1 lipca 2026
Nasz kolega zorganizował przyjacielskie spotkanie w drugą rocznicę śmierci swojej żony. Koleżanka – podobnie. Napisała w zaproszeniu: Nie ma Go już z nami dwa lata. Przyjdźcie, powspominamy..
Kiedyś zdziwiłyby mnie bardzo takie okazje spotkań. I to wesołych, pełnych życia. W moich czasach młodości w Polsce raczej byłoby to nie do pomyślenia. Znajomi i przyjaciele uznaliby to za brak smaku, szacunku.
Śmierć musi być smutna, pełna łez albo chociaż sentymentalna. Oczywiście, że po latach jej intensywność nieco blaknie. Jak wszystko, co staje się wspomnieniem.
Tutaj nasze spotkania z takich okazji już nie są smutne. Są wypełnione uśmiechami, rozmowami, nawet jeśli dotyczą niedomagań zdrowotnych. Pełne życia i radości, że jesteśmy razem.
Dożyliśmy wieku, gdy cenimy chwile z przyjaciółmi, lubimy spotkać się, pogadać, nawet “narzekanie” jest na wagę złota. Każdy z nas czuje mocno w sobie, że chce żyć właśnie teraz “pełnią życia”. Choć słowo “pełnia” mocno wyblakło i dziś ma inną moc niż 20-30 lat temu.
Za to na pewno doceniamy silniej to, co przynosi nam poranek, gdy się budzimy. Możemy przecież żyć tylko do jutra… albo jeszcze 10-20 lat.
Wiem, wiem, że w każdym wieku można tak powiedzieć. Ale młodzi tak NIE mówią, bo nie potrzebują, nie myślą o tym. Dobrze jest ten świat urządzony, że dopiero w późnym wieku nachodzą nas takie myśli. Wszystko “ma swój właściwy czas”.
Wczoraj jeden z naszych wnuków miał uroczystość zakończenia szkoły średniej i wręczenia dyplomów, kilka dni temu młodszy wnuk ukończył „Middle School” czyli ósmą klasę. W systemie amerykańskim obie uroczystości są bardzo eleganckie, mają swoją tradycję, chociaż każda szkoła stara się zorganizować je trochę inaczej, “po swojemu”.
Są oficjalne podsumowania, nagrody, porady na przyszłość, radość wręczania dyplomów. I tradycyjne podrzucenie czapek z frędzlem przesuniętym na przeciwną stronę. l okrzyki radości: Mamy to! Zrobiliśmy to! Dotarliśmy do końca! Do końca czegoś i początku innego. Bo pustki nie będzie. Są plany, nowe szkoły, nowe marzenia.
Kilka migawek z niezapomnianego dnia świętowania ukończenia szkoły przez naszego wnuka Lukasa.
Wieczorem odbyło się party – już na luzie, ale nadal entuzjastycznie. Pogoda nieco pokrzyżowała pierwotny plan, ale na szczęście nie zakłóciła tego, co najważniejsze.
Spotkania “młodości”. A wraz z Młodymi spotkali się ich dumni rodzice i my – dziadkowie. Trzy pokolenia, wiele rozmów, pytań co dalej, ciepłych słów, pochwał i życzeń. I wspólna radość. Jedna piosenka ABBY “Dancing Queen” połączyła wszystkich razem.
Opuściliśmy spotkanie pewnie na długo przed zakończeniem, uznając, że nasza rola została wypełniona po brzegi i teraz już czas na szaleństwa tylko Młodych. Bo nasze dzieci, czyli ich rodzice wciąż są młodzi. Popatrzyłam na nich wszystkich, na wspólne śpiewanie i tańczenie i pomyślałam – jakby to było 15-20 lat temu… Nic się nie zmieniło. Tylko my… trochę.
Młode marzenia nie muszą martwić się, że jutro może strzykać w kolanie, że będzie boleć biodro albo łamać w kościach. Młode marzenia mają skrzydła i dolecą wysoko ponad chmury. Tak jak nasze kiedyś…
I nie mówię tego ze smutkiem czy z zazdrością. Stwierdzam fakty, które są ludzkie. Są i będą na wieki. Za to cieszę się, że byłam, widziałam i przeżyłam kolejny dzień z Młodymi, że życie jest tak dla mnie łaskawe, iż dostałam zaproszenie na to “święto życia”.
Ludzie narzekają na starość codziennie, bez przerwy i na okrągło. Ale czy zdają sobie sprawę, że mieć tę starość jest dużo fajniej niż jej nie dożyć?! A… niech boli (nie za mocno!), niech męczy, niech przeszkadza. Ale niech od nas nie ucieka!…
To moje pierwsze duże letnie MARZENIE.
