Jak uciec przed rozterkami starości? 

16 września 2026

Ci, którzy choć trochę mnie znają wiedzą, że nie godzę się na smutne rozmyślania o zbliżających się latach trudnej starości.  Oczywiście wiem, że nic nie mogę zmienić, cofnąć. Nie mam czarodziejskiej pałeczki, która przywróci mi młodość. Nie mam eliksiru, który odświeża i wygładza zmarszczki, a przede wszystkim dodaje energii i chęci życia, jaką mieliśmy 20 czy 30 lat temu.

Nic z tych rzeczy. Mam pełną i jasną świadomość, że świat urządzony jest dla wszystkich jednakowo – najpierw dzieciństwo, gdy bardzo chcesz już dorosnąć, potem młodość, gdy chcesz już wreszcie być niezależnym i wolnym od kontroli dorosłych. Potem dorosłość, gdy marzymy, by wreszcie nadeszły lata odpoczynku, swobody i realizacji planów, na które nigdy nie było czasu. Ani się nie obejrzysz i dopada cię… brak sił fizycznych, niechęć do wielu spraw, które jeszcze niedawno wydawały się ważne i przyjemne. Coraz trudniej wstać rano, coraz trudniej zrozumieć zwariowane pomysły Młodych, coraz mniej się “chce” i coraz prościej iść “na skróty” i na łatwiznę. 

Niektórzy jeszcze starają się udawać przed sobą, że dają radę lepiej niż inni.. Robią to w różny sposób – nie mnie oceniać, bo w końcu ja też szukam sposobów na radzenie sobie z niedogodnościami zbliżającej się starości. 

Pokolenie urodzone w latach 50-60-tych XX stulecia. To MY!!

Rzecz w tym, że starość to nie tylko metryka, data z kalendarza czy jak to mówią w Polsce “pesel”. To stan umysłu. MY, którym dane jest tego późnego czasu życiowego doświadczyć i mieć swoją starość, MY – pokolenie 65 i plus – powinniśmy ten fakt zaakceptować. 

Co mam na myśli? Starzenie się to proces, a proces to wszystkie okoliczności życiowe, które w różny sposób wpływają na nasz umysł. W głowie rodzi się wszystko wolniej, poważniej i z poczuciem, że może “to bez sensu, że nie chce mi się, że może nie warto, że boli mnie…” itd.  Smutniej niż wczoraj, niż rok temu, niż 10 lat temu. 

Można i tak. Ale – można inaczej. Mam swoje obserwacje, bo lubię patrzeć i rozmawiać z ludźmi. Lubię “podpatrywać” ich na naszych spotkaniach, lubię oglądać życie na Facebook czy innych “soszal” mediach (tak! Takie słowo znalazłam w jednym z bardzo poczytnych magazynów polskich!)  Lubię wsłuchiwać się w rozmowy moich przyjaciół, moich dorosłych dzieci i młodych, ale też dorosłych wnuków.  

AI – rewolucja ostatnich lat. Dobra, lecz niekoniecznie zawsze… Ale przecież nikt nie zatrzyma postępu ! 🤔 😏

Wszyscy dziś mamy super łatwy dostęp do internetu, do miliona informacji, często zresztą sprzecznych, “fake-owych” – kłamliwych, ale bardzo zgrabnie manipulujących “głowami’ czytelników. Wirtualne życie wydaje się prawdziwsze od realnego. Wszystko można powiedzieć, sfotografować, upięknić lub odwrotnie.

Nic tak szybko “nie urodziło się” w historii świata jak nienawiść. Przeciwko wszystkiemu, co się nie podoba, albo po prostu – żeby wypowiedzieć się publicznie „inaczej”. Teraz to się nazywa hejt. Nagle – nie wiadomo skąd i dlaczego internet pęka od odpowiedzi/wypowiedzi tryskających brzydkim słownictwem, strzelającym “błyskawicami” hejtu, na każdy temat. Nawet na taki, który autorom hejtu chyba nie jest znany… 

STOP! Myślisz, że wirtualne słowa nie bolą? Mylisz się…

I tu muszę powiedzieć (moja to opinia!), że dużo więcej frustracji, złośliwości, nienawiści jest w polskich mediach niż amerykańskich. Wystarczy spojrzeć na tysiące wypowiedzi na temat Igi Świątek czy Roberta Lewandowskiego, aktorów czy tych, na których media zwracają uwagę. Koszmar językowy i w dodatku odczucie, że ci, którzy o tym piszą są bezkarni i nie mają żadnych hamulców. Nie wspomnę już o wpisach na temat polityki… Okropieństwo!!  Nie, żebym NIE widziała negatywnych opinii w amerykańskich mediach… 

W większości zwykli ludzie piszą na forach pozytywne wieści, nie krytykują publicznie swoich przyjaciół, znajomych. Nie mówią tego, co przykre, niemiłe. Więcej w tych wpisach uśmiechu, pozytywnych myśli, dobrej energii. Ktoś powie: „sztuczne”. Niekoniecznie!

