Po drugiej stronie lustra

07/22/2021

Trudny temat dla każdego, ale nikt od niego nie ucieknie. I nie sądzę, że jest na świecie ktokolwiek, kto choć raz w życiu nie myślał o śmierci i o odejściu z tego świata. Wszystko zależy kiedy nas ten problem zaskoczy, w jakim momencie, w jakich okolicznościach, kogo dotyczy – przeżywamy go inaczej, indywidualnie, nigdy dwa razy tak samo. Nigdy też nie jesteśmy na śmierć przygotowani, niezależnie od tego czy nas zaskakuje czy uczestniczymy w długim procesie odchodzenia najbliższej osoby. 

Znamy to z literatury, znamy z filmów, z opowieści najbliższych, z przeżyć ludzi, którzy przechodzą ten proces a my wraz z nimi – a jednak.. obok.  

Śmierć to jedyny fakt, jedyny “element życia”, który na pewno jest sprawiedliwy dla wszystkich i nikogo nie ominie. Bez względu na rasę, kolor skóry, religię, bogactwo czy biedę, ignorancję czy wyjątkową dobroć. Młodego czy staruszka, drania i bandytę czy Matkę Teresę… każdego z nas czeka to samo. Śmierć jest częścią naszego życia, tylko czasem przychodzi za wcześnie, czasem niespodziewanie, czasem boleśnie i nigdy tak byśmy byli na nią gotowi.

Każda religia ma własną wizję śmierci. Ludzie wierzący często potrafią sobie wybudować wizerunek świata pośmiertnego, który wydaje się ich uspokajać za życia. Nie mam pojęcia czy to jest możliwe. Zawsze wydawało mi się, że będąc wychowana w rodzinie i wierze katolickiej mam albo kiedyś będę miała też do tego tematu podejście katolickie. 

O ile lata poszukiwań i przemyśleń religijnych i filozoficznych stworzyły w moim wyobrażeniu wizję “mojego Boga”, o tyle mój obraz świata pośmiertnego nie mieści się w jego katolickim wyobrażeniu. Nie przemawia do mnie obraz sądu ostatecznego i zmartwychwstania wszystkich ludzi a raczej ich dusz. Nie mogę sobie wyobrazić nieba i piekła, choć może podział na “dobre i złe” dusze mogłabym jeszcze jakoś zaaranżować w  mojej wyobraźni. Ale gdy wiem, że powinnam pośrodku dodać pojęcie czyśćca, to pytam sama siebie, bardzo głęboko: GDZIE miałaby być ta granica pomiędzy dobrem – czyśćcem i złem? Kto miałby ocenić, oddzielić dobrych od złych i jakimi kategoriami miałby się kierować?  Wszystko to wydaje mi się tak sztuczne i naciągane, że już od dawna straciłam wiarę w życie pośmiertne. Religia katolicka przekonuje człowieka, że trzeba żyć zgodnie z przykazaniami kościoła, czyli być dobrym człowiekiem, bo po śmierci wszyscy staniemy przed obliczem Stwórcy i będziemy oceniani i rozliczani ze swych ziemskich uczynków. Sąd Ostateczny oceni nas w kategorii “dobry – zły”.  Tym przesłaniem powinniśmy się kierować przez całe życie – czyli BAĆ się. Bać się wyroku ostatecznego.

 “Memento mori” – pamiętaj, że umrzesz. Możesz umrzeć w każdej chwili, więc bój się  wyroku Boskiego. Bądź dobry, bo nie znasz chwili, gdy Stwórca cię oceni. Nie człowiek, nie sąd ziemski – ale ten najwyższy, Boski.. 

Symboliczna figura Chrystusa w Rio de Janerio jest dla mnie wielkim symbolem nawoływania ludzkości do cieszenia się pełnią życia!

Dla mnie już od dawna “memento mori” ma zupełnie inny sens. Pamiętaj, że umrzesz więc, “CARPE DIEM” – korzystaj z każdego dnia, z każdej chwili. Żyj pięknie, dobrze, szczęśliwie i godnie. Właśnie dlatego, że nie wiesz ile życia ziemskiego przed tobą – żyj pięknie i dobrze! Byśmy mogli siebie, w swoim własnym sumieniu w każdym momencie ocenić jako dobrych ludzi i nie bać się żadnych innych sądów! 

Każdy boi się śmierci. Każdy inaczej, na swój własny sposób. Ludzie starsi pewnie mają ten temat nieco “przerobiony”. Wiemy, że śmierć jest nieuchronna, że zbliża się do nas. Zdajemy sobie sprawę z upływającego czasu. A jednak – jak to jest gdy nastąpi taki dzień, że nie obudzisz się, nie otworzysz oczu, nie zobaczysz słońca..? Nikt z nas nie potrafi sobie tego wyobrazić… 

Nie jestem pierwszą ani ostatnią, która rozmyśla i wyobraża sobie – co dalej? W mitologii greckiej wierzono, że każdy umierający musi być przewieziony przez boga Charona, starca posępnego i bezwzględnego, z siwą długa brodą – na drugi brzeg rzeki Styks, do krainy zmarłych. Tę podróż trzeba było opłacić, dlatego wierzono, że zmarły musi być zaopatrzony w monetę, którą wkładano mu w usta.

Krakowskie groby moich i mojego męża rodziców. Solidne, kamienne.. tylko kto będzie o nich pamiętał za 50-100 lat? Bardzo mnie to gnębi..

Przez wieki powstawały obrazy, ikony, wiersze, sztuki, pieśni zainspirowane tym tematem. Ludzka wyobraźnia jest nieograniczona. Ale nikt nie wie czy istnieje życie pośmiertne i jakie mogłoby być. Wszystko jest wytworem ludzkiej wyobraźni, wiary.

Przytoczę fragmentarycznie jeden z setek wierszy nawiązujących do powyższego tematu, tym razem poetki Haliny Poświatowskiej, która w bardzo bliski mi sposób odczuwała wizję „drugiej strony lustra”.

„Kiedy umrę kochanie…
kiedy umrę kochanie
gdy się ze słońcem rozstanę
i będę długim przedmiotem raczej smutnym

czy mnie wtedy przygarniesz
ramionami ogarniesz
i naprawisz co popsuł los okrutny

często myślę o tobie
często pisze do ciebie
głupie listy – w nich miłość i uśmiech

potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie

patrząc w płomień kochanie
myślę – co też się stanie
z moim sercem miłości głodnym

a ty nie pozwól przecież
żebym umarła w świecie
który ciemny jest i który chłodny”

Dla mnie – tam, po drugiej stronie już nic nie istnieje. Jest pustka. W moich myślach i wyobrażeniach nie widzę niczego. Jest tylko nicość, czarna dziura. Nie ma żadnego życia – ani formy błękitu i spokoju niebiańskiego ani piekielnych ognistych męczarni. 

A jednak – jak wytłumaczyć fakt, że często rozmawiam z Mamą i widzę ją tam, po “drugiej stronie”? Istnieje w mojej wyobraźni, w świecie, którego nie ma. Nie ma Jej, a jednak czuję jej obecność tuż obok mnie.. Pamięć ludzka, potrzeba odczuwania bliskiej zmarłej osoby jest chwilami tak silna, że pustka zapełnia się i staje SENSEM ciągłości życia człowieka.

Istnieje wiele wyobrażeń, teorii, przemyśleń ludzkich – religijnych, filozoficznych. Wielu ludzi wierzy w reinkarnację, w odrodzenie się gdzieś kiedyś w innej postaci – ludzkiej, zwierzęcej..? W znalezienie się w kompletnie innym świecie, który ludzie już dziś kreują w swojej wyobraźni jako zupełnie nowy wytwór natury.. A tak naprawdę nic z tych wizji może nigdy się nie zdarzyć. Jeszcze inni wierzą, że Bóg przywróci ludzi do raju pełnego szczęścia, wierności i miłości.  Hmm.. Piękne marzenia ludzkie. Wiara czyni cuda. 🙂 Tylko co wtedy z tymi, którzy byli źli? Gdzie dobry Bóg umieści tych wszystkich niepokornych?   

Pozostaje pytanie jak rozumiemy pojęcie duszy? Jak każdy z nas radzi sobie z wizją umierania ciała a nieumierania duszy. Ja sobie nie radzę. Nie umiem tego oddzielić.  W moim mniemaniu dusza to pamięć. Pamięć innych – moich najbliższych o mnie. Moja dusza będzie żyć, będzie krążyć wokół, dopóki ktoś będzie o mnie pamiętał. Pamiętają ci co kochają, ci co mają z nami związek emocjonalny. Taki związek nie może jednak trwać w nieskończoność. Duszom ludzkim trzeba pozwolić kiedyś odejść. Bo ileż pokoleń może o mnie pamiętać? Dwa? Może trzy..  Dlatego jestem za pozostaniem na Ziemi jako drobna “cząstka ziemskiego świata” gdzieś w jego przestrzeni. A w pamięci najbliższych: we wspomnieniach, opowieściach przy świątecznych stole, przy okazji wakacyjnych wspomnień, przy celebracjach rodzinnych.  

Każdy z nas jest “śladem” po naszych rodzicach, nasze dzieci są częścią nas, ich dzieci także będą maleńką cząsteczką mnie. To niekończący się cykl życia, sztafeta pokoleń. Świat nie umiera, choć człowiek umrzeć musi.  Zostawiamy po sobie maleńki ślad. Istniejemy. A więc – nie umieramy do końca. 

Każdego dnia, gdy budzę się rano mam inną wizję “na jutro”. Boję się inaczej. 

Śmiejemy się z przyjaciółkami, że co tam 70-ki, jeszcze tyle przed nami, czujemy się młodo, umiemy się bawić i korzystamy z każdej okazji, by być szczęśliwe. I to jest prawda! Umiemy być szczęśliwe, wesołe w każdej możliwej okazji, by cieszyć się razem. Spędzamy czas z rodziną, celebrujemy każdą piękną ważną i nieważną chwilę. Żyjemy pełnią dnia i każdego momentu! Prawdą też jest, że wracamy do domu i bywamy zmęczone, obolałe, świadome, że z wielu szaleństw musimy już zrezygnować.  

Dobrze jest skupić się więc na radościach codziennych, na drobnych sprawach, zadaniach, rozmowach, planach na najbliższą i nawet nieco dalszą przyszłość.  Wtedy odsuwamy od siebie lęk przed starością, chorobą, rozmyślaniem o śmierci. Żyjemy dniem dzisiejszym, jutrzejszym i wtedy czujemy się “młodo” i czujemy się potrzebni.  Musimy sami sobie umieć zaplanować zaprogramować nasze życie starszych lat. 🙂 Oto tekst kochanej Agnieszki Osieckiej w interpretacji Ewy Błaszczyk. Wzrusza, a równocześnie napawa optymizmem, płonie siłą czerwieni.

Nie spodziewam się odzewu i dyskusji na ten trudny temat. Zresztą zazwyczaj moje tematy w blogu nie mają chętnych do pogadania ze mną, ale i tak wiem, że o tym myślicie.  Może zupełnie inaczej. Może więcej, może mniej, ale wierzę, że w ogóle – myślicie. 🙂 

Mnie takie myśli krążą już po głowie od dawna. Bardzo spokojnie choć… nie bez normalnego ludzkiego strachu. I pomyślałam, że będę wobec siebie w porządku jak o tym tutaj napiszę.

Dzień warty dnia! Najpiękniejsza piosenka optymizmu, afirmacji życia, radości, pogody ducha, szczęścia, harmonii z samym sobą i pozytywnego myślenia. A w wykonaniu Maryli Rodowicz – niezapomniana i pełna powyższych określeń z potrójną siłą !!

PS.
Grobu nie będzie.
Miłość zależy od ludzi.
Pamięć pozostaje, ale i ona z czasem ulatuje.
Takie są prawa natury..
Nasz Bal Życia jest tylko jeden.
Ktoś nas kiedyś tutaj zaprosił! Orkiestra gra, jeszcze tańczymy i drzwi są otwarte!


BACK

Co się kręci w głowie o dwóch stronach TOLERANCJI

07/14/2022

Już prawie ułożył mi się w głowie temat a tu… bach!! Moją intencją jest temat „przy okazji” filmu, ale żeby nie zdarzyły się krzyk, pretensje czy niedomówienia, to z góry i na wszelki wypadek piszę, że dla niektórych może być tu za dużo informacji, więc lojalnie ostrzegam – UWAGA – spoiler alert! 🙂

  Jak już wiadomo światu (ha!ha!) rodzinie i znajomym, jestem maniaczką filmową (kiedyś bym powiedziała kinową) ale teraz mało kto do kina chodzi, bo kino przychodzi do nas i wszystko oglądamy w domu. Możliwości jest mnóstwo, wybór ogromny i nawet te największe produkcje, które stają do walki o Oscary amerykańskie, Grand Prix czy Złotą Palmę w Cannes też w większości leniwie oglądamy na naszych wielkich domowych ekranach telewizyjnych. 

 A pomiędzy ogromem filmów, lepszych czy gorszych, każdy może sobie wybrać co lubi. Jak wiadomo, są i tacy, którzy w ogóle filmów nie oglądają i też żyją szczęśliwie i robią setki innych rzeczy.  

Ja, wśród książek i filmów czuję się doskonale, ale mam taki nawyk, że gdy coś czytam czy oglądam to sprawdzam przy okazji całą “otoczkę”. Dziś nie jest to trudne. W internecie można znaleźć wszystko, co potrzebujemy, a często nawet więcej. Lubię sprawdzić informacje o aktorach, przypomnieć sobie ich wcześniejsze role, porównać ich grę w innych filmach. Podobnie zaglądam do informacji o książkach nowych autorów, wyszukuję ciekawostki z nimi związane. Lubię wiedzieć więcej i osadzić autora czy książkę w przestrzeni, w której powstała. To często pomaga zrozumieć, zwłaszcza jeśli czytamy jakąś serię książek.  No i często korzystam z recenzji, choć bardzo staram się to robić już po przeczytaniu czy oglądnięciu filmu, tak by najpierw mieć własną opinię, a potem porównać, co o tym myślą inni.  Nie ukrywam jednak, że czasem bywa inna kolejność, bo coś wpadnie w ręce (albo w oko) i już nie można się uchronić od głębszego spojrzenia. 🙂

Co kilkanaście tygodni zaglądam na różne strony internetowe i czytam nowości o filmach, które wchodzą albo mają wejść na ekrany w najbliższym czasie, na Netflix czy inne polskie kanały telewizyjne. Wybieram zazwyczaj najnowsze seriale czy filmy, takie o których wiem/spodziewam się, że warto je będzie obejrzeć. Nie ukrywam, że często kieruję się nazwiskiem reżysera i aktorów. Ale otwarta jestem na nowe aktorskie odkrycia. Uwielbiam czytać co nowego w świecie sztuki, filmu i teatru polskiego. Tak było kiedyś w latach mojej młodości i tak mi zostało do dzisiaj.

 Nie zawsze jest to możliwe od razu, czasami zanim “dołapię” film czy serial, na który czekam tu, na amerykańskim ekranie, muszę uzbroić się w cierpliwość, bo mimo możliwości technicznych i elektronicznych istnieją też różne przepisy i wszystko zabiera czas. Niektóre filmy np. z Player.pl pojawiają się z kilkutygodniowym opóźnieniem.  

W ten sposób mogę dokonywać własnej selekcji, starając się nie pominąć tego, co lubię, co mnie interesuje, choć proszę mi wierzyć – dziś, by nadążyć za bieżącą kinematografią trzeba być biegaczem długodystansowym i sprinterem równocześnie.  Na szczęście tacy jak ja wiedzą, że wszystko jest kwestią wyboru i nie trzeba biec jak oszalały za wszystkim naraz.  

Od wielu tygodni zarówno w Polsce jak i w telewizjach innych krajów głośno jest o nowym filmie, a właściwie 4-odcinkowym serialu “Queen” czyli “Królowa” wyprodukowanym przez Netflix.  Z dużym rozmachem, z dużym budżetem, naprawdę dobrą i bogatą promocją filmu, a przede wszystkim fantastyczną obsadą aktorską.  Serial wszedł w Polsce na ekrany 23 czerwca i niemal równocześnie w 190 krajach i wiadomo było, że zamiesza zarówno tematyką jak i sposobem jej przekazania. W roli głównej, a właściwie w podwójnej – znakomity aktor polski, wcześniej przez wiele lat mieszkający i grający we Francji – Andrzej Seweryn

Andrzej Seweryn w podwójnej roli – paryskiego dystyngowanego krawca i Drag Queen LORETTA

Któż nie pamięta jego genialnych ról w “Dyrygencie”, “Ziemi obiecanej” w “Ostatniej  Rodzinie” i dziesiątkach innych filmów.  Tym razem Seweryn wcielił się w postać słynnego, szanowanego paryskiego krawca i Drag Queen – Loretty. Oczywiście, jeśli częściowym tematem filmu jest środowisko gejowskie i artystyczne, to najlepiej osadzić tę akcję w Paryżu, mieście – symbolu wyzwolenia z wszelkich stereotypów, zaściankowości i nietolerancji.  Druga część akcji, a właściwie jej większa część dzieje się w polskim górniczym miasteczku na Śląsku. Kontrasty to jeden z głównych zabiegów celowo zastosowanych w tym filmie. Dlatego tym łatwiej uchwycić to, co w nim jest nadrzędnym i istotnym przesłaniem.

 Nie jestem fachowcem – krytykiem filmowym i to co zamierzam napisać nie będzie recenzją tego serialu. 

Ale, przyznaję, że film zrobił na mnie duże wrażenie. I nie z powodu tematu, bo na takie czy podobne natrafiamy dziś niemal w co drugim filmie czy nowej powieści. Internet aż trzęsie się od uszczypnięcia choćby słówka na takie tematy.  I też nie z powodu historii, która  zwłaszcza w drugiej połowie filmu dla widza jest już przewidywalna i spodziewamy się jak się zakończy. 

Dla mnie jest w tym serialu kilka elementów, które jako osobie starszego pokolenia  bardzo się spodobały i sprawiły, że  moja głowa w pierwszą noc po obejrzeniu serialu aż eksplodowała od przemyśleń.  Jeśli film, przedstawienie teatralne, powieść pozostawia w naszej głowie tak silny ślad, że nie daje nam spać spokojnie, tylko obija dziesiątki myśli i nie opuszcza nas tak silne wrażenie, że długo zastanawiamy się nad przekazem utworu, to znaczy , że film/utwór literacki czy sceniczny spełnił swoje zadanie.

Pierwsza moja myśl – film ma tytuł “Królowa”. Mnie polonistce przywołuje na myśl konwencję bajki, a więc to, że film kończy się “bajkowo”, co niektórych widzów (głównie ponurych recenzentów) drażni, mnie wcale nie dziwi. Wręcz myślę, że był to logicznie zamierzony przez twórców zabieg. Optymistyczne zakończenie jak każda piękna bajka, bo to wielce optymistyczna opowieść. Opowieść dla dorosłych. Trudna współczesna opowieść, której bardzo potrzebujemy w dzisiejszych czasach. Zwłaszcza młode pokolenie. Zwłaszcza Polacy w Polsce, w małych miasteczkach, gdzie o życie „bajkowe” trudniej niż dużych miastach, ale przecież nie tylko…!  Życie jest brutalne, coraz trudniejsze, coraz mniej w nim miejsca na ciepło, na łagodność, na wybaczanie, na zwykłe proste humanitarne odruchy, o których w walce o “przetrwanie” w zwariowanym pędzącym świecie po prostu zapominamy. 

Bo gdy ktoś zapytałby MNIE o czym jest ten film, to bez wahania odpowiedziałabym,  że to opowieść o rodzinie, o miłości, o odrzuceniu tego, co RÓŻNI, a poszukiwaniu i przybliżeniu tego, co zbliża! 

elegancki ojciec i niepozorna córka – spojrzenie tak wzruszające i ciepłe jakby nigdy nic ich nie dzieliło. I ten cytat pod zdjęciem – niedokończony… .. ale (tandetnie) ale tak naprawdę w życiu POWINNO być.

Przyjrzałam się kilku niezwykle ciekawym momentom w serialu. Wzruszająco a równocześnie subtelnie zarysowane są istotne różnice pokoleniowe, ukazujące podejście do problemu homoseksualizmu,  tolerancji, miłości rodzinnej. Obserwujemy jak powoli zachodzi proces zrozumienia zmian, które zmieniają się we współczesnym świecie.  Oto scena: wnuczka Sylwestra, młodziutka Iza ( znakomita aktorka, Julia Chętnicka) znalazłszy przypadkowo po raz pierwszy dziwne rekwizyty w walizce dziadka (sztuczne piersi, zestaw do makijażu..) jest trochę zażenowana, trochę śmieją się z koleżanką, ale też Iza zaraz ma wytłumaczenie, że dziadek ma pewnie dziewczynę, która ma “małe cycki a on lubi większe” i NIC ją to nie dziwi, nic jej nie zawstydza, nic jej nie szokuje, nie zmienia jej uczuć i nastawienia do dziadka. 

