Dom – moje miejsce na Ziemi

5/17/2021       

„Nie było miejsca dla Ciebie
W Betlejem w żadnej gospodzie.
I narodziłeś się, Jezu
W stajni, w ubóstwie, i chłodzie..”

Nikt z nas nie wybiera sobie miejsca, w którym przyjdzie na świat. Nie znamy kraju, ani miejsca, ani rodziców. Gdzieś zapisane jest nasze przeznaczenie. Budzimy się w swej świadomości i przyswajamy sobie rzeczywistość, która nas otacza. Twarz matki, ojca, głosy, język, w którym do nas ktoś na łóżeczkiem przemawia. Nie wiemy jeszcze czy to łóżeczko znajduje się w wiejskiej chatce czy w pięknym kolorowym pokoiku. A może jest to tylko kącik w domu dziecka, gdzie jestem dzieckiem niechcianym?.. 

Każdego roku czekamy na grudniowy dzień Narodzenia Pana, na tę kolędę, która przypomni nam o miejscu Jego pierwszego domu. Każdego roku myślę o tym, jak wielkie szczęście mam, że zawsze miałam DOM.  W różnym etapie życia domy bywały różne – nie zawsze te wymarzone, idealne. Ale nigdy dom nie zamknął drzwi przede mną. Zawsze mogłam zamknąć drzwi od środka i poczuć się bezpiecznie.

Mój krakowski dom był zwykłym starym mieszkaniem, w starej kamienicy, początkowo przez lata nawet bez łazienki. Dwa przejściowe pokoje, kuchnia opalana piecykiem, piece kaflowe w pokojach, do których zimą lubiłam przytulać się, aby naprawdę poczuć ich realne ciepło. Dzieliłam ten pokój z młodszym bratem i było to bardzo normalne zjawisko w tamtych czasach. Duże tradycyjne meble, jakaś serwantka, kredens, dużo szkła kryształowego. Ot, wszyscy mieli to samo. Gdy po raz pierwszy pojechaliśmy z rodzicami do znajomych, którzy mieszkali we własnym domu w Częstochowie, byłam w szoku, że można mieć swój własny pokój, jadalnię i dużą przestronną kuchnię. No i ogródek.

Ale – nie zazdrościłam. Nie miałam nawet takich marzeń, żeby taki dom posiadać.

W wieczornych marzeniach, w snach myślałam o czymś zupełnie nierealnym. O domu, który stałby na wzgórzu, z którego schodziłabym łagodnie wąską ścieżką z białych kamieni, wijącą się wśród zielonych wysokich traw i kolorowych kwiatów do małej złocistej plaży i morza szumiącego zawsze bezpiecznie. Zawsze z falami, które szumią łagodną melodię, nigdy nie są złowrogie. Pamiętam, że w tych moich wyobrażeniach cisza i spokój były bardzo ważne. Na górze, wokół domu miał być ogród. Drzewa owocowe. Wszystkie owoce jakie wtedy znałam – jabłonie, grusze i śliwy. I czereśnie. I koniecznie pomarańcze i cytryny. I jeszcze z jednej strony, zamiast płotu, naturalnie okalać miały mój dom krzaki malin i jeżyn. A po przeciwnej stronie- kwiaty. Wysokie lilie i słoneczniki, malwy, astry. Miało być kolorowo, przez cały rok, zawsze!  Dom miał być nieduży, ale przestronny. Jedno pomieszczenie na dole i ściana, która miała wychodzić na stronę od morza musiała być jednym wielkim oknem. Z zasłoną, którą będę opuszczać za pomocą jednego przycisku.

Skąd wiedziałam wtedy, że w ogóle takie coś istnieje albo będzie istnieć? Nie mam pojęcia.. Dopiero po wielu latach, w jakiś zachodnich magazynach zobaczyłam, że naprawdę takie domy gdzieś na świecie istnieją. Kiedy je widziałam w mojej wyobraźni, nikt inny takiego domu nie posiadał. I kuchnia. Też na dole, otwarta połączona z pomieszczeniem pełniącym rolę salonu, jadalni, bawialni rodzinnej. I prawie na środku – schody, nowoczesne, wijące się na górę. A dalej – już nie miałam chyba żadnych konkretnych planów ani marzeń, bo nic innego nie było tak istotne jak wizja domu.  Na wzgórzu z widokiem na morze, gdzie przez 24 godziny na dobę będę słyszała szum morza. Uspakajający. Kojący. Potrzebny już wtedy mojej wyobraźni i mojemu umysłowi. Nawet nie wiem dokładnie kiedy to było. I nie wiem, gdzie miałby być taki dom. I wiem, że nie miał w sobie żadnych realnych cech. Był wytworem kilku moich wewnętrznych potrzeb,  które pozostały we mnie na całe życie. Mój przyszły dom nie miał żadnych podstaw architektonicznych czy inżynieryjnych. Kształtował we mnie małe cegiełki, które później będą wracały w mojej głowie i tworzyły realne ciepło mojego domu. To zewnętrzne jak i to, które jest niewidzialne, a przecież w każdym prawdziwym domu istnieje. Jak symboliczny szum morza, spokój, cisza. Jak to „coś” – coś drobnego, ale tylko mojego. Co noszę w sobie i co wnoszę do mojego domu.

Przez lata szukania swojego miejsca na ziemi, niewiele z tej wizji spełniło się.
Nie, wcale tego nie żałuję. Dziś wiem, że moje sny utorowały mi drogę do realnych wizji własnego prawdziwego domu. 

Dom to coś więcej niż miejsce, przysłowiowe cztery ściany. Dom, to przestrzeń, choćby najmniejsza, najciaśniejsza, ale taka w której czujemy się bezpiecznie i dobrze. To miejsce, do którego wracamy radośnie z każdej podróży, z pracy, nawet po najlepszej zabawie towarzyskiej. Bo tam czeka na nas wyciszenie, wszystkie NASZE kąty. Takie jakie lubimy, które sami stworzyliśmy. 

Oczywistym jest,  że każdy człowiek ma swój własny smak estetyczny, bazę finansową, przestrzeń, którą musi zaakceptować, nie zawsze zgodną ze swoimi marzeniami. Jedni znoszą to całkiem łagodnie, inni gonią za lepszym, nowym przez całe swoje życie. Cóż, jesteśmy różni. Mamy różne motywacje i odmienne preferencje. Nikt tego nie zmieni. Tylko my sami możemy kreować swoje wizje i potrzeby. I walczyć o nie. Realizować je.

Pamiętam, miałam chyba 16 lat i zaczynałam mieć swoje zdanie na wiele tematów. Chciałam mieć swój kąt w pokoju taki, który choć trochę byłby moim projektem i pomysłem. Mama była bardzo przychylna i podobnie jak ja (albo raczej ja jak ona😊) chętna do zmian. Ale tata był oporny, uważał, że wszystko jest dobre, nic nie wymaga wymiany dopóki się nie zepsuje. Jak to za dawnych lat – budżet domowy dzielił się na pieniądze „nasze”, które mama miała na tzw. Życie czyli utrzymanie domu (jedzenie, środki czystości, zapłacenie podstawowych rachunków i bardzo drobne ubrania) a reszta leżała w gestii taty. Na wakacje, na naprawy, na samochody, które zawsze były ważniejsze niż dom. Nie, nie cierpieliśmy przez to. Nie było nam źle finansowo, ale preferencje taty były wyraźnie inne niż nasze. Tak więc gdy uparłyśmy się z Mamą, że zmieniły znienawidzoną trzydrzwiową wielką starą szafę z naszego (tzn. mojego i brata) pokoju, a szans na pieniądze na nowe meble nie było, Mama dokonała cudu organizacyjno-finansowego. Najpierw dogadała się z jakimiś panami, że wyniosą te ogromnie ciężką szafę z drugiego piętra starej kamienicy i sobie ją gdzieś zabiorą, potem, załatwiła sobie w pracy tzn. ”chwilówkę’ czyli bardzo krótko terminową pożyczkę, potem pojechałyśmy do sklepu meblowego, gdzie już wcześniej przy pomocy znajomości (bo jakże by inaczej!!) kupiłyśmy nowoczesną szafę i biblioteczkę. I jeszcze Mama załatwiła (pamiętacie takie słowo?) panów do wniesienia mebli na górę, ustawienia ich w pokoju (były w całości!) i zdążyłyśmy przed powrotem taty ustawić książki, włożyć wszystkie ubrania. Wszedł, zaniemówił, spojrzał na nasze przewracające się oczy i kiwając głową rzekł coś w rodzaju: no, nieźle, nieźle.. Nie zapytał skąd pieniądze, jak to zrobiłyśmy. A może zapytał. Tyle, że ja już nic o tym nie wiedziałam. Potem jeszcze w podobny sposób kupiłyśmy wersalkę zamiast starego tapczanu i mały pojedynczy zgrabny tapczanik dla mojego brata. Acha, dodałyśmy mały nowoczesny stoliczek i jeden fotelik. Pokój zmienił się nie do poznania. Powolutku i po cichutku dodawałam kolory, drobiazgi, dekoracje. Kiedy miałam już swoich gości: koleżanki, kolegów, chłopaka – wszystkim mój pokój bardzo się podobał. To był pierwszy mój dom. Moje ciepłe rodzinne miejsce, a równocześnie mój własny kąt. Długo po moim wyprowadzeniu się  z domu Mama nic tam nie zmieniła.

Później, już w Sosnowcu, kiedy przez wiele lat naszym domem były pokoje w akademiku, nie miałam wielkiego wyboru, ale i tak zawsze dodawałam cos mojego, naszego. Mieliśmy np. ekspres do kawy, który dostaliśmy w prezencie ślubnym. W tamtych czasach ten ekspres  przyciągał do nas dużo gości – studentów koleżanek i kolegów – asystentów z którymi pracował mój mąż. Stał się symbolem ogniska domowego, kawy, która pachniała cudnie gdy czekaliśmy aż się zaparzy. A zdobycie kawy nie było łatwe! To nie był napój powszedni!  Często ludzie przynosili kawę ze sobą, by ją wypić u nas i z nami, bo ta kawa smakowała inaczej niż codzienna „plujka” czyli dwie łyżeczki kawy zalane wrzątkiem. Nasza ekspresowa kawa w ładnych filiżankach (zawsze miałam słabość do ładnych filiżanek i do dziś tak mam 😊), była domem. Dla wszystkich, którzy go potrzebowali. Ten mały pokój akademikowy był centrum spotkań, rozmów, dyskusji przyjaciół i dobrych ludzi.

To właśnie jest DOM.

Aż po kilku latach oczekiwania, po niesamowitych walkach ze spółdzielnią mieszkaniową (kto to pamięta?) z administracją uniwersytetu, która obiecywała, nie dawała, myliła się, odbierała – innymi słowy dziś już nikt nie uwierzy co wtedy potrafiliśmy zrobić, jakie przeszkody przeskoczyć, z kim się wykłócić etc. by wreszcie dostać swoje wymarzone M-4 . Trzy pokoje z kuchnią! – jak to się szumnie nazywało. Kasia właśnie skończyła 11 miesięcy. Byliśmy szczęściarzami!

Wprowadziliśmy się do mieszkania na ósmym piętrze, położyliśmy malutką Kasię do spania a sami zabraliśmy się do mycia podłóg, sprzątania, skrobania szyb okiennych zachlapanych farbą, by w ciągu całej nocy doprowadzić mieszkanie do wyglądu mieszkania „nowego”. A potem już urządzanie, co graniczyło w tamtych czasach pustych sklepów, kolejek i zapisów na wszystko z cudem pomysłowości i kontaktów międzyludzkich, by cokolwiek kupić. A już kupić to co by się naprawdę chciało i co by się podobało.. ale, byliśmy młodzi, zaprawienie w takich bojach, mieliśmy wielką wyobraźnię i dokonywaliśmy tych cudów całkiem sprawnie. Dość szybko mieliśmy lodówkę i pralkę automatyczną! Meblościankę (kupioną jak kota w worku, z nadzieją, że będzie fajna..:) zasłony i dom wyglądał jak nasz. Mój mąż nadal wyjeżdżał co kilka miesięcy gdzieś tam na swoje stypendia doktorskie czy inne konferencje a ja – wśród pracy zawodowej, pieluch, zwykłego życia młodej żony,  mogłam skupić się na wciąż nowych dodatkach i uzupełnianiu atmosfery mojego domu. Dużo czasu spędzałam  z przyjaciółkami Teresą, Łucją, Martą, godzinami rozmawiałyśmy o zmianach, zakupach, przesuwaniu mebli, dodawaniu czegoś co ocieplało wnętrze. A tak naprawdę to właśnie te nasze spotkania, wspólne kawki, rozmowy, radości i dzieci wokół nas tworzyły nasze domy. Byliśmy wszyscy szczęśliwi. Mieliśmy zwykłe „dziuple” w blokowiskach, podwórka dla dzieciaków z prymitywną karuzelą, piaskownicę i ławeczkę naszych koleżeńskich spotkań. W domu, gdy tylko łapałyśmy wolny dzień, bo dzieci były w żłobku a my zaraz po odprowadzeniu ich spotykałyśmy się na kawę, zawsze znalazłyśmy dobre ciasteczko, a i kieliszek winka też gdzieś na nas czekał.

To zdjęcie z naszego drugiego mieszkania w Sosnowcu, chyba ostatnie chwile przed jego sprzedaniem. Mała kuchnia połączona z salonem, pokój Kasi i fragment salonu.

 Po kilku latach przeprowadziliśmy się niedaleko, niemal na tę sama ulicę tylko na jej przeciwnym końcu (było tak dobrze ponad kilometr piechotką) do mieszkania większego już 4-pokojowego, z czego trzy małe pokoje miały na pewno powierzchnię mniejszą niż nasz dzisiejszy salon. Ale wtedy nasze dzieci mogły mieć osobne pokoje, czego my w swoim dzieciństwie nigdy nie doświadczyliśmy.

Kuchnia była dość mała, ale wpadliśmy na pomysł (to już był efekt naszych licznych podróży do Niemiec i Holandii) żeby wybić ścianę i połączyć kuchnię z salonem. Oczywiście, robiliśmy to sami i bez wiedzy rodziców, bo ja tylko trochę napomknęliśmy mamom, że mamy taki plan, to od razu była opozycja! Babcie więc przyjechały do wnuków, nieświadome jak i co przygotowujemy w nowym mieszkaniu, czekały cierpliwie aż się przeprowadzimy. A w mieszkaniu, na piątym piętrze w samym środku wielkiego bloku pełnego sąsiadów –  ekipa męska przyjaciół, którzy nie mieli bladego pojęcia o murarce podobnie jak mój mąż, zabrała się do rozwalania ściany, murowania jej wokół, żeby miała jakąś ramę i żeby nie zwaliła się nam na głowę za tydzień. Potem malowali, dołożyli ładną dekoracyjną półeczkę i wyszło super! Nowocześnie, nietypowo, przestrzennie. Nikt z naszych znajomych nie miał takiego rozwiązania. A ja mając gości i gotując w kuchni czy przyrządzając cokolwiek miałam równocześnie kontakt z  ludźmi w salonie. Duży stół jadalniany ustawiliśmy w połowie w kuchni i salonu i pamiętam, że gdy już byliśmy w pełni urządzeni zaprosiliśmy rodziców na obiad, teść zawsze pytał: czy mam usiąść w kuchni czy w pokoju?

Lubię styl lekki, nowoczesny, nie lubię staroci antyków, ciężkich mebli. Podobnie obrazy – lubię nowoczesną kreskę, kolorową. Lubię szkło i nie zagłębiam się w rzeczy drogie wartościowe, bo sprawia mi przyjemność zmienianie wystroju, kolorów, przestawianie mebli.  Zmiana obrazu wizualnego daje mi poczucie nowości, powiew świeżości. To mnie cieszy. Drobiazg, który dodaję zmienia mój nastrój. Ale – niektóre szczegóły zachowuję długo, gdy wiążą się dla mnie z czymś ważnym  w moim życiu. Trzymam je blisko siebie i latami cieszą moje oko. Należą do pojęcia „domu”, które nie jest rzeczą, jest istotą, „jądrem” domu. Jest jego atmosferą.

Zmiany kolorystyczne w pokoju, który kiedyś był pokoikiem dziecięcym wnuków, później nadal był pokojem chłopców ale już nieco „doroślejszym” a dziś jest moim gabinetem, który chętnie chłopcom oddaję gdy u nas zostają na noc 🙂

Kocham kolory! Moje oczy muszą cieszyć się ciepłem kolorowego świata. Niekoniecznie krzykliwego. Ale sprawia mi radość kolorowy świat wokół. Dlatego moje domy miały zawsze kolorowe wnętrza. Nie lubię szarości (tych smutnych, bo szary bywa czasem spokojna i niekoniecznie przytłaczająca). Mam w sobie odwagę kolorystyczną. Gdy już zamieszkaliśmy w Houston i po latach przeprowadzania się ze cztery razy z wynajmowanego  mieszkania do mieszkania, wreszcie wybudowaliśmy pierwszy dom.  Nigdy wcześniej nie myślałam, że będę mieć dom też w sensie wolno stojącego budynku, z ogródkiem. Otoczonego parkanem, z garażem. Dom, który  może być domem w wielu wymiarach znaczeniowych. Ludzie, których poznawaliśmy tu w Houston niemal wszyscy mieszkali już w swoich domach i było to dla nich takie normalne. Niektóre były zwyczajne, nieduże a inne wielkie, przestronne bardzo wytworne. Zaczęłam dostrzegać ulice dzielnice z domami, które naprawdę uświadamiały mi różnorodny status ludzi tu mieszkających. Ale to wszystko nie było wcale ważne. Dla mnie niesamowitym przeżyciem było, że budujemy dom. Przyjeżdżałam niemal co drugi dzień na miejsce budowy o oglądałam, co się zmieniło. Dom rósł tak jak na drożdżach, to zjawisko było dla mnie niezwykłe. Nigdy wcześniej nie widziałam, w jaki sposób budują domy w Ameryce, w Houston i jak szybko taki proces posuwa się.  W ciągu niecałych trzech miesięcy piętrowy dom stał wykończony, oddany nam do użytku, o dziwo, wysprzątany w środku, okna wymyte, bez plam od farby. Jakże inny świat od tych czasów kiedy otrzymaliśmy klucze do naszego M-4!

Budujemy nasz pierwszy w życiu dom. A potem – urządzamy w środku. Okna w salonie spełniają moje marzenia. Są duże na całą ścianę – dom jest jasny i przestrzenny. (lipiec/sierpień, 1996 r)

 Z moich dziecięco-młodzieńczych marzeń spełniło się jedno (no, może nie tak zupełnie dokładnie..) Moje trzy okna w salonie były duże, od podłogi sięgały do wysokiego  sufitu i miały żaluzje harmonijkowe czyli prawie jak kiedyś w moich snach😊

 Kolorystyka była odważna i jak to  jedna z moich przyjaciółek określiła – „ Christmas cały rok!” – zasłony były kombinacją czerwonych z ciemno-zielonymi, w kuchni były też ciemno-zielone blaty. I kanapa skórzana też zielona. Mnie się bardzo podobało. Kiedy zaprosiliśmy do nas obie nasze Mamy, w rozmowach telefonicznych bardzo podekscytowana opisywałam im wygląd naszego domu, a one starając się utrafić w mój opis kupiły nam w prezencie w galerii, w krakowskich Sukiennicach obraz w kolorach zielono-czerwonych, który tak świetnie wpisał się w moją kolorystykę i w styl jaki lubię.

Dziś minęło 25 lat, zmieniły się domy, obie Mamy odeszły od nas, a obraz wciąż trwa na ścianie w salonie. Niepozorny, jakby zupełnie zwyczajny a jednak to kolejna cząsteczka duszy naszego domu.

A potem był następny dom, mniejszy, bo dzieci szybko dorosły i zostaliśmy tylko we dwójkę. Równie kolorowy i eksperymentalny. Wesoły i gwarny. Już wtedy odbywały się tam próby naszego teatru, więc ludzi wciąż było mnóstwo, dom żył słowem polskim, piosenką, śmiechem do późnych godzin nocnych. 

