5/17/2021
„Nie było miejsca dla Ciebie
W Betlejem w żadnej gospodzie.
I narodziłeś się, Jezu
W stajni, w ubóstwie, i chłodzie..”
Nikt z nas nie wybiera sobie miejsca, w którym przyjdzie na świat. Nie znamy kraju, ani miejsca, ani rodziców. Gdzieś zapisane jest nasze przeznaczenie. Budzimy się w swej świadomości i przyswajamy sobie rzeczywistość, która nas otacza. Twarz matki, ojca, głosy, język, w którym do nas ktoś na łóżeczkiem przemawia. Nie wiemy jeszcze czy to łóżeczko znajduje się w wiejskiej chatce czy w pięknym kolorowym pokoiku. A może jest to tylko kącik w domu dziecka, gdzie jestem dzieckiem niechcianym?..
Każdego roku czekamy na grudniowy dzień Narodzenia Pana, na tę kolędę, która przypomni nam o miejscu Jego pierwszego domu. Każdego roku myślę o tym, jak wielkie szczęście mam, że zawsze miałam DOM. W różnym etapie życia domy bywały różne – nie zawsze te wymarzone, idealne. Ale nigdy dom nie zamknął drzwi przede mną. Zawsze mogłam zamknąć drzwi od środka i poczuć się bezpiecznie.
Mój krakowski dom był zwykłym starym mieszkaniem, w starej kamienicy, początkowo przez lata nawet bez łazienki. Dwa przejściowe pokoje, kuchnia opalana piecykiem, piece kaflowe w pokojach, do których zimą lubiłam przytulać się, aby naprawdę poczuć ich realne ciepło. Dzieliłam ten pokój z młodszym bratem i było to bardzo normalne zjawisko w tamtych czasach. Duże tradycyjne meble, jakaś serwantka, kredens, dużo szkła kryształowego. Ot, wszyscy mieli to samo. Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy z rodzicami do znajomych, którzy mieszkali we własnym domu w Częstochowie, byłam w szoku, że można mieć swój własny pokój, jadalnię i dużą przestronną kuchnię. No i ogródek.
Ale – nie zazdrościłam. Nie miałam nawet takich marzeń, żeby taki dom posiadać.
W wieczornych marzeniach, w snach myślałam o czymś zupełnie nierealnym. O domu, który stałby na wzgórzu, z którego schodziłabym łagodnie wąską ścieżką z białych kamieni, wijącą się wśród zielonych wysokich traw i kolorowych kwiatów do małej złocistej plaży i morza szumiącego zawsze bezpiecznie. Zawsze z falami, które szumią łagodną melodię, nigdy nie są złowrogie. Pamiętam, że w tych moich wyobrażeniach cisza i spokój były bardzo ważne. Na górze, wokół domu miał być ogród. Drzewa owocowe. Wszystkie owoce jakie wtedy znałam – jabłonie, grusze i śliwy. I czereśnie. I koniecznie pomarańcze i cytryny. I jeszcze z jednej strony, zamiast płotu, naturalnie okalać miały mój dom krzaki malin i jeżyn. A po przeciwnej stronie- kwiaty. Wysokie lilie i słoneczniki, malwy, astry. Miało być kolorowo, przez cały rok, zawsze! Dom miał być nieduży, ale przestronny. Jedno pomieszczenie na dole i ściana, która miała wychodzić na stronę od morza musiała być jednym wielkim oknem. Z zasłoną, którą będę opuszczać za pomocą jednego przycisku.
