Zamyślenia

1 października, 2025

Środa

Melancholia. Dopada wszystkich. Kiedyś i przy różnych okazjach. Mnie dociska dość często, choć nie należę do osób smutnych. Bo moja melancholia to nie smutek, chociaż ludzie często mylą te dwa pojęcia. 

We mnie melancholia jest „ładnym” uczuciem. Ciepłym, choć na pewno nie mogę nazwać go szczęśliwym.

Melancholia” – oczami malarzy (from Goldie Art Gallery and The Art Institute of Chicago)

Melancholia to jesień. Kolory przydymione, nieostre. Zachodzące mgłą. Słońce, które już nie męczy, ale wciąż daje nam ciepło. Melancholia to łza, która nie boli, ale oczyszcza. To powiew wspomnienia. Nawet jeśli było kiedyś bolesne, to dziś już nie.  

W przypadku odczuwania mojego świata – melancholia to “przepracowane” uczucie. Może niespełnione, a może spełnione nie tak, jak bym chciała. Ale warte pamiętania. Warte zrobienia dla niego miejsca w moim sercu. 

                                      @@@@@@@@@@

Czwartek

Miałam sen. Musiał “dziać się” tuż przed późno-porannym obudzeniem, bo pamiętam go bardzo dokładnie. Sen, który powinien być miły, radosny. To była wigilia, a ja oczekiwałam wielu gości, a miałam mało czasu na zorganizowanie wieczornej kolacji. Biegałam po całym domu (czyim, jakim?.. nie wiem) i szukałam mnóstwa potrzebnych rzeczy – krzeseł (nie było ich nigdzie!), obrusów (były w płaskiej szufladzie, a jak już miałam je wydobyć, to szuflada się rozsypała i nie mogłam poradzić sobie z jej naprawą), szłam do góry po schodach, ale nie mogłam dojść na piętro… Prosiłam kogoś… (znajomego, zaprzyjaźnionego) żeby pojechał do sklepu po zakupy, ale ten ktoś odmówił… Zobaczyłam obok mnie znajomego i zwróciłam się do niego po imieniu, ale ten ktoś upierał się, że ma inaczej na imię. Choć go rozpoznałam i wiem na pewno, że to był Donek… jedyny Donek, jakiego w życiu znałam.  

(wizje senne – w sieci)

Obudziłam się i nie mogłam złapać oddechu. Byłam przerażona, a kiedy opowiedziałam mojemu mężowi mój dziwny sen, on podsumował: “no to dobry sen, czemu się denerwujesz?…” Nie wiem. Nie wiem dlaczego tak zdruzgotał mnie “dobry sen – wigilijny.” 

Nie doszukuję się znaczenia symboliki snów, nie zamierzam pamiętać tego uczucia, napięcia i bezradności.  A mimo to, czuję wciąż trzepotanie serca. Myśli krążą wokół. „Życia nie oszukasz”. To nie był szczęśliwy sen..

Sny nie muszą straszyć duchami, okropnościami obrazów, żeby wywołać w nas dygoczący niepokój. 

@@@@@@@@@@

Czwartek, wieczorem  

Gdy przestajemy pracować zawodowo i życie zmienia się na emeryckie, otwiera się nowy świat. U jednych pojawia się euforia, czują się wolni i z radością snują plany co teraz będą robić i jak zagospodarować swój czas. Inni – wpadają w otchłań rozpaczy i bezsensu – co robić z tym wolnym czasem, jak sobie poradzić ze swoją zawodową “bezużytecznością”. 

W moim przypadku cały ten okres tuż po odejściu z pracy przeszłam niemal bezboleśnie. O, nie! Nie chwalę się, że jestem taka silna i mądra i wiem od początku co i jak robić. Daleko mi do takiego ideału 😃. 

Dlaczego tak mi „się ułożyło”? Może dlatego, że mentalnie „po swojemu” umiałam się na to przygotować. Może dlatego, że nigdy po skończeniu pracy nie odczułam pustki. Były wnuki, którymi wciąż czasem trzeba było się zająć. Byłam w kręgu przyjaciółek i życia towarzyskiego, które nadal (choć może już nieco inaczej) trwa. Znalazłam sobie BLOG, a raczej wymyśliła go moja przyjaciółka, a ja dałam się (łatwo) namówić. Miałam wciąż dużo energii, zdrowia na wyjazdy, wycieczki, spotkania. Wydarzenia rodzinne kłębiły się często i intensywnie. No i wciąż do tej pory coś tam z “pracowych spraw” kręci się wokół mnie…

Dziś już zwolniło się tempo życia małżeńskiego (bo i mąż jest emerytem), ale w zamian późne powolne śniadanka, spokojna kawa mają także swoje zalety. Można oglądać filmy do północy i nie mieć żadnego wyrzutu sumienia, że wstanę po 9-tej rano. A może nawet o 10-tej. Też będzie dobrze. Bo – już mam plan na nowy dzień! Trzeba włożyć nową farbę na włosy (jaki odcień tym razem, żeby nie było tak samo jak poprzednio?), trzeba przejrzeć sukienki letnie, może coś, czego dawno nie nosiłam albo już mi się nie podobało, wróci do łask?… Może nowy makijaż, a może po prostu leniwy dzień – jakieś zaległości e-mailowe, książkowe, fotograficzne. LUZ

@@@@@@@@@@

Piątek

Niektóre pomysły nawet w starych głowach są zwariowane! Sama nie wiem, skąd się nagle pojawiają. 

Kiedyś lubiłam rysować, malować. Ale tak normalnie, bez sukcesów i nadmiernego talentu. Dla siebie. Bez specjalnych przyczyn, pojawiały się takie napady… Czasem lubię “artystyczne wyzwania”. Coś udekorować, coś powiesić na ścianie, ustawić fajną kompozycję, coś zmienić w domu. Może dla innych ludzi to niezauważalne, ale mnie sprawia przyjemność. Lubię zmiany. Nie lubię stagnacji.

I nie lubię naszych houstońskich płotów. Są byle jakie, drewniane, z upływem czasu (dość szybko) i pod wpływem wilgotnej pogody robią się szare, brzydkie. Tylko drogie osiedla, gdzie domy stoją na wielkich działkach, mają płoty żelazne albo z jeszcze innych materiałów, które są ozdobą, a nie tylko służą do odgrodzenia się od bliskiego sąsiada. 

Któregoś dnia mój mąż powiedział: “namaluj krowę”. Jeśli ktoś czyta choć trochę mój blog, to wie, że bardzo lubimy krowy. Bo krówki są bardzo sympatyczne, mają takie poczciwe oczy i nieograniczoną liczbę artystycznych wersji!! 

Następnego dnia poszliśmy kupić najprostsze i szybkoschnące farby do drewna i napadła na mnie narkotyczna, szalona konieczność (ale się wymądrzam z tym porównaniem, zwłaszcza, że nigdy nie miałam „narkotycznej konieczności” 😜) i zabrałam się do malowania na płocie – krowy. Jeszcze jedna do naszej kolekcji, tyle że nie mieści się na półce. Ta krowa wyszła na “łąkę u płotu” 

A mijały tygodnie i ciągle ktoś mi dokładał pomysł. Motylki były moje, ale owieczki już nie. Potem kotek. Świnka znów była pomysłem męża. Dobrze, że miałam dużo różowej farby… 

Od ponad 50 lat ulubionym rysunkiem mojego męża (i wciąż potrafi go narysować!!😂)   jest łabędź. Wychodzi mu to bardzo pięknie. Najpierw kaligraficzna “dwójka”, potem jeden ruch i ptak gotowy! Sam zaproponował, że namaluje. Ale widać nie ma takiego “emeryckiego zacięcia artystycznego” jak ja! 😜 Wreszcie udało mi się go zmobilizować do pociągnięcia kredką pastelową konturu ptaka, a ja już dokończyłam resztę. Potem okazało się, że świnka wyszła trochę za gruba, a łabędź ma za krótką i za grubą szyję… Ale przecież to artystyczne “płotowe murale”, więc są dziełem wyobraźni takiego “artysty” jak ja, a ta jest nieokiełznana i dowolna 🤣 👍

Jeśli ktoś myśli, że to proste namalować coś na płocie, to wyjaśniam, że nie jestem Tomkiem Sawyerem i wcale nie poszło mi to łatwo! Za to bawiłam się świetnie i sprawiło mi to radochę. Zwłaszcza, gdy znajomi i przyjaciele zadawali pierwsze pytanie (oczywiście – po zachwycie!) – ” kto to namalował??” 

Odpowiedź była zabawna. I prawdziwa – JA!!

Nie masz pomysłu co robić? Masz trochę niezagospodarowanego czasu? No i masz płot, którego nie lubisz.. Maluj! 

@@@@@@@@@@

Sobota  

O tym, że język jest tworem żywym i zmiennym, dowiedziałam się już na pierwszym roku polonistyki. Na zajęciach z historii języka usłyszałam wiele przykładów słów pochodzących z łaciny, greki. Nic mnie to nie dziwiło. Było to bardzo logiczne i uzasadnione. Ale już wiadomość, że słowo kościół nie jest polskie i przyszło do nas z języka niemieckiego bardzo mnie zadziwiło… Słowo “kościół” używane niemal każdego dnia w moim języku młodości,  nie podlegało wątpliwości, że musi być nasze. 

Dziś po 50-60 latach, po 35 latach mieszkania na obczyźnie, w dobie internetu, otwartości świata, mieszania się kultur i języków – trudno sobie  z mową/językiem dać radę. To co się dzieje w obrębie jednego języka jest niewyobrażalnie wielką zmianą niemal każdego dnia. 

Wiele lat temu, może nawet z 20 lat… jedna z moich przyjaciółek cały czas mieszkająca w Polsce, w jakiejś naszej rozmowie, na moje oburzenie, że młodzi tak gładko i bez przerwy używają słowa “zajebiście” równocześnie zachwycając się jego emocjonalnym wydźwiękiem (wspaniale, wyjątkowo, niesamowicie) uświadomiła mi, że któregoś roku właśnie to określenie wygrało konkurs na najbardziej popularne słowo roku w języku polskim! Mało tego – przysłała mi jakąś tabelę, gdzie był dowód, że „zajebiście” było zwycięzcą. A cała seria słów w kolejności, równie mi nieznanych – ustawiła się w kolejce za… Dziś już przyzwyczaiłam się do tego określenia i już wcale mnie to słowo nie dziwi. I nie razi… 

My, pokolenie lat 50, 60-tych biegaliśmy na imprezy i prywatki, mówiliśmy nonszalancko na rodziców “wapniaki”, używaliśmy takich zdań jak “rzuć wapno na druty”… W szkole dostawaliśmy “pałę” albo “lufę”. A od czasu do czasu “pionę”.  Jeśli bardzo chcieliśmy podkreślić swoją wiarygodność (słowo daję, naprawdę!) to mówiliśmy “ jak bum cyk, cyk”.  

A moja przyjaciółka, kilka dni temu nauczyła mnie powiedzonka: “rozmawiać jak głupi z kukułką” i nie sądzę, że jest to współczesne powiedzenie. To coś w rodzaju jak – „rozmawiał ślepy z głuchym” albo „mówić ze ślepym o kolorach”… Czyli – nie dogadamy się!!  

A wszystko to przypominam sobie i rozważam, bo wpadła mi znów w oko tegoroczna statystyka najpopularniejszych słów polskich. I już tak mnie to zszokowało, że aż głowa mi zmrowiała od od kręcenia w lewo i prawo.. 

SIGMA – to słowo zwycięzca. Jakież było moje “zdziwienie wyłupiastych oczu”, gdy przeczytałam, że “Sigma to osoba odnosząca sukcesy, wyjątkowa, pewna siebie, ale nie wylewna. Raczej samotnik przekonany o swojej wyjątkowości. Ma swoje zasady i bezwzględnie je praktykuje” (to wyjaśnienie z oceny i statystyki rocznego konkursu).

Dla mnie Sigma to litera greckiego alfabetu, nazwa jakiejś japońskiej korporacji fotograficznej, Sigma Beauty i wiele innych. Ale muszę uczciwie przyznać, że to określenie faktycznie odnosi się też do człowieka o takich cechach, jakie zacytowałam powyżej.

Znalazłam też najnowsze słowa języka polskiego, takie jak: skibidi, glamur, de lulu, rizz.  Proszę, niech nikt mnie nie pyta co oznaczają! Owszem poszperałam, przeczytałam, ale NIC nie zapamiętałam. To już nie mój język. Albo – jeszcze nie..

Nie mogę przecież  zaprzeczyć, że jeśli uda mi się pożyć jeszcze kilkanaście lat i mieć głowę “w porządku”,  to może nauczę się i takich nowości. Tak jak nauczyłam się rozumieć: siema, spoko, nara, w porzo, do zo.. “  

Językowy DOM WARIATÓW!! I niech ktoś zaprzeczy stwierdzeniu, że uczymy się do ostatniego dnia życia, to powiem, że nie ma racji. I to nawet we własnym języku.. 

@@@@@@@@@@

Poniedziałek  

Lubię miasto. Lubię uliczny nieustający ruch. Nawet teraz, kiedy już mnie męczy. Lubię ludzi. 

Uwielbiam małe kawiarenki (jak w piosence Jarockiej), kilka stolików w ogródku oddzielonym pasem zieleni i kwiatów w doniczkach. Siedzę wtedy i czekam na kawę. Abo na kieliszek czerwonego wina. Przyglądam się przechodniom mijającym moje miejsce. Samotnym, szybko sunącym po ulicy. Młodym parom przytulonym do siebie. Roześmianym i beztroskim. Jeszcze nie obciążonych trudami realnego życia. I dobrze. Na wszystko przyjdzie czas. Dzieciaki, których matki ciągną za rękę, bo przecież patrzą na świat z połowy naszej wysokości. I widzą wszystko, trochę inaczej, ciekawiej. 

Twarze – fototapety

Spoglądam na kolorowe ubrania, tak różne w stylu i gustach. Na rozwiane włosy. Na zabawne torby i drogie eleganckie buty. Albo tenisówki. Takie różnorodne, modne teraz. 

I wtedy przychodzi mi na myśl fragment wiersza Wisławy Szymborskiej, który już dawno zrobił na mnie wielkie wrażenie. Lubię poezję Szymborskiej. Jest ironiczna i zaskakująca. Nierozumiana przez wielu ludzi.

 “Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach”

Ludzkie twarze. Wczoraj, dziś i tysiąc lat temu. W każdym miejscu, każdego koloru. Każda inna. Nie powtórzy się. Wiem, co mówi nauka na ten temat. Nie ma takiego samego DNA. Wszystkie – jakiekolwiek już istniały i zaistnieją w przyszłości będą jedyne. Niepowtarzalne…

Czy aby na pewno? Czy mogę być pewna, że Natura nie płata nam figli, że nie skopiuje mojej twarzy i nie da jej komuś przypadkowemu? Może to będzie ktoś w Zimbabwe, może na Bora Bora. A może w górach Bhutanu czy w Nowej Zelandii. Nie mogę tego wiedzieć. Jutro jest mi nieznane… A może zdarzyło się to już dawno?

Pewnie Szymborska miała podobne wątpliwości jak ja mam? Kiedyś znów znajdzie się wśród ludzi moja twarz. I Szymborskiej i twoja… 

Takie dziwne snują się pytania w szarych komórkach starej głowy. 

Wiemy wszystko i … nic nie wiemy. Mamy wyobraźnię i pytania. Tylko Człowiek może myśleć. Tylko Człowiek może mieć wątpliwości i marzenia. 


Zamyślenia. Od poniedziałku do niedzieli. Przez całe życie.

@@@@@@@@@@@@@

I piękna piosenka w wykonaniu Kingi Preis pt,”Raz Dwa Trzy” . „Pod niebie pełnym cudów wciąż nie wiem, czego nie wiem” …


POWRÓT

Ach, to lato..

Lato w Houston

16 września, 2025

Lato ma się ku końcowi.  

Temperatura i pogoda w sierpniu, w Houston.

W Ameryce uważa się (nieoficjalnie), że Labor Day czyli Dzień Pracy wyznacza koniec lata. Choć tu, w Teksasie pogoda wciąż upalna. Słońce przygrzewa mocno i temperatura nie wskazuje na powoli zbliżającą się jesień. Kiedyś usłyszałam, że po Labor Day (pierwszy poniedziałek września) już nie powinno się zakładać białych spodni… Dziwny wyznacznik i niekoniecznie respektowany przez wszystkich. 😀

O zmianie pory roku najbardziej przypomina marketing. W sklepach pojawiają się jesienne dekoracje, inne ciuchy, już w jesiennych kolorach. Dzieci wracają do szkoły, wakacyjny ruch wyraźnie maleje. Ludzie poddają się nastrojowi. 

Odkąd sięgam pamięcią lato zawsze wypełnione było wyjazdami. Na wieś, do lasu, w góry. Niedaleko domu albo bardzo daleko. Samochodem lub samolotem. Zawsze gdzieś. Na chwilę albo na długo. Kilka dni albo miesiąc. Planowane i oczekiwane. Czasem nagle wymyślone wczoraj, a już dziś realizowane. 

Od Colorado do wulkanu Etna. Od uliczek w Porto do wielu innych miejsc w USA i na świecie..

Zmieniały się miejsca. Zmieniały się sposoby podróżowania. 

Człowiek ma potrzeby chwili, ale także plany  w marzeniach, które bywa, że realizuje dopiero po wielu wielu latach. 

Wszystkie miejsca, które dane nam odwiedzić i zobaczyć mają swój własny urok. Zostają w pamięci na długo. Przynoszą niespodziewane przygody, spotkania z ludźmi, których już nigdy więcej nie zobaczymy. Bywa, że jeden dzień przyniesie więcej przeżyć niż długie miesiące codziennego życia. 

Zdarza się, że zapomnimy o przypadkowym miejscu podróży. Nie wpisze się w naszą pamięć – coś zagłuszy obraz, czas. 

Cisza i natura – są tacy co to kochają

Ludzie lubią zaszyć się w głuszy lasu, gór, gdzie jedynym przechodniem jest sarenka albo zagubiony ptak o poranku. Lubią samotność w pojedynkę lub we dwoje. Lubią wyprawy w góry, błąkanie się po leśnych dróżkach. 

