Czy nauczycielką można się urodzić?

6/4/2021   

Jestem emerytką. Tak, wiem, brzmi to bardzo staro. Ale niekoniecznie tak się czuję choć czasami, nie zaprzeczam, jak każdy z sześcioma krzyżykami (uppss, nawet trochę więcej) na karku, czuję ich przytłaczający ciężar. Ale – tylko czasami. Coraz częściej rozmyślam nad latami, które są już poza mną i zastanawiam się jak wiele elementów mojego życia było słusznym przemyślanym wyborem, a ile rzeczy wydarzyło się tak po prostu – przypadkiem. Nie jestem wyjątkiem. Myślę, że każdy człowiek ma własne historie na drodze życia. Raz rozmyślamy bardzo długo nad wyborem ważnych decyzji, innym razem coś się zdarza.. I toczy się dalej. Czy chcemy czy nie, podejmujemy wyzwanie i brniemy dalej.

W mojej rodzinie nie było nauczycieli. Nie było też humanistów. Tata był inżynierem, mama księgową i właściwie w domu mojego w dzieciństwa czy  młodości nie rozmawialiśmy na temat wielkich planów na przyszłość. Byłam chyba w siódmej klasie kiedy powiedziałam, że będę nauczycielką. Nikt za bardzo się tym nie przejął. Wcale się nie dziwię, bo i kto bierze na poważnie takie deklaracje dzieci w wieku 13 lat. Ale ja już wtedy byłam przyboczną w drużynie zuchowej. Lubiłam opowiadać, lubiłam gdy mnie słuchano. Lubiłam organizować zabawy, gry, prowadzić różnego typu zajęcia z młodszymi ode mnie. Lubiłam obserwować moich nauczycieli i bardzo mnie fascynowała ich praca. Miałam duży respekt dla nich. Nie byłam uczennicą, która krytykuje nauczyciela tylko dlatego, że jest nauczycielem. Większość moich nauczycieli po prostu lubiłam. Choć – tu muszę przyznać uczciwie, na mojej drodze edukacyjnej znaleźli się i tacy, którzy nie zapisali się w mojej pamięci najlepiej. Panią od geografii w liceum do końca życia będę wspominać jako przyczynę moich wrzodów  żołądka i koszmarów nocnych. I jeszcze pewnie kilku innych mogłabym na tę listę wpisać.

Ale tak naprawdę – dość wcześnie w moim życiu wiedziałam, że chcę uczyć. I od początku miałam świadomość, że nie jest to zawód dochodowy ani łatwy.

Życie brnęło do przodu, orłem w liceum nie byłam, ale przedmioty humanistyczne lubiłam i instruktorką zuchową a potem harcerską byłam z powołania. Uwielbiałam to robić, a to przecież bardzo silne powołanie pedagogiczne. Dzieci i młodzież mnie lubiły, a ja ich. Zbliżała się matura. Trzeba było podjąć decyzję o tym z jakich przedmiotów będę zdawać egzaminy i powinno było to być skoordynowane z wyborem kierunku studiów. Dla mnie było jasne. Idę na polonistykę. Uniwersytet Jagielloński, wydział filologii polskiej znajduje się 15 minut piechotą od mojego domu. Tam będę próbować zdawać i dostać się na studia. Cztery osoby na jedno miejsce. W tamtych czasach dostanie się na studia było bardzo trudne! Niektóre kierunki, w tym polonistyka były bardzo oblężone. Medycyna, prawo – horror! Osiem – dziesięć osób na jedno miejsce. Ale już niektóre inżynieryjne kierunki miały niedobory. Podobnie jak np. filologia klasyczna.

Pół roku do matury. Miałam w planie zdawać jako dodatkowy przedmiot historię, bo ten oprócz polskiego pisemnego i ustnego musiałam zdawać na polonistykę. No i oczywiście język. Wybrałam rosyjski, bo francuski był dla mnie koszmarem, choć rosyjski wcale nie mniejszym. Ale zawsze to bliższy polskiemu..

Tata wciąż nie przyjmował do wiadomości, że mogę iść na polonistykę. Niby żartem, ale cały czas nie odstępował od propozycji Politechniki Krakowskiej, którą sam kiedyś ukończył.  Ja ciągle nie przejmowałam się jego przytykami i tak trwało do dnia – gdy tata dostał zawału serca. Miał tylko 42 lata.

Pamiętam, że  była zima. Tata leżał w szpitalu w Nowej Hucie. Pojechałyśmy z mamą tramwajem, to była długa podróż, potem jeszcze szłyśmy kawał drogi piechotą. Kiedy go zobaczyłam, przestraszyłam się nie na żarty. Rzadko bywałam w szpitalu, rzadko widziałam ludzi chorych poważnie. Wyglądał strasznie. Uświadomiłam sobie, że on może umrzeć. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam…

Nie pamiętam, czy to była nasza pierwsza wizyta czy już któraś później, ale tata nagle zaczął mnie prosić, żebym nie szła na polonistykę, żebym zrezygnowała ze swoich planów. Nie wiem jak to się stało, że złamałam się i obiecałam, że nie pójdę, ale też nie obiecałam, że będę próbować zdawać na politechnikę. Miałam dobrą koleżankę, która planowała studia na psychologii. To też było w zakresie moich zainteresowań i zahaczało częściowo o zdawanie egzaminu z języka polskiego. Nie wiem jak, kiedy i w jaki sposób, ale strach, przerażenie, że tata umrze, a ja zrobię coś wbrew jego woli.. doprowadziło mnie do decyzji, że skoro nie potrafię podjąć decyzji zdawania na politechnikę na jakikolwiek wydział inżynierii, to może psychologia będzie „pośrednim wyborem” i jakoś uratuje zarówno życie Taty jak i moje sumienie i moją przyszłość. 

Tata bardzo ironicznie wyrażał się o zawodzie nauczycielki, uważał, ze nigdy nie zapewni mi to należytego spokojnego bytu w przyszłości. Dziś rozumiem jego obawy, ale wtedy całkowicie skołowana, podszyta strachem, bez jakiejkolwiek podpory, porady zupełnie się zagubiłam. Na kilka miesięcy przed maturą wszystkie moje wyobrażenia i wybory były zupełnie bezsensowne. Tata szczęśliwie wrócił do domu i powoli dochodził do zdrowia, ja uczyłam się do matury historii, jako dodatkowego przedmiotu. Równocześnie zaczęłam uczyć się z moją koleżanką Basią, biologii, nadrabiać materiał z czterech lat liceum wierząc, że uda mi się w ciągu kilku tygodni nauczyć biologii tak, by zdać ją wystarczająco dobrze i dostać się na psychologię. Psychologia należała do bardzo popularnych kierunków – 8 osób na jedno miejsce. Nie wiem co ja miałam wtedy w głowie. Dlaczego wydawało mi się, że psychologia uratuje mnie przed przerażającą inżynierią i pogodzi moje marzenia i Taty?  Konsekwencje tego planu były bardzo przykre. Na studia nie dostałam się i to nie  z powodu biologii a… polskiego. Egzamin ustny poszedł mi bardzo źle. Pierwsze pytanie dotyczyło „Bogurodzicy”  i do dziś pamiętam szczegóły, o jakie pytano mnie. Dziś (tzn. już od dawna) wiem, że te pytania nie miały prawa być mi zadane, bo opierały się o bardzo szczegółowe opracowania, które w materiale szkoły  średniej NIE były obowiązkowe.  Ale to odkryłam dopiero po wielu latach, gdy  sama zostałam nauczycielką języka polskiego i poznałam wymogi programu pierwszej klasy liceum. Cóż.. kiedy na jedno miejsce było ośmiu kandydatów, jakoś trzeba było tych siedmiu oblać. Do dziś nie mogę przeżyć tej porażki, szczególnie dlatego, że był to język polski. Wśród wszystkich moich najbliższych przyjaciół tylko ja jedna nie dostałam się na studia. Mogłam jeszcze wybrać sobie kierunek, na którym były wolne miejsca jak np. filologia klasyczna. Nie skorzystałam. Byłam załamana. Nie chciałam jechać na obóz harcerski, nie chciałam widzieć mojego chłopaka, nie chciałam spotkać się z moimi przyjaciółmi. W tamtym momencie taka porażka wydawała mi się tragedią. Tata czuł się współwinny. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości. Ponieważ oczekiwanie na wyniki egzaminów trwały dłużej i obóz harcerski już się zaczął, ja dojechałam nieco później. To był dla mnie straszny moment. Czułam się zdruzgotana i gorsza niż wszyscy moi rówieśnicy. Wszyscy, którzy dostali się na studia za pierwszym podejściem. To było moje pierwsze życiowe doświadczenie wielkiej porażki. Wtedy bardzo trudne. Jakoś przeżyłam. Po rozmowach z rodzicami postanowiliśmy, że za rok będę zdawać na polonistykę tak jak sobie wymarzyłam i tak jak chcę. Ten rok przeznaczę na dodatkową pracę, w szkole znalazłam możliwość zajęć z uczniami, którzy potrzebowali zajęć pozalekcyjnych uzupełniających, co mnie dawało dodatkowe punkty liczące się w dostaniu się na studia. W tamtych czasach dużo dodatkowych rzeczy liczyło się przy naborze studentów na studia np. słynne punkty za pochodzenie robotnicze i rolnicze. Ja oczywiście takowych mieć nie mogłam, bo jako córka inżyniera miałam pochodzenie inteligenckie, wiec punkty za pracę przez rok w szkole były na wagę złota. Kilka miesięcy przed egzaminami skorzystałam z lekcji ze studentką polonistyki (nie z profesorem!) aby powtórzyć cały materiał z języka polskiego i historii.  Był jeszcze język rosyjski, który w sumie poszedł mi najgorzej, ale jakoś ten egzamin zdałam i za drugim podejściem dostałam się na wymarzoną polonistykę z nadzieją, że kiedyś jednak będę nauczycielką. 

Pierwszy rok na Uniwersytecie Jagiellońskim był piękny wymarzony, a potem życie potoczyło się jak szalone, wyszłam za mąż wyjechaliśmy do Sosnowca i już jak może ktoś gdzieś przeczytał zaczął się inny rozdział – nie mojego a naszego życia.

Byłam żoną, urodziłam dziecko, nie przerwałam studiów i zostałam nauczycielką.

Teoretycznie chyba na trzecim roku wybieraliśmy kierunek nauczycielski albo nie -nauczycielki ale czy to naprawdę miało jakieś znaczenie? Ci, którzy mieli zadatki na pozostanie na uczelni i kontynuowanie pracy naukowej mogli mieć nadzieję, że nie będą nauczycielami w szkole. Ale reszta z nas? Biblioteki, szkoły.. czy mieliśmy duży wybór wtedy? Tacy jak ja, którzy chcieli uczyć należeli do mniejszości.  Ja chciałam. Tyle, że zaraz po skończeniu studiów okazało się, że nie ma lekko i miejsc pracy jest bardzo mało. Chciałam zacząć pracować zaraz od września, ale były tylko miejsca w szkole podstawowej i to wcale nie blisko. Dzielnica nazywała się Zagórze i nie miała najlepszej opinii. Byłam bardzo niezadowolona, więc zdecydowałam się zahaczyć na jakieś zastępstwo na pół etatu. Dostałam uczenie polskiego w szóstej i siódmej klasie. Zaczęłam prawdziwą pracę nauczycielki. Robiłam to co chciałam, ale nie tak jak chciałam. Czułam, że nie mam dobrego startu, że nie mam porozumienia z dziećmi w wieku 10-11 lat. To nie było to, o czym marzyłam, co sobie wyobrażałam. Szukałam dalej. Oczywiście, jak to w czasach lat 70-tych, w których w Polsce wszystko opierało się na kontaktach, koneksjach, znajomościach, uruchomiliśmy pół świata wokół i szczęśliwie dla mnie już po miesiącu dowiedzieliśmy się, że zwolnił się etat polonisty w Liceum Medycznym w Sosnowcu i tak wylądowałam od 1 października 1977 roku jako najmłodsza, trzecia polonistka w Medyku. Byłam zachwycona.

 to moja pierwsza klasa w której miałam wychowawstwo – „czepkowanie” – tradycyjna uroczystość nałożenia białych czepków przyszłym pielęgniarkom. Odbywała się na początku drugiej klasy (czyli niemal zaraz jak zaczęłam moją pracę nauczycielki i wychowawczyni) 1977

Natychmiast przejęłam też wychowawstwo drugiej klasy (czyli 10-tej) ponieważ osoba, która odeszła (młody polonista, który w drugim podejściu dostał się do szkoły teatralnej) był wychowawcą tej klasy. Rzucono mnie więc na „głęboką wodę”.  Dwadzieścia sześć dziewcząt znających się dość dobrze już od ponad roku, niewiele młodszych ode mnie, zgranych i dobrze zorganizowanych.  Miały już swój system klasowy, znały swoich innych nauczycieli, to ja byłam ta nowa.  Nowa i niedoświadczona. To ja musiałam zastartować tak, by ustawić się na właściwym miejscu, wypracować sobie dobre relacje i sprawdzić się jako dobra nauczycielka polskiego. Miałam w sobie mnóstwo entuzjazmu, pomysłów i trafiłam na bardzo sprzyjający grunt wśród koleżanek i kolegów nauczycieli. To było młode grono i szybko zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami.

Zdjęcia na górze pochodzą z czasów wspólnej pracy. Byłyśmy z Martą „ jak siostry” -zawsze razem, podobne i nierozłączne. Dwa dolne zdjęcia to spotkanie u Iwety, córki Marty i Andrzeja w Norwegii w 2011 r

Natrafiłam na Martę, nauczycielkę WF-u, dziewczynę młodą energiczną pełną humoru i bardzo podobną do mnie. Tak bardzo, że gdy zaprzyjaźniłyśmy się, nasze uczennice po wielu latach jeszcze nie mogły uwierzyć, że nie jesteśmy siostrami.  W szkole byłyśmy zawsze razem, miałyśmy podobny gust i ubierałyśmy się w podobnym stylu. W krótkim czasie wszyscy przywykli, że na pewno jesteśmy siostrami😊. Drugą koleżanką, z którą zaprzyjaźniłam się była matematyczka, która też zaczęła uczyć w tym samym roku co ja (tyle, że od września). Była niesamowita. Wesoła, zabawna, świetna organizatorka – stanowiłyśmy silny zespół młodych i zwariowanych. Było jeszcze kilka innych, też fajnych dziewczyn, część uczyła przedmiotów zawodowych pielęgniarskich, więc częściowo pracowały w szpitalach, bo tam też nasze uczennice miały swoje lekcje praktyczne.

Spotkanie w Sosnowcu, 2019
Moje grono pedagogiczne Medyka po 30 kilku latach
. Niemal w takim samym składzie jak w latach 80-tych.To był wspaniały dzień.

No i nasz „rodzynek” nauczyciel historii, słynny Ziutek. Sama nie wiem jak on wytrzymywał wśród nas, w takim babińcu ale zdaje się, że całkiem dobrze sobie radził i w dodatku chwalił sobie ten układ. Zawsze uśmiechnięty, nigdy niczym za bardzo się nie przejmował. Lekko łysy (dziś już dużo bardziej😊 z dużym sumiastym wąsem, zabawny- uwielbiałyśmy go. On nas chyba też. I tak w tym gronie przetrwał długie lata. Nie wiem czy do emerytury, bo ja odeszłam wcześniej, ale dwa lata temu, gdy udało nam się zorganizować spotkanie tamtego dawnego grona pedagogicznego po ponad 30 latach, moje „kółko” koleżeńskie stawiło się niemal w niezmienionym składzie i Ziutek także znalazł się w tym kręgu. Nic się nie zmienił. Wiele z moich koleżanek także nie. To, że wszystkim nam przybyło trochę lat to oczywiste, ale kto by na to patrzył! Spotkaliśmy się tak radośnie i tak szczęśliwie jak za dawnych lat przy stole w pokoju nauczycielskim. Tym razem stół był w ogrodzie, my bez dzienników szkolnych pod pachą, za to z mnóstwem wspomnień, które oczywiście rozsypywały się, bo każdy pamiętał co innego i w innym wydaniu. Mój nauczycielski czas, ten z pokoju nauczycielskiego był wspaniały. Trafiłam na dobrych ludzi, z niektórymi wciąż mam kontakt, choćby sporadyczny, FB-owy, ale pamiętamy o sobie, pozdrawiamy się i kiedy widzę moje koleżanki (i Ziuteczka) na zdjęciach, gdy znów spotykają się z okazji Dnia Nauczyciela albo przed świętami Bożego Narodzenia, to łezka kręci mi się w oku, że nie mogę być tam z nimi. Dlatego tak bardzo jestem im wdzięczna za zorganizowanie naszego spotkania w Sosnowcu, kiedy byłam w Polsce w 2019 roku.

Moje pierwsze doświadczenia uczenia to była ciężka praca.  Szukanie dróg jak i co wymyśleć, by uczennice polubiły literaturę, by chciały czytać książki, by odważyły się rozmawiać i dyskutować na lekcjach. Większość uczennic (tak, to były prawie same dziewczęta, czasem zdarzył się jakiś odważny co chciał zostać pielęgniarzem 🙂 ) pochodziła z średnio zamożnych albo biednych rodzin, często z okolicznych wsi i małych miasteczek. Zawód pielęgniarki czy opiekunki dziecięcej, który można było zdobyć po ukończeniu liceum medycznego a równocześnie pełne średnie wykształcenie był dużą szansą dla wielu tych dziewcząt na dobre ustawienie się i start na samodzielne życie. Uczenie w Medyku przez 17 lat w klasach od I do IV licealnej, coroczny udział w komisji maturalnej, stworzenie sobie dobrej przyjaznej pozycji z uczennicami, a równocześnie poczucie, że udaje mi się każdego roku stworzyć ich dobre relacje z polską literaturą i lekcjami polskiego.. to wszystko było dla mnie wielkim wyzwaniem ale i satysfakcją. Wiedziałam, że większość uczennic mnie lubi, że lubi przedmiot i sposób prowadzenia lekcji. Oczywiście, na pewno były takie, które przeszły przez tę szkołę i „nie zakochały się” w polskim, ale przecież nigdy wszystkim się nie dogodzi. Kiedy czytałyśmy fragmenty „Pana Tadeusza” i udawało mi się wywołać ciszę i zachwycić dziewczyny pięknym nagraniem koncertu Jankiela ( szkoda, że nie pamiętam  czyja to była owa wzruszająca deklamacja..) i widzieć, że ten fragment polskiej poezji nie jest im obojętny – byłam szczęśliwa i pewna, że jestem w swoim życiu zawodowym na właściwym miejscu. Pamiętam, jak trudno było przekonać uczennice do przeczytania „Lalki” Bolesława Prusa. „Cegła” – nudna z wieloma długimi opisami, niezrozumiałymi dla młodych dziewczyn nudnymi wywodami..

A potem jakoś tak udawało się sprowadzić dyskusję za pomocą pytań bardzo „uwspółcześnionych”, psychologicznych i nagle Stanisław Wokulski stał się człowiekiem, o którym toczyła się gorąca dyskusja: czy romantyk czy pozytywista?  Co w nim było silniejsze, czego pragnął bardziej.. Jak to wyglądało w epoce Wokulskiego a jak z punktu widzenia naszych czasów lat 80-tych. A Izabela? Jaką była kobietą? Czy ją lubimy, pochwalamy? I nagle okazywało się, że Prus nie jest nudny, że „Lalka” jest fascynująca!  Czasem się udawało. Właściwie dość często.. I to uwielbiałam! To tylko jeden przykład a przecież każdego dnia działo się coś fajnego fascynującego.  Podobnie było z poezją. Moje koleżanki polonistki narzekały, że to zupełny koszmar analizować wiersze, że to dziedzina kompletnie dla młodych niezrozumiała a czas na lekcjach stracony. Ja nigdy tak nie uważałam. Owszem, nie było łatwo otworzyć młodzież na odbiór poezji, ale nie było to niemożliwe, a już na pewno nie był to nigdy czas stracony. Zawsze lubiłam poezję i wierzyłam, że jeśli ja coś czuję widzę, to potrafię też to innym pokazać. Nie wiem ile naprawdę udało mi się w życiu moich literacko-nauczycielskich marzeń zrealizować, ale wciąż wierzę, że młodzi ludzie nauczyli się czegoś dobrego i ważnego ode mnie, tak jak ja nauczyłam się wcześniej od moich nauczycieli. Bo dobry nauczyciel to skarb dla ucznia. Nauczyciel, który ma pasję i wiedzę i chce przekazać tę wiedzę i umie to zrobić jest nieoceniony. Nie twierdzę, że jestem wyjątkiem i że jestem w tym najlepsza.  Ale wiem, że uczenie innych było i wciąż jest moją pasją. Moje uczennice spędzały dużo czasu ze mną poza godzinami w klasie, na przerwach często oblegały mnie wokół opowiadając o swoich problemach, pytając, radząc się, śmiejąc i płacząc. Z moją klasą, której byłam wychowawczynią gdy tylko zaczęłam uczyć, zaprzyjaźniłam się tak mocno, że aż do wyjazdu do Stanów (w 1990r) spotykałam się w różnej mniejszej czy większej grupie, u mnie w domu, zawsze 1 września o 5.00 popołudniu. Po kilku latach już nie umawiałyśmy się, po prostu pamiętałyśmy o naszym spotkaniu. Gdy wyjechałam (w sierpniu) zawiadomiłam je i obiecałam, wierząc absolutnie głęboko, że następnego roku znów spotkamy się, jak zwykle o 5-ej…

Nie spotkałyśmy się. Odnalazłyśmy się już tylko z kilkoma z nich na portalu „Nasza klasa” a potem na FB-u. Ale i tak jest miło. Tyle wspomnień..

Inaczej niż w szkole, ale równie fascynująco, może nawet czasem bardziej 🙂

A potem – wyjechałam z Polski i już nie byłam nauczycielką taką w prawdziwym „szkolnym” wydaniu. Ale to nie znaczy, że przestałam uczyć. Uczyłam przez lata w sobotniej polskiej szkole parafialnej, w Ognisku Polskim aż wreszcie przez wiele lat prowadziłam moje ukochane „lekcje teatralne” w Polskim Teatrze.

To prawda, to już nie to samo. Ale wciąż dawałam z siebie to, co potrafię najlepiej, przekazywałam wiedzę z polskiej literatury, języka.  W szkole Ogniska Polskiego choć lekcje odbywały się tylko w soboty i miały zupełnie inny charakter niż regularne lekcje w szkole w Polsce, to wcale nie były dla nauczycielek łatwym zadaniem. Ale i tu potrafiłyśmy wspólnie z moimi koleżankami uczyć – stworzyć wiele różnorodnych ciekawych form, które mam nadzieję dały efekty na zawsze. Jedną z takich momentów było zorganizowanie kolonii dla dzieci w Galveston o tematyce bardzo polskiej, każdego dnia innej – góralskiej, indiańskiej, sportowej, aktorskiej.

Artykuł o kolonii naszych polskich dzieci w Galveston, który napisałam do „Głosu Nauczycielskiego” – gazety polskich nauczycieli w Ameryce – 1996

Później o naszej kolonii ukazał się w „Głosie Nauczycielskim” artykuł opisujący nasze polskie lato tutaj w Stanach. Ogrom naszej pracy w Ognisku, nasze szalone i pomysłowe akcje, wyjazdy, spotkania mają tak bogatą historię, że zasługują na osobne opowiadanie. Trzeba więc nieco poczekać na kolejne opowieści 🙂

A w różnych momentach mojego houstońskiego życia, kiedy udało mi się mieć prywatne lekcje polskiego, stawałam się na godzinę – dwie zwyczajną nauczycielką, jak za dawnych lat w szkolnej klasie w Medyku.

Przez kilka lat uczyłam języka polskiego starszego Pana, Amerykanina. To było niezwykłe doświadczenie.  Pan Ch. (ach, czy wiecie, że zasady języka polskiego wymagają, że przy użyciu skrótu imienia trzeba postawić kropkę po pierwszej literze ale w wypadku imienia zaczynającego się na literę CH, musi być użyte C (duże) i h (małe ) i dopiero kropka? – i nie pytajcie mnie dlaczego.. nigdzie wyjaśnienia nie znalazłam 😊.

Okładka książki mojego Pana Ch.- studenta języka polskiego, która powstała w oparciu o jego podróże do Europy i zainteresowanie się tematami związanymi z Polską. Na dolnym zdjęciu – informacje o książce. Autora nie ujawniam, bo nie miałam okazji zapytać Go o zgodę.

No więc mój uczeń, Pan Ch. nigdy nie miał nic wspólnego z Polską, ale pewnego dnia zaczął interesować się historiami polskich i ukraińskich cmentarzy żydowskich i rozpoczął podróże do Europy, zwiedzanie miejsc, rozmawianie z ludźmi. Zaczął poznawać coraz więcej ciekawych starych historii i tak trafił na Kraków, Warszawę, Poznań i różne małe miejscowości i… zainteresował się też polskim językiem. Rozpoczął swą naukę od zera. Ale z taką pasją i tak bardzo przykładał się do nauki, do zadań domowych, które zadawałam mu z tygodnia na tydzień, że chyba nigdy w życiu nie zdarzyło mi się mieć tak solidnego, porządnego ucznia. Od nauki języka niespodziewanie przeszliśmy do kultury, polskich świąt, obyczajów, obrzędów, książek, teatru. Kilka razy mój student przyszedł obejrzeć sztuki Polskiego Teatru, do których wcześniej przygotowywałam go skrupulatnie, żeby mógł je zrozumieć nie tylko językowo ale i w kontekście sytuacji literackiej. Dla mnie to było jak odrodzenie się marzeń. Wiedziałam, że Pan Ch. nie może skorzystać z tego tak naprawdę w stu procentach, ale jego próby włączenia się w polską kulturę i język były niesamowite a mnie przyniosły ogromną satysfakcję.

