Świątecznie – Od cichych oczekiwań do świateł, kolorów i zapomnianych przeżyć.

12/04/2021

Kiedy zaczęłam pisać ten tekst było jeszcze kilka dni do kalendarzowego grudnia.

Włączam radio i jak co roku odzywa się świąteczny kanał muzyczny. W Ameryce świąteczne przeboje rozpoczynają się dzień po Thanksgiving. I przyznaję się, że oczekuję na nie z wielką radością. Są takie wesołe, melodyjne, optymistyczne! Wprowadzają wszystkich w świąteczny nastrój choć wielu moich znajomych już chyba z przyzwyczajenia albo z przekory narzeka, że za dużo tej powtarzającej się każdego roku muzyki, że to nudne, że zawsze to samo.. Ale – to tylko raz w roku! Na tym przecież polega tradycja. Każda tradycja! A tradycja w tym kraju  inna niż polska…

Gdy my tu już pląsamy w kolorach świateł, gorączce kupowania prezentów, celebrowania świątecznych spotkań w pracy, w szkole, gdy w każdym mieście, miasteczku organizuje się markety, wyprzedaże, przedwczesne spotkania z tutejszym Mikołajem, w Polsce ludzie spieszą poranną porą do kościoła na roraty w oczekiwaniu na zwiastowanie Maryi przez Archanioła, że zostanie matką Jezusa.. Też tradycja. Tradycja ciszy, spokoju, oczekiwania na coś ważnego istotnego.

Ale świat staje się każdego roku coraz mniejszy. Zbliża się i kurczy, mimo dzielących nas wielowiekowych tradycji.  Błysk świateł, potrzeba zysków, sprawianie ludziom zwykłej prostej radości bierze górę. Dziś dowiedziałam się, że na Rynku w Krakowie zabłysła świąteczna choinka i Kraków także zaczął już dziś świętować. A przecież to dopiero koniec listopada…

Jedna z wersji mikołajów w polskim przedszkolu. Kasia jako Myszka Miki, maska wykonana przesz babcię Helenkę. Kasia miała chyba 5 lat.

Kiedy byłam małą dziewczynką czekając na grudzień najpierw myślałam o śniegu.. żeby białe płatki przysypały drogi i parki, żeby Mikołaj mógł dojechać w swych wielkich saniach z prezentami do nas, dzieci. Mam kilka małych mikołajowych wspomnień, niezmiennie powracających w pamięci każdego roku. Nasz polski Mikołaj wyglądał zupełnie inaczej niż ten dzisiejszy! Miał zawsze długą czerwoną kapotę, trochę jak ksiądz, siwą brodę sięgającą niemal do pasa i wysoką czapkę trochę przypominającą  nakrycie głowy biskupów. I w ręku laskę długą zakręconą na końcu kilkakrotnie w kółka.

Wyglądał dużo bardziej dostojnie niż współcześni Mikołaje. 🙂 No i jeśli się pojawiali (bo bardzo rzadko pojawiali się dzieciom!) to zawsze byli w otoczeniu pięknych aniołów w białych długich sukniach i z ogromnymi skrzydłami! A gdzieś obok – złośliwie i po cichu przebiegał, kręcił się czarny diabeł z czerwonymi różkami. I czerwonymi widłami!  

Pamiętałam taki obrazek ze spotkań z Mikołajem, które organizowane były u mojej Mamy w pracy. Było to dla mnie przez kilka lat zawsze wielkie przeżycie! Mikołaj, obok anioł i zawsze gdzieś rozbiegany przeszkadzający, ale niegroźny diabełek. Mikołaj dobrotliwie gładził dzieci po główkach a aniołek wręczał nam JEDNAKOWE prezenty i były to paczki różnorodnych słodyczy. Sprawiedliwie i… bardzo pysznie! 

Kilka lat później, gdy już byłam na tyle „ dorosła” że sama mogłam włączyć się w Mikołajową drużynę, przez dwa czy trzy lata awansowałam na anioła. 🙂

Trochę później, także w harcerskiej akcji Mikołajowej, wraz z moim przyszłym mężem jako anioł uszczęśliwiłam kolejne pokolenie maluchów. A potem pewnego razu, po takiej akcji  zaprosiłam tego “jedno-wieczorowego Mikołaja” na cukierki orzechowe do mnie do domu, które stały się początkiem świątecznej wspólnej tradycji trwającej aż do dziś. Tylko tych cukierków orzechowych brakuje. 🙂 

Pamiętam też, że często dostawałam od Mikołaja książki, które wtedy nie były łatwe do zdobycia. Kiedyś dostałam książkę pięknie ilustrowaną pt. „ Dziadek do orzechów”. Miała osobistą dedykację dla mnie od Mikołaja. Zawsze dziwiło mnie to jak taki stary Mikołaj ma takie piękne równe pismo? Bardzo długo miałam tę książkę w swojej biblioteczce.  Dopiero po wielu latach dowiedziałam się kto był owym tajemniczym Mikołajem, miał takie ładne pismo i napisał tę dedykację..

Kiedyś zaparłam się, że nie zasnę w nocy i poczekam na przyjście Mikołaja.. Koniecznie chciałam „złapać” ten moment, kiedy dzwoni do drzwi i Mama mu otworzy a on poda prezenty. I choć wiedziałam, że najprawdopodobniej nie zobaczę go, bo od drzwi wejściowych do sypialni było daleko, ale miałam nadzieję że usłyszę dzwonek i chociaż podpatrzę jak Mama pomaga Mikołajowi albo odbiera od niego prezenty. Wydawało mi się, że czekam w nieskończoność! Wytężałam wzrok, słuch, kręciłam się niemiłosiernie – a rano kolejny raz okazywało się, że nie zauważyłam. Mama karmiła mnie znów historyjką, co tym razem Mikołaj powiedział, jak się spieszył, jak bardzo był zmęczony. Ot- wszytko to samo, co później przez lata my powtarzaliśmy swoim dzieciom a potem oni przekazywali pałeczkę dalej. 😊

Po 6 grudnia nadchodziły zimne dni, dzień trwał coraz krócej, już po czwartej po południu robiło się ponuro i ciemno. Rano też ciemno. Nie chciało się wstawać z łóżka. W domu zimno, zanim piec kaflowy rozgrzał nawet nasze małe mieszkanie, zawsze dobrze zdążyłam rano zmarznąć. I ten okropny grysik na mleku na śniadanie! Natychmiast po ugotowaniu go robił się na powierzchni “kożuch”, którego nienawidziłam! Jeśli udało się go delikatnie ściągnąć z powierzchni i wyrzucić bez śladu to był cud! Niestety, większość razy zawsze zaplątała się jakaś mała “niteczka” ciągnąca się paskudnie, która natychmiast wzbudzała we mnie wstrząs obrzydzenia. Do dziś nie piję mleka w żadnej postaci. Czasami na wymianę mieliśmy lane kluski i te były troszkę lepsze. Tylko w niedzielę Mama podawała inne śniadanie. Jak tylko dorosłam na tyle, że mogłam zdecydować co jadam na śniadanie, natychmiast już na zawsze zmieniłam swoje menu tego posiłku. 

Polskie święta były bardzo obfite, a jednak nikt nie robił zakupów na tygodnie wcześniej. Nie mieliśmy dużych lodówek (początkowo nawet żadnych). Pamiętam dokładnie kiedy pojawiła się u nas pierwsza lodówka i jak wyglądała. O czymś takim jak zamrażalnik nikt chyba nie miał pojęcia.. 

Dużo mięs czy innych produktów dobrze pozawijanych Mama trzymała pomiędzy framugami okna. Tak, wiem że was to śmieszy! (to jak w słynnym kabarecie Smolenia i Laskowika. 🙂 Ale w moim domu były podwójne okna z dużą przerwą pomiędzy dwoma framugami, co przy zazwyczaj grudniowych temperaturach poniżej zera miejsce to świetnie służyło za lodówkę. I chyba w owym czasie w większości domów było to bardzo popularne. No, chyba że ktoś miał balkon, to był w dużo bardziej komfortowej sytuacji.  Nie wiem jak to wszystko działało – w sklepach trudno było cokolwiek dostać choć trzeba przyznać, że w okresie przedświątecznym nieco się polepszało. Nawet “rzucano” cytryny i pomarańcze, co dla nas dzieci było wielkim rarytasem. Dostać paczkę słodyczy od Mikołaja, a w niej także jedną pomarańczę – to było COŚ! Czasem w dniu wigilii tata zdobywał gdzieś cytrusy i przynosił jej dumny do domu w papierowej szaro – brązowej torbie. Rodzice dzielili tę pomarańczę na ćwiartki dla każdego z nas, ale ćwiartki dla mnie i mojego brata zawsze były trochę większe niż dla nich.. Kiedy dziś o tym piszę sama nie mogę uwierzyć, że kiedyś tak było. Nawet nie pamiętam kiedy pierwszy raz zobaczyłam mandarynkę i dowiedziałam się, że to coś innego niż pomarańcza. Nie jestem pewna czy moje wnuki uwierzyłyby mi w takie opowiastki..

A przecież Mama przygotowywała tak dużo potraw wigilijnych i świątecznych, piekła tak dużo ciast, że ja choć każdego roku zachowuję tradycję dwunastu potraw na wigilijnym stole, to na pewno nie dorównuję jej w ilości i jakosci  tego co ona robiła! Wszystko własnoręcznie. Każdy pieróg, każdy farsz do uszek, ciasto na pierogi, barszcz na zakwasie, który sama zrobiła.  Dwie zupy, bo nawet w moim domu częściej bywała grzybowa z łazankami, też własnej roboty. Karp, który łypał okiem, gdy Mama przynosiła go do domu na dzień przed wigilią (czasem dwa) i który natychmiast zajmował miejsce w wannie, bo musiał być “świeży” na kolację wigilijną. Każde dziecko wiedziało, że karpia trzeba (że użyję tu delikatnego słowa..) “zaszlachtować”, czego tata nigdy nie umiał dokonać i jeśli nawet zaczął, to zazwyczaj Mama musiała dokończyć i oprawić całą rybę. 

I nikt się temu nie dziwił. Każda polska rodzina miała swojego karpia, bo bez tego nie mogło być wigilii. Tak jak musiał być opłatek. Bo życzenia bez opłatka są TYLKO życzeniami, a te z opłatkiem są życzeniami magicznymi pełnymi nadziei, wiary i miłości. Wiary, że to co sobie mówimy i życzymy spełni się wraz z pierwszą gwiazdką i ciepłem tej wyjątkowej chwili. 

Każdego roku w jednej sekundzie łamania się opłatkiem wraca do mnie myśl mojej własnej cichej modlitwy: “daj Panie tak samo za rok..” I jak w kalejdoskopie wraca na sekundę pamięć wigilii przeszłych, każdej minionej.

Co prawda polskie Boże Narodzenie  zawsze trwało (i trwa) trzy dni, bo wszyscy wiemy, że wigilia to już święto a potem dwa pełne dni, a jak w pobliżu wypada sobota czy niedziela to już się dodaje i zaraz jest Sylwester i Nowy Rok. 

W domu więc jedzenia mieliśmy jak dla pułku wojska. Mięsiwo takie jak gęś pieczona, kaczka z jabłkami lub indyk (ogromny!) Albo zając (wujek przynosił nam czasem z polowania) i Mama oprawiała go na długo przed świętami. Wisiał za oknem, na mrozie, specjalnie przyprawiony – proszę, niech nikt mnie nie pyta co i jak, bo nie mam zielonego pojęcia!!! Podobno miał skruszeć.. Potem po upieczeniu Mama podawała go “na kwaśno” z buraczkami. Jako dziecko wcale się tym nie zachwycałam i chyba dziś też nie mam ochoty tego spróbować.  Ale pamiętam, że dorośli chwalili. 🙂  Czasem był schab z suszonymi śliwkami, ale to już nie było takie wymyślne. Poza tym Mama piekła ogromną ilość ciast i tę ogromną ilość zajadaliśmy! Był zawsze sernik (Mama była specjalistką sernikową!) i makowce zawijane też doskonałe. Nigdy się nie nauczyłam ich piec za to mój brat nadrobił moje braki i jest w tym równie dobry jak nasza Mama. Oczywiście nie zabrakło nigdy piernika, keksa, tortu orzechowego i pewnie jeszcze drobnych ciasteczek i innych, o których może już nie pamiętam w tej chwili. Nie wiem jak to było możliwe, że Mama potrafiła to wszystko najpierw ugotować i upiec sama, bo tak naprawdę to niewiele jej pomagaliśmy. Najpierw byliśmy mali, później gdy już mogliśmy się na coś przydać, Mama nie lubiła za bardzo jak plątaliśmy się po kuchni. Zlecała nam drobne prace, jak pokrajanie bakalii, wymieszanie mąki z jajkami itp. W kuchni Tata właściwie tarł tylko świeży chrzan, bo chrzan kupowało się w laskach – nawet go już nie doprawiał, to już była mamina część i jeszcze ucierał mak w dużej misce z rowkami zwanej makutrą. Właściwie wszystko co było ważne i zasadnicze Mama lubiła robić sama, w nocy gdy już poszliśmy spać. Tak naprawdę to gotować i piec nauczyłam się sama, w swoim domu jak już byłam mężatką. Ale najbardziej zadziwiające jest to, że my to wszystko zjadaliśmy! Ja w naszym obecnym domu, choć – niestety- lubię słodycze, piekę na święta bardzo mało, w porównaniu do mojego domu rodzinnego prawie nic – a wciąż słodkości zostają na długo po świętach i nie możemy się z nimi uporać.

Może po prostu tamte były lepsze? Może byliśmy bardziej spragnieni takich dobroci? Nie mieliśmy takiego wyboru przez cały rok, czekaliśmy na te wypieki i specjalności i docenialiśmy ich smak i wyjątkowość. 

Często zastanawiam się ile uda mi się pozostawić dzieciom i wnukom z polskich tradycji, a ile i jakie tradycje wypracują sobie już własne. Jak je połączą?  Czy będą chcieli, potrzebowali kontynuować coś, co dla mnie było ważne, jest ważne? Cóż, cena za emigrację jest zawsze jakaś.. Choć z drugiej strony, nie trzeba wyjeżdżać z kraju, by nasze dziecko zbudowało sobie inny model życia. My przecież też mieliśmy prawo do własnego świata. Tak buduje się świat, tak  tworzą się nowe wizje nowych pokoleń. Mimo wszystko wierzę, że ziarenko przekazujące “pałeczkę pokoleń” zostało dobrze zasiane. 

Pierwsza wigilia w Houston z moja Mamą. 1991r.

Houstońskie święta są pełne kolorów, bogate w prezenty, spotkania, mają wizualnie ciepłą i piękną oprawę. Są poprzedzone długim przygotowaniem, bieganiną, szumem i radością. Ale ich świąteczne sedno trwa krótko.  My staramy się wydłużyć sobie ten czas. Dlatego wielką wagę przywiązujemy do wigilii. Bardzo pilnujemy polskiej tradycji i ten wieczór wciąż jest nasz – rodzinny, wspomnieniowy, z polskimi kolędami, które już od rana  towarzyszą mi przy gotowaniu. Zawsze zaczynam od pastorałki Czerwonych Gitar:  “Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy..” – 

Jedyna wspólna wigilia W Houston z rodzicami mojego męża – 1995r.

I tu uspokajam się choć nie jestem w tym dobra i łatwa. A potem już cała długa lista polskich kolęd, które nie są tak wesołe jak amerykańskie przedświąteczne “carols”, ale mają swój własny urok dla nas niepowtarzalny i wyjątkowy.  Nie ma płatków śniegu za oknem, ale jest duża choinka a na niej wiele polskich bombek, jest piękna dekoracja jakiej nigdy nie miałam w Polsce i nawet nie wiedziałam, że można takie cuda posiadać. 

Mam rodzinę, która każdego roku przychodzi wieczorem elegancko ubrana, bo inaczej dziadziuś by się zapłakał, narobi szumu i rumoru, zasiądziemy wszyscy do stołu, podzielimy się opłatkiem i znów krąg tradycji zamknie się – jak co roku. Jak od lat. Jak od wieków. Jak zawsze. 

Bywało, że kilka razy wyjeżdżaliśmy gdzieś w góry, ale niechętnie i do dziś nie lubię spędzać wigilii poza domem. Wigilie w domu wczasowym w Ustroniu czy Wiśle były przyjemne ale nigdy nie było tak jak w domu. Dlatego mimo, że łatwiej, mniej roboty i kłopotu unikaliśmy wyjazdów w tym świątecznym czasie. Natomiast lubiliśmy spędzać czas poświąteczny i noworoczny poza domem. Wielokrotnie witaliśmy Nowy Rok w scenerii górskiej, w schroniskach, domach wczasowych i w wielu innych miejscach świata. 

Trudno opowiedzieć o ponad 60 świątecznych nastrojach, wspomnieniach, przeżyciach. O rozmaitościach i o podobieństwach. O magicznych chwilach dobra i o jedynym w swoim rodzaju grudniowym wieczorze. O dniu, który jednoczy ludzi przy choince, przy stole, przy opłatku. W każdym zakątku świata. Inaczej a tak samo. Tak samo, a przecież inaczej. Bo nieważne gdzie. Ważne, że każdego roku jesteśmy razem.


BACK

Listopadowe drżenie ciała i myśli

11/18/2021

Gaśnie listopadowe niebo,
ostatni liść się jeszcze miota
na wietrze, który smaga drzewo.
Dokoła smutek i tęsknota
.”

Nie lubię kiedy jest mi zimno. Zimno było nie tylko zimą. Zimno było wczesną wiosną i późną jesienią, kiedy mama paliła już w piecu, ale zanim piec się nagrzał, wstawałam z łóżka i było mi zimno. Zimno było w zimie, zawsze. Rzadko kiedy temperatura była fajna, a już tak, żeby można było być w lekkiej bluzce w krótkich rękawkach w zimowy wieczór chyba się nie zdarzało. Dopiero kiedy zamieszkaliśmy w Sosnowcu i w mieszkaniu były kaloryfery, zdarzały się przesadnie ciepłe temperatury. Pamiętam wiosenne dni, gdy już wyłączali kaloryfery, bo formalnie okres grzewczy kończył się, ale natura płatała figle i zafundowała nam wciąż jeszcze przymrozki. Marzłam wtedy bez przerwy. 

Nigdy nie myślałam o wyjeździe z Polski. Nigdy nie myślałam o wyjeździe na zawsze do ciepłego kraju. A jednak – zupełnym przypadkiem los rzucił nas do Houston. Jest ciepło przez cały rok. Jest upalnie w lecie. Wilgotno, duszno, czasami nie do wytrzymania. Dziesiątki moich znajomych, przyjaciół, nawet rodzina narzekają. Na upały, na nadmiar słońca, na brak wieczornego chłodu.

Wszystko to prawda. Zresztą – kto nie narzeka na pogodę niech podniesie rękę! 

Ludzie zawsze narzekają na pogodę. To przecież taki dyżurny temat. Bo pogoda jest!  I nie ma na nią mocnych, będzie taka jaką chce być. Można więc na nią narzekać marudzić, ale to i tak niczego nie zmieni. 

Ja na pogodę w Texasie nie narzekam. Choć oczywiście też upały czasami mi przeszkadzają, zwłaszcza teraz, kiedy jestem coraz starsza. Ale – wolę zdecydowanie pięć nieznośnych upalnych wilgotnych miesięcy a potem kilka pozostałych miesięcy, kiedy może i jest jesień i zima ale wiem, że nie będę marzła!  Wiem, że słońce będzie mnie budzić niemal każdego ranka, że wciąż w ogródku będzie zielono, że niektóre kwiaty będą kwitły cały rok. Nie będę stała, jak kiedyś w dzieciństwie, przy kaflowym piecu przylepiając się do jego ścian, by ogrzać się i nie drżeć z zimna od stóp do głowy. 

Jest listopad. Pamiętam polskie listopady. Najbardziej pamiętam mgły. Poranne i wieczorne. Wychodziłam rano do pracy, ledwie budził się dzień, nawet w pogodny dzień, kiedy leniwe promienie słońca przebijały się przez  mgłę, długo były niewidoczne, bo jesienna mgła blokowała je skutecznie. A już wczesnym popołudniem znów ta sama mgła pojawiała się, by zachód słońca całkowicie rozmył się w zamglonej scenerii. Obraz nigdy nie był czysty i wyrazisty. Nie mówiąc już o dniach deszczowych pochmurnych, drżystych, których nigdy nie brakowało w listopadowych tygodniach. Mimo zmieniających się kolorów w przyrodzie, kolorowych liści, czerwieni, żółci i brązów różnych odcieni listopad otulał mnie smutkiem i melancholią. I chyba bardziej smutkiem, bo melancholia to w gruncie rzeczy dobre uczucie.

W listopadzie zdarzyło się w moim życiu dużo drobnych wydarzeń, które zapamiętałam  jako tragedie czasów dziecięcych. 

Kiedyś tata pojechał odwieźć znajomych na wesele. Była to pięcioosobowa rodzina.  Rodzice i troje dzieci, najmłodsza dziewczynka miała chyba 4-5 lat. To musiały być dawne czasy, byłam chyba na początku mojej podstawówki a raczej tuż przed. Mieliśmy taki samochód produkcji NRD, nazywał się P-70.

P-70 ,szał NRD-kiej motoryzacji lat 50-tych

Podobno miał karoserię w całości z plastiku a może z tektury. Pamiętam tylko,  że miał bardzo ładny czerwony kolor, był zupełnie nowy (to było pierwsze nowe auto, jakie tata kupił!) i na lusterku powiesiliśmy z tatą bardzo malutkiego ciemno-żółtego misia. Była to wyjątkowo malutka miniaturka i wszystkim się bardzo podobała. Nie pamiętam gdzie go kupiliśmy i skąd go mieliśmy ale wiem, że był wyjątkowy. Nigdy wcześniej ani potem nie przywiązywałam takiej wagi do maskotki w aucie, jak wtedy do tego misia.  Tata miał z tą rodziną wrócić następnego dnia po weselu, ale podobno, nie wiem z jakiego powodu, oni uparli się, żeby wracać jeszcze tej samej nocy. Tata był tylko kierowcą, nie należał do zaproszonych gości. Zgodził się choć niechętnie. Tej nocy była gęsta mgła listopadowa. Widoczność na odległość kilku metrów była niemal zerowa. Jechali bardzo powoli. Na przodzie siedział ojciec rodziny, a na tylnym siedzeniu matka i trójka dzieci. Wtedy jeszcze nikt nie sprawdzał czy w aucie jest 4 czy 5 czy 6 osób. I nikt nie wiedział o istnieniu pasów bezpieczeństwa. Auto było bardzo małe, ale przecież nikt nie miał wyobrażenia o tym, że mogą być auta „duże i wygodne”. Cała rodzina była szczęśliwa, że znalazł się ktoś, kto zgodził się ich zawieźć na wesele i przywieźć z powrotem. W drodze powrotnej późno w nocy wszyscy spali, mój ojciec jechał ostrożnie i powoli. Zresztą jak mógłby jechać  inaczej takim autem jak P-70, w końcowych latach 60-tych?  Na poboczu drogi, wąskiej słabo oświetlonej i stał nieoznakowany światłami bezpieczeństwa duży samochód ciężarowy Star. Tata zauważył ciemna plamę tuż przed sobą zbyt późno, by zdążyć wykonać manewr ominięcia go.. Plastikowe a może tekturowe P-70 uderzyło bokiem w stojącego ciężarowego Stara miażdżąc swoją prawą stronę jak papierowe pudełeczko. Wypadek wydarzył się koło Bochni, dojazd karetki utrudniała wciąż gęsta mgła…

Dopiero następnego dnia gdzieś koło południa mama zabrała mnie autobusem do szpitala i tam zobaczyłam tatę z ręką i nogą w gipsie. Był poobijany ale rozmawiał z nami. Tak naprawdę to niewiele z tego pamiętam i nawet nie jestem dziś pewna czy obrazy o których mówię dziś są prawdziwe. Może tylko fakt, że po raz pierwszy zobaczyłam szpital…Choć nie była to moja pierwsza wizyta szpitalna. Ale tych wcześniejszych nie pamiętam.  Pamiętam natomiast, że tata bardzo martwił się i wypytywał o pasażerów, których wiózł.  Nie rozumiałam wtedy dlaczego i co naprawdę się stało. Dotarło do mnie tylko, że chłopiec który z nimi jechał był w bardzo ciężkim stanie, bo wszyscy o nim mówili. I mama płakała. Ale po wielu miesiącach wyszedł z tego i wszystko dobrze się skończyło. To był ciężki wypadek. Mój tata najmniej ucierpiał, bo jako kierowca akurat siedział po stronie przeciwnej niż stała ciężarówka. Jego pasażerowie byli w znacznie gorszej kondycji. Tylko mała dziewczynka wtulona pomiędzy swoja mamę a siostrę wyszła z tego wypadku bez szwanku. O tym wszystkim dowiedziałam się znacznie później, kiedy byłam dużo starsza i potrafiłam o tym rozmawiać. Z tamtych dni pamiętam tylko ogromny niezrozumiały strach, brzydki zapach szpitala i Mamę, która cały czas popłakiwała ukrywając to przede mną. Jeździła do szpitala codziennie, czasem ze mną. Nie wiem jak to długo trwało, ale dramat tego wydarzenia przez lata ciągnął się złą pamięcią w naszym domu.

