Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! czyli „Przechadzki – o Krakowie” 2004

10/23/2021

“Nie przenoście nam stolicy do Krakowa!”  Słowami piosenki Andrzeja Sikorowskiego i Jerzego Turnaua z repertuaru zespołu “Pod Budą” kończyliśmy w naszym Ogniskowym Teatrze przedstawienie o Krakowie w 2004 roku.

Tak, dziś zaczynam opowieść od finału, przecież nie musi być zawsze tak samo. 

Kraków.. Jak pierwsza w życiu miłość. Miłość dozgonna, w różnych wariantach, w różnych kolorach, sentymentach, wspomnieniach. Miasto niezapomniane, wspominane z rozrzewnieniem, do którego powracam w marzeniach, w wizjach z dzieciństwa i w wakacyjnych podróżach, by znów odwiedzać Rynek Krakowski i moją rodzinną ulicę. 

W 2004 r. po serii różnych przedstawień z Mrożkiem, Osiecką w Teatrze Ogniska Polskiego, przyszedł mi do głowy pomysł inspirowany tęsknotą za moim Krakowem. Nie tylko tęsknotą do miasta, ale także do jego kultury, historii, legend, których w murach Krakowa nigdy nie brakowało. 

Zapragnęłam pokazać Polakom w Houston Kraków, w którym zaczarowana dorożka przewiezie widza w czasie i przestrzeni. Trzy Młode i Piękne dziewczyny: Romantyczka z inwencją (Kasia L), Pragmatyczka z  wyobraźnią (Edyta B) i Artystka z duszą (Natalia K) poprowadziły naszych widzów do Rynku krakowskiego, gdzie możesz posłuchać co godzinę hejnału z Wieży Kościoła Mariackiego, a z oddali czasami rozlega się głos Dzwonu Zygmunta. Gdzie kolorowe parasole i kwiaty rozkwitają przez cały rok niezależnie od pogody i pory roku, gdzie mogłeś spotkać w kawiarni u Nowo- rolla Szymborską, Turnaua, Miłosza czy Dymną, a dziś także młodych artystów. 

Czasami, gdy przymykasz powieki, przenosisz się w czasie, do epoki Wyspiańskiego i podążasz za magicznym zaproszeniem niezwykłego Chochoła na wesele pełne cudów i dziwów. Przez moment oddychasz polską trudną historią, smutkiem i kompleksami narodowymi, aby za chwilę obudzić się znów na kolorowym Rynku, obok Sukiennic. I posłuchać plotek krakowskich kwiaciarek, sympatycznych kawiarnianych rozmów zacnych Krakusów i zobaczyć radośnie tańczące dzieciaki. 

Zaglądnęliśmy też do Jamy Michalika, gdzie w latach międzywojennych królował kabaret “Zielony Balonik” i w swych elitarnych satyrycznych przedstawieniach wyśmiewał wszystko, co było młodopolskie i romantyczne. Tego wieczoru nasz teatr przypomniał widzom maleńki skrawek tekstów kabaretu Balonika, ale nie pominęliśmy jego obecności w kulturze krakowskiej. 

Dorożka zawiozła nas też na krakowski Kazimierz, podsłuchaliśmy dyskusji politycznych, rozmów o zawiłościach i różnicach językowych.. 

Ta sama zaczarowana dorożka Mistrza Gałczyńskiego wraz z głosem Dzwonu Zygmunta  przywiodła gości teatralnych kolejny raz na Rynek, do pewnej niezwykłej Piwnicy, gdzie przez wiele długich lat od 1956 roku działy się istne cuda! Zakotwiczyli się tam ludzie niezwykli!  Piotr Skrzynecki, legenda Krakowa, dusza, serce i puls kabaretu “Piwnicy pod Baranami”. Zachwatowicz, Demarczyk – “Czarny Anioł” polskiej piosenki.  Dymny, Litwin, Szałapak, Konieczny, Długosz, Nowicki i wielu wielu innych wielkich “Piwnicznych”. 

Przychodzili i odchodzili… A wokół nich publiczność tłoczyła się zawsze i niezmiennie. W wejściu do sieni Piwnicy już o 7.00 wieczorem było tłumnie, każdy chciał zdobyć jak najlepsze miejsce na niewielkiej widowni, choć nikt nie wiedział kiedy naprawdę zacznie się przedstawienie… To było przesłanie zza światów! Realność trwała w nierealności, mieszała się z muzyką, ze słowem niezwykłym, humor ze łzami, ironia i głupota ludzka z szarą rzeczywistością…

Zanim jednak wsiąknę na dobre w te wspomnienia, od których pewnie nie oderwę się  szybko i nie szybko powrócę do dzisiejszej rzeczywistości przytoczę kilka ważnych faktów wiążących się z tamtym spektaklem. Dziś pewnie już nikt o tym nie pamięta.

Dla Ogniska był to czas pełen sukcesów. Szkoła miała dużo dzieci, rozwijała się prężnie, nasze imprezy były znane i lubiane w houstońskiej Polonii. Tego roku obchodziliśmy już 10-lecie Ogniska, które uczciliśmy bankietem połączonym z wystawą prac fotograficznych Marka M. i ładnym programem teatralnym pt. “Dmuchawce, latawce, wiatr”. Organizowaliśmy imprezy sportowe jak “Fun Run” w Hermann Park, czy biwak rodzinny w Bastrop Park. Ciągle coś się działo! Nic dziwnego, że gdy w parafii polskiej pojawił się nowy ksiądz Jan F, szybko zainteresował się naszą działalnością teatralną, zwłaszcza, że sam był niezwykłym księdzem.

Zdjęcie z próby, w której uczestniczył także ksiądz Jan F.

Człowiekiem, który doceniał kulturę, literaturę i sztukę i szybko na tym polu zaczął działać w parafii. Dzięki niemu wznowiono teatr parafialny i wystawiono sztukę („Dzień gniewu” Romana Brandstaettera), w której zresztą zagrał również ksiądz a także między innymi – aktorzy z naszego teatru: Rysiek S i Wacek M. Wspominam o tym dlatego, że właśnie dzięki księdzu Jasiowi F i za jego namową po raz pierwszy od lat doszło do współpracy szkoły polskiej parafialnej i naszego Teatru. Długo zastanawiałam się jak to zrobić. Nie było to łatwe zadanie z wielu przyczyn.  Dziś nie będę się o tym rozpisywać, bo dawne to “blizny”..

Dzieci z polskiej szkoły parafialnej

Dzieci ze parafialnej szkoły polskiej miały swoje “pięć minut” na Rynku Krakowskim, ładnie wkomponowały się z tańcem i piosenką i bardzo słodką deklamacją, co na moment ożywiło scenę dorosłego teatru a przede wszystkim dodatkowo ociepliło ten wieczór.  Będę za to zawsze wdzięczna księdzu Janowi. Także Maryli Kęstowicz-Lech, która wówczas odpowiadała w szkole parafialnej za przygotowanie muzyczno-taneczne dzieci.  Niestety, ksiądz Jan szybko musiał odejść z naszej parafii 😦

Podobnie jak Ognisko, Teatr także był wówczas w pełnym rozkwicie, mieliśmy duży zespół. Dołączyli do nas dwaj przystojniacy, Łukasz H i Rafał S którzy przyjechali z Polski na tymczasowe stypendia i postanowili spróbować swoich sił aktorskich. Po raz pierwszy zagrał też Andrzej W zwany “Panem Kolegą”, przyjaciel Wacka, więc od razu postanowiłam dać im role przyjacielskie i obsadziłam ich w “piwnicznej części” jako wiodące postaci – Jana Skrzyneckiego i Jana Nowickiego. Do zespołu dołączył też Rysiek S i Ewa K (to już trzecia Ewa w naszej grupie, w świecie prób i spotkań prywatnych mieliśmy dla nich dodatkowe określenia, ale nie będę ujawniać tajemnic zza kurtyny) 🙂 i Marysia M.

Kilka zdjęć które zachowały się z prób końcowych – trudne żmudne godziny pracy 🙂

Po raz pierwszy jako tło piosenki “Groszki” śpiewaną przez Ewę T włączyliśmy tańczącą Olivię K, która pojawiła się w naszym teatrze chyba tylko ten jeden raz.  Reszta zespołu to znane widzom twarze.

Lista naszych sponsorów i przyjaciół Ogniska 2004

O popularności Teatru i dużym zainteresowaniu naszymi sztukami świadczy fakt jak długa była lista sponsorów, którzy nas popierali, pomagali nam i wierzyli w sens naszej działalności. Program teatralny wypełniony był ogromną ilością życzeń, podziękowań, gratulacji. To dodawało nam skrzydeł, napawało dumą, potęgowało marzenia i nowe wyzwania literacko-aktorskie. Długie godziny prób, nauki, powtórzeń i… znów to samo – dawało nam radość i ogrom satysfakcji.   

Trzy dziewczyny oprowadzały widzów po Krakowie, po jego uliczkach i zakamarkach, po kawiarniach na Kazimierzu i wreszcie w drugiej części zeszły po schodkach zasnutych gęstym dymem papierosowym, przedarły się przez tłumy oczekujących na “kawałek” miejsca na widowni, by ujrzeć “skrawek nieba”, a w nim Piotra Skrzyneckiego. Bo tego wieczoru w naszym teatrze, dzięki literackim listom pana Jana N – pan Piotr S. zgodził się na teatralną konwersację, prowadzoną prosto z wysokości, z Nieba. I tak powstała liryczna rozmowa dwóch przyjaciół, Panów J i P…

Najpierw jednak…

zaczęliśmy od serca Krakowa. Rynek krakowski, największy po Weneckim w Europie. Na naszej scenie – krakowskie kwiaciarki, przy stoliku kawiarnianym pan w szarym płaszczu i kapeluszu, pani Mecenasowa. Ożywione rozmowy, codzienny szum uliczny, tętent końskich kopyt, hejnał Mariacki przerywający te odgłosy co godzinę… Dzieci roztańczone i rozśpiewane, zakochani umawiający się pod “Adasiem”. Rynek tętniący życiem przez całą dobę. 

Przy okazji poznaliśmy odwieczną dyskusję na temat krakowskiego języka, bo przecież każdy Krakus wie, że stoi w ogonku a nie w kolejce, używa cumla, gdy dziecko płacze, a nie smoczka! Idzie do lasu na borówki a nie na jagody!  I w karnawale piecze chrust a nie faworki! No i koniecznie – codziennie i przy każdej możliwej okazji używa najpiękniejszych zmiękczeń językowych: prawdziwy Krakus zawsze całuje “rączki”, podsuwa “krzesełko”, podaje “wódeczkę w kieliszeczku”. Je “kromeczkę weki” i obowiązkowo wychodzi “na pole”!! Można by mnożyć przykłady do białego rana! My bawiliśmy się doskonale używając tych krakowskich słówek i na próbach i długo jeszcze potem. 🙂 

W Krakowie wszystko może się zdarzyć. Powoli zgasły światła i za sprawą niezwykłego Chochoła przenieśliśmy się wraz z naszymi widzami do pewnej podkrakowskiej wsi, do chaty, gdzie w mglistą listopadową noc trwało weselisko. W ten wyjątkowy wieczór przypomnieliśmy fragment  polskiej historii, o której opowiedział nam w wielkim skrócie Stańczyk i Dziennikarz.

Stańczyk – Andrzej W. i Dziennikarz – Wacek M.

Posłuchajmy fragmentu, który za sprawą długo ćwiczonej scenki przez Andrzeja W i Wacka M, z trudnego dramatu Wyspiańskiego („Wesele”) wywołuje we mnie do dziś wielki dreszcz emocji. W roli Chochoła spisał się znakomicie Rysiek S. Jest to jedna z najbardziej znanych symbolicznych postaci w polskiej literaturze. Wiele na jej temat napisano, do dziś istnieją nierozwiązane spory i domysły, co naprawdę w zamyśle Wyspiańskiego Chochoł miał  przekazać narodowi polskiemu. 

A gdy już przeżyliśmy wspólnie gorzką kropelkę historycznych wspomnień, przenieśliśmy się tym razem – na krakowski Kazimierz. Centrum kultury żydowskiej, miejsce, które miało swoje wzloty i upadki, a od wielu lat przeżywa nową fazę rozwoju, odnawiania starych kamieniczek, synagog, cmentarzy miejsc kultu żydowskiej religii i kultury. To w jednej z kawiarenek na Kazimierzu posłuchaliśmy dziennikarskiego przeglądu skróconych wiadomości o Krakowie u schyłku epoki młodopolskiej i dwudziestolecia międzywojennego. Dużo było tych wieści, bo dużo w tym mieście się działo.  Dobrego i złego. Zabawnego i smutnego. Miasto żyło pełnią swojego krakowskiego życia.  

Proszę zwrócić uwagę na dekorację sceny. Na ścianie widnieje wielki kościół Mariacki. Namalował go Donek M. śp. Mąż Beatki. Przez długi czas przed przedstawieniem kościół ten wisiał u nich w domu, na ścianie w salonie i choć oboje pochodzili z Warszawy (Donek chyba nawet z Radomia) to bez oporów pozwolili, by centrum Krakowa na długo  przeprowadziło się do nich do domu.

Jasiu K. w monologu pt „Stefania”

Po przerwie – akt drugi przedstawienia rozpoczęliśmy kolejną krótką poetycką przejażdżką  “Zaczarowaną Dorożką” i zawitaliśmy wraz z aktorami do Jamy Michalika, gdzie widzowie mieli szansę przez chwilę uczestniczyć w bardzo wyjątkowym kabarecie. Bez sceny, bez kurtyny, za to zawsze za specjalnymi zaproszeniami, które ozdabiane były przez malarzy karykaturzystów i malarzy z Krakowskiej Akademii Sztuk Plastycznych. W salce panowała straszliwa ciasnota, wisiał gęsty dym papierosowy, unosił się zapach mocnej kawy i za każdym razem można było posłuchać bardzo specjalnych tekstów, bardzo wyjątkowych autorów krakowskich. My przypomnieliśmy tylko kilka fragmentów słynnych “Słówek” Boya- Żeleńskiego. W “Zielonym Baloniku” a właściwie w jego drobnej  namiastce  wystąpili: Jasiu K, Emilka S, Monika W, Rafał S i Rysiek S.  Scenki, choć fragmentaryczne rozbłysły jak perełki. Pełne humoru i dobrej energii, zabawne i zielone w kolorze wprowadziły kabaretową atmosferę. 

Ale “Zielony Balonik” to była tylko przygrywka do tego, co zacząć się miało na scenie za chwilę.. Powoli zanurzaliśmy się wraz z całą naszą widownią w atmosferę ponurej “Piwnicy pod Baranami”. Na błękitnym niebie scenicznego Krakowa pojawił się duch Skrzyneckiego – legendy tego miejsca. A w Piwnicy, Jan N – jego przyjaciel i cała “piwniczna świta”, wszyscy, którzy wraz ze śmiercią Skrzyneckiego pozostali w niej kontynuując jego dzieło. Piwnica nadal żyła, zostały przecież teksty, piosenki, zaraźliwy śmiech Piotra, jego specyficzne poczucie humoru, jego DUCH, niepowtarzalny i niezniszczalny! 

Tył okładki książki „Między Niebem a Ziemią”

Tak oto powstały listy – rozmowy dwóch „Piwnicznych” – w książce autorstwa Jana Nowickiego “Między Niebem a Ziemią”  która zainspirowała mnie do napisania scenariusza i pomysłu tego spektaklu.  Wiem, że już kiedyś wspominałam w innym kontekście o tej książce, a także przytoczyłam piękną piosenkę, która przywołuje ducha Piotra S, ale nie potrafię odmówić sobie (i wam) przyjemności posłuchania jej jeszcze raz. Zwłaszcza, że wiem, iż ludzie czytają wybiórczo, więc pewnie dla wielu zaglądających na blog nie będzie to powtórką. Piosenką ”Jak te konwalie, jak bzy albo pet “ – rodzeństwo Kasia K i Jasiu K oraz Jan N, czyli Wacek M wprowadzili widzów w atmosferę spotkania “Nieba z Ziemią”. 

 

 I wtedy odezwał się do nas z nieba sam Piotr S, czyli Andrzej W…

A potem już wszyscy wsiąknęliśmy w przepaść wspomnień “piwnicznych”, przypomnieliśmy najpiękniejsze teksty zapamiętane przeze mnie, przez moje pokolenie. Powtarzane latami, słuchane zawsze z takim samym wzruszeniem, niezależnie kto był tego wieczoru na widowni. Zmieniali się wykonawcy, zmieniali się widzowie, zmieniały się czasy – duch i idea piwniczna trwała. 

Ewa K (no.2). bucha emocją i energią w monologu – „Jeszcze się wszystko da odkręcić”

Było i o miłości, na poważnie i trochę ironicznie.  W piosence królowała niezapomniana Ewa Demarczyk. U nas na scenie godnie zastąpiła ją Beata M. zawsze niesamowita i wspaniała! Kasia i Jasiu K piosenkę “Niebezpieczne związki” wykonali równie imponująco i pięknie. 

Ewa K i Łukasz H odtworzyli cudowną rozmowę dwojga kochanków, a Ewa K (numer 2) z wielką emocją i zmiennością nastrojów opowiedziała historię pt. “Jeszcze się wszystko da odkręcić”.  Posłuchajcie – tych fragmentów nie można pominąć we wspomnieniach o “piwnicznym” Krakowie!  

Co jakiś czas Piotr S. zaglądał do naszej Ogniskowej “Piwnicy”, Jan N. odpowiadał na jego listy, rozmowy wciąż toczyły się między Niebem a Ziemią, bo choć śmierć rozdziela ludzi fizycznie, emocje, wspomnienia pozostają. Jak mówi pan Jan N. “częste wspominanie zmarłych to rodzaj modlitwy – pomagają przetrwać, żyć”.

Ewa T (nasza trzecia Ewa!) cudownie (!) zaśpiewała piosenkę “Groszki i róże” i Ewa Demarczyk na pewno byłaby dumna z takiego wykonawstwa swej piosenki!  A Olivia K po raz pierwszy i chyba jedyny (a szkoda!) zilustrowała ten utwór delikatnym, równie romantycznym jak piosenka, tańcem. Był to nasz nowy pomysł, by włączyć do teatru młodszych aktorów i zachęcić w przyszłości do pojawiania się na scenie Teatru Ogniska. 

Lata 80-te dla “Piwnicznych” były bardzo trudne. Zbuntowani, jak większość Polaków, niepogodzeni z rzeczywistością, ze stanem wojennym i jego tragicznymi konsekwencjami, dopóki mogli, wyrażali temu sprzeciw. W każdy możliwy sposób! Nawet tekst dekretu o stanie wojennym potrafili “wyśpiewać” w taki sposób, że w owych czasach mroził krew w żyłach!    

Grzegorz Turnau, który pojawił się w Piwnicy w tamtym czasie, a jednocześnie tak naprawdę nigdy w w zespole Piwnicy nie był, miał na nią ogromny wpływ, podobnie jak Piwnica na jego twórczość. Często jego piosenki, jego postać są z zespołem piwnicznym mocno kojarzone. Zresztą od początku Piwnicy, od roku 1956 do dziś, wszyscy NAJWAŻNIEJSI o to miejsce w swym życiu artystycznym się otarli.  Posłuchajmy interpretacji piosenki “ Na Brackiej” do której muzykę napisał Jerzy Turnau, a nas w wykonaniu Natalii M.  

A teraz chciałabym zaprezentować utwór, który był jednym z najtrudniejszych do przygotowania, jaki w ogóle pamiętam w całej mojej “karierze” (ale śmiesznie powiedziane!!) 🙂  

“Dezyderata” to utwór napisany w 1927 roku przez amerykańskiego poetę Maxa Ehrmanna zawierający wskazówki na temat dobrego życia. Nie wiem jak to się stało, że właśnie ten tekst stał się hymnem “Piwnicznych”, najważniejszym ich przesłaniem przez całe dekady istnienia. 

Nasza “Dezyderata” była wspólnie wypracowaną interpretacją. Pomysł, który rósł, zmieniał się, dojrzewał w czasie naszych nieustannych wielogodzinnych prób. Czasami do późnych godzin nocnych wciąż powtarzaliśmy ten sam tekst, każdą frazę, każde słowo,  brzmienie, zgranie głosów. Do dziś podziwiam Emilkę S, która była w stanie wyłączyć “swoje ucho” na kilkanaście innych głosów wokół niej i pociągnąć cały tekst bez pomyłki. Jej siła przewodnika była niesamowita!  Cały zespół wykazał się doskonałym zgraniem, koncentracją i napięciem, które towarzyszyło temu utworowi do samego końca. Podziwiam nas wszystkich za te godziny monotonnych prób, za zaparcie, za nieprawdopodobne skupienie w tak młodych aktorskich umysłach. Podziwiam moich aktorów – wykazali się pełnym profesjonalizmem, a przecież byli tylko młodymi zapalonymi Amerykanami, którym w polskiej duszy zagrało najpiękniej dla polsko-houstońskiej publiczności. Cały zespół “Dezyderaty” zasługuje do dziś na wielkie specjalne brawa!!  

 A na koniec – już dla satysfakcji Krakusów i trochę dla odzwierciedlenia odwiecznej “wojny” pomiędzy Warszawą a Krakowem,  krótka scenka detronizacji Krakowa i akt sprawiedliwości dziejowej, czyli przeniesienie stolicy do Warszawy.. Pośmiali się Krakowianie, usatysfakcjonowani zostali Warszawiacy.. 

A prawdziwa Krakowska Dama kolejny raz powtórzyła:

Krakowska Pani Mecenasowa, czyli Marysia M.

„Nie przenoście nam stolicy do Krakowa! Nie chcemy, aby pod Wawelem budowano pałace kultury i nauki.” 

I jak już na początku wszystkim ogłosiłam, tak i dziś powtarzam z taką sama siłą i perswazją, słowami piosenki dwóch Krakusów (Grzegorza T i Andrzeja S) –

NIE przenoście nam stolicy do Krakowa chociaż tak lubicie wracać do symboli..

I ja, rodowita Krakuska – po latach mieszkania w bardzo lubianym Houston – dołączam do tej prośby i mój skromny głos..

PS. Wszystkich, którzy są zainteresowani większymi fragmentami przedstawienia i jeszcze nie zmęczyli się moimi wspomnieniami odsyłam na YouTube (malgoskamucha) gdzie można znaleźć pozostałe filmiki ze spektaklu umieszczone tam dzięki pomocy Ani W 🙂


BACK

„Właściwy czas” połączył nas w radosnej zabawie i polskiej tradycji

10/10/2021

“Czas nas uczy pogody” – tak śpiewała Ewa T. w piosence w jednej z naszych sztuk teatralnych. Ale tym razem nie o teatrze będzie a o życiu. 

Słynne zdjęcie pierwszego zebrania zarządu, podczas którego uformowało się OGNISKO POLSKIE w Houston

Był wrzesień 1994 rok. Spontanicznie, choć nic nie dzieje się bez przyczyny – powstało w Houston Ognisko Polskie. Powstało z potrzeby kontynuowania nauki języka polskiego dla naszych dzieci. Byliśmy wtedy rodzicami dzieci, które potrzebowały lekcji języka polskiego prowadzonych przez nauczycieli – entuzjastów, którzy chcieliby w soboty poza regularnymi zajęciami w szkole amerykańskiej, dać dzieciom polskość w takiej postaci, by sprawiała im radość, uczyła języka, zbliżała do tradycji i kultury ich rodziców.  Tak zrodziła się idea Ogniska, która w szybkim czasie zaczęła spełniać wielowymiarową rolę. I o jednej z tych ról dziś opowiem. 

Od pierwszych dni powstania szkoła dla dzieci  była fantastyczna, szybko potem dołączył do jej działalności polski Teatr. A wszystko to zaistniało dzięki magicznym warunkom, które grupa ludzi napotkała na swej drodze życia. 

 “Wszystko ma swój właściwy czas..” często wracam do tej  harcerskiej sentencji, którą kiedyś, dawno dawno temu, ktoś ważny napisał mi na chuście harcerskiej na pożegnanie zimowego obozu. 

Dla nas, młodych Mam i Ojców, w pełni sił, pomysłów i energii, lata 90-te w Houston stały się “właściwym czasem” dla zbudowania niesamowitej przyjaźni, która w różnych kręgach z różnym nasileniem trwa do dzisiaj. I choć energia już w nas nie ta, radość dawnych spotkań a przede wszystkim wspomnienia, które nas łączą są wciąż wielką siłą emocjonalną. 

Długo myślałam co w tamtym czasie w Ognisku jednoczyło nas najbardziej. Najłatwiej powiedzieć – wszystko! Nasze dzieci, praca dla nich, wspólne wyjazdy, wycieczki, biwaki, festiwale, szycie kostiumów na występy, spotkania świąteczne, tańce dzieciaków, muzyka, przedstawienia teatralne. Ale – przecież nie można tak o wszystkim wspomnieć na jednym oddechu!  Życie jest sztuką wyboru. Pisanie jest wyborem. Wspominanie jest fragmentem odczuwania, otwarciem “szufladki”, która dziś przepełniła się myślami… więc otwieram moją szufladkę naszych szalonych imprez Ogniskowych!

Będzie dziś o tym jak organizowaliśmy w Ognisku, dla nas – dorosłych zwariowane spotkania Halloweenowe, polskie tradycyjne Andrzejki, Bale Sylwestrowe i Ostatki czyli tradycyjne zakończenie karnawału. Zapytacie, skąd taki wybór? Pamiętam… byliśmy młodzi, potrzebowaliśmy szaleństwa, dobrej zabawy, ale też łaknęliśmy czegoś polskiego. Byliśmy na tyle dojrzali i odpowiedzialni, że rozumieliśmy potrzebę utrzymania polskości w swoich rodzinach, bliskości polskich przyjaciół. A te właśnie imprezy dawały nam szansę połączenia tych potrzeb razem. No i prozaiczna konieczność..  Musieliśmy szukać sposobów na zbieranie pieniędzy na potrzeby szkoły, a zabawy dla dorosłych zawsze przyciągały dużo chętnych. Tak więc sami przygotowywaliśmy każdą imprezę za darmo (bo przecież dla naszych dzieci) 🙂 płaciliśmy za bilety wstępu, zachwycaliśmy się bufetem i barem, potem bawiliśmy się świetnie wszyscy razem, a na koniec zabieraliśmy się do sprzątania, też razem. W ten sposób osiągaliśmy cel potrójnie – wspólna praca, wspólna zabawa i jeszcze pieniążki dla szkoły.