Skąd wiedziałam wtedy, że w ogóle takie coś istnieje albo będzie istnieć? Nie mam pojęcia.. Dopiero po wielu latach, w jakiś zachodnich magazynach zobaczyłam, że naprawdę takie domy gdzieś na świecie istnieją. Kiedy je widziałam w mojej wyobraźni, nikt inny takiego domu nie posiadał. I kuchnia. Też na dole, otwarta połączona z pomieszczeniem pełniącym rolę salonu, jadalni, bawialni rodzinnej. I prawie na środku – schody, nowoczesne, wijące się na górę. A dalej – już nie miałam chyba żadnych konkretnych planów ani marzeń, bo nic innego nie było tak istotne jak wizja domu. Na wzgórzu z widokiem na morze, gdzie przez 24 godziny na dobę będę słyszała szum morza. Uspakajający. Kojący. Potrzebny już wtedy mojej wyobraźni i mojemu umysłowi. Nawet nie wiem dokładnie kiedy to było. I nie wiem, gdzie miałby być taki dom. I wiem, że nie miał w sobie żadnych realnych cech. Był wytworem kilku moich wewnętrznych potrzeb, które pozostały we mnie na całe życie. Mój przyszły dom nie miał żadnych podstaw architektonicznych czy inżynieryjnych. Kształtował we mnie małe cegiełki, które później będą wracały w mojej głowie i tworzyły realne ciepło mojego domu. To zewnętrzne jak i to, które jest niewidzialne, a przecież w każdym prawdziwym domu istnieje. Jak symboliczny szum morza, spokój, cisza. Jak to „coś” – coś drobnego, ale tylko mojego. Co noszę w sobie i co wnoszę do mojego domu.
Przez lata szukania swojego miejsca na ziemi, niewiele z tej wizji spełniło się.
Nie, wcale tego nie żałuję. Dziś wiem, że moje sny utorowały mi drogę do realnych wizji własnego prawdziwego domu.
Dom to coś więcej niż miejsce, przysłowiowe cztery ściany. Dom, to przestrzeń, choćby najmniejsza, najciaśniejsza, ale taka w której czujemy się bezpiecznie i dobrze. To miejsce, do którego wracamy radośnie z każdej podróży, z pracy, nawet po najlepszej zabawie towarzyskiej. Bo tam czeka na nas wyciszenie, wszystkie NASZE kąty. Takie jakie lubimy, które sami stworzyliśmy.
Oczywistym jest, że każdy człowiek ma swój własny smak estetyczny, bazę finansową, przestrzeń, którą musi zaakceptować, nie zawsze zgodną ze swoimi marzeniami. Jedni znoszą to całkiem łagodnie, inni gonią za lepszym, nowym przez całe swoje życie. Cóż, jesteśmy różni. Mamy różne motywacje i odmienne preferencje. Nikt tego nie zmieni. Tylko my sami możemy kreować swoje wizje i potrzeby. I walczyć o nie. Realizować je.
Pamiętam, miałam chyba 16 lat i zaczynałam mieć swoje zdanie na wiele tematów. Chciałam mieć swój kąt w pokoju taki, który choć trochę byłby moim projektem i pomysłem. Mama była bardzo przychylna i podobnie jak ja (albo raczej ja jak ona😊) chętna do zmian. Ale tata był oporny, uważał, że wszystko jest dobre, nic nie wymaga wymiany dopóki się nie zepsuje. Jak to za dawnych lat – budżet domowy dzielił się na pieniądze „nasze”, które mama miała na tzw. Życie czyli utrzymanie domu (jedzenie, środki czystości, zapłacenie podstawowych rachunków i bardzo drobne ubrania) a reszta leżała w gestii taty. Na wakacje, na naprawy, na samochody, które zawsze były ważniejsze niż dom. Nie, nie cierpieliśmy przez to. Nie było nam źle finansowo, ale preferencje taty były wyraźnie inne niż nasze. Tak więc gdy uparłyśmy się z Mamą, że zmieniły znienawidzoną trzydrzwiową wielką starą szafę z naszego (tzn. mojego i brata) pokoju, a szans na pieniądze na nowe meble nie było, Mama dokonała cudu organizacyjno-finansowego. Najpierw dogadała się z jakimiś panami, że wyniosą te ogromnie ciężką szafę z drugiego piętra starej kamienicy i sobie ją gdzieś zabiorą, potem, załatwiła sobie w pracy tzn. ”chwilówkę’ czyli bardzo krótko terminową pożyczkę, potem pojechałyśmy do sklepu meblowego, gdzie już wcześniej przy pomocy znajomości (bo jakże by inaczej!!) kupiłyśmy nowoczesną szafę i biblioteczkę. I jeszcze Mama załatwiła (pamiętacie takie słowo?) panów do wniesienia mebli na górę, ustawienia ich w pokoju (były w całości!) i zdążyłyśmy przed powrotem taty ustawić książki, włożyć wszystkie ubrania. Wszedł, zaniemówił, spojrzał na nasze przewracające się oczy i kiwając głową rzekł coś w rodzaju: no, nieźle, nieźle.. Nie zapytał skąd pieniądze, jak to zrobiłyśmy. A może zapytał. Tyle, że ja już nic o tym nie wiedziałam. Potem jeszcze w podobny sposób kupiłyśmy wersalkę zamiast starego tapczanu i mały pojedynczy zgrabny tapczanik dla mojego brata. Acha, dodałyśmy mały nowoczesny stoliczek i jeden fotelik. Pokój zmienił się nie do poznania. Powolutku i po cichutku dodawałam kolory, drobiazgi, dekoracje. Kiedy miałam już swoich gości: koleżanki, kolegów, chłopaka – wszystkim mój pokój bardzo się podobał. To był pierwszy mój dom. Moje ciepłe rodzinne miejsce, a równocześnie mój własny kąt. Długo po moim wyprowadzeniu się z domu Mama nic tam nie zmieniła.
