1 września 2026

Co kilka, kilkanaście lat wydarza się w naszym świecie coś, co wstrząsa społeczeństwem i zmienia bieg życia. Historia zna takich przykładów mnóstwo i nie można im odmówić “racji”. Tak – wstrząsy były i będą. Bywa, że mamy na nie wpływ i potrafimy “unieszkodliwić” je, zmniejszyć. Są i takie, które pokonują nas – społeczeństwo i wywracają nasz byt do góry nogami.
Długa lista wydarzeń ostatnich stu lat jest tego jasnym przykładem. Głębiej nie będę sięgać, bo można by tak w nieskończoność…
II Wojna światowa, podział Świata na “Wschód i Zachód”, komunizm i niesamowity proces jego upadku, polski Stan Wojenny – pamiętny 13 grudnia 1981 – lipiec 1983. A w ostatnich latach – pandemia i wojna w Ukrainie. Nie mówiąc już o wstrząsach pogodowych, zamachach i politycznych zmianach, które w wielu krajach nękają społeczeństwa do utraty normalności i godnego życia.
Wiele w swym życiu widziałam, wiele doświadczyłam. Różnie reagowałam. Pewne wydarzenia były dla mnie przeżyciami, które na zawsze pozostawiły traumę i doświadczenia. Choć urodziłam się kilka lat po wojnie, czołgi i obrazy zniszczeń (nie wojennych, ale już z czasów mojego dzieciństwa) nie były mi obce. Do dziś nie mogą mi wyjść z pamięci. Pewnie dlatego, że jako dziecko widziałam czołgi i armatki wodne na ulicach Krakowa.
Był rok 1968. Byłam w ósmej klasie. Przechodziłam tuż koło Collegium Novum Uniwersytetu Jagiellońskiego, po przeciwnej stronie ulicy. To była dość szeroka ulica, w środku tory, po których kiedyś sunęły stare tramwaje.
Niewiele rozumiałam z polityki, choć już dobrze wiedziałam, że system jest zły, że ludzie “walczą”, nie akceptują rzeczywistości. I nagle, tam na moich ukochanych plantach, zobaczyłam biegających ludzi. Dużo ludzi i żołnierzy z bronią. Nikt nie strzelał, ale armatki wodne lały mocnymi strumieniami wodę na studentów. A potem ktoś podszedł do mnie i kazał mi szybko skręcić w najbliższą ulicę i zniknąć stamtąd…
Uciekłam, bałam się a równocześnie “fascynowało” mnie, że coś się dzieje. Po kilku dniach poszłam z moim tatą na zakupy. Szliśmy ulicą Floriańską od strony Bramy Floriańskiej. Dla mnie to zawsze była i jest jedna z najpiękniejszych ulic Krakowa. I nagle – zanim doszliśmy do sklepu sportowego ( jak dziś pamiętam, że potrzebowałam nowych spodni na wyjazd harcerski), przed nami pojawił się sznur młodych żołnierzy i zatarasował wejście do Rynku. “Głupiutka młoda gąska” usiłowałam im coś z uśmiechem wyjaśnić, że ”ja tylko tu obok, na chwilę”… Tata energicznie wziął mnie za ramię i natychmiast poszliśmy w odwrotną stronę.
Miałam 15 lat. Obraz tamtych wydarzeń wbił mi się w głowę na zawsze. Potem było dużo podobnych zdarzeń. Rok 1970, 1976.
Gdy wybuchł Stan Wojenny, byłam dorosłą kobietą, miałam rodzinę i strach tamtych wydarzeń jest ze mną do dzisiaj.
Wszystko to przetrwaliśmy. Za każdym razem – z nadzieją, że będzie lepiej, że takie społeczne i polityczne “trzęsienia ziemi” są po coś. By było lepiej.
Było. Niemal zawsze nie na długo… Było inaczej, jest inaczej. Do następnego wstrząsu.

Zatrzymam się na pandemii. Covid -19. Ta pandemia przekroczyła granice wielu krajów, pojawiła się niemal na każdym kontynencie. Dotknęła fizycznie i mentalnie tysiące, tysiące ludzi. Łatwo można było każdego dnia zauważyć zmieniające się efekty, sytuacja niemal co godzinę pociągała za sobą nagłe ruchy ludzi – od szaleństwa, strachu i błyskawicznych, często chaotycznych decyzji, jak jej zapobiegać, do nowych wytycznych, ogromnych prób zabezpieczania chorych itd. To co się działo przez pierwsze tygodnie, miesiące trudno dziś z pamięci opisać. Każdy z nas zapamiętał to na swój sposób. W dodatku obraz pandemii inaczej wyglądał w Nowym Jorku, inaczej w Houston, a jeszcze inaczej w Europie czy w Chinach.

Wszyscy pamiętamy zakaz zakupów w sklepach, tysiąc obwarowań do lekarzy, dzieci w domu a nie w szkole, jakieś zoom-y, maseczki, brak kontaktów w rodzinach. I w dodatku – konflikty między ludźmi, bo każdy miał swoją wizję zarażenia się albo nie. Jedni bali się zarażenia, inni szczepienia. Jeszcze inni buntowali się przeciwko całej tej panice.
