
16 kwietnia 2026 r.
W Polsce, w czasach, kiedy jeszcze nikt z nas nie wiedział, że telewizja będzie kiedyś kolorowa, a programów będzie znacznie więcej niż jeden czy dwa, gdy rodziny i sąsiedzi zbierali się na kilka godzin u tych, którzy już posiadali własne telewizory… było coś “specjalnego”. Oprócz nudnych wiadomości komunistycznej polityki i rosyjskich filmów wojennych zdarzały się „perełki”. Rarytasy, na które z zapartym tchem czekaliśmy cały tydzień, bo pokazywały strzępki nieznanego życia w nieznanych krajach. Świat, który był dla nas niedostępny, a jednak żyli tam ludzie, którzy z każdym nowym odcinkiem zdobywali naszą sympatię. Bohaterowie, którzy zabierali nas na godzinę czy dwie w świat marzeń.
Dla mnie takim niesamowitym przeżyciem telewizyjnym była “Bonanza”. Amerykański serial opowiadający o życiu farmera Bena Cartwrighta i jego trzech synów.
Gdzieś na Dzikim Zachodzie, samotni mężczyźni żyją w bogatym ranczo zwanym “Panderosa”. Ciągle mają nowe przygody, napotykają na wiele trudnych, ale i czasem śmiesznych problemów i dzielnie je przezwyciężają. Każdy z nich jest inną osobowością, zarówno z charakteru jak i z wyglądu. Całkowicie niepodobni do siebie, co powodowało wiele nieporozumień, śmiesznych sytuacji. I mnóstwo dyskusji między widzami, młodymi i starszymi – kto z czterech bohaterów jest najfajniejszy, najprzystojniejszy, najbardziej męski… W sumie i tak rodzina jako całość była najważniejsza i zawsze w ostateczności się dogadywała.
Niedawno dowiedziałam się, że “Bonanza” miala aż 14 sezonów, co przekładało się na 430 odcinków. Nie mam pojęcia, ile z nich pokazała polska telewizja, ale wiem, że w owym czasie nie było Polaka, który nie rozpoznałby głównych bohaterów, nie mówił o nich, nie zachwycał się nimi i nie robił wszystkiego, by oglądać każdy nowy odcinek.
Dużo później dowiedziałam się, że ranczo Cartwrightów położone było w filmie na pograniczu Stanu Nevada i Kalifornii, w pobliżu jeziora Tahoe, niedaleko dużych złóż srebra. Ale oczywiście zdjęcia -oprócz studia Paramount w Los Angeles – kręcono w różnych miejscach Ameryki. Każdy z panów był synem Bena, ale ich matkami były różne kobiety. Stanowili mocną męską i wielce sobie oddaną rodzinę.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam ten serial oglądać, ale z czasem kojarzył mi się z moim własnym wyobrażeniem, jak może i jak “na pewno” wygląda życie… w Teksasie. Inne Stany jakoś nie “zagnieździły się” w mojej głowie.
Być może, czytałam także w tamtych czasach książki o kowbojach, o niesamowitych ich przygodach, o bardzo “męskiej”odwadze. Ogromnie rozległe tereny, niesamowita roślinność (często kojarzyła mi się z kaktusami!), całe jeziora mieszczące się na jednym ranczo. Szalone konie, traktowane wyjątkowo czule, piękne krowy z imponującymi rogami. Ach, te rogi! – dwa, trzy razy szersze niż tułów całej krowy, po obu stronach ich głowy. I te niesamowite kapelusze kowbojskie, zawsze i wszędzie na każdą okazję i koszule w kratę. I chustki na szyi, o których lata później dowiedziałam się, że nazywają się bandany.
Oto początek mojej drogi do Teksasu. Jeszcze długo nie wiedziałam, że kiedyś tu się znajdę. Nie miałam pojęcia czy to prawda, czy tak właśnie “żyje się” w Teksasie. Nie znałam żadnych prawdziwych szczegółów, ale ta przestrzeń, swoboda, przez cały rok ładna pogoda, robiły na mnie niesamowite wrażenie. No i te buty- kowbojki. Z dobrej kolorowej skóry, ozdobione w rozmaity sposób..
Gdy dziś myślę o tym filmie/serialu, staram się wyobrazić sobie, jaką niesamowitą siłę miał wtedy ten filmowy przekaz. Jak to możliwe, że taki film rozbudował w mojej wyobraźni obraz nieznanego mi wtedy Teksasu. Bo to, że akcja toczyła się gdzie indziej – zupełnie mnie nie interesowało. “Moja Bonanza” zakotwiczyła się na zawsze tylko w Teksasie.
Mijały lata, powoli rozwijała się polska telewizja i od czasu do czasu udostępniała nam zachodnie filmy czy seriale. Zapomniałam o “Bonanzie”. W życiu szkolnym nastolatki działo się dużo. Potem studia, rodzina i wyjazd do… TEKSASU.