 Po kilku latach, sytuacja życiowa Pana Ch. skomplikowała się i lekcje skończyły się, nasze kontakty są sporadyczne, ale ja będę mu zawsze wdzięczna za te wspólne godziny wzajemnego uczenia się. Bo i on dał mi wiele i nauczył mnie jak można być aktywnym w starszym wieku i ile pasji i pięknych zainteresowań można w życiu realizować.

lekcja z chłopcami

Dziś znów uczę – uczę języka polskiego moich wnuków. Każdego tygodnia jadę do nich na regularne lekcje i cieszę się, że oboje mówią po polsku, piszą i czytają. A starszy, Christoph, właśnie zdecydował, że chce zdawać IB diploma z języka polskiego. A właściwie jest to egzamin z literatury i tu muszę przyznać – jestem w dużej panice, bo tym razem wydaje mi się, że to ja będę denerwować się dużo bardziej niż on.

 Czyżby jeszcze jeden egzamin przede mną w życiu??


BACK

Mroczne dni naszej Solidarnościowej młodości

5/26/2021           

Pandemia już ponad półtora roku krąży wokół nas i ingeruje w różny sposób w nasze życie.  Inaczej przez pierwsze kilka miesięcy, kiedy przestraszeni i zdezorientowani siedzieliśmy w domach, bez wiedzy, co dalej, bez pracy, bez poczucia zwykłego ludzkiego bezpieczeństwa, które człowiekowi tak potrzebne by móc normalnie funkcjonować. Powoli oswajaliśmy się z rzeczywistością, przysposabialiśmy sobie nowe formy współistnienia w starym/nowym świecie. Dziś po wielu miesiącach, gdy życie wraca do normy, choć wcale nie jest normalne, znów mamy wokół siebie rodziny, przyjaciół i odwagę przytulenia najbliższych.

Kilka dni temu po raz pierwszy zdarzyło mi się spotkać towarzysko w większej kilkunastoosobowej grupie bardzo dawno nie widzianych znajomych i przyjaciół. Wszyscy zaszczepieni, wszyscy uśmiechnięci spragnieni głosu i widoku innych ludzi. Jesteśmy stworzeni do życia w stadzie. Potrzebujemy siebie, samotność jest czasem naszym wyborem ale przyjaciół pragniemy jak powietrza. Było miło, po pysznym obiedzie siedzieliśmy przy deserkach i winku na pięknym otoczonym świeżą zielenią patio i tak zeszło na rozmowę wspomnieniową o ciężkich momentach naszego „starszego” pokolenia. Cała nasza niewielka grupa wiekowo bliska sobie – począwszy od tematu pandemii „wskoczyliśmy”  do czasów gdy zdarzył się Czarnobyl a potem sięgnęliśmy rozmów jak i gdzie zaskoczyły nas wydarzenia 11 września 2001roku,  tak jakoś popłynęły różne wspominki kto jak je przeżył, co pamiętamy..

A ja pomyślałam, że chciałabym zanurzyć się w moje wspomnienia lat 80-tych. Przypomnieć sobie i innym, co zdarzyło się w moim bardzo młodym życiu, opowiedzieć o wstrząsie Solidarnościowym i znaczeniu tamtych zdarzeń zarówno w kraju jak i w naszym prywatnym rodzinnym i koleżeńskim życiu. To był nasz moment Pokoleniowy. Tak jak kiedyś Roman Bratny napisał powieść „Kolumbowie. Rocznik 20” i od tego czasu ten czas historyczny, to pokolenie określa się pokoleniem Kolumbów, tak moje pokolenie miało swój „Kolumbowy” moment historyczny, którym była Solidarność. Byliśmy kilka lat młodsi od tych, którzy ten ruch stworzyli i zapoczątkowali, ale włączyliśmy się do niego i czynnie wzięliśmy w nim udział. A przede wszystkim Solidarność i jego twórcy stworzyli nas, takimi jakimi staliśmy się i jesteśmy do dziś. To oni pokazali nam odwagę walki o wolną Polskę, na naszych oczach osiągnęli to, co my młodzi mogliśmy kontynuować dalej. Nie będę prowadzić dyskusji politycznych jak to wygląda po latach i dlaczego. To już zupełnie inny temat i na inny czas.

Miałam 27 lat, dwoje malutkich dzieci, samodzielne życie, z którym dawaliśmy sobie rady jak wiele podobnych rodzin. Byliśmy w tej dobrej sytuacji, że dzięki swojemu uporowi i (co tu mówić – młodzieńczemu buntowi) mieszkaliśmy sami, bez pomocy rodziców dawaliśmy sobie finansowo radę i angażowaliśmy się w różne małe i maleńkie akcje „anty-rządowe” czyli odmawialiśmy należenia do partii w pracy (a na uczelni takiej jak Uniwersytet Śląski nie było to dobrze widziane), nie uczestniczyliśmy w zebraniach organizowanych przez organizacje takie jak Koło Przyjaciół Związku Radzieckiego (np. w moim Liceum Medycznym) itp. Nie była to wielka manifestacja, ale bywały nie raz ścięcia i słowne „utarczki” z dyrekcją. Jak wszyscy młodzi, godzinami obserwowaliśmy rozwój sytuacji i dyskutowaliśmy o tym co będzie dalej. Wydarzenia roku 1976 rozumieliśmy już bardzo dobrze. Zaczynaliśmy dorosłe życie w trudnych warunkach socjalnych i walczyliśmy o każdy normalny element życia. Chcieliśmy mieć zwykłe domy, książki na półkach dostępne bez ograniczeń, teatry a w nich sztuki bez cenzury, wyjazdy na wakacje w świat, uczciwe zarobki i wolność. Dlatego już pierwsze strajki w Lublinie a potem wszystko co działo się w Gdańsku było dla nas wstrząsem, a równocześnie obietnicą pokoleniową i spełnieniem marzeń o lepszym życiu. Był to okres wakacji, więc my jako nauczyciele mieliśmy przerwę wakacyjną. Obserwowaliśmy zdarzenia ze źródeł telewizyjnych i radiowych, o których dobrze wiedzieliśmy jak są wiarygodne i nadsłuchiwaliśmy wszystkich innych możliwych sposobów informacji. W tamtych czasach nie było to łatwe. Każdego dnia nasz entuzjazm wzrastał i opadał. Nikt z nas tak naprawdę nie znal do końca faktów i pełnej prawdy tego, co działo się na wybrzeżu. Dla mnie były to szczególnie emocjonalne dni, przecież cała najbliższa rodzina mojej Mamy mieszkała tam, w Gdańsku i okolicy. I wujek, brat Mamy właśnie wtedy pełnił funkcję dyrektora stoczni Lenina. Próbowaliśmy wszyscy złapać jakieś wieści ale było to prawie niemożliwe. Dopiero jak zaczęły docierać i potwierdzać się informacje o rozmowach rządu, o okrągłym stole i wreszcie porozumieniach sierpniowych – wszyscy złapaliśmy oddech szczęśliwi i dumni, że to początek końca „złego”. Wszyscy rozumieliśmy, że teraz czas na nas młodych. Trzeba działać, poprzeć tych co robią „wielkie”. Wspierać ich małymi kroczkami, ale stać z nimi po jednej stronie. I pamiętam, że entuzjazm szalał w nas na najwyższych obrotach. Strach, który towarzyszył mi każdego dnia, gdy szłam przez lata do szkoły, gdy dyrektor wchodził do pokoju nauczycielskiego a nasze śmiechy, rozmowy milkły, bo nigdy nie było wiadomo, kto zostanie zaproszony „na DYWANIK”  i w jakim celu – nagle przestał nas gnębić. Rozmawialiśmy swobodnie i to dyrektor czuł się niewygodnie wśród nas. Na jednym z pierwszych zebrań rad pedagogicznych wystąpiliśmy z propozycją a raczej żądaniem założenia w szkole komórki Solidarności, bo takie już były w wielu zakładach pracy, a także na terenie szkół w Sosnowcu i innych miastach w Zagłębiu i na Śląsku. Zespół Szkół Górniczych zorganizował się pierwszy i w nich mieliśmy silne oparcie i wzór. To oni pomogli nam jak mamy taką akcję przeprowadzić. Bo najpierw to wszystko była tymczasowa struktura a dopiero potem trzeba było przygotować wybory itd. Tak się złożyło, szkoła była mała i na tle mapy szkół województwa nie miała specjalnego znaczenia ale fakt, że mieliśmy oprócz Związku Nauczycielstwa Polskiego także Niezależny Związek Solidarności był w tamtych czasach dla nas czymś niesamowicie wielkim. A ja – zostałam przewodniczącą tej małej pierwszej Solidarności szkolnej. Pierwszej i.. ostatniej. Ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Na początku przystąpiło do nas kilkanaście osób ale w ciągu kilku miesięcy było nas na pewno ponad 60% pracowników. Miałam dobry układ z dyrekcją szkoły i na szczęście dogadaliśmy się dość spokojnie. Oczywiście, można się dziś śmiać z tego – były to niewielkie postulaty, dla młodych ludzi pewnie zupełnie niezrozumiałe, że trzeba było „walczyć” o tak zwykłe i przyziemne sprawy.. ale wywalczyliśmy np. mydło i ręczniki w toaletach, czego nie mieliśmy przez poprzednie lata w szkole, wydzielone miejsca na palenie papierosów, żeby nie było palenia wszędzie i byle gdzie, jakieś dodatkowe ulgi dla matek z małymi dziećmi, ograniczenia dla dyrektora w sprawie sprawdzania nauczycieli bez uprzedzenia i wpadanie na lekcje, stresowanie nieprzyjemnymi uwagami. Było dużo dyskusji, które jeszcze rok czy pięć wcześniej groziłyby wyrzuceniem nauczyciela z pracy. Teraz mogliśmy mówić o wielu naszych bolączkach, choć i tak wciąż  niejedna osoba nie była w stanie przezwyciężyć lat zawiązanych ust. Już nie pamiętam szczegółów, ale było tego trochę. To nie były wielkie polityczne żądania, ale nasze nauczycielskie i ludzkie, które dawały nam szanse na poczucie, że współtworzymy to miejsce pracy. Mamy też coś do powiedzenia. Mamy swoje miejsce. Chaos był coraz większy, w kraju codziennie, przybywało problemów, zaczęło się od kartek na mięso ale z każdym tygodniem coraz więcej artykułów przybywało na listę do wydzielania. Mleko w proszku dla dzieci, czekolada. Zaczęła się zima, a wraz z nią nawet buty zimowe były towarem wydzielanym na kartki. Nie ma się co dziwić, że wszystko to zaostrzało konflikty, żądania, postulaty coraz to innych grup, ujawniały się kłótnie, awantury i jasne już było dla wszystkich, że zamiast lepiej dzieje się coraz gorzej. Trudno nam było rozeznać się w tym co dobre a co złe. Żyliśmy nadzieją, parliśmy ku lepszemu.

Pieniądze przestawały mieć stabilność, bo niewiele można było za nie kupić. A jak można było, to właściwie nawet nie potrafiłabym powiedzieć dziś co ile kosztowało, bo kupowaliśmy wszystko w dziwnych miejscach, za dziwne pieniądze, każdego dnia za inną cenę. Czarny rynek działał tak sprawnie, że niemal przestaliśmy o nim myśleć jako o nielegalnym. Żeby żyć trzeba było walczyć, żeby walczyć, trzeba było umieć funkcjonować w kolejkach, w „przyjaźni” z czarnym rynkiem, a najlepiej, jeśli miało się ZNAJOMOŚCI. Łańcuszek znajomych, którzy mieli znajomych i ci znajomi, mogli pomóc innym znajomym – to był skarb tamtych czasów. Czy ktoś dziś potrafi szczerze o tym powiedzieć? To były swoistego rodzaju przyjaźnie. To działało i nikt (niestety) nie uważał, że było to nieuczciwe..

W 1981 roku na wakacje wybraliśmy się we trójkę, mój mąż, jak zawsze z Aniołem, swoim najlepszym przyjacielem i ja. Rodzice zajęli się wnukami na miesiąc w Polsce nad jeziorem w Sianowie, na Kaszubach. Pojechaliśmy „Maluchem”,  najpierw do Holandii, do znajomego, który pomógł nam w znalezieniu pracy. Anioł rozsadzał cebulki tulipanów (to oczywiste, przecież byliśmy w Holandii!) a my każdego ranka dojeżdżaliśmy chyba ze sto kilometrów, na szczęście świetna autostradą, Maluchem do pracy w Amsterdamie. Dodam tylko ze byliśmy poranną atrakcją dla wielu kierowców, którzy mijali nas oglądając co to takiego jedzie, a szczególnie ciekawie przyglądali się mojemu mężowi kiedy on bardzo chciał być kierowcą wyprzedzającym choćby środkowym pasem (że nie powiem lewym..) jakikolwiek inne auto jadące obok nas. Nie wiem czy za całe dwa tygodnie pobytu udało nam się choć jedno wyprzedzić, ale mój mąż z gatunku bardzo upartych, więc każdego ranka dzielnie się do tego przymierzał. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy wiadomość od przyjaciół, których Wacek miał wielu w Niemczech (wtedy jeszcze RFN) żeby natychmiast do nich przyjechać, bo mają dla nas świetną ofertę pracy. Na wsi, spokojnie, wśród zieleni, pięknie kwitnących kwiatów. Zwinęliśmy się więc ekspresowo i już za kilka godzin byliśmy w zupełnie innym miejscu. Najpierw u rodziny Rosjan, którą znaliśmy (ja tylko troszkę ale Wacek dość blisko) z czasów pobytu w Leningradzie. Pamiętam, ze kiedy gościłam tam w czasie jednego z pobytów Wacka na uniwersytecie, oni zaprosili nas na kolację. Inteligentni wykształceni ludzie, mieli dość duże mieszkanie jak na warunki rosyjskie.

Nasi rosyjscy znajomi. Jakże inni niż dwa lata temu w Leningradzie. Zdjęcie na dole po prawej z przyjaciółmi Wacka, których poznał kilka lat wcześniej – zwanym przez nas Zenkiem i jego żoną. Zrobili dla nas wiele wiele dobrego.

Zapamiętałam, że w dużym pokoju były bardzo ciemne bordowe tapety, na środku stał fortepian (nie pianino, a prawdziwy fortepian! Ona była muzykiem) a w oknach wisiał.. koc – z dziurą i zasłaniał szybę zamiast firanki.. gdy po niecałych dwóch latach zobaczyłam ich „małe niemieckie mieszkanko” i warunki w jakich żyli, nie mogłam długo uwierzyć, ze los może człowiekowi tak bardzo się w życiu odwrócić.  Zaraz potem dojechaliśmy do wsi, zamieszkaliśmy we wskazanej willi, w ładnym pokoiku, szybko zaprzyjaźniliśmy się z panią gospodynią i poznaliśmy naszych nowych boss-ów. A że trafiliśmy akurat na dzień jakiegoś festynu, zabrali nas na to święto i tak zaczęliśmy naszą przygodę z tartakiem – od muzyki, zabawy i niemieckiego znakomitego piwa. Ale to byli Niemcy, więc oczywiście rano, punktualnie o 6.00 stawiliśmy się razem naszymi szefami do tartaku. Chłopcy mieli wtedy takie hobby nazywania nowo poznanych osób różnymi polskimi ksywkami, więc nasi szefowie tez dostali swoje nowe imiona, o których oczywiście tylko my wiedzieliśmy. Był więc Finek, Jurek, Malina i inni. Anioł i Wacek dostali swoje stanowiska przy przycinaniu desek i wkładaniu je na wózki i przewożeniu na specjalne miejsce, gdzie dalej układało się palety do dalszego transportu. Jeśli ktoś z was pomyśli teraz, że to proste to jest w największym błędzie! Cały proces był skomplikowany, wymagał nauczenia się super-niemieckiej precyzji wyliczonej co do centymetra, układania wszystkiego na czas, bo czas to pieniądz a jak pracownik nie zmieści się w czasie to znaczy, że nie może wykonać normy.. itd. Itd. Moi panowie po pierwszych dniach byli wykończeni, ale tak pełni entuzjazmu, ze właściwie o niczym innym nie mówili i dyskutowali bez przerwy o sposobach usprawnienia swoich możliwości działania. Po kilkunastu dniach byli już niemal perfekcyjni. I nadal pełni entuzjazmu.

Zdjęcie górne – Wacek w pracy przy swoich paletach. Dolne – jeden z pikników po pracy z całą ferajna naszych kolegów z pracy. Zawsze było wesoło!

W tygodniu życie ograniczało się pracy, dobrej kolacji, spania i znów to samo. Ale już soboty i niedziele wykorzystywaliśmy na wycieczki i zwiedzania. Jeden z weekendów zostaliśmy zaproszeni do domu Finka. Finek był „moim bossem” – ja pracowałam na końcowym stanowisku przycinania desek tam gdzie część desek już nie dochodziła więc praca była znacznie lżejsza i bezpieczniejsza.  Finek zaglądał kilka razy dziennie czy jeszcze żyję, ale i inni, którzy pracowali koło mnie pomagali mi, jeśli akurat zbyt dużo kawałków desek sypało mi się na ręce.

Finek mieszkał chyba z 500 kilometrów od miejsca pracy i dojeżdżał do pracy od poniedziałku do piątku. Wsiedliśmy więc w jego BMW, właściciel zaprosił mnie na przednie siedzenie, choć moi  panowie nie byli z tego powodu szczęśliwi i.. pojechaliśmy! – nie schodząc z lewego pasa niemal przez całą drogę, pierwszy raz w życiu i chyba jedyny jechałam z prędkością ponad 200 km/godz. i zapewniam, że nie był to tor wyścigowy. Nie wiem jak ja dojechałam żywa. Raz tylko spojrzałam na bok przez okno i chyba taki sam obraz widziałam potem drugi raz w życiu gdy jechałam jednym z najszybszych pociągów świata  w Szanghaju.

Mój Boss ” Finek” i ja – w weekendowym wydaniu:)

 Rodzina ta okazała się przesympatycznymi gospodarzami, mieli dwóch chłopców, w wieku 3 i 6 lat,  troszkę starszych od naszego syna wtedy. To był mój ostatni tydzień w Niemczech, następny weekend mieliśmy spędzić u rodziny (przyszywanej, ale rodziny😊 w Bonn) i stamtąd wracałam samolotem do Polski. Panowie zostawali na cały następy miesiąc wrzesień a ja miałam zacząć 1-go września jak każdy nauczyciel nowy rok szkolny. Przed wyjazdem Finek otworzył wysuwaną szufladę spod łóżka jednego z synów, w której było chyba z tysiąc małych samochodzików, nazywaliśmy je wtedy „resorówkami” takie jakich dziś mnóstwo w sklepach z zabawkami i jakie wciąż każdy mały chłopiec lubi.  Ale wtedy – Jacek uwielbiał je, a kupić mogliśmy je tylko w Pewex-ie za dolary (albo bony dolarowe). A on, po prostu wytłumaczył swojemu synkowi, że mały chłopczyk w Polsce nie ma takich zabawek i że trzeba się z nim podzielić i zgarnął je do wielkiej torby w ilości tak wielkiej, że nie mogłam tej torby udźwignąć. Patrzyłam na tego kilkuletniego chłopca czy nie rozpłacze się, że tata zabrał mu cały jego automobilowy majątek.  Ale nie płakał.. Patrzył na ojca, jakby rozumiał dlaczego dzieli się zabawkami. Nigdy nie zapomnę tych gestów i wielu innych pomocnych gestów, które otrzymaliśmy od dobrych ludzi. To wszystko pomogło nam przeżyć te ciężkie dni i miesiące i lata. Nie tylko rzeczy otrzymywane ale przede wszystkim wiara w to, że istnieje na świecie dobro. Bo to było tylko dobro.

Finek jeszcze dzień przed moim wyjazdem do Bonn wziął mnie do sklepu spożywczego i zapytał (oczywiście na migi i wszelkimi innymi sposobami, bo mój niemiecki był mniej więcej na takim poziomie jak jego polski ale jakoś cały czas dogadywaliśmy się) jakie słodycze lubię i jakie lubią moje dzieci i bez czekania na moją odpowiedź zakupił mi następną wielką torbę słodyczy i innych pyszności. Sama nie wiem jak mnie wpuścili do samolotu, dziś nie miałabym takiej szansy.

Panowie mieli plan by w drodze powrotnej, kupić jak najwięcej towarów codziennego użytku, nadchodzący rok dla obu naszych rodzin był nieco łatwiejszy do przeżycia. Zarówno my jak i Anioły mieliśmy małe 2, 4, 5-letnie dzieci. Brakowało mleka w proszku odżywek, proszku do prania, mydeł, szamponów, dziecięcych ubranek.  Najprostszych artykułów, które w markecie ALDI (absolutnie innym niż tutejsze Aldi w Houston!) w RFN kosztowały niewiele, jeśli oczywiście można było te pieniądze zarobić. Nasi mężowie od lat byli zaradni, Wacek znał niemiecki, miał wielu znajomych, zaprzyjaźnionych ludzi, którzy zawsze nam pomagali i którym nigdy tego nie zapomnimy.

Tego roku chłopcy mieli wyjątkowo dobry dochód finansowy. Młodzi i silni, roboty było dużo, to i pieniędzy też. Wpadli zatem na szatański pomysł (nie wiem czy ktoś był ich doradcą, czy tylko oni tacy genialni) i postanowili kupić nie tylko towary domowe, ale też kupili samochód. Nie byłoby to dziwne, bo dużo Polaków jeździło na Zachód kupować stare samochody. Ale nasi panowie: po 1-sze; kupili Mirafiori! Auto, które chyba tylko dobrze wypadło w bardzo modnej wówczas w piosence😊

Po drugie: to auto wyglądało super elegancko, zwłaszcza na polskich ulicach, wśród Maluchów, polskich Fiatów 125 i co najwyżej Polonezów Mirafiori prezentowało się wyraźnie z „zachodniej” planety i zwracało uwagę przechodniów.

Miało ciemny bordowy kolor, wysmukłą elegancką sylwetkę i choć było tylko fiatem, „braciszka” polskiego fiata nie przypominało zupełnie. Ale tak naprawdę – samochód był stary, zużyty, tu i ówdzie miał dziury od spodu, duży przebieg silnika i tylko w pierwszym spojrzeniu mógł zachwycić. Jak w piosence. No i takie wrażenie zrobił na naszych znajomych. A już dużo mniejsze na tych, co go ewentualnie mieli od nas kupić. Ale zanim to miało nastąpić, nasi mężowie przyjechali do Polski tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego (1-go października) dwoma autami pełniutkimi towarów kolorowych pudeł i toreb. Gdy jechali w nocy, to światła samochodów sięgały powyżej znaków drogowych, bo tak były obciążone zakupami. Nie mam pojęcia jak oni przejechali przez granicę, ale chyba już nastąpił taki moment, że na wszelki wypadek by nie wpadać w konflikty i problemy, których w tym czasie nie brakowało na wszystkich możliwych frontach, strażnicy graniczni machali ręką i przepuszczali wakacyjnych turystów udając, że nie widzą  co wwożą do kraju. Każdy człowiek rozumiał, że jest ciężko. Nikt nie miał siły w obliczu ważniejszych spraw walczyć o „takie drobiazgi”😊

Pamiętam moment, jak panowie podjechali pod nasz blok. Była późna godzina nocna (na szczęście!). Zjechałam windą na dół i moim oczom ukazał się widok, który mnie zszokował. Dwa auta: mały biedny biały Maluszek i piękny bordowy – „coś” co, nie wiedziałam co – dwa razy większe i dłuższe od Malucha, oba wypchane po brzegi i napakowane na dachu jak wielkie kominy paczkami, a obok dwóch przystojnych facetów roześmianych i szczęśliwych, że wrócili do domu z taką wielką niespodzianką.. No i jak tu można było się wkurzyć na ich „super mądrą decyzję kupienia dziurawego starego Mirafiori”??  Godzinę rozpakowywaliśmy paczki, przepakowywaliśmy i dzieliliśmy dobra, do rana niemal gadaliśmy o wrażeniach i potem jeszcze Anioł pojechał do Krakowa pochwalić się swojej żonie męskimi zakupami.

Po tygodniu Mirafiori wrócił do nas do Sosnowca, został wymyty, odświeżony i pewnego dnia pojechałam nim do pracy, do Medyka. Wtedy po raz pierwszy poczułam jak to fajnie mieć dwa samochody w rodzinie, to przecież nie było w Polsce „normalne”😊 i bez dzielenia się z mężem jeździć sobie ładnym autem po mieście. I jeszcze jakim autem!  Oczywiście, plotkom nie było końca. Zwłaszcza jak się pracuje w szkole. Ale wśród najbliższych przyjaciół, którzy orientowali się w sytuacji dlaczego kupiliśmy ten samochód i wiedzieli, że chcemy go sprzedać jak najszybciej, mieliśmy fajny ubaw, dużo śmiechu a piosenka o ragazzo mirafiori.. była bardzo popularna w naszych pogaduszkach towarzyskich. Niektórzy nawet namawiali nas do zatrzymania tego auta, bo jak się popatrzyło z daleka to trochę szkoda było. Ale tak bliżej.. Rzecz w tym, że rzeczywistość wyglądała już coraz gorzej. Półki sklepowe puste, tylko dziesiątki butelek octu na nich. Chleb w sprzedaży dwa razy dziennie i to długie kolejki, żeby go kupić. Inne towary – jeden koszmar! Mieliśmy pieniądze i plany z tym związane i nie mogliśmy nic wymyśleć. W tym momencie dzięki wakacyjnym zakupom dzieci były zabezpieczone, kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze towary, głównie na placu owoce, jarzyny. Mieliśmy plan sprzedać tę „rakietę” Mirafiori, na naszego Malucha czekał już umówiony i bardzo spragniony go nasz kolega i chcieliśmy kupić coś większego, ale zwyczajnego polskiego. Mijały tygodnie, ogłoszenia o sprzedaży nie przynosiły efektu, my wychodziliśmy wciąż na bogaczy-posiadaczy aż dwóch! samochodów i zaczynaliśmy się bać zarówno ich posiadania jak i sytuacji w kraju, która zagęszczała się politycznie i społecznie. Coś wisiało w powietrzu..

