12/04/2021
Kiedy zaczęłam pisać ten tekst było jeszcze kilka dni do kalendarzowego grudnia.
Włączam radio i jak co roku odzywa się świąteczny kanał muzyczny. W Ameryce świąteczne przeboje rozpoczynają się dzień po Thanksgiving. I przyznaję się, że oczekuję na nie z wielką radością. Są takie wesołe, melodyjne, optymistyczne! Wprowadzają wszystkich w świąteczny nastrój choć wielu moich znajomych już chyba z przyzwyczajenia albo z przekory narzeka, że za dużo tej powtarzającej się każdego roku muzyki, że to nudne, że zawsze to samo.. Ale – to tylko raz w roku! Na tym przecież polega tradycja. Każda tradycja! A tradycja w tym kraju inna niż polska…
Gdy my tu już pląsamy w kolorach świateł, gorączce kupowania prezentów, celebrowania świątecznych spotkań w pracy, w szkole, gdy w każdym mieście, miasteczku organizuje się markety, wyprzedaże, przedwczesne spotkania z tutejszym Mikołajem, w Polsce ludzie spieszą poranną porą do kościoła na roraty w oczekiwaniu na zwiastowanie Maryi przez Archanioła, że zostanie matką Jezusa.. Też tradycja. Tradycja ciszy, spokoju, oczekiwania na coś ważnego istotnego.
Ale świat staje się każdego roku coraz mniejszy. Zbliża się i kurczy, mimo dzielących nas wielowiekowych tradycji. Błysk świateł, potrzeba zysków, sprawianie ludziom zwykłej prostej radości bierze górę. Dziś dowiedziałam się, że na Rynku w Krakowie zabłysła świąteczna choinka i Kraków także zaczął już dziś świętować. A przecież to dopiero koniec listopada…

Kiedy byłam małą dziewczynką czekając na grudzień najpierw myślałam o śniegu.. żeby białe płatki przysypały drogi i parki, żeby Mikołaj mógł dojechać w swych wielkich saniach z prezentami do nas, dzieci. Mam kilka małych mikołajowych wspomnień, niezmiennie powracających w pamięci każdego roku. Nasz polski Mikołaj wyglądał zupełnie inaczej niż ten dzisiejszy! Miał zawsze długą czerwoną kapotę, trochę jak ksiądz, siwą brodę sięgającą niemal do pasa i wysoką czapkę trochę przypominającą nakrycie głowy biskupów. I w ręku laskę długą zakręconą na końcu kilkakrotnie w kółka.
Wyglądał dużo bardziej dostojnie niż współcześni Mikołaje. 🙂 No i jeśli się pojawiali (bo bardzo rzadko pojawiali się dzieciom!) to zawsze byli w otoczeniu pięknych aniołów w białych długich sukniach i z ogromnymi skrzydłami! A gdzieś obok – złośliwie i po cichu przebiegał, kręcił się czarny diabeł z czerwonymi różkami. I czerwonymi widłami!
Pamiętałam taki obrazek ze spotkań z Mikołajem, które organizowane były u mojej Mamy w pracy. Było to dla mnie przez kilka lat zawsze wielkie przeżycie! Mikołaj, obok anioł i zawsze gdzieś rozbiegany przeszkadzający, ale niegroźny diabełek. Mikołaj dobrotliwie gładził dzieci po główkach a aniołek wręczał nam JEDNAKOWE prezenty i były to paczki różnorodnych słodyczy. Sprawiedliwie i… bardzo pysznie!
Kilka lat później, gdy już byłam na tyle „ dorosła” że sama mogłam włączyć się w Mikołajową drużynę, przez dwa czy trzy lata awansowałam na anioła. 🙂
Trochę później, także w harcerskiej akcji Mikołajowej, wraz z moim przyszłym mężem jako anioł uszczęśliwiłam kolejne pokolenie maluchów. A potem pewnego razu, po takiej akcji zaprosiłam tego “jedno-wieczorowego Mikołaja” na cukierki orzechowe do mnie do domu, które stały się początkiem świątecznej wspólnej tradycji trwającej aż do dziś. Tylko tych cukierków orzechowych brakuje. 🙂
Pamiętam też, że często dostawałam od Mikołaja książki, które wtedy nie były łatwe do zdobycia. Kiedyś dostałam książkę pięknie ilustrowaną pt. „ Dziadek do orzechów”. Miała osobistą dedykację dla mnie od Mikołaja. Zawsze dziwiło mnie to jak taki stary Mikołaj ma takie piękne równe pismo? Bardzo długo miałam tę książkę w swojej biblioteczce. Dopiero po wielu latach dowiedziałam się kto był owym tajemniczym Mikołajem, miał takie ładne pismo i napisał tę dedykację..
