1 sierpnia 2026
Lipiec prawie zawsze jest gorący. Lipiec w Houston, to upał i niezwykła wilgotność. Kto tego nie doświadczył, nie ma pojęcia o czym mówię.
I żeby nie było niedomówień, nie jestem jedną z tych osób, które nie cierpią lata w Houston. Owszem, coraz trudniej jest mi ten “stan” znosić, ale nigdy nie powiedziałam, że go nie cierpię. Lato tutaj jest ciężkie, utrudnia wiele miłych czynności na zewnątrz, ale też łatwiej znieść upał w Houston, niż bardzo upalne dni w miastach Europy. Tu każde miejsce oferuje nam właściwą temperaturę dla naszego organizmu, wszędzie jest chłodzenie, nasze mieszkania są przystosowane do upalnych temperatur, a w publicznych miejscach nieraz musimy mieć ze sobą żakiet, sweter czy szal.
Szpitale mają dla pacjentów całą gamę kocyków i ciepłych skarpetek, place zabaw dla dzieci oferują ochładzanie “mgiełką wodną” (ciekawe czy to wyjaśnia, co mam na myśli) albo wodne fontanny.
Tysiące basenów domowych, publicznych, woda zdatna do picia w każdym miejscu w parkach i miejscach sportowych – wszystko to pomaga łatwiej uporać się z upałem. Kto tak fajnie ma? My mamy…



Sposoby na upał – ucieczka na baseny ( hotel Marriott w downtown Houston i piękny basen – „Lazy River” na 6-tym piętrze z widokiem na miasto). Sauny i ciepłe źródła (np. w Kolorado 😄). Skok do Galveston nad Zatokę Meksykańską
Od kilku lat wiadomo było, że Houston będzie jednym z gospodarzy meczów Mundialu 2026. Kiedy przypomnę sobie moment, gdy mój wnuk (teraz 21-letni) z szalonym entuzjazmem mówił mi o wizji meczów piłki nożnej “za cztery lata w Houston”, było to dla mnie tak samo nierealne jak loty na Marsa…
Nie wiem kiedy minęły te cztery lata, nie wiem kiedy i jak wyobrażenia przybrały realne obrazy. Mundial nadal trwa, a ja nagle stałam się fanką piłki nożnej. Tak po prawdzie, od lat umiarkowanie, ale nią byłam. Od czasów polskich, od czasów drużyny “Orłów” trenera Górskiego – Gadocha, Lato, Deyna czy bramkarz Tomaszewski zdobyli 3-cie miejsce na Mistrzostwach Świata w 1974 roku w RFN.
I gdy na naszych wakacjach w Turcji w 1975 na pytanie “skąd jesteście?” odpowiadaliśmy” z Polski”, każdy napotkany Turek z prędkością światła wymieniał bezbłędnie nazwiska wszystkich zawodników polskiej piłkarskiej drużyny.
I dużo później, przez kilka lat z rzędu chodziliśmy w Houston na mecze piłki nożnej drużyny w Awty International School, najpierw gdy grał w niej nasz syn, a potem, po latach wnuk. Niezapomniane emocje, wiele wspaniałych przeżyć, zwłaszcza, że obaj byli naprawdę dobrzy w “te klocki”. Gdy Jacek był w 12 (ostatniej) klasie, ich drużyna szkolna zdobyła mistrzostwo Texasu.
Czyli – nie jestem żółtodziobem w piłce nożnej, ale też nie mogę udawać, że się na niej naprawdę znam. Jestem obserwatorką, bardziej kierującą się emocjami, sympatiami i instynktem niż zawodową wiedzą. Mnóstwo na świecie jest takich jak ja, z nas składa się większa część piłkarskiej publiczności.
Nigdy nawet nie pomyślałam, że kiedyś mój wnuk będzie osobiście oglądać mecz mundialowy na stadionie w Seattle. I, że dane mi będzie obserwować niesamowitą organizację takiej światowej imprezy. Imprezy trwającej półtora miesiąca, w trzech krajach, na szesnastu stadionach i w szesnastu miastach. Tego jeszcze nie było!