Mimo, że jest dziewczyną wychowaną w małym polskim górniczym miasteczku, jej spojrzenie na problem, który powoli “otwiera się” wraz z przyjazdem dziadka, w niczym jej nie zaskakuje. Iza podchodzi do osoby dziadka, do jego „dziwności” zupełnie normalnie. Bez afer, bez paniki, bez szukania problemów wynikających z faktu, że dziadek nie przystaje do ich małomiasteczkowego życia. Dla Izy najważniejszy jest problem ratowania życia matki, czyli za wszelka cenę doprowadzenia do operacji przeszczepu nerki dziadka dla jej matki, córki dziadka. I to się jej udaje, nawet za cenę oszustwa i wściekłości, którą wzbudza w matce. Mimo, że Iza zmaga się z trudnym osobistym problemem. Iza ryzykuje i powierza swój sekret dziadkowi i poniekąd zostaje na początku niezrozumiana, mimo to znów miłość rodzinna jest absolutnie nadrzędnym elementem i przesłaniem. Bajkowy motyw? Może.. A może tak właśnie powinno być w prawdziwym życiu? Może tego dziś potrzebujemy?!   

Wioletta, córka Sylwestra, początkowo wściekła na własną córkę a jeszcze bardziej na swojego ojca, nie chce go znać, nie chce by został z nimi, jest dla niego niemiła, oschła. Dopiero kiedy Sylwester zwraca jej uwagę na niezauważoną przez matkę zaawansowaną ciążę córki, a równocześnie odkrywa swoją największą tajemnicę i ukazuje się Wioli w całej krasie jako Loretta, córka powoli zaczyna interesować się kim jest jej ojciec i jakim jest naprawdę człowiekiem. Powoli zaczyna go rozumieć i bardzo powoli rodzi się między nimi więź rodzinna. Zwłaszcza, gdy sprawy komplikują się jeszcze bardziej i wybucha pożar w kopalni, gdzie zostaje odciętych kilku górników, w tym dwóch młodych mężczyzn – obu ważnych w życiu Izy. Jeden z nich jest biologicznym ojcem dziecka, ale Iza tak naprawdę nie wie który.. Losy rodzinne gmatwają się coraz bardziej. Jeden z nich, Marek nie przeżywa katastrofy, drugi zostaje uratowany. 

Darek leży w tym samym szpitalu, do którego Iza  zostaje przewieziona, bo jej poród na skutek dramatycznych przeżyć zaczyna się o wiele za wcześnie. I już bez oporów i nieporozumień – jest przy niej i matka i dziadek… Bo tego wymaga – instynktownie – miłość rodzinna… 

Córka w tajemnicy sprawdza paryskie życie i sukcesy ojca, zarówno te na scenie jak i jego pozycję słynnego krawca (ojciec będzie błyskawicznie tworzył kostiumy na występ dla górników do programu, z którego pieniądze mają być przeznaczone na pomoc dla rodzin poszkodowanych).

W momencie, gdy do małego miasteczka Sylwester sprowadza swojego partnera Corentina, czarnego przystojnego mężczyznę paradującego w butach na wysokich obcasach, niesłychanie czarującego i miłego, Wiola już potrafi zachować się bardzo poprawnie i nie razi ją cała ta dziwna nowa sytuacja… 

Najlepsi – A.Seweryn, M. Paszek, J. Chętnicka, Kova Rea (Corentin)

Dla mnie jeszcze jeden wątek wydaje się godny zwrócenia specjalnej uwagi. Biorąc pod uwagę dzisiejsze “technologiczne zwyczaje” jest nietypowo ukazany i dla mnie bardzo wzruszający. Mały “Kosmita”, jak nazywa swojego synka wcześniaka Iza, musi mieć operację, niegroźną, dość typową dla wcześniaków, ale jednak operację. Darek, biologiczny ojciec a może nie, bo tego przecież wraz z Izą nie wiemy do końca, wciąż jest w szpitalu, przychodzi  codziennie z Izą “doglądać” malucha. Jest przy niej i przy dziecku i nie mamy wątpliwości, że na bazie przyjaźni jego z Markiem, który zginął w wypadku z kopalni, uczucie pomiędzy Izą i Darkiem umacnia się i oboje chcą być rodzicami dla “Kosmity”. Chcą stworzyć rodzinę! Iza mówi: “Mój dziadek zostawił babcię, moja mama pogoniła tatę, którego wcale nie znałam. A ja chcę mieć rodzinę..” A gdy po wyjściu ze szpitala Iza odwiedza na cmentarzu grób Marka mówi mu, by nie martwił się o ich synka, bo wszystko będzie dobrze, „kosmita” będzie miał rodzinę i ona z Darkiem będą się nim dobrze opiekować….

I nie ma tu mowy o sprawdzaniu DNA, o szukaniu prawdy biologicznej, o pretensjach zdrady, o jednorazowej pomyłce. Jest coś o wiele ważniejszego: miłość, tolerancja, szukanie tego, co ludzi ma łączyć a nie dzielić.

 Kolejny element bajkowy? – a może taki, który we współczesnym trudnym życiu jest nam bardzo potrzebny?..

Jest w tym serialu wiele innych wątków, trochę nieprawdopodobnych, może i wkurzających, polukrowanych. Ale za to nie mamy tego, co ostatnio w filmach polskich (i nie tylko) jest w nadmiarze – słownictwa na ch.. i k.. I krwi i morderstw.. 

A więc – dobra ciepła odmiana. Obraz bajki dla dorosłych, byśmy wreszcie uświadomili sobie, że nowy świat ma dużo kolorów. I te kolory istniały już dawno temu (bo i w starożytnym Rzymie i w Grecji..) Ludzie zawsze byli i będą różni. Może nam się to podobać czy nie.

Jestem za tolerancją. Tolerancją dla inności. W imię miłości i dobra. W imię uczuć, które czynią człowieka lepszym.  Nie jestem za tolerancją dla ZŁA i KRZYWDY.  To są różne pojęcia.   

Bo dla mnie nie ma najmniejszej wątpliwości, że postać, którą wykreował Andrzej Seweryn jako ojciec – paryski krawiec i artystka Loretta – to człowiek dobry, rodzinny, ciepły i jego inna orientacja seksualna niczemu tu nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie – spójrzcie na ostatnią scenę w Paryżu, gdy dziadek ma już koło siebie pięknie wyglądającą wnuczkę – dojrzałą kobietę, Mamę kosmity – Sylwestra-Juniora i Darka (prawdopodobnie męża lub partnera). Darek ma przejąć opiekę nad Sylwestrem Juniorem, po popołudniowym spacerku z pradziadkiem. Ta scena filmu wnosi bardzo pozytywną energię. Mowa jest także o nadchodzących świętach, które mają spędzić z Wiolą i jej  partnerem. A więc jeszcze jeden szczęśliwy związek?..  Bajka czy.. szczęśliwe życie? Takie o jakim marzy każdy człowiek.

Tak – przyznaję, jest w tym filmie trochę elementów denerwujących, polskich “zaściankowych” akcentów, smutnych akcentów małomiasteczkowych, które mogą drażnić, nawet niektórych obrażać .. Cóż, może i są przejaskrawione, podobnie jak “bajkowe” obrazki. Właśnie dla kontrastu.. Ale – przecież powracającemu Sylwestrowi te małomiasteczkowe szczegóły wcale nie przeszkadzają. Jest miły dla pani recepcjonistki w hotelu, przyjeżdża rozklekotanym autobusem, wyraźnie czuje się dobrze wśród górników.  Człowiek z klasą wie jak zachować się w każdej sytuacji. Tolerancja jest życzliwością i siłą.

Mogłabym oczywiście napisać o minusach, bo zawsze można znaleźć ich dużo w każdym filmie. Ale ja chciałam opowiedzieć o duszy i DOBRYM DUCHU tego filmu. O dobroci i ciepłych jego stronach i o trzech pokoleniach, które  w różny sposób znalazły do siebie drogę, by znów być RODZINĄ. 

I tu już tylko krótko dodam, że jak już moje serce cieszyło się takim odbiorem tego filmu, to zupełnie przypadkowym ruchem palca (uboczne skutki poszukiwań internetowych) 🙂 trafiłam na YouTube na komentarz pana Kratiuka w Tv Polonia Christiana pt. “Królowa”.  Nawet nie wiedziałam, że takie coś istnieje! Bo o Tv ks. Rydzyka to wiem. Szybko zorientowałam się co to MOŻE BYĆ tytuł krzyczał “Apeluję: NIE OGLĄDAJCIE TEGO”.  No to pomyślałam, że trzeba posłuchać, bo jak dotychczas, to czytałam tylko pozytywne recenzje, choć każda mówi o jakiś drobnych niedociągnięciach, z którymi autor recenzji polemizuje czy sie nie zgadza. W końcu każdy może mieć swoje zdanie. Może nam się to i owo nie podobać czy podobać bardzo. Jedno was wzrusza, porusza wyjątkowo. Inne denerwuje.

Możemy wyrażać swoje opinie za i przeciw. Ale zawsze powinniśmy to robić grzecznie i z otwarciem na tych, co mają inne zdanie. Dyskusja tak. Pyskówka, obrzucanie się nienawiścią, brak jakiegokolwiek szacunku dla inności – NIE!  

 No a jak już usłyszałam w komentarzu p. Kratiuka nawoływanie do absolutnego niekupowania i niekorzystania z usług Netflixa w całości,  jako filmowego  serwisu streamingowego, byłam po prostu w szoku. To tak jakby ktoś zakazał mi kupowania  kiełbasy albo chleba albo czegokolwiek, co lubię. Takich serwisów mamy mnóstwo, takim serwisem społecznościowym jest tv Polonia Christiana i mnie na pewno ta stacja nie odpowiada, ale do głowy by mi nie przyszło ogłaszanie publicznie, by ludzie jej nie wykupywali (nawet nie wiem czy jest płatna) 🙂 albo żeby jej nie oglądali. Już dawno mamy pełną wolność i możemy czytać, oglądać i słuchać to, na co mamy ochotę. Oczywiście, jeśli nie jest to zagrożeniem życia i wolności dla innych..  

Tyle mojego w tym temacie. Chyba wystarczy – choć można by w nieskończoność……………. 

Jeszcze tylko na zakończenie dodatek, ale w też temacie. 🙂 

Z walizką – po lepsze życie . W poszanowaniu, w miłości i tolerancji dla drugiego człowieka

Dwa dni później wpadł nam w ręce  irlandzki film “Belfast”, który wystartował w tym roku z siedmioma nominacjami do wyścigu po Oscary i choć otrzymał tylko  jednego – za oryginalny scenariusz to i tak film otrzymał wiele innych prestiżowych nagród. Ale nie nagrody są tu istotne. 

Nawet nie o porównanie tego filmu do “Królowej” bo i tu nie ma wiele wspólnego. Czas inny, miejsce inne, temat inny a problem jakże podobny. 

„BELFAST” sceny z filmu: Trudne rozmowy trzech pokoleń o przyszłości.

 Konflikt na tle religijnym. Małe miejsce na Ziemi, gdzie dwie grupy ludzkie wyznające pozornie tak bliskie religie, nie mogą się porozumieć. Brak tolerancji doprowadza do nienawiści, a ostatnia scena przeszywa serce widza ogromnym smutkiem. Obserwujemy scenę wyjazdu ojca z rodziną z rodzinnego Belfast, by znaleźć miejsce,  gdzie będzie można żyć bez nienawiści. Autobus odjeżdża z rodziną a matka, która pozostaje sama, już z daleka widząc odjeżdżający autobus szepcze: „jedź Synu, nie oglądaj się. Jedź..”   Mimo, że wie, iż to pewnie ich pożegnanie.  Ale też wie nauczona życiowym doświadczeniem, że tam gdzie nie ma tolerancji, nie ma miejsca na miłość, poszanowanie i szczęśliwe życie.

Nie jest moją intencją ocenianie tego filmu, bo pewnie wyszłaby mi kolejna pogadanka. Chcę tylko dodać, że każdego dnia gdziekolwiek się znajdujemy, możemy natrafić na brak zrozumienia drugiego człowieka, na nietolerancję, na niechęć do  poglądów, innych niż nasze. 

I każdego dnia możemy także starać się rozumieć innych, widzieć inną stronę ludzkich potrzeb, innego widzenia świata.  Możemy pomyśleć, że lepiej i łatwiej jest żyć, gdy się łączymy a nie różnimy. 

Wiem, wiem!! tak samo dobrze jak każdy z was, że nie jest to łatwe..

 Ale można. Najpierw w małych sprawach, potem w większych, ważniejszych –  a potem już naprawdę droga do tolerancji i wzajemnego poszanowania staje się łatwiejsza.


BACK

Wakacyjnie, ale z doświadczeniem i inaczej

06/27/2022

Kiedyś wszystko było proste. 🙂 Wakacje zaczynały się właśnie 24 czerwca, a przynajmniej ten dzień był symbolicznym dniem rozpoczęcia wakacji. Kończył się rok szkolny, wręczano nam świadectwa a my już mieliśmy poukładany plan wyjazdów na obozy, kolonie, wczasy z rodzicami, czy wyjazdy zagraniczne, bo i takie się w moich czasach młodości przytrafiały. Rodzice byli bardzo aktywni, dbali o nasz dwumiesięczny wypoczynek i bardzo się starali, aby przerwy pomiędzy zmianami miejsc i przemieszczaniem się były jak najkrótsze. Pamiętam, że każde kilka dni spędzone w mieście w lipcu czy sierpniu było jakby wstydem, że jestem w Krakowie. Mimo, że wcale nie mieliśmy dużo pieniędzy, oczywistym było, że wakacje trwają dwa miesiące i dzieci wyjeżdżają!  Każdego roku wraz z naszym dorastaniem propozycje zmieniały się. Najpierw były to wyjazdy na wieś pod opieką Mamy z rodziną ciotek, kuzynów i wujków, potem zostawaliśmy z zaprzyjaźnioną gospodynią i jej dziećmi. Gdy nieco dorośliśmy wciągnęliśmy się w harcerskie kolonie i obozy i przez lata uwielbialiśmy taką formę wakacji.

Jeszcze jedno z zachowanych obozowych zdjęć – prawdopodobnie lato 1971 lub 72

Rodzice, z racji że mieli samochód, zabierali nas na wspólne wakacje do rodziny mieszkającej nad morzem albo nieco później do Jugosławii, Bułgarii, Turcji. O tym wszystkim wspominałam przy okazji innych opowieści. Zawsze jednak były to wakacje aktywne. Gdziekolwiek jechaliśmy, gdziekolwiek znaleźliśmy się – nigdy nie siedzieliśmy w jednym miejscu dłużej jak dwa, trzy dni. Wiecznie gnaliśmy do przodu, mieliśmy plan zobaczenia czegoś nowego w okolicy, zwiedzania, oglądania. I choć niejeden raz kiepski budżet ograniczał nasze plany i zdarzało się, że zwiedzaliśmy ciekawe miejsca w dość “dziwny sposób” (bez szczegółów!) 🙂  to jednak wspomnień z tamtych czasów mamy mnóstwo.  W końcu niewielu naszych przyjaciół z dzieciństwa mogło pochwalić się wakacyjnym spotkaniem młodego przystojnego Amerykanina podróżującego po chorwackiej wyspie KRK (wówczas jugosłowiańskiej), który nie znając języka polskiego (a my angielskiego) bardzo zaprzyjaźnił się z nami, a zwłaszcza z 14-letnią smarkatą Polką. Spał na skalnej ziemi w śpiworze, ale za to miał gitarę. Moja Mama jak to matka – Polka dokarmiała go, a on śpiewał nam wieczorem amerykańskie ballady. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. 🙂 Tata zawsze miał pomysł gdzie się zatrzymać, żeby coś zobaczyć. Zatrzymywaliśmy się w drodze w dziwnych miejscach. Do dziś nie mogę pojąć w jaki sposób bez porządnych map, GPS-ów docieraliśmy do tych wszystkich meczetów, cerkwi w Stambule, Sofii czy Bukareszcie. Widzę wciąż w pamięci te miejsca drewniane, kolorowe i dziś już nie umiem odtworzyć gdzie były i jak się nazywały ale wiem, że wiele pięknych miejsc dzięki tym rodzinnym podróżom bardzo wcześnie w życiu zobaczyłam. A przede wszystkim –  połknęłam bakcyla podróżowania, wewnętrznej potrzeby poznawania Świata. Przecież nie wiedziałam wtedy jak ułożą się moje losy, gdzie i jak przyjdzie mi spędzać dorosłe lata życia. 

Wiele czasu upłynęło zanim zaczęłam podróżować po wielkim Świecie. Zanim do tego doszło pierwsze lata dorosłych wakacji, to wyjazdy w polskie piękne miejsca. Bory Tucholskie, Pojezierze Mazurskie, Beskidy, polskie Morze Bałtyckie, Kaszuby. Dziesiątki pięknych zakątków, z których każdy pozostawił niezapomniane wspomnienia. W tamtych młodych ale już dojrzałych latach, kiedy wszyscy byliśmy rodzicami i mieliśmy rodziny “ na dorobku”, małe dzieci i robiliśmy wszystko, żeby żyć i zarabiać jak najlepiej, nasze pomysły wakacyjne były szalone i bardzo kreatywne.  Dostosowane do warunków wakacji z dzieciakami, warunków kryzysowej Polski, gdy trzeba było niemal wszystko zabrać ze sobą na takie wakacje, bo był to czas pustych półek i zakupów na kartki, no i do możliwości przewiezienia tego, co zamierzaliśmy ze sobą zabrać. 

Wakacje nad Bałtykiem w łukęcinie, koło Dziwnowa. Z przyjaciółmi Martą i Andrzejem. Byliśmy tam razem dwa albo trzy razy we wczesnych latach 80-tych. Bardzo je miło wspominam !

A nade wszystko – najważniejsze było towarzystwo, czyli paczka ludzi, z którą planowaliśmy spędzić wakacje.  Nie zawsze wychodziło to tak samo. Życie pokazało, że “nic dwa razy się nie zdarza” i  jak raz coś wyszło fantastycznie, to wcale nie znaczy, że tak samo będzie  za drugim i trzecim razem.. 

Ale – jedne z najfajniejszych wakacji  naszej młodości były w Borach Tucholskich. Wierzcie, nie wierzcie – nie wiem jak to się stało, ale uzbierało się nas aż siedem rodzin. Zaczęliśmy już spotkać się i planować ten wyjazd w styczniu. Najpierw miały być cztery rodziny zaprzyjaźnione i dobrze się znające.  Spotykaliśmy się często, dyskutowaliśmy wszystkie opcje. Mieliśmy po znajomości mieć dostępny prywatny teren od Leśniczego tuż nad jeziorem, tak żeby nie było tłumnie, z dala  od campingów i ludzi. Musieliśmy wziąć namioty, śpiwory, pościel, garnki, zaopatrzenie, naczynia, stoliki, krzesła. Oczywiście osobiste kosmetyki, ubrania dla dzieciaków, dla nas itd, itd.. Mieliśmy jechać na noc, bo dzieci małe w wieku 3 do 7 lat, więc będą spać w nocy a my młodzi i silni to mogliśmy prowadzić samochody całą noc. Oczywiście, Bory Tucholskie nie są tak bardzo daleko od Sosnowca (stamtąd wyjeżdżaliśmy, gdzie pakowanie jednego Poloneza i dwóch “maluchów” czyli Fiatów 126 trwało cały dzień!!) ale jazda i tak zajęła nam ponad 12 godzin i oczywiście była z wieloma przygodami. 

Gdy dobrnęliśmy do celu i znaleźliśmy leśniczówkę, ledwo udało nam się wyciągnąć leśniczego, żeby nam pokazał nasz obozowy teren. Wtedy okazało się,  że… miejsce jest dziewicze! Nie ma nic – ani stołu, ani śladu po jakimkolwiek wcześniejszym obozowisku, ani miejsca na ognisko, prowizoryczną kuchnię ani nawet .. latryny. A obiecano nam „złote góry”! Wszystko trzeba sobie wybudować, namioty postawić, wymyślić miejsce na zaopatrzenie, zbudować wychodek. Leśniczy miał dla nas mnóstwo rad, ogromne ilości zwykłej wódki i wielką chętkę na nasze towarzystwo. A, i jeszcze bardziej towarzyską Leśniczynę, która miała pojawić się z nim następnym razem.  No, ale od czego harcerskie doświadczenia zakładania obozowiska! Zabraliśmy się do roboty. Hierarchia ważności funkcji dość szybko sama się ustaliła. 