Po latach dowiedziałam się także, że winę za ten wypadek poniósł kierowca ciężarówki. Nie miał włączonych świateł, nie miał trójkąta czerwonego i nie zjechał na pobocze. Po prostu- też był zmęczony długą jazdą w ciężkich listopadowych warunkach, zatrzymał się i przysnął. Ale tata już nigdy więcej nie zgodził się udzielić nikomu takiej przysługi a przecież niewiele ludzi w tamtych czasach posiadało auta. A kolejny samochód miał niedługo po tym zdarzeniu.  

Jednak moją dziecięcą wyobraźnią najbardziej wstrząsnął obraz miejsca rozwalonych samochodów, które odnalazłyśmy z mamą, żeby zidentyfikować nasze auto. Mama musiała załatwić jakieś formalności, a ja wspinałam się na te resztki plastiku i tektury i szukałam małego żółtego misia.. Wciąż widzę go przed oczami z jego malutkim czarnym pyszczkiem i czarnymi oczkami-kropeczkami. Ale nigdy go nie znalazłyśmy. Dwa razy wracałyśmy na to złomowisko, niestety nie udało nam się go odzyskać. Nie wiem nawet dlaczego tak mi na nim zależało, auto było stosunkowo nowe i właściwie nie miałam czasu przywiązać się do tego misia. A jednak – zapamiętałam go aż po dzień dzisiejszy. Widać, był listopadowym elementem, który wkradł się głęboko do mojej dziecięcej główki.  Miś miał nie więcej jak dwa centymetry, nie był żadną “przytulanką” dziecięcą, nie miał nawet imienia,  a jednak wbił się w moją pamięć jakby to on był istotą tego listopadowego wydarzenia. 

W najpiękniejszej młodości, w listopadowe wieczory długimi godzinami spacerowaliśmy nad rzeką Rudawą albo na krakowskich Plantach i moje kolana były przemarznięte i sine podobnie jak palce w cienkich rękawiczkach. Krótkie dni, długie ponure wieczory. Często deszcz i plucha, i wiatr, i pierwszy śnieg..  Czy ktoś pamięta jak wygląda Rynek krakowski we mgle, gdy wieża Kościoła Mariackiego ledwie się wynurza z mlecznej szarości??

Kiedy mieszkaliśmy już w Sosnowcu i mieliśmy własne pierwsze auto, oczywiście Malucha (Fiata 126) często w listopadzie jeździliśmy do Krakowa na ważne dla nas wieczory z okazji urodzin naszego przyjaciela Anioła, czy jego Andrzejkowych imienin. Także w listopadzie są imieniny brata mojego męża i wtedy byliśmy młodzi, zwariowani i żadna listopadowa pogoda nie stała nam na przeszkodzie by “skoczyć” do Krakowa na towarzyską imprezkę. Bo to wtedy były imprezki, nikt nie nazywał tego „party”. 🙂 Ale też już mieliśmy dorosłe obowiązki – najpierw moje studia, potem praca w szkole, praca Wacka na Uniwersytecie. Jeśli następnego dnia wypadały nam jakieś zajęcia, to trzeba było wracać do domu późno w nocy. Często więc te zwykłe 70 kilometrów trudnej wijącej się przez jedna po drugiej wsie, pokonywaliśmy we mgle, w deszczu a nawet w deszczu ze śniegiem i na oblodzonej powierzchni. Dla mnie to był koszmar! Siedziałam na przednim siedzeniu z nosem przy szybie wypatrując każdego metra drogi, każdego zakrętu, każdego przydrożnego drzewa. Trzymałam się kurczowo siedzenia nie zdając sobie sprawy, że moje palce są niemal sine od zaciskania się. Jechaliśmy bardzo wolno, więc do domu docieraliśmy po trzech albo i więcej godzinach zamiast po półtora. To było okropne godziny mojego życia. Zawsze gdzieś w podświadomości widziałam czarne plamy przed nami i czarne wielkie przeszkody. I gdzieś głęboko błąkał się maleńki żółty miś.. A przecież – nie było mnie w tamtym wypadku. Byłam małą dziewczynką, która niewiele rozumiała, niczego tamtej nocy nie widziała. Jak silna potrafi być wyobraźnia dziecka, by stworzyć obrazy strachu, które trwają przez lata..

Moja psychika, nastrój  zawsze były uzależnione od pogody i wszechobecnego listopadowego zimna. Każdego roku próbowałam rozsądnie przemówić sobie do “własnego rozsądku” i świadomości i odciąć się od kalendarza, że to tylko kreacja w mojej głowie, że nie mogę ulegać pogodzie, bo przecież tego zmienić się nie da! 

I tak walczyłam rozsądkiem z podświadomością i czuciem i każdego kolejnego listopada przegrywałam. Wracało zimno, to w środku mnie, to drżenie, jakiś strach, jakaś niepewność i przeczekiwanie, by po prostu – listopad… minął.  Tak, ja wiem, to zupełnie irracjonalne, nie ma żadnego logicznego uzasadnienia. Ale przecież każdy z nas ma takie uczucia i takie “dziury w swojej duszy”, które nie mają wytłumaczenia. Tyle, że większość z nas do tych dziur i ułomności uczuć czy myśli za nic w świecie się nie przyzna. Nawet przed samym sobą. Ja właściwie też nie lubię. Ale – jest listopad. No i jakoś mnie dopadło…

Kiedy listopad zmieniał się w grudzień to mimo, że grudzień wciąż skraca każdy dzień i mrozi coraz mocniej, jednak niesie powiew świąteczny. Zapach choinki, ruch przygotowań Bożonarodzeniowych, radość, optymizm i jakoś robi się cieplej i weselej. I łatwiej  żyć. 

Tak było kiedyś.

I takie we mnie zostały wspomnienia. Nostalgiczne. Czasem smutne. Takie.. Przejściowe. Oczekujące na cieplejszy powiew energii. Tej od serca. Takiej, co przynosi nową radość mimo jesieni, przemijania, zimnego drżenia strachu o tym, co jest za mgłą i deszczem, co niebawem może się zdarzyć..

Moja codzienna poranna kawa

A teraz moje listopady są w Houston. I świeci słońce. Każdego dnia rano na moim patio, piję najlepszą kawę ze spienionym mleczkiem, lekko posypanym odrobinką cynamonu.

Jest wciąż zielono. Wdycham świeże chłodne jak na Houston, a niemal ciepłe jesienne powietrze i delektuję się faktem, że Bóg a może Dobry Los wymyślił dla mnie drugą połowę życia w ciepłym klimacie. Tu gdzie listopad jest piękny. Nie muszę marznąć i drżeć. Moja “listopadowa szufladka pamięci” nie wspomina o dramatach dzieciństwa, nie nastawia się na trudne wspomnienia. Zapomina o tym, co gnębiło mnie przez lata. Już wiem, że listopad może być jesienno-piękny. Park, nawet w Houston może przybrać kolory złociste i czerwone i może przynieść wspomnienia polskiej jesieni.  Jesieni  dobrej i ciepłej.  

Moje skromne własne kwiatki ogródkowe wciąż rosną dumnie i wyciągają swoje główki prosto do słońca. Są jak mój nastrój – odważne i pełne radości, że słońce daje im radość i chęć do życia.  Niewiarygodne, jak bardzo potrzebne jest nam słońce! I błękitne niebo. Niebo o tej porze roku, rano w Houston, ma kolor absolutnie czystego niebieskiego koloru! Prawie bez jednej chmurki. A nawet jeśli się jakaś pojawi, to jest lekka biała puszysta. Nie wiem, czy ludzie to widzą tak jak ja. Nie wiem, czy ja to widziałam jeszcze kilka lat temu.. Pewnie nie. Może trzeba przeżyć dużo lat, żeby pewnego dnia widzieć rzeczy i zjawiska tak proste, że ledwie dostrzegalne. I tak ważne, że nie sposób ich w życiu ominąć..

Cieszę się, że mam swoje listopady.
Cieszę się, że na świecie są różne listopady. Te rzeczywiste, te kalendarzowe, te pogodowe i te w naszej głowie. 
Można mówić o wszystkim i w każdy możliwy sposób. Listopadowy albo majowy. Jeśli chcemy się porozumieć zawsze znajdziemy do siebie drogę.
Albo przynajmniej możemy – po ludzku – próbować..

Staruszka jesień trwa w zadumie,
jak gęsta mgła na wrzosowiskach,
rozmyśla czule tak, jak umie
o wszystkich utraconych listkach.
O tym co było, czego nie ma,
o tym co się niebawem zdarzy.
Staruszka jesień myśli niema,
a deszcze płyną jej po twarzy
.”


BACK

Dziwny świat, świat ludzkich spraw…

11/6/2021

Zaczynam pisać, jest 1 listopada. Święto Zmarłych. Tu, w Ameryce, dzień jak każdy inny.  Nawet dla moich dorosłych dzieci nie ma specjalnego znaczenia. Dla mnie – dzień wspomnień, pamięci o zmarłych rodzicach, o tych wszystkich co już od nas odeszli. O tradycji, którą – może to dziwnie zabrzmi, lubiliśmy w Polsce jako dzieci. Nie kojarzyła się nam wtedy ze śmiercią i przemijaniem. Ten temat był odległy i abstrakcyjny.

Groby rodzinne nie sprawiały uczucia bólu. Były raczej melancholią listopadowego mglistego dnia, poczuciem rodzinnych więzi, spotkań przy grobach, wieczornych spacerów oświetlonych niesamowitą łuną bijącą od palących się zniczy i świec. Ta poświata widoczna była daleko, wiele kilometrów od cmentarzy. Nawet małe dzieci wyczuwały, że to dzień ciszy i szły grzecznie za rękę z rodzicami, obserwując cudowne ogromne chryzantemy – białe, żółte, złociste. Czasem lekko fioletowe. I dziesiątki lampek, lampionów, świec. Z wczesnego dzieciństwa zapamiętałam zaraz przy wejściu na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie, długi grób Nieznanego Żołnierza i ogromną ilość świec zapalanych od rana aż do zamknięcia cmentarza przez przypadkowo przechodzących tamtędy ludzi. Pamiętam, jak bardzo każdego roku intrygowało mnie to – dlaczego..? Aż wreszcie zdobyłam się na odwagę i zapytałam Mamę, czyj to grób i dlaczego tam tak DUŻO świec.. Nie wiem ile mogłam mieć lat, gdy dowiedziałam się, że jest to zbiorowa mogiła i że nie znamy imion tych ludzi, że byli żołnierzami, że zginęli podczas wojny i nikt z ich rodzin tu nie przyjdzie… Tej nocy beczałam długo w poduszkę nie mogąc zasnąć i nie umiejąc uporać się z dziecięcym smutkiem. Opowieść Mamy i wspólny grób nieznanych mi ludzi przemówił do mojej wyobraźni bardziej niż groby rodzinne odwiedzane wspólnie z rodziną. Myślę, że właśnie wtedy pojęłam pierwszy sens odejścia człowieka ze świata żywych. Od tego czasu zawsze jak wielu innych ludzi i ja pierwszą świeczkę na Rakowickim Cmentarzu zapalałam na grobie Nieznanego Żołnierza. 

Jedyne zachowane, bardzo stare zdjęcia z czasów sprzedaży świec i zniczy w harcerskich akcjach „Znicz” (myślę, że to zdjęcia ma już ponad 50 lat:)

Później, gdy byłam już zapaloną harcerką, czas listopadowego Święta kojarzy mi się z akcją “Znicz” (chyba tak się nazywała..) czyli sprzedawanie różnego rodzaju świec i zniczy, na kilka tygodni przed Świętem Zmarłych, koło cmentarza i na Kleparzu przez nasz Szczep “Harnasie” w celu zarobienia pieniążków na obóz letni. Ta akcja była wtedy bardzo popularna i wiele innych szczepów harcerskich w niej uczestniczyło. Wszystko było legalne, za odpowiednimi zezwoleniami, które załatwiali nam rodzice czyli “Koło Przyjaciół Harcerstwa”. Była to grupa rodziców, zorganizowanych i dobrze działających, pomagających nam w różnych akcjach. Coś na wzór komitetów rodzicielskich w szkołach. Wcześnie rano zabieraliśmy z garaży z tymi rodzicami pudła zniczy, stoliki i ustawialiśmy się przy wejściach do cmentarza albo na Kleparzu. Marzliśmy okrutnie, bo zazwyczaj o tej porze roku było już zimno, a my mieliśmy “warty” kilkugodzinne po dwie-trzy osoby. Rodzice pomagali nam i donosili gorącą herbatę w termosach i kanapki. A my byliśmy bardzo zadowoleni, bo na taką akcję oficjalnie zwalniano nas z lekcji szkolnych. Szkoła nie była za bardzo chętna, ale jakoś było to wpisane w porozumienie szkoły i organizacji i dyrekcja szkół tolerowała takie nieobecności jako usprawiedliwione. Byliśmy młodzi, radośni, uśmiechnięci, ludzie lubili harcerzy i chętnie od nas kupowali znicze. To były dobre akcje i przynosiły niezły jak na owe czasy zarobek na wakacyjny obóz. 

Miodek turecki- uwielbiany tradycyjny przysmak sprzedawany na stoiskach przy cmentarzu.

1-go listopada w Krakowie była jeszcze jedna “słodka” atrakcja, którą zapamiętałam na całe życie. Przed wejściami (a były dwa) na Cmentarz Rakowicki, oprócz stoisk z kwiatami i zniczami, były stoiska z “miodkiem”. Czasem nazywano go “miodkiem trupim” częściej jednak – tureckim. Był to po prostu karmelizowany cukier z dodatkiem pokruszonych różnych orzeszków, aromatów i barwników. Miał smak miodu, był twardy o wyglądzie nieregularnej bryłki, zazwyczaj o jasnym prawie białym kolorze. Z czasem pojawiły się inne smaki i kolory. Jako dzieci, uwielbialiśmy ten przysmak! Czekaliśmy cały rok na dzień kiedy się wreszcie pojawi a rodzice pozwolą nam go kupić i to nie tylko jedną paczuszkę (rożek, bo tak go sprzedawano, w celofanowym papierku w postaci rożka przywiązanego cienką kokardką) a przynajmniej dwie, trzy porcje na następne kilka dni.   

Słyszałam, że miodek wciąż jest i sprzedaje się tak samo dobrze dziś jak kiedyś, tyle że ja nie byłam już na Święcie Zmarłych w Polsce od 30 lat. Wstyd mi się przyznać, wstyd mi samej przed sobą, ale jakoś nigdy nie zmobilizowałam się, żeby odwiedzić groby najbliższych w ten wyjątkowy dzień. Kiedy przyjeżdżamy do Polski, zawsze pamiętamy o grobach rodziców. Ale nigdy nie zapaliłam im świeczki w dniu listopadowego święta… Co mnie powstrzymuje od tej wizyty? Dlaczego boję się tam być właśnie  tego dnia? Mam wyrzuty sumienia i równocześnie każdego roku odrzucam od siebie decyzję wyjazdu do Polski w tym czasie. Nasi rodzice odeszli, gdy my już mieszkaliśmy w Houston. Mam dziwne uczucie, że nie potrafiłabym udźwignąć ciężaru tego święta tam w Krakowie, że Święto Zmarłych, jakie zapamiętałam, to zupełnie inne święto.  Takie.. “nie-personalne”. A to, które mogłabym przeżyć teraz, gdybym pojechała do Polski, po raz pierwszy w życiu musiałabym zaakceptować jako Święto MOICH Zmarłych.. Jestem dorosłą, prawie starą kobietą i wciąż “NIE pochowałam” własnych rodziców.. 

Jednym z najpiękniejszych miejsc – wspomnień na krakowskim cmentarzu Rakowickim jest grobowiec Jana Matejki. Symbol krakowskich artystów . Tu każdy Krakus przystanie, zapali znicz, poduma przez moment. Ten grobowiec stoi na środku głównej alei i nikt nie przejdzie tędy obojętnie.

Świat uczuć jest dziwny. I trudno się nam przyznać do wielu myśli i uczuć. Boję się zaakceptować fakt, że jak każdy człowiek tak i moi najbliżsi mają swoje groby.  I nic tego nie zmieni. 

Takie rozważania nachodzą mnie każdego roku o tej porze.  Choć zazwyczaj zawiłości uczuć i skomplikowane przemyślenia potrafię samej sobie dość jasno wytłumaczyć, tak w tej kwestii od lat nie mogę sobie poradzić. Cóż, każdy ma jakieś wady, słabości. Ciche strony w zakamarkach własnego umysłu.  Nikt nie jest idealny. Nic w życiu nie jest białe albo czarne. Jest milion odcieni szarości i problem w tym, że większość z nas ich nie rozróżnia i nie potrafi ich w sobie odczytać.  

W czasach mojej młodości wszyscy zachwycaliśmy się piosenką Czesława Niemena “Dziwny jest ten świat”. Muzycznie, niezwykle nowoczesne opracowanie, natychmiast stała się hymnem naszego pokolenia. Słowa tego utworu elektryzowały przesłaniem rzuconym ludziom. Piosenka miała swoją premierę w 1967 roku. Były to czasy wojny w Wietnamie, ciągłych konfliktów społecznych w Polsce, wydarzeń marcowych ’68..  

“Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się tyle zła..” – wołanie Niemena miało szczególne znaczenie. Porażało prawdą tamtych  czasów, szokowało niezwykle dosadnymi słowami, ale tak naprawdę z perspektywy minionych ponad 50 lat od pierwszego wykonania tej piosenki wiemy, że słowa te są ponadczasowe i odnoszą się do każdego z nas. Do każdej zwykłej ludzkiej sytuacji. Wtedy upatrywaliśmy w niej powiązań politycznych, manifestu wolności i sprawiedliwości. Dziś przywodzą mi na myśl zwykłe ludzkie codzienne relacje. Nasze poranki i wieczory, domowe i przyjacielskie układy, zmagania z samym sobą i z własnymi słabościami. 

Kiedy stajemy się ludźmi “z bagażem życiowych doświadczeń” (żeby nie podliczać nikomu wieku) 🙂 zaczynamy rozumieć ogrom dziejących się spraw wokół nas zupełnie inaczej niż przed laty. Widzimy zdarzenia z dystansu, spokojniej, doceniamy relacje, które nas łączą z drugim człowiekiem.  Nauczyliśmy się już odróżniać, co warto pielęgnować i jak tolerować wady innych i własne, by ochronić to, co istotniejsze niż duma, upór i własne widzenie świata. A jednocześnie, nauczyliśmy się, że mamy prawo do ochrony własnego “terytorium”, do nienaruszalnego własnego JA. Nikt już nie powinien mnie zmieniać, zmuszać i nakłaniać na swoje “podobieństwo”.  Jesteśmy jacy jesteśmy.  Zbudowaliśmy rodziny, wychowaliśmy swoje dzieci, pracowaliśmy na to długie lata. Mamy poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Jesteśmy “ludźmi dobrej woli”. 

Z piosenki Niemena: “ Lecz ludzi dobrej woli jest więcej, i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim..”

Nikt nie jest idealny. Ale mamy dobrą wolę. Nie ma ludzi dogłębnie złych. Są tylko tacy, co zagubili się. Złościmy się , wprowadzamy w swojej głowie stan chaosu, patrzymy na świat tylko z własnej perspektywy i wtedy często zapominamy o innych. Myślimy tylko o sobie. Zawężamy swój punkt widzenia w imię egoizmu i rozmyślamy coraz głębiej o sobie brnąc w jedną stronę..  Szukamy winnego, szukamy coraz więcej argumentów bardzo jednostronnych. I tak naprawdę ranimy siebie, bo taki sposób czucia i rozpamiętywania boli przede wszystkim NAS samych. I już nagle – świat odczuć i rozmyślań zamknął się tylko w naszej własnej głowie! Cierpimy. Boli nas. Nie rozmawiamy z nikim, nawet z samym sobą . Gubimy się. Tracimy “dobrą wolę”. Tracimy ją nie tylko wobec innych ludzi ale i dla siebie.. 

“Ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem” śpiewał Niemen. Słowa ranią i niestety wszyscy wiemy, że najbardziej i najczęściej ranimy tych, których kochamy najmocniej.  Bo zależy nam na nich najbardziej i nie potrafimy tego inaczej okazać. Błąd, który wszyscy popełniamy. Wszyscy i mówię tu też o sobie. Trudno jest spojrzeć z dystansem i powiedzieć: porozmawiajmy, nie rańmy się więcej, jesteśmy dla siebie ważni. Musimy spojrzeć na siebie z różnych stron, z każdej możliwej perspektywy.  Rozmowa to coś, co odróżnia człowieka od świata zwierząt czy roślin. Dialog to jedyny rozsądny sposób, by pokonać bariery nieporozumień i nienawiści. Zazdrości i naszej ludzkiej „inności”. Dialog uczciwy – to dobre słowo, uśmiech, zwyczajny uścisk ręki.

Ja przecież wiem, to nie jest łatwe! Każdy człowiek jest INNY. Nasze myśli i uczucia pracują inaczej. Żeby się spotkały, musi być w nas ogromnie dużo DOBREJ WOLI! Tej z piosenki i tej życiowej.  Tej, którą zdobyliśmy już w naszych doświadczeniach przechodząc w życiu przez wiele trudnych chwil. Każdy wie, że “co nas nie zabije to nas wzmocni”. Mamy już to za sobą. 

Moje życie emocjonalnie nie było łatwe.  Należę do osób wybuchowych, nerwowych i pewnie czasami nabuzowanych gorącymi trudnymi emocjami . To cechy, które ujawniają się na zewnątrz i dla otoczenia rodzinnego czy przyjaciół są łatwo zauważalne i… niełatwo przyswajalne.  Wiem o tym doskonale. Ale tak naprawdę nigdy nikomu nie życzyłam źle, nigdy nie miałam w sobie uczuć prymitywnej zazdrości, potrafiłam bardzo dużo poświęcić dla rodziny, wnuków i innych ludzi.  Praca dla innych zawsze sprawiała mi radość i często w moim życiu zdarzały się chwile, że moje działania przerastały moje własne potrzeby. 

Z dawnej perspektywy – nie zawsze to było przez innych zauważane czy doceniane. Dziś już mi to nie przeszkadza.  Dziś wiem, że to normalne. Ludzie widzą to, co potrzebują widzieć. Pewnie i ja tak kiedyś to widziałam. Myślimy dużo, wyobrażamy sobie jeszcze więcej, nakręcamy sobie w głowie różne obrazy ale… rozmawiać z drugim człowiekiem nie potrafimy.  Rozmawiamy o innym człowieku, ale nie z tym WŁAŚCIWYM Człowiekiem.

Strach? Brak słów? Trudności w formułowaniu własnych myśli, uczuć? Czasem udowodnienie sobie własnej siły wobec drugiej osoby. „Leczenie” własnych kompleksów… Pewnie wszystko po trochu. Człowiek to skomplikowana machina. Mózg i uczucia nie zawsze umieją współpracować. Rozsądek bywa czasem na zupełnie innej planecie niż nasze prawdziwe uczucia. 

Uważamy się za “normalnych” ludzi. Ale tak naprawdę co to znaczy “normalny”? Czy człowiek, który wstępuje do klasztoru i przez całe życie każdy jego dzień jest zupełnie inny niż nasz, jest NIE-normalny? Czy ktoś kto zostawia swoją rodzinę, wyjeżdża do dalekiego, nieznanego mu kraju, postanawia żyć i pomagać ludziom, którzy są dla niego pozornie obcy a potem to oni stają się ważniejsi od jego własnej matki czy siostry, jest także NIE-normalny?  Albo ktoś kto podejmuje decyzję wspinania się na najwyższe szczyty Świata mimo, że wie iż niesie to śmiertelne niebezpieczeństwo dla niego i może ból i tragedię dla najbliższych. A jednak nie rezygnuje ze swoich planów…

Jak zrozumieć ludzi innych od nas? Jak znaleźć w sobie siłę dla tolerancji i zrozumienia?  Tak, świat jest dziwny. Ludzie są dziwni, bo są różni. I w tym tkwi piękno i bogactwo człowieczeństwa. Człowieka wielkiego, który dokonuje nieprzewidzianych odkryć, nieprzeciętnych dokonań dla ludzkości,ma odwagę polecieć na Księżyc, czy po prostu Człowieka  zwykłego, takiego jak każdy z pośród nas.  Pan Bóg, Los czy jakkolwiek to nazwiemy, wyznaczył nam do przejścia kawałek drogi na tej Ziemi. 

I dobrą wolę. I umiejętność wyboru. I mózg i serce. Jaki zrobimy z tego użytek – zależy całkowicie od nas. 

Cudowna nasza noblistka Wisława Szymborska pisała w swym wierszu  “Myśli nawiedzające mnie na ruchliwych ulicach” :

..”Twarze.
Miliardy twarzy na powierzchni świata.
Podobno każda inna
od tych, co były i będą.
Ale Natura – bo kto ją tam wie –
może zmęczona bezustanną pracą
powtarza swoje dawniejsze pomysły
i nakłada nam twarze
kiedyś już noszone.”


Trochę ironicznie, z przymrużeniem oka, ale jakże sensownie.. Jesteśmy tacy sami. Jak ci co już minęli, jak ci co przyjdą długo po nas. Każdy inny a jednak podobny. Mijają wieki, świat zmienia swój wizerunek, zmieniają się wizje, priorytety, marzenia, ale człowiek pozostaje taki sam. Potrzebuje zawsze ciepła drugiego człowieka, miłości, przyjaźni, poczucia bezpieczeństwa i wiary, że ludzi dobrej woli jest więcej i że ten świat nie zginie dzięki nim.