Mój kolega “klasowy” ze średniej szkoły napisał wczoraj ładny tekst o ptaszku a raczej o ptaszkach, jaszczurce. O tym jak kruche życie mają takie zwierzątka. (czy ptaszki to też zwierzątka??). Jak przypadkowe zderzenie ze światem ludzi, może być dla nich śmiertelne. “Wleciał do drewutni czy pracowni stolarskiej. Wleciał i wpadł w pułapkę szyby”. Historia toczy się dalej i ma szczęśliwe zakończenie. Instynkt walki o życie w każdej istocie jest bardzo silny. Żyć chce każdy – nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy.
Czyż nie jest to jedna z tysiąca historii o życiu człowieka? Ile razy wpadamy w pułapkę, ile razy “trzepoczemy skrzydłami”, by się z niej uwolnić? Ile razy nie dajemy rady. I znów się dźwigamy…
Nie potrafiłabym tak dzielnie pomóc ptaszkowi, nie wiedziałabym co zrobić. Nie umiałabym tak pięknie patrzeć i opisać “akcję ratunkową”…
Za to głęboko przemawia do mnie cytowany fragment piosenki Jana Kaczmarka – “Do serca przytul psa, weź na kolana kota. Weź lupę, popatrz pchła… Daj spokój, pchła to też istota”.
Nie lubię pcheł i pewnie nie jestem w tym osamotniona. A jednak – empatia, rozumienie życia tak “po ludzku” to cenny dar. Chciałabym, by ze świata zniknęła nienawiść, by zwykli ludzie jak my wszyscy, nie nakręcali się według okrutnych niehumanitarnych zasad. By nie podsycali w człowieku najgorszych uczuć, które tylko niszczą to, co moglibyśmy podarować ptaszkowi, jaszczurce i drugiemu człowiekowi.
Może to moje drugie marzenie letnie… Bądźmy dobrzy. Dla innych, dla istot bożych, dla siebie. Tak mało życia, tak dużo okazji, by być lepszym.
Chciałabym być tam, gdzie jeszcze nie byłam. Zobaczyć dziwne nieznane miejsca. Albo takie, które już kiedyś widziałam, a teraz mogłabym ujrzeć je z innej strony? Popatrzeć inaczej, zauważyć to, czego nie dostrzegłam przed laty.
Z mojego dzieciństwa pamiętam, że wakacje planowaliśmy z rodzicami już od stycznia. Zwłaszcza te, które miały być “wielką podróżą” zagraniczną. Jeździliśmy wtedy do (byłej) Jugosławii, do Turcji, Austrii i Niemiec. To były bardzo ekscytujące plany i wymagały ogromnego przygotowania. Nie mieliśmy zbyt dużo pieniędzy, więc zabieraliśmy ze sobą słoiki mięsa marynowanego albo zatapianego w smalcu (proszę się nie śmiać – takie były czasy i sposoby) 🤗. Namioty (byle jakie), kołdry, bo śpiwory pojawiły się dużo później, poduszki, sztućce, kuchenka z butlą gazową… i co nieco bagażu na wymianę “towarowo – finansową”. Boże! Nawet nie wiem, jak to się wszystko mieściło w Trabancie czy Maluchu. Dopiero w połowie lat 70-tych rodzice mieli pierwszego Fiata 125 p. I jeszcze my – czteroosobowa rodzina w środku.
Długie trasy do przejechania, góry, czasem po jednej stronie szosy głębokie przepaście. Miasta – bez map i GPS-ów. I jakoś się dało. Dojeżdżaliśmy do celu, znajdowaliśmy miejsca na kempingach (bez rezerwacji!!). Dziś młodzi zgubiliby się na pierwszym zakręcie…
Dzisiejsze podróże, zwiedzanie nowych miejsc, to łatwizna. A jednak – chwilami męczą nas dużo bardziej niż tamte sprzed 40 czy 50 lat.
Kiedyś przeczytałam, że „Śmierć jest potrzebna, bo utrwala miłość życia…” (chyba powiedział to ks. Twardowski). A ja tak sobie rozmyślam, że można cieszyć się życiem bez doświadczeń śmierci, że można “wyprzedzić śmierć” kochając za życia. W każdym sensie. Nie będę pisać o przykładach, które mi przychodzą na myśl. Ale – wierzcie mi – mam ich pełny worek. Do otwarcia takiego worka potrzeba tylko szczypty optymizmu, odrobinę radości i jasnego spojrzenia wokół. I odwagi. Nie chowajmy się w skorupie starości i lęku, przed tym, co będzie jutro.
