed muralem i dostrzeże w nim coś, czego wcześniej nie widział. A twarz w masce poruszy myśl o tajemnicy, jaką każdy może za nią skrywać. Nawet jeśli to będzie tylko jedna noc… I wtedy będą latać wokół nas nocne motyle..
Motyle na chwilę, motyle “w brzuchu”, motyle – symbole, motyle – oznaki miłości i wolności. Symbol transformacji i rozwoju. Ulotnego szczęścia, trudnego do zatrzymania na dłużej. Ale tak przyciągającego swym pięknem, że nie umiemy się mu oprzeć.
I tu aż puka do drzwi mojej pamięci piosenka niezapomniana Ireny Jarockiej pt. „Motylem jestem” – optymistyczna i ciepła.
Ale znalazłam cos nowego – w wykonaniu dawnego zespołu Lady Pank (który rozpoczął swa karierę w 1981 r) „MOTYLE” – piosenka z roku 2025!! P Motyle – dawne piękne i ciepłe wspomnienia o kobietach – motylach. Uleciały ulotne piękne chwile… jak w życiu każdego z nas.
























































