BACK

Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! czyli „Przechadzki – o Krakowie” 2004

10/23/2021

“Nie przenoście nam stolicy do Krakowa!”  Słowami piosenki Andrzeja Sikorowskiego i Jerzego Turnaua z repertuaru zespołu “Pod Budą” kończyliśmy w naszym Ogniskowym Teatrze przedstawienie o Krakowie w 2004 roku.

Tak, dziś zaczynam opowieść od finału, przecież nie musi być zawsze tak samo. 

Kraków.. Jak pierwsza w życiu miłość. Miłość dozgonna, w różnych wariantach, w różnych kolorach, sentymentach, wspomnieniach. Miasto niezapomniane, wspominane z rozrzewnieniem, do którego powracam w marzeniach, w wizjach z dzieciństwa i w wakacyjnych podróżach, by znów odwiedzać Rynek Krakowski i moją rodzinną ulicę. 

W 2004 r. po serii różnych przedstawień z Mrożkiem, Osiecką w Teatrze Ogniska Polskiego, przyszedł mi do głowy pomysł inspirowany tęsknotą za moim Krakowem. Nie tylko tęsknotą do miasta, ale także do jego kultury, historii, legend, których w murach Krakowa nigdy nie brakowało. 

Zapragnęłam pokazać Polakom w Houston Kraków, w którym zaczarowana dorożka przewiezie widza w czasie i przestrzeni. Trzy Młode i Piękne dziewczyny: Romantyczka z inwencją (Kasia L), Pragmatyczka z  wyobraźnią (Edyta B) i Artystka z duszą (Natalia K) poprowadziły naszych widzów do Rynku krakowskiego, gdzie możesz posłuchać co godzinę hejnału z Wieży Kościoła Mariackiego, a z oddali czasami rozlega się głos Dzwonu Zygmunta. Gdzie kolorowe parasole i kwiaty rozkwitają przez cały rok niezależnie od pogody i pory roku, gdzie mogłeś spotkać w kawiarni u Nowo- rolla Szymborską, Turnaua, Miłosza czy Dymną, a dziś także młodych artystów. 

Czasami, gdy przymykasz powieki, przenosisz się w czasie, do epoki Wyspiańskiego i podążasz za magicznym zaproszeniem niezwykłego Chochoła na wesele pełne cudów i dziwów. Przez moment oddychasz polską trudną historią, smutkiem i kompleksami narodowymi, aby za chwilę obudzić się znów na kolorowym Rynku, obok Sukiennic. I posłuchać plotek krakowskich kwiaciarek, sympatycznych kawiarnianych rozmów zacnych Krakusów i zobaczyć radośnie tańczące dzieciaki. 

Zaglądnęliśmy też do Jamy Michalika, gdzie w latach międzywojennych królował kabaret “Zielony Balonik” i w swych elitarnych satyrycznych przedstawieniach wyśmiewał wszystko, co było młodopolskie i romantyczne. Tego wieczoru nasz teatr przypomniał widzom maleńki skrawek tekstów kabaretu Balonika, ale nie pominęliśmy jego obecności w kulturze krakowskiej. 

Dorożka zawiozła nas też na krakowski Kazimierz, podsłuchaliśmy dyskusji politycznych, rozmów o zawiłościach i różnicach językowych.. 

Ta sama zaczarowana dorożka Mistrza Gałczyńskiego wraz z głosem Dzwonu Zygmunta  przywiodła gości teatralnych kolejny raz na Rynek, do pewnej niezwykłej Piwnicy, gdzie przez wiele długich lat od 1956 roku działy się istne cuda! Zakotwiczyli się tam ludzie niezwykli!  Piotr Skrzynecki, legenda Krakowa, dusza, serce i puls kabaretu “Piwnicy pod Baranami”. Zachwatowicz, Demarczyk – “Czarny Anioł” polskiej piosenki.  Dymny, Litwin, Szałapak, Konieczny, Długosz, Nowicki i wielu wielu innych wielkich “Piwnicznych”. 

Przychodzili i odchodzili… A wokół nich publiczność tłoczyła się zawsze i niezmiennie. W wejściu do sieni Piwnicy już o 7.00 wieczorem było tłumnie, każdy chciał zdobyć jak najlepsze miejsce na niewielkiej widowni, choć nikt nie wiedział kiedy naprawdę zacznie się przedstawienie… To było przesłanie zza światów! Realność trwała w nierealności, mieszała się z muzyką, ze słowem niezwykłym, humor ze łzami, ironia i głupota ludzka z szarą rzeczywistością…

Zanim jednak wsiąknę na dobre w te wspomnienia, od których pewnie nie oderwę się  szybko i nie szybko powrócę do dzisiejszej rzeczywistości przytoczę kilka ważnych faktów wiążących się z tamtym spektaklem. Dziś pewnie już nikt o tym nie pamięta.

Dla Ogniska był to czas pełen sukcesów. Szkoła miała dużo dzieci, rozwijała się prężnie, nasze imprezy były znane i lubiane w houstońskiej Polonii. Tego roku obchodziliśmy już 10-lecie Ogniska, które uczciliśmy bankietem połączonym z wystawą prac fotograficznych Marka M. i ładnym programem teatralnym pt. “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Organizowaliśmy imprezy sportowe jak “Fun Run” w Hermann Park, czy biwak rodzinny w Bastrop Park. Ciągle coś się działo! Nic dziwnego, że gdy w parafii polskiej pojawił się nowy ksiądz Jan F, szybko zainteresował się naszą działalnością teatralną, zwłaszcza, że sam był niezwykłym księdzem.

Zdjęcie z próby, w której uczestniczył także ksiądz Jan F.

Człowiekiem, który doceniał kulturę, literaturę i sztukę i szybko na tym polu zaczął działać w parafii. Dzięki niemu wznowiono teatr parafialny i wystawiono sztukę („Dzień gniewu” Romana Brandstaettera), w której zresztą zagrał również ksiądz a także między innymi – aktorzy z naszego teatru: Rysiek S i Wacek M. Wspominam o tym dlatego, że właśnie dzięki księdzu Jasiowi F i za jego namową po raz pierwszy od lat doszło do współpracy szkoły polskiej parafialnej i naszego Teatru. Długo zastanawiałam się jak to zrobić. Nie było to łatwe zadanie z wielu przyczyn.  Dziś nie będę się o tym rozpisywać, bo dawne to “blizny”..

Dzieci z polskiej szkoły parafialnej

Dzieci ze parafialnej szkoły polskiej miały swoje “pięć minut” na Rynku Krakowskim, ładnie wkomponowały się z tańcem i piosenką i bardzo słodką deklamacją, co na moment ożywiło scenę dorosłego teatru a przede wszystkim dodatkowo ociepliło ten wieczór.  Będę za to zawsze wdzięczna księdzu Janowi. Także Maryli Kęstowicz-Lech, która wówczas odpowiadała w szkole parafialnej za przygotowanie muzyczno-taneczne dzieci.  Niestety, ksiądz Jan szybko musiał odejść z naszej parafii 😦

Podobnie jak Ognisko, Teatr także był wówczas w pełnym rozkwicie, mieliśmy duży zespół. Dołączyli do nas dwaj przystojniacy, Łukasz H i Rafał S którzy przyjechali z Polski na tymczasowe stypendia i postanowili spróbować swoich sił aktorskich. Po raz pierwszy zagrał też Andrzej W zwany “Panem Kolegą”, przyjaciel Wacka, więc od razu postanowiłam dać im role przyjacielskie i obsadziłam ich w “piwnicznej części” jako wiodące postaci – Jana Skrzyneckiego i Jana Nowickiego. Do zespołu dołączył też Rysiek S i Ewa K (to już trzecia Ewa w naszej grupie, w świecie prób i spotkań prywatnych mieliśmy dla nich dodatkowe określenia, ale nie będę ujawniać tajemnic zza kurtyny) 🙂 i Marysia M.

Kilka zdjęć które zachowały się z prób końcowych – trudne żmudne godziny pracy 🙂

Po raz pierwszy jako tło piosenki “Groszki” śpiewaną przez Ewę T włączyliśmy tańczącą Olivię K, która pojawiła się w naszym teatrze chyba tylko ten jeden raz.  Reszta zespołu to znane widzom twarze.

Lista naszych sponsorów i przyjaciół Ogniska 2004

O popularności Teatru i dużym zainteresowaniu naszymi sztukami świadczy fakt jak długa była lista sponsorów, którzy nas popierali, pomagali nam i wierzyli w sens naszej działalności. Program teatralny wypełniony był ogromną ilością życzeń, podziękowań, gratulacji. To dodawało nam skrzydeł, napawało dumą, potęgowało marzenia i nowe wyzwania literacko-aktorskie. Długie godziny prób, nauki, powtórzeń i… znów to samo – dawało nam radość i ogrom satysfakcji.   

Trzy dziewczyny oprowadzały widzów po Krakowie, po jego uliczkach i zakamarkach, po kawiarniach na Kazimierzu i wreszcie w drugiej części zeszły po schodkach zasnutych gęstym dymem papierosowym, przedarły się przez tłumy oczekujących na “kawałek” miejsca na widowni, by ujrzeć “skrawek nieba”, a w nim Piotra Skrzyneckiego. Bo tego wieczoru w naszym teatrze, dzięki literackim listom pana Jana N – pan Piotr S. zgodził się na teatralną konwersację, prowadzoną prosto z wysokości, z Nieba. I tak powstała liryczna rozmowa dwóch przyjaciół, Panów J i P…

Najpierw jednak…

zaczęliśmy od serca Krakowa. Rynek krakowski, największy po Weneckim w Europie. Na naszej scenie – krakowskie kwiaciarki, przy stoliku kawiarnianym pan w szarym płaszczu i kapeluszu, pani Mecenasowa. Ożywione rozmowy, codzienny szum uliczny, tętent końskich kopyt, hejnał Mariacki przerywający te odgłosy co godzinę… Dzieci roztańczone i rozśpiewane, zakochani umawiający się pod “Adasiem”. Rynek tętniący życiem przez całą dobę. 

Przy okazji poznaliśmy odwieczną dyskusję na temat krakowskiego języka, bo przecież każdy Krakus wie, że stoi w ogonku a nie w kolejce, używa cumla, gdy dziecko płacze, a nie smoczka! Idzie do lasu na borówki a nie na jagody!  I w karnawale piecze chrust a nie faworki! No i koniecznie – codziennie i przy każdej możliwej okazji używa najpiękniejszych zmiękczeń językowych: prawdziwy Krakus zawsze całuje “rączki”, podsuwa “krzesełko”, podaje “wódeczkę w kieliszeczku”. Je “kromeczkę weki” i obowiązkowo wychodzi “na pole”!! Można by mnożyć przykłady do białego rana! My bawiliśmy się doskonale używając tych krakowskich słówek i na próbach i długo jeszcze potem. 🙂 

W Krakowie wszystko może się zdarzyć. Powoli zgasły światła i za sprawą niezwykłego Chochoła przenieśliśmy się wraz z naszymi widzami do pewnej podkrakowskiej wsi, do chaty, gdzie w mglistą listopadową noc trwało weselisko. W ten wyjątkowy wieczór przypomnieliśmy fragment  polskiej historii, o której opowiedział nam w wielkim skrócie Stańczyk i Dziennikarz.

Stańczyk – Andrzej W. i Dziennikarz – Wacek M.

Posłuchajmy fragmentu, który za sprawą długo ćwiczonej scenki przez Andrzeja W i Wacka M, z trudnego dramatu Wyspiańskiego („Wesele”) wywołuje we mnie do dziś wielki dreszcz emocji. W roli Chochoła spisał się znakomicie Rysiek S. Jest to jedna z najbardziej znanych symbolicznych postaci w polskiej literaturze. Wiele na jej temat napisano, do dziś istnieją nierozwiązane spory i domysły, co naprawdę w zamyśle Wyspiańskiego Chochoł miał  przekazać narodowi polskiemu. 

A gdy już przeżyliśmy wspólnie gorzką kropelkę historycznych wspomnień, przenieśliśmy się tym razem – na krakowski Kazimierz. Centrum kultury żydowskiej, miejsce, które miało swoje wzloty i upadki, a od wielu lat przeżywa nową fazę rozwoju, odnawiania starych kamieniczek, synagog, cmentarzy miejsc kultu żydowskiej religii i kultury. To w jednej z kawiarenek na Kazimierzu posłuchaliśmy dziennikarskiego przeglądu skróconych wiadomości o Krakowie u schyłku epoki młodopolskiej i dwudziestolecia międzywojennego. Dużo było tych wieści, bo dużo w tym mieście się działo.  Dobrego i złego. Zabawnego i smutnego. Miasto żyło pełnią swojego krakowskiego życia.  

Proszę zwrócić uwagę na dekorację sceny. Na ścianie widnieje wielki kościół Mariacki. Namalował go Donek M. śp. Mąż Beatki. Przez długi czas przed przedstawieniem kościół ten wisiał u nich w domu, na ścianie w salonie i choć oboje pochodzili z Warszawy (Donek chyba nawet z Radomia) to bez oporów pozwolili, by centrum Krakowa na długo  przeprowadziło się do nich do domu.

Jasiu K. w monologu pt „Stefania”

Po przerwie – akt drugi przedstawienia rozpoczęliśmy kolejną krótką poetycką przejażdżką  “Zaczarowaną Dorożką” i zawitaliśmy wraz z aktorami do Jamy Michalika, gdzie widzowie mieli szansę przez chwilę uczestniczyć w bardzo wyjątkowym kabarecie. Bez sceny, bez kurtyny, za to zawsze za specjalnymi zaproszeniami, które ozdabiane były przez malarzy karykaturzystów i malarzy z Krakowskiej Akademii Sztuk Plastycznych. W salce panowała straszliwa ciasnota, wisiał gęsty dym papierosowy, unosił się zapach mocnej kawy i za każdym razem można było posłuchać bardzo specjalnych tekstów, bardzo wyjątkowych autorów krakowskich. My przypomnieliśmy tylko kilka fragmentów słynnych “Słówek” Boya- Żeleńskiego. W “Zielonym Baloniku” a właściwie w jego drobnej  namiastce  wystąpili: Jasiu K, Emilka S, Monika W, Rafał S i Rysiek S.  Scenki, choć fragmentaryczne rozbłysły jak perełki. Pełne humoru i dobrej energii, zabawne i zielone w kolorze wprowadziły kabaretową atmosferę. 

Ale “Zielony Balonik” to była tylko przygrywka do tego, co zacząć się miało na scenie za chwilę.. Powoli zanurzaliśmy się wraz z całą naszą widownią w atmosferę ponurej “Piwnicy pod Baranami”. Na błękitnym niebie scenicznego Krakowa pojawił się duch Skrzyneckiego – legendy tego miejsca. A w Piwnicy, Jan N – jego przyjaciel i cała “piwniczna świta”, wszyscy, którzy wraz ze śmiercią Skrzyneckiego pozostali w niej kontynuując jego dzieło. Piwnica nadal żyła, zostały przecież teksty, piosenki, zaraźliwy śmiech Piotra, jego specyficzne poczucie humoru, jego DUCH, niepowtarzalny i niezniszczalny! 

Tył okładki książki „Między Niebem a Ziemią”

Tak oto powstały listy – rozmowy dwóch „Piwnicznych” – w książce autorstwa Jana Nowickiego “Między Niebem a Ziemią”  która zainspirowała mnie do napisania scenariusza i pomysłu tego spektaklu.  Wiem, że już kiedyś wspominałam w innym kontekście o tej książce, a także przytoczyłam piękną piosenkę, która przywołuje ducha Piotra S, ale nie potrafię odmówić sobie (i wam) przyjemności posłuchania jej jeszcze raz. Zwłaszcza, że wiem, iż ludzie czytają wybiórczo, więc pewnie dla wielu zaglądających na blog nie będzie to powtórką. Piosenką ”Jak te konwalie, jak bzy albo pet “ – rodzeństwo Kasia K i Jasiu K oraz Jan N, czyli Wacek M wprowadzili widzów w atmosferę spotkania “Nieba z Ziemią”. 

 

 I wtedy odezwał się do nas z nieba sam Piotr S, czyli Andrzej W…

A potem już wszyscy wsiąknęliśmy w przepaść wspomnień “piwnicznych”, przypomnieliśmy najpiękniejsze teksty zapamiętane przeze mnie, przez moje pokolenie. Powtarzane latami, słuchane zawsze z takim samym wzruszeniem, niezależnie kto był tego wieczoru na widowni. Zmieniali się wykonawcy, zmieniali się widzowie, zmieniały się czasy – duch i idea piwniczna trwała. 

Ewa K (no.2). bucha emocją i energią w monologu – „Jeszcze się wszystko da odkręcić”

Było i o miłości, na poważnie i trochę ironicznie.  W piosence królowała niezapomniana Ewa Demarczyk. U nas na scenie godnie zastąpiła ją Beata M. zawsze niesamowita i wspaniała! Kasia i Jasiu K piosenkę “Niebezpieczne związki” wykonali równie imponująco i pięknie. 

Ewa K i Łukasz H odtworzyli cudowną rozmowę dwojga kochanków, a Ewa K (numer 2) z wielką emocją i zmiennością nastrojów opowiedziała historię pt. “Jeszcze się wszystko da odkręcić”.  Posłuchajcie – tych fragmentów nie można pominąć we wspomnieniach o “piwnicznym” Krakowie!  

Co jakiś czas Piotr S. zaglądał do naszej Ogniskowej “Piwnicy”, Jan N. odpowiadał na jego listy, rozmowy wciąż toczyły się między Niebem a Ziemią, bo choć śmierć rozdziela ludzi fizycznie, emocje, wspomnienia pozostają. Jak mówi pan Jan N. “częste wspominanie zmarłych to rodzaj modlitwy – pomagają przetrwać, żyć”.

Ewa T (nasza trzecia Ewa!) cudownie (!) zaśpiewała piosenkę “Groszki i róże” i Ewa Demarczyk na pewno byłaby dumna z takiego wykonawstwa swej piosenki!  A Olivia K po raz pierwszy i chyba jedyny (a szkoda!) zilustrowała ten utwór delikatnym, równie romantycznym jak piosenka, tańcem. Był to nasz nowy pomysł, by włączyć do teatru młodszych aktorów i zachęcić w przyszłości do pojawiania się na scenie Teatru Ogniska. 

Lata 80-te dla “Piwnicznych” były bardzo trudne. Zbuntowani, jak większość Polaków, niepogodzeni z rzeczywistością, ze stanem wojennym i jego tragicznymi konsekwencjami, dopóki mogli, wyrażali temu sprzeciw. W każdy możliwy sposób! Nawet tekst dekretu o stanie wojennym potrafili “wyśpiewać” w taki sposób, że w owych czasach mroził krew w żyłach!    

Grzegorz Turnau, który pojawił się w Piwnicy w tamtym czasie, a jednocześnie tak naprawdę nigdy w w zespole Piwnicy nie był, miał na nią ogromny wpływ, podobnie jak Piwnica na jego twórczość. Często jego piosenki, jego postać są z zespołem piwnicznym mocno kojarzone. Zresztą od początku Piwnicy, od roku 1956 do dziś, wszyscy NAJWAŻNIEJSI o to miejsce w swym życiu artystycznym się otarli.  Posłuchajmy interpretacji piosenki “ Na Brackiej” do której muzykę napisał Jerzy Turnau, a nas w wykonaniu Natalii M.  

A teraz chciałabym zaprezentować utwór, który był jednym z najtrudniejszych do przygotowania, jaki w ogóle pamiętam w całej mojej “karierze” (ale śmiesznie powiedziane!!) 🙂  

“Dezyderata” to utwór napisany w 1927 roku przez amerykańskiego poetę Maxa Ehrmanna zawierający wskazówki na temat dobrego życia. Nie wiem jak to się stało, że właśnie ten tekst stał się hymnem “Piwnicznych”, najważniejszym ich przesłaniem przez całe dekady istnienia. 

Nasza “Dezyderata” była wspólnie wypracowaną interpretacją. Pomysł, który rósł, zmieniał się, dojrzewał w czasie naszych nieustannych wielogodzinnych prób. Czasami do późnych godzin nocnych wciąż powtarzaliśmy ten sam tekst, każdą frazę, każde słowo,  brzmienie, zgranie głosów. Do dziś podziwiam Emilkę S, która była w stanie wyłączyć “swoje ucho” na kilkanaście innych głosów wokół niej i pociągnąć cały tekst bez pomyłki. Jej siła przewodnika była niesamowita!  Cały zespół wykazał się doskonałym zgraniem, koncentracją i napięciem, które towarzyszyło temu utworowi do samego końca. Podziwiam nas wszystkich za te godziny monotonnych prób, za zaparcie, za nieprawdopodobne skupienie w tak młodych aktorskich umysłach. Podziwiam moich aktorów – wykazali się pełnym profesjonalizmem, a przecież byli tylko młodymi zapalonymi Amerykanami, którym w polskiej duszy zagrało najpiękniej dla polsko-houstońskiej publiczności. Cały zespół “Dezyderaty” zasługuje do dziś na wielkie specjalne brawa!!  

 A na koniec – już dla satysfakcji Krakusów i trochę dla odzwierciedlenia odwiecznej “wojny” pomiędzy Warszawą a Krakowem,  krótka scenka detronizacji Krakowa i akt sprawiedliwości dziejowej, czyli przeniesienie stolicy do Warszawy.. Pośmiali się Krakowianie, usatysfakcjonowani zostali Warszawiacy.. 

A prawdziwa Krakowska Dama kolejny raz powtórzyła:

Krakowska Pani Mecenasowa, czyli Marysia M.

„Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! Nie chcemy, aby pod Wawelem budowano pałace kultury i nauki.” 

I jak już na początku wszystkim ogłosiłam, tak i dziś powtarzam z taką sama siłą i perswazją, słowami piosenki dwóch Krakusów (Grzegorza T i Andrzeja S) –

NIE przenoście nam stolicy do Krakowa chociaż tak lubicie wracać do symboli..

I ja, rodowita Krakuska – po latach mieszkania w bardzo lubianym Houston – dołączam do tej prośby i mój skromny głos..

PS. Wszystkich, którzy są zainteresowani większymi fragmentami przedstawienia i jeszcze nie zmęczyli się moimi wspomnieniami odsyłam na YouTube (malgoskamucha) gdzie można znaleźć pozostałe filmiki ze spektaklu umieszczone tam dzięki pomocy Ani W 🙂


BACK

„Właściwy czas” połączył nas w radosnej zabawie i polskiej tradycji

10/10/2021

“Czas nas uczy pogody” – tak śpiewała Ewa T. w piosence w jednej z naszych sztuk teatralnych. Ale tym razem nie o teatrze będzie a o życiu. 

Słynne zdjęcie pierwszego zebrania zarządu, podczas którego uformowało się OGNISKO POLSKIE w Houston

Był wrzesień 1994 rok. Spontanicznie, choć nic nie dzieje się bez przyczyny – powstało w Houston Ognisko Polskie. Powstało z potrzeby kontynuowania nauki języka polskiego dla naszych dzieci. Byliśmy wtedy rodzicami dzieci, które potrzebowały lekcji języka polskiego prowadzonych przez nauczycieli – entuzjastów, którzy chcieliby w soboty poza regularnymi zajęciami w szkole amerykańskiej, dać dzieciom polskość w takiej postaci, by sprawiała im radość, uczyła języka, zbliżała do tradycji i kultury ich rodziców.  Tak zrodziła się idea Ogniska, która w szybkim czasie zaczęła spełniać wielowymiarową rolę. I o jednej z tych ról dziś opowiem. 

Od pierwszych dni powstania szkoła dla dzieci  była fantastyczna, szybko potem dołączył do jej działalności polski Teatr. A wszystko to zaistniało dzięki magicznym warunkom, które grupa ludzi napotkała na swej drodze życia. 

 “Wszystko ma swój właściwy czas..” często wracam do tej  harcerskiej sentencji, którą kiedyś, dawno dawno temu, ktoś ważny napisał mi na chuście harcerskiej na pożegnanie zimowego obozu. 

Dla nas, młodych Mam i Ojców, w pełni sił, pomysłów i energii, lata 90-te w Houston stały się “właściwym czasem” dla zbudowania niesamowitej przyjaźni, która w różnych kręgach z różnym nasileniem trwa do dzisiaj. I choć energia już w nas nie ta, radość dawnych spotkań a przede wszystkim wspomnienia, które nas łączą są wciąż wielką siłą emocjonalną. 

Długo myślałam co w tamtym czasie w Ognisku jednoczyło nas najbardziej. Najłatwiej powiedzieć – wszystko! Nasze dzieci, praca dla nich, wspólne wyjazdy, wycieczki, biwaki, festiwale, szycie kostiumów na występy, spotkania świąteczne, tańce dzieciaków, muzyka, przedstawienia teatralne. Ale – przecież nie można tak o wszystkim wspomnieć na jednym oddechu!  Życie jest sztuką wyboru. Pisanie jest wyborem. Wspominanie jest fragmentem odczuwania, otwarciem “szufladki”, która dziś przepełniła się myślami… więc otwieram moją szufladkę naszych szalonych imprez Ogniskowych!

