10/23/2021
“Nie przenoście nam stolicy do Krakowa!” Słowami piosenki Andrzeja Sikorowskiego i Jerzego Turnaua z repertuaru zespołu “Pod Budą” kończyliśmy w naszym Ogniskowym Teatrze przedstawienie o Krakowie w 2004 roku.
Tak, dziś zaczynam opowieść od finału, przecież nie musi być zawsze tak samo.
Kraków.. Jak pierwsza w życiu miłość. Miłość dozgonna, w różnych wariantach, w różnych kolorach, sentymentach, wspomnieniach. Miasto niezapomniane, wspominane z rozrzewnieniem, do którego powracam w marzeniach, w wizjach z dzieciństwa i w wakacyjnych podróżach, by znów odwiedzać Rynek Krakowski i moją rodzinną ulicę.
W 2004 r. po serii różnych przedstawień z Mrożkiem, Osiecką w Teatrze Ogniska Polskiego, przyszedł mi do głowy pomysł inspirowany tęsknotą za moim Krakowem. Nie tylko tęsknotą do miasta, ale także do jego kultury, historii, legend, których w murach Krakowa nigdy nie brakowało.
Zapragnęłam pokazać Polakom w Houston Kraków, w którym zaczarowana dorożka przewiezie widza w czasie i przestrzeni. Trzy Młode i Piękne dziewczyny: Romantyczka z inwencją (Kasia L), Pragmatyczka z wyobraźnią (Edyta B) i Artystka z duszą (Natalia K) poprowadziły naszych widzów do Rynku krakowskiego, gdzie możesz posłuchać co godzinę hejnału z Wieży Kościoła Mariackiego, a z oddali czasami rozlega się głos Dzwonu Zygmunta. Gdzie kolorowe parasole i kwiaty rozkwitają przez cały rok niezależnie od pogody i pory roku, gdzie mogłeś spotkać w kawiarni u Nowo- rolla Szymborską, Turnaua, Miłosza czy Dymną, a dziś także młodych artystów.
Czasami, gdy przymykasz powieki, przenosisz się w czasie, do epoki Wyspiańskiego i podążasz za magicznym zaproszeniem niezwykłego Chochoła na wesele pełne cudów i dziwów. Przez moment oddychasz polską trudną historią, smutkiem i kompleksami narodowymi, aby za chwilę obudzić się znów na kolorowym Rynku, obok Sukiennic. I posłuchać plotek krakowskich kwiaciarek, sympatycznych kawiarnianych rozmów zacnych Krakusów i zobaczyć radośnie tańczące dzieciaki.
Zaglądnęliśmy też do Jamy Michalika, gdzie w latach międzywojennych królował kabaret “Zielony Balonik” i w swych elitarnych satyrycznych przedstawieniach wyśmiewał wszystko, co było młodopolskie i romantyczne. Tego wieczoru nasz teatr przypomniał widzom maleńki skrawek tekstów kabaretu Balonika, ale nie pominęliśmy jego obecności w kulturze krakowskiej.


Dorożka zawiozła nas też na krakowski Kazimierz, podsłuchaliśmy dyskusji politycznych, rozmów o zawiłościach i różnicach językowych..
Ta sama zaczarowana dorożka Mistrza Gałczyńskiego wraz z głosem Dzwonu Zygmunta przywiodła gości teatralnych kolejny raz na Rynek, do pewnej niezwykłej Piwnicy, gdzie przez wiele długich lat od 1956 roku działy się istne cuda! Zakotwiczyli się tam ludzie niezwykli! Piotr Skrzynecki, legenda Krakowa, dusza, serce i puls kabaretu “Piwnicy pod Baranami”. Zachwatowicz, Demarczyk – “Czarny Anioł” polskiej piosenki. Dymny, Litwin, Szałapak, Konieczny, Długosz, Nowicki i wielu wielu innych wielkich “Piwnicznych”.
Przychodzili i odchodzili… A wokół nich publiczność tłoczyła się zawsze i niezmiennie. W wejściu do sieni Piwnicy już o 7.00 wieczorem było tłumnie, każdy chciał zdobyć jak najlepsze miejsce na niewielkiej widowni, choć nikt nie wiedział kiedy naprawdę zacznie się przedstawienie… To było przesłanie zza światów! Realność trwała w nierealności, mieszała się z muzyką, ze słowem niezwykłym, humor ze łzami, ironia i głupota ludzka z szarą rzeczywistością…
Zanim jednak wsiąknę na dobre w te wspomnienia, od których pewnie nie oderwę się szybko i nie szybko powrócę do dzisiejszej rzeczywistości przytoczę kilka ważnych faktów wiążących się z tamtym spektaklem. Dziś pewnie już nikt o tym nie pamięta.
