Skąd przychodzi pasja?

3/‎4/‎2021
Zawsze fascynował mnie teatr i film. Pamiętam takie małe kino niedaleko naszego domu, chyba nazywało się Mikro, a może całkiem inaczej.. musiałam być bardzo małą dziewczynką, bo pamiętam, że tam właśnie po raz pierwszy oglądnęłam film o Jasiu i Małgosi i tak do mnie silnie przemówił, że zapragnęłam mieć własnego.. braciszka, Jasia. No i go „dostałam :). Miałam wtedy cztery lata.
Mieszkając w Krakowie miałam łatwy dostęp do kin i do teatrów, zwłaszcza, że mieszkaliśmy w samym centrum, może 7-10 minut spacerkiem do Rynku. Niemal każdego dnia gdzieś tam w okolicy plątałam się z koleżankami. Gdy byłam już w liceum okazji do takich spacerów było mnóstwo! Każdy przecież umawiał się na spotkanie, na randkę pod Sukiennicami, pod „Adasiem”, wpadał do księgarni, do Noworolla, który przecież był od zawsze w tym samym miejscu, a kiedy byliśmy już „doroślejsi” – przychodziliśmy na kabarety do Piwnicy pod Baranami, zaglądaliśmy (przez okna :)) „Pod Jaszczury”, choć ja akurat nie byłam fascynatką tego miejsca nawet już będąc studentką.
Moja Mama, oprócz tego, że była w swojej pracy księgową, pełniła jeszcze funkcję spoleczną „ka-o-wca” czyli kulturalno-oswiatowej. (jeśli chcecie coś o tym wiedzieć więcej, to już teraz odsyłam was do jednej ze sztuk Agnieszki Osieckiej z cyklu „Listy śpiewające”, pt. „MINY DO LUSTRA”, którą nasz młodzieżowy teatr houstoński wystawił w 2001 roku. Tam właśnie postać ówcześnie ważnego KO-wca (sama już nie wiem jak to powinnam dziś poprawnie pisać 🙂 w polskich przedsiębiorstwach, szkołach i wszelkich miejscach pracy, a zwłaszcza w ośrodkach wczasowych, sanatoriach, została przez Osiecką nakreślona bardzo przekonywująco i… satyrycznie. Jeszcze kiedyś tu do tego wrócę)
Tak więc, Mama jako bardzo zaangażowany KO-wiec (naprawdę lubiła swoją dodatkową funkcję społeczną!) wśród wielu innych rzeczy i wydarzeń, które organizowała, dostawała też każdego miesiąca bilety do teatru i opery. I – jak się łatwo domyślić, nie mogła znaleźć zbyt wielu chętnych na te imprezy. W ten sposób ja stałam się niemal stałą bywalczynią różnych krakowskich teatrów, i w dodatku zawsze miałam dobre miejsca w jednym z pierwszych rzędów. Byłam wiernym obserwatorem i podglądaczem aktorskich poczynań. Natomiast opery odbywały się w niedzielę w południe w pięknym i słynnym teatrze im J. Słowackiego i do dziś pamiętam atmosferę i uczucie zapierania oddechu, kiedy patrzyłam na słynną kurtynę Henryka Siemiradzkiego. Kiedyś, jako nastolatka umiałam wiele o tej kurtynie opowiedzieć. W ten sposób oglądnęłam niemal wszystkie najważniejsze i słynne opery, bo teatry krakowskie w czasach komuny były bardzo ambitne i miały się czym pochwalić. Wystarczy wspomnieć słynne „Dziady” w teatrze „Starym”.
Życie moich młodych lat co chwilę ocieralo mnie o sztukę. W kinach – szalałyśmy z Niną na punkcie filmów Bergmana, Woody Allena, Pollaca czy Andreja Tarkowskiego. Mogłyśmy uciekać na wagary niemal co drugi dzień, by tylko jakoś dostać się do kina „Sztuka”, gdzie zawsze grali coś wyjątkowego.
Każdego roku wykupywaliśmy karnety na Konfrontacje, które wcale niełatwo było dostać w tamtych czasach – był to przegląd najnowszych filmów zachodnich danego roku. Niektóre seanse odbywały się o 2 w nocy i często lektor czytał tłumaczenie dialogów na żywo. Ach, jakież to były przeżycia intelektualne. I emocjonalne!
Kiedy już zamieszkałam w Sosnowcu (tak, życie przynosi różne niespodzianki..) i po kilku latach zaczęłam pracować w Liceum, moja przygoda z teatrem przerodziła się w działalność „szkolnego reżysera” ( widać geny KO-wca gdzieś się przemyciły 🙂 i zaczęłam od czasu do czasu, gdy była ku temu okazja – robić różne małe kabarety, teatrzyki, zabawne scenki, degresje teatralne. A to w czasie studniówki, a to z okazji czyjś imienin, a to Dzień Nauczyciela, a to zakończenie roku szkolnego i pożegnanie uczennic. Zawsze coś się działo, zawsze coś wpadło do głowy, zawsze mnie to bawiło, dawało satysfakcję i poczucie, że życie toczy się w dwóch wymiarach: w rzeczywistości, która bywała różna i w wyobraźni, która może szaleć do woli, jak się chce i na ile jej się pozwoli.
Aż pewnego dnia, jak to w życiu bywa – zawierucha i kolejna niespodzianka – rok 1990 i niewinny wyjazd, jak mi się zdawało, wakacyjno-turystyczny do Ameryki.
Houston. Miasto, z którym kojarzyłam tylko trochę wieści o NASA i z faktem, że mój mąż dostał pracę na Uniwersytecie Rice.. na chwilę. No i ta chwila trwa już ponad 30 lat. A ja, przeszłam metamorfozę zawodową, która jako „skutek uboczny” przyniosła mi doświadczenie teatralne, całkowicie społeczne, a społeczności i młodzieży polskiej trochę zabawy i chyba dużo wrażeń i przeżyć literackich.