Będzie dziś o tym jak organizowaliśmy w Ognisku, dla nas – dorosłych zwariowane spotkania Halloweenowe, polskie tradycyjne Andrzejki, Bale Sylwestrowe i Ostatki czyli tradycyjne zakończenie karnawału. Zapytacie, skąd taki wybór? Pamiętam… byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy szaleństwa, dobrej zabawy, ale też łaknęliśmy czegoś polskiego. Byliśmy na tyle dojrzali i odpowiedzialni, że rozumieliśmy potrzebę utrzymania polskości w swoich rodzinach, bliskości polskich przyjaciół. A te właśnie imprezy dawały nam szansę połączenia tych potrzeb razem. No i prozaiczna konieczność..  Musieliśmy szukać sposobów na zbieranie pieniędzy na potrzeby szkoły, a zabawy dla dorosłych zawsze przyciągały dużo chętnych. Tak więc sami przygotowywaliśmy każdą imprezę za darmo (bo przecież dla naszych dzieci) 🙂 płaciliśmy za bilety wstępu, zachwycaliśmy się bufetem i barem, potem bawiliśmy się świetnie wszyscy razem, a na koniec zabieraliśmy się do sprzątania, też razem. W ten sposób osiągaliśmy cel potrójnie – wspólna praca, wspólna zabawa i jeszcze pieniążki dla szkoły.

Halloweenowe migawki

Byliśmy jak wulkan! Jak kilka wulkanów naraz!  Bardzo szybko podzieliliśmy się na grupy “fachowców” od gotowania, dekoracji, zakupów, muzyki a potem już łatwo wciągaliśmy nowych do pomagania jednorazowo lub wielokrotnie.  Zaczęliśmy od Halloween. Dzieci oczywiście miały swoją imprezę, bo nawet polska szkoła nie mogła tej tradycji ominąć. A  dorośli, tak jak dzieci – przygotowywali swoje najbardziej wymyślne kostiumy na wieczór, by zaskoczyć innych, by wygrać konkurs na najśmieszniejsze, najbardziej pomysłowe przebranie.  Mieliśmy wielkie ambicje uszycia czy zrobienia kreacji, które z żadnym wypadku nie byłyby kupione w sklepie. Koniecznie coś specjalnego, wyjątkowego, nietypowego, zaskakującego!  Pamiętam kilka niesamowitych inwencji. Ania S. stworzyła sobie kostium jesienny tak piękny i kolorowy, że dech zapierało!  Rysiek S. zdobył gdzieś oryginalny mundur rosyjskiego żołnierza z ogromną ilością prawdziwych orderów. Twierdził, że jest rosyjskim generałem, wierzyliśmy mu tylko na okoliczność nocy halloweenowej. 🙂 Mnie udało się kiedyś dostać od koleżanki, z którą pracowałam przez krótki czas a która pochodziła z Ghany, jej narodowy strój łącznie z turbanem na głowę. Był szeroki, długi i przypasował świetnie mojemu mężowi.  Całą “ekipą rodzinną” pomalowaliśmy mu twarz  w kolory plemienne z buszu (według całkowicie naszej wyobraźni!) i jako wódz mało znanego albo raczej nieistniejącego plemienia “Tumbo- Bumbo” zrobił na wszystkich duże wrażenie. 

Niezmienną i zawsze pojawiająca się u nas  postacią był Presley, zawsze też miał swoje “pięć minut” muzycznego występu, bo jakże mogłoby być bez tej tradycji?!  Bywali u nas szejkowie, ludzie z prehistorycznych pieczar i diabły i korsarze. Kleopatra i klaun, czarownice i Indianie. Janek K. wystąpił jako zakonnica a Młodzi przybyli prosto z wysp Hawajskich. 🙂

Kilka tygodni wcześniej  załoga organizatorów rozpoczynała pracę nad dekoracją, instalowała muzykę, przygotowywała zawsze dobrze zaopatrzony bar. A nie było to łatwe. Proszę sobie uświadomić, że Ognisko nigdy nie miało swojego miejsca, w którym mogłoby takie imprezy organizować. Zawsze trzeba było dobrze “pogłówkować”, żeby wynająć miejsce, zrobić zaproszenia, dowieźć dekoracje, jedzenie, naczynia.. Dzięki zaangażowaniu każdego z nas udawało się zlepić wszystko razem i zawsze wychodziła fantastyczna impreza! Jedni załatwiali nam wypożyczenie swojego klubu osiedlowego, inni godzinami tworzyli dekoracje na ściany, dmuchali dziesiątki balonów, gotowali bigos, piekli schab, robili śledzie i co tylko można było wymyśleć. Każdy COŚ.  Niełatwa jest rola organizatorów w takich warunkach. Trzeba wiele zaparcia, czasu i wielkiego pomyślunku organizacyjnego. I chęci. Chęci, których nam wtedy nie brakowało. A przecież wszyscy pracowaliśmy zawodowo, każdy z nas miał dzieci w wieku szkolnym, byliśmy z wielkim życiowym biegu i znajdowaliśmy czas na pracę społeczną i wspólną zabawę. 

Każdego roku pomysły na kostiumy były bardzo kreatywne

Kilkuosobowy zarząd Ogniska a przede wszystkim nauczycielki, cztery niesamowite szalone kobiety – to była czołówka, która nie ustawała ani na chwilę w coraz to nowszych pomysłach, niewyczerpanych sposobach pozyskiwania chętnych do pomocy w pracy, znajdowania kolejnych przyjaciół i sponsorów Ogniska, zawsze dobrych rad, ciepłych słów, i pozytywnych fluidów rozsiewanych wokół. Krąg dobrych ludzi rozszerzał się szybko. Ogniskowe ciepło ogrzewało każdego, kto do nas dołączał.  

Halloweenowe wieczory szybko przyciągnęły młodzież czyli nasze “duże” dzieci, w tym czasie już będące studentami uniwersytetów, którzy przyprowadzili swoich amerykańskich przyjaciół. W ten sposób tradycja amerykańska połączyła dwie społeczności i bawiliśmy się razem, przy okazji zbierając coraz więcej pieniędzy na potrzeby szkolne. 

Wróżenie z wosku było kulminacyjnym punktem wieczoru.

A po kilku latach – ktoś rzucił pomysł, żeby przerzucić się na polską tradycję “andrzejkową” która kalendarzowo wypada w tym samym czasie, a była polskiemu towarzystwu bliższa. I spróbowaliśmy czegoś innego. Chwyciło za pierwszym razem. Andrzejów w naszym gronie mieliśmy pod dostatkiem, otrzymali specjalne zaproszenia jako goście honorowi.  Lanie wosku przez duże ucho od klucza, wróżenie z ustawiania i wyścigu butów, wypisywanie imion męskich i żeńskich na wielkim sercu i trafianie w nie lotką z zawiązanymi oczami, wkładanie pod kubki różnych przedmiotów symbolizujących andrzejkowe wróżby np. pierścionek – zaręczyny, obrączka – ślub, kostka cukru-szczęście, kluczyk- dom, moneta- bogactwo… to były nowe atrakcje, które natychmiast zdobyły wielką popularność i całą gromadę zachwyconych taką zabawą.  Zwłaszcza udało się przyciągnąć młodzież, a dla nas to było ważne. 

Andrzejkowe czary-mary  miały podobny do halloweenowego nastrój, a jednak był to wieczór na wskroś polski.  Nie pamiętam ile razy bawiliśmy się wspólnie na imieninowych wieczorach Andrzejów, ale mam nadzieję, że wiele dobrych wróżb z naszych “andrzejkowych” wieczorów sprawdziło się pannom i kawalerom w przyszłości. 🙂

Wpis z kroniki Ogniska o pierwszym Balu Sylwestrowym – 1994/95

Od jesieni niedaleko do zimy, od Halloween i Andrzejków do magii Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku już tylko jeden krok. Szczególnie tu w Ameryce okres świąteczny to czas radości i zabaw. Tak nas rozochociły te sukcesy organizacyjno- zabawowe, że  już w grudniu 1994 roku postanowiliśmy zorganizować nasz pierwszy Bal Noworoczny. To było wielkie wyzwanie. To już nie było “tylko party”.  Trzeba było pomyśleć nie tylko o pięknym miejscu, ale o takim miejscu, gdzie będzie można usadzić gości przy stolikach, zrobić zarówno zimny bufet jak i gorące dania, jak przystało na prawdziwy polski Sylwester, i dobra muzyka. I konkurs – niespodzianka czyli coś specjalnego, czego nie było na innych balach… I najpiękniejsza dekoracja..  Czyli  – po prostu… zwariowaliśmy! Równie dobrze mogliśmy się podjąć lotu na księżyc. Ale – Ognisko potrafi! Bo Ognisko to byliśmy my. My – to grupa młodych, napalonych, nieokiełznanych, żywiołowych, brawurowych przyjaciół. Zabraliśmy się do roboty już dwa miesiące wcześniej. Spotkania, gorące dyskusje, pomysły wrzucane, odrzucane. Kawa, wino, herbata i znów wino. Czasem piwo i znów kawa. Układaliśmy menu. Grażyna M. “dyrektorowała”.. Tworzyła ekipę główną i  “podkuchennych” – do pomocy. Ania S. zajmowała się stroną artystyczną czyli dekoracjami. 

Dalej ruszyły zaproszenia i cały marketing. Wykorzystywaliśmy wszystkich, kto się tylko nawinął nam na myśl i pod rękę. I ludzie pomagali. 

Nie pamiętam kto, ale na pewno ktoś z nas na zebraniu zarządu wpadł na pomysł, że powinniśmy zainicjować jakąś specjalną, tylko naszą tradycję przypadającą tuż po życzeniach noworocznych o północy.  I wymyśliliśmy, że będą to wybory Królowej Balu. Aby połączyć przyjemne z pożytecznym powstał pomysł sprzedawania malutkich bukiecików sztucznych kwiatków w postaci przypinek dla pań, które mieliby kupować dla swych wybranek panowie. Te bukieciki każdego roku miały inna formę, Raz to były broszki, raz bransoletki na rękę. Różne kolory, różne kwiatki, pięknie udekorowane bardzo pracochłonne i… całymi tygodniami robione ręcznie przez nas!  Były to zazwyczaj malutkie różyczki, które kleiliśmy z listeczkami, wstążeczkami  i układaliśmy pojedynczo, piątkami, dziesiątkami albo po dwadzieścia pięć. Były śliczne! Robiłyśmy je przez kilka tygodni a pracowała nad nimi ekipa kilkunastu a czasami kilkudziesięciu Mam szkolnych dzieci albo nasze dorosłe córki, które także nam pomagały. Nierzadko do projektu “różyczek” włączały się nasze Mamy-Babcie. 🙂 

Nie wiem jak dawaliśmy sobie z tym radę. Przez kilka lat nasze Bale Sylwestrowe stały się tak popularne, że pamiętam, iż w dniu Sylwestra na kilka godzin przed rozpoczęciem balu musieliśmy dostawiać stoły, niechętnie zmniejszać przestrzeń pomiędzy krzesłami, bo ludzie błagali nas o bilety wstępu w ostatniej chwili.. 

Na balu około godziny 23.00 kilka młodych dziewczyn wchodziło na salę z koszyczkami i rozpoczynało sprzedaż różyczek. Panowie – mężowie, narzeczeni, wielbiciele byli bardzo podekscytowani, bardzo chcieli, by ich wybranki zostały Królowymi balu.  A każda pani przekonywała swojego “rycerza”, że warto w nią zainwestować. 🙂  Aby zostać Królową trzeba było uzbierać największą ilość ręcznie robionych różyczkowych bukiecików. 

Gdy wybijała PÓŁNOC – przerywaliśmy sprzedaż i przy dźwiękach muzyki zwiastującej nadzieję dobrego szczęśliwego NOWEGO ROKU wszyscy wszystkim składali życzenia. Najpierw najbliższym: żonom, mężom, partnerom, potem przyjaciołom bliskim i dalszym. Każdy każdemu. Szampan lał się strumieniem, mieszał się ze łzami wzruszenia, ciepłymi słowami i świadomością, że jesteśmy tu jedną silną polską rodziną.  Nie dziwota, że czas życzeń ciągnął się prawie całą godzinę, a my wciąż mieliśmy sobie tak wiele do powiedzenia. Było nam ze sobą dobrze. 

Jedna z kilku Królowych Balów Sylwestrowych – Basia S.

Wreszcie DJ zapraszał wszystkich do pierwszego tańca w kolejnym nowym roku, a za chwilę przystępowaliśmy do momentu kulminacyjnego naszego balu czyli policzenia różyczek i ogłoszenia kto zostanie Królową balu. Nie jestem pewna czy na naszym pierwszym balu już wybraliśmy królową i nie wiem czy pamiętam wszystkie Królowe, ale pamiętam, że przez kolejne lata królowały nam Kasia Ch, Grażyna M, Basia S, Natalia M.  Ta akcja miała dla nas dodatkowy plus, bo utarg z niej był całkiem pokaźny i stanowił dobry zastrzyk finansowy dla szkoły.  

Bale nasze odbywały się w różnych miejscach, zazwyczaj były to sale balowe, gdzie na co dzień odbywały się zajęcia nauki tańca. Był to czas kiedy jedna z naszych nauczycielek Ania G. szalała ze swoim mężem na parkietach takich sal i dzięki jej znajomościom udało nam się też skorzystać z parkietu. 🙂  Nie tylko umieścić tam naszych gości, ale także raz nawet atrakcją naszego wieczoru był pokaz tańca profesjonalnego. Staraliśmy się zawsze dodać coś ciekawego do programu naszych balów. Mieliśmy występ kwartetu smyczkowego ze Szkoły Muzycznej z Rice University, długi “przerywnik” muzyki zespołu meksykańskiego. 

Nasz ostatni bal sylwestrowy 1999/2000 zaczął się bardzo niefortunnie. Właściwie wszystko szło nie tak!  Cały świat przepowiadał jakieś katastroficzne wieści, zwłaszcza komputerowo-technologiczne, bo miała przecież nastąpić zmiana numerów z 1999 na 2000 i nikt tak naprawdę nie wiedział co może się stać, jak nagle numerki zareagują.. Chodziły już niemal histeryczne przepowiednie co i jak należy zabezpieczyć na ten moment zmiany, który – niestety – przypada dokładnie na noc sylwestrową. W związku z tym, pierwsze co się zdarzyło, to dawno już załatwiona sala w Baker College na Rice University odmówiła nam wstępu na teren uniwersytetu. Stało się to w momencie kiedy mieliśmy już wszystko załatwione i tak daleko posunięte organizacyjnie, że stanęliśmy w pierwszym momencie w bezdechu.. Wszystkie znane i dostępne nam finansowo miejsca były już pozajmowane. Ogarnęła nas panika, ale jakimś cudem znaleźliśmy coś w zastępstwie! Honor Ogniska został uratowany i balu nie odwołaliśmy. 

Ale nieszczęścia, jak wiemy , chodzą parami. 🙂  Grażyna, główna szefowa organizacyjna poparzyła sobie nogę i to tak okrutnie, że o chodzeniu nie było mowy!  Nie zapomnę takiej scenki: jesteśmy w Sams’ie, Grażyna na wózku z nogą w ogromnych opatrunkach, wyciągniętą do przodu na podpórce, Kasia L.  popycha wózek od stoiska do stoiska według Grażyny instrukcji, ja za nimi z drugim wózkiem, nakładam do niego artykuły, które kupujemy do gotowania.. A ponieważ miał być to Sylwester Millenium – po raz pierwszy mieliśmy ambicję obiadu serwowanego przez naszą młodzież, która miała pełnić rolę kelnerek i kelnerów, a  dopiero po obiedzie dołączyć do grona “balowiczów” gdy już będzie otwarty zimny bufet. 

Nie wiem ile razy odbyły się takie zakupy, nie wiem, jak i gdzie gotowaliśmy te niezwykłe dania i serwowaliśmy je dla 160 osób. Nie mam pojęcia jak udało nam się to przetrwać, zorganizować, przeżyć i dożyć Nowego 2000 Roku, bez katastrofy komputerowej, organizacyjnej ani żadnej innej. A działo się każdego dnia coś niespodziewanego, co mogło przyprawić o zawał serca. Jakby naprawdę świat chciał nam udowodnić, że organizowanie balu w takim przełomowym momencie jest szaleństwem, na które nawet wariacka “społeczność ogniskowa” nie powinna się porywać. Ale – my twardo, do przodu. Tak jak Grażyna z wyciągniętą nogą na wózku!  Siedziała zresztą w kuchni do końca wydawania  obiadu i dyrygowała wszystkimi wszystkimi, jakby była wirtuozem muzycznym. 

Każdego roku sylwestrowe kreacje prezentowały się znakomicie!

Kelnerki i kelnerzy sprawnie, w eleganckich białych koszulach i muszkach roznosili gorące dania, prawdziwy meksykański zespół sprowadzony na tę okazję z Meksyku przygrywał delikatnie do obiadu, a potem już z całą  meksykańską energią, na zmianę z naszym kochanym DJ Christianem grał do końca balu. 

Jedyne zdjęcie- błyskawicznie zrobione przez „przytomnego” w tym momencie Christiana P. Następnego dnia zostało wydrukowane i podpisane przez tych którzy kontynuowali celebrację Nowego Roku na Meeting Ln. i byli świadkami zaręczyn

Dla mnie osobiście, dla mojej rodziny ten wieczór był wyjątkowy.. Przez pierwsze dwie godziny wszyscy byliśmy bardzo spięci i podenerwowani, wiedzieliśmy, że dopiero rozluzujemy się po zakończeniu obiadu.  Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle w połowie obiadu ucichła muzyka, Christian P. przybiegł do mnie niesłychanie podniecony krzycząc “pani Mucha, pani Mucha, niech pani patrzy! On się oświadcza!”  Nie rozumiałam co on mówi.. I nagle zobaczyłam, że na scenie stoi moja córka – kelnerka w śnieżno-bialej koszuli i czerwonej muszce a przed nią klęczy Bill z kwiatami..  Tak – to były oświadczyny!  Powoli wszyscy przerwali obiad i patrzyli jak urzeczeni. Bill, amerykański chłopak mojej córki wybrał polski Sylwester 1999/2000 jako TEN moment, najważniejszy moment, by zapytać moją córkę czy zostanie jego żoną..  To była wielka niespodzianka, nie tylko dla nas, ale i dla wszystkich gości. Nieplanowana atrakcja wieczoru.

Później, w damskiej toalecie, gdzie zawsze wymiana plotek i ploteczek jest szybka i ciekawa jednak z moich koleżanek powiedziała: “ wiesz, oświadczył się w obecności 160 osób. Teraz musimy być wszyscy świadkami ich ślubu.” 🙂 I niemal tak się stało. 13 sierpnia 2000 roku w podobnym choć oczywiście nie identycznym gronie, bawiliśmy na pierwszym polskim weselu pary dzieci z naszego grona przyjaciół.  Dziś takich wesel mamy za sobą już bardzo wiele, dużo wnuków, niektóre prawie dorosłe, a my wciąż tacy sami i wciąż  tak samo lubimy być ze sobą razem. Niewiele się zmieniło..

Najtrudniejszy moment nadchodził, gdy goście około godziny 2-3 nad ranem zmęczeni ale szczęśliwi opuszczali salę balową, a my, organizatorzy, równie zmęczeni i szczęśliwi zostawaliśmy z brudnymi naczyniami, stołami, zniszczoną już nieco dekoracją i musieliśmy przystąpić do sprzątania. Oj, bolesny to był moment.. Nie wszyscy potrafili to wytrzymać. Ale byli tacy, co nie musieli zostawać a dotrzymywali nam towarzystwa i oferowali swoją pomoc do końca. Wychodziliśmy  do domów kiedy jaśniał nowy pierwszy dzień roku. Czasem musieliśmy wrócić po południu żeby dokończyć sprzątania choć staraliśmy się  zabrać wszystkie “resztki” jedzenia i picia (ogromne zazwyczaj) 🙂 pozostawić miejsce tak, by profesjonalna ekipa sprzątająca mogła przystąpić do pracy. 

Po balu – czyli ciąg dalszy – Nowy Rok na Meeting Ln.

Na odpoczynek i sen po balu czasu mieliśmy niewiele, bowiem tradycją było, że kontynuowaliśmy nasz dobrze i radośnie rozpoczęty nowy rok u Grażyny i Marka w domu. Wprawdzie w bardzo zmniejszonym gronie, ale za to wśród najbliższych przyjaciół.  Już około 1 w południe pierwsi wyspani pojawiali się na Meeting Ln. i tak już było do późnej nocy. Nie wiem skąd w nas było tyle siły, tyle radości i potrzeby bycia razem!? Rozpamiętywaliśmy wydarzenia ostatniej nocy, śmialiśmy się z małych pomyłek, plotkowaliśmy o sobie i o gościach, zjadaliśmy to, co pozostało niezjedzone i piliśmy wino za naszą przyjaźń i kolejny udany wspólny bal. Niezwykły bal. Bal nasz, bal w którym razem powitaliśmy kolejny Nowy Rok. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, widzę te same twarze, które dziś nadal są ważne w moim życiu. Minęło prawie 30 lat a ja wciąż widzę moich przyjaciół wokół siebie. Już nie organizujemy balów, już nie szalejemy przez całą noc, ale to co urodziło się w tamtych latach nie odeszło z przemijaniem. Trwa…

Talenty nasze były nieograniczone! kto oglądał te wyczyny zapamiętał je na długo!

Jeszcze jedna polska “ zabawowa” tradycja zawojowała nas w tamtych latach.  Zakończenie karnawału czyli polskie OSTATKI. Amerykanie już dawno zapomnieli o świętach i nowym roku a my polskim zwyczajem na różnych mniejszych czy większych spotkaniach bawiliśmy się, bo dla Polaków (zresztą nie tylko dla nas!) karnawał kończy się we wtorek, dzień przed Środą Popielcową. A że trudno przygotować party dla większego grona pracujących ludzi w środku tygodnia, więc zorganizowaliśmy te Ostatki i żegnaliśmy każdy odchodzący czas balów w ostatnią sobotę karnawału. Ostatki Ogniskowe to były przede wszystkim polskie PĄCZKI i wymyślony przez nas POKAZ STARYCH TALENTÓW.  

Pączki – to była przede wszystkim Grażyna M. Nikt w naszej Polonii takich dobrych pączków nie robił! Cała reszta dziesiątek osób to tylko dobrze ustawiona ekipa “pomagierów” do różnych prac pączkowych. Mnie zdarzyło się być przypisaną do przewracania smażących się pączków w ogromnym garze pełnym rozgrzanego tłuszczu.  To była bardzo trudna rola! Uchwycić moment kiedy pączek ma właściwy kolor paseczka w połowie i sprytnie go obrócić, a potem wyjąć na tacę z bibułką – to nie było proste zadanie.. Innym razem dostałam przydział do lukrowania pączków i posypywania ich skórka pomarańczową. O, to mi się podobało! Były wtedy już gotowe i takie cudownie pachnące!  

Te paczki piekliśmy w różnych dziwnych miejscach: raz u Grażyny w kuchni, a raczej na zewnątrz w ogródku tuż przy kuchni.  Innym razem u mnie w domu. Przebywali wtedy u nas teściowie z wizytą, którzy nigdy w życiu nie widzieli takiej akcji, nigdy nie oglądali na własne oczy takiej ilości pączków – a upiekliśmy ich wtedy tysiąc!!  Tak, tak – nie przesadzam, było tysiąc pączków! 

1000 pączków smażonych u nas w domowej kuchni – 1996

I w dodatku Mama – teściowa cały czas brała czynny udział w ich pieczeniu choć reszta ekipy zmieniała się przez cały dzień. Nawet dzieci ze szkoły polskiej i młodzież nam pomagała. Teścia, moja córka wywiozła na wszelki wypadek “na wycieczkę”, bo trochę baliśmy się o wytrzymałość jego serca w tym tłumie i w takim pomieszaniu zapachów, ludzi, tłustej podłogi w kuchni itd. 

Jakie było nasze zaskoczenie jak to właśnie on zdecydował, że jednak pójdą z nami na party, choć wcześniej upierali się oboje z Mamą, że zostaną w domu.  Był taki szczęśliwy, gdy któraś z moich koleżanek poprosiła go do tańca, że potem “rozszalał” się ze swoją wnuczką – Kasią i jeszcze innymi. Oczy mu się świeciły łzami radości kiedy mówił do mnie: ”Gosiu, ja dzisiaj tańczyłem”.  To był jego ostatni taniec w życiu. Trzy miesiące później już nie żył…

Później już było lepiej, Grażyna miała pracę w profesjonalnej kuchni, którą mogła wykorzystywać na smażenie pączków i to bardzo ułatwiło nam kulinarne życie.   Przynajmniej już nikt więcej nie miał takiego “lodowiska” z tłuszczu jakie było w mojej  kuchni. 🙂 🙂

Oczywiście, Ostatki to nie tylko pączki, to także tradycyjny śledzik – tych mieliśmy zawsze kilka, do koloru do wyboru!  W śmietanie, w occie, w oleju, rolmopsy, z jabłkiem i ogórkiem i już chyba nie pamiętam co jeszcze tam było. A jak śledzik to i polska sałatka jarzynowa, w tym przodowała Zosia P. Ale były i inne wersje. Bigos, polskie wędliny, pasztety, rolady. Musiało być bogato i tłusto bo wiadomo – od następnego dnia post przez sześć tygodni aż do Wielkanocy.

Muzyka grała, wszyscy tańczyli, bawili się młodzi i starsi czekając na specjalną atrakcję. Bo my nie mogliśmy żyć, by czegoś specjalnego nie zaserwować naszym gościom. Kulinarnie, wiadomo  – śledzik i pączki, ale dla intelektu też coś potrzeba! 