Później, już w Sosnowcu, kiedy przez wiele lat naszym domem były pokoje w akademiku, nie miałam wielkiego wyboru, ale i tak zawsze dodawałam cos mojego, naszego. Mieliśmy np. ekspres do kawy, który dostaliśmy w prezencie ślubnym. W tamtych czasach ten ekspres przyciągał do nas dużo gości – studentów koleżanek i kolegów – asystentów z którymi pracował mój mąż. Stał się symbolem ogniska domowego, kawy, która pachniała cudnie gdy czekaliśmy aż się zaparzy. A zdobycie kawy nie było łatwe! To nie był napój powszedni! Często ludzie przynosili kawę ze sobą, by ją wypić u nas i z nami, bo ta kawa smakowała inaczej niż codzienna „plujka” czyli dwie łyżeczki kawy zalane wrzątkiem. Nasza ekspresowa kawa w ładnych filiżankach (zawsze miałam słabość do ładnych filiżanek i do dziś tak mam 😊), była domem. Dla wszystkich, którzy go potrzebowali. Ten mały pokój akademikowy był centrum spotkań, rozmów, dyskusji przyjaciół i dobrych ludzi.
To właśnie jest DOM.
Aż po kilku latach oczekiwania, po niesamowitych walkach ze spółdzielnią mieszkaniową (kto to pamięta?) z administracją uniwersytetu, która obiecywała, nie dawała, myliła się, odbierała – innymi słowy dziś już nikt nie uwierzy co wtedy potrafiliśmy zrobić, jakie przeszkody przeskoczyć, z kim się wykłócić etc. by wreszcie dostać swoje wymarzone M-4 . Trzy pokoje z kuchnią! – jak to się szumnie nazywało. Kasia właśnie skończyła 11 miesięcy. Byliśmy szczęściarzami!
Wprowadziliśmy się do mieszkania na ósmym piętrze, położyliśmy malutką Kasię do spania a sami zabraliśmy się do mycia podłóg, sprzątania, skrobania szyb okiennych zachlapanych farbą, by w ciągu całej nocy doprowadzić mieszkanie do wyglądu mieszkania „nowego”. A potem już urządzanie, co graniczyło w tamtych czasach pustych sklepów, kolejek i zapisów na wszystko z cudem pomysłowości i kontaktów międzyludzkich, by cokolwiek kupić. A już kupić to co by się naprawdę chciało i co by się podobało.. ale, byliśmy młodzi, zaprawienie w takich bojach, mieliśmy wielką wyobraźnię i dokonywaliśmy tych cudów całkiem sprawnie. Dość szybko mieliśmy lodówkę i pralkę automatyczną! Meblościankę (kupioną jak kota w worku, z nadzieją, że będzie fajna..:) zasłony i dom wyglądał jak nasz. Mój mąż nadal wyjeżdżał co kilka miesięcy gdzieś tam na swoje stypendia doktorskie czy inne konferencje a ja – wśród pracy zawodowej, pieluch, zwykłego życia młodej żony, mogłam skupić się na wciąż nowych dodatkach i uzupełnianiu atmosfery mojego domu. Dużo czasu spędzałam z przyjaciółkami Teresą, Łucją, Martą, godzinami rozmawiałyśmy o zmianach, zakupach, przesuwaniu mebli, dodawaniu czegoś co ocieplało wnętrze. A tak naprawdę to właśnie te nasze spotkania, wspólne kawki, rozmowy, radości i dzieci wokół nas tworzyły nasze domy. Byliśmy wszyscy szczęśliwi. Mieliśmy zwykłe „dziuple” w blokowiskach, podwórka dla dzieciaków z prymitywną karuzelą, piaskownicę i ławeczkę naszych koleżeńskich spotkań. W domu, gdy tylko łapałyśmy wolny dzień, bo dzieci były w żłobku a my zaraz po odprowadzeniu ich spotykałyśmy się na kawę, zawsze znalazłyśmy dobre ciasteczko, a i kieliszek winka też gdzieś na nas czekał.