Ale mimo mojego wysiłku, zarówno estetycznego jak i dobrej atmosfery, jakoś ten jeden jedyny dom nie był przez nas lubiany. Nie miał duszy, którą byśmy czuli jako domową. Był w zamkniętym bezpiecznym osiedlu, z basenem, usytuowany w dobrym punkcie miasta. A jednak..  Dom, który nie ma duszy, nie ma serca – nie może być twoim domem. Mieszkasz, dekorujesz, zmieniasz, próbujesz i wciąż czegoś ci brakuje. Szukasz, starasz się i nie znajdujesz. Po czterech latach uciekliśmy stamtąd. Sprzedaliśmy dom, w który włożyliśmy dużo pracy, pomysłów, że nie wspomnę o pieniądzach.  Bez żalu przeprowadziliśmy się do domu trochę na obrzeżach  Houston, ale za to w połowie drogi do mojej i Wacka pracy.  Dom nieduży parterowy, jakich setki w okolicy. Mieszkamy tu szesnaście lat a dom przeszedł już niejedną metamorfozę. Na początku mieliśmy budować basen i tylko fakt, że nie zdążylibyśmy przed terminem ślubu naszego syna, a co za tym szło – dom nie byłby gotowy na zjazd gości, którzy mieli pojawić się na tę uroczystość powstrzymał nas od tej decyzji. Ludzie są ważniejsi niż basen. I.. tak już zostało. Ślub był wspaniały, goście z Polski, z Australii, z Florydy zawitali do naszego domu. Przez następne lata  gościliśmy mnóstwo ciekawych, bliskich i najbliższych nam ludzi. Na dzień, na miesiąc, na kilka miesięcy. Mieszkali przyjaciele z Polski, od których imienia nazwaliśmy jeden z pokoi, gościliśmy kilkakrotnie moja przyjaciółkę ze szkolnych lat Ninę i „akademikową” kochaną sąsiadkę Łucję. Był brat mojego męża i przyjaciele z Boca Raton. Rodzina z Gdańska i Anioły z Krakowa. To tu pijemy poranną kawę i celebrujemy rodzinne uroczystości. Tu spotykamy się z przyjaciółmi, tu plotkujemy. Tu kłócimy się i się godzimy. Tu jest dom. Z kominkiem, który zawsze zapłonie w zimie. I duże drzewo na środku ogródka, które dziś jest już tak wielkie, że chyba ciężko byłoby mi je wyciąć choć wciąż chciałabym mieć tam basen.

Moja ukochana baletnica! a także strona z katalogu potwierdzająca, że jesteśmy właścicielami tego obrazu.

Na ścianie jadalni  wisi obraz dziewczynki – baletnicy, tyłem obróconej do widza. Na zielonym tle (oczywiście!) malarki polskiej Haliny Tymusz, która wystawiała swoje prace w Houston w Galerii Ani Tish. Bardzo mi się ten obraz podobał! Wśród wielu innych z motywami dzieci, ten wywarł na mnie szczególne wrażenie. Było to dawno temu, chyba pod koniec lat 90-tych i mój mąż w wielkiej tajemnicy kupił mi ten obraz jako prezent pod choinkę. Był to wielki wysiłek, szczególnie, że nie mieliśmy wtedy pieniędzy a już na pewno kupowanie obrazu było na bardzo dalekim miejscu naszej rodzinnej listy. Ogromne płaskie pudło przewiązane wielką czerwoną kokardą leżało pod choinką czekając na wigilijny wieczór i moment otwierania prezentów. Podpatrzyłam już wcześniej, że jest to prezent dla mnie i nie miałam najmniejszego skojarzenia, co też może być w tak wielkim i płaskim pudle. Jedyne co mi przychodziło do głowy to, to, że dostanę jakieś ogromne lustro.. tylko po co?..  Otwieranie tego pudła nie było łatwe, dzieci dzielnie mi asystowały, a gdy ujrzałam co zawiera, przeżyłam jedno z największych wzruszeń w moim życiu. Ten obraz jest nie tylko jedyną cenną rzeczą w naszym domu ale także jednym z najcenniejszych wspomnień rodzinnych.

Moment otwarcia tajemniczego pudła pod świąteczną choinką

 Zwykły dom, jakich wiele na świecie, ale dla mnie jedyny. Niepowtarzalny, chroniący przed złymi duchami, wymarzony. Jak dom „Ani z Zielonego Wzgórza” – Wymarzony. Taki, w którym śpię spokojnie, starzeję się i wiem, że  nic więcej mi nie potrzeba. Mam „swoje wzgórze, mam widok na morze, mam jego szum”, choć niedosłownie.  Mam to, co kiedyś było tylko mglistym dziewczęcym marzeniem, a dziś jest realnym szczęśliwym domem – rodzinnym domem. 


BACK

O tym skąd się wziął Pan Kolega, a Kolegostwo – partnerami do zwiedzania świata.

5/12/2021

Kiedy przyjeżdżasz na dłuższy czas do obcego ci kraju, naturalnym odruchem jest poszukiwanie ludzi z twojego kraju, którzy mogą pomóc ci, będą pomostem pomiędzy twoim „starym” i „nowym” życiem. My także zaraz po przyjeździe do Houston trafiliśmy w nieduże skupiska Polaków i powoli zaczęliśmy poznawać fajnych i miłych ludzi. Wciągnęliśmy się w spotkania towarzyskie, naukowe, szkolne w polskiej szkole sobotniej. Poznając codziennie amerykańskie zwyczaje w pracy, równolegle włączaliśmy się w polskie kręgi zaprzyjaźnionych już ludzi. Grono okazało się młode, wiekowo zbliżone do nas, szybko zostaliśmy zaakceptowani i polubiliśmy się wzajemnie.
Tak wśród wielu innych bardzo fajnych ludzi poznaliśmy Jagę i Andrzeja.
Już nie pamiętam jak to było, bo przecież upłynęło już od tego czasu prawie 30 lat, ale to właśnie oni jako jedyna para nie mieli dzieci, za to mieli dwa psy.
Jeden – co tu dużo mówić, dość pokraczny i raczej niezbyt ładny, ale za to z charakterem jak każdy kundel świata, był ulubieńcem Andrzeja i chyba nigdy nie miał nadanego imienia, bo zawsze nazywano go „kolegą”. Po prostu – był kolegą Andrzeja. I tak się kolegował z nim blisko i po przyjacielsku, że w pewnym momencie (nie mam pojęcia kiedy!) dla odróżnienia – kolega pies został Kolegą a jego właściciel otrzymał ksywkę PAN Kolega. Tak się ksywka wszystkim spodobała, że pies już dawno zasilił niebiańskie psie szeregi, a Pan Kolega chyba sam zapomniał jak naprawdę ma na imię, bo nawet jego żona tak go nazywa.
Drugi pies wabił się Gucio, miał długie uszy do ziemi, był upartym indywidualistą i robił wszystko po swojemu. Pan Kolega do dziś może o swych pupilach opowiadać historyjki niekończące się i wielce humorystyczne.
Kiedy 16 lat temu państwo KOLEGOSTWO – bo tak ich nazwaliśmy, po naszemu od Pana Kolegi – postanowili opuścić Houston i nas i wrócić do Polski, wszyscy mieliśmy bardzo różne odczucia. Trochę smutku, nostalgii za tym co już minęło i nie będzie takie same, trochę nadziei, że może wrócą tutaj.. Życzyliśmy im spełnienia planów, chociaż trochę „odstawały” od naszych.
Po roku okazało się, że wciąż Houston jest ważne w ich życiu, przyjeżdżali tu odwiedzać przyjaciół i mieszkali u nas. Zadomowili się i nawet do dziś jeden pokój zwie się wciąż „pokojem W”. Lata mijały, z czasem okazało się, że ich domem będzie teraz Kraków, a w Houston już tylko Kolegostwo pojawi się od czasu do czasu gościnnie. Kiedy tu byli, spędzaliśmy całe wieczory na pogaduszkach, wspominkach, opowiastkach, śmiechach. Przy koniaczku, czerwonym winku, a Pani Kolegowa ze swoją nieodzowną herbatką. A raczej herbatkami, bo trudno zliczyć ile ich mogła wypić każdego wieczoru.
I tak wśród pogaduszek o wszystkim powstał plan pierwszego wspólnego wyjazdu w świat. W świat – bo pierwszy plan to wycieczka do Chin! Był rok 2006 pewnego dnia państwo Kolegostwo wraz z grupą wycieczkową z Polski zameldowali się w hotelu w Pekinie i stamtąd rozpoczęła się nasza niezwykła trwająca prawie trzy tygodnie podróż po bardzo dla nas egzotycznym kraju. Muszę powiedzieć, że po raz pierwszy pojechałam na wycieczkę zorganizowaną z Polski i miałam duże obawy co do jej organizacji. Były to czasy, kiedy turystyczne usługi polskie komentowane były bardzo „dyskusyjnie”.. ale cała organizacja wycieczki i warunki bardzo pozytywnie mnie nas zaskoczyły. Biuro podróży z Warszawy, a właścicielką była Chinka. Naszym przewodnikiem był młody człowiek, Polak, który świetnie mówił po chińsku (choć może to nie jest dokładne określenie, bo chińskich odłamów języka jest taka ilość, że trudno powiedzieć który – jaki to był chiński..) doskonale orientował się w niuansach miejsc i sytuacji, znał świetnie historię, o której opowiadał zawsze ciekawie, umiał doradzić, odpowiedzieć na indywidualne pytania. Najważniejszą częścią tej wycieczki był oczywiście Pekin (Beijing), następnie stara stolica Chin Xi’an, pałace, sanktuaria, wielkie, monumentalne pomniki władców kolejnych dynastii i oczywiście Szanghaj. Wielka metropolia chińska, nowoczesna, szokująca Europejczyka i nie tylko. Dla nas, którzy przyjechali z Ameryki, kraju równie wielkiego i nowoczesnego nie było to tak wielkim szokiem, jaki obserwowaliśmy wśród naszych zaprzyjaźnionych już pod koniec wycieczki, Polaków. Ale najważniejszym celem tej wycieczki i właściwie powodem wybrania się w tę podróż właśnie w tamtym momencie był fakt, że częścią tej wyprawy był przepływ statkiem wielką rzeką Jangcy,  zwanej także Rzeka Błękitną. Jej długość wynosi ok.  6300 km. Kończy jest ogromną Zaporą zwaną Tamą Trzech Przełomów, której budowa trwała 17 lat i która zmieniła całkowicie życie tysiąca miasteczek i wiosek, które musiały być przeniesione w inne miejsca. Tereny, na których egzystowało życie przez setki i tysiące lat musiały zostać zatopione. Poziom wody podniósł się i rzeka zmieniła przez lata swój bieg. Nasza wyprawa, to był niemal ostatni moment kiedy turysta mógł jeszcze zobaczyć część terenów niezalanych, a które wkrótce też miały przestać istnieć. Widzieliśmy coś, czego dziś już nie ma i nikt nigdy tego nie zobaczy. Każdy metr mijanych przełomów pomiędzy górami i jaskiniami, skałami, wraz z opowieścią naszego przewodnika był niesamowitym i niezapomnianym przeżyciem. Oczywiście zwiedzaliśmy także Tamę, na ile zwykły turysta może ją obejrzeć. 

Migawki z Chin – wycieczki, która zapoczątkowała falę podróży po świecie.

Wielkim wydarzeniem było wejście do podziemi grobowca Pierwszego cesarza Qin, w którym znajduje się słynna Armia Terakotowa – ponad 800 figur naturalnej wielkości – żołnierzy, koni, oficerów, muzyków, medyków itd. wypalonych z gliny terakotowej. Rzeźby mają bardzo zindywidualizowane rysy, mają sprzęt, broń, konie i wyglądają nieprawdopodobnie realistycznie i naturalnie. Niewiarygodna armia! Stworzona ok. 210p.n.e, została całkowicie zasypana i odkryto ją na nowo dopiero w 1974 roku. Wciąż zresztą trwają prace nad rekonstrukcją i poszukiwaniami dalszych części.
Oczywiście Chiny są świetnie zorganizowane pod względem turystyczno-ekonomicznym, wiec wszędzie, gdzie turyści pojawiają się jest sklep, sprzedaż pamiątek, książek, koszulek itd. Znamy to wszyscy i z każdego zakątka świata.
Ale – Chińczycy to także naród bardzo biednych ludzi, którzy radzą sobie jak tylko mogą by przeżyć. Dlatego Polacy dość szybko zorientowali się w czym rzecz i co „dzieje się wokół”. Pan Kolega pobiegł do sklepu i kupił za $20 a może i nieco drożej pamiątkowe pudełko kilku najważniejszych figurek. A my – zaraz po wyjściu, otrzymawszy jak zawsze pół godziny czasu wolnego, wyszliśmy na ulice i mój mąż zaraz „wszedł” w „ręczno-migową” dyskusję z Chińczykiem, który nas zaczepił, żeby sprzedać nam dokładnie takie same pudełko z takimi samymi figurkami, zapewne z tej samej fabryki i tego samego sklepu figurek. Zachęcał nas błagającym głosem „Mama – budda, papa – budda..!!!” Wacek opierał się udając niezainteresowanego, zbijał ceny (och, jak on uwielbia to targowanie się! Chyba w poprzednim wcieleniu był przekupką targową!!) od ..dziestu dolarów do.. dziesięciu i potem pięciu i szedł ulicą dalej a Chińczyk biegł i biegł za nami i wreszcie przystał na cenę dwa dolary. Kupiliśmy figurki i myślę, że te dwa dolary utrzymało jedną chińską rodzinę przy życiu przez kilka dni, bo takie były realia i anomalie w chińskiej biednej społeczności.  My cieszyliśmy się, że ktoś zarobił (biedny pan Chińczyk, bardzo bał się tej ulicznej handlowej transakcji) i kupiliśmy figurki za cenę 10 razy tańszą niż turyści w sklepie. A Pan kolega do końca wycieczki nie mógł sobie darować takiej wielkiej straty i do dziś na wspomnienie tej opowieści  „płacze” że tyle przepłacił!  
Mogłabym jeszcze godzinami opowiadać o Chinach, ale nie taki zamysł tego mojego dzisiejszego zapisu. Wspomniałam dopiero o roku 2006 i naszej pierwszej wspólnej wycieczce. Tak nas ta wyprawa zachwyciła, że zaraz zaczęliśmy planować następną.
W roku 2007 wybraliśmy się na wycieczkę do Włoch. Tym razem bardzo relaksowo. Najpierw kilka dni nad jeziorem Como. Piękne widoki, spokój, pyszne włoskie jedzenie, wino. Dołączył do nas brat Wacka na kilka dni. Zrobiliśmy sobie mały wypad do Szwajcarii, popływaliśmy statkiem po jeziorze Lugano. Dalej był Mediolan i emocjonalne przeżycie zobaczenia obrazu Leonarda da Vinci „Ostatnia Wieczerza”. Czekaliśmy na ten moment od lutego, gdy to udało nam się kupić bilety i zorganizować całą wycieczkę dopasowując wszystko do tego wydarzenia. Następny tydzień spędziliśmy w jednym z najpiękniejszych zakątków Włoch – Cinque Terre. Pięć ślicznych małych miasteczek położonych na szczytach skał połączonych licznymi ścieżkami widokowymi. Na dole miasteczek szumi cudowne błękitne morze, wokół nieskażona przyroda, ogrom kwiatów, zieleni a wśród nich dziesiątki kawiarenek, restauracji, włoskiej kuchni i muzyki. I słońce. Każdego dnia – radość i słońce.

To tylko maleńki wycinek cudownych dni w słonecznej Italii. Od pięknego jeziora Como i spotkania z bratem Wacka do odpoczynku w Cinque Terre i zwiedzania najciekawszych miejsc włoskich. Tam nigdy nie masz dość, tam zawsze jeszcze pozostaje coś, co czego zechcesz wrócić.

Stamtąd jeździliśmy na różne wycieczki, zwiedziliśmy Pizę z krzywą wieżą i Sienę, gdzie Wacek wcisnął się w bardzo wąską uliczkę i radośnie przycisnął pedał gazu nieco ponad wskazania włoskich przepisów. . Był bardzo dumny z siebie, że tak fajnie jeździ małymi wąskimi uliczkami. Hmm.. do czasu – kiedy po kilku miesiącach, już w Houston, dostał mandat włoski (niestety, przetłumaczony przez amerykański departament bezpieczeństwa ruchu drogowego) za niewłaściwe parkowanie. Na szczęście (ha! ha!) pomoc nieoczekiwanie przyszła od jego studenta, włoskiego astronauty, który się tym zajął i to tak skutecznie, że włoska policja mandat anulowała!!. Na koniec zwiedziliśmy Florencję i stamtąd jeszcze na kilka wspólnych dni zatrzymaliśmy się w Krakowie, zanim wróciliśmy do domu w Houston.
Następnego roku (2008) Pan Kolega znów podsunął nam wycieczkę zorganizowaną z Polski. Polecieliśmy do Krakowa i później stamtąd do Egiptu. No i to niestety był błąd! Organizacja tej wyprawy nie miała już nic wspólnego z poprzednią, do Chin. Było tłumnie, byle jak zorganizowane, ale – z drugiej strony: moje marzenia z młodości spełniły się! Zobaczyłam piramidy, świątynię Ramzesa, Karnaku, Luksorską, Sfinksa, popłynęliśmy statkiem przez kilka dni wielką rzeką Nil. A po wspaniałym tygodniu spędziliśmy kilka dni w nowiutkim resorcie oddanym turystom świeżo do użytku, gdzie w łazience odpadały piękne kafelki a do morza trzeba było iść pół kilometra po ostrych kamykach w wodzie po kolana. Obsługa w hotelu była tylko męska i bardzo.. sarkastyczna, niemiła wręcz bezczelna, a pociąg z Asuan (gdzie zakończyliśmy nasz rejs po Nilu i zwiedzaliśmy Wielką Tamę Asuańką) do Kairu był najbardziej brudnym pojazdem, jaki kiedykolwiek w życiu swoim widziałam!!  Panowie jakoś podeszli do tego z dystansem i sztucznym – ale poczuciem humoru i przeżyli tę noc bez nerwicy. My z panią Kolegową (Jagą) byłyśmy na wdechu niemal całą noc, ze łzami w oczach ze złości i bezsilności, z pełnym pęcherzem (Boże! Oby tylko nie trzeba było iść do ubikacji! .. trzeba było) dojechałyśmy żywe – same zdziwiłyśmy się, że wciąż istniejemy. I żaden wirus nas nie dopadł!
I byliśmy razem, w świetnych humorach, z nową porcją wspólnych opowieści i wspomnień i znów kolejnych planów..

Migawki z Barcelony, tym razem też z Beatką. Intensywnie i ciekawie. Bardzo „kulturalnie” i artystycznie 🙂


Jesienią w 2010 roku skoczyliśmy wspólnie z Beatką do hiszpańskiej Barcelony (o, przepraszam, powinnam napisać Katalońskiej. Każdy Barcelończyk by się już na mnie na śmierć obraził! 🙂 ) Zobaczyliśmy finezyjne dzieła Gaudiego, Park jego imienia, Sagrada Familia, Muzeum Picassa, Katedrę i nabrzeża z atmosferą tego pięknego miasta.
Kolejna wyprawa rzuciła nas na północ, do Norwegii. Był czerwiec 2011 roku. Spotkaliśmy się w stolicy Norwegii, Oslo. Znów dołączyliśmy do grupy i już razem zwiedzaliśmy najbardziej atrakcyjne miejsca, fiordy, piękne wodospady, podziwialiśmy cudowne widoki, widzieliśmy lodowiec, wjechaliśmy drogą wijąca się wśród ścian lodu niemal do nieba.. Wszystko to było bardzo atrakcyjne i.. zimne jak na moje houstońskie przyzwyczajenia.

Kilka zdjęć z podróży norweskiej- lodowe klimaty, trolle, miasteczko olimpijskie z 1994 roku.

Amerykańska „rakieta” naszego norweskiego przyjaciela wciąż jeździ znakomicie!