Pierwszy Pokaz Starych Talentów zorganizowaliśmy w 1996 roku. Niektórzy buntowali się, dlaczego “starych” ale jakoś udało nam się wyjaśnić, że nie o nas “młodych” chodzi, tylko żeby było w odróżnieniu od pokazu młodych talentów w szkole polskiej, który już organizowano kilka razy. Wiedzieliśmy, że pierwszy raz  nie będzie wielu chętnych, ale zaryzykowaliśmy..  To był ten sam raz kiedy Grażyna u nas nocowała, bo musiała wstać o 3 rano by “zarobić” ciasto na pierwszą partię pączków. W piątek wieczór pojawiła się u nas nie tylko Grażyna ale także Ania G. i Kasia L. czyli cała czwórka nauczycielska, która dla przykładu (były też pomysłodawcami ) postanowiła wziąć udział w konkursie i przygotować swój popisowy numer. Miał być to taniec z piosenką “Cztery słonie, zielone słonie”. Jaka szkoda, że nie mam z tego wieczoru żadnego filmiku, bo byłby to nieoceniony materiał wspomnień! Cóż, mogę tylko zaproponować parę zdjęć, resztę polecam waszej, mam nadzieję szerokiej wyobraźni. 🙂 Myślę, że obserwacja naszej próby, wieczór pełen śmiechu radości i zabawy, zanim naprawdę miałyśmy stać się na drugi dzień “aktorkami” przekonało ostatecznie moich teściów, że warto wybrać się na nasze Ostatki. 🙂 

A mój mąż nikomu nic nie mówiąc, w sobotę rano zamknął się w pokoju, z pudłami, kawałkiem czerwonego materiału, klejem i nożyczkami i cały dzień aż do wyjścia na party ćwiczył swój własny numer. Ja jedna po cichu domyślałam się co to będzie, ale oczywiście nie wiedziałam, że tak sobie świetnie poradzi z dekoracją i rekwizytami.  Był ostatni w programie (wcześniej był numer muzyczny, piosenka Jerrego i skecz Andrzeja i Ryśka) i gdy  wyszedł na scenę (no, umowną) 🙂 ustawił sobie czerwona mównicę  ze znakiem sierpa i młota i zaczął fantastyczną parodię przemówień towarzysza Gomułki (ciekawe czy dzisiejsza młodzież polska wie kto to był??). My wszyscy pamiętaliśmy jego charakterystyczny sposób mówienia, jego akcent i głupoty, które wygłaszał. Te teksty były zresztą wycinkami jego autentycznych przemówień. Ludzie niemal tarzali się ze śmiechu, dla naszego pokolenia to był więcej niż kabaret!  Ten numer Wacek miał już dobrze opracowany i wypróbowany ale dla przyjacielskiej publiczności w Houston był całkowicie nowy. Był rzeczywiście świetny!!  Wacek wygrał bezdyskusyjnie, komisja nawet nie zastanawiała się komu przyznać 1-sze miejsce. My jako Słonie byłyśmy zawiedzione i uważałyśmy nawet, że to nie było całkiem sprawiedliwe, ale ostatecznie – zostało w rodzinie. 🙂 

Znakomita parodia „Hamleta” Wacek M w roli głównej i Kasia L jako Ofelia

Takich Pokazów Starych Talentów odbyło się jeszcze kilka. Wyrosły nawet grupy konkurencyjne jak Beatka M. ze swoim zespołem, słynny występ Osiedlowego Teatru z parodią “Hamleta” (znów Wacek w roli głównej).  I znów powtarzam – jaka szkoda, że z tego “małego śmiesznego” ostatkowego teatrzyku nie ma filmików. Dziś bawilibyście się tak samo dobrze jak wtedy. 

Właściwy czas.. Tak nazwałam w swoich myślach ten rozdział naszych wspólnych działań. Może powinnam powiedzieć – zabaw i radości. A może po prostu małej cząstki tego, co wtedy robiliśmy razem. Bo przecież działo się dużo dużo więcej. Otworzyłam przed sobą i przed wami tylko jedną szufladkę wspomnień. Tak jak czytamy jeden rozdział książki i znów ją zamykamy. Bo zamknęliśmy to, co zrobiliśmy wtedy razem.  Zostały nam wspomnienia.  Dużo dobrych i bogatych wspomnień. I wyjątkowa przyjaźń.  30 lat temu spotkaliśmy się we właściwym czasie, na właściwej drodze i stworzyliśmy właściwy sens dobrej przyjaźni, fajnego życia, szczęśliwych dni. 

Jeśli udało mi się niektórym przypomnieć dobre chwile – cieszę się. 

Może ktoś inny znajdzie swój “właściwy czas” i wykorzysta go tak my..  Życzę tego każdemu człowiekowi  z całego serca.


BACK

Jesienny stan ducha, czas moich kolorów

09/30/2021

“Mimozami jesień się zaczyna..” – tak zaczyna się wiersz Juliana Tuwima pt. “Wspomnienie” z 1921 r.  Stał się niesłychanie popularny nie tylko dzięki tekstowi, ale także jako piękna i wzruszająca piosenka Czesława Niemena.  Pierwsze jej wykonanie odbyło się w 1967 roku i do dziś ten dawny przebój wzrusza niejednego słuchacza.  Jakież było moje zdziwienie kiedy pewnego razu natknęłam się na informację, że te jesienne żółte kwiaty uważane przez nas za mimozę wcale mimozą nie są!  Naprawdę nazywa się “nawłoć kanadyjska” i przywieziona  została kiedyś z Ameryki. Teraz można ją spotkać rozsianą przypadkiem na ziemi zagospodarowanej tzw. nieużytkach. 

Na górze zdjęcia – prawdziwa mimoza, z różowymi kwiatkami. Dolne zdjęcie – to kwiatek który tradycyjnie uznajemy za mimozę, a naprawdę nazywa się nawłoć kanadyjska.

 Prawdziwa mimoza ma kwiatki delikatne różowe, lekko fioletowe, a jej liście zwijają się natychmiast po ich dotknięciu. Występuje głównie w szklarniach albo w doniczkach w warunkach domowych,  bo jest zbyt delikatna jak na polski klimat.  I jest zupełnie inna niż ta z wiersza Tuwima.. 

 W pierwszym momencie, było to dla mnie duże rozczarowanie, ale tak naprawdę w mojej wyobraźni niewiele się  zmieniło. Melancholia jesienna wciąż mimozami się zaczyna. 🙂

 Nasze tegoroczne wakacje w Polsce, które skończyły się kilka tygodni temu, tchnęły jesienną aurą. Polską jesienią. Taką, jaką pamiętam z dawnych lat.

Kiedy poszliśmy na Cmentarz Rakowicki jak zawsze odwiedzić groby naszych rodziców, nagle znów wyobraźnia przywołała obrazek z dzieciństwa. Dywan jesiennych złotych i brązowych liści szeleszczących pod nogami i kasztany pomiędzy nimi. Lśniące, gładziutkie i tak samo śliczne jak w moim dzieciństwie.  Gdy byłam małą dziewczynką właśnie o tej porze roku chodziłam z Mamą na cmentarz i zbierałyśmy razem kasztany. I jeszcze żołędzie. I najładniejsze kolorowe liście. Potem w domu robiłam różne ludziki, dodawałam zapałki, ustawiałam je w wymyślnych pozach, robiłam zwierzątka. Dla zwierzątek żołędzie były lepsze na główki niż kasztany. Potem długo trzymałam ten mój dziecięcy projekt na podstawce, ustawiony za pomocą plasteliny, aż wreszcie kasztany stawały się szare, pomarszczone i matowe. Mama dyskretnie wyrzucała kasztanowe zwierzątka do śmieci,  a ja czekałam kolejny rok, na kolejną jesień. 

Pośród liści, których nikt w alejkach cmentarza nie sprząta, nie usuwa, a które stanowią naturalny jesienny rudo-złocisty dywan dopóki deszcz i pierwsze przymrozki go nie zniszczy, w tym roku też znalazłam kasztany. Spadły jak zawsze ze starych wielkich kasztanowców.  Piękne świeże, mocno brązowe z jaśniejszą łatką. Zebrałam kilka w dłoń. Lśniły swoją wyjątkową pięknością. Zabrałam je i mając nadzieję, że dowiozę je do Houston dla moich wnuków.  Niestety, po kilku dniach, w ciemności mojej torebki straciły swój powab, swoją naturalna piękność i też stały się matowe, trochę pomarszczone. Smutne pewnie, że jak kiedyś, nie mogły stać się kasztanowymi ludzikami, zwierzętami. Nie mogły ożyć choćby na parę jesiennych dni… Duże dziewczynki już nie mają takiej mocy jak kiedyś. Za to mają potrzebę trzymania kasztana w swojej dłoni. Także tu w Houston, także dzisiaj…

Kwiaty na stoiskach przy cmentarzu Rakowickim

Zauważyłam, że teraz tuż przy wejściu na cmentarz, na stoiskach, gdzie zawsze można kupić kwiaty i znicze na groby swoich bliskich, o tej porze roku sprzedają bardzo dużo wrzosów. Wrzosy w doniczkach: fioletowe i ciemno-różowe, trochę bordowe. Jest ich dużo na pomnikach cmentarnych. To także jesienny element. Kiedyś wrzosów nie było. Były chryzantemy. Te także są. Żółte, złociste, białe.  Choć więcej ich będzie bliżej listopadowego święta Zmarłych. Ta polska tradycja jest tak piękna i tak jesienna, że nie mogłaby pojawić się żadną inną porą roku.

Na Rynku Krakowskim, choć róże w każdym kolorze są przez cały rok, to jednak we wrześniu jesienne kwiaty zdominowały stoiska pod parasolami: różne odmiany astrów, dalii, chryzantem, śliczne aksamitki, wrzosy i przeróżne suszone kwiatki ułożone w bukieciki lub wianuszki.

Wszystko tak bardzo kolorowe i radośnie jesienne.  Bo jesień wrześniowa jest wciąż ciepła, kolorowa i nastrajająca nostalgią, rozmarzeniem, wspomnieniem. Jak w wierszu Tuwima..

Nasza figa – pierwsza zazieleni się wielkimi liśćmi i pierwsza je traci w jesieni.

Jesień w Houston przychodzi  pewnego poranka, gdy otwieramy drzwi na patio, do ogródka i czujemy, że powiało jeszcze nie chłodne, ale już świeże powietrze. Zniknęła nagle wilgotność, która przez całe długie lato potrafi męczyć nas utrudniając oddech. To pierwszy symptom cichutko zbliżającej się jesieni do upalnego Houston. Jeszcze ciepły dzień, ale już ranek i wieczór przynoszący ulgę i lekki chłodek. I pierwsze spadające liście, choć tu w Houston wiele drzew i krzewów nie traci liści na zimę. W moim ogródku bardzo niecierpliwe są liście figi.

Spadają z drzewa już w sierpniu!  Dziwne to zjawisko, ale figa już we wrześniu traci swoje wielkie liście i wygląda bardzo łyso! Wciąż są na niej figi choć i one opadają albo zjadają je wiecznie głodne wiewiórki.  Powoli widać zmiany w ogrodowych roślinach. Mimo, że część z nich poradzi sobie z niższą temperaturą i jeśli nie dopadną ich przymrozki (a bywa, że zima często tu jest łaskawa..) to rozkwitną na nowo wraz z nową wiosną. 

 Jesienią dzień robi się coraz krótszy, złote kolory zamieniają się w szare, słońca coraz mniej, a na niebie pojawiają się chmury ołowiane i deszcz, który bywa czasem zimny, dokuczliwy. Wtedy nastrój człowieka też staje się smutniejszy. Choć –  ktoś kiedyś powiedział, że w jesieni powinny opadać liście a nie nastrój.. 

Ale tak już jest w życiu, że jesień kojarzy się z przemijaniem, z etapem życia już zakończonym, albo kończącym się. Jest wciąż piękna, ale już nostalgiczna, wspomnieniowa, mijająca.  Nieprzypadkowo tak często domy dla starszych ludzi nazywane są jesiennie jak “Jesienna Przystań”, “ Dom Pogodnej Jesieni” czy “Jesienna Róża”.

..”A w nas jeszcze tyle wciąż radości jest
Tyle słońca z lata jeszcze w nas
I jesienny smutek nam nie grozi, wiem
Dobry los wciąż sprzyja nam..”
(fragm.”Miły, już jesień” – Eleni)

O, proszę nie myśleć, że moje rozmyślania jesienne idą gdzieś w depresyjną stronę! Nie, nie!  Jak każda starsza osoba mająca za sobą już spory kawałek życia lubię przystanąć i popatrzeć wstecz. To nic złego!  A jesień ku temu skłania. Ale moja jesień nie niszczy moich marzeń. Zamyka je tylko w szufladkach dobrej pamięci. Wiem, że wiele marzeń pozostanie tylko marzeniami. Może właśnie dlatego są piękne?  Moja jesień jest ciepła i przychylna.

 Odpycham z pamięci tę słotną, zimną, ponurą jesień, taką która przynosi zimno nie tylko to zewnętrzne, ale to w nas, w środku. Bo wtedy pojawia się naprawdę smutek i nachodzą nas ciężkie myśli i przygnębiające rozmyślania.  Każdy ma takie dni. Takie myśli i czucia dopadają każdego. Nie chcę ich. Bronię się jak umiem, ale nie umiem do końca skutecznie. Mam więc swoje własne “pretensje” do świata, że tak zamyka się na ludzi, że pozwala ludziom zaakceptować samotność, zmieniać w normalność to co jeszcze niedawno było nienormalnością jak na przykład praca z domu w piżamie, nieogolonym, nieumytym. Brak wspólnych spacerów, szalonych randek, chodzenia do kina.. Bo dziś można w domu, bo wystarczy rozmawiać przez telefon, bo – o zgrozo! – można wymieniać się skróconym systemem sygnałów sms-owych wieści i to ludziom wystarcza..  Ja ciągle buntuję się. Świat bez kontaktów międzyludzkich, ciepłych i prawdziwych dla mnie jest światem robotów i sztucznych istot bez serc i duszy…

Sklepy przestały się starać, żeby wystawy były ładne zadbane, bo ludzie kupują (albo nie) przez komputer, a tam przecież żadna wystawa nie jest potrzebna. 

Nikt nie potrzebuje wkładać wysiłku w estetykę wnętrz w miejscach pracy, bo połowa ludzi do pracy nie przychodzi. Każde publiczne miejsce wygląda gorzej niż dwa lata temu, jakby zaniedbane, trochę.. byle jakie. Tylko niektóre restauracje, zwłaszcza te nowe, starają się i chociaż to cieszy. 

Taniej? Łatwiej? Wydajniej?? Na pewno nie..  Dla mnie nie.

 Dlaczego brakuje dziś ludzi do pracy? Dlaczego moja córka mimo starań, ogłoszeń nie może znaleźć chętnych do pracy w swoich dentystycznych ładnych gabinetach?  Przecież jeszcze dwa lata temu chętnych mieliśmy nadmiar.

Moje jesienne myśli krążą wokół zwykłych codziennych spraw.  Mój świat, który miał być spokojnym emerytalnym czasem, jakoś wykrzywił się i nie podobny jest do tego z moich marzeń i wyobrażeń.. MÓJ świat staje się niezrozumiały, odizolowany od rzeczywistości. Albo rzeczywistość ucieka zbyt szybko ode mnie… a nie mogę jej zrozumieć, bo jest taka nagle inna. Taka już N I E moja.

Wracam wciąż do naszego pobytu w Polsce. Spotkałam tych samych ludzi, zawsze dla mnie ważnych, ale jakby mniej tych spotkań. Z jednej strony rozumiem to w pełni, sama czuję się bardziej zmęczona, w końcu wszystkim nam przybywa każdy jeden dzień w ten sam sposób.  Ale czuję, że to nie tylko wiek, czas. To także znużenie, niechęć do spotkań, zmęczenie tym, co od dwóch lat nas wszystkich gnębi i otacza. Nie spotkałam moich dawnych koleżanek z harcerstwa, nie spotkałam się z kolegami z dawnej klasy z Sobieskiego… 

Powodów jest wiele, z obu stron. Rozumiem. Ale smutno mi. Jesiennie smutno..

Z wielu rozmów, serdecznych i entuzjastycznych wynika, że mamy bardzo różne spojrzenia na pandemię, na podróże, na nasze potrzeby, które kiedyś wydawały mi się podobne, a teraz jakby rozpierzchły się w inne strony. 

Podobnie z poglądami politycznymi na to co dzieje się w świecie, tak ogólnie, nie wchodząc w szczegóły danego kraju. Doświadczyłam przykrego momentu, kiedy przy wyjściu z terenu Unii, urzędnik w Amsterdamie sprawdzający nasz paszport amerykański zapytał nas czy posiadamy także polski paszport. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że tak. Podaliśmy go, a on przyjrzał się naszym twarzom (kazał zsunąć maski), przesunął paszportem w komputerze i odezwał się głosem brzmiącym bardzo nieprzyjemnie: “Nigdy więcej TUTAJ nie pokazujcie mi paszportu amerykańskiego!”  Tutaj – tzn. w Unii. Nigdy też przez ponad 20 lat jak latałam do Polski czy do Europy  niemal każdego roku, już z amerykańskim paszportem, nie usłyszałam od żadnego urzędnika takiej wypowiedzi, w tak nieprzyjemnej w tonacji, nie widziałam tak zimnego wręcz nienawistnego wzroku.  W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, że może mi się zdawało, iż ta wypowiedź była tak zdecydowanie negatywna, ale mój mąż potwierdził jej brzmienie i znaczenie.  Byłam zszokowana. Tak bardzo, że właściwie nie mogłam dojść do siebie przez najbliższe kilka dni.  To że urzędnik zapytał nas o polski paszport mnie nie zdziwiło, ale to, że skomentował to w tak arogancki sposób było dla mnie wielkim szokiem. To była wypowiedź urzędnika publicznego UNII, wyraźnie polityczna, antyamerykańska. Skąd się wzięła taka reakcja? Dlaczego?  Jeszcze kilka lat kraje Europy Zachodniej zawsze zachowywały się przychylnie wobec Amerykanów, nigdy nie spotkałam się z żadną publiczną negatywną reakcją. 

 Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że osobiste sympatie czy antypatie ludzkie mogą być różne. Jedni nie lubią Rosjan, inni nie lubią Niemców, jeszcze inni Chińczyków czy Wietnamczyków. Ale to nie ma nic do rzeczy z oficjalną wypowiedzią urzędnika na granicy państwa. Świadkami tej sytuacji była pewna para Amerykanów, która siedziała obok nas. Już po minięciu punktu kontroli miły pan obrócił się do nas i wyraźnie zatroskany poradził nam: “niech pan im w Unii pokazuje ten polski paszport a nie amerykański..” Co w domyśle znaczyło : “uniknie pan niepotrzebnych kłopotów i przykrej sytuacji”. Był mu wyraźnie zawstydzony, podobnie jak my.  Nie wstydzę się polskiego obywatelstwa ani tego, że mam obywatelstwo amerykańskie, ale obojętnie w które z nich rzucone takie zdanie przez obcego urzędnika innego państwa i to z taką pogardą, zabolało bardzo mocno! 

To także coś czego jeszcze dwa lata temu nie spotkalibyśmy na swej wakacyjnej drodze… A teraz ten smutny incydent dołączył do moich jesiennych przemyśleń. 

Jesienne polskie kwiaty – te wyrosły w ogrodzie mojego brata.

Mój brat przysłał mi dziś jesienne kwiaty ze swojego polskiego ogródka. I grzyby. Zapomniałam już, że kiedyś jesienią zbieraliśmy grzyby. Te najbardziej jesienne to były maślaki i kurki. Oczywiście także prawdziwki fachowo nazywane borowikami. Pamiętam, jak smażyliśmy na patelni na masełku kurki niemal prosto z koszyka, natychmiast gdy wróciliśmy z lasu. Jeszcze lepiej smakowały położone na rozgrzaną blachę wiejskiego pieca “duśki” czyli “gołąbki”. Do dziś nie wiem jak fachowo te grzyby się nazywają!  Nasza pani gospodyni, do której jeździliśmy na wakacje w czasach dzieciństwa, tak je nazywała i my taką nazwę przyjęliśmy za nią. Te smaki zapamiętałam na zawsze. Nic już tego smaku i zapachu dziś nie zastąpi, choć grzybki zaserwowane przez Anię Aniołową na pożegnalną kolację w tym roku też bardzo smakowały. 🙂

Grzybki z tegorocznych zbiorów zrobione „na gęsto” przez Anię AniołowąPYCHOTA!

Grzyby można kupić w każdym sklepie spożywczym, można przyrządzić na setki sposobów, ale żadne z nich nie powtórzą tego jedynego zapachu i smaku świeżości grzyba i lasu.  I niech tak zostanie.. 

Lubię jesień. Tę polską i tę tutejszą houstońską. Tę dawną i tę powtarzającą się każdego roku. Trochę zamglony poranek. Leniwie budzące się słońce. Dzień krótszy. Każda jesień ma w sobie coś z wiosny i coś z  lata. Coś najlepszego, co pozostaje z minionego czasu. Trochę słońca i zieleni, trochę pełnej dojrzałości, trochę mroku dawnych leśnych ścieżek.. I tyle kolorów!! Nie sposób i policzyć. Podobnie jak wspomnień. Życie.  To spokojna, pogodna i ciepła pora. Pora siwych włosów (no, chyba, że nie chcesz siwych..)  i mądrości doświadczeń.

Moja domowa houstońska jesień

“JESTEM JAK JESIEŃ
złota, szczera, ciepła…
KOCHAM JESIEŃ! Kiedyś przysypie mnie liśćmi
JESTEM JESIENIĄ… Widzę, że przemijam..”
(fragm. „Jesień” Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

Nie moje to słowa. Ale piękne. Wtapiam się w nie całą sobą.


BACK

Kraków – moje serce wraca z radością i wzruszeniem

Europa 2021 – część III

09/20/2021

Kolejny słoneczny poranek wakacyjny. Samolot wylądował na smutnym lotnisku w Katowicach/Pyrzowicach. Długo czekaliśmy na bagaże, jeszcze dłużej wyczekała się na nas moja kochana przyjaciółka Łucja, aż wreszcie wpadniemy sobie wzajemnie w ramiona, by udać się do Sosnowca. Mieliśmy zaplanowany dla siebie jeden wspólny dzień. Krótko, ale wiedzieliśmy, że rozmów, wrażeń i wspomnień będzie aż w nadmiarze.

Po drodze do domu Łucji przejechaliśmy przez ulicę, przy której wciąż stoi nasz blok. Tam, na szóstym piętrze mieszkaliśmy kilka ostatnich lat przed wyjazdem do Stanów. Drzewa rosnące przy ulicy są już tak wysokie, że prawie tego budynku nie widać. Ledwo  widoczne jest ostatnie dziesiąte piętro. Kiedyś, z balkonu widoczna była cała szeroka dwupasmowa ulica, pośrodku przejeżdżał tramwaj tak głośny, że gdy w letnie dni drzwi na  balkon były otwarte, w domu nie dało się normalnie rozmawiać. Za to przy dobrej pogodzie, widać było zarysy dalekiej, wtedy nowej, dzielnicy Zagórze. 

U Łucji w domu był ruch rodzinny wielopokoleniowy, poznaliśmy Synową z jej najmłodszą córeczką i wpadła córka Asia, którą znam od urodzenia, a która od niedawna jest dumną Mamą. Pojawiła się z mężem i malutką Ninką i jeszcze jedną małą dziewczynką, która jest córką Asi męża. A gdy już gwary, płacze, śmiechy ucichły, dzieciaki pojechały z rodzicami do domów, my zostaliśmy sami, dołączyli do nas nasi dawni sąsiedzi i przyjaciele, Lucyna i Wojtek. 

Łączy nas wiele wspomnień, kiedyś mieszkaliśmy w tym samym, wyżej wspomnianym bloku, w którym oni zresztą mieszkają do dzisiaj – na tym samym piętrze, tyle że w dwóch sąsiadujących klatkach. Mieliśmy połączenie między klatkami na ostatnim piętrze (nasze mieszkania znajdowały się na szóstym) i często odwiedzaliśmy się nawet późną nocą niemal w piżamach. Gdy Wojtek wyjechał na stypendium do Stanów, jego żona akurat była w ciąży z drugim dzieckiem.  Obiecaliśmy mu, że będziemy czuwać nad Lucyną i solennie się nią opiekować. Z obliczeń wynikało, że ojciec przyszłego dziecka wróci na poród, ale niestety, w tamtych czasach niezbyt precyzyjne były obliczenia i wyszło na to, że to mój mąż w środku nocy zawiózł Lucynę na porodówkę, zdenerwowaną bólami porodowymi podtrzymywał na duchu, pożegnał w imieniu męża albo raczej udając faktycznego męża, po kilku dniach odebrał ją z nowo narodzonym maluszkiem ze szpitala i.. siłą tych wszystkich faktów  został potem ojcem chrzestnym Maciusia. Jak dowiedzieliśmy się od rodziców, mały Maciuś ma dziś 37 lat i jest całkiem przystojnym i niezależnym facetem. Ogromnie nas to zdziwiło, że tak już “wydoroślał”. 🙂 

Ich starszy syn Tomek przez siedem lat chodził w podstawówce z naszą córką do tej samej klasy, co z kolei zadziwiło Wojtka, gdy zapytał mnie ile lat ma Kasia, a ja ze śmiechem odpowiedziałam, że tyle samo ile ma ich syn, bo przecież siedzieli z Tomkiem w jednej ławce szkolnej..

Łucja, jak prawdziwa Matka-Polka pichciła, gotowała prawdziwe polskie potrawy, bardzo zdrowe i pyszne: zupę z soczewicy, ser zapiekany, sałatkę, kluski śląskie, sos pieczarkowy, mięsko, deser.. Uff! Długo by jeszcze wymieniać!