Zabawy dorosłych -funkcje i zadania obozowe 🙂

Zanim dojechały następne rodziny mieliśmy już naczelnego kucharza Andrzeja i takiego jednego, co przez cały nasz turnus obozowy nosił za nim chochlę (czyli mojego męża) 🙂  Marta i ja byłyśmy na stanowiskach kierowniczych, to znaczy od kultury, bo rozrywka była najważniejszą częścią udanych wakacji.  No i jeszcze zaopatrzenie (głównie alkoholowe, bo o to nie było łatwo, zwłaszcza że wydawano je na kartki i trzeba było jechać aż do Tucholi) To my – dziewczyny wzięłyśmy na siebie, a szefową była żona Janusza. 

Neptunada – nadanie imion przez boga Neptuna, trudne próby przetrwania w warunkach wodnych. Wielka frajda dla dzieciaków!

Dzieci bawiły się doskonale w grupach i podgrupach, w zależności od humorów, nastroju i pogody. Raz zrobiliśmy im wielką imprezę chrztu Neptuna i nadania imion słowiańskich. Wtedy jeszcze miałam niekończącą się wyobraźnię i energię do wymyślania takich obrzędów i zabaw. Dzieciaki były zachwycone!  

W sumie – mimo, że była tam Mama jednej z naszych koleżanek i mieszkała w przyczepie i nie brała zbyt czynnego udziału w naszych szaleństwach, mieliśmy też jedną rodzinę, która trzymała się nieco na uboczu, on długimi godzinami  łowił ryby (jedna z atrakcji dla podniebienia, choć nie zawsze jego wyprawy kończyły się sukcesem) to nie odczuwaliśmy jakiś specjalnych konfliktów czy niesnasek. Nie znaczy to, że życie towarzyskie płynęło jak w bajce. Szczęśliwie byliśmy młodzi, ognisko i dużo alkoholu łagodziło obyczaje. 

Tego lata mieliśmy swoja ulubioną listę przebojów, nie pamiętam jak uruchamialiśmy  nasze radio w tym dzikim zakątku, ale można było włączać je na cały regulator i wtedy tańczyliśmy jak zwariowani.  Szczególnie zapamiętałam z tamtych wakacji piosenkę ”Daj mi tę noc”.

Któregoś dnia Leśniczy wraz z żoną Leśniczyną zaprosili całą nasza bandę na kolację, na mięso z dzika. Nie pamiętam kto z nas tam pojechał, może dzieciaki zostawiliśmy z kimś z dorosłych a może tez były z nami. Dość, że pojechaliśmy piaszczystymi leśnymi drogami do leśniczówki w kilka samochodów.  Oczywiście więcej niż mięsa z dzika było tam wódki, a raczej pewnie jakiegoś samogonu, bo przecież wciąż wódka była towarem kartkowym. Była kiełbasa i inne mięsiwa, wszystko własnych wyrobów. Wszystko pięknie przygotowane, pokrojone, ułożone. Najpiękniejszy obrazek jaki wbił mi się w pamięć po wejściu do ładnego drewnianego domu, to wielki stół pełen mięsa a po przeciwnej stronie zwinięty w rulon dywan. I Leśniczyna, która z rozbrajającą szczerością oświadczyła: “żebyście mi nie ubrudzili dywanu”. 🙂 

Gdy wreszcie, późną nocą,  wyrwaliśmy się ze szpon rodziny Leśniczego, przejedzeni i przepici do granic możliwości, my dziewczyny jeszcze jakoś czułyśmy się na siłach zasiąść za kierowce i jechać, na szczęście pustym piaszczystym  traktem leśnym, do naszego obozowiska. Było już na pewno po północy. 

A w pewnym momencie w pierwszym samochodzie kierowca (płci żeńskiej 🙂 ) zatrzymała się, otworzyły się drzwi po obu stronach, z całą siłą  głosu zabrzmiała piosenka “Daj mi tę noc” a my natychmiast wszyscy zatrzymaliśmy swoje auta i wyskoczyliśmy dołączając się do dzikiego tańca w rytm naszego ulubionego obozowego przeboju tego lata. Gwiazdy świeciły obłędnie tej nocy i był to jeden z niezapomnianych momentów szaleństwa wakacyjnego! 

Po kilkunastu tygodniach pracy w RFN – krótki wyskok na Lazurowe Wybrzeże Francji. Kilka dni w Nicei, Cannes, Saint Tropez. Wyprawa wariatów! Chyba nawet nie mieliśmy namiotu ze sobą… Rok prawdopodobnie 1978

Może następnego roku a może dwa lata później próbowaliśmy powtórzyć podobne wakacje w podobnym składzie, ale już nie wyszło. Także nie wyszło, gdy pojechaliśmy do Borów Tucholskich tylko w dwie rodziny. Choć miejsce było równie pięknie, to nie udało się powrócić do podobnej atmosfery. Nie ma w tym niczyjej winy. Po prostu – coś nie łączy się, nie ma “chemii”, coś nie iskrzy tak jak powinno. I tego nie możemy przewidzieć, nawet gdy przyjaźnimy się od lat, nawet gdy już mieliśmy wcześniej udane wyjazdy wakacyjne i wspólne wycieczki.  Jak w każdym związku, w najlepszych i najbliższych układach – są góry i doliny. Bywa, że coś się nie klei i nie wychodzi.  A potem znów wraca na swoje miejsce. 🙂

To trochę tak jak z najlepszą ulubiona sukienką. Trzymasz ją w szafie, bo ją lubisz i nie chcesz się z nią rozstać. I pewnego dnia ubierasz, patrzysz w lustro i stwierdzasz, że absolutnie nie możesz już w niej się nikomu pokazać!  Jest za krótka i twoje kolana wyglądają już nieładnie! Ma za duże wycięcia na ramionach i nie czujesz się już komfortowo, jest nieco za obcisła w pasie.. itd. itd. 

Nasza podróż do Turcji w 1975 r. Nikt nawet nie myślał o wygodach hotelowych…

Taka złość, taki żal, bo to przecież nie twoja wina. Minął jej czas, minął twój czas w tej sukience i dla tej sukienki. Nie przylegacie do siebie, choć nadal ją lubisz…

Ja zazwyczaj szybko pakuję taką sukienkę do torby, którą przekazuję zaprzyjaźnionej osobie. Wiem, że będzie przez nią lubiana i używana. Nie mam żalu, że skończyła się moja “era”  ulubionej sukienki. Co najwyżej zła jestem przez chwilę, że zmieniły się moje “gabaryty”,  ale w końcu każdy tak ma. Za to mam miejsce na nowy ciuch. I w życiu też tak jest. Coś minęło, zostają fajne wspomnienia, zaczną się kolejne wakacje. Poznam nowych ludzi, otworzy się nowa przygoda, wydarzy się coś nieznanego. 

Pierwsze lata amerykańskich wakacji też spędzaliśmy w namiotach, na campingach – w bardzo „turystycznych” warunkach.

Po tylu latach życia, po ogromnej ilości przejechanych dróg, krajów, zakątków, gór i mórz, miast i miasteczek mogę śmiało powiedzieć, że nie warto trzymać się jednego planu, jednego sposobu na wakacje. Kiedy jesteśmy młodzi oczekujemy czegoś innego od wakacji niż gdy mamy rodzinę i planujemy wakacje z dziećmi.

Nasze priorytety zmieniają się, gdy budżet staje się stabilny, mamy większe wymagania w kwestii wygód, możemy sobie pozwolić na większe i droższe plany. Mamy też inne wyobrażenia o miejscach wakacyjnych. Nie szukamy już ekstremalnych przygód, dziwnych szokujących spotkań.  Zazwyczaj wszystko to mamy już poza sobą. Nasze konto wakacyjne jest mocno wypełnione. Moje konto jest pełne choć zawsze są miejsca, które chciałoby się  sprawdzić.  

Pytanie tylko – czy naprawdę tego chcę?  Czego w głębi duszy teraz pragnę? 

Jakie wakacje spełniłyby moje potrzeby?   

Nie miałabym nic przeciwko znalezieniu zacisznego domku, wygodnego, ładnie urządzonego, z wszelkimi wygodami, dużymi oknami. Z widokiem na piękną zieleń, może las albo jeszcze lepiej, z drugiej strony w oddali na brzeg morza.  Z sąsiadami niezbyt blisko, ale  nie bez ludzi w pobliżu. Z ciszą dookoła.  I z dojazdem do miasteczka, gdzie będą sklepy i przyzwoite restauracje. Bo wsi amerykańskich nie bardzo lubię.  Wolę, żeby w okolicy mieć  “cywilizowane” miejsce, choć nie musi być to żadne duże miasto. Dziś już nie. Oczywiście mówię o wakacjach, nie o mieszkaniu na stałe. 🙂  

Domek, gdzie byłby taras i piękny widok  przy porannej kawie. I bym mogła nie spieszyć się nigdzie. I chodzić na krótkie a nie wielomilowe spacery. Bym czuła się bezpiecznie i nie miała poczucia opuszczonej. By życie było “ na wyciągnięcie ręki” ale by nie przeszkadzało w moim skupieniu, myśleniu, czytaniu, pisaniu, oglądaniu filmów.  Nie potrzebuję już wielkich wakacyjnych wyczynów, dokładnych planów na każdy dzień. Dziś mogę i chcę żyć bez planu. Pójść pojechać tam, na co dziś przyjdzie mi ochota. Znaleźć coś, o czym jeszcze wczoraj nie wiedziałam, spotkać kogoś, kto stanie na mojej drodze i porozmawia ze mną przez chwilę. Kupić jakiś drobiazg, który sprawi mi przyjemność, bez logicznego uzasadnienia, że jest mi potrzebny. Ale z uzasadnieniem, że cieszy moje oko i moją duszę. Moje wakacje mogą być we dwoje. Ale także jestem otwarta na  przyjaciół, którzy potrzebują tego samego co my.  Którzy poszukują podobnych warunków i oczekują podobnego wakacyjnego odpoczynku. Wspólne rozmowy przy winku, wycieczki po okolicy, spacerki nad morzem czy po lesie – wszystko to nie zakłóca mojej wizji wakacji. Czy ja już kiedyś o tym nie mówiłam? Jeśli tak, to znaczy że chyba naprawdę starzeję się.. 

Z drugiej strony – lubię wciąż wyzwania i od czasu do czasu pojawia się we mnie tęsknota  dalekich podróży. Marzy mi się wciąż afrykańskie Safari, Bora-Bora, wyspy Galapagos, Chorwacja (choć tam już byłam to myślę, że dziś jest tam już inny świat). Indonezja może Wietnam, Maroko… Ach, lista nieskończona!  Nie ma szans, by zdążyć za jednego życia. Ale zawsze można coś jeszcze uszczypnąć. Pożyjemy – zobaczymy!  

Moja dotychczasowa lista wakacyjna jest tak bogato wypełniona, że nie mogę narzekać. Zobaczyłam wiele piękna na Świecie, tak wiele sprzeczności, cudów, bogactwa i biedy, zwyczajów zadziwiających i wprawiających w zachwyt, zarówno w naturze jak i nad ludzką wiedzą, pomysłowością i mądrością, że mam o czym rozmyślać, pisać i cieszyć się, że życie dało mi szansę i wyposażyło mnie w ogromną niepowtarzalność doświadczeń i wrażeń. 

Podróżowanie w młodości czy nawet jeszcze kilka lat temu było synonimem wakacji. Dziś postrzegam to nieco inaczej.  Zwiedzanie, bieganie z grupą, dostosowanie się do rozkładu zajęć i planu wycieczki ułatwia zwiedzanie i daje szansę zobaczenia tego, czego samodzielnie często nie da się oglądnąć. Zwłaszcza teraz, gdy już jesteśmy starsi i stanie w kolejkach w tłumie turystów, których coraz więcej wszędzie, nie należy do przyjemności. Ale, z drugiej strony – ciężko jest dostosować się do tempa zorganizowanych wycieczek, wstawania “na godzinę” dopasowania się do wszelkich zbiórek, utrzymywania tempa za przewodnikiem.. 

Powoli zaczyna mnie to męczyć. Cóż – coś za coś! Dziś gdy mówię sobie: chcę pojechać na zwiedzanie, chcę pojechać zobaczyć coś nowego – świetnie, ale to nie będą wakacje odpoczynkowe. To nie będą WAKACJE. To będzie wycieczka krajoznawcza. 

Moje wakacje dziś zmieniły swoje priorytety. Moje wakacje mają być ciszą dla duszy, myśli. Odpoczynkiem od codziennej bieganiny, przyjemnością dla samej MNIE. 

To ja muszę wiedzieć, że mam wakacje. To moja głowa, moja dusza musi odpoczywać i uspokajać się. Spa, masaż, mała galeria w miasteczku i nowy obrazek dziś kupiony albo  drobna biżuteria, która cieszy oko. Dobra fascynująca książka, nowy pomysł na pisanie bloga, kieliszek wina albo metaxy z mężem i przyjaciółmi. Wieczór z rodziną. Rozmowa z wnukami. Gra w karty. Spacer i obserwacja dziko rosnących kwiatków. Nigdy na to nie zwracałam uwagi, a teraz tak lubię je fotografować z bliska. Bywają takie piękne i zadziwiające… 

Tak, sama jestem zdziwiona sobą, że o tym piszę. Odkrywam w sobie zmiany i odkrywam potrzebę mówienia o nich. 

To naprawdę wciąż ja? Zmieniamy się. A raczej nasze potrzeby, preferencje. Mam wrażenie, że w ludzkiej naturze potrzeby tasują się jak karty do brydża. Szybko, sprawnie. Wybieramy te, które w danym etapie życia są nam najbardziej przydatne. Zmienia się czas, zmieniają się potrzeby, zmieniają się nasze “karty”.  I nie ma co się martwić ani wstydzić. 

Bo “wszystko ma swój właściwy czas” ! 

Czy ja już nie mówiłam tego kilka razy?! 🙂


BACK

O kolorach, gustach i smakach się nie dyskutuje

06/22/2022

Taki banalny temat! 

Ale przydatny na każdą okazję i w każdym momencie.  Tematy “służbowe” – jak np. pogoda, gdy już nie wiemy jak zagadnąć, jak nawiązać rozmowę z kimś obcym, nowo-poznanym, jak zachować się w niezręcznej sytuacji. Byle tylko nie zabrnąć w temacie zbyt głęboko, bo może stać się niebezpieczny. Zwłaszcza ten dotyczący gustów osobistych w przeróżnych dziedzinach może zaprowadzić nas w ślepą uliczkę albo “na manowce” i na zawsze przekreślić dobre relacje z drugą osobą. 🙂 

Z drugiej strony, gdybyśmy pogrzebali w literaturze, artykułach, licznych dyskusjach fachowych zdziwilibyśmy się jak wiele już powiedziano mądrych słów na temat ludzkich gustów, znaczenia kolorów czy smaków. Te, wydaje się proste i zwyczajne elementy naszego codziennego życia mają wielki wpływ na naszą psychikę, osobowość. Potrafią wiele opowiedzieć o człowieku.  Trzeba tylko umieć i chcieć to odczytać. Na poważnie ale i na wesoło.

Claude Monet, Red Poppy

Powszechnie wiadomo, że kolory wþływają na emocje człowieka, potrafią wywoływać energię, szczęście albo odwrotnie – niepokój i smutek. To dlatego potrafimy odczytywać nastrój z obrazów malarzy.  Claude Monet podobno mówił, że “świat kolorów jest jego codzienną obsesją, a także jego męką” .

Czerwona ja!

Należę do tych osób, które uwielbiają ostre wyraziste kolory i nigdy nie stronię od ich mocy. Czerwony kolor pobudza mnie do działania, jest moją siłą codzienną, wydaje mi się, że jest kolorem najbardziej mnie reprezentującym. Żółty wyzwala we mnie radość życia, podobnie jak piękna soczysta zieleń. Zieleń może być w każdym możliwym odcieniu. Od piszczącej “kanarkowej”, poprzez delikatną wiosenną do jesiennej ciemnej prawie brązowiejącej.  Błękit jest dla mnie uspokajający, ale nie smutny. Jest ciepły i spokojny. Daje poczucie bezpieczeństwa i otuchy. Taki też jest mi czasem potrzebny.  

Lubię także czerń zwłaszcza w połączeniu z bielą  i czerwienią. Są jak ogień i woda. Są żywiołem i nigdy, mimo czerni nie wywołują we mnie smutku.

Za to wszelkie odcienie beżu i szarości są całkowitym przeciwieństwem mojej duszy, mojej osobowości. Dla mnie to nie są kolory. Mogą istnieć tylko w połączeniu z kolorami intensywnymi, stanowiącymi podkład i kombinację z innym kolorem i niosącymi w sobie przesłanie, siłę i moc.  Szarość powala mnie psychicznie, zasmuca moją głowę, wywołuje depresję, poczucie, że jest mi fizycznie zimno. Czuję się “skurczona” wewnętrznie. 

Beżowy – jeszcze gorzej: unicestwia mnie całkowicie. Jakby mnie nie było!  W beżowym pokoju czuję się jak na pustyni bez końca, bez szans na dojście do końca, do punktu wyjścia. W ubraniach beżowych, czuje się nago, mam wrażenie, że moja skóra jest ziemista, bez wyrazu, a ja cała przeźroczysta i nieistniejąca.  Zdecydowanie te dwa kolory nie kooperują z moja psychiką i moim samopoczuciem.  

Lubię też kolory mniej popularne jak fioletowy, różowy zwłaszcza ten mocno-różowy prawie amarantowy, lubię turkusowy czy pomarańczowy. Każdy z tych kolorów przynosi pozytywne odczucia. Kto nie lubi porannego widoku szklanki soku pomarańczowego na stole? Nawet jeśli go nie piję, to sam widok jego koloru napawa mnie optymizmem i wywołuje  uśmiech na twarzy. Moje ulubione fiołki i ich piękny kolor, to jedno z najpiękniejszych wspomnień młodości, nie tylko ze względu na pierwsze wzruszenia i uniesienia uczuciowe ale także na zapach i kolor tych kwiatków.

Obraz stosu pomarańczy leżących na stoisku przed sklepem w grudniowy mroźny i ciemny wieczór,  które właśnie “rzucili” tuż przed świętami Bożego Narodzenia, a po które stała długa kolejka ludzi, by przynieść ten rarytas do domu chociaż raz w roku… Pomarańczy najbardziej pomarańczowych na świecie! Tak bardzo nie pasujących do szarzyzny tamtego świata i tamtych czasów. Koloru, który wbił mi się w pamięć po dziś dzień, choć przecież od lat widzę pomarańcze niemal codziennie.  

Z dzieciństwa pamiętam tęsknotę za ładnymi mocnymi kolorami. Musiałam mieć dużą wrażliwość na kolory, bo do dziś pamiętam szarość otaczającego nas świata. Brzydkie kolory ubrań, zwłaszcza zimowych kurtek , butów i grubych spodni . Wszystko to było bure, nawet jeśli mógłby to być ładny np. granatowy kolor, to zabarwiony był taką powłoką szarości, “nieczystości” tego koloru. Trochę lepiej było z letnimi ubraniami, czasem udawało się Mamie kupić bardziej kolorowy materiał i uszyć letnią sukienkę, która nie była smutna i szara. Czasami Mama dorwała coś na placu z ciuchów przywożonych pokątnie z zagranicy. Miałam też kuzynkę, która dostawała paczki z Ameryki .

Jedna z niewielu sukienek amerykańskich, którą dostałam od swojej kuzynki. Uwierzcie mi, miała piękny żółty kolor i była uszyta z cieniutkiego delikatnego materiału. Na ówczesne czasy – CUDO!

Bywało, że dostawałam od niej albo po niej bardziej kolorowe ubrania. Choć byłam małą dziewczynką pamiętam, jakie poczucie estetyki budziło się już wtedy we mnie. Wyraźnie czułam, że świat kolorów jest bogaty, że wzbudza różny nastrój, że roztacza aurę radości i chęci do życia.  Potem wpadł mi w ręce jakiś zachodni magazyn, a w nim piękne kolorowe zdjęcia i już wiedziałam, że kolor to fascynujący element oddziaływający na nasze zmysły w wielu aspektach. 

Już na początku szkoły podstawowej zaczęłam malować kredkami, farbkami. Może żadna ze mnie artystka, ale każdy kolor działał na moja wyobraźnię i gdy rodzice zaczęli podróżować do Czechosłowacji czy do NRD takie prezenty jak kolorowe kredki czy farbki należały do wymarzonych.