To nie moja bajka. Ale wiem, że dla wielu ludzi to jedyny rodzaj ich wakacji. Cisza, którą cenią sobie nade wszystko. Nie wyklucza to bynajmniej opuszczania swojej “świątyni spokoju”, by udać się na targ po zakupy czy od czasu do czasu upewnić się, że telefon działa i można odezwać się do najbliższych. 

Letnie plany to ulubiony temat rozmów zimowych wieczorów. 

Dziś, gdy ludzie korzystają w pełni z otwartości granic między krajami, większość naszych podróży to dalekie kraje o innej kulturze, szansa na zwiedzanie miejsc, o których kiedyś mogliśmy tylko poczytać, pomarzyć. Dzisiaj tłoczno jest wszędzie tam, gdzie kilkanaście lat temu można było znaleźć cichy azyl na letni odpoczynek. 

Z jednej strony to cieszy, że tak wiele można czerpać z życia. Zobaczyć, przeżyć coś, co jeszcze niedawno było tylko naszymi marzeniami. Z drugiej – coraz trudniej uciec od tłumów, od sztampowych miejsc turystycznych.

Najpiękniejsze plaże świata są pełne tłumu ludzkiego. Aby dostać się do najsłynniejszych muzeów musimy robić rezerwacje biletów nawet i rok wcześniej. Miejsc w restauracjach brakuje, za to jedzenie bywa fantastyczne od zwykłych paryskich bagietek do niesamowicie wykwintnego sushi w Tokio. Nikogo nie zraża fakt, że wokół tyle ludzi. Każdy potrafi znaleźć coś dla siebie. Wciąż jest miejsce dla każdego z nas, by wieczorem pospacerować po wąskich uliczkach Porto, Barcelony czy Krakowa. Czekają na nas zielone wyspy i kamieniste plaże. Plaże złotych piasków i góry niedostępne, ale przyjazne dla pasjonatów takich właśnie wakacji. 

Ktoś powie – trzeba mieć jeszcze pieniądze… Tak, pieniądze są potrzebne. Tak było zawsze. Można mieć niewiele pieniędzy i zorganizować sobie podróż marzeń. I można mieć dużo pieniędzy i nie lubić, nie umieć, nie chcieć podróżować. 

Muzyka i książka to także sposób na wakacyjny wypoczynek.

Sprawdza się stare porzekadło : “Dla każdego coś miłego”

Przecież są i tacy, którzy w czasie swojego urlopu zostają w domu, siedzą prawie cały dzień w piżamie czy szlafroku, czytają książki i oglądają telewizję. Albo słuchają swojej ulubionej muzyki. Słońce widzą przez okno balkonowe, drzwi zamykają na klucz, by nikt im nie przeszkadzał. 

A moje tegoroczne lato jakby nie zaistniało. Ominęło moje życiowe ścieżki. Owszem, plany miałam jak zawsze każdego roku. Tyle, że musiałam je tym razem odłożyć na później. Na razie – nie wiem na kiedy. 

Operacja wymiany kolana, niczym mysz w wąską szparkę – wcisnęła się w piękny lipcowy dzień. Najpierw przez wiele tygodni czerwcowe lato mnie nie cieszyło, bo kolano bolało coraz bardziej, potem były wizyty lekarskie, badania, przygotowania… Lato odeszło na daleki plan. I choć w Houston lato jest bardzo gorące i nie daje nam o sobie zapomnieć, to mój letni czas zamienił się w narastający ból i strach. Byłam na to przygotowana. Przez lekarzy, przez czytanie i oglądanie porad w internecie. Wielu moich przyjaciół i znajomych przeszło już tę operację i ich porady były dla mnie bardzo cenne. 

Ale prawda jest taka, że każdy z nas ma swoje własne ciało, własną odczuwalność bólu, własną tolerancję psychiczną na nieznane doświadczenia. 

Można wszystko wiedzieć (no, prawie wszystko…) ale wiedzieć, to nie znaczy czuć. Doktor mówi – “Każdy jest inny”. Ja to ja. Moje kolano, mój ból, mój sposób radzenia sobie z nim. I moja psychika. 

Nie należę do osób cierpliwych i mimo całej wiedzy o procesie gojenia się byłam pewna, że pięć – sześć tygodni po, już będę gotowa powrócić do naszych planów wakacyjnych, podróżniczych, odpoczynkowych, wyjazdowych. Minęło pięć tygodni – długich, bolesnych, choć każdy dzień był inny. Stawiałam pierwsze kroki niemal natychmiast po operacji podpierając się chodzikiem, brałam leki, po których nie mogłam skupić się, by przeczytać choć jedną stronę książki. Zapadałam w sen i budziłam się nadal słaba. Chodziłam na terapię i robiłam dużo bolesnych ćwiczeń. Wiem, że tak trzeba. Wiem, że dziś jest lepiej i że to wszystko miało tak być i miało sens. 

A jednak ta świadomość wcale nie ułatwia mi ułożenia sobie w głowie myśli, że tegoroczne lato mnie ominęło. Nadszedł wrzesień, a ja wciąż nie planuję wyjścia, wyjazdu, gdzie trzeba “normalnie chodzić” bo choć wiem, że ma być kiedyś “normalnie”, to wciąż nie jest. 

Mój zaniedbany ogródek ratuje się sam. Niektóre rośliny zaczynają się odradzać i udają, że doniczki są zapełnione🤗. Może chcą mnie pocieszyć, że nie jest źle. Moje nogi nie są konieczne, by roślinki „nie umierały ”.

Moje życie towarzyskie – lato”25

Na szczęście życie towarzyskie nie ustało. Wiele osób przewinęło się przez nasz dom. Ani ja, ani mój mąż, nie umarliśmy z głodu, co pewnie by nam groziło, gdyby nie pomoc kulinarna rodziny i przyjaciół. Te wizyty to także adrenalina potrzebna mi do przetrwania. Bo kolano nowe, z metalowymi dodatkami to nie jedyny problem mojego ciała. Są także nieprzyjemne “dodatki” o których pisać nie będę, bo “nie zaliczają się” do procesu gojenia, chociaż powinny…

Moje lato powoli mija. Pierwsze lato bez wakacyjnych planów i podróży. 

Nie jest tak źle. Mam nowe kolano! Jeszcze do końca o tym nie wiem, bo wciąż nie daje mi o sobie zapomnieć, ale małe spacery, spotkania poza domem już powoli przywracają mnie do życia. 

Nie odczuwam  ogromnych upałów houstońskich, na które prawie wszyscy narzekają każdego lata. Wręcz przeciwnie – były chwile kiedy dopadały mnie dreszcze, było mi zimno i brakowało mi słońca. Przez dwa miesiące nie piłam dobrego winka (no, może odrobinkę…), nie miałam mojej ukochanej Metaxy przy wieczornym filmie.

Nie narzekam. Nie skarżę się, bo przecież nie ma komu i nie mam na co. 

Piszę o tym, by uświadomić sobie i innym, że zdarzają się w życiu sprawy, które muszą zmienić nasze nawyki, plany. I to często nie tak jak sobie to wyobrażamy. 

Niby nic wielkiego, a jednak jakaś “ zawierucha”. Są ludzie, którzy łatwo przechodzą do “planu B czy C”. Mnie zawsze zaskakuje fakt, że choć starość takie sytuacje wciąż nam serwuje, to ja gdzieś mam w sobie bunt. Nie lubię zmieniać planów! Ale – uczę się każdego dnia nowego doświadczenia. 

Moja „letnia” zmiana nauczyła mnie czegoś. Bo zawsze są „dwie strony medalu”.

Życie obdarowuje nas nie tylko przyjemnościami. Są dni bólu, trudnych przeżyć i wtedy naprawdę sprawdzamy siebie. Uczymy się pokory. Nagle doceniam że np. mam dwie nogi i codziennie chodzę bez bólu. I wcale nie myślę, że „dwie zdrowe nogi ” są mi potrzebne. Po prostu – mam je.. Zaskakuje mnie świadomość, jak niesamowitym mechanizmem jest nasze ciało i jak każda najmniejsza jego cząstka jest nam nieodzowna, absolutnie konieczna -zdrowa!! 

Nie narzekam, że dziś jest zbyt gorąco, że dni płyną monotonnie, że muszę pamiętać o lekarstwach i uważać, by przez nieuwagę nie zrobić sobie kolejnego zdrowotnego problemu. 

Ludzie borykają się z różnymi chorobami, żyją z nimi na co dzień, walczą, a nawet przyzwyczajają się do “nienormalności” i niewygody. Jest w każdym z nas  jakaś niewidzialna siła, by dawać sobie radę z niedogodnościami, bolączkami. Żyjemy jak potrafimy. Mamy swoją własną miarkę. Euforia, melancholia, szaleństwo i depresja. Nadzieja i ból. Marzenia i zwykła codzienna rzeczywistość. Mieszają się, odchodzą i znów wracają do nas. 

Moje trudne lato mija. 

Nie mam wątpliwości, że kiedyś nadejdzie też trudna jesień czy zima. Trudny miesiąc czy dzień.

I jak kiedyś zaśpiewał Stanisław Soyka (zmarły kilka dni temu, w sierpniu tuż przed kolejnym występem na scenie) ) w piosence pt. „Tolerancja”:

“ Na miły Bóg, 

Życie nie tylko po to jest, by brać,

Życie nie po to, by bezczynnie trwać

I aby żyć – siebie samego trzeba dać”

Ból, cierpienie, smutek i niewygoda to tylko przejściowe “lato”, jedna więcej trudna wiosna… A pomiędzy chwilami ciężkimi do przetrwania jest nowy dzień, marzenie, które jutro otworzy się przed nami. Bo nie czekamy bezczynnie, otwieramy się – dla siebie i dla innych. Żyjemy – do ostatniego tchu..

*******************************

Ostatnia próba Stanisława Soyki na sopockiej scenie była cichym pożegnaniem – pożegnaniem, które pozostanie z nami na zawsze. Wspólnie z innymi artystami wykonał „Tolerancję”. Utwór – przesłanie dla nas wszystkich. Słowa, które wybrzmiewają głęboko ludzkim humanitarnym wołaniem. Już nie zaśpiewał na koncercie…

21 sierpnia znaleziono jego ciało, niemal tuż przed wyjściem na sopocką scenę.😥


POWRÓT

Czekoladowo, drinkowo – całkiem przyjemnie 😀

1 września 2025

Dzieci lubią słodycze. Prawie zawsze i niemal wszystkie. W dzieciństwie lubiłam polskie krówki, toffi. Uwielbiałam landrynki w puszce, a szczególnie te, które były białe nieprzezroczyste i miały migdałowy smak. Uwielbiałam kukułki. Takie ciemno- brązowe cukierki z cieniutkimi białymi paseczkami. O ostrym smaku, jakby z „ alkoholem”. Były pyszne malagi, kasztanki i chrupanka krakowska.

Potem nastała era braku wszystkiego, czyli dobrych słodyczy też. Czekolady nazywano zastępczo – czekoladowymi wyrobami, a smak miały… mydła.

Wtedy już wyjeżdżaliśmy na „ pracujące wakacje” do krajów zachodnich i przywoziliśmy dobre niemieckie czy holenderskie słodycze. 

Dziś też je lubimy…

Nigdy nie było tak, byśmy nie mieli słodyczy. Niestety – jedliśmy za dużo, by nasze zęby były w porządku, a za mało, by wiedzieć jakie dobre i różnorodne mogą być słodkości. 

Za to w moim rodzinnym domu nigdy nie brakowało ciast pieczonych przez Mamę, a potem już w naszym domu piekłam coś w każdą sobotę. Najlepsze były ciasta „ sezonowe” – jak wiosna, to drożdżowe z jagodami, półkruchy placek z truskawkami albo rabarbarem. W lecie- biszkopty z owocami i galaretką na wierzchu, a w jesieni jabłeczniki, ciasta ze śliwkami. Wszystko proste, szybkie i łatwe. A może tak mi się wtedy wydawało…

Ciasto kupione w sklepie to był obciach. No chyba, że to były ciastka takie jak ptysie, kremówki, napoleonki i bajaderki. Tego się w domu nie piekło. Może – bardzo rzadko. Zima obfitowała w tradycyjne wypieki świąteczne – babki drożdżowe, pierniki, drobne ciasteczka. 

Nikt z nas nie patrzył na ilość, na ich wartość kaloryczną. Nikt nie mierzył obsesyjnie bioder ani obwodu brzucha. Jedliśmy słodycze, piliśmy kawę z cukrem. Wszystko. Proste i pyszne. Choć nie takie ładne jak dzisiaj. Kawa z serduszkiem z piankowego mleka.. Nie miałam pojęcia, że takie coś można zrobić. 

Kiedy zaczęły się w mojej głowie pojawiać kalkulacje słodyczowe? O, nie żebym przestała lubić słodkie albo – nie daj Boże – jeść je! Zmieniły się jednak preferencje i proporcje. 

Wybrane – najlepsze! – te które pieką moje koleżanki i te restauracyjne – też pyszne!

Ciasta skończyłam piec, gdy zamieszkałam w Houston. W tutejszych sklepach zobaczyłam wybór gotowych i naprawdę dobrych słodyczy. To był powód, który całkowicie mnie rozleniwił i zwolnił z domowego pieczenia. No, może nie do końca to prawda, wciąż piekę kilka przysmaków tradycyjnych jak np. mazurki wielkanocne. 

Niemal zawsze, po dobrym i obfitym obiedzie w restauracji zamawiamy deser. Ale nikogo nie dziwi, że prosimy o  jeden deser i łyżeczki, a lepiej widelczyki dla paru osób. Desery są duże i bogate w kompozycje słodkich smaków, już dawno przestały być porcją na jedną osobę.

Nie zaprzeczam, że moje koleżanki potrafią upiec ciasta o wyjątkowych smakach i żaden wyrób sklepowy ich nie pokona. Torty bezowe, orzechowe, przekładańce i inne cuda – w smaku i wyglądzie są nie do pobicia! 

Te czekolady lubimy!

Nie jest tajemnicą, że wraz z latami zmieniają nam się smaki i obyczaje. Na przykład mój mąż od niedawna wpadł w manię niemal codziennego zjadania lodów. I wszystkie mu smakują! Ja – chociaż „przetestowałam” wiele rodzajów i smaków… mam tylko jeden rodzaj lodów, które mi odpowiada i to nie za często.

 Za to w czekoladach mogę wybierać dużo dużo więcej. Nie lubię bardzo gorzkich czekolad. Lubię za to różnorodność w smakach. I absolutnie uważam, że jeśli mam brandy (Metaxę!) w kieliszku, to kawałek dobrej czekolady jest konieczny! 

Jeden z mocktailów mojego męża.

No i tak się zaczyna każdy (prawie…) nasz relaksowy wieczór – kolejna pogaduszka, kolejny serial i dobre smakowite dodatki. Mój mąż – za co go podziwiam – raczy się „alkoholami bezalkoholowymi”. Są całkiem dobre, pod warunkiem, że są rodzajem alkoholu „des-alkoholizowanego” . To metoda od-preparowania z napoju alkoholowego „ procentów”. W przeciwieństwie do produkowania napoju, który jest np. z założenia winem bezalkoholowym.  Te pierwsze mają smak dużo lepszy. A poziom alkoholu zero. Szampan ma wciąż bąbelki, a nie jest tylko soczkiem… Dla ludzi, którzy nie piją alkoholu, a często znajdują się wśród przyjaciół i znajomych w czasie imprez towarzyskich – jest to dobre rozwiązanie, które nie naraża na pytania, dociekania i co gorsze – namawiania na kieliszek winka czy porcyjkę whisky.. 

No i tak – niechcąco albo podświadomie znalazłam się w temacie drinków.. 

W tym przedmiocie postrzegam siebie jako osobę poprawną „alkoholowo”. Nigdy nie usiłowałam uciekać od tego, co mi smakuje, na co mam ochotę. Najważniejsze dla mnie jest, że życie, a może i genetyka wyposażyły mnie w taki luksus jak “czerwona lampka” w głowie. Mruga ostrzegawczo, gdybym chciała (nie daj Boże!) naruszyć granicę rozsądku i przyzwoitości w ilości napojów alkoholowych😅. Nie wiem jak to się dzieje i jak mózg w tej „przegródce” działa, ale ja nie lubię przekraczać mojej granicy. Chyba sam Pan Bóg zainstalował mi taką miarkę! Nie lubiłam i nie lubię poczuć (jak to mówiła jedna z moich dawnych – już nieżyjąca – koleżanek), że mam “helikopter” w głowie.

Nie będę kłamać, że nigdy nie zdarzyło mi się być „pod wpływem” i nie zdążyć „złapać” czerwonego ostrzegawczego światełka w głowie. Było tak parę razy, ale to były dawne czasy i dawne grzechy młodości. Bolało. Mnie bolało tak nieprzyjemnie, że złe samopoczucie zagnieździło się mocno we wspomnieniach, iż już w późniejszym wieku się nie powtórzyło. 

Może dlatego mogę napić się winka, metaxy, ginu z tonikiem i czasem mieszanego drinka, bo mam zaufanie do mojej „czerwonej latarni” w głowie. 

Może to genetyczne zjawisko😀, może powinnam być wdzięczna za to mojej Mamie, bo ona, jeśli dobrze pamiętam – działała podobnie. 

Żal mi ludzi z problemami alkoholizmu, których chyba nie do końca umiem zrozumieć. Przecież teoretycznie wiem, że tak działają wszystkie inne uzależnienia – różnego rodzaju obsesje, anoreksja, bulimia i podobne…  Tak naprawdę wszystko zależy od nas samych. Inni tylko mogą wskazać szansę, drogę do właściwych decyzji. 

Szczerze – święta nie jestem, problemów mam dużo. Nauczyłam się, że nie należy nikogo potępiać ani prawić mu morałów. Dziś wiem – że w pewnym wieku trzeba brać ludzi takimi jacy są! Możemy tego nie lubić, ale na siłę nikogo nie zmienimy. Chyba, że ta osoba sama chce zmian. Wtedy – bądźmy otwarci!! 