Halloweenowe migawki

Byliśmy jak wulkan! Jak kilka wulkanów naraz!  Bardzo szybko podzieliliśmy się na grupy “fachowców” od gotowania, dekoracji, zakupów, muzyki a potem już łatwo wciągaliśmy nowych do pomagania jednorazowo lub wielokrotnie.  Zaczęliśmy od Halloween. Dzieci oczywiście miały swoją imprezę, bo nawet polska szkoła nie mogła tej tradycji ominąć. A  dorośli, tak jak dzieci – przygotowywali swoje najbardziej wymyślne kostiumy na wieczór, by zaskoczyć innych, by wygrać konkurs na najśmieszniejsze, najbardziej pomysłowe przebranie.  Mieliśmy wielkie ambicje uszycia czy zrobienia kreacji, które z żadnym wypadku nie byłyby kupione w sklepie. Koniecznie coś specjalnego, wyjątkowego, nietypowego, zaskakującego!  Pamiętam kilka niesamowitych inwencji. Ania S. stworzyła sobie kostium jesienny tak piękny i kolorowy, że dech zapierało!  Rysiek S. zdobył gdzieś oryginalny mundur rosyjskiego żołnierza z ogromną ilością prawdziwych orderów. Twierdził, że jest rosyjskim generałem, wierzyliśmy mu tylko na okoliczność nocy halloweenowej. 🙂 Mnie udało się kiedyś dostać od koleżanki, z którą pracowałam przez krótki czas a która pochodziła z Ghany, jej narodowy strój łącznie z turbanem na głowę. Był szeroki, długi i przypasował świetnie mojemu mężowi.  Całą “ekipą rodzinną” pomalowaliśmy mu twarz  w kolory plemienne z buszu (według całkowicie naszej wyobraźni!) i jako wódz mało znanego albo raczej nieistniejącego plemienia “Tumbo- Bumbo” zrobił na wszystkich duże wrażenie. 

Niezmienną i zawsze pojawiająca się u nas  postacią był Presley, zawsze też miał swoje “pięć minut” muzycznego występu, bo jakże mogłoby być bez tej tradycji?!  Bywali u nas szejkowie, ludzie z prehistorycznych pieczar i diabły i korsarze. Kleopatra i klaun, czarownice i Indianie. Janek K. wystąpił jako zakonnica a Młodzi przybyli prosto z wysp Hawajskich. 🙂

Kilka tygodni wcześniej  załoga organizatorów rozpoczynała pracę nad dekoracją, instalowała muzykę, przygotowywała zawsze dobrze zaopatrzony bar. A nie było to łatwe. Proszę sobie uświadomić, że Ognisko nigdy nie miało swojego miejsca, w którym mogłoby takie imprezy organizować. Zawsze trzeba było dobrze “pogłówkować”, żeby wynająć miejsce, zrobić zaproszenia, dowieźć dekoracje, jedzenie, naczynia.. Dzięki zaangażowaniu każdego z nas udawało się zlepić wszystko razem i zawsze wychodziła fantastyczna impreza! Jedni załatwiali nam wypożyczenie swojego klubu osiedlowego, inni godzinami tworzyli dekoracje na ściany, dmuchali dziesiątki balonów, gotowali bigos, piekli schab, robili śledzie i co tylko można było wymyśleć. Każdy COŚ.  Niełatwa jest rola organizatorów w takich warunkach. Trzeba wiele zaparcia, czasu i wielkiego pomyślunku organizacyjnego. I chęci. Chęci, których nam wtedy nie brakowało. A przecież wszyscy pracowaliśmy zawodowo, każdy z nas miał dzieci w wieku szkolnym, byliśmy z wielkim życiowym biegu i znajdowaliśmy czas na pracę społeczną i wspólną zabawę. 

Każdego roku pomysły na kostiumy były bardzo kreatywne

Kilkuosobowy zarząd Ogniska a przede wszystkim nauczycielki, cztery niesamowite szalone kobiety – to była czołówka, która nie ustawała ani na chwilę w coraz to nowszych pomysłach, niewyczerpanych sposobach pozyskiwania chętnych do pomocy w pracy, znajdowania kolejnych przyjaciół i sponsorów Ogniska, zawsze dobrych rad, ciepłych słów, i pozytywnych fluidów rozsiewanych wokół. Krąg dobrych ludzi rozszerzał się szybko. Ogniskowe ciepło ogrzewało każdego, kto do nas dołączał.  

Halloweenowe wieczory szybko przyciągnęły młodzież czyli nasze “duże” dzieci, w tym czasie już będące studentami uniwersytetów, którzy przyprowadzili swoich amerykańskich przyjaciół. W ten sposób tradycja amerykańska połączyła dwie społeczności i bawiliśmy się razem, przy okazji zbierając coraz więcej pieniędzy na potrzeby szkolne. 

Wróżenie z wosku było kulminacyjnym punktem wieczoru.

A po kilku latach – ktoś rzucił pomysł, żeby przerzucić się na polską tradycję “andrzejkową” która kalendarzowo wypada w tym samym czasie, a była polskiemu towarzystwu bliższa. I spróbowaliśmy czegoś innego. Chwyciło za pierwszym razem. Andrzejów w naszym gronie mieliśmy pod dostatkiem, otrzymali specjalne zaproszenia jako goście honorowi.  Lanie wosku przez duże ucho od klucza, wróżenie z ustawiania i wyścigu butów, wypisywanie imion męskich i żeńskich na wielkim sercu i trafianie w nie lotką z zawiązanymi oczami, wkładanie pod kubki różnych przedmiotów symbolizujących andrzejkowe wróżby np. pierścionek – zaręczyny, obrączka – ślub, kostka cukru-szczęście, kluczyk- dom, moneta- bogactwo… to były nowe atrakcje, które natychmiast zdobyły wielką popularność i całą gromadę zachwyconych taką zabawą.  Zwłaszcza udało się przyciągnąć młodzież, a dla nas to było ważne. 

Andrzejkowe czary-mary  miały podobny do halloweenowego nastrój, a jednak był to wieczór na wskroś polski.  Nie pamiętam ile razy bawiliśmy się wspólnie na imieninowych wieczorach Andrzejów, ale mam nadzieję, że wiele dobrych wróżb z naszych “andrzejkowych” wieczorów sprawdziło się pannom i kawalerom w przyszłości. 🙂

Wpis z kroniki Ogniska o pierwszym Balu Sylwestrowym – 1994/95

Od jesieni niedaleko do zimy, od Halloween i Andrzejków do magii Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku już tylko jeden krok. Szczególnie tu w Ameryce okres świąteczny to czas radości i zabaw. Tak nas rozochociły te sukcesy organizacyjno- zabawowe, że  już w grudniu 1994 roku postanowiliśmy zorganizować nasz pierwszy Bal Noworoczny. To było wielkie wyzwanie. To już nie było “tylko party”.  Trzeba było pomyśleć nie tylko o pięknym miejscu, ale o takim miejscu, gdzie będzie można usadzić gości przy stolikach, zrobić zarówno zimny bufet jak i gorące dania, jak przystało na prawdziwy polski Sylwester, i dobra muzyka. I konkurs – niespodzianka czyli coś specjalnego, czego nie było na innych balach… I najpiękniejsza dekoracja..  Czyli  – po prostu… zwariowaliśmy! Równie dobrze mogliśmy się podjąć lotu na księżyc. Ale – Ognisko potrafi! Bo Ognisko to byliśmy my. My – to grupa młodych, napalonych, nieokiełznanych, żywiołowych, brawurowych przyjaciół. Zabraliśmy się do roboty już dwa miesiące wcześniej. Spotkania, gorące dyskusje, pomysły wrzucane, odrzucane. Kawa, wino, herbata i znów wino. Czasem piwo i znów kawa. Układaliśmy menu. Grażyna M. “dyrektorowała”.. Tworzyła ekipę główną i  “podkuchennych” – do pomocy. Ania S. zajmowała się stroną artystyczną czyli dekoracjami. 

Dalej ruszyły zaproszenia i cały marketing. Wykorzystywaliśmy wszystkich, kto się tylko nawinął nam na myśl i pod rękę. I ludzie pomagali. 

Nie pamiętam kto, ale na pewno ktoś z nas na zebraniu zarządu wpadł na pomysł, że powinniśmy zainicjować jakąś specjalną, tylko naszą tradycję przypadającą tuż po życzeniach noworocznych o północy.  I wymyśliliśmy, że będą to wybory Królowej Balu. Aby połączyć przyjemne z pożytecznym powstał pomysł sprzedawania malutkich bukiecików sztucznych kwiatków w postaci przypinek dla pań, które mieliby kupować dla swych wybranek panowie. Te bukieciki każdego roku miały inna formę, Raz to były broszki, raz bransoletki na rękę. Różne kolory, różne kwiatki, pięknie udekorowane bardzo pracochłonne i… całymi tygodniami robione ręcznie przez nas!  Były to zazwyczaj malutkie różyczki, które kleiliśmy z listeczkami, wstążeczkami  i układaliśmy pojedynczo, piątkami, dziesiątkami albo po dwadzieścia pięć. Były śliczne! Robiłyśmy je przez kilka tygodni a pracowała nad nimi ekipa kilkunastu a czasami kilkudziesięciu Mam szkolnych dzieci albo nasze dorosłe córki, które także nam pomagały. Nierzadko do projektu “różyczek” włączały się nasze Mamy-Babcie. 🙂 

Nie wiem jak dawaliśmy sobie z tym radę. Przez kilka lat nasze Bale Sylwestrowe stały się tak popularne, że pamiętam, iż w dniu Sylwestra na kilka godzin przed rozpoczęciem balu musieliśmy dostawiać stoły, niechętnie zmniejszać przestrzeń pomiędzy krzesłami, bo ludzie błagali nas o bilety wstępu w ostatniej chwili.. 

Na balu około godziny 23.00 kilka młodych dziewczyn wchodziło na salę z koszyczkami i rozpoczynało sprzedaż różyczek. Panowie – mężowie, narzeczeni, wielbiciele byli bardzo podekscytowani, bardzo chcieli, by ich wybranki zostały Królowymi balu.  A każda pani przekonywała swojego “rycerza”, że warto w nią zainwestować. 🙂  Aby zostać Królową trzeba było uzbierać największą ilość ręcznie robionych różyczkowych bukiecików. 

Gdy wybijała PÓŁNOC – przerywaliśmy sprzedaż i przy dźwiękach muzyki zwiastującej nadzieję dobrego szczęśliwego NOWEGO ROKU wszyscy wszystkim składali życzenia. Najpierw najbliższym: żonom, mężom, partnerom, potem przyjaciołom bliskim i dalszym. Każdy każdemu. Szampan lał się strumieniem, mieszał się ze łzami wzruszenia, ciepłymi słowami i świadomością, że jesteśmy tu jedną silną polską rodziną.  Nie dziwota, że czas życzeń ciągnął się prawie całą godzinę, a my wciąż mieliśmy sobie tak wiele do powiedzenia. Było nam ze sobą dobrze. 

Jedna z kilku Królowych Balów Sylwestrowych – Basia S.

Wreszcie DJ zapraszał wszystkich do pierwszego tańca w kolejnym nowym roku, a za chwilę przystępowaliśmy do momentu kulminacyjnego naszego balu czyli policzenia różyczek i ogłoszenia kto zostanie Królową balu. Nie jestem pewna czy na naszym pierwszym balu już wybraliśmy królową i nie wiem czy pamiętam wszystkie Królowe, ale pamiętam, że przez kolejne lata królowały nam Kasia Ch, Grażyna M, Basia S, Natalia M.  Ta akcja miała dla nas dodatkowy plus, bo utarg z niej był całkiem pokaźny i stanowił dobry zastrzyk finansowy dla szkoły.  

Bale nasze odbywały się w różnych miejscach, zazwyczaj były to sale balowe, gdzie na co dzień odbywały się zajęcia nauki tańca. Był to czas kiedy jedna z naszych nauczycielek Ania G. szalała ze swoim mężem na parkietach takich sal i dzięki jej znajomościom udało nam się też skorzystać z parkietu. 🙂  Nie tylko umieścić tam naszych gości, ale także raz nawet atrakcją naszego wieczoru był pokaz tańca profesjonalnego. Staraliśmy się zawsze dodać coś ciekawego do programu naszych balów. Mieliśmy występ kwartetu smyczkowego ze Szkoły Muzycznej z Rice University, długi “przerywnik” muzyki zespołu meksykańskiego. 

Nasz ostatni bal sylwestrowy 1999/2000 zaczął się bardzo niefortunnie. Właściwie wszystko szło nie tak!  Cały świat przepowiadał jakieś katastroficzne wieści, zwłaszcza komputerowo-technologiczne, bo miała przecież nastąpić zmiana numerów z 1999 na 2000 i nikt tak naprawdę nie wiedział co może się stać, jak nagle numerki zareagują.. Chodziły już niemal histeryczne przepowiednie co i jak należy zabezpieczyć na ten moment zmiany, który – niestety – przypada dokładnie na noc sylwestrową. W związku z tym, pierwsze co się zdarzyło, to dawno już załatwiona sala w Baker College na Rice University odmówiła nam wstępu na teren uniwersytetu. Stało się to w momencie kiedy mieliśmy już wszystko załatwione i tak daleko posunięte organizacyjnie, że stanęliśmy w pierwszym momencie w bezdechu.. Wszystkie znane i dostępne nam finansowo miejsca były już pozajmowane. Ogarnęła nas panika, ale jakimś cudem znaleźliśmy coś w zastępstwie! Honor Ogniska został uratowany i balu nie odwołaliśmy. 

Ale nieszczęścia, jak wiemy , chodzą parami. 🙂  Grażyna, główna szefowa organizacyjna poparzyła sobie nogę i to tak okrutnie, że o chodzeniu nie było mowy!  Nie zapomnę takiej scenki: jesteśmy w Sams’ie, Grażyna na wózku z nogą w ogromnych opatrunkach, wyciągniętą do przodu na podpórce, Kasia L.  popycha wózek od stoiska do stoiska według Grażyny instrukcji, ja za nimi z drugim wózkiem, nakładam do niego artykuły, które kupujemy do gotowania.. A ponieważ miał być to Sylwester Millenium – po raz pierwszy mieliśmy ambicję obiadu serwowanego przez naszą młodzież, która miała pełnić rolę kelnerek i kelnerów, a  dopiero po obiedzie dołączyć do grona “balowiczów” gdy już będzie otwarty zimny bufet. 

Nie wiem ile razy odbyły się takie zakupy, nie wiem, jak i gdzie gotowaliśmy te niezwykłe dania i serwowaliśmy je dla 160 osób. Nie mam pojęcia jak udało nam się to przetrwać, zorganizować, przeżyć i dożyć Nowego 2000 Roku, bez katastrofy komputerowej, organizacyjnej ani żadnej innej. A działo się każdego dnia coś niespodziewanego, co mogło przyprawić o zawał serca. Jakby naprawdę świat chciał nam udowodnić, że organizowanie balu w takim przełomowym momencie jest szaleństwem, na które nawet wariacka “społeczność ogniskowa” nie powinna się porywać. Ale – my twardo, do przodu. Tak jak Grażyna z wyciągniętą nogą na wózku!  Siedziała zresztą w kuchni do końca wydawania  obiadu i dyrygowała wszystkimi wszystkimi, jakby była wirtuozem muzycznym. 

Każdego roku sylwestrowe kreacje prezentowały się znakomicie!

Kelnerki i kelnerzy sprawnie, w eleganckich białych koszulach i muszkach roznosili gorące dania, prawdziwy meksykański zespół sprowadzony na tę okazję z Meksyku przygrywał delikatnie do obiadu, a potem już z całą  meksykańską energią, na zmianę z naszym kochanym DJ Christianem grał do końca balu. 

Jedyne zdjęcie- błyskawicznie zrobione przez „przytomnego” w tym momencie Christiana P. Następnego dnia zostało wydrukowane i podpisane przez tych którzy kontynuowali celebrację Nowego Roku na Meeting Ln. i byli świadkami zaręczyn

Dla mnie osobiście, dla mojej rodziny ten wieczór był wyjątkowy.. Przez pierwsze dwie godziny wszyscy byliśmy bardzo spięci i podenerwowani, wiedzieliśmy, że dopiero rozluzujemy się po zakończeniu obiadu.  Jakież było moje zdziwienie, gdy nagle w połowie obiadu ucichła muzyka, Christian P. przybiegł do mnie niesłychanie podniecony krzycząc “pani Mucha, pani Mucha, niech pani patrzy! On się oświadcza!”  Nie rozumiałam co on mówi.. I nagle zobaczyłam, że na scenie stoi moja córka – kelnerka w śnieżno-bialej koszuli i czerwonej muszce a przed nią klęczy Bill z kwiatami..  Tak – to były oświadczyny!  Powoli wszyscy przerwali obiad i patrzyli jak urzeczeni. Bill, amerykański chłopak mojej córki wybrał polski Sylwester 1999/2000 jako TEN moment, najważniejszy moment, by zapytać moją córkę czy zostanie jego żoną..  To była wielka niespodzianka, nie tylko dla nas, ale i dla wszystkich gości. Nieplanowana atrakcja wieczoru.

Później, w damskiej toalecie, gdzie zawsze wymiana plotek i ploteczek jest szybka i ciekawa jednak z moich koleżanek powiedziała: “ wiesz, oświadczył się w obecności 160 osób. Teraz musimy być wszyscy świadkami ich ślubu.” 🙂 I niemal tak się stało. 13 sierpnia 2000 roku w podobnym choć oczywiście nie identycznym gronie, bawiliśmy na pierwszym polskim weselu pary dzieci z naszego grona przyjaciół.  Dziś takich wesel mamy za sobą już bardzo wiele, dużo wnuków, niektóre prawie dorosłe, a my wciąż tacy sami i wciąż  tak samo lubimy być ze sobą razem. Niewiele się zmieniło..

Najtrudniejszy moment nadchodził, gdy goście około godziny 2-3 nad ranem zmęczeni ale szczęśliwi opuszczali salę balową, a my, organizatorzy, równie zmęczeni i szczęśliwi zostawaliśmy z brudnymi naczyniami, stołami, zniszczoną już nieco dekoracją i musieliśmy przystąpić do sprzątania. Oj, bolesny to był moment.. Nie wszyscy potrafili to wytrzymać. Ale byli tacy, co nie musieli zostawać a dotrzymywali nam towarzystwa i oferowali swoją pomoc do końca. Wychodziliśmy  do domów kiedy jaśniał nowy pierwszy dzień roku. Czasem musieliśmy wrócić po południu żeby dokończyć sprzątania choć staraliśmy się  zabrać wszystkie “resztki” jedzenia i picia (ogromne zazwyczaj) 🙂 pozostawić miejsce tak, by profesjonalna ekipa sprzątająca mogła przystąpić do pracy. 

Po balu – czyli ciąg dalszy – Nowy Rok na Meeting Ln.

Na odpoczynek i sen po balu czasu mieliśmy niewiele, bowiem tradycją było, że kontynuowaliśmy nasz dobrze i radośnie rozpoczęty nowy rok u Grażyny i Marka w domu. Wprawdzie w bardzo zmniejszonym gronie, ale za to wśród najbliższych przyjaciół.  Już około 1 w południe pierwsi wyspani pojawiali się na Meeting Ln. i tak już było do późnej nocy. Nie wiem skąd w nas było tyle siły, tyle radości i potrzeby bycia razem!? Rozpamiętywaliśmy wydarzenia ostatniej nocy, śmialiśmy się z małych pomyłek, plotkowaliśmy o sobie i o gościach, zjadaliśmy to, co pozostało niezjedzone i piliśmy wino za naszą przyjaźń i kolejny udany wspólny bal. Niezwykły bal. Bal nasz, bal w którym razem powitaliśmy kolejny Nowy Rok. Kiedy patrzę na stare zdjęcia, widzę te same twarze, które dziś nadal są ważne w moim życiu. Minęło prawie 30 lat a ja wciąż widzę moich przyjaciół wokół siebie. Już nie organizujemy balów, już nie szalejemy przez całą noc, ale to co urodziło się w tamtych latach nie odeszło z przemijaniem. Trwa…

Talenty nasze były nieograniczone! kto oglądał te wyczyny zapamiętał je na długo!

Jeszcze jedna polska “ zabawowa” tradycja zawojowała nas w tamtych latach.  Zakończenie karnawału czyli polskie OSTATKI. Amerykanie już dawno zapomnieli o świętach i nowym roku a my polskim zwyczajem na różnych mniejszych czy większych spotkaniach bawiliśmy się, bo dla Polaków (zresztą nie tylko dla nas!) karnawał kończy się we wtorek, dzień przed Środą Popielcową. A że trudno przygotować party dla większego grona pracujących ludzi w środku tygodnia, więc zorganizowaliśmy te Ostatki i żegnaliśmy każdy odchodzący czas balów w ostatnią sobotę karnawału. Ostatki Ogniskowe to były przede wszystkim polskie PĄCZKI i wymyślony przez nas POKAZ STARYCH TALENTÓW.  

Pączki – to była przede wszystkim Grażyna M. Nikt w naszej Polonii takich dobrych pączków nie robił! Cała reszta dziesiątek osób to tylko dobrze ustawiona ekipa “pomagierów” do różnych prac pączkowych. Mnie zdarzyło się być przypisaną do przewracania smażących się pączków w ogromnym garze pełnym rozgrzanego tłuszczu.  To była bardzo trudna rola! Uchwycić moment kiedy pączek ma właściwy kolor paseczka w połowie i sprytnie go obrócić, a potem wyjąć na tacę z bibułką – to nie było proste zadanie.. Innym razem dostałam przydział do lukrowania pączków i posypywania ich skórka pomarańczową. O, to mi się podobało! Były wtedy już gotowe i takie cudownie pachnące!  

Te paczki piekliśmy w różnych dziwnych miejscach: raz u Grażyny w kuchni, a raczej na zewnątrz w ogródku tuż przy kuchni.  Innym razem u mnie w domu. Przebywali wtedy u nas teściowie z wizytą, którzy nigdy w życiu nie widzieli takiej akcji, nigdy nie oglądali na własne oczy takiej ilości pączków – a upiekliśmy ich wtedy tysiąc!!  Tak, tak – nie przesadzam, było tysiąc pączków! 

1000 pączków smażonych u nas w domowej kuchni – 1996

I w dodatku Mama – teściowa cały czas brała czynny udział w ich pieczeniu choć reszta ekipy zmieniała się przez cały dzień. Nawet dzieci ze szkoły polskiej i młodzież nam pomagała. Teścia, moja córka wywiozła na wszelki wypadek “na wycieczkę”, bo trochę baliśmy się o wytrzymałość jego serca w tym tłumie i w takim pomieszaniu zapachów, ludzi, tłustej podłogi w kuchni itd. 

Jakie było nasze zaskoczenie jak to właśnie on zdecydował, że jednak pójdą z nami na party, choć wcześniej upierali się oboje z Mamą, że zostaną w domu.  Był taki szczęśliwy, gdy któraś z moich koleżanek poprosiła go do tańca, że potem “rozszalał” się ze swoją wnuczką – Kasią i jeszcze innymi. Oczy mu się świeciły łzami radości kiedy mówił do mnie: ”Gosiu, ja dzisiaj tańczyłem”.  To był jego ostatni taniec w życiu. Trzy miesiące później już nie żył…

Później już było lepiej, Grażyna miała pracę w profesjonalnej kuchni, którą mogła wykorzystywać na smażenie pączków i to bardzo ułatwiło nam kulinarne życie.   Przynajmniej już nikt więcej nie miał takiego “lodowiska” z tłuszczu jakie było w mojej  kuchni. 🙂 🙂

Oczywiście, Ostatki to nie tylko pączki, to także tradycyjny śledzik – tych mieliśmy zawsze kilka, do koloru do wyboru!  W śmietanie, w occie, w oleju, rolmopsy, z jabłkiem i ogórkiem i już chyba nie pamiętam co jeszcze tam było. A jak śledzik to i polska sałatka jarzynowa, w tym przodowała Zosia P. Ale były i inne wersje. Bigos, polskie wędliny, pasztety, rolady. Musiało być bogato i tłusto bo wiadomo – od następnego dnia post przez sześć tygodni aż do Wielkanocy.

Muzyka grała, wszyscy tańczyli, bawili się młodzi i starsi czekając na specjalną atrakcję. Bo my nie mogliśmy żyć, by czegoś specjalnego nie zaserwować naszym gościom. Kulinarnie, wiadomo  – śledzik i pączki, ale dla intelektu też coś potrzeba! 

Pierwszy Pokaz Starych Talentów zorganizowaliśmy w 1996 roku. Niektórzy buntowali się, dlaczego “starych” ale jakoś udało nam się wyjaśnić, że nie o nas “młodych” chodzi, tylko żeby było w odróżnieniu od pokazu młodych talentów w szkole polskiej, który już organizowano kilka razy. Wiedzieliśmy, że pierwszy raz  nie będzie wielu chętnych, ale zaryzykowaliśmy..  To był ten sam raz kiedy Grażyna u nas nocowała, bo musiała wstać o 3 rano by “zarobić” ciasto na pierwszą partię pączków. W piątek wieczór pojawiła się u nas nie tylko Grażyna ale także Ania G. i Kasia L. czyli cała czwórka nauczycielska, która dla przykładu (były też pomysłodawcami ) postanowiła wziąć udział w konkursie i przygotować swój popisowy numer. Miał być to taniec z piosenką “Cztery słonie, zielone słonie”. Jaka szkoda, że nie mam z tego wieczoru żadnego filmiku, bo byłby to nieoceniony materiał wspomnień! Cóż, mogę tylko zaproponować parę zdjęć, resztę polecam waszej, mam nadzieję szerokiej wyobraźni. 🙂 Myślę, że obserwacja naszej próby, wieczór pełen śmiechu radości i zabawy, zanim naprawdę miałyśmy stać się na drugi dzień “aktorkami” przekonało ostatecznie moich teściów, że warto wybrać się na nasze Ostatki. 🙂 

A mój mąż nikomu nic nie mówiąc, w sobotę rano zamknął się w pokoju, z pudłami, kawałkiem czerwonego materiału, klejem i nożyczkami i cały dzień aż do wyjścia na party ćwiczył swój własny numer. Ja jedna po cichu domyślałam się co to będzie, ale oczywiście nie wiedziałam, że tak sobie świetnie poradzi z dekoracją i rekwizytami.  Był ostatni w programie (wcześniej był numer muzyczny, piosenka Jerrego i skecz Andrzeja i Ryśka) i gdy  wyszedł na scenę (no, umowną) 🙂 ustawił sobie czerwona mównicę  ze znakiem sierpa i młota i zaczął fantastyczną parodię przemówień towarzysza Gomułki (ciekawe czy dzisiejsza młodzież polska wie kto to był??). My wszyscy pamiętaliśmy jego charakterystyczny sposób mówienia, jego akcent i głupoty, które wygłaszał. Te teksty były zresztą wycinkami jego autentycznych przemówień. Ludzie niemal tarzali się ze śmiechu, dla naszego pokolenia to był więcej niż kabaret!  Ten numer Wacek miał już dobrze opracowany i wypróbowany ale dla przyjacielskiej publiczności w Houston był całkowicie nowy. Był rzeczywiście świetny!!  Wacek wygrał bezdyskusyjnie, komisja nawet nie zastanawiała się komu przyznać 1-sze miejsce. My jako Słonie byłyśmy zawiedzione i uważałyśmy nawet, że to nie było całkiem sprawiedliwe, ale ostatecznie – zostało w rodzinie. 🙂 

Znakomita parodia „Hamleta” Wacek M w roli głównej i Kasia L jako Ofelia

Takich Pokazów Starych Talentów odbyło się jeszcze kilka. Wyrosły nawet grupy konkurencyjne jak Beatka M. ze swoim zespołem, słynny występ Osiedlowego Teatru z parodią “Hamleta” (znów Wacek w roli głównej).  I znów powtarzam – jaka szkoda, że z tego “małego śmiesznego” ostatkowego teatrzyku nie ma filmików. Dziś bawilibyście się tak samo dobrze jak wtedy. 