Długie lata minęły zanim w swoim życiu mogłam decydować samodzielnie w sprawie kolorów w różnych sferach swoich poczynań. Niełatwo było w Polsce dojść do decyzji pomalowania ścian własnego mieszkania na mocne ostre kolory. Zawsze spotykało się to z krytyką. Od najbliższych poczynając.. Pamiętam, gdy już wreszcie wprowadziliśmy się do własnego pierwszego mieszkania (w roku 1977) a był to czas, gdy ściany pokrywało się tapetą a nie malowało się, po długim szukaniu kupiliśmy do największego pokoju (to nawet nie nazywało się wtedy salonem..) tapetę w kolorze ciemno – bordowym ze złotym wzorem, nie za ostrym, raczej w odcieniu starego złota. Bardzo nam się podobała. Zakładaliśmy ją sami, a raczej mój mąż z przyjacielem, a nie było to łatwe, bo wzór był trudny do uchwycenia, by zgadzał się i układał się w równy deseń. Namęczyli się chłopaki ogromnie, ale wyszło świetnie!  Komentarzy było od groma!  Dla wielu osób był to szok, ale z czasem ci którzy u nas bywali, a bywało wielu i często, przyzwyczaili się  do naszych kolorystycznych ekstrawagancji. Podobnie – w łazience, mieliśmy tapetę (tak, też tapetę!) ciemno-zieloną z elementami żółci i czerni. Wyobrażacie sobie jakie to w tamtych czasach w ponurej polskiej rzeczywistości robiło wrażenie?! 

W kolejnym mieszkaniu, już po  przeprowadzce do większego, zrobiłam projekt łazienki czarno – biało – popielatej i też wyszła fantastycznie!  Wtedy już było nieco lepiej i można było przy dobrych znajomościach i sposobach na “poszukiwanie” kupić coraz fajniejsze rzeczy do domu i zaczynało być coraz bardziej kolorowo. 

No a potem wyjechaliśmy do Ameryki… Początkowo mieszkaliśmy w wynajętych  mieszkaniach, więc nie mogłam rozszaleć się za bardzo, ale jak już w 1996 zamieszkaliśmy w pierwszym swoim domu moja wyobraźnia kolorystyczna rozbuchała się na dobre. I do dziś już tak mam. Lubię kolor w domu, lubię kolor w ubraniach, lubię kolor w kwiatach, w drobiazgach i w dużych elementach.  To my nadajemy rzeczywistości kolory. Im więcej w nich odcieni, im więcej ciepłych pozytywnych energetycznych kolorów, tym ładniejsze jest  życie.  

Dodam jeszcze mój najnowszy projekt (pandemia była twórczym czasie u nas w domu 🙂 – łazienka szaro-czarno- biało-pomarańczowa! Bardzo ją lubię

Wiem, bywa czasem, że wpadam w “otchłań szarości” choć jej nie lubię. Bronię się przed szarością, ta kolorystyczną i tą egzystencjalną. I jak każdemu człowiekowi, nie zawsze udaje mi się tego uniknąć.  Ale mam taki swój sposób na malowanie każdego dnia. Kolorami, które są mi w danym dniu, w tej godzinie potrzebne. 

Jak w piosence:  Więc chodź, pomaluj mój świat..

Kolor to nierozerwalna część naszego gustu, a na tym polu to już nie ma żadnych dyskusji. No, można sobie pogadać, tak dla wymiany poglądów, ale pamiętajmy – to może być “bomba zegarowa”! Ilu ludzi na świecie – tyle gustów, tyle odczuć wrażeń i wariantów opinii. I tyleż racji!  I prosta prawda – to właśnie dlatego świat jest taki piękny i wspaniały, bo każdy z nas widzi go inaczej. Nasze gusta niemal w każdej dziedzinie są inne. Wrażliwość na na muzykę, sztukę malarską, naturę, najbliższe otoczenie, w którym przebywamy na co dzień – wszystko to każdy człowiek postrzega trochę inaczej. Dlatego mamy o czym ze sobą rozmawiać, spierać się, dyskutować, wymyślać wspólnie nowe wizje, nie zgadzać się.. Tak powstają jeszcze wczoraj nie istniejące projekty, pomysły. Tak właśnie działa “duch- wieczny rewolucjonista”. W taki sposób tworzy się postęp, od najmniejszych wizji do wielkich ogromnych projektów. Tworzymy coś zgodnie ze swoim gustem, coś co będziemy robić, co nam będzie się podobać. Tylko wtedy jesteśmy zadowoleni ze swojej pracy. Tylko wtedy osiągamy ostateczny kształt naszego projektu, który będzie nas cieszyć. Musi być zgodny z naszym gustem. Wprawdzie gusty człowieka na przestrzeni lat często się zmieniają, ale to dzięki temu mamy też znów nowe pomysły, nowe inicjatywy do działania. 

Przecież nic nie jest “na zawsze”, no i bardzo dobrze! Odkrywamy w sobie pasje, o które nie podejrzewaliśmy siebie przez całe długie lata i nagle gustujemy w zupełnie innym sposobie na życie, niż przez np. ostatnie 30 czy 50 lat. I to jest piękne! 

Często słyszę: ja bym tak nigdy nie zrobiła! ja bym tak nie potrafiła..  Ba, sama tak mówię o innych ludzkich wyborach. Bo żyjemy bardzo indywidualnie, lubimy podróżować albo spędzać czas w swoim własnym ogródku, lubimy towarzystwo wokół siebie albo samotność i spokój. Uwielbiamy ciszę wsi i samotny domek na skraju lasu albo 24-godzinny gwar i pokrzykiwanie klaksonów samochodowych w wielkim mieście.  Gusta, guściki.  Tyle ich jest ilu nas. 

Szukamy drugiej osoby o podobnych upodobaniach, o podobnych gustach, spędzamy razem czas, bywa, że i życie.  Ale i tak w szczegółach nasze gusta się różnią. Poczucie elegancji, piękna, zamiłowanie do sztuki, ochota na coś dobrego, przyjemnego, styl ubierania się.. – zawsze jest coś, co nas będzie różnić. I lepiej to zaakceptujmy… bo o gustach się nie dyskutuje (!) choć pogadać można. 🙂 

A jak już o gustach, to aż się prosi dodać trzy grosze o smakach.

O jedzeniu można mówić w nieskończoność. Zwłaszcza teraz stało się to modne i temat jest nieograniczony. Kiedyś, za czasów mojego dzieciństwa temat jedzenia podejmowało się co najwyżej w okolicach Wielkanocy czy Bożego Narodzenia, kiedy Mama  zaczynała planować skąd i jak zdobyć kawałek szynki, trochę dobrej prawdziwej kiełbasy czy mnóstwa innych koniecznych produktów do świątecznego menu. Co zresztą jakimś sposobem w każdym polskim domu udawało się zdobyć mimo, że półki w sklepach były puste i za każdym razem mieliśmy przeczucie, że tym razem to już nie będzie “normalnych” świąt.

Z tamtych polskich czasów w pamięci pozostały mi domowe smaki, pewnie niektóre nawet potrafię zrobić – ale nigdy nie smakują identycznie jak u Mamy. Zwijane makowce, piernik, chrusty, pączki, rogaliki z różą, pyzy z mięsem i całe mnóstwo niepowtarzalnych jedynych domowych… 

I chociaż wachlarz polskiego menu był bardzo skromny w stosunku do tego co znamy dziś, co zdążyłam już w swym życiu, w podróżach po wielu krajach Świata spróbować, to jednak niektórych smaków dzieciństwa nie zapomina się nigdy.  W letnie wakacyjne późne popołudnie wpadaliśmy na podwieczorek i dostawaliśmy pajdę świeżego wiejskiego chleba z właśnie niedawno ubitym przez naszą  gospodynię wiejskim masłem i posypaną grubo cukrem. To była pychota!  

Albo świeże jajko, do tego kilka łyżeczek (niezdrowego) cukru i ucieraliśmy sobie kogel-mogel. Kto miał więcej siły i zaparcia kręcił łyżką dłużej i rozcierał cukier, a kto był bardzo niecierpliwy, zjadał jajko jeszcze bardzo żółte z gruboziarnistym cukrem. Byle było słodkie. 🙂  

Za to nie znosiłam mleka “prosto od krowy”, które było przysmakiem wakacyjnym wielu dzieci.  I tak mi zostało do dziś. Mleka nie lubię, mimo że mleko dziś ma zupełnie inny smak i nie ma nic wspólnego z zapachem mleka wiejskiego i nie robi się na nim słynny z czasów dzieciństwa “kożuch” (dlaczego właściwie to nazywało się kożuchem??)  Owszem, mleko używam do kawy, ale to już zupełnie inna bajka. 

Galaretka z kurczaka – dzieło Ani W. Uwielbiam!

Niektóre potrawy, ich smak, zapach wbiły się w pamięć i zawsze z przyjemnością do nich wracamy. Nie robię tego zbyt często, ale każdy lubi zjeść czasem to, co pamięta z domu dzieciństwa. Wprawdzie chleba z masłem i cukrem już nie jadam, ale galaretkę z kurczakiem, gdy zrobi ją moja przyjaciółka jem z największą rozkoszą.

Podobnie jak pączki  (szczególnie te od G!) albo mój mazurek pomarańczowy czy śledzie w oleju lub śmietanie.  A jeszcze niedawno na przystawkę można było dostać  w polskiej restauracji świeży chlebek ze smalcem i skwarkami.. I kto z Amerykanów zjadłby coś takiego??? Nikt inny oprócz nas Polaków naszego pokolenia już takich smaków nie rozumie..

Właściwie mogłabym powiedzieć, że lubię wszystko – mniej lub bardziej, ale nie byłaby to uczciwa wypowiedź. Chyba nie ma takich ludzi co lubią wszystko. Tak jak nie ma (i nie powinno być) 🙂 ludzi, którzy lubią wszystkich. Smaki, podobnie jak uczucia, gusta muszą podlegać wyborom. Jeśli spojrzymy logicznie na temat smaków, to oczywistym jest, że nie  ma takiej opcji, by poznać wszystkie smaki świata. Gdziekolwiek się pojawimy, zawsze odkryjemy coś zupełnie nieznanego co nas zaskoczy, zadziwi, co wyda nam się bardzo smaczne albo odwrotnie – nasze kubki smakowe natychmiast odrzucą ten smak jako obrzydliwy. Głównie dlatego, że w pierwszej chwili jest nam całkowicie nieznany. Czasem musimy przygotować się na to, co będziemy próbować, dlatego zazwyczaj w restauracjach dania są opisane w menu albo kelner stara się klientom opowiedzieć o składnikach, sposobie przyrządzania i końcowym smaku. Wbrew pozorom, w kwestii smaku też mocno działa nasza wyobraźnia. Jeśli dowiadujemy się, że coś zawiera składnik, którego nie lubimy, właściwie z góry odrzucamy to danie. Sama wiem jak to działa. W dzieciństwie i młodości nie znosiłam szpinaku.  W Polsce szpinak zawsze był przyrządzany w jedyny znany wówczas sposób – ugotowany na papkę, z dodatkiem rozmąconego jajka i czosnku, miał konsystencję.. Nie będę nazywała tego, bo musiałabym użyć brzydkiego słowa. Tyle, że miał ładny zielony kolor. W naszym domu nie gotowało się szpinaku, choć wiadomo było, że jest “zdrowy dla dzieci” zawiera dużo żelaza i powinniśmy go jeść. Był w końcu łatwo dostępny, tani a to się wtedy liczyło. Na szczęście nikt u nas tego nie lubił, więc i nas dzieci nie zmuszano nas do tej potrawy. Gdy poznałam mojego przyszłego męża okazało się, że taki właśnie szpinak był jednym z jego wielkich przysmaków. Po ślubie od razu zapowiedziałam mu, że tego świństwa u nas w domu nie będzie i nie ma szans mnie do tego przekonać, ani do gotowania, ani do jedzenia. Nie rozwiódł się ze mną z tego powodu, ale szczęśliwy nie był z takiej odmowy. Po wielu latach, gdy zamieszkaliśmy w Stanach okazało się, że  szpinak pojawia się tutaj w przeróżnych postaciach: w surowej sałatce, na gorąco lekko sparzony, z orzeszkami, z innymi jarzynkami, samodzielnie i jako dodatek. Słowem – zanim zorientowałam się, że to ten sam znienawidzony przeze mnie szpinak, polubiłam go w przeróżnych innych postaciach. Dziś sama przyrządzam go z powodzeniem, ale i tak mój mąż najchętniej i wciąż marzy o papce szpinakowej. 🙂 

Nasze ulubione – rodzinne jedzenie. Ja (niestety!) tylko prezentuję te pyszności, za to ten FACET przyrządza najlepsze sushi i nie tylko! Polecam!!

W życiu zdążyłam spróbować przeróżnych dziwnych owoców, jarzyn których nazw nawet nie zdążyłam się nauczyć czy  zapamiętać. Jadłam pizzę z mięsem krokodyla, i steki z kangura, i żabie udka, i pyszne ślimaki. Można wykrzywiać się na te nazwy, ale to naprawdę pyszne potrawy. Nie wiem co próbowałam w Chinach, bo nikt nam tego nie tłumaczył a dania były co najmniej.. dziwne, ale niezłe. Uwielbiam japońskie sushi i sashimi w każdej postaci. Wszelkie glony i inne zielska i sałatki z nich zawsze są naprawdę dobre i zdrowe. 

Lubię jedzenie meksykańskie, i uwielbiam steki argentyńskie i brazylijskie i choć ludziom wydaje się, że są takie same albo bardzo podobne, to nie są!!

Świat jest zadziwiający także pod względem oferty jedzenia i przeciętny człowiek nie zdaje sobie sprawy ile smaków istnieje i ile można by w życiu cudów dla jednego podniebienia dostarczyć. Ale znam też takich ludzi, którzy boją się nieznanych im potraw, nowych wyzwań smakowych i są  szczęśliwi, gdy pachną im młode ziemniaczki z koperkiem i poczciwy polski kotlet schabowy. No i też dobrze!

Zapewne otwarcie na próbowanie nowych smaków związane jest z osobowością każdego z nas. Ludzie ciekawi świata, zawsze będą zaciekawieni tym co nowe, niezależnie czy będzie to jedzenie, czy moda, czy muzyka czy podróże. Ale zawsze też będziemy dokonywać wyborów, bo gust to jedna z najbardziej indywidualnych cech człowieka. Im bardziej niekonwencjonalny, dogłębny charakter tym większa indywidualność w percepcji każdej sfery życia. 

Dlatego nasze życie jest takie ciekawe, piękne i bogate. Każdego, dnia w każdym miejscu mamy miliony wyborów. Dodatkowo zmieniają się w nas z wiekiem, okolicznościami, doświadczeniem – bogactwo wrażeń na kolory, smaki i wszelkie inne odczucia są jak ogromne nieograniczony kalejdoskop. 

A nasz gust reguluje to w zależności od nastroju, wrażliwości i miejsca, w jakim właśnie w życiu się znajdujemy. Cieszmy się więc każdą chwilą i nie ograniczajmy sobie tego, czego właśnie pragniemy!  Pewne elementy życia nie podlegają dyskusji!! 🙂

..jak moja ulubiona Metaxa 🙂


BACK

Blaski i ciemne zaułki emerytury

06/09/2022

Emerytura jest naturalną częścią życia każdego człowieka. Przynajmniej powinna być! Jest przecież czymś takim samym jak dzieciństwo, młodość czy dojrzałość. Jest kolejnym etapem ludzkiego istnienia na Ziemi.  Ktoś kiedyś wpadł na pomysł i tak właśnie podzielił i nazwał kolejne części naszej egzystencji. Możemy się z tym nie zgadzać, możemy sobie indywidualnie czasowo je przesuwać – we własnej głowie, w kalendarzu, ale tak naprawdę takie podziały istnieją i wraz z przemijaniem młodość zamieni się na wiek dojrzały, a końcowe lata życia jedni nazwą starością a inni – emeryturą..  Hmm, można jeszcze żartobliwie zdziecinnieniem, ale to już na pewno nie to samo co dzieciństwo. 🙂 

Dziecko dorastające czeka z utęsknieniem, kiedy wreszcie będzie uznane za młodzieńca albo dorastającą panienkę, nastolatek nie może doczekać się dorosłości i nowych praw z tym związanych. Nie myśli za bardzo, że dorosłość to też odpowiedzialność i cała “góra” obowiązków. Ale przecież bycie dorosłym, to wreszcie wolność wyborów, własne życie, otwarty świat i wielkie plany na przyszłość. 

Wszystko to prawda. Każdy kto przeżył tyle lat co ja, wie o tym doskonale.  

Zwykłe fakty, bez żadnych specjalnych odkryć ani filozofii. 

 STOP – czerwone światełko, tu zatrzymują się moje myśli i zaczyna się “rozkminianie” (wyraz, który ostatnio ciągle słyszałam albo widziałam w książkach i bardzo! mi się spodobał 🙂 ) tematu. Czas emerytalny to bardzo umowne określenie. Są ludzie, którzy zaczynają ten etap w życiu bardzo wcześnie, bardzo dziwnie, bo na pewno nic ta ich emerytura nie ma wspólnego z oficjalnymi przepisami, pensją wypłacaną zgodnie z wiekiem i wypracowaną ilością pieniędzy itd. Po prostu – przestają pracować zawodowo, układają sobie czas w inny sposób i niezależnie od swojego wieku nazywają swoje życie “emeryturą”.  Potrafią być z tym szczęśliwi.  Umieją znaleźć własny wariant życia i czuć się zupełnie z tym dobrze. Można ich nie rozumieć, można ich nie akceptować, można zastanawiać się dlaczego ktoś “skraca“ sobie swój wiek dojrzały, najbardziej wydajny zawodowo i intelektualnie i pasuje mu emerytura. Można zadawać sobie różne pytania i dziwić się, ale jedno jest pewne: jesteśmy różni i tacy ludzie też są wśród nas.  Zawsze i wciąż powtarzam –  mogę tego nie rozumieć, ale muszę i jestem tolerancyjna, bo to jedyna droga do akceptacji inności. 

Smiles For Kids czyli mój Boss i rodzina żegnali moje oficjalne życie zawodowe w LAS VEGAS !

Dla większości z nas emerytura nadchodzi jednak z wiekiem, zbiega się z zakończeniem kariery zawodowej, z momentem zmęczenia pracą zawodową, z naturalnym poczuciem, że czas zmienić swój sposób na życie.  Każdy z nas “przygotowuje się” na ten moment inaczej. I nie myślę tu o przygotowaniach finansowych, choć i one są bardzo ważne, szczególnie w tym kraju. Są osoby, które do części finansowej emerytury przywiązują ogromna wagę i już od pierwszego dnia pracy o tym myślą, planują, inwestują. I mają tę finansową emeryturę na “stare” lata zapewnioną.  Dla mnie to “działka” niezbyt znana, za późno rozpoznana, niemożliwa do zrealizowania.. Cóż, jest jak jest. Niezależnie od tego jak wyszły finanse, lata płynęły i mój czas emerytury pewnego dnia nadszedł. W mojej głowie kliknęło. Nie pamiętam czy zabrało mi to tygodnie czy miesiące, gdy w mojej głowie dojrzewała potrzeba  zmian. Dla mnie nie była to trudna decyzja. Przyszła we właściwym miejscu, we właściwym czasie. Bez żalu, że odejdę z pracy, choć od początku planowałam, że jeśli to będzie możliwe będę starała się coś robić w mojej (już wtedy “byłej” pracy). Nie wiedziałam czy się uda, czy mojej córce (Boss-owi) będzie to pasowało, nie wiedziałam nawet czy mnie będzie to odpowiadało. Chciałam spróbować, chciałam także mieć szansę zarabiania jakiś pieniążków, póki to możliwe.  Nie miałam żadnych konkretnych planów czasowych, jak długo to może potrwać, czy taki układ będzie nam obu pasować, czy wytrzymam, czy będę jeszcze czuła się dobrze stojąc tylko jedną nogą w pracy… Plan, który sobie wymyśliłam, a który moja córka zaakceptowała, choć przyznaję, niechętnie – nie miał pewności powodzenia, nie miał wyznaczonych ram czasowych. Póki co – działa. Mimo, że czasem myślę już o tym, że  robię to “na siłę” i jestem już tam coraz bardziej obca.. 