Niestety, wiadomo, że starzenie się niesie ze sobą choroby, o których nawet nie pomyśleliśmy przez sekundę kilka czy kilkanaście lat temu. To boli. Boli fizycznie i ciągnie za sobą kolejne wizyty u lekarzy, kolejne procedury medyczne. Niefajnie. Tyle, że takie problemy “atakują” też nasz umysł i od tego jak je sobie poukładamy w głowie – bardzo dużo zależy. Jeśli ktoś się podda i ciągle rozmyśla o tym, że jest chory, że jest źle i to przez 24 godziny w jego głowie jest myślą “przewodnią”… to psychicznie starzeje się dużo szybciej niż inni. 

Ból fizyczny to jedno. To coś bardzo trudnego, bo sama tego doświadczyłam. Pokonanie go to nie tylko leki, działania medyczne, zabiegi, terapie fizyczne, kuracje. To także walka w naszej głowie, by nie niszczyło nas negatywne nastawienie do chorób i bólu. 

Taka terapia „przeciw-starcza” musi działać równolegle. Same lekarstwa nie pomogą. Jeśli poddajesz się i szukasz w sobie kolejnej i kolejnej dolegliwości, choroby – nigdy już nie poczujesz się lepiej. A starość aż się prosi, żeby właśnie ją traktować przychylniej, łagodniej i pozytywniej. Aby pomóc przetrwać i wykorzystać ją jak najlepiej i najprzyjemniej. 

Nie jestem psycholożką, mam tylko własne doświadczenia. Nie robię tego ani dla pieniędzy, ani dla żadnej kariery. Jestem jedną z pokolenia starzejących się (starszych 😂) ludzi.  

Nie poddajemy się chorobom, problemom i bólowi. Walczymy każdego dnia! „Życie, kocham cię..” jak w piosence..

Mam te same problemy co moi rówieśnicy. Dlatego naprawdę rozumiem starość. 

Mam dni, kiedy rozmyślam co będzie na tym “drugim świecie”. Czy w ogóle istnieje, czy jest tylko czarną pustką? Czy łatwo będzie mi tam się znaleźć? Czy czeka mnie wiele bólu? Myślę, jak każdy z nas. I wtedy szybko szukam w mojej głowie szufladek dobrych wspomnień, pocieszam się, że jestem tu i dzisiaj. 

Jesteśmy w “niewoli” życia! I choć słowo “niewola” niesie w sobie negatywne znaczenie, w tym przypadku jest inaczej. Cieszę się, że życie chce mnie i trzyma moje ciało i mój umysł w swoich dobrych szponach. Oby – jak najdłużej..

Musiałam przeżyć wiele lat, dobrych i trudnych, by wreszcie znaleźć dla siebie jakieś “lekarstwo” na ucieczkę od smutków starości i by na pewno zadziałało dla mnie pozytywnie. Jest takie słowo, a właściwie pojęcie – uczucie, które może utorować nam drogę do spokoju i uśmiechu na co dzień. 

Wdzięczność. Trzeba ją pojmować pozytywnie choć na pewno znajdą się tacy, którzy zdecydowanie będą przeciwni moim argumentom. 

Moje doświadczenia “stu minionych lat” nauczyły mnie, że mam za co być wdzięczna. Mojej rodzinie, dzieciom, dobrym ludziom, ludziom przypadkowo spotkanym na mojej drodze raz, może dwa razy… Powinnam być wdzięczna trudnym zdarzeniom, bo nauczyły mnie też czegoś dobrego, choć wydaje się to absurdalne. Bezsensowne, że musimy przeżyć coś bardzo trudnego, bolesne cierpienie, za które… możemy być wdzięczni.

Czuję się wdzięczna przyrodzie, bo dziś umiem doceniać piękno kwiatów, kolory tęczy. Nawet poranny śpiew ptaków, choć ptaki lubię oglądać lub słuchać tylko z daleka.  Mogę poczuć wdzięczność Bogu, zjawiskom niewyjaśnionym, bo w pewnym momencie życia obróciły moją nieuwagę w coś, co zauważyłam pozytywnie…

Wdzięczność dla ludzi wydaje się uczuciem, które w jakiś sposób “zobowiązuje” nas do oddania tej wdzięczności. Traktujemy ją jako dług, a długów nie lubimy. Chcemy je oddać jak najszybciej. Czy tego oczekuje od nas drugi człowiek? Niekoniecznie. 

Zawsze będę pamiętać, ile dobrych rzeczy zrobili dla nas ludzie w czasie trwania stanu wojennego w Polsce. Ludzie, których kiedyś poznaliśmy przypadkowo w czasie wakacyjnych podróży, zupełnie bezinteresownie przysyłali paczki z suchą żywnością, proszki do prania, słodycze dla dzieci, pasty do zębów – choć nie mieli żadnej pewności, czy do nas dotrą te dobroci, wtedy na wagę złota. 

Czy liczyli na “oddanie długu”? Nie. Niczego oprócz mojego uczucia wdzięczności nie mogliśmy im zaproponować… Nigdy więcej ich nie spotkaliśmy. 