Właściwy czas.. Tak nazwałam w swoich myślach ten rozdział naszych wspólnych działań. Może powinnam powiedzieć – zabaw i radości. A może po prostu małej cząstki tego, co wtedy robiliśmy razem. Bo przecież działo się dużo dużo więcej. Otworzyłam przed sobą i przed wami tylko jedną szufladkę wspomnień. Tak jak czytamy jeden rozdział książki i znów ją zamykamy. Bo zamknęliśmy to, co zrobiliśmy wtedy razem.  Zostały nam wspomnienia.  Dużo dobrych i bogatych wspomnień. I wyjątkowa przyjaźń.  30 lat temu spotkaliśmy się we właściwym czasie, na właściwej drodze i stworzyliśmy właściwy sens dobrej przyjaźni, fajnego życia, szczęśliwych dni. 

Jeśli udało mi się niektórym przypomnieć dobre chwile – cieszę się. 

Może ktoś inny znajdzie swój “właściwy czas” i wykorzysta go tak my..  Życzę tego każdemu człowiekowi  z całego serca.


BACK

Jesienny stan ducha, czas moich kolorów

09/30/2021

“Mimozami jesień się zaczyna..” – tak zaczyna się wiersz Juliana Tuwima pt. “Wspomnienie” z 1921 r.  Stał się niesłychanie popularny nie tylko dzięki tekstowi, ale także jako piękna i wzruszająca piosenka Czesława Niemena.  Pierwsze jej wykonanie odbyło się w 1967 roku i do dziś ten dawny przebój wzrusza niejednego słuchacza.  Jakież było moje zdziwienie kiedy pewnego razu natknęłam się na informację, że te jesienne żółte kwiaty uważane przez nas za mimozę wcale mimozą nie są!  Naprawdę nazywa się “nawłoć kanadyjska” i przywieziona  została kiedyś z Ameryki. Teraz można ją spotkać rozsianą przypadkiem na ziemi zagospodarowanej tzw. nieużytkach. 

Na górze zdjęcia – prawdziwa mimoza, z różowymi kwiatkami. Dolne zdjęcie – to kwiatek który tradycyjnie uznajemy za mimozę, a naprawdę nazywa się nawłoć kanadyjska.

 Prawdziwa mimoza ma kwiatki delikatne różowe, lekko fioletowe, a jej liście zwijają się natychmiast po ich dotknięciu. Występuje głównie w szklarniach albo w doniczkach w warunkach domowych,  bo jest zbyt delikatna jak na polski klimat.  I jest zupełnie inna niż ta z wiersza Tuwima.. 

 W pierwszym momencie, było to dla mnie duże rozczarowanie, ale tak naprawdę w mojej wyobraźni niewiele się  zmieniło. Melancholia jesienna wciąż mimozami się zaczyna. 🙂

 Nasze tegoroczne wakacje w Polsce, które skończyły się kilka tygodni temu, tchnęły jesienną aurą. Polską jesienią. Taką, jaką pamiętam z dawnych lat.

Kiedy poszliśmy na Cmentarz Rakowicki jak zawsze odwiedzić groby naszych rodziców, nagle znów wyobraźnia przywołała obrazek z dzieciństwa. Dywan jesiennych złotych i brązowych liści szeleszczących pod nogami i kasztany pomiędzy nimi. Lśniące, gładziutkie i tak samo śliczne jak w moim dzieciństwie.  Gdy byłam małą dziewczynką właśnie o tej porze roku chodziłam z Mamą na cmentarz i zbierałyśmy razem kasztany. I jeszcze żołędzie. I najładniejsze kolorowe liście. Potem w domu robiłam różne ludziki, dodawałam zapałki, ustawiałam je w wymyślnych pozach, robiłam zwierzątka. Dla zwierzątek żołędzie były lepsze na główki niż kasztany. Potem długo trzymałam ten mój dziecięcy projekt na podstawce, ustawiony za pomocą plasteliny, aż wreszcie kasztany stawały się szare, pomarszczone i matowe. Mama dyskretnie wyrzucała kasztanowe zwierzątka do śmieci,  a ja czekałam kolejny rok, na kolejną jesień. 

Pośród liści, których nikt w alejkach cmentarza nie sprząta, nie usuwa, a które stanowią naturalny jesienny rudo-złocisty dywan dopóki deszcz i pierwsze przymrozki go nie zniszczy, w tym roku też znalazłam kasztany. Spadły jak zawsze ze starych wielkich kasztanowców.  Piękne świeże, mocno brązowe z jaśniejszą łatką. Zebrałam kilka w dłoń. Lśniły swoją wyjątkową pięknością. Zabrałam je i mając nadzieję, że dowiozę je do Houston dla moich wnuków.  Niestety, po kilku dniach, w ciemności mojej torebki straciły swój powab, swoją naturalna piękność i też stały się matowe, trochę pomarszczone. Smutne pewnie, że jak kiedyś, nie mogły stać się kasztanowymi ludzikami, zwierzętami. Nie mogły ożyć choćby na parę jesiennych dni… Duże dziewczynki już nie mają takiej mocy jak kiedyś. Za to mają potrzebę trzymania kasztana w swojej dłoni. Także tu w Houston, także dzisiaj…

Kwiaty na stoiskach przy cmentarzu Rakowickim

Zauważyłam, że teraz tuż przy wejściu na cmentarz, na stoiskach, gdzie zawsze można kupić kwiaty i znicze na groby swoich bliskich, o tej porze roku sprzedają bardzo dużo wrzosów. Wrzosy w doniczkach: fioletowe i ciemno-różowe, trochę bordowe. Jest ich dużo na pomnikach cmentarnych. To także jesienny element. Kiedyś wrzosów nie było. Były chryzantemy. Te także są. Żółte, złociste, białe.  Choć więcej ich będzie bliżej listopadowego święta Zmarłych. Ta polska tradycja jest tak piękna i tak jesienna, że nie mogłaby pojawić się żadną inną porą roku.

Na Rynku Krakowskim, choć róże w każdym kolorze są przez cały rok, to jednak we wrześniu jesienne kwiaty zdominowały stoiska pod parasolami: różne odmiany astrów, dalii, chryzantem, śliczne aksamitki, wrzosy i przeróżne suszone kwiatki ułożone w bukieciki lub wianuszki.

Wszystko tak bardzo kolorowe i radośnie jesienne.  Bo jesień wrześniowa jest wciąż ciepła, kolorowa i nastrajająca nostalgią, rozmarzeniem, wspomnieniem. Jak w wierszu Tuwima..

Nasza figa – pierwsza zazieleni się wielkimi liśćmi i pierwsza je traci w jesieni.

Jesień w Houston przychodzi  pewnego poranka, gdy otwieramy drzwi na patio, do ogródka i czujemy, że powiało jeszcze nie chłodne, ale już świeże powietrze. Zniknęła nagle wilgotność, która przez całe długie lato potrafi męczyć nas utrudniając oddech. To pierwszy symptom cichutko zbliżającej się jesieni do upalnego Houston. Jeszcze ciepły dzień, ale już ranek i wieczór przynoszący ulgę i lekki chłodek. I pierwsze spadające liście, choć tu w Houston wiele drzew i krzewów nie traci liści na zimę. W moim ogródku bardzo niecierpliwe są liście figi.

Spadają z drzewa już w sierpniu!  Dziwne to zjawisko, ale figa już we wrześniu traci swoje wielkie liście i wygląda bardzo łyso! Wciąż są na niej figi choć i one opadają albo zjadają je wiecznie głodne wiewiórki.  Powoli widać zmiany w ogrodowych roślinach. Mimo, że część z nich poradzi sobie z niższą temperaturą i jeśli nie dopadną ich przymrozki (a bywa, że zima często tu jest łaskawa..) to rozkwitną na nowo wraz z nową wiosną. 

 Jesienią dzień robi się coraz krótszy, złote kolory zamieniają się w szare, słońca coraz mniej, a na niebie pojawiają się chmury ołowiane i deszcz, który bywa czasem zimny, dokuczliwy. Wtedy nastrój człowieka też staje się smutniejszy. Choć –  ktoś kiedyś powiedział, że w jesieni powinny opadać liście a nie nastrój.. 

Ale tak już jest w życiu, że jesień kojarzy się z przemijaniem, z etapem życia już zakończonym, albo kończącym się. Jest wciąż piękna, ale już nostalgiczna, wspomnieniowa, mijająca.  Nieprzypadkowo tak często domy dla starszych ludzi nazywane są jesiennie jak “Jesienna Przystań”, “ Dom Pogodnej Jesieni” czy “Jesienna Róża”.

..”A w nas jeszcze tyle wciąż radości jest
Tyle słońca z lata jeszcze w nas
I jesienny smutek nam nie grozi, wiem
Dobry los wciąż sprzyja nam..”
(fragm.”Miły, już jesień” – Eleni)

O, proszę nie myśleć, że moje rozmyślania jesienne idą gdzieś w depresyjną stronę! Nie, nie!  Jak każda starsza osoba mająca za sobą już spory kawałek życia lubię przystanąć i popatrzeć wstecz. To nic złego!  A jesień ku temu skłania. Ale moja jesień nie niszczy moich marzeń. Zamyka je tylko w szufladkach dobrej pamięci. Wiem, że wiele marzeń pozostanie tylko marzeniami. Może właśnie dlatego są piękne?  Moja jesień jest ciepła i przychylna.

 Odpycham z pamięci tę słotną, zimną, ponurą jesień, taką która przynosi zimno nie tylko to zewnętrzne, ale to w nas, w środku. Bo wtedy pojawia się naprawdę smutek i nachodzą nas ciężkie myśli i przygnębiające rozmyślania.  Każdy ma takie dni. Takie myśli i czucia dopadają każdego. Nie chcę ich. Bronię się jak umiem, ale nie umiem do końca skutecznie. Mam więc swoje własne “pretensje” do świata, że tak zamyka się na ludzi, że pozwala ludziom zaakceptować samotność, zmieniać w normalność to co jeszcze niedawno było nienormalnością jak na przykład praca z domu w piżamie, nieogolonym, nieumytym. Brak wspólnych spacerów, szalonych randek, chodzenia do kina.. Bo dziś można w domu, bo wystarczy rozmawiać przez telefon, bo – o zgrozo! – można wymieniać się skróconym systemem sygnałów sms-owych wieści i to ludziom wystarcza..  Ja ciągle buntuję się. Świat bez kontaktów międzyludzkich, ciepłych i prawdziwych dla mnie jest światem robotów i sztucznych istot bez serc i duszy…

Sklepy przestały się starać, żeby wystawy były ładne zadbane, bo ludzie kupują (albo nie) przez komputer, a tam przecież żadna wystawa nie jest potrzebna. 

Nikt nie potrzebuje wkładać wysiłku w estetykę wnętrz w miejscach pracy, bo połowa ludzi do pracy nie przychodzi. Każde publiczne miejsce wygląda gorzej niż dwa lata temu, jakby zaniedbane, trochę.. byle jakie. Tylko niektóre restauracje, zwłaszcza te nowe, starają się i chociaż to cieszy. 

Taniej? Łatwiej? Wydajniej?? Na pewno nie..  Dla mnie nie.

 Dlaczego brakuje dziś ludzi do pracy? Dlaczego moja córka mimo starań, ogłoszeń nie może znaleźć chętnych do pracy w swoich dentystycznych ładnych gabinetach?  Przecież jeszcze dwa lata temu chętnych mieliśmy nadmiar.

Moje jesienne myśli krążą wokół zwykłych codziennych spraw.  Mój świat, który miał być spokojnym emerytalnym czasem, jakoś wykrzywił się i nie podobny jest do tego z moich marzeń i wyobrażeń.. MÓJ świat staje się niezrozumiały, odizolowany od rzeczywistości. Albo rzeczywistość ucieka zbyt szybko ode mnie… a nie mogę jej zrozumieć, bo jest taka nagle inna. Taka już N I E moja.

Wracam wciąż do naszego pobytu w Polsce. Spotkałam tych samych ludzi, zawsze dla mnie ważnych, ale jakby mniej tych spotkań. Z jednej strony rozumiem to w pełni, sama czuję się bardziej zmęczona, w końcu wszystkim nam przybywa każdy jeden dzień w ten sam sposób.  Ale czuję, że to nie tylko wiek, czas. To także znużenie, niechęć do spotkań, zmęczenie tym, co od dwóch lat nas wszystkich gnębi i otacza. Nie spotkałam moich dawnych koleżanek z harcerstwa, nie spotkałam się z kolegami z dawnej klasy z Sobieskiego… 

Powodów jest wiele, z obu stron. Rozumiem. Ale smutno mi. Jesiennie smutno..

Z wielu rozmów, serdecznych i entuzjastycznych wynika, że mamy bardzo różne spojrzenia na pandemię, na podróże, na nasze potrzeby, które kiedyś wydawały mi się podobne, a teraz jakby rozpierzchły się w inne strony. 

Podobnie z poglądami politycznymi na to co dzieje się w świecie, tak ogólnie, nie wchodząc w szczegóły danego kraju. Doświadczyłam przykrego momentu, kiedy przy wyjściu z terenu Unii, urzędnik w Amsterdamie sprawdzający nasz paszport amerykański zapytał nas czy posiadamy także polski paszport. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że tak. Podaliśmy go, a on przyjrzał się naszym twarzom (kazał zsunąć maski), przesunął paszportem w komputerze i odezwał się głosem brzmiącym bardzo nieprzyjemnie: “Nigdy więcej TUTAJ nie pokazujcie mi paszportu amerykańskiego!”  Tutaj – tzn. w Unii. Nigdy też przez ponad 20 lat jak latałam do Polski czy do Europy  niemal każdego roku, już z amerykańskim paszportem, nie usłyszałam od żadnego urzędnika takiej wypowiedzi, w tak nieprzyjemnej w tonacji, nie widziałam tak zimnego wręcz nienawistnego wzroku.  W pierwszej chwili myślałam, że się przesłyszałam, że może mi się zdawało, iż ta wypowiedź była tak zdecydowanie negatywna, ale mój mąż potwierdził jej brzmienie i znaczenie.  Byłam zszokowana. Tak bardzo, że właściwie nie mogłam dojść do siebie przez najbliższe kilka dni.  To że urzędnik zapytał nas o polski paszport mnie nie zdziwiło, ale to, że skomentował to w tak arogancki sposób było dla mnie wielkim szokiem. To była wypowiedź urzędnika publicznego UNII, wyraźnie polityczna, antyamerykańska. Skąd się wzięła taka reakcja? Dlaczego?  Jeszcze kilka lat kraje Europy Zachodniej zawsze zachowywały się przychylnie wobec Amerykanów, nigdy nie spotkałam się z żadną publiczną negatywną reakcją. 

 Oczywiście, zdaje sobie sprawę, że osobiste sympatie czy antypatie ludzkie mogą być różne. Jedni nie lubią Rosjan, inni nie lubią Niemców, jeszcze inni Chińczyków czy Wietnamczyków. Ale to nie ma nic do rzeczy z oficjalną wypowiedzią urzędnika na granicy państwa. Świadkami tej sytuacji była pewna para Amerykanów, która siedziała obok nas. Już po minięciu punktu kontroli miły pan obrócił się do nas i wyraźnie zatroskany poradził nam: “niech pan im w Unii pokazuje ten polski paszport a nie amerykański..” Co w domyśle znaczyło : “uniknie pan niepotrzebnych kłopotów i przykrej sytuacji”. Był mu wyraźnie zawstydzony, podobnie jak my.  Nie wstydzę się polskiego obywatelstwa ani tego, że mam obywatelstwo amerykańskie, ale obojętnie w które z nich rzucone takie zdanie przez obcego urzędnika innego państwa i to z taką pogardą, zabolało bardzo mocno! 

To także coś czego jeszcze dwa lata temu nie spotkalibyśmy na swej wakacyjnej drodze… A teraz ten smutny incydent dołączył do moich jesiennych przemyśleń. 

Jesienne polskie kwiaty – te wyrosły w ogrodzie mojego brata.

Mój brat przysłał mi dziś jesienne kwiaty ze swojego polskiego ogródka. I grzyby. Zapomniałam już, że kiedyś jesienią zbieraliśmy grzyby. Te najbardziej jesienne to były maślaki i kurki. Oczywiście także prawdziwki fachowo nazywane borowikami. Pamiętam, jak smażyliśmy na patelni na masełku kurki niemal prosto z koszyka, natychmiast gdy wróciliśmy z lasu. Jeszcze lepiej smakowały położone na rozgrzaną blachę wiejskiego pieca “duśki” czyli “gołąbki”. Do dziś nie wiem jak fachowo te grzyby się nazywają!  Nasza pani gospodyni, do której jeździliśmy na wakacje w czasach dzieciństwa, tak je nazywała i my taką nazwę przyjęliśmy za nią. Te smaki zapamiętałam na zawsze. Nic już tego smaku i zapachu dziś nie zastąpi, choć grzybki zaserwowane przez Anię Aniołową na pożegnalną kolację w tym roku też bardzo smakowały. 🙂

Grzybki z tegorocznych zbiorów zrobione „na gęsto” przez Anię AniołowąPYCHOTA!

Grzyby można kupić w każdym sklepie spożywczym, można przyrządzić na setki sposobów, ale żadne z nich nie powtórzą tego jedynego zapachu i smaku świeżości grzyba i lasu.  I niech tak zostanie.. 

Lubię jesień. Tę polską i tę tutejszą houstońską. Tę dawną i tę powtarzającą się każdego roku. Trochę zamglony poranek. Leniwie budzące się słońce. Dzień krótszy. Każda jesień ma w sobie coś z wiosny i coś z  lata. Coś najlepszego, co pozostaje z minionego czasu. Trochę słońca i zieleni, trochę pełnej dojrzałości, trochę mroku dawnych leśnych ścieżek.. I tyle kolorów!! Nie sposób i policzyć. Podobnie jak wspomnień. Życie.  To spokojna, pogodna i ciepła pora. Pora siwych włosów (no, chyba, że nie chcesz siwych..)  i mądrości doświadczeń.

Moja domowa houstońska jesień

“JESTEM JAK JESIEŃ
złota, szczera, ciepła…
KOCHAM JESIEŃ! Kiedyś przysypie mnie liśćmi
JESTEM JESIENIĄ… Widzę, że przemijam..”
(fragm. „Jesień” Maria Pawlikowska-Jasnorzewska)

Nie moje to słowa. Ale piękne. Wtapiam się w nie całą sobą.


BACK

Kraków – moje serce wraca z radością i wzruszeniem

Europa 2021 – część III

09/20/2021

Kolejny słoneczny poranek wakacyjny. Samolot wylądował na smutnym lotnisku w Katowicach/Pyrzowicach. Długo czekaliśmy na bagaże, jeszcze dłużej wyczekała się na nas moja kochana przyjaciółka Łucja, aż wreszcie wpadniemy sobie wzajemnie w ramiona, by udać się do Sosnowca. Mieliśmy zaplanowany dla siebie jeden wspólny dzień. Krótko, ale wiedzieliśmy, że rozmów, wrażeń i wspomnień będzie aż w nadmiarze.

Po drodze do domu Łucji przejechaliśmy przez ulicę, przy której wciąż stoi nasz blok. Tam, na szóstym piętrze mieszkaliśmy kilka ostatnich lat przed wyjazdem do Stanów. Drzewa rosnące przy ulicy są już tak wysokie, że prawie tego budynku nie widać. Ledwo  widoczne jest ostatnie dziesiąte piętro. Kiedyś, z balkonu widoczna była cała szeroka dwupasmowa ulica, pośrodku przejeżdżał tramwaj tak głośny, że gdy w letnie dni drzwi na  balkon były otwarte, w domu nie dało się normalnie rozmawiać. Za to przy dobrej pogodzie, widać było zarysy dalekiej, wtedy nowej, dzielnicy Zagórze. 

U Łucji w domu był ruch rodzinny wielopokoleniowy, poznaliśmy Synową z jej najmłodszą córeczką i wpadła córka Asia, którą znam od urodzenia, a która od niedawna jest dumną Mamą. Pojawiła się z mężem i malutką Ninką i jeszcze jedną małą dziewczynką, która jest córką Asi męża. A gdy już gwary, płacze, śmiechy ucichły, dzieciaki pojechały z rodzicami do domów, my zostaliśmy sami, dołączyli do nas nasi dawni sąsiedzi i przyjaciele, Lucyna i Wojtek. 

Łączy nas wiele wspomnień, kiedyś mieszkaliśmy w tym samym, wyżej wspomnianym bloku, w którym oni zresztą mieszkają do dzisiaj – na tym samym piętrze, tyle że w dwóch sąsiadujących klatkach. Mieliśmy połączenie między klatkami na ostatnim piętrze (nasze mieszkania znajdowały się na szóstym) i często odwiedzaliśmy się nawet późną nocą niemal w piżamach. Gdy Wojtek wyjechał na stypendium do Stanów, jego żona akurat była w ciąży z drugim dzieckiem.  Obiecaliśmy mu, że będziemy czuwać nad Lucyną i solennie się nią opiekować. Z obliczeń wynikało, że ojciec przyszłego dziecka wróci na poród, ale niestety, w tamtych czasach niezbyt precyzyjne były obliczenia i wyszło na to, że to mój mąż w środku nocy zawiózł Lucynę na porodówkę, zdenerwowaną bólami porodowymi podtrzymywał na duchu, pożegnał w imieniu męża albo raczej udając faktycznego męża, po kilku dniach odebrał ją z nowo narodzonym maluszkiem ze szpitala i.. siłą tych wszystkich faktów  został potem ojcem chrzestnym Maciusia. Jak dowiedzieliśmy się od rodziców, mały Maciuś ma dziś 37 lat i jest całkiem przystojnym i niezależnym facetem. Ogromnie nas to zdziwiło, że tak już “wydoroślał”. 🙂 

Ich starszy syn Tomek przez siedem lat chodził w podstawówce z naszą córką do tej samej klasy, co z kolei zadziwiło Wojtka, gdy zapytał mnie ile lat ma Kasia, a ja ze śmiechem odpowiedziałam, że tyle samo ile ma ich syn, bo przecież siedzieli z Tomkiem w jednej ławce szkolnej..

Łucja, jak prawdziwa Matka-Polka pichciła, gotowała prawdziwe polskie potrawy, bardzo zdrowe i pyszne: zupę z soczewicy, ser zapiekany, sałatkę, kluski śląskie, sos pieczarkowy, mięsko, deser.. Uff! Długo by jeszcze wymieniać!

Wieczorem – jakby było mało – przerzuciła się na włoskie specjały. Serwowała nam i sąsiadom kolejną sałatkę i wspaniały włoski makaron z fantastycznym sosem, szynką i już nawet nie umiem powiedzieć co tam jeszcze było ukryte, ale tak dobre, że oczywiście zjedliśmy kolejny już tego dnia “obiadowy” posiłek. Całe szczęście, że zawsze było obok dobre wino i wspaniałe towarzystwo! Wtedy wyrzuty sumienia z powodu obżarstwa są nieco złagodzone. 🙂

Następnego dnia znów obudziło nas piękne słoneczko, choć aplikacje pogodowe złośliwie zapowiadały 80 procent deszczu. Nie będę nawet wyliczać, co czekało nas na stole na śniadanko, dość, iż powiem, że w moim długim życiu nigdy jeszcze nie jadłam o 8 rano śledzików i nie piłam kieliszka wódki do tego! Łucja przeskoczyła najwyższy stopień w inwencji układania polskiego menu śniadaniowego, żeby nam dogodzić ( bo śledzik to była tylko mała jego cząstka)!  Natychmiastowa przymusowa dieta po powrocie do Houston będzie bardzo ciężkim procesem. 🙂

Wita nas Krakow!

Do Krakowa dotarliśmy w godzinach południowych i po zainstalowaniu się w ładnym mieszkaniu naszych houstońskich przyjaciół, którzy byli tak mili i “pożyczyli” nam swoje “krakowskie włości” na ten tydzień, oczywiście pierwsze nasze kroki skierowaliśmy na Krakowski Rynek.  Późne popołudnie, zbliżający się powoli wieczór. Atmosfera Rynku – jakby nic się nie zmieniło.. Wokół kawiarnie, restauracje, stoliki pod parasolami. Okrągłe, kwadratowe. Kwiaty. Hejnał z wieży Kościoła Mariackiego. Pełno ludzi, choć przecież już sezon turystyczny nieco zelżał. Słychać tętent kopyt końskich i kół białych dorożek  wiozących turystów wokół miasta. Malowniczy obrazek. 

Pierwsze spotkanie z Krakowem

Fasady wąskich kamieniczek, Sukiennice, Ratusz, Kościół Mariacki – wszystko na swoim starym miejscu. To jest ten właściwy moment… Gdy stanę na Rynku i widzę wokół siebie od dzieciństwa zapamiętane budowle, te same kwiaciarki, pomnik Mickiewicza, kamieniczki niby bardziej kolorowe dzięki kawiarenkom, tłumy turystów i kolorowe parasole, to dopiero oddycham i wiem, że to MÓJ Kraków! To Kraków, który pamiętam. Po trzydziestu latach od opuszczenia Krakowa, choć rozumiem, że miasto rozwinęło się daleko w każdą stronę świata, wciąż w mojej głowie prawdziwy Kraków to ten mały skrawek wokół Rynku i blisko mojej ulicy Łobzowskiej. To mój pierwszy dawny dom dzieciństwa, to zamknięty na zawsze krąg wspomnień nieporównywalny do żadnego okresu życia. 