A ponieważ w Norwegii mamy dawnych polskich przyjaciół, którzy mieszkają tam od wielu lat, niedaleko miasta Hamar, gdzie w 1994 roku odbyła się zimowa Olimpiada, więc połączyliśmy tę wycieczkę z odwiedzinami i na kolejny tydzień zostaliśmy u nich. Mąż Iwety jest pasjonatem starych amerykańskich samochodów, ma jeden własny na chodzie, zadbany i jest to jego prawie najukochańsze dziecko. Kiedy więc któregoś dnia pojechaliśmy zwiedzać Hamar sami, po całym dniu wracając (nasi mili gospodarze mieszkają w małej wiosce) małymi drogami – jak dla mnie – to po prostu polnymi) zgubiliśmy się! Dzwoniliśmy do naszych przyjaciół, usiłowaliśmy wytłumaczyć GDZIE jesteśmy, co kompletnie było ponad naszą wyobraźnię i jakiekolwiek opisowe i orientacyjne umiejętności. Ale na szczęście, gospodarze przez te 30 lat zaprzyjaźnili się z każdą tamtejsza łąką i miedzą i znaleźli nas i w nagrodę odebrali nas swoją piękną rakietą amerykańską!! Czułam się naprawdę jak w kosmosie!

Po wakacjach w Norwegii wspólnie wyjechaliśmy do Dubaju w 2015 roku, o którym nieco więcej pisałam przy okazji pisania o dużych miastach. Rok później (2016) pojechaliśmy do Peru razem z rodziną naszej córki by celebrować jej 40 urodziny na Machu Picchu. Oczywiście, rozdzieliliśmy się częściowo, bo nie było takiej opcji by nadążyć za moją rodzinką, ale spędziliśmy ten najważniejszy moment razem a my we trójkę, z moim mężem i Panem Kolegą dotarliśmy na sam szczyt słynnego Machu Picchu. Dla mnie, dla całej naszej trójki to było niezwykłe osiągnięcie!

Nasza duma! – szczyt Machu Picchu jest nasz. YYYEEE!!!

Myślę, że od tego momentu moje kolana obraziły się na mnie całkiem na poważnie, ale czego się nie robi dla sukcesu, no i dla swojej córki !!

Sielanka wypoczynku, nic -nierobienia, słońca, zabawy i totalnego luzu. Czasem tak trzeba!

Rok 2017 zaowocował wakacjami Kolegostwa w Houston i stąd polecieliśmy do Meksyku do Puerto Vallarta na leniuchowanie, przyjemności dla podniebienia, rozrywki, winko i „luz-blues”. Po trzech miesiącach spotkaliśmy się znowu, tym razem w Polsce i pojechaliśmy w góry, z naszymi wnukami. Pan Kolega dzielnie „dziadkował” z moim mężem i razem z chłopcami weszli na Trzy Korony, ale raczej już zostawali w tyle w tych wędrówkach, zwłaszcza kiedy po zejściu zrobili przystanek na „kiełbaski”..
Nasza wspólna ostatnia wyprawa to w 2019 roku wycieczka do Brazylii i Argentyny. Nie będę nawet zaczynała tej opowieści, bo wiem, że nikt by tego czytania przed następnym dniem nie skończył.. tyle pięknych chwil się wydarzyło! Aż kartki same się proszą, by o tym napisać. Może kiedyś, osobno. Jeśli czasu i pamięci starczy.. Dziś tylko garść zdjęć- wspominek.

Jeszcze wiele innych mniejszych wspólnych wycieczek i podróży z państwem Kolegostwem mieliśmy w swej historii. W historii, która wciąż trwa i wcale się nie skończyła.
Człowiek ma życiu różne ścieżki. Na tych ścieżkach są przystanki. Na przystankach są ludzie. Czasem widzimy czyjąś twarz tylko raz w życiu, czasem idziemy obok siebie przez wiele lat. Wiele nas z Kolegostwem różni. Ale jak wiele musi nas łączyć skoro przez ostatnie 16 lat wspólnie wyjechaliśmy na jedenaście dużych wypraw wakacyjnych. Wytrzymaliśmy ze sobą w różnych miejscach, w różnych warunkach, czasem zmęczeni, nie zawsze w takich samych nastrojach. To co związało nas jest nienazywalne.
To magnetyzm „wakacyjnego rytmu”, ciągu do podróżowania. Owszem – temperamenty mamy różne, ale jakoś w przepływie między nasza czwórką wyrównywały się w tych podróżach. Pan Kolega jest jak konik polny, biega skacze, nie usiedzi sekundy na jednym miejscu. Przynajmniej tak było przez lata, bo co tu dużo gadać – dziś już wiele się zmienia. Wacek i Pan Kolega to para tak zgrana i nie potrafiąca żyć bez siebie na wakacjach, że czasami miałam poważne podejrzenia, kto dla nich jest ważniejszy…
Pani Kolegowa, spokojna i rozważna, ale w gruncie rzeczy i jej humoru przy nas nie brakowało. Myślę, że i ona zawsze wakacyjnie dobrze się z nami bawiła. Ja, największy nerwus w tej grupie, ale też organizator. Mogą sobie na mnie ponarzekać, ale jak trzeba było zobaczyć, sprawdzić, załatwić, to Małgosia była na właściwym miejscu.
Przez te wszystkie lata, dni wspólne, wariackie gadania wieczorne, zdarzenia pełne śmiechu – było życie. Jedenaście wypraw wakacyjnych, wiele innych wycieczek w Polsce, wiele miesięcy wspólnego pomieszkiwania w Houston.. a wspominam tylko lata, kiedy Kolegostwo już wyjechało ze Stanów. Kiedy odległość i codzienne życie pozornie rozdzieliło nasze wcześniejsze 15 lat w Houston.

Każdy człowiek ma w życiu przyjaciół. Różne związki. Żadne nie są tylko łatwe. Ale prawie każde są wartościowe i ważne. Ten wakacyjno-podróżniczy, Kolegoski wciąż jest piękny.
I… gdzie gdzie by tu teraz znów pojechać?


BACK

Matka jest tylko Jedna

5/6/2021

Zdjęcie zrobione na wakacjach w Laskowej, prawdopodobnie ok. 1959-60 roku

Jestem małą 6-letnią dziewczynką. Nie mam nawet swojego własnego pokoju. Mam kącik tuż koło kaflowego pieca w pokoju, gdzie do tapczanu dołączona jest pólka. W tej półce Mama zrobiła mi mały pokoik dla dwóch laleczek. Niedużych. Mają ubranka uszyte przez Mamę. Niektóre są po prostu wycięte z materiału, bez szwów, imitują najprostsze wyobrażenie o strojach. Bardzo chciałam, żeby moje lalki miały długie włosy. Ale nie miały. Żadnych włosów nie miały. Wymyśliłam, że można zrobić długie włosy z maminej pończochy, pocięłam je na wąskie paski i zawiązałam w „koński ogon”.  Byłam szczęśliwa. Moje lalki – moje dzieci miały długie ładne włosy. Byłam mamą! Potem, gdy już miałam może 9-10 lat, pewnego ranka Mama obudziła mnie wcześnie rano. Z Gdańska przyjechała ciocia Frania, najstarsza siostra Mamy. Przywiozła mi w prezencie dużą lalę. Mrugała zamykającymi się piwnymi oczami. I miała ciemne szatynowe włosy. Dałam jej na imię Ewa. Byłam najszczęśliwszą dziewczynką na świecie…

 Zawsze chciałam być Mamą. Nigdy ilość obowiązków i problemów z tym związanych mnie nie przerażała. Kiedy więc pewnego dnia jako bardzo młoda 23-letnia mężatka odkryłam, że jestem w ciąży, byłam po prostu SZCZĘŚLIWA!

Mieszkaliśmy już wtedy w Sosnowcu, w akademiku a ja kończąc drugi rok studiów musiałam powiedzieć rodzicom, że będą dziadkami.  Moja mama była zachwycona, mój tata.. hmm – pierwsza reakcja?? „To ona już nigdy tych studiów nie skończy!” Studia nie tylko skończyłam w terminie, ale nie przerwałam ich nawet na chwilę. Biegałam na zajęcia regularnie, Kasią zajmowały się różne dziwne nianie, potem przeszła pełną edukację socjalistycznego żłobka i przedszkola. Pierwsze kroki stawiała po długim korytarzu akademika, łóżeczko miała za ścianką pełną książek, nocne rozgrywki w brydża wyraźnie jej nie przeszkadzały w spokojnym spaniu, podobnie jak dym z papierosów (co to za rodzice byli!! ) za to kiedy my chcieliśmy już pospać nad ranem, nasze dziecko budziło się szczęśliwe i gotowe do dziennych zadań niemowlaka…

Ale najpierw był lipiec 1975 roku. Właśnie wyruszaliśmy na wakacje z moim ojcem i bratem do Turcji i Jugosławii. Myślę, że tata był przerażony. Powoli, powoli oswajał się z faktem przyszłego dzieciątka w rodzinie na tyle, że gdy w czasie tej podróży niemal co godzinę „umierałam” z głodu, mnie jednej pozwolił kupować coś dobrego do jedzenia. Reszta rodziny jadła zapasy zabrane na wycieczkę z kraju. Wszystko przecież zaplanowane było na cały miesiąc. Teraz doceniam ten jego specjalny gest każdego dnia. W końcu takich planów nie było!

Z Mamą- zdjęcie zrobione w Krakowie w maju 2002 r.

 Moja Mama nie miała łatwego życia w rodzinie. Zresztą, która kobieta w tamtych czasach miała łatwo. Wszystkie domowe prace na jej głowie, żadnej pomocy od męża, wszystko na czas, na wyznaczoną godzinę, pan domu „GŁOWĄ” rodziny, a robota w rękach żony. A tak naprawdę – to ona wszystko kontrolowała i jeszcze z humorem przykrywała to, co nieprzyjemne, niewygodne. Kiedy uśmiechała się i żartowała widzieliśmy to wszyscy, kiedy czasami płakała, widziałam tylko ja.. Wtedy byłam już duża, już rozumiałam, że coś dzieje się smutnego, że jest jej źle…

Jej duża gdańska rodzina kochała ją bardzo, doceniała jej pogodę ducha, radość usposobienia. Gdy już mieszkaliśmy w Houston, po raz pierwszy Mama przyjechała do nas kilka miesięcy po niespodziewanej nagłej śmierci taty. Była złamana przeżyciami, nieprzygotowana do samotnego życia. Mój brat nie miał pojęcia jak jej pomóc. I wtedy moja rodzina, moje dzieci okazały się dla niej cudowną terapią. Mama znów powoli, ale konsekwentnie odzyskała swój „maminy” optymizm, radość życia, którą darowała nam wszystkim w różnych momentach przez wiele lat.

Ostatnie zdjęcie Mamy – to był tort na jej 80-te urodziny. W nocy zabrało ją pogotowie do szpitala. Już stamtąd do nas nie wróciła..

Kiedy umierała, był maj – przyleciałam do Polski i… spóźniłam się do niej kilka godzin.

Pewnie też płakała..

Gdy urodziły się moje dzieci byłam młodą matką. Bardzo wierzyłam, że wystarczy kochać dzieci i wszystko będzie takie proste, bezproblemowe. A potem – zaczęło się życie. Różne. Były pieluchy suszone na kaloryferze w akademiku, dziecko zostawiane z koleżankami, które nigdy nie miały niemowlaka na ręku, samotne wieczory, gdy mąż był gdzieś daleko zagranicą, a dziecko miało temperaturę prawie 40 stopni C i okropny kaszel.. Płakałam razem z małą, nie wiedziałam co mam robić…

Pierwsze zdjęcie Kasi, ma tutaj może 4-5 dni.
Z malutkim ok. 2- miesięcznym Jackiem
Już z dwójką

Rano padał śnieg, winda nie działała, telefonu nie mieliśmy – och, jakoś żyliśmy, z dnia na dzień – normalnie – i nawet dzieci też 😊

Moje śliczne maluchy!

Jacek w żłobku jeździł po podłodze na nocniku i wciąż nie chciał nauczyć się do tego nocnika robić co należało, dla  Kasi mama robiła kostiumy do przedszkola na występy, do Krakowa jeździliśmy maluchem bez zapinania pasów, bo takowych nie było i nawet nie wiem, kiedy dzieci zaczęły naprawdę myć zęby, bo jakoś tego nie mogę sobie przypomnieć. Ale dzieci zawsze oglądały na dobranoc „Pszczółkę Maję”, ”Jacka i Agatkę” albo ” Reksia” i szły do łóżka o 19.30, bo nie było bajek Ipad-owych!  Za to z „Ojcze nasz..” i „Aniele Boże” powtarzaliśmy wspólnie co wieczór. Nie jestem pewna czy dziś jeszcze pamiętają, ale uczyliśmy się tego regularnie.

A potem – wyrośli z dobranocek, dorośli – i ich Mama okazała się być opozycją, stroną do dyskusji, fragmentem do organizowania życia młodzieńczego. Bo tak jest zbudowany świat. Tak musi być. I wtedy – tracisz poczucie pewności, nie wiesz, czy robisz dobrze, czy jesteś dobrą Mamą, czy twoje decyzje są tylko uderzaniem w ciemno, w ścianę na oślep… Tak wiele razy chciałabyś dorastającym i dorosłym dzieciom wytłumaczyć, powiedzieć do końca co czujesz, że nie jesteś po „drugiej” stronie. I rezygnujesz ze słów, bo czujesz, że twoje słowa nie mają właściwego znaczenia. Nie w tym miejscu, nie w tym czasie… Bardzo starasz się rozumieć świat swoich dzieci, ale ten świat nie jest ci tak znany jakbyś chciała, choć i ty byłaś kiedyś młoda jak twoje dzieci. Cóż- sztafeta POKOLENIOWA.

Próbujesz ogarnąć najlepiej jak potrafisz, ale nie wiesz czy tędy właściwa droga. Czas pokaże. Przyszłość zawyrokuje. Musisz wierzyć. Musisz wierzyć w siebie i w swoje dzieci!  Bo chcesz być dobrą Matką. Bo chcesz, by twoje dziecko kiedyś było także dobrym rodzicem.

Mijają lata.

Dzieci przestają być dziećmi. Nie – dzieci są wciąż Twoimi dziećmi. Dzieci są już dorosłymi dziećmi.  Mają swoje własne problemy, swoje własne życie, nie potrzebują twojej matczynej opieki. Czuwania nad ich bezpieczeństwem. Wyfrunęły z gniazda. Ale wciąż potrzebują twojej miłości. Przecież jesteś Matką. Nikt nigdy z tej funkcji cię nie zwolnił, choć już może jesteś daleko od swoich dzieci.

Może one oddaliły się od ciebie, może odjechały, może trochę zapomniały..

 Ty jednak jesteś MATKĄ. Bo Matka jest tylko jedna. Jedna na zawsze. Choćbyś była za morzami, na końcu świata, z tej roli życiowej nikt nigdy cię nie zwolni.

Można w życiu wiele rzeczy zmienić, można wymazać wiele z pamięci, zniszczyć na papierze, grać role innego człowieka z innego świata. Matka jest. Może nie zawsze jest idealna, czasami nawet nie jest dobra. Ale nigdy nie opuści swoich dzieci.

Jest tylko JEDNA i jej dzieci są zawsze te jedyne..

Happy Mother’s Day!  Szczęśliwego Dnia Matki!


BACK

Garść ciekawostek, faktów czyli teatralna mini statystyka

5/3/2021

Wciąż żyje we mnie Ogniskowy Teatr jakby to to wszystko było wczoraj. A przecież minęło tyle lat, że te wpisy mają ocalić go od zapomnienia.  Mam wrażenie, że wszystko dzieje się dalej, ale kiedy przymierzam się do posegregowania zapamiętanych informacji we własnej pamięci, to już mam duże trudności. Dwadzieścia lat teatru i już osiem lat od zakończenia jego działalności – to bardzo długi czas dla ludzkiej pamięci. Czasem próbuję sobie pomóc i tak znienacka pytam kogoś z byłych aktorów o jakąś piosenkę czy scenkę czy drobny fakt ze sztuki i nagle okazuje się, że oni też już nie pamiętają..

Jak ocalić to wszystko od zapomnienia? Jak  stworzyć „skrzyneczkę” w której zmieścimy tyle naszego pięknego teatralnego życia, naszej pracy, piosenek, dni i wieczorów, które spędziliśmy razem? Moim zamysłem jest wspomnieć o każdej naszej sztuce, o każdym aktorze. I może kiedyś tego dokonam, choć wcale nie jest mi łatwo. W każdym razie o wiele trudniej niż sobie to wyobrażałam na początku pomysłu. Nie mam jednak zamiaru poddać się i właśnie przez kilka długich dni walczyłam z pudłami, papierami teatralnymi i przeglądałam, układałam i odkrywałam zapomniane fakty sprzed 20 i więcej lat. No i wykluł się obraz podsumowania faktów, które dla czytającego mogą być tylko nudną statystyką a dla nas „Teatralnych” i tych, co koło nas trwali przez tamte lata – fajną zabawą „przypominajką”.

I aby przypominajka nie była tylko suchą statystyką postaram się dodać trochę zdjęć i wspomnień udowadniając, że statystykę da się polubić. Sama przecież też muszę w to uwierzyć 😊

W ciągu 20 lat Teatr zagrał 31 sztuk. Na scenie pojawiło się w tym czasie 54 aktorów. Najmłodszy, który zagrał pierwszy raz miał 13 lat, najstarszy… hmm – ograniczeń nie mieliśmy!  Na początku Teatr miał być przedłużeniem zajęć języka polskiego dla uczniów sobotniej szkoły polskiej, którzy nieco „wyrośli” z regularnych zajęć i potrzebowali innej, bardziej dla nich ciekawej formy obcowania z językiem polskim. Dość szybko, bo po kilku latach, do uczniów szkół średnich dołączyli studenci uniwersytetów i zupełnie dorośli aktorzy. Teatr stał się dostępną formą sceniczną dla wszystkich. Grali młodzi, starsi i najstarsi. Całkiem dobrze wychodził nam ten melanż wiekowy i językowy. Sztuki i role dobieraliśmy tak, by każdy mógł mieć swoją „minutkę” na scenie.

Już kiedyś wspominałam, że Teatr był biedny, bez własnych pomieszczeń zarówno na próby jak i na przedstawienia. Ale radziliśmy sobie całkiem nieźle. W końcu udało nam się zawsze gdzieś zaistnieć i umieścić sztuki w miejscach, które lepiej czy gorzej, ale udawało się je całkiem realnie przysposobić na teatr. Aż 14 sztuk zagraliśmy na scenie teatralnej w St. Thomas University. Była to niewielka scena, niestety bez kurtyny, co utrudniało dekorację i jej zmiany, ale miała połączenie z zapleczem w piwnicy i z tamtego pomieszczenia mogliśmy częściowo korzystać. Za to wejście do sali teatralnej  było z dużego przestronnego holu, którego pozwalano nam używać po przedstawieniu. Tam na kilka godzin przed występem, nasi rodzice i przyjaciele, nasza ekipa wspaniałych pomocników zabezpieczała „stronę kulinarną”. Już po stresie aktorów, po przeżyciach emocjonalnych i duchowych wszystkich widzów mogliśmy razem przy kieliszku winka i i czymś dla podniebienia jeszcze raz poopowiadać, nacieszyć się, przeżyć wszystko kolejny i kolejny raz. Zazwyczaj mieliśmy jedną dekorację przez cały czas trwania przedstawienia, co było niełatwym zadaniem, zmienialiśmy tylko elementy łatwe do przenoszenia. Wymyślaliśmy takie, które mogły być użyte jako „przedmioty wielokrotnego użycia” czyli mogły imitować w wyobraźni widza dosłownie wszystko! W każdej chwili – od lokomotywy do zwykłego stolika, od lasu do kosmosu.. cokolwiek i jakkolwiek potrafiliśmy wymyśleć, a polotu nam nie brakowało. Były jednak sztuki dłuższe, które wymagały przerwy i wtedy mogliśmy zmienić dekoracje korzystając z „podziemi” i tam ukrytych dodatkowo zgromadzonych dekoracyjnych fantazji.