Niezbadane są nasze losy, nikt z nas nie wie, co przyniesie nam przyszłość. Istna zawierucha!! Kompletny przypadek, który wydarzył się trzydzieści kilka lat temu.
Teksas stał się miejscem na ziemi – całkiem realnym. I jakże innym niż był w mojej wyobraźni. Choć może nie do końca. Okazało się, że kilka elementów z niezapomnianej “Bonanzy” wciąż jest rzeczywistym obrazem Teksasu.
Teksas ma dwa i pół razy większą powierzchnię niż Polska. Według szacunków z 2024-25 roku mieszka tutaj ponad 31 milionów mieszkańców. W ostatnich latach to właśnie ten stan zanotował jeden z najwyższych wskaźników wzrostu populacji w USA.
Teksas ma tyle plusów, że mimo trudnego bardzo gorącego letniego klimatu, okazuje się bardzo wygodny do zwyczajnego codziennego życia.
Ogromne możliwości otrzymania pracy, tańsze niż w innych stanach domy, wielkie przestrzenie, zarówno w dużych miastach jak i bezkresne działki poza miastami. Tańsze artykuły spożywcze, duża swoboda przemieszczania się i – długo by jeszcze można wymieniać.

Bogactwo Teksasu pochodzi głównie z posiadania ropy naftowej. Tylko w samym Houston ponoć działa ponad 5 tysięcy firm związanych z przemysłem olejowym i gazowym. W jednej z nich dziś pracuje nasz Syn.
Pamiętam, że gdy dowiedziałam się, że pojedziemy do Houston, ktoś z naszych znajomych użył takiego stwierdzenia: “To świetnie, Teksas siedzi na ropie…” Wtedy nie zrozumiałam, co to zdanie miało znaczyć – dziś wiem doskonale!
Podróżując po wielkim obszarze stanu Teksas, co chwilę widzimy setki pomp, które kręcą się nieprzerwanie wydobywając ropę i wiatraków produkujących energię elektryczną. Przemysł kosmiczny (NASA, które uformowało tu nasze dorosłe życie), jeden z największych i najnowocześniejszych centrów medycznych w USA, prawdziwa “kowbojska” kultura – to tylko kilka z setek powodów, by wybrać Teksas na swoje miejsce do życia.
Ale my nie wybraliśmy Teksasu. To Teksas wybrał nas! A potem – wyszło jak wyszło.
Wielokrotnie pisałam, że mam naturę mieszczucha. Lubię duże miasta, ich zwariowany temperament, dziesiątki teatrów, muzeów, organizacji, które są aktywne dla każdego, niezależnie od tego, co sobie wybierzemy. Są też minusy – ruch samochodowy (bywa, a właściwie jest codziennie) NIE do zniesienia, w lecie upały i wilgotność powietrza, jakiej trudno szukać w innych regionach USA.
I wtedy – myślę o Zatoce Meksykańskiej, oddalonej od Houston tylko o godzinę jazdy samochodem, o plażach (może nie złotych, bo w końcu też są “na ropie”😃) po których można spacerować przez cały rok i moczyć stopy w zawsze ciepłej morskiej wodzie. O niezwykłych tradycyjnych corocznych wydarzeniach jak największe w Teksasie Rodeo (w Houston), o lotach na stację kosmiczną, do których właśnie tutaj odbywa się większość szkoleń, ćwiczeń przygotowawczych dla astronautów z różnych części świata. Myślę o wygodnym życiu, o świetnym wykształceniu naszych dzieci w doskonałych uniwersytetach. O pięknej stolicy Teksasu – AUSTIN, która rozwija się jak wybuch konfetti w noc sylwestrową. O mieście San Antonio, gdzie historia walki o samodzielność Teksasu splata się z kulturą meksykańską. Spacerując po słynnym River Walk wzdłuż kanału wodnego, pływających po nim łódek i muzyki meksykańskiej, widzę jak bardzo mieszanie się kultur, tradycji – przeszłości i przyszłości jest możliwe w moim Teksasie.

A jak dodamy do tego niesamowite smakołyki jak tutejsze barbecue, steki lub “tex-mex” czyli połączone smaki teksańskie i meksykańskie w postaci tacos, burritos lub nachos, to już mam wszystko co lubię! Ach, jeszcze wielce tradycyjna margarita, oczywiście na bazie tequili (najlepiej Blanco (srebrna), Reposado, Anejo). Tu już kopiuję “mądrzejszych” ode mnie, bo ja na tequilach się nie znam i chyba nie mam zamiaru degustacyjnie tego sprawdzać 😂.