W tym czasie wszędzie, gdzie działały Związki Solidarności, było już po wyborach. Na Uniwersytecie Śląskim, dość szybko powstała Solidarność, także na wydziale filologicznym, gdzie pracował mój mąż. Na początku był członkiem zarządu, po przeprowadzonych wyborach wycofał się jednak z pracy w zarządzie, bo sytuacja jego doktoratu wymagała dociśnięcia i skupienia się na tej pracy naukowej. Tak więc oczywiście nadal był zapalonym członkiem Solidarności ale już mniej czasu poświęcał zebraniom i części organizacyjnej.

Natomiast ja byłam bardzo zaangażowana w szkole, biegałam na zebrania międzyszkolnej Solidarności, ale nie pełniłam tam żadnych funkcji. Mieliśmy dużo pracy w swojej szkole i nasze własne podwórko dawało nam satysfakcję i wystarczająco dużo pracy, oprócz normalnych obowiązków nauczycielskich, których zwłaszcza jako polonistka miałam wiecznie pełno zarówno w szkole jak i w domu.

Zbliżał się ponury grudzień i zaraz na początku miesiąca moi rodzice zabrali dzieci na wakacje zimowe do Wisły. Kasia miała niecałe 5 lat a Jacek prawie dwa. Mieliśmy dwa weekendy na załatwienie swoich spraw bez organizowania opieki nad dziećmi. W pierwszy weekend, już nie pamiętam jak i komu, ale wreszcie UDAŁO nam się sprzedać Mirafiori.  Przez malutki moment z żalem, bo przygoda była fajna, ale szczęśliwi, że wreszcie mamy pieniądze i możemy pomyśleć o realizacji dalszego planu. W tamtych czasach część ogłoszeniowa w gazecie była ogromna! Ludzie sprzedawali wszystko! A kupować chcieli jeszcze więcej. I jak już udało się zadzwonić do kogoś, kto ogłosił coś co nam się wydawało, że nam pasuje, to już nie było aktualne.. i tak zabawa trwała – jak w kotka i myszkę.  Sytuacja wydawała się beznadziejna. Nerwowa, ponura. Coraz gorsze wieści, coraz koszmarniejsze informacje w TV. Ludzie zmęczeni, zdezorientowani – ale my młodzi i wciąż pełni energii, że przecież mamy siłę i chęć i wszystko nam się uda zorganizować.

13 grudnia 1981r. wcześnie rano wstaliśmy, umówieni z naszym przyjacielem Andrzejem K. by pojechać na giełdę, gdzie tylko w niedzielę można było kupić używane samochody. Wiedzieliśmy, że nie jest łatwo, że trzeba być tam rano, bo jak wszędzie w sklepach tak i na giełdzie towaru po prostu brakuje.

Włączyłam radio, usłyszałam ponurą muzykę. Żadnych wiadomości, tylko ta muzyka. Mówię – pewnie ktoś ważny umarł, bo nie ma nic w radiu tylko smętna muzyka.. Ale spieszyliśmy się, wiec nie było czasu na zastanawianie się i pojechaliśmy z Andrzejem. Na giełdzie mnóstwo ludzi. Auta wjeżdżały  i – natychmiast (powiem brzydko, ale to chyba najlepsze słowo, żeby oddać sens tego co się działo) stado ludzkiej masy rzucało się  na każdy samochód gotowy do sprzedania. Kto pierwszy ten lepszy. Ludzie nie patrzyli na to co zwykle patrzy kupujący. Ludzie brali niemal „kota w worku”, byle wydać pieniądze, mieć jakieś auto. Nie było dużego wyboru, nie było szans na zastanowienie się. I nagle ktoś stojący blisko nas powiedział: wojna. Wojna się zaczęła..  Spojrzałam nieprzytomnie na te osobę i popatrzyłam w górę na niebo. Oczami wyobraźni ujrzałam (ale wtedy, przysięgam, byłam pewna, że naprawdę TO widzę!) samoloty, które zrzucają na nas bomby, czarne dymy i krzyk ludzi wokół.. Przez moment wróciły do mnie obrazy wojenne, którymi karmiła mnie TV w dzieciństwie i opowieści rodziców i poczułam dziwny strach. To był moment tak silny tak dosadny, że do dziś czuję ten wstrząs, który mną zawładnął. Zaraz potem ludzie zaczęli opowiadać krzyczeć jeden przez drugiego coś o stanie wojennym ogłoszonym przez generała Jaruzelskiego, o aresztowaniach głównych działaczy Solidarności. Padały nazwiska, dziwne fakty. Nikt nie wiedział ile w tym prawdy, co dalej i w czym nagle znaleźliśmy się. Wiedzieliśmy jedno – musimy pozbyć się tego worka pieniędzy, które na pewno jutro będą nieważne albo nas z nimi aresztują albo nam je zabiorą.. Panika rosła z sekundy na sekundę. Kupiliśmy wreszcie – albo raczej powinnam powiedzieć wyszarpaliśmy polskiego Fiata 125, 4-letniego brązowego, który sprzedawała jakaś wiejska kobiecina. Wyglądała bardzo poczciwie, na lusterku wisiał wizerunek Świętego Krzysztofa i pani życzyła nam, żeby nas chronił od niebezpieczeństw.. Wyjechaliśmy z giełdy uciekając przed wciąż biegającym tłumem. Cały ten obraz to jak surrealistyczna wizja w piekielnym filmie. Ale to nie był film. To był początek koszmarnej „nowej” rzeczywistości polskiej. Auto okazało się mieć niemal pusty bak bez benzyny, ledwo dojechaliśmy do Sosnowca do domu Andrzeja gdzie umierając ze strachu czekała na nas jego żona a moja przyjaciółka Marta (razem pracowałyśmy od początku mojej pracy w Liceum Medycznym). Otworzyliśmy bagażnik, żeby przyjrzeć się nieco bliżej temu co kupiliśmy i zobaczyliśmy.. kurze piórka, resztki odchodów niezbyt dokładnie wymyte, a opona zapasowa była spięta zwyczajnym drutem – niemal kolczastym😊

Takie to było bezpieczne auto. Równocześnie powoli zaczęliśmy się orientować w sytuacji i uzmysławiać sobie co naprawdę wokół nas się dzieje. Pierwsza myśl- zadzwonić do rodziców, umówić się, żeby wrócili natychmiast z Wisły.. Telefony nie działały. Pojechać po nich – nie sprzedają benzyny. Nie wolno nigdzie wyjeżdżać, nie wolno opuszczać domów po 21.00  I tak coraz więcej faktów, zakazów nakazów zaczęło pojawiać się i zacieśniać koszmar stanu wojennego wokół nas. Zamknęli szkoły więc nie poszliśmy już do pracy w poniedziałek 14-go. Nie wiedzieliśmy co się tam dzieje. Krążyły plotki, informacje, że całe ekipy wojska weszły do miejsc pracy, przetrząsają nasze pomieszczenia Solidarnościowe, papiery itd. Mieliśmy różne gazetki, deklaracje, informacje. Bałam się. Baliśmy się wszyscy. W poniedziałek rano Wacek wsiadł w pociąg do Wisły i pojechał po dzieci. Rodzice mieli tam samochód, ale nie chcieliśmy, żeby zabrali je do Krakowa. Nie mieliśmy pojęcia czy wyjechali już, czy nadal są w Wiśle i czekają na naszą decyzję.

 I wtedy – do drzwi zadzwonił ktoś. Otworzyłam i zobaczyłam faceta w jasnym płaszczu w kratkę i dziwnej czapce. Zapytał o mojego męża, powiedziałam, że go nie ma.. Nie odchodził. Tak jakoś „poczciwie” patrzył na mnie, cichym głosem powiedział, ze jak mąż wróci to żeby zgłosił się – i dał jakąś karteczkę. Nie rozumiałam do końca. Nie rozumiałam, że to ktoś z tajniaków, że mogą chcieć „rozmawiać” z moim mężem. Przecież nie był ani na „świeczniku” w Solidarności, ani nic nie zrobił wbrew prawu. Nie wiedziałam jeszcze, że „szli” po kolei – od tych co pierwsi zakładali Solidarność na Uniwersytecie Śląskim.  Nie wiedzieliśmy co robić, ale wiedzieliśmy, że niezgłoszenie się to początek ukrywania się i ucieczka. Nie mieliśmy pojęcia ani najmniejszej wyobraźni, co może nastąpić dalej. 

Marta i Andrzej, nasi przyjaciele, którzy w tamtych dniach bardzo nas wspierali

Następnego dnia rano Wacek wyszedł. A ja wieczorem wraz z Martą i Andrzejem siedziałam skulona na kanapie i mówiłam naiwnie: przecież nie mogą go trzymać dłużej jak 48 godzin.. Nie spałam całą noc, sama z dziećmi i nie miałam pojęcia co z nami będzie, co dzieje się w tej naszej Polsce?..

Następnego dnia wieczorem Wacek wrócił. Wyjął butelkę wódki i powiedział: już wiem, co chcę…

Książki-rarytasy, nielegalnie wydawane w tamtych czasach (wydania lat 80-tych). Przetrwały do dziś i są na naszych pólkach w Houston.

Największym ciosem były wieści o aresztowaniach naszych kolegów, przyjaciół. Niektórzy wrócili do domów dopiero w połowie 1983 roku. Wszyscy przeżywaliśmy ten koszmar wspólnie. Wszystko to, co wydarzyło się później było coraz trudniejsze i smutniejsze.

Na Boże Narodzenie Mama wsiadła do pociągu choć nie wolno było podróżować. Przywiozła nam świeżą pachnącą choinkę, bo bardzo martwiła się, że dzieci mogą nie mieć drzewka świątecznego. Nikt z wojskowych patroli nie zaczepił jej, wróciła bezpiecznie do domu, do Krakowa. W tamtych czasach babcie były nieocenione. A nasza była wyjątkowa..

 

Na sylwester władza odpuściła godzinę policyjną  i mogliśmy być z przyjaciółmi do północy. Witaliśmy nowy 1982 rok w strachu, nienawiści do władzy i nadziei, że sprawiedliwość zwycięży i to dobre co  już zostało zrobione, wróci jak dobra karma. Wróciła.

Ale nawet po 40 latach tamte czarne chwile czasami odżywają. Każde pokolenie ma swój „czas Kolumbów” .


BACK

Mrożkowy absurd w Ogniskowym Teatrze.

5/21/2021       

Nie pamiętam nawet jak to się stało, że wymyśliłam sztuki Sławomira Mrożka do adaptacji i zagrania w naszym teatrze. To, że Mrożka to mnie nie dziwi, ale jak wpadły mi do głowy jednoaktówki dramatyczne, w sumie mało znane, kiepsko opracowane i raczej takie, na które wśród całej bogatej twórczości Mrożka nie zwrócono specjalnej uwagi. Może właśnie dlatego?  Na przekór popularności innych, bardzo znanych dramatów? Próba wyreżyserowania na naszej scenie, tu w Houston „Emigrantów”, „Policji” czy „Tanga” byłaby wielkim wyzwaniem dla polskiej młodzieży. Zarówno ja jak i nasze warunki nie były na to jeszcze gotowe.

Wycinek oryginalnego programu przedstawienia „SERENADA”, 1999r.

Pod sztukach klasycznych Fredry, Bałuckiego (też znalazłam takie mniej znane), zaczęłam myśleć o czymś bardziej współczesnym. Byłam zafascynowana poezją Angieszki Osieckiej i jej scenicznymi utworami i wiedziałam, że wcześniej czy później jej sztuki zagoszczą na naszej małej scenie. Wciąż myślałam o piosenkach i stronie muzycznej, bo bez tego nie ma Osieckiej, ale jeszcze nie byłam na to gotowa. Mrożek nie wymagał piosenek, a z podstawową oprawą muzyczną już potrafiliśmy sobie poradzić.

I tak trafiłam na „Serenadę”. Przeglądając, czytając  teksty bardzo często kojarzyłam je natychmiast z moimi aktorami i widziałam obsadę danej sztuki. W 1999 roku miałam zespół składający się z dwóch grup – starszej zaawansowanej aktorsko, składającej się ze studentów, którzy zagrali już kilka sztuk i młody narybek, młodzież ze średnich szkół, która garnęła się do grania, ale nie miała jeszcze doświadczenia sceniczno-aktorskiego. Sztuki jednoaktowe były dobrym pomysłem, dawały szansę zaistnienia na scenie wszystkim, w niedużych rolach.

I w taki oto dziwny sposób doszło do połączenia dwóch jednoaktówek Fredry i (po krótkiej przerwie dla widzów) i zmiany tematu – wystawiliśmy „Serenadę” Mrożka, w której wystąpiła piątka „starszyzny”. Sukces tej sztuki był ogromny, więc po roku zrobiliśmy „Wdowy”, a jeszcze później, w marcu 2002 roku Mrożek  zawitał w „Polowaniu na Lisa”.

Tak, wiem – czytającemu ten tekst może zrobić trochę zawieruchy w głowie. Dlaczego łączę te sztuki nie w kolejności czasowej?  Zwłaszcza, że patrząc na daty ich powstania,  „Serenada” i „Polowanie na Lisa” zostały napisane w 1977 roku a „Wdowy” dużo później, w 90-tych latach. Moim wspólnym mianownikiem dla tych trzech sztuk są aktorzy. W naszym Teatrze, dla nich Mrożek i jego trzy sztuki sceniczne stały się lekcją języka polskiego, rozumienia sensu wypowiedzi autora, symboliki ujętej w jego bohaterach. A nie było to łatwe. Z pozoru w pierwszym „szybkim odbiorze” dla widza te krótkie sceniczne teksty wydają się komedią, groteską i bawią nas doskonale. A przecież wszystkie trzy mają swoje „drugie dno”. I zanim wyszliśmy na scenę do naszych widzów spędziliśmy długie godziny na analizie tekstu, na zrozumieniu kontekstu, podtekstu, momentu historycznego, w którym te utwory powstały. To były lekcje literatury polskiej, języka. Poznawanie Mrożka. I nie było to łatwe zadanie dla młodych ludzi, w większości urodzonych już w Stanach, dla których literatura polska jest za każdym razem nowym odkryciem i wyzwaniem.

Zaczęliśmy od „Serenady”. Motyw zwierząt i nadawanie im cech ludzkich nie jest nowością w literaturze. Już w starożytności w bajkach Edypa spotykamy taki zabieg literacki. Nie jest więc w tym względzie Mrożek odkrywczy. Scenerią „Serenady” jest kurnik, którego właścicielem jest Kogut. To on posiada Kury, każdą inną nie tylko z wyglądu (Blond, Bruna i Ruda) ale i co za tym idzie z charakteru.  

Mieszkańcy kurnika z Lisem. Zdjęcie zrobione po przedstawieniu, bo w trakcie Lis nie jest tak bardzo „zaprzyjaźniony” z mieszkańcami kurnika 🙂
Kogut i jego trzy Kury- już wdowy (po zakończeniu przedstawienia)
Bruna, Ruda i Blond- Kasia, Natalia i Edyta

Jest pewny siebie, ostrzega Kury przed Lisem, ale równocześnie jest pewny, że żadna z Kur nie zrobi nic, co byłoby zdradą wobec niego. Jest zadufany w sobie i przekonany o swej władzy nad „głupimi” Kurami. Lis pojawia się pod kurnikiem w księżycową piękną noc i gra na wiolonczeli (w nas na skrzypcach) serenadę. Romantyczną poruszającą melodię. Kury – nadsłuchują i pierwsza, zdawałoby się najbardziej bojaźliwa, wyziera z okna Blond.

Zaczyna się konwersacja. Męsko-damski flirt, jakich wiele w świecie. Lis ma swój plan. Lis wie doskonale co chce osiągnąć, a jednak okazuje się, że Blond wcale nie jest tak łatwa do zdobycia jak wskazywałyby na to wszystkie stereotypy o blondynkach.

Gdy wydaje się, że Lis już już  osiąga swój cel, do akcji wkracza wyrafinowana Bruna. Kura-kobieta o dużej wiedzy psychologicznej i umiejętności manipulowania nawet takim mężczyzną, jakim jest chytry cwaniacki Lis. Doprowadzony do szału, sam nie wie czy bać się, czy zaryzykować realizację swojego planu zdobywczego do końca.. i wtedy wyłania się zawsze mącąca i krzykliwa Ruda.

I całkowicie niweczy cały misternie ułożony plan Lisa. Kogut budzi się i zaczyna się ogromna awantura. Ale wtedy okazuje się, że Kury stają jednym murem razem,  wspólnie. „Razem, ale osobno” – jak kilkakrotnie powtarza krzykliwie Ruda.to powiedzonko „Razem ale osobno” przerwało wśród nas „Teatralnych” do dziś i w różnych momentach uwielbiamy je cytować:)

Ostatecznie gdy już wydaje się, że  Lis przegrał i nic tego wieczoru nie osiągnie, wpada na pomysł, że jak nie któraś z  Kur to jeszcze można zmanipulować Koguta i tak właśnie się dzieje. To Kogut pada ofiarą swojej chciwości, nieprzejednanej ciekawości, zazdrości. Czyli gubią go cechy najbardziej ludzkie, najbardziej niskie i zwyczajne. Takie, które gubią nas, ludzi często w naszym codziennym życiu .

Gdy po tygodniach pracy nad tekstem przeanalizowaliśmy postaci, charakter i już wiedzieliśmy co chcemy robić, nie miałam żadnej wątpliwości, kto kogo zagra. Wszyscy byliśmy zgodni, że Blond może być tylko „delikatna” Edyta W, a ostrą psychologiczną, analityczną manipulantką – Kasia L. W drucianych okularkach prezentowała się jak najwyższej klasy Kura – intelektualistka.  Wrzeszczeć jak prawdziwa rozrabiająca i awanturująca się Ruda mogła tylko Natalia M.  

A Grzesiu G. to urodzony Lis i jeszcze zagrał perfekcyjnie na skrzypcach serenadę.  Ubrany w czarny smoking i oczywiście czarną elegancką perukę prezentował się znakomicie. Kogut wystąpił w peruce wielokolorowej jak na koguta przystało i w szlafroku, moim zresztą😊, bo w końcu gotowy był do spokojnego snu, pewny, że jako panu na włościach nic mu nie zagraża.  Kury miały peruki związane ze swoimi charakterami i nocne koszulki, bardzo sexy. Oczywiście dodatkowo znalazły się i kapelusze i futra, bo w końcu kury to damy do towarzystwa, więc im się należało. 

Sztuka stała się przebojem i okazała się rewelacją dnia, choć nie ukrywam, że dwie pierwsze jednoaktówki Fredry też były bardzo udane. Ale dla nich przyjdzie czas na osobne wspomnienie.

Po roku, także w kwietniu 2000, wróciliśmy do Mrożka i wystawiliśmy „Wdowy”. Ta sztuka została napisana dużo później, bo na początku lat 90-tych (opublikowana w 1992) w Meksyku. Podobnie jak „Serenada” tekst „Wdów” wydaje się być groteskowy, śmieszny i bawi widza. Ale tak naprawdę, zajęło nam to dużo czasu, by wspólnie zrozumieć, że przesłanie Mrożka ma głębszy wymiar.

Fragment programu – „Wdowy”

Mrożek pisząc tę sztukę był już chory i sporo jest w niej rozważań filozoficznych na temat śmierci. Składa się ona z dwóch części, w pierwszej rozmawiają dwie obce sobie kobiety, które w czasie rozmowy łączy śmierć mężów.  Zginęli w tym samym dniu, o tej samej godzinie i w podobny sposób. W czasie dogadywania szczegółów okazuje się, że panowie mieli wspólną kochankę, z którą zdradzali swoje żony.

Trzecia Wdowa – cała w czerni, która zjawia się w kawiarni pod koniec rozmowy, zostaje uznana przez obie panie za ową kochankę. Panie zgodnie uważają, że należy im się przynajmniej zobaczyć twarz tej kobiety.

Odkrywając czarny welon.. widzą zamiast pięknej kobiecej twarzy, trupią czaszkę. Są bardzo rozczarowane, że ich mężowie mogli ich zradzać z „taką..” kobietą..

Migawki ze sztuki – kunszt aktorski w pełnej krasie!

Część druga to rozmowa dwóch skrajnie różnych mężczyzn – prostackiego wręcz chamskiego i drugiego, który zachowuje się w tej rozmowie w sposób sztuczny, wyszukany niczym romantyczny kochanek. Panowie walczą o miejsce przy stoliku. Całość łączy kelnerka (w Mrożkowym oryginale -kelner), która stara się panów uspokoić. A kiedy do kawiarni wchodzi Czarna Dama kelnerka wyraźnie jej usługuje i ją preferuje. Sprawy przybierają bardzo nieoczekiwany obrót, groteskowy rozmiar walki kończy się pojedynkiem, w którym ginie jeden z panów a drugi pada na skutek pomieszania i przedawkowania.. „waleriana i szampana” . Czarna Dama czyli Śmierć godnie wychodzi i pociąga za sobą kelnerkę z pełnym wazonem chryzantem, nie oszczędzając także tych, którzy jej schlebiają..

Kolejny raz Mrożek śmieje się z wad ludzkich, odbija je w krzywym zwierciadle, ale też smutno uświadamia nam, że śmierć to jedyny element rzeczywistości tego świata, który jest sprawiedliwy i znajdzie każdego we właściwym momencie.

Znów Mrożek śmieje się z wad ludzkich, odbija je w krzywym zwierciadle, uświadamia nam, że śmierć to jedyny element rzeczywistości tego świata, który jest sprawiedliwy i znajdzie każdego we właściwym momencie.

I choć śmiejemy się głośno przez cały niemal czas trwania spektaklu, bo dialogi są groteskowe, zabawne, to przesłanie tak do końca do śmiechu nie jest. Za to aktorzy zagrali świetnie i dzięki nim bawiliśmy się doskonale. Ci, którzy byli na tej sztuce na pewno to pamiętają do dziś. Natalia K. i Ewa M. jako Wdowy – zrozpaczone, porzucone, pokrzywdzone a potem świadome swojej kobiecej wartości😊 spisały się znakomicie!  Zaprzyjaźniły się na końcu jak przystało na kobiety, które los połączył „ w nieszczęściu”.  Młodziutkie, a tak przekonywujące w swej roli.

Jasiu K. był tak świetnym prostakiem, gburem i arogantem, że w podobnych rolach obsadziłam go jeszcze kilkakrotnie, bo naprawdę wypadł doskonale.  Jędrek W. – całkowite przeciwieństwo Jasia. Urodzony arystokrata, bufon, książę i żałosny władca. A pomiędzy nimi Agnieszka. Drobna malutka kelnerka, która świetnie sobie daje radę z niesfornymi klientami w kawiarni. Zagrała cudną rolę choć była wtedy bardzo świeżutką aktorką na naszej teatralnej scenie.

No i nie mogłabym pominąć roli Czarnej Trzeciej Wdowy, w którą wcieliła się Kasia M. Mimo, że nie wypowiedziała ani jednego słowa, jej istnienie na scenie było istotne a dostojne poruszanie się przyprawiało o dreszcze wszystkich widzów.

Minęły dwa lata, w tym czasie wystawiliśmy już inne sztuki, ale jeszcze raz wróciliśmy do Mrożka i jego zwierzęcych scenicznych motywów. Tym razem sięgnęłam po „Polowanie na Lisa”.  

Na scenie mieszają się postaci zwierząt i ludzi. Historia dzieje się lesie, brudnym, zniszczonym przez człowieka przypominającym i symbolizującym ówczesny polski świat. Przypatrując się działaniu bohaterów uświadamiamy sobie, ze nikt z nich nie robi tego, co powinien, co lubi, co chciałby naprawdę. Nikt nie jest na właściwym miejscu. Wszyscy wzajemnie boją się siebie. Nikomu na niczym nie zależy i wszyscy są pogrążeni w chaosie i bezprawiu.  W lesie dochodzi do unicestwienia ostatniego Lisa i ostatniego Koguta.

zdjęcie górne- scena zbiorowa w lesie. Lis z Paralityczką. Obok lewej ex- hrabia, ex- Król i Wodzirej. Zdjęcie dolne- Paralityczka, Kasia L.

A sprawcą takiego bezmyślnego czynu jest Paralityczka (u Mrożka w oryginale Paralityk), która zupełnie nie wie i nie rozumie co się wokół niej dzieje i strzela na oślep dla samego faktu strzelania, dla zabawy. Z dialogów jasno wynika, że rozumowanie zwierząt – Lisa i Koguta jest dużo bardziej logiczne niż ludzkie rozważania. Ludzie są zagubieni, bezrozumni, niszczą wszystko dookoła i siebie wzajemnie. Groteska  staje się przygnębiająca choć na scenie pozornie śmieszy, jak zwykle u Mrożka. Język dosadny, dialogi celne i ostre. A praca nad sztuką po raz kolejny nie była łatwa. Całymi długimi godzinami staraliśmy się tłumaczyć sobie wzajemnie, jak znaleźć się w tych trudnych dla młodych aktorów  scenach, jak przeistoczyć się w rozleniwionych ex- hrabiów czy ex-królów (Grzesiu G i Łukasz G), jak zrozumieć kim jest w świecie komunistycznym Wodzirej i jaka może być jego „wodzirejska” rola. Zwłaszcza gdy grał ją młodziutki niedoświadczony Adam S.   W rolę chorej Paralityczki, nic nie rozumiejącej z ponurej otaczającej ją rzeczywistości  wcieliła się Kasia L. a Jasiu K był jej doskonałym Popychaczem. Człowiekiem, który musi TU być, ale który nienawidzi tego, co robi. Ach, skąd my „starsi” to pamiętamy?..