 Zdarzyło mi się w wielu momentach życia być w ciekawych barach, restauracjach, na przyjęciach – widziałam wiele, choć pewnie inni jeszcze dużo dużo więcej… Fajną przygodą w ostatnich dniach naszego czerwcowego pobytu w Durango było drinkowo – literackie doświadczenie. 

Za chwilę .. otworzą się drzwi „barowej” biblioteki…

Zakład FRYZJERSKI – zwyczajne miejsce dla zwyczajnego klienta. Po prostu wchodzisz, bo może chcesz zmienić swoją fryzurę albo skrócić długie włosy. Pytasz, tak od niechcenia… podajesz hasło (nie, nie tajemnicze, żadne zakazane!) i pan „ fryzjer” odsuwa jedną półkę „biblioteki”… a moim oczom ukazuje się nastrojowe wnętrze: plakat z okładek książek znanych pisarzy, skórzane fotele, małe stoliki a na nich malutkie lampy.

Na ścianie – okładki powieści i nowel sławnych literatów

Dyskretna relaksująca muzyka i dwa bary świetnie zaopatrzone. Pan fryzjer (ach, może trzeba było skorzystać też z jego zawodowych usług! 😄) prowadzi nas do dwuosobowego stolika. I zostawia nas. Rozglądam się „po świecie” literatury i dobrych alkoholów – w nastroju, który ogarnia mnie wokół… Włączam telefoniczne QR code menu i sprawdzam, co nam to miejsce oferuje… Drinki o nazwach zaczerpniętych z powieści i opowiadań najlepszych i znanych autorów – Faulkner, Hemingway, Steinbeck… 

A do tego dopasowana, zestawiona kombinacja – drink, który w czyjejś wyobraźni wpisuje się do literackiego pierwowzoru.

Młodziutka barmanka (nie kelnerka) pyta, doradza. Są nawet mocktaile – drinki des-alkoholizowane. 

Nie wiemy, co naprawdę dostajemy. Na ile kombinacje elementów drinka będą nam pasowały. W tych napojach nie ma nic tradycyjnego, zestaw elementów jest czyimś pomysłem i wyobraźnią zestawionym z literaturą. 

Że co? Że drink nie może współgrać z powieścią, nowelą, wierszem!? Ależ może – jak najbardziej!! Nam się to bardzo podobało. Urzekła nas atmosfera baru za zamkniętymi drzwiami biblioteki „u fryzjera”. 

Drinki (wypiłam dwa różne) były dobre, choć nie umiałabym rozróżnić, co w nich było. Ale na szczęście były ich opisy w menu. 

Barów na świecie jest nieskończona ilość. Wszystkie serwują alkohol dla klientów. Ale to, jak bar wygląda, w jaki sposób chce swojego klienta przyciągnąć i zaoferować mu coś niezwykłego w “zwykłym barze”, to już “wyższa szkoła” – wyobraźni, pomysłów, jakości alkoholi, sposobu ich podania. Elegancki, a jeszcze lepiej niezwykły BAR to jest COŚ!

Słowo bar kiedyś nie miało dobrej reputacji. Kojarzyło się raczej z miejscem nieciekawej klienteli, beznadziejnego piwska i setek wódki, zazwyczaj byle jakiego gatunku. 

Dziś bar może być ciekawym miejscem spotkań, dobrej randki i smacznych trunków. Nie musi kojarzyć się brzydkim obrazkiem zapijaczonego towarzystwa.  

Nie byłam i nie jestem częstą bywalczynią drogich barów. Kiedyś nie miałam na to pieniędzy, częściej spotkania “barowe” miały charakter domowy. Dziś nie korzystamy z takich miejsc, bo po prostu są dla nas za głośne, a my pewnie za starzy 🤣. Ale lubię od czasu do czasu zaglądnąć do takich ciekawych zakamarków.  Dla zmiany nastroju i atmosfery, także by spotkać przypadkowych ludzi. Zasmakować czegoś, czego jeszcze nie piłam albo to, co lubię. 

Moje nastawienie do barów już dawno się zmieniło. To po prostu jeszcze jedna forma towarzyskiej rozrywki. 

Dobre czerwone wino jest najlepsze, czasem kieliszek brandy albo szampana. Bywa, że mam ochotę na mieszany drink. Nie za słodki, choć tak lubię słodycze… Lubię gin&tonic i polski “krupnik”. I tu aż wyrywa się z mojej głowy, by zacytować piosenkę „Nalej mi wina” zaśpiewaną przez Irenę Santor podczas benefisu Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza w Toruniu – w grudniu 2015 roku. Pani Irena ma dziś już 90 lat i ma sie wciąż dobrze. Ileż skromności, klasy i optymizmu i pięknego głosu w jednej kobiecie!!

 Wódka i whisky to nie moja działka smakowa! (sorry – wiem, że ten drugi to bardzo szlachetny trunek i ma mnóstwo zwolenników). Mnie akurat whisky nie smakuje. Bardzo rzadko piję piwo (tylko wtedy, gdy jest wielki upał i tylko ciemne). Nie przepadam za tequilą i rumem. 

Smaki są ważne! Ale jeszcze ważniejsze jest, by nie „utonąć” w barowej atmosferze i zagubić się w zbyt dużej ilości alkoholu.

W moim wieku każdy powinien już znać swoją miarkę, wiedzieć, co naprawdę lubi i czego chce. Takie proste, prawda???!!! 

Lubię dobre słodycze i kieliszek  dobrego alkoholu degustowany z bliską osobą. I lubię dużo więcej rzeczy – ale o tych innych dziś… szaaa 

*******************************

I jeszcze dołączam piosenkę o czekoladzie (a właściwie „słodkiej kobiecie”) i marzeniach pt. „Bombonierka”. Chyba nie jest zbyt znana, za to we wspólnym wykonaniu Basi Stępniak- Wilk i Grzegorza Turnaua brzmi bardzo miło. Dla wszystkich, którzy lubią słodkości, i do drinka😅


POWRÓT

Wsiąść do pociągu byle jakiego…

16 sierpnia 2025

Krakowskie tramwaje – stare i nowe. Niebieskie i czerwone..

Właściwie to nie lubię pociągów… Dość wcześnie jak na czasy, w których się urodziłam, w mojej rodzinie mieliśmy samochód. W porównaniu do dzisiaj ulice były puste,  wszędzie chodziliśmy na własnych nogach, czasem jeździliśmy czerwonym albo niebieskim tramwajem.  Nikt nie lubił ulic ze zbyt głośno dzwoniącym odgłosem… tramwajów. Tak bardzo przeszkadzały, że ledwo dało się prowadzić rozmowy. Autobusy, stare i nowe dojeżdżały do każdego małego miasteczka, a nawet do wsi. Jakoś podróżowaliśmy. 

Pociąg – ha, to już była zazwyczaj dłuższa podróż. Nie było łatwo złapać miejsce siedzące, zwłaszcza gdy wybieraliśmy się na całonocną wyprawę do Gdańska czy Warszawy. Wtedy jeszcze nie było tzw. miejscówek. Kto pierwszy dopadł miejsce siedzące, ten był wybrańcem i nie musiał przestać w korytarzu długich godzin podróży. 

Zdobycie takiego miejsca przywodzi mi w pamięci obraz dużej akcji rodzinnej. Tata wskakiwał do powoli zatrzymującego się na peronie wagonu, dopadał (albo nie…) miejsce lub dwa i zaraz potem Mama podnosiła mnie do okna, z którego tata wystawiał głowę krzycząc “tutaj, tutaj jestem!”. Albo zwycięsko – MAM!! 

Dopiero potem podawano walizki i inne bagaże. A na końcu przepychała się do nas  przez tłumy w korytarzu Mama. Jeśli jechaliśmy bez taty, to musiał jeszcze zdążyć przebić się z powrotem i wyskoczyć z wagonu na peron.  

Z czasem pojawiły się pociągi z tak zwanymi miejscówkami do biletu, które były wymagane jako zapewnienie miejsca siedzącego. Ale długo nie było nas na to stać. 

Inna historia, to pociągi podmiejskie kursujące na bliskich odległościach. Było ich dużo, wjeżdżały w Krakowie na inne perony niż te “dalekobieżne” (tak właśnie się nazywały…).  Wielu ludzi codziennie dojeżdżało do pracy pociągami i większość chwaliła to sobie, bardziej niż transport autobusowy. 

Miałam to szczęście w życiu, że mieszkałam w centrum Krakowa, do szkoły i nawet na początku na Uniwersytet Jagielloński mogłam dojść piechotą. Wszystko było w zakresie kilkunastu czy kilkudziesięciu minut dobrego spacerku.  Zawsze podziwiałam koleżanki i kolegów, którzy codziennie dojeżdżali do szkoły.   

W moim życiu, oprócz kilku podróży do Gdańska, tak naprawdę pociągi zjawiły się, kiedy zaczęłam jeździć na niedzielne wycieczki z harcerzami. Pobliskie miejscowości wokół Krakowa były popularne na wyprawy harcerskie i dojazd pociągami był zdecydowanie wygodniejszy i łatwiejszy niż autobusowy. 

Pamiętacie, tak jeździliśmy! Pociąg do Bieszczad. (znalezione w sieci)

Z czasów szkolnych pamiętam wycieczkę w Bieszczady. Długa noc w pociągu na drewnianych ławkach, w czasie której nie zmrużyliśmy oka, bo było zabawnie i wesoło. W Bieszczadach – nawet nie pamiętam, do jakiej stacji końcowej dojechaliśmy, czekaliśmy pół dnia na kolejny pociąg. To już była jakaś kolejka złożona z kilku wagonów, bez zamykanych okien. Chyba nawet były jakieś wagoniki- platformy.. Podróży do Krakowa już wcale nie pamiętam.. Może po prostu już bardzo zmęczeni spaliśmy w drodze powrotnej. 

Zapamiętałam jeszcze jedną ważną dla mnie podróż pociągiem. Był rok 1971, właśnie otwarto granicę z NRD i można było po raz pierwszy swobodnie tam pojechać pociągiem. Wybraliśmy się z moim chłopakiem (przyszłym mężem i wciąż mężem) na wakacyjny wyskok do Berlina. Głównie po to, by kupić tam ładne kaski pasujące do skutera OSA, którego świeżym posiadaczem był mój chłopak. Zdaje się, że kasków wtedy nie kupiliśmy, ale po całej nocy w podroży przełaziliśmy Berlin wzdłuż i wszerz. Z dużymi i ciężkimi plecakami, namiotem na plecaku i kocami zrolowanymi bardzo “profesjonalnie” – po harcersku. 

Byliśmy tak zmęczeni, że późną nocą rozłożyliśmy namiot na skrawku zielonej trawy.  A rano – chyba bardzo wcześnie rano! – obudził nas głośny dźwięk jadącego po szynach tramwaju. Okazało się, że rozbiliśmy namiot na samym środku pętli tramwajowej…  W jednym momencie zebraliśmy nasze lokum i niemal biegiem powędrowaliśmy z powrotem do centrum miasta. Być może udało nam się skorzystać z któregoś tamtejszego tramwaju. 😀  

Późnym wieczorem wsiedliśmy do kolejnego pociągu, ale na najbliższej stacji polskiej wysiedliśmy i dalej już, w stronę Świnoujścia i Bałtyku, bo taki był plan wakacyjny, podróżowaliśmy autostopem.  Był to wtedy bardzo popularny (i jakoś bezpieczny!) sposób na tanie podróże dla młodych ludzi. 

W 2003 roku już z Houston wybraliśmy się na wycieczkę do Japonii. Samolotem dolecieliśmy do Tokio. Sami opracowaliśmy sobie program zwiedzania, obszerny i interesujący. Wielką atrakcją była i zapewne wciąż jest, kolej podziemna. Tamtejsze Metro to fantastycznie zorganizowana sieć pociągów miejskich! Nie jest to odosobnione zjawisko na świecie, wiele miast ma doskonałe połączenia pociągowe podziemne i naziemne.

Jak przystało na znaną i niepodważalną opinię o organizacji, punktualności, czystości i skrupulatności Japończyków, Metro w Tokio jest zorganizowane znakomicie! Wystarczyło (przynajmniej mojemu mężowi) dwa dni buszowania w podziemiach,  by zorientować się w pozornie wielce skomplikowanym systemie wielokolorowych linii, “pokręconych” węzłów i przesiadek, łagodnych zmian pociągów. Informacja w języku japońskim i angielskim bardzo czytelna, oznakowania doskonałe! Gdziekolwiek chcieliśmy się dostać, pociąg podziemny zawoził nas bez problemów. 

W tym systemie jest też miejsce na pociągi zabierające pasażerów “nieco dalej”.  Jedną z wycieczek, na którą udaliśmy się pociągiem Shinkansen, była wyprawa do najstarszej stolicy Japonii – Kioto (Kyoto). Było to niesamowite przeżycie. 

W tamtym momencie życia, dla nas był to szok ! – szok nowoczesności, szybkości, standardu i elegancji. Wystarczy powiedzieć, że czas jazdy tym pociągiem na długości 500 km wynosił 2 godziny 17 minut. Wagony miały eleganckie wygodne siedzenia, wszystkie ze stolikami przystosowanymi do pracy na komputerze, bowiem tym pociągiem setki ludzi przemieszczało się na tej trasie (w sumie trzy przystanki) codziennie do pracy. Tam i z powrotem… 

Metro w Szanghaju

W trakcie podróży przez wagony przechodziła pani Japonka ubrana w ładne tradycyjne kimono, przed nią jechał zgrabny “barek” z kawą, herbatą i różnymi mini dodatkami, słodkimi i nie tylko. Pani wchodząc do wagonu za każdym razem pięknie się kłaniała i znów jeszcze raz – opuszczając wagon. W tle leciała cicha bardzo przyjemna, relaksująca muzyka. Nie przeszkadzała ani w pracy, ani tym, którzy drzemali i odpoczywali. 

Czysto! Ciepło, świeżo i pachnąco!  Przez cały czas podróży na ścianie komputer przekazywał położenie pociągu, czas i szybkość. Byłam zachwycona! Tego doświadczenia nie zapomnę nigdy!

To ledwo uchwycona informacja w czasie jazdy pociągu na lotnisko

Trzy lata później podróżując po Chinach, doznałam podobnych emocji, kiedy już tuż przed powrotem do Stanów, przemieszczaliśmy się pociągiem w Szanghaju, z miasta na lotnisko. Pociąg nie miał kierowcy – Człowieka, pędził jak szalony, trudno było patrzeć się w boczne okno.. Obraz uciekał jak na mocno przyspieszonym filmie. Linia Maglev łączy stację w centrum miasta ze stacją Pudong International Airport. Szybkość jazdy pociągu.. – sami zobaczcie na zachowanym, ale autentycznym zdjęciu z 2006 roku.

Niestety – zdjęcie jest z internetu. W swoich zbiorach nie mam żadnego zdjęcia z tego lotniska.

Istnieje również połączenie kolejowe pomiędzy dwoma największymi lotniskami w Szanghaju, trasa liczy 68 km i pociąg pokonuje ją w 40 minut. Ale nie jestem pewna czy w czasie, kiedy my tam byliśmy to połączenie już działało…

Po raz pierwszy w życiu z transportem podziemnego Metra spotkałam się chyba w Moskwie na początku lat 80-tych, gdy pojechałam (też pociągiem!) w odwiedziny do mojego męża. Przebywał tam zbierając materiały do swoich prac naukowych. Trzeba powiedzieć, że rozwiązania architektoniczne, a zwłaszcza piękne i niesamowite stacje, z których każda była (jest?) niepowtarzalna, zrobiły na mnie szokujące wrażenie. Do niektórych stacji zjazd w dół stromymi (!!) schodami był bardzo długi. Kopuła sufitu tuż nad głową sprawiała wrażenie klaustrofobiczne.. 

Moskwa – nie ma dwóch jednakowych stacji!! A każda jest dziełem sztuki!

Najpiękniejsze Metro just w Szanghaju, najstarsze w Londynie, ale moskiewskie to niekwestionowany majstersztyk i dzieło sztuki. Można je oglądać jak najpiękniejsze obiekty muzealne. Choć to wzorcowy przykład architektury z czasów socrealizmu, są tak bogate w mozaiki, marmury, złocenia, żyrandole, że zapierają dech w piersiach. I tak je zapamiętałam z tamtej bardzo dawnej podróży

Tu w Stanach właściwie nie mam sposobności korzystania z pociągu. Chyba zdarzyło mi się znaleźć w Metrze w Nowym Jorku czy pewnie jeszcze gdzieś. 

Pociąg nie znajduje się na mojej liście transportu, choc zdarzało mi się z niego korzystać (np. kilka lat temu pociąg Szczecin- Gdańsk). Ale nie wspominam go miło. Wysiadło chłodzenie a było bardzo gorąco, co do czystości i wygody można było mieć duże zastrzeżenia itd). Przez lata i dziesiątki podróży korzystamy z samochodów. Są tak potrzebne jak codzienna zużyta para butów.  

Innym wygodnym sposobem podróżowania są samoloty. Już pisałam kiedyś o tym, jak bardzo je lubię. 🙂

Dlaczego więc tak długo i natarczywie ciągnie się za mną tytuł/cytat bardzo popularnego przeboju Maryli Rodowicz z 1978 roku – “Wsiąść do pociągu.. .“? Bo ta piosenka mówi nie tyle o pociągach, co o marzeniu wolności podróżowania. Zatraceniu się w przestrzeni bez konieczności uważania na konwenanse, oderwanie się od drobnych niewygodnych spraw, złej pogody, podłych nastrojów. Kamyk zielony to symbol naszych marzeń, które w tej beztroskiej podróży możemy zrealizować. Ściskamy go w ręce przez całe życie. Czasem tylko wpada nam gdzieś na dno kieszeni, albo na chwilę odkładamy go do zamkniętego pudełeczka. 