Za to widziałam oczami wyobraźni co chcę robić z resztą mojego “emeryckiego” czasu. Nie miałam najmniejszej obawy, że mogę się nudzić, że ogarnie mnie pustka, samotność, że poczuję się niepotrzebna, stara, że ogarnie mnie zmęczenie, odrzucenie, nicość. Przez wiele dni czy tygodni jak kwitnące kwiaty czy dojrzewające owoce – wszystko poukładało się logicznie w mojej głowie. W pełnej harmonii i spokoju byłam pewna, że tego chcę, że jestem gotowa na zmiany.  

Moje przyjaciółki stanęły na wysokości zadania – to było wspaniałe wejście na drogę emerytalnego etapu życia !

Robiłam w życiu bardzo wiele różnych rzeczy. Nigdy, nawet wtedy gdy nie były to moje wymarzone zadania życiowe, nie obijałam się, nie wykręcałam się od swoich obowiązków. Kariery zawodowej nie zrobiłam, pieniędzy wielkich nie zarobiłam. Nie spełniły się moje marzenia zawodowe, ale i tak w życiu bywa.  Ot, przeciętna nauczycielka, przeciętna osoba wykonująca przypadkowe prace, które przyszło gdzieś na drodze życiowej robić, przeciętna żona prowadząca dom, wychowująca dzieci, pracująca społecznie itd. Nie żałuję, wszystko miało swój sens… 

Ale choć dziś te różne zajęcia nie wyglądają na wielkie wyczyny, to jednak niejednokrotnie były męczące, wyczerpujące  do granic wytrzymałości. Nie, nie jestem wyjątkiem!  Każdy tak ma. W różny sposób, ale każdy zna to z własnego doświadczenia. 

Pewnego dnia “zmęczenie materiału” jest tak duże, że właściwy “klawisz” powinien kliknąć – dzwoneczek zadzwonić: czas na zmiany. Na dobre zmiany. Na takie, które JA sama sobie zaprogramuję, zaplanuję, w które ja zainwestuję. Już nie będę uzależniona od szukania pracy, od szefów, od dojazdów do pracy, od wczesnych wstawań czy powrotów po zatłoczonych autostradach. 

Jaśmin, choć zakwita na krótko pachnie wspaniale. I zachwyca teraz z podwójną siłą 🙂

Teraz mam czas na powolne wstawanie, jeśli lubiłabym o świcie, to wstawałabym wraz ze wschodem słońca, jeśli wolę poprzeciągać się do południa, to czemu nie.. Wierzcie mi, kawa wypita spokojnie, bez pośpiechu, na patio we własnym ogródku, a nie  w samochodzie w plastikowym kubku, smakuje zupełnie inaczej! 

Chwila spojrzenia w górę i zachwyt jak piękne jest bezchmurne błękitne niebo i jak właśnie dziś zakwitły cudnie nowe kwiaty na krzaku róży czy  jaśminu są bezcenne.  Podobnie świadomość, że kiedyś nie miałam czasu dostrzegać tego, a dziś widzę i cieszę się tym podwójnie! 

Nowe tytuły książek i filmów czekają na mnie na półce

Mam czas na książki dotąd nieprzeczytane (choć zawsze dużo czytałam) na filmy, które odkładałam, bo kiedyś.. (to znaczy teraz) oglądnę. 🙂 

Teraz możemy z moimi przyjaciółkami planować spotkania, pielęgnować nasze urodziny, drobne rocznice, zwykłe plotki, pogaduszki – wszystko, co nas cieszy a nie ogranicza w czasie. Za każdym razem wzajemnie sobie o tym przypominamy i mówimy o tym z wielka radością. Dziś nawet wyjście do miejsca jak np. do wielkiego sklepu ogrodniczego to dla nas celebracja oglądania, dyskutowania, uczenia się, wąchania zapachów, porównywania kolorów, wybierania doniczek – słowem zakupy, o jakich istnieniu nigdy wcześniej nie myślałam i nie wiedziałam. W biegu codziennego życia, pracy zawodowej, wychowywania dzieci, prowadzenia domu nigdy nie pomyślałabym o takich rozgrywkach jak przyjemność oglądania i kupowania kwiatów i roślinek. Taki urok można dopiero odkryć na emeryturze. 

Nasze zawsze fantastyczne radosne i niekończące się spotkania!

No i MÓJ  BLOG! To już bardzo moje zajęcie. O tym pisałam już wcześniej i nie jeden raz. Jak wiadomo, nie był to mój pomysł, zawsze będę wdzięczna mojej przyjaciółce, że mnie do tego nakłoniła, zmobilizowała i nauczyła, bo dzięki temu  to jest moja najlepsza emerycka (a może emerytalna?) zabawka. Lubię ją, sprawia mi wiele radości i choć wiem, że to ani literatura, ani książka, ani nic poważnego, jak większość spraw i rzeczy w moim życiu. Ale wypełnia mi to czas, jest moje, więc  jest inne od tego, co mają i robią inni. Bawi mnie, organizuje moje myśli w głowie, każe pomyśleć, że czas zastanowić się co będzie następnym tematem wpisu, uczy jak szukać nowych zdjęć, jak sobie radzić z zawiłościami komputerowymi.. A więc coś w mózgu musi pracować, na lenistwo nie ma czasu, a to nie jest takie złe, jeśli każdego dnia lat nam przybywa. 🙂 

Przy okazji – zawsze coś nieprzewidzianego wpadnie do oka, do głowy – coś co zainteresuje, co sugeruje nowy pomysł, może wyjazdowo-wakacyjny, może spotkanie, może wiersz, może wspomnienie.. 

Pięknie wygląda obraz mojej emerytury. Takiej emerytury! Nie trzeba nawet mieć wielkich pieniędzy, żyje się miło, spokojnie, rodzinnie z dziećmi i wnukami. Od czasu do czasu wakacyjne podróże, spotkania z przyjaciółmi, odwiedziny znajomych miejsc albo zupełnie nowych  jeszcze nieznanych, które wciąż czekają na mojej liście marzeń. Jeśli się chce, jeśli ma się w sobie potrzebę aktywności, każdy nowy tydzień przyniesie nowe zdarzenie. Zawsze można znaleźć coś ciekawego!  Życie płynie. Nic nie stoi w miejscu. Trzeba chcieć być i bywać. Istnieć i wykonywać ruchy, nie zastygać w stagnacji, nie zamykać się w czterech ścianach, nie stworzyć wokół siebie izolacji od ludzi i tętniącego życia… Nie szukać powodów do zamknięcia się we własnej  skorupie.

…Że czasem ciężko??  Że ogarnia nas zmęczenie, niechęć, obojętność, depresja, smutek…? Tak, wiem!! Też znam te uczucia.  Nie uwierzę, że takie myśli, takie fatalne dni nie dopadają każdego z nas, nawet “emeryta – największego optymistę!”  Niestety, emerytura to czas nieuchronnie nadchodzącej starości a wraz z nią kłopotów zdrowotnych. Wcześniej czy później dopadają nas różnego rodzaju bóle w kościach, krzyżu, brak regularnego oddechu, trudności w chodzeniu (już nie powiem w bieganiu) 🙂 kłopoty ze snem i już nie będę tu wymieniać tysięcy innych o wiele groźniejszych problemów. Wiem – chorują też młodsi i młodzi, ale nie o tym dziś myślę. Myślę o strachu, jaki ogarnia nas, gdy przychodzi choroba. W świadomości starszego człowieka (emeryta) słowo “choroba” urasta do zupełnie innego wymiaru niż znaczyło kiedyś. Ja akurat jestem osobą bardzo daleką od histerii i to  zapewne ów strach powoduje, że raczej wypieram i odsuwam od siebie fakt choroby, uciekam od przesadnych i zapobiegawczych działań, nie unikam kontaktów “na wszelki wypadek, bo może zachoruję”, nie biorę leków, bo “może pomogą na zaś” itd. Na pewno nie należę do grupy hipochondryków, co jest dość częstym objawem wśród ludzi starszych. Tak było w okresie pandemii, kiedy “moja głowa” mimo strachu buntowała się i nie potrafiłam psychicznie ulec tak wielkiej psychozie społecznego przerażenia. Nie wiem czy to dobrze czy nie. Na pewno jak każdy człowiek, boję się groźnej czy śmiertelnej choroby, może po prostu moja reakcja na ten problem jest inna niż większości znanych mi ludzi. 

Cóż, każdy na swój sposób broni się przed “czarnym tunelem” choroby. Boimy się bólu, boimy się powikłań, nasza wyobraźnia działa w kierunku komplikacji choroby, a nie w kierunku zdrowienia. Co tu ukrywać, taka jest natura większości starych ludzi.. Emeryci lubią chodzić do lekarzy, dla niektórych staje się to niemal rozrywką dnia codziennego. 🙂 Nasze rozmowy towarzyskie często kręca się wokół tematu co komu dolega, jakie są najbliższe medyczne plany i ile lekarstw właśnie zażywamy.  

Oczywiście, są i tacy, którzy mimo wieku, zmęczenia i wszystkich znaków na niebie i na ziemi są uparci i nie uważają siebie za “emerytów”. Pracują, chorują, nie mają czasu spojrzeć na siebie w lustro, spojrzeć na świat wokół. Nie umieją znaleźć w sobie rozwiązania, pogody ducha, która zapewni im komfort  znalezienia się we właściwym miejscu i czasie. Na to nie ma lekarstwa. Na to nie ma porady. Na to nie ma lekarza. 

Jest tylko własny rozum, a w nim “kolorowe życiowe guziki”. 

I Człowiecza potrzeba kliknięcia we właściwy guzik. 

Tak, by NIE znaleźć się w tym czarnym tunelu – na zawsze. By nie było za późno…


BACK

Chciałabym…

05/26/2022

  • By mój dzień był naszym wspólnym dniem
  • By moje dzieci były szczęśliwe na swój własny sposób
  • By kwiaty kwitły przez cały rok i pachniały ogrody
  • By słońce budziło tych co kochają wczesne poranki, a księżyc mrużył oko do tych, co zasypiają późną nocą
  • By dzieci kochały rodziców tak, jak rodzice ich kochają 
  • By wnuki szły odważnie w przyszłość, ale nie traciły świadomości swych korzeni
  • By dom był tam, gdzie jest miłość i dobroć
  • By miłość była niekoniecznie łatwa, ale spełniona i wypełniająca
  • By przyjaźń wypełniała  chwile, kiedy bywa źle, smutno i trudno.
  • By lęk własny nas nie przerastał, a potrafił w nas zbudować moc życiową i ochronić nas  przed dołkami i upadkami.
  • By radość, uśmiech, energia i entuzjazm były przewodnikami niezależnie od czasu, miejsca i sytuacji życiowej. 
  • By moje kobiece serce było pojemne, przepojone nieograniczona miłością, nieskończonym zrozumieniem, niewiarygodną siłą wybaczania i niezłomną odwagą decyzji
  • By w szkołach dzieci uczyły się, a nie ginęły od psycholi strzelających do nich
  • By mi nigdy nie zabrakło dobrego czerwonego winka i Metaxy
  • By nigdy nie zabrakło sił fizycznych do realizacji planów, biegania i załatwiania drobnych i drobniejszych spraw, ważnych i mniej ważnych pomysłów, niewyczerpanych aktywności, które lubię. 
  • By nigdy nie brakowało mi chwil na własne wyciszenie się, jeśli tego zapragnę, jeśli tego potrzebuję, bo tak też bywa.. 
  • By ludzie łączyli się ze sobą jak chcą i z kim chcą i by nikt inny ich za to nie potępiał.
  • By każdy człowiek nauczył się rozmawiać z drugim człowiekiem tym samym językiem, by umiał słuchać go i rozumieć.
  • By Świat NIE był głodny.
  • By Świat NIE był dla siebie okrutny.

  • Bym za rok mogła być szczęśliwą Matką jak dziś


BACK

Majowe echo mojej młodości.

05/22/2022

W pamięci, w zakamarkach głowy.

W rozmyślaniach i w odbiciu w lustrze.

Jakiś refleks, skojarzenie drobnego wydarzenia, smaku, dawno zapomnianej melodii… Wszystko to od kilku tygodni krąży wokół mnie jak uparte satelity, które mnie nie opuszczają.

Zacznę od dzisiejszego dnia, gdy zaczynam pisać ten wpis – 17 maja. Czterdzieści osiem lat temu był pochmurny piątek, zamiast iść  na zajęcia z gramatyki historycznej, szykowałam się do wyjścia do krakowskiego Urzędu Stanu Cywilnego. O godzinie 11.15 rano odbył się nasz  “nielegalny ślub” jak do dziś mój mąż nazywa to wydarzenie. Nie da się jednak ukryć, że wobec prawa był najlegalniejszy i papier połączył nas w zalążek rodzinny.

My – w dniu ślubu cywilnego – z najbliższą rodziną i moją grupą z pierwszego roku studiów polonistycznych

Emocjonalnie ważny i bardzo uroczysty ślub odbył się dopiero we wrześniu, ale ten majowy poranek, w obecności rodziców, małej grupy rodziny, kilku przyjaciół harcerskich i.. zupełnie przypadkowo – mojej grupy ze studiów, którzy załatwili tego dnia odwołanie zajęć – staliśmy się mężem i żoną. Byliśmy młodzi, piękni, szczęśliwi i nie zastanawialiśmy się nad żadnymi trudnościami życiowymi. Był maj, wszystko odbywało się trochę na “wariackich papierach” i dla owego “papierka”, byśmy mogli zgodnie z naszymi planami, od nowego roku akademickiego czyli od października, legalnie przeprowadzić się do Katowic, na Uniwersytet Śląski. Wtedy jeszcze nie mieliśmy pojęcia, że ten plan życiowy oznacza dla nas początek drabiny, po której będziemy piąć się do góry w niekonwencjonalny sposób i w bardzo nieoczekiwane i nieprzewidziane miejsca.. 

 Smutno, bo czas leci a my coraz wolniej dreptamy, coraz więcej prostych faktów zapominamy, coraz bardziej pochylamy swoje sylwetki. Nie, nie wpadam w depresję starości, ale wiem, że czas dla ludzi starzejących się biegnie inaczej niż dla młodych. Wiem też, że czas jest sprawiedliwy i nie oszczędza nikogo. Każdy kto myśli, że oszuka choćby jeden dzień, jedną krótką godzinę, myli się okrutnie. 

Ta wspomnieniowa “satelita” krążyła dziś od rana sentymentalnie i trochę smutno. Kolorowa kwiaty stoją w wazonie, jak zawsze od 48 lat, bo o tym mój mąż nigdy nie zapomina i to trzeba mu oddać, nawet PODWÓJNIE, bo przecież rocznice ślubu, jak i wiele innych mamy dwa razy w roku. 🙂

Jak w wierszu Wisławy Szymborskiej:

“ ..Żaden dzień się nie powtórzy
Nie ma dwóch podobnych nocy..”
“Nie będziemy repetować
Żadnej zimy ani lata..”

11 maja minęło 50 lat od dnia, kiedy wraz z gronem moich koleżanek i kolegów z którymi przez cztery lata spędzałam dni szkolne, lepsze i gorsze, szare i kolorowe, zwyczajne i wariackie – zasiadłam przy stoliku do pierwszego egzaminu maturalnego z języka polskiego.  Kolejny satelita pamięci krążył od rana wokół mnie.  Mała restauracyjka na Brackiej. Śniadanie. Z przyjaciółką ze szkolnych lat. Pijemy kawę, winko (a że tak wcześnie? Nie szkodzi! Przecież to dzień wyjątkowy!) 

A w Krakowie cudna wiosna!

Idziemy wolnym krokiem przez Rynek krakowski. Jest piękna słoneczna pogoda. Ktoś powiedział, że przywiozłam tę pogodę z Houston. Mój prezent dla pięknego Krakowa, żaden deszcz, zimny wiatr czy pochmurne niebo nie zepsuło nam atmosfery dobrych wspomnień i radości, która ogarnia nas już od rana. Przy zbiegu linii AB w Rynku i ulicy Floriańskiej zatrzymujemy się, bo Nina mówi, że trzeba kupić krakowskiego “bajgla” (kiedyś nazywaliśmy je obwarzankami albo preclami 🙂 i najlepszy jest taki ze “wszystkim” – z solą, makiem i sezamem. Mają przypieczoną skórkę i są miękkie w środku. I są dużo większe teraz niż za moich czasów młodości. Jemy jeden z Niną, na pół.  Idziemy moją kochaną ulicą Floriańską, z widokiem wprost na Bramę Floriańską.  Uwielbiam to miejsce! Wstępujemy do księgarni. “Pływamy” po półkach, oglądamy głównie nowości polskie, choć zagranicznych autorów jest też zatrzęsienie.  Z wielką satysfakcją stwierdzam, że ogrom tytułów albo mam w swojej houstońskiej biblioteczce, albo znam z audiobooków, które słucham na Empik.go. Jestem z książkami, które są w kręgu moich zainteresowań całkiem na bieżąco jak na osobę, która mieszka w Ameryce! Nie kupuję dużo, dwa tytuły zwracają moja uwagę. Nina już zdążyła mnie zaopatrzyć w wielka ilość książek, z których pewnie 3-4 wezmę do walizki a resztę mój przyjaciel, jak zawsze będzie dosyłam mi pewnie przez pół roku! Tuż po wyjściu z księgarni dogania nas pani ekspedientka i z miłym uśmiechem pyta pyta: czy to pani zostawiła?  I podaje mi moją saszetkę turystyczną, w której mam WSZYSTKIE najważniejsze rzeczy w tej podróży: dwa paszporty, polski dowód osobisty, wszystkie karty kredytowe jakie miałam ze sobą, pieniądze, polskie legitymacje i amerykańskie prawo jazdy. Na chwilę umieram.. Moje “dziękuję” nie ma granic wdzięczności dla tej miłej pani, dla jej błyskawicznej spostrzegawczości, bo w końcu mogła tego w ogóle NIE zauważyć, dla jej natychmiastowej reakcji i wielkiej uczciwości. To naprawdę było dosłownie minutę od naszego wyjścia z księgarni. Do dziś nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby scenariusz potoczył się inaczej.. Nie pamiętam nawet twarzy tej pani, ale mam nadzieję, że ktoś inny w moim imieniu kiedyś wynagrodzi jej podwójnie podobnie trudną sytuację. Karma wraca – zwłaszcza ta dobra. 🙂

Idziemy dalej, już opuszcza mnie napięcie, przecież po prawej stronie już widać Jamę Michalika, po lewej zawsze ten sam Hotel pod Różą. I tłum roześmianych ludzi, Krakowian i turystów, młodzieży szkolnej, dzieci z lodami w ręku. Idziemy na zakupy. Babskie zakupy do jedynego butiku, który odwiedzam zawsze, gdy przyjeżdżam do Krakowa.  Znajduje się naprzeciwko muru po lewej stronie Bramy Floriańskiej wciąż wewnątrz miasta. I od lat, o dziwo, niezmiennie jest. I prowadzi go wciąż ta sama pani, która mimo, że bywam tam rzadko i nieregularnie, rozpoznaje mnie! W zasadzie nie kupuję ciuchów w Polsce, nie bardzo wiem gdzie, nie mam na to nigdy czasu, sklepy w mall-ach są takie same jak u nas a towary w nich znacznie droższe. Ale ten jeden sklep przypadł mi do gustu przed wielu laty i tam wpadam w szał poszukiwań “szmatowych” zwłaszcza, że właścicielka (lub może tylko wierna sprzedawczyni) świetnie i fachowo zachęca do zakupów i doskonale reklamuje cały asortyment sklepu . Komplementuje klientów, w każdej sukience, bluzce czy cokolwiek na siebie wrzucimy, by przymierzyć! A do tego natychmiast podaje dziesiątki dodatków biżuteryjnych, szali, torebek. Nie można się temu oprzeć – zwłaszcza jeśli się wcale takiego zamiaru nie ma!  Tym razem nawet Nina, która zamierzała mi tylko towarzyszyć i doradzać uległa atmosferze najpierw przymierzania, a potem kupienia i cieszenia się z opanowania całego sklepu przez godzinę tylko dla nas i przez nas. Wyszłam ze znacznie lżejszą  saszetką, ale za to nadal miałam ją ze sobą i w iście szampańskich humorach i z dużymi torbami  papierowymi pomaszerowałyśmy Plantami kierując się w stronę mojego tymczasowego apartamentu.

Konwalie, bzy fioletowe i białe, tulipany o bardzo dziwnych różnych kształtach i krakowskie bajgle czyli obwarzanki albo precle.

Planty to tej porze roku toną w świeżej cudownej zieleni, kwitną cudne klomby różnokolorowych tulipanów. Niektóre tak dziwne, że gdy po powrocie pokazywałam zdjęcia mojemu mężowi, uparcie zaprzeczał, że to są tulipany. 🙂  No i bzy! Najpiękniej rozkwitłe chyba właśnie na mój “maturalny” przyjazd i zniewalająco pachnące. O najcudowniejszym leciutko fioletowym kolorze wśród bujnych mocno zielonych liści. Kwitną dokładnie tak samo jak kiedyś… Ale nie pamiętam, żeby aż tyle bzu było na Plantach 50 lat temu… A może po prostu, wtedy co innego zauważałam w moim życiu? 