Lis i Kogut – niezapomniane kreacje sceniczne Jacka M i Edyty W

Role zwierzęce zasługują na specjalną uwagę. Niesamowita kreacja Jacka M, jako Lisa i Edyty W. jako Koguta wbiły się widzom na lata w pamięć. Godziny prób, w dodatku cały czas utrudnianych przez Jackowe wygłupy, dzięki którym wszyscy świetnie się bawili.  A ja myślałam, że go naprawdę „uduszę” tak mi tymi swoimi wariactwami koguto-lisowymi na próbach przeszkadzał. Zresztą po zakończeniu sztuki odbył się Happening i tam też nie odpuścił i sobie z Edytką „pokogucili” 😊

No i jeszcze kilka słów o dwóch świetnych dziewczynach, które wtedy całkiem niedawno dołączyły do naszego zespołu i w tej sztuce zagrały role psów – Ogarów. Ich:

„Hauuuuu! Hauuuuu!!”  ileś tam razy brzmiały kapitalnie!  Wcale je nie zraziło, że muszą na scenie zaszczekać, przeciwnie, słono sobie kazały za to zapłacić😊 i widzom bardzo się spodobały.

Cały zespół

I trzeba wszystkich aktorom oddać, że zagrali fantastycznie i jedyne czego bardzo żałuję to to, że dziś po tylu latach przeglądając dziesiątki materiałów brakuje mi dobrego nagrania właśnie z tego przedstawienia. Taka szkoda, że nie mogę wam pokazać choćby małego fragmentu ich aktorskiej gry. Wszyscy na to zasłużyli.

Jeśli dodam do tego ogromną pracę Beatki M. jako mojej asystentki (jedynej i ukochanej!), piękne dekoracje w wykonaniu Marka M, Beatki, Ewy D. Ekipę techniczną pomagającą nam wszędzie i przez cały czas (Wojtek i Olga) i cały zespół rodziców i przyjaciół – czy mogłam coś więcej wtedy sobie życzyć?

 Mogłabym – ale miałam wszystko, co potrzebowałam i chciałam.

Teatr ŻYŁ.

Grupa Teatralna – chwila oddechu przed premierą „Polowania na Lisa”

p.s Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnej kolekcji i dziś już mają ponad 20 lat. Stąd ich jakość pozostawia wiele do życzenia, za co i aktorów i czytelników bardzo przepraszam:)


BACK

Dom – moje miejsce na Ziemi

5/17/2021       

„Nie było miejsca dla Ciebie
W Betlejem w żadnej gospodzie.
I narodziłeś się, Jezu
W stajni, w ubóstwie, i chłodzie..”

Nikt z nas nie wybiera sobie miejsca, w którym przyjdzie na świat. Nie znamy kraju, ani miejsca, ani rodziców. Gdzieś zapisane jest nasze przeznaczenie. Budzimy się w swej świadomości i przyswajamy sobie rzeczywistość, która nas otacza. Twarz matki, ojca, głosy, język, w którym do nas ktoś na łóżeczkiem przemawia. Nie wiemy jeszcze czy to łóżeczko znajduje się w wiejskiej chatce czy w pięknym kolorowym pokoiku. A może jest to tylko kącik w domu dziecka, gdzie jestem dzieckiem niechcianym?.. 

Każdego roku czekamy na grudniowy dzień Narodzenia Pana, na tę kolędę, która przypomni nam o miejscu Jego pierwszego domu. Każdego roku myślę o tym, jak wielkie szczęście mam, że zawsze miałam DOM.  W różnym etapie życia domy bywały różne – nie zawsze te wymarzone, idealne. Ale nigdy dom nie zamknął drzwi przede mną. Zawsze mogłam zamknąć drzwi od środka i poczuć się bezpiecznie.

Mój krakowski dom był zwykłym starym mieszkaniem, w starej kamienicy, początkowo przez lata nawet bez łazienki. Dwa przejściowe pokoje, kuchnia opalana piecykiem, piece kaflowe w pokojach, do których zimą lubiłam przytulać się, aby naprawdę poczuć ich realne ciepło. Dzieliłam ten pokój z młodszym bratem i było to bardzo normalne zjawisko w tamtych czasach. Duże tradycyjne meble, jakaś serwantka, kredens, dużo szkła kryształowego. Ot, wszyscy mieli to samo. Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy z rodzicami do znajomych, którzy mieszkali we własnym domu w Częstochowie, byłam w szoku, że można mieć swój własny pokój, jadalnię i dużą przestronną kuchnię. No i ogródek.

Ale – nie zazdrościłam. Nie miałam nawet takich marzeń, żeby taki dom posiadać.

W wieczornych marzeniach, w snach myślałam o czymś zupełnie nierealnym. O domu, który stałby na wzgórzu, z którego schodziłabym łagodnie wąską ścieżką z białych kamieni, wijącą się wśród zielonych wysokich traw i kolorowych kwiatów do małej złocistej plaży i morza szumiącego zawsze bezpiecznie. Zawsze z falami, które szumią łagodną melodię, nigdy nie są złowrogie. Pamiętam, że w tych moich wyobrażeniach cisza i spokój były bardzo ważne. Na górze, wokół domu miał być ogród. Drzewa owocowe. Wszystkie owoce jakie wtedy znałam – jabłonie, grusze i śliwy. I czereśnie. I koniecznie pomarańcze i cytryny. I jeszcze z jednej strony, zamiast płotu, naturalnie okalać miały mój dom krzaki malin i jeżyn. A po przeciwnej stronie- kwiaty. Wysokie lilie i słoneczniki, malwy, astry. Miało być kolorowo, przez cały rok, zawsze!  Dom miał być nieduży, ale przestronny. Jedno pomieszczenie na dole i ściana, która miała wychodzić na stronę od morza musiała być jednym wielkim oknem. Z zasłoną, którą będę opuszczać za pomocą jednego przycisku.

Skąd wiedziałam wtedy, że w ogóle takie coś istnieje albo będzie istnieć? Nie mam pojęcia.. Dopiero po wielu latach, w jakiś zachodnich magazynach zobaczyłam, że naprawdę takie domy gdzieś na świecie istnieją. Kiedy je widziałam w mojej wyobraźni, nikt inny takiego domu nie posiadał. I kuchnia. Też na dole, otwarta połączona z pomieszczeniem pełniącym rolę salonu, jadalni, bawialni rodzinnej. I prawie na środku – schody, nowoczesne, wijące się na górę. A dalej – już nie miałam chyba żadnych konkretnych planów ani marzeń, bo nic innego nie było tak istotne jak wizja domu.  Na wzgórzu z widokiem na morze, gdzie przez 24 godziny na dobę będę słyszała szum morza. Uspakajający. Kojący. Potrzebny już wtedy mojej wyobraźni i mojemu umysłowi. Nawet nie wiem dokładnie kiedy to było. I nie wiem, gdzie miałby być taki dom. I wiem, że nie miał w sobie żadnych realnych cech. Był wytworem kilku moich wewnętrznych potrzeb,  które pozostały we mnie na całe życie. Mój przyszły dom nie miał żadnych podstaw architektonicznych czy inżynieryjnych. Kształtował we mnie małe cegiełki, które później będą wracały w mojej głowie i tworzyły realne ciepło mojego domu. To zewnętrzne jak i to, które jest niewidzialne, a przecież w każdym prawdziwym domu istnieje. Jak symboliczny szum morza, spokój, cisza. Jak to „coś” – coś drobnego, ale tylko mojego. Co noszę w sobie i co wnoszę do mojego domu.

Przez lata szukania swojego miejsca na ziemi, niewiele z tej wizji spełniło się.
Nie, wcale tego nie żałuję. Dziś wiem, że moje sny utorowały mi drogę do realnych wizji własnego prawdziwego domu. 

Dom to coś więcej niż miejsce, przysłowiowe cztery ściany. Dom, to przestrzeń, choćby najmniejsza, najciaśniejsza, ale taka w której czujemy się bezpiecznie i dobrze. To miejsce, do którego wracamy radośnie z każdej podróży, z pracy, nawet po najlepszej zabawie towarzyskiej. Bo tam czeka na nas wyciszenie, wszystkie NASZE kąty. Takie jakie lubimy, które sami stworzyliśmy. 

Oczywistym jest,  że każdy człowiek ma swój własny smak estetyczny, bazę finansową, przestrzeń, którą musi zaakceptować, nie zawsze zgodną ze swoimi marzeniami. Jedni znoszą to całkiem łagodnie, inni gonią za lepszym, nowym przez całe swoje życie. Cóż, jesteśmy różni. Mamy różne motywacje i odmienne preferencje. Nikt tego nie zmieni. Tylko my sami możemy kreować swoje wizje i potrzeby. I walczyć o nie. Realizować je.

Pamiętam, miałam chyba 16 lat i zaczynałam mieć swoje zdanie na wiele tematów. Chciałam mieć swój kąt w pokoju taki, który choć trochę byłby moim projektem i pomysłem. Mama była bardzo przychylna i podobnie jak ja (albo raczej ja jak ona😊) chętna do zmian. Ale tata był oporny, uważał, że wszystko jest dobre, nic nie wymaga wymiany dopóki się nie zepsuje. Jak to za dawnych lat – budżet domowy dzielił się na pieniądze „nasze”, które mama miała na tzw. Życie czyli utrzymanie domu (jedzenie, środki czystości, zapłacenie podstawowych rachunków i bardzo drobne ubrania) a reszta leżała w gestii taty. Na wakacje, na naprawy, na samochody, które zawsze były ważniejsze niż dom. Nie, nie cierpieliśmy przez to. Nie było nam źle finansowo, ale preferencje taty były wyraźnie inne niż nasze. Tak więc gdy uparłyśmy się z Mamą, że zmieniły znienawidzoną trzydrzwiową wielką starą szafę z naszego (tzn. mojego i brata) pokoju, a szans na pieniądze na nowe meble nie było, Mama dokonała cudu organizacyjno-finansowego. Najpierw dogadała się z jakimiś panami, że wyniosą te ogromnie ciężką szafę z drugiego piętra starej kamienicy i sobie ją gdzieś zabiorą, potem, załatwiła sobie w pracy tzn. ”chwilówkę’ czyli bardzo krótko terminową pożyczkę, potem pojechałyśmy do sklepu meblowego, gdzie już wcześniej przy pomocy znajomości (bo jakże by inaczej!!) kupiłyśmy nowoczesną szafę i biblioteczkę. I jeszcze Mama załatwiła (pamiętacie takie słowo?) panów do wniesienia mebli na górę, ustawienia ich w pokoju (były w całości!) i zdążyłyśmy przed powrotem taty ustawić książki, włożyć wszystkie ubrania. Wszedł, zaniemówił, spojrzał na nasze przewracające się oczy i kiwając głową rzekł coś w rodzaju: no, nieźle, nieźle.. Nie zapytał skąd pieniądze, jak to zrobiłyśmy. A może zapytał. Tyle, że ja już nic o tym nie wiedziałam. Potem jeszcze w podobny sposób kupiłyśmy wersalkę zamiast starego tapczanu i mały pojedynczy zgrabny tapczanik dla mojego brata. Acha, dodałyśmy mały nowoczesny stoliczek i jeden fotelik. Pokój zmienił się nie do poznania. Powolutku i po cichutku dodawałam kolory, drobiazgi, dekoracje. Kiedy miałam już swoich gości: koleżanki, kolegów, chłopaka – wszystkim mój pokój bardzo się podobał. To był pierwszy mój dom. Moje ciepłe rodzinne miejsce, a równocześnie mój własny kąt. Długo po moim wyprowadzeniu się  z domu Mama nic tam nie zmieniła.

Później, już w Sosnowcu, kiedy przez wiele lat naszym domem były pokoje w akademiku, nie miałam wielkiego wyboru, ale i tak zawsze dodawałam cos mojego, naszego. Mieliśmy np. ekspres do kawy, który dostaliśmy w prezencie ślubnym. W tamtych czasach ten ekspres  przyciągał do nas dużo gości – studentów koleżanek i kolegów – asystentów z którymi pracował mój mąż. Stał się symbolem ogniska domowego, kawy, która pachniała cudnie gdy czekaliśmy aż się zaparzy. A zdobycie kawy nie było łatwe! To nie był napój powszedni!  Często ludzie przynosili kawę ze sobą, by ją wypić u nas i z nami, bo ta kawa smakowała inaczej niż codzienna „plujka” czyli dwie łyżeczki kawy zalane wrzątkiem. Nasza ekspresowa kawa w ładnych filiżankach (zawsze miałam słabość do ładnych filiżanek i do dziś tak mam 😊), była domem. Dla wszystkich, którzy go potrzebowali. Ten mały pokój akademikowy był centrum spotkań, rozmów, dyskusji przyjaciół i dobrych ludzi.

To właśnie jest DOM.

Aż po kilku latach oczekiwania, po niesamowitych walkach ze spółdzielnią mieszkaniową (kto to pamięta?) z administracją uniwersytetu, która obiecywała, nie dawała, myliła się, odbierała – innymi słowy dziś już nikt nie uwierzy co wtedy potrafiliśmy zrobić, jakie przeszkody przeskoczyć, z kim się wykłócić etc. by wreszcie dostać swoje wymarzone M-4 . Trzy pokoje z kuchnią! – jak to się szumnie nazywało. Kasia właśnie skończyła 11 miesięcy. Byliśmy szczęściarzami!

Wprowadziliśmy się do mieszkania na ósmym piętrze, położyliśmy malutką Kasię do spania a sami zabraliśmy się do mycia podłóg, sprzątania, skrobania szyb okiennych zachlapanych farbą, by w ciągu całej nocy doprowadzić mieszkanie do wyglądu mieszkania „nowego”. A potem już urządzanie, co graniczyło w tamtych czasach pustych sklepów, kolejek i zapisów na wszystko z cudem pomysłowości i kontaktów międzyludzkich, by cokolwiek kupić. A już kupić to co by się naprawdę chciało i co by się podobało.. ale, byliśmy młodzi, zaprawienie w takich bojach, mieliśmy wielką wyobraźnię i dokonywaliśmy tych cudów całkiem sprawnie. Dość szybko mieliśmy lodówkę i pralkę automatyczną! Meblościankę (kupioną jak kota w worku, z nadzieją, że będzie fajna..:) zasłony i dom wyglądał jak nasz. Mój mąż nadal wyjeżdżał co kilka miesięcy gdzieś tam na swoje stypendia doktorskie czy inne konferencje a ja – wśród pracy zawodowej, pieluch, zwykłego życia młodej żony,  mogłam skupić się na wciąż nowych dodatkach i uzupełnianiu atmosfery mojego domu. Dużo czasu spędzałam  z przyjaciółkami Teresą, Łucją, Martą, godzinami rozmawiałyśmy o zmianach, zakupach, przesuwaniu mebli, dodawaniu czegoś co ocieplało wnętrze. A tak naprawdę to właśnie te nasze spotkania, wspólne kawki, rozmowy, radości i dzieci wokół nas tworzyły nasze domy. Byliśmy wszyscy szczęśliwi. Mieliśmy zwykłe „dziuple” w blokowiskach, podwórka dla dzieciaków z prymitywną karuzelą, piaskownicę i ławeczkę naszych koleżeńskich spotkań. W domu, gdy tylko łapałyśmy wolny dzień, bo dzieci były w żłobku a my zaraz po odprowadzeniu ich spotykałyśmy się na kawę, zawsze znalazłyśmy dobre ciasteczko, a i kieliszek winka też gdzieś na nas czekał.

To zdjęcie z naszego drugiego mieszkania w Sosnowcu, chyba ostatnie chwile przed jego sprzedaniem. Mała kuchnia połączona z salonem, pokój Kasi i fragment salonu.

 Po kilku latach przeprowadziliśmy się niedaleko, niemal na tę sama ulicę tylko na jej przeciwnym końcu (było tak dobrze ponad kilometr piechotką) do mieszkania większego już 4-pokojowego, z czego trzy małe pokoje miały na pewno powierzchnię mniejszą niż nasz dzisiejszy salon. Ale wtedy nasze dzieci mogły mieć osobne pokoje, czego my w swoim dzieciństwie nigdy nie doświadczyliśmy.

Kuchnia była dość mała, ale wpadliśmy na pomysł (to już był efekt naszych licznych podróży do Niemiec i Holandii) żeby wybić ścianę i połączyć kuchnię z salonem. Oczywiście, robiliśmy to sami i bez wiedzy rodziców, bo ja tylko trochę napomknęliśmy mamom, że mamy taki plan, to od razu była opozycja! Babcie więc przyjechały do wnuków, nieświadome jak i co przygotowujemy w nowym mieszkaniu, czekały cierpliwie aż się przeprowadzimy. A w mieszkaniu, na piątym piętrze w samym środku wielkiego bloku pełnego sąsiadów –  ekipa męska przyjaciół, którzy nie mieli bladego pojęcia o murarce podobnie jak mój mąż, zabrała się do rozwalania ściany, murowania jej wokół, żeby miała jakąś ramę i żeby nie zwaliła się nam na głowę za tydzień. Potem malowali, dołożyli ładną dekoracyjną półeczkę i wyszło super! Nowocześnie, nietypowo, przestrzennie. Nikt z naszych znajomych nie miał takiego rozwiązania. A ja mając gości i gotując w kuchni czy przyrządzając cokolwiek miałam równocześnie kontakt z  ludźmi w salonie. Duży stół jadalniany ustawiliśmy w połowie w kuchni i salonu i pamiętam, że gdy już byliśmy w pełni urządzeni zaprosiliśmy rodziców na obiad, teść zawsze pytał: czy mam usiąść w kuchni czy w pokoju?

Lubię styl lekki, nowoczesny, nie lubię staroci antyków, ciężkich mebli. Podobnie obrazy – lubię nowoczesną kreskę, kolorową. Lubię szkło i nie zagłębiam się w rzeczy drogie wartościowe, bo sprawia mi przyjemność zmienianie wystroju, kolorów, przestawianie mebli.  Zmiana obrazu wizualnego daje mi poczucie nowości, powiew świeżości. To mnie cieszy. Drobiazg, który dodaję zmienia mój nastrój. Ale – niektóre szczegóły zachowuję długo, gdy wiążą się dla mnie z czymś ważnym  w moim życiu. Trzymam je blisko siebie i latami cieszą moje oko. Należą do pojęcia „domu”, które nie jest rzeczą, jest istotą, „jądrem” domu. Jest jego atmosferą.

Zmiany kolorystyczne w pokoju, który kiedyś był pokoikiem dziecięcym wnuków, później nadal był pokojem chłopców ale już nieco „doroślejszym” a dziś jest moim gabinetem, który chętnie chłopcom oddaję gdy u nas zostają na noc 🙂

Kocham kolory! Moje oczy muszą cieszyć się ciepłem kolorowego świata. Niekoniecznie krzykliwego. Ale sprawia mi radość kolorowy świat wokół. Dlatego moje domy miały zawsze kolorowe wnętrza. Nie lubię szarości (tych smutnych, bo szary bywa czasem spokojna i niekoniecznie przytłaczająca). Mam w sobie odwagę kolorystyczną. Gdy już zamieszkaliśmy w Houston i po latach przeprowadzania się ze cztery razy z wynajmowanego  mieszkania do mieszkania, wreszcie wybudowaliśmy pierwszy dom.  Nigdy wcześniej nie myślałam, że będę mieć dom też w sensie wolno stojącego budynku, z ogródkiem. Otoczonego parkanem, z garażem. Dom, który  może być domem w wielu wymiarach znaczeniowych. Ludzie, których poznawaliśmy tu w Houston niemal wszyscy mieszkali już w swoich domach i było to dla nich takie normalne. Niektóre były zwyczajne, nieduże a inne wielkie, przestronne bardzo wytworne. Zaczęłam dostrzegać ulice dzielnice z domami, które naprawdę uświadamiały mi różnorodny status ludzi tu mieszkających. Ale to wszystko nie było wcale ważne. Dla mnie niesamowitym przeżyciem było, że budujemy dom. Przyjeżdżałam niemal co drugi dzień na miejsce budowy o oglądałam, co się zmieniło. Dom rósł tak jak na drożdżach, to zjawisko było dla mnie niezwykłe. Nigdy wcześniej nie widziałam, w jaki sposób budują domy w Ameryce, w Houston i jak szybko taki proces posuwa się.  W ciągu niecałych trzech miesięcy piętrowy dom stał wykończony, oddany nam do użytku, o dziwo, wysprzątany w środku, okna wymyte, bez plam od farby. Jakże inny świat od tych czasów kiedy otrzymaliśmy klucze do naszego M-4!

Budujemy nasz pierwszy w życiu dom. A potem – urządzamy w środku. Okna w salonie spełniają moje marzenia. Są duże na całą ścianę – dom jest jasny i przestrzenny. (lipiec/sierpień, 1996 r)

 Z moich dziecięco-młodzieńczych marzeń spełniło się jedno (no, może nie tak zupełnie dokładnie..) Moje trzy okna w salonie były duże, od podłogi sięgały do wysokiego  sufitu i miały żaluzje harmonijkowe czyli prawie jak kiedyś w moich snach😊

 Kolorystyka była odważna i jak to  jedna z moich przyjaciółek określiła – „ Christmas cały rok!” – zasłony były kombinacją czerwonych z ciemno-zielonymi, w kuchni były też ciemno-zielone blaty. I kanapa skórzana też zielona. Mnie się bardzo podobało. Kiedy zaprosiliśmy do nas obie nasze Mamy, w rozmowach telefonicznych bardzo podekscytowana opisywałam im wygląd naszego domu, a one starając się utrafić w mój opis kupiły nam w prezencie w galerii, w krakowskich Sukiennicach obraz w kolorach zielono-czerwonych, który tak świetnie wpisał się w moją kolorystykę i w styl jaki lubię.

Dziś minęło 25 lat, zmieniły się domy, obie Mamy odeszły od nas, a obraz wciąż trwa na ścianie w salonie. Niepozorny, jakby zupełnie zwyczajny a jednak to kolejna cząsteczka duszy naszego domu.

A potem był następny dom, mniejszy, bo dzieci szybko dorosły i zostaliśmy tylko we dwójkę. Równie kolorowy i eksperymentalny. Wesoły i gwarny. Już wtedy odbywały się tam próby naszego teatru, więc ludzi wciąż było mnóstwo, dom żył słowem polskim, piosenką, śmiechem do późnych godzin nocnych. 

Ale mimo mojego wysiłku, zarówno estetycznego jak i dobrej atmosfery, jakoś ten jeden jedyny dom nie był przez nas lubiany. Nie miał duszy, którą byśmy czuli jako domową. Był w zamkniętym bezpiecznym osiedlu, z basenem, usytuowany w dobrym punkcie miasta. A jednak..  Dom, który nie ma duszy, nie ma serca – nie może być twoim domem. Mieszkasz, dekorujesz, zmieniasz, próbujesz i wciąż czegoś ci brakuje. Szukasz, starasz się i nie znajdujesz. Po czterech latach uciekliśmy stamtąd. Sprzedaliśmy dom, w który włożyliśmy dużo pracy, pomysłów, że nie wspomnę o pieniądzach.  Bez żalu przeprowadziliśmy się do domu trochę na obrzeżach  Houston, ale za to w połowie drogi do mojej i Wacka pracy.  Dom nieduży parterowy, jakich setki w okolicy. Mieszkamy tu szesnaście lat a dom przeszedł już niejedną metamorfozę. Na początku mieliśmy budować basen i tylko fakt, że nie zdążylibyśmy przed terminem ślubu naszego syna, a co za tym szło – dom nie byłby gotowy na zjazd gości, którzy mieli pojawić się na tę uroczystość powstrzymał nas od tej decyzji. Ludzie są ważniejsi niż basen. I.. tak już zostało. Ślub był wspaniały, goście z Polski, z Australii, z Florydy zawitali do naszego domu. Przez następne lata  gościliśmy mnóstwo ciekawych, bliskich i najbliższych nam ludzi. Na dzień, na miesiąc, na kilka miesięcy. Mieszkali przyjaciele z Polski, od których imienia nazwaliśmy jeden z pokoi, gościliśmy kilkakrotnie moja przyjaciółkę ze szkolnych lat Ninę i „akademikową” kochaną sąsiadkę Łucję. Był brat mojego męża i przyjaciele z Boca Raton. Rodzina z Gdańska i Anioły z Krakowa. To tu pijemy poranną kawę i celebrujemy rodzinne uroczystości. Tu spotykamy się z przyjaciółmi, tu plotkujemy. Tu kłócimy się i się godzimy. Tu jest dom. Z kominkiem, który zawsze zapłonie w zimie. I duże drzewo na środku ogródka, które dziś jest już tak wielkie, że chyba ciężko byłoby mi je wyciąć choć wciąż chciałabym mieć tam basen.

Moja ukochana baletnica! a także strona z katalogu potwierdzająca, że jesteśmy właścicielami tego obrazu.