Ale po wielu długich i bardzo różnych latach, to ja pomagałam ludziom, którzy przyjechali do Stanów i potrzebowali znaleźć jakieś swoje miejsce na nowy start. Nie myślałam nigdy o żadnej ich wdzięczności…

Dziś myślę, że takie chwile kształtują w nas coś, co objawia się po wielu latach. Co pozostaje w głowie i budzi się, kiedy nadchodzi właściwa chwila.  

Polecam te małe książeczki, które z ogromną mądrych porad i myśli.

Ksiądz Jan Twardowski powiedział – (mam taką maleńką, ogromnie ważną książeczkę z Jego spisanymi myślami) – “Dobro jest zwyczajne a zło jest interesujące” . Zło intryguje nas, często idziemy “za nim”, bo wydaje się ciekawsze, czujemy w sobie chęć sprawdzenia jego granic i w takim sensie na wdzięczność nie ma miejsca. 

Dobro jest po prostu dobre. Zwyczajne. Mało ciekawe. Ale tak naprawdę budzi w nas odczucia, które po cichutku wrócą ze zdwojoną pozytywną siłą. 

Niektórzy nazywają to karmą. Karma wraca – ta zła i ta dobra…

Masz starczą depresję? Nie potrafisz odsunąć od siebie natrętnych smutnych myśli? “Rozsmakowujesz się” (celowo używam tego kompletnie odwrotnego słowa 😏) w wymyślaniu nowych chorób, powodów, by biegać do lekarzy, lubisz opowiadać wszystkim, jakie to dopada cię nieszczęście. Jedno po drugim. Potrzebujesz poczuć choćby odrobiny specjalnej uwagi innych… Wszystko to dobrze rozumiem. Ale rozumiem też, że to właśnie takie rozmyślania dołują nas i wszystkich bliskich wokół.  Nie tędy droga!   

Spróbuj wziąć do ręki kalendarz. Taki tradycyjny, na ścianę. Albo notesik. Wszystko to staroświeckie i nikomu niepotrzebne. Nam ludziom starszym/starym może się dziś bardzo przydać. Każdego dnia przy dacie wpisz kilka rzeczy, za które możesz być wdzięczna. Tak zwyczajnie! Nie takie, które wydarzyły się dzisiaj i były dobre!! Bo to znaczy co innego niż być za nie wdzięczną. 

Zobaczysz, poczujesz jakie to trudne… Zacznij od jednej – dwóch. Szukaj więcej w następnych dniach. I uświadom sobie, że to będą ludzie, zdarzenia czy słowa, które naprawdę wzbudzają w tobie uczucie wdzięczności. 

Zwykłe przykłady – stoisz w kolejce, żeby zapisać się do lekarza. Jesteś zmęczona i obolała. Źle się czujesz. Ktoś z przodu kolejki podchodzi do ciebie i mówi: “proszę stanąć na moje miejsce, ja mogę jeszcze trochę poczekać…” Budzi się w tobie niesłychana wdzięczność, że ktoś bez słów dostrzegł twój problem. I pomógł ci, choć najprawdopodobniej nigdy więcej go nie spotkasz…

W młodości pewnie nie bardzo dostrzegłabyś w tym geście czegoś wyjątkowego. Ale w twojej pamięci pewnie gdzieś by się zachował. Po latach może wróci.

Czytając dyskusje, współczesne informacje o ważnych i ważniejszych sprawach dzisiejszego świata, słowo wdzięczność rzadko się pojawia. Raczej w kontekście interesów, przysług które, sobie wzajemnie fundujemy. “Znajomości”, koneksje to wciąż ważne międzyludzkie związki. Niektórzy wręcz nie umieją załatwiać spraw inaczej, bez pomocy innych. A często nie jest to konieczne. Wystarczy trochę cierpliwości i umiejętności rozmowy. Wiem, że to trudne. Rozumiem, że dla wielu ludzi próg nie do przeskoczenia. W takim wypadku wdzięczność rodzi poczucie własnej niezdarności, frustrację, złość na siebie, niechęć do własnego wysiłku. Ale ja nie o takiej wdzięczności mówię…

Spróbujcie mojego sposobu. Pomyślcie, co dziś wydarzyło się dobrego, za co mogę być wdzięczna: sobie samej – innym ludziom – słońcu, górom i morzu. Bogu i losowi.  Książce, która poruszyła twoje myśli i filmowi, który pozostawił w tobie ślady głębokich rozmyślań. Wszystko może być ważne.  

A może znajdziecie inną drogę, by przeciwstawić się zbliżającej się starości? Może uwolnicie się od smutnych rozmyślań, dręczących pytań w nieznany mi sposób. 

Jeśli przez tyle lat dawaliśmy sobie radę z trudnościami życia, to dlaczego zbliżająca się starość ma nas powalić – emocjonalnie i fizycznie? 

I tak kiedyś nadejdzie TEN dzień, nie ma powodu, by go mentalnie “zapraszać”

****************************

Edyta Geppert (rocznik ’53) – wciąż kocha życie! I dodaje nam niezmiennie energii i radości. Kto pamięta? Takie piosenki się nie starzeją, jak my 😂…


POWRÓT

Dodaj komentarz