Bracia – Janusz i Wacek i żony – do ozdoby i dobrego towarzystwa! Było super!

Tego wieczoru spędziliśmy fantastyczny wieczór z bratem mojego męża i jego żoną.  Od lat spotykamy się w tej samej restauracji, może tylko teraz te nasze spotkania są coraz dłuższe, coraz cieplejsze, coraz więcej wina wypijamy razem, coraz więcej śmiejemy się wspólnie. Gdyby nie fakt, że obsługa musiała posprzątać i zamknąć restaurację siedzielibyśmy tam dużo dużo dłużej.

Każdy następny dzień obfitował w nowe spotkania, każde było ważne i każde było inne.

„Zielonym do góry” – czyli nasze spotkanie z Niną

Spotkanie z moją przyjaciółką Niną ze szkolnej ławy, z naszych harcerskich czasów, odbyło się w restauracji o śmiesznej nazwie “Zielonym do góry”. W dodatku w części miasta, o której nawet nie wiedziałam, że jest wydzieloną samodzielną dzielnicą o nazwie Zabłocie. Dziś tyle różnych takich kultowych ciekawych miejsc wyrosło w Krakowie, jak grzyby po deszczu. Tubylcy to wiedzą, ja ze zdziwieniem podziwiam i odkrywam nowości tego starego miasta. Spotkanie wzruszające, pełno nowych i starych wspólnych tematów. Jak zwykle – skarbnica niewygasających wspomnień, dawnych wspólnych znajomych, których trzeba “obgadać”, zapytać co u nich słychać.  Przez 55 lat, niezależnie od dłuższych czy krótszych przerw w kontaktach, od listów, e-maili, WhatsApp-ów wciąż mamy wspólne tematy. Niewyczerpane – przeszłe i przyszłe. Nina jest jedyną moją przyjaciółką ze szkolnej ławy, która odwiedziła nas kilka razy w Ameryce, z którą mam niemal regularny kontakt przez lata, choc był i taki czas, że urwał się on na kilka lat. Odnalazłyśmy się na dobre tuż przed spotkaniem klasowym z okazji 30-lecia naszej matury. Od tego czasu już się nie gubimy i mam nadzieję, że tak będzie zawsze! 

Mafia Muchy – Anioły znów w akcji !

A potem znów pojawiły się koło nas nasze odwieczne “ANIOŁY”. Anioły krakowskie – Anioły z dzieciństwa, z młodości, Anioły z lat harcerskich i z wakacyjno-wyjazdowych, rodzinnych i tych na odległość, gdy już wyjechaliśmy z kraju.. Anioły, które zawsze są. Czasami bardzo blisko a czasem daleko, ale zawsze w każdym możliwym wspólnym miejscu, gdzie nas los razem “przyłapie”. Dziś już chyba zabrakłoby papieru, by wyliczyć gdzie byliśmy razem, co robiliśmy przez te wszystkie lata skrzyżowanych dróg, czasem tylko na krótką chwilę a bywało na długie wakacje, przegadane noce.  Po dwóch “pandemicznych” latach widzenia się tylko na Skypie, zaczęliśmy od lunchu z “mafią – Don Corleone”, dobre włoskie jedzenie, piwko i inne trunki, wymyślny niespodziankowy kubek urodzinowy dla mojego męża, książka – kryminał, ale oczywiście z akcją w Krakowie! I spacer po mojej ukochanej ulicy Floriańskiej. 

Środa była dniem spotkań z moim bratem i bratankami. Śniadanie (kawę i pyszną kanapkę) zjedliśmy z towarzystwie najmłodszego syna mojego brata, Piotra którego uwielbiam nazywać Piotrusiem choć dziś jest dorosłym żonatym mężczyzną. Mam nadzieję, że nie ma mi tego za złe, jest najmłodszy z trzech braci, urodził się tuż przed naszym wyjazdem do USA i właśnie wtedy został Piotrusiem i tak dla mnie jest do dzisiaj. Pewnie przez grzeczność dla starej ciotki, nie protestuje. 🙂 Piotruś jako jedyny z całej rodziny mojego brata mieszka w Krakowie, tu skończył studia i tu znalazł sobie żonę, śliczną drobniutką Kasię, z którą ożenił się 5 lat temu. Ktoś przedstawił ją wtedy jako „Calineczkę” i myślę, że świetnie pasuje do niej to określenie! Oboje są bardzo zapracowani. Piotruś jest inżynierem – górnikiem (tak, wciąż jeszcze są górnicy w Polsce!) a ona inżynierem chemikiem, pracują na zmiany, więc często także w nocy. Tym razem Piotruś jechał do pracy na popołudniową zmianę, więc zdążyliśmy się spotkać tylko na poranną kawę. Jestem mu za to bardzo wdzięczna, że zawsze potrafi wygospodarować trochę czasu na spotkanie z nami. To są miłe chwile, zawsze opowie coś o sobie, o braciach, o rodzinie z Sanoka. On też dogląda grobów rodzinnych w Krakowie, których mamy wiele, a na które niestety, niewiele osób ma czas i możliwość pójść, posprzątać, zapalić świeczkę, tak po ludzku – pamiętać. Piotruś często robi to za nas wszystkich…

Dzień spędzony z rodziną z Sanoka- z bratem Jankiem i dwoma bratankami – Pawłem i Piotrusiem

W południe z Sanoka przyjechał Paweł, najstarszy mój bratanek i zarazem mój chrześniak razem z moim bratem Jankiem. Wiem, że Sanok to nie koniec świata, ale jednak jest to wyprawa na cały dzień i wcale nie taka wygodna, bo polskie drogi, ruch na nich nie należą do super szybkich – autostradowych. Tym bardziej doceniam zawsze fakt, że mój brat i ktoś jeszcze z rodziny mobilizuje się i możemy spotkać się choćby na kilka godzin w Krakowie. Zrobiliśmy zakupy zakąskowe i przygotowaliśmy trochę szybkiego jedzonka w naszym tymczasowym ładnym mieszkaniu, by dobrze nam się gadało po ponad dwóch latach, a potem pojechaliśmy na obiad do restauracji na Błoniach. Kiedyś (oboje z Jankiem pamiętaliśmy to miejsce, choć on chyba ma więcej wspomnień stamtąd) był tam basen (może baseny?) Cracovii. Dziś zachowując częściowo fragmenty budynków, przerobiono ten teren i między innymi jest restauracja o nazwie „Bistro na Błoniach” .

Rolada wołowa i kluski śląskie-pychota!

Jedzenie raczej tradycyjne polskie, panowie zgodnie zamówili roladę z kluskami śląskimi (była znakomita!) a ja kolejny raz skusiłam się na kaczkę, choc w innym wydaniu niż poprzednio. No i jadłam zupę z borowików! Była bardzo dobra. Mój brat dużo czasu spędza teraz na wsi w domu pod Sanokiem, tam znalazł swoją nową pasję. On kilku lat uprawia ogród zarówno piękne kwiaty jak i różne jarzyny, zioła i sam robi przetwory: ogórki kiszone, kapustę, prawdziwą różę na pączki, które potem też sam piecze (pyszne!). Dostaliśmy od niego w prezencie jeden słoik ogórków, niestety jakoś nie miałam odwagi spakować go do walizki, bo miałam wizję, że jak mi pęknie to stracę ubrania, a przede wszystkim te pyszne ogórki. Postanowiliśmy więc zjeść te pychoty w czasie pożegnalnej kolacji z Aniołami, Jagą i Panem Kolegą, które świetnie wkomponowały się w menu śledzikowo-grzybkowe i wszystkim bardzo smakowały. Natomiast trzy małe słoiczki róży dotarły nienaruszone i czekają na .. pączki – hmm.. nie umiem, ale może kiedyś zawsze jest pierwszy raz? Ostatecznie umiem robić bardzo dobre rogaliki francuskie z różą, takie jak robiła kiedyś Mama. Fajnie nam się rozmawiało, dużo było tematów „pandemicznych”, zmian, problemów planów. Paweł spoważniał „na korzyść” (żeby ktoś nie zrozumiał, że coś piszę o dodaniu lat. 🙂 Jest bardzo odpowiedzialnym mądrym ojcem i synem. Widać, że dba o swoją rodzinę. Nie udało się tym razem zobaczyć Krzysia i jego rodziny, ale rozmawialiśmy także o nich. Lubię te rozmowy, cieszę się, że chętnie opowiadają o sobie, że znam ich życie ze zdjęć bieżących i trochę z tych wieści. Mój brat, choć mówi, że jest zadowolony ze spokoju i ciszy na wsi, wydawał mi się bardziej przygaszony niż dwa lata temu. Może miał jak to mówią „gorszy dzień” – ale dostrzegłam w nim więcej smutku i mniej entuzjazmu życiowego niż podczas naszego poprzedniego spotkania. Jest ode mnie młodszy o cztery lata i wciąż powinien mieć marzenia i dużo planów na przyszłość. Pojechali do Sanoka późnym popołudniem, w domu byli dopiero wieczorem. Dziękuje im za ten dzień, to dla mnie zawsze bardzo ważne!!

Takie pierogi, naleśniki i placki ziemniaczane można zjeść tylko w Krakowie:)

A następnego dnia, z Anią i Andrzejem, czyli z Aniołami – wyjazd na cmentarze i wspólna zaduma przy grobach naszych rodziców… 

I najlepsze od lat pierogi! Ruskie, ukraińskie, z cielęcina, z jagodami. I naleśniki ze szpinakiem i pewnie byłoby tego o wiele więcej, bo wybór zdawał się nie kończyć, ale na szczęście nasze żołądki nie były w stanie  nic więcej zmieścić.  Zwłaszcza, że po dokonaniu obowiązkowych zakupów w Empiku i moim ulubionym butiku koło Barbakanu, do którego zawsze wracam jak pszczoła do miodu, już pędziliśmy na kolejne spotkanie. Tym razem z moją chrześnicą Olą, jej mężem i córeczką Hanią. I jej mamą, a naszą dawną przyjaciółką Teresą, którą znamy od przysłowiowych “stu lat”.  Kiedy mój mąż zaczął studiować rusycystykę (to już na pewno było sto lat temu 🙂 spotkał w swojej grupie Teresę i zaprzyjaźnił się z nią i jeszcze dwoma dziewczynami. I tak przez pięć lat tworzyli zgraną czwórkę do wspólnej nauki, zdawania egzaminów, picia kawy, wina, plotkowania itd.. Historyjki o tej “czwórkowej bandzie” znałam tylko z opowieści, gdy poznałam mojego chłopaka (przyszłego męża) – byłam wtedy w trzeciej klasie liceum a on na trzecim roku studiów. Znałam Teresę z opowiadań i jakimże miłym zaskoczeniem dla mnie (a szczególnie dla Wacka ) było, gdy nagle spotkaliśmy Teresę w Sosnowcu, pracującą już od ponad roku na rusycystyce, na Uniwersytecie Śląskim, gdzie właśnie pracę dostał mój mąż. Był rok 1974.

Teresa, Ola z rodziną – nasze sosnowieckie wspomnienia i przyjaźnie nie ustają mimo lat i odległości jaka nas dzieli

 Oboje nie mieli o tym fakcie pojęcia! I w ten sposób rok po studiach życie postawiło ich znów na tej samej drodze. Przez wiele następnych lat pracowali razem, zaprzyjaźniłyśmy się, a nasze małe dzieci chodziły razem do przedszkola.  Po kilku latach otrzymaliśmy mieszkania bardzo blisko siebie, na sąsiednich ulicach (wielkie to wydarzenia w życiu w tamtych czasach!) i właściwie  widywaliśmy się niemal codziennie. Po kilku latach urodziła się Ola, a ja zostałam jej matką chrzestną. Potem jeszcze połączyły mnie z Edkiem, mężem Teresy interesy mojej firmy, którą wówczas prowadziłam z kuzynem. I tak aż do wyjazdu do USA w 1990 r. nasze losy przyjacielsko-rodzinne splatały się bardzo mocno. A gdy rozdzieliły nas wielkie wody Oceanu i już nie biegaliśmy do siebie każdego dnia na plotki i winko czy wódeczkę, po latach nasze dorosłe już wtedy  dzieci kontynuowały (i nadal kontynuują) przyjaźń zawiązaną w pewnym sosnowieckim przedszkolu, a my przy każdej  okazji odwiedzin w kraju spotykamy się razem, by wrócić choć na chwilę do czasów tamtych młodych dawnych lat. Bo to, co naprawdę jest wartościowe, łączy ludzi na zawsze. Nieważne jest gdzie jesteśmy, jak inne jest nasze życie. Ważne jest, że gdy znów się spotkamy mamy o czym ze sobą rozmawiać. Chcemy spędzić ze sobą jeszcze jeden wieczór. Czujemy wciąż ten magnes przyjaźni, którą nawiązaliśmy bardzo dawno, ale i bardzo mocno.  

Spacer po nocnym Krakowie

Siedzieliśmy w kafejce, na ulicy tuż u wejścia z ulicy Mikołajskiej na Rynek, z widokiem na krakowskie kwiaciarki i Sukiennice, najpierw oświetlone zachodzącym słońcem a później podświetlone pięknie światłami, które podkreślały urodę tego miejsca. Nie wiem kiedy minęło te długie pięć godzin, bo było jak 15 minut!  Zapadła noc, bynajmniej nie cicha, bo Kraków jest o wieczornej porze pełen życia i pewnie jeszcze długo siedzielibyśmy razem, ale 5-letnie dziecko domagało się swoich praw i najzwyczajniej w świecie zasypiało z główką na stole:) W Krakowie już czuć było jesień, w ostatnie dni naszego pobytu zrobiło się chłodniej, nawet deszczyk nas trochę nas postraszył. Ale dzięki temu powietrze zrobiło się świeże, rześkie i przyjemne. W przedostatni wieczór wybraliśmy się z Kolegowstwem na obiad prawie – pożegnalny a potem na jeszcze jeden wieczorny spacer po krakowskim Rynku i okolicznych uliczkach. Kolejny raz nie mogłam oderwać oczu od czaru i doskonałości tego miasta. Zwłaszcza nocą Kraków jest jak bajkowy olśniewający obraz z wyśnionej planety. 

Zdaję sobie sprawę, że każdego zwykłego dnia ludzie tam pracują, biegają, mają swoje zwyczajne problemy jak w każdym innym zakątku świata. Wiem, że drogi są rozkopane, dziury w asfalcie, kłopoty, jak wszędzie. Dni bywają trudne i ludzie zmagają się ze zwyczajnym życiem. 

Najpiękniejszy, bajkowy, pełen niepowtarzalnego uroku – KRAKÓW nocą !

Ale w głowie moja wyobraźnia zatrzymuje obraz Krakowa z Rynku i okolic. Tego, który pamiętam z dawnych lat. Choć wiem, że wtedy nie był taki wielobarwny jak dzisiaj, to ten skrawek świata pozostanie dla mnie najbardziej wiarygodnym Krakowem. Stanęłam też pod bramą kamienicy, w której od urodzenia mieszkałam przez dwadzieścia jeden lat. Zaglądnęłam między metalowymi prętami przez szybkę starych ciężkich drzwi, ale niewiele zobaczyłam. Korytarz wciąż ma te same kafelki w kostkę na posadzce, ten sam kolor na ścianach, ale już ściany są czyściejsze, na pewno odmalowane. Szkoda, że drzwi wejściowe na podwórko i dalej były zamknięte…

Idąc spacerkiem w stronę Rynku potrafiłam odtworzyć w pamięci każdy dawny sklep. Pamiętałam gdzie była masarnia, cukiernia, fryzjer, bar piwny. Była jeszcze repasacja pończoch, ale kto dziś pamięta co to było?? 

Ostatniego dnia, w sobotę wyraźnie się ochłodziło. To także sygnał, że czas wracać do domu. Jeszcze jedno krótkie spotkanie z moim kuzynem Kazikiem, tym razem ze strony rodziny mojego taty, z którą niewiele mam kontaktu. Jest to jedyny kuzyn z mojej linii “wiekowej”, z którym mam od czasu do czasu kontakt. Nie wiem czy ktokolwiek inny z tej linii rodziny by mnie rozpoznał lub ja ich. Cóż, losy nas rozrzuciły, rozsypaliśmy się. I tak bywa..

Późnym popołudniem spotkaliśmy się z Kolegowstwem i Aniołami na ostatnie “goodbye” przy najbardziej tradycyjnym polskim śledziku, ogórkach ukiszonych przez mojego brata, które dostałam w prezencie, a  których niestety nie odważyłam się zabrać do Stanów. Mieliśmy też na stole marynowane ręką Ani Aniołowej grzybki i tegoroczne świeże borowiki, robione “na gęsto” (jak mówiła moja Mama) 🙂 ze śmietanką, wódeczkę i czerwone winko, którego cały kieliszek z emocji, smutku rozstania Ania wylała na biały obrus i dywan. Ale Pan Kolega jest nieoceniony w każdym nieprzewidzialnym i trudnym momencie, zaprał wszystko… pianką męską do golenia, ścierał tak długo i skutecznie, że wszystko zeszło aż do białości i śladu po czerwoności winka nie zostało.  

Polskie tradycyjne przysmaki na pożegnalne spotkanie. Zapamiętamy te smaki, nastroje, słowa, Was..
DZIĘKUJEMY!!

Mam nadzieję, że tym sposobem uchronił także Anię od zawału, bo wyraźnie była bliska takiej reakcji. 🙂 Na deser była chałwa z Grecji i sezamki (ha! Kto zna??) 

Noc była krótka, pobudka o 3 rano. Długi lot. Mieszane uczucia. 

Jedno czuję mocno: radość, że wreszcie znów odwiedziłam Polskę, Kraków, Gdańsk. Rodzinę i przyjaciół. Dziękuję wam wszystkim za to, że jesteście i chcecie swój czas spędzać z nami!

W tym momencie pozostawię te europejskie opowieści bez podsumowania. Są świeże. Zbyt świeże i jeszcze nieprzetrawione.  Ochłonę i pewnie wrócę do wielu ciekawych spostrzeżeń już z dystansu i po odpoczynku. Odpoczynku po wakacjach. Bo po takich wakacjach, tradycyjnie – zawsze potrzebuję odpocząć. 🙂 


BACK

Oddech na Krecie (Grecja) czy wakacje w stylu “M-W” ciąg dalszy?

Europa 2021 – część II

09/14/2021

Kilka miesięcy temu w sobotnio-niedzielnych rozmowach na Skypie z Kolegowstem powstał pomysł powrotu do tradycji wspólnego wyjazdu wakacyjnego. Wybór padł na Grecję a właściwie na Kretę. W Grecji byłam wiele lat temu, w młodości, a potem jeszcze raz już z moją rodziną na rok przed wyjazdem do USA. To była piękna wycieczka choć dość „biedna” w porównaniu do dzisiejszych możliwości. ” Wdrapaliśmy się” Fiatem na boską górę Olimp, musieliśmy zostawić gdzieś po drodze małą przyczepkę, bo nasz silnik co chwilę gotował się z wysiłku i para buchała jak z lokomotywy. Widzieliśmy wtedy dużo ciekawych miejsc miedzy innymi Meteora, klasztory greckich mnichów z XIV wieku, wydrążone w skałach. Ale na Krecie nie byłam jeszcze nigdy, więc chętnie przystaliśmy na tę propozycję, zwłaszcza że Pan Kolega wziął na siebie całą stronę organizacyjną.  Połączyliśmy te plany z wyjazdem do Polski i zaczęliśmy wspólne przygotowania. 

Już kilka lat temu solidnie obiecałam sobie, że nigdy więcej nie będę leciała tzw. “tanimi liniami”. I co? – “masz babo placek”!  I nie dlatego, że są niewygodne i że nie pozwalają zabrać normalnej walizki jako bagaż. Bo w końcu loty nimi zazwyczaj nie trwają dłużej jak 2-3 godziny, więc można wytrzymać w niewygodnej sztywno siedzącej pozycji. Takie teraz czasy, że niemal każde linie są już niewygodne, ciasne i jeśli nie korzystamy z klasy biznesowej czy pierwszej, to podróż samolotem nie jest komfortowa. Też nie dlatego, że  bagaż jest bardzo ograniczony, bo w końcu ile rzeczy potrzebuję wziąć na Kretę na jeden tydzień, gdzie spodziewam się pięknej słonecznej pogody? Ale dlatego, że tanie linie lotnicze mają najbardziej barbarzyńskie godziny swoich lotów! Nasz lot był o 4.20 rano! I to z Katowic. Bardzo spodobało mi się podsumowanie tego faktu przez znajomego Jagi, który na wieść, że lecimy o takiej porze stwierdził, że on nigdy by z takiego lotu nie skorzystał bo – cytuję:  “czy ja zrobiłem komuś coś złego??”  Ja też nic nikomu nie zrobiłam złego, a jednak jeszcze raz dałam się namówić. No, ale jak to mówi przysłowie: “dla dobrego towarzystwa Cygan dał się nawet powiesić”. Ten nocny plan oznaczał, że najpierw trzeba było w lekkiej nerwowości (albo mniej lekkiej) 🙂 pakować swoje rzeczy, setki dokumentów, wypełnić dziesiątki covidowych papierów, wyjechać na lotnisko Katowice/Pyrzowice o północy, zostawić auto na parkingu u “pana Janka” i stanąć w jednej z kolejek, których było kilkanaście w malutkiej hali. Wszyscy ludzie mieli loty mniej więcej o tej samej porze i w tych samych kierunkach i tymi samymi “tanimi” liniami. Potem znów ogromnie długa, fatalnie zorganizowana kolejka do odprawy i kontroli bagażu. Nie dziwię się, że dzieciaki głośno płakały i marudziły, bo ja byłam blisko takiej reakcji.   

Najbardziej zaskoczyła mnie praca obsługi samolotu. Najpierw pilot, który podawał informacje dla pasażerów w języku angielskim i polskim z taką prędkością i tak niewyraźnie iż choć wydaje się, że obydwa znam, to nie rozumiałam żadnego słowa. Ani o wysokości lotu, ani o czasie i długości lotu. Ani “życzymy miłego lotu” ani.. – zero kontaktu.. Gdyby mamrotał, bełkotał, mówił po chińsku czy w jakimkolwiek innym narzeczu świata, to brzmiałoby tak samo. Zupełny bezsens tej części jego pracy. A dwie panie stewardessy? To dopiero parodia pracy!!  Przy wchodzeniu pasażerów do samolotu uprzejmie mówiły “dzień dobry” następnie, tak jak trzeba, pokazały jak odpinać – zapinać pasy i poszły na koniec samolotu usiąść na swoich małych siedzeniach. Plotkowały i to dość głośno, bez żadnego skrępowania, na bardzo prywatne tematy przez całe dwie i pół godziny. Wiem, bo siedziałam w ostatnim rzędzie, tuż przy paniach stewardesach.  Mogłabym ze szczegółami powtórzyć ich opowieści. Ponieważ linie te nie proponują niczego do picia, nie mówiąc już o orzeszkach, paluszkach i kanapce, panie nie miały NIC do roboty. Na 15 minut przed końcem lotu wzięły wózek, załadowały go kilkoma produktami kosmetycznymi i dosłownie przebiegły jak w maratonie wzdłuż i z powrotem przejście pomiędzy pasażerami. Trwało to może 4-5 minut.. Gdy samolot stanął na płycie lotniska, niektórzy pasażerowie nie bacząc na kolejność miejsc poderwali się i zaczęli przepychać się do wyjścia, mimo że drzwi wciąż były zamknięte i jakiekolwiek szybsze dojście do wyjścia było nieuzasadnione, wręcz niebezpieczne i bezsensowne. A panie stewardessy nie powiedziały jednego słowa, nie upomniały pasażerów, nie przypomniały jakie są podstawowe zasady zachowania w takim momencie, co wydaje mi się, że należy do ich obowiązków pracy… Swoją drogą, chciałabym wiedzieć ile “tanie” linie płacą swoim pracownikom za taką pracę???  Dużo latałam i różnymi liniami w najrozmaitszych krajach świata ale takiej ignorancji nie spotkałam.

Port lotniczy Chania, Kreta

Ale – samolot wylądował bezpiecznie i o wyznaczonym czasie, co dla nas oznaczało już prawie godzinę 10 rano (czas w Grecji przesuwa się o jedną godzinę do przodu). Jakby nie patrzeć, lot z Katowic na Kretę zabrał nam CAŁĄ noc. W naszym superowym resorcie znaleźliśmy się po 11 godzinie, wykończeni i zmęczeni, jakbyśmy odbyli podróż co najmniej z Australii…   

Po godzinnej podróży autobusem dojechaliśmy do naszego nowego miejsca zamieszkania na najbliższy tydzień. Nasz resort okazał się być nowiutki, oddany do użytku dopiero w tym roku, w lutym. Piękne nowoczesne rozwiązania, dużo wody wszędzie – baseny, baseniki w rozmaitych kształtach i rozmiarach, zarówno w sensie użytecznym jak i dekoracyjnym. Budynki tak zaprojektowane, że tworzą małe bryły, które na dole posiadają pokoje wychodzące swoimi tarasami na podłużne baseny ( można sobie w nich dowolnie siedzieć i popijać zimne drinki 🙂 Następnie na piętrze są apartamenty dwupoziomowe, gdzie na dolnym poziomie jest salon, łazienka i duży balkon z widokiem na morze i na baseny, palmy i dużo zieleni, a na górze (kręte ładne, ale mało przyjazne dla “staruchów” schody 🙂 wygodna duża sypialnia. Nowoczesne meble, dużo szkła, wygodnie wbudowane szafy, szuflady etc. W częściach końcowych segmentów budynków pokoje miały na dachu baseny “prywatne” czy raczej rodzaj jacuzzi. Nie wiem dokładnie jak to wyglądało, bo znam tylko opis od pań, które tam mieszkały.  Część “publiczna” czyli restauracja, bary, hol główny równie piękne i nowoczesne. Czysto, przejrzyście, wygodnie. Obsługa bardzo miła, uczynna i.. dużo Polaków! Są także inni, ale język polski można usłyszeć na każdym kroku.  