Na ścianie jadalni  wisi obraz dziewczynki – baletnicy, tyłem obróconej do widza. Na zielonym tle (oczywiście!) malarki polskiej Haliny Tymusz, która wystawiała swoje prace w Houston w Galerii Ani Tish. Bardzo mi się ten obraz podobał! Wśród wielu innych z motywami dzieci, ten wywarł na mnie szczególne wrażenie. Było to dawno temu, chyba pod koniec lat 90-tych i mój mąż w wielkiej tajemnicy kupił mi ten obraz jako prezent pod choinkę. Był to wielki wysiłek, szczególnie, że nie mieliśmy wtedy pieniędzy a już na pewno kupowanie obrazu było na bardzo dalekim miejscu naszej rodzinnej listy. Ogromne płaskie pudło przewiązane wielką czerwoną kokardą leżało pod choinką czekając na wigilijny wieczór i moment otwierania prezentów. Podpatrzyłam już wcześniej, że jest to prezent dla mnie i nie miałam najmniejszego skojarzenia, co też może być w tak wielkim i płaskim pudle. Jedyne co mi przychodziło do głowy to, to, że dostanę jakieś ogromne lustro.. tylko po co?..  Otwieranie tego pudła nie było łatwe, dzieci dzielnie mi asystowały, a gdy ujrzałam co zawiera, przeżyłam jedno z największych wzruszeń w moim życiu. Ten obraz jest nie tylko jedyną cenną rzeczą w naszym domu ale także jednym z najcenniejszych wspomnień rodzinnych.

Moment otwarcia tajemniczego pudła pod świąteczną choinką

 Zwykły dom, jakich wiele na świecie, ale dla mnie jedyny. Niepowtarzalny, chroniący przed złymi duchami, wymarzony. Jak dom „Ani z Zielonego Wzgórza” – Wymarzony. Taki, w którym śpię spokojnie, starzeję się i wiem, że  nic więcej mi nie potrzeba. Mam „swoje wzgórze, mam widok na morze, mam jego szum”, choć niedosłownie.  Mam to, co kiedyś było tylko mglistym dziewczęcym marzeniem, a dziś jest realnym szczęśliwym domem – rodzinnym domem. 


BACK

O tym skąd się wziął Pan Kolega, a Kolegostwo – partnerami do zwiedzania świata.

5/12/2021

Kiedy przyjeżdżasz na dłuższy czas do obcego ci kraju, naturalnym odruchem jest poszukiwanie ludzi z twojego kraju, którzy mogą pomóc ci, będą pomostem pomiędzy twoim „starym” i „nowym” życiem. My także zaraz po przyjeździe do Houston trafiliśmy w nieduże skupiska Polaków i powoli zaczęliśmy poznawać fajnych i miłych ludzi. Wciągnęliśmy się w spotkania towarzyskie, naukowe, szkolne w polskiej szkole sobotniej. Poznając codziennie amerykańskie zwyczaje w pracy, równolegle włączaliśmy się w polskie kręgi zaprzyjaźnionych już ludzi. Grono okazało się młode, wiekowo zbliżone do nas, szybko zostaliśmy zaakceptowani i polubiliśmy się wzajemnie.
Tak wśród wielu innych bardzo fajnych ludzi poznaliśmy Jagę i Andrzeja.
Już nie pamiętam jak to było, bo przecież upłynęło już od tego czasu prawie 30 lat, ale to właśnie oni jako jedyna para nie mieli dzieci, za to mieli dwa psy.
Jeden – co tu dużo mówić, dość pokraczny i raczej niezbyt ładny, ale za to z charakterem jak każdy kundel świata, był ulubieńcem Andrzeja i chyba nigdy nie miał nadanego imienia, bo zawsze nazywano go „kolegą”. Po prostu – był kolegą Andrzeja. I tak się kolegował z nim blisko i po przyjacielsku, że w pewnym momencie (nie mam pojęcia kiedy!) dla odróżnienia – kolega pies został Kolegą a jego właściciel otrzymał ksywkę PAN Kolega. Tak się ksywka wszystkim spodobała, że pies już dawno zasilił niebiańskie psie szeregi, a Pan Kolega chyba sam zapomniał jak naprawdę ma na imię, bo nawet jego żona tak go nazywa.
Drugi pies wabił się Gucio, miał długie uszy do ziemi, był upartym indywidualistą i robił wszystko po swojemu. Pan Kolega do dziś może o swych pupilach opowiadać historyjki niekończące się i wielce humorystyczne.
Kiedy 16 lat temu państwo KOLEGOSTWO – bo tak ich nazwaliśmy, po naszemu od Pana Kolegi – postanowili opuścić Houston i nas i wrócić do Polski, wszyscy mieliśmy bardzo różne odczucia. Trochę smutku, nostalgii za tym co już minęło i nie będzie takie same, trochę nadziei, że może wrócą tutaj.. Życzyliśmy im spełnienia planów, chociaż trochę „odstawały” od naszych.
Po roku okazało się, że wciąż Houston jest ważne w ich życiu, przyjeżdżali tu odwiedzać przyjaciół i mieszkali u nas. Zadomowili się i nawet do dziś jeden pokój zwie się wciąż „pokojem W”. Lata mijały, z czasem okazało się, że ich domem będzie teraz Kraków, a w Houston już tylko Kolegostwo pojawi się od czasu do czasu gościnnie. Kiedy tu byli, spędzaliśmy całe wieczory na pogaduszkach, wspominkach, opowiastkach, śmiechach. Przy koniaczku, czerwonym winku, a Pani Kolegowa ze swoją nieodzowną herbatką. A raczej herbatkami, bo trudno zliczyć ile ich mogła wypić każdego wieczoru.
I tak wśród pogaduszek o wszystkim powstał plan pierwszego wspólnego wyjazdu w świat. W świat – bo pierwszy plan to wycieczka do Chin! Był rok 2006 pewnego dnia państwo Kolegostwo wraz z grupą wycieczkową z Polski zameldowali się w hotelu w Pekinie i stamtąd rozpoczęła się nasza niezwykła trwająca prawie trzy tygodnie podróż po bardzo dla nas egzotycznym kraju. Muszę powiedzieć, że po raz pierwszy pojechałam na wycieczkę zorganizowaną z Polski i miałam duże obawy co do jej organizacji. Były to czasy, kiedy turystyczne usługi polskie komentowane były bardzo „dyskusyjnie”.. ale cała organizacja wycieczki i warunki bardzo pozytywnie mnie nas zaskoczyły. Biuro podróży z Warszawy, a właścicielką była Chinka. Naszym przewodnikiem był młody człowiek, Polak, który świetnie mówił po chińsku (choć może to nie jest dokładne określenie, bo chińskich odłamów języka jest taka ilość, że trudno powiedzieć który – jaki to był chiński..) doskonale orientował się w niuansach miejsc i sytuacji, znał świetnie historię, o której opowiadał zawsze ciekawie, umiał doradzić, odpowiedzieć na indywidualne pytania. Najważniejszą częścią tej wycieczki był oczywiście Pekin (Beijing), następnie stara stolica Chin Xi’an, pałace, sanktuaria, wielkie, monumentalne pomniki władców kolejnych dynastii i oczywiście Szanghaj. Wielka metropolia chińska, nowoczesna, szokująca Europejczyka i nie tylko. Dla nas, którzy przyjechali z Ameryki, kraju równie wielkiego i nowoczesnego nie było to tak wielkim szokiem, jaki obserwowaliśmy wśród naszych zaprzyjaźnionych już pod koniec wycieczki, Polaków. Ale najważniejszym celem tej wycieczki i właściwie powodem wybrania się w tę podróż właśnie w tamtym momencie był fakt, że częścią tej wyprawy był przepływ statkiem wielką rzeką Jangcy,  zwanej także Rzeka Błękitną. Jej długość wynosi ok.  6300 km. Kończy jest ogromną Zaporą zwaną Tamą Trzech Przełomów, której budowa trwała 17 lat i która zmieniła całkowicie życie tysiąca miasteczek i wiosek, które musiały być przeniesione w inne miejsca. Tereny, na których egzystowało życie przez setki i tysiące lat musiały zostać zatopione. Poziom wody podniósł się i rzeka zmieniła przez lata swój bieg. Nasza wyprawa, to był niemal ostatni moment kiedy turysta mógł jeszcze zobaczyć część terenów niezalanych, a które wkrótce też miały przestać istnieć. Widzieliśmy coś, czego dziś już nie ma i nikt nigdy tego nie zobaczy. Każdy metr mijanych przełomów pomiędzy górami i jaskiniami, skałami, wraz z opowieścią naszego przewodnika był niesamowitym i niezapomnianym przeżyciem. Oczywiście zwiedzaliśmy także Tamę, na ile zwykły turysta może ją obejrzeć. 

Migawki z Chin – wycieczki, która zapoczątkowała falę podróży po świecie.

Wielkim wydarzeniem było wejście do podziemi grobowca Pierwszego cesarza Qin, w którym znajduje się słynna Armia Terakotowa – ponad 800 figur naturalnej wielkości – żołnierzy, koni, oficerów, muzyków, medyków itd. wypalonych z gliny terakotowej. Rzeźby mają bardzo zindywidualizowane rysy, mają sprzęt, broń, konie i wyglądają nieprawdopodobnie realistycznie i naturalnie. Niewiarygodna armia! Stworzona ok. 210p.n.e, została całkowicie zasypana i odkryto ją na nowo dopiero w 1974 roku. Wciąż zresztą trwają prace nad rekonstrukcją i poszukiwaniami dalszych części.
Oczywiście Chiny są świetnie zorganizowane pod względem turystyczno-ekonomicznym, wiec wszędzie, gdzie turyści pojawiają się jest sklep, sprzedaż pamiątek, książek, koszulek itd. Znamy to wszyscy i z każdego zakątka świata.
Ale – Chińczycy to także naród bardzo biednych ludzi, którzy radzą sobie jak tylko mogą by przeżyć. Dlatego Polacy dość szybko zorientowali się w czym rzecz i co „dzieje się wokół”. Pan Kolega pobiegł do sklepu i kupił za $20 a może i nieco drożej pamiątkowe pudełko kilku najważniejszych figurek. A my – zaraz po wyjściu, otrzymawszy jak zawsze pół godziny czasu wolnego, wyszliśmy na ulice i mój mąż zaraz „wszedł” w „ręczno-migową” dyskusję z Chińczykiem, który nas zaczepił, żeby sprzedać nam dokładnie takie same pudełko z takimi samymi figurkami, zapewne z tej samej fabryki i tego samego sklepu figurek. Zachęcał nas błagającym głosem „Mama – budda, papa – budda..!!!” Wacek opierał się udając niezainteresowanego, zbijał ceny (och, jak on uwielbia to targowanie się! Chyba w poprzednim wcieleniu był przekupką targową!!) od ..dziestu dolarów do.. dziesięciu i potem pięciu i szedł ulicą dalej a Chińczyk biegł i biegł za nami i wreszcie przystał na cenę dwa dolary. Kupiliśmy figurki i myślę, że te dwa dolary utrzymało jedną chińską rodzinę przy życiu przez kilka dni, bo takie były realia i anomalie w chińskiej biednej społeczności.  My cieszyliśmy się, że ktoś zarobił (biedny pan Chińczyk, bardzo bał się tej ulicznej handlowej transakcji) i kupiliśmy figurki za cenę 10 razy tańszą niż turyści w sklepie. A Pan kolega do końca wycieczki nie mógł sobie darować takiej wielkiej straty i do dziś na wspomnienie tej opowieści  „płacze” że tyle przepłacił!  
Mogłabym jeszcze godzinami opowiadać o Chinach, ale nie taki zamysł tego mojego dzisiejszego zapisu. Wspomniałam dopiero o roku 2006 i naszej pierwszej wspólnej wycieczce. Tak nas ta wyprawa zachwyciła, że zaraz zaczęliśmy planować następną.
W roku 2007 wybraliśmy się na wycieczkę do Włoch. Tym razem bardzo relaksowo. Najpierw kilka dni nad jeziorem Como. Piękne widoki, spokój, pyszne włoskie jedzenie, wino. Dołączył do nas brat Wacka na kilka dni. Zrobiliśmy sobie mały wypad do Szwajcarii, popływaliśmy statkiem po jeziorze Lugano. Dalej był Mediolan i emocjonalne przeżycie zobaczenia obrazu Leonarda da Vinci „Ostatnia Wieczerza”. Czekaliśmy na ten moment od lutego, gdy to udało nam się kupić bilety i zorganizować całą wycieczkę dopasowując wszystko do tego wydarzenia. Następny tydzień spędziliśmy w jednym z najpiękniejszych zakątków Włoch – Cinque Terre. Pięć ślicznych małych miasteczek położonych na szczytach skał połączonych licznymi ścieżkami widokowymi. Na dole miasteczek szumi cudowne błękitne morze, wokół nieskażona przyroda, ogrom kwiatów, zieleni a wśród nich dziesiątki kawiarenek, restauracji, włoskiej kuchni i muzyki. I słońce. Każdego dnia – radość i słońce.

To tylko maleńki wycinek cudownych dni w słonecznej Italii. Od pięknego jeziora Como i spotkania z bratem Wacka do odpoczynku w Cinque Terre i zwiedzania najciekawszych miejsc włoskich. Tam nigdy nie masz dość, tam zawsze jeszcze pozostaje coś, co czego zechcesz wrócić.

Stamtąd jeździliśmy na różne wycieczki, zwiedziliśmy Pizę z krzywą wieżą i Sienę, gdzie Wacek wcisnął się w bardzo wąską uliczkę i radośnie przycisnął pedał gazu nieco ponad wskazania włoskich przepisów. . Był bardzo dumny z siebie, że tak fajnie jeździ małymi wąskimi uliczkami. Hmm.. do czasu – kiedy po kilku miesiącach, już w Houston, dostał mandat włoski (niestety, przetłumaczony przez amerykański departament bezpieczeństwa ruchu drogowego) za niewłaściwe parkowanie. Na szczęście (ha! ha!) pomoc nieoczekiwanie przyszła od jego studenta, włoskiego astronauty, który się tym zajął i to tak skutecznie, że włoska policja mandat anulowała!!. Na koniec zwiedziliśmy Florencję i stamtąd jeszcze na kilka wspólnych dni zatrzymaliśmy się w Krakowie, zanim wróciliśmy do domu w Houston.
Następnego roku (2008) Pan Kolega znów podsunął nam wycieczkę zorganizowaną z Polski. Polecieliśmy do Krakowa i później stamtąd do Egiptu. No i to niestety był błąd! Organizacja tej wyprawy nie miała już nic wspólnego z poprzednią, do Chin. Było tłumnie, byle jak zorganizowane, ale – z drugiej strony: moje marzenia z młodości spełniły się! Zobaczyłam piramidy, świątynię Ramzesa, Karnaku, Luksorską, Sfinksa, popłynęliśmy statkiem przez kilka dni wielką rzeką Nil. A po wspaniałym tygodniu spędziliśmy kilka dni w nowiutkim resorcie oddanym turystom świeżo do użytku, gdzie w łazience odpadały piękne kafelki a do morza trzeba było iść pół kilometra po ostrych kamykach w wodzie po kolana. Obsługa w hotelu była tylko męska i bardzo.. sarkastyczna, niemiła wręcz bezczelna, a pociąg z Asuan (gdzie zakończyliśmy nasz rejs po Nilu i zwiedzaliśmy Wielką Tamę Asuańką) do Kairu był najbardziej brudnym pojazdem, jaki kiedykolwiek w życiu swoim widziałam!!  Panowie jakoś podeszli do tego z dystansem i sztucznym – ale poczuciem humoru i przeżyli tę noc bez nerwicy. My z panią Kolegową (Jagą) byłyśmy na wdechu niemal całą noc, ze łzami w oczach ze złości i bezsilności, z pełnym pęcherzem (Boże! Oby tylko nie trzeba było iść do ubikacji! .. trzeba było) dojechałyśmy żywe – same zdziwiłyśmy się, że wciąż istniejemy. I żaden wirus nas nie dopadł!
I byliśmy razem, w świetnych humorach, z nową porcją wspólnych opowieści i wspomnień i znów kolejnych planów..

Migawki z Barcelony, tym razem też z Beatką. Intensywnie i ciekawie. Bardzo „kulturalnie” i artystycznie 🙂


Jesienią w 2010 roku skoczyliśmy wspólnie z Beatką do hiszpańskiej Barcelony (o, przepraszam, powinnam napisać Katalońskiej. Każdy Barcelończyk by się już na mnie na śmierć obraził! 🙂 ) Zobaczyliśmy finezyjne dzieła Gaudiego, Park jego imienia, Sagrada Familia, Muzeum Picassa, Katedrę i nabrzeża z atmosferą tego pięknego miasta.
Kolejna wyprawa rzuciła nas na północ, do Norwegii. Był czerwiec 2011 roku. Spotkaliśmy się w stolicy Norwegii, Oslo. Znów dołączyliśmy do grupy i już razem zwiedzaliśmy najbardziej atrakcyjne miejsca, fiordy, piękne wodospady, podziwialiśmy cudowne widoki, widzieliśmy lodowiec, wjechaliśmy drogą wijąca się wśród ścian lodu niemal do nieba.. Wszystko to było bardzo atrakcyjne i.. zimne jak na moje houstońskie przyzwyczajenia.

Kilka zdjęć z podróży norweskiej- lodowe klimaty, trolle, miasteczko olimpijskie z 1994 roku.

Amerykańska „rakieta” naszego norweskiego przyjaciela wciąż jeździ znakomicie!

A ponieważ w Norwegii mamy dawnych polskich przyjaciół, którzy mieszkają tam od wielu lat, niedaleko miasta Hamar, gdzie w 1994 roku odbyła się zimowa Olimpiada, więc połączyliśmy tę wycieczkę z odwiedzinami i na kolejny tydzień zostaliśmy u nich. Mąż Iwety jest pasjonatem starych amerykańskich samochodów, ma jeden własny na chodzie, zadbany i jest to jego prawie najukochańsze dziecko. Kiedy więc któregoś dnia pojechaliśmy zwiedzać Hamar sami, po całym dniu wracając (nasi mili gospodarze mieszkają w małej wiosce) małymi drogami – jak dla mnie – to po prostu polnymi) zgubiliśmy się! Dzwoniliśmy do naszych przyjaciół, usiłowaliśmy wytłumaczyć GDZIE jesteśmy, co kompletnie było ponad naszą wyobraźnię i jakiekolwiek opisowe i orientacyjne umiejętności. Ale na szczęście, gospodarze przez te 30 lat zaprzyjaźnili się z każdą tamtejsza łąką i miedzą i znaleźli nas i w nagrodę odebrali nas swoją piękną rakietą amerykańską!! Czułam się naprawdę jak w kosmosie!

Po wakacjach w Norwegii wspólnie wyjechaliśmy do Dubaju w 2015 roku, o którym nieco więcej pisałam przy okazji pisania o dużych miastach. Rok później (2016) pojechaliśmy do Peru razem z rodziną naszej córki by celebrować jej 40 urodziny na Machu Picchu. Oczywiście, rozdzieliliśmy się częściowo, bo nie było takiej opcji by nadążyć za moją rodzinką, ale spędziliśmy ten najważniejszy moment razem a my we trójkę, z moim mężem i Panem Kolegą dotarliśmy na sam szczyt słynnego Machu Picchu. Dla mnie, dla całej naszej trójki to było niezwykłe osiągnięcie!

Nasza duma! – szczyt Machu Picchu jest nasz. YYYEEE!!!

Myślę, że od tego momentu moje kolana obraziły się na mnie całkiem na poważnie, ale czego się nie robi dla sukcesu, no i dla swojej córki !!

Sielanka wypoczynku, nic -nierobienia, słońca, zabawy i totalnego luzu. Czasem tak trzeba!

Rok 2017 zaowocował wakacjami Kolegostwa w Houston i stąd polecieliśmy do Meksyku do Puerto Vallarta na leniuchowanie, przyjemności dla podniebienia, rozrywki, winko i „luz-blues”. Po trzech miesiącach spotkaliśmy się znowu, tym razem w Polsce i pojechaliśmy w góry, z naszymi wnukami. Pan Kolega dzielnie „dziadkował” z moim mężem i razem z chłopcami weszli na Trzy Korony, ale raczej już zostawali w tyle w tych wędrówkach, zwłaszcza kiedy po zejściu zrobili przystanek na „kiełbaski”..
Nasza wspólna ostatnia wyprawa to w 2019 roku wycieczka do Brazylii i Argentyny. Nie będę nawet zaczynała tej opowieści, bo wiem, że nikt by tego czytania przed następnym dniem nie skończył.. tyle pięknych chwil się wydarzyło! Aż kartki same się proszą, by o tym napisać. Może kiedyś, osobno. Jeśli czasu i pamięci starczy.. Dziś tylko garść zdjęć- wspominek.

Jeszcze wiele innych mniejszych wspólnych wycieczek i podróży z państwem Kolegostwem mieliśmy w swej historii. W historii, która wciąż trwa i wcale się nie skończyła.
Człowiek ma życiu różne ścieżki. Na tych ścieżkach są przystanki. Na przystankach są ludzie. Czasem widzimy czyjąś twarz tylko raz w życiu, czasem idziemy obok siebie przez wiele lat. Wiele nas z Kolegostwem różni. Ale jak wiele musi nas łączyć skoro przez ostatnie 16 lat wspólnie wyjechaliśmy na jedenaście dużych wypraw wakacyjnych. Wytrzymaliśmy ze sobą w różnych miejscach, w różnych warunkach, czasem zmęczeni, nie zawsze w takich samych nastrojach. To co związało nas jest nienazywalne.
To magnetyzm „wakacyjnego rytmu”, ciągu do podróżowania. Owszem – temperamenty mamy różne, ale jakoś w przepływie między nasza czwórką wyrównywały się w tych podróżach. Pan Kolega jest jak konik polny, biega skacze, nie usiedzi sekundy na jednym miejscu. Przynajmniej tak było przez lata, bo co tu dużo gadać – dziś już wiele się zmienia. Wacek i Pan Kolega to para tak zgrana i nie potrafiąca żyć bez siebie na wakacjach, że czasami miałam poważne podejrzenia, kto dla nich jest ważniejszy…
Pani Kolegowa, spokojna i rozważna, ale w gruncie rzeczy i jej humoru przy nas nie brakowało. Myślę, że i ona zawsze wakacyjnie dobrze się z nami bawiła. Ja, największy nerwus w tej grupie, ale też organizator. Mogą sobie na mnie ponarzekać, ale jak trzeba było zobaczyć, sprawdzić, załatwić, to Małgosia była na właściwym miejscu.
Przez te wszystkie lata, dni wspólne, wariackie gadania wieczorne, zdarzenia pełne śmiechu – było życie. Jedenaście wypraw wakacyjnych, wiele innych wycieczek w Polsce, wiele miesięcy wspólnego pomieszkiwania w Houston.. a wspominam tylko lata, kiedy Kolegostwo już wyjechało ze Stanów. Kiedy odległość i codzienne życie pozornie rozdzieliło nasze wcześniejsze 15 lat w Houston.

Każdy człowiek ma w życiu przyjaciół. Różne związki. Żadne nie są tylko łatwe. Ale prawie każde są wartościowe i ważne. Ten wakacyjno-podróżniczy, Kolegoski wciąż jest piękny.
I… gdzie gdzie by tu teraz znów pojechać?


BACK

Matka jest tylko Jedna

5/6/2021

Zdjęcie zrobione na wakacjach w Laskowej, prawdopodobnie ok. 1959-60 roku

Jestem małą 6-letnią dziewczynką. Nie mam nawet swojego własnego pokoju. Mam kącik tuż koło kaflowego pieca w pokoju, gdzie do tapczanu dołączona jest pólka. W tej półce Mama zrobiła mi mały pokoik dla dwóch laleczek. Niedużych. Mają ubranka uszyte przez Mamę. Niektóre są po prostu wycięte z materiału, bez szwów, imitują najprostsze wyobrażenie o strojach. Bardzo chciałam, żeby moje lalki miały długie włosy. Ale nie miały. Żadnych włosów nie miały. Wymyśliłam, że można zrobić długie włosy z maminej pończochy, pocięłam je na wąskie paski i zawiązałam w „koński ogon”.  Byłam szczęśliwa. Moje lalki – moje dzieci miały długie ładne włosy. Byłam mamą! Potem, gdy już miałam może 9-10 lat, pewnego ranka Mama obudziła mnie wcześnie rano. Z Gdańska przyjechała ciocia Frania, najstarsza siostra Mamy. Przywiozła mi w prezencie dużą lalę. Mrugała zamykającymi się piwnymi oczami. I miała ciemne szatynowe włosy. Dałam jej na imię Ewa. Byłam najszczęśliwszą dziewczynką na świecie…

 Zawsze chciałam być Mamą. Nigdy ilość obowiązków i problemów z tym związanych mnie nie przerażała. Kiedy więc pewnego dnia jako bardzo młoda 23-letnia mężatka odkryłam, że jestem w ciąży, byłam po prostu SZCZĘŚLIWA!