Kiedy przez cztery ostatnie lata podczytywałam, obserwowałam, rozmawiałam z innymi – wszystko wydawało mi się wciąż “w powijakach”. Wciąż – nie zdążą… Kiedy coś się wykluje?.. Jak to możliwe, żeby to zagrało?…
Zagrało! Zagrało jak w najlepszej orkiestrze. Wszystko – przejazdy, dojazdy, przeloty, imprezy towarzyszące, bezpieczeństwo, parkingi, reklama… Nie wiem co jeszcze wymieniać, bo lista nie ma końca. A ja znów mam za małą wiedzę, żeby to wszystko ogarnąć.
Żałuję tylko, że dziś mam za mało siły, by uczestniczyć czynnie w tych imprezach i meczach. Mimo to stoję przy każdej okazji tam, gdzie taki kibic jak ja powinien być. Cieszę się z sukcesu Cabo Verde (Republika Zielonego Przylądka), choć nie wygrali ważnego dla nich meczu. Podobnie jak Japończycy. Ale i tak w historii tego Mundialu uplasowali się jako bohaterowie. Zapamiętamy ich i pewnie jeszcze świat piłkarski o nich usłyszy.
Jedno jest pewne i potwierdza się niemal zawsze: nie wolno lekceważyć swojego przeciwnika.
“Piłka jest okrągła a bramki są dwie” – takie zdanie wypowiedział kiedyś Kazimierz Górski. Trzeba tylko strzelić o jedną bramkę więcej… Tak jak dzisiaj w Houston, strzeliła drużyna Maroka (aa… O, aż trzy 😂)
Wielka szkoda, że polska reprezentacja nie zakwalifikowała się do uczestnictwa w tych zmaganiach. Odpadła w ostatnim meczu barażowym przegrywając ze Szwecją 3:2. Grali naprawdę dobrze i byli o krok od zwycięstwa. No, ale cóż – trzeba było strzelić “o jedną bramkę więcej”…
Takie są sportowe prawa. Bardzo czekaliśmy na polską drużynę tu, w Houston. Albo gdziekolwiek na stadionie mundialowym. Nie udało się. Może, kiedyś. 🤔
Inne drużyny też dostarczają nam emocji, radości i łez. A przecież przed nami jeszcze kilka naprawdę ważnych meczów. Teraz dopiero temperatura wzrasta coraz bliżej wrzenia.
Zdarzyło mi się być na wielkich amerykańskich stadionach. Wystarczy wspomnieć mecz futbolowy (nie soccer – football!) na stadionie Texas A&M w College Station – “Kyle Field” (gdzie studiuje nasz wnuk i chyba nie odpuszcza żadnego ważnego meczu na tym stadionie!). Oficjalnie stadion ma 102,733 miejsca. Nie jest to największy stadion na świecie, ale chyba w “polskich” gabarytach – niewyobrażalny.
Pamiętam, że na tym meczu, który wtedy oglądaliśmy, w pewnym momencie, na wielkim ekranie wyświetliła się po jednej stronie liczba miejsc na stadionie, a po drugiej stronie liczba osób na tym meczu. Obie liczby były identyczne…
Jeśli wyobrazimy sobie stadiony zakwalifikowane na Mundial 2026, o podobnej wielkości i dodamy do tego w naszej wyobraźni sektory pełne widzów, w koszulkach/kolorach poszczególnych drużyn, otrzymamy piękny obraz. I gdy jeszcze dołożymy głos potężnej radości, gdy piłka wpada do bramki – to doznamy zjawiska tak niesamowitego, że tylko entuzjaści, szaleńcy (w dobrym sensie!) i fanatycy piłki mogą to zrozumieć. Nie wiem, czy mam prawo zaliczyć się do którejkolwiek z tych kategorii, ale na pewno w czasie mundialowych meczów ulegam atmosferze zmagań sportowych.
Nie wszystko mi się podoba, nie lubię ostrych zagrań, nie lubię niesportowych kłótni i nieprzyjemnych starć. Ale – sport na takim poziomie wyzwala wiele niekontrolowanych reakcji, brzydkich słów. Cóż, obok piękna są też odpadki.
“Gdzie drzewo rąbią – drwa lecą”. Nie pochwalam, choć muszę to rozumieć.