Dla Ogniska był to czas pełen sukcesów. Szkoła miała dużo dzieci, rozwijała się prężnie, nasze imprezy były znane i lubiane w houstońskiej Polonii. Tego roku obchodziliśmy już 10-lecie Ogniska, które uczciliśmy bankietem połączonym z wystawą prac fotograficznych Marka M. i ładnym programem teatralnym pt. “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Organizowaliśmy imprezy sportowe jak “Fun Run” w Hermann Park, czy biwak rodzinny w Bastrop Park. Ciągle coś się działo! Nic dziwnego, że gdy w parafii polskiej pojawił się nowy ksiądz Jan F, szybko zainteresował się naszą działalnością teatralną, zwłaszcza, że sam był niezwykłym księdzem.
Człowiekiem, który doceniał kulturę, literaturę i sztukę i szybko na tym polu zaczął działać w parafii. Dzięki niemu wznowiono teatr parafialny i wystawiono sztukę („Dzień gniewu” Romana Brandstaettera), w której zresztą zagrał również ksiądz a także między innymi – aktorzy z naszego teatru: Rysiek S i Wacek M. Wspominam o tym dlatego, że właśnie dzięki księdzu Jasiowi F i za jego namową po raz pierwszy od lat doszło do współpracy szkoły polskiej parafialnej i naszego Teatru. Długo zastanawiałam się jak to zrobić. Nie było to łatwe zadanie z wielu przyczyn. Dziś nie będę się o tym rozpisywać, bo dawne to “blizny”..
Dzieci ze parafialnej szkoły polskiej miały swoje “pięć minut” na Rynku Krakowskim, ładnie wkomponowały się z tańcem i piosenką i bardzo słodką deklamacją, co na moment ożywiło scenę dorosłego teatru a przede wszystkim dodatkowo ociepliło ten wieczór. Będę za to zawsze wdzięczna księdzu Janowi. Także Maryli Kęstowicz-Lech, która wówczas odpowiadała w szkole parafialnej za przygotowanie muzyczno-taneczne dzieci. Niestety, ksiądz Jan szybko musiał odejść z naszej parafii 😦
Podobnie jak Ognisko, Teatr także był wówczas w pełnym rozkwicie, mieliśmy duży zespół. Dołączyli do nas dwaj przystojniacy, Łukasz H i Rafał S którzy przyjechali z Polski na tymczasowe stypendia i postanowili spróbować swoich sił aktorskich. Po raz pierwszy zagrał też Andrzej W zwany “Panem Kolegą”, przyjaciel Wacka, więc od razu postanowiłam dać im role przyjacielskie i obsadziłam ich w “piwnicznej części” jako wiodące postaci – Jana Skrzyneckiego i Jana Nowickiego. Do zespołu dołączył też Rysiek S i Ewa K (to już trzecia Ewa w naszej grupie, w świecie prób i spotkań prywatnych mieliśmy dla nich dodatkowe określenia, ale nie będę ujawniać tajemnic zza kurtyny) 🙂 i Marysia M.
Kilka zdjęć które zachowały się z prób końcowych – trudne żmudne godziny pracy 🙂










Po raz pierwszy jako tło piosenki “Groszki” śpiewaną przez Ewę T włączyliśmy tańczącą Olivię K, która pojawiła się w naszym teatrze chyba tylko ten jeden raz. Reszta zespołu to znane widzom twarze.
O popularności Teatru i dużym zainteresowaniu naszymi sztukami świadczy fakt jak długa była lista sponsorów, którzy nas popierali, pomagali nam i wierzyli w sens naszej działalności. Program teatralny wypełniony był ogromną ilością życzeń, podziękowań, gratulacji. To dodawało nam skrzydeł, napawało dumą, potęgowało marzenia i nowe wyzwania literacko-aktorskie. Długie godziny prób, nauki, powtórzeń i… znów to samo – dawało nam radość i ogrom satysfakcji.