Byli tacy, którzy po pierwszych tygodniach zdołali otrząsnąć się i ułożyć sobie bieżące życie. Inni – zagubieni, złamani i przerażeni nie potrafili się odnaleźć w nowej rzeczywistości. A rzeczywistość była bezlitosna. Każdego dnia fundowała nam nowe ostrzeżenia, wymagania i zakazy.
Nie chcę do tego wracać, choć ja nie byłam w grupie poddającej się ogólnej panice. Nie zrezygnowałam z kontaktów z rodziną, próbowałam zaufać rozsądkowi i utrzymać kontakty z przyjaciółmi. Wszystko to nie było łatwe, każdy z nas inaczej odczuwał ten czas. A wszystko to trwało wiele wiele miesięcy, które przynosiły nowe problemy i nieznane doświadczenia. Walka o szczepienia, próby wyważenia we własnej głowie logiki i opanowanie strachu, dla nikogo z nas nie były proste. Niektórzy nie wierzyli w sens szczepień i ochrony przed zarażeniem. Nie mówiąc już o interpretacjach “politycznych”, które również nie ułatwiały tamtych miesięcy.
Dlaczego wracam do tamtych dni? Pandemia powoli zanikła, jeszcze bardziej powoli życie wracało do normy. To już sześć lat, a wydaje się jakby wieki minęły.
Myślę o tym nie dlatego, że pandemia była dla mnie wstrząsem i dla każdego z nas, ale dlatego, że mimo upływu sześciu lat, wielu zmian wokół, czasem na lepsze – w rzeczywistości pandemia wpłynęła silnie na wszystko co jest “dzisiaj”. W gruncie rzeczy postawiła “wielką grubą kreskę” i odcięła nas od tamtej epoki.
Dziś mówimy – “to było przed pandemią” albo “nie, to zdarzyło się już po pandemii”
Wiele razy wracam do cytatu wieszcza epoki romantyzmu, Juliusza Słowackiego, który napisał w utworze “Odpowiedź na Psalmy Przyszłości” takie słowa : “Duch – wieczny rewolucjonista”. Sens tego powiedzenia dotyczył polemiki z tekstami i poglądami Zygmunta Krasińskiego. Słowacki widział jasno: duch czyli – romantyczna wizja zmian, nowego “światła”, nowych idei zawsze jest napędem postępu i nowości.
Nie ma w świecie stagnacji, jest ciągłe dążenie do przemian i ulepszeń.
Można ten cytat interpretować na różne sposoby i w najróżniejszych sytuacjach. Jedno dla mnie jest pewne. W naturze człowieka leży marzenie o lepszym. Lepszym życiu, lepszej karierze, lepszym domu, samochodzie, lepszej wiedzy itd.
Każde ciężkie doświadczenie pozostawia w nas rany, ale także walkę, by się zabliźniły i by na “starym” budować “lepsze”. W moim rozumieniu cytat Słowackiego ma bardzo szerokie pojęcie. I choć znam “literacki” i poglądowy kontekst tamtych słów z XIX wieku, dla mnie mają one wymiar ponadczasowy. I bardzo humanitarny. Nie szukamy złego, gorszego. Dążymy do lepszego. W każdym sensie. Wiem, że to duże uogólnienie, wiem, że mogłabym znaleźć natychmiast dziesiątki przykładów, którymi sama sobie udowodnię, że nie zawsze po “złym” przychodzi – lepsze…
Sześć lat po pandemii… I mimo, że tak bardzo wszyscy pragnęliśmy “normalności” – normalnym zrobiło się wiele zjawisk, które przed pandemią normalne nie były!
Przed pandemią – ludzie wstawali rano i szli, jechali do pracy. Spotykali się każdego dnia z tymi, którzy dyskutowali o tym, co robią, co lubią w swoim zawodzie. Patrzyli w komputery, ale też patrzyli sobie w oczy. Uśmiechali się.
Pandemia stworzyła dziwny “twór” pracy w domu i tylko z komputerem. I tak już w wielu miejscach zostało… Mało tego, wizja po-pandemiczna dla wielu ludzi jest wygodna. Utworzyła grupę “odludków” zawodowych, nie opuszczających swoich domowych biurek. Nie ubierających się tak, by udać się pomiędzy ludzi. Spędzających godziny i dnie w piżamach. Problemy z efektywnością, samotność, często konieczność adaptacji domowej przestrzeni do pracy. Z jednej strony – oszczędność czasu i możliwość ciągłości pracy, z drugiej – użytkowanie własnych mediów, większa opłata za prąd, Internet. I tak dalej i tak dalej… OK! Już słyszę protesty – to nieprawda! Są rozmowy, tele-konferencje, przecież komputer też służy do rozmów w obrazie.
Prawda… Więc ubierasz koszulę i krawat – a na nogach masz domowe kapcie i krótkie spodenki. Przesadzam? Tak – ale całkiem celowo. Umiejętność rozmów, spędzania czasu wspólnie z innymi ludźmi, zmniejszyła się wraz z “odejściem pandemii” o przynajmniej 50 procent.
