17 czerwca 2026
To tak jakbym otworzyła swoja szafę, wywaliła na środek pokoju pełno niechcianych ubrań, zamknęła oczy i… wyszła z domu. A potem za kilka dni wróciła z nadzieją, że jakimś cudem “samo się” pozbierało, uporządkowało.
Nic z tego! Wszystko wciąż rozrzucone na podłodze. Kolorowe sukienki, swetry grube i cienkie, luźne i bardzo obcisłe, przylegające do ciała. Spodnie w kilkunastu różnych kolorach i zwiewne narzutki, bolerka czy jak tam nazwę zawartość mojej szafy. Nic nie zwinęło się w kłębek, żadna bluzka nie wróciła na wieszak. Ba, nawet żadna sukienka nie obraziła się na mnie.
Z rezygnacją i niechęcią powoli wszystko przeglądam, układam i myślę, że może po takiej “burzy” będzie już lepiej. Ładniej. Czysto i spokojnie..
Burza – jaka by nie była i gdziekolwiek się nie pojawi – jest nagła, przerażająca w swej sile działania. Zazwyczaj trwa ona krótko, pozostawia po sobie szkody, ale i wyczyszcza powietrze, przynosi świeży oddech.
Lubię burzę, pod warunkiem, że nie jestem na przykład na byle jakim kempingu w górach, nad małą rzeczką, która w ciągu godziny zmienia się w rwącą rzekę brzydkiej brązowej wody, pędzącej z prędkością światła i ściągającej to, co niepotrzebne na jej drodze..
Taką właśnie zdarzyło mi się kiedyś przeżyć burzę i wielki deszcz, w górach na terenie dawnej Czechosłowacji. Tamta burza, niestety nie oczyściła wiele. Raczej zdemolowała nieprzygotowany na taką ewentualność kemping, zniszczyła nasz i tak biedny sprzęt turystyczny i spowodowała wielką akcję wyciągania naszych starych aut ze strefy zagrożonej utonięciem. Zdarzyło się to bardzo dawno, jeszcze w końcu lat 60-tych ubiegłego stulecia – (hmmm, “stulecia”, ależ to dzisiaj brzmi!) 😂
Chaos to coś, czego nie znoszę. Z chaosem nie bardzo umiem sobie poradzić. Wszystko co jest rozsypane, niepoukładane sprawia, że bicie mojego serca nagle przyspiesza. Gdzieś we mnie zaczyna wszystko dygotać.

Pewnie dlatego jestem “trudna” w dłuższym kontakcie z innymi, z przebywaniem we wspólnym pomieszczeniu. Mój mąż może już się do tego przyzwyczaił przez tyle wspólnych lat, ale i tak od czasu do czasu (a może często🤫) huczę na niego, by swoje rzeczy położył na właściwe im miejsce, posprzątał, poukładał. Nie chodzi o to, by było super czysto i lśniąco. Zależy mi na świadomości i wiedzy, gdzie mam rzeczy, które są dla mnie ważne i które mogą być mi potrzebne. I to wcale nie oznacza, że od wieków wszystko ma u mnie zawsze to samo miejsce. Wręcz przeciwnie! Często przestawiam meble, książki, ubrania i drobiazgi dekoracyjne.
Czasami łapię się na tym, że nie pamiętam gdzie co włożyłam, ustawiłam. Za to mam świadomość, że na pewno wszystko jest na właściwym miejscu. I jeśli coś przestawiłam, to dlatego, że miałam logiczny powód, by było teraz gdzieś indziej.. 😄
Przedmioty martwe czyli po prostu RZECZY są czasem bardzo złośliwe 😂. Giną, uciekają przed nami, chowają się i bywa, że długo nie możemy na nie trafić. Czasem są nam bardzo bardzo potrzebne i wysilamy swój mózg zastanawiając się, gdzie mogą być. Im więcej i intensywniej o tym myślimy, tym trudniej sobie przypomnieć.