Usiąść w wagonie przy oknie, zapatrzeć się w mijające szybko obrazy, nie myśleć o uwierających nas drobiazgach życia codziennego. Uciec daleko, bez planu, bez wiedzy co nas czeka gdzieś daleko w nieznanym miejscu. Uciec, zapomnieć na chwilę o wrogach, o długach, rachunkach, o zrobieniu czegoś, co miałam zrobić wczoraj… Nawet o przyjaciołach.. Zapomnieć o czasie płynącym bezlitośnie, o terminach w kalendarzach, obowiązkach.  O wygodach życia, które mam, ale których nie zawsze potrzebuję.  

Zamknąć oczy i dać sie porwać myślom, że nic więcej mi w tej chwili wolności i marzeń nie potrzeba.  Nie obchodzą mnie brudy polityki, religie, które nie zawsze niosą miłość i dobro ani choroby i nieszczęścia.. 

Ile to razy w życiu takie odczucia mnie dopadały? Czy uwolniłam się od takich chwil i marzeń? Nie! Choć starzenie się i wygodnictwo coraz bardziej daje o sobie znać – zielony kamyk przypomina… Ucieknę dziś na chwilę – pociągiem wspomnień i marzeń. Zapomnę o wszystkim, co trudne i zwyczajne. Pomknę w nieznane pociągiem byle jakim. To będzie tylko mój pociąg. 

Przez kolejną piękną chwilę zapomnę o bagażu życiowym i o tym, że nie mam biletu “na zawsze” na TEN pociąg. To będzie krótka podróż, ale z podmuchem wolności i radości. 

Każdy z nas potrzebuje takich chwil. 

Jeśli uświadomimy sobie, że piosenka powstała pod koniec lat 70-tych XX stulecia, łatwo jest znaleźć w niej pragnienia tamtego młodego pokolenia. Lata 80-te to coraz większa świadomość społeczna o potrzebie wolności, o ucieczce od ograniczeń i trudności życia w Polsce tamtych lat. Jeśli dodam, ze muzykę napisał Seweryn Krajewski, a słowa Agnieszka Osiecka, to mamy już manifest pokoleniowy.  Tak przekonywujący i tak wzruszający, że do dzisiaj wszyscy go znamy i chętnie słuchamy. 

Niedawno zakończył się Festiwal w Operze Leśnej w Sopocie, 2025. Końcową częścią był koncert „Krajewski by Krajewski” poświęcony twórczości Seweryna Krajewskiego. Aranżacją i dyrygenturą zajął się jego syn, Sebastian. Ten niesamowity koncert nie mógłby być tak wzruszający, gdyby nie wystąpiła w nim (razem z wieloma innymi znanymi i lubianymi artystami) MARYLA RODOWICZ. 

Niezapomniany duet Seweryn- Maryla szedł razem przez muzyczne życie polskiej sceny estradowej dziesiątki lat.  Rzadko zdarza się tak dobrane “małżeństwo” – artystycznie i scenicznie! 

Artystka, choć już dziś zbliża się do 80-ki, tryska energią, nadal zaskakuje niesamowitymi kostiumami i głosem, który rozpoznawalny jest od ponad 60 lat. 

Niektóre piosenki nie starzeją się!  Mają w sobie moc słowa, ciepło melodii, charyzmę i energię ich wykonawczyni. Nie da się ich zapomnieć, żyją już z kilkoma pokoleniami. 

 Dla mnie to właśnie “zielony kamień” sprawia, że wciąż jesteśmy w podróży z piosenki “REMEDIUM” (mniej znany tytuł).

*******************************

Na dokładkę – kilkuminutowa migawka (prosto z TV) nagrana w czasie koncertu „Krajewski by Krajewski” będącym hołdem dla twórczości legendarnego Seweryna Krajewskiego… Nowe aranżacje starych niezapomnianych piosenek w wykonaniu artystów młodego pokolenia i dawnych przyjaciół S. Krajewskiego. Oto fragment finałowej piosenki – „Wsiąść do pociągu…” w wykonaniu Maryli Rodowicz (po 47 latach!) wspólnie z całą festiwalową publicznością.

Są przeboje i artyści, których kocha się niezależnie od mijającego czasu…

                    


POWRÓT

Czekanie czy oczekiwanie? Serca poszarpane…

1 sierpnia 2025 

Życie człowieka jest wielkim czekaniem. Czekanie to ciekawość, co będzie jutro i za rok. Czekanie to marzenia i pragnienia. Także –  strach i bezradność.  

Jak inaczej i najprościej nazwać zwykłe ludzkie uczucia? 

To, co wydarza się dziś i teraz, jutro już będzie historią. Nikt nie wie, co nam przyniesie jutro. A jednak wciąż czekamy. I z niecierpliwością snujemy plany, wymyślamy, kreujemy obraz naszych oczekiwań. Albo trzęsiemy się jak osika w jesieni, bo wizja różnych przemyśleń nas przeraża. Boimy się nadejścia krytycznej godziny i prawie zawsze marzymy, by jutro było lepiej.

Banalne. Każdy tak ma. Mniej czy bardziej intensywnie. Zależy od splotu wydarzeń, od naszej własnej emocjonalności, wyobraźni i empatii. 

Coś jednak sprawia, że nasze “czekania” są tak bardzo różne. 

Gdy byłam małą dziewczynką, podobnie jak wiele innych dzieci, czekałam na przyjście Mikołaja i Święta Bożego Narodzenia. Potem na przyjście wiosny, a jeszcze później na koniec roku szkolnego i wakacje. 

Czekałam na zbliżającą się (strasznie powoli) godzinę 6 po południu, kiedy ktoś czekał na mnie pod pomnikiem “Adasia” na Krakowskim Rynku. Dzień wydłużał się niemiłosiernie, wskazówki zegara prawie stały w miejscu. 

Kilka lat później był jeszcze miesiąc do ślubu. Czekałam. Pewnego dnia już tylko tydzień do daty porodu. Zawsze coś. 

Aż przychodzi dzień w życiu, gdy już nie bardzo chcemy czekać “na jutro”.  Może można by tak, z powrotem?  Powoli, krok za krokiem, do tyłu?..

Nie, nie można..

W  gramatycznym rozumieniu “czekać” można na wszystko: na kogoś, na coś. Słowo “czekanie” wymaga użycia przyimka – na, pod, obok, przy… Możemy tak określać miejsce, osobę, rzecz. 

“Oczekiwanie”  brzmi bardziej formalnie. W moim odczuciu – oczekiwanie – to proces czekania na coś co znam, co wiem, że się wydarzy, że nastąpi w najbliższym określonym czasie. Niezależnie czy to oczekiwane wydarzenie ma nastąpić jutro, czy za pół roku. 

Każda nasza godzina życia jest wypełniona. I nieważne czy jest świadomie zaplanowana czy nie – toczy się. Do przodu. 

Nikt z nas nie czeka na zły moment, na tragedię życiową. Czekamy w różnym sensie i na różne sposoby. Nawet kiedy jest trudno i smutno, wciąż liczymy, że jutro będzie lepiej…    

Jak więc przeżyć nieoczekiwaną tragedię. Tak wielką i tak nieprzewidywalną, że umysł ludzki nie potrafi jej ogarnąć, a co dopiero serce.

W chwili, gdy to piszę, minął dopiero tydzień od tragicznej nocy powodziowej w południowo – centralnej części Texasu. Piękne zielone tereny nad rzeką Guadalupe. Wymarzone ciche miejsce, zachęcające do odpoczynku, relaksu. Ulubione przez Teksańczyków na weekendowy wypoczynek, z dala od zgiełku wielkich miast jak Houston Dallas czy Austin.  

Właśnie tam, od stu lat organizuje się wakacyjny odpoczynek dla dzieci i młodzieży. “Camp Mystic”, prywatny letni obóz dla dziewcząt, jest jedną z części wielkiego bezwyznaniowego – chrześcijańskiego obozowiska rozciągającego się niemal w całym Hill Country w Teksasie. Wspaniałe miejsce, gdzie jeszcze niedawno uczestnikami obozu „Mystic Camp” było około 750 dziewczynek w wieku 7-17 lat, 108 opiekunów i dodatkowo wolontariuszy i pomocników przy różnych rodzajach prac. To fantastycznie wyposażony teren, gdzie dzieci i młodzież mogą nauczyć się wszystkiego – sportów letnich, jazdy konnej, wszelkiego rodzaju robótek artystycznych, muzyki, śpiewania, pływania… „Raj” – by wakacje tam spędzane na zawsze pamiętać.

Najbliżej rzeki Guadalupe położone były domki, w których umieszczono najmłodsze grupy  dziewczynek. Nie był to pierwszy raz. Organizacja i lokalizacja całego obozu dla wszystkich grup wiekowych zajmuje olbrzymi obszar, w różnych częściach tego “kawałka ziemi”. 

Dzieci przyjeżdżają tam nie tylko z Teksasu. Obóz jest drogi, ekskluzywny,  ale warto choć raz wyprawić tam swoje pociechy. 

Znam osobiście rodzinę, która przez wiele lat wysyłała tam swoje dzieci. Nasz wnuk jest najmłodszym uczestnikiem tych wakacji w ich rodzinie. Ma prawie 13 lat. Od kilku lat, każdego roku, przebywa na dwutygodniowym turnusie. Podobnie – jak wcześniej jego Mama, jej starsze siostry, bracia, kuzyni i rodzice. 

Turnus, na który miał pojechać, rozpoczynał się dwa tygodnie po tragicznych wydarzeniach…

Przemknęło mi przez myśl… a gdyby był tam kilka tygodni wcześniej? I natychmiast zawstydziłam się… Nie o nim, nie o mnie powinnam teraz myśleć… 

Obóz – od wielu dziesiątek lat ma swoje zasady. Wiek dziecka, organizację grup, rodzaje zajęć. Wszystko przemyślane, do najmniejszego szczegółu. Nie ma zabawy z telefonem, jest przyroda i radość wspólnej zabawy. Relacje między dziećmi, przyjaźnie. Ci, którzy przez wiele lat byli uczestnikami obozu, gdy osiągają wiek, który wyklucza ich z obozu jako uczestników, często zgłaszają się do pracy/pomocy jako pomocnicy i opiekunowie. Wydaje się, że nic nie może może zakłócić takiej sielanki…

Obóz harcerski i kolonia zuchowa w Powroźniku. Nic nie zapowiadało zbliżającej się powodzi…

Takie wakacje są mi bardzo bliskie. W młodości przez lata podobnie spędzałam wakacyjny czas – na koloniach zuchowych, potem na obozach harcerskich. Najpierw jako szary uczestnik, a później przez wiele lat – jako instruktor (opiekun).  Daleko nam było do takich warunków i możliwości, jakie są dzisiaj i tutaj. Ale dawaliśmy z siebie wszystko, by dzieci i młodzież byli  zajęci, szczęśliwi. I każdego dnia uczyli się jak żyć mądrze, jak dawać sobie radę w trudnych sytuacjach, a przede wszystkim jak budować przyjaźń i więzi z rówieśnikami.  

W tych zasadach niewiele się od tamtych lat zmieniło. Niezależnie czy czasy są trudne czy dużo łatwiejsze, ile mamy pieniędzy – istotą i sensem takich miejsc są dzieci. Ich radość bycia z innymi, uczenie się przez zabawę. I oczywiście – bezpieczeństwo.

Pokolenia się zmieniają – dzieci dorastają – a przesłanie pozostaje takie same. 

Zapiski z kronik obozowych. Powroźnik 1972

Kiedyś w 1970 roku  – w czasie obozu w Bieszczadach  i dwa lata później,  w Powroźniku koło Krynicy Górskiej (1972) szczep “Harnasie” musiał zmierzyć się z  powodziami (nasze obozy niemal zawsze były usytuowane nad rzekami, jeziorami lub w pobliżu morza). 

Przeżyliśmy ewakuację, bo nasze namioty były kompletnie zalane. Przeżyliśmy grozę zwijania obozu w pośpiechu, w warunkach zimnego ulewnego deszczu, który padał i lał przez tydzień. Przetrwaliśmy dzięki pomocy leśniczych i dobrych ludzi, którzy pomogli nam, nakarmili, przygarnęli do swych domów. 

Wspomnienia – kronika obozowa, Bieszczady 1970 r.

Wszystko to pamiętam jako wielki strach, co naprawdę mogło się  jeszcze wydarzyć… Na miarę wyobraźni i wspomnień – pamiętam to jako koszmar.  

Rozmiar tamtych powodzi nie ma logicznego porównania do wielkości tego, co stało się zaledwie kilka dni temu w Teksasie.    Ale strach przed żywiołem i jego dewastującą siłą jest zawsze taki sam.

Przeżyłam w Houston już kilka powodzi, w tym huragan Rita, powódź Harvey. I inne. Nikt,  kto tutaj nie mieszka, nie może wyobrazić sobie, jak naprawdę może padać ULEWNY deszcz! 

Jak nagle wielka, betonowa autostrada może zamienić się w rzekę niosącą zalane do czubka dachu auta. Nie rzeka, która przekroczyła swoje koryto, tylko woda deszczowa, która w mgnieniu oka potrafi utworzyć “rzekę” na autostradzie.

Jaką siłę może mieć rzeka zmieniająca się nagle w brązową potężną wodnistą maź, która pociąga ze sobą wszystko, co na jej drodze. Widziałam łodzie ratownicze płynące zwykłymi ulicami osiedlowymi, które też nagle stały się rzekami. A w tych łodziach byli ludzie spieszący na ratunek tym, którym udało się wejść na dach, na drzewa, tracąc wszystko oprócz szans uratowania życia. 

Mieszkając już w Houston obserwowałam powódź “1000 -lecia” w Polsce, na Dolnym Śląsku, i we Wrocławiu. A także powódź w maju i czerwcu w 2010 r. 

I czułam to samo co kiedyś,  na obozach harcerskich i w czasie kataklizmu w Nowym Orleanie,  czy houstońskiej powodzi Harvey. Ten sam strach, ta sama bezsilność. Łzy i rozpadające się serce…

Kataklizmy zdarzają się i wciąż nas nawiedzają.  A za tym wszystkim kryją się ludzkie tragedie…

Nikt nie czeka na taki dzień. A jednak przychodzą. 

********************

Żyję wciąż wielkim smutku tego, co wydarzyło się ponad tydzień temu, tak „niedaleko” Houston. 

4 lipca 2025

Jedna noc, kilka burz i ulewny deszcz. I dzieci – dziewczynki, najmłodsza grupa tego wielkiego obozowiska. Brak prądu, brak Wi-Fi – jakiegokolwiek kontaktu. Noc, 4 lipca. Piękne amerykańskie święto… Ciemna noc, kiedy małe dzieci powinny spokojnie spać i wypoczywać. 

A potem już tylko coraz bardziej tragiczne wieści rozdzierające serca wszystkich – rodziców, dzieci, ekip ratunkowych. Ludzi, którzy całymi rodzinami właśnie wtedy wyjechali na wakacyjny odpoczynek nad rzekę Guadalupe.  Serca zamierające z rozpaczy, bo nie wiadomo, gdzie są ich pociechy, co naprawdę tam się dzieje… 

Nie ma żadnych wieści, nie można dojechać na miejsce obozu. Ludzie zbierają się w grupy, rozmawiają, mdleją z rozpaczy, albo tylko płaczą.  Czekają… Na wiadomości, na lepsze wieści, na szczęśliwy traf jutrzejszego dnia, następnej godziny…

Jestem matką. Jestem babcią. Mam tak samo rozdarte i zrozpaczone serce. Czuję całą sobą tragedię tych ludzi – ofiar i tych co przetrwali. Tych, których szczęśliwy traf uratował. I tych, których rzeka pokonała… 

Nie! Nie mogę czuć tego, co oni! Mogę tylko wysyłać im moje myśli, moją modlitwę, mój ogromny żal i współczucie, choć nie znam tych ludzi osobiście. Jestem bezsilna. Wobec natury, jej potężnej, nieposkromionej siły, która niszczy niewinne życia ludzkie. Wobec bólu tych, którym właśnie serce pęka. 

Rozmiar przeżywanych przez nich tragedii jest bezdenny. Ból nigdy się nie skończy. 

To tragedia zbiorowa, społeczna. Ale przede wszystkim – to pojedyncze rozszarpane zrozpaczone serca. I twarze małych dziewczynek, które już nigdy nie uśmiechną się, nie przyjadą na następne wakacje, by pojeździć konno i zaśpiewać wspólnie piosenki. 

Śmierć dzieci, tak bardzo przypadkowa i bezsensowna nie jest zrozumiała. Śmierć wielu innych ludzi – dorosłych, starszych i tych, którzy ratując innych także utonęli – równie niepojęta. 

NIE!!! Nikt z nich NIE czekał na taki dzień. A jednak nastąpił..

Nie moją rolą oceniać, czego można było uniknąć, a czego nie. W takich momentach nikt nie wie, co jest logiczne. Ludzie działają instynktownie i czasem nie jest to szczęśliwy wybór. A częściej po prostu – nie ma wyboru. 

Nie można zapomnieć o setkach ludzi przybyłych na pomoc, pracujących w niesamowicie trudnych warunkach i w wielkim niebezpieczeństwie, by ratować innych. By szukać wśród konarów drzew, zalanych domów, na dachach, w tak dziwnych nieprzewidzianych miejscach… –  wciąż żywych, choć wykończonych ludzi. Uratować jednego człowieka. Dziesiątki, setki… Za wszelką cenę. Niektórzy nawet za… cenę własnego życia. Nieznani bohaterowie, także ofiary powodzi. 

Ilu z nich uratowało ludzkie życie? Jedno życie. Każde bezcenne. Kochane przez kogoś innego. 

Ledwo uruchomione telefony… Ostatnie wiadomości – ”I love you” – ostatnie słowo życia.  

Niewyobrażalny ból i… miłość. Nikt nie czeka na taki moment.

******************************

Oczekuję na moją operację wymiany kolana. Za tydzień. Oczekuję, bo wiem, że musi nastąpić.  Czy się boję? Pewnie! Trochę… Chwilami bardzo. Boję się bólu, niechcianych powikłań. Wyobraźnia pracuje – w obie strony. 