Kwitły także ogromne drzewa kasztanowe, obsypane białymi kwiatami. Sypały się z drzewa jak delikatny majowy śnieg. Najpiękniejszy symbol  dojrzałej wiosny i szkolnych matur. 🙂  Zawsze wszyscy licealiści z ostatniej, czwartej klasy wiedzieli – kasztany zakwitają, nic nas już przed egzaminem dojrzałości nie uratuje. Dzień “prawdy” nadchodzi. 🙂

Na rogu Plant i Szewskiej jest restauracja “Zalipianki”. Szefową tej restauracji jest Ewa Wachowicz, dziennikarka i prezenterka telewizyjna, dawna Miss Polonia z 1992 i sekretarz prasowy premiera W. Pawlaka w latach 1993-95. Na gotowaniu też się zna, bo restauracja jest znana i lubiana, bazuje na naturalnych produktach, sprawdzonych recepturach, w atmosferze małopolskiego Zalipia (jak sama napisała we wstępie do swego menu).

Tam właśnie zjadłyśmy z Niną lunch z winkiem, bo podkład trzeba było mieć solidny przed imprezą, zarówno konsumpcyjny jak i lekko – alkoholowy, bo do takiego spotkania trzeba być w najwyższym stopniu przygotowanym!  Czekał nas jeszcze przyjemny spacerek Szewską do Rynku i potem na Gołębią, gdzie po dotarciu do mojego tymczasowego mieszkanka potrzebowałyśmy nieco czasu na kolejną porcję wesołych plotek, wspominek, żartów “uczniowskich”, zakrapianych kolejnym kieliszkiem dobrego czerwonego wina (Pan Kolega spisał się znakomicie i wszystko przygotował  na medal!).

Nasza klasa na spotkaniu z okazji 30-lecia matury, Maj 2002

A potem to już, jak na babcie pięciorga wnuczątek, dość zresztą wyrośniętych, to z wielkim rozpędem i ogromnym przyspieszeniem wpadałyśmy pod prysznic, do szafy po “kreacje”, wytrzepywałyśmy z kosmetyczek wszystko, co nadawało się do makijażu, zatuszowania zmarszczek, podkreślenia tego, co lepsze i ukrycia tego, co dla świata już za bardzo się nie nadaje. Ale że impreza zaplanowana była w podziemiach klubu dla “Singli” na ulicy Św. Marka, o czym wiedziałam od Niny i byłam poinformowana, że światła tam skąpią (oczywiście dla podtrzymania atmosfery 🙂 ). A poza tym, to wszyscy jedziemy na tym samym… ”wieloletnim” wózku, więc nie należy przejmować się. Grunt to humor, radocha i przeżycie kolejnej wspólnej matury. 

To nie żart, to już naprawdę minęło 50 lat!!

Tuż przed wejściem do klubu chwilę czekałyśmy małą “ babską grupą”, ale już od pierwszego słowa nie mogłyśmy się nacieszyć przywitaniami i rozpoznawaniem się, choć to nam poszło właściwie bez specjalnych trudności. A środku czekali na nas nasi organizatorzy, za chwilę doszli następni. Nie było nas wielu, kilka osób nie dojechało zza granicy (4), ktoś tam odmówił, ktoś źle się czuł, ktoś inny mimo wysiłków nie został “namierzony” i zaginął na przestrzeni – co tu dużo mówić.. pół wieku.  Ci co się stawili, tryskali radością spotkania. Tego wieczoru nikt z nas nie czuł upływu czasu. Zwłaszcza, gdy na wszystkich wielkich monitorach zawieszonych  na kamiennych ceglanych stylowych ścianach w kilku salach równocześnie, spoglądaliśmy na nasze roześmiane facjaty z różnych minionych lat i wydarzeń. Nie wszystkie rozpoznaliśmy jednako, każdy dopowiadał, co podsunęła mu pamięć i tak powstawały całe obrazy szkolnych dni, pozaszkolnych wydarzeń, wycieczek, psikusów, powiedzonek odtwarzanych w naszej trochę już podstarzałej pamięci. Ale co kilkanaście głów to nie jedna, więc po kilku godzinach, wielu kieliszkach szampana, wina, piwa i wszelkich innych mieszanych drinków obraz życia maturzystów sprzed 50 laty wykluwał się całkiem wesoły i interesujący.

Moje najlepsze szkolne przyjaciółki. Ela i Basia – razem chodziłyśmy jeszcze do podstawówki. Z Niną wciąż utrzymujemy świetny kontakt

Ja na przykład dowiedziałam się,  że nauczyłam moje najbliższe koleżanki palić papierosy już w pierwszej klasie liceum i może bym im w to uwierzyła, gdyby nie to, że usilnie upierały się, iż było to pod jakimś mostem w Krakowie. Ale – pod jakim – żadna z nich nie pamiętała…  Myślę więc, że pamięć nie tylko mnie zawodzi, za to historyjka nabrała kolorów a opowiastka rozbrzmiewała śmiechem i dodatkowymi interpretacjami dość długo, dopóki nie przeszliśmy na inne temu podobne “sensacje” sprzed lat. 🙂 

Wiesiu zrobił nam wielką przyjemność prezentacją – wspomnieniem poczynając od zdjęcia naszego poczciwego “Sobka” i  przypomnieniem opublikowanych w popołudniówce krakowskiej “Echo Krakowa” z dnia 11 maja 1972 tematów z języka polskiego.  Każdy usiłował sobie przypomnieć, który temat  wtedy wybrał. Ja jestem pewna, że musiałam pisać ostatni temat, współczesną literaturę. Zawsze lubiłam tzn. “tematy wolne” a ten taki właśnie był, o ile w tamtych czasach o wolnych tematach możemy mówić.  Prezentacja przypomniała nam wiele fajnych faktów, które wydarzyły się nie tylko w maju 1972 ale w całym tym roku. Niektóre z nich były naprawdę zaskakujące…  Np. właśnie w tym roku Polska zakupiła licencję na produkcję coca-coli..  Albo, że od stycznia 1972 otworzono granicę pomiędzy Polska a NRD i można ją było przekraczać tylko z dowodem osobistym. Te fajne ciekawostki i wiele innych opowiedziałam po powrocie moim dzieciom i wnukom. Dla nich to zupełna “bajka”. Bajka o dziwnym starym życiu babci. A jednak. 🙂 

Jedna z naszych koleżanek jest zakonnicą. Już 20 lat temu, na nasze spotkanie z okazji 30-lecia matury także się pojawiła. Roześmiana, wesoła chętnie opowiadała nam o swoim jakże innym życiu w zakonie Albertynek. A my oczywiście pytaliśmy, czasem może “zbyt odważnie” bo przecież nieczęsto ma się okazję do spotkań takich ludzi, zwłaszcza jeśli kiedyś siedziało się razem niemal w jednej ławce. Dostaliśmy od Władzi (tzn. od Siostry Renaty) na pamiątkę różańce i długopisy z napisem/przesłaniem jej zakonu “ Powinno się być dobrym jak Chleb”. Ładne przesłanie..

Czas mijał, było gwarno, wesoło, rozmawialiśmy w małych podgrupach i w większych kręgach. O tym jak minęło nam te 50 lat, o tych, co odeszli już na zawsze i o dawnych nauczycielach. I o tym, że jest w tym wszystkim jakiś magnes, jakiś  niewidzialny, ale mocno wyczuwalny ciepły bakcyl, że po tylu latach, po dwudziestu kilku historiach różnych indywidualnych długich życiowych dróg, chcemy i potrafimy się zmobilizować i spotkać się na jeden taki specjalny wieczór. 

Rozmowy, opowieści, wspomnienia żarty…

Przyznam, że tym razem, z wielu nietypowych i nieprzewidzianych wcześniej powodów i wątpliwości, dużo mnie kosztowała ta wyprawa do ukochanego Krakowa na pięć i pół dnia . Ale równocześnie od pierwszego zwiastuna wieści, że takie spotkanie jest planowane, ciągnęło mnie, by takiej okazji bycia znów z klasą “IV c” nie opuścić. To są chwile, których nikt nam nie odbierze i których nikt nie może zrozumieć, jeśli sam nie doznał takich przyjaźni, takich wspomnień i takich wieczorów.  To trzeba przeżyć, choć jak widać ja próbuję to także opowiedzieć. 

Było już  grubo po 1-szej w nocy, gdy wyszłam z podziemnego klimatycznego miejsca, wprost na ulicę Floriańską, od której zaczęliśmy ten dzień z Niną. Zaskoczył mnie w środową noc (tzn. już był czwartek) 🙂 tłum ludzi spacerujących roześmianych, pełnia świateł na Rynku, tu i ówdzie kwiaty na Rynku przy “Adasiu”, jak za dawnych lat.. Marcin, jak zawsze szarmancki i elegancki odprowadził mnie pod bramę apartamentów „Roman”, pożegnaliśmy się słowami: do zobaczenia. Wierzę, że jeszcze będzie następna i następna okazja do spotkań. W większym czy mniejszym gronie. Kameralnie czy znów z jakiejś klasowej okazji..   

Dla takich wieczorów warto żyć.  Warto pielęgnować przyjaźnie i wspomnienia, nawet jeśli są to już tylko “strzępki” dawnego młodego życia. Nawet jeśli spotykamy się po 20 czy 50 latach. Bo jeśli to mamy, to znaczy, że mamy w sobie spoiwo młodych lat i tych obecnych, że nie odpuszczamy dobrej energii młodości, że wciąż to „coś” mocno i radośnie pcha nas do życia. Do “kolejnej matury” – każdego nowego roku! 

A jak do tego dodać wszystkie moje spotkania, które odbyły się w ciągu pozostałych pięciu dni mojego pobytu, od wspólnych śniadań do późnych godzin nocnych – z rodziną z Krakowa, Sanoka, Gdańska, przyjaciółmi krakowskimi i sosnowieckimi.. Czyż mogłabym sobie życzyć bardziej owocnej szalonej podróży do Krakowa??  Lotu powrotnego NIE pamiętam, bo powietrze uszło ze mnie jak z przebitego nagle balonika. Z nadmiaru emocji, radości i winka – nie żyłam. 🙂 

Dziękuję organizatorom i wszystkim, którzy dotarli na to spotkanie, ta moja szkolna klasa dziś daje mi więcej radochy i energii niż kiedyś. 🙂 Dziękuję sobie, że adrenalina nie odpuściła aż do powrotu do Houston 🙂

Do zobaczenia!  Nie wiem kiedy – ale jakoś znów dojadę, najwyżej na .. wózku inwalidzkim.. (Tfu! Proszę odpukać w niemalowane!!!)


BACK

 Czy jestem gotowa?

 05/11/2022

A w Krakowie kwitną bzy i kasztany

Jest maj! Najpiękniejszy miesiąc roku. W Polsce już kwitną kasztany i bzy, pachną wokół konwalie, które w małych bukiecikach można kupić na Rynku Krakowskim. Jestem pewna, że w płaskich misach z wodą wyłaniają swe fioletowe główki cudne fiołki.. Jest maj i za chwilę zaczynają się, jak każdego roku, egzaminy maturalne. Setki młodych ludzi przeżywa swój pierwszy prawdziwy egzamin. Pierwszy poważny, pierwszy otoczony od lat legendą ważności, dorosłości, szansą na wybór własnego życia. 
Dlaczego właśnie dziś zebrało mi się na takie rozważania ? O, to nie przypadek! 

Ten rok – ”maturalnie” jest dla mnie ważny. Dziś rano zdawałam znów maturę z języka polskiego! I wcale mi się to nie śniło! Przez cały rok, a właściwie to nawet długo wcześniej przygotowałam mojego wnuka do egzaminu IB (International Baccalaureate) z języka polskiego. Wybrał sobie to z własnej woli i chęci wiedząc, że w szkole nie ma takiego kursu i może się tylko przygotowywać samodzielnie, na prywatnych lekcjach z prywatnym nauczycielem. Padło na mnie w sposób zupełnie naturalny jako, że od lat uczyłam moich wnuków polskiego. Ale – uczyć  w celu podtrzymania tradycji i posługiwania się językiem rodziców czy dziadków, to zupełnie co innego, niż nauczyć młodego człowieka języka, poniekąd “obcego” tak, by poznał jego literaturę, przeczytał w oryginale kilkanaście książek z różnych epok, różnych rodzajów od reportażu poczynając poprzez dramat, nowelę, bajkę, na powieści czy poezji kończąc. Od utworów napisanych w XIX wieku do takich, które są najbardziej współczesne jak proza Olgi Tokarczuk czy poezja Herberta i Szymborskiej. 

A jak jeszcze zapoznaliśmy się oboje z Christophem z zasadami, wymaganiami tegoż egzaminu – byłam bliska zawału serca!  Tak, jestem z wykształcenia polonistką, pracowałam w liceum w Polsce przez 17 lat z wielka pasją. Uwielbiałam uczyć i ci, którzy mnie pamiętają nie powinni narzekać na moje sposoby nauczania. Każdego roku przeżywałam z moimi uczniami pierwszy maturalny dzień – pisanie wypracowania z języka polskiego. Tak jak oni, nie znałam pytań, tak jak oni ogromnie przeżywałam moment otwarcia koperty z pytaniami. Pięć godzin myślenia nad wyborem – które zagadnienie jest najlepsze. Jak ułożyć plan? Jak zacząć pisać “na brudno”?  Ile czasu potrzebuję na przepisanie i sprawdzenie?  Wszystko to w ciszy, każdy przy osobnym stoliku, dziewczęta w białych pięknie wyprasowanych bluzkach i granatowych spódniczkach. Chłopcy, a właściwie już młodzi mężczyźni, w garniturach, białych koszulach i krawatach (uczyłam głównie w liceum medycznym, gdzie były same dziewczyny, ale także miałam kilka klas w liceum ogólnokształcącym, koedukacyjnym). 

A kto z nas nie pamięta swojego pierwszego dnia matury? Ja pamiętam doskonale!  Szłam sparaliżowana strachem, ale też podniecona oczekiwaniem jakie będą pytania. Co będę mogła wybrać?  Lubiłam pisać wypracowania z polskiego. Bałam się matury, ale nie bałam się pisania. Wiedziałam, że z polskim dam sobie radę. Gorzej było następnego dnia, kiedy szłam na egzamin pisemny z matematyki. Do dziś dziwię się, że dotarłam żywa do szkoły. Byłam na krawędzi rozpaczy, rozsypania się ze strachu, bliska ucieczki z przerażenia i całkowitej pewności, że NIC nie umiem i na pewno nie zdam!  Jestem pewna, że zdałam tylko dlatego, że jedno zadanie (jeśli cokolwiek pamiętam i pamiętam właściwie..) było z geometrii a to jeszcze jakoś siedziało mi w głowie, drugie zadanie podrzuciła mi moja kochana wychowawczyni, która dobrze wiedziała, że “taka humanistka” chyba nic więcej nie wykombinuje, a trzecie coś tam zaczęłam i nie skończyłam, więc może mi to jakoś na tróję zaliczyli. 🙂  Trzeciego dnia pisałam historię, bo taki był wtedy mój wybór i tu już nic nie pamiętam, ale pamiętam, że uczyłyśmy się razem z moją przyjaciółką Niną, a ona była z historii jak skała i filar świata, więc pewnie i mnie też trochę wyuczyła. 

Ustne egzaminy trwały w nieskończoność i dziś już nie potrafię odtworzyć co i jak się działo. Wiem jedno, że znów z matematyki uratowała mnie, tym razem Polonistka, która nie uczyła wprawdzie naszej  klasy, ale znała mnie dobrze. Pamiętam, że gdy już siedziałam przy stole twarzą w twarz przed komisją z poczuciem, że topór wisi nade mną i oto chwila grozy i sprawiedliwości nadchodzi.. usłyszałam dość głośny szept owej Polonistki do naszej klasowej nauczycielki matematyki: “ ona jest humanistką. Takie wkuwają na pamięć tylko regułki. Trzeba ją o to pytać..” Całe szczęście, że polonistki rozumiały takie jak ja.. Może i ona kiedyś miała kłopoty “w świecie matematycznym”?  I tak panie zadawały mi pytania, bym głównie ocierała się o teorię, a nie o praktyczne rozwiązywanie zadań. W ten oto sposób zdałam matematykę na maturze. I – Bóg mi świadkiem, więcej matematyki oficjalnie nie tykałam. Co nie znaczy, że temat złośliwie nie powrócił. Takie, życie. Nigdy nie mów “nigdy”, bo nie wiesz co się zdarzy. 🙂 

Taka była moja matura! Też kwitły bzy i na pewno kwitły kasztany na plantach, bo to pamiętam dobrze! Tak było 50 lat temu. Ale – o tym za chwilę.. 

Dziś, 4 maja, rano o 8 godzinie denerwowałam się tak samo jak kiedyś. Albo jeszcze bardziej. Mój wnuk wprawdzie nie przystępował do pełnego egzaminu maturalnego, ale egzamin pisemny z języka polskiego, dla młodego człowieka urodzonego w Ameryce, dla którego jakby się  bardzo nie starać język polski jest drugim językiem, musi być wielkim i trudnym przeżyciem. 

Część pierwsza egzaminu odbyła się już w marcu. Był to egzamin ustny, w czasie którego Christoph przedstawiał napisaną przez siebie rozprawkę na temat “Wykorzystywanie i manipulacja słabszych ludzi przez silniejszych, używających słów i czynów jako narzędzi manipulacji. Napięcie między indywidualna chciwością a społeczną odpowiedzialnością”.  Jako bazę wybrał sobie dwa utwory: “Bajki” Oscara Wilde’a napisane pod koniec XIX wieku, które czytał po polsku, bo jedną z zasad egzaminu, było przeczytanie czterech utworów obcych pisarzy w tłumaczeniu na język polski i porównywał je z dramatem jednoaktowym Sławomira Mrożka pt. “Serenada”. Niełatwa to była praca. I czytanie, i analiza, i porównywanie bohaterów, a potem wielogodzinne pisanie o tym pochłonęło ogromną ilość godzin dyskusji,  prób, szukania najlepszych rozwiązań.  Wreszcie poszukiwania metody przedstawienia tej rozprawki i uczenia się najlepszego zaprezentowania jego własnej pracy. Nie będę opisywała ile zaparcia i ciężkich momentów mieliśmy razem przez te kilka długich miesięcy, zważywszy na fakt, że jednak język polski to przedmiot dodatkowy, wybrany przez niego jako przedmiot nauczania indywidualnego. Egzamin ustny był nagrywany w obecności osoby upoważnionej do odbioru tego egzaminu i został wysłany do Polski, do komisji egzaminacyjnej IB. Część druga, pisemna odbyła się 4 maja. Tu już tylko mogę polegać na opowieściach Christopha o czym był tekst, na który zdecydował się pisać esej, jak go napisał, jak sobie dał radę. 

Wiem, że idealnie nie było.. Nie ma takiej szansy, by pisał bez błędów, myślał po polsku lekko i swobodnie. Każdego dnia wychowuje się świecie angielskojęzycznym i z mojego punktu widzenia, to co zrobił i osiągnął przez te wszystkie lata, a szczególnie przez ostatni bardzo intensywny rok nauki, jest wspaniałym osiągnięciem i nikt nigdy mu tego nie odbierze. Czy wystarczy na oficjalne zdanie egzaminu IB? Nie wiem. Wiem jedno – jestem z Niego dumna! Wiem, że zrobił co mógł, osiągnął to, czego nie potrafi i nie chce robić setki polsko-amerykańskich dzieci. I to był jego wybór, jego praca i jego satysfakcja. 

Będziemy oczekiwać na oficjalne wyniki. Będziemy denerwować się jeszcze przez dobrych kilka tygodni. Ale już dziś wiem, że Christoph swoją maturę z POLSKOŚCI zdał! Dla mnie to wielka duma i satysfakcja a ocena – choć bardzo pragnę pozytywnej! – będzie tylko dodatkiem (mam nadzieję, że miłym!) 