Trzy dziewczyny oprowadzały widzów po Krakowie, po jego uliczkach i zakamarkach, po kawiarniach na Kazimierzu i wreszcie w drugiej części zeszły po schodkach zasnutych gęstym dymem papierosowym, przedarły się przez tłumy oczekujących na “kawałek” miejsca na widowni, by ujrzeć “skrawek nieba”, a w nim Piotra Skrzyneckiego. Bo tego wieczoru w naszym teatrze, dzięki literackim listom pana Jana N – pan Piotr S. zgodził się na teatralną konwersację, prowadzoną prosto z wysokości, z Nieba. I tak powstała liryczna rozmowa dwóch przyjaciół, Panów J i P…
Najpierw jednak…
zaczęliśmy od serca Krakowa. Rynek krakowski, największy po Weneckim w Europie. Na naszej scenie – krakowskie kwiaciarki, przy stoliku kawiarnianym pan w szarym płaszczu i kapeluszu, pani Mecenasowa. Ożywione rozmowy, codzienny szum uliczny, tętent końskich kopyt, hejnał Mariacki przerywający te odgłosy co godzinę… Dzieci roztańczone i rozśpiewane, zakochani umawiający się pod “Adasiem”. Rynek tętniący życiem przez całą dobę.
Przy okazji poznaliśmy odwieczną dyskusję na temat krakowskiego języka, bo przecież każdy Krakus wie, że stoi w ogonku a nie w kolejce, używa cumla, gdy dziecko płacze, a nie smoczka! Idzie do lasu na borówki a nie na jagody! I w karnawale piecze chrust a nie faworki! No i koniecznie – codziennie i przy każdej możliwej okazji używa najpiękniejszych zmiękczeń językowych: prawdziwy Krakus zawsze całuje “rączki”, podsuwa “krzesełko”, podaje “wódeczkę w kieliszeczku”. Je “kromeczkę weki” i obowiązkowo wychodzi “na pole”!! Można by mnożyć przykłady do białego rana! My bawiliśmy się doskonale używając tych krakowskich słówek i na próbach i długo jeszcze potem. 🙂
W Krakowie wszystko może się zdarzyć. Powoli zgasły światła i za sprawą niezwykłego Chochoła przenieśliśmy się wraz z naszymi widzami do pewnej podkrakowskiej wsi, do chaty, gdzie w mglistą listopadową noc trwało weselisko. W ten wyjątkowy wieczór przypomnieliśmy fragment polskiej historii, o której opowiedział nam w wielkim skrócie Stańczyk i Dziennikarz.
Posłuchajmy fragmentu, który za sprawą długo ćwiczonej scenki przez Andrzeja W i Wacka M, z trudnego dramatu Wyspiańskiego („Wesele”) wywołuje we mnie do dziś wielki dreszcz emocji. W roli Chochoła spisał się znakomicie Rysiek S. Jest to jedna z najbardziej znanych symbolicznych postaci w polskiej literaturze. Wiele na jej temat napisano, do dziś istnieją nierozwiązane spory i domysły, co naprawdę w zamyśle Wyspiańskiego Chochoł miał przekazać narodowi polskiemu.
A gdy już przeżyliśmy wspólnie gorzką kropelkę historycznych wspomnień, przenieśliśmy się tym razem – na krakowski Kazimierz. Centrum kultury żydowskiej, miejsce, które miało swoje wzloty i upadki, a od wielu lat przeżywa nową fazę rozwoju, odnawiania starych kamieniczek, synagog, cmentarzy miejsc kultu żydowskiej religii i kultury. To w jednej z kawiarenek na Kazimierzu posłuchaliśmy dziennikarskiego przeglądu skróconych wiadomości o Krakowie u schyłku epoki młodopolskiej i dwudziestolecia międzywojennego. Dużo było tych wieści, bo dużo w tym mieście się działo. Dobrego i złego. Zabawnego i smutnego. Miasto żyło pełnią swojego krakowskiego życia.
Proszę zwrócić uwagę na dekorację sceny. Na ścianie widnieje wielki kościół Mariacki. Namalował go Donek M. śp. Mąż Beatki. Przez długi czas przed przedstawieniem kościół ten wisiał u nich w domu, na ścianie w salonie i choć oboje pochodzili z Warszawy (Donek chyba nawet z Radomia) to bez oporów pozwolili, by centrum Krakowa na długo przeprowadziło się do nich do domu.