Ale czymże jest ból fizyczny w morzu bólu serca? Ból mentalny jest po stokroć trudniejszy do poukładania go sobie w głowie. Nie kończy się nigdy. Będzie można z nim kiedyś żyć, ale po takiej stracie ból nigdy nas nie opuści. 

Nie będę – jak to zwykle robię w moich wpisach – szukać zdjęć i ilustrować tej powodzi. Ludzkich łez matek i ojców. Braci i sióstr. Obcych – zwykłych ludzi, którzy tak jak ja nie mogą sobie dać rady z tym doświadczeniem, choć mnie nikogo bliskiego powódź nie zabrała. 

Oczekuję – na operację, na ból z nią związany, na trudności w normalnym codziennym życiu przez najbliższe miesiące. Czekam na dni trudne – ale z nadzieją, że będę jeszcze normalnie chodzić. Pojadę na wakacje. Zobaczę jeszcze wiele pięknych zakątków i będę się cieszyć. 

 Aż nadejdzie dzień, którego nie oczekuję… 

*********************************

Czekanie może być radością i może być otchłanią rozpaczy.  Czekanie jest częścią życia. 

Ci, którzy stracili sens życia bez najbliższych niech uwierzą, że otrzymają w darze dzień pocieszenia i równowagi. Choć dziś to tylko moje – wydaje się – wytarte puste słowa – nadzieja umiera ostatnia. 

Trzeba wierzyć.

Dla wszystkich „poszarpanych i rozdartych” serc – piosenka w której słowa przywracają nadzieję. „Nie żegnaj mnie” – śpiewa Marek Nowak.

„Człowiek nie umiera, dopóki żyje w naszej pamięci „


POWRÓT

Kiedy sen nie nadchodzi…

17 lipca, 2025

O snach można bez końca. Odkąd istnieje świat, ludzie śnili. I nie mogli rozwiązać sensu snów. Tworzyli własne mity, interpretacje, domysły i wiarę.  

Ilu ludzi, tyle prób odczytania snów. A przecież śnimy co noc, tyle że większości snów nie zapamiętujemy. Albo pamiętamy je tuż po obudzeniu, a zaraz potem uciekają nam z pamięci w “siną dal”.

Można szukać symboliki, wierzyć w nią albo przeciwnie – próbować wyjaśnić na przekór. Wierzyć tak… jak nam wygodnie. Jeśli bardzo pragniemy, by sen się spełnił, będziemy szukać takiego potwierdzenia. Ale jeśli nas martwi, denerwuje – podświadomie uciekamy od negatywnych interpretacji. 

Indiański symbol – Łapacz złych i koszmarnych snów.

Choć wiedza naukowa na temat ludzkich snów jest już dzisiaj szeroka, to  mnie osobiście jej wiarygodność nie przekonuje. Dlatego w tym rozważaniu nie będzie o symbolice, domysłach, życzeniach i marzeniach sennych. Zostawiam to zainteresowanym do własnych rozmyślań. 

Mój senny a raczej bez-senny tekst ma być o moich doświadczeniach nocnych. O tym co dzieje się w mojej głowie, gdy nie mogę spać. I dlaczego nie mogę spać? Dlaczego zmęczona po całym dniu po prostu nie mogę usnąć. 

Nie jestem wyjątkiem! Insomnia (czyli po prostu bezsenność) jest chorobą. Przyczyn może być dużo i dotyka wielu ludzi niezależnie od wieku. Tyle, że nie jestem pewna, iż mój problem to tylko „medyczna” wersja insomnii. 

Każdy z nas ma w życiu “góry i doliny”. Dotyczy to zarówno wydarzeń, na które często nie mamy wpływu jak i konsekwencji mentalnych, emocjonalnych tych zdarzeń. Z upływem czasu nasza wytrzymałość na zwykłe codzienne “dzianie się” jest mniejsza a zmęczenie większe.  W konsekwencji problemy ze snem piętrzą się sięgając wszelkiego rodzaju zaburzeń.  

Brak snu – dla mnie koniecznie przynajmniej osiem godzin, (czego na pewno nie potrzebowałam w młodości) – objawia się w bardzo różny sposób. Nie znoszę wstawać bardzo wcześnie, choć oczywiście rozumiem doskonale, że czasem jest taka konieczność. Unikam tego kiedy tylko się da, ale nie można całkiem wyeliminować takich sytuacji. Po takim wstaniu o 4 -5 rano jestem cały dzień nieprzytomna. Nie pomagają próby dodatkowej drzemki w ciągu dnia. Mam takie „przerywniki”, gdy powieki zamykają się bezwiednie, nogi tracą grunt, a ja doznaję nagle ogromnego strachu, że coś się złego wydarzy..  

Czasem pomaga dodatkowa kąpiel pod  prysznicem, szybka kawa, towarzyskie rozmowy. Ale to tylko chwile – wzmacniacze. Mój umysł zamarza. A wraz z nim całe ciało. Czuję się źle, gubię się w logicznym myśleniu. Wreszcie udaje mi się dotrwać do wieczora, kiedy już można spać. I wtedy zaczyna się kolejna faza trudności… Nie potrafię położyć się do łóżka wcześniej. Mój biologiczny zegar pozwala mi na to około północy, a zazwyczaj kładę się spać po 24.00. Jeśli zdarza się inaczej – muszę być naprawdę chora, by mnie zmogło wcześniej. Moje “prywatne” osiem godzin snu musi zawierać się między 24.00 a 8 – 9 rano. 

Moje łóżko w sypialni jest szerokie, wygodne – niemal idealne

Jest takie popularne powiedzonko amerykańskie – “Everybody is different”.  Wiem, że według wielu badań i doświadczeń ludzi, faza  snu przed północą jest najbardziej wydajna. Widać jednak, nie dla wszystkich…

Kładę się spać na wygodnym szerokim łóżku. Często biorę pół tabletki na sen. Czasem – rzadko – całą. Układam się w najlepszej pozycji, jaką mogę sobie wygospodarować. Mała poduszka “jasiek” ma pomóc. Wałek pod kolano ma pomóc. Staram się wyciszyć. Już już wydaje mi się, że zapadam w ciszę własnych myśli…

Zegarowe światełka odmierzają godziny bez snu…

I zaczyna się koszmar. Wszystko zaczyna mi przeszkadzać! Swędzą ręce, nogi, każda zmiana pozycji po kilku minutach, ba, nawet sekundach jest niewygodna. Myśli zaczynają biegać, gonić jedna za drugą. Już nic nie jest spokojne. Na suficie mam czerwone liczby, odbicie czasu zegarka, które uświadamiają mi, że męczę się tak już drugą godzinę. Albo trzecią. 

Nasze osobiste „łapacze” złych snów. Mój jest niebieski, ale niezbyt dobrze wywiązuje się ze swojego „zadania”.

Wstaję – idę do łazienki. Wracam. Szklanka stoi na półce przy łóżku. Wypijam kilka, kilkanaście łyków wody. Mam ochotę wstać i chodzić po mieszkaniu. Ale nie chce mi się  wyjść spod kołdry.

I znów dziesiątki zmian pozycji. Przymykam oczy, myślę o dobrych chwilach, o pozytywnych rzeczach. Myślę, ale za minutę wciska mi się inny temat. Nie umiem upilnować swoich rozbieganych myśli. Są odporne na każdy mój sposób. Oczywiście “liczenie baranów” nie wchodzi w grę. To jeszcze bardziej pobudza złość, że nie mogę usnąć. 

Zamykam powieki. Widzę dziwne obrazy. Tylko kolory, żadnych konkretów. Kolory pływają. Zbliżają się do mnie i oddalają. Zmieniają kształty, rozszerzają się, uciekają w dal albo napierają na mnie. Zataczają koła, pulsują, znikają, by zrobić miejsce następnym ruchom figur i kolorów. Są zachwycające i straszne. Układają sie w rozpędzone chmury albo roztańczone koła. Zawsze są w ruchu! Ciepłe, ogarniające mnie… Albo są wielkim strachem, ktory zaraz mnie porwie, wchłonie w nieznaną przestrzeń..

Może powinnam w takich książkach poszperać?😂

Nie ma konkretnych, wyrazistych obrazów, są ruchy, kolory i czasem dźwięki. Trudno je opowiedzieć. Są tylko wrażenia – drgające we mnie i trudne do poukładania logiczne w słowa.

Czy ja śnię, czy to dzieje się w mojej przytomnej głowie? Nie wiem. Otwieram oczy i wydaje mi się, że nie śpię. Ale może to było wyłączenie świadomości? Może kręgi światła i kolorów to nie rzeczywistość? To tylko zjawisko pomiędzy świadomością a snem? Pół-sen… 

Sprawdzam czas. Minęło kilka minut. Albo – dużo więcej.  Zawieszenie. I nadal zmęczenie. Bo nie śpię. Czuwam nad obrazami. 

Znów wstaję z łóżka. Znów rundka do łazienki i do kuchni. Dom wydaje się pusty chociaż wiem, że nie jestem sama. Nie zaświecam światła. Tu i ówdzie przedziera się poświata małych lampek zainstalowanych na noc. Gdzieś u sąsiada zostawiono lampę na piętrze domu. Jej blask dociera do mojego pokoju.. 

Kolejny raz kładę się pod ciepłą kołdrę. Teraz już zasnę, oczy same się zamykają. Już prawie jestem w “objęciach Morfeusza” i nagle – jakieś twarze, przypomniane sprzed lat. Niepowiązane ze sobą ani logiką, ani czasem, ani miejscem, ale znam je. Spotkałam kiedyś…  

Mieszają się, biegają  wokół mnie. To musiał być sen. Przecież ludzie z naszego dawnego życia nie wracają do nas ot tak, bez powodu. Przychodzą – w snach. I nie dają o sobie zapomnieć. 

Czy ich pamiętam? Czasem. Czasem, gdy obudzę się, często po godzinie, czyli wciąż w nocy, wiem kto pojawił się w moim śnie. Zdarza się, że to postać ze świata filmowego, literackiego. Później, gdy znów uda mi się zapaść w letarg/sen/niemoc/ciszę… budząc się niemal za chwilę, już nie umiem odtworzyć tego, co działo się w mojej głowie.  

Bywają noce, że sen przychodzi nad ranem, że ostatnie sprawdzanie czerwonych cyferek zegarka było o 3- 4 rano albo i później. Nie umiem znaleźć powodu, dlaczego tak męczę się w nocnej ciszy, nie znajduję przyczyny, którą potrafiłabym sobie określić.  Widać, moja podświadomość „wie inaczej”. Działa na pełnych obrotach…

Nie sądzę, żebym była w tych reakcjach wyjątkowa. Ale gnębi mnie, że nie umiem dotrzeć do siebie i zrozumieć, co może być tego powodem. Wiem, że śnimy, że sny są naturalną częścią naszych procesów w głowie. Rozumiem, że pamiętamy tylko fragmenty i często jesteśmy w stanie sobie “dopisać” obrazy. Tak jak chcemy. Albo jak nam się wydaje, że było w naszym śnie. 

Dziesiątki wersji Senników. Ludzie to uwielbiają! I często szukają satysfakcjonujących i kojących wyjaśnień sennych doświadczeń

Pamiętam, że był taki okres w moim nastoletnim życiu, kiedy lubiłyśmy z przyjaciółkami opowiadać sobie sny. Te opowieści były zawsze bardzo barwne i konkretne. I na pewno – były wytworem naszej młodzieńczej wyobraźni i pragnień emocjonalnych. 😂

Naukowcy potwierdzają, że sen jest oparty na wydarzeniach dnia czy godziny, niekoniecznie wczorajszych czy sprzed tygodnia. Coś mogło wydarzyć się bardzo dawno i wraca po wielu latach objawiając się we śnie. Dlatego tak mocno ludzie wierzą w senniki, w symbole senne. Czasem zdarza się, że sen się spełnia. Wystarczy, że zdarzy się coś, co jest maleńką cząstką snu i już chcemy odczytać to jako przepowiednie, spełnienie. 

Dlaczego w moich snach pojawia się Mama czy Tata? Mogę to zrozumieć. O rodzicach myślimy, mówimy o nich – nawet niekoniecznie świadomie. Ale dlaczego nagle dostrzegam kogoś z dalekiego dzieciństwa? Kogoś, z kim nie miałam ani silnych związków, ani emocjonalnych więzów pamięci? Bywa, że są to niezidentyfikowane osoby czy wydarzenia, co do których nie mogę uświadomić sobie, kiedy mogły zdarzyć się w moim życiu. Gdzieś, kiedyś ich spotkałam… Czy podświadomość ma silniejsze bodźce niż pamięć świadomości? 

Wiem jedno – moje godziny nocne, w których sen nie chce przyjść, są bardzo trudne. Męczą w nocy, w zwidach, w krążących myślach. W strachu przed czymś nieuchronnym i czymś, co kiedyś było i co musi jeszcze nadejść. 

Nieprzespane godziny czarnych myśli i kolorowych obrazów “budzą” mnie rano zmęczoną. Z poczuciem, że nadal nie rozumiem siebie i nie potrafię znaleźć sposobu na spokojny sen.  Sny dają nam to, co chcielibyśmy powtórzyć albo o nich zapomnieć. Ale werbalnie nie potrafimy tego wyrazić!

Może tak jest, a może tylko tak interpretujemy swoje marzenia? Bo sny są nie tylko ciepłe i miłe. Bywają i to nie rzadko, sny koszmarne, przerażające, których wcale nie chcemy spotkać w czarnej nocy. Są takie sny, które “dzieją się” bez snu. Takie, które odpychamy, a jednak wracają wielokrotnie. I nie dają zasnąć. Nie przynoszą nam odpoczynku, wytchnienia. Nie reagują na tabletki, na ucieczki w dobre pozytywne rozmyślania. 

 Może kiedyś znajdę na siebie sposób? Może sen zaprzyjaźni się ze mną i otuli spokojem… 

****************************  

Ach, przy okazji – nie sypiam sama😂, ale chętnie przypomnę wam (bardzo) stary przebój „Ja się boję sama spać” . Po raz pierwszy wykonała tę piosenke ZULA POGORZELSKA w 1926 r. Później śpiewały ją Kalina Jędrusik, Alina Janowska, Barbara Rylska, Natasza Urbańska i inni.

Ja znalazłam wykonanie swingowe – zespołu Lazy Swing Bend. Zupełnie inne niż wszystkie wcześniejsze… Za to takie, które udowadnia, że stare dobre piosenki nigdy się nie starzeją…

 


POWRÓT

Jak “nudzę się” w czasie deszczu 

1 lipca 2025

Kilka dni temu, po wielu tygodniach – padał deszcz! Niedługo, ale bardzo intensywnie. Nareszcie! 

Harvey – huragan w Houston w 2017 r. Wstrząsające przeżycie i dramatyczne skutki.

W Houston czasem czekamy na deszcz długie tygodnie. 

Bywa, że pokropi chwilę, bywa, że leje ścianą wielkiej fontanny. Czasem pada przed kilkanascie godzin a nawet dni i zalewa duże części miasta. 

Przeżyłam juz kilka “deszczowych katastrof” w Houston. Nigdy wcześniej, zanim tu nie zamieszkałam, nie wiedziałam, że TAK może padać. O, wiele razy widziałam powodzie w TV, w internetowych  wiadomościach, na zdjęciach.

Łososina – niedaleko Nowego Sącza i Malinowej. Powódź w 2021 r. (z sieci)

Z dzieciństwa pamiętam nurt cichutkiej rzeki Łososiny w Laskowej, gdzie jeździliśmy na wakacje. W ciągu jednej nocy rzeka (górska, i to wcale nie w wysokich górach!) zmieniała się w szaro-brutalną szalejącą wodę, płynącą dziesięć razy szybciej niż normalnie. Nie było szans by przejść na drugi brzeg rzeki, podczas gdy w słońcu i spokojnym dniu biegaliśmy przez rzekę nie zanurzając nóg wyżej niż do kolan.

Tu w Stanach wielkie powodzie i huragany  przybierają umowne imiona (żeńskie i męskie – naprzemiennie) i ludzie pamiętają takie wydarzenia jako Alison, Harvey, Rita, Katrina, Sandy, Irma i wiele innych. Huragany mają różne “sposoby działania” w naturze, ale zawsze powodują ogromne opady deszczu, powodzie i straszliwe zniszczenia. 

W Polsce też w ciągu ostatnich dziesięcioleci ich nie zabrakło. Wystarczy wspomnieć wielkie opady deszczów i powodzie w 1997 r. i w czerwcu 2010 r. 

Deszcz ma także życiodajną funkcję. Nie lubimy go, gdy pada, jest zimno i utrudnia nam codzienne życie. Za to dla przyrody, rolników, zwierząt deszcz odgrywa zbawienną rolę. 

Kochani – niezapomniani 😃

Deszczowa pogoda przeszkadza, ale i ułatwia życie. Jak zwykle – są “dwa światy” i w każdej sytuacji odczuwamy to inaczej. 

Kiedyś, w latach 60-tych Jeremi Przybora (słowa) i Jerzy Wasowski (muzyka) czyli eleganccy “Starsi Panowie” napisali popularną piosenkę pt. “W czasie deszczu dzieci się nudzą”.

Śpiewała ją Barbara Krafftówna a piosenka doczekała się dziesiątek wykonań i interpretacji. 

LASKOWA – zdjęcie z sieci, współczesne

Mam takie bardzo miłe wspomnienie z dzieciństwa. Są wakacje, ciepło i beztrosko. Zielone łąki, pola dojrzewających zbóż, w których rosną czerwone maki i szafirowe bławatki. Poranek był słoneczny, ale już w południe zaczęły się zbierać czarne ołowiane chmury. A potem lunął deszcz jak z armatki wodnej. Słychać było potężne grzmoty i błyskawice na niebie. Była nas pokaźna grupka dzieciaków w wieku od 5 do 10 lat. Jeździliśmy na te wakacje w Laskowej trzema, czasem czterema rodzinami, mieszkaliśmy u miejscowych gospodarzy w sąsiednich domach. Bawiliśmy się zazwyczaj razem, choć czasem w mniejszych “podgrupach” też. 😃

To wtedy schowani pod wielkim kuchennym stołem wymyśliliśmy zabawę w teatr. Wpadł nam pomysł przedstawienia z pacynkami. Zaczęliśmy wymyślać jak je zrobić i z czego. I całkiem dobrze nam poszło. Pamiętam, że zużyliśmy kilka ziemniaków, cebuli, buraków do tworzenia pacynek. Nie pamiętam szczegółów, ale jakieś kamyczki zamiast oczu, patyczki, chusteczki, skrawki szmatek na “ubranka”…  

A potem – nagle deszcz ustał, chmury popłynęły gdzieś daleko i słońce zaświeciło z powrotem. A my – dzieciaki wybiegliśmy z domu na pobliską łąkę i taplaliśmy się w wielkich kałużach zupełnie ciepłej deszczówki 😂. Fantastycznie! Uwielbiałam to. Pamiętam to uczucie swobody, bez ograniczeń typu ”uważaj, przeziębisz się! Pobrudzisz ubranie! Uważaj, wywrócisz się..” itd.