Mam na to swój sposób. Usiłuję wrócić pamięcią do momentu/miejsca, gdzie ostatni raz miałam w ręku tę poszukiwaną rzecz. Kiedy ją ostatni raz używałam? Jakie skojarzenie mi zostało w pamięci?… I tak powoli, powoli (ale dość często) udaje mi się wrócić do właściwej szufladki w pamięci. Muszę pozbierać fakty w głowie. Muszę zapanować nad chaosem i paniką. Także nad złością na siebie albo bezradnością, że czegoś nie poukładałam nie tylko “fizycznie”, ale i mentalnie. Muszę poskładać elementy życia i rzeczy na właściwe miejsce – najpierw w głowie.
Niestety, bałagan i brak kontroli krąży wokół starszych ludzi częściej niż w młodości. Niby nic w tym złego, bo w końcu kiedyś można sobie pozwolić na luz. Nikt nie musi mnie o tym przekonywać…
Ludzie tacy jak ja nie mają łatwego życia z samym sobą. Układam listę na dwa tygodnie przed świętami – co mam kupić, w który dzień zacząć gotowanie, pieczenie itd. Lista przygotowania do podróży także jest ustalona na dziesięć dni wcześniej. To nic, że jeszcze zmieni się kilka czy kilkanaście razy! To daje mi szansę na przemyślenie, uporządkowanie. A przede wszystkim mam dystans do czekających mnie wydarzeń, bez nadmiernego stresu. Bo nie będę ukrywać, że zdarza mi się obudzić w nocy i MUSZĘ wstać, aby zapisać coś, co mi się właśnie przypomniało i co jest ABSOLUTNIE konieczne, by w tym momencie znalazło się na “mojej liście”. Inaczej nie mogę zasnąć, bo wiem, że rano już nie będę o tym pamiętać. I będę bezradna…
To dlaczego denerwuje mnie rozgardiasz, nieporządek?? Poczucie, że to świat wokół mnie robi co chce, a ja nad nim nie mam władzy. Ta prosta myśl nie chce ode mnie odejść. Nie chce zostawić mnie w spokoju.
Takie zachowania można ocenić “medycznie” czy psychologicznie (niekoniecznie pozytywnie…), ale mnie to w tym momencie wcale nie obchodzi. Mnie jest z tym dobrze. Czuję się bezpiecznie. A przecież o to nam chodzi, jeśli chcemy zadbać o siebie samego.

Mam pełną świadomość, że są ludzie, którzy zwariowaliby, gdyby mieli żyć po mojemu. Bałaganiarze nie mogliby ze mną wytrzymać jednego dnia. Podobnie jak ja z trudem toleruję bałaganiarzy! I żeby było jasne – nie myślę tu o takich, którzy mają swój “mały nieporządek”, nie przejmują się, że coś im dzisiaj zginęło, bo wiedzą, że jutro czy pojutrze znajdą to i będzie dobrze. Mówię o takich ludziach, którym chaos, zagubienie, bałagan jest potrzebny do życia jak powietrze! Nie przeszkadza im fura śmieci na biurku, umieją przecież tam wszystko znaleźć. Są zaprzyjaźnieni z górą brudnych (albo czasem nawet czystych…) ubrań, ręczników rzuconych byle gdzie, w łazience albo (nie daj Boże!) na podłodze w pokoju. Są w psychicznej komitywie z nie wyczyszczonymi butami, ze stosem nieumytych naczyń w zlewie kuchennym. Nie widzą tego. Wszystko inne, co jest wokół nich, przysłania im obraz tego chaosu. Dla mnie to koszmar, dla innych normalka…
Nasze życie, podobnie jak rzeczy, bywa także porozrzucane, chaotyczne. I często dzieje się tak, mimo że wcale tego nie lubimy. I wtedy to już “inna bajka”. Uporządkowanie życia według własnych zasad jest dużo trudniejsze niż poukładanie ciuchów czy butów w szafie.