Po przerwie – akt drugi przedstawienia rozpoczęliśmy kolejną krótką poetycką przejażdżką “Zaczarowaną Dorożką” i zawitaliśmy wraz z aktorami do Jamy Michalika, gdzie widzowie mieli szansę przez chwilę uczestniczyć w bardzo wyjątkowym kabarecie. Bez sceny, bez kurtyny, za to zawsze za specjalnymi zaproszeniami, które ozdabiane były przez malarzy karykaturzystów i malarzy z Krakowskiej Akademii Sztuk Plastycznych. W salce panowała straszliwa ciasnota, wisiał gęsty dym papierosowy, unosił się zapach mocnej kawy i za każdym razem można było posłuchać bardzo specjalnych tekstów, bardzo wyjątkowych autorów krakowskich. My przypomnieliśmy tylko kilka fragmentów słynnych “Słówek” Boya- Żeleńskiego. W “Zielonym Baloniku” a właściwie w jego drobnej namiastce wystąpili: Jasiu K, Emilka S, Monika W, Rafał S i Rysiek S. Scenki, choć fragmentaryczne rozbłysły jak perełki. Pełne humoru i dobrej energii, zabawne i zielone w kolorze wprowadziły kabaretową atmosferę.
Ale “Zielony Balonik” to była tylko przygrywka do tego, co zacząć się miało na scenie za chwilę.. Powoli zanurzaliśmy się wraz z całą naszą widownią w atmosferę ponurej “Piwnicy pod Baranami”. Na błękitnym niebie scenicznego Krakowa pojawił się duch Skrzyneckiego – legendy tego miejsca. A w Piwnicy, Jan N – jego przyjaciel i cała “piwniczna świta”, wszyscy, którzy wraz ze śmiercią Skrzyneckiego pozostali w niej kontynuując jego dzieło. Piwnica nadal żyła, zostały przecież teksty, piosenki, zaraźliwy śmiech Piotra, jego specyficzne poczucie humoru, jego DUCH, niepowtarzalny i niezniszczalny!
Tak oto powstały listy – rozmowy dwóch „Piwnicznych” – w książce autorstwa Jana Nowickiego “Między Niebem a Ziemią” która zainspirowała mnie do napisania scenariusza i pomysłu tego spektaklu. Wiem, że już kiedyś wspominałam w innym kontekście o tej książce, a także przytoczyłam piękną piosenkę, która przywołuje ducha Piotra S, ale nie potrafię odmówić sobie (i wam) przyjemności posłuchania jej jeszcze raz. Zwłaszcza, że wiem, iż ludzie czytają wybiórczo, więc pewnie dla wielu zaglądających na blog nie będzie to powtórką. Piosenką ”Jak te konwalie, jak bzy albo pet “ – rodzeństwo Kasia K i Jasiu K oraz Jan N, czyli Wacek M wprowadzili widzów w atmosferę spotkania “Nieba z Ziemią”.
I wtedy odezwał się do nas z nieba sam Piotr S, czyli Andrzej W…
A potem już wszyscy wsiąknęliśmy w przepaść wspomnień “piwnicznych”, przypomnieliśmy najpiękniejsze teksty zapamiętane przeze mnie, przez moje pokolenie. Powtarzane latami, słuchane zawsze z takim samym wzruszeniem, niezależnie kto był tego wieczoru na widowni. Zmieniali się wykonawcy, zmieniali się widzowie, zmieniały się czasy – duch i idea piwniczna trwała.
Było i o miłości, na poważnie i trochę ironicznie. W piosence królowała niezapomniana Ewa Demarczyk. U nas na scenie godnie zastąpiła ją Beata M. zawsze niesamowita i wspaniała! Kasia i Jasiu K piosenkę “Niebezpieczne związki” wykonali równie imponująco i pięknie.
Ewa K i Łukasz H odtworzyli cudowną rozmowę dwojga kochanków, a Ewa K (numer 2) z wielką emocją i zmiennością nastrojów opowiedziała historię pt. “Jeszcze się wszystko da odkręcić”. Posłuchajcie – tych fragmentów nie można pominąć we wspomnieniach o “piwnicznym” Krakowie!
Co jakiś czas Piotr S. zaglądał do naszej Ogniskowej “Piwnicy”, Jan N. odpowiadał na jego listy, rozmowy wciąż toczyły się między Niebem a Ziemią, bo choć śmierć rozdziela ludzi fizycznie, emocje, wspomnienia pozostają. Jak mówi pan Jan N. “częste wspominanie zmarłych to rodzaj modlitwy – pomagają przetrwać, żyć”.
Ewa T (nasza trzecia Ewa!) cudownie (!) zaśpiewała piosenkę “Groszki i róże” i Ewa Demarczyk na pewno byłaby dumna z takiego wykonawstwa swej piosenki! A Olivia K po raz pierwszy i chyba jedyny (a szkoda!) zilustrowała ten utwór delikatnym, równie romantycznym jak piosenka, tańcem. Był to nasz nowy pomysł, by włączyć do teatru młodszych aktorów i zachęcić w przyszłości do pojawiania się na scenie Teatru Ogniska.