To były piękne chwile. Tak piękne, że do dziś są w szufladzie mojej pamięci..

Wróciliśmy do swoich zabaw nad rzeką, w ogrodzie, w lesie. Aż po kilku dniach mama poczuła brzydki zapach w kuchni. Rzuciliśmy się na poszukiwania przyczyny i okazało się, że nasze porzucone w pudełku teatralne pacynki zgniły całkowicie i zamieniły się w brzydką mazię. FFUU! 

Musieliśmy je natychmiast wyrzucić do śmieci i… poczekać na następny ulewny deszcz, żeby je odtworzyć. Ale – nie pamiętam, czy faktycznie zrobiliśmy je ponownie. 🤔

Deszcze wiosenne są przyjemne. Pachną świeżością, pierwszymi nowymi listkami i kwiatami. Deszcz letni może wybawić nas od zaduchu, upału. Może także zepsuć upragnione wakacje, bo i tak się zdarza. Zimowy deszcz zmieszany ze śniegiem, mrozem może bardzo uprzykrzyć nam życie… 

Deszcze zmieniają nasz nastrój, humor i zwykłe codzienne plany. Ale deszcz – nie musi nas zanudzić!! 

Jak daleko sięgam pamięcią w czasy swego dzieciństwa czy wczesnej młodości, nie przypominam sobie nudy w moim życiu. 

Jako dziecko – byłam „ samowystarczalna” i umiałam sobie organizować wolny czas. Uwielbiałam oglądać a później już czytać czasopisma dziecięce i młodzieżowe. Najpierw był Miś, potem Świerszczyk, Dookoła Świata, Panorama, Przekrój.

Jedne z setek książek dla młodzieży mojej epoki

Albo książki, które zapamiętałam – „Beethoven i dżinsy”, ”Zapałka na zakręcie”, „ Jezioro osobliwości” (autorka Krystyna Siesicka) „Ten obcy” (Irena Jurgielewiczowa) czy „Dziewczyna i chłopak czyli heca na 14 fajerek” tejże autorki. I jeszcze cała seria „ Tomków” Alfreda Szklarskiego. A potem seria „Ani z Zielonego Wzgórza”. I klasyka Sienkiewicza – „Ogniem i mieczem”, „Potop”, „Pan Wołodyjowski”. A pomiędzy – jeszcze setki innych tytułów. Czy można było się nudzić w takiej bibliotecznej oprawie?! Nigdy!

Nie było szans na godzinne rozmowy przez telefon (nie TEKSTOWALIŚMY!), więc spotykałyśmy się z koleżankami i siedząc w kucki gadałyśmy, śmiałyśmy się, a Mama donosiła ciasteczka, małe zwykłe kanapki i jabłka pokrojone na półksiężyce.

A deszcz padał…

Pisałam pierwsze wiersze (drugich i trzecich już, na szczęście nie było 😀), miałam jak wszystkie nastolatki, pamiętnik i zeszyt w ładnej oprawie do wypisywania się.. wzajemnie z koleżankami i kolegami (czasem). Zapomniałam jak się to nazywało, ale na pewno miało swoją własną nazwę.

Pamiętam niejedną niedzielę, gdy zaplanowany był wyjazd harcerski a od rana już padał deszcz. Iść czy nie? Jechać czy zostać w domu? Ach… przyjaciele, wspólna przygoda były zawsze ważniejsze. Stawiałam się na zbiórkę w wyznaczonym miejscu i jechaliśmy, przeważnie pociągiem podmiejskim. Biegaliśmy w deszczu, szliśmy otuleni w peleryny i jakoś to było 😀. 

Bywało zimno i mokro. Nasza świetlica przeciekała a my i tak byliśmy szczęśliwi 😜 💖

Najgorzej było wtedy. gdy deszcz przynosił znaczne obniżenie temperatury. Tego to nie lubiłam! Deszcz i zimno – to już było za dużo…

Z obozów harcerskich zapamiętałam dużo słońca i ciepłych dni. Ale deszcz też padał, bo zawsze w lecie pada… Co robiliśmy w te deszczowe dni?? Mieliśmy różne zajęcia w namiotowej „świetlicy” – gry, zabawy, szkolenia z tradycji szczepu, z rozpoznania terenu, z historii harcerstwa. 

Wieczorem, jeśli nie mogliśmy mieć realnego ogniska, to ustawialiśmy kominek w świetlicowym namiocie. Namiastkę  ogniska robiliśmy z dużych kawałków konarów drzew, latarek i czerwonego papieru. Byliśmy blisko siebie, od śpiewu i opowieści robiło się ciepło i przytulnie.

Dziś – po wielu latach wspominam te deszczowe chwile równie „słonecznie i ciepło” jak te prawdziwie słoneczne. Choć jestem pewna, że nie zawsze tak było..

Co znaczy – nudzić się? Naprawdę NIE wiem. Nie przypominam sobie zbyt wielu chwil w moim życiu, kiedy byłam zagubiona i nie wiedziałam, co ze sobą robić. Jak wszystkie nastolatki, nieraz byłam w dołku, w złości, rozpaczy, niechęci do całego świata. Ale nigdy nie nudziłam się. Do dziś w każdej wolnej chwili, w której mogłabym się „ ponudzić” natychmiast znajduję sobie jakąś  robotę… Nie umiem siedzieć i nic nie robić! Czasem są to sensowne rzeczy, które MUSZĄ być koniecznie i „na już” zrobione, a czasem wpadają mi do głowy sprawy, bez których i tak moje życie toczyłoby się dalej. Zmieniam ustawienie mebli, wynajduję układanie i sprzątanie w szafkach kuchennych, w szufladach, w papierach, które cichutko leżą sobie na półkach. Nie potrafię być bezczynna. Grzebię w internecie poszukując najnowszych filmów, ciekawych recenzji o nich i o najnowszych książkach, bo to zawsze mnie interesowało. Dzisiaj moja wyobraźnia działa już inaczej niż kiedyś. Ale wciąż jest aktywna. Dlatego czasem zła jestem na siebie, że nie potrafię się wyłączyć i nie robić NIC.  

Nawet sprawdzanie mojej szafy daje mi poczucie zmian a przede wszystkim “działania” i kontroli. Nie przeszkadza mi pogoda i tak naprawdę, nie musi być deszczu czy mrozu, żebym zajęła się czymkolwiek. 

Niestety, to przekłada się też na fakt, że jestem niecierpliwa, zwłaszcza kiedy jestem chora albo dolega mi coś, co ogranicza moje ruchy, sprawność poruszania się w domu, jeżdżenia autem itd.

W takich momentach sięgam do mojego bloga, książek i miliona domowych pomysłów.  

Nuda to dla mnie frustracja i zmęczenie. Zniechęcenie, brak zainteresowania i poczucie, że nic nie mam do roboty, na co miałabym ochotę. Można być także znudzonym jednostajnością, powtarzalnością tego, co zazwyczaj robimy.

Bywa, że nudna staje się nasza praca, sposób życia domowego, bo powtarzanie tych samych czynności może wpłynąć na nas depresyjnie. W takim rozumieniu szybko następuje „negatywne” znudzenie. I właśnie przed takimi sytuacjami musimy się bronić. Każdy z nas jest inny i sami musimy zorganizować sobie nowe odmienne zadanie. Inwencja i pomysły na to, by życie nie było nudne zależą w dużej mierze od nas samych. 

Mając własne doświadczenia wiemy, co lubimy a czego nie lubimy. Co nam jest potrzebne, żeby nie dopuścić do nudy. 

Albo – bywa i odwrotnie… Są ludzie, którzy potrzebują NUDY, by się zresetować, by ich mózg odpoczął, wyciszył się. Czyli – nudzenie się nie zawsze musi być negatywnym zjawiskiem. Ci, którzy nie przejawiają własnej kreatywności, nie umieją się zorganizować, nudzą się częściej i może nawet (czasem?) są z tym szczęśliwi. Byle wyczuć granicę pomiędzy “nudzeniem się” a depresją, znudzeniem, ospałością, niechęcią do samego siebie…   

Fajnym sposobem na nienudzenie się jest zamknięcie spraw, które kiedyś zaczęliśmy i nigdy nie mieliśmy ochoty albo czasu do nich wrócić. 

Na przykład od wielu lat mam pomysł na podróż do dawno wybranego miejsca, ale jakoś nigdy nie złożyło się właśnie tam pojechać. Może trzeba wrócić do tego planu, poszperać i poszukać informacji – co nowego, gdzie i jak. Taka akcja wciągnie nas bardzo szybko, zaangażuje i już nie będzie nudno. Już będzie coś innego i mnóstwo fajnej roboty👍.

Albo jakaś wystawa, winko z koleżanką i ploteczki babskie. 

Może trzeba nauczyć się grać w brydża albo w dziesiątki innych gier czy układanek. Trzeba się tylko „ zaczepić”, zechcieć sięgnąć po pomysł. Nagle – poczujemy jak łatwo to się dzieje! 

Tak! Wiem, że nuda to emocje! A emocje wywołują konkretne reakcje. Pozytywne, bo często porusza w nas konieczność działania i szukania nowych wrażeń i rozwiązań. Ale bywa też, że są destruktywne i otępiające. 

Mówimy- “to nudne! Nie chce mi się, bo mnie to nudzi. Nudziarstwo – nie wiem co ze sobą zrobić”…

Unikam takich przemyśleń. Dlatego bardzo bardzo rzadko wpadam w stan nudy. Jeśli mi się zdarza (zdarzyło) to było „ nudzenie się przyjemne”. Na szczęście nasz mózg szybko zmienia emocje, dopuszcza nowe myśli, przekwalifikowuje kolejność potrzeb chwili i nastroje. 

Dzieciom zawsze podsuwamy pomysły na zabawę, kreujemy im zajęcia. Te „deszczowe” są trudniejsze, bo trzeba przystosować się do ograniczonych możliwości. Bo – wiemy, że w czasie deszczu dzieci się nudzą!”

A dorośli? Czy dzieciństwo nauczyło nas stosować te same sposoby na nudę i czy radzimy sobie z tym pozytywnie?

Życie ma swój limit. Życie każdego z nas jest z dnia na dzień nową niespodzianką. Nie wiemy jaką. Planujemy, pomagamy sobie w układaniu planów, ale nie zawsze toczą się one po naszej myśli. I to jest… piękne! 
NUDA to jedna z emocji, na którą możemy mieć wpływ. Korzystajmy z tej możliwości i organizujmy swój czas tak, by nudy w nim nie było. A jeśli już – to krótkotrwała i pozytywna 😃 🤗.

I coś na osłodę deszczowych chwil i – wspomnień dzieciństwa! ♥


POWRÓT

“Świat schodzi na psy” 

16 czerwca 2025

Tak właśnie myślałam o sobie i swoim pechu, jaki dopadł mnie kilka dni temu. 

Nowy tekst o tym właśnie tytule był skończony i już  skopiowałam go, by przerzucić na stronę WordPress, gdy zamiast mojego efektu kilku dni pracy, z przerażeniem ujrzałam absolutnie czystą kartkę. W pierwszym momencie szybko myśląc (pewnie za szybko!) zaczęłam robić komputerowe ruchy, by przywrócić moje słowa, ale niestety – NIC się nie zmieniło. Poszukiwania własne, pomoc Google’a na nic się zdały.  Trwało to kilka dni, aż z bólem serca i ze złością na cały świat musiałam pogodzić się z faktem, że wszystko co było na “kartce komputerowej” – ZNIKNĘŁO!!   

Z uporem maniaka wracałam i próbowałam nowych i starych sposobów, trwałam w kolejnych rozmowach z „Google Support”, ale nic nie zmieniało faktu, że mój tekst odfrunął. A najgorsze jest to, że musiałam przyznać się samej sobie, iż to ja kliknąłem coś nieplanowanego i to moja wina (wciąż niewyjaśniona w moich dociekaniach w głowie i pamięci), że tekst zniknął. 

Zamknęłam więc komputer, a raczej tę jego część, która taką nieprzyjemność mi zrobiła. Wciąż wyświetla mi się w pamięci wiele filmowych scen policyjnych i hakerskich, kiedy specjaliści od komputerów czy telefonów komórkowych w mig odkrywają zatuszowane e-maile i SMS-y. Dlaczego mojego “niewinnego” wpisu nikt nie potrafi przywrócić?? 

A jak już, targana naprzemiennie uczuciami urazy do świata, pretensji do siebie, że coś zepsułam i jeszcze nie wiem jak to zrobiłam, przełknęłam myśl, że wszystko “schodzi na psy”… i postanowiłam wrócić do tytułu i napisać tekst “po nowemu”.

…przecież ludzie kochają psy!!

Bo przecież wiadomo, że nie da się tak samo. Uleciało dużo, z przerwami na złość i niechęć do siebie, do pisania i do świata. 😡 

Otóż – oświadczam z pełną rozumną szczerością, że absolutnie NIE uważam, by powiedzenie “świat schodzi na psy” było prawdziwe.                   Wręcz odwrotnie – świat nie jest coraz gorszy tylko… inny! I dlaczego “na psy”?? 🤔 

Kiedy kilka tygodni temu to powiedzenie zaczęło prześladować moją głowę, buszowałam, gmerałam, poszukiwałam wyjaśnienia tego sloganu. Przecież wszystko ma swój początek. I okazało się, że etymologia tego zdania ma wyjaśnienie w bardzo dawnych czasach. 

W starożytności nazwa “pies” była używana jako – wyzwisko! Tak, wiem, że trudno w to uwierzyć, bo dziś pies to najlepszy przyjaciel człowieka, ale kiedyś był niemal przekleństwem.                                                                                                       

W  średniowieczu, kiedy pies wciąż nie był “zaprzyjaźniony” z człowiekiem, a jednak lgnął do ludzi, człowiek biedny i wygłodniały uważał psa za zbędnego, wręcz przeszkadzającego “członka rodziny”.  Pies był odsuwany, przeganiany,  porzucany, bo stanowił konkurencję dla wyżywienia i utrzymania rodziny. W ten sposób pies tracił swoja pozycję, miejsce blisko człowieka. I nie był częścią rodziny.  A rodzina była “światem” dla zwykłego człowieka.  Miejsca, gdzie były wyrzucane resztki niepotrzebnego zepsutego jedzenia były „domem” opuszczonych psów. Miejsca brudne, śmietniska. A wśród tego upodlonego obrazu – pies…

I tak narodziło się powiedzenie “świat schodzi na psy”.  Z biegiem wieków, lat miejsce dla psa ulegało zmianie na znacznie milsze i psu i człowiekowi. Dziś przecież niemal każdy lubi psy, nawet jeśli sam ich nie posiada (tak jak ja). Pies dla człowieka jest przyjacielem, często traktowany jak członek rodziny. Bywa, że jest ulubieńcem, pupilem właściciela i ma się lepiej niż… jego właściciel. 

Jeden z wielu plakatów filmu „Pieski świat – Mondo Cane” (z sieci)

Przypomniał mi się dawno temu oglądany film pt “Pieski świat – Mondo Cane” (1962). Pamiętam, że zrobił na mnie wstrząsające wrażenie. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie szczegółów, bo dużo czasu minęło. Pamiętam wciąż kilka scen, jak w różnych kulturach traktuje się psy (do dzisiaj ??), jak sprzeczne są w ludzkich uczuciach oceny psów, jak okrutne rytuały mogą być uważane za “normalne i poprawne”.  Pozostał mi też w pamięci odwrotny obraz – piękny wypielęgnowany cmentarz dla psów (chyba w USA choć nie pamiętam w jakim stanie). Nagrobki eleganckie, świeże kwiaty, imiona psich pupili i słowa wyrażające czasem większy żal niż po człowieku…       

Jasno można stwierdzić, że tytułowy slogan nie ma dziś uzasadnienia. A jednak – wszystko co oceniamy jako gorsze niż za „naszych czasów”, właśnie tak określamy. Jeśli coś/ktoś stracił swoją pozycję, renomę, pogorszyła mu się  sytuacje życiowa – kwitujemy “zszedł na psy”.  A jak jeszcze do tego w naszych przemyśleniach dołączą narzekania na polityczne i społeczne bolączki i niewygody, słowo  świat staje się odnośnikiem na wszystkie niedogodności. Bo według starszego człowieka, który pamięta siebie z czasu, kiedy dawał sobie radę z rzeczywistością, cokolwiek, co dzieje się teraz i tu – jest gorsze niż kiedyś. Zdegenerowane moralnie lub fizycznie i prezentuje podupadły poziom. 

A tak naprawdę sedno tkwi w tym, że świat się zmienia każdego roku i dnia, a starszy człowiek nie nadąża, nie umie sobie poradzić w nowej rzeczywistości, która jawi się mu nieprzyjazna i dlatego “gorsza” niż kiedyś. 