Mieszkaliśmy już wtedy w Sosnowcu, w akademiku a ja kończąc drugi rok studiów musiałam powiedzieć rodzicom, że będą dziadkami.  Moja mama była zachwycona, mój tata.. hmm – pierwsza reakcja?? „To ona już nigdy tych studiów nie skończy!” Studia nie tylko skończyłam w terminie, ale nie przerwałam ich nawet na chwilę. Biegałam na zajęcia regularnie, Kasią zajmowały się różne dziwne nianie, potem przeszła pełną edukację socjalistycznego żłobka i przedszkola. Pierwsze kroki stawiała po długim korytarzu akademika, łóżeczko miała za ścianką pełną książek, nocne rozgrywki w brydża wyraźnie jej nie przeszkadzały w spokojnym spaniu, podobnie jak dym z papierosów (co to za rodzice byli!! ) za to kiedy my chcieliśmy już pospać nad ranem, nasze dziecko budziło się szczęśliwe i gotowe do dziennych zadań niemowlaka…

Ale najpierw był lipiec 1975 roku. Właśnie wyruszaliśmy na wakacje z moim ojcem i bratem do Turcji i Jugosławii. Myślę, że tata był przerażony. Powoli, powoli oswajał się z faktem przyszłego dzieciątka w rodzinie na tyle, że gdy w czasie tej podróży niemal co godzinę „umierałam” z głodu, mnie jednej pozwolił kupować coś dobrego do jedzenia. Reszta rodziny jadła zapasy zabrane na wycieczkę z kraju. Wszystko przecież zaplanowane było na cały miesiąc. Teraz doceniam ten jego specjalny gest każdego dnia. W końcu takich planów nie było!

Z Mamą- zdjęcie zrobione w Krakowie w maju 2002 r.

 Moja Mama nie miała łatwego życia w rodzinie. Zresztą, która kobieta w tamtych czasach miała łatwo. Wszystkie domowe prace na jej głowie, żadnej pomocy od męża, wszystko na czas, na wyznaczoną godzinę, pan domu „GŁOWĄ” rodziny, a robota w rękach żony. A tak naprawdę – to ona wszystko kontrolowała i jeszcze z humorem przykrywała to, co nieprzyjemne, niewygodne. Kiedy uśmiechała się i żartowała widzieliśmy to wszyscy, kiedy czasami płakała, widziałam tylko ja.. Wtedy byłam już duża, już rozumiałam, że coś dzieje się smutnego, że jest jej źle…

Jej duża gdańska rodzina kochała ją bardzo, doceniała jej pogodę ducha, radość usposobienia. Gdy już mieszkaliśmy w Houston, po raz pierwszy Mama przyjechała do nas kilka miesięcy po niespodziewanej nagłej śmierci taty. Była złamana przeżyciami, nieprzygotowana do samotnego życia. Mój brat nie miał pojęcia jak jej pomóc. I wtedy moja rodzina, moje dzieci okazały się dla niej cudowną terapią. Mama znów powoli, ale konsekwentnie odzyskała swój „maminy” optymizm, radość życia, którą darowała nam wszystkim w różnych momentach przez wiele lat.

Ostatnie zdjęcie Mamy – to był tort na jej 80-te urodziny. W nocy zabrało ją pogotowie do szpitala. Już stamtąd do nas nie wróciła..

Kiedy umierała, był maj – przyleciałam do Polski i… spóźniłam się do niej kilka godzin.

Pewnie też płakała..

Gdy urodziły się moje dzieci byłam młodą matką. Bardzo wierzyłam, że wystarczy kochać dzieci i wszystko będzie takie proste, bezproblemowe. A potem – zaczęło się życie. Różne. Były pieluchy suszone na kaloryferze w akademiku, dziecko zostawiane z koleżankami, które nigdy nie miały niemowlaka na ręku, samotne wieczory, gdy mąż był gdzieś daleko zagranicą, a dziecko miało temperaturę prawie 40 stopni C i okropny kaszel.. Płakałam razem z małą, nie wiedziałam co mam robić…

Pierwsze zdjęcie Kasi, ma tutaj może 4-5 dni.
Z malutkim ok. 2- miesięcznym Jackiem
Już z dwójką

Rano padał śnieg, winda nie działała, telefonu nie mieliśmy – och, jakoś żyliśmy, z dnia na dzień – normalnie – i nawet dzieci też 😊

Moje śliczne maluchy!

Jacek w żłobku jeździł po podłodze na nocniku i wciąż nie chciał nauczyć się do tego nocnika robić co należało, dla  Kasi mama robiła kostiumy do przedszkola na występy, do Krakowa jeździliśmy maluchem bez zapinania pasów, bo takowych nie było i nawet nie wiem, kiedy dzieci zaczęły naprawdę myć zęby, bo jakoś tego nie mogę sobie przypomnieć. Ale dzieci zawsze oglądały na dobranoc „Pszczółkę Maję”, ”Jacka i Agatkę” albo ” Reksia” i szły do łóżka o 19.30, bo nie było bajek Ipad-owych!  Za to z „Ojcze nasz..” i „Aniele Boże” powtarzaliśmy wspólnie co wieczór. Nie jestem pewna czy dziś jeszcze pamiętają, ale uczyliśmy się tego regularnie.

A potem – wyrośli z dobranocek, dorośli – i ich Mama okazała się być opozycją, stroną do dyskusji, fragmentem do organizowania życia młodzieńczego. Bo tak jest zbudowany świat. Tak musi być. I wtedy – tracisz poczucie pewności, nie wiesz, czy robisz dobrze, czy jesteś dobrą Mamą, czy twoje decyzje są tylko uderzaniem w ciemno, w ścianę na oślep… Tak wiele razy chciałabyś dorastającym i dorosłym dzieciom wytłumaczyć, powiedzieć do końca co czujesz, że nie jesteś po „drugiej” stronie. I rezygnujesz ze słów, bo czujesz, że twoje słowa nie mają właściwego znaczenia. Nie w tym miejscu, nie w tym czasie… Bardzo starasz się rozumieć świat swoich dzieci, ale ten świat nie jest ci tak znany jakbyś chciała, choć i ty byłaś kiedyś młoda jak twoje dzieci. Cóż- sztafeta POKOLENIOWA.

Próbujesz ogarnąć najlepiej jak potrafisz, ale nie wiesz czy tędy właściwa droga. Czas pokaże. Przyszłość zawyrokuje. Musisz wierzyć. Musisz wierzyć w siebie i w swoje dzieci!  Bo chcesz być dobrą Matką. Bo chcesz, by twoje dziecko kiedyś było także dobrym rodzicem.

Mijają lata.

Dzieci przestają być dziećmi. Nie – dzieci są wciąż Twoimi dziećmi. Dzieci są już dorosłymi dziećmi.  Mają swoje własne problemy, swoje własne życie, nie potrzebują twojej matczynej opieki. Czuwania nad ich bezpieczeństwem. Wyfrunęły z gniazda. Ale wciąż potrzebują twojej miłości. Przecież jesteś Matką. Nikt nigdy z tej funkcji cię nie zwolnił, choć już może jesteś daleko od swoich dzieci.

Może one oddaliły się od ciebie, może odjechały, może trochę zapomniały..

 Ty jednak jesteś MATKĄ. Bo Matka jest tylko jedna. Jedna na zawsze. Choćbyś była za morzami, na końcu świata, z tej roli życiowej nikt nigdy cię nie zwolni.

Można w życiu wiele rzeczy zmienić, można wymazać wiele z pamięci, zniszczyć na papierze, grać role innego człowieka z innego świata. Matka jest. Może nie zawsze jest idealna, czasami nawet nie jest dobra. Ale nigdy nie opuści swoich dzieci.

Jest tylko JEDNA i jej dzieci są zawsze te jedyne..

Happy Mother’s Day!  Szczęśliwego Dnia Matki!


BACK

Garść ciekawostek, faktów czyli teatralna mini statystyka

5/3/2021

Wciąż żyje we mnie Ogniskowy Teatr jakby to to wszystko było wczoraj. A przecież minęło tyle lat, że te wpisy mają ocalić go od zapomnienia.  Mam wrażenie, że wszystko dzieje się dalej, ale kiedy przymierzam się do posegregowania zapamiętanych informacji we własnej pamięci, to już mam duże trudności. Dwadzieścia lat teatru i już osiem lat od zakończenia jego działalności – to bardzo długi czas dla ludzkiej pamięci. Czasem próbuję sobie pomóc i tak znienacka pytam kogoś z byłych aktorów o jakąś piosenkę czy scenkę czy drobny fakt ze sztuki i nagle okazuje się, że oni też już nie pamiętają..

Jak ocalić to wszystko od zapomnienia? Jak  stworzyć „skrzyneczkę” w której zmieścimy tyle naszego pięknego teatralnego życia, naszej pracy, piosenek, dni i wieczorów, które spędziliśmy razem? Moim zamysłem jest wspomnieć o każdej naszej sztuce, o każdym aktorze. I może kiedyś tego dokonam, choć wcale nie jest mi łatwo. W każdym razie o wiele trudniej niż sobie to wyobrażałam na początku pomysłu. Nie mam jednak zamiaru poddać się i właśnie przez kilka długich dni walczyłam z pudłami, papierami teatralnymi i przeglądałam, układałam i odkrywałam zapomniane fakty sprzed 20 i więcej lat. No i wykluł się obraz podsumowania faktów, które dla czytającego mogą być tylko nudną statystyką a dla nas „Teatralnych” i tych, co koło nas trwali przez tamte lata – fajną zabawą „przypominajką”.

I aby przypominajka nie była tylko suchą statystyką postaram się dodać trochę zdjęć i wspomnień udowadniając, że statystykę da się polubić. Sama przecież też muszę w to uwierzyć 😊

W ciągu 20 lat Teatr zagrał 31 sztuk. Na scenie pojawiło się w tym czasie 54 aktorów. Najmłodszy, który zagrał pierwszy raz miał 13 lat, najstarszy… hmm – ograniczeń nie mieliśmy!  Na początku Teatr miał być przedłużeniem zajęć języka polskiego dla uczniów sobotniej szkoły polskiej, którzy nieco „wyrośli” z regularnych zajęć i potrzebowali innej, bardziej dla nich ciekawej formy obcowania z językiem polskim. Dość szybko, bo po kilku latach, do uczniów szkół średnich dołączyli studenci uniwersytetów i zupełnie dorośli aktorzy. Teatr stał się dostępną formą sceniczną dla wszystkich. Grali młodzi, starsi i najstarsi. Całkiem dobrze wychodził nam ten melanż wiekowy i językowy. Sztuki i role dobieraliśmy tak, by każdy mógł mieć swoją „minutkę” na scenie.

Już kiedyś wspominałam, że Teatr był biedny, bez własnych pomieszczeń zarówno na próby jak i na przedstawienia. Ale radziliśmy sobie całkiem nieźle. W końcu udało nam się zawsze gdzieś zaistnieć i umieścić sztuki w miejscach, które lepiej czy gorzej, ale udawało się je całkiem realnie przysposobić na teatr. Aż 14 sztuk zagraliśmy na scenie teatralnej w St. Thomas University. Była to niewielka scena, niestety bez kurtyny, co utrudniało dekorację i jej zmiany, ale miała połączenie z zapleczem w piwnicy i z tamtego pomieszczenia mogliśmy częściowo korzystać. Za to wejście do sali teatralnej  było z dużego przestronnego holu, którego pozwalano nam używać po przedstawieniu. Tam na kilka godzin przed występem, nasi rodzice i przyjaciele, nasza ekipa wspaniałych pomocników zabezpieczała „stronę kulinarną”. Już po stresie aktorów, po przeżyciach emocjonalnych i duchowych wszystkich widzów mogliśmy razem przy kieliszku winka i i czymś dla podniebienia jeszcze raz poopowiadać, nacieszyć się, przeżyć wszystko kolejny i kolejny raz. Zazwyczaj mieliśmy jedną dekorację przez cały czas trwania przedstawienia, co było niełatwym zadaniem, zmienialiśmy tylko elementy łatwe do przenoszenia. Wymyślaliśmy takie, które mogły być użyte jako „przedmioty wielokrotnego użycia” czyli mogły imitować w wyobraźni widza dosłownie wszystko! W każdej chwili – od lokomotywy do zwykłego stolika, od lasu do kosmosu.. cokolwiek i jakkolwiek potrafiliśmy wymyśleć, a polotu nam nie brakowało. Były jednak sztuki dłuższe, które wymagały przerwy i wtedy mogliśmy zmienić dekoracje korzystając z „podziemi” i tam ukrytych dodatkowo zgromadzonych dekoracyjnych fantazji.

Szczytem naszych możliwości było zdobycie (do dziś nie wiem jak to Beatka skombinowała!) manekinów, które ubraliśmy w kostiumy z lat przedwojennej warszawskiej ulicy w przedstawieniu „Warszawa mojej Mamy”. Już dokładnie nie pamiętam ile Beatka pożyczyła tych manekinów, ale może pięć – sześć i wszystkie wsadziła do swojego Forda Escape. Kiedy jechała ulicami, bardzo się denerwowała, że policja ją zatrzyma za nadmiar pasażerów w aucie. Wyglądali bardzo realistycznie i przekonywująco… I w dodatku dokonała tego eksperymentu dwukrotnie, bo tę sztukę zagraliśmy dwa razy i dwóch różnych miejscach i za każdym razem tłum ulicznych „manekinów” spisał się znakomicie.

Miłka myśli – jakby tu ubrać tych panów?
Beatka śpiewa a tłum jej manekinów patrzy 🙂

Nasz Teatr w ostatecznym rozliczeniu okazał się być bardzo rodzinnym teatrem.  Czy możecie uwierzyć, że przez te wszystkie lata bakcyl teatralny działał jak narkotyk w rodzinach? Na scenie pojawiło się sześć rodzeństw: Kasia – Jacek Mucha (Lindhorst), Kasia – Jasiu Kimmel, Grzesiu – Łukasz Grabiec, Kasia – Marysia McNeilly, Emilka – Adam Stepiński, Marcin – Filip Szajda.

Dwa małżeństwa: Małgosia – Wacek Mucha, Kasia – Bill Lindhorst, i pięć  „par dwu-pokoleniowych” rodzice – dzieci: Jacek – Kasia – Wacek Mucha, Beata- Ewa Manek, Natalia – Marek – Matusz, Rysiek – Basia Sienko, Ania – Tomek Baranowski. 

Oczywiście nie oznacza to, że grali oni razem w tych samych sztukach choć i tak było.  Ale fakt, że w ciągu 20 lat  dwa pokolenia rodzinne przewinęły się przez nasz teatr świadczy o tym, jak mocno byliśmy związani razem w tym małym polskim teatralnym świecie. Na próbach, na przedstawieniach, w  domach rozmawiając o tym, co było ważne, co łączyło rodziców i dzieci. Polskie słowo. Polskość.

Plejada aktorska „Zemsty” A. Fredry. 1996r.

Zanim jednak udało nam się zagnieździć na dobre kilka lat na scenie w St. Thomas University najbardziej przyjaznym miejscem okazał się Rice University i tam zaczęliśmy naszą teatralną przygodę. Tam po raz pierwszy wystawiliśmy „Zemstę” Aleksandra Fredry. Po niecałym roku, dzięki profesor Ewie Thompson, która zaprosiła nas do powtórzenia tego przedstawienia, zaistnieliśmy przed nie byle jaką publicznością, bo na konferencji slawistycznej, na której znaczna część uczestników nie znała dobrze języka polskiego. Zatem nie tylko dawaliśmy publiczności słowo polskie, ale także całą lekcję o pewnym elemencie polskiej literatury, historii i twórcy polskiej komedii – Fredrze. Byliśmy bardzo dumni, że dane było polskiej młodzieży w Houston w takiej roli wystąpić.

W następnych latach jeszcze pięć innych sztuk zagraliśmy w zaprzyjaźnionej pięknej sali Baker College i tam także odbyło się świętowanie 5-lecia naszego Ogniska na uroczystym bankiecie.

W tym czasie dwa razy skorzystaliśmy z Włoskiego Centrum Kultury i tam odbył się wieczór niezwykły – Wieczór Poezji Miłosnej. Ciepły, majowy, kwitnący i pachnący – piękną poezją, muzyką, piosenką. Kolorowe długie suknie w kwiaty, kapelusze, panowie w garniturach i muszkach czarnych. Nastrój melancholii i wzruszenia. Niejeden słuchający wspomniał najpiękniejsze chwile swych własnych uniesień i upuścił łezkę w oku. Jeden jedyny taki wieczór w teatralnym naszym repertuarze. Do dziś mam ciarki gdy wspomnę słowa Jasia i Agnieszki:

„ Powiedz, jak mnie kochasz? Kocham cię jak..” albo moją ukochaną piosenkę z młodości „Annę”, którą Grzesiu zinterpretował tak pięknie na oryginale śpiewanym przez Stana Borysa.

Ostatnio próbując ogarnąć tysiące papierów, dysków, zapisków natrafiłam na osobne nagranie z naszego bankietu 10-lecia Ogniska. I okazało się, że jeszcze raz przygarnęło na Włoskie Centrum Kultury. Bankiet był pyszny, królestwo naleśnikowe przygotowała Grażyna M. z całą plejadą pomocników, a nasz teatr był gospodarzem tego bankietu i wystąpił z programem poetyckim pt. „Dmuchawce, latawce, wiatr”.

Inne sztuki odbyły się w Chateau Polonez, w budynku, który stał się nie tylko domem ślubów, wesel i balów sylwestrowych, ale także niezapomnianych polskich spotkań, w tym naszych – teatralnych. Tam też po 20 latach pożegnaliśmy się i rozstaliśmy się oficjalnie z Ogniskową i Teatralną ferajną.

Do grona aktorów trafiali młodzi ludzie w różny sposób. Na przykład Kasia M. przyszła z Billem, swoim amerykańskim chłopakiem, który nie odstępował jej na krok i nudził się okropnie na naszych próbach. A było to bardzo dawno, bo przygotowywaliśmy nasze pierwsze (!) przedstawienie w 1995 roku. I tak siedział i siedział i nic nie rozumiał, aż Kasia wymyśliła, że trzeba mu dać coś w tym przedstawieniu do roboty..

I wsadziliśmy mu piosenkę „Teraz jest wojna..” – po polsku. Kasia kazała mu się nauczyć tekstu, ćwiczyliśmy z nim polską wymowę niemal do upadłego. Bill trochę grał na gitarze i postanowiliśmy zrobić widzom specjalną niespodziankę – krótki występ Amerykanina – w polskim przedstawieniu, po polsku. .

Kasia kazała mu się nauczyć tekstu, ćwiczyliśmy z nim polską wymowę niemal do upadłego. Bill trochę grał na gitarze i postanowiliśmy zrobić widzom specjalną niespodziankę – krótki występ Amerykanina – w polskim przedstawieniu, po polsku. No i – po latach efekty są takie, że Bill przykleił się do Kasi a ona do niego i już nawet obchodzili własną 20 rocznicę ślubu. Bill zagrał w po raz drugi w przedstawieniu „Warszawa mojej Mamy” i zaśpiewał tę samą piosenkę i jeszcze jedną podobną – już bez takiej ogromnej tremy a za to ze zrozumieniem o czym śpiewa i nawet widownia dołączyła się do niego jako chórek. Kasia całkiem dobrze wyszkoliła jego znajomość języka polskiego (tu mogę też coś od siebie dołożyć 😊), a Bill był jedynym aktorem Amerykaninem, który trwał z nami przez cały czas teatralny i zagrał po polsku w polskich przedstawieniach. I kto powie, że miłość nie czyni cudów??

Mieliśmy wiele fajnych i śmiesznych momentów na próbach i podczas przedstawień np. jak Jacek jako Papkin wyznawał miłość swojej siostrze Klarze w „Zemście”. Już z sam fakt, że grali tę scenkę razem jako rodzeństwo było śmieszne, to jeszcze dialog był zabawny, no i Jacek zrobił z tego aktorski majstersztyk!

Dwie dziewczyny, Ala W. i Marlena O. zagrały role psów i świetnie się tym bawiły. W początkowych latach brakowało nam chłopców/mężczyzn, więc role męskie grały dziewczyny i całkiem dobrze się w to wpisały. Szczególnie w „Grubych Rybach” – Basia S., Marysia M. i Edyta W. Były bardzo przekonywującymi facetami 😊

Marysia McN. jako Onufry Ciaputkiewicz i jego żona Dorota – Ewa M, „Grube Ryby”
Basia S. jako obywatel Burczyński, „Grube Ryby”, 1998r.

Inni grali różne zwierzęta i też znakomicie wczuli się w osobowość chytrego, cynicznego i podstępnego Lisa (Grzesiu G. czy Jacek M.), krzykliwego – podskakiewicza Koguta (Wojtek D.) W „Serenadzie” oglądaliśmy prześmieszny trójkąt KUR – Kury Blond- udającej przymilną i naiwną (Edyta W.), Kury – Bruny (Czarnej ) w wykonaniu Kasi L. – filozofki i psycholożki rozgryzającej męskie potrzeby przebiegłego Lisa i Kurę Rudą (Natalię M.)- rozwrzeszczaną, zazdrosną, psującą całą koncepcję planu swoich kurzych sióstr.

Kurnik w „Serenadzie” Mrożka i trzy Kury- Bruna, Ruda i Blond. Na górze- Kogut-właściciel.

Sztuka najbardziej komediowa ze wszystkich, które graliśmy, choć i w wielu innych nie zabrakło scenek, przy których widzowie niemal „pękali ze śmiechu”.

Każdy z aktorów potrafił i śmieszyć do łez i być bardzo dramatyczny, wzruszający do łez. To był naprawdę dobry zespół. Czasem oglądam na YouTube scenki z różnych innych teatrów i teatrzyków i stwierdzam z całą radością, że nie mamy się czego wstydzić jako zespół aktorski. Czasem lepiej czasem gorzej,  ale nigdy nie było źle😊

Ojciec grał z synem (scenka w „Kabarety, Kabarety” – Jacek i Wacek M.) , brat z bratem – „Zemsta” – Grzesiu i Lukas G.), rodzeństwa śpiewały razem piosenki.  Jasiu i Kasia K. wielokrotnie. Szczególnie zapamiętałam ich piosenkę w przedstawieniu „Przechadzki- o Krakowie” pt. „Jak te konwalie, jak bzy albo bez”.

Posyłają słowa tej piosenki Piotrowi Skrzyneckiemu, prosto do Nieba wraz z pogłosem dopowiadanych słów jego przyjaciela Jana Nowickiego (Wacek M.)

To przedstawienie było dla mnie dużym emocjonalnym wyzwaniem. Powstało zainspirowane książką „Między Niebem a Ziemią” autorstwa J. Nowickiego, którą kiedyś otrzymałam od mojej krakowskiej przyjaciółki Niny. W dedykacji napisała: „Nadrabiaj zaległości. Słuchaj, czytaj, może wchłoniesz te czasy, ich wspaniałą atmosferę”. I pomyślałam, że muszę wrócić jeszcze raz do Krakowa, do czasów mojej młodości. Tak powstały „Przechadzki – o Krakowie”. Część pierwsza to krakowski Rynek, wesołość, Zielony Balonik, koloryt tego miasta. Część druga – Piwnica Pod Baranami, jej „dusza” – P. Skrzynecki i wszyscy, którzy w tamtych czasach stanowili o piwnicznej sławie i jej największych wartościach. Dzięki tej książce i słowom dedykacji Niny stworzyliśmy piękne wspomnienie o najpiękniejszym polskim mieście.

A później po latach dodaliśmy smaczek warszawski, bo przecież zawsze jak Kraków to i Warszawa, nie mogłoby być inaczej!   I tak powstała sztuka „Warszawa mojej Mamy”. Warszawa to miasto Beatki, więc dla równowagi między nami i balansu w Polonii: Kraków czy Warszawa? zadowoliliśmy i tę drugą stronę😊 Odezwały się głosy: a co z Gdańskiem? (ja także uwielbiam to miasto), ale nie uległyśmy już żadnym miejskim pokusom, nie licząc zwykłej miejskiej ulicy, czyli sztuki  „Chłopcy z naszej ulicy”. Ale tu już raczej zauroczył nas temat facetów niż miasta..  

Ciekawą i inną formą wypowiedzi scenicznej były dwa happeningi. Pierwszy wymyśliłyśmy jako dodatek do jednoaktówki, żeby przedstawienie nie było za krótkie i był to happening „kontrolowany”. Młodzież przedstawiała się widzom w krótki i dowcipny sposób, potem dodali jeszcze drobne wywiady pomiędzy sobą – w sumie wyszło wesoło i zarówno aktorzy jak i widzowie bawili się znakomicie. A przy okazji każdy z aktorów mógł się przedstawić i powiedzieć o sobie to, co naprawdę chciałby ujawnić swoim widzom.

Drugi happening był dla mnie i dla widzów całkowitą niespodzianką. Przygotowali go aktorzy pod „wodzą” Kasi L. i Grzesia G. Była to bardzo groteskowa i śmieszna kompozycja podziękowań, mieszanina wspomnień widzianych oczami aktorów z naszej wspólnej pracy, złożona z fragmentów cytatów, które aktorzy szczególnie polubili. I na koniec otrzymałyśmy z Beatka piękną pamiątkę – tablicę ułożoną ze zdjęć i z podpisami wszystkich aktorów obecnych wtedy na scenie. Do dziś wisi na ścianie w moim domowym kąciku teatralnym i stanowi jedno z piękniejszych wspomnień tamtych lat.

Długo mogłabym jeszcze pisać.. Ten temat teatralny wydaje się niewyczerpany. I pewnie znów za tydzień – dwa powróci tu.

Tyle na dziś. Jak w piosence do Piotra S:

„Wpadnij pan choć na pół papierosa,
Na uśmiech, słowo, brzęknięcie, szept.
Bo my umieramy tutaj bez pana..”

Tak ja muszę wpadać czasami we wspomnienia teatralne, by nie umierać – bez oddechu tamtych dni..


BACK

Kolekcjonerstwo czy zbieractwo?

4/27/2021    

„Jak zwał, tak zwał” – bardzo mi się to powiedzonko spodobało, choć dla mnie jest dość nowe, wychwyciłam je nie tak dawno w polskich filmach czy powieściach.