Nie lubię też sytuacji, gdy po dogrywce (to już 120 minut nieustannej gry, a w praktyce zawsze trochę więcej) jest remis. I wtedy zaczyna się “wojna” na karne. A karne to przede wszystkim sekunda szczęścia, “biegu” piłki, opanowania nerwów, sekundy nieuwagi albo niesamowitej koncentracji. Nawet najlepsi strzelcy nie zawsze nie trafiają do bramki. To, że karny to jeden na jeden z bramkarzem, niczego nie gwarantuje i wynik wielkiego, często najważniejszego meczu jest/bywa łutem szczęścia, przypadkiem.
Cóż – nie ma w tej chwili innego rozwiązania. Pozostaje mi wierzyć, że mecze zakończą się wynikami “z jedną bramką więcej” w czasie najwyżej 120 minut. A najlepiej w 90 minutach 😄.
Moje rozważania są zwyczajne – moje. Bez profesjonalnych ocen, bez złości czy mówienia o tym, czego nie mogę zauważyć i wypowiadać się, gdy oglądam mecze piłkarskie w “mój sposób”. I nie daj Boże, nie mam zamiaru wdawać się w jakiekolwiek dyskusje pseudo-znawców, pseudo-kibiców, których setki wypowiada się na forach internetowych. Polskie strony aż kipią od nienawiści, wściekłości i wymądrzania się “jak powinni grać!!” Amerykanie są bardziej powściągliwi, pewnie dlatego, że mimo wszystko piłka nożna nie jest ich “faworytem” sportowym.
Na szczęście są też tacy, którzy potrafią docenić wysiłki sportowców i piszą ciepłe słowa o każdym rozegranym meczu. To działa krzepiąco na takich kibiców jak ja. Wzmacnia się we mnie wiara, że sport to prawdziwa walka.
I zawsze obie strony chcą być zwycięzcą. Zawsze walczą najlepiej jak potrafią. Ale wygrywa JEDEN. Krok po kroku – piłka, bramka, pot i wysiłek, do granic wytrzymałości. Marzenia i wizja zwycięstwa. A MISTRZ Świata będzie tylko jeden.
Zobaczymy, kto wygra Mundial 2026 i przez następne lata będzie nosił miano najlepszych.
Finałowy mecz będziemy oglądać w Seattle z naszym wnukiem. Uwielbia piłkę nożną (zresztą nie tylko), zna się na przepisach, dostrzega niuanse, których ja na pewno nie zauważę. To będą dodatkowe emocje i frajda śledzenia gry razem z nim.
A w międzyczasie, na kolejnym wakacyjnym wyjeździe, bo przecież trzeba na chwilę uciec z upalnego Houston, będziemy zwiedzać ciekawostki Seattle w Stanie Waszyngton, kolejnego pięknego miasta w USA. Wjedziemy na słynną Space Needle, by zobaczyć panoramę miasta i jezior wokół, wiele zielonych terenów. Powłóczymy się po mieście, sprawdzimy gdzie narodził się Starbucks, jak smakują świeże ryby na słynnym Pike Place Market, a przede wszystkim zwiedzimy Muzeum i fabrykę Boeinga, bo to w tym gigancie branży lotniczej (założonym w 1916 roku właśnie przez Williama Boeinga w Seattle) nasz wnuk zatrzymał się na trzy miesiące pracując na stażu w jego wymarzonym Boeingu.
Zaglądniemy też do któregoś parku nad wodą i może nawet odbędziemy krótką wodną przejażdżkę łódką. Zobaczymy wokół piękne góry, może uda się dostrzec nawet Mount Rainier…
Krótki wypad, zapewne dla nas bardzo intensywny, zakończy zmagania mundialowe i kolejny przerywnik upałów w Houston. Czy można sobie życzyć sobie innego “lipca”. Niekoniecznie…🤔 Przecież rok ma dwanaście miesięcy!!
******************************
I znalazłam „perełkę muzyczną” – oryginalną wersję piosenki „Po zielonej trawie piłka goni” w wykonaniu zespołu NoToCo z 1974 roku! To już w świecie muzyki prawie prehistoria. Za to słowa „piłka jest okrągła a bramki są dwie” nie straciły swego znaczenia.