Lata 80-te dla “Piwnicznych” były bardzo trudne. Zbuntowani, jak większość Polaków, niepogodzeni z rzeczywistością, ze stanem wojennym i jego tragicznymi konsekwencjami, dopóki mogli, wyrażali temu sprzeciw. W każdy możliwy sposób! Nawet tekst dekretu o stanie wojennym potrafili “wyśpiewać” w taki sposób, że w owych czasach mroził krew w żyłach!
Grzegorz Turnau, który pojawił się w Piwnicy w tamtym czasie, a jednocześnie tak naprawdę nigdy w w zespole Piwnicy nie był, miał na nią ogromny wpływ, podobnie jak Piwnica na jego twórczość. Często jego piosenki, jego postać są z zespołem piwnicznym mocno kojarzone. Zresztą od początku Piwnicy, od roku 1956 do dziś, wszyscy NAJWAŻNIEJSI o to miejsce w swym życiu artystycznym się otarli. Posłuchajmy interpretacji piosenki “ Na Brackiej” do której muzykę napisał Jerzy Turnau, a nas w wykonaniu Natalii M.
A teraz chciałabym zaprezentować utwór, który był jednym z najtrudniejszych do przygotowania, jaki w ogóle pamiętam w całej mojej “karierze” (ale śmiesznie powiedziane!!) 🙂
“Dezyderata” to utwór napisany w 1927 roku przez amerykańskiego poetę Maxa Ehrmanna zawierający wskazówki na temat dobrego życia. Nie wiem jak to się stało, że właśnie ten tekst stał się hymnem “Piwnicznych”, najważniejszym ich przesłaniem przez całe dekady istnienia.
Nasza “Dezyderata” była wspólnie wypracowaną interpretacją. Pomysł, który rósł, zmieniał się, dojrzewał w czasie naszych nieustannych wielogodzinnych prób. Czasami do późnych godzin nocnych wciąż powtarzaliśmy ten sam tekst, każdą frazę, każde słowo, brzmienie, zgranie głosów. Do dziś podziwiam Emilkę S, która była w stanie wyłączyć “swoje ucho” na kilkanaście innych głosów wokół niej i pociągnąć cały tekst bez pomyłki. Jej siła przewodnika była niesamowita! Cały zespół wykazał się doskonałym zgraniem, koncentracją i napięciem, które towarzyszyło temu utworowi do samego końca. Podziwiam nas wszystkich za te godziny monotonnych prób, za zaparcie, za nieprawdopodobne skupienie w tak młodych aktorskich umysłach. Podziwiam moich aktorów – wykazali się pełnym profesjonalizmem, a przecież byli tylko młodymi zapalonymi Amerykanami, którym w polskiej duszy zagrało najpiękniej dla polsko-houstońskiej publiczności. Cały zespół “Dezyderaty” zasługuje do dziś na wielkie specjalne brawa!!
A na koniec – już dla satysfakcji Krakusów i trochę dla odzwierciedlenia odwiecznej “wojny” pomiędzy Warszawą a Krakowem, krótka scenka detronizacji Krakowa i akt sprawiedliwości dziejowej, czyli przeniesienie stolicy do Warszawy.. Pośmiali się Krakowianie, usatysfakcjonowani zostali Warszawiacy..
A prawdziwa Krakowska Dama kolejny raz powtórzyła:
„Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! Nie chcemy, aby pod Wawelem budowano pałace kultury i nauki.”
I jak już na początku wszystkim ogłosiłam, tak i dziś powtarzam z taką sama siłą i perswazją, słowami piosenki dwóch Krakusów (Grzegorza T i Andrzeja S) –
NIE przenoście nam stolicy do Krakowa chociaż tak lubicie wracać do symboli..
I ja, rodowita Krakuska – po latach mieszkania w bardzo lubianym Houston – dołączam do tej prośby i mój skromny głos..


PS. Wszystkich, którzy są zainteresowani większymi fragmentami przedstawienia i jeszcze nie zmęczyli się moimi wspomnieniami odsyłam na YouTube (malgoskamucha) gdzie można znaleźć pozostałe filmiki ze spektaklu umieszczone tam dzięki pomocy Ani W 🙂

















































































