I postanowiłam dziś porozmyślać sobie na temat tego, co w mojej głowie jest kolekcjonerstwem a co zwykłym zbieractwem. Jak wiadomo, choć może nie wszystkim, problem wkracza na dość poważne i głębokie wody psychologiczne i sięga w kręgi zdiagnozowanych chorób psychicznych. Jeśli bardzo chcecie i potrzebujecie takich informacji, odsyłam do „wujka Googla” – jak mawia moja Internetowa Guru – Ania, tzn. Ania by mnie odesłała do GOOGLE, ale mnie się gdzieś kiedyś spodobało to określenie „poczciwy wujek Google”. Dla laików takich jak ja, brzmi całkiem fajnie 🙂

Sięgnę do rozważań na własnym rodzinnym podwórku, bo śmieci w tym względzie mam wystarczającą ilość, codziennie i przez wszystkie minione lata. Niech podniesie rekę ten, kto w swoim życiu  czegoś NIE zbierał!  Nie ma chyba wśród nas takiej osoby. Dzieci zbierają wokół swojego łóżeczka kochane miękkie pluszaki, wszelkiego koloru wielkości, miękkości, bo „przytulanki” to nasze pierwsze kolekcje, z którymi przez długie lata nie chcemy się rozstać, choć rozumiemy, że kurzu w nich coraz więcej. I misiowi ucho już odpada, a konik stoi tylko na trzech nóżkach…  Na pierwszych wakacjach nad morzem zbieramy muszelki i wracamy z workiem pełnym muszelkowych skarbów wciąż wypełnionych nadmorskim  piaskiem i resztką wysuszonych glonów. Po latach wyciągamy z szuflady tę pamiątkę i z rzewnym wspomnieniem zastanawiamy się – wyrzucić już czy może dopiero jutro?  W szkole zbieraliśmy znaczki – przynajmniej w moich czasach szkolnych było to ulubione hobby zarówno chłopców jak i dziewczynek. Jakie to było trudne i ambitne zadanie, zdobyć znaczek zagraniczny! Ze Związku Radzieckiego, NRD albo Czechosłowacji. A jak już ktoś miał  znaczek jakiegoś państwa z Zachodu albo z Ameryki, to już był niekoronowanym królem! Mógł wymieniać się, narzucać „cenę” wymiany, dyktować warunki.

Posiadanie pięknego albumu, porządkowanie go, wymyślanie sposobu, który byłby najbardziej imponującą i zaskakującą kolegów „szkołą” układania i segregowania znaczków – to była gra towarzyska tamtych młodzieńczych czasów.

Podobnie było z widokówkami. Ja osobiście miałam ich wielką kolekcję. W tamtych czasach ludzie mieli piękny zwyczaj wysyłania do siebie wzajemnie pozdrowień z wyjazdów, z wakacji, z wycieczek w postaci kilku słów zapisanych na widokówce. Ambicją każdego było znaleźć widokówkę ładną ciekawą, charakterystyczną dla danej miejscowości, kolorową (co wcale wtedy nie było takie oczywiste i proste). A jeśli jeszcze udało się dostać widokówki od kogoś z rodziny czy znajomego podróżującego zagranicę to już była wielka zdobycz!

Przechowywałam te widokówki przez lata, także w specjalnym albumie. Uwielbiałam je oglądać sama i z koleżankami. W przeciwieństwie do znaczków, widokówkami nie wymienialiśmy się. Widokówki były bardzo personalne. Miały przecież tekst na odwrotnej stronie, datę wysłania, a więc stanowiły także pewien element historii. Nie mam pojęcia co stało się z moimi widokówkami, kiedy przestałam je zbierać, gdzie się zapodziały..  Jak większość „świata młodości”, pewnie umarły śmiercią naturalną, gdy ich czas się skończył.

A szkoda..  No właśnie – czy szkoda? Moje albumy z widokówkami były kolekcją, którą zbierałam, pielęgnowałam, lubiłam, podziwiałam i byłam z niej dumna. Gdybym je przechowywała tylko po to, by przechować.. stałyby się zapewne „zbieraniną” starych widokówek. A tak – były piękne i istotne dla mnie, były moją własną kolekcją. Miały wartość – uczyły mnie porządku, pokazywały nowe zakątki kraju i świata, których być może nigdy potem w rzeczywistości nie widziałam. 

No to sobie troszkę powspominałam o kolekcjonowaniu i zbieraniu w czasach dzieciństwa i młodości, a teraz już będzie trochę na poważniej. Ludzie zbierają wszystko! Dosłownie wszystko! I w każdej możliwej ilości. I wcale nie jest powiedziane, że kolekcja tysiąca breloczków jest okazalsza niż kolekcja dwustu pięćdziesięciu par butów albo stu dwudziestu samochodów. Nie liczba jest tu ważna. Ważne jest poczucie, co dla zbierającego jest kolekcją. Są rzeczy bardzo drogie, wartościowe, jak obrazy, samochody, biżuteria i te będzie zbierać ktoś, kto może sobie na taką kolekcję pozwolić finansowo. Być może kosztem wielu innych rzeczy czy bliskich osób, ale wiadomo, że taka droga kolekcja nie będzie dostępna dla każdego. Jest też kwestia organizacyjna – pomieszczenie, czas, sposób zdobywania itd. To także częściowo ogranicza takie kolekcjonerstwo.

Są kolekcje, które potrzebują tylko pomysłu i pasji i chyba takich jest najwięcej na świecie. Kapsle od butelek, breloczki, klucze, torebki papierowe, ulotki z np. linii lotniczych, piórka egzotycznych ptaków – i Bóg wie co jeszcze!  Naprawdę wszystko!  Znam osobę, która zbiera piękne porcelanowe filiżanki i układa je.. w łazience! Nie jest to przesadnie wielka kolekcja, ale prezentuje się bardzo ładnie. Żadna filiżanka się nie powtarza, każda ma swój własny wyjątkowy wzór.

Ta książka ma już ponad 45 lat, odbyła długą podróż z Polski do Stanów i wciąż jest w naszej bibliotece domowej jak wiele innych pozycji z tamtych czasów.

W moim domu, w czasach lat 70-tych i 80-tych, kiedy bardzo trudno było kupić książki w księgarniach,  jak większość humanistów pracujących na uniwersytecie, zbieraliśmy wszelkie dostępne książki wydawane legalnie i nielegalnie, od książek o teorii literatury, którymi wtedy fascynował się mój mąż i jego „grupa” do literatury pięknej tj. „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, „Rok 1984” G. Orwella czy innych tego typu istotnych dla tamtych czasów pozycji. Nasza biblioteka liczyła około pięciu tysięcy książek, co jeśli dziś uświadomimy sobie wielkość polskich dawnych mieszkań, półki z książkami stanowiły po prostu ściany pokojów. Każda najmniejsza przestrzeń ściany była potencjalnym miejscem na nowe kolejne książki. I co ciekawe, mój mąż, jako rusycysta i teoretyk literatury, w tamtych czasach pisał doktorat z twórczości  Michaiła Zoszczenki, często wyjeżdżał do Moskwy albo Leningradu (dziś Petersburga) i tam w księgarniach rosyjskich kupował… polskie książki za naprawdę niewielkie pieniądze. A pieniędzy rosyjskich na stypendium mu nie brakowało. Takie to były anomalia tamtych dziwnych czasów!

Wśród naszych przyjaciół kolekcjonowanie książek nie było niczym nadzwyczajnym. Niewiele rzeczy mogliśmy wtedy „mieć” – książki były jedną z podstawowych i najważniejszych ambicji, by je posiadać. Nie dom, nie auto, nie wyjazdy zagraniczne, choć powoli światełko w tunelu zaczęło rozbłyskać – ale to, co uważaliśmy za najpotrzebniejsze i najambitniejsze tamtych czasów – książki i wiedzę.  Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy wiedzieliśmy już, że najprawdopodobniej zostaniemy w Stanach na dłużej i w 1996 roku zdecydowaliśmy się sprzedać nasze polskie mieszkanie. Co zrobić z taką ogromną i ważną dla nas kolekcją? Długo myśleliśmy, przewidywaliśmy różne rozwiązania, toczyliśmy rozmowy i przymiarki. Były to jeszcze czasy, kiedy nie było ograniczeń wagowych i można było przywozić do Stanów po dwie duże i ciężkie walizki, trochę więc najważniejszych i najbliższych sercu książek dowieźliśmy do Houston sami. Ale to tylko była mała cząstka. W końcu po długich rozmowach udało nam się dogadać z biblioteką Rice University, iż oni przejmą część książek rosyjskich z naszej domowej biblioteki za cenę przesłania ich kontenerem drogą morską. W ten sposób duża część naszej kolekcji wciąż jest dostępna na półkach uniwersyteckich Rice w dziale literatury rosyjskiej, a my mogliśmy trochę z naszej kolekcji przesłać do Houston i zatrzymać w nowym miejscu zamieszkania. Reszta trafiła do domów przyjaciół lub bibliotek w Polsce. Tym sposobem wciąż na półce stoi kilka ukochanych zachowanych pozycji z mojego dzieciństwa i młodości jak „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Ten Obcy” czy „Beethoven i dżinsy”. Dziś znów mamy pokaźną bibliotekę, choć czasy zmieniły się bardzo, wszyscy czytamy książki w internetowych wydaniach na różnych aplikacjach, sprowadzamy je wirtualnie i już nie kolekcjonujemy w takich ilościach jak kiedyś. Co wcale nie znaczy, przynajmniej dla mnie, że zrezygnowałam z posiadania i zbierania książek, które są dla mnie ważne i chcę je mieć.

Nasze największe dwie kolekcje domowe związane są z moim mężem i jego pasją. Szczególnie ta NASA-owska. Mój mąż od ponad dwudziestu lat uczy amerykańskich a także innych narodowości astronautów języka rosyjskiego i przygotowuje ich do współpracy językowej na stacji kosmicznej z rosyjskimi kosmonautami. Jest to program wielopoziomowy, trwa i rozwija się przez wiele lat i na różnych płaszczyznach. Od samego początku mój mąż jest zafascynowany swoją pracą i ludźmi, z którymi pracuje. Śledzi każdą wyprawę, każda załogę lecącą na International Space Station i przy okazji kolekcjonuje wszystkie plakaty z podpisami załóg od początku pierwszej ekspedycji. Jego gabinet do pracy jest więc już dziś swoistym muzeum, a kiedyś na pewno będzie mieć dużą wartość historyczną. Niewiele jest osób, które tak starannie i solidnie układają, hołubią i dbają o tę wyjątkową kolekcję.

Ciężko było ostatnio, gdy malowaliśmy dom, bo zabezpieczenie i przeniesienie i umieszczenie na nowo na ścianach tych plakatów było prawie „rozwodową zawieruchą”, ale jakoś sobie poradziliśmy.

Rodzina i przyjaciele są już przyzwyczajeni do ekscentrycznego wyglądu ścian domowego biura tuż po wejściu do naszego domu, ale dla osób, które wchodzą tu pierwszy raz stanowi to często nie lada zaskoczenie. I wtedy zaczyna się ulubiona część „satysfakcji” mojego męża – opowieść o tym, co to jest, kto to jest itd… mógłby bez końca, każdemu z osobna i wszystkim razem 😊

Moją ulubioną kolekcją, którą też już dawno wymyślił sobie mój mąż ale i ją bardzo polubiłam jest nasza kolekcja krów. Krówek, króweczek. Krowy to bardzo ładne zwierzęta, powolne, cierpliwe, patrzące na świat poczciwymi oczami. Działają na człowieka w taki.. uspokajający sposób. Oczywiście nasza kolekcja jest różnokolorowa, krowy nie są zbyt realistyczne, ale wszystkie są piękne i każda jest inna! Zrobione z przeróżnych materiałów – drewna, szkła, porcelany, gliny, masy plastycznej. Mają bardzo wymyślne pozycje i kształty. Miny i spojrzenie i artystyczny przekaz. Jakże zaskakująca jest inwencja i wyobraźnia twórców, że krowa może człowiekowi kojarzyć się z tyloma sytuacjami i momentami życiowymi człowieka. Krowy dotarły do nas z różnych przedziwnych miejsc i dalekich krajów i wielu przyjaciół dołożyło się do tej kolekcji. Jest krowa uśmiechnięta i wystawiająca język, krowa w kolorowe paski i tradycyjna łaciata, krowa przewracająca oczami i krowa astronautka. Jest krowa narciarka i krowa, która lubi napić się czerwonego winka. Krowa krakowska i krowa amerykańska. I taka co przyleciała z Peru i co przyleciała z Hiszpanii. Krowy – „baby” i krowy duże. I nawet dorodny dumny byk się znalazł!

Kiedyś mieściły się wszystkie na kominkowej półce, ale kilka miesięcy temu uznałam, że nasze krówki zasługują na bardziej centralne miejsce i zaplanowałam dla nich półki na ścianie w głównym pokoju.  Teraz widzimy je niemal w każdym momencie, nawet z otwartej części kuchni. Są jak domownicy i bardzo je lubimy. Kolekcja jest nasza a może nawet bardziej mojego męża, ale dbanie o czystość krówek, odkurzanie półek i od czasu do czasu układanie ich na nowo, żeby się nie znudziły zawsze w jednakowym szeregu, należy tylko do mnie. No cóż.. ktoś musi być od „brudnej stajennej roboty”😊

A reszta „kolekcji” domowych.. hmm – to już tylko zbieranina tysiąca plątających się śmieci w domu. To mnóstwo papierków, kartek, pudeł z papierami sprzed 2-15 lat, które mój mąż przechowuje „kolekcjonuje” czyli po prostu NIE wyrzuca, nie porządkuje, nie czyści i udaje, że coś zbiera. To są czasem naprawdę bardzo dziwne Rzeczy, dla których rozsądek nie potrafi znaleźć logicznego uzasadnienia, dlaczego je przechowujemy, dlaczego nie wyrzucamy ich do kosza od razu albo nie przekazujemy ich dla organizacji charytatywnych, które zajmują się rozprowadzaniem takich rzeczy dla ludzi potrzebujących. Psychologia podpowiada naukowe uzasadnienia takiego zachowania – bo czujemy się bezpieczni kiedy mamy wokół siebie „rzeczy”, bo lubimy otaczać się  ładnymi czy wygodnymi przedmiotami, bo mamy do nich sentymenty, bo myślimy: „ może mi się to przyda później?”.. Albo po prostu – z wygody, nie-podejmowania decyzji i z lenistwa do jakiegokolwiek działania.

Z własnych doświadczeń domowych stawiam na lenistwo podejmowania decyzji o zmianach, o ruchu czegokolwiek wokół. Najwygodniej po prostu – mieć. Tak więc nasze szafy, szuflady, półki, garaże, strychy pełne są tysiąca starych zapomnianych przedmiotów, mebli, pudeł z dziwnymi całkowicie nieprzydatnymi od lat częściami, papierami itp. Mój mąż jest mistrzem świata w zbieraniu takiego bałaganu. Od lat walczę, po cichu wyrzucam co się da, ale to trochę jak „walka z wiatrakami”.  Jest tego „badziewia” znacznie więcej niż ja nadążam z pozbywaniem się go.

Za to ja należę do osób uporządkowanych, wyznających zasadę, jeśli czegoś nie używam przez rok czy dłużej a dana rzecz, ubranie czy cokolwiek jest w dobrym stanie, chętnie przekazuję je innym, wierząc, że ktoś drugi będzie to używał i będzie z tego zadowolony. Mniej więcej co dwa miesiące pakuję worek dla „Purple Heart” albo podobnej organizacji dobroczynnej i oddaję potrzebującym. Dawno temu w Polsce, pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych,  otrzymywaliśmy od przyjaciół i znajomych z Niemiec i Holandii paczki z rzeczami codziennego użytku i z jedzeniem dla małych wówczas dzieci. Nigdy im tego nie zapomnę, jak bardzo pomogło nam to żyć w tamtych trudnych latach. Zawsze czuję, że oddaję pewien dług, gdy teraz ja mogę pomóc innym i podzielić się tym, co mam w nadmiarze. Rzeczy są przecież tylko czymś nabytym „na chwilę”, nie muszą pozostawać z nami na zawsze.

Przywiązuję się tylko do drobnych elementów, które wiążą się dla mnie z ważnymi ludźmi, ze słowami zapisanymi w kartkach urodzinowych, z książkami, które wstrząsnęły moim sercem, filmami, które chcę mieć blisko. . Takie rzeczy mam. Trzymam blisko siebie. To z pewnością nie jest zbieractwo. Pewnie też nie jest kolekcjonerstwo. To emocje.

Ale to już odrębny temat na „pogadanie” o tym..


BACK

Motylem byłam..

4/21/2021

Jesteśmy jak motyle. Przez całe życie lecimy pędzimy, raz wysoko wprost do nieba, do słońca blasku. Innym razem przysiadamy na kwiatku, na kamyku, zatrzymujemy się posmakować chwili, zapamiętać ją na zawsze. Jeszcze jutro pofrunę tam, gdzie nie byłam nigdy, może spotka mnie coś pięknego..

Mam duszę lekką, marzenia, które unoszą mnie na skrzydłach, bo motyl taki jest.. Lekki, kolorowy, delikatny. Piękny.

Kiedy byłam młoda myślałam, że tak będzie zawsze. Bo młodość ma to dane, że wierzy w swoją nieprzemijalność. Kiedy trwa, jest „na zawsze”. Tańczy każdego dnia – w realnym życiu, w marzeniach i tysiącach planów na przyszłość.

Każdy był kiedyś młodym. I zdrowym. I pięknym. I nie mam zamiaru pisać tu nowej bajki. Wiem, że ludzie miewają czasem młodość ciężką, bo trafiają w swoim życiu na trudny czas, na zło, którego sobie nie wybierali.

Moja młodość przypadła na czasy komuny, której większość naszych rodziców nienawidziła (mój tata, w domu,  nie rozstawał się z małym przenośnym radiem przyłożonym do ucha słuchając niemal bez przerwy skrzeczących zagłuszanych wiadomości zakazanego radia Wolna Europa). Ale mimo czasów biednych i wielu ograniczeń politycznych, braków w sklepach, przepisów, do których z niechęcią musieliśmy się wszyscy stosować – my młodzi żyliśmy radośnie i wesoło.

Pamiętam, że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu w telewizji wyświetlano jakiś film o tematyce wojennej. Nie jestem z pokolenia urodzonego w czasie II wojny, ale obraz tych filmów na długo ukształtował we mnie strach, że wojna powróci i nasze życie będzie znów pełne niepewności i bomb lecących z samolotów pod niebem.  A przecież – być młodym, to znaczy być lekkim jak motyl. Oprócz lat harcerskich, które na pewno zdominowały moje poglądy i nauczyły mnie wiele dobrego, praktycznego, żyliśmy radością pojedynczego dnia. Robiliśmy głupstwa, kochaliśmy się, mieliśmy swoje duże i małe problemy, chodziliśmy na prywatki, tańczyliśmy słynnego Rock and Rolla i Motylka i Twista.  Byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej, gdy zaczęłam uczestniczyć w zajęciach kółka geograficznego. Prowadził te zajęcia starszy pan (a może mi się tylko tak wtedy wydawało?), odbywały się one w sobotę po lekcjach ok. godziny 13-tej i najpierw był zawsze jakiś referat, wykład na temat bardzo „geograficzny”, potem dyskusja-komentarz, a potem… szybko składaliśmy  krzesła na bok pod ściany klasy, włączaliśmy magnetofon i odbywały się zajęcia z tańca.

Nie mam zdjęcia z naszych pierwszych „kursów tanecznych” ale za to mam migawkę z niedzielnych wycieczek z naszym nauczycielem geografii i.. tańca

Wszystko pod okiem naszego nauczyciela, który udzielał nam trochę instrukcji, trochę zachęty, bo w końcu nie łatwo było namówić 13,14-letnich chłopców do tańczenia z dziewczynkami. To były moje pierwsze kursy tańca i moja pierwsza nieśmiała sympatia.. Chłopak, z którym byliśmy parą do końca podstawówki i jeszcze trochę w liceum. Za to w niedziele nasz nauczyciel często, jak tylko dopisywała ładna pogoda, zabierał nas na wycieczki w najbliższe okolice Krakowa. To były wyjątkowo edukacyjne i socjalne zajęcia pozalekcyjne. I wyjątkowy nauczyciel, którego zapamiętałam do dzisiaj. 

W harcerstwie też urządzaliśmy różne potańcówki, zazwyczaj związane były z jakimiś okazjami jak „Andrzejki” albo zabawa karnawałowa. Uwielbiałam tańczyć i muszę przyznać, że byłam w tym niezła. No i na brak  powodzenia nie mogłam narzekać. Wokół zawsze dużo chłopców. Nawet czasem wynikały z tego kłopoty i dylematy wyborów. Jak to w młodości, kiedy ciężko zdecydować się co się chce, a chciałoby się wszystko 😊

Motyl przecież fruwa lekko i zmienia miejsca i marzy co chwilę o nowych doznaniach i wrażeniach…

Dobrze pamiętam moją własną studniówkę. Piszę „własną”, bo kiedy pracowałam jako nauczycielka polonistka uczestniczyłam w kilku studniówkach, a nawet je z uczennicami organizowałam. Studniówka, czyli bal szkolny organizowany na sto dni przed maturą, po którym to już uczeń powinien tylko skupić się na książkach i wkuwaniu wiedzy, w moim liceum miał dość konserwatywne zasady. Po pierwsze – musiał odbyć się na terenie szkoły czyli w auli, na tę okazji specjalnie udekorowanej przez komitet rodzicielski i dodatkowy tłum pomocników. Po drugie – nie wolno nam było wprowadzić nikogo z zewnątrz szkoły czyli nie było szansy przyjść ze swoim chłopakiem, dziewczyną. Musieliśmy się bawić w gronie  wszystkich klas czwartych – maturalnych (mieliśmy ich aż sześć). Po czterech latach znaliśmy się wszyscy dobrze, dziewczyn było więcej, mieliśmy już po 18-19 lat- hmm.. nie byliśmy zachwyceni takimi restrykcjami towarzyskimi.  Mój ówczesny chłopak (a obecny mąż) też nie. Musieliśmy być ubrani na biało-czarno.

Jedyne zachowane studniówkowe zdjęcie. Wybory Miss Klasy Maturalnej.

Długo kombinowałam, co by tu zrobić, żebym nie musiała założyć tradycyjnej czarnej spódnicy (jedne miały całkiem długie, inne mini, ale to było w „Sobieskim” dość dużym ryzykiem, nawet na studniówce) i białą bluzkę, nawet jeśli miałaby to być najbardziej wyszukana i strojna. W końcu – już nie pamiętam kto i gdzie, ale pożyczyłam sukienkę czarną i małe białe „kosteczki” z białą  strojną falbaną przy dekolcie. Była naprawdę piękna i taka.. inna. I najważniejsze, nikt się nie przyczepił, że jest „niewłaściwa” 😊  No i całą studniówkę obsługiwali nasi rodzice, co wiązało się z pilnowaniem nas na każdym kroku. Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo choć muzyka była z magnetofonu (chyba nic innego wtedy nie było? Może jakieś nagłośnienie, nie pamiętam) bawiliśmy się znakomicie!  I był też konkurs na Najładniejszą Koleżankę – Maturzystkę, co według zasad konkursu sprowadziło się do tego, że wygrała ta, która otrzymała najwięcej punktów za różne odpowiedzi w poszczególnych częściach konkursu i oceniali swoje koleżanki koledzy z klasy, siłą braw i siłą głosu (oj, było bardzo bardzo głośno!.) W ten sposób wygrała wcale nie najładniejsza z nas, ale na pewno najpopularniejsza i na pewno bardzo lubiana. Ja – tu się pochwalę, zostałam wicemiss, co do dziś bardzo mnie satysfakcjonuje. Studniówka miała jeszcze jedną fatalną restrykcję – miała się zakończyć o 22:00, co od początku uważaliśmy za oburzające i wstydliwe przed wieloma innymi liceami krakowskimi. Na szczęście zabawa była „grzeczna”, rodzice pilnowali i udali się razem z uczniami w delegacji do dyrektora szkoły, który uprzejmie ustąpił i zgodził się przedłużyć naszą studniówkę do 23.30 czyli udało się prawie do północy 😊

Od pierwszego balu dziecięcego do studniówek i balów młodości

Potem, każda następna studniówka w „Medyku”, choć nie moja, była dla mnie też dużym przeżyciem. Lubiłam je organizować, często przygotowywałam z uczennicami program kabaretowy, konkursy, niespodzianki. I zawsze bawiłam się na nich znakomicie. Z uczennicami, z ich partnerami (zdecydowanie byliśmy bardziej tolerancyjną szkołą,  dziewczyny mogły przyjść z osobami towarzyszącymi), z moimi kolegami z pracy. Zabawa towarzyska, taniec zawsze były radosną częścią mojego życia.

Młodość powoli mijała, lata dodawały się każdego roku. Jak wszystkim wokół.

Ale życie ma to do siebie, że skrzydełka motyla są lekkie i zawsze mogą latać.  Nigdy nie byłam osobą specjalnie usportowioną ani zainteresowaną sportami. Ot, tak, jak każdy przeciętniak. Lubiłam piłkę nożną, ale tylko gdy były to Mistrzostwa Europy albo Świata, lubiłam mistrzostwa jazdy figurowej na łyżwach czy lekkoatletykę. Ale – bez nadmiernego entuzjazmu. Tyle, o ile sprawiało  mi to przyjemność estetyczną oglądania no i oczywiście gdy wzbudzało we mnie poczucie patriotyzmu, jeśli na podium znaleźli się Polacy.

 W szkole lekcji gimnastyki nie lubiłam, bo kto ją lubił. Były nudne i większość czasu robiło się smętne ćwiczenia albo ostatnie 15 minut graliśmy w piłkę.. właściwie nie wiadomo jaki to miał być rodzaj gry. Unikaliśmy więc tych lekcji jak się dało. Niestety – efekty fizyczne i zdrowotne polskiej młodzieży tamtych czasów nie były najlepsze.