Kiedyś zaparłam się, że nie zasnę w nocy i poczekam na przyjście Mikołaja.. Koniecznie chciałam „złapać” ten moment, kiedy dzwoni do drzwi i Mama mu otworzy a on poda prezenty. I choć wiedziałam, że najprawdopodobniej nie zobaczę go, bo od drzwi wejściowych do sypialni było daleko, ale miałam nadzieję że usłyszę dzwonek i chociaż podpatrzę jak Mama pomaga Mikołajowi albo odbiera od niego prezenty. Wydawało mi się, że czekam w nieskończoność! Wytężałam wzrok, słuch, kręciłam się niemiłosiernie – a rano kolejny raz okazywało się, że nie zauważyłam. Mama karmiła mnie znów historyjką, co tym razem Mikołaj powiedział, jak się spieszył, jak bardzo był zmęczony. Ot- wszytko to samo, co później przez lata my powtarzaliśmy swoim dzieciom a potem oni przekazywali pałeczkę dalej. 😊
Po 6 grudnia nadchodziły zimne dni, dzień trwał coraz krócej, już po czwartej po południu robiło się ponuro i ciemno. Rano też ciemno. Nie chciało się wstawać z łóżka. W domu zimno, zanim piec kaflowy rozgrzał nawet nasze małe mieszkanie, zawsze dobrze zdążyłam rano zmarznąć. I ten okropny grysik na mleku na śniadanie! Natychmiast po ugotowaniu go robił się na powierzchni “kożuch”, którego nienawidziłam! Jeśli udało się go delikatnie ściągnąć z powierzchni i wyrzucić bez śladu to był cud! Niestety, większość razy zawsze zaplątała się jakaś mała “niteczka” ciągnąca się paskudnie, która natychmiast wzbudzała we mnie wstrząs obrzydzenia. Do dziś nie piję mleka w żadnej postaci. Czasami na wymianę mieliśmy lane kluski i te były troszkę lepsze. Tylko w niedzielę Mama podawała inne śniadanie. Jak tylko dorosłam na tyle, że mogłam zdecydować co jadam na śniadanie, natychmiast już na zawsze zmieniłam swoje menu tego posiłku.
Polskie święta były bardzo obfite, a jednak nikt nie robił zakupów na tygodnie wcześniej. Nie mieliśmy dużych lodówek (początkowo nawet żadnych). Pamiętam dokładnie kiedy pojawiła się u nas pierwsza lodówka i jak wyglądała. O czymś takim jak zamrażalnik nikt chyba nie miał pojęcia..
Dużo mięs czy innych produktów dobrze pozawijanych Mama trzymała pomiędzy framugami okna. Tak, wiem że was to śmieszy! (to jak w słynnym kabarecie Smolenia i Laskowika. 🙂 Ale w moim domu były podwójne okna z dużą przerwą pomiędzy dwoma framugami, co przy zazwyczaj grudniowych temperaturach poniżej zera miejsce to świetnie służyło za lodówkę. I chyba w owym czasie w większości domów było to bardzo popularne. No, chyba że ktoś miał balkon, to był w dużo bardziej komfortowej sytuacji. Nie wiem jak to wszystko działało – w sklepach trudno było cokolwiek dostać choć trzeba przyznać, że w okresie przedświątecznym nieco się polepszało. Nawet “rzucano” cytryny i pomarańcze, co dla nas dzieci było wielkim rarytasem. Dostać paczkę słodyczy od Mikołaja, a w niej także jedną pomarańczę – to było COŚ! Czasem w dniu wigilii tata zdobywał gdzieś cytrusy i przynosił jej dumny do domu w papierowej szaro – brązowej torbie. Rodzice dzielili tę pomarańczę na ćwiartki dla każdego z nas, ale ćwiartki dla mnie i mojego brata zawsze były trochę większe niż dla nich.. Kiedy dziś o tym piszę sama nie mogę uwierzyć, że kiedyś tak było. Nawet nie pamiętam kiedy pierwszy raz zobaczyłam mandarynkę i dowiedziałam się, że to coś innego niż pomarańcza. Nie jestem pewna czy moje wnuki uwierzyłyby mi w takie opowiastki..