Po kilku latach przeprowadziliśmy się niedaleko, niemal na tę sama ulicę tylko na jej przeciwnym końcu (było tak dobrze ponad kilometr piechotką) do mieszkania większego już 4-pokojowego, z czego trzy małe pokoje miały na pewno powierzchnię mniejszą niż nasz dzisiejszy salon. Ale wtedy nasze dzieci mogły mieć osobne pokoje, czego my w swoim dzieciństwie nigdy nie doświadczyliśmy.
Kuchnia była dość mała, ale wpadliśmy na pomysł (to już był efekt naszych licznych podróży do Niemiec i Holandii) żeby wybić ścianę i połączyć kuchnię z salonem. Oczywiście, robiliśmy to sami i bez wiedzy rodziców, bo ja tylko trochę napomknęliśmy mamom, że mamy taki plan, to od razu była opozycja! Babcie więc przyjechały do wnuków, nieświadome jak i co przygotowujemy w nowym mieszkaniu, czekały cierpliwie aż się przeprowadzimy. A w mieszkaniu, na piątym piętrze w samym środku wielkiego bloku pełnego sąsiadów – ekipa męska przyjaciół, którzy nie mieli bladego pojęcia o murarce podobnie jak mój mąż, zabrała się do rozwalania ściany, murowania jej wokół, żeby miała jakąś ramę i żeby nie zwaliła się nam na głowę za tydzień. Potem malowali, dołożyli ładną dekoracyjną półeczkę i wyszło super! Nowocześnie, nietypowo, przestrzennie. Nikt z naszych znajomych nie miał takiego rozwiązania. A ja mając gości i gotując w kuchni czy przyrządzając cokolwiek miałam równocześnie kontakt z ludźmi w salonie. Duży stół jadalniany ustawiliśmy w połowie w kuchni i salonu i pamiętam, że gdy już byliśmy w pełni urządzeni zaprosiliśmy rodziców na obiad, teść zawsze pytał: czy mam usiąść w kuchni czy w pokoju?
Lubię styl lekki, nowoczesny, nie lubię staroci antyków, ciężkich mebli. Podobnie obrazy – lubię nowoczesną kreskę, kolorową. Lubię szkło i nie zagłębiam się w rzeczy drogie wartościowe, bo sprawia mi przyjemność zmienianie wystroju, kolorów, przestawianie mebli. Zmiana obrazu wizualnego daje mi poczucie nowości, powiew świeżości. To mnie cieszy. Drobiazg, który dodaję zmienia mój nastrój. Ale – niektóre szczegóły zachowuję długo, gdy wiążą się dla mnie z czymś ważnym w moim życiu. Trzymam je blisko siebie i latami cieszą moje oko. Należą do pojęcia „domu”, które nie jest rzeczą, jest istotą, „jądrem” domu. Jest jego atmosferą.