Cofając się w daleką moją przeszłość, opowiedziałam bardzo wyrywkowo wydarzenia maturalne. Trzydzieści  lat później, gdy już od ponad 10 lat mieszkałam w Houston, grupa naszych “aktywistów klasowych” fantastycznie odnalazła się, zmobilizowała i zorganizowała pierwsze klasowe spotkanie po 30 latach od wydarzeń maturalnych. Nie pamiętam jak to się stało, jak do mnie dotarła ta wiadomość – faktem jest, że poleciałam do Polski w towarzystwie mojej córki, żeby było mi raźniej. Spotkałam się po wielu latach, ale dzień przed imprezą klasową, z moja przyjaciółką Niną i moment kiedy zobaczyłyśmy siebie nawzajem w drzwiach wejściowych był jak czas cofnięty do chwili, gdy każdego ranka otwierały się wielkie drzwi Sobieskiego i wpadałyśmy na siebie, by zdążyć obgadać poranne ploteczki.. 

Tych dwoje miało się ku sobie już w połowie lat licealnych i do dziś są razem! „Stare dobre małżeństwo ” 🙂

Znalazłyśmy się w innym świecie. Czas zatrzymał się, a raczej cofnął się o 30 lat.. Moja córka, wówczas dwudziestoparoletnia – zakrzyknęła do obu Babć, które były świadkami tej sceny: Babciu, one zachowują się jak nastolatki!  I chyba tak to właśnie było. Tak, wtedy poczuliśmy się – odmłodzone, odnowione, zbliżone do siebie jak za dawnych szkolnych czasów.. 

Migawki z klasowego życia

Następnego dnia spotkaliśmy się w gronie klasowym, niewielkim, bez nauczycieli. Nie miałam pojęcia kto będzie, kogo poznam, a kto mnie zupełnie zaskoczy. Byłam ogromnie nabuzowana radością spotkania ludzi, których nie widziałam trzy dekady. Moje życie tak się ułożyło, że jeszcze na studiach gdy wyszłam za mąż wyjechałam z Krakowa i faktycznie nie utrzymywałam z nikim z klasy kontaktów. To spotkanie klasowe było dla mnie totalnym zaskoczeniem. Ogromnie miłym. Fantastycznym, pozytywnym. W czasie szkoły byłam bardzo mocno związana z towarzystwem z kręgu harcerskiego, a tu nagle okazało się, że tyle fajnych wspomnień odtworzyliśmy wspólnie po 30 latach. Także z tymi, których ja nie pamiętałam a oni o mnie – tak. W mojej klasie miałam kilku kolegów, z którymi chodziłam do jednej klasy już od pierwszej klasy podstawówki, nie tylko w liceum. Nasze wspólne dni szkolne sięgały więc jeszcze głębszych lat. Pierwsze kontakty w ławce szkolnej zaczęły się w wieku siedmiu lat. 

To też my!

Jedna z koleżanek bardzo popularna w klasie i lubiana przez wszystkich miała rodzinną fotograficzną przeszłość i po skończeniu szkoły nadal pozostała w tej branży. W roku 2002 nie było jeszcze telefonów komórkowych i zdjęć cyfrowych, za to Małgosia zorganizowała nam szybka sesję zdjęciową zarówno z bieżącej imprezy, jak i zdjęć szkolnych (skąd ona to wytrzasnęła??) i z pomocą swojego zakładu fotograficznego każdy z nas – uczestników tego spotkania otrzymał jeszcze tej magicznej nocy zdjęcia – wspomnienia i wspólne zdjęcia spotkania po 30 latach od matury. 

Zawsze jestem zafascynowana jak w czasie takich spotkań i dziesiątek rozmów okazuje się, że każdy pamięta co innego albo inaczej.  Nasz mózg wychwytuje szczegóły, które dla innych osób zupełnie nie mają znaczenia. A gdy przypadkiem życie nas znów złączy i zaczniemy układać łańcuch dawnych zdarzeń, powstaje historia dawno zapomniana. Historia niezapisana może nawet trochę nieprawdziwa, ale odtworzona dzięki emocjom dawnych naszych przeżyć. 

Nasze dziewczyny

Czasem spieramy się czy tak naprawdę było? Czy może to fantazja naszych marzeń dawnych, naszych młodych uczuć, sposobów widzenia świata.. Wszystko to tworzy obraz dawnego  młodzieńczego życia, barwnych lat, które właśnie tak chcemy pamiętać. Przy tych wspomnieniach bawimy się świetnie, zaśmiewamy się do łez, wzruszamy się i czujemy siłę tamtych wspólnych lat. Tak było 30 lat temu. To była magiczna noc. Pamiętam, że dowiedziałam się o różnych zdarzeniach, których przez cztery lata szkoły nawet nie zauważyłam, zwróciłam uwagę na moich kolegów i koleżanki w sposób, o którym wcześniej nie myślałam.  To było fantastyczne! Czułam się się jakbym “dojrzała” do mojej klasowej grupy, jakbym dzięki temu, że spotkaliśmy się po 30 latach, stała się naprawdę częścią mojej klasy.  Spotkanie trwało bardzo długo, na pewno dłużej niż planowaliśmy. Pamiętam, że gdy koledzy odwieźli mnie pod dom (a raczej kamienicę, w której mieszkałam kiedyś, od dzieciństwa) nagle zauważyłam, że zaczęło się rozwidniać i nastawał dzień (był koniec maja) i bardzo mnie to zdziwiło… Śpiewały ptaki i niebo rozjaśniła łuna światła. Wtedy już mieszkałam w Houston od ponad 12 lat i zapomniałam, że w maju świta już o 4-tej rano. O tej porze roku w Houston jednak dzień zaczyna się dużo później. 

A teraz, po wielu dziwnych i nieplanowanych wydarzeniach, gdy wokół od tygodni piętrzyły się wątpliwości: lecieć – nie lecieć, powinnam czy nie, chcę znów powtórki matury.. Czy jestem gotowa po pięćdziesięciu latach usiąść przy stoliku, niekoniecznie w białej bluzce i z piórem w ręku, ale z tym samym drżeniem serca i niepewnością jak to będzie?  Czy nasza kolejna “matura” uda się, ile zostało nam w szufladkach pamięci, a ile czas zatarł już i zdamy ją już tylko na “czwórkę”? A może wspólnymi siłami odtworzymy najpiękniejsze wspomnienia tamtych młodych lat. Może ujrzymy siebie młodych i pięknych, nie będzie zmarszczek i bólu w krzyżach, na kilka godzin zapomnimy, że minęło już 50 lat.

Po prostu – przy kieliszku wina a może wódki zaśpiewamy:
Oj, za dzień matura, już za chwilę…
Jestem gotowa! I jak było? Może opowiem wam po kolejnej maturze. 🙂


BACK

Zasady, postanowienia, marzenia – kto taki worek w życiu udźwignie?

04/12/2021

Każdy z nas chciałby… Każdy marzy. Każdy zadaje sobie życiowe zadania, postanawia, zapiera się, że tym razem swój plan na pewno zrealizuje. I wielka chwała tym, którym się udaje. Szczęśliwie – każdemu coś się udaje! Tyle, że jak przyglądam się dokładnie i uczciwie sobie i swoim życiowym poczynaniom, to udało mi się trochę i wyrywkowo różnych postanowień i marzeń zrealizować, ale tak naprawdę to więcej było takich, co wyślizgnęło się z listy i nie powróciło nigdy więcej. 

Oczywiście i na szczęście, mamy sprawy ważne i mniej ważne, mamy takie, które w normalny sposób przemijają i naturalnie przestają być istotne, a więc nie muszą gnębić nas do końca życia wyrzutami sumienia, że nie zrealizowaliśmy naszych punktów i punkcików planu. 

Ba.. błąd. Te właśnie małe drobne sprawy czasem są ważne i uczą nas solidności i konsekwencji. Zawsze podziwiałam ludzi, którzy wytrzymywali w swoich postanowieniach. Nawet jeśli trudności opóźniały realizację końcową, nawet jeśli kosztowało ich to więcej niż przewidywali na początku. A z drugiej strony..  Może to dziwnie zabrzmi – nie lubię takich uparciuchów, którzy za wszelką cenę – jak to mówią “ po trupach” dążą do pierwotnego planu, nie weryfikują niczego, nie potrafią być “elastyczni”. “Głową o mur” – ale musi być tak jak chcę! Może więc istnieją w życiu każdego człowieka różne sytuacje, nie zawsze wszystko jest czarne czy białe i żadna zasada nie jest prosta, jednoznaczna i łatwa do podejmowania i trzymania się jej sztywno i do końca.

Podobnie bywa z marzeniami. Albo jeszcze trudniej. Kiedy jesteśmy młodzi, zdrowi, szczęśliwi, marzenia mnożą się jak grzyby po deszczu. Nie mamy ograniczeń, nie myślimy o realiach wokół, wszystko wydaje się dostępne na wyciągnięcie ręki! No i bardzo dobrze! Tak właśnie powinno być. Takie powinny być marzenia. Lekkie, dostępne, piękne, niepodważalne. Nikt z nas nie ma wątpliwości, że marzenia MOGĄ mam się kiedyś spełnić.  A potem mijają lata, zmieniają się warunki, możliwości, układy życiowe i pewnego dnia marzenie sprzed 20-30 lat.. spełnia się! Tylko, że ono już nie jest takie, jak było kiedyś “w naszym marzeniu”…  Odkrywamy jakiś inny obraz.  Tak, to o tym przez lata śniliśmy, ale dziś nasz sen stracił dawną siłę, lekkość marzenia uleciała, sens tamtego marzenia przybladł, przygasł.

To o czym chciałabym dziś pogadać? Cisną mi się do głowy takie moje własne trudne życiowe doświadczenia. Kiedy byłam nastolatką już niejeden raz pisałam, że ogromne piętno wycisnęło na moim wychowaniu harcerstwo. W późnych latach 60 i 70-tych nasze krakowskie harcerstwo było fantastyczne! Opierało się na twardych Baden-Powell – owskich zasadach. Jeśli ktoś z nas przetrwał pierwsze lata najtwardszych prób i sprawności szeregowego zucha i harcerza, połknął bakcyla i dotarł do stopnia instruktorskiego, już do końca życia pozostał harcerzem.  

Mój szczep Harnasie początkowo był szczepem męskim, a ja weszłam w jego skład jako jedna z pierwszych dziewczyn – instruktorek. Nie miałyśmy łatwego życia. Niby chłopcy krążyli wokół nas jak satelity, ale na każdym kroku dało się odczuć, że męska grupa to podstawa i trzon szczepu. Zasady były twarde i często bywały zwyczajnie “życiowo” nieprzyjemne.  Mieliśmy wspaniałego Szczepowego “Szefa”, ale był ostry i żadnej zasady nikomu z nas nie odpuścił. To wtedy nauczyłam się, że nie wolno z niczego rezygnować, że wszystko musi być na czas, że nie można się spóźniać. I jeśli podejmuję się coś komuś zrobić, załatwić, to MUSZĘ to wykonać. Obietnic trzeba dotrzymywać, trzeba być w nich wiarygodnym. Wielokrotnie koszt trzymania się takich zasad był ogromny, bywało że ważniejszy od ówczesnych obowiązków szkolnych, rodzinnych i własnych młodzieńczych pragnień czy marzeń. Niejednokrotnie rezygnowaliśmy z imprez, spotkań tak ważnych dla młodych ludzi  w wieku szkolnym, bo wykonanie zadań “specjalnych” i poleceń związanych z harcerskimi zasadami, w które wierzyliśmy aż do bólu było ważniejsze. Nie było w tym nic złego, wtedy było to częścią solidnego wychowania, wpajania nam zasad przyjaźni, wierności, uczciwości i to wszystko na pewno mocno we mnie wyrosło na lata. Może za mocno…  I tak zostało mi to do dzisiaj. Po wielu wielu latach przyznaję, że z jednej strony jestem osobą naprawdę dobrze zorganizowaną, umiejąca sobie poradzić z niejedną trudna sytuacją, ale z drugiej strony – to bardzo utrudnia mi życie. Wiele osób wykorzystuje takie “zdolności“ innych, poza tym po latach okazuje się, że napięcie spowodowane odpowiedzialnością za perfekcję organizacyjną spowodowało u mnie takie “zmęczenie materiału”, że często marzę, by to ktoś się mną zajął, zaopiekował choć przez chwilę, a nie zawsze liczył na to, że ja to zrobię. Czasami nienawidzę w sobie tej ustawicznej i wielkiej “odpowiedzialności” za cały świat!!  Za dopracowanie każdego szczegółu w domu, za zorganizowanie wyjazdu na wakacje, za odpowiadanie na każde pytanie dotyczące terminów, wiedzy “rodzinnej”, gdzie co leży, gdzie może być schowana każda najdrobniejsza rzecz itd.itp.. A równocześnie wiem, że sama sobie nie potrafię odpuścić, bo wszystkim zamartwiam się i stresuję, nie umiem powiedzieć sobie, że może jak nie będę wiedziała i pamiętała, to świat się nie rozleci.. 

Oto najlepszy przykład, że przestrzeganie zasad tak do przesady, do dna, do wyciśnięcia w swojej głowie niemal dziury głębokiej jak rana, która nigdy nie potrafi się zabliźnić – wcale do końca nie jest dobrą cechą życiową. Pomaga w wielu momentach. Pomaga poukładać życiowe zawieruchy, rozwiązać wiele problemów, ale czasem przeszkadza znaleźć balans psychiczny, odprężyć duszę i głowę. Umieć walczyć o siebie, a nie tylko o innych. Żyć bez wyrzutów sumienia, że minuta myśli o sobie jest skradziona komuś bliskiemu…

Trzeba było przeżyć prawie 7 dziesiątek lat, żeby świat zmienił perspektywę wokół mnie. A i to nie jest proste. Taki garb nigdy nie odchodzi na zawsze. Bo garbaci, pokrzywieni, pokręceni ludzie już nigdy do końca nie wyprostują się. Nigdy nie staną się młodzi, nieskażeni i nie zaczną tworzyć siebie od nowa. 

Możemy tylko próbować poprawić zasady, bo te na szczęście można zmienić, ulepić na nowo, uwierzyć, że stare już nie są takie ważne.. Wyrzucić je z życiowego worka, bo wyraźnie ciążą nam i nie możemy ich już więcej dźwigać. 

Ile razy mówiłam: postanowiałam… iść na dietę! Ha! Już słyszę śmiech wokół i wszystkich naraz!  Ile razy w życiu przeciętna  kobieta wypowiada takie słowa?! 

Nigdy nie należałam do chudych i nigdy nie miałam ambicji być chudą. Lubiłam siebie i swój wygląd i nie uznawałam żadnych diet. Ale pamiętam moja biedną Mamę, która zawsze miala kłopoty z “nadmiarami” w wymiarach i nigdy nie mogła niczego ładnego znaleźć w sklepach dla siebie, bo nie uznawano za normalne, że na świecie żyją też osoby o nieco pulchniejszych figurach. Moja Mama odchudzała się więc ciągle, nie mając zbyt dużej wiedzy o diecie ani też nie mając specjalnie możliwości wyboru jedzenia w komunistycznych sklepach. Kto tam się przejmował liczeniem kalorii, ważeniem porcji czy szukaniem chudego mięsa, skoro i tak jakiekolwiek ciężko było złapać w sklepie. 

Tak naprawdę swoją figurą zaczęłam przejmować się, gdy przyjechałam do Ameryki  i w dość szybkim czasie mając już blisko 40-ki przytyłam w amerykańskim dobrobycie. O ironio! Taki wybór! Tyle możliwości, gdzie właśnie można uniknąć niezdrowego jedzenia i nauczyć się, co jest dobre i zdrowe a czego nie jeść. A właśnie tutaj  waga poszła w górę szybciej niż przez lata w Polsce! 

Ach, te smaki, zapachy, nigdy nie spróbowane ciasteczka, które uwielbiam (niestety, niestety, niestety!!) soki owocowe, które wcześniej znaliśmy tylko z filmów amerykańskich, wyjścia do restauracji, przyjęcia, wycieczki, wakacje..  

Jak udźwignąć postanowienie, że NIE będę jadła takich dobroci?  Jak odmówić przyjemności życia, które są tuż obok i w dodatku zawsze w dobrym miłym towarzystwie? Przecież w domu tak nie gotuję. W domu gotuję logicznie i w miarę zdrowo. I normalne porcje. I ogólnie nie mogę obwiniać siebie  za nadmiary i pulchności. Ale – już gotowanie obiadu dla całej rodzinki, przyjmowanie gości – to już zupełnie inna sprawa. Tu już nie działają postanowienia diety! Nie ma ograniczeń małych porcji (bo może zabraknie i co goście pomyślą?  Przecież nie mogą być głodni!!) No i musi być “coś na ząb” przed obiadem, bo każdy lubi jakiś serek, jakiś “dip”, oliwki czy świeży pyszny chlebek. No a po – dla podniebienia dobry deserek. Najlepsze na świecie ciasteczko, serniczek, tarta, może pączek, beza z bitą śmietaną, kieliszek metaxy, whisky i winko, winko, winko.. I jak tu żyć na diecie!!?? 

To już celibat byłby łatwiejszy.. Kolejny więc raz po kilku tygodniach czy miesiącach męczenia się z dietą znów złamałam swoje postanowienie.. 

Zła na siebie, wściekła na swój obrazek w lustrze,  wkurzona na brak własnego zaparcia i uporu, rozdrażniona kolejną porażką. 

A równocześnie.. Trzeba przyznać, że przyjemność tych spotkań, celebracji, wspólnych pięknych chwil, ludzi dobrych i ważnych wokół, tych wspólnych biesiad, rozmów z winkiem i dobrym jedzeniem jest tak istotna, że kolejne złamane postanowienie .. wybaczam sobie bez mrugnięcia oka. No, może nie na długo, ale na chwilę. Przez chwilę, dłuższa czy krótszą nie mam wyrzutów sumienia.  Aż do następnego przymierzenia zeszłorocznej sukienki, do kolejnego spojrzenia w lustro, do stąpnięcia na wagę i pojawienia się tych obrzydliwych czerwonych cyferek.. 

I kółko się zamyka. Gra zaczyna się od nowa. Wraca frustracja. W głowie pojawia się absolutna pewność, że tym razem to już nie odpuszczę i dam radę. Moje postanowienie jest ostateczne: żadnych ciasteczek! Żadnych niedozwolonych drinków, makaronów, ziemniaczków i innych dobroci.. Wkrótce znów następuje faza pozornego pogodzenia się z rzeczywistością, ironiczne, podejście do siebie samej. Trudno, widać tak musi być. Nie wszyscy muszą byc piękni, zgrabni, szczupli i jeszcze szczęśliwi. Najbardziej depresyjne są momenty, gdy spotykamy się z przyjaciółkami a one – niezależnie czy mają problemy z nadmiarami czy nie, zaczynają rozmowy od tematu “dyżurnego” – co jest dietetyczne, co powinniśmy, czego nie, która właśnie schudła itd… A tak naprawdę, to posuwamy się podobnie wszystkie jednakowo. Są takie, które nawet nie muszą się za bardzo starać, bo po prostu są szczupłe i zgrabne, choć lata im przybywają podobnie jak każdemu. A inne- cóż.. “Wałeczek” tu “wałeczek” tam, do tego dyskretna zmarszczka, ale przecież zawsze można kupić nowy ciuch, zakryć fantazyjnie niedogodności, uśmiechnąć się i zatuszować życiowe dodatki, zamiast walczyć z dietami  i nocnymi koszmarami.   

I tak właśnie pocieszam się, bo już czuję, że nadchodzi.. Kolejna burza złości,  depresji, kolejny już nie do policzenia etap postanowień, przysięgań samej sobie, że tym razem znalazłam sposób na najlepszą na świecie dietę – łatwa do wytrzymania, efektywna, taka co na pewno na MNIE zadziała…  No i chyba nie muszę pisać, że zaczyna się bardzo dobrze, pierwsze efekty  widać już po tygodniu, podniecenie, zachwyt i wiara we własne “ja” rośnie i – dalej “krzywa” wyników po skoku w dół złośliwie znów dostaje skrzydełek i wzlatuje w górę. Za to moja wytrzymałość podupada, humor dostaje otępienia, potem wkurzenia a potem zobojętnienia i już wiem, że jestem beznadziejna.  Podziwiam moje koleżanki, które potrafią znaleźć w sobie tyle pozytywnych “ukojeń słownych”  i wytłumaczeń, że już są znów szczuplejsze i że wyglądają lepiej i tak świetnie dają sobie radę z problemem. Bo ja to jakoś nie mogę wypracować sobie takich sposobów na siebie. Pewnie moja uczciwość wyszlifowana w szeregach harcerskich nawet i tego mnie pozbawiła. 🙂  No, nie! Chyba przesadziłam, żeby swoje dylematy tuszowe zwalać na piękne zasady harcerskie (haha!!) 