Szczytem naszych możliwości było zdobycie (do dziś nie wiem jak to Beatka skombinowała!) manekinów, które ubraliśmy w kostiumy z lat przedwojennej warszawskiej ulicy w przedstawieniu „Warszawa mojej Mamy”. Już dokładnie nie pamiętam ile Beatka pożyczyła tych manekinów, ale może pięć – sześć i wszystkie wsadziła do swojego Forda Escape. Kiedy jechała ulicami, bardzo się denerwowała, że policja ją zatrzyma za nadmiar pasażerów w aucie. Wyglądali bardzo realistycznie i przekonywująco… I w dodatku dokonała tego eksperymentu dwukrotnie, bo tę sztukę zagraliśmy dwa razy i dwóch różnych miejscach i za każdym razem tłum ulicznych „manekinów” spisał się znakomicie.

Miłka myśli – jakby tu ubrać tych panów?
Beatka śpiewa a tłum jej manekinów patrzy 🙂

Nasz Teatr w ostatecznym rozliczeniu okazał się być bardzo rodzinnym teatrem.  Czy możecie uwierzyć, że przez te wszystkie lata bakcyl teatralny działał jak narkotyk w rodzinach? Na scenie pojawiło się sześć rodzeństw: Kasia – Jacek Mucha (Lindhorst), Kasia – Jasiu Kimmel, Grzesiu – Łukasz Grabiec, Kasia – Marysia McNeilly, Emilka – Adam Stepiński, Marcin – Filip Szajda.

Dwa małżeństwa: Małgosia – Wacek Mucha, Kasia – Bill Lindhorst, i pięć  „par dwu-pokoleniowych” rodzice – dzieci: Jacek – Kasia – Wacek Mucha, Beata- Ewa Manek, Natalia – Marek – Matusz, Rysiek – Basia Sienko, Ania – Tomek Baranowski. 

Oczywiście nie oznacza to, że grali oni razem w tych samych sztukach choć i tak było.  Ale fakt, że w ciągu 20 lat  dwa pokolenia rodzinne przewinęły się przez nasz teatr świadczy o tym, jak mocno byliśmy związani razem w tym małym polskim teatralnym świecie. Na próbach, na przedstawieniach, w  domach rozmawiając o tym, co było ważne, co łączyło rodziców i dzieci. Polskie słowo. Polskość.

Plejada aktorska „Zemsty” A. Fredry. 1996r.

Zanim jednak udało nam się zagnieździć na dobre kilka lat na scenie w St. Thomas University najbardziej przyjaznym miejscem okazał się Rice University i tam zaczęliśmy naszą teatralną przygodę. Tam po raz pierwszy wystawiliśmy „Zemstę” Aleksandra Fredry. Po niecałym roku, dzięki profesor Ewie Thompson, która zaprosiła nas do powtórzenia tego przedstawienia, zaistnieliśmy przed nie byle jaką publicznością, bo na konferencji slawistycznej, na której znaczna część uczestników nie znała dobrze języka polskiego. Zatem nie tylko dawaliśmy publiczności słowo polskie, ale także całą lekcję o pewnym elemencie polskiej literatury, historii i twórcy polskiej komedii – Fredrze. Byliśmy bardzo dumni, że dane było polskiej młodzieży w Houston w takiej roli wystąpić.

W następnych latach jeszcze pięć innych sztuk zagraliśmy w zaprzyjaźnionej pięknej sali Baker College i tam także odbyło się świętowanie 5-lecia naszego Ogniska na uroczystym bankiecie.

W tym czasie dwa razy skorzystaliśmy z Włoskiego Centrum Kultury i tam odbył się wieczór niezwykły – Wieczór Poezji Miłosnej. Ciepły, majowy, kwitnący i pachnący – piękną poezją, muzyką, piosenką. Kolorowe długie suknie w kwiaty, kapelusze, panowie w garniturach i muszkach czarnych. Nastrój melancholii i wzruszenia. Niejeden słuchający wspomniał najpiękniejsze chwile swych własnych uniesień i upuścił łezkę w oku. Jeden jedyny taki wieczór w teatralnym naszym repertuarze. Do dziś mam ciarki gdy wspomnę słowa Jasia i Agnieszki:

„ Powiedz, jak mnie kochasz? Kocham cię jak..” albo moją ukochaną piosenkę z młodości „Annę”, którą Grzesiu zinterpretował tak pięknie na oryginale śpiewanym przez Stana Borysa.

Ostatnio próbując ogarnąć tysiące papierów, dysków, zapisków natrafiłam na osobne nagranie z naszego bankietu 10-lecia Ogniska. I okazało się, że jeszcze raz przygarnęło na Włoskie Centrum Kultury. Bankiet był pyszny, królestwo naleśnikowe przygotowała Grażyna M. z całą plejadą pomocników, a nasz teatr był gospodarzem tego bankietu i wystąpił z programem poetyckim pt. „Dmuchawce, latawce, wiatr”.

Inne sztuki odbyły się w Chateau Polonez, w budynku, który stał się nie tylko domem ślubów, wesel i balów sylwestrowych, ale także niezapomnianych polskich spotkań, w tym naszych – teatralnych. Tam też po 20 latach pożegnaliśmy się i rozstaliśmy się oficjalnie z Ogniskową i Teatralną ferajną.

Do grona aktorów trafiali młodzi ludzie w różny sposób. Na przykład Kasia M. przyszła z Billem, swoim amerykańskim chłopakiem, który nie odstępował jej na krok i nudził się okropnie na naszych próbach. A było to bardzo dawno, bo przygotowywaliśmy nasze pierwsze (!) przedstawienie w 1995 roku. I tak siedział i siedział i nic nie rozumiał, aż Kasia wymyśliła, że trzeba mu dać coś w tym przedstawieniu do roboty..

I wsadziliśmy mu piosenkę „Teraz jest wojna..” – po polsku. Kasia kazała mu się nauczyć tekstu, ćwiczyliśmy z nim polską wymowę niemal do upadłego. Bill trochę grał na gitarze i postanowiliśmy zrobić widzom specjalną niespodziankę – krótki występ Amerykanina – w polskim przedstawieniu, po polsku. .

Kasia kazała mu się nauczyć tekstu, ćwiczyliśmy z nim polską wymowę niemal do upadłego. Bill trochę grał na gitarze i postanowiliśmy zrobić widzom specjalną niespodziankę – krótki występ Amerykanina – w polskim przedstawieniu, po polsku. No i – po latach efekty są takie, że Bill przykleił się do Kasi a ona do niego i już nawet obchodzili własną 20 rocznicę ślubu. Bill zagrał w po raz drugi w przedstawieniu „Warszawa mojej Mamy” i zaśpiewał tę samą piosenkę i jeszcze jedną podobną – już bez takiej ogromnej tremy a za to ze zrozumieniem o czym śpiewa i nawet widownia dołączyła się do niego jako chórek. Kasia całkiem dobrze wyszkoliła jego znajomość języka polskiego (tu mogę też coś od siebie dołożyć 😊), a Bill był jedynym aktorem Amerykaninem, który trwał z nami przez cały czas teatralny i zagrał po polsku w polskich przedstawieniach. I kto powie, że miłość nie czyni cudów??

Mieliśmy wiele fajnych i śmiesznych momentów na próbach i podczas przedstawień np. jak Jacek jako Papkin wyznawał miłość swojej siostrze Klarze w „Zemście”. Już z sam fakt, że grali tę scenkę razem jako rodzeństwo było śmieszne, to jeszcze dialog był zabawny, no i Jacek zrobił z tego aktorski majstersztyk!

Dwie dziewczyny, Ala W. i Marlena O. zagrały role psów i świetnie się tym bawiły. W początkowych latach brakowało nam chłopców/mężczyzn, więc role męskie grały dziewczyny i całkiem dobrze się w to wpisały. Szczególnie w „Grubych Rybach” – Basia S., Marysia M. i Edyta W. Były bardzo przekonywującymi facetami 😊

Marysia McN. jako Onufry Ciaputkiewicz i jego żona Dorota – Ewa M, „Grube Ryby”
Basia S. jako obywatel Burczyński, „Grube Ryby”, 1998r.

Inni grali różne zwierzęta i też znakomicie wczuli się w osobowość chytrego, cynicznego i podstępnego Lisa (Grzesiu G. czy Jacek M.), krzykliwego – podskakiewicza Koguta (Wojtek D.) W „Serenadzie” oglądaliśmy prześmieszny trójkąt KUR – Kury Blond- udającej przymilną i naiwną (Edyta W.), Kury – Bruny (Czarnej ) w wykonaniu Kasi L. – filozofki i psycholożki rozgryzającej męskie potrzeby przebiegłego Lisa i Kurę Rudą (Natalię M.)- rozwrzeszczaną, zazdrosną, psującą całą koncepcję planu swoich kurzych sióstr.

Kurnik w „Serenadzie” Mrożka i trzy Kury- Bruna, Ruda i Blond. Na górze- Kogut-właściciel.

Sztuka najbardziej komediowa ze wszystkich, które graliśmy, choć i w wielu innych nie zabrakło scenek, przy których widzowie niemal „pękali ze śmiechu”.

Każdy z aktorów potrafił i śmieszyć do łez i być bardzo dramatyczny, wzruszający do łez. To był naprawdę dobry zespół. Czasem oglądam na YouTube scenki z różnych innych teatrów i teatrzyków i stwierdzam z całą radością, że nie mamy się czego wstydzić jako zespół aktorski. Czasem lepiej czasem gorzej,  ale nigdy nie było źle😊

Ojciec grał z synem (scenka w „Kabarety, Kabarety” – Jacek i Wacek M.) , brat z bratem – „Zemsta” – Grzesiu i Lukas G.), rodzeństwa śpiewały razem piosenki.  Jasiu i Kasia K. wielokrotnie. Szczególnie zapamiętałam ich piosenkę w przedstawieniu „Przechadzki- o Krakowie” pt. „Jak te konwalie, jak bzy albo bez”.

Posyłają słowa tej piosenki Piotrowi Skrzyneckiemu, prosto do Nieba wraz z pogłosem dopowiadanych słów jego przyjaciela Jana Nowickiego (Wacek M.)

To przedstawienie było dla mnie dużym emocjonalnym wyzwaniem. Powstało zainspirowane książką „Między Niebem a Ziemią” autorstwa J. Nowickiego, którą kiedyś otrzymałam od mojej krakowskiej przyjaciółki Niny. W dedykacji napisała: „Nadrabiaj zaległości. Słuchaj, czytaj, może wchłoniesz te czasy, ich wspaniałą atmosferę”. I pomyślałam, że muszę wrócić jeszcze raz do Krakowa, do czasów mojej młodości. Tak powstały „Przechadzki – o Krakowie”. Część pierwsza to krakowski Rynek, wesołość, Zielony Balonik, koloryt tego miasta. Część druga – Piwnica Pod Baranami, jej „dusza” – P. Skrzynecki i wszyscy, którzy w tamtych czasach stanowili o piwnicznej sławie i jej największych wartościach. Dzięki tej książce i słowom dedykacji Niny stworzyliśmy piękne wspomnienie o najpiękniejszym polskim mieście.

A później po latach dodaliśmy smaczek warszawski, bo przecież zawsze jak Kraków to i Warszawa, nie mogłoby być inaczej!   I tak powstała sztuka „Warszawa mojej Mamy”. Warszawa to miasto Beatki, więc dla równowagi między nami i balansu w Polonii: Kraków czy Warszawa? zadowoliliśmy i tę drugą stronę😊 Odezwały się głosy: a co z Gdańskiem? (ja także uwielbiam to miasto), ale nie uległyśmy już żadnym miejskim pokusom, nie licząc zwykłej miejskiej ulicy, czyli sztuki  „Chłopcy z naszej ulicy”. Ale tu już raczej zauroczył nas temat facetów niż miasta..  

Ciekawą i inną formą wypowiedzi scenicznej były dwa happeningi. Pierwszy wymyśliłyśmy jako dodatek do jednoaktówki, żeby przedstawienie nie było za krótkie i był to happening „kontrolowany”. Młodzież przedstawiała się widzom w krótki i dowcipny sposób, potem dodali jeszcze drobne wywiady pomiędzy sobą – w sumie wyszło wesoło i zarówno aktorzy jak i widzowie bawili się znakomicie. A przy okazji każdy z aktorów mógł się przedstawić i powiedzieć o sobie to, co naprawdę chciałby ujawnić swoim widzom.

Drugi happening był dla mnie i dla widzów całkowitą niespodzianką. Przygotowali go aktorzy pod „wodzą” Kasi L. i Grzesia G. Była to bardzo groteskowa i śmieszna kompozycja podziękowań, mieszanina wspomnień widzianych oczami aktorów z naszej wspólnej pracy, złożona z fragmentów cytatów, które aktorzy szczególnie polubili. I na koniec otrzymałyśmy z Beatka piękną pamiątkę – tablicę ułożoną ze zdjęć i z podpisami wszystkich aktorów obecnych wtedy na scenie. Do dziś wisi na ścianie w moim domowym kąciku teatralnym i stanowi jedno z piękniejszych wspomnień tamtych lat.

Długo mogłabym jeszcze pisać.. Ten temat teatralny wydaje się niewyczerpany. I pewnie znów za tydzień – dwa powróci tu.

Tyle na dziś. Jak w piosence do Piotra S:

„Wpadnij pan choć na pół papierosa,
Na uśmiech, słowo, brzęknięcie, szept.
Bo my umieramy tutaj bez pana..”

Tak ja muszę wpadać czasami we wspomnienia teatralne, by nie umierać – bez oddechu tamtych dni..


BACK

Kolekcjonerstwo czy zbieractwo?

4/27/2021    

„Jak zwał, tak zwał” – bardzo mi się to powiedzonko spodobało, choć dla mnie jest dość nowe, wychwyciłam je nie tak dawno w polskich filmach czy powieściach.

I postanowiłam dziś porozmyślać sobie na temat tego, co w mojej głowie jest kolekcjonerstwem a co zwykłym zbieractwem. Jak wiadomo, choć może nie wszystkim, problem wkracza na dość poważne i głębokie wody psychologiczne i sięga w kręgi zdiagnozowanych chorób psychicznych. Jeśli bardzo chcecie i potrzebujecie takich informacji, odsyłam do „wujka Googla” – jak mawia moja Internetowa Guru – Ania, tzn. Ania by mnie odesłała do GOOGLE, ale mnie się gdzieś kiedyś spodobało to określenie „poczciwy wujek Google”. Dla laików takich jak ja, brzmi całkiem fajnie 🙂

Sięgnę do rozważań na własnym rodzinnym podwórku, bo śmieci w tym względzie mam wystarczającą ilość, codziennie i przez wszystkie minione lata. Niech podniesie rekę ten, kto w swoim życiu  czegoś NIE zbierał!  Nie ma chyba wśród nas takiej osoby. Dzieci zbierają wokół swojego łóżeczka kochane miękkie pluszaki, wszelkiego koloru wielkości, miękkości, bo „przytulanki” to nasze pierwsze kolekcje, z którymi przez długie lata nie chcemy się rozstać, choć rozumiemy, że kurzu w nich coraz więcej. I misiowi ucho już odpada, a konik stoi tylko na trzech nóżkach…  Na pierwszych wakacjach nad morzem zbieramy muszelki i wracamy z workiem pełnym muszelkowych skarbów wciąż wypełnionych nadmorskim  piaskiem i resztką wysuszonych glonów. Po latach wyciągamy z szuflady tę pamiątkę i z rzewnym wspomnieniem zastanawiamy się – wyrzucić już czy może dopiero jutro?  W szkole zbieraliśmy znaczki – przynajmniej w moich czasach szkolnych było to ulubione hobby zarówno chłopców jak i dziewczynek. Jakie to było trudne i ambitne zadanie, zdobyć znaczek zagraniczny! Ze Związku Radzieckiego, NRD albo Czechosłowacji. A jak już ktoś miał  znaczek jakiegoś państwa z Zachodu albo z Ameryki, to już był niekoronowanym królem! Mógł wymieniać się, narzucać „cenę” wymiany, dyktować warunki.

Posiadanie pięknego albumu, porządkowanie go, wymyślanie sposobu, który byłby najbardziej imponującą i zaskakującą kolegów „szkołą” układania i segregowania znaczków – to była gra towarzyska tamtych młodzieńczych czasów.

Podobnie było z widokówkami. Ja osobiście miałam ich wielką kolekcję. W tamtych czasach ludzie mieli piękny zwyczaj wysyłania do siebie wzajemnie pozdrowień z wyjazdów, z wakacji, z wycieczek w postaci kilku słów zapisanych na widokówce. Ambicją każdego było znaleźć widokówkę ładną ciekawą, charakterystyczną dla danej miejscowości, kolorową (co wcale wtedy nie było takie oczywiste i proste). A jeśli jeszcze udało się dostać widokówki od kogoś z rodziny czy znajomego podróżującego zagranicę to już była wielka zdobycz!

Przechowywałam te widokówki przez lata, także w specjalnym albumie. Uwielbiałam je oglądać sama i z koleżankami. W przeciwieństwie do znaczków, widokówkami nie wymienialiśmy się. Widokówki były bardzo personalne. Miały przecież tekst na odwrotnej stronie, datę wysłania, a więc stanowiły także pewien element historii. Nie mam pojęcia co stało się z moimi widokówkami, kiedy przestałam je zbierać, gdzie się zapodziały..  Jak większość „świata młodości”, pewnie umarły śmiercią naturalną, gdy ich czas się skończył.

A szkoda..  No właśnie – czy szkoda? Moje albumy z widokówkami były kolekcją, którą zbierałam, pielęgnowałam, lubiłam, podziwiałam i byłam z niej dumna. Gdybym je przechowywała tylko po to, by przechować.. stałyby się zapewne „zbieraniną” starych widokówek. A tak – były piękne i istotne dla mnie, były moją własną kolekcją. Miały wartość – uczyły mnie porządku, pokazywały nowe zakątki kraju i świata, których być może nigdy potem w rzeczywistości nie widziałam. 

No to sobie troszkę powspominałam o kolekcjonowaniu i zbieraniu w czasach dzieciństwa i młodości, a teraz już będzie trochę na poważniej. Ludzie zbierają wszystko! Dosłownie wszystko! I w każdej możliwej ilości. I wcale nie jest powiedziane, że kolekcja tysiąca breloczków jest okazalsza niż kolekcja dwustu pięćdziesięciu par butów albo stu dwudziestu samochodów. Nie liczba jest tu ważna. Ważne jest poczucie, co dla zbierającego jest kolekcją. Są rzeczy bardzo drogie, wartościowe, jak obrazy, samochody, biżuteria i te będzie zbierać ktoś, kto może sobie na taką kolekcję pozwolić finansowo. Być może kosztem wielu innych rzeczy czy bliskich osób, ale wiadomo, że taka droga kolekcja nie będzie dostępna dla każdego. Jest też kwestia organizacyjna – pomieszczenie, czas, sposób zdobywania itd. To także częściowo ogranicza takie kolekcjonerstwo.

Są kolekcje, które potrzebują tylko pomysłu i pasji i chyba takich jest najwięcej na świecie. Kapsle od butelek, breloczki, klucze, torebki papierowe, ulotki z np. linii lotniczych, piórka egzotycznych ptaków – i Bóg wie co jeszcze!  Naprawdę wszystko!  Znam osobę, która zbiera piękne porcelanowe filiżanki i układa je.. w łazience! Nie jest to przesadnie wielka kolekcja, ale prezentuje się bardzo ładnie. Żadna filiżanka się nie powtarza, każda ma swój własny wyjątkowy wzór.

Ta książka ma już ponad 45 lat, odbyła długą podróż z Polski do Stanów i wciąż jest w naszej bibliotece domowej jak wiele innych pozycji z tamtych czasów.

W moim domu, w czasach lat 70-tych i 80-tych, kiedy bardzo trudno było kupić książki w księgarniach,  jak większość humanistów pracujących na uniwersytecie, zbieraliśmy wszelkie dostępne książki wydawane legalnie i nielegalnie, od książek o teorii literatury, którymi wtedy fascynował się mój mąż i jego „grupa” do literatury pięknej tj. „Archipelag Gułag” Sołżenicyna, „Rok 1984” G. Orwella czy innych tego typu istotnych dla tamtych czasów pozycji. Nasza biblioteka liczyła około pięciu tysięcy książek, co jeśli dziś uświadomimy sobie wielkość polskich dawnych mieszkań, półki z książkami stanowiły po prostu ściany pokojów. Każda najmniejsza przestrzeń ściany była potencjalnym miejscem na nowe kolejne książki. I co ciekawe, mój mąż, jako rusycysta i teoretyk literatury, w tamtych czasach pisał doktorat z twórczości  Michaiła Zoszczenki, często wyjeżdżał do Moskwy albo Leningradu (dziś Petersburga) i tam w księgarniach rosyjskich kupował… polskie książki za naprawdę niewielkie pieniądze. A pieniędzy rosyjskich na stypendium mu nie brakowało. Takie to były anomalia tamtych dziwnych czasów!