A przecież Mama przygotowywała tak dużo potraw wigilijnych i świątecznych, piekła tak dużo ciast, że ja choć każdego roku zachowuję tradycję dwunastu potraw na wigilijnym stole, to na pewno nie dorównuję jej w ilości i jakosci tego co ona robiła! Wszystko własnoręcznie. Każdy pieróg, każdy farsz do uszek, ciasto na pierogi, barszcz na zakwasie, który sama zrobiła. Dwie zupy, bo nawet w moim domu częściej bywała grzybowa z łazankami, też własnej roboty. Karp, który łypał okiem, gdy Mama przynosiła go do domu na dzień przed wigilią (czasem dwa) i który natychmiast zajmował miejsce w wannie, bo musiał być “świeży” na kolację wigilijną. Każde dziecko wiedziało, że karpia trzeba (że użyję tu delikatnego słowa..) “zaszlachtować”, czego tata nigdy nie umiał dokonać i jeśli nawet zaczął, to zazwyczaj Mama musiała dokończyć i oprawić całą rybę.
I nikt się temu nie dziwił. Każda polska rodzina miała swojego karpia, bo bez tego nie mogło być wigilii. Tak jak musiał być opłatek. Bo życzenia bez opłatka są TYLKO życzeniami, a te z opłatkiem są życzeniami magicznymi pełnymi nadziei, wiary i miłości. Wiary, że to co sobie mówimy i życzymy spełni się wraz z pierwszą gwiazdką i ciepłem tej wyjątkowej chwili.
Każdego roku w jednej sekundzie łamania się opłatkiem wraca do mnie myśl mojej własnej cichej modlitwy: “daj Panie tak samo za rok..” I jak w kalejdoskopie wraca na sekundę pamięć wigilii przeszłych, każdej minionej.
Co prawda polskie Boże Narodzenie zawsze trwało (i trwa) trzy dni, bo wszyscy wiemy, że wigilia to już święto a potem dwa pełne dni, a jak w pobliżu wypada sobota czy niedziela to już się dodaje i zaraz jest Sylwester i Nowy Rok.
W domu więc jedzenia mieliśmy jak dla pułku wojska. Mięsiwo takie jak gęś pieczona, kaczka z jabłkami lub indyk (ogromny!) Albo zając (wujek przynosił nam czasem z polowania) i Mama oprawiała go na długo przed świętami. Wisiał za oknem, na mrozie, specjalnie przyprawiony – proszę, niech nikt mnie nie pyta co i jak, bo nie mam zielonego pojęcia!!! Podobno miał skruszeć.. Potem po upieczeniu Mama podawała go “na kwaśno” z buraczkami. Jako dziecko wcale się tym nie zachwycałam i chyba dziś też nie mam ochoty tego spróbować. Ale pamiętam, że dorośli chwalili. 🙂 Czasem był schab z suszonymi śliwkami, ale to już nie było takie wymyślne. Poza tym Mama piekła ogromną ilość ciast i tę ogromną ilość zajadaliśmy! Był zawsze sernik (Mama była specjalistką sernikową!) i makowce zawijane też doskonałe. Nigdy się nie nauczyłam ich piec za to mój brat nadrobił moje braki i jest w tym równie dobry jak nasza Mama. Oczywiście nie zabrakło nigdy piernika, keksa, tortu orzechowego i pewnie jeszcze drobnych ciasteczek i innych, o których może już nie pamiętam w tej chwili. Nie wiem jak to było możliwe, że Mama potrafiła to wszystko najpierw ugotować i upiec sama, bo tak naprawdę to niewiele jej pomagaliśmy. Najpierw byliśmy mali, później gdy już mogliśmy się na coś przydać, Mama nie lubiła za bardzo jak plątaliśmy się po kuchni. Zlecała nam drobne prace, jak pokrajanie bakalii, wymieszanie mąki z jajkami itp. W kuchni Tata właściwie tarł tylko świeży chrzan, bo chrzan kupowało się w laskach – nawet go już nie doprawiał, to już była mamina część i jeszcze ucierał mak w dużej misce z rowkami zwanej makutrą. Właściwie wszystko co było ważne i zasadnicze Mama lubiła robić sama, w nocy gdy już poszliśmy spać. Tak naprawdę to gotować i piec nauczyłam się sama, w swoim domu jak już byłam mężatką. Ale najbardziej zadziwiające jest to, że my to wszystko zjadaliśmy! Ja w naszym obecnym domu, choć – niestety- lubię słodycze, piekę na święta bardzo mało, w porównaniu do mojego domu rodzinnego prawie nic – a wciąż słodkości zostają na długo po świętach i nie możemy się z nimi uporać.
