1 października 2026
Co myślicie o małych miastach, miasteczkach?
Rzecz w tym, że małe miasto dzisiaj dla każdego z nas oznacza co innego. Proszę więc nie dziwić się, że moja opowieść będzie błądzić po świecie wybiórczo i trochę niespójnie.
Jestem mieszczuchem. Powtarzałam to wielokrotnie. Całe moje życie toczyło się w dużych miastach – od Krakowa poczynając na Houston kończąc. I tu można krzyknąć – jak to, Krakow duży i Houston też duże miasto?! Przecież tego nie da się porównać. I tu właśnie jest przysłowiowy “sęk”. Nie ma “równości” w takim myśleniu. Nie ma sensu w porównywaniu takich wielkości. A jednak – mieszkając w Krakowie nie powiesz nikomu, że mieszkasz w małym polskim mieście…

Kiedy podróżujemy dużo po świecie, całe nasze doświadczenie oglądania świata, porównywania wrażeń, jest bardzo osobiste.
O dużych miastach mogę opowiadać długo i różnie. O miasteczkach – niewiele wiem. Zawsze kojarzyły mi się z wakacjami, mały rynkiem z kościołem, jakąś knajpką. Powiedzmy, że zazwyczaj niespecjalnie zachęcającą do skorzystania z przyjemności jedzenia. Zresztą – kto by w tamtych moich czasach żywił się restauracyjnym jedzeniem. Jeść należało w domu bo – było “zdrowo” i smacznie 🙂.
Sklep spożywczy miał “wszystko”, co najbardziej potrzebne w domu. Obok dżemów, chleba, kiełbasy rzuconej na ladę bez opakowania, były mydła (szare), proszek do prania i szczotki ryżowe… Nikogo to nie dziwiło, nikt się nie krzywił. Byliśmy szczęśliwi, że COŚ jest. A jak jeszcze udało się kupić różową albo żółtą oranżadę, to już była pełnia szczęścia.
To takie przebłyski wspomnień. Zapamiętane migawki z małych miasteczek polskich – Limanowa, Brzesko, Muszyna, Bukowina Tatrzańska. I okoliczne miasteczka Krakowa, gdzie jeździliśmy na niedzielne wycieczki. Zawsze było tak samo – niedaleko małego rynku była stacja kolejowa, może z dwoma torami, gdzie zatrzymywały się podmiejskie pociągi. Niemal natychmiast po wyjściu z pociągu wchodziliśmy w pola pełne łąk i kwiatów polnych. Lubiłam te wypady, ale nigdy takie miejsca nie kojarzyły mi się z miejscami do “normalnego życia”
Dużo później, ale wciąż jeszcze w młodych latach, zaczęłam podróżować więcej i dalej i niejeden raz, gdy już zaczęliśmy wyjeżdżać za granicę, znalazłam się w małych miasteczkach niemieckich czy holenderskich. I wtedy zachwyciły mnie małe zadbane domki z kaskadami kolorowych kwiatów. Uliczki, czyste i spokojne. Wciąż jednak w mojej głowie należały do kategorii miejsc “wakacyjnych”. Przyjechać, odpocząć, nasycić się widokiem kwiatów i zieleni, na którą w mieście (wtedy w Krakowie) nie zwracałam specjalnej uwagi. Tak, percepcja świata w młodości jest zupełnie inna, niż w późniejszym wieku. Czas zmienia wiele.
W tym roku zaplanowaliśmy wakacje, w czasie których miała dominować podróż statkiem po rzece Ren. Płynęliśmy przez cztery kraje Europy (Szwajcaria, Francja, Niemcy i Holandia) i zatrzymywaliśmy się zarówno w większych miastach, jak i małych. Wydawałoby się “nieciekawych” albo raczej powinnam powiedzieć takich, o których nigdy nie słyszeliśmy, których nigdy nie planowaliśmy odwiedzić. Te właśnie małe miasteczka okazały się “perełkami naszej podróży”.
Mijaliśmy małe miasteczka, w Szwajcarii czy Francji, zatrzymując się na chwilę lub na kilka godzin. Miasteczka pełne schludnych domków otoczonych soczystą zielenią i kaskadą kwiatów. Sprawiały wrażenie domków dla lalek albo takich obrazków z bajek. Pomiędzy nimi zielone “pola” winnic. Breitnau, Glottertal, miasteczka w Black Forest, które oferują turystom niecodzienne ciekawostki, jak “fabrykę” najprzeróżniejszych zegarów z kukułką, od maleńkich do wielkich na pół ściany. “Kukały” głosami w wymyślnych tonacjach.