A potem już niemal lawinowo powstawały podobne związki frazeologiczne – np. “wieszać na kimś psy” (obmawiać, oczerniać kogoś), “coś jest psu na budę” (czyli niepotrzebne, niepraktyczne, bez sensu), ”goić się jak na psie” (goić się szybko i bez komplikacji), “całuj psa w nos” (nic z tego nie będzie…) i wiele podobnych. A, i jeszcze “pogoda pod psem!” czyli brzydka.  W tym wypadku, to już zupełnie nie rozumiem, dlaczego zła pogoda musi być pod psem, a nie może być pod kotem, krową czy szczurem… “Szczurowa pogoda” – nie brzmi wcale gorzej niż ta pod psem. 😊

Mam wielki żal do tych, co powtarzają – trochę bezmyślnie a trochę z przyzwyczajenia – zdanie “świat schodzi na psy”. Biedne psy, choć to zazwyczaj prawdziwi przyjaciele człowieka, w tych porzekadłach służą często do określenia czegoś negatywnego. ☹

Na szczęście – obserwując różne zjawiska, mądrze i wnikliwie, potrafimy ocenić, że współczesny świat nie jest gorszy niż ten “stary”. Jest tylko inny. Może więc w czyimś mniemaniu pogarsza się jakość artykułów codziennego użytku, jedzenia, muzyki, którą ktoś kiedyś słuchał, mody, która całkowicie się zmieniła i zmienia co sezon. Nowości komputerowych, systemów bezpieczeństwa, nowoczesności i inności, które wkraczają w każdą dziedzinę życia. Ale czy to oznacza, że młodzi ludzi budują świat, który “schodzi na psy”? Czy może oznacza, że my tak oceniamy świat młodych?  

NIE!! Całkowicie sprzeciwiam się takiemu poglądowi. I nie dlatego, że jestem zafascynowana tym co nowe, ale dlatego, że jeśli coś wydaje nam się gorsze, niż było kiedyś, to przyczyna leży w nas samych. Coś nam się nie udaje, bo nie umiemy się już tego nauczyć, przystosować się do nowych norm. Kogoś/coś trzeba więc za to obwinić… “Świat jest gorszy – świat zszedł  na psy” – świat podupada, kultura zmienia się na niezrozumiałą, muzyka jest za głośna… wszystko nie tak, czyli musi być gorzej! 🤗

Moje ostatnie doświadczenie z “ucieczką” tekstu z komputera najlepiej mi uświadomiło, że to nie zły świat jest temu winny. To ja coś zawaliłam. Może niechcąco, może nieświadomie, a może dlatego, że moja wiedza nie zarejestrowała czegoś, co było istotne dla zachowania tekstu. Moja wina. Nie świata.

Hamlet i Ofelia – czyli Hugo Tarres i Helena Englert w „Hamlecie” 2025

Niedawno (w kwietniu) w Warszawie odbyła się  premiera “Hamleta” według Szekspira, którą wyreżyserował Jan Englert. Było to jego pożegnalne przedstawienie. Tak właśnie aktor, a w tym przypadku także reżyser, żegnał się z funkcją dyrektora Teatru Narodowego .

Nie byłoby w tym nic dziwnego, ale właśnie ten spektakl “Hamleta” okazał się być wydarzeniem wyjątkowym. Głównie dlatego, że reżyser postanowił obsadzić w nim w roli Ofelii młodziutką 24-letnią aktorkę, Helenę Englert – swoją córkę. A główną tytułową rolę Hamleta powierzył 21-letniemu (jeszcze studentowi warszawskiej Akademii Teatralnej) Hugo Tarresowi.

Hugo Tarres – najmłodszy w historii teatru (21-letni) aktor grający rolę Hamleta.

Oboje Młodzi – jak wynika z gorących recenzji (nie moja to opinia, ale wierzę, że uda mi się oglądnąć niedługo ten spektakl) spisali się brawurowo. Zachwytom i brawom nie ma końca. Dodatkowo “Hamlet” wpisał się fantastycznie we współczesne potrzeby rozumienia tego ponadczasowego dramatu.  

Jan Englert połączył na scenie pokolenia, udowodnił, że świat kultury i sztuki “nie schodzi na psy”. Wręcz przeciwnie! Reżyser odświeżył tradycyjny wizerunek “Hamleta”, pokazał, że to, co jest nienaruszalnym ludzkim wizerunkiem człowieka czasów Szekspira, może być fascynujące i prawdziwe dla młodego współczesnego człowieka. Można kontynuować i zmieniać świat w każdej kategorii i niekoniecznie musi być to na gorsze.  

Helena Englert – córka Jana Englerta i aktorki Beaty Ścibakównej – z rodzicami (zdjęcie dolne) I plakaty dwóch filmów z Heleną E.

Znam Helenę Englert (rocznik 2000) z filmów i seriali tj. “#BringBackAlice”, “Pokusa”, “Znaki”, “Żywioły Saszy – Ogień” czy najnowszy serial “Śleboda”. To świetnie zapowiadająca się aktorka młodego pokolenia. Podobnie Hugo Tarres (rocznik 2003) znany już z serialu “Krucjata” i filmu “Piep*zyć Mickiewicza”. I wielu innych.. Englert zaufał swojemu studentowi i powierzył mu główną rolę – Hamleta. Dotychczas te role “Hamletowe” niemal zawsze były zarezerwowane dla dojrzałych i doświadczonych aktorów. To co zaeksperymentował J. Englert, to najlepszy dowód na to, że świat idzie dobrą drogą, w dobrym kierunku.

Gdy rozmawiamy z przyjaciółmi o polskich filmach, teatrze i zapamiętanych wielkich kreacjach aktorskich, niemal zawsze sięgamy do aktorów starego pokolenia.                          

Aktorzy – ojciec i syn: Damięcki, Stuhr i Lubaszenko

Kiedy wśród znajomych ktoś mówi – Stuhr – myśli Jerzy, a przecież obok, już od lat gra wspaniały aktor, syn Jerzego – Maciej. Klan Damięckich – Maciej i jego dzieci Matylda i Mateusz. Także jego bratanek – Grzegorz Damięcki. Edward Lubaszenko i jego syn – Olaf.  Piotr Garlicki i syn Łukasz. I wielu innych.   Kolejne pokolenia są tak samo dobre jak ich ojcowie.

Często słyszymy słowa “Człowiek to brzmi dumnie”. A przecież pies to dobra, wierna człowiekowi istota. Ma swój charakter, czuje instynkt oddania i przywiązania do człowieka i psiej miłości. Może więc PIES też brzmi dumnie?

 …Czyli powiedzenie “świat schodzi na psy” powinniśmy zamienić na zupełnie inne?


BACK

Czas leczy prawie wszystko. Daj czas czasowi. 

1 czerwca 2025

Fajny cytat, fajny tytuł na kolejny wpis. 

Zazwyczaj, gdy ktoś chce nas pocieszyć, pomóc w trudnych chwilach, mówi „Daj sobie czas„. Jakby nic od nas nie zależało. Po prostu powinniśmy biernie cierpliwie czekać i wszystko wróci do normy. A tak nie jest. To my sami jesteśmy odpowiedzialni czy upływ czasu pomoże nam w rozwiązaniu problemów, w odnalezieniu się w nowej sytuacji, w uspokojeniu rozterek, rozpaczy czy zawieszenia życiowego. 

 Czas płynący każdego dnia potrzebuje nas, byśmy go umieli wykorzystać. Głównie po to, by działać i zrobić coś, co wymaga naszej aktywności w określonym momencie. Może brzmi to trochę zakręcone i skomplikowane, ale w gruncie rzeczy jest bardzo logiczne.  

W dzieciństwie nie odczuwamy przemijania czasu, tak jak dorośli. Jeśli dziecko czegoś chce – chce natychmiast. Płacze, krzyczy, złości się, jeśli nie dostaje czegoś od razu. Kiedy dorasta, mądrzeje – powoli rozumie, że pewne rzeczy wymagają czasu, by się zdarzyły. Mówimy – jutro, za tydzień, w przyszłym roku. Albo: poczekaj do wakacji, poczekaj do powrotu Mamy itd. Powoli czas nabiera realnego sensu. Odmierzane godziny, dni i miesiące stają się logicznym “obrazem”.. . Aby to zrozumieć trzeba zmagać się z czasem w różnych sytuacjach. Bo jutro będzie inaczej niż dzisiaj. Za miesiąc już zapomnimy jak było wczoraj.  

Cokolwiek byśmy myśleli,  o czymkolwiek marzymy – nic nie stanie się “samo”. Czas wymaga od nas aktywności. I wtedy zazwyczaj nam sprzyja. Choć bywa, że… przeszkadza.  Jedno jest pewne – niezależnie od tego czy nasz problem jest trudny do rozwiązania, wydaje nam się beznadziejny albo odwrotnie – jesteśmy w euforii, bo wszystko idzie i układa się idealnie – nic nie będzie takie samo za rok czy pięć. 

“Panta rhei” czyli “wszystko płynie”. Po raz pierwszy użył tych słów w starożytności Heraklit z Efezu. Podobno użył ich w znaczeniu, że nie wchodzi się “po raz drugi do tej samej rzeki” bo woda płynie i nigdy nie będzie tą samą, którą była za pierwszym razem. 

Dziś używamy tego cytatu także w innych znaczeniach np. nie powinniśmy popełniać dwa razy tych samych błędów. Nic nie jest trwałe na świecie… Płynie nie tylko woda w rzece, ale i w kranie, gdy zostawimy do końca niedomknięty. Kroplami spływa do umywalki albo na ziemię w ogródku. Płynie monotonnie i nie przestanie, dopóki ja czy my nie zakręcimy kranu. A więc nasz udział w tej zmianie jest konieczny.

Patrzymy w górę na zachmurzone niebo i obserwujemy jak chmurzyska płyną po niebie. “Będzie burza” – myślimy. Albo przynajmniej wielki deszcz. I rozumiemy, że chmury płyną, przemieszczają się. Uświadamiamy sobie, że czas za chwilę zmieni ich ustawienie na niebie. 

Każdego roku odradza się trawa i kwitną te same kwiaty, ale nie oznacza to, że to ta SAMA trawa i te SAME kwiaty… Cokolwiek istnieje na świecie – płynie. I ktoś/coś ma w tym swój udział. Pojęcie czasu jest abstrakcyjne. To co możemy zobaczyć, dotknąć, mieć udział w tych zmianach – istnieje naprawdę. I nieustannie się zmienia. 

Pamiętam ze swoich doświadczeń życiowych, że na każdą nową rzecz, zdarzenie czekałam bardzo niecierpliwie i jeden dzień więcej wydawał się wiecznością. Nie potrafiłam zrozumieć jaka to różnica, że do szkoły pójdę za rok czy za dwa miesiące. Wydawało się, że to “długo”. Długo to znaczyło czekać na coś. Czekać. Nie wiedziałam jak wyobrazić sobie CZAS...

Dorastając – dojrzewamy do pojmowania płynności czasu. Powoli liczyłam godziny, tygodnie. Wszystko w „przyszłości” było bardzo odległe. Czas oczekiwania dłużył się niemiłosiernie… 

Kiedy wkraczałam w dorosłość, czas wydawał się przyspieszać. Ile to razy chciałam, żeby dzień egzaminów nie był już jutro, albo żeby czas mijał szybciej, bo “ to się nigdy nie skończy…” A jednak – nawet najgorsze doświadczenia, trudne rozmowy, smutne myśli i przykre wrażenia mijają. Z upływem czasu wczorajsze smutki, rozczarowania zmieniają swój wydźwięk. Życie przynosi nam doświadczenia, choć wcale się o nie prosimy. 

Trwamy w tunelu czarnych myśli, rozpamiętujemy, co się stało i co się z nami dzieje. Czas upływa, choć tego nie zauważamy. Aż budzimy się pewnego dnia, gdy świeci słońce, a wydarzenia ostatnich dni czy miesięcy już nie są takie dotkliwe i smutne. 

Z niejednej depresji i smutku udało mi się wyjść na prostą. Nie powiem, że to łatwe. I dodam, że dla każdego z nas inne… Jako dojrzała kobieta dziś wiem, że to nie tylko mijający czas rozwiązywał moje problemy. Czas dawał mi czas, albo raczej to ja dawałam czasowi szansę, by mógł mi pomóc. 

Czas jest dla nas bezużyteczny i mało pomocny, jeśli nie pomożemy sobie sami go właściwie wykorzystać. Przecież sposoby na pomaganie sobie, to nasze własne przemyślenia. Kontakt z ludźmi, rozmowy. Im więcej pozytywnego działania, nawet jeśli pozornie wydają się bez znaczenia – tym lepiej dla naszej psychiki. 

Człowiek może dużo wytrzymać. Ale nikt nie jest taki sam jak ja czy ty i on. Można wzorować się na innych, jeśli to nam pomaga. Wysłuchać dobrych rad, wyciągnąć wnioski. Lub odwrotnie – rozmawiać z przyjaciółką, która nas potrzebuje, rozwiązywać bolączki razem z mężem, próbować zrozumieć dorastające dzieci. 

W tym wszystkim oczywiste jest, że dzieci dorosną a wraz z nimi ich problemy. Małżeństwo jest jak huśtawka – zawsze w ruchu, raz wyżej raz niżej. Przyjaciółka poradzi sobie po swojemu, ale może nasze rozmowy pomogą jej odnaleźć czas na właściwe spojrzenie.  

Czas będzie trwał… jutro będzie lepsze niż dzisiaj, pojutrze będzie jeszcze inne. 

Taka jest zasada “wszystko płynie”. I choć niejeden raz wydaje nam się, że znów “weszliśmy do tej samej wody”, to nie jest prawdą. Co jest przeszłością, już się nie powtarza. 

Wiele razy wydaje nam się, że to powtórka – “deja vu”. Czujemy, że już takie coś przeżyliśmy kiedyś, ale tak naprawdę to tylko iluzja w naszej pamięci, wspomnienie, które w nas żyje i rozbudza się  w podobnej sytuacji z przeszłości. 

Czas ma to do siebie, że wraz z przemijaniem tuszuje wiele nieprzyjemnych wspomnień, trudnych chwil. Albo inaczej – to ja uznam, że przypomnieć sobie coś ważnego i trudnego z przeszłości jest mi teraz potrzebne. Bo nic nie dzieje się bez przyczyny. I wszystko co nas spotka w życiu ma swój sens. Nawet te najtrudniejsze i najsmutniejsze chwile. 

Fenomenem czasu jest fakt, że NIE DA się go zatrzymać, nie można go ani przyspieszyć ani cofnąć.  

Starszy człowiek często mówi – “chciałbym cofnąć się do lat młodości”.

Ja osobiście, gdybym miała szansę cofnięcia czasu, chciałabym znów mieć  pięćdziesiąt lat i  biegać  “w czerwonym kapeluszu”… Moja piąta dekada życia, to najlepiej i najradośniej zapamiętane lata. Pojedyncze wydarzenia, które są dla mnie “słodkimi” wspomnieniami. Mam długą ich listę. Wracają, odchodzą w zakamarki “nie-pamiętania” i znów przybiegają kolejny i kolejny raz.. 

My- „Pięćdziesiątki”!

Moja piąta dziesiątka to czas, w którym już poukładało się wszystko – pomiędzy młodością ze szkołą, egzaminami, poszukiwaniem sposobu na lepsze życie, szlifowaniem swoich potrzeb i wyborów – lata walki o najlepszą wersję siebie. Trzydzieści – czterdzieści, to epoka ciężkiej pracy, trudnych zmian w polskiej rzeczywistości a potem rozpoczynanie wszystkiego “od początku” tutaj, w Houston. To lata intensywnego wychowywania dzieci, ich dorastania. Czas, gdy ja i moje problemy, potrzeby były daleko, na końcu życiowej listy. 

Pięćdziesiątka to pełna dojrzałość,  a jeszcze nie starość 😀. To wciąż dobrze wyglądająca kobieta, nie za gruba nie za chuda, za to pełna energii, pomysłów. Lata ukształtowanych przyjaźni, cennych związków, dobrych układów w pracy. Coraz jaśniejsza wizja siebie samej.   

Wyjazdy, podróże, szalone spotkania towarzyskie. Wszystkiego bardzo się chciało! Czas zaczął naprawdę pracować na mnie. A ja zgarniałam każdego dnia to, co było najlepsze.  Dzieci się usamodzielniły, a wciąż były blisko nas. Życie emocjonalne układało się jaśniej, bez “przepaści i dolin”. 

 Może ten czerwony kapelusz – symbol naszych “babskich pięćdziesiątek” dodawał mi siły i frajdy życiowej. Jeszcze nic tak naprawdę nie bolało, jeszcze miałam ochotę na szaleństwa i równocześnie umiałam wyciszyć się na moich zasadach. Gdybym mogła zatrzymać coś na dłużej, pewnie ta „kapeluszowa czerwona era” byłaby moim pierwszym wyborem. 

Łapałam czas dla mnie, znajdowałam balans i wcale nie żałuję nawet tych trudnych dni.  . Oczywiście – lepiej by było mieć więcej pieniędzy, znać cztery a nie dwa języki, umieć pięknie śpiewać, pisać wiersze, mieć dom na wysokim brzegu morskim… Ale czy to wpłynęłoby na moje lepsze życie? Czy gdybym to wszystko dostała od losu, byłabym szczęśliwsza??? 

Wczoraj był czas, taki sam jak zawsze, ale nie TEN sam. Dzisiaj wiem, że nie trzeba mieć racji w każdej kłótni, nie muszę mieć więcej rzeczy, bo to tylko RZECZY, a ich bałagan rozprasza mnie i obciąża na różne sposoby. Nie potrzebuję być w pierwszym szeregu, bo cichy zakątek też jest piękny i ma swoje zalety. 

Wybieram każdy moment i rozumiem, że najmniejsza aktywność, to moja skarbnica wiedzy i doświadczeń. Wybaczam sobie głupoty, które popełniłam tysiące razy. To co bolało, boli, ma też w życiu swoja cenę i niekoniecznie jest złem na wieki. 

Czas jest świadkiem naszych narodzin i przemijania. Zegary, urządzenia mierzące i odliczające upływ czasu, to tylko próby poszukiwania – „jak czas zatrzymać. „

Okładka książki pt. Światłoczułość” okładka niepozorna – treść zapierająca dech.

Niedawno przeczytałam książkę autorstwa Jakuba Jarno pt.”Światłoczułość”  Wywarła na mnie niesamowite znaczenie. I choć zostawiłam na koniec tego wpisu wzmiankę o tej powieści, to właściwie powinnam od niej zacząć.