Wieczorem – jakby było mało – przerzuciła się na włoskie specjały. Serwowała nam i sąsiadom kolejną sałatkę i wspaniały włoski makaron z fantastycznym sosem, szynką i już nawet nie umiem powiedzieć co tam jeszcze było ukryte, ale tak dobre, że oczywiście zjedliśmy kolejny już tego dnia “obiadowy” posiłek. Całe szczęście, że zawsze było obok dobre wino i wspaniałe towarzystwo! Wtedy wyrzuty sumienia z powodu obżarstwa są nieco złagodzone. 🙂

Następnego dnia znów obudziło nas piękne słoneczko, choć aplikacje pogodowe złośliwie zapowiadały 80 procent deszczu. Nie będę nawet wyliczać, co czekało nas na stole na śniadanko, dość, iż powiem, że w moim długim życiu nigdy jeszcze nie jadłam o 8 rano śledzików i nie piłam kieliszka wódki do tego! Łucja przeskoczyła najwyższy stopień w inwencji układania polskiego menu śniadaniowego, żeby nam dogodzić ( bo śledzik to była tylko mała jego cząstka)!  Natychmiastowa przymusowa dieta po powrocie do Houston będzie bardzo ciężkim procesem. 🙂

Wita nas Krakow!

Do Krakowa dotarliśmy w godzinach południowych i po zainstalowaniu się w ładnym mieszkaniu naszych houstońskich przyjaciół, którzy byli tak mili i “pożyczyli” nam swoje “krakowskie włości” na ten tydzień, oczywiście pierwsze nasze kroki skierowaliśmy na Krakowski Rynek.  Późne popołudnie, zbliżający się powoli wieczór. Atmosfera Rynku – jakby nic się nie zmieniło.. Wokół kawiarnie, restauracje, stoliki pod parasolami. Okrągłe, kwadratowe. Kwiaty. Hejnał z wieży Kościoła Mariackiego. Pełno ludzi, choć przecież już sezon turystyczny nieco zelżał. Słychać tętent kopyt końskich i kół białych dorożek  wiozących turystów wokół miasta. Malowniczy obrazek. 

Pierwsze spotkanie z Krakowem

Fasady wąskich kamieniczek, Sukiennice, Ratusz, Kościół Mariacki – wszystko na swoim starym miejscu. To jest ten właściwy moment… Gdy stanę na Rynku i widzę wokół siebie od dzieciństwa zapamiętane budowle, te same kwiaciarki, pomnik Mickiewicza, kamieniczki niby bardziej kolorowe dzięki kawiarenkom, tłumy turystów i kolorowe parasole, to dopiero oddycham i wiem, że to MÓJ Kraków! To Kraków, który pamiętam. Po trzydziestu latach od opuszczenia Krakowa, choć rozumiem, że miasto rozwinęło się daleko w każdą stronę świata, wciąż w mojej głowie prawdziwy Kraków to ten mały skrawek wokół Rynku i blisko mojej ulicy Łobzowskiej. To mój pierwszy dawny dom dzieciństwa, to zamknięty na zawsze krąg wspomnień nieporównywalny do żadnego okresu życia. 

Bracia – Janusz i Wacek i żony – do ozdoby i dobrego towarzystwa! Było super!

Tego wieczoru spędziliśmy fantastyczny wieczór z bratem mojego męża i jego żoną.  Od lat spotykamy się w tej samej restauracji, może tylko teraz te nasze spotkania są coraz dłuższe, coraz cieplejsze, coraz więcej wina wypijamy razem, coraz więcej śmiejemy się wspólnie. Gdyby nie fakt, że obsługa musiała posprzątać i zamknąć restaurację siedzielibyśmy tam dużo dużo dłużej.

Każdy następny dzień obfitował w nowe spotkania, każde było ważne i każde było inne.

„Zielonym do góry” – czyli nasze spotkanie z Niną

Spotkanie z moją przyjaciółką Niną ze szkolnej ławy, z naszych harcerskich czasów, odbyło się w restauracji o śmiesznej nazwie “Zielonym do góry”. W dodatku w części miasta, o której nawet nie wiedziałam, że jest wydzieloną samodzielną dzielnicą o nazwie Zabłocie. Dziś tyle różnych takich kultowych ciekawych miejsc wyrosło w Krakowie, jak grzyby po deszczu. Tubylcy to wiedzą, ja ze zdziwieniem podziwiam i odkrywam nowości tego starego miasta. Spotkanie wzruszające, pełno nowych i starych wspólnych tematów. Jak zwykle – skarbnica niewygasających wspomnień, dawnych wspólnych znajomych, których trzeba “obgadać”, zapytać co u nich słychać.  Przez 55 lat, niezależnie od dłuższych czy krótszych przerw w kontaktach, od listów, e-maili, WhatsApp-ów wciąż mamy wspólne tematy. Niewyczerpane – przeszłe i przyszłe. Nina jest jedyną moją przyjaciółką ze szkolnej ławy, która odwiedziła nas kilka razy w Ameryce, z którą mam niemal regularny kontakt przez lata, choc był i taki czas, że urwał się on na kilka lat. Odnalazłyśmy się na dobre tuż przed spotkaniem klasowym z okazji 30-lecia naszej matury. Od tego czasu już się nie gubimy i mam nadzieję, że tak będzie zawsze! 

Mafia Muchy – Anioły znów w akcji !

A potem znów pojawiły się koło nas nasze odwieczne “ANIOŁY”. Anioły krakowskie – Anioły z dzieciństwa, z młodości, Anioły z lat harcerskich i z wakacyjno-wyjazdowych, rodzinnych i tych na odległość, gdy już wyjechaliśmy z kraju.. Anioły, które zawsze są. Czasami bardzo blisko a czasem daleko, ale zawsze w każdym możliwym wspólnym miejscu, gdzie nas los razem “przyłapie”. Dziś już chyba zabrakłoby papieru, by wyliczyć gdzie byliśmy razem, co robiliśmy przez te wszystkie lata skrzyżowanych dróg, czasem tylko na krótką chwilę a bywało na długie wakacje, przegadane noce.  Po dwóch “pandemicznych” latach widzenia się tylko na Skypie, zaczęliśmy od lunchu z “mafią – Don Corleone”, dobre włoskie jedzenie, piwko i inne trunki, wymyślny niespodziankowy kubek urodzinowy dla mojego męża, książka – kryminał, ale oczywiście z akcją w Krakowie! I spacer po mojej ukochanej ulicy Floriańskiej. 

Środa była dniem spotkań z moim bratem i bratankami. Śniadanie (kawę i pyszną kanapkę) zjedliśmy z towarzystwie najmłodszego syna mojego brata, Piotra którego uwielbiam nazywać Piotrusiem choć dziś jest dorosłym żonatym mężczyzną. Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe, jest najmłodszy z trzech braci, urodził się tuż przed naszym wyjazdem do USA i właśnie wtedy został Piotrusiem i tak dla mnie jest do dzisiaj. Pewnie przez grzeczność dla starej ciotki, nie protestuje. 🙂 Piotruś jako jedyny z całej rodziny mojego brata mieszka w Krakowie, tu skończył studia i tu znalazł sobie żonę, śliczną drobniutką Kasię, z którą ożenił się 5 lat temu. Ktoś przedstawił ją wtedy jako „Calineczkę” i myślę, że świetnie pasuje do niej to określenie! Oboje są bardzo zapracowani. Piotruś jest inżynierem – górnikiem (tak, wciąż jeszcze są górnicy w Polsce!) a ona inżynierem chemikiem, pracują na zmiany, więc często także w nocy. Tym razem Piotruś jechał do pracy na popołudniową zmianę, więc zdążyliśmy się spotkać tylko na poranną kawę. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, że zawsze potrafi wygospodarować trochę czasu na spotkanie z nami. To są miłe chwile, zawsze opowie coś o sobie, o braciach, o rodzinie z Sanoka. On też dogląda grobów rodzinnych w Krakowie, których mamy wiele, a na które niestety, niewiele osób ma czas i możliwość pójść, posprzątać, zapalić świeczkę, tak po ludzku – pamiętać. Piotruś często robi to za nas wszystkich…

Dzień spędzony z rodziną z Sanoka- z bratem Jankiem i dwoma bratankami – Pawłem i Piotrusiem

W południe z Sanoka przyjechał Paweł, najstarszy mój bratanek i zarazem mój chrześniak razem z moim bratem Jankiem. Wiem, że Sanok to nie koniec świata, ale jednak jest to wyprawa na cały dzień i wcale nie taka wygodna, bo polskie drogi, ruch na nich nie należą do super szybkich – autostradowych. Tym bardziej doceniam zawsze fakt, że mój brat i ktoś jeszcze z rodziny mobilizuje się i możemy spotkać się choćby na kilka godzin w Krakowie. Zrobiliśmy zakupy zakąskowe i przygotowaliśmy trochę szybkiego jedzonka w naszym tymczasowym ładnym mieszkaniu, by dobrze nam się gadało po ponad dwóch latach, a potem pojechaliśmy na obiad do restauracji na Błoniach. Kiedyś (oboje z Jankiem pamiętaliśmy to miejsce, choć on chyba ma więcej wspomnień stamtąd) był tam basen (może baseny?) Cracovii. Dziś zachowując częściowo fragmenty budynków, przerobiono ten teren i między innymi jest restauracja o nazwie „Bistro na Błoniach” .

Rolada wołowa i kluski śląskie-pychota!

Jedzenie raczej tradycyjne polskie, panowie zgodnie zamówili roladę z kluskami śląskimi (była znakomita!) a ja kolejny raz skusiłam się na kaczkę, choc w innym wydaniu niż poprzednio. No i jadłam zupę z borowików! Była bardzo dobra. Mój brat dużo czasu spędza teraz na wsi w domu pod Sanokiem, tam znalazł swoją nową pasję. On kilku lat uprawia ogród zarówno piękne kwiaty jak i różne jarzyny, zioła i sam robi przetwory: ogórki kiszone, kapustę, prawdziwą różę na pączki, które potem też sam piecze (pyszne!). Dostaliśmy od niego w prezencie jeden słoik ogórków, niestety jakoś nie miałam odwagi spakować go do walizki, bo miałam wizję, że jak mi pęknie to stracę ubrania, a przede wszystkim te pyszne ogórki. Postanowiliśmy więc zjeść te pychoty w czasie pożegnalnej kolacji z Aniołami, Jagą i Panem Kolegą, które świetnie wkomponowały się w menu śledzikowo-grzybkowe i wszystkim bardzo smakowały. Natomiast trzy małe słoiczki róży dotarły nienaruszone i czekają na .. pączki – hmm.. nie umiem, ale może kiedyś zawsze jest pierwszy raz? Ostatecznie umiem robić bardzo dobre rogaliki francuskie z różą, takie jak robiła kiedyś Mama. Fajnie nam się rozmawiało, dużo było tematów „pandemicznych”, zmian, problemów planów. Paweł spoważniał „na korzyść” (żeby ktoś nie zrozumiał, że coś piszę o dodaniu lat. 🙂 Jest bardzo odpowiedzialnym mądrym ojcem i synem. Widać, że dba o swoją rodzinę. Nie udało się tym razem zobaczyć Krzysia i jego rodziny, ale rozmawialiśmy także o nich. Lubię te rozmowy, cieszę się, że chętnie opowiadają o sobie, że znam ich życie ze zdjęć bieżących i trochę z tych wieści. Mój brat, choć mówi, że jest zadowolony ze spokoju i ciszy na wsi, wydawał mi się bardziej przygaszony niż dwa lata temu. Może miał jak to mówią „gorszy dzień” – ale dostrzegłam w nim więcej smutku i mniej entuzjazmu życiowego niż podczas naszego poprzedniego spotkania. Jest ode mnie młodszy o cztery lata i wciąż powinien mieć marzenia i dużo planów na przyszłość. Pojechali do Sanoka późnym popołudniem, w domu byli dopiero wieczorem. Dziękuje im za ten dzień, to dla mnie zawsze bardzo ważne!!

Takie pierogi, naleśniki i placki ziemniaczane można zjeść tylko w Krakowie:)

A następnego dnia, z Anią i Andrzejem, czyli z Aniołami – wyjazd na cmentarze i wspólna zaduma przy grobach naszych rodziców… 

I najlepsze od lat pierogi! Ruskie, ukraińskie, z cielęcina, z jagodami. I naleśniki ze szpinakiem i pewnie byłoby tego o wiele więcej, bo wybór zdawał się nie kończyć, ale na szczęście nasze żołądki nie były w stanie  nic więcej zmieścić.  Zwłaszcza, że po dokonaniu obowiązkowych zakupów w Empiku i moim ulubionym butiku koło Barbakanu, do którego zawsze wracam jak pszczoła do miodu, już pędziliśmy na kolejne spotkanie. Tym razem z moją chrześnicą Olą, jej mężem i córeczką Hanią. I jej mamą, a naszą dawną przyjaciółką Teresą, którą znamy od przysłowiowych “stu lat”.  Kiedy mój mąż zaczął studiować rusycystykę (to już na pewno było sto lat temu 🙂 spotkał w swojej grupie Teresę i zaprzyjaźnił się z nią i jeszcze dwoma dziewczynami. I tak przez pięć lat tworzyli zgraną czwórkę do wspólnej nauki, zdawania egzaminów, picia kawy, wina, plotkowania itd.. Historyjki o tej “czwórkowej bandzie” znałam tylko z opowieści, gdy poznałam mojego chłopaka (przyszłego męża) – byłam wtedy w trzeciej klasie liceum a on na trzecim roku studiów. Znałam Teresę z opowiadań i jakimże miłym zaskoczeniem dla mnie (a szczególnie dla Wacka ) było, gdy nagle spotkaliśmy Teresę w Sosnowcu, pracującą już od ponad roku na rusycystyce, na Uniwersytecie Śląskim, gdzie właśnie pracę dostał mój mąż. Był rok 1974.

Teresa, Ola z rodziną – nasze sosnowieckie wspomnienia i przyjaźnie nie ustają mimo lat i odległości jaka nas dzieli

 Oboje nie mieli o tym fakcie pojęcia! I w ten sposób rok po studiach życie postawiło ich znów na tej samej drodze. Przez wiele następnych lat pracowali razem, zaprzyjaźniłyśmy się, a nasze małe dzieci chodziły razem do przedszkola.  Po kilku latach otrzymaliśmy mieszkania bardzo blisko siebie, na sąsiednich ulicach (wielkie to wydarzenia w życiu w tamtych czasach!) i właściwie  widywaliśmy się niemal codziennie. Po kilku latach urodziła się Ola, a ja zostałam jej matką chrzestną. Potem jeszcze połączyły mnie z Edkiem, mężem Teresy interesy mojej firmy, którą wówczas prowadziłam z kuzynem. I tak aż do wyjazdu do USA w 1990 r. nasze losy przyjacielsko-rodzinne splatały się bardzo mocno. A gdy rozdzieliły nas wielkie wody Oceanu i już nie biegaliśmy do siebie każdego dnia na plotki i winko czy wódeczkę, po latach nasze dorosłe już wtedy  dzieci kontynuowały (i nadal kontynuują) przyjaźń zawiązaną w pewnym sosnowieckim przedszkolu, a my przy każdej  okazji odwiedzin w kraju spotykamy się razem, by wrócić choć na chwilę do czasów tamtych młodych dawnych lat. Bo to, co naprawdę jest wartościowe, łączy ludzi na zawsze. Nieważne jest gdzie jesteśmy, jak inne jest nasze życie. Ważne jest, że gdy znów się spotkamy mamy o czym ze sobą rozmawiać. Chcemy spędzić ze sobą jeszcze jeden wieczór. Czujemy wciąż ten magnes przyjaźni, którą nawiązaliśmy bardzo dawno, ale i bardzo mocno.  

Spacer po nocnym Krakowie

Siedzieliśmy w kafejce, na ulicy tuż u wejścia z ulicy Mikołajskiej na Rynek, z widokiem na krakowskie kwiaciarki i Sukiennice, najpierw oświetlone zachodzącym słońcem a później podświetlone pięknie światłami, które podkreślały urodę tego miejsca. Nie wiem kiedy minęło te długie pięć godzin, bo było jak 15 minut!  Zapadła noc, bynajmniej nie cicha, bo Kraków jest o wieczornej porze pełen życia i pewnie jeszcze długo siedzielibyśmy razem, ale 5-letnie dziecko domagało się swoich praw i najzwyczajniej w świecie zasypiało z główką na stole:) W Krakowie już czuć było jesień, w ostatnie dni naszego pobytu zrobiło się chłodniej, nawet deszczyk nas trochę nas postraszył. Ale dzięki temu powietrze zrobiło się świeże, rześkie i przyjemne. W przedostatni wieczór wybraliśmy się z Kolegowstwem na obiad prawie – pożegnalny a potem na jeszcze jeden wieczorny spacer po krakowskim Rynku i okolicznych uliczkach. Kolejny raz nie mogłam oderwać oczu od czaru i doskonałości tego miasta. Zwłaszcza nocą Kraków jest jak bajkowy olśniewający obraz z wyśnionej planety. 

Zdaję sobie sprawę, że każdego zwykłego dnia ludzie tam pracują, biegają, mają swoje zwyczajne problemy jak w każdym innym zakątku świata. Wiem, że drogi są rozkopane, dziury w asfalcie, kłopoty, jak wszędzie. Dni bywają trudne i ludzie zmagają się ze zwyczajnym życiem. 

Najpiękniejszy, bajkowy, pełen niepowtarzalnego uroku – KRAKÓW nocą !

Ale w głowie moja wyobraźnia zatrzymuje obraz Krakowa z Rynku i okolic. Tego, który pamiętam z dawnych lat. Choć wiem, że wtedy nie był taki wielobarwny jak dzisiaj, to ten skrawek świata pozostanie dla mnie najbardziej wiarygodnym Krakowem. Stanęłam też pod bramą kamienicy, w której od urodzenia mieszkałam przez dwadzieścia jeden lat. Zaglądnęłam między metalowymi prętami przez szybkę starych ciężkich drzwi, ale niewiele zobaczyłam. Korytarz wciąż ma te same kafelki w kostkę na posadzce, ten sam kolor na ścianach, ale już ściany są czyściejsze, na pewno odmalowane. Szkoda, że drzwi wejściowe na podwórko i dalej były zamknięte…

Idąc spacerkiem w stronę Rynku potrafiłam odtworzyć w pamięci każdy dawny sklep. Pamiętałam gdzie była masarnia, cukiernia, fryzjer, bar piwny. Była jeszcze repasacja pończoch, ale kto dziś pamięta co to było?? 

Ostatniego dnia, w sobotę wyraźnie się ochłodziło. To także sygnał, że czas wracać do domu. Jeszcze jedno krótkie spotkanie z moim kuzynem Kazikiem, tym razem ze strony rodziny mojego taty, z którą niewiele mam kontaktu. Jest to jedyny kuzyn z mojej linii “wiekowej”, z którym mam od czasu do czasu kontakt. Nie wiem czy ktokolwiek inny z tej linii rodziny by mnie rozpoznał lub ja ich. Cóż, losy nas rozrzuciły, rozsypaliśmy się. I tak bywa..

Późnym popołudniem spotkaliśmy się z Kolegowstwem i Aniołami na ostatnie “goodbye” przy najbardziej tradycyjnym polskim śledziku, ogórkach ukiszonych przez mojego brata, które dostałam w prezencie, a  których niestety nie odważyłam się zabrać do Stanów. Mieliśmy też na stole marynowane ręką Ani Aniołowej grzybki i tegoroczne świeże borowiki, robione “na gęsto” (jak mówiła moja Mama) 🙂 ze śmietanką, wódeczkę i czerwone winko, którego cały kieliszek z emocji, smutku rozstania Ania wylała na biały obrus i dywan. Ale Pan Kolega jest nieoceniony w każdym nieprzewidzialnym i trudnym momencie, zaprał wszystko… pianką męską do golenia, ścierał tak długo i skutecznie, że wszystko zeszło aż do białości i śladu po czerwoności winka nie zostało.  

Polskie tradycyjne przysmaki na pożegnalne spotkanie. Zapamiętamy te smaki, nastroje, słowa, Was..
DZIĘKUJEMY!!

Mam nadzieję, że tym sposobem uchronił także Anię od zawału, bo wyraźnie była bliska takiej reakcji. 🙂 Na deser była chałwa z Grecji i sezamki (ha! Kto zna??) 

Noc była krótka, pobudka o 3 rano. Długi lot. Mieszane uczucia. 

Jedno czuję mocno: radość, że wreszcie znów odwiedziłam Polskę, Kraków, Gdańsk. Rodzinę i przyjaciół. Dziękuję wam wszystkim za to, że jesteście i chcecie swój czas spędzać z nami!

W tym momencie pozostawię te europejskie opowieści bez podsumowania. Są świeże. Zbyt świeże i jeszcze nieprzetrawione.  Ochłonę i pewnie wrócę do wielu ciekawych spostrzeżeń już z dystansu i po odpoczynku. Odpoczynku po wakacjach. Bo po takich wakacjach, tradycyjnie – zawsze potrzebuję odpocząć. 🙂 


BACK

Oddech na Krecie (Grecja) czy wakacje w stylu “M-W” ciąg dalszy?

Europa 2021 – część II

09/14/2021

Kilka miesięcy temu w sobotnio-niedzielnych rozmowach na Skypie z Kolegowstem powstał pomysł powrotu do tradycji wspólnego wyjazdu wakacyjnego. Wybór padł na Grecję a właściwie na Kretę. W Grecji byłam wiele lat temu, w młodości, a potem jeszcze raz już z moją rodziną na rok przed wyjazdem do USA. To była piękna wycieczka choć dość „biedna” w porównaniu do dzisiejszych możliwości. ” Wdrapaliśmy się” Fiatem na boską górę Olimp, musieliśmy zostawić gdzieś po drodze małą przyczepkę, bo nasz silnik co chwilę gotował się z wysiłku i para buchała jak z lokomotywy. Widzieliśmy wtedy dużo ciekawych miejsc miedzy innymi Meteora, klasztory greckich mnichów z XIV wieku, wydrążone w skałach. Ale na Krecie nie byłam jeszcze nigdy, więc chętnie przystaliśmy na tę propozycję, zwłaszcza że Pan Kolega wziął na siebie całą stronę organizacyjną.  Połączyliśmy te plany z wyjazdem do Polski i zaczęliśmy wspólne przygotowania. 

Już kilka lat temu solidnie obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę leciała tzw. “tanimi liniami”. I co? – “masz babo placek”!  I nie dlatego, że są niewygodne i że nie pozwalają zabrać normalnej walizki jako bagaż. Bo w końcu loty nimi zazwyczaj nie trwają dłużej jak 2-3 godziny, więc można wytrzymać w niewygodnej sztywno siedzącej pozycji. Takie teraz czasy, że niemal każde linie są już niewygodne, ciasne i jeśli nie korzystamy z klasy biznesowej czy pierwszej, to podróż samolotem nie jest komfortowa. Też nie dlatego, że  bagaż jest bardzo ograniczony, bo w końcu ile rzeczy potrzebuję wziąć na Kretę na jeden tydzień, gdzie spodziewam się pięknej słonecznej pogody? Ale dlatego, że tanie linie lotnicze mają najbardziej barbarzyńskie godziny swoich lotów! Nasz lot był o 4.20 rano! I to z Katowic. Bardzo spodobało mi się podsumowanie tego faktu przez znajomego Jagi, który na wieść, że lecimy o takiej porze stwierdził, że on nigdy by z takiego lotu nie skorzystał bo – cytuję:  “czy ja zrobiłem komuś coś złego??”  Ja też nic nikomu nie zrobiłam złego, a jednak jeszcze raz dałam się namówić. No, ale jak to mówi przysłowie: “dla dobrego towarzystwa Cygan dał się nawet powiesić”. Ten nocny plan oznaczał, że najpierw trzeba było w lekkiej nerwowości (albo mniej lekkiej) 🙂 pakować swoje rzeczy, setki dokumentów, wypełnić dziesiątki covidowych papierów, wyjechać na lotnisko Katowice/Pyrzowice o północy, zostawić auto na parkingu u “pana Janka” i stanąć w jednej z kolejek, których było kilkanaście w malutkiej hali. Wszyscy ludzie mieli loty mniej więcej o tej samej porze i w tych samych kierunkach i tymi samymi “tanimi” liniami. Potem znów ogromnie długa, fatalnie zorganizowana kolejka do odprawy i kontroli bagażu. Nie dziwię się, że dzieciaki głośno płakały i marudziły, bo ja byłam blisko takiej reakcji.   