Kocham kolory! Moje oczy muszą cieszyć się ciepłem kolorowego świata. Niekoniecznie krzykliwego. Ale sprawia mi radość kolorowy świat wokół. Dlatego moje domy miały zawsze kolorowe wnętrza. Nie lubię szarości (tych smutnych, bo szary bywa czasem spokojna i niekoniecznie przytłaczająca). Mam w sobie odwagę kolorystyczną. Gdy już zamieszkaliśmy w Houston i po latach przeprowadzania się ze cztery razy z wynajmowanego mieszkania do mieszkania, wreszcie wybudowaliśmy pierwszy dom. Nigdy wcześniej nie myślałam, że będę mieć dom też w sensie wolno stojącego budynku, z ogródkiem. Otoczonego parkanem, z garażem. Dom, który może być domem w wielu wymiarach znaczeniowych. Ludzie, których poznawaliśmy tu w Houston niemal wszyscy mieszkali już w swoich domach i było to dla nich takie normalne. Niektóre były zwyczajne, nieduże a inne wielkie, przestronne bardzo wytworne. Zaczęłam dostrzegać ulice dzielnice z domami, które naprawdę uświadamiały mi różnorodny status ludzi tu mieszkających. Ale to wszystko nie było wcale ważne. Dla mnie niesamowitym przeżyciem było, że budujemy dom. Przyjeżdżałam niemal co drugi dzień na miejsce budowy o oglądałam, co się zmieniło. Dom rósł tak jak na drożdżach, to zjawisko było dla mnie niezwykłe. Nigdy wcześniej nie widziałam, w jaki sposób budują domy w Ameryce, w Houston i jak szybko taki proces posuwa się. W ciągu niecałych trzech miesięcy piętrowy dom stał wykończony, oddany nam do użytku, o dziwo, wysprzątany w środku, okna wymyte, bez plam od farby. Jakże inny świat od tych czasów kiedy otrzymaliśmy klucze do naszego M-4!

Z moich dziecięco-młodzieńczych marzeń spełniło się jedno (no, może nie tak zupełnie dokładnie..) Moje trzy okna w salonie były duże, od podłogi sięgały do wysokiego sufitu i miały żaluzje harmonijkowe czyli prawie jak kiedyś w moich snach😊
Kolorystyka była odważna i jak to jedna z moich przyjaciółek określiła – „ Christmas cały rok!” – zasłony były kombinacją czerwonych z ciemno-zielonymi, w kuchni były też ciemno-zielone blaty. I kanapa skórzana też zielona. Mnie się bardzo podobało. Kiedy zaprosiliśmy do nas obie nasze Mamy, w rozmowach telefonicznych bardzo podekscytowana opisywałam im wygląd naszego domu, a one starając się utrafić w mój opis kupiły nam w prezencie w galerii, w krakowskich Sukiennicach obraz w kolorach zielono-czerwonych, który tak świetnie wpisał się w moją kolorystykę i w styl jaki lubię.
Dziś minęło 25 lat, zmieniły się domy, obie Mamy odeszły od nas, a obraz wciąż trwa na ścianie w salonie. Niepozorny, jakby zupełnie zwyczajny a jednak to kolejna cząsteczka duszy naszego domu.
A potem był następny dom, mniejszy, bo dzieci szybko dorosły i zostaliśmy tylko we dwójkę. Równie kolorowy i eksperymentalny. Wesoły i gwarny. Już wtedy odbywały się tam próby naszego teatru, więc ludzi wciąż było mnóstwo, dom żył słowem polskim, piosenką, śmiechem do późnych godzin nocnych.