I tym historycznym, ale wielce prawdziwym stwierdzeniem kończę kibicowskie gorące rozważania. Gdy to piszę (połowa lipca 2026) wszystko może jeszcze się zdarzyć. Ja przewiduję ze Mistrzem znów będzie na kolejne cztery lata… Argentyna.
Zobaczymy czy mam intuicję 😂 🤔 🤫
PS. Gdy publikuję ten wpis jest już po Mundialu. Moja intuicja tylko częściowa się sprawdziła. Argentyna przegrała mecz finałowy (brawo Hiszpania, bardzo sie cieszę!)
I druga piosenka – z innych mundialowych czasów – 1982. Zbigniew Boniek i jego „chwila”. Piosenka pod tytułem „Uliczkę znam w Barcelonie” (ach, ta Barcelona! 🤗) – pierwsze wykonanie Bogdan Łazuka (później kilka innych…) – do wyboru.







Z upałem nie da się poradzić. Z mrozem – jedni uważają, że tak, inni, że nie. Ja myślę, że jeśli mróz jest odwrotnością upału, to znaczy – podczas mrozu zakładamy jedną warstwę ubrania, a podczas upału zdejmujemy, aż dochodzimy do golasa wystawionego na upał i do wielowarstwowo ubranego zmarzlaka. Ten pierwszy już nie ma szans, a ten drugi wciąż jeszcze może coś założyć. A więc – z upałem nie da się poradzić, a z mrozem – da się. Chyba wszyscy się w tym momencie ze mną zgodzą. A jeśli nie – to trudno.
Mundial to już co innego. Nic się nie da zdjąć. Nic dołożyć. Wszystko jest rozstrzygnięte dopiero w ostatnim meczu. Tak by się przynajmniej wydawało. Ale wmieszała się technologia. TELEFON. Prezydent USA zadzwonił do przewodniczącego Światowej Organizacji Piłki Nożnej z prośbą o reinterpretację decyzji sędziego o rezultacie otrzymania przez amerykańskiego zawodnika czerwonej kartki, jakim było wykluczenie go z kolejnego meczu, i o umożliwienie mu zagrania w następnym meczu decydującym o dalszym losie drużyny. (Prośba została wysłuchana, ale i tak nic nie pomogło, drużyna USA odpadła po tym meczu). KOMPUTEROWA ANALIZA CYFROWA. W wielkiej liczbie meczów niewidoczna na boisku wirtualna linia, niezauważalna nawet przez sędziów bocznych, po wyświetleniu jej na komputerach wykazywała sytuację „spalonego” nawet przy minimalnym wysunięciu się zawodnika atakującego poza tę linię, i długotrwałe, jak na czas meczu, rozpatrywanie aktualnej sytuacji na boisku w świetle analizy cyfrowej. FILMOWANIE GRY. Nagrania sytuacji „nieczystej gry”, czyli tak zwanych „fauli”, i permanentne podważanie ich przez stronę, dla której było to niekorzystne. Przedłużało to transmisje, oglądanie, wspólne biesiadowanie przy meczach i inne walory tak znakomitego wydarzenia sportowego, porównywalnego zaledwie do jednego – do oglądalności Igrzysk Olimpijskich.
Czynnik ludzki w działaniu decydentów został ograniczony niemalże do minimum. I gdzie te piękne czasy, kiedy nie było komputerów, kiedy wszyscy aktorzy piłki nożnej (Amerykanie nazywają to słowem „soccer”) szczycili się wyższością jej nad amerykańską piłką nożną (którą Amerykanie nazywają słowem „football”), bo nie ma powtórzeń, przeglądów zapisów telewizyjnych czy komputerowych, odwoływania decyzji i podobnych rzeczy. Bo rzeczy dzieją się spontanicznie, bo reguły są jasne.
No, może z jednym wyjątkiem. Ale wszystko działo się bez technologii, czynnik ludzki odegrał tu stuprocentową rolę. Oto relacja dziennikarza sportowego Antonio Mediny:
„Podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Hiszpanii w 1982 roku spotkanie, które zapowiadało się na rutynowy mecz fazy grupowej, przerodziło się w jedno z najbardziej kuriozalnych wydarzeń w historii turnieju. Wpływowy działacz zszedł z trybun na murawę i po rozmowie z sędzią doprowadził do anulowania zdobytej bramki.