Jestem Polką i czuję się Polką. Czy w sercu jestem także Teksanką? Tak! Dziś już mogę powiedzieć, że bardzo lubię to miejsce. Wiem, że już zawsze będę w połowie Polką i Teksanką. Będę w sobie dzielić to uczucie – „pół na pół”. Choć NIE planowałam tego – tak już będzie do końca życia.

Wiosną, kiedy wielkie pola błękitnych kwiatów (bluebonnets) uznanych za symbol Teksasu, wraca do mnie ze zdwojoną siłą wspomnienie polskiego łubinu… Polubiłam muzykę country, choć nie jestem fachowcem w ocenianiu jej zalet. Uwielbiam obserwować prawdziwych Teksańczyków, gdy tańczą swoje teksańskie tańce, bardzo specyficznym krokiem. “Na oko” – bardzo prostym, ale jak chcesz dorównać im w tym tańcu, okazuje się, że to nie takie łatwe 🤗. Oczywiście, tańczą w kowbojkach (żadne eleganckie szpilki!) i w kapeluszach na głowach! Zadziwiają mnie auta – pick-upy, wielkie tracki, do których wsiąść jest trudno, a co dopiero poruszać się nimi z pełną swobodą. Teksańczycy potrafią!
Drogi w stanie Teksas często ciągną się godzinami prosto, niemal bez zakrętów.

Podróżując, nieraz spotykałam wjazd, symboliczną bramę do kolejnego rancza. A potem widać długą drogę… i nawet nie wiemy, gdzie na jej końcu, znajduje się wielka posiadłość: dom niewyobrażalnych rozmiarów, bo komu potrzebne są takie (!!) życiowe przestrzenie, stajnia, a w niej konie. Ogromne zielone pastwiska, gdzie krowy o długich szeroko rozstawionych rogach (longhorns) pasą się swobodnie i dostojnie poruszają się po “swoich łąkach”. Wolność tej przestrzeni jest niesamowita i trudno wyobrażalna. Zwłaszcza, gdy się jest Europejczykiem, gdzie wszędzie “jest blisko”. Wciąż mnie zadziwia ogrom tutejszego świata…
Bycie Teksańczykiem to styl życia, to stan umysłu. Prawdziwy Teksańczyk z dziada/pradziada ma to we krwi. Jest dumny, że jest Amerykaninem, ale jeszcze bardziej rozpiera go satysfakcja i poczucie godności bycia Teksańczykiem.
Dla wielu Amerykanów z innych stanów Teksańczyk bywa…wkurzający w tej swojej megalomanii, ale tak naprawdę trudno ich nie lubić 🤗.
“DON’T MESS WITH TEXAS” – to hasło, które swój początek ma w pozornie “grzecznym” nawoływaniu do czystości stanu. Z czasem stało się – trochę prośbą, trochę groźbą w stylu – „Nie zadzieraj z Teksasem!”
Uczę się tego od niemal 36 lat. Każdego dnia zachwycam się czymś innym. Ale wiem też, że nie ma idealnych miejsc, więc i tu napotykam na wiele problemów.
W Teksasie mieszają się języki, akcenty, wydarzenia kulturalne, pielęgnowane przez grupy etniczne różnego pochodzenia. Pierwsze pytanie, na przykład w restauracji, zanim kelner poda ci kartę z menu, usłyszysz; “where are you from?”. A ja zanim odpowiem, chętnie zrewanżuję się kelnerowi takim samym pytaniem!
Są więc miejsca w Teksasie, w których kiedyś osiedlili się Niemcy, w innych Polacy, Meksykanie czy Grecy. Dziś już mieszają się w przestrzeni tego stanu, ale są momenty, kiedy chcą zaznaczyć swoją odrębność. Tolerancja przede wszystkim! Kiedyś nas tu przyjęli, a po latach jesteśmy już “swoi”.
Dla wielu ludzi takie odrębności i takie wybory będą co najmniej dziwne. Dla emigrantów na całym świecie są zrozumiałe.
Lubię Teksas, lubię Houston. I bardzo się cieszę, że po latach mogę to powiedzieć głośno. Bo nie było tak od początku. Mój stan umysłu pracował na poczucie przynależności do Teksasu przez wiele lat. I wcale nie było mu łatwo osiągnąć taki status 🤔 😆.
Każdy z nas ma swój osobisty ”Teksas”. Swój własny Kraków. Swoją życiową kotwicę.
***********************
Właściwie zawsze koniec mojego wpisu wieńczą piosenki polskie – stare wspomnieniowe. Szukam także tematów i wykonawców, których nie znam, ale poruszają moją wyobraźnię. Dziś wyjątkowo dodaję mojego ulubionego Blake’a Sheltona i to w piosence o TEKSASIE!