Niedawno usłyszałam od młodego człowieka, który (wciąż) usiłuje znaleźć sobie pracę na lato, że jest to teraz niezwykle trudne, bo większość miejsc, które zapewniały kiedyś (nie tak dawno!) pracę dla studentów, już ich NIE potrzebuje! Duża część ich pracowników pracuje z domu, więc ilość miejsc w firmach zmniejszyła się o połowę. Smutne, bo studentom i praktyki i pieniążki z letnich doświadczeń bardzo się zawsze przydawały.
“Kij ma zawsze dwa końce”, więc jeśli komputer i praca w domu, to siłą rzeczy i w myśl słów Juliusza Słowackiego, nowe warunki otworzyły nowe pomysły. Komputerowcy wymyślają coraz to bardziej skomplikowane nowe programy, systemy komunikacyjne, gry. Nam, starszym ludziom, te nowe komputerowe propozycje w większości utrudniają życie, bo kto nadąży za “młodymi i mądrymi” 🤗. Wpisujemy się więc sto razy do jednego lekarza, nie umiemy sobie poradzić z listą pytań i odpowiedzi. Odpowiadamy na pytania, które w kółko się powtarzają. Najtrudniejszy teleturniej “naszych czasów” nie był tak wymagający jak zapisanie się na wizytę lekarską.
Lista leków wydłuża się, szybkie zmiany u różnych lekarzy mieszają nam w głowach, a gdy już wejdziemy do kolejnego gabinetu, pani pielęgniarka i tak (po raz setny) zapyta nas o to wszystko, na co wcześniej w komputerze straciliśmy mnóstwo czasu i nerwów. I tak w kółko…
Maszynki do płacenia kartą kredytową narzucają procent napiwku, który mamy dodać. Nie pozostawiają nam miejsca na własna decyzję… a raczej czujemy się zobligowani dać sugerowany napiwek. Jest nam łatwiej niż obliczać własny pomysł.
Miliony informacji, które zostawiamy w komputerowych systemach mają niby swoje plusy, bo “nie trzeba” ich kolejny raz wypełniać, ale równocześnie są niebezpieczeństwem wykorzystania ich przez… hakerów, dziwne firmy itp.
Latwiej? Lepiej? Bezpieczniej? I tak i nie.
Nie jestem przeciwnikiem nowości i postępu!! Wiem, że wszystko zmienia się, ale wiem też, że w dzisiejszych czasach zmiany są bardzo szybkie. Za szybkie.
W każdej najmniejszej dziedzinie ambicją czasów jest ZMIANA.
A przecież ludzie potrzebują także spokoju, ciszy. Zwyczajnej papierowej książki. Filmu, który wzruszy, pozwoli zamyślić się, posłuchać siebie wewnątrz. A nie tylko biegać myślami za pokręconymi skomplikowanymi obrazami uzyskanymi za pomocą dziwnych komputerowych systemów.
Telefon zastępuje kartkę papieru i długopis, gazetę i książkę. Prawdę i fałsz.Coraz częściej nie potrafimy rozróżnić prawdziwych faktów od bzdur na forach socjalnych, na stronach internetowych firm, galerii artystycznych, sklepów. AI zawładnęło wiedzą na każdy możliwy temat. W każdym kraju, w każdym języku. Te, które są już historią i te sprzed godziny. Ja także korzystam z pomocy AI, ale wybiórczo. Ostrożnie. Bez szalonego zachwytu, raczej z rozsądnym spojrzeniem na to czego szukam, czy potrzebuję sprawdzić.
Ludzie są skołowani i wierzą w “prawdy”, za które nikt naprawdę nie odpowiada. Porady medyczne, sprzedawanie leków, które niczemu nie służą, przesyłki ze sklepów, które nigdy nie docierają do adresata albo jeśli dotrą – nie przypominają rzeczy, które zamówiliśmy i opłaciliśmy… Kopiowanie bezmyślne sensacji, wiara w to, że są „prawdziwe” to wielka plaga chorobowa naszych dzisiejszych czasów.
Listę takich przykładów można by mnożyć i mnożyć…
Nie dajmy się zwariować. Nie pozwólmy, żeby nasze mózgi były “gąbką nasiąkającą wszystkim” – bez naszego wyboru. Niezależnie od fascynacji nowościami – myślmy samodzielnie, wybierajmy, bądźmy sobą, a nie maszynami do zachwytu czymkolwiek, co pojawia się “nowe”.
Na szczęście – wiosna zawsze nadchodzi po zimie, kwiaty kwitną każdego roku tak samo. Świat ma swoje zasady, choć ludzie często tak bardzo chcą od nich odejść…
************************
A na dowód, że warto być sobą – prawdziwą, bez maski – tej przysłowiowej i tej ochronnej – piosenka która dodaje wiary, odwagi i pewności siebie. Mój czas, mój świat, moje marzenia… „Wybieram siebie…„