Jedzenie.. cóż .. dużo, ładnie podanie w bufecie, ale według moich obserwacji i doświadczeń – wybór jest zbyt duży, a cały czas niemal taki sam. Ale jest to pierwszy sezon po otwarciu, pewnie jeszcze nie mają zbyt wielu kucharzy i dobrze dobranego menu. Głodni nie jesteśmy, wręcz przeciwnie! A poza tym nie przyjechaliśmy to tylko dla jedzenia – zwłaszcza my NIE powinniśmy. 🙂 

Pierwszy zachwyt morzem i okolicą

Nie jedliśmy też cały czas tu na miejscu w resorcie, na naszych wycieczkach i wyjazdach próbujemy lokalne greckie potrawy. Jedliśmy już wszystko co nam polecono. Mnie najbardziej smakowały maleńkie smażone rybki, które zjada się w całości nie bacząc na głowy czy ogonki. Chrupiące i smaczne, podawane jako przystawka. Pyszna jest też Moussaka – plastry bakłażana,  ziemniaka i warstwa sosu beszamelowego, wszystko  razem zapiekane. Niby brzmi prosto, ale ma w sobie tyle specyficznych przypraw i tak jest połączone, że na początku nie sposób odgadnąć co jemy. Grecy mają całą gamę pysznych serów, bardzo różnych od naszych, sałatki, do których te sery zawsze są dodawane, zioła najróżniejsze. Jeśli mięsa to baranina, cielęcina. Trochę widać tu wpływ  kuchni włoskiej, co nie może dziwić jeśli posłuchamy historii Krety. 

Oczywiście, natychmiast po przylocie rzuciliśmy się do rozglądania się wokół: baseny, wygodne leżaki, morze o cudnym kolorze granatu i fale szumiące i uspokajające MÓJ system nerwowy, 🙂 bar, zieleń.. Naszą uwagę zwróciło pięknie podświetlone drzewko oliwkowe, ładnie wyeksponowane, w centralnym miejscu, tuż po wyjściu z holu głównego jadalni. Tradycja drzewek oliwkowych na Krecie ma 5500 lat.  Ma ono głęboka symbolikę i wielkie zastosowanie w wielu dziedzinach. Można o nim przytoczyć dziesiątki opowieści, kupić je w każdym sklepie, zjeść w każdej postaci. Są czarne, zielone. Rosną na drzewach przydrożnych na ulicy, w gajach i ogrodach. Są symbolem tego skrawka świata.

Drzewko oliwkowe, które rośnie na ulicy

Oprócz tego pięknego drzewa w naszym resorcie, zauważyliśmy drzewka oliwkowe spacerując zwykłą ulicą, gdzie nikt pewnie na nie nie zwraca specjalnej uwagi. 

  Sezon wakacyjny się skończył więc tłumów nie ma, a poza tym ten nasz hotel to wyraźnie nowe miejsce i chyba dość drogie. Nikt nie musi wypadać rano o świcie, żeby zająć leżak, po trzech dniach już zaprzyjaźniliśmy się z wieloma osobami, głównie młodymi rodzinami z małymi dziećmi. 🙂  Połączyło nas poszukiwanie włączenia się na TV lub Internecie w możliwość oglądania meczów Polski z San Marino i Anglią. Młodzi byli zdecydowanie bardziej operatywni niż nasi panowie i w efekcie poradzili sobie znacznie lepiej, ale dyskusja o meczach, a potem o ich sympatycznych maluchach połączyła nas wymianą miłych i przyjaznych rozmów. Ciekawa obserwacja: jadąc na te wakacje spodziewaliśmy się tu większości “emerytalnych współwakacjuszy” a okazało się, że nie tylko chyba jesteśmy tu najstarsi, ale prawie nie ma tu “starszych”. Młodzi przeważali i w dodatku my starzy wcale im nie zawadzaliśmy. 🙂 To miłe!

Ponieważ Pan Kolega znany jest z tego, że nie potrafi usiedzieć na swoich “czterech literach” dłużej jak 10 minut, więc panowie jak “papużki-nierozłączki” natychmiast zaczęli biegać w celu.. albo bez celu – w każdym razie co kilka minut kreowali bardzo ważne zadania – a to zapytać w recepcji o ręczniki na plażę, a to o wycieczki, a to o wymianę pieniędzy, a to pójść na drugą stronę ulicy i znaleźć bankomat i kupić Metaxę i wodę.. Cokolwiek, by COŚ się działo. Dzięki temu, zanim na drugi dzień miało się odbyć oficjalne zebranie informacyjne, między innymi o wycieczkach i atrakcjach w tutejszym resorcie, to my już mieliśmy wybrane i wykupione dwie wycieczki, i na pierwszą z nich pojechaliśmy już we wtorek, o 5.00 rano, na Santorini. A w środę o 7.00 rano do Knossos i Heraklion. 

Migawki z Santorini

Uznaliśmy jednomyślnie, że jednak te dwa miejsca lepiej zwiedzać z przewodnikiem, dojechać autobusami i zdać się na organizację tutejszych, niż wynajmować auto i samemu każdą z tych części organizować według własnego pomysłu. To długie i bardzo intensywne wycieczki, zwłaszcza ta na wyspę Santorini. Kilka godzin autobusem, dwie i pół godziny ogromnym promem (katamaranem) na ponad tysiąc ludzi, potem znów autobusem po wąskich drogach-serpentynach wyżłobionych w wulkanicznej skale,  do miejscowości tak malutkich i tak urokliwych, że do dziś nie wiem jak ten wielki autobus był w stanie dojechać tam, znaleźć miejsce do parkowania i orientować się, co gdzie i jak.. 

W takich miejscach dobry przewodnik to osoba na wagę złota a my taką mieliśmy. I w dodatku, tak dużo było Polaków, że nasz autobus miał przewodnika w języku polskim. Wyspa Santorini ma niezwykle ciekawą historię. Na długo przed wybuchem wulkanu Thera, na tej wyspie już 3000 lat p.n.e pojawili się pierwsi mieszkańcy Minojczycy, przedstawiciele wysokiej cywilizacji. Niestety, wybuch wulkanu spowodował koniec kultury minojskiej, nie tylko zresztą na Santorini. Na skutek wybuchu powstało ogromne tsunami i zatopiło Santorini, sąsiednie wyspy i całą cywilizację “zmiotło” z ich powierzchni. Ponownie na wyspie pojawili się mieszkańcy dopiero w starożytności i ziemia ta przechodziła z rąk do rąk w posiadanie kolejnych władców – Greków, Wenecjan, Bizantyjczyków, Turków. Dopiero od 1830 roku wyspa należy oficjalnie do państwa greckiego. 

Białe budynki, niebieskie kopuły, błękit morza i tysiące kolorowych kwiatów

Kolejny wielki kataklizm wyspa przeżyła w 1956 roku, gdy nastąpiło trzęsienie ziemi, zginęło wówczas ponad 800 osób, wiele domów i wiosek całkowicie osunęło się do morza a wyspa przybrała zupełnie inny kształt niż miała poprzednio. I wtedy właśnie pojawiła się idea stworzenia na Santorini oazy dla turystów. Wiele starych zniszczonych domów wykupiono, odbudowano i zmieniono na cudowne hoteliki, z basenami, ogrodami bajecznie kolorowych kwiatów, zbudowano drogi dojazdowe na zboczach gór, których 80 procent stanowi..pumeks. Tak! Ta wulkaniczna wyspa zbudowana jest z pumeksu! Wydaje się to nieprawdopodobne. Ale – jest prawdziwe! 

Dziś Santorini przyjmuje tysiące turystów. Każdego dnia przesuwa się wąskimi uliczkami tłum zachwyconych obcokrajowców z całego świata. Podziwiają krajobraz, pomysłowość tubylców, właścicieli hoteli, którzy doglądają swoich posiadłości przez 6 miesięcy trwania sezonu turystycznego, a potem wyspa niemal całkowicie pustoszeje. Większość ludzi wyjeżdża na zimę do Grecji na ląd, by wrócić ponownie na kolejny letni sezon. 

I jeszcze Santorini – miasteczko OLA

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu na własne zwiedzanie, ale miasteczko OLA zrobiło na nas duże wrażenie. Białe małe budynki z szafirowymi okrągłymi dachami (kopułami), wąskie uliczki, kaskady mocno różowych bugenwilli, fioletowych, białych, zielonych kwitnących krzewów i niesamowicie kolorowych sklepików – wszystko to na tle turkusowego morza w dole miasteczka sprawia wrażenie bajkowej scenerii. Oczywiście błękitne niebo, słońce i tłum roześmianych szczęśliwych ludzi. Kiedy jeszcze przewodnik dołączy do tej scenerii kilka ciekawych faktów, kilka legend, opowieści niesamowitych – nawet jeśli jest to tylko “pigułka” tej pięknej wyspy, to warto było długo jechać, długo płynąć, by przeżyć takie doświadczenie. 

Rocznicowo

Później znaleźliśmy się w stolicy Santorini, Firze, gdzie również podziwialiśmy piękne widoki, kilka ciekawostek historycznych i wreszcie dotarliśmy do lokalnej restauracji na lunch. To znaczy ja dotarłam, bo reszta naszej “drużyny” po prostu – zgubiła się!  Nie wiem jak oni to zrobili, gdzie patrzyli, jak szli i gdzie się zapatrzyli… weszłam do umówionej restauracji, gdzie był tłum i wielka zawierucha wygłodniałych klientów i chętnych do złapania wolnego stolika, a ja usiłowałam znaleźć moich kompanów telefonicznie i zatrzymać stolik, który zajęłam. To był duży wyczyn, bo restauracja była jak ul szalonych pszczół. Na szczęście, zguby się odnalazły, zjedliśmy bardzo dobry lunch, nawet wino udało się znaleźć nie najgorsze. Dla mnie był to ważny dzień, bo to tego dnia przypadała nasza 47 rocznica ślubu. Miałam nadzieję, że ten lunch będzie spokojniejszy i bardziej “uroczysty” ale wyszło jak wyszło. Za to miejsce okazało się specjalne. W życiu tak bywa, nigdy nie wiadomo, co jeszcze ciekawego może przydarzyć się na naszej drodze życia. 🙂 

Powrotna droga była równie długa i męcząca, ale warto było. Jak powiedział pan z naszego biura podróży – Santorini, to wyspa, którą raz w życiu trzeba zobaczyć. Nie sądzę, że zobaczę ją kiedyś po raz drugi.. 

Migawki z Pałacu w Knossos

 Następnego dnia znów wstaliśmy bardzo wcześnie, by tym razem pojechać na wycieczkę do Knossos i Heraklion. Pałac a właściwie jego rekonstrukcja ruin to największa atrakcja turystyczna tego regionu. Knossos było stolicą Minojczyków a ruiny pałacu są cudem archeologii i historii. Oglądając resztki autentycznych murów i rekonstrukcję pozostałych fragmentów, słuchając przy tym ciekawych opowieści przewodnika mieliśmy poczucie uczestnictwa w czymś niezwykłym, niedostępnym i niesamowitym. Knossos to miejsce wyjątkowe, to magia dalekiej przeszłości, która daje nam świadomość jak głęboko w niej tkwimy i jak mocno jesteśmy z nią związani.

Happy birthday, Panie Kolego!

Gdy już nasyciliśmy się historią, idąc za sugestią pani przewodniczki znaleźliśmy miłą lokalną knajpkę z pysznym jedzeniem – ryby różnego rodzaju, moje ulubione opiekane małe rybki, które je się w całości, wreszcie dobre winko, którym celebrowaliśmy urodziny Pana Kolegi (tak jakoś nam się zdarza, że każdego dnia mamy inna okazję do specjalnej celebracji. 🙂

W drodze powrotnej padał deszcz, ale szczęśliwie gdy dojechaliśmy do naszego resortu, wieczór był piękny, świeży i po deszczu nie było śladu. No, może zapach roślin był intensywniejszy.. 

Chania by night 🙂 – wieczorem jest tam jak w bajce

Kolejne dni to już tylko wakacyjne leniuchowanie na plaży, niezbyt wygodnej, bo jednak piasku na niej mało, raczej żwirek i kamyki. Ale za to kolor wody i szum fal wynagradza te niedogodności. Poza tym były zadaszenia osłaniające od intensywnego słońca, wygodne łóżka – leżaki no i stoliki na orzeźwiające drinki. 🙂 W końcu co więcej potrzeba leniuchom wakacyjnym?? A że w naszym przypadku leniuchowanie trwać za długo nie może, więc jeszcze raz pojechaliśmy późnym popołudniem do Chani. Chania jest cudownym miasteczkiem, nazywanym też “drugą Wenecją”, bo taki styl nadali jej kiedyś Wenecjanie rządzący tym miastem przez długi czas. Klimat tego zakątka jest fantastyczny! Po południu przyjechaliśmy taksówką (mieszkaliśmy w resorcie, który znajdował się niby w Chani, ale jednak 18 kilometrów od niej) i ponieważ pierwszego dnia naszego pobytu byliśmy tam wieczorem, tym razem chcieliśmy zobaczyć koloryt miasta za dnia. Stare mury wplecione w nowsze budowle, wokół sklepiki zarówno te małe z tysiącem pamiątek, drobiazgów dla turystów, biżuterii, lokalnych smakołyków jak i takich z towarami ekskluzywnymi bardzo drogimi. W malutkich wąskich uliczkach dziesiątki stolików i krzeseł, kaskady kolorowych kwiatów. O tej popołudniowej porze jeszcze nie było tłoczno w restauracyjkach. Ale zanim zrobiliśmy nasze zakupy, zanim zdążyliśmy pooglądać, nacieszyć się widokiem zachodzącego słońca, miasto zmieniło swój wygląd. W uliczkach zatopił się tłum ludzki, morze zmieniło kolor na granatowy, a kafejki i restauracje zapełniły się wielojęzykowym  gwarem i szumem.

Zakupy i prawdziwie grecki obiad w Chani

A my poczuliśmy wielki głód i zaczęliśmy się rozglądać, którą restauracyjkę wybrać na dzisiejszy obiad. Padło na taką przy nabrzeżu morza i taką, która oferowała prawdziwe greckie jedzenie, przy stolikach w niebiesko-białą kratkę. Zamówiliśmy po prostu półmisek wszystkiego greckiego! A raczej dwa półmiski i okazało się to dużym błędem, bowiem była to porcja dla pułku wojska a nie dla czterech osób! Za to atmosfera tego obiadu w tle z szumem morza, lokalne wino, które nam pan kelner polecił okazało się wyjątkowo dobre i jedzenie bardzo smaczne, choć nie było takiej siły byśmy zmietli z tych wielkich talerzy wszystko! Choć północ zbliżała się szybkimi krokami, miasto żyło całą pełnią, a nam (no, może nie wszystkim..) nie chciało się kończyć tej nocy. 

Ostatni obiad wakacyjny, ostatni wieczór

Nic jednak nie trwa wiecznie. Podobnie jak nasze wakacje. Po tygodniu beztroskiego wakacyjnego życia, mimo covidowych przeszkód, wciąż gdzieniegdzie nakładanych maseczek, sprawdzanych papierów z potwierdzeniem szczepień, trzeba nam było wracać. 

Ale to jeszcze nie koniec naszych wakacji. Na deser pozostał Kraków, a wraz z nim miejsca dzieciństwa, młodości, grono rodziny i wciąż bliskich przyjaciół. Opowieści o następnym tygodniu spotkań i przeżyć w trzeciej części wakacyjnego tryptyku. 🙂 


BACK

Papierzyska, test, stres – czyli wakacje w Europie 2021

Część I-sza: Gdańsk

9/5/2021

Kilka miesięcy temu pod “presją” dobrych wieści” wyjazdowo-wakacyjnych” stanęło, że i my polecimy do Europy. Wirus covidowy tak nam, jak i całemu światu zmienił życie, usidlił w domu na długie miesiące. I choć już kilka razy odważyliśmy się być na wakacyjnych wyprawach, to jednak wciąż nie mieliśmy odwagi sięgnąć dalej, poza granice amerykańskie. Zresztą, dzięki temu, przypomnieliśmy sobie, że wciąż we własnym kraju  mamy wiele nieodkrytych zakątków i warto je odwiedzić, bo Ameryka jest piękna!  

Moje sentymenty i tęsknoty rodzinne nie dawały mi spać spokojnie, odkładanie spotkań rodzinnych na kolejny rok w tych codziennie zmieniających się czasach wydawało mi się coraz większym bezsensem. Po drodze, w rozmowach towarzyskich pojawiła się jeszcze słoneczna i stara Grecja a właściwie piękna wyspa Kreta i tak powstał plan tegorocznych wakacji, Europa 2021. Łatwo powiedzieć – trudniej z realizacją… Zaczęłam śledzić informacje o wyjazdach do Europy i powrotach do Houston i okazało się, że niby przepisy powinny być jednakowe a jednak – każdy podróżny ma inne doświadczenia. To co trzeba było koniecznie MIEĆ zrobione w czerwcu, w lipcu już niekoniecznie było aktualne. To co przydarzyło się komuś na lotnisku w Amsterdamie, niekoniecznie spotkało kogoś innego nawet w tym samym czasie.. Jak uwierzyć, a jeszcze bardziej jak być pewnym co trzeba, co powinniśmy zrobić?  Każdy radził co innego.  Na wszelkiego rodzaju stronach internetowych informacjom nie ma końca i każda w tonie groźby i bardzo jednoznacznych wymagań. Zabrałam się do ustalania listy zadań przedwycieczkowych do wykonania i okazało się, że lista wydłuża się z dnia na dzień. Ostatecznie, doszliśmy do wniosku, że mając zaświadczenia o podwójnym szczepieniu, testu covidowego nie będziemy robić. A zaraz potem dowiedziałam się, że właśnie kilka dni temu ktoś lecąc przez Amsterdam (tak jak my) miał kłopot z wjazdem do Polski, bo nie miał zrobionego testu. Wpadłam więc w panikę i chcąc uniknąć jakichkolwiek zatrzymań, kłopotów, przedłużeń podróży i innych niespodzianek tego covidowego bałaganu, uznałam, że jednak zrobimy test. Test można zrobić tylko w ciągu 48 godzin przed wylotem i tylko w określonych miejscach. I nagle okazało się, że takich miejsc wcale nie jest tak dużo, że wcale terminy nie są tak łatwo dostępne jak wszyscy o tym mówią i jak podaje niemal każda strona internetowa. 

W sumie – test zrobiliśmy w piątek rano, niepewną ręką, bo w końcu skąd pewność, że wiemy jak go sobie zrobić samemu? Wyniki przesłano mi e-mailem późnym popołudniem w sobotę, a mojemu mężowi dopiero w niedzielę rano mimo, że test miał zrobiony w tym samym momencie co mój. Przyznaję, że nie było miłe i spokojne oczekiwanie na wyniki. Godzinę później byliśmy już w drodze na lotnisko. 

Na szczęście od tego momentu wszystko szło jak “z płatka” (skąd właściwie takie powiedzonko?). Szybka bezproblemowa odprawa, żadnych dodatkowych pytań, żadnych sprawdzań, otwierań walizek, torebek itd. Natychmiast dla odprężenia poszliśmy na lunch i winko. A gdy weszliśmy w strefę oczekiwania na wejście do samolotu, przez moment myślałam, że to jakaś pomyłka.. Nie pamiętam sytuacji, by 20 minut do czasu rozpoczęcia odprawy tak mało ludzi oczekiwało na lot wielkim samolotem do Europy.. Samolot był wypełniony może w jednej trzeciej jego pojemności. W związku z tym każdy pasażer miał cały rząd miejsc dla siebie, mogliśmy wygodnie siedzieć, przespać się w czasie lotu, wygodnie się ustawić w swoich siedzeniach. Takiego “luksusu” w swoich podróżach z normalnej klasie ekonomicznej nie pamiętam w swoich podróżach!

W Amsterdamie szybko i sprawnie przenieśliśmy się do samolotu do Gdańsku, który już był wypełniony, ale lot krótki i sprawny. Gdańsk powitał nas zachmurzonym niebem, siąpiącym drobnym deszczykiem i dość niską temperaturą. Niską – porównując do upałów w Houston. 

Dzień pierwszy spędziliśmy z ciocią, która za tydzień będzie w dużym gronie rodzinnym obchodzić swoje 90 urodziny. Niestety, nas już w Gdańsku nie będzie, ale przygotowałam dla niej drobna niespodziankę, którą w czasu uroczystego obiadu wręczy jej w naszym imieniu moja kuzynka. 

Polska Żubrówka i opowieści rodzinne cioci Lili

Ciocia ma się bardzo dobrze, ugościła nas pysznym polskim ciastem, opowieściami rodzinnymi, które końca nie miały przez wiele godzin i ogromną ilością zdjęć zgromadzonych w albumach. Mają one dużą wartość, bo jej mąż a jedyny brat mojej Mamy i jej sióstr był kiedyś dyrektorem stoczni im. Lenina. Pisałam już kiedyś o tym więcej. Czasy, kiedy jego kariera toczyła się od prostego robotnika do naczelnego dyrektora, były trudne i ciekawe i nie ma się co dziwić, że ciocia ma w głowie tysiące wspomnień. Każdy produkowany i sprzedawany w tamtych czasach statek, każda delegacja przybywająca z różnych, wtedy dla nas “egzotycznych krajów” (np. Kolumbia) to były dla cioci, żony dyrektora Stoczni, spotkania i atrakcje niezapomniane do dziś. 

Wsłuchiwaliśmy się w te opowieści,  podziwialiśmy jej pamięć a przede wszystkim cieszyliśmy się, że jest szczęśliwa znów przeżywając swoje przeszłe dobre życie. 

Zjedliśmy dobry włoski obiad z czerwonym winkiem, przeszliśmy się spacerkiem w deszczowej aurze i wieczorkiem pojechaliśmy do kolejnego punktu naszej gdańskiej przygody. Zmęczeni, ale za to szczęśliwi, że jesteśmy w Gdańsku. Po prawie dwóch latach, udało się! Plan podróży wrócił na swoje miejsce..

Spotkanie po latach z moim kuzynem Zbyszkiem i jego wnuczką

Następnego dnia wszystko nabrało właściwego planu i szybkości, moja kuzynka Magda wraz z jej rodziną zorganizowała nam każdą chwilę. Starówka Gdańska, spacer w Sopocie na słynnym od zawsze Molo, śniadanie w kawiarence nad Bałtykiem, spotkanie z moim ulubionym kuzynem Z.

Rodzinna radocha!

Wieczory przegadane, przepite i przejedzone pysznościami, niekończące się opowieści, śmiechy, wspomnienia i plany na przyszłość. I specjalny dzień spędzony w Sulęczynie, w letnim domku mojej ukochanej cioci Hani i jej męża, w scenerii soczystej zieleni, pachnącej kończącym się już tutaj latem. Kawa, niezliczone ilości polskich ciast, winko i koniak Metaxa, który kiedyś “nauczyłam” ciocię pić, gdy kilka lat temu spędzaliśmy wiele godzin nocnych na wspólnych długich rozmowach. Tym razem  życie podarowało nam tylko kilka wspólnych godzin, ale i tak wypełnionych emocjami, ile tylko się dało. Jak dobrze było przytulić się do niej jak do “drugiej Mamy”! Bo ona jest dla mnie drugą Matką, przyjaciółką i najlepszą ciocią ! 

Rodzinny dzień w Sulęczynie z kochaną ciocią Hanią.

 Całą dużą grupą rodzinną udaliśmy się na obiad do starego XVIII -wiecznego Dworku w Sulęczynie, który niedawno został wyremontowany i przebudowany na hotel i restaurację. Wokół śliczne jeziorka, ogrom kwiatów i zieleni. 

Artystyczny obiad w kaszubskiej restauracji w starym Dworku, w Sulęczynie

W restauracji bardzo miła obsługa, menu całkiem imponujące. Zamówiliśmy przystawki, dania główne, wódeczkę do śledzika i wino do obiadu. Na początek otrzymaliśmy na powitanie od szefa kuchni – chipsy z glonów z sosem z serka Philadelphia o smaku cytrynowym z czymś zielonym na wierzchu, dość egzotycznym i pięknie ułożonym. Wszystko to fachowo opowiedziane i zareklamowane przez miłego pana kelnera. Bardzo sympatyczne powitanie w restauracji w kaszubskim Sulęczynie! A później już każda potrawa  zachwycała nas coraz bardziej, a to przystawka – ser kozi z dodatkami jarzyn i sosów czy śledzik (wyglądał jak kawałek egzotycznego węża 🙂 z musem ziemniaczanym i dekoracją z malusieńkich ogóreczków i jabłek i cykorii, a może jeszcze czegoś innego?.. Wszystko to udekorowane sosem lekkim seledynowym kolorze i delikatnym w smaku. I do każdego “talerzyka” pojawiającego się przed nami przyjemny głos kelnera zachęcał nas do jedzenia opisem słownym tego dania. Zachwycała ta oprawa i atmosfera, wystrój i nastrój restauracji. Muszę przyznać,  że czuliśmy się wykwintnie i specjalnie. W małej Kaszubskiej miejscowości Sulęczyno tyle elegancji i pyszności! Moje danie główne, to było żebro z dzika z grzybkami- kurkami i dekoracją z dwóch różnych sałat. Do tego wino argentyńskie, Malbec. Inni wybrali sandacza, czy grillowanego brokuła, wszystko wszystkim smakowało i podobało się, bowiem estetyka potraw była wielce artystyczna!

Na desery nie starczyło nam siły i miejsca w żołądkach, ale za to zebraliśmy siły na urokliwy spacer wokół jeziorka i wśród pięknych, choć już trochę przekwitających kwiatów. 

Za to w domku cioci, na tarasie, z którego tak pięknie prezentuje się widok zielonego schodzącego w dół wzgórza i jeziora w dali, znów była kawka i sernik i polskie ciasto drożdżowe z kruszonką i owocami i wszystko to, co pamiętam z dzieciństwa i co tylko w polskich smakach można znaleźć. 

Muzeum Bursztynu w Gdańsku

Następnego dnia zwiedziliśmy Muzeum Bursztynu w Gdańsku i piękne turystyczne trasy nad rzeką Motławą i Długi Targ. Wieczorem obiad z rodziną i ich przyjaciółmi w restauracji o ciekawej nazwie ( jakby biblijnej? 🙂  “Chleb i Wino” .

Gdańsk nocą. Obiad w restauracji nad rzeką Motławą

Jedzenie wykwintne, dla mnie zrealizowanie moich tradycyjnych “polskich kulinarnych punktów”, bo jadłam tatara wołowego i pstrąga z chrupiącą skórką. Ale znów wystrój i “aranżacja” potraw na talerzu przypominała raczej wystawę malarstwa niż sztukę kulinarną. A może dziś to już jedno i to samo?? 

Wieczorna aura i atmosfera nocnego Gdańska jest w tym miejscu zawsze piękna, coraz piękniejsza i coraz bardziej mnie wzrusza. 