Czy można się oprzeć takim pysznościom? …ja, niestety, nie mogę 🙂

Za to z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że wspólne wyjścia piątkowe całą instruktorską “bandą” na pączki na pewno przyczyniły się do mojego uwielbienia dla ciastek, ciast i ciasteczek – niestety… I to w dodatku nie dla wszystkich – tylko dla tych naj, najlepszych! A jak wiadomo:  „wszystko co dobre jest… niedobre” i w ten oto sposób przez wiele dziesiątek lat jedzenia pyszności, których na tym świecie nie brakuje, moje niejedno postanowienie legło w gruzach. 

A teraz, żeby już przestać siebie biczować, będzie coś o marzeniach. O najpiękniejszej zawartości mojego dzisiejszego worka. Ale też o najbardziej ulotnej, eterycznej, delikatnej i finezyjnej. 

W końcu wszyscy lubimy jeść dobre rzeczy, czy to w dawnych trudnych polskich czasach czy dziś gdy świat dostarcza nam nieograniczonych ilości i wyborów  pyszności. Kto “nie grzeszy” niech podniesie rękę. 🙂 

Nie jestem pewna czy każdy przyzna mi rację, ale z własnego doświadczenia życiowego wiem, że marzymy więcej i intensywniej, gdy jestesmy młodzi. Wierzymy łatwo, że marzenia spełnią się.  Przekuwamy w swoich myślach marzenie niemal na realny obraz, choć wiemy, że ono jeszcze się nie spełniło. Ale czujemy, że jest blisko, jest tuż tuż..  Czasem rzeczywiście spełnia się i szybko zapominamy, że kiedyś było tylko marzeniem.  Innym razem – staje się odległe, coraz bardziej mgliste, jakieś inne nowe marzenie przypływa znienacka i już to niespełnione przestaje być istotne. 

Są jednak marzenia, które w duszy ludzkiej pozostają przez całe życie. Są głęboko ukryte.  Są tajemnicą, która podąża z nami gdziekolwiek jesteśmy, dokądkolwiek pójdziemy. Mijają czasem dziesiątki lat, marzenie przygasa, smutnieje.. Aż pewnego dnia – bywa – ze zdziwieniem odkrywamy, że marzenie nabrało realnego kształtu. Ziściło się w najbardziej nieoczekiwanym nieprawdopodobnym momencie naszego życia. I już nie jest tym najpiękniejszym, tym wyśnionym, wyczekiwanym przez lata.

Dlaczego?  Dlaczego marzenie nie jest już MOIM marzeniem?  NIE, to nie marzenie się zmieniło! To ja się zmieniłam. Bo marzenia to motyle, delikatne ulotne. Nie trwają wiecznie, choć ludziom wydaje się, że skoro są wytworem naszej wyobraźni, naszych pragnień będą na zawsze. Ale wszystko co istnieje w nas, zmienia się. To czego pragniemy w młodości, nie jest nam już potrzebne w wieku dojrzałym. To, co kiedyś było na najwyższej półce naszych potrzeb, teraz przysiadło cichutko gdzieś na końcu życiowych pragnień. A marzenia, jak motyle. Fruwają, przemieszczają się szybko i lekko i gdy nie uda się ich złapać w odpowiednim momencie – znikną  w natłoku zwykłych spraw, obowiązków, wydarzeń i odlecą cicho i niezauważalnie. 

Aż pewnego razu – po latach.. np. znów znajdziesz się w “Hawajskim raju” po raz drugi w życiu. Mnie udało się spełnić to marzenie. Choć tyle pięknych miejsc w świecie widziałam, to nigdy nie miałam poczucia, że chciałabym do któregoś z nich kiedyś wrócić. Po każdej niesamowitej podróży ogarniała mnie przemożna siła i potrzeba gnania dalej i zobaczenia czegoś nowego, czegoś, gdzie mnie jeszcze nie było.. Tylko jeden raz, ponad 12 lat temu, gdy po raz pierwszy zobaczyłam Hawaje, w innym miejscu, na innej wyspie, w innych okolicznościach i towarzystwie – pragnienie powrotu na ten skrawek Ziemi pojawiło się jak piorun nagły i niespodziewany. I przykucnęło to marzenie powracając tylko czasem we wspomnieniach i opowieściach rodzinnych. 

Kolory Hawajskie

Tyle spraw się ważnych i dobrych, trudnych i zwyczajnych wydarzyło się w tych latach. Tyle podróży, tyle nowych doświadczeń, a Hawaje choć nie są czymś z “kosmosu” na warunki tak zwyczajnie, radośnie, rodzinnie.  A ja..  pomyślałam – marzenia jednak wracają. Marzenia spełniają się po latach. 

Z lotu ptaku – czyli lot helikopterem

Hawaje są tak samo piękne. Oszałamiające nasyconą zielenią we wszystkich jej możliwych odcieniach, kolorowe i kwitnące, zapierające dech swym bogactwem natury i kolorystyki.  Tylko, że my już nie tacy sami.. Nie możemy już biegać, chodzić swobodnie po szlakach jak 12 lat temu. Ciężko jest pod górę, trudno zejść w dół po kamieniach, nie da się dotrzymać kroku własnym dzieciom, które mogą wejść wszędzie, dotrzeć do najpiękniejszych zakamarków, cieszyć się w taki beztroski sposób, jak kiedyś my cieszyliśmy się wakacjami. Bez utraty oddechu, bez zmęczenia, bez strachu, że nie dadzą rady dojść do wyznaczonego celu…

Oto marzenie ziściło się, a my w tym marzeniu jakby zatraciliśmy “lekkość skrzydełek motyla”. Nigdy wcześniej o tym pomyślałam. Dziś nie muszę już o tym myśleć. Dziś już to wiem.  

Rodzinne hawajskie chwile

Marzenie o Hawajach to jeden z przykładów, jakie dziś spełnia się w moim życiu. Z rodziną i dzięki niej. Mimo, że dziś wiem jak inne są nasze marzenia po latach, jak często w ogóle się nie spełniają, to doceniam fakt, że warto je mieć, warto przechowywać głęboko w duszy i myślach. Może, gdy się spełnią po raz drugi nie będą już miały lekkości młodego motyla, ale przyniosą nam nieocenione chwile, których dawne pierwsze marzenie nie mogło spełnić?…

Są w życiu ludzi chwile, rozmowy, wartości tak cenne, że za żadne pieniądze kupić ich nie można. I jeśli to przydarza nam się w życiu, szybko czujemy, że warto marzyć, warto cieszyć się choćby ułamkiem marzenia, nawet jeśli czasem przychodzi późno.


BACK

Marcowe Szczęścia

03/17/2021

Marzec to wiosna. Wiosna to nadzieja. I nowe życie. I radość. 

W górach zawsze zakwitają krokusy, kaczeńce złocą się szerokimi dywanami, drzewa otwierają pączki i wypuszczają świeże zielone listeczki. Wszystko wokół krzyczy: “Wiosna! Wiosna! Wonna i radosna! Nadzieją życia upaja się świat”. Każdego roku zegar przyrody odradza nas i wszystko wokół. Nic nie jest w stanie zatrzymać tego pięknego daru natury.

Nasze wiosenne radości

Mój rodzinny najpiękniejszy dar także przyszedł do mnie w marcu. 

Marzec to błogosławiony miesiąc w naszej rodzinie. W marcu urodziła się moja kochana Mama, także moja teściowa. Mój brat wpisał się w rodzinny krąg wraz z kalendarzową wiosną, a moje dzieci pojawiły się na świecie w marcowych w datach, odległych od siebie o 11 dni (plus trzy lata) 🙂 

Każdy człowiek widzi swoje szczęście inaczej, czuje inaczej. Szczęście zmienia swoje oblicze wraz z wiekiem, z warunkami w jakich się znajdujemy, z pragnieniami, jakie w danym etapie życia nas ogarniają. 

Moim największym szczęściem zawsze była rodzina. Choć to bardzo ogólne określenie. Tak naprawdę  rodzina to bardzo szerokie pojęcie i definicja tu niczego nam nie upraszcza.  Ani fakt, że rodzina to podstawowa grupa społeczna ani to, że to więzy krwi czy małżeństwo połączone aktem ślubnym  a potem wspólnymi dziećmi. Wszystko to prawda i każda z takich definicji zawiera w sobie trochę racji. Związki rodzinne mogą być przeróżne, o czym nauka mówi i dyskutuje od wieków. W końcu każdy wie albo choć trochę słyszał o poligamii i jej odmianach, o haremach, o wielożeństwie, wielomęstwie, o szczepach, kastach, rodach i innych formach rodzinnych. Nikt nie powiedział, że te inne formy nie są szczęśliwe. Z historii, literatury znamy wiele przykładów związków kazirodczych, mezaliansów, rodzin patriarchalnych czy matriarchalnych.   Wszystkie te formy prawdopodobnie nie istniałyby, gdyby ludzie nie znajdowali w nich jakiejś formy szczęścia.

W naszej kulturze, w dzisiejszych czasach obraz typowej rodziny, który wyniosłam z rodzinnego domu coraz częściej ulega zmianie, z czym często nasze pokolenie nie może się pogodzić. Tolerancja to trudne uczucie. Widzę to we własnym najbliższym otoczeniu. Trudno jest zmienić wyuczone prawdy, nawyki całego życia, wiarę. A jeszcze trudniej pogodzić się z faktem, że świat wokół nas też się zmienia i nie może stać w miejscu, takim jak byśmy go my chcieli widzieć. Nie znaczy to, że jest gorszy czy lepszy. Jest po prostu inny. Ewoluuje wszystko. Także ludzie, ich marzenia, potrzeby. Przychodzą kolejne młode pokolenia, które budują nowe zasady własnego życia.  Kreują własne szczęście. 

Szczęście, choć jest najpiękniejszym słowem, a przede wszystkim najcieplejszym i najpiękniejszym uczuciem, wcale nie jest łatwe.  Na “szczęśliwe szczęście” musimy w życiu ciężko pracować. I niejeden raz idziemy na oślep. Błąkamy po krętych nieznanych drogach i dróżkach. Nie mamy pewności czy to nasze pragnienie doprowadzi nas do celu. Czy naprawdę będziemy szczęśliwi.. 

Szczęście nie trwa długo. Często jest tylko małą chwilką, na którą pracujemy długie miesiące albo lata, ale warto. Warto, bo uczucie szczęścia wypełniające serce i duszę  jest oceanem radości. I ta radość potrafi wrócić do nas w najgorszych, najtrudniejszych momentach zachwiań, potknięć życiowych i przywrócić nam równowagę.  Dać siłę do walki, kiedy już wydaje się, że rzeczywistość podcięła nam skrzydła na zawsze.

Dzieci mają swoje marzenia. Nam dorosłym wydaje się, że są małe dziecinne i proste, że możemy je łatwo spełnić. Ale to nieprawda. Dzieci mają swoje “wielkie” marzenia. A my dorośli często nie potrafimy ich zrozumieć, ogarnąć. 

Podobnie, gdy nasze dzieci dorastają, stają się myślącymi nastolatkami, walczącymi z własnymi rozstrojonymi potrzebami, planami, przemyśleniami. Z wizją do szczęścia, które jawi się im każdego dnia inaczej.  Dlatego tak trudno dogadać się z nastoletnimi dziećmi, a im z rodzicami, którzy wydają im się “starzy” i niczego nie rozumiejący.  Mimo, że w moim życiu nie doświadczyłam „ostrych zakrętów” to jednak nie obyło się bez zgrzytów. Siedemnastolatek wparowujący do domu z ogoloną na łyso głową, czy z kolczykiem w uchu, choć rodzice długo prosili i tłumaczyli, że nie jest to konieczne.. może być kilkudniowym szokiem. Ale , na szczęście, nie jest to tragedia. Przecież nie ma idealnych dzieci a tym bardziej idealnych rodziców 🙂

Większość rodziców (bo przecież nie myślę i nie piszę tu o marginesowych przypadkach) chce dla swoich dzieci szczęścia i tylko szczęścia. Każde dziecko dla rodzica jest jego wielkim szczęściem, marzeniem spełnienia. To proste stwierdzenie. Ale w realizacji – niełatwe. Jeśli ktoś teraz powie, że ma idealne stosunki z własnym dzieckiem – czy to z nastolatkiem czy to z dorosłym synem czy córką obojętnie na jakim etapie życia – nie uwierzę! Tak jak nie uwierzę, że my dorośli rodzice, którzy rozumiemy, że mamy samodzielne, niezależne dzieci – nigdy nie wkurzamy tych dzieci, nie zadajemy im trudnych wyborów, niemiłych uwag, “wtrącań się” w ich prawo do samodzielnego własnego życia.  Taka to już sztafeta pokoleń!

Relacja dziecko – rodzic jest wyjątkowa i bardzo specyficzna. Ma coś z przyjaźni, ale czystą przyjaźnią nie jest, ma w sobie siłę uzależnienia, ale nie może nią do końca być, jest miłością bezgraniczną, ale nie powinna być miłością bezmyślną, ślepą, ograniczającą. To wszystko razem sprawia, że “zasady” stają się dla każdego z nas inne i inaczej rozumiane. Bo kochamy inaczej, czujemy inaczej i budujemy własny świat wrażliwości i potrzeb emocjonalnych.  Świat niepowtarzalny! Jedyny, w sercu każdego rodzica. I każdego dziecka. 

Są różne związki między dorosłymi dziećmi i rodzicami.  Bywają rodziny żyjące na odległość, spotykające się raz czy dwa w roku, a czasem nawet rzadziej. Zdarza się jakaś rozmowa telefoniczna, lakoniczna niemal bez słów.  Jakieś zdjęcia od czasu do czasu. Ale – za to nie ma konfliktów. Gorzej, gdy dzieci nie rozmawiają z rodzicami, bo mają do nich żal o coś albo odwrotnie – to rodzice mają do dzieci pretensje i tym “karmią się” całymi miesiącami, latami podsycając w sobie niechęć do porozumienia. I tak mijają lata. Jest rodzina, ale szczęścia nie ma. Nie pamiętają nawet jak wzajemnie wyglądają, oddalają się od siebie tak, że pustka która rodzi się pomiędzy nimi jest jak kosmiczna przestrzeń. Tragiczna przestrzeń. A przecież siła ludzkiego uczucia, jedno mocne wyciągnięcie ręki znaczy tak wiele, że może taką przestrzeń wypełnić. Nic nie jest proste, ale nie ma takich związków, którym nie byłoby warto dać drugiej i trzeciej szansy..

Są związki, kiedy matka nie może żyć bez telefonicznej rozmowy z córką czy synem nawet przez jeden dzień, a gdy mieszkają w tej samej miejscowości, to pod byle pretekstem odwiedzają się każdego dnia. A to podrzucę małe zakupy, a to ugotowałam zupkę pomidorową, a to wpadnę tylko na kawę… Ileż to młodych małżeństw rozbiło się przez takie toksyczne związki dobrych rodziców z dorosłymi dziećmi. Jeszcze gorzej gdy kochana mamusia roztoczy skrzydełka opiekuńcze nad dorosłym synem i nie pozwoli mu zdecydować się na żaden związek z kobietą, bo przecież każda spotkana jest “niewłaściwą” dla niego. Są związki pokoleniowe uzależnione finansowo, gdy dorosłe dzieci nie potrafią zapracować na siebie, bo zawsze ktoś z rodziców trzyma „finansową rękę” na pulsie. I tak naprawdę nigdy nie wiadomo, po której stronie leży wina w takiej zależności, ale nigdy taka relacja nie jest zdrowa.

Och, można by snuć setki przykładów, życie i literatura robi to codziennie. Psychologia, wszelkiego rodzaju terapie mają tu pełne ręce roboty. 🙂 Wystarczy tylko obrócić się wokół siebie.

Urodzić dziecko to wielkie szczęście. Większość kobiet tak czuje, taka nasza natura i taki wybór. Są i takie kobiety, które dokonują wyboru nie mieć dziecka. Ja to szanuję, choć nie rozumiem. Ale dawno się temu nie dziwię. Wiem, że ludzie są różni i szczęście dla każdego człowieka może mieć inny wymiar ! 

Dorosłość własnych dzieci bywa trudna do pełnej akceptacji.

Urodzić i być szczęśliwą matką to dopiero początek. Potem to walka o „szczęście” każdego dnia. Płacz, bolący brzuszek czy ucho i pierwszy uśmiech. Pierwsze kroki i rozbita głowa podczas nauki jazdy na małym rowerku. Pierwszy dzień w przedszkolu i sukces zdania matury. Porażki szkolne, pierwsze miłosne zawody, w których nie bardzo można dziecku pomóc, bo przecież musi samo doświadczyć wszystkiego, choroby dziecka, w których chciałoby się ulżyć w bólu i głupie decyzje, na które także nie możemy nic poradzić.  

Szaleństwa młodości i odejście z domu w dorosłe życie.  Uświadomienie sobie, że nasze dziecko już NIE jest dzieckiem, choć nigdy dla mnie dzieckiem być nie przestanie. Więzy krwi schodzą na dalszy plan. Moje dziecko jest dorosłą samodzielną osobą. Ma prawo do własnej wizji życia, do decyzji, z którymi ja czy jej/jego ukochany tatuś może się nie zgadzać. 

Naszym obowiązkiem jest zrobić dwa a może i dużo więcej kroków do tyłu, odsunąć się i obserwować. To nie jest łatwe.  I nie dlatego, że jestem wścibską matką, bo nie sądzę, że jestem. Ale często tak bardzo chciałoby się pomóc, być użyteczną, ale oni już tego nie potrzebują. Matki i ojcowie dorosłych dzieci uczą się tego przez długie lata. Czasami szybciej, czasami dłużej. Niektóre decyzje przychodzą łatwiej, inne są, zwłaszcza dla ojców długim “cierpieniem”. 🙂   

Bywają chwile, kiedy ciosy są silne. Słowa potrafią ranić. Bolą, bardzo bolą. 

Wszyscy tego doświadczyliśmy. Z naszymi rodzicami. Z dziećmi. I wszyscy to czujemy – jednakowo. Przełykamy. Ze łzami. W ciszy, w niemym krzyku. Czasem z poczuciem krzywdy.. Ale tak naprawdę wiemy, że im bardziej mocno kochamy, tym bardziej i bez sensu krzywdzimy tę drugą kochaną osobę. Dziwna jest natura ludzka. Dziwny ten nagły bunt w głowie, krzyk wydobywający się z naszych ust, bo tak naprawdę wcale tak nie myślimy i nie czujemy. I już za moment żałujemy tych wykrzyczanych słów.

Wspólne winko i przytulanka pomaga

A później zupełnie nie możemy dać sobie rady z własnym sercem kochającym największe “marcowe szczęścia”. To działa w obie strony. A gdy wyrównuje się, szybko znów uśmiechamy się do siebie, jest ciepło, dobrze, normalnie, zwyczajnie i rodzinnie  – wiosna znowu jest wokół nas. Szczęście – najzwyczajniejsze, marcowe a może całoroczne, życiowe wraca… Wszystko wraca na właściwe miejsce. 

Mój szwagier często mówi: “nikt nie obiecywał, że będzie łatwo..” (żyć) 

Łatwo może nie, ale przyjemnie jest.  A jeszcze lepiej, gdy mamy swoje miejsce i swoje szczęście. Te małe chwile szczęśliwe, małe sukcesy, uśmiechy, ciepłe słowa, przyjaciół, kwiaty wiosenne. Dzieci i wnuki. Zwykłe dni. Marzec i wiosnę przez cały rok.

Nie chcę tu prawić morałów i wymądrzać się jak stara baba, ale dziś myślę, że jeszcze kilka lat temu nie napisałabym tego wszystkiego. Nie otworzyłabym swojej głowy i nie wyrzuciłabym z siebie tylu trudnych słów. 

Nie jest łatwo mówić o uczuciach, które są w nas każdego dnia, ale o nich nie rozmawiamy. Ani z najbliższymi, których te uczucia dotyczą, ani nawet z sobą samym. Te najtrudniejsze tematy są w nas i dlatego świat wydaje się taki skomplikowany.  Lubimy czytać książki i oglądać filmy,  fascynują nas skomplikowane ludzkie historie, a sami najczęściej nie dajemy sobie rady z własnymi relacjami. Szukamy przykładów i ich rozwiązań w innych ludziach, a swój świat zamykamy i głęboko skrywamy nasze uczucia. 

Dopiero kiedy starzejemy się, zaczynamy rozumieć, że nie warto szukać czegoś, czego nie ma, czego nie możemy dosięgnąć. Warto pielęgnować swoją wiosnę radosną każdego dnia. 

Mieć swoje małe “szczęśliwe szczęście”. Nawet jeśli bywa, że jest trudne i smutne, przygnębiające czy zatroskane…

Wiosna każdego roku jest na świecie! Każdy z nas ma swój własny „Marzec”.


BACK