Światłoczułość to wrażliwość na działanie światła. Termin używany w fotografice – “to stopień reagowania fotograficznych materiałów światłoczułych na światło białe...potocznie  zwany „czułością” (Encyklopedia PWN). 

I to właśnie jest sensem i sercem tej powieści – czułość, która w przemijaniu czasu nie zmienia się. W obliczu największych okrucieństw i cierpień ludzkości, można znaleźć najpiękniejsze człowiecze uczucia. Powieść obejmuje różne wymiary czasowe, różne miejsca wydarzeń, dobrych i złych ludzi..

 Czas płynie – Panta Rhei – a czułość, dobroć, miłość zawsze jest. 

Nie chcę – jak to mówią teraz po polsku -”spojlerować” treści tej powieści, ale gorąco polecam ją przeczytać. Tak bogatej czułości i ciepła w ciężkim życiu bohaterów dawno nie spotkałam…

********************************

A jak o upływie czasu i czułości, to przypomnę piosenkę z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego pt. „Chwytaj dzień”. Zaśpiewana razem z Kayah. W tle ujęcia z życia Wodeckiego, niezapomnianego głosu, ciepłych tekstów jego piosenek. Idola mojego pokolenia, który stanowczo za wcześnie odszedł ze sceny życia. Piosenka znalazła się w albumie „Dobrze, że jesteś”, który powstał na kanwie niedokończonych utworów Wodeckiego, już po jego śmierci. A przecież wciąż jest obecny…


BACK

Jak teatr może uzdrowić naszą duszę? 

16 maja 2025

Nie mam zdolności matematycznych czy technicznych. Świat widzę opisowo i kolorowo. Część mojego mózgu, który mógłby umieć błyskawicznie obliczać pierwiastki, strzelać tabliczką mnożenia albo konstruować samoloty, została prawdopodobnie zablokowana w momencie rozwoju mojego embriona.  Ale ponieważ wiemy, że tak naprawdę pustka nie istnieje, coś musiało w te technologicznie precyzyjne miejsca “wpaść”… 

I tak z czasem narodziła się moja pasja literacko – czytelnicza i teatralna. 

Nie jest łatwo być aktorem grającym z kukiełką 😄

Nie wiem po kim takie geny mi się dostały, bo tata był inżynierem i nigdy nie pogodził się do końca, że uparłam się studiować polonistykę. Mama była księgową, czyli to nie geny najbliższej rodziny.  Ale to właśnie Mama pokazała mi pierwszy teatr, a raczej teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Zapamiętałam z wczesnego dzieciństwa szary budynek przy ulicy Krupniczej w Krakowie (a moze to była jakaś przecznica z Krupniczej). Tam właśnie bywałam od czasu do czasu na pierwszych przedstawieniach. Pamiętam  kukiełki poruszające rękami i kiwające głowami za pomocą cienkich, ale sztywnych prętów przymocowanych do lalek.  To pierwsi aktorzy teatralni, z którymi spotkałam się w swoim życiu.  Nie mam pojęcia ile mogłam mieć wtedy lat, ale pewnie już byłam na tyle wrażliwym widzem, że do dziś pamiętam tę teatralną przygodę. 

Kukiełki mogą być różne.. (z sieci)

W moim dzieciństwie książeczki dla dzieci były trudno dostępne. Pamiętam taki epizod – kiedyś Mikołaj zostawił pod poduszką prezent w postaci dużej książki, w twardej okładce pt. “Dziadek do orzechów”.  Musiałam już być w szkole podstawowej, bo umiałam czytać. Ale wciąż wierzyłam w istnienie Świętego Mikołaja. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pierwszej stronie przeczytałam dedykację dla mnie od Mikołaja i… rozpoznałam pismo mojego wujka, którego kaligraficzny styl liter był piękny .  Od tego momentu zrodziły się we mnie duże wątpliwości – jak to naprawdę jest z tym Świętym Mikołajem 😄.

Dziesiątki wydań „Dziadka do orzechów” Niestety nie znalazłam w sieci tego, które zapamiętałam z dzieciństwa..

Czytałam dużo, do dziś mam w pamięci twarz naszej szkolnej pani bibliotekarki, która na przerwach pozwalała nam buszować po półkach i podsuwała coraz to ciekawsze powieści. Nieco później zapisałam się do prawdziwej “dorosłej” biblioteki tuż koło mojego domu, na ulicy Łobzowskiej w Krakowie. Ach, co to były za przeżycia – wejść tam, rozmawiać z paniami tam pracującymi i słuchać ich porad. 

Wtedy, w najgłębszych pokładach wyobraźni, nikt nie miał nawet przebłysku, że kiedyś będziemy czytać książki w komputerach, e-bookach lub słuchać ich w telefonie czy w podobnych urządzeniach, w każdej możliwej sytuacji, gdzie się własnie znajdujemy. 

W szkole podstawowej pierwszą sztuką, w której grałam główną rolę był “Pan Twardowski”, choć nie jestem pewna, czy dokładnie taki był jej tytuł. Dość często znajdowało się dla mnie miejsce, coś recytowałam, czytałam, zapowiadałam… Nie byłam najlepszą aktorką, ale lubiłam to robić. Bardziej przeżywałam dziesiątki prób w domu, kiedy ćwiczyłam moje przyszłe występy. To były chwile kipiące adrenaliną, większą niż sam finalny występ. 

Zdjęcie z „Wesela” w reżyserii L. Zamkow – 1969 rok (udało mi się znaleźć w internecie!)

W końcowych latach szkoły podstawowej i na początku liceum Mama często przynosiła z pracy bilety na niedzielne przedstawienia w godzinach południowych w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Były to głównie opery, ale nie tylko. Zazwyczaj jednak repertuar klasyczny. W ten sposób zetknęłam się z “Makbetem” Szekspira. Pamiętam to świetne i na tamte czasy nowoczesne i agresywne przedstawienie w reżyserii Lidii Zamkow. Jej syn chodził do klasy z moim bratem, dlatego pewnie jej nazwisko wbiło mi się w pamięć. Trochę przez mgłę, ale pamiętam “Króla Edypa” Sofoklesa i “Wesele” St. Wyspiańskiego.

Później, w latach 80-tych Teatr Słowackiego, jak zresztą wszystko w Polsce, szczególnie w kulturze, podupadł. Ludzie napotykali tyle trudności w codziennym życiu, że potrzeby kulturalne spadły na dalszy – daleki plan… Tylko takie miejsca jak “Piwnica pod Baranami” jeszcze walczyły o istnienie w życiu zwyczajnego człowieka.

Kiedy wyjechałam do Sosnowca, skończyłam studia polonistyczne i zaczęłam pracować w Liceum Medycznym, znów otworzyła się szansa realizacji teatralnych marzeń młodej nauczycielki. Okazji zawsze było dużo, tylko mało ludzi chciało angażować się w działania, które wymagały wiele dodatkowej pracy. Mnie się chciało! Byłam młoda, miałam pomysły, dobry kontakt z młodzieżą, więc zamiast nudnych sztampowych akademii, zaczęłam organizować kabarety, ironiczne przedstawienia (tylko trochę, bo cenzura szkolna też istniała!). I chwyciło. Młodzież to lubiła, ja wciągnęłam siebie i uczniów w różne teatralne formy. Działo się coś nowego.   

Tworzyłam kabarety na studniówki i na akademie z okazji święta Pierwszego Maja. Wymyślałam teksty, pisałam własne scenariusze, wkładałam w to piosenki, choć o śpiewaniu niewiele miałam pojęcia…  Za to miałam energię i pomysły, by próbować nowych nietuzinkowych sposobów na szkolne oklepane okazje. 

A potem… wyjechałam do Houston. Najpierw – z nadzieją, że to tylko na chwilę, na wakacje. Wrócę i znów będę na “swoim“ miejscu. Tak się nie zdarzyło. Różne myśli i emocje przychodziły mi do głowy, ale dziś niczego nie żałuję, że tak się poukładało.  Przez wiele lat było “pod górkę” ale przecież nikt nie ma zawsze “z górki 🤗”   

Niemal zaraz po przyjeździe “napatoczyła” się Sobotnia Szkoła Polska.  A już po roku pracy z dzieciakami zaczęłam robić krótkie występy – wierszyki, piosenki – po polsku. A potem z grupą tak samo jak ja szalonych koleżanek – nauczycielek powstawały małe dziecięce przedstawienia, potem coraz większe, bogatsze w teksty, kostiumy, nawet tańce. To porywało dzieci do wspólnej zabawy, zachęcało do mówienia po polsku. Lubili to rodzice, zaangażowani podobnie jak ich pociechy. Chętnie przychodzili widzowie, wspierali nas w tych formach polskiej działalności. 

Aż dzieci podrosły, weszły w wiek nastolatków, a my potrzebowałyśmy znaleźć nową formę “polskości”. I wtedy założyłyśmy Teatr Ogniska Polskiego. Wszystko działo się szybko, entuzjazm i pomysły rosły jak na drożdżach. Minęło parę lat, do młodzieży dołączyli dorośli i tak teatr stał się dla mnie spełnieniem potrzeb dawnej nauczycielki – polonistki i radością dla coraz większego kręgu widzów. 

O teatrze i sposobie jego zwariowanej a równocześnie fantastycznej działalności rozpisywałam się już w innych tekstach mojego bloga – w dziale Teatr Ogniska Polskiego w Houston” . (patrz – sekcja Blog)

Pierwsze przedstawienia Teatru Ogniska Polskiego – „Jak kamienie na Szaniec” – 1995 r. (zdjęcie środkowe). Pozostałe zdjęcia – „Zemsta” Fredry 1996-1997 r.

Wprawdzie to tylko wyrywkowe wspomnienia, poskładane tak, by ożyły w nas teatralne myśli tamtych czasów. Wiele teatralnego jest wciąż we mnie, ciągle uważam ten rozdział w moim blogu za otwarty. Coraz trudniej dogrzebać się do starych filmików, zdjęć. Trudniej też poukładać logicznie w pamięci całość tamtych dni. 

Przechowuję wycinki, wyrywki tekstów, piosenki jak największe skarby. W każdym przypadkowo znalezionym zdjęciu widzę sens i terapeutyczne działanie mojej sceny teatralnej. Nic nie było jak w prawdziwym teatrze, a jednocześnie była to najprawdziwsza “sztuka” jaka my, emigranci-entuzjaści mogliśmy stworzyć w warunkach “domowych”.  

Programy niektórych naszych sztuk – wciąż są „w moim pudełku pamięci”

A aktorzy, młodzi ludzie często urodzeni już w Stanach, musieli nauczyć się długich tekstów polskich, trudnych ról. Zagrać, zaśpiewać i pokochać na “moment”  TEATR. Wymyślaliśmy kostiumy, tworzyliśmy scenografię z niczego, nagrywaliśmy muzykę, niemal spod ziemi wydobywaliśmy rekwizyty. I uwielbialiśmy te nasze wspaniałe sceniczne szaleństwa.

Mówiłam, pisałam już o tym? Ależ  tak!! Ale nigdy nie dość, by znów wspominać… Bo teatr – każdy i zawsze – takim jak ja – uzdrawia duszę…  Dla mnie  to była pasja i terapia.

Wszystko jednak ma swój czas. Czas naszego teatru też musiał minąć. 

Obok – sztuka filmowa wciąż była i jest dla mnie niesłychanie ważną częścią mojego życia. Uwielbiam Festiwal Filmów Polskich w Houston, jestem zawsze od 25 lat obecna niemal na każdym filmie. Śledzę polską kinematografię na bieżąco. I nie tylko polską. Ale polski język, jako dawnej polonistce jest mi najbardziej bliski i tylko  w taki sposób mogę spełniać swoje zainteresowania. 

Oglądam i śledzę na bieżąco w filmach wielu polskich aktorów i to nawet tych najmłodszych. Wiem dużo, na czym polega warsztat pracy aktora, reżysera. Patrzę na teatr i film trochę inaczej niż przeciętny widz. W każdej scenie, ruchu czy słowie widzę ogrom pracy. Tej za kulisami i tej już po ostatecznym szlifie twórczym. Zastanawiam się, co było ważne dla reżysera i co jest ważne dla mnie – widza. Widzę każdy ruch i podziwiam, bo wiem jaka to wyczerpująca i żmudna praca, ale także jak wspaniałą satysfakcję niesie. 

Uwielbiam słuchać wypowiedzi twórców o  procesie ich działań, o rodzeniu się ostatecznego kształtu tego, co my- widzowie oglądamy. 

Niedawno dowiedziałam się, że mogę oglądać polskie przedstawienia Teatru TV z różnych miast i zaczęłam śledzić coś, czego nie oglądam już od lat. Jakież było moje zdziwienie (a nie powinno mnie zdziwić!), że współczesny teatr polski to dzisiaj także nowoczesne sceny, inne możliwości, nieograniczone pomysły i wspaniali aktorzy. 

I przypadkowo natrafiłam na przedstawienie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pt. “1989. Musical” .

Wrócił do mnie obraz tego teatru sprzed 40-50 lat. Nagle ujrzałam znaną mi scenę, ale jakże inną! Większą, nowoczesną, przestrzenną. Wiedziałam, że teatr był długo w przebudowie, że odnowiono wnętrza, widownię, wymieniono krzesła, odnowiono loże.  Ale przecież nie byłam tam pół wieku… Wszystko wróciło ze zdwojona siłą. Nagle znalazłam się w teatrze moich młodych lat, a przecież zupełnie innym! Ujrzałam stare piękno tego miejsca, rozpoznałam wiele znajomych, bo solidnie wbitych w pamięć elementów. Remont wciąż trwa, bo nie jest to łatwy i tani projekt. Ale i tak nowy wygląd starego “Słowackiego” zapamiętanego przeze mnie teatru, aż zaparł mi dech w piersiach. 

Musical o treści politycznej, to niełatwy temat. Powiem więcej – trudny do odtworzenia.  

Oglądałam w Houston musical “Hamilton”, który robi wielkie wrażenie i ma świetne recenzje. Podobno był pierwowzorem pomysłu wersji Musicalu „1989”.  

Najchętniej dołączyłabym dużo więcej zdjęć! ale jesli ktoś zainteresowany – zapraszam na strony internetowe

Nigdy nie byłam fanką muzyki rapowej, nigdy też nie myślałam, że można stworzyć tak ciekawy scenariusz opowiadający o politycznych wydarzeniach w Polsce w latach 1980-89. O “Solidarności”, o dniach niepewności, o aresztowaniach, o wątpliwościach i – o największej sile polskiej solidarności ludzkiej, jaka  dokonała się na oczach mojego pokolenia. 

Tak, minęło już ponad 35 lat. Wyrosło następne pokolenie a nawet dwa, dla których to już tylko historia..  Dla mnie – to przeżycie pokoleniowe!  Byliśmy w środku tych wydarzeń, przeżyliśmy chwile i wydarzenia, które wykształciły w nas najprawdziwszą świadomość polityczną. 

Historia opowiedziana jest z perspektywy kobiet i żon ważnych osób, które tworzyły tamte wydarzenia. Na scenie przeplatają się chwile grozy i polityczne decyzje, rodzinne problemy i dylematy. Wątpliwości zwykłych ludzi i życiowe zawirowania. Codzienne życie toczy się obok wielkiej polityki. A wszystko to w rapowej muzycznej oprawie, ostrym rytmie, energicznym tańcu.

Byłam i jestem zauroczona! I mile zaskoczona. Niektórych aktorów znam z filmów, ale w takich rolach wszyscy mnie zaskoczyli. Entuzjazm i energia spektaklu, szybkie zmiany scen, dekoracji, świateł a równocześnie znane postaci tamtych wydarzeń – wszystko to otworzyło mi ważny i trochę już przysypany kurzem minionych lat obraz. 

Oglądaliśmy tę transmisję z Teatru Słowackiego i czuliśmy się jak widzowie w pierwszym rzędzie. Byliśmy tam, wśród innych widzów – a nie przed naszym dużym telewizorem. Ale siła wrażeń, moc rapowej muzyki, nieustającego ruchu i tańca, tekst scenariusza i niezwykłe skupienie wydarzeń tamtych lat wywołały w nas tak silne emocje, że podzieliliśmy sobie całość spektaklu na dwa wieczory. 

Jedno, co odkryłam w sobie z dużym zdumieniem…  “Solidarnościowe” przeżycia i w pewnym sensie wiedza o tamtych czasach urwały się w mojej pamięci wraz z wyjazdem z Polski do Houston.  

Zrozumiałam, że ostatnie 35 lat dla Polaków mieszkających w Polsce to ciąg dalszy historii, trwanie walki politycznej i zmian, których ja już tam nie doświadczyłam. 

Dla mnie zwycięstwo „Solidarności” to pierwsze wolne wybory w 1989 roku i ich wygrana. Wszystko, co nastąpiło potem – już nie wyzwoliło we mnie rozterek, niesmaków i poważnych rozłamów politycznych.

Dla mnie MIT tamtego burzliwego dziesięciolecia i zwycięstwo “Okrągłego Stołu” to MIT POZYTYWNY. Nikt i nic go nie zmieni. Tak, wiem – następne ponad trzy dekady zmieniły w Polsce życie i w konsekwencji także spojrzenie na tamte wydarzenia. 

Usłyszałam (a może przeczytałam w recenzjach), że spektakl “1989” ma za zadanie przywrócić czy odtworzyć tamto zwycięstwo i sprawić, by MIT tamtych lat stał się dla nowych pokoleń mitem pozytywnym.  Nie tylko dla mnie…

Z perspektywy czasu, a przede wszystkim zmian w moim życiu, z obserwacji polskości z daleka, dla mnie Solidarność pozostanie na zawsze zwycięstwem mojego pokolenia. Jedynym polskim powstaniem, które wygrało. 

A twórcom i aktorom tego spektaklu dziękuję z całego serca za odwagę i odświeżenie historii, która powoli zaczyna być zapomniana. A przecież – nie wolno zapomnieć o tym, że potrafimy zwyciężać.  

Teatr potrafi przywrócić wiarę, przywołać pozytywne wspomnienia i… uzdrowić duszę! 

Dziękuję!! 


BACK