Do incydentu doszło w momencie, gdy Francja prowadziła 3:1 i była bliska przypieczętowania zwycięstwa. Po znakomitej akcji z udziałem Michela Platiniego i Alaina Giresse’a piłka wpadła do siatki – wydawało się, że Francuzi zdobyli swój czwarty gol w tym meczu. Zawodnicy świętowali, tablica wyników wskazywała 4:1, a obie drużyny szykowały się do wznowienia gry od środka boiska. Wówczas zaprotestowali piłkarze z Kuwejtu; twierdzili oni, że usłyszeli gwizdek dobiegający z trybun i przestali grać w obronie, będąc przekonanymi, że mecz został przerwany.
Sytuacja, która początkowo wyglądała na zwykły protest, szybko nabrała rumieńców, gdy mężczyzna ubrany w tradycyjny arabski strój zaczął gwałtownie gestykulować z trybun, domagając się interwencji. Tym człowiekiem był Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah – młodszy brat emira Kuwejtu i przewodniczący krajowego komitetu olimpijskiego. Przekonany, że drużyna Kuwejtu została potraktowana niesprawiedliwie, szejk opuścił swoje miejsce, minął ochronę i wszedł bezpośrednio na murawę. Najpierw porozmawiał z kuwejckimi piłkarzami, a następnie podszedł do radzieckiego arbitra, Mirosława Stupara.
Dalszy przebieg wydarzeń wprawił wszystkich obecnych na stadionie w osłupienie. Po wysłuchaniu argumentów szejka sędzia zmienił swoją pierwotną decyzję, anulował bramkę Francuzów i wznowił grę rzutem sędziowskim. Publiczność zareagowała głośnymi gwizdami, a na francuskiej ławce rezerwowych wybuchła fala oburzenia. Francuscy piłkarze nie mogli uwierzyć w to, czego byli świadkami. Po latach Alain Giresse wspominał, że żaden z zawodników przebywających na boisku nie słyszał owego gwizdka, który rzekomo wywołał zamieszanie. Trener Michel Hidalgo został odesłany na trybuny za protestowanie przeciwko tej decyzji, a francuscy kibice z niedowierzaniem obserwowali, jak członek rodziny królewskiej wpływa na przebieg meczu Mistrzostw Świata.
Ostatecznie futbol przywrócił pierwotny wynik. Kilka minut później Maxime Bossis zdobył kolejną bramkę dla Francji, ustalając rezultat dokładnie taki, jaki widniałby na tablicy przed interwencją szejka: 4:1. Zwycięstwo przybliżyło Francję do fazy pucharowej, jednak sam wynik zszedł na dalszy plan. Świat futbolu zapamiętał tamto niezwykłe popołudnie w Valladolid, kiedy to szejk zszedł z trybun, wdał się w dyskusję z arbitrem i dopiął swego w kwestii wydawałoby się niemożliwej: anulowania bramki zdobytej w meczu o mistrzostwo świata.”
I dało się zrobić. Bez wirtualnych linii, bez zapisów magnetofonowych i wideo, bez wielkiej liczby ekspertów piłkarstwa światowego. Po prostu ludzie.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ciekawe wydarzenie.. Nie wiedziałam, że takie coś kiedyś sie wydarzyło. Tu tylko powinieneś dodać skąd ten przekaz, gdzie go znalazłeś. Warto podać źródło ( oprócz nazwiska..)
Tu powstaje znów ten sam problem. Jedni (kibice i nie tylko) mówią – za dużo „mądrości” technologicznej, AI „miesza” sport, który z natury rzeczy jest spontaniczny i mimo niezliczonej ilości przepisów w każdej dziedzinie sportowej „rzeczy” się dzieją i nie sposób ich przewidzieć i zbadać do końca.
Inni- że teraz dopiero jest sprawiedliwie bo technologia, komputer, AI umie wszystko do końca zbadać i sprawdzić…
Cóż – zepsuło nam to przyjemność mundialową. Zepsuło mi coś więcej,bo konflikty i nieprzyjemne dyskusje międzyludzkie zakłóciły sportowe wrażenia. Może będzie lepiej za cztery lata?… jeśli ludzie będą ważniejsi od AI…
PolubieniePolubienie