Ostatni dzień spędziliśmy z inną kuzynką,  Elą. Tym razem dzień był bardziej “turystyczny”.  Ela, polonistka z zawodu i z zamiłowania, Gdańszczanka z urodzenia, posiada prawdziwą skarbnicę wiedzy historycznej o tym mieście. Poprowadziła nas po uliczkach starego Gdańska i opowiedziała ciekawie kilka legend, opowieści, których pewnie nigdy nie usłyszelibyśmy w zwykłych rozmowach rodzinnych. Chciałabym, żeby kiedyś powtórzyła je moim wnukom. 

Stocznia im. Lenina – dziś już tylko wspomnienie tamtych dawnych czasów..

Na koniec jeszcze rzut oka na dawną Stocznię im. Lenina, która dziś pełni już tylko rolę historyczną. Wokół niej mieszczą się kultowe kluby dla młodzieży. Życie ma tam dziś już całkiem inny wymiar. Ale pomnik słynnych trzech Solidarnościowych Krzyży króluje wysoko i łatwo go dostrzec z daleka. Jadąc jeszcze spojrzeliśmy na  Stadion Bursztynowy, dumę  miłośników gdańskiej  piłki nożnej. 

Ostatnie wspólne rodzinne chwile. Dziekuję !

A późnym wieczorem kolacja z rodziną Magdy, śledzikowo-rybkowa, ostatnie chwile pełne planów jak i kiedy znów się spotkamy. Choć doświadczenie ostatnich dwóch lat nauczyło nas, że nie można planować nic “na pewno”, to jednak trzeba mieć plany i marzenia.  Dobrze jest nam razem, gdy się spotykamy, więzy które nas łączą są silne i nie są nam obojętne. Wierzymy, że nasz plan na kolejne spotkanie zrealizujemy! 

Uwielbiamy te gdańskie jagodzianki!

Kończy się gdańska część wakacji. 

Wsiadłam do pociągu NIE “byle jakiego”, bo Intercity Pendolino i pojechaliśmy  wygodnie, komfortowo do Krakowa, a dodatkową słodką atrakcją były pyszne „jagodzianki”, które Magda w zgrabnym pudełeczku podała nam na drogę do kawy. Następnego dnia mieliśmy się przemieścić kolejnym samolotem się na południe Europy. Ale o tym będzie za kilka dni w następnej opowieści. 🙂


BACK

Piwo, wino, szampan… Czy lubić alkohol to znaczy mieć zadatki na alkoholika? 

 8/15/2021   

Coś mi się wydaje, że wraz z tytułem już mam tysiąc wrogich spojrzeń na ten wpis 🙂

Z kieliszkiem czerwonego wina zawsze odważniej pogadać:)

Broniłam się przed tym tematem, ale życie mnie do niego ostatnio coraz częściej popychało, moja przyjaciółka głośno mnie namawiała, a ja sama mam w swojej głowie pękającą szufladkę przemyśleń, które domagają się wyrzucenia ich na kartki komputerowe. Oczywiście, będzie to moje i tylko moje!  Nikt nie musi się ze mną ani zgadzać ani utożsamiać, bo jak wiadomo, temat alkoholu to temat stary jak świat i wielki jak kosmos i rwący jak strumień górski.  Jestem na tyle stara (przepraszam – dojrzała) 🙂 i na tyle wciąż trzeźwa, że mogę sobie bełkotać jak po kilku butelkach dobrego czerwonego wina. A że wino lubię najbardziej, to wybieram ten właśnie trunek i zaczynam moje gadanie.

Tak, tak – wiem. Wszystko już w tej kwestii zostało powiedziane! Na poważnie i na wesoło. W komiksach i w historiach, które skończyły się bardzo tragicznie. Każdy, ktokolwiek i kiedykolwiek o tym pisał czy mówił, na pewno miał swoje racje. Alkohol – dla wielu jest koszmarem życiowym i nieodwracalną tragedią całych rodzin.  Przyczyną śmierci, samobójstw, kalectwa. Ale  niezupełnie w tym wymiarze chcę dziś popatrzeć na alkohol. Nie mam jednak zamiaru bagatelizować  tematu. 

Bo temat jest wielowymiarowy i dla większości z nas stanowi przez całe życie element normalnego dorosłego funkcjonowania. Jak wszystko inne, co każdego dnia zdarza nam się robić. Pytanie tylko – jak to w naszym życiu egzystuje? Jak sobie z tym dajemy radę? Jakie miejsce zajmuje alkohol w hierarchii naszych spraw, działań, życia towarzyskiego?  Odpowiedź jest trudna i niejednoznaczna, bowiem wiadomo, że na różnym etapie życia alkohol dla nas ma różne znaczenie. Wpływ też ma dom rodzinny, geny, towarzystwo, w które zapląta nas jakiś  moment życiowy, nasza odporność psychiczna, wydarzenia osobiste etc. etc..

Piwa jasne i ciemne… ale to już współczesny wybór

Urodziłam się w Polsce, w czasach, gdy podstawowym jeśli nie jedynym trunkiem była wódka i to dość kiepskiego gatunku. Owszem, były i lepsze ale większość ludzi piło tę najtańszą. Dopiero znacznie później pojawiło się na półkach dużo innych gatunków wódek i wybór był znacznie większy. Popularnym alkoholem było piwo i choć dziś Polska uchodzi za drugiego największego producenta piwa w Europie (po Niemcach) to w latach 50-60-tych piwsko było po prostu piwskiem. Dostać lepsze piwo było bardzo trudno. Kiedy już byliśmy nastolatkami i jeździliśmy z rodzicami na wakacje w okresie zimowym, do Wisły albo Szczyrku, tata był bardzo dumny jak udało mu się kupić piwo Żywiec czy Lech. 

Wino? Hmm.. Pamiętam z wystaw sklepowych tylko “J-23” czyli tak nazywano wino owocowe marki “jabcok” za 23 zł. Kto to pił? Ano, ci co kupowali i zanim wyszli ze sklepu już wypijali pierwsze  trzy wielkie hausty..  

Moi rodzice lubili napić się piwa w letni gorący dzień, ale nigdy nie pamiętam, żeby w domu było piwo tak na “wszelki wypadek” jakby gość wpadł w odwiedziny. Dopiero dużo później, już w latach 80-tych alkohol był w domu w barku. Choć ten barek to była tylko umowna półka w starym kredensie. 

To koniaczek, we współczesnej wersji serwowania u moich kuzynów w Gdańsku.

Kiedy tata zaczął podróżować do dawnej Jugosławii i Bułgarii lubił przywozić stamtąd koniaki a właściwie brandy: bułgarską Pliskę i jugosłowiański Cezar.  I wtedy rodzice wieczorkiem, przy oglądaniu telewizji lubili napić się kieliszek brandy. Chyba jednak używali nazwy – koniak. 

Jako nastolatka, harcerka obracająca się w towarzystwie młodzieży trzymającej się zasad prawa harcerskiego nigdy nie miałam ani potrzeby ani specjalnych okazji do picia alkoholu. Chodziłam na prywatki, potańcówki, ale zupełnie nie pamiętam, żeby kiedykolwiek był na tych imprezach alkohol. Szczerze mówiąc to w ogóle nie pamiętam co wtedy piliśmy. Pamiętam wieżę małych polskich kanapeczek z kiełbasą i pomidorem i serkiem i ogóreczkiem. I ciasto domowego wypieku, bo przecież nikt by nie kupił w sklepie, i ciasteczka. Ale – napoje? Tak trudno było zdobyć wtedy upragnioną coca-colę czy sok pomarańczowy.. Woda na pewno nie wchodziła w grę (pewnie dlatego do dziś jej nie lubię) 🙂 Co więc piliśmy??  Nie wiem.  

Miałam może 17 lat kiedy tata nalał mi do ładnego małego kryształowego kieliszka troszkę koniaku Cezar. Uznał, że lepiej będzie jeśli spróbuję prawdziwego alkoholu w domu, pod okiem rodziców, niż gdzieś po kryjomu w nieznanych warunkach z nieznanym towarzystwem jakąś wódkę i to będzie moje pierwsze doświadczenie alkoholowe. Do dziś jestem mu za to wdzięczna. Chyba nie za bardzo smakował mi ten koniak, ale było mi ciepło w żołądku, kieliszek był bardzo estetyczny i pamiętam, że był to wesoły wspólny wieczór.  Niewiele takich mieliśmy razem.

Gdy już byłam dorosła, gdy przyjeżdżałam do domu już z mężem,  tata lubił wypić z nami koniaczek. Dużo rzadziej piwo czy wódkę. 

Na imprezach rodzinnych, imieninach czy świętach dorośli pili jednak wódkę, do wigilii czy śniadania wielkanocnego podawano kieliszek czystej. Takiej lepszej jak “Wyborowa” a potem nawet coraz to inne gatunki gościły na stole. Dopiero do deseru serwowano kieliszek koniaku. Ale nigdy wino. Bywało wesoło, szczególnie gdy dopisywali goście imieninowi, ale nigdy nie było pijackich burd i awantur. Mój dom rodzinny nie był domem „alkoholików”. Tata miał małą tolerancję na alkohol, więc nigdy nie pił dużo, a jak mu się zdarzyło przekroczyć „jego” granicę, to bardzo cierpiał 🙂 a mama zawsze wiedziała ile może wypić, by być po prostu wesołą. Potrafiła bawić się na luzie i nie “przeginać” z nadmiarem alkoholu. Do dziś mamy legendę rodzinną, gdy nauczyła się już u nas w Ameryce pić gin z tonikiem i jak za pierwszym razem nazwała swój drink “dżimikiem” – tak my w naszej rodzinie, do dziś inaczej na ten napój nie mówimy 🙂

Wino w moim i naszym życiu pojawiło się w latach lat 70-tych, gdy zaczęliśmy wyjeżdżać do na wakacje do Niemiec. Oprócz popularnego tam piwa, którym zarówno Wacek jak i Anioł zachwycali się i spijali go w ogromnej ilości (tak, w młodości odporność na ilość alkoholu była nieco większa niż teraz..)  bywaliśmy w regionach, gdzie wino było popularniejsze nawet niż niemieckie piwa. Wina reńskie i mozelskie. Jedne w butelkach zielonych drugie w brązowych. Od słodkich i półsłodkich do wytrawnych. Częstowano nas w zaprzyjaźnionych domach, próbowaliśmy kupować i smakować różnych i.. zachwycaliśmy się wtedy odkrywając zapach, delektując się  delikatnością alkoholu, które bez obawy upicia się  można było pić do obiadu, rozmowy z przyjaciółmi, deseru. Nasi tamtejsi i ówcześni znajomi i przyjaciele polecali, opowiadali a my coraz bardziej wchodziliśmy w świat win, które u nas jeszcze były niedostępne i nieznane. Dziś, gdy próbuję te wina nie mogę uwierzyć, że kiedyś zrobiły na mnie takie wielkie smakowe wrażenie.!! Jak bardzo zmieniają się nasze smaki i upodobania. Ale – do tego jeszcze była daleka droga.. 

Gdy wróciliśmy do Polski, mieliśmy po dwadzieścia kilka lat i wtedy już powoli wina zaczęły pojawiać się w polskich sklepach. 

Trudno jest złamać alkoholową tradycję narodu, zwłaszcza starszego pokolenia. Ale my, młodzi mogliśmy przecież o sferze alkoholowych przyjemności myśleć inaczej. 

Niestety, po ślubie zamieszkaliśmy w akademiku, na krótko w Katowicach a potem w Sosnowcu, a tam.. Cóż – nasi panowie preferowali wódeczkę, do brydża, do nocnych dyskusji o literaturze, na wyjazdy szkoleniowe, na imprezy towarzyskie.. Oj, dużo tego było! Dużo za dużo. Kto nie ma takich grzechów na sumieniu? niech podniesie rękę! Nie widzę… 

Nasze „akademikowe” wino – Gellala, pierwsze czerwone wino, które kupowaliśmy w Polsce w latach70-tych

Ale wtedy już zaczęliśmy kupować wina węgierskie, bułgarskie i algierskie. Było takie wino, które szczególnie zapamiętałam i chyba właśnie wówczas przerzuciliśmy się na wina czerwone. Nazywało się Gellala i kosztowało wtedy aż 56 złotych! I na pewno nie było słodkim winem!! 

Starsi (tzn. my) 🙂 pamiętamy! młodzi pewnie są w szoku! ale tak było, było naprawdę!!

Mroczne lata 70, 80-te to czasy, gdy nawet wódka była reglamentowana na kartki. Pół litra wódki na miesiąc na “głowę” dorosłego i butelka wina. Oczywiście byli tacy, co robili na tym dobre interesy i od razu zaczęli odsprzedawać swoje cenne malutkie kwadraciki z karteczki miesięcznego przydziału. Pamiętam dobrze tę “kombinację” bo ślub mojego brata odbył się w stanie wojennym w 1982 r. i trwał cały ten kołowrotek z dodatkowym przydziałem z okazji wesela. A i tak wódka musiała znaleźć się z dodatkowych źródeł i być dobrze zabezpieczona przed władzami kontrolującymi. 

W tym czasie mój mąż często jeździł do Związku Radzieckiego, co także nie pomagało w zmianach obyczaju smaków alkoholowych, bo stamtąd, jak wiadomo opowieść o piciu byłaby bardzo monotematyczna.. 

Radziecki szampan szampanem naszej epoki młodości!

Ale – za to był (wtedy tak nam się wydawało…) bardzo dobry szampan “Sowieckoje Igristoje” – półsłodki, trudno dostępny w Polsce i mój mąż przywoził do za każdym powrotem do domu. Raz nawet kupił ten szampan czerwony (raczej różowy) co dla nas było niezwykłym zjawiskiem, bo nikt wtedy takiego nie pił i nie widział. Zapowiedział, że tym razem taki szampan przywiezie, czekałam w napięciu. Niestety, mimo zabezpieczeń w walizce (a podróż odbywała się pociągiem, więc nie było to takie trudne mieć oko na stabilność bagażu) cała butelka szampana rozbiła się zalewając nie tylko wszystkie ubrania, ale także.. polską książkę kucharską z wielkim trudem zdobytą w rosyjskiej księgarni 🙂 Do dziś mam tę książkę tu w Houston z czerwonymi rogami kartek zalanymi “wykwintnym” rosyjskim szampanem lat 80-tych. Musiał jednak być wyjątkowy, skoro jego kolor do dziś przetrwał na papierze 🙂 🙂

A potem, gdy znaleźliśmy się w Houston – smaki, obyczaje, sposoby picia alkoholu, po prostu zupełnie się zmieniły. Inni ludzi, inne środowisko, inne alkohole. Inne spotkania i inne zwyczaje. Każdy pije. Każdy coś lubi. Niewielu ludzi jest niepijących. Nie piją tylko ci, którzy są naprawdę alkoholikami. Takimi, którzy przestali pić z różnych przyczyn.  Przeszli terapię albo są podczas terapii. Wiedzą, że prawdziwy alkoholik jest NIEPIJĄCY. Może brzmi to dla niektórych dziwnie, ale tak jest naprawdę.

Są jeszcze tacy, którzy alkoholu po prostu  nie lubią. Nie piją, bo z jakiegoś powodu – fizycznego czy psychicznego mają wstręt do wszelkich napojów alkoholowych. Ci mają najtrudniej. Zwłaszcza ci młodsi, bo w starszym towarzystwie nikt już się niczemu nie dziwi i nie zadaje za dużo pytań. Ale młodzi często mają “ciężkie życie” na imprezach. Być trzeźwym wśród pijących, to często większy problem dla tych, co stoją z drinkiem w ręku, niż dla tych, co sączą sobie sok pomarańczowy czy wodę mineralną. 

Dlaczego grecki lubię najbardziej? może geny smakowo-koniakowe wciąż ciągną mnie w tamtą stronę świata 🙂

Dziś, po ponad 30 latach mieszkania w Ameryce mamy dużą wiedzę o winach, jakie takie obycie po wielu wycieczkach i wizytach w Napa Valley, Sonoma, Monterey, w regionie w Santa Barbara, Washington, w winnicach we Włoszech, Hiszpanii, Australii, Nowej Zelandii czy w Argentynie… Wszędzie tam piliśmy dobre wina, próbowaliśmy różnych – i dziś już wiemy, że najbardziej lubimy wina czerwone, Merlot. Ale kiedy upał houstoński doskwiera albo okazja do celebrowania wyjątkowa, lubię dobre Chardonnay,  kocham zimny wytrawny szampan (nie, nie półsłodki radziecki!!) Po południu lubię od czasu do czasu “dżimik z tonikiem” mojej Mamy i z kropelką wermutu, a wieczorem, jak nauczyła mnie moja tradycja rodzinnego domu – kieliszek brandy, ale  teraz lubię grecką Metaxę. 

Wino w beczkach, wino w winiarniach, drinki własnego pomysłu, bar w oczekiwaniu na gości, wymyślne drinki na plaży.. Wszystko dozwolone, byle w rozsądnych ilościach!

Nie piję wódki (no.. chyba że jest polski śledzik, to wtedy wyjątkowo, śledzik bez kieliszeczka czystej nie może być!), nie piję whisky. Choć wiem, że wokół mnie jest wielu smakoszy tego trunku – z własnego domowego podwórka to znam, to mnie wyjątkowo ten rodzaj alkoholu przeszkadza. Zapach mnie drażni, choć ponoć to właśnie on najbardziej się w whisky i jej rodzajach liczy.  Cóż – każdy jest inny i każdy ma swój własny nos.  Mój wyraźnie na ten zapach się buntuje.  Mamy różną tolerancję na alkohol. Każdy człowiek wie, że zależy to od wieku (tak, im starsi jesteśmy tym mniej odporni 😦  Od pory dnia, a nawet godziny. Od genów przekazanych nam przez rodziców, od wychowania, od indywidualnej odporności psychicznej itd.

Tak wiele aspektów składa się na sposób naszego podejścia do alkoholu, do umiejętności jego spożywania i tolerowania go przez nasz organizm. Jedna osoba mówi: ja nie mogę pić szampana, bo od bąbelków boli mnie głowa, inna – mogę tylko czystą wódkę, drinki mieszane to dla mnie katastrofa. Jeszcze inna nie może łączyć piwa z winem.. Każdy ma swoje teorie albo swoje praktyki picia. Tak naprawdę – szkodzi nam tylko ilość!!  Za dużo alkoholu, za często. To jedyne co naprawdę jest SZKODLIWE! Dla głowy, dla zdrowia fizycznego, żołądka, wątroby, serca, umysłu. Dla nas samych i dla naszych najbliższych. Jeśli ciągniemy “grę alkoholową” dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, aż przeradza się to w długie lata.. już nie panujemy ani nad sobą, ani nad tym co za nami i co przed nami.  Znam takich przypadków wiele. I nie myślę teraz o historiach z książek, z kronik policyjnych, ze zwierzeń podczas dziesiątek spotkań AA.  Myślę o tych, których znam, których spotkałam na swej drodze długiego życia, kiedy byli fajnymi inteligentnymi ludźmi. Wesołymi i zabawnymi, jak my wszyscy. A którzy tak wiele stracili dla siebie i dla swoich bliskich przez zatracenie balansu.

Tatuś szampan, córka winko – niepijących brak..

 Nikt nie jest idealny. Nikogo nie oceniam. 

Lubię alkohol jak większość z nas. Mam to szczęście, że życie (geny??) podarowało mi “czerwoną lampeczkę” w głowie, która prawie zawsze zaświeca się w odpowiednim momencie i daje mi sygnał ostrzegawczy – dość! 

Nie przysięgnę, że nigdy się nie upiłam, ale było to może kilka razy w całym życiu?  “Helikopter na suficie” jak mówiła moja dawna, już nie żyjąca koleżanka, czy trzepotanie serca bardzo rzadko mi się zdarzyło. Nie znoszę takiego uczucia i chyba mój strach przed tymi objawami jest tak silny, że czerwona lampka zapala się szybciej dla ostrzeżenia. 

Gdzie my, tam winko szampan i radość. Tylko w takim sensie alkohol jest dobry na wszystko!

Są różne objawy podniecenia alkoholowego – jedni zaczynają być bardzo głośni, krzyczą w towarzystwie, inni upijają się na smutno i wyciągają wszystkie swoje kompleksy, jeszcze innych nachodzą wspomnienia sprzed 50 lat albo mówią głupoty, których w ogóle nie sposób zrozumieć. Reakcje mamy różne…

Na szczęście, na wesoło jakoś tolerujemy siebie wzajemnie i jeśli nie przekraczamy granicy i nie ranimy siebie, to w sumie na następny dzień zapominamy o kieliszkowych przewinieniach. 

Czy jesteśmy alkoholikami? Nie!  Czy mamy zadatki, żeby się nimi stać? Każdy ma. Ale – skoro dotrwaliśmy do dziś przy winku czy szampanie, wspólnie i na wesoło, to myślę, że wszyscy traktujemy alkohol jako element towarzyski. 

Mniej czy bardziej – ale dajemy sobie radę nie przekraczając granicy, za którą już jest inny, bardzo smutny świat…


BACK

“Jadą wozy kolorowe” – Agnieszka, Marylka i teatralny Dzień Matki w 2003 roku. 

8/10/2021   

We wczesnych latach dwutysięcznych Teatr Ogniskowy w Houston miał się dobrze i pracował intensywnie. Nadal w warunkach “podziemi domowych” prób, wieczornych spotkań, przeważnie u mnie w domu. Mieliśmy już całkiem nieźle dopracowany sposób przygotowań naszych przedstawień. Najpierw pomysły – co wybieramy, potem spotkania z Beatką, wielogodzinne, przegadane przy pomidorówce (tomato soup – jak to się to elegancko nazywa) 🙂 sałacie i winku  w naszej ukochanej Madlence, którą tylko czasem zamieniałyśmy na jacuzzi u Beatki na patio.  Prawie zawsze był to mój pomysł, ale Beatka natychmiast rozwijała koncepcję o dodatki muzyczne i zaraz robiło się sensownie, wesoło i kreatywnie. W tym czasie wciąż głęboko siedziałyśmy w fascynacji piosenkami Agnieszki Osieckiej, jej “Listami Śpiewającymi”, z których już kilka pokazałyśmy naszej publiczności.  

Cały zespół Teatru Polskiego – Maj 2003

 Wspominałam już kiedyś, że moje opowieści a raczej wspomnienia teatralne nie są kroniką, a więc nie mają charakteru zapisu według dat kolejnych przedstawień.  Po tylu latach pamięć jest zawodna, wiele faktów pewnie podałabym niedokładnie i pominęłabym niechcąco to, co dla innych mogłoby być bardzo istotne. Wybierając formę luźnych wspomnień, a przede wszystkim nastawiając się na  opowieść o aktorach, twórcach i o przeżyciach, których czas teatralny nam dostarczył, mogę nie trzymać się historycznej kolejności przedstawień. Aczkolwiek – mam uporządkowane listy wszystkich spektakli, miejsc gdzie się odbyły, spis aktorów, którzy w nich grali.  Jest możliwe, że istnieją wciąż jeszcze jakieś luki, ale większość tych informacji jest rzetelnie spisana. Nie wiem czy kiedykolwiek ktoś do tego sięgnie, ale zainteresowanych odsyłam do wpisu w dziale teatralnym blogu z dnia 5 maja 2021 pt. “ Garść ciekawostek, faktów czyli teatralna mini statystyka”. Znajduje się tam spora ilość informacji, liczb, dat i nazwisk o teatrze, a więcej zawsze można dowiedzieć się bezpośrednio ode mnie. 

Pierwsza strona programu

To tylko mała dygresja celem wyjaśnienia, dlaczego tematem dzisiejszego wspominania będzie spektakl wystawiony w maju 2003, który zbiegł się z amerykańskim Dniem Matki obchodzonym zawsze w drugą niedzielę maja. 

Strona programu „Wystarczy mocno zacisnąć powieki” i „Jadą wozy kolorowe” Maj 2003

 Z “Listów śpiewających” Osieckiej podobał nam się jeszcze jeden pt. “Wystarczy mocno zamknąć powieki”. I chociaż bawił nas pomysł i natychmiast po przeczytaniu tekstu widziałyśmy w naszej wyobraźni obsadę do tej inscenizacji, to z góry wiedziałyśmy, że na samodzielne przedstawienie tekst jest za krótki i że po kilku innych wcześniej wystawionych “Listach Śpiewających” nasyciłyśmy już naszą widownię tą tematyką.  Trzeba było znaleźć coś innego, a moje myśli wciąż krążyły wokół kochanej Agnieszki. I wtedy po wymianie korespondencji, e-mailów moja nieoceniona przyjaciółka Nina znalazła książkę w polskim Empiku bardzo “na czasie”.  Wiedziała, że lubię czytać wszelkiego rodzaju biografie (wbrew pozorom i ostatniej spowiedzi o książkach kryminalnych nie myślcie sobie, że nie czytam niczego innego 🙂 i przysłała mi książkę Maryli Rodowicz pt. “Niech żyje bal”.  Były to czasy, gdy pisanie i wydawanie własnych biografii przez ludzi sławnych, celebrytów zaczęło być bardzo modne. Przeczytałam szybciutko, bo książka lekka i przyjemna. Postacie, które kręciły się wokół Maryli Rodowicz były niemal z mojego “podwórka”. Rodowicz była studentką na Akademii Wychowania Fizycznego, gdy po raz pierwszy o niej usłyszałam. Byłam jeszcze w szkole podstawowej, gdy wieści o dziewczynie, która biega, skacze przez plotki i śpiewa zaczęły nam młodym obijać się o uszy. A gdy zaczęła śpiewać pierwsze piosenki Osieckiej…

I tu zrodził się pomysł nie do odrzucenia! We wspomnieniach Rodowicz znalazłam wiele o Osieckiej, o jej piosenkach i tak powstała idea napisania scenariusza spektaklu o Marylce, ale którego “bohaterami” miały być piosenki Agnieszki Osieckiej.  

A potem już pomysł rozwijał się z godziny na godzinę! Pomiędzy Osiecką a Rodowicz było prawie 10 lat różnicy, spotkały się kiedy Agnieszka była już dojrzałą poetką, znaną w kręgach literackich, podczas gdy Maryla stawiała dopiero pierwsze artystyczne kroki. Ale szybko zaiskrzyło. Osiecka napisała wiele piosenek, które stały się wielkimi przebojami Rodowicz, do dziś są rozpoznawalne, lubiane i nigdy niezapomniane. 

Zanim zacznę jednak opowieść  o tym jak powstawała nasza sztuka biograficzna, wrócę do krótkiej części pierwszej majowego wieczoru 2003 roku,  do ostatniego “Listu Śpiewającego” wystawionego przez nasz zespół. 