Najbardziej zaskoczyła mnie praca obsługi samolotu. Najpierw pilot, który podawał informacje dla pasażerów w języku angielskim i polskim z taką prędkością i tak niewyraźnie iż choć wydaje się, że obydwa znam, to nie rozumiałam żadnego słowa. Ani o wysokości lotu, ani o czasie i długości lotu. Ani “życzymy miłego lotu” ani.. – zero kontaktu.. Gdyby mamrotał, bełkotał, mówił po chińsku czy w jakimkolwiek innym narzeczu świata, to brzmiałoby tak samo. Zupełny bezsens tej części jego pracy. A dwie panie stewardessy? To dopiero parodia pracy!!  Przy wchodzeniu pasażerów do samolotu uprzejmie mówiły “dzień dobry” następnie, tak jak trzeba, pokazały jak odpinać – zapinać pasy i poszły na koniec samolotu usiąść na swoich małych siedzeniach. Plotkowały i to dość głośno, bez żadnego skrępowania, na bardzo prywatne tematy przez całe dwie i pół godziny. Wiem, bo siedziałam w ostatnim rzędzie, tuż przy paniach stewardesach.  Mogłabym ze szczegółami powtórzyć ich opowieści. Ponieważ linie te nie proponują niczego do picia, nie mówiąc już o orzeszkach, paluszkach i kanapce, panie nie miały NIC do roboty. Na 15 minut przed końcem lotu wzięły wózek, załadowały go kilkoma produktami kosmetycznymi i dosłownie przebiegły jak w maratonie wzdłuż i z powrotem przejście pomiędzy pasażerami. Trwało to może 4-5 minut.. Gdy samolot stanął na płycie lotniska, niektórzy pasażerowie nie bacząc na kolejność miejsc poderwali się i zaczęli przepychać się do wyjścia, mimo że drzwi wciąż były zamknięte i jakiekolwiek szybsze dojście do wyjścia było nieuzasadnione, wręcz niebezpieczne i bezsensowne. A panie stewardessy nie powiedziały jednego słowa, nie upomniały pasażerów, nie przypomniały jakie są podstawowe zasady zachowania w takim momencie, co wydaje mi się, że należy do ich obowiązków pracy… Swoją drogą, chciałabym wiedzieć ile “tanie” linie płacą swoim pracownikom za taką pracę???  Dużo latałam i różnymi liniami w najrozmaitszych krajach świata ale takiej ignorancji nie spotkałam.

Port lotniczy Chania, Kreta

Ale – samolot wylądował bezpiecznie i o wyznaczonym czasie, co dla nas oznaczało już prawie godzinę 10 rano (czas w Grecji przesuwa się o jedną godzinę do przodu). Jakby nie patrzeć, lot z Katowic na Kretę zabrał nam CAŁĄ noc. W naszym superowym resorcie znaleźliśmy się po 11 godzinie, wykończeni i zmęczeni, jakbyśmy odbyli podróż co najmniej z Australii…   

Po godzinnej podróży autobusem dojechaliśmy do naszego nowego miejsca zamieszkania na najbliższy tydzień. Nasz resort okazał się być nowiutki, oddany do użytku dopiero w tym roku, w lutym. Piękne nowoczesne rozwiązania, dużo wody wszędzie – baseny, baseniki w rozmaitych kształtach i rozmiarach, zarówno w sensie użytecznym jak i dekoracyjnym. Budynki tak zaprojektowane, że tworzą małe bryły, które na dole posiadają pokoje wychodzące swoimi tarasami na podłużne baseny ( można sobie w nich dowolnie siedzieć i popijać zimne drinki 🙂 Następnie na piętrze są apartamenty dwupoziomowe, gdzie na dolnym poziomie jest salon, łazienka i duży balkon z widokiem na morze i na baseny, palmy i dużo zieleni, a na górze (kręte ładne, ale mało przyjazne dla “staruchów” schody 🙂 wygodna duża sypialnia. Nowoczesne meble, dużo szkła, wygodnie wbudowane szafy, szuflady etc. W częściach końcowych segmentów budynków pokoje miały na dachu baseny “prywatne” czy raczej rodzaj jacuzzi. Nie wiem dokładnie jak to wyglądało, bo znam tylko opis od pań, które tam mieszkały.  Część “publiczna” czyli restauracja, bary, hol główny równie piękne i nowoczesne. Czysto, przejrzyście, wygodnie. Obsługa bardzo miła, uczynna i.. dużo Polaków! Są także inni, ale język polski można usłyszeć na każdym kroku.  

Jedzenie.. cóż .. dużo, ładnie podanie w bufecie, ale według moich obserwacji i doświadczeń – wybór jest zbyt duży, a cały czas niemal taki sam. Ale jest to pierwszy sezon po otwarciu, pewnie jeszcze nie mają zbyt wielu kucharzy i dobrze dobranego menu. Głodni nie jesteśmy, wręcz przeciwnie! A poza tym nie przyjechaliśmy to tylko dla jedzenia – zwłaszcza my NIE powinniśmy. 🙂 

Pierwszy zachwyt morzem i okolicą

Nie jedliśmy też cały czas tu na miejscu w resorcie, na naszych wycieczkach i wyjazdach próbujemy lokalne greckie potrawy. Jedliśmy już wszystko co nam polecono. Mnie najbardziej smakowały maleńkie smażone rybki, które zjada się w całości nie bacząc na głowy czy ogonki. Chrupiące i smaczne, podawane jako przystawka. Pyszna jest też Moussaka – plastry bakłażana,  ziemniaka i warstwa sosu beszamelowego, wszystko  razem zapiekane. Niby brzmi prosto, ale ma w sobie tyle specyficznych przypraw i tak jest połączone, że na początku nie sposób odgadnąć co jemy. Grecy mają całą gamę pysznych serów, bardzo różnych od naszych, sałatki, do których te sery zawsze są dodawane, zioła najróżniejsze. Jeśli mięsa to baranina, cielęcina. Trochę widać tu wpływ  kuchni włoskiej, co nie może dziwić jeśli posłuchamy historii Krety. 

Oczywiście, natychmiast po przylocie rzuciliśmy się do rozglądania się wokół: baseny, wygodne leżaki, morze o cudnym kolorze granatu i fale szumiące i uspokajające MÓJ system nerwowy, 🙂 bar, zieleń.. Naszą uwagę zwróciło pięknie podświetlone drzewko oliwkowe, ładnie wyeksponowane, w centralnym miejscu, tuż po wyjściu z holu głównego jadalni. Tradycja drzewek oliwkowych na Krecie ma 5500 lat.  Ma ono głęboka symbolikę i wielkie zastosowanie w wielu dziedzinach. Można o nim przytoczyć dziesiątki opowieści, kupić je w każdym sklepie, zjeść w każdej postaci. Są czarne, zielone. Rosną na drzewach przydrożnych na ulicy, w gajach i ogrodach. Są symbolem tego skrawka świata.

Drzewko oliwkowe, które rośnie na ulicy

Oprócz tego pięknego drzewa w naszym resorcie, zauważyliśmy drzewka oliwkowe spacerując zwykłą ulicą, gdzie nikt pewnie na nie nie zwraca specjalnej uwagi. 

  Sezon wakacyjny się skończył więc tłumów nie ma, a poza tym ten nasz hotel to wyraźnie nowe miejsce i chyba dość drogie. Nikt nie musi wypadać rano o świcie, żeby zająć leżak, po trzech dniach już zaprzyjaźniliśmy się z wieloma osobami, głównie młodymi rodzinami z małymi dziećmi. 🙂  Połączyło nas poszukiwanie włączenia się na TV lub Internecie w możliwość oglądania meczów Polski z San Marino i Anglią. Młodzi byli zdecydowanie bardziej operatywni niż nasi panowie i w efekcie poradzili sobie znacznie lepiej, ale dyskusja o meczach, a potem o ich sympatycznych maluchach połączyła nas wymianą miłych i przyjaznych rozmów. Ciekawa obserwacja: jadąc na te wakacje spodziewaliśmy się tu większości “emerytalnych współwakacjuszy” a okazało się, że nie tylko chyba jesteśmy tu najstarsi, ale prawie nie ma tu “starszych”. Młodzi przeważali i w dodatku my starzy wcale im nie zawadzaliśmy. 🙂 To miłe!

Ponieważ Pan Kolega znany jest z tego, że nie potrafi usiedzieć na swoich “czterech literach” dłużej jak 10 minut, więc panowie jak “papużki-nierozłączki” natychmiast zaczęli biegać w celu.. albo bez celu – w każdym razie co kilka minut kreowali bardzo ważne zadania – a to zapytać w recepcji o ręczniki na plażę, a to o wycieczki, a to o wymianę pieniędzy, a to pójść na drugą stronę ulicy i znaleźć bankomat i kupić Metaxę i wodę.. Cokolwiek, by COŚ się działo. Dzięki temu, zanim na drugi dzień miało się odbyć oficjalne zebranie informacyjne, między innymi o wycieczkach i atrakcjach w tutejszym resorcie, to my już mieliśmy wybrane i wykupione dwie wycieczki, i na pierwszą z nich pojechaliśmy już we wtorek, o 5.00 rano, na Santorini. A w środę o 7.00 rano do Knossos i Heraklion. 

Migawki z Santorini

Uznaliśmy jednomyślnie, że jednak te dwa miejsca lepiej zwiedzać z przewodnikiem, dojechać autobusami i zdać się na organizację tutejszych, niż wynajmować auto i samemu każdą z tych części organizować według własnego pomysłu. To długie i bardzo intensywne wycieczki, zwłaszcza ta na wyspę Santorini. Kilka godzin autobusem, dwie i pół godziny ogromnym promem (katamaranem) na ponad tysiąc ludzi, potem znów autobusem po wąskich drogach-serpentynach wyżłobionych w wulkanicznej skale,  do miejscowości tak malutkich i tak urokliwych, że do dziś nie wiem jak ten wielki autobus był w stanie dojechać tam, znaleźć miejsce do parkowania i orientować się, co gdzie i jak.. 

W takich miejscach dobry przewodnik to osoba na wagę złota a my taką mieliśmy. I w dodatku, tak dużo było Polaków, że nasz autobus miał przewodnika w języku polskim. Wyspa Santorini ma niezwykle ciekawą historię. Na długo przed wybuchem wulkanu Thera, na tej wyspie już 3000 lat p.n.e pojawili się pierwsi mieszkańcy Minojczycy, przedstawiciele wysokiej cywilizacji. Niestety, wybuch wulkanu spowodował koniec kultury minojskiej, nie tylko zresztą na Santorini. Na skutek wybuchu powstało ogromne tsunami i zatopiło Santorini, sąsiednie wyspy i całą cywilizację “zmiotło” z ich powierzchni. Ponownie na wyspie pojawili się mieszkańcy dopiero w starożytności i ziemia ta przechodziła z rąk do rąk w posiadanie kolejnych władców – Greków, Wenecjan, Bizantyjczyków, Turków. Dopiero od 1830 roku wyspa należy oficjalnie do państwa greckiego. 

Białe budynki, niebieskie kopuły, błękit morza i tysiące kolorowych kwiatów

Kolejny wielki kataklizm wyspa przeżyła w 1956 roku, gdy nastąpiło trzęsienie ziemi, zginęło wówczas ponad 800 osób, wiele domów i wiosek całkowicie osunęło się do morza a wyspa przybrała zupełnie inny kształt niż miała poprzednio. I wtedy właśnie pojawiła się idea stworzenia na Santorini oazy dla turystów. Wiele starych zniszczonych domów wykupiono, odbudowano i zmieniono na cudowne hoteliki, z basenami, ogrodami bajecznie kolorowych kwiatów, zbudowano drogi dojazdowe na zboczach gór, których 80 procent stanowi..pumeks. Tak! Ta wulkaniczna wyspa zbudowana jest z pumeksu! Wydaje się to nieprawdopodobne. Ale – jest prawdziwe! 

Dziś Santorini przyjmuje tysiące turystów. Każdego dnia przesuwa się wąskimi uliczkami tłum zachwyconych obcokrajowców z całego świata. Podziwiają krajobraz, pomysłowość tubylców, właścicieli hoteli, którzy doglądają swoich posiadłości przez 6 miesięcy trwania sezonu turystycznego, a potem wyspa niemal całkowicie pustoszeje. Większość ludzi wyjeżdża na zimę do Grecji na ląd, by wrócić ponownie na kolejny letni sezon. 

I jeszcze Santorini – miasteczko OLA

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na własne zwiedzanie, ale miasteczko OLA zrobiło na nas duże wrażenie. Białe małe budynki z szafirowymi okrągłymi dachami (kopułami), wąskie uliczki, kaskady mocno różowych bugenwilli, fioletowych, białych, zielonych kwitnących krzewów i niesamowicie kolorowych sklepików – wszystko to na tle turkusowego morza w dole miasteczka sprawia wrażenie bajkowej scenerii. Oczywiście błękitne niebo, słońce i tłum roześmianych szczęśliwych ludzi. Kiedy jeszcze przewodnik dołączy do tej scenerii kilka ciekawych faktów, kilka legend, opowieści niesamowitych – nawet jeśli jest to tylko “pigułka” tej pięknej wyspy, to warto było długo jechać, długo płynąć, by przeżyć takie doświadczenie. 

Rocznicowo

Później znaleźliśmy się w stolicy Santorini, Firze, gdzie również podziwialiśmy piękne widoki, kilka ciekawostek historycznych i wreszcie dotarliśmy do lokalnej restauracji na lunch. To znaczy ja dotarłam, bo reszta naszej “drużyny” po prostu – zgubiła się!  Nie wiem jak oni to zrobili, gdzie patrzyli, jak szli i gdzie się zapatrzyli… weszłam do umówionej restauracji, gdzie był tłum i wielka zawierucha wygłodniałych klientów i chętnych do złapania wolnego stolika, a ja usiłowałam znaleźć moich kompanów telefonicznie i zatrzymać stolik, który zajęłam. To był duży wyczyn, bo restauracja była jak ul szalonych pszczół. Na szczęście, zguby się odnalazły, zjedliśmy bardzo dobry lunch, nawet wino udało się znaleźć nie najgorsze. Dla mnie był to ważny dzień, bo to tego dnia przypadała nasza 47 rocznica ślubu. Miałam nadzieję, że ten lunch będzie spokojniejszy i bardziej “uroczysty” ale wyszło jak wyszło. Za to miejsce okazało się specjalne. W życiu tak bywa, nigdy nie wiadomo, co jeszcze ciekawego może przydarzyć się na naszej drodze życia. 🙂 

Powrotna droga była równie długa i męcząca, ale warto było. Jak powiedział pan z naszego biura podróży – Santorini, to wyspa, którą raz w życiu trzeba zobaczyć. Nie sądzę, że zobaczę ją kiedyś po raz drugi.. 

Migawki z Pałacu w Knossos

 Następnego dnia znów wstaliśmy bardzo wcześnie, by tym razem pojechać na wycieczkę do Knossos i Heraklion. Pałac a właściwie jego rekonstrukcja ruin to największa atrakcja turystyczna tego regionu. Knossos było stolicą Minojczyków a ruiny pałacu są cudem archeologii i historii. Oglądając resztki autentycznych murów i rekonstrukcję pozostałych fragmentów, słuchając przy tym ciekawych opowieści przewodnika mieliśmy poczucie uczestnictwa w czymś niezwykłym, niedostępnym i niesamowitym. Knossos to miejsce wyjątkowe, to magia dalekiej przeszłości, która daje nam świadomość jak głęboko w niej tkwimy i jak mocno jesteśmy z nią związani.

Happy birthday, Panie Kolego!

Gdy już nasyciliśmy się historią, idąc za sugestią pani przewodniczki znaleźliśmy miłą lokalną knajpkę z pysznym jedzeniem – ryby różnego rodzaju, moje ulubione opiekane małe rybki, które je się w całości, wreszcie dobre winko, którym celebrowaliśmy urodziny Pana Kolegi (tak jakoś nam się zdarza, że każdego dnia mamy inna okazję do specjalnej celebracji. 🙂

W drodze powrotnej padał deszcz, ale szczęśliwie gdy dojechaliśmy do naszego resortu, wieczór był piękny, świeży i po deszczu nie było śladu. No, może zapach roślin był intensywniejszy.. 

Chania by night 🙂 – wieczorem jest tam jak w bajce

Kolejne dni to już tylko wakacyjne leniuchowanie na plaży, niezbyt wygodnej, bo jednak piasku na niej mało, raczej żwirek i kamyki. Ale za to kolor wody i szum fal wynagradza te niedogodności. Poza tym były zadaszenia osłaniające od intensywnego słońca, wygodne łóżka – leżaki no i stoliki na orzeźwiające drinki. 🙂 W końcu co więcej potrzeba leniuchom wakacyjnym?? A że w naszym przypadku leniuchowanie trwać za długo nie może, więc jeszcze raz pojechaliśmy późnym popołudniem do Chani. Chania jest cudownym miasteczkiem, nazywanym też “drugą Wenecją”, bo taki styl nadali jej kiedyś Wenecjanie rządzący tym miastem przez długi czas. Klimat tego zakątka jest fantastyczny! Po południu przyjechaliśmy taksówką (mieszkaliśmy w resorcie, który znajdował się niby w Chani, ale jednak 18 kilometrów od niej) i ponieważ pierwszego dnia naszego pobytu byliśmy tam wieczorem, tym razem chcieliśmy zobaczyć koloryt miasta za dnia. Stare mury wplecione w nowsze budowle, wokół sklepiki zarówno te małe z tysiącem pamiątek, drobiazgów dla turystów, biżuterii, lokalnych smakołyków jak i takich z towarami ekskluzywnymi bardzo drogimi. W malutkich wąskich uliczkach dziesiątki stolików i krzeseł, kaskady kolorowych kwiatów. O tej popołudniowej porze jeszcze nie było tłoczno w restauracyjkach. Ale zanim zrobiliśmy nasze zakupy, zanim zdążyliśmy pooglądać, nacieszyć się widokiem zachodzącego słońca, miasto zmieniło swój wygląd. W uliczkach zatopił się tłum ludzki, morze zmieniło kolor na granatowy, a kafejki i restauracje zapełniły się wielojęzykowym  gwarem i szumem.

Zakupy i prawdziwie grecki obiad w Chani

A my poczuliśmy wielki głód i zaczęliśmy się rozglądać, którą restauracyjkę wybrać na dzisiejszy obiad. Padło na taką przy nabrzeżu morza i taką, która oferowała prawdziwe greckie jedzenie, przy stolikach w niebiesko-białą kratkę. Zamówiliśmy po prostu półmisek wszystkiego greckiego! A raczej dwa półmiski i okazało się to dużym błędem, bowiem była to porcja dla pułku wojska a nie dla czterech osób! Za to atmosfera tego obiadu w tle z szumem morza, lokalne wino, które nam pan kelner polecił okazało się wyjątkowo dobre i jedzenie bardzo smaczne, choć nie było takiej siły byśmy zmietli z tych wielkich talerzy wszystko! Choć północ zbliżała się szybkimi krokami, miasto żyło całą pełnią, a nam (no, może nie wszystkim..) nie chciało się kończyć tej nocy. 

Ostatni obiad wakacyjny, ostatni wieczór

Nic jednak nie trwa wiecznie. Podobnie jak nasze wakacje. Po tygodniu beztroskiego wakacyjnego życia, mimo covidowych przeszkód, wciąż gdzieniegdzie nakładanych maseczek, sprawdzanych papierów z potwierdzeniem szczepień, trzeba nam było wracać. 

Ale to jeszcze nie koniec naszych wakacji. Na deser pozostał Kraków, a wraz z nim miejsca dzieciństwa, młodości, grono rodziny i wciąż bliskich przyjaciół. Opowieści o następnym tygodniu spotkań i przeżyć w trzeciej części wakacyjnego tryptyku. 🙂 


BACK

Papierzyska, test, stres – czyli wakacje w Europie 2021

Część I-sza: Gdańsk

9/5/2021

Kilka miesięcy temu pod “presją” dobrych wieści” wyjazdowo-wakacyjnych” stanęło, że i my polecimy do Europy. Wirus covidowy tak nam, jak i całemu światu zmienił życie, usidlił w domu na długie miesiące. I choć już kilka razy odważyliśmy się być na wakacyjnych wyprawach, to jednak wciąż nie mieliśmy odwagi sięgnąć dalej, poza granice amerykańskie. Zresztą, dzięki temu, przypomnieliśmy sobie, że wciąż we własnym kraju  mamy wiele nieodkrytych zakątków i warto je odwiedzić, bo Ameryka jest piękna!  

Moje sentymenty i tęsknoty rodzinne nie dawały mi spać spokojnie, odkładanie spotkań rodzinnych na kolejny rok w tych codziennie zmieniających się czasach wydawało mi się coraz większym bezsensem. Po drodze, w rozmowach towarzyskich pojawiła się jeszcze słoneczna i stara Grecja a właściwie piękna wyspa Kreta i tak powstał plan tegorocznych wakacji, Europa 2021. Łatwo powiedzieć – trudniej z realizacją… Zaczęłam śledzić informacje o wyjazdach do Europy i powrotach do Houston i okazało się, że niby przepisy powinny być jednakowe a jednak – każdy podróżny ma inne doświadczenia. To co trzeba było koniecznie MIEĆ zrobione w czerwcu, w lipcu już niekoniecznie było aktualne. To co przydarzyło się komuś na lotnisku w Amsterdamie, niekoniecznie spotkało kogoś innego nawet w tym samym czasie.. Jak uwierzyć, a jeszcze bardziej jak być pewnym co trzeba, co powinniśmy zrobić?  Każdy radził co innego.  Na wszelkiego rodzaju stronach internetowych informacjom nie ma końca i każda w tonie groźby i bardzo jednoznacznych wymagań. Zabrałam się do ustalania listy zadań przedwycieczkowych do wykonania i okazało się, że lista wydłuża się z dnia na dzień. Ostatecznie, doszliśmy do wniosku, że mając zaświadczenia o podwójnym szczepieniu, testu covidowego nie będziemy robić. A zaraz potem dowiedziałam się, że właśnie kilka dni temu ktoś lecąc przez Amsterdam (tak jak my) miał kłopot z wjazdem do Polski, bo nie miał zrobionego testu. Wpadłam więc w panikę i chcąc uniknąć jakichkolwiek zatrzymań, kłopotów, przedłużeń podróży i innych niespodzianek tego covidowego bałaganu, uznałam, że jednak zrobimy test. Test można zrobić tylko w ciągu 48 godzin przed wylotem i tylko w określonych miejscach. I nagle okazało się, że takich miejsc wcale nie jest tak dużo, że wcale terminy nie są tak łatwo dostępne jak wszyscy o tym mówią i jak podaje niemal każda strona internetowa. 

W sumie – test zrobiliśmy w piątek rano, niepewną ręką, bo w końcu skąd pewność, że wiemy jak go sobie zrobić samemu? Wyniki przesłano mi e-mailem późnym popołudniem w sobotę, a mojemu mężowi dopiero w niedzielę rano mimo, że test miał zrobiony w tym samym momencie co mój. Przyznaję, że nie było miłe i spokojne oczekiwanie na wyniki. Godzinę później byliśmy już w drodze na lotnisko. 

Na szczęście od tego momentu wszystko szło jak “z płatka” (skąd właściwie takie powiedzonko?). Szybka bezproblemowa odprawa, żadnych dodatkowych pytań, żadnych sprawdzań, otwierań walizek, torebek itd. Natychmiast dla odprężenia poszliśmy na lunch i winko. A gdy weszliśmy w strefę oczekiwania na wejście do samolotu, przez moment myślałam, że to jakaś pomyłka.. Nie pamiętam sytuacji, by 20 minut do czasu rozpoczęcia odprawy tak mało ludzi oczekiwało na lot wielkim samolotem do Europy.. Samolot był wypełniony może w jednej trzeciej jego pojemności. W związku z tym każdy pasażer miał cały rząd miejsc dla siebie, mogliśmy wygodnie siedzieć, przespać się w czasie lotu, wygodnie się ustawić w swoich siedzeniach. Takiego “luksusu” w swoich podróżach z normalnej klasie ekonomicznej nie pamiętam w swoich podróżach!

W Amsterdamie szybko i sprawnie przenieśliśmy się do samolotu do Gdańsku, który już był wypełniony, ale lot krótki i sprawny. Gdańsk powitał nas zachmurzonym niebem, siąpiącym drobnym deszczykiem i dość niską temperaturą. Niską – porównując do upałów w Houston. 

Dzień pierwszy spędziliśmy z ciocią, która za tydzień będzie w dużym gronie rodzinnym obchodzić swoje 90 urodziny. Niestety, nas już w Gdańsku nie będzie, ale przygotowałam dla niej drobna niespodziankę, którą w czasu uroczystego obiadu wręczy jej w naszym imieniu moja kuzynka. 

Polska Żubrówka i opowieści rodzinne cioci Lili

Ciocia ma się bardzo dobrze, ugościła nas pysznym polskim ciastem, opowieściami rodzinnymi, które końca nie miały przez wiele godzin i ogromną ilością zdjęć zgromadzonych w albumach. Mają one dużą wartość, bo jej mąż a jedyny brat mojej Mamy i jej sióstr był kiedyś dyrektorem stoczni im. Lenina. Pisałam już kiedyś o tym więcej. Czasy, kiedy jego kariera toczyła się od prostego robotnika do naczelnego dyrektora, były trudne i ciekawe i nie ma się co dziwić, że ciocia ma w głowie tysiące wspomnień. Każdy produkowany i sprzedawany w tamtych czasach statek, każda delegacja przybywająca z różnych, wtedy dla nas “egzotycznych krajów” (np. Kolumbia) to były dla cioci, żony dyrektora Stoczni, spotkania i atrakcje niezapomniane do dziś. 

Wsłuchiwaliśmy się w te opowieści,  podziwialiśmy jej pamięć a przede wszystkim cieszyliśmy się, że jest szczęśliwa znów przeżywając swoje przeszłe dobre życie. 

Zjedliśmy dobry włoski obiad z czerwonym winkiem, przeszliśmy się spacerkiem w deszczowej aurze i wieczorkiem pojechaliśmy do kolejnego punktu naszej gdańskiej przygody. Zmęczeni, ale za to szczęśliwi, że jesteśmy w Gdańsku. Po prawie dwóch latach, udało się! Plan podróży wrócił na swoje miejsce..

Spotkanie po latach z moim kuzynem Zbyszkiem i jego wnuczką

Następnego dnia wszystko nabrało właściwego planu i szybkości, moja kuzynka Magda wraz z jej rodziną zorganizowała nam każdą chwilę. Starówka Gdańska, spacer w Sopocie na słynnym od zawsze Molo, śniadanie w kawiarence nad Bałtykiem, spotkanie z moim ulubionym kuzynem Z.