Teksas jest drugim stanem USA co do powierzchni (268 820 mil kwadratowych) i Teksańczycy uwielbiają to podkreślać. W wielu restauracjach, a szczególnie na lotniskach, napoje podawane są w jednym z dwóch rozmiarów: normalnym i teksańskim. A ponieważ teksański jest dwa razy większy a sprzedawany jest za cenę tylko półtora raza większą niż normalnie, najczęstszym wyborem panów (choć zdarza się, że pań również) jest rozmiar teksański. Ta zbitka słowna stała się już określeniem użytkowym przy omawianiu wielkości: działki budowlanej, domu, samochodu, niestety także ubrania i porcji jedzeniowych. A mimo, że Alaska, największy stan USA (powierzchnia 586 000 mil kwadratowych) jest ponad dwa razy większa od Teksasu, nie istnieje powiedzenie: rozmiar alaskański. Choć rodowici mieszkańcy tego stanu w obecności przechwalających się wielkością Teksasu Teksańczyków mają zwyczaj mówić: „Nie chwalcie się tak bardzo, że jesteście aż na drugim miejscu, bo my możemy podzielić Alaskę na dwie części i spadniecie na miejsce trzecie”. Czy nie jest to wystarczający powód, aby lubić Teksas?
Na temat wielkości stanu Teksas istnieje mnóstwo opowiadań i anegdot, pozwolę sobie przytoczyć jedną z nich. Otóż najwięksi potentaci pośród teksańskich farmerów nie używają typowych dla USA jednostek miary powierzchni, takich jak akry kwadratowe czy mile kwadratowe. Używają oni natomiast jednostki RI. Jest to akronim nazwy najmniejszego stanu USA, Rhode Island, mającego powierzchnię 1 545 mil kwadratowych. Oni po prostu mają farmy kilkakrotnie przekraczające swoją wielkością powierzchnię innego stanu. Czy nie jest to wystarczający powód, aby lubić Teksas?
Po przyjeździe z Polski do Teksasu, jeszcze zanim zaczęły się zajęcia na uniwersytecie Rice, na którym zostałem zatrudniony, uczestniczyłem w dorocznym obiedzie powitalnym dla nowych pracowników. Wspaniały był to obiad, po którym uczestnicy zostali zaproszeni na mecz futbolu amerykańskiego drużyny Rice Eagles z innym uniwersytetem. Siedziałem w loży rektorskiej, miałem wyznaczonego opiekuna, którego zadaniem było wprowadzenie mnie w zasady rozgrywania tej gry. Zanim jednak do tych zasad doszliśmy, mój opiekun, również profesor uniwersytetu Rice, zdecydował, że lepiej zacząć od zaznajomienia mnie z zasadami języka angielskiego. Poinformował mnie, że rektor wyznaczył właśnie jego do obcowania ze mną, ponieważ jego język miał najmniejsze naleciałości dialektu teksańskiego ze wszystkich zaproszonych kibiców-profesorów. Dowiedziałem się wtedy, że prawdziwi Teksańczycy, a szczególnie ci z wschodnich rejonów Teksasu mają taki akcent, że nie są zrozumiali przez nikogo, oprócz wschodnich Teksańczyków. Na dowód swoich słów zaprosił do naszej kompanii jednego ze swoich kolegów i w krótkiej rozmowie z nim przekonał mnie, że moje lata nauki angielskiego do komunikacji słownej w języku wschodnioteksańskim zupełnie się nie przydały. Czy nie jest to wystarczający powód, aby lubić Teksas?
I jeszcze jedno. Właścicielka sąsiedniego domu na naszej ulicy jest samotną osobą. Przy większych kłopotach z reperacją rozmaitych rzeczy w domu i ogrodzie wzywa fachowców – specjalistów do tych spraw. Ale czasami są to naprawy niewielkie, i wtedy kontaktuje się z Johnem, sąsiadem z drugiej strony swego domu. Kilka miesięcy temu, kiedy miały nadejść dni mroźne, co w Houston jest bardzo nietypowe, zaczęła sama zabezpieczać zewnętrzne krany, owijając je w bardzo specyficzny sposób. Zapytałem ją, gdzie się tego nauczyła i dowiedziałem się, że doradził jej John. Miałem więc kolejne pytanie: czy John jest hydraulikiem? Odpowiedziała, żę chyba nie. Więc kontynuowałem drążenie: No to kim on jest z zawodu? Po chwili zastanowienia sąsiadka odpowiedziała: „Teksańczykiem”. Czy nie jest to wystarczający powód, aby lubić Teksas?
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Powodów na pewno jest dużo więcej! świetne uzupełnienie a raczej dopełnienie. Szkoda, ze nikt inny nie dorzucił tu swoich powodów… Za ( i przeciw) – wszystkie mile widziane 😀
Historie „polskich Teksańczyków” są bardzo różne. Warto usłyszeć ( przeczytać) choćby o tych kilku.
PolubieniePolubienie