“Wystarczy mocno zamknąć powieki”.  Rzecz dzieje się w ..Nowej Hucie. Może dlatego ten tekst przyciągnął moją, Krakuski,  uwagę 🙂  Jak wszystkie listy śpiewające, spektakl zachowuje formę  pisania i przesyłania listów pomiędzy dwojgiem bliskich sobie ludzi (mężem Tadeuszem i żoną  Joanną). 

Tadeusz jest inżynierem na wysokim stanowisku w wielkim kombinacie w Nowej Hucie, bardzo zapracowanym i zaangażowanym w tym co robi. Jego żona – odwrotnie. Nie pracuje, nie bardzo umie sobie wypełnić dnia własnymi zajęciami, jest marzycielką i wymyśla sobie coraz to większe, bardziej skomplikowane scenariusze, że mąż ją zdradza, nie interesuje się nią i nie poświęca jej odpowiedniej ilości czasu i zainteresowania. Motywem scalającym a zarazem podtytułem sztuki jest słynne tango “Jalousie” skomponowane w 1925 r. przez  duńskiego kompozytora Jakoba Gade. Słowo “jealousy” pochodzi z języka francuskiego i znaczy zazdrość. Joasia wpada w coraz większa paranoję, pisze listy do wielu osób  powiązanych z jej mężem w kombinacie po linii służbowej i nie tylko, a odpowiedzi na te listy są pięknymi scenkami, które bawią widzów – urzędniczka, czyli pracowniczka wydziału kadr, wodniak z klubu kajakowego, góralka, dziennikarka, której kiedyś mąż Joanny opowiadał w wywiadzie o wielkich piecach w hucie i był w tych opowieściach bardzo… czarujący 🙂 Potem jeszcze zazdrosna żona znajduje panią doktor, taką seks-bombę, która sama ma problemy ze sobą i która opowiada Joannie o swoich potrzebach i pragnieniach męskich, o typach mężczyzn jakich  ona uwielbia i wreszcie uświadamia Joasi, że jeśli naprawdę chce znać przyszłość, to powinna się udać do wróżki, a nie do lekarza.. Ostatnią postacią, która przemawia do zazdrosnej żony jest owa wróżka. Mówi: “Choroba jest blisko ciebie, ale nie w żołądku, ani w wątrobie, tylko w głowie. Myśli ty masz czarne, niedobre. Człowiek przy tobie jest. Przyjaciel.”

A potem wróżka zapowiada, że problem pomoże rozwiązać .. przypadek! Joanna jest na granicy histerii, szaleje z rozpaczy, z zazdrości, nie umie sobie poradzić  ze swoimi wyobrażeniami i nikt nie umie jej w tym pomóc. Kiedy już jest na granicy obłędu krzyczy sama do siebie: „Muszę usłyszeć jakiś ludzki głos, zatelefonuję na 926  i wszystko powiem tej obcej i obiektywnej kobiecie!!!” Wykręca ten numer – i tu wypada mi już wyjawić tajemnicę równie śmieszną co zaskakującą – jest to numer do zegarynki (tym, co nie mają pojęcia co to takiego albo nie pamiętają wyjaśniam, że w tamtych czasach był to rodzaj idealnego zegarka telefonicznego podającego non stop, minuta po minucie czas, przez całą dobę, przez telefon. Monotonnym, nudnym głosem 🙂  Tak więc Joasia rozładowywała swoje emocje do kogoś kto nie odpowiadał jej, nie udzielał niechcianych niemiłych odpowiedzi a jednocześnie stwarzał poczucie, że wysłuchuje pytań i narzekań “nieszczęśliwej” żony. 

I wtedy nagle wpadł do domu wściekły, zazdrosny mąż, z wrzaskiem już od progu: „Kto to jest ten facet? Z kim ty flirtujesz już od czterech godzin?? Dzwonię do domu i nie mogę się dodzwonić! „

 I tak, oto przepowiednia wróżki się spełniła. Głos zegarynki powtarzający monotonnie “siedemnasta czterdzieści jeden, siedemnasta czterdzieści dwa…” stał się szczęśliwym rozwiązaniem małżeńskiego konfliktu.  W trakcie całej sztuki, która ma charakter bardzo lekki i komediowy (choć z mojego opisu może tak nie wynika 🙂 wciąż przewijają się takty muzyczne Tanga “Jalousie” i to one są elementem scalającym całość, podsycającym atmosferę, rozpalającym uczucia i wreszcie uświadamiającym Tadeuszowi, co Joasia czuła kiedy praca, piece hutnicze, konferencje, fundusze itd. są tak ważne, że człowiek spada w hierarchii ważności na dalekie miejsce.  Oraz najważniejsze – że tak naprawdę oboje kochają się mocno i wzajemnie!

Zapytacie dlaczego tak dokładnie opisałam treść spektaklu? Otóż, okazało się, że jest to jedyna sztuka, której nie mam w swoich nagraniach. Nie wiem jak to się stało, zwłaszcza, że była to część pierwsza wystawiona w ten sam dzień, gdy po przerwie zaprezentowaliśmy “Jadą wozy kolorowe”.  Poczułam się z tym źle, że nie będę mogła przypomnieć dziś  “na żywo” nagrania z tego przedstawienia. Niestety, mam tylko zdjęcia. I tylko to mogę udostępnić. Może ktoś po tym artykule znajdzie w swoich domowych archiwach to nagranie?… Główne kreacje Joanny i Tadeusza grali Edyta W. i Jacek M.  i były to naprawdę świetnie zagrane role. 

W poszczególnych scenkach wystąpili: wodniak – Ben S, Urzędniczka – Ewa K, Góralka – Joasia S, Dziennikarka – Kasia K, Pani Doktor – Ewa T, Wróżka – Emilia S.

Spektakl bawił, śmieszył, bo choć temat wydaje się poważny, to jednak forma była bardzo lekka, z przymrużeniem oka.  Dużo poezji, liryki, jak to u Osieckiej. 

Jak wspomniałam na początku, nasz spektakl odbył się 3 maja, tuż przed Dniem Matki i był pomyślany jako prezent dla Mam. Prezent słowny, muzyczny, radosny, kolorowy. O kolory na scenie zadbała Krysia P., która kolejny raz współpracowała z nami przy dekoracji. Wszyscy wiemy, że Rodowicz od początku pierwszego wyjścia na scenę (niemal do dziś) 🙂 zawsze miała szalone pomysły, niekonwencjonalne sposoby zaskakiwania publiczności. Zachowując zwariowaną konwencję Krysia także wymyśliła na głównej ścianie postrzępione wizerunki blond roześmianych twarzy, na białych koszulach (lnianych – jak w “Małgośce”) tło niebiesko-żółte, gdzieś konie, płoty jak w Zakopanem, jakieś kanapy, jakieś poduchy.. Musieliśmy dokonać dużo zmian w czasie przerwy, a jeśli ktoś pamięta, to w St. Thomas w sali teatralnej nie było sceny z kotarami, więc musieliśmy się bardzo się zorganizować i sprężyć, żeby w czasie krótkiej przerwy niemal na oczach publiczności dokonać szybkiej wymiany całej dekoracji. Na szczęście winko pomagało, każdy chętnie wypił kieliszeczek i pogadał o wrażeniach z pierwszego przedstawienia. 

Kreatorskie kolorowe dekoracje Krysi P.

“Jadą wozy kolorowe” to jedyne widowisko, rozpoczynające się tą właśnie roztańczoną piosenką o tym samym tytule, które zostało pomyślane jako spektakl biograficzny. Scenariusz został napisany na podstawie biografii Rodowicz “Niech żyje bal”. Nie jest to książka wysokich literackich lotów, ale moim zamiarem było napisać scenariusz, który byłby zgrabnym połączeniem i podkładem dla piosenek Rodowicz.  Chcieliśmy je przypomnieć naszym Mamom, Babciom, naszej publiczności. 

 W tej biografii Maryla opowiada swoje wspomnienia z młodości, z początków swojej kariery ale także z lat późniejszych aż do 90-tych. Jakoś nie bardzo widziałam tę opowieść w wykonaniu jednej aktorki, więc wymyśliłam, że stworzymy Marylkę bardzo młodą, niemal nastolatkę, szaloną, często zakochaną, zwariowaną. A także tę starszą, już dojrzałą artystkę, żonę i matkę  trójki dzieci. Scenariusz skonstruowałam w taki sposób, by młoda Marylka “przeplatała się” ze starszą i ich wspomnienia mieszały się niemal równocześnie.  Tak jakby w jednej osobie istniały dwie, które wzajemnie przypominają sobie strzępki wspomnień życiowych. Marylki – młoda czyli Kasia L. i starsza – Ania B. są na scenie obok siebie przez cały czas i uzupełniają się niemal w każdym wspomnieniu.

Dwie Maryle Rodowicz – Kasia L. i Ania B.
Migawki z widowiska „Jadą wozy kolorowe” – najbardziej rozśpiewane i kolorowe przedstawienie

To był dobrze pomyślany “zabieg” choć mocno pokroiłam opowieść autorki, ale przecież była to interpretacja i sposób na włączenie do przedstawienia ulubionych piosenek.  I tak się stało, że aktorską część grały tylko dwie osoby, cały ciężar tekstowy spadł na te dwie panie. Cała reszta to piosenki. Piosenki pochodzące z różnych występów scenicznych Rodowicz. Wybrałyśmy bardzo fragmentaryczne wspomnienia, ale tak by pokazać Marylę artystkę, Marylę zakochaną i dokonującą nie zawsze udanych wyborów męsko-damskich, Marylę – Matkę trójki dzieci, Marylę, której nie znaliśmy i Marylę, którą lubiliśmy. Piosenki potwierdzały i ilustrowały te wybrane momenty jej życia. Użyłyśmy  ich jako ilustracje do życiowych wydarzeń artystki.  Wybrałyśmy z Beatką (tu Beatka miała pierwszy głos!) piosenki, które najbardziej lubiłyśmy. Stworzyłyśmy połączenie piosenek niekoniecznie w kolejności ich debiutów. Zresztą wybór wydarzeń z jej życia to także subiektywna moja decyzja. Tak więc wszystko w tym przedstawieniu może niekoniecznie jest zgodne z kolejnością realnych  i prawdziwych zdarzeń, ale myślę, że widowisko przybliżyło wszystkim wizerunek Maryli i przypomniało wiele jej pięknych przebojów. Potem już była tylko dyskusja, JAK je zaśpiewać, jak je rozdzielić, by każda śpiewająca osoba miała swoją ’’cegiełkę”.

Oczywiście zaczęłyśmy od początków kariery i jej pierwszej wielkiej miłości – Daniela Olbrychski. Posłuchajcie fragmentu wspomnienia o pierwszym spotkaniu z aktorem.

I jednej z pierwszych piosenek, która utorowała Maryli drogę do niesamowitej kariery.

A oto jeszcze jedna chwila wspomnień o Olbrychskim i jego ulubiona piosenka, która stała się przebojem całego mojego pokolenia. I moją osobistą piosenką ślubną !

Były też wspomnienia o ważnym w jej życiu związku z Krzysztofem Jasińskim, ojcem dwójki jej dzieci i wreszcie o szczęśliwym trwającym już ponad 20 lat związku małżeńskim z Andrzejem Dużyńskim (ojcem, trzeciego dziecka Jędrka)

Z czasów fascynacji Jasińskim pochodzą miedzy innymi piosenki: „Leżę pod gruszą” i „Bossa nova” – na naszej scenie obie w wykonaniu Kasi K.

Zdecydowałyśmy się też na deklamację na oryginale piosenek Rodowicz. Przypomnę tutaj piękne wykonanie Maryli „Polskiej”Madonny i naszą rodzimą Edytę deklamującą ten wspaniały, porażający dreszczykiem wzruszenia tekst.

Piosenki Rodowicz, to przeboje, na których wychowało się nasze pokolenie, a i młodzież teatralna także bardzo chętnie je śpiewała. Sztuka wystawiona 18 lat temu, nagrania czasem bardzo słabe (cóż, techniczna strona nie była naszą mocną stroną) ale emocjonalne wspomnienia, ciepło tego wieczoru wciąż jest odczuwalne. Dla mnie zawsze będą to godziny prób, przygotowań, emocji, rozmów, śpiewania. W domu, w teatrze i na przedstawieniu. Ogrom tekstu, który Kasia i Ania musiały opanować, choć dziś myślę, że miałabym inny pomysł na “Marylkę”, to podziwiam ich pamięć, wspólne próby, dogrywanie się w “jedną osobę”, uzupełnienie się, wytrzymanie przez cały czas trwania spektaklu w perukach. Były znakomite! 

 Na koniec posłuchajcie rewelacyjnie zaśpiewanej i opracowanej ruchowo piosenki “Kolorowe jarmarki” do której pomysłów na rekwizyty nasi aktorzy mieli chyba więcej niż cały zespół prawdziwej Maryli Rodowicz!

I na koniec – piosenki zamykającej nasze kolorowe widowisko “Ale to już było”. 

Na koniec nie mogę pominąć faktu, że oczywiście pojawił się na scenie Jasiu K. z gitarą i dwaj panowie Jacek M. i Ben S. (kompletnie nie śpiewający) 🙂 ale grający w pierwszej części spektaklu i siłą rzeczy włączeni do drugiej – jako część jarmarkowej inscenizacji, z czym doskonale sobie poradzili. Podobnie w końcowej scenie. 

Reżyser i autorka scenariusza czyli ja i moja prawa ręka – Beatka, asystentka śpiewająca 🙂

Drogie aktorki i aktorzy! Dziś już prawie każdy z was jest Rodzicem. Jeśli najdzie was nostalgia, pomyślcie sobie o pewnym przedstawieniu, które podarowaliście swoim Mamom 18 lat temu. Może zechcecie przypomnieć sobie, posłuchać i przyjąć te wspomnienia jako prezent dla was? 

Życzę wam miłych wspomnień i ciepłych wzruszeń 🙂


BACK

Historia o siedmiu mocach, siedmiu krasnoludkach, siedmiu dziesięcioleciach i tylko jednym Facecie.

8/3/2021 

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, dawno temu, bo siedem dziesiątek lat temu zaczęła się bajka jednego życia. Wprawdzie bez królewny, bo czasy były trudne i wszystkie piękne królewny wywędrowały do innych piękniejszych krajów, ale małe krasnoludki pojawiały się na świecie. Jeden nawet urodził się w pięknym mieście Krakowie. Naturę odziedziczył troszkę z „Mędrka”, troszkę z „Nieśmiałka”, dużo z „Wesołka”, a na starość zostało mu trochę z… ”Gapcia”😊 (Dla wyjaśnienia dodam, jakby ktoś zapomniał bajkę o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, że imiona pożyczyłam od tychże krasnoludków). Fajnie oddają cechy charakteru pewnego Krasnoludka, który dorastał w zwykłej rodzinie, powoli przeobrażając się w całkiem przystojnego i mądrego faceta..  

FACET

 Przez długie miesiące w siedmiomilowych butach stąpał twardo przez życie, brnął przez siedmiodniowe tygodnie i jeszcze dłuższe, długie lata by dziś stanąć na progu swojego 70-letniego wypełnionego wspaniałymi przeżyciami i osiągnieciami życia.

Siódemka zawsze była i jest uważana za liczbę wyjątkową, szczęśliwą i magiczną. Każda religia, każda kultura ma swoją interpretację i własne wiarę w ten numer. Liczba siedem to symbol pełni, doprowadzenia czegoś do końca. Bóg stworzył świat w ciągu siedmiu dni – mówi nam biblia.  W chrześcijaństwie mamy siedem grzechów głównych (tu może nie będę ich na taką okazję wymieniać! 😊 ) Mamy siedem sakramentów w Kościele, Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach, jest siedem cudów świata i tak dalej i tak dalej.. Przykładów o wyjątkowości i szczęśliwości siódemki można by wymieniać bez końca! Na poważnie i w żartach. W nauce i w zabawnych historyjkach.

Historia 70 lat życia mojego męża, jak każdego człowieka ma swoje szare i  kolorowe chwile. To wspomnienia, które znam tylko z opowieści i te nasze, wspólne prawie 50-letnie doświadczenia.

Każdy człowiek ma taką książkę życia. 

Najpierw było dość biednie i  ciężko. Trzeba było mieszkać w jednym pokoju i dzielić wspólną kuchnię z sąsiadami, w chłodne dni nosić do krótkich spodni niciane pończochy przypinane na zatrzaski do pasa (nie, to niemożliwe, żeby ktoś jeszcze dziś o tym pamiętał!..). Do szkoły chodziło się na piechotę (daleko!) bez żadnej opieki dorosłej osoby. Mijało się Planty Krakowskie, Barbakan, gdzie zaraz obok, wśród gęstych krzaków był mały cmentarz grobów kilku żołnierzy radzieckich. Tam właśnie w konarach drzew była świetna kryjówka, by schować się i wytoczyć walkę kolegom, z którymi miało się pewne bardzo ważne porachunki..  Miejsce na taką „męską” wojnę było wymarzone.

Zdarzyło się kiedyś (zupełnie niechcący😊) zamknąć bramę główną kamienicy, w której się mieszkało, tuż przed 15.00 gdy pracujący poczciwie lud wracał zmęczony z pracy i usiłował dostać się do domu.. Miało się też kiedyś pomysł zrobienia „małego ogniska” w piwnicy owej kamienicy. Na szczęście – pożaru z tego nie było😊  Wszystkie te historyjki ów „Krasnoludek – Wesołek” wymyślił na długo przed dorosłością i za wszystkie za każdym razem solidnie odpokutował, jako że czasy były takie, iż narzędziem wymierzającym sprawiedliwość i uwielbianym przez rodziców były wszelkiego rodzaju i maści pasy. Najlepsze były te wąskie plastikowe, łatwo wpijające się chłopięcy tyłek… Wtedy jeszcze nie odbierało się dzieciom za karę komputera na tydzień, nie było zakazu używania telefonu przez miesiąc. Nie, sposób był prosty. Trzy uderzenia za.. pięć za.. itd.  Ale Krasnoludek był zwyczajnym chłopcem, mądrym i sprytnym, lubianym i inteligentnym, szybko radził sobie z codziennymi kłopotami małych ludzi, włączył się w życie gromadne, znalazł przyjaciół, został harcerzem i z „Wesołka” stał się bardziej „Mędrkiem”. I choć zdarzało mu się przynieść czasem czwórkę ze szkoły, co niestety, przy jego starszym bracie, absolutnie bez-czwórkowym(!), wypadało bardzo dla niego niekorzystnie i zawsze konsekwencje tego były (oj! Oj!) nieprzyjemne.. jakoś w życiu radził sobie całkiem dobrze.

Harcerz od wczesnych lat podstawówki, obok zawsze Anioł, aż do instruktora w stopniu harcmistrza. Zdjęcie środkowe to marsz grupy obozowej w Powroźniku (1972r) – ja w pierwszej czwórce jako jedyna instruktorka – dziewczyna.

W czasach licealnych było już dużo łatwiej,  bo Krasnoludki stają się dużymi samodzielnymi Krasnalami i mają coraz więcej wolności i własnej radości. Świat kręcił się coraz szybciej i coraz więcej wokół harcerskiej braci i właśnie ten krąg przyjaciół stawał się najważniejszy. Od drugiej klasy, obok stał zawsze „Anioł” przyjaciel wierny z najwierniejszych, więc życie płynęło całkiem znośnie i wesoło.

W domu brakowało pieniędzy, ale i z tym można było sobie jakoś poradzić, kilka korepetycji uzupełniało kieszeń na własne potrzeby. Z Mamą paliło się  w tajemnicy przed Tatą papierosy (choć on też palił, bo kto wtedy NIE palił?) Mama była bojaźliwa, nigdy nie sprzeciwiłaby się Tacie, więc jak Tata nie pozwalał synowi palić, to Mama lojalnie dotrzymywała tajemnicy i towarzystwa w tym papierosowym rytuarze. Wiem, bo byłam już wtedy świadkiem tych ukrywanych późnych „rozmów przy papierosku” choć było to już dużo później, gdy Krasnal był studentem Filologii rosyjskiej  i pełnoletnim dorosłym człowiekiem, a ja jego dziewczyną. Tatuś jednak NIE pozwalał – a tatusia drażnić nikt nie chciał, więc nocne spotkania nikotynowe  trwały nadal, jak za czasów licealnych. I jak wiele innych tajemnic..

Dziwne to było, ale jak każda rodzina tak i ta miała swoje „zwyczaje”.  W końcu i w mojej też ich było wiele.  Kiedy poznałam Wacka był drugim najpopularniejszym „Harnasiem” w Hufcu Kleparz. Gdy gromadka instruktorska (tylko męska!) wchodziła w wieczorny piątek do Hufca, wszystkie, zwłaszcza żeńskie głowy obracały się w stronę drzwi wejściowych i z zachwytem wpatrywały się w kilku młodych przystojnych, energicznych, zachwycających facetów. Szczep Harnasie cieszył się wyjątkową sławą i popularnością w Hufcu.

Byłam w pierwszej klasie liceum, przychodziłam na dyżur z zupełnie innym kolegą albo grupą kolegów i koleżanek, należałam wtedy do szczepu Czarnej Trzynastki. Prowadziłam drużynę zuchową i miałam bardzo dobre osiągnięcia. Zauważył to szef referatu zuchowego w hufcu, który, tak jakoś się złożyło, że był też instruktorem w Harnasiach i był jednym z tej grupy przystojniaków. Miał jeszcze jedna zaletę. Grał bardzo fajnie na gitarze i na każdym spotkaniu harcerskim był duszą towarzystwa. Wszyscy go lubili, wokół niego zawsze zbierała się spora  gromadka i zawsze było wesoło. Był rówieśnikiem Wacka i trzymali się razem. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Z Januszem miałam dobre kontakty służbowe, jako szef referatu zuchowego w hufcu był moim przełożonym, po linii zuchowej.

Janusz S. przyjaciel Wacka. Facet, dzięki któremu trafiłam na mojego męża. Zdjęcie w prawym rogu na górze – Wacek i Janusz w jednej ławce szkolnej (nie mam pojęcia w której klasie?) Zdjęcie dolne- jakaś zabawa sylwestrowa na zimowisku..

Niemniej to właśnie on odegrał dużą rolę ściągając mnie później do Harnasi, kiedy to powoli wszystkie szkoły męskie stawały się koedukacyjne czyli harcerstwo krakowskie również. Harnasie musieli pogodzić się, że dziewczyny też ludzie i zasilą ich męski zamknięty krąg instruktorski. Tak oto weszłam w to „gniazdo os” jako pierwsza dziewczyna/instruktorka, która miała objąć żeńską drużynę zuchową we wrześniu 1970 roku (tak 70-go!)

Pierwsze zebranie rady instruktorów, na którym byłam obecna odbyło się w czerwcu, jeszcze przed wakacjami i dobrze pamiętam popisy „męskie” począwszy od Szefa Marka P. (naszego szczepowego, który zresztą był dużo starszy bo 10-12 lat różnicy w tym wielu to bardzo wiele!) i wszyscy mieli dla niego wielki respekt. Ich rozmowy miały bardzo specyficzny ironiczno-luzacki sposób i czuło się od razu, że to Szef narzuca taki rodzaj porozumienia. Szorstki ale zarazem humorystyczny.  I można było łatwo wyczuć, że żaden z chłopców nie ma do niego żalu o taki (na moje „pierwsze oko”) niemiły sposób traktowania, że wszystkich to bawi, śmieszy, ale równocześnie każdy traktuje go bardzo poważnie i z dużym szacunkiem. Jak na grupę młodych ludzi w wieku licealnym czy studenckim, był to wyjątkowo „specjalny” układ, widać, że wypracowywany przez lata przebywania ze sobą razem..  Dla mnie było to duże zaskoczenie. Już na tym pierwszym zebraniu dało się łatwo zauważyć, że Wacek jest tam kimś ważnym, pierwszym po Szefie. Nie było wątpliwości, że pewna hierarchia jest w tym zespole ustalona i respektowana…

Nasz „SZEF” czyli guru nas wszystkich. Na dolnym zdjęciu obok Szefa – „mały” Wacek i Anioł

Na obóz, który odbył się w Bieszczadach  nie pojechałam, choć bardzo chciałam, bo niestety miałam trochę problemów zdrowotnych.  Byłam zła, nieszczęśliwa, bo już mnie bardzo do tych facetów ciągnęło. Ale zaraz po wakacjach zaczęło dziać się bardzo dużo, oficjalnie przeszłam do Harnasi, które zmieniły lokalizację i rozpoczęły działalność w dużej szkole podstawowej na Azorach a zaraz potem jeszcze w XIV liceum. Objęłam drużynę „Tatrzańskie Zuchy” i wciągnęłam do Szczepu moją przyjaciółkę Ninę. Pojawiało się w szczepie coraz więcej dziewczyn/instruktorek.  Nasze życie harcerskie zmieniało się szybko, ale dla mnie dla Wacka ważniejsze było to, co budowało się pomiędzy nami. 

6 grudnia na tradycyjne polskie Mikołajki, Harnasie (przy pomocy Koła Przyjaciół Harcerstwa, które tworzyli rodzice harcerzy) przeprowadzali akcję zarobkową. Azory, to była wtedy młoda dzielnica, gdzie mieszkało dużo rodzin z małymi dziećmi. Chętnie zamawiali do domu wizytę Mikołaja z Aniołkiem i Diabłem (no, czasem diabeł musiał pozostać za drzwiami..) Rodzice podawali nam prezent i małą instrukcję co Mikołaj ma powiedzieć dziecku i wchodziliśmy do domu spełniając życzenia Mikołajowe. Jak się domyślacie – Mikołajem był Wacek, ja przeobraziłam się w pięknego niewinnego Aniołka. Diabłem był mój wieloletni przyjaciel i adorator, świetny facet, Rysiek P. zwany przez nas „Koniem”.  Sypał piękny gęsty śnieg, szliśmy od klatki do klatki nowoczesnych wówczas bloków, od mieszkania do mieszkania, gdzie mieliśmy zamówienia, chłopcy nosili mnie dla śmiechu i zabawy w wielkim koszu, który był pusty zanim ktoś z rodziców nie podał nam na klatce schodowej prezentów. Nie mieliśmy prawdziwych kostiumów, musieliśmy je sobie sami wymyśleć, więc nie były najlepszej jakości😊  Broda Mikołaja nie trzymała się zbyt dobrze, co jeden z małych chłopców postanowił nagłym ruchem sprawdzić i mieliśmy trochę kłopotów, żeby wyjść „z twarzą” z tej opresji.. Ja miałam bardzo ładną nocną koszulkę w błękitnym kolorze, tyle że nie bardzo nadawała się na taką pogodą jaka wtedy była😊  A najśmieszniejsza historia zdarzyła się, kiedy jedna z mamuś poprosiła Mikołaja, żeby koniecznie powiedział Jasiowi? Wojtusiowi?.. żeby nie cmokał w nocy… – i pokazała Wackowi robiąc przy tym cudne miny, które Mikołaj koniecznie miał powtórzyć! jak ów syneczek ma nie cmokać. Ta scenka Mikołaja (i nas także !) doprowadziła do totalnego wybuchu śmiechu, bo mamusia złożyła usta w dziubek i cmoknęła tak obrazowo i tak śmiesznie, że trudno było wytrzymać to z powagą.