Rodzinna radocha!

Wieczory przegadane, przepite i przejedzone pysznościami, niekończące się opowieści, śmiechy, wspomnienia i plany na przyszłość. I specjalny dzień spędzony w Sulęczynie, w letnim domku mojej ukochanej cioci Hani i jej męża, w scenerii soczystej zieleni, pachnącej kończącym się już tutaj latem. Kawa, niezliczone ilości polskich ciast, winko i koniak Metaxa, który kiedyś “nauczyłam” ciocię pić, gdy kilka lat temu spędzaliśmy wiele godzin nocnych na wspólnych długich rozmowach. Tym razem  życie podarowało nam tylko kilka wspólnych godzin, ale i tak wypełnionych emocjami, ile tylko się dało. Jak dobrze było przytulić się do niej jak do “drugiej Mamy”! Bo ona jest dla mnie drugą Matką, przyjaciółką i najlepszą ciocią ! 

Rodzinny dzień w Sulęczynie z kochaną ciocią Hanią.

 Całą dużą grupą rodzinną udaliśmy się na obiad do starego XVIII -wiecznego Dworku w Sulęczynie, który niedawno został wyremontowany i przebudowany na hotel i restaurację. Wokół śliczne jeziorka, ogrom kwiatów i zieleni. 

Artystyczny obiad w kaszubskiej restauracji w starym Dworku, w Sulęczynie

W restauracji bardzo miła obsługa, menu całkiem imponujące. Zamówiliśmy przystawki, dania główne, wódeczkę do śledzika i wino do obiadu. Na początek otrzymaliśmy na powitanie od szefa kuchni – chipsy z glonów z sosem z serka Philadelphia o smaku cytrynowym z czymś zielonym na wierzchu, dość egzotycznym i pięknie ułożonym. Wszystko to fachowo opowiedziane i zareklamowane przez miłego pana kelnera. Bardzo sympatyczne powitanie w restauracji w kaszubskim Sulęczynie! A później już każda potrawa  zachwycała nas coraz bardziej, a to przystawka – ser kozi z dodatkami jarzyn i sosów czy śledzik (wyglądał jak kawałek egzotycznego węża 🙂 z musem ziemniaczanym i dekoracją z malusieńkich ogóreczków i jabłek i cykorii, a może jeszcze czegoś innego?.. Wszystko to udekorowane sosem lekkim seledynowym kolorze i delikatnym w smaku. I do każdego “talerzyka” pojawiającego się przed nami przyjemny głos kelnera zachęcał nas do jedzenia opisem słownym tego dania. Zachwycała ta oprawa i atmosfera, wystrój i nastrój restauracji. Muszę przyznać,  że czuliśmy się wykwintnie i specjalnie. W małej Kaszubskiej miejscowości Sulęczyno tyle elegancji i pyszności! Moje danie główne, to było żebro z dzika z grzybkami- kurkami i dekoracją z dwóch różnych sałat. Do tego wino argentyńskie, Malbec. Inni wybrali sandacza, czy grillowanego brokuła, wszystko wszystkim smakowało i podobało się, bowiem estetyka potraw była wielce artystyczna!

Na desery nie starczyło nam siły i miejsca w żołądkach, ale za to zebraliśmy siły na urokliwy spacer wokół jeziorka i wśród pięknych, choć już trochę przekwitających kwiatów. 

Za to w domku cioci, na tarasie, z którego tak pięknie prezentuje się widok zielonego schodzącego w dół wzgórza i jeziora w dali, znów była kawka i sernik i polskie ciasto drożdżowe z kruszonką i owocami i wszystko to, co pamiętam z dzieciństwa i co tylko w polskich smakach można znaleźć. 

Muzeum Bursztynu w Gdańsku

Następnego dnia zwiedziliśmy Muzeum Bursztynu w Gdańsku i piękne turystyczne trasy nad rzeką Motławą i Długi Targ. Wieczorem obiad z rodziną i ich przyjaciółmi w restauracji o ciekawej nazwie ( jakby biblijnej? 🙂  “Chleb i Wino” .

Gdańsk nocą. Obiad w restauracji nad rzeką Motławą

Jedzenie wykwintne, dla mnie zrealizowanie moich tradycyjnych “polskich kulinarnych punktów”, bo jadłam tatara wołowego i pstrąga z chrupiącą skórką. Ale znów wystrój i “aranżacja” potraw na talerzu przypominała raczej wystawę malarstwa niż sztukę kulinarną. A może dziś to już jedno i to samo?? 

Wieczorna aura i atmosfera nocnego Gdańska jest w tym miejscu zawsze piękna, coraz piękniejsza i coraz bardziej mnie wzrusza. 

Ostatni dzień spędziliśmy z inną kuzynką,  Elą. Tym razem dzień był bardziej “turystyczny”.  Ela, polonistka z zawodu i z zamiłowania, Gdańszczanka z urodzenia, posiada prawdziwą skarbnicę wiedzy historycznej o tym mieście. Poprowadziła nas po uliczkach starego Gdańska i opowiedziała ciekawie kilka legend, opowieści, których pewnie nigdy nie usłyszelibyśmy w zwykłych rozmowach rodzinnych. Chciałabym, żeby kiedyś powtórzyła je moim wnukom. 

Stocznia im. Lenina – dziś już tylko wspomnienie tamtych dawnych czasów..

Na koniec jeszcze rzut oka na dawną Stocznię im. Lenina, która dziś pełni już tylko rolę historyczną. Wokół niej mieszczą się kultowe kluby dla młodzieży. Życie ma tam dziś już całkiem inny wymiar. Ale pomnik słynnych trzech Solidarnościowych Krzyży króluje wysoko i łatwo go dostrzec z daleka. Jadąc jeszcze spojrzeliśmy na  Stadion Bursztynowy, dumę  miłośników gdańskiej  piłki nożnej. 

Ostatnie wspólne rodzinne chwile. Dziekuję !

A późnym wieczorem kolacja z rodziną Magdy, śledzikowo-rybkowa, ostatnie chwile pełne planów jak i kiedy znów się spotkamy. Choć doświadczenie ostatnich dwóch lat nauczyło nas, że nie można planować nic “na pewno”, to jednak trzeba mieć plany i marzenia.  Dobrze jest nam razem, gdy się spotykamy, więzy które nas łączą są silne i nie są nam obojętne. Wierzymy, że nasz plan na kolejne spotkanie zrealizujemy! 

Uwielbiamy te gdańskie jagodzianki!

Kończy się gdańska część wakacji. 

Wsiadłam do pociągu NIE “byle jakiego”, bo Intercity Pendolino i pojechaliśmy  wygodnie, komfortowo do Krakowa, a dodatkową słodką atrakcją były pyszne „jagodzianki”, które Magda w zgrabnym pudełeczku podała nam na drogę do kawy. Następnego dnia mieliśmy się przemieścić kolejnym samolotem się na południe Europy. Ale o tym będzie za kilka dni w następnej opowieści. 🙂


BACK

Piwo, wino, szampan… Czy lubić alkohol to znaczy mieć zadatki na alkoholika? 

 8/15/2021   

Coś mi się wydaje, że wraz z tytułem już mam tysiąc wrogich spojrzeń na ten wpis 🙂

Z kieliszkiem czerwonego wina zawsze odważniej pogadać:)

Broniłam się przed tym tematem, ale życie mnie do niego ostatnio coraz częściej popychało, moja przyjaciółka głośno mnie namawiała, a ja sama mam w swojej głowie pękającą szufladkę przemyśleń, które domagają się wyrzucenia ich na kartki komputerowe. Oczywiście, będzie to moje i tylko moje!  Nikt nie musi się ze mną ani zgadzać ani utożsamiać, bo jak wiadomo, temat alkoholu to temat stary jak świat i wielki jak kosmos i rwący jak strumień górski.  Jestem na tyle stara (przepraszam – dojrzała) 🙂 i na tyle wciąż trzeźwa, że mogę sobie bełkotać jak po kilku butelkach dobrego czerwonego wina. A że wino lubię najbardziej, to wybieram ten właśnie trunek i zaczynam moje gadanie.

Tak, tak – wiem. Wszystko już w tej kwestii zostało powiedziane! Na poważnie i na wesoło. W komiksach i w historiach, które skończyły się bardzo tragicznie. Każdy, ktokolwiek i kiedykolwiek o tym pisał czy mówił, na pewno miał swoje racje. Alkohol – dla wielu jest koszmarem życiowym i nieodwracalną tragedią całych rodzin.  Przyczyną śmierci, samobójstw, kalectwa. Ale  niezupełnie w tym wymiarze chcę dziś popatrzeć na alkohol. Nie mam jednak zamiaru bagatelizować  tematu. 

Bo temat jest wielowymiarowy i dla większości z nas stanowi przez całe życie element normalnego dorosłego funkcjonowania. Jak wszystko inne, co każdego dnia zdarza nam się robić. Pytanie tylko – jak to w naszym życiu egzystuje? Jak sobie z tym dajemy radę? Jakie miejsce zajmuje alkohol w hierarchii naszych spraw, działań, życia towarzyskiego?  Odpowiedź jest trudna i niejednoznaczna, bowiem wiadomo, że na różnym etapie życia alkohol dla nas ma różne znaczenie. Wpływ też ma dom rodzinny, geny, towarzystwo, w które zapląta nas jakiś  moment życiowy, nasza odporność psychiczna, wydarzenia osobiste etc. etc..

Piwa jasne i ciemne… ale to już współczesny wybór

Urodziłam się w Polsce, w czasach, gdy podstawowym jeśli nie jedynym trunkiem była wódka i to dość kiepskiego gatunku. Owszem, były i lepsze ale większość ludzi piło tę najtańszą. Dopiero znacznie później pojawiło się na półkach dużo innych gatunków wódek i wybór był znacznie większy. Popularnym alkoholem było piwo i choć dziś Polska uchodzi za drugiego największego producenta piwa w Europie (po Niemcach) to w latach 50-60-tych piwsko było po prostu piwskiem. Dostać lepsze piwo było bardzo trudno. Kiedy już byliśmy nastolatkami i jeździliśmy z rodzicami na wakacje w okresie zimowym, do Wisły albo Szczyrku, tata był bardzo dumny jak udało mu się kupić piwo Żywiec czy Lech. 

Wino? Hmm.. Pamiętam z wystaw sklepowych tylko “J-23” czyli tak nazywano wino owocowe marki “jabcok” za 23 zł. Kto to pił? Ano, ci co kupowali i zanim wyszli ze sklepu już wypijali pierwsze  trzy wielkie hausty..  

Moi rodzice lubili napić się piwa w letni gorący dzień, ale nigdy nie pamiętam, żeby w domu było piwo tak na “wszelki wypadek” jakby gość wpadł w odwiedziny. Dopiero dużo później, już w latach 80-tych alkohol był w domu w barku. Choć ten barek to była tylko umowna półka w starym kredensie. 

To koniaczek, we współczesnej wersji serwowania u moich kuzynów w Gdańsku.

Kiedy tata zaczął podróżować do dawnej Jugosławii i Bułgarii lubił przywozić stamtąd koniaki a właściwie brandy: bułgarską Pliskę i jugosłowiański Cezar.  I wtedy rodzice wieczorkiem, przy oglądaniu telewizji lubili napić się kieliszek brandy. Chyba jednak używali nazwy – koniak. 

Jako nastolatka, harcerka obracająca się w towarzystwie młodzieży trzymającej się zasad prawa harcerskiego nigdy nie miałam ani potrzeby ani specjalnych okazji do picia alkoholu. Chodziłam na prywatki, potańcówki, ale zupełnie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był na tych imprezach alkohol. Szczerze mówiąc to w ogóle nie pamiętam co wtedy piliśmy. Pamiętam wieżę małych polskich kanapeczek z kiełbasą i pomidorem i serkiem i ogóreczkiem. I ciasto domowego wypieku, bo przecież nikt by nie kupił w sklepie, i ciasteczka. Ale – napoje? Tak trudno było zdobyć wtedy upragnioną coca-colę czy sok pomarańczowy.. Woda na pewno nie wchodziła w grę (pewnie dlatego do dziś jej nie lubię) 🙂 Co więc piliśmy??  Nie wiem.  

Miałam może 17 lat kiedy tata nalał mi do ładnego małego kryształowego kieliszka troszkę koniaku Cezar. Uznał, że lepiej będzie jeśli spróbuję prawdziwego alkoholu w domu, pod okiem rodziców, niż gdzieś po kryjomu w nieznanych warunkach z nieznanym towarzystwem jakąś wódkę i to będzie moje pierwsze doświadczenie alkoholowe. Do dziś jestem mu za to wdzięczna. Chyba nie za bardzo smakował mi ten koniak, ale było mi ciepło w żołądku, kieliszek był bardzo estetyczny i pamiętam, że był to wesoły wspólny wieczór.  Niewiele takich mieliśmy razem.

Gdy już byłam dorosła, gdy przyjeżdżałam do domu już z mężem,  tata lubił wypić z nami koniaczek. Dużo rzadziej piwo czy wódkę. 

Na imprezach rodzinnych, imieninach czy świętach dorośli pili jednak wódkę, do wigilii czy śniadania wielkanocnego podawano kieliszek czystej. Takiej lepszej jak “Wyborowa” a potem nawet coraz to inne gatunki gościły na stole. Dopiero do deseru serwowano kieliszek koniaku. Ale nigdy wino. Bywało wesoło, szczególnie gdy dopisywali goście imieninowi, ale nigdy nie było pijackich burd i awantur. Mój dom rodzinny nie był domem „alkoholików”. Tata miał małą tolerancję na alkohol, więc nigdy nie pił dużo, a jak mu się zdarzyło przekroczyć „jego” granicę, to bardzo cierpiał 🙂 a mama zawsze wiedziała ile może wypić, by być po prostu wesołą. Potrafiła bawić się na luzie i nie “przeginać” z nadmiarem alkoholu. Do dziś mamy legendę rodzinną, gdy nauczyła się już u nas w Ameryce pić gin z tonikiem i jak za pierwszym razem nazwała swój drink “dżimikiem” – tak my w naszej rodzinie, do dziś inaczej na ten napój nie mówimy 🙂

Wino w moim i naszym życiu pojawiło się w latach lat 70-tych, gdy zaczęliśmy wyjeżdżać do na wakacje do Niemiec. Oprócz popularnego tam piwa, którym zarówno Wacek jak i Anioł zachwycali się i spijali go w ogromnej ilości (tak, w młodości odporność na ilość alkoholu była nieco większa niż teraz..)  bywaliśmy w regionach, gdzie wino było popularniejsze nawet niż niemieckie piwa. Wina reńskie i mozelskie. Jedne w butelkach zielonych drugie w brązowych. Od słodkich i półsłodkich do wytrawnych. Częstowano nas w zaprzyjaźnionych domach, próbowaliśmy kupować i smakować różnych i.. zachwycaliśmy się wtedy odkrywając zapach, delektując się  delikatnością alkoholu, które bez obawy upicia się  można było pić do obiadu, rozmowy z przyjaciółmi, deseru. Nasi tamtejsi i ówcześni znajomi i przyjaciele polecali, opowiadali a my coraz bardziej wchodziliśmy w świat win, które u nas jeszcze były niedostępne i nieznane. Dziś, gdy próbuję te wina nie mogę uwierzyć, że kiedyś zrobiły na mnie takie wielkie smakowe wrażenie.!! Jak bardzo zmieniają się nasze smaki i upodobania. Ale – do tego jeszcze była daleka droga.. 

Gdy wróciliśmy do Polski, mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i wtedy już powoli wina zaczęły pojawiać się w polskich sklepach. 

Trudno jest złamać alkoholową tradycję narodu, zwłaszcza starszego pokolenia. Ale my, młodzi mogliśmy przecież o sferze alkoholowych przyjemności myśleć inaczej. 

Niestety, po ślubie zamieszkaliśmy w akademiku, na krótko w Katowicach a potem w Sosnowcu, a tam.. Cóż – nasi panowie preferowali wódeczkę, do brydża, do nocnych dyskusji o literaturze, na wyjazdy szkoleniowe, na imprezy towarzyskie.. Oj, dużo tego było! Dużo za dużo. Kto nie ma takich grzechów na sumieniu? niech podniesie rękę! Nie widzę… 

Nasze „akademikowe” wino – Gellala, pierwsze czerwone wino, które kupowaliśmy w Polsce w latach70-tych

Ale wtedy już zaczęliśmy kupować wina węgierskie, bułgarskie i algierskie. Było takie wino, które szczególnie zapamiętałam i chyba właśnie wówczas przerzuciliśmy się na wina czerwone. Nazywało się Gellala i kosztowało wtedy aż 56 złotych! I na pewno nie było słodkim winem!! 

Starsi (tzn. my) 🙂 pamiętamy! młodzi pewnie są w szoku! ale tak było, było naprawdę!!

Mroczne lata 70, 80-te to czasy, gdy nawet wódka była reglamentowana na kartki. Pół litra wódki na miesiąc na “głowę” dorosłego i butelka wina. Oczywiście byli tacy, co robili na tym dobre interesy i od razu zaczęli odsprzedawać swoje cenne malutkie kwadraciki z karteczki miesięcznego przydziału. Pamiętam dobrze tę “kombinację” bo ślub mojego brata odbył się w stanie wojennym w 1982 r. i trwał cały ten kołowrotek z dodatkowym przydziałem z okazji wesela. A i tak wódka musiała znaleźć się z dodatkowych źródeł i być dobrze zabezpieczona przed władzami kontrolującymi. 

W tym czasie mój mąż często jeździł do Związku Radzieckiego, co także nie pomagało w zmianach obyczaju smaków alkoholowych, bo stamtąd, jak wiadomo opowieść o piciu byłaby bardzo monotematyczna.. 

Radziecki szampan szampanem naszej epoki młodości!

Ale – za to był (wtedy tak nam się wydawało…) bardzo dobry szampan “Sowieckoje Igristoje” – półsłodki, trudno dostępny w Polsce i mój mąż przywoził do za każdym powrotem do domu. Raz nawet kupił ten szampan czerwony (raczej różowy) co dla nas było niezwykłym zjawiskiem, bo nikt wtedy takiego nie pił i nie widział. Zapowiedział, że tym razem taki szampan przywiezie, czekałam w napięciu. Niestety, mimo zabezpieczeń w walizce (a podróż odbywała się pociągiem, więc nie było to takie trudne mieć oko na stabilność bagażu) cała butelka szampana rozbiła się zalewając nie tylko wszystkie ubrania, ale także.. polską książkę kucharską z wielkim trudem zdobytą w rosyjskiej księgarni 🙂 Do dziś mam tę książkę tu w Houston z czerwonymi rogami kartek zalanymi “wykwintnym” rosyjskim szampanem lat 80-tych. Musiał jednak być wyjątkowy, skoro jego kolor do dziś przetrwał na papierze 🙂 🙂

A potem, gdy znaleźliśmy się w Houston – smaki, obyczaje, sposoby picia alkoholu, po prostu zupełnie się zmieniły. Inni ludzi, inne środowisko, inne alkohole. Inne spotkania i inne zwyczaje. Każdy pije. Każdy coś lubi. Niewielu ludzi jest niepijących. Nie piją tylko ci, którzy są naprawdę alkoholikami. Takimi, którzy przestali pić z różnych przyczyn.  Przeszli terapię albo są podczas terapii. Wiedzą, że prawdziwy alkoholik jest NIEPIJĄCY. Może brzmi to dla niektórych dziwnie, ale tak jest naprawdę.

Są jeszcze tacy, którzy alkoholu po prostu  nie lubią. Nie piją, bo z jakiegoś powodu – fizycznego czy psychicznego mają wstręt do wszelkich napojów alkoholowych. Ci mają najtrudniej. Zwłaszcza ci młodsi, bo w starszym towarzystwie nikt już się niczemu nie dziwi i nie zadaje za dużo pytań. Ale młodzi często mają “ciężkie życie” na imprezach. Być trzeźwym wśród pijących, to często większy problem dla tych, co stoją z drinkiem w ręku, niż dla tych, co sączą sobie sok pomarańczowy czy wodę mineralną. 

Dlaczego grecki lubię najbardziej? może geny smakowo-koniakowe wciąż ciągną mnie w tamtą stronę świata 🙂

Dziś, po ponad 30 latach mieszkania w Ameryce mamy dużą wiedzę o winach, jakie takie obycie po wielu wycieczkach i wizytach w Napa Valley, Sonoma, Monterey, w regionie w Santa Barbara, Washington, w winnicach we Włoszech, Hiszpanii, Australii, Nowej Zelandii czy w Argentynie… Wszędzie tam piliśmy dobre wina, próbowaliśmy różnych – i dziś już wiemy, że najbardziej lubimy wina czerwone, Merlot. Ale kiedy upał houstoński doskwiera albo okazja do celebrowania wyjątkowa, lubię dobre Chardonnay,  kocham zimny wytrawny szampan (nie, nie półsłodki radziecki!!) Po południu lubię od czasu do czasu “dżimik z tonikiem” mojej Mamy i z kropelką wermutu, a wieczorem, jak nauczyła mnie moja tradycja rodzinnego domu – kieliszek brandy, ale  teraz lubię grecką Metaxę. 

Wino w beczkach, wino w winiarniach, drinki własnego pomysłu, bar w oczekiwaniu na gości, wymyślne drinki na plaży.. Wszystko dozwolone, byle w rozsądnych ilościach!

Nie piję wódki (no.. chyba że jest polski śledzik, to wtedy wyjątkowo, śledzik bez kieliszeczka czystej nie może być!), nie piję whisky. Choć wiem, że wokół mnie jest wielu smakoszy tego trunku – z własnego domowego podwórka to znam, to mnie wyjątkowo ten rodzaj alkoholu przeszkadza. Zapach mnie drażni, choć ponoć to właśnie on najbardziej się w whisky i jej rodzajach liczy.  Cóż – każdy jest inny i każdy ma swój własny nos.  Mój wyraźnie na ten zapach się buntuje.  Mamy różną tolerancję na alkohol. Każdy człowiek wie, że zależy to od wieku (tak, im starsi jesteśmy tym mniej odporni 😦  Od pory dnia, a nawet godziny. Od genów przekazanych nam przez rodziców, od wychowania, od indywidualnej odporności psychicznej itd.

Tak wiele aspektów składa się na sposób naszego podejścia do alkoholu, do umiejętności jego spożywania i tolerowania go przez nasz organizm. Jedna osoba mówi: ja nie mogę pić szampana, bo od bąbelków boli mnie głowa, inna – mogę tylko czystą wódkę, drinki mieszane to dla mnie katastrofa. Jeszcze inna nie może łączyć piwa z winem.. Każdy ma swoje teorie albo swoje praktyki picia. Tak naprawdę – szkodzi nam tylko ilość!!  Za dużo alkoholu, za często. To jedyne co naprawdę jest SZKODLIWE! Dla głowy, dla zdrowia fizycznego, żołądka, wątroby, serca, umysłu. Dla nas samych i dla naszych najbliższych. Jeśli ciągniemy “grę alkoholową” dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, aż przeradza się to w długie lata.. już nie panujemy ani nad sobą, ani nad tym co za nami i co przed nami.  Znam takich przypadków wiele. I nie myślę teraz o historiach z książek, z kronik policyjnych, ze zwierzeń podczas dziesiątek spotkań AA.  Myślę o tych, których znam, których spotkałam na swej drodze długiego życia, kiedy byli fajnymi inteligentnymi ludźmi. Wesołymi i zabawnymi, jak my wszyscy. A którzy tak wiele stracili dla siebie i dla swoich bliskich przez zatracenie balansu.

Tatuś szampan, córka winko – niepijących brak..

 Nikt nie jest idealny. Nikogo nie oceniam. 

Lubię alkohol jak większość z nas. Mam to szczęście, że życie (geny??) podarowało mi “czerwoną lampeczkę” w głowie, która prawie zawsze zaświeca się w odpowiednim momencie i daje mi sygnał ostrzegawczy – dość! 

Nie przysięgnę, że nigdy się nie upiłam, ale było to może kilka razy w całym życiu?  “Helikopter na suficie” jak mówiła moja dawna, już nie żyjąca koleżanka, czy trzepotanie serca bardzo rzadko mi się zdarzyło. Nie znoszę takiego uczucia i chyba mój strach przed tymi objawami jest tak silny, że czerwona lampka zapala się szybciej dla ostrzeżenia. 

Gdzie my, tam winko szampan i radość. Tylko w takim sensie alkohol jest dobry na wszystko!

Są różne objawy podniecenia alkoholowego – jedni zaczynają być bardzo głośni, krzyczą w towarzystwie, inni upijają się na smutno i wyciągają wszystkie swoje kompleksy, jeszcze innych nachodzą wspomnienia sprzed 50 lat albo mówią głupoty, których w ogóle nie sposób zrozumieć. Reakcje mamy różne…

Na szczęście, na wesoło jakoś tolerujemy siebie wzajemnie i jeśli nie przekraczamy granicy i nie ranimy siebie, to w sumie na następny dzień zapominamy o kieliszkowych przewinieniach. 

Czy jesteśmy alkoholikami? Nie!  Czy mamy zadatki, żeby się nimi stać? Każdy ma. Ale – skoro dotrwaliśmy do dziś przy winku czy szampanie, wspólnie i na wesoło, to myślę, że wszyscy traktujemy alkohol jako element towarzyski. 

Mniej czy bardziej – ale dajemy sobie radę nie przekraczając granicy, za którą już jest inny, bardzo smutny świat…


BACK