Może po prostu tamte były lepsze? Może byliśmy bardziej spragnieni takich dobroci? Nie mieliśmy takiego wyboru przez cały rok, czekaliśmy na te wypieki i specjalności i docenialiśmy ich smak i wyjątkowość.
Często zastanawiam się ile uda mi się pozostawić dzieciom i wnukom z polskich tradycji, a ile i jakie tradycje wypracują sobie już własne. Jak je połączą? Czy będą chcieli, potrzebowali kontynuować coś, co dla mnie było ważne, jest ważne? Cóż, cena za emigrację jest zawsze jakaś.. Choć z drugiej strony, nie trzeba wyjeżdżać z kraju, by nasze dziecko zbudowało sobie inny model życia. My przecież też mieliśmy prawo do własnego świata. Tak buduje się świat, tak tworzą się nowe wizje nowych pokoleń. Mimo wszystko wierzę, że ziarenko przekazujące “pałeczkę pokoleń” zostało dobrze zasiane.
Houstońskie święta są pełne kolorów, bogate w prezenty, spotkania, mają wizualnie ciepłą i piękną oprawę. Są poprzedzone długim przygotowaniem, bieganiną, szumem i radością. Ale ich świąteczne sedno trwa krótko. My staramy się wydłużyć sobie ten czas. Dlatego wielką wagę przywiązujemy do wigilii. Bardzo pilnujemy polskiej tradycji i ten wieczór wciąż jest nasz – rodzinny, wspomnieniowy, z polskimi kolędami, które już od rana towarzyszą mi przy gotowaniu. Zawsze zaczynam od pastorałki Czerwonych Gitar: “Jest taki dzień, bardzo ciepły choć grudniowy..” –
I tu uspokajam się choć nie jestem w tym dobra i łatwa. A potem już cała długa lista polskich kolęd, które nie są tak wesołe jak amerykańskie przedświąteczne “carols”, ale mają swój własny urok dla nas niepowtarzalny i wyjątkowy. Nie ma płatków śniegu za oknem, ale jest duża choinka a na niej wiele polskich bombek, jest piękna dekoracja jakiej nigdy nie miałam w Polsce i nawet nie wiedziałam, że można takie cuda posiadać.
Mam rodzinę, która każdego roku przychodzi wieczorem elegancko ubrana, bo inaczej dziadziuś by się zapłakał, narobi szumu i rumoru, zasiądziemy wszyscy do stołu, podzielimy się opłatkiem i znów krąg tradycji zamknie się – jak co roku. Jak od lat. Jak od wieków. Jak zawsze.
Bywało, że kilka razy wyjeżdżaliśmy gdzieś w góry, ale niechętnie i do dziś nie lubię spędzać wigilii poza domem. Wigilie w domu wczasowym w Ustroniu czy Wiśle były przyjemne ale nigdy nie było tak jak w domu. Dlatego mimo, że łatwiej, mniej roboty i kłopotu unikaliśmy wyjazdów w tym świątecznym czasie. Natomiast lubiliśmy spędzać czas poświąteczny i noworoczny poza domem. Wielokrotnie witaliśmy Nowy Rok w scenerii górskiej, w schroniskach, domach wczasowych i w wielu innych miejscach świata.
Trudno opowiedzieć o ponad 60 świątecznych nastrojach, wspomnieniach, przeżyciach. O rozmaitościach i o podobieństwach. O magicznych chwilach dobra i o jedynym w swoim rodzaju grudniowym wieczorze. O dniu, który jednoczy ludzi przy choince, przy stole, przy opłatku. W każdym zakątku świata. Inaczej a tak samo. Tak samo, a przecież inaczej. Bo nieważne gdzie. Ważne, że każdego roku jesteśmy razem.












































































