Rysiek P – zwany „Koniem” mój cień, moja ochrona osobista:) Niestety, nie zachowało mi się zdjęcie kiedy był Diabełkiem w naszej „trójcy” z Mikołajem i Aniołkiem

Weszliśmy wtedy do mieszkania. Mały miał może 4-5 lat. Mikołaj pogadał, pogłaskał po główce i widziałam jak w całą siłą swojej powagi przymierza się do powiedzenia Malcowi o cmokaniu. No i powiedział. Gdy doszło do momentu pokazania JAK ma NIE cmokać, Mikołaj wybuchnął takim śmiechem, że o mało nie udławił się własną sztuczną brodą.. Już nie pamiętam czy mamusia śmiała się z nami, czy chłopczyk się wystraszył, czy wyrzucono nas, czy potraktowano z humorem, ale wspominaliśmy ten incydent później przez lata i śmialiśmy się zawsze tak samo radośnie. Przez dwa wieczory (w sobotę i niedzielę „mikołajowaliśmy”) a po akcji, już bez Diabła poszliśmy do mojego domu gdzie udało mi się ściągnąć Wacka na.. cukierki orzechowe w czekoladzie! Okazało się, że jest także wielkim łasuchem na słodycze. To była pierwsza wizyta w moim domu, jak się okazało nie ostatnia. I jak okazało się, był i jest łasuchem na wiele dobrych rzeczy, co moja Mama przez lata z całą radością wykorzystywała i karmiła mojego kolegę a potem chłopaka, dogadzając mu najlepszymi kąskami, jakie tylko potrafiła ugotować lub upiec.

A jeśli to był sernik to zawsze (po wielu latach, gdy już byliśmy małżeństwem i mama była babcią naszych dzieci:) słyszała: „Babciu, ten sernik jest tak beznadziejny, że muszę go zjeść w całości i do końca, bo inaczej trzeba będzie go wyrzucić!”  Nie mówiąc już o słynnych i najlepszych na świecie pączkach!

W grudniu, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia pojechaliśmy na zimowisko do Łysej Góry i tam w magicznym miejscu, gdzie pewnie była jakaś czarownica i tajemniczo pokierowała naszymi losami, 27 grudnia 1970r. (widzicie, znów te siódemki!) staliśmy się oficjalną parą. Jeszcze cichą nieśmiałą i chyba trochę wstydliwą, ale już po różnych lepszych i najlepszych, trudniejszych i trudnych, szalonych i pięknych czterech latach, 17 maja 1974r. ( siedemnastego!)  jak zwykł mawiać mój mąż, nielegalnie, bo w urzędzie stanu cywilnego, a 7 września 1974r. (i znów siódemki!) już w kościele zostaliśmy małżeństwem, jesteśmy i trwamy razem.

Kilka migawek przed i ślubnych – tłum wokół skody to większość harcerskiej wiary obecnej na ślubie

Nie mieliśmy niczego, bo tak niemal wszystkie małżeństwa zaczynały w tamtych polskich realiach. Oderwaliśmy się od rodziców i poszliśmy „na swoje”. Czyli szybko nastąpiły zmiany w życiu: opuszczenie ukochanego Krakowa (miało być tylko na chwilę..), walka o miejsce w akademiku w Katowicach a potem w Sosnowcu, nowi przyjaciele, pomysły na życie, żeby jakoś utrzymać tę naszą samodzielność.  A tych pomysłów mojemu „Wesołkowi- Mędrkowi” nigdy nie brakowało! Praca na Uniwersytecie, podróże po Europie, kontakty z ludźmi, przyjaźnie, które dawały tak wiele satysfakcji, wyjazdy do Związku Radzieckiego, niewiarygodne próby nawiązania kontaktów, biznesów, walka o każdy możliwy sposób zarobienia pieniędzy, żeby nam było lepiej. Szaleństwa towarzyskie, błędy młodości (!) i doświadczenia, które też trzeba było mieć, żeby nauczyć się wielu rzeczy na przyszłość. I dwoje dzieci.  Dzieci, które dostały ojca wyjątkowego. Innego niż on sam miał. Który może nie miał zbyt dużo czasu dla dzieci, gdy były malutkie, ale który tak wiele poświęcił im czasu wtedy, kiedy nastały dla nich chwile, gdy obecność ojca i jego pomoc były najważniejsze.

Dzięki niemu nasze dzieci są w miejscu, w którym mogą od lat tworzyć i kreować najszczęśliwsze życie dla siebie i swojej rodziny.  To odwaga Wacka, w czasach gdy tak trudno było wydostać się na niepewny grunt w innym świecie, otworzyła im szansę na nowy świat i nowe perspektywy. Jego wzór wskazał im dalsze własne wybory.

Wiem, że 70 lat (68 też..) człowiek już czuje w kościach i głowie. W codziennym zmęczeniu,  czasem już brakuje optymizmu na jutro. Nachodzą nas różne myśli, podsumowania, strach – a jednak wciąż apetyt na to co jeszcze chciałoby się zrobić…

Jedno jest pewne:  liczba siedem daje człowiekowi pozytywne wibracje, wyciszenie. Gotowość na jeszcze jeden sukces i rozwój duchowy. Ma podobno związek z Księżycem ( to może dlatego mój mąż tak „przypadkowo” znalazł się blisko NASA i tematyki księżycowej i wszechświata😊) doskonałością i mądrością.  Siedem jest podobno też symbolem uporu i  zwycięstwa. To też mnie nie dziwi. 

Czy ON ma wady?  O, ma dużo wad! Bardzo dużo!!!  Ale kto ich nie ma?!  Ma przede wszystkim okropnie trudną żonę, która go gnębi i pilnuje i sprawdza, i marudzi, i krzyczy, i każe sprzątać, pamiętać itd.. Pilnuje, żeby się nie garbił i żeby ubierał długie spodnie jak idziemy z wizytą w gości. I wybiera z anielską cierpliwością kolejną koszulę, i dobiera kolejny krawat..  Ta okropna żona wytrzymuje wszystkie wady, których z okazji 70-tych urodzin nie będzie dziś wymieniać w urodzinowym prezencie, bo zabrakłoby stron w komputerowym papierze.  

Jeszcze kolejnych zdrowych stu lat!

Nie spodziewam się zmian w moim „Krasnalu”, niech już zostanie taki jaki jest.
Zgodnie z boskim prawem i medytacją nad sobą samą powiem:  „To co dajesz innym, wraca do Ciebie siedmiokrotnie”. I to na pewno tyczy się mojego Faceta – dojrzałego Krasnala siedmiu mocy!  


BACK

Dlaczego lubię kryminalne historie?

7/27/2021 

Życie ma swoje różne etapy. Także w czytaniu książek i oglądaniu filmów. Przy okazji zupełnie innego tematu trochę już pisałam o tym. Szkoda, że pamięć jest zawodna albo, że nie mamy nawyku i czasu zapisywania, zapamiętywania tego, co przeczytaliśmy przez lata, co najbardziej nam się podobało. A przede wszystkim dlaczego i w jakim okresie naszego życia. I z jakiego powodu właśnie taką, a nie inną książkę czytaliśmy.  Bo nic nie dzieje się bez przyczyny. W różnych etapach życia napotykamy się na przeróżne fascynacje albo odwrotnie – na frustracje, niechęci. To one często powodują, że nasza myśl zwraca się ku lekturze, która właśnie w tym konkretnym momencie pasuje nam do naszych rozmyślań, rozważań. Podobnie jest z filmem, teatrem każdą inną sztuką. Z podróżami, ludźmi, z którymi zaczynamy się spotykać, zawodem, który nas pochłania.  Czasem  jest to zachwyt krótki i szybko mija, zapisuje się w naszym życiu jako nieważny epizod i wyparowuje z naszej pamięci. Bywa jednak, że jest to coś istotnego, co pozostawia trwały ślad, co krystalizuje się jako pomysł na życie albo nawet jeśli ulotniło się gdzieś na przestrzeni lat, to wraca do nas jak bumerang dużo później. Nagle, odkrywamy to “coś” jako pasję z młodości, odgrzebujemy dawne zapamiętane historie, które zasiedziały się w naszej głowie, w zapomnianej “szufladce pamięci”. 

Wakacje z „Mrozem” – pierwsze czasie w pandemii, czerwiec 2020

Mam dużo lat za sobą i z całą powagą wieku mogę stwierdzić, że człowiek rozwija się zawsze (nawet jeśli – jak to niektórzy mówią – na starość dziecinniejemy 🙂 ).  Nie mówię tu o rozwoju intelektualnym w sensie takim jak to się dzieje, kiedy uczymy się, studiujemy czy jesteśmy w najlepszych latach badań naukowych, medycznych, pisania książek czy realizacji tysiąca innych zawodowych możliwości.  Myślę o rozwoju naszych zainteresowań “emerytalnych” (niekoniecznie będąc już emerytem z urzędu). Kiedy już zrealizowaliśmy w życiu zawodowym wszystko co powinniśmy, w życiu prywatnym stworzyliśmy dom, rodzinę, mamy wreszcie czas na wnuków, podróże i radości własne. Wielu ludzi mówi wtedy: Ja już NIC nie muszę! Ja wszystko MOGĘ!  Trochę w tym prawdy, trochę nie.. Za dobrze by było, gdyby takie stwierdzenie było prawdziwe. Nigdy do końca nie jesteśmy wolni od reguł życia, zawsze coś nas ogranicza, zawsze coś musimy…  Ale – nie musimy już mieć porannej pobudki na dzwonek budzika, nie musimy codziennie pilnować dzieci odrabiających zadania domowe, nie musimy wyglądać pięknie i młodo, bo wolno nam być takimi jakimi jesteśmy naprawdę. Możemy wreszcie zająć się sobą. Tym, co odkładaliśmy na później przez lata z braku czasu, co wstydziliśmy się ujawnić przed światem i przed sobą, że to zwykłe proste mało doceniane zajęcie jest w gruncie rzeczy naszą “małą” pasją. Poczucie upływających lat i często związanych z nimi fizycznych dolegliwości, o których nigdy nie myśli się kiedy jest się młodszym, stwarza czasem  uczucie strachu, melancholii, że tak wielu rzeczy nie zdążymy zrobić, spróbować, zobaczyć.

Z drugiej strony, to uczucie daje odwagę na otwarcie się wobec najbardziej cichych marzeń drzemiących w nas głęboko. I dodatkowo – takich, które możemy dostosować do swoich możliwości zdrowotnych, fizycznych, intelektualnych, bez tłumaczenia się innym: dlaczego właśnie to??

W młodości czytałam szkolne lektury, bo tak było trzeba, na studiach jeszcze więcej, bo tego wymagała lista egzaminacyjna, nie tylko z przedmiotów literackich ale także z filozofii, historii, logiki, literatury rosyjskiej czy francuskiej. Czy żałuję? Oczywiście, że nie. Ale już na to co chciałam wtedy czytać, ot tak, dla przyjemności czasu zostawało niewiele. Podobnie było z teatrem, kabaretem, występami zespołów.  Ciężko było dostać się na takie przyjemności intelektualne i rozrywkowe a i czasu brakowało. Zawsze coś było ważniejsze bardziej potrzebne, ale też miało swój sens. Nigdy nie miałam za złe światu i losowi, że robię to co trzeba, a nie to co “bym chciała”. Bo przecież tak naprawdę w tamtym momencie życia właśnie tego chciałam.  Później były dorastające dzieci, wyjazd do Ameryki, znów książki, tym razem do nauki języka angielskiego.. I tak toczył się dzień  za dniem. 

Półki pełne ulubionych współczesnych kryminałów

Moje fascynacje literaturą i filmem kryminalnym zaczęły się już dość dawno. Kiedyś czytałam powieści Agaty Christie, potem Joanny Chmielewskiej i te dawały mi poczucie dobrej zabawy, wytchnienia i oderwania się często od ponurej rzeczywistości.  W większości były lekkie łatwe i przyjemne. Śmieszyły, bawiły.  Potem była długa przerwa, czasem do rąk wpadała jakaś przypadkowa powieść z wątkiem kryminalnym czy dobry film sensacyjny. Tych nigdy nie brakowało.

 Kilkanaście lat temu powieść kryminalna stała się jednym z najpopularniejszych działów literackich. Fenomen tego zjawiska jest złożony i składa się na niego wiele przyczyn. Nowoczesny kryminał zmienił całkowicie swoje oblicze. Dzięki ogromnej otwartości wiedzy internetowej do głosu doszło połączenie wątków kryminalnych z wielowarstwową psychologią, co dla mnie jest szczególnie interesującym elementem. Tę warstwę w kryminale uwielbiam! 

Katarzyna Bonda i jej seria z profilerką Saszą Załuską

Nowy zawód profilera wniósł niesłychane ożywienie do powieści i filmu, otwartość i zastosowanie wiedzy psychologicznej, analiz psychiatrycznych dotychczas nieznanych i nie dopuszczanych do wiedzy zwykłego odbiorcy sprowadziło kryminał na inne tory. Nowe techniki policyjne, ujawnienie ich sposobów działania, a przy okazji mieszanie wątków kryminalnych z osobistymi – policjantów, prokuratorów, adwokatów i sędziów stworzyło inny nieznany nam świat kryminalny. Zwykli ludzie dowiedzieli się o praktykach działania wewnątrz systemu prawniczego, o których dawniej zwykły śmiertelnik jeszcze dwie-trzy dekady temu nie miał “zielonego” pojęcia. 

Powstała cała plejada fantastycznych filmów i powieści, która zachwyca nowoczesnością myślenia, bardzo dogłębną rzetelną wiedzą autorów i twórców z różnych dziedzin, fantastycznym językiem, którym swobodnie operują.  Bez wątpienia jest to świat, w który można wejść i zachwycić się zarówno tematyką jak i sposobem analiz kryminalnych, psychologicznych.  

Zarówno kryminały literatury obcej jak i polskie są teraz doskonałe i takie nazwiska jak Jo Nesbo, Camila Lackberg, Stephen King, Dan Brown, John Grisham mówią same za siebie. A listę można by wydłużać jeszcze długo.  Nasza rodzima silna grupa “kryminalistów” przedstawia się też znakomicie: Zygmunt Miłoszewski, Katarzyna Bonda, Katarzyna Puzyńska, dalej Czubaj, Krajewski, Chmielarz i fantastyczny Remigiusz Mróz. 

Dobry kryminał to dla mnie film czy powieść bez straszenia odbiorcy przesadną ilością scen krwawych, bez strachów, potworów z zaświatów z wybałuszonymi oczami. Nie lubię historii nierealnych, przybyszy z innych planet, wymysłów, które zamiast dwóch rąk mają cztery, zamiast głowy – trzy szyje i potworne nieludzkie karykaturalne łby. Żadne takie obrazy nie wzbudzają we mnie strachu ani nie przekonują mnie o wartości takiego dzieła. 

Ale gdy w historię opowiadaną przez autora wplata się niesamowity wątek historyczny, zagmatwane losy jakiejś rodzinnej sagi, nieujawnione tajemnice z przeszłości, które nigdy nie pozostają obojętne dla następnych pokoleń i wiele innych ciekawych “odchyleń” w głowach ludzkich, które mogą stać się  tragedią – wtedy historia kryminalna staje się nie tylko zwyczajnym kryminałem. Opowieść staje się wielowarstwowa, analizowana na wiele sposobów. Jest jak wieżowiec, na którego piętrach każdy mieszkaniec ma swoje życie i swoją tajemnicę. Ale żeby mogli żyć w tym jednym wielkim gmachu, używać jednej wspólnej windy, istnieć razem, trzeba ich ze sobą połączyć, porozumieć…

Nie sądzę, żebym umiała napisać powieść kryminalną – w końcu gdzie mi tam nawet do najsłabszego pisarza 🙂 , ale na pewno lubię i umiem w trakcie czytania powieści albo oglądania filmu czy seriali analizować to, co dzieje się w tekście czy na ekranie. I bardzo często dobrze odczytuję intencje i zamysły autora. Analizuję bohaterów i potrafię ich zrozumieć. Może dlatego, że trochę jestem tak na “babski rozum” niezłym psychologiem, a może za dużo już naczytałam się i naoglądałam takich rodzajów książek i filmów?  Oglądamy je często z mężem i kiedy mówię co myślę i przewiduję co się zdarzy, a potem to się sprawdza, mój mąż mówi, że ja pewnie “po cichu” już sobie podglądnęłam wcześniej film i stąd wszystko wiem 🙂  Przyrzekam, że nie! Wiem z moich przemyśleń i własnych analiz, które lubię sama dla siebie kombinować. Taka zabawa emerytki,  jak kiedyś tropienie “czarnych stóp” w latach przedszkolnych..

 Wszystkie książki, które wymieniłam powyżej są mi znane, większość z nich przeczytałam i pomimo, że mieszkam w Houston dużą ilość tych powieści mam tutaj na półkach. Ha, ha!  “każdy ma swojego mola” – jak mawia moja przyjaciółka. (inni nazywają to “kuku”..) Mój mąż ma swoją ścianę plakatów NASA-owskich i kilka półek wielokolorowych krów z różnych stron świata, a ja zbieram książki – teraz zwłaszcza najnowsze i najlepsze kryminały. 

Mój ukochany Mróz (Remigiusz) “mrozi” sypialnię już na trzech półkach. Chyłka z Zordonem królują niepodzielnie, choć mają swoich silnych konkurentów. I to sam autor im takie kłody rzuca pod nogi za pomocą i innych swoich bohaterów: Gerarda, Forsta czy Seweryna. A także wiele innych postaci, które pisarz tworzy szybko inteligentnie, zaskakująco. 

Powieści K. Puzyńskiej

 Obok stoi Bonda i jej bohaterka/profilerka Sasza, a także seria książek o policjantach z małej wsi autorstwa Kasi Puzyńskiej. I wielu wielu innych.  Każdy z autorów jest  młodym świetnie wykształconym człowiekiem, jeden prawnikiem, inny psychologiem, jeszcze inny dziennikarzem. Wszechstronne wykształcenie, duże doświadczenie, wiele życiowych możliwości. Pisarstwo jest ich świadomym wyborem. Rodzaj pisarstwa też. Każdy z nich ma swój własny styl i własny świat. Są rozpoznawalni. Są wyjątkowi, inteligentni, błyskotliwi – jak ich opowieści. 

Oczywiście, chętnie wciągnęłabym się w napisanie dobrych i bardzo dobrych opinii o tych powieściach, które najbardziej lubię, choć przyznam, wybór nie byłby łatwy. Ale nie moja rola recenzje pisać. Czytam, bo lubię. Lubię i dlatego wam o tym mówię. Zachęcam do czytania. Dziś tak mało ludzi naprawdę czyta. Każdy ma swój własny logiczny powód, żeby postawić książkę na dalekim miejscu w swoich życiowych preferencjach. Pamiętam czasy kiedy staliśmy w kolejkach, był mróz, ręce marzły nawet w ciepłych rękawiczkach, ale co druga osoba w tej kolejce miała książkę albo przynajmniej gazetę i wykorzystywała każdą chwilę na czytanie. Czytaliśmy wszystko co tylko udało się zdobyć, walczyliśmy o książki, podawaliśmy sobie “na chwilę”, książka była najlepszym  prezentem. Podobne scenki mam w pamięci z metra podziemnego w Moskwie (chyba byłam tam w 1978 roku?) i metra już dużo później – w Tokio (2003).  Większość pasażerów metra czytała książki w czasie codziennego przemieszczania się i to natychmiast zwróciło moją uwagę.

Z naszych wnuków najbardziej lubi czytać Lukas.

Dziś niewiele z tego pozostało. Ale ja wciąż wierzę, że warto czytać, skoro wciąż świat “rodzi” tylu mądrych ludzi tak pięknie i swobodnie operujących słowem, formujących myśli, opowiadających historie, które fascynują innych.  Zawsze, gdy czytam nową książkę, która mnie zachwyca pięknym językiem, wspaniałym pomysłem, doskonałym rozwiązaniem wątków, wracam myślą do szkolnych czasów, kiedy byłam nauczycielką. I myślę, jak to dobrze, że każdy nauczyciel może poszczycić się nieprzeciętnym uczniem, który kiedyś pozostawi następnym pokoleniom coś, co rozpoczęło swój proces tworzenia się w szkole. Piękny język, błyskotliwość myślenia, umiejętność wysławiania się, organizacja czasu pracy, wrażliwość.. to cechy, które pisarz, przyszły twórca – jak każdy człowiek – uczy się w życiu, w rodzinie, na ulicy,  ale także po prostu w szkole…

 Filmy. Czas na kilka słów o filmach. 

Dobra, przyznaję się, jestem maniaczką dobrych filmów i seriali kryminalnych i psychologicznych. Oglądamy dużo. I jak to mówią, teraz już z niemal “obsesyjną kontrolą” co oglądam i co chcę oglądać. Na początku znajomi, przyjaciele po prostu polecali co oni oglądali. Nie zawsze nam się podobało. Wiadomo – o gustach się nie dyskutuje! Jedni lubią lżejsza tematykę w końcu czasem każdy ma ochotę na coś śmiesznego i luźnego. Zdarza się, że oglądamy film dla ulubionego aktora, innym razem po prostu w serialu kolejny odcinek zaczyna nas wciągać choć nie mieliśmy na początku ochoty go kontynuować. 

Fajnie jest kiedy ma się “wspólnika” do oglądania filmów tak jak ja mam. Prawie każdego wieczoru oglądam je z mężem i wcale się tego nie wstydzimy. Najgorsze jest to, że seans zaczynamy około 21.00 a kończymy ..wow (lepiej nie będę się publicznie przyznawać 🙂 ) a potem jeszcze doczytujemy kolejny rozdział albo dwa bieżąco czytanej książki, no i już dawno jest dzień następny. Ale przecież to nasz wybór! Moja córka wybiera wstawanie o 5 rano i bieganie a ja śpię do “mojej pory” na pierwszą kawę czyli tak około 9.30. No, chyba że trzeba inaczej, ale to też się da zrobić.  

 Nie będę nikogo zamęczać listą moich ulubionych filmów, wiadomo, że każdy ma własną. Jedni bardzo krótką inni zdecydowanie dłuższą. Moja jest jak wypasiony tasiemiec .

 Przez wiele ostatnich lat śledziłam najlepsze polskie filmy i bardzo pomagał nam w tym coroczny festiwal filmów polskich, który odbywał się w Houston przez ponad dwadzieścia lat. Byłam wierną fanką tej imprezy i wiele zawdzięczamy Zbyszkowi W. i jako głównemu organizatorowi tego wydarzenia. Dzięki temu mieliśmy ogólne pojęcie o tym jak się ma polska kinematografia. Dodatkowo tej imprezie zawsze towarzyszyły spotkania z aktorami, reżyserami i twórcami filmów, więc nasz kontakt z polskim filmem wciąż był mocny. Często zdarzało mi się rozmawiać z moimi przyjaciółmi czy rodziną w Polsce o tych filmach i jasne było, że moja wiedza jest znacznie szersza niż ich w tym zakresie. Pandemia 2020 przerwała tę naszą houstońską filmową tradycję. Podobnie jak przerwała na kilkanaście miesięcy produkcję nowych filmów czy seriali w Polsce. Zresztą także i tutaj, w Stanach. Kiedy powoli wszystko zaczęło wracać do na swoje miejsce, aktorzy wrócili do pracy i nowe filmy pojawiły się na ekranach. Już na długo przed pandemią zafascynował mnie fakt, że najlepsze powieści kryminalne stały się przedmiotem zainteresowań i rozmów i wielu producentów kupiło prawa do sfilmowania powieści między innymi Remigiusza Mroza: kilka części „Chyłki” (powstało już – Zaginięcie, Rewizja, Inwigilacja) w najbliższym czasie zobaczymy kolejną część „Chyłki” ) i zupełnie nowy serial “Behawiorysta”. Możecie oglądać „Żywioły Saszy” na podstawie powieści Katarzyny Bondy,  świetny serial “ Rysa” według książki Igora Brejdyganta, “Ślepnąc od świateł’,  “W głębi lasu” czy “Król”.

Oj, muszę się zatrzymać, bo mogłabym tak do jutra i jeszcze trochę!

Jeszcze tylko szybciutko polecę wam “ Szadź” (w głównej roli Maciej Stuhr- rewelacja! choć.. mógłby już przestać zabijać 🙂 i “Nieobecni” z Piotrem Głowackim grającym  komisarza mającego zespół Aspergera. Doskonałe studium pracy wyjątkowego policjanta, nieprzeciętnego myślenia i wzajemnego wpływu na siebie dwojga zupełnie różnych ludzi, których połączy przypadkowa życiowa sytuacja. 

Czy jeszcze ktoś dziwi się, dlaczego lubię współczesne historie kryminalne?.. Już więcej nic nie powiem. 

Każdy coś lubi albo nie lubi. Pewnie kiedyś napiszę o tym czego NIE lubię. Ale tak sobie myślę, że fajniej jest pisać o tym, co lubimy. Lubimy wiele małych spraw w życiu, choć nie zawsze  uważamy, że warto o tym mówić.  Blog to takie fajne miejsce, bo po pierwsze MOJE, mogę powiedzieć to co chcę, a po drugie, mogę pisać o drobiazgach nieważnych dla innych, ale całkiem dzisiaj istotnych dla mnie. 

Ja jednak zostanę wierna Chyłce (i Mrozowi) choć nie odpuszczę wszystkich innych ciekawych filmów i powieści. Ale Chyłka to.. Magda Cielecka w roli głównej i choć nie lubię tequili i to aż w takich ilościach – za to Chyłka ma styl, indywidualność, siłę i Zordona na… wieczność 🙂

 I żeby było już całkiem na wesoło to zakończę takim żartem – obrazkiem, który znalazłam na FB (na stronie: Chyłka- FanClub serialu i serii książek Mroza) Bardzo mi się spodobał i pożyczam go sobie, bez pytania (przyznaję się bez bicia, mam nadzieję, że autor rysunku potraktuje mnie życzliwie:)  

Ciekawe, co wy byście wybrali?

I ciekawi mnie co WY czytacie i co oglądacie?


BACK