Nie wszystkim muszą się one podobać, ale to kolekcja wyobraźni i ciekawego rzemiosła tamtejszej ludności. Obok – artystyczna wystawa dzieł z kolorowego szkła. Małe i większe. Szklane dekoracje, które mogą wypełnić całą ścianę albo malutkie, na przykład ptaszki, krówki, inne zwierzątka. A obok duże eleganckie wazy, świeczniki, dekoracyjne talerze. Wszystkie zachwyciły mnie wyszukanymi kształtami, bogactwem kolorów i artystyczną wyobraźnią ich autorów. Nikt nie zna ich imion, a jednak… tworzą, sprzedają, cieszą się, że ich praca przyciąga turystów do małych miejsc na mapie świata.
Płynąc dalej zatrzymaliśmy się w małym miasteczku Breisach. Z najwyższego pokładu statku roztaczał się widok na miasto. A jego centralnym punktem był kościół Św. Stefana Munstera (Stephanmunster). Stary, o mocnych solidnych murach, świetnie utrzymany. Otoczony zabytkowymi murami. Wydawał się blisko, na wyciągniecie ręki i był najwyższym punktem małego miasteczka. Wspinaliśmy się po schodkach, ukrytych pomiędzy ładnymi domkami, ułożonych na różnych poziomach ulic. Widok na rzekę Ren rozciągał się szeroko i daleko. Wydawać by się mogło, że czas zatrzymał się już bardzo dawno. A jednak – ludzie żyją tam zupełnie zwyczajnie, a przeszłość miesza się ze współczesnością. Domki nie są szersze niż na trzy okna, w różnych kolorach – żółte, różowe, białe i kremowe. Obok – stara kamienna baszta i mury okalające miasteczko. Ślicznie i uroczo. Cicho i bezpiecznie. Nie sposób stwierdzić, czy tak naprawdę jest, ale przeciętny turysta taki jak ja, z pewnością odniesie wrażenie oazy spokoju.
Kolejnego dnia dotarliśmy do niemieckiej miejscowości Rudesheim nad Renem. Zorganizowano nam lunch w małej restauracyjce, oczywiście też przepełnionej zielenią i bujnymi kwiatami. Przy dźwiękach typowej niemieckiej muzyki, otoczeni słońcem i odurzeni zapachem kwiatów, bawiliśmy się doskonale. Byłoby cudownie, gdyby nie… osa, która akurat mnie musiała użądlić na policzku, tuż pod okiem… Ale to już inna bajka i na pewno nie ma nic wspólnego z małym, urokliwym i przyjaznym miasteczkiem 🙂. Urok tego miejsca dopełniały uliczki idące w górę i w dół, dochodzące do samej rzeki Ren.
Strasbourg to miasto francuskie położone na pograniczu Francji i Niemiec. Nazwa brzmi bardzo “niemiecko” a wygląd zabudowy miasta w pełni potwierdza to wrażenie. Kolorowe fasady domów, wykończenia ciemnymi deskami, skosy, kaskady kwiatów spadające z okien i balkonów i kanały wodne pomiędzy nimi przywodzą skojarzenie z włoską Wenecją. Nie wiem jak Strasbourg wygląda na obrzeżach miasta, ale centrum jest śliczne i bardzo romantyczne.
Do Koblencji niestety nie dotarliśmy, bo zmieniły się plany, ale i tak przyglądaliśmy się zamkom wzdłuż trasy przejazdu. Każdy z nich stanowił osobną perełkę tej okolicy.
Tu powinnam już przerwać opowieść o małych miastach, bo później dotarliśmy do Rotterdamu, Amsterdamu, a to już duże miasta, przynajmniej w europejskich “wymiarach”.
W pobliżu Rotterdamu leży miejscowość Delft. Słynie również z malowniczego centrum z kanałami, ale przede wszystkim z niebieskiej ceramiki oraz starej zabytkowej wieży. Historia tego miasteczka sięga XVI wieku i przeplata się w niej wiele wątków historii rodziny królewskiej.
Nie mogłabym także pominąć prześlicznego miasteczka, a raczej powinnam powiedzieć – osady, położonej niedaleko Amsterdamu.
Giethoorn zbudowane jest na wodzie. Nie ma tam chodników, dróg, autostrad. Zamiast tego – splot kanałów wodnych, po których pływa się łódkami. To holenderska Wenecja! Bajkowy świat, nierealna kraina, która wygląda jak sceneria do filmu ze świata fantazji. Wszystko tonie w zieleni i w kolorach przeróżnych roślin i kwiatów. Bajka!! Wyspa szczęścia 🙂. Płynęliśmy łódką, słuchaliśmy ciekawych i wesołych opowieści rodzimego przewodnika i “nabijaliśmy baterie życiowe” pięknem tego zakątka.
Historia tego zakątka sięga XIII wieku, gdzie pierwsi osadnicy dotarli około 1230 roku. Ostatnim miasteczkiem przed dopłynięciem do Amsterdamu, w którym zatrzymaliśmy się na kilka godzin, był Giessenburg. Zobaczyliśmy jak wygląda produkcja słynnych żółtych serów od początku procesu aż do ostatecznej formy spakowanego w folię sera. Nie pominęliśmy nawet krówek biorących w tym znaczny udział.