Najbardziej pamiętamy i rozpamiętujemy to, co już minęło, odeszło i jest nieosiągalne. Naturalnym jest, że więcej takich wspomnień mają ludzie starsi. I więcej czasu na szukanie ich bliskości. Gdy coś przemija nieodwracalnie, zaczynamy pamiętać. Może wyrywkami, może ułamkami uczuć, może nawet nieco wykrzywionymi i postrzępionymi wspomnieniami… Ale każdego dnia z tych wyciętych w pamięci fragmentów buduje się bliskość. Z przeszłością. O tych, co odeszli na zawsze, o tych, którzy przecięli się z nami w dawnych chwilach życia, z tymi co wciąż są koło nas, ale już w innym wymiarze niż kiedyś.
Dla młodych ludzi czas płynie inaczej. I mają setki motywacji do codziennego biegu. Dla nich przyszłość otwiera swoje dni.
Nie wszystko przemija, bo zawsze coś w nas zostaje. Za to – wszystko nowe może się jutro wydarzyć. Czekam na nowe SMS-y z wieściami od przyjaciół, od dzieci i wnuków. Czekam na świeże kwiaty w wazonie, czekam na ciepłe kilka słów w liście (hmm… raczej w e-mailu), czekam na każdy gest bliskości.
Marzenie. Takie proste, malutkie, prawdziwe.
Ciało marszczy się pierwsze, rozum wciąż jeszcze żwawy. Pamięć kręci fakty, ale nie szkodzi. Jeszcze dajemy radę, tyle że każdy po swojemu. Jeszcze serce stuka mocno. I wyrywa się do życia.
Marzenia – gdy są w nas i z nami – jest dobrze. Marzenia nakręcają spiralę dobrych myśli, budzą w nas kolejne plany, uśmiechają się i wołają – dalej, jazda! Lecimy, by spełniły się marzenia małe i te większe.
I wcale nie muszą być letnie. Niech trwają cały rok. Niech będą w kolorach jesieni i mroźne jak grudzień czy styczeń. Niech odżyją wiosenną zieloną świeżością!
Moje takie są! …pomimo chwil, które czasem zasłaniają marzenia ciemną chmurą, smutkiem rozmyślań, bólem starzejącego się ciała. Marzenia są. Nie odpuszczam.
***********************
No i dorzucam „Do serca przytul psa” bo bez tej (starej już, ale ciągle aktualnej) piosenki, ten wpis nie byłby pełny w moich „marzeniach o letnich marzeniach” 😄















Twoje pierwsze letnie marzenie – żeby starość od nas nie uciekała, czyli, żeby była jak najdłużej.
Twoje drugie letnie marzenie – żebyśmy bylli dobrzy dla innych ludzi i innych istot bożych.
Twoje trzecie aż do trylionowego letnie marzenia – żeby „marzenia były i żeby ich nie zasłaniały ciemne chmury, smutek rozmyślań, bóle starzejącego się ciała”.
Wspaniały temat i wspaniałe jego naświetlenie. Szczególnie w kontekście jego oglądania z punktu widzenia starości.
Definicji starości chyba nie ma. Pamiętam 40-ste urodziny mamy. Jakoś tak się zdarzyło, że taty nie było w domu, mama położyła nas koło siebie na tapczanie (musiała być niedziela, więc nie było to dokładnie w dzień jej urodzin) i ze smutkim mówiła, że jest już taka stara. Chyba nie bardzo protestowaliśmy z bratem. Dorośli byli po prostu starzy. Mama zmarła 56 lat później. Nawet żołnierze służby czynnej, czyli mający wtedy 18-20 lat, wracający po przepustce do swej jednostki w Witkowicach koło Krakowa (a spotykaliśmy ich dosyć często po szkole, bo stamtąd odjeżdżał też autobus do nas do domu) byli dla nas starymi ludźmi.
Gdy przyjechaliśmy do USA dowiedzieliśmy się, że jedną z najbardziej celebrowanych rocznic urodzinowych w Ameryce jest „przejście przez grzbiet wzgórza”, czyli przyjęcie „OVER THE HILL” dla czterdziestolatków. A teraz coraz częściej słyszy się, że dawna 40-stka to teraz 50-tka. Nie wiem, niestety, czy „OVER THE HILL” też przesunięto…
Mój australijski przyjaciel powiedział kiedyś, że jedną z dwóch rzeczy, która się Panu Bogu nie udała jest starość. Ale w tym Twoim, Małgosiu, wpisie o marzeniach nie ma nic złego o starości. Więc apeluję do Was, Przyjaciółki i Przyjaciele w moim wieku – kultywujmy marzenia, jeszcze się wiele dobrego może przydarzyć. Budujmy – jak pisze Małgosia, „kolejne plany”, które „uśmiechają się i wołają – dalej, jazda! Lecimy, by spełniły się marzenia małe i te większe.” A potem będą nowe.
PolubieniePolubienie