Gdy przyjechałam do Ameryki od początku obserwowałam, na przykładzie moich dzieci wówczas będących w klasie – Kasia ósma, Jacek piąta, jak działa szkoła amerykańska i jak inna jest od polskiej, szczególnie w sprawach sportu. Mój syn miał to szczęście w Polsce, że nasz bardzo dobry przyjaciel  Andrzej był trenerem piłki nożnej młodzików w klubie sportowym i choć Jacek był za młody na uczestnika tej grupy, to Andrzej często zabierał go ze sobą i Jacek miał naprawdę dobre podstawy techniczne i kondycyjne, nawet jako 11-latek. Co zresztą po roku zaowocowało tutaj wielkim niesamowitym wydarzeniem, bo to właśnie Jacek został zauważony na boisku podczas jednego z meczów szkolnych przez trenera z Awty International School, dzięki któremu  znalazł się w tej szkole, a po latach skończył ją z dużym sukcesem naukowym i sportowym. To w konsekwencji zaowocowało jego dalsza karierą zawodową i  w jakiś sposób naznaczyło miejsce, w którym dziś w życiu się znajduje. Dziś jego drogę naśladuje i kontynuuje syn Kasi – też jest zapalonym piłkarzem, też uczy się w Awty School i  mam nadzieję, że dwójka moich pozostałych wnuków podobnie jest sportowo uzdolniona a przede wszystkim po prostu lubi ruch i sport!

Moja rodzina naprawdę sportowo i ruchowo rozwinęła skrzydełka „motyla” tu w Ameryce. Moja córka ćwiczy niemal codziennie, biega w tak poranno-wczesnych godzinach, że dla mnie to prawie dopiero pora do położenia się spać 😊, Lukas uwielbia Tae Kwon Do, biega podobnie jak jego mama, teraz gra tez w piłkę nożną, Christoph przebiegł już 25 pól- maratonów z  Mamą, realizując konsekwentnie ambitny plan  „50 pół-maratonów w 50 Stanach”, gra w drużynie szkolnej piłki nożnej i trenuje biegi przełajowe, a najmłodszy Jackowy syn – Chase lubi baseball, piłkę nożną, amerykański football i wie o sportach w teorii już  tyle ile co najmniej jego tata. A mój „mąż – staruszek” też ma na koncie sportowym niezły „amerykański dorobek” – dwanaście rajdów rowerowych MS 150 z Houston do Austin i cztery maratony we wszystkich dużych miastach Texasu: w Houston, Austin, Dallas i San Antonio. I wszystko to w powiedzmy.. średnim wieku.. po 50-ce!  Często im w tych wyczynach towarzyszył mój zięć Bill, a ja – cóż- byłam jako zaplecze organizacyjne: dowieźć, przywieźć, wiwatować, „babciować” z dziećmi, cieszyć się, że mam taką rodzinę! Motyle fruwają różnie, raz wysoko a raz niżej, raz samotnie a innym raz wokół najbliższych. Ale ciągle są w ruchu. Skrzydełka wciąż pracują.

Teraz, gdy już motyl zwalnia swój lot, obserwuje innych i zachwyca się wzlotami pięknych motyli obok siebie. Trudno jest opowiedzieć swojemu młodemu wnukowi, co skacze wokół mnie jak nieokiełzana kózka, że lekkość motyla po latach życia zmienia się, bo taka jest natura. To nie niechęć czy lenistwo. To naturalna kolej rzeczy, wymiana pokoleń i przemijanie. Jak wytłumaczyć  wnukowi, że moje ciało składa się z tysiąca dodatkowych cząstek, o których on na szczęście jeszcze nie wie i nie będzie wiedział długo. Bo ja też kiedyś o nich NIE wiedziałam.. Kiedy moja mama schodziła codziennie, czasem nawet kilka razy, ze schodów w naszej starej krakowskiej kamienicy z drugiego piętra (a były bardzo wysokie) i była niemal skatowana bólem kolan, ja – młoda dziewczyna nie mogłam zrozumieć, jak mogą boleć kolana przy schodzeniu w dół?  W górę po schodach, to jeszcze było zrozumiałe, ale w dół?.. Dziś rozumiem to bardziej niż dobrze. Ale dziś już nie mogę jej tego powiedzieć, że wiem jakie to cierpienie.  Dziś moje ciało jest uparte i odzywa się do mnie niemal codziennie rano – coś tam strzyka, coś tam boli, coś uciska, coś przeszkadza.. Nie lubię tego! Nie poddaję się. Bo serce jeszcze wciąż jest motylem.

I choć dziś powinnam powiedzieć – jak kiedyś moja koleżanka z grupy na studiach, dość obszernej tuszy, ale za to ze świetnym poczuciem humoru, gdy czekaliśmy ogromnie zestresowani pod drzwiami na egzamin z gramatyki historycznej, żeby nas rozbawić i nieco odstresować podśpiewywała sobie: „Motylem byłam, ale utyłam..”😊  bo to, niestety, prawda nieprzyjemna ale prawdziwa.  Ale powiem też, motylem wciąż jestem, skrzydełka chcą latać i:  

„pofrunę, gdzie nie byłam jeszcze,
dzień minął już, a ja pragnę usiąść – tu i tam.. „


BACK

Pokoleniowa układanka

4/19/2021  

Gdybym chciała opowiedzieć o przekazywaniu pałeczki pomiędzy pokoleniami w naszej rodzinie, to opowieść musiałaby być co najmniej wielopiętrowa, nawet w obrębie jednego pokolenia. Nie znam dokładnie rodzinnego drzewa genealogicznego ze strony taty, ale pamiętam dużo historyjek i wspomnień, które opowiadała moja mama i jej duża rodzina w większości zamieszkująca w Gdańsku. Odkąd sięgam pamięcią Gdańsk był drugim moim rodzinnym domem. Mimo, że mieliśmy bliską rodzinę w Krakowie i utrzymywaliśmy z nimi kontakty, to w moim sercu gdańska rodzina stanowi  silną platformę wspomnień,  więzi i niepodważalnych do dziś korzeni.  Moja mama pochodziła ze wschodu Polski, z biednej wielodzietnej rodziny, jak to zazwyczaj bywało w tamtych czasach. Dziadek był kościelnym, zawód który chyba już dziś nie istnieje, a babcia prowadziła dom i rodziła każdego roku kolejne dziecko. Nie wiem jak się z tego utrzymywali, ale jakoś to funkcjonowało, nie pamiętam, żeby mama narzekała specjalnie na wielką biedę. Dzieci było dużo, gdy któreś dorastało dokładało „cegiełkę” do rodzinnego budżetu w różnoraki sposób. Najstarszy syn, wujek, którego nigdy nie poznałam, zginął tragicznie pozostawiając chyba sześcioro dzieci. Moich najstarszych kuzynów w pierwszej linii, którzy wiekowo są (albo byli) ode mnie starsi o ponad 20-25 lat słabo znałam. Jakby nie patrzeć, jest to „wiek” jednego pokolenia.  Ta jedna rodzina i jeszcze jedna mamy siostra, która nota bene była moją chrzestną matką, mieszkali  w czasie wojny i później w Terespolu, małym miasteczku na granicy polsko-rosyjskiej. Z Terespola cała rodzina oprócz nich przeniosła się po wojnie do Gdańska. W ten sposób to piękne odzyskane po wojnie miasto, stało się naszym miastem rodzinnym.

Do Terespola pojechałam tylko dwa razy w życiu. Pierwszy raz, gdy miałam osiem lat moja chrzestna matka uparła się gościć mnie u siebie na wakacje. Jej mąż przyjechał po mnie do Krakowa. Pamiętam, że mama bardzo solidnie przygotowywała mnie do tej podróży. Miała być długa, pociągiem, z przesiadką w Warszawie. Wtedy mało podróżowaliśmy pociągami, raczej popularniejsze były autobusy, okropnie śmierdzące spalinami, nagrzane w lecie do temperatur tropikalnych, w zimie zaś marznących od środka i cuchnących dymem papierosowym… do dziś nie wiem, jak  mogliśmy to znosić w kilkugodzinnych podróżach. Poza tym mieliśmy już swój samochód, tata zawsze na pierwszym miejscu w dorobku domowym stawiał auto – to był jego „konik” i począwszy od 1958 roku kiedy kupił sobie jakąś „Dekawkę” (DKW) potem już zawsze, przez wszystkie następne lata aż do śmierci  miał jakiś samochód. Przeszliśmy wszystkie etapy polskiego automobilowego rozwoju w Polsce Ludowej, dostępne w tamtych czasach: niemiecka Ifa 8 i 9, P-70 pierwsza polska produkcja niemal cała z plastiku 😊, jakieś czeskie Skody, niemieckie Wartburgi, potem kolejne polskie Syrenki, aż po Maluchy i Fiata polskiego 125. Może jeszcze o czymś zapomniałam, bo kiedyś usiłowaliśmy z bratem to policzyć i wychodziło, że kolekcja zamknęła się ładną liczbą trzynaście. Tak więc krótsze wyjazdy rodzinne odbywały się zazwyczaj samochodem.

 Mama dużo opowiadała o Warszawie i o Pałacu Kultury, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Mówiła o jego wielkości i o tym, że będę go mogła zobaczyć z okna pociągu. Byłam tak przejęta, że choć było późno w nocy i chyba niewiele kojarzyłam z tej całej podróży, to do dziś pamiętam, że wujek obudził mnie gdy na horyzoncie pojawił się Pałac Kultury, a ja zaspana wpatrywałam się urzeczona i oszołomiona  oświetloną strzelistą budowlą królującą nad miastem. To chyba jedyny raz w życiu, kiedy ten budynek zrobił na mnie takie niesamowite wrażenie! Dzieci tak mają! zapamiętałam go właśnie takim. Był rok 1962.

U cioci w domu w Terespolu było ciasno (a może tylko dziś mi się tak wydaje?..) było mnóstwo mebli starych, z milionem poduszek, falbanek, obrusów z koronek, makatek wiszących na ścianach, i wszędzie walających się robótek ręcznych: na drutach, na szydełku. Ciocia była fryzjerką, zawód dobry w małym miasteczku. Miała dużo swoich klientek, wszystkich znała, a plotek jeszcze więcej niż ludzi.

 No i niestety, była tak przywiązana do swojego porządku świata, że kontrolowała wszystko! Nie wolno było mi usiąść tam, gdzie chciałam, ani przestawić choćby jednej poduszki, ani, nie daj Boże! poplamić serwety na stole albo posypać okruszkiem..

Tortury dla małej 8-letniej dziewczynki!  I jeszcze musiałam jeść wszystko co ciocia ugotowała i dała mi na talerzu, bez względu czy mi smakowało czy nie. Siedziałam czasami godzinę nad śniadaniem i już nie wiedziałam co zrobić, żebym stamtąd uciec, a że byłam „grzeczną” dziewczynką bałam się tupnąć nogą i powiedzieć NIE. Za to ciocia uwielbiała robić mi eksperymentalne „kościółkowe” fryzurki i pokazywać się ze mną w pierwszej ławce na mszy niedzielnej. Dziś wiem, że to wszystko było z dobrego serca i z chęci zorganizowania mi jak najlepszych wakacji, ale wtedy musiał być to dla mnie wielki dramat bo do dziś pamiętam te wakacje jako katorgę a nie wakacyjny luz.  Na szczęście ciocia znalazła mi dwie fajne koleżanki w moim wieku i często z nimi spędzałam czas. Miały taki fajny drewniany domek dla lalek i bawiłyśmy się w dom całymi godzinami.

Po raz drugi odwiedziłam moją chrzestną matkę  i Terespol gdy skończyłam szkołę podstawową. Pojechałam tam znów w porze wakacyjnej, ciocia już mieszkała w nowym domu, który zdążyli sobie wybudować. Był o wiele większy, mniej zagracony, mieścił się w nim też salon fryzjerski cioci. Byłam już starsza, więc nieco bardziej samodzielna, mogłam więc spędzać więcej czasu z kuzynami, dziećmi najstarszego brata mamy. Wszyscy byli dużo starsi ode mnie, właściwie dorośli, ale złapaliśmy dobry kontakt i wtedy właśnie ich poznałam. Najstarsza kuzynka była już mężatką i pamiętam, że miała śliczną dwuletnią córeczkę, którą lubiłam się opiekować. Moje kontakty z tą grupą kuzynów właściwie na tym wakacyjnym spotkaniu się skończyły. Później już tylko bardzo sporadycznie spotkałam niektórych z nich. Wieści o nich i o ich losach docierały do mnie bardzo przypadkowo. Niestety, nie zachowały mi się żadne zdjęcia z pobytu w Terespolu, ani z tamtą częścią rodziny. Nie mam nawet zdjęcia z moją matką chrzestną choć wydaje mi się,że gdzieś pośród zdjęć ślubnych powinnam takie posiadać. Wtedy po raz ostatni ją widziałam. Zaraz po ślubie wyjechaliśmy do Sosnowca i już nigdy więcej się nie spotkałyśmy. Pamiętam, że na prezent ślubny podarowała nam oryginalny samowar rosyjski, który dla mojego męża rusycysty był dużą atrakcją, nawet jeśli nie był wielkim miłośnikiem parzenia i picia herbaty.

Mama i jej siostry a także bratowa (jak siostra!) – nie wszystkie jednak, niestety nie mam całej kolekcji zdjęć tego rodzinnego pokolenia:)

Pozostała część Mamy rodziny zamieszkała w Gdańsku i tam rozpoczęła nowe życie. Losy ich ułożyły się różnie i długo by o tym opowiadać, jedno jest ważne – mimo, że każda siostra układała sobie życie na  własny sposób, (o, był jeden rodzynek – brat Ryszard!) rodzina wciąż pozostawała razem. Tylko moja Mama pewnego dnia poznała młodego przystojnego faceta, który kręcił się koło stoczni gdzie budowano jachty i jakoś zagadał, tak sugestywnie, że gdy wrócił po pewnym czasie i pogadał znów i znów.. Na przeszkodzie nie stanął nawet fakt, że ten facet mieszkał na drugim końcu Polski, w Krakowie i w ten prosty sposób jedna siostra wyłamała się z gdańskiego kręgu rodzinnego i wyjechała na stałe do Krakowa.

I tak zostałam „Krakuską” albo jak mówiły moje wszystkie gdańskie ciocie – „Krakowianką”

Kuzynów mojej linii pokoleniowej ciężko by było mi zliczyć. Tych, z którymi się wychowałam, znam i pamiętam bardzo dobrze. Wspólne wakacje, zabawy w piasku na plaży, wyjazdy na wakacje zagraniczne z rodzicami, gdy Syrenka wujka się zepsuła i nasz Trabant musiał ją holować do najbliższego mechanika w Jugosławii, chociaż wujek miał ze sobą pół bagażnika części zamiennych ale akurat paska rozrządu to nie zabrał 😊. Albo ciocia L. podpatrzyła że na naszym kampingu nad morzem, sąsiedzi – Włosi zbierali małże w muszlach i jedli je na obiad,  więc ciocia postanowiła, że ona też będzie jeść „po włosku” i każdą znalezioną muszlę otwierała i małżę zjadała a potem.. hmm – miała duże sensacje żołądkowe, bo jakoś nie dogadała się z Włochami, że trzeba było najpierw te małże przyrządzić z cytryną i z czymś tam jeszcze..

Oto jedyne zdjęcie z tych wakacji do Jugosławii (1966r) kiedy nasz Trabant ciągnął na „sznurku” wujka Syrenkę, a ciocia L zrobiła sobie ucztę ze ślimaków.. Na zdjęciu: od lewej – mój kuzyn Andrzej, jego siostra (rówieśnica mojego brata), ja i mój brat. Dziś wszyscy już w ” Klubie 60 i plus 🙂 „

A potem, gdy już byłam nastolatką kuzyni zabierali mnie do Non Stopu w Sopocie albo pokazywali nocne letnie wakacyjne życie. A ciocia S. pokazywała mi zakamarki Teatru Wybrzeże i przedstawiała mnie aktorom tam grającym  jako swoją siostrzenicę. Pękałam wówczas z dumy.

 Seniorką rodu, czyli najstarszą i ukochaną siostrą była Frania zwana przez wszystkich Sianią.  Była jedyną siostrą niezamężną, za to udzielała się po trochu w każdej rodzinie i każdego dnia pomagała w innym domu. Jednego dnia trzeba było być na Przymorzu i zrobić pranie, jutro doglądnąć sprzątania u Stasi, w piątek popilnować Wojtusia, a w weekend pojechać na działkę i zawieźć całe torby zapasów jedzeniowych. W następnym tygodniu „podjechać’ do Terespola, bo tylko Siania doglądała tamtej części rodziny, by już za trzy dni znów być w Gdańsku i zrobić u Hani prasowanie i spacerek z malutką Magdą.

Siania ma tu 18 lat. Na dolnym zdjęciu-razem z moją Mamą

Taka była nasza Siania. Zawsze zajęta. Zawsze znająca potrzeby całej rodziny. Zawsze wyrastająca spod ziemi, by pomóc, być. My wszyscy byliśmy JEJ życiem. Długo pracowała w Gdańskiej Stoczni Rzecznej. Była  matką chrzestną pierwszego wodolotu Zryw-1 (1966r).

Całe zawodowe życie poświęciła stoczni i jej problemom, podobnie jak jedyny brat w rodzinie, Ryszard, który przeszedł wszystkie szczeble nauki i szkolenia w stoczni, od ślusarza do osiągnięcia w 1984 roku najwyższego stanowiska dyrektora naczelnego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Był bardzo dobrym i prawym człowiekiem i rodzina była dumna z niego. Jedyny dyrektor, który nie został usunięty przez nowe porządki solidarnościowe, który współpracował i rozumiał potrzeby zmian. Niestety, jak wiadomo – zmian nastąpiło tak wiele, że w ich wyniku stocznia zamknięta. Ale to już zupełnie inna bajka..

Pamiętam wujka jako spokojnego logicznego człowieka, szczególnie wyraźnie taki jego obraz zapamiętaliśmy z rodzinnych spotkań, kiedy koło niego była jego żona, całkowite jego przeciwieństwo. Drobna, mała, niesłychanie energiczna kobieta, mająca niezliczoną ilość pomysłów na sekundę. Rządząca całą rodzinką, ale w bardzo „atrakcyjny” i śmieszny sposób. Ciocia była jak mały kogucik podskakujący wokół osoby, od której właśnie coś potrzebowała, a jeśli to był jej własny mąż, obserwowaliśmy spokojne jego spojrzenie i pobłażliwy komentarz „cicho …” – i tu następowało takie bardzo śmieszne charakterystyczne określenie, którego za nic nie mogę sobie dziś przypomnieć, a które było jak legenda w rodzinie.. To powiedzonko było tylko jego! I uspokajało ciocię w najbardziej gorących i nieprawdopodobnych projektach. Ale trzeba przyznać, że to właśnie ciocia L. była najskuteczniejszą personą w rodzinie. Cokolwiek sobie zaplanowała, na pewno zrealizowała. Nie było takich przeszkód, żeby ich nie pokonała. Była czasem „nieznośna” ale do dziś śmiejemy się z jej pomysłów, powiedzonek, sposobów załatwiania rzeczy niemożliwych.

Hania- ciocia, przyjaciółka i kumpela. Moja kochana druga Mama!

Najukochańszą moją ciocią jest Hania – najmłodsza siostra mojej Mamy, jedyna dziś żyjąca z grona dużego rodzeństwa. To nie tylko moja ciocia. To moja przyjaciółka, kumpela. Mimo dzielącej nas różnicy lat możemy razem „konie kraść”. Możemy przegadać pól nocy przy Metaxie, pić czerwone winko, plotkować o całej rodzinie, wspominać wszystkich, spacerować, razem płakać i śmiać się. Jest kochana, cudowna. Mądra i piękna. Była bardzo mocno zżyta z moją Mamą, choć dzieliła je dość duża różnica lat. Mama zawsze opowiadała, że kiedy jako młoda dziewczyna szyła sobie nowa sukienkę, kupowała nieco więcej materiału by uszyć taką samą sukienkę dla Haneczki. Zawsze były sobie bliskie. Pewnie dlatego i ja mam w sobie te same „fluidy” przyciągające moją duszę do Hani.

Ciocia miała syna w wieku mojego brata (niestety już nie żyje ☹) i  ma córkę Magdę, która jest ostatnią najmłodszą kuzynką w linii mojego pokolenia.  Magda wiekowo jest bliższa mojej córce niż mnie, ale ma bardzo dobry kontakt zarówno z Kasią jak i ze mną. I tu układanka pokoleniowa wyraźnie się miesza. Dzieci mojej córki są niemal rówieśnikami dzieci Magdy, a przecież to już kolejne pokolenie. Magda to ciocia Kasi.. ach, nawet nie będę tego dokładnie określać, bo wyjdzie zupełny mix pokoleniowy.  Magdę „odnalazłam” kilkanaście lat temu, kiedy zaczęłam odwiedzać rodzinę w Gdańsku już mieszkając w Houston. Nagle ożyła więź z nią, z jej dziećmi, a także z wieloma innymi członkami mojej ogromnej teraz już rodziny w Gdańsku.

W październiku 2015 nasza kochana Siania kończyła 100 lat. Cała rodzina zgodnie okrzyknęła, że jest to niepowtarzalna okazja do zjazdu rodzinnego i  pięknej wspólnej celebracji. Oczywiście pojechałam na tę uroczystość i było to dla mnie  (i pewnie dla wszystkich) niesamowite i niezapomniane przeżycie. Uroczystość miała dwie części – rano oficjalną z udziałem Prezydenta miasta Gdańska w Nowym Ratuszu. Ciocia wyglądała pięknie i elegancko jak DAMA, w kapelusiku i  białym kostiumiku. Wysłuchała przemówienia pana prezydenta a jak skończył to powiedziała : „No, pięknie powiedziałeś, a teraz zasłużyłeś na całusa” i z rozbrajającym uśmiechem tego całusa mu przesłała 😊

Królowa rodu kończy 100 lat (październik 2015r) Zjazd rodzinny pięciu pokoleń.
Najstarsza i najmłodsza siostra. Dzieli ich różnica 19 lat, łączy wszystko inne.

Późnym popołudniem odbył się rodzinny obiad, na którym zgromadziło się  mnóstwo osób, nie chcę cyganić, ale było nas pewnie ponad 70 ludzi i aż pięć pokoleń, bo znalazły się tam też najmłodsze maluchy. Było wiele osób, których po prostu nie znałam, inni podchodzili do mnie i sami się przedstawiali. Obie strony musiały się dobrze „nagłówkować” żeby ustalić jakie pokrewieństwo nas łączy, w której linii i z jakiej strony. Był to fascynujący wieczór, ale przede wszystkim ogromnie wzruszający. Ale mnie – uczta dla serca, niesamowite poczucie więzi, które człowiek uświadamia sobie szczególnie silnie, kiedy mieszka zagranicą.  Mam tak wielką rodzinę! I choć rozumiem, że wiele z tych osób mnie nie zna, najprawdopodobniej nie spotka mnie nigdy więcej a ja ich, to istnieje coś co nazywa się „więzami krwi”. I takie, choć często nieświadome pozostają na zawsze. Kto wie, może kiedyś moje wnuki albo ich dzieci zechcą odszukać swoje polskie korzenie i pokoleniowa układanka będzie dalej dokładać swoje kolejne małe cząsteczki…

Moja ukochana Ciocia Hania

Moje wielkie marzenie spełniło się w 2016 roku gdy do Houston w odwiedziny przyjechała moja kochana ciocia Hania ze swoja córką Magdą, jej mężem i dwójką dzieci. Było to także spełnienie niedoszłych marzeń mojej Mamy, która zawsze planowała przyjazd tutaj razem z Hanią ale mimo, że Mama była tu kilka razy, nigdy do ich wspólnego przyjazdu nie doszło. Mama zmarła w 2003 roku a ciocia dotrzymała obietnicy i dotarła do nas z całą swoją rodziną. Na tę wizytę przygotowaliśmy się najlepiej jak tylko potrafiliśmy. Spędziliśmy razem jedne z najpiękniejszych trzech tygodni życia. Było cudnie! Każdy dzień, każda chwila, to najbardziej wartościowe momenty rodzinne. Dla nas, dla ich dzieci, dla moich dzieci. Wszyscy na nowo się poznawaliśmy, uzupełnialiśmy każdą „straconą” minutę. Plotkowaliśmy, wspominaliśmy to co minęło, co nas łączy, to co było i co będzie. Chłonęliśmy siebie nawzajem zdając sobie sprawę, że życie daje nam szczęście, jakiego nie każdemu daruje.

Zdjęcie zrobione na zjeździe rodziny z okazji 99 urodzin cioci Frani. Niestety, nie uczestniczyłam w tej uroczystości ale dotarłam na setne urodziny, rok później. To zdjęcie daje wyobrażenie o częściowej liczbie naszej gdańskiej rodziny.

Mam wspaniałą rodzinę. Nie tylko tę najbliższą, ale także tę, która składa się z dziesiątek części układanki  rodzinnej. Części, które pasują do siebie, choć mają różny kształt, wiek i miejsce swojego istnienia. Mamy te same korzenie. Jesteśmy elementami tej samej układanki.

Kilka migawek z różnych momentów rodzinnych spotkań – w Gdańsku, w Houston. W różnych momentach życia i w różnych konfiguracjach pokoleniowych. Na tym zdjęciu brakuje wielu „puzzlowych części” ale ja wiem, że jesteśmy jedną wielką całością. Rodzinną układanką .

BACK