Wśród naszych przyjaciół kolekcjonowanie książek nie było niczym nadzwyczajnym. Niewiele rzeczy mogliśmy wtedy „mieć” – książki były jedną z podstawowych i najważniejszych ambicji, by je posiadać. Nie dom, nie auto, nie wyjazdy zagraniczne, choć powoli światełko w tunelu zaczęło rozbłyskać – ale to, co uważaliśmy za najpotrzebniejsze i najambitniejsze tamtych czasów – książki i wiedzę.  Problem zaczął się dopiero w momencie, gdy wiedzieliśmy już, że najprawdopodobniej zostaniemy w Stanach na dłużej i w 1996 roku zdecydowaliśmy się sprzedać nasze polskie mieszkanie. Co zrobić z taką ogromną i ważną dla nas kolekcją? Długo myśleliśmy, przewidywaliśmy różne rozwiązania, toczyliśmy rozmowy i przymiarki. Były to jeszcze czasy, kiedy nie było ograniczeń wagowych i można było przywozić do Stanów po dwie duże i ciężkie walizki, trochę więc najważniejszych i najbliższych sercu książek dowieźliśmy do Houston sami. Ale to tylko była mała cząstka. W końcu po długich rozmowach udało nam się dogadać z biblioteką Rice University, iż oni przejmą część książek rosyjskich z naszej domowej biblioteki za cenę przesłania ich kontenerem drogą morską. W ten sposób duża część naszej kolekcji wciąż jest dostępna na półkach uniwersyteckich Rice w dziale literatury rosyjskiej, a my mogliśmy trochę z naszej kolekcji przesłać do Houston i zatrzymać w nowym miejscu zamieszkania. Reszta trafiła do domów przyjaciół lub bibliotek w Polsce. Tym sposobem wciąż na półce stoi kilka ukochanych zachowanych pozycji z mojego dzieciństwa i młodości jak „Ania z Zielonego Wzgórza”, „Ten Obcy” czy „Beethoven i dżinsy”. Dziś znów mamy pokaźną bibliotekę, choć czasy zmieniły się bardzo, wszyscy czytamy książki w internetowych wydaniach na różnych aplikacjach, sprowadzamy je wirtualnie i już nie kolekcjonujemy w takich ilościach jak kiedyś. Co wcale nie znaczy, przynajmniej dla mnie, że zrezygnowałam z posiadania i zbierania książek, które są dla mnie ważne i chcę je mieć.

Nasze największe dwie kolekcje domowe związane są z moim mężem i jego pasją. Szczególnie ta NASA-owska. Mój mąż od ponad dwudziestu lat uczy amerykańskich a także innych narodowości astronautów języka rosyjskiego i przygotowuje ich do współpracy językowej na stacji kosmicznej z rosyjskimi kosmonautami. Jest to program wielopoziomowy, trwa i rozwija się przez wiele lat i na różnych płaszczyznach. Od samego początku mój mąż jest zafascynowany swoją pracą i ludźmi, z którymi pracuje. Śledzi każdą wyprawę, każda załogę lecącą na International Space Station i przy okazji kolekcjonuje wszystkie plakaty z podpisami załóg od początku pierwszej ekspedycji. Jego gabinet do pracy jest więc już dziś swoistym muzeum, a kiedyś na pewno będzie mieć dużą wartość historyczną. Niewiele jest osób, które tak starannie i solidnie układają, hołubią i dbają o tę wyjątkową kolekcję.

Ciężko było ostatnio, gdy malowaliśmy dom, bo zabezpieczenie i przeniesienie i umieszczenie na nowo na ścianach tych plakatów było prawie „rozwodową zawieruchą”, ale jakoś sobie poradziliśmy.

Rodzina i przyjaciele są już przyzwyczajeni do ekscentrycznego wyglądu ścian domowego biura tuż po wejściu do naszego domu, ale dla osób, które wchodzą tu pierwszy raz stanowi to często nie lada zaskoczenie. I wtedy zaczyna się ulubiona część „satysfakcji” mojego męża – opowieść o tym, co to jest, kto to jest itd… mógłby bez końca, każdemu z osobna i wszystkim razem 😊

Moją ulubioną kolekcją, którą też już dawno wymyślił sobie mój mąż ale i ją bardzo polubiłam jest nasza kolekcja krów. Krówek, króweczek. Krowy to bardzo ładne zwierzęta, powolne, cierpliwe, patrzące na świat poczciwymi oczami. Działają na człowieka w taki.. uspokajający sposób. Oczywiście nasza kolekcja jest różnokolorowa, krowy nie są zbyt realistyczne, ale wszystkie są piękne i każda jest inna! Zrobione z przeróżnych materiałów – drewna, szkła, porcelany, gliny, masy plastycznej. Mają bardzo wymyślne pozycje i kształty. Miny i spojrzenie i artystyczny przekaz. Jakże zaskakująca jest inwencja i wyobraźnia twórców, że krowa może człowiekowi kojarzyć się z tyloma sytuacjami i momentami życiowymi człowieka. Krowy dotarły do nas z różnych przedziwnych miejsc i dalekich krajów i wielu przyjaciół dołożyło się do tej kolekcji. Jest krowa uśmiechnięta i wystawiająca język, krowa w kolorowe paski i tradycyjna łaciata, krowa przewracająca oczami i krowa astronautka. Jest krowa narciarka i krowa, która lubi napić się czerwonego winka. Krowa krakowska i krowa amerykańska. I taka co przyleciała z Peru i co przyleciała z Hiszpanii. Krowy – „baby” i krowy duże. I nawet dorodny dumny byk się znalazł!

Kiedyś mieściły się wszystkie na kominkowej półce, ale kilka miesięcy temu uznałam, że nasze krówki zasługują na bardziej centralne miejsce i zaplanowałam dla nich półki na ścianie w głównym pokoju.  Teraz widzimy je niemal w każdym momencie, nawet z otwartej części kuchni. Są jak domownicy i bardzo je lubimy. Kolekcja jest nasza a może nawet bardziej mojego męża, ale dbanie o czystość krówek, odkurzanie półek i od czasu do czasu układanie ich na nowo, żeby się nie znudziły zawsze w jednakowym szeregu, należy tylko do mnie. No cóż.. ktoś musi być od „brudnej stajennej roboty”😊

A reszta „kolekcji” domowych.. hmm – to już tylko zbieranina tysiąca plątających się śmieci w domu. To mnóstwo papierków, kartek, pudeł z papierami sprzed 2-15 lat, które mój mąż przechowuje „kolekcjonuje” czyli po prostu NIE wyrzuca, nie porządkuje, nie czyści i udaje, że coś zbiera. To są czasem naprawdę bardzo dziwne Rzeczy, dla których rozsądek nie potrafi znaleźć logicznego uzasadnienia, dlaczego je przechowujemy, dlaczego nie wyrzucamy ich do kosza od razu albo nie przekazujemy ich dla organizacji charytatywnych, które zajmują się rozprowadzaniem takich rzeczy dla ludzi potrzebujących. Psychologia podpowiada naukowe uzasadnienia takiego zachowania – bo czujemy się bezpieczni kiedy mamy wokół siebie „rzeczy”, bo lubimy otaczać się  ładnymi czy wygodnymi przedmiotami, bo mamy do nich sentymenty, bo myślimy: „ może mi się to przyda później?”.. Albo po prostu – z wygody, nie-podejmowania decyzji i z lenistwa do jakiegokolwiek działania.

Z własnych doświadczeń domowych stawiam na lenistwo podejmowania decyzji o zmianach, o ruchu czegokolwiek wokół. Najwygodniej po prostu – mieć. Tak więc nasze szafy, szuflady, półki, garaże, strychy pełne są tysiąca starych zapomnianych przedmiotów, mebli, pudeł z dziwnymi całkowicie nieprzydatnymi od lat częściami, papierami itp. Mój mąż jest mistrzem świata w zbieraniu takiego bałaganu. Od lat walczę, po cichu wyrzucam co się da, ale to trochę jak „walka z wiatrakami”.  Jest tego „badziewia” znacznie więcej niż ja nadążam z pozbywaniem się go.

Za to ja należę do osób uporządkowanych, wyznających zasadę, jeśli czegoś nie używam przez rok czy dłużej a dana rzecz, ubranie czy cokolwiek jest w dobrym stanie, chętnie przekazuję je innym, wierząc, że ktoś drugi będzie to używał i będzie z tego zadowolony. Mniej więcej co dwa miesiące pakuję worek dla „Purple Heart” albo podobnej organizacji dobroczynnej i oddaję potrzebującym. Dawno temu w Polsce, pod koniec lat 70-tych i na początku 80-tych,  otrzymywaliśmy od przyjaciół i znajomych z Niemiec i Holandii paczki z rzeczami codziennego użytku i z jedzeniem dla małych wówczas dzieci. Nigdy im tego nie zapomnę, jak bardzo pomogło nam to żyć w tamtych trudnych latach. Zawsze czuję, że oddaję pewien dług, gdy teraz ja mogę pomóc innym i podzielić się tym, co mam w nadmiarze. Rzeczy są przecież tylko czymś nabytym „na chwilę”, nie muszą pozostawać z nami na zawsze.

Przywiązuję się tylko do drobnych elementów, które wiążą się dla mnie z ważnymi ludźmi, ze słowami zapisanymi w kartkach urodzinowych, z książkami, które wstrząsnęły moim sercem, filmami, które chcę mieć blisko. . Takie rzeczy mam. Trzymam blisko siebie. To z pewnością nie jest zbieractwo. Pewnie też nie jest kolekcjonerstwo. To emocje.

Ale to już odrębny temat na „pogadanie” o tym..


BACK

Motylem byłam..

4/21/2021

Jesteśmy jak motyle. Przez całe życie lecimy pędzimy, raz wysoko wprost do nieba, do słońca blasku. Innym razem przysiadamy na kwiatku, na kamyku, zatrzymujemy się posmakować chwili, zapamiętać ją na zawsze. Jeszcze jutro pofrunę tam, gdzie nie byłam nigdy, może spotka mnie coś pięknego..

Mam duszę lekką, marzenia, które unoszą mnie na skrzydłach, bo motyl taki jest.. Lekki, kolorowy, delikatny. Piękny.

Kiedy byłam młoda myślałam, że tak będzie zawsze. Bo młodość ma to dane, że wierzy w swoją nieprzemijalność. Kiedy trwa, jest „na zawsze”. Tańczy każdego dnia – w realnym życiu, w marzeniach i tysiącach planów na przyszłość.

Każdy był kiedyś młodym. I zdrowym. I pięknym. I nie mam zamiaru pisać tu nowej bajki. Wiem, że ludzie miewają czasem młodość ciężką, bo trafiają w swoim życiu na trudny czas, na zło, którego sobie nie wybierali.

Moja młodość przypadła na czasy komuny, której większość naszych rodziców nienawidziła (mój tata, w domu,  nie rozstawał się z małym przenośnym radiem przyłożonym do ucha słuchając niemal bez przerwy skrzeczących zagłuszanych wiadomości zakazanego radia Wolna Europa). Ale mimo czasów biednych i wielu ograniczeń politycznych, braków w sklepach, przepisów, do których z niechęcią musieliśmy się wszyscy stosować – my młodzi żyliśmy radośnie i wesoło.

Pamiętam, że przynajmniej dwa-trzy razy w tygodniu w telewizji wyświetlano jakiś film o tematyce wojennej. Nie jestem z pokolenia urodzonego w czasie II wojny, ale obraz tych filmów na długo ukształtował we mnie strach, że wojna powróci i nasze życie będzie znów pełne niepewności i bomb lecących z samolotów pod niebem.  A przecież – być młodym, to znaczy być lekkim jak motyl. Oprócz lat harcerskich, które na pewno zdominowały moje poglądy i nauczyły mnie wiele dobrego, praktycznego, żyliśmy radością pojedynczego dnia. Robiliśmy głupstwa, kochaliśmy się, mieliśmy swoje duże i małe problemy, chodziliśmy na prywatki, tańczyliśmy słynnego Rock and Rolla i Motylka i Twista.  Byłam w siódmej klasie szkoły podstawowej, gdy zaczęłam uczestniczyć w zajęciach kółka geograficznego. Prowadził te zajęcia starszy pan (a może mi się tylko tak wtedy wydawało?), odbywały się one w sobotę po lekcjach ok. godziny 13-tej i najpierw był zawsze jakiś referat, wykład na temat bardzo „geograficzny”, potem dyskusja-komentarz, a potem… szybko składaliśmy  krzesła na bok pod ściany klasy, włączaliśmy magnetofon i odbywały się zajęcia z tańca.

Nie mam zdjęcia z naszych pierwszych „kursów tanecznych” ale za to mam migawkę z niedzielnych wycieczek z naszym nauczycielem geografii i.. tańca

Wszystko pod okiem naszego nauczyciela, który udzielał nam trochę instrukcji, trochę zachęty, bo w końcu nie łatwo było namówić 13,14-letnich chłopców do tańczenia z dziewczynkami. To były moje pierwsze kursy tańca i moja pierwsza nieśmiała sympatia.. Chłopak, z którym byliśmy parą do końca podstawówki i jeszcze trochę w liceum. Za to w niedziele nasz nauczyciel często, jak tylko dopisywała ładna pogoda, zabierał nas na wycieczki w najbliższe okolice Krakowa. To były wyjątkowo edukacyjne i socjalne zajęcia pozalekcyjne. I wyjątkowy nauczyciel, którego zapamiętałam do dzisiaj. 

W harcerstwie też urządzaliśmy różne potańcówki, zazwyczaj związane były z jakimiś okazjami jak „Andrzejki” albo zabawa karnawałowa. Uwielbiałam tańczyć i muszę przyznać, że byłam w tym niezła. No i na brak  powodzenia nie mogłam narzekać. Wokół zawsze dużo chłopców. Nawet czasem wynikały z tego kłopoty i dylematy wyborów. Jak to w młodości, kiedy ciężko zdecydować się co się chce, a chciałoby się wszystko 😊

Motyl przecież fruwa lekko i zmienia miejsca i marzy co chwilę o nowych doznaniach i wrażeniach…

Dobrze pamiętam moją własną studniówkę. Piszę „własną”, bo kiedy pracowałam jako nauczycielka polonistka uczestniczyłam w kilku studniówkach, a nawet je z uczennicami organizowałam. Studniówka, czyli bal szkolny organizowany na sto dni przed maturą, po którym to już uczeń powinien tylko skupić się na książkach i wkuwaniu wiedzy, w moim liceum miał dość konserwatywne zasady. Po pierwsze – musiał odbyć się na terenie szkoły czyli w auli, na tę okazji specjalnie udekorowanej przez komitet rodzicielski i dodatkowy tłum pomocników. Po drugie – nie wolno nam było wprowadzić nikogo z zewnątrz szkoły czyli nie było szansy przyjść ze swoim chłopakiem, dziewczyną. Musieliśmy się bawić w gronie  wszystkich klas czwartych – maturalnych (mieliśmy ich aż sześć). Po czterech latach znaliśmy się wszyscy dobrze, dziewczyn było więcej, mieliśmy już po 18-19 lat- hmm.. nie byliśmy zachwyceni takimi restrykcjami towarzyskimi.  Mój ówczesny chłopak (a obecny mąż) też nie. Musieliśmy być ubrani na biało-czarno.

Jedyne zachowane studniówkowe zdjęcie. Wybory Miss Klasy Maturalnej.

Długo kombinowałam, co by tu zrobić, żebym nie musiała założyć tradycyjnej czarnej spódnicy (jedne miały całkiem długie, inne mini, ale to było w „Sobieskim” dość dużym ryzykiem, nawet na studniówce) i białą bluzkę, nawet jeśli miałaby to być najbardziej wyszukana i strojna. W końcu – już nie pamiętam kto i gdzie, ale pożyczyłam sukienkę czarną i małe białe „kosteczki” z białą  strojną falbaną przy dekolcie. Była naprawdę piękna i taka.. inna. I najważniejsze, nikt się nie przyczepił, że jest „niewłaściwa” 😊  No i całą studniówkę obsługiwali nasi rodzice, co wiązało się z pilnowaniem nas na każdym kroku. Mnie to akurat nie przeszkadzało, bo choć muzyka była z magnetofonu (chyba nic innego wtedy nie było? Może jakieś nagłośnienie, nie pamiętam) bawiliśmy się znakomicie!  I był też konkurs na Najładniejszą Koleżankę – Maturzystkę, co według zasad konkursu sprowadziło się do tego, że wygrała ta, która otrzymała najwięcej punktów za różne odpowiedzi w poszczególnych częściach konkursu i oceniali swoje koleżanki koledzy z klasy, siłą braw i siłą głosu (oj, było bardzo bardzo głośno!.) W ten sposób wygrała wcale nie najładniejsza z nas, ale na pewno najpopularniejsza i na pewno bardzo lubiana. Ja – tu się pochwalę, zostałam wicemiss, co do dziś bardzo mnie satysfakcjonuje. Studniówka miała jeszcze jedną fatalną restrykcję – miała się zakończyć o 22:00, co od początku uważaliśmy za oburzające i wstydliwe przed wieloma innymi liceami krakowskimi. Na szczęście zabawa była „grzeczna”, rodzice pilnowali i udali się razem z uczniami w delegacji do dyrektora szkoły, który uprzejmie ustąpił i zgodził się przedłużyć naszą studniówkę do 23.30 czyli udało się prawie do północy 😊

Od pierwszego balu dziecięcego do studniówek i balów młodości

Potem, każda następna studniówka w „Medyku”, choć nie moja, była dla mnie też dużym przeżyciem. Lubiłam je organizować, często przygotowywałam z uczennicami program kabaretowy, konkursy, niespodzianki. I zawsze bawiłam się na nich znakomicie. Z uczennicami, z ich partnerami (zdecydowanie byliśmy bardziej tolerancyjną szkołą,  dziewczyny mogły przyjść z osobami towarzyszącymi), z moimi kolegami z pracy. Zabawa towarzyska, taniec zawsze były radosną częścią mojego życia.

Młodość powoli mijała, lata dodawały się każdego roku. Jak wszystkim wokół.

Ale życie ma to do siebie, że skrzydełka motyla są lekkie i zawsze mogą latać.  Nigdy nie byłam osobą specjalnie usportowioną ani zainteresowaną sportami. Ot, tak, jak każdy przeciętniak. Lubiłam piłkę nożną, ale tylko gdy były to Mistrzostwa Europy albo Świata, lubiłam mistrzostwa jazdy figurowej na łyżwach czy lekkoatletykę. Ale – bez nadmiernego entuzjazmu. Tyle, o ile sprawiało  mi to przyjemność estetyczną oglądania no i oczywiście gdy wzbudzało we mnie poczucie patriotyzmu, jeśli na podium znaleźli się Polacy.

 W szkole lekcji gimnastyki nie lubiłam, bo kto ją lubił. Były nudne i większość czasu robiło się smętne ćwiczenia albo ostatnie 15 minut graliśmy w piłkę.. właściwie nie wiadomo jaki to miał być rodzaj gry. Unikaliśmy więc tych lekcji jak się dało. Niestety – efekty fizyczne i zdrowotne polskiej młodzieży tamtych czasów nie były najlepsze.