Zwiedzaliśmy słynne, wpisane na listę UNESCO stare holenderskie wiatraki. Nasz przewodnik posiadał na ten temat nieograniczoną wiedzę i opowiadał ciekawostki historyczne, techniczne z taką pasją i radością, że jasne było, iż kocha to miejsce i swoją farmerską pracę. To był bardzo uroczy dzień…
To nie koniec listy miejsc, które zwiedzaliśmy podczas tegorocznej wakacyjnej podróży…
Kiedy dotarliśmy do Polski i jak zwykle zakotwiczyliśmy się w Krakowie, “wyskoczyliśmy” na dwa dni na objazdową trasę do miejscowości z lat dzieciństwa i młodości, które od pewnego czasu wracały do mojej pamięci . Stary Sącz, Limanowa, Krynica-Zdrój, Tylicz, Powroźnik, Muszyna… Nie wiem dlaczego właśnie te miejsca ścigały mnie w moich rozmyślaniach w tegorocznych planach i tak bardzo domagały się ich odwiedzenia po blisko 50-60 latach. Wakacje zimowe z Tatą w Krynicy (1962 r), obozy i zimowiska harcerskie, obie nasze Mamy na krótkich wakacjach w Muszynie z naszymi malutkimi dziećmi, gdzie Jacek stawiał nieudolnie pierwsze kroczki… Musieliśmy tam pojechać!…
Wszystkie te miasteczka zaskoczyły mnie całkowicie. Kiedyś “bezbarwne”, nieciekawe, ubogie i smutne – dziś tryskają pełnią życia, są kolorowe, pełne radości. Kościół w Tyliczu dziś jest już tylko zabytkiem, ale w środku odnowiony, pięknie utrzymany. Po przeciwnej stronie ulicy zbudowano nowy kościół.
Restauracyjki, piękna, niesłychanie ciekawa Wieża Widokowa w Krynicy (a dokładniej w Słotwinach), zbudowana w koronach drzew, o drewnianej konstrukcji, ma 49,5 metra wysokości i ponad kilometrową “ścieżkę” przyrodniczo-edukacyjną prowadzącą na jej szczyt. Widoki na okalające ją góry Beskidu Sądeckiego są przepiękne.
Kościół w Tyliczu, Ogrody Tematyczne w Muszynie, dekoracje kwiatowe na uliczkach Starego Sącza, Powroźnika. Krynica Zdrój – Wieża Widokowa, Dom Zdrojowy, Góra Parkowa i wiele innych..
Odnowione dawne sanatoria dziś pełnią rolę pensjonatów. Nawet Dom Zdrojowy i słynne wody pitne jak Zuber, Kryniczanka, Słotwinka czy woda Jana (i jeszcze wiele innych) dziś sprzedawane są w butelkach. Nie ma już kubków plastikowych z wygiętą rurką, kiedyś tak charakterystycznych dla tego miejsca…
Małe miasteczka to nowy świat, nowe życie. Góry pozostały te same, lasy się “postarzały”, ale życie odmłodniało…
Cieszę się, że tam pojechaliśmy. Odżyły dobre stare wspomnienia, ich obraz uzupełniłam dzisiejszym pięknem tych zakątków.
A potem na naszej trasie był Sosnowiec, w którym spędziłam 16 lat życia, ale i tak pomyliliśmy w mieście drogę🙂. Wszystko zmienia się szybciej, niż nasza wyobraźnia może to przyswoić…
Na koniec, jak wisienka na torcie, był Gdańsk. Miasto rodziny mojej Mamy, miejsce moich dawnych wakacji, rodzinnych spotkań. Gdańsk piękny, kwitnący.
Nie, nie zmieniłam zdania, wciąż jestem “mieszczuchem” z urodzenia i w mojej duszy. Kocham miasta mojego życia – Kraków, Gdańsk, Sosnowiec i Houston.
Ale odetchnęłam pełną radością w małych nieznanych miasteczkach, w urokliwych polskich zakątkach. Ludzie żyją wszędzie. I każdy znajduje swoje miejsce. Jedni w szumie dużego miasta, inni w ciszy zieleni lasów, gór czy jezior.
Człowiekowi potrzeba czasem zmiany, nowości nieznanych albo zapomnianych.
Wszystko splata się razem w spójną całość, bo cokolwiek nam się przydarza, ma znaczenie. Sens każdej chwili życia…
******************
Zamykam wspomnienia starą zapomnianą piosenką Urszuli Sipińskiej (kto pamięta?) z 1981 roku, pt. „Znowu jestem dziś w podróży”. Człowiek niezmiennie marzył i marzy o podróżowaniu. Niezależnie od czasów, warunków, możliwości. We śnie i na jawie. Kiedyś i dziś. Świat jest magnesem i skarbnicą doświadczeń i wiedzy.