Ale mimo mojego wysiłku, zarówno estetycznego jak i dobrej atmosfery, jakoś ten jeden jedyny dom nie był przez nas lubiany. Nie miał duszy, którą byśmy czuli jako domową. Był w zamkniętym bezpiecznym osiedlu, z basenem, usytuowany w dobrym punkcie miasta. A jednak.. Dom, który nie ma duszy, nie ma serca – nie może być twoim domem. Mieszkasz, dekorujesz, zmieniasz, próbujesz i wciąż czegoś ci brakuje. Szukasz, starasz się i nie znajdujesz. Po czterech latach uciekliśmy stamtąd. Sprzedaliśmy dom, w który włożyliśmy dużo pracy, pomysłów, że nie wspomnę o pieniądzach. Bez żalu przeprowadziliśmy się do domu trochę na obrzeżach Houston, ale za to w połowie drogi do mojej i Wacka pracy. Dom nieduży parterowy, jakich setki w okolicy. Mieszkamy tu szesnaście lat a dom przeszedł już niejedną metamorfozę. Na początku mieliśmy budować basen i tylko fakt, że nie zdążylibyśmy przed terminem ślubu naszego syna, a co za tym szło – dom nie byłby gotowy na zjazd gości, którzy mieli pojawić się na tę uroczystość powstrzymał nas od tej decyzji. Ludzie są ważniejsi niż basen. I.. tak już zostało. Ślub był wspaniały, goście z Polski, z Australii, z Florydy zawitali do naszego domu. Przez następne lata gościliśmy mnóstwo ciekawych, bliskich i najbliższych nam ludzi. Na dzień, na miesiąc, na kilka miesięcy. Mieszkali przyjaciele z Polski, od których imienia nazwaliśmy jeden z pokoi, gościliśmy kilkakrotnie moja przyjaciółkę ze szkolnych lat Ninę i „akademikową” kochaną sąsiadkę Łucję. Był brat mojego męża i przyjaciele z Boca Raton. Rodzina z Gdańska i Anioły z Krakowa. To tu pijemy poranną kawę i celebrujemy rodzinne uroczystości. Tu spotykamy się z przyjaciółmi, tu plotkujemy. Tu kłócimy się i się godzimy. Tu jest dom. Z kominkiem, który zawsze zapłonie w zimie. I duże drzewo na środku ogródka, które dziś jest już tak wielkie, że chyba ciężko byłoby mi je wyciąć choć wciąż chciałabym mieć tam basen.

Na ścianie jadalni wisi obraz dziewczynki – baletnicy, tyłem obróconej do widza. Na zielonym tle (oczywiście!) malarki polskiej Haliny Tymusz, która wystawiała swoje prace w Houston w Galerii Ani Tish. Bardzo mi się ten obraz podobał! Wśród wielu innych z motywami dzieci, ten wywarł na mnie szczególne wrażenie. Było to dawno temu, chyba pod koniec lat 90-tych i mój mąż w wielkiej tajemnicy kupił mi ten obraz jako prezent pod choinkę. Był to wielki wysiłek, szczególnie, że nie mieliśmy wtedy pieniędzy a już na pewno kupowanie obrazu było na bardzo dalekim miejscu naszej rodzinnej listy. Ogromne płaskie pudło przewiązane wielką czerwoną kokardą leżało pod choinką czekając na wigilijny wieczór i moment otwierania prezentów. Podpatrzyłam już wcześniej, że jest to prezent dla mnie i nie miałam najmniejszego skojarzenia, co też może być w tak wielkim i płaskim pudle. Jedyne co mi przychodziło do głowy to, to, że dostanę jakieś ogromne lustro.. tylko po co?.. Otwieranie tego pudła nie było łatwe, dzieci dzielnie mi asystowały, a gdy ujrzałam co zawiera, przeżyłam jedno z największych wzruszeń w moim życiu. Ten obraz jest nie tylko jedyną cenną rzeczą w naszym domu ale także jednym z najcenniejszych wspomnień rodzinnych.
Zwykły dom, jakich wiele na świecie, ale dla mnie jedyny. Niepowtarzalny, chroniący przed złymi duchami, wymarzony. Jak dom „Ani z Zielonego Wzgórza” – Wymarzony. Taki, w którym śpię spokojnie, starzeję się i wiem, że nic więcej mi nie potrzeba. Mam „swoje wzgórze, mam widok na morze, mam jego szum”, choć niedosłownie. Mam to, co kiedyś było tylko mglistym dziewczęcym marzeniem, a dziś jest realnym szczęśliwym domem – rodzinnym domem.



































































