Gdy przyjechałam do Ameryki od początku obserwowałam, na przykładzie moich dzieci wówczas będących w klasie – Kasia ósma, Jacek piąta, jak działa szkoła amerykańska i jak inna jest od polskiej, szczególnie w sprawach sportu. Mój syn miał to szczęście w Polsce, że nasz bardzo dobry przyjaciel  Andrzej był trenerem piłki nożnej młodzików w klubie sportowym i choć Jacek był za młody na uczestnika tej grupy, to Andrzej często zabierał go ze sobą i Jacek miał naprawdę dobre podstawy techniczne i kondycyjne, nawet jako 11-latek. Co zresztą po roku zaowocowało tutaj wielkim niesamowitym wydarzeniem, bo to właśnie Jacek został zauważony na boisku podczas jednego z meczów szkolnych przez trenera z Awty International School, dzięki któremu  znalazł się w tej szkole, a po latach skończył ją z dużym sukcesem naukowym i sportowym. To w konsekwencji zaowocowało jego dalsza karierą zawodową i  w jakiś sposób naznaczyło miejsce, w którym dziś w życiu się znajduje. Dziś jego drogę naśladuje i kontynuuje syn Kasi – też jest zapalonym piłkarzem, też uczy się w Awty School i  mam nadzieję, że dwójka moich pozostałych wnuków podobnie jest sportowo uzdolniona a przede wszystkim po prostu lubi ruch i sport!

Moja rodzina naprawdę sportowo i ruchowo rozwinęła skrzydełka „motyla” tu w Ameryce. Moja córka ćwiczy niemal codziennie, biega w tak poranno-wczesnych godzinach, że dla mnie to prawie dopiero pora do położenia się spać 😊, Lukas uwielbia Tae Kwon Do, biega podobnie jak jego mama, teraz gra tez w piłkę nożną, Christoph przebiegł już 25 pól- maratonów z  Mamą, realizując konsekwentnie ambitny plan  „50 pół-maratonów w 50 Stanach”, gra w drużynie szkolnej piłki nożnej i trenuje biegi przełajowe, a najmłodszy Jackowy syn – Chase lubi baseball, piłkę nożną, amerykański football i wie o sportach w teorii już  tyle ile co najmniej jego tata. A mój „mąż – staruszek” też ma na koncie sportowym niezły „amerykański dorobek” – dwanaście rajdów rowerowych MS 150 z Houston do Austin i cztery maratony we wszystkich dużych miastach Texasu: w Houston, Austin, Dallas i San Antonio. I wszystko to w powiedzmy.. średnim wieku.. po 50-ce!  Często im w tych wyczynach towarzyszył mój zięć Bill, a ja – cóż- byłam jako zaplecze organizacyjne: dowieźć, przywieźć, wiwatować, „babciować” z dziećmi, cieszyć się, że mam taką rodzinę! Motyle fruwają różnie, raz wysoko a raz niżej, raz samotnie a innym raz wokół najbliższych. Ale ciągle są w ruchu. Skrzydełka wciąż pracują.

Teraz, gdy już motyl zwalnia swój lot, obserwuje innych i zachwyca się wzlotami pięknych motyli obok siebie. Trudno jest opowiedzieć swojemu młodemu wnukowi, co skacze wokół mnie jak nieokiełzana kózka, że lekkość motyla po latach życia zmienia się, bo taka jest natura. To nie niechęć czy lenistwo. To naturalna kolej rzeczy, wymiana pokoleń i przemijanie. Jak wytłumaczyć  wnukowi, że moje ciało składa się z tysiąca dodatkowych cząstek, o których on na szczęście jeszcze nie wie i nie będzie wiedział długo. Bo ja też kiedyś o nich NIE wiedziałam.. Kiedy moja mama schodziła codziennie, czasem nawet kilka razy, ze schodów w naszej starej krakowskiej kamienicy z drugiego piętra (a były bardzo wysokie) i była niemal skatowana bólem kolan, ja – młoda dziewczyna nie mogłam zrozumieć, jak mogą boleć kolana przy schodzeniu w dół?  W górę po schodach, to jeszcze było zrozumiałe, ale w dół?.. Dziś rozumiem to bardziej niż dobrze. Ale dziś już nie mogę jej tego powiedzieć, że wiem jakie to cierpienie.  Dziś moje ciało jest uparte i odzywa się do mnie niemal codziennie rano – coś tam strzyka, coś tam boli, coś uciska, coś przeszkadza.. Nie lubię tego! Nie poddaję się. Bo serce jeszcze wciąż jest motylem.

I choć dziś powinnam powiedzieć – jak kiedyś moja koleżanka z grupy na studiach, dość obszernej tuszy, ale za to ze świetnym poczuciem humoru, gdy czekaliśmy ogromnie zestresowani pod drzwiami na egzamin z gramatyki historycznej, żeby nas rozbawić i nieco odstresować podśpiewywała sobie: „Motylem byłam, ale utyłam..”😊  bo to, niestety, prawda nieprzyjemna ale prawdziwa.  Ale powiem też, motylem wciąż jestem, skrzydełka chcą latać i:  

„pofrunę, gdzie nie byłam jeszcze,
dzień minął już, a ja pragnę usiąść – tu i tam.. „


BACK

Pokoleniowa układanka

4/19/2021  

Gdybym chciała opowiedzieć o przekazywaniu pałeczki pomiędzy pokoleniami w naszej rodzinie, to opowieść musiałaby być co najmniej wielopiętrowa, nawet w obrębie jednego pokolenia. Nie znam dokładnie rodzinnego drzewa genealogicznego ze strony taty, ale pamiętam dużo historyjek i wspomnień, które opowiadała moja mama i jej duża rodzina w większości zamieszkująca w Gdańsku. Odkąd sięgam pamięcią Gdańsk był drugim moim rodzinnym domem. Mimo, że mieliśmy bliską rodzinę w Krakowie i utrzymywaliśmy z nimi kontakty, to w moim sercu gdańska rodzina stanowi  silną platformę wspomnień,  więzi i niepodważalnych do dziś korzeni.  Moja mama pochodziła ze wschodu Polski, z biednej wielodzietnej rodziny, jak to zazwyczaj bywało w tamtych czasach. Dziadek był kościelnym, zawód który chyba już dziś nie istnieje, a babcia prowadziła dom i rodziła każdego roku kolejne dziecko. Nie wiem jak się z tego utrzymywali, ale jakoś to funkcjonowało, nie pamiętam, żeby mama narzekała specjalnie na wielką biedę. Dzieci było dużo, gdy któreś dorastało dokładało „cegiełkę” do rodzinnego budżetu w różnoraki sposób. Najstarszy syn, wujek, którego nigdy nie poznałam, zginął tragicznie pozostawiając chyba sześcioro dzieci. Moich najstarszych kuzynów w pierwszej linii, którzy wiekowo są (albo byli) ode mnie starsi o ponad 20-25 lat słabo znałam. Jakby nie patrzeć, jest to „wiek” jednego pokolenia.  Ta jedna rodzina i jeszcze jedna mamy siostra, która nota bene była moją chrzestną matką, mieszkali  w czasie wojny i później w Terespolu, małym miasteczku na granicy polsko-rosyjskiej. Z Terespola cała rodzina oprócz nich przeniosła się po wojnie do Gdańska. W ten sposób to piękne odzyskane po wojnie miasto, stało się naszym miastem rodzinnym.

Do Terespola pojechałam tylko dwa razy w życiu. Pierwszy raz, gdy miałam osiem lat moja chrzestna matka uparła się gościć mnie u siebie na wakacje. Jej mąż przyjechał po mnie do Krakowa. Pamiętam, że mama bardzo solidnie przygotowywała mnie do tej podróży. Miała być długa, pociągiem, z przesiadką w Warszawie. Wtedy mało podróżowaliśmy pociągami, raczej popularniejsze były autobusy, okropnie śmierdzące spalinami, nagrzane w lecie do temperatur tropikalnych, w zimie zaś marznących od środka i cuchnących dymem papierosowym… do dziś nie wiem, jak  mogliśmy to znosić w kilkugodzinnych podróżach. Poza tym mieliśmy już swój samochód, tata zawsze na pierwszym miejscu w dorobku domowym stawiał auto – to był jego „konik” i począwszy od 1958 roku kiedy kupił sobie jakąś „Dekawkę” (DKW) potem już zawsze, przez wszystkie następne lata aż do śmierci  miał jakiś samochód. Przeszliśmy wszystkie etapy polskiego automobilowego rozwoju w Polsce Ludowej, dostępne w tamtych czasach: niemiecka Ifa 8 i 9, P-70 pierwsza polska produkcja niemal cała z plastiku 😊, jakieś czeskie Skody, niemieckie Wartburgi, potem kolejne polskie Syrenki, aż po Maluchy i Fiata polskiego 125. Może jeszcze o czymś zapomniałam, bo kiedyś usiłowaliśmy z bratem to policzyć i wychodziło, że kolekcja zamknęła się ładną liczbą trzynaście. Tak więc krótsze wyjazdy rodzinne odbywały się zazwyczaj samochodem.

 Mama dużo opowiadała o Warszawie i o Pałacu Kultury, którego jeszcze nigdy wcześniej nie widziałam. Mówiła o jego wielkości i o tym, że będę go mogła zobaczyć z okna pociągu. Byłam tak przejęta, że choć było późno w nocy i chyba niewiele kojarzyłam z tej całej podróży, to do dziś pamiętam, że wujek obudził mnie gdy na horyzoncie pojawił się Pałac Kultury, a ja zaspana wpatrywałam się urzeczona i oszołomiona  oświetloną strzelistą budowlą królującą nad miastem. To chyba jedyny raz w życiu, kiedy ten budynek zrobił na mnie takie niesamowite wrażenie! Dzieci tak mają! zapamiętałam go właśnie takim. Był rok 1962.

U cioci w domu w Terespolu było ciasno (a może tylko dziś mi się tak wydaje?..) było mnóstwo mebli starych, z milionem poduszek, falbanek, obrusów z koronek, makatek wiszących na ścianach, i wszędzie walających się robótek ręcznych: na drutach, na szydełku. Ciocia była fryzjerką, zawód dobry w małym miasteczku. Miała dużo swoich klientek, wszystkich znała, a plotek jeszcze więcej niż ludzi.

 No i niestety, była tak przywiązana do swojego porządku świata, że kontrolowała wszystko! Nie wolno było mi usiąść tam, gdzie chciałam, ani przestawić choćby jednej poduszki, ani, nie daj Boże! poplamić serwety na stole albo posypać okruszkiem..

Tortury dla małej 8-letniej dziewczynki!  I jeszcze musiałam jeść wszystko co ciocia ugotowała i dała mi na talerzu, bez względu czy mi smakowało czy nie. Siedziałam czasami godzinę nad śniadaniem i już nie wiedziałam co zrobić, żebym stamtąd uciec, a że byłam „grzeczną” dziewczynką bałam się tupnąć nogą i powiedzieć NIE. Za to ciocia uwielbiała robić mi eksperymentalne „kościółkowe” fryzurki i pokazywać się ze mną w pierwszej ławce na mszy niedzielnej. Dziś wiem, że to wszystko było z dobrego serca i z chęci zorganizowania mi jak najlepszych wakacji, ale wtedy musiał być to dla mnie wielki dramat bo do dziś pamiętam te wakacje jako katorgę a nie wakacyjny luz.  Na szczęście ciocia znalazła mi dwie fajne koleżanki w moim wieku i często z nimi spędzałam czas. Miały taki fajny drewniany domek dla lalek i bawiłyśmy się w dom całymi godzinami.

Po raz drugi odwiedziłam moją chrzestną matkę  i Terespol gdy skończyłam szkołę podstawową. Pojechałam tam znów w porze wakacyjnej, ciocia już mieszkała w nowym domu, który zdążyli sobie wybudować. Był o wiele większy, mniej zagracony, mieścił się w nim też salon fryzjerski cioci. Byłam już starsza, więc nieco bardziej samodzielna, mogłam więc spędzać więcej czasu z kuzynami, dziećmi najstarszego brata mamy. Wszyscy byli dużo starsi ode mnie, właściwie dorośli, ale złapaliśmy dobry kontakt i wtedy właśnie ich poznałam. Najstarsza kuzynka była już mężatką i pamiętam, że miała śliczną dwuletnią córeczkę, którą lubiłam się opiekować. Moje kontakty z tą grupą kuzynów właściwie na tym wakacyjnym spotkaniu się skończyły. Później już tylko bardzo sporadycznie spotkałam niektórych z nich. Wieści o nich i o ich losach docierały do mnie bardzo przypadkowo. Niestety, nie zachowały mi się żadne zdjęcia z pobytu w Terespolu, ani z tamtą częścią rodziny. Nie mam nawet zdjęcia z moją matką chrzestną choć wydaje mi się,że gdzieś pośród zdjęć ślubnych powinnam takie posiadać. Wtedy po raz ostatni ją widziałam. Zaraz po ślubie wyjechaliśmy do Sosnowca i już nigdy więcej się nie spotkałyśmy. Pamiętam, że na prezent ślubny podarowała nam oryginalny samowar rosyjski, który dla mojego męża rusycysty był dużą atrakcją, nawet jeśli nie był wielkim miłośnikiem parzenia i picia herbaty.

Mama i jej siostry a także bratowa (jak siostra!) – nie wszystkie jednak, niestety nie mam całej kolekcji zdjęć tego rodzinnego pokolenia:)

Pozostała część Mamy rodziny zamieszkała w Gdańsku i tam rozpoczęła nowe życie. Losy ich ułożyły się różnie i długo by o tym opowiadać, jedno jest ważne – mimo, że każda siostra układała sobie życie na  własny sposób, (o, był jeden rodzynek – brat Ryszard!) rodzina wciąż pozostawała razem. Tylko moja Mama pewnego dnia poznała młodego przystojnego faceta, który kręcił się koło stoczni gdzie budowano jachty i jakoś zagadał, tak sugestywnie, że gdy wrócił po pewnym czasie i pogadał znów i znów.. Na przeszkodzie nie stanął nawet fakt, że ten facet mieszkał na drugim końcu Polski, w Krakowie i w ten prosty sposób jedna siostra wyłamała się z gdańskiego kręgu rodzinnego i wyjechała na stałe do Krakowa.

I tak zostałam „Krakuską” albo jak mówiły moje wszystkie gdańskie ciocie – „Krakowianką”

Kuzynów mojej linii pokoleniowej ciężko by było mi zliczyć. Tych, z którymi się wychowałam, znam i pamiętam bardzo dobrze. Wspólne wakacje, zabawy w piasku na plaży, wyjazdy na wakacje zagraniczne z rodzicami, gdy Syrenka wujka się zepsuła i nasz Trabant musiał ją holować do najbliższego mechanika w Jugosławii, chociaż wujek miał ze sobą pół bagażnika części zamiennych ale akurat paska rozrządu to nie zabrał 😊. Albo ciocia L. podpatrzyła że na naszym kampingu nad morzem, sąsiedzi – Włosi zbierali małże w muszlach i jedli je na obiad,  więc ciocia postanowiła, że ona też będzie jeść „po włosku” i każdą znalezioną muszlę otwierała i małżę zjadała a potem.. hmm – miała duże sensacje żołądkowe, bo jakoś nie dogadała się z Włochami, że trzeba było najpierw te małże przyrządzić z cytryną i z czymś tam jeszcze..

Oto jedyne zdjęcie z tych wakacji do Jugosławii (1966r) kiedy nasz Trabant ciągnął na „sznurku” wujka Syrenkę, a ciocia L zrobiła sobie ucztę ze ślimaków.. Na zdjęciu: od lewej – mój kuzyn Andrzej, jego siostra (rówieśnica mojego brata), ja i mój brat. Dziś wszyscy już w ” Klubie 60 i plus 🙂 „

A potem, gdy już byłam nastolatką kuzyni zabierali mnie do Non Stopu w Sopocie albo pokazywali nocne letnie wakacyjne życie. A ciocia S. pokazywała mi zakamarki Teatru Wybrzeże i przedstawiała mnie aktorom tam grającym  jako swoją siostrzenicę. Pękałam wówczas z dumy.

 Seniorką rodu, czyli najstarszą i ukochaną siostrą była Frania zwana przez wszystkich Sianią.  Była jedyną siostrą niezamężną, za to udzielała się po trochu w każdej rodzinie i każdego dnia pomagała w innym domu. Jednego dnia trzeba było być na Przymorzu i zrobić pranie, jutro doglądnąć sprzątania u Stasi, w piątek popilnować Wojtusia, a w weekend pojechać na działkę i zawieźć całe torby zapasów jedzeniowych. W następnym tygodniu „podjechać’ do Terespola, bo tylko Siania doglądała tamtej części rodziny, by już za trzy dni znów być w Gdańsku i zrobić u Hani prasowanie i spacerek z malutką Magdą.

Siania ma tu 18 lat. Na dolnym zdjęciu-razem z moją Mamą

Taka była nasza Siania. Zawsze zajęta. Zawsze znająca potrzeby całej rodziny. Zawsze wyrastająca spod ziemi, by pomóc, być. My wszyscy byliśmy JEJ życiem. Długo pracowała w Gdańskiej Stoczni Rzecznej. Była  matką chrzestną pierwszego wodolotu Zryw-1 (1966r).

Całe zawodowe życie poświęciła stoczni i jej problemom, podobnie jak jedyny brat w rodzinie, Ryszard, który przeszedł wszystkie szczeble nauki i szkolenia w stoczni, od ślusarza do osiągnięcia w 1984 roku najwyższego stanowiska dyrektora naczelnego Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Był bardzo dobrym i prawym człowiekiem i rodzina była dumna z niego. Jedyny dyrektor, który nie został usunięty przez nowe porządki solidarnościowe, który współpracował i rozumiał potrzeby zmian. Niestety, jak wiadomo – zmian nastąpiło tak wiele, że w ich wyniku stocznia zamknięta. Ale to już zupełnie inna bajka..

Pamiętam wujka jako spokojnego logicznego człowieka, szczególnie wyraźnie taki jego obraz zapamiętaliśmy z rodzinnych spotkań, kiedy koło niego była jego żona, całkowite jego przeciwieństwo. Drobna, mała, niesłychanie energiczna kobieta, mająca niezliczoną ilość pomysłów na sekundę. Rządząca całą rodzinką, ale w bardzo „atrakcyjny” i śmieszny sposób. Ciocia była jak mały kogucik podskakujący wokół osoby, od której właśnie coś potrzebowała, a jeśli to był jej własny mąż, obserwowaliśmy spokojne jego spojrzenie i pobłażliwy komentarz „cicho …” – i tu następowało takie bardzo śmieszne charakterystyczne określenie, którego za nic nie mogę sobie dziś przypomnieć, a które było jak legenda w rodzinie.. To powiedzonko było tylko jego! I uspokajało ciocię w najbardziej gorących i nieprawdopodobnych projektach. Ale trzeba przyznać, że to właśnie ciocia L. była najskuteczniejszą personą w rodzinie. Cokolwiek sobie zaplanowała, na pewno zrealizowała. Nie było takich przeszkód, żeby ich nie pokonała. Była czasem „nieznośna” ale do dziś śmiejemy się z jej pomysłów, powiedzonek, sposobów załatwiania rzeczy niemożliwych.

Hania- ciocia, przyjaciółka i kumpela. Moja kochana druga Mama!

Najukochańszą moją ciocią jest Hania – najmłodsza siostra mojej Mamy, jedyna dziś żyjąca z grona dużego rodzeństwa. To nie tylko moja ciocia. To moja przyjaciółka, kumpela. Mimo dzielącej nas różnicy lat możemy razem „konie kraść”. Możemy przegadać pól nocy przy Metaxie, pić czerwone winko, plotkować o całej rodzinie, wspominać wszystkich, spacerować, razem płakać i śmiać się. Jest kochana, cudowna. Mądra i piękna. Była bardzo mocno zżyta z moją Mamą, choć dzieliła je dość duża różnica lat. Mama zawsze opowiadała, że kiedy jako młoda dziewczyna szyła sobie nowa sukienkę, kupowała nieco więcej materiału by uszyć taką samą sukienkę dla Haneczki. Zawsze były sobie bliskie. Pewnie dlatego i ja mam w sobie te same „fluidy” przyciągające moją duszę do Hani.