Wiem coś o tym, bo tak jak każdy z nas, doświadczyłam wielu takich momentów. Moje zasady “porządkowe” nie chciały odpuścić. Nie potrafiłam także ich odsunąć od siebie. Nie umiałam uporać się z listą mentalnych spraw, które potrzebowały się pozbierać.
W takich momentach ludzie, którzy myślą i czują podobnie jak ja, są zagubieni i cierpią. Dużo czasu zajmuje im ułożenie świata wokół siebie i po swojemu. Mówi się, że to upór w niewłaściwym kierunku. Może to niechęć do własnych myśli, przekonań. Może… A może po prostu wieloletnie nawyki, które trudno nam w sobie zmienić.
Pojawia się zwyczajny ludzki strach, że coś idzie „nie po mojemu”. A gdy zaczynam się bać, wszystko wydaje się jeszcze straszniejsze, trudniejsze niż jest naprawdę. Najchętniej załatwiałabym trudne konflikty od razu. Bez “podchodów” okrężną drogą do tematu, otwarcie i jasno. Bez unikania nieprzyjemnie “udawanych” rozmów. Wolę wprost, nawet jeśli to ma boleć. Moja lista musi być jasna i przejrzysta.
Wiem jednak, że rzucam kłody pod własne nogi. W głowie też. Bywa, że nie da się życia poskładać jak porozrzucanych rzeczy. Nie da się złożyć, nawet jeśli mam na to swój najlepszy przepis. 🤔 ☹
Nie policzę ile razy chciałam nauczyć się odpuszczać. A raczej dopuścić do swoich myśli bałagan, chaos. By myśli i wątpliwości poszły sobie w siną dal. Prawdę mówiąc, choć nigdy się tego nie nauczyłam do końca, to wiele razy musiałam pogodzić się z rzeczywistością i przyjąć do wiadomości, że świat w którym przyszło nam trwać, nie jest idealny i przewidywalny.
Trzeba dobrze „zestarzeć się”, żeby to zrozumieć i pogodzić się z tym, co nie jest dane nam poskładać. Dziś już wiem, że nawet jeśli moja wizja świata ma uporządkowane zasady, z którymi dobrze się przez lata zaprzyjaźniłam, to czasami nie są one najważniejsze.
Aby żyć w zgodzie i ze sobą i z innymi ludźmi, trzeba pozwolić odejść “rozrzuconym i niepozbieranym”. Choćby na chwilę. Albo może na długo. Kompromis to walka nie tylko z innymi ludźmi, ale także ze sobą. Można dawać sobie (i innym) dziesiątki porad, jak ułatwić uprościć każdy dzień. Można zrobić listę najmądrzejszych sugestii i recept, by nasz własny nieporządek zechciał się ułożyć, tak jak tego potrzebujemy. Ale nie można wierzyć w to, że zawsze urządzony przeze mnie świat jest dobry i właściwy dla najbliższych.
Dni łatwiejsze i miłe przychodzą i odchodzą. Każdy dzień jest inny. Zegar tyka, a my żyjemy najlepiej jak potrafimy. Zbieramy rozrzucone sprawy, brudne rzeczy, złe i dobre myśli, emocje i nastroje.
Ja lubię plan i porządek. Ale też czasem bardzo pragnę, żeby poszło sobie daleko i nieodwracalnie to, czego nie potrafię ująć w swojej liście. Staram się nie robić krzywdy sobie i innym nadmiernymi wymaganiami, nie stawiać zbyt wysoko poprzeczki przed sobą. Zwłaszcza teraz, gdy wreszcie rozumiem, że nie warto walczyć z wiatrakami..
**************************
„Siła jest kobietą” – Kobieta jest siłą… My, kobiety z mojego pokolenia to wiemy. To wiedzą też młodsze i całkiem młode – kobiety, dziewczyny. Posypało się w życiu nie jeden i nie dwa razy. Śpiewa Wioletta76. Jeśli liczba oznacza rok urodzenia, to tym bardziej wiem, że każda kobieta potrafi być silna i niezniszczalna jak skała…