Ciocia miała syna w wieku mojego brata (niestety już nie żyje ☹) i  ma córkę Magdę, która jest ostatnią najmłodszą kuzynką w linii mojego pokolenia.  Magda wiekowo jest bliższa mojej córce niż mnie, ale ma bardzo dobry kontakt zarówno z Kasią jak i ze mną. I tu układanka pokoleniowa wyraźnie się miesza. Dzieci mojej córki są niemal rówieśnikami dzieci Magdy, a przecież to już kolejne pokolenie. Magda to ciocia Kasi.. ach, nawet nie będę tego dokładnie określać, bo wyjdzie zupełny mix pokoleniowy.  Magdę „odnalazłam” kilkanaście lat temu, kiedy zaczęłam odwiedzać rodzinę w Gdańsku już mieszkając w Houston. Nagle ożyła więź z nią, z jej dziećmi, a także z wieloma innymi członkami mojej ogromnej teraz już rodziny w Gdańsku.

W październiku 2015 nasza kochana Siania kończyła 100 lat. Cała rodzina zgodnie okrzyknęła, że jest to niepowtarzalna okazja do zjazdu rodzinnego i  pięknej wspólnej celebracji. Oczywiście pojechałam na tę uroczystość i było to dla mnie  (i pewnie dla wszystkich) niesamowite i niezapomniane przeżycie. Uroczystość miała dwie części – rano oficjalną z udziałem Prezydenta miasta Gdańska w Nowym Ratuszu. Ciocia wyglądała pięknie i elegancko jak DAMA, w kapelusiku i  białym kostiumiku. Wysłuchała przemówienia pana prezydenta a jak skończył to powiedziała : „No, pięknie powiedziałeś, a teraz zasłużyłeś na całusa” i z rozbrajającym uśmiechem tego całusa mu przesłała 😊

Królowa rodu kończy 100 lat (październik 2015r) Zjazd rodzinny pięciu pokoleń.
Najstarsza i najmłodsza siostra. Dzieli ich różnica 19 lat, łączy wszystko inne.

Późnym popołudniem odbył się rodzinny obiad, na którym zgromadziło się  mnóstwo osób, nie chcę cyganić, ale było nas pewnie ponad 70 ludzi i aż pięć pokoleń, bo znalazły się tam też najmłodsze maluchy. Było wiele osób, których po prostu nie znałam, inni podchodzili do mnie i sami się przedstawiali. Obie strony musiały się dobrze „nagłówkować” żeby ustalić jakie pokrewieństwo nas łączy, w której linii i z jakiej strony. Był to fascynujący wieczór, ale przede wszystkim ogromnie wzruszający. Ale mnie – uczta dla serca, niesamowite poczucie więzi, które człowiek uświadamia sobie szczególnie silnie, kiedy mieszka zagranicą.  Mam tak wielką rodzinę! I choć rozumiem, że wiele z tych osób mnie nie zna, najprawdopodobniej nie spotka mnie nigdy więcej a ja ich, to istnieje coś co nazywa się „więzami krwi”. I takie, choć często nieświadome pozostają na zawsze. Kto wie, może kiedyś moje wnuki albo ich dzieci zechcą odszukać swoje polskie korzenie i pokoleniowa układanka będzie dalej dokładać swoje kolejne małe cząsteczki…

Moja ukochana Ciocia Hania

Moje wielkie marzenie spełniło się w 2016 roku gdy do Houston w odwiedziny przyjechała moja kochana ciocia Hania ze swoja córką Magdą, jej mężem i dwójką dzieci. Było to także spełnienie niedoszłych marzeń mojej Mamy, która zawsze planowała przyjazd tutaj razem z Hanią ale mimo, że Mama była tu kilka razy, nigdy do ich wspólnego przyjazdu nie doszło. Mama zmarła w 2003 roku a ciocia dotrzymała obietnicy i dotarła do nas z całą swoją rodziną. Na tę wizytę przygotowaliśmy się najlepiej jak tylko potrafiliśmy. Spędziliśmy razem jedne z najpiękniejszych trzech tygodni życia. Było cudnie! Każdy dzień, każda chwila, to najbardziej wartościowe momenty rodzinne. Dla nas, dla ich dzieci, dla moich dzieci. Wszyscy na nowo się poznawaliśmy, uzupełnialiśmy każdą „straconą” minutę. Plotkowaliśmy, wspominaliśmy to co minęło, co nas łączy, to co było i co będzie. Chłonęliśmy siebie nawzajem zdając sobie sprawę, że życie daje nam szczęście, jakiego nie każdemu daruje.

Zdjęcie zrobione na zjeździe rodziny z okazji 99 urodzin cioci Frani. Niestety, nie uczestniczyłam w tej uroczystości ale dotarłam na setne urodziny, rok później. To zdjęcie daje wyobrażenie o częściowej liczbie naszej gdańskiej rodziny.

Mam wspaniałą rodzinę. Nie tylko tę najbliższą, ale także tę, która składa się z dziesiątek części układanki  rodzinnej. Części, które pasują do siebie, choć mają różny kształt, wiek i miejsce swojego istnienia. Mamy te same korzenie. Jesteśmy elementami tej samej układanki.

Kilka migawek z różnych momentów rodzinnych spotkań – w Gdańsku, w Houston. W różnych momentach życia i w różnych konfiguracjach pokoleniowych. Na tym zdjęciu brakuje wielu „puzzlowych części” ale ja wiem, że jesteśmy jedną wielką całością. Rodzinną układanką .

BACK

Być Kobietą

4/14/2021

Zastanawiacie się pewnie co taki tytuł może sugerować w dziale teatralnym. I ja  długo się nad tym zastanawiałam. Kiedy powstawał w mojej głowie (i w dyskusjach na ten temat z moją przyjaciółką Anią) pomysł pisania blogu, jednym z głównych powodów było ratowanie pamięci Teatru Ogniska Polskiego i jego dorobku, by nie został całkowicie za kilka lat zapomniany przez tutejszą Polonię. Stąd pomysł podzielenia całego blogu na części i wydzielenie osobnego teatralnego tematu. Szybko jednak w mojej głowie przemieściły się różnego rodzaju myśli i wspomnienia i uznałam, że nie chcę, by część teatralna była zapisem czysto kronikarskim. Po pierwsze, pamięć już nie potrafi odtworzyć faktów na tyle dokładnie, by nie popełnić błędów personalnych, pominąć istotnych szczegółów, a i nie o to przecież chodzi. Po drugie – jak ciągle i na szczęście przypomina mi Ania, jest mój blog i powinien mieć mój personalny charakter a nie być zapisem faktów „historycznych” Teatru Ogniska.  Będzie więc trochę mnie, trochę teatralnych wspominek o tym jak kiedyś trzy kobiety wymyśliły sobie, że zrobią przedstawienie o sobie, o sobie napiszą, zaśpiewają i jeszcze… zagrają to na scenie, choć ja do tego momentu (2006 roku) na scenie pokazywałam się tylko po to, by opowiedzieć o nowej kolejnej sztuce, o moich aktorach, a po przedstawieniu podziękować wszystkim widzom, aktorom, pomocnikom i zaprosić wszystkich do wspólnej celebracji przy kieliszku winka i dobrych przekąskach.

Nasza Babska Trójca

Ewa cichutko czekała na nasz gotowy produkt sceniczny i cieszyła się, że ma być dużo piosenek i muzyki, a my z Beatką przez kilka miesięcy główkowałyśmy co tu wymyśleć, bo miało być inaczej niż dotychczas, bo tym razem tylko my trzy na scenie –  (no…tu złamałyśmy się, dodam, że z dużą przyjemnością, bo Mariusz zawsze i wszędzie był tak wierny i bliski, że uznałyśmy, iż jest prawie jak kobieta a nawet więcej 😊)

Poza tym nowością miała być również forma, dyptyk – część 1-sza mojego autorstwa, a częścią 2-gą miała rządzić Beatka. Wiadomo było, że ja lubię pisać i dużo gadam, więc będzie sporo mojego tekstu, ale też umówiłyśmy się, że jeśli to ma być moje (!) to piosenki, które sobie zażyczę, Beatka i Ewa będą śpiewać bez marudzenia, co nie obyło się bez dyskusji, przewracania oczami i próbami szantażu. W ostateczności uległy i wszystko było po mojemu!  Kolory, sceneria, muzyka, dekoracja. Ba, nawet Mariusz, któremu nie dałam prawa głosu na scenie, ale za to okazał się znakomity jako aktor grając bez wypowiadania głośnego  tekstu!  To jest niezwykła umiejętność i muszę przyznać, że Mariusz zdał egzamin na szóstkę z plusem! Był elegancki, szarmancki, troskliwy, w każdej chwili znajdował się na scenie tam, gdzie powinien. Chyba nie mogłabym wymarzyć sobie bardziej przystojnego asystenta, tak świetnie wyczuwającego, co kobiecie potrzeba na scenie i – w życiu.

Dotrzymałam umowy i ja. Część druga, w której Beatka mnie zaskoczyła, bo stworzyła ją bez tekstu własnego, a składała się ona z dużej ilości piosenek, z poezji, części satyrycznej, w której tym razem towarzyszył nam słowem Mariusz.

Było więc inaczej. A przecież obie części stanowiły jedną całość „JEJ PORTRET”  Podtytuł części 1-szej brzmiał; ..czyli na dobre,  na niedobre i na litość boską”. Dla odmiany i charakterystyki części 2-giej- podtytuł był: .. nie całkiem liryczny

Motywem wspólnym obu części był wiersz Wisławy Szymborskiej „Portret kobiecy”, o ile dobrze pamiętam pisałam już krótko o nim we wpisie z 3 marca. Włączyłam tekst wiersza, trochę, aby zachęcić do posłuchania go w naszym wykonaniu. W obu częściach przestawiania znalazł się ten wiersz i za każdym razem nasza interpretacja była inna. Jak kobieta. Jak słowa Szymborskiej o kobiecie. Zawsze inna. Zawsze zaskakująca. Niezwykła. Niezgłębiona.

Kobieta – Kwiat, Anioł i Szatan, Motyl i Ćma, Siostra, kochanka, Kokota, Żona. Potwór, Tyran i Wybawienie. Ofiara i Twardziel. Każda po trochu.

Swój pomysł – portret kobiety oparłam na kolorach. Byłyśmy trzy, Ewa młoda i szalona (o tak! Szalona!!) i my dwie średnio wiekowo-stateczno- spokojne (ha, ha!). Czyli – dodały mi się jak w matematyce (i kto to mówi? Ja – polonistka!) do tego nasz różne charaktery i wyszły mi trzy kolory:

Biała. Młoda – świeża, szalona, piękna, roześmiana, beztroska, roztańczona. Ach, jak bardzo chce jej się żyć!  Marzy w każdej minucie, ma tysiące planów, łapie garściami każdy dzień, wyciska jak cytrynę i wierzy, że nic nie zdała przeszkodzić jej marzeniom.

Czerwona. Dojrzała i aktywna. Już doświadczona życiem, bo wiele przeszła, ale wciąż agresywna i walcząca. Walczy. Wie czego chce. Wie co to szczęście i wie co to łzy. Umie zachować balans, ale wciąż ma nowe plany na jutro. Stawia czoło trudnościom, nie podda się łatwo. Jeszcze osiągnie sukces. Jeszcze idzie do zwycięstwa. Wie, że czeka na nią za rogiem..

Czarna a właściwie Złota. Uśmiechnięta, pogodna, obsypana darami minionych lat. Już spokojna, kobieta, która patrzy w przeszłość z łezką w oku, ale nie żałuje minionych szaleństw i błędów. Jest ciepła, słoneczna, obejmuje wszystko pogodnym spojrzeniem. Kobieta, która więcej daruje niż przyjmuje..

Beatka, w swojej części uznała, że my kobiety jesteśmy nie tylko kolorowe, nie tylko zmienne jak wszystko co istnieje na świecie – jak owady, koty, psy, „jak mężczyźni nawet” (to cytat z Beatki wypowiedzi!)

Pisali już o nas poeci i pisarze, politycy i przyjaciele, złośliwcy i inne kobiety. Życzliwie i uszczypliwie, z przymrużeniem oka i lirycznie. Bo o kobiecie można zawsze i bez końca. Moja Kobieta w sztuce jest MOJA. Kiedy pisałam teksty i wybierałam piosenki, wszystko to czułam całą sobą, tego potrzebowałam, to właśnie kotłowało mi się w głowie. Czy dziś moja sztuka byłaby taka sama? Wątpię… bo, kobieta zmienną jest, a ja na pewno zmieniłam się przez te lata. Może właśnie dlatego ta sztuka ma dla mnie tak osobiste znaczenie – jest jak zwierciadło – mnie, Beatki, każdej z nas – młodej i starej. Szczęśliwej i czasami nie.

 „Jestem jak wiatr”- śpiewała Ewa. Czasem wyciągam rękę po odrobinę marzeń. Wszystko, cokolwiek chciałyśmy powiedzieć wtedy,  znalazło się w naszych słowach, w naszych piosenkach. Trochę lirycznie, a trochę śmiesznie.

Nie zabrakło czerwonego winka (ach, ten Mariusz! Wiedział co nam potrzebne i kiedy), bo bez tego życie jest niepełne, no i mężczyzny, bo choć jestem kobietą, która zawsze uważała, że musi na siebie liczyć i być niezależną, to do feministki daleka mi droga. Nie mam skłonności wyrywania się przed szeregi męskie i oskarżania wszystkich mężczyzn o zło całego świata. O! już słyszę te krzyki protestów młodych i niezależnych dziewczyn i kobiet 😊 !!

Ha!  W każdym razie – w moim obrazie kobiecego świata mężczyzna ma swoje miejsce, choć nie zaprzeczam, bywał i bywa powodem pochmurnych dni. No, ale w końcu od czego mamy przyjaciółki!  Ploteczki, godziny rozmów, porozumienie dusz, zwierzenia, przy winku, przy kominku. Wspomnienia, opowieści, a czasem po prostu wspólne pomilczenie. Tego się nie da mieć z mężczyzną! TO istnieje tylko w świecie kobiet.  Są przyjaźnie z lat szkolnych, takie „od zawsze”, są takie, które łączą kobiety w pasjach i w pracy, są i krótkie przelotne, ale równie wartościowe pozostawiające głęboki ciepły ślad w sercu na całe życie.

Potrafimy zachować do siebie dystans, umiemy pośmiać się same z siebie. Złościmy się, że znów przybyło nam pięć funtów, ale to nic, przecież mogę kupić sobie nową kieckę i nie mieć wyrzutów sumienia, że wydałam niepotrzebnie pieniądze. To absolutnie konieczne! 

 „Być kobietą w dobrym stylu” – śpiewała Beatka i to niech pozostanie mottem tego krótkiego rozważania.

Bo ja chciałabym pisać i pisać o tym dyptyku kobiecym, o „Kobiecie”, którą stworzyłyśmy w naszym bardzo osobistym programie. O piosenkach, które dla nas są tłem naszych kobiecych wspomnień, odczuć, które znaczą dla nas kobiecość. Wyobrażam sobie, że ogłaszamy konkurs dla wszystkich kobiet świata –

„ Opisz/wymaluj/wyśpiewaj swój obraz kobiety”. Byłaby to najwspanialsza mozaika kolorów, uczuć, pór roku, przemian i głosów i niespodzianek.

Moja Kobieta jest tylko cząstką tego obrazu. Moją cząstką. Cząstką, która powstała na scenie w 2006 w Teatrze Ogniska Polskiego, ale także pozostawiła wiele wspomnień do dziś i tak do końca… nie zmieniła się.

„Życie na poczekaniu
Przedstawienie bez próby.
…Cokolwiek uczynię
Zamieni się na zawsze w to,
Co uczyniłam..”

                               Wisława Szymborska


BACK

Jestem „mieszczuchem”

4/12/2021
Jestem na kolejnej wakacyjnej wycieczce z moją rodziną. Jak to dobrze, że nasze dzieci chcą jeszcze zabierać nas czasem ze sobą! Wtedy my nie musimy łamać sobie głowy planami i „rozpiską” każdej godziny. Moja córka zorganizuje wszystko fantastycznie, Christoph sprawdzi w internecie każdy szczegół z prędkością światła, a my dotrzymamy im towarzystwa tam, gdzie damy radę dojść bez zadyszki i dźwigania nas „na barana”.
Tak więc nasza wyprawa zaczęła się kilka dni temu i już w ciągu pierwszego dnia zdążyliśmy objechać i obejść różne atrakcje w stanie Maryland, Virginia, West Virginia i Pensylwania (USA). Akurat poruszaliśmy się na styku tych Stanów i przekraczaliśmy ich granice kilkakrotnie. Jechaliśmy drogami przez małe wsie, miasteczka, gdzie właśnie w tym momencie kwitną drzewa owocowe obsypane cudnymi białymi i różowymi kwiatami. Trawa zaczyna być intensywnie zielona a drzewa właśnie wypuszczają pierwsze świeże listeczki. Jest cudna wiosna. I jest cisza. Pojedyncze domy, które mijamy po drodze wydają się puste i samotne, ludzi widać niewielu. Dziwny spokój. Obserwuję ten obrazek i zastanawiam się- nie pierwszy raz w życiu – że znów widzę coś, co istnieje obok mnie, coś, co mimo mojego długiego życia nie jest jego częścią.

Miasto mojego dzieciństwa i młodości- najpiękniejsze, do którego powracam z sentymentem i wspomieniami dobrego choć nie zawsze łatwego życia.

Urodziłam się w Krakowie, przez pierwsze dwadzieścia lat krążyłam niemal codziennie wokół Rynku, małymi ale bardzo miejskimi uliczkami i zawsze myślałam, że to najlepsze najwygodniejsze miejsce do życia. Zresztą, kto z nas w dzieciństwie zastanawiał się gdzie i czy można będzie kiedyś żyć gdzieś indziej i zupełnie inaczej. Gdy planowałam studia, ani przez moment nie pomyślałam, że mogłabym studiować w innym mieście, w innej szkole niż Uniwersytet Jagielloński. Owszem, już wtedy często, jak na możliwości polskich dzieci, wyjeżdżałam z rodzicami na wakacje do różnych ciekawych miejscowości w Polsce i zagranicą. Zanim skończyłam studia zdążyłam być kilka razy w Niemczech, w Czechosłowacji, ZSRR, Rumunii, Jugosławii, Bułgarii, także w Europie Zachodniej – Turcji, Grecji, Holandii, Austrii a nawet Monaco! Jak na owe wyjazdowo ciężkie czasy, Europa i podróże po niej nie były mi obce. Czy kiedyś przez myśl mi przeszło, by zastanowić się, że tam też mieszkają ludzie – i jak mieszkają? Jak inne życie wiodą? Nie..
Patrzyłam na te inne miejsca jak patrzy się na obrazki wiszące na ścianie. Podobały mi się przez moment gdy je podziwiałam, ale były takie.. nie moje. Zupełnie obce.
Gdzieś głęboko w duszy wiedziałam, że są mi niedostępne, nawet nie miałam marzeń, w których bym siebie w tych obrazkach widziała.
Kraków był mój. Wszystko było znajome, bliskie, własne. Aż pewnego dnia, spakowałam walizki i wyjechałam do Katowic, a zaraz po dwóch miesiącach znalazłam się w Sosnowcu. To tylko 80 kilometrów od Krakowa, ale jakże inna sceneria! Niby także miasto, ale jakiś zlepek – „wielka aglomeracja” kilkunastu miast różnych w stylu, pełnych kopalń, pomieszanych dróg, małych, dużych, szybko powstających wtedy nowoczesnych osiedli przypominających kamienne pustynie, o których ludzie marzyli, by tam właśnie dostać swoje własne M-4.
Kiedy przychodziła wiosna, parki pokrywały się naturalną soczystą zielenią, jesienią robiło się żółto-czerwono, by potem zima zamieniła tę miejski obrazek w białą scenerię lub błotną śliską i ponurą, w której też umieliśmy żyć, bo tak przyzwyczailiśmy się istnieć od urodzenia. Oczywiście, każdego roku, w czasie wakacji a także w soboty czy niedziele jeździliśmy na wycieczki w zielone rejony kraju. Na wieś, gdzie wynajmowaliśmy w wiejskim domu pokój, bez łazienki, na początku nawet z „wychodkiem” w przybudówce domu albo koło stajni czy kurnika. Dopiero później były to pokoiki z łazienką. Lubiłam wyjazdy na wieś, lubiłam leniuchowanie nad rzeką, wyprawy w góry w okolice Zakopanego czy w Bieszczady. Lubiłam obozy harcerskie i ciszę nocnych wart, gdy cały obóz pogrążony był we śnie i tylko ja jako wartowniczka wsłuchiwałam się w szum nocnego wiatru. Uwielbiałam szum fal morskich, gdy zdarzało mi się, że siadałam na brzegu morza i wokół nie było nikogo. Obojętnie w jakim zakątku świata to było, czy nad Bałtykiem, czy w Oregonie na plaży, czy na plaży w Australii, czy tu w Galveston, nad Zatoką Meksykańską. W cichym zakątku plaży, bez ludzi – tylko niebo, morze i ja. Zawsze doceniałam takie momenty, zapamiętałam je głęboko. Każdy człowiek potrzebuje takiego wyciszenia. Jednej chwili, która jest tylko jego własnością. Lubiłam chwile ciszy i samotności w lesie i górach, ale nigdy nie pragnęłam ani przez moment w mojej głowie, by takie miejsca stały się moim domem na dłużej. Wyciszenie, samotność traktowałam jako balans konieczny do przywrócenia równowagi w umyśle, w sercu zanim znów wrócę do mojego codziennego miejsca w życiu. Do miasta, do ruchu, do ludzi. Do zgiełku, szumu. Pulsu, który dla mnie jest równoznaczny z moim istnieniem.
Zdaję sobie sprawę, że to co tu piszę wielu czytelników uzna za co najmniej dziwne albo szokujące. Zwłaszcza ludzie starsi wolą spokój i cenią sobie „sielskość i anielskość”. Jakie to modne teraz – masz trochę uskładanych pieniążków, szukasz domku gdzieś w dzikiej głuszy albo budujesz własną chatkę, z kominkiem, drewutnią pełną drewna do tego kominka, z dala od autostrad, głównych dróg. Zaczynasz odkrywać w sobie zamiłowanie do uprawiania własnego ogródka warzywnego, wędzenia wędlin i mięs, chodzenia na grzyby, kiszenia ogórków, smażenia dżemów. Może nawet pisania pamiętników czy książek. Masz Internet, oglądasz filmy w domu, rzadko spotykasz się z ludźmi. Świat samotności, spokoju wystarcza ci i jesteś osobą szczęśliwą.
Rozumiem. Ludzie są różni. Ludzie zawsze byli różni i dzięki ci Panie Boże, że tak jest! Byłoby straszliwie nudno, gdyby było inaczej.

Houston – mój dom od ponad 30 lat. Moje miasto!

A ja nie wstydzę się powiedzieć głośno i wszystkim wokół, że jestem mieszczuchem i uwielbiam wielkie miasta! Widać Pan Bóg wiedział o tym, bo pewnego dnia, wielką niespodziankę dla mnie przygotował. „Rzucił” nasze życie rodzinne do wielkiego, czwartego co do wielkości miasta w Stanach Zjednoczonych – do Houston. Kiedy dowiedziałam się, że właśnie tam pojedziemy, byłam pewna, że to będzie kolejna duża przygoda życia. Nie miałam pojęcia, że to wielkie miasto stanie się moim domem, że nauczę się: zamiast chodzić – jeździć wszędzie samochodem, zamiast mieszkać na ósmym piętrze w dużym osiedlowym budynku będę miała własny dom z ogródkiem i będę lubiła w tym ogródku sadzić kwiatki krzaczki, i będę miała wysokie palmy i nauczę się jeździć ogromnymi autostradami i nie pomylę skrzyżowań wielopiętrowych i polubię ten zwariowany nieustający przez 24 godziny na dobę ruch. Tu wszystko jest duże! Parkingi, gdzie nie trzeba parkować auta tyłem i wciskać się na styk z drugim samochodem, sklepy, szkoły, które skupiają po kilka tysięcy uczniów.. Teraz kiedy przyjeżdżam z wizytą do mojego ukochanego Krakowa – miasto wydaje mi się malutkie przytulne i .. spokojne.

Przez ponad 30 lat mieszkania w Houston mam na swoim koncie bardzo wiele podróży. Różnych podróży – na różne kontynenty, z rodziną, z przyjaciółmi, tylko we dwójkę z mężem, z przyjaciółkami.
Widziałam wiele cudów tego świata, nie sposób tego spisać bo to wymagałoby osobnego blogu, książki a i tak pewnie nie umiałabym dziś cofnąć się i odtworzyć wszystkich moich wspomnień. Na trasach tych podróży zawsze były jakieś fascynujące wielkie miasta. Fascynujące, bo uświadamiające mi… jaką siłę ma ludzki mózg, który potrafi wymyśleć i zrealizować potęgę tak wielkich i skomplikowanych metropolii. Kiedy człowiek jest Europejczykiem, ma w sobie przywiązanie do historii i tradycji tej części Świata, wychodzi na Świat z Krakowa, pokocha Paryż, Barcelonę czy Ateny – ma w sobie pokorę i szacunek dla historii. Europejczyk rozumie wartość wszystkiego co stare, co pozostawiły nam w spadku przeszłe pokolenia. Człowiek współczesny też ma ambicje, by po nim pozostał ślad trwały. Jednym ze sposobów jest tworzenie architektury, która zadziwi przez wieki obecne i następne pokolenia. Gdy ujrzałam Nowy Jork, którego wielkie budynki szokujące wielkością i powalające siłą, a w środku organizacją wnętrza, wykończeniem, przydatnością i przystosowaniem do potrzeb ludzkich – nie mam wątpliwości, że człowiek potrafi wszystko! Wielka aglomeracja miejska to dzieło ludzkiego mózgu, stworzone dla człowieka przez człowieka – praktyczne, logiczne i sensowne.

Miasta Świata, które w różnym momencie życia zrobiły na mnie wrażenie: Pekin i XI’AN – dawna stolica Chin, Las Vegas – USA, Rzym i Siena – Włochy, Rio De Janeiro – Brazylia, Dubai i Abu Dhabi – Zjednoczone Emiraty Arabskie – i wiele wiele innych, których zdjęć i nazw tu w tym krótkim rozważaniu nie wspominam, co nie znaczy, że nie podobały mi się…

A równocześnie piękne, bo każde może być inne, każde może mieć coś, co jest charakterystyczne tylko dla tego konkretnego jedynego miasta. Coś, co odwiedzający zapamięta jako jego symbol, a mieszkający tam będzie pielęgnował jako element jedyny i wyjątkowy. Gdy ujrzałam Sydney, na zawsze zapamiętałam tamtejszą Operę i jej niesamowity „skrzydlaty” kształt budynku i Harbour Bridge – obie budowle są wielką dumą mieszkańców Sydney i Australii. Dubai powala budynkiem Burj Al Arab czy Burj Khalifa, zarówno ich wysokością, kształtem jak i wszystkim innym, o czym człowiek może dowiedzieć się nie wyobrażając sobie nawet, że ktoś mógł pomyśleć a takich czy innych rozwiązaniach. Nie jest moją intencją opisywanie ich tutaj, bo to już dawno zrobiono i można o tym poczytać choćby w naszym poczciwym dostępnym wszystkim „wujku Google”. Ja chcę tylko wskazać, potwierdzić moje mieszczańskie emocje, mój zachwyt miastem jako elementem ludzkiej wiedzy, możliwości ludzkiego mózgu, siły tworzenia ręki pracującej. Nie sposób wyliczyć wszystkich miast, które mnie w życiu zachwyciły, budowli, które zapierały mi dech w piersiach i ukazywały jak wiele potrafi stworzyć CZŁOWIEK.
Mur Chiński, Piramidy w Egipcie, Świątynia w Luksorze, Świątynia Ramzesa II , Zapora Trzech Przełomów w Chinach czy Golden Bridge w San Francisco. Każda budowla stworzona przez człowieka. Każda cząstka przemyślana, zbudowana przez miliony istnień, w różnych czasach. Miasta w różnych wymiarach, miejsca mające służyć człowiekowi.

Trzy miasta, w których los wymyślił mi miejsce do życia – Kraków, Sosnowiec i Houston. Tu jestem, tu wracam, tu mam swój kącik na Ziemi.

Jestem „mieszczuchem”! W dobrym znaczeniu. Myślę o sobie, że choć nie zbudowałam nigdy żadnego domu, nie wymyśliłam żadnego fragmentu tak pięknych konstrukcji, to czuję się częścią tego miejskiego świata. Przynależę do niego, jestem cząsteczką wielkiego globalnego Miasta – Świata.


BACK

Urodzinowo- Relacje, które nie muszą być.. trudne

4/2/2021   

Ludzie niechętnie mówią o swoich prawdziwych uczuciach. Ludzie zazwyczaj nie umieją mówić o tym, co naprawdę czują.  Niektórzy potrafią napisać list albo książkę, bo wtedy mogą powiedzieć wszystko ustami swoich bohaterów. Albo mogą nagrać się mówiąc bez świadków swoje odczucia, jakby do siebie samego. Ale najczęściej tego, co mamy w głowie i w sercu, nie wypuszczamy nigdzie dalej. Ściskamy głęboko w sobie, tłamsimy nieskończoną ilość skomplikowanych uczuć i to często staje się przyczyną konfliktów, nieporozumień, rozstań i nigdy nierozwiązanych spraw międzyludzkich.

Problem zaczyna się niemal od kołyski. Rodzice rzadko umieją rozmawiać ze swoimi dziećmi tak, aby nauczyć ich wyrażania swoich uczuć. Dziś, w dobie internetu i bardzo szeroko otwartego świata, jest już dużo lepiej niż za czasów mojego dzieciństwa. Jestem z pokolenia, które nie słyszało (albo bardzo rzadko) od rodziców słów: „kocham cię”, pochwał czy miłych zachęt. Nie były „w modzie” pozytywne głośne oceny dziecka, co nie oznaczało, że rodzice nas nie kochali. Jednak w pewien sposób przełożyło się to na werbalne trudności wyrażania swoich uczuć, gdy już staliśmy się dorosłymi dojrzałymi ludźmi. Powiedzieć komuś – kocham cię – i wszystko co z tym jest związane, a przecież po tym słowem kryje się czasem bardzo wiele skomplikowanych emocji, nigdy dla nas nie jest i nie było proste. 

I nie myślę tu tylko o relacjach damsko-męskich. Świat pęka w szwach od tłumów psychologów, różnego rodzaju terapeutów czy psychiatrów, a człowiek często pozostaje samotny w rozwiązywaniu socjalnych konfliktów i nieporozumień z drugim człowiekiem.  

Pamiętam, że gdy chciałam o coś poprosić swojego tatę, nigdy nie wiedziałam jak to zrobić, zawsze wstydziłam się, miałam w sobie taką dziwną barierę wypowiedzenia głośno pewnie normalnej prośby dziecka. A kiedy już mama wreszcie namówiła mnie do tego i odważyłam się powiedzieć – pierwszą reakcją ojca było „nie!”. I ja natychmiast zamykałam się w sobie nie z powodu tego, że nie dostałam tego co chciałam, ale dlatego, że mój wysiłek kończył zawsze tak się tak samo..  Za to na drugi dzień, kiedy już tata poszedł do pracy, zazwyczaj zostawiał mi pieniądze na stole i mama mówiła z uśmiechem: widzisz, jednak tata nie taki zły, jednak możesz mieć to co chcesz, co potrzebujesz.. Musisz mu teraz podziękować”  I to był mój kolejny trudny krok. Znów ja musiałam zdobyć się na słowa, które nie było mi łatwo wypowiedzieć, a przecież to miało być tylko zwyczajne „dziękuję, cieszę się” itp.  Skąd tak trudna relacja? Dlaczego?

Można by mnożyć takich przykładów mnóstwo. Zagmatwane relacje – z rodzicami, z własnymi dziećmi, z rodzeństwem,  koleżankami i kolegami. Całe nasze życie to wybory naszych zachowań, często nie tylko od nas zależne.

Z moim bratem, zdjęcie zrobione kilka lat temu.

Powszechnie krąży opinia, że lepiej chowają się dzieci, gdy nie są jedynakami. Od początku uczą się współżycia w grupie, nawet jeśli jest to tylko jeden brat czy siostra. Ponoć – jeśli jest większa grupa rodzeństwa, doświadczenie dobrego współżycia jest jeszcze lepsze i bogatsze. Cóż – ile rodzin wieloosobowych,  tyle doświadczeń 😊  Jedno mogę powiedzieć: mam jednego brata. Z relacji rodziców (bo sama tego nie pamiętam) wymarzyłam sobie Jasia (do pary, z bajki o Jasiu i Małgosi) i tak się zdarzyło, że go od losu dostałam. Dzieliłam z nim jeden pokój przez siedemnaście lat (jest o cztery lata młodszy ode mnie). Właściwie z czasów naszego dzieciństwa i młodości nie pamiętam, żebyśmy mieli wiele wspólnego. Nie, nie kłóciliśmy się przesadnie, ale niewiele nas łączyło. Cztery lata różnicy między dziewczynką a chłopcem to w każdym momencie duża przepaść. Czasami graliśmy razem w gry planszowe, czasem w karty razem z rodzicami. Ale – moje koleżanki nie były towarzystwem dla mojego brata, jego koledzy byli dla mnie „dzieciakami”. Z czasem mój brat zapisał się do harcerstwa i śledził moje poczynania, co doprowadzało mnie do „szewskiej pasji”, a moich kolegów jeszcze bardziej. Wciąż robił różne głupie figle, przez które nie był lubiany, a ja wciąż byłam zła za jego „popisówki”. W szkole miał dużo kłopotów a ja, choć nie byłam wzorową uczennicą, kłopotów nie miałam, więc mój brat – co tu dużo mówić, po prostu w tamtych czasach szkolnych mnie nie lubił. Kiedy wychodziłam za mąż i opuszczałam dom, mój brat ucieszył się, że wreszcie będzie miał swój własny pokój..  Potem całe nasze życie toczyło się już osobno i zupełnie inaczej, choć nigdy nie straciliśmy ze sobą kontaktu. Ale w wielu sprawach życiowych byliśmy różni i nie rozumieliśmy się. Więzy krwi jednak są silne. I łączą na zawsze. Dziś z perspektywy minionego czasu rozumiem dlaczego nie byliśmy sobie bliżsi, dlaczego nie byliśmy przyjaciółmi. Wiem też na pewno, że nie byliśmy sobie wrogami. Mimo odległości i zupełnie innego stylu życia utrzymujemy kontakt i zdajemy sobie sprawę, że mamy siebie. Emocjonalna więź to poczucie, że jesteśmy rodziną, jednak przyjaciółmi chyba nie nazwalibyśmy się wzajemnie. Co jest silniejsze? Trudno powiedzieć. Każde z tych powiązań jest inne, choć bywa, że w idealnym układzie, brat czy siostra mogą być przyjaciółmi.

Moje Houstońskie „Czarownice” – wtajemniczone wiedzą o czym mówię 🙂
Te Krakowskie i gdańskie i sosnowieckie- od lat i na odległość ale zawsze tak samo ważne i bliskie

Związki między ludźmi często zmieniają się na przestrzeni lat. Są długie chwile w życiu, kiedy łączy nas uczucie bardzo silne, zrozumienie wyjątkowe a potem – wygasa, zanika. Są wstrząsy, konflikty, często niestety niewyjaśnione. Niezrozumiałe albo pojmowane z każdej strony zupełnie inaczej. Zawisną  pomiędzy dwojgiem ludzi już na zawsze i przyjaźń nagle kończy się. Ludzie rozstają się, każdy idzie w swoją stronę i po latach nikt z nich nie wie i nie potrafi nawet samemu sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego?  Zapominamy, żyjemy dalej – nic w tym złego. Czasem jednak nachodzi nas nostalgia, wspomnienie.

Gorzej, gdy rozstajemy się z zadrą w sercu, ze złością, pretensjami, których nigdy wzajemnie nie umieliśmy sobie wyjaśnić. Latami rozgryzamy, przeżuwamy w sobie niechęć, wyolbrzymiamy problem, bo widzimy go tylko od swojej strony. Z czasem zamazuje się obraz drugiej osoby.

Ludzie osądzają się wzajemnie – schudniesz, ktoś powie: za dużo, przytyjesz – ktoś inny: za gruba.. ubierzesz się inaczej – też ktoś skrytykuje, z tylko sobie  znanych powodów. Ludzka rzecz. Natura tak dziwnie nas stworzyła, zwłaszcza ta „polska”, że łatwiej powiedzieć coś złośliwego, niemiłego niż odwrotnie. A przyjaciel bez żadnych wyznań i zbędnych trudnych słów rzuci: ładnie wyglądasz, fajna fryzura, super dzień spędziliśmy razem..”

Z Niną – 50 lat temu i teraz. Czy myśmy się choć troszkę zmieniły?

 Moje przyjaciółki, na różnych etapach życia zawsze były dla mnie ważne. Każda wniosła w moje życie tak wiele dobrego, że bez nich wszystko co mnie spotkało nie byłoby tak piękne i bogate. Po tylu latach, jest we mnie tyle ciepła na wspomnienie każdego dnia, który podarował mi czas z dobrymi ludźmi. Mam przyjaciółki, których czasem nie widziałam całymi latami, a gdy znów spotkałyśmy się było tak jakby ten czas „pomiędzy” nigdy nie istniał. Jakbyśmy znalazły się nagle w tym samym miejscu w tym samym czasie i mogłyśmy dalej kontynuować te same rozmowy.  Inne miejsce w życiu, inna rzeczywistość, to nie przeszkoda, jeśli stara nić porozumienia nie została zerwana. Ludzi łączą pewne wspólne – jak ja to nazywam „fluidy”.  Jeśli je w sobie wzajemnie wyczuwamy nawet po wielu latach – wciąż jesteśmy blisko.

 Istotą takiej bliskości jest przede wszystkim umiejętność wybaczania nieporozumień, rozumienia drugiej strony, uświadomienia sobie, że drugi człowiek jest INNY niż JA i może czuć myśleć i odbierać świat inaczej. Nie mamy prawa oczekiwać, że ktoś będzie myślał i czuł dokładnie tak samo jak my. Nawet bardzo kochający mąż ma prawo do swojej odrębności.

Jako osoba w „sile wieku” (jakby to określić delikatnie w dniu moich ..n-tych  urodzin😊) mogę już odważnie stwierdzić, że młodzi ludzie są zapalczywi, ostro rzucają swoje opinie wobec innych, ale też łatwiej zapominają i „idą do przodu”

Ludzie starsi – hmm.. są dwa rodzaje reakcji: albo na starość stajemy się uparci, zamknięci w sobie, nie wybaczamy, zapieramy się w swoich poglądach, nie chcemy rozmawiać – i tak męczymy się już do końca. Nigdy już  nie naprawimy tego, co tak naprawdę chcielibyśmy naprawić. Nie naprawimy, bo upór naszej głowy jest silniejszy od naszych potrzeb emocjonalnych, od potrzeby spokoju, uśmiechnięcia się znów do tej ważnej dla nas osoby.

 Smutne to zjawisko, ale jakże powszechne. Potraficie się do tego przyznać?  Rozglądnijcie się wokół, przypatrzcie się na siebie w lustrze.. może  jeszcze jest czas zmienić ten portret? Może warto?

Inni starsi ludzie – stają się łagodni, uśmiechnięci. Jak te przysłowiowe „dobre staruszki” z bajek i przypowiastek.  I wcale nie jest tak, że istnieją tylko w bajkach!  W starszym wieku dostrzegamy piękno świata we wszystkim co nas otacza. I dobro świata. Nie chcemy myśleć o polityce, o złu, które każdego dnia gdzieś komuś się zdarza. Cieszymy się tym co dobre, cieszymy się człowiekiem, który jest z nami i zapominamy o wszystkim, co kiedyś było niemiłe. Wybaczamy. Widzimy słońce, niebieskie niebo i przyjaciół. Nie idealnych, bo już wiemy, że ideałów nie ma. Już wiemy, że tylko od nas zależy jaki będzie wokół nas krąg ludzi.

Jeśli nie masz w sobie nienawiści, zazdrości i smutku, jeśli kochasz życie i doceniasz, to co w nim dostałaś –zawsze znajdziesz przyjaciół i dobrych ludzi.

I tego życzę wam z całego serca w moje BARDZO DUŻE numerowe i bardzo pozytywne i przyjacielskie duchem, urodziny 😊😊


BACK