BACK

To co z tymi mijankami?

3/8/2021

Kto z nas nie lubi klocków lego!? Każdy kiedyś (dziś też!) coś z nich budował i miał pomysł na własny projekt. W życiu podobnie. Wymyślamy, marzymy, budujemy, dążymy. Udaje się albo nie.. Ludzie mówią, że jak bardzo bardzo chcemy, to osiągniemy to. Wiara czyni cuda. Cuda są albo nie.
Są też przypadki – dobre i złe. Są decyzje – mądre albo chybione, choć bardzo chcieliśmy, żeby się udały. Tak naprawdę, nie wszystko w życiu zależy od nas samych, choć staramy się być “kowalem swego losu”. Czy oglądaliście film Krzysztofa Kieślowskiego „Przypadek”? Jeśli tak, to wiecie o czym myślę w tym momencie. Nasza myśl, nasza decyzja jest jedna, droga, którą znajdujemy wydaje się być jedna, nasze serce jest takie same – a w tym samym momencie dzieją się wokół nas najdziwniejsze zdarzenia, na które nie mamy wpływu, ale one na nas – tak. I to one właśnie zmienią nasze życie. Czy chcemy czy nie.
Tylko dlatego, że moja mama jako jedyna ze swojej całej rodziny wyszła za mąż za „Krakusa” i wyjechała z Gdańska, ja urodziłam się w Krakowie. Moje 21 szczęśliwych lat toczyło się w jednym z najpiękniejszych miast w Polsce, w samym centrum, tuż przy krakowskim rynku. Szkoła podstawowa, Liceum Sobieskiego, Uniwersytet Jagielloński, to najlepsze szkoły krakowskie. Wszystko poukładane, toczyło się planowo i niemal wiedziałam co z moim życiem będzie dalej… aż tu nagle po pierwszym roku studiów wyszłam za mąż i wyjechałam do… SOSNOWCA! Każdy, kto usłyszał tę wieść, patrzył na mnie z szeroko otwartymi oczami i krzyczał: „oszalałaś! z Krakowa do Sosnowca!? Co to za zamiana? Dlaczego??” A ja z lekkością i absolutnym przekonaniem, że tak ma BYĆ odpowiadałam: bo tam będzie teraz moje życie, mój nowy „życiowy blok klocków lego”
Nie będę się rozwodzić co i jak zdarzyło się potem. Jak bardzo to życie zmieniło się w sensie „technicznym” – organizacyjnym, jak zupełnie innym światem okazało się Zagłębie Dąbrowskie (a ja, naiwna i głupia, myślałam, że Sosnowiec to jest po prostu: Śląsk! ). Moje życie było wciąż moje, ale już nie moje, krakowskie.
To był zupełnie inny świat, w którym wszystko (absolutnie wszystko!!) było dla mnie nieznane, choć ludzie mówili tym samym języku (no,chyba, że ktoś nagle zaciągnął gwarą śląską..)
Nagle wszystko było daleko, musiałam zacząć jeździć autobusami i tramwajami, podczas gdy w Krakowie niemal wszędzie mogłam dojść na piechotę. Obce sklepy, obce urzędy, moje samodzielne decyzje, inni ludzie, inna uczelnia, gdzie każdy budynek był w innym miejscu, ba – nawet innym mieście. Sosnowiec, Katowice, Będzin, Szopienice, Czeladź, Zabrze, Gliwice. Trudno uwierzyć, ale dla mnie mimo, iż miałam ponad 21 lat wszystko to stanowiło niemal zerową wiedzę geograficzną! Nie potrafiłam odróżnić Zagłębia od Śląska.
Pamiętam taki moment – mieszkałam już w Sosnowcu może pół roku, czekałyśmy z koleżankami na przystanku przed akademikiem, gdzie była mijanka tramwajów (tak, tak! tramwaje miały tylko jeden tor i na przystanku ten tor rozdzielał się na dwa. W związku z tym tramwaj, który przyjechał pierwszy musiał czekać na ten z przeciwnej strony, żeby mogły się minąć i pojechać dalej). Czekamy więc i czekamy, robi się coraz zimniej a ja zła i zmarznięta rzucam ze złością: „Beznadziejne te śląskie mijanki!” A tu jedna z moich koleżanek z pełnym wielkim oburzeniem „Na ŚLĄSKU nie ma mijanek!”. Popatrzyłam na nią zdziwiona, nic nie zrozumiałam o co jej chodzi, ale też już nic nie pytałam, bo właśnie nadjechał z naprzeciwka oczekiwany tramwaj. Hmm.. Zeszło mi wiele miesięcy, żeby zrozumieć o co poszło… że Śląsk, to nie Zagłębie, że Sosnowiec, to nie Śląsk i że w ogóle to duży błąd mylić takie pojęcia, że to dawny historyczny konflikt itd, itd.. Ale tak naprawdę ludzie żyli z sobą zgodnie i wiele z tych niby „konfliktów” było tylko przyczynkiem do śmiesznych opowiastek. Przez następne 16 lat nauczyłam się dość dokładnie całej historii i przysłuchiwałam się im z dystansu i z uśmiechem.
Sosnowiec stał się dla mnie… piękny! I nie dlatego, że miasto mnie urzekło, ale dlatego, że miasto to LUDZIE. Spotkałam ludzi, którzy sprawili, że pokochałam to miejsce i moje 16 lat życia aż do wyjazdu do Houston nabrało sensu i ogromnego kolorytu. Tam skończyłam studia i pracowałam jako nauczycielka polonistka i pokochałam tę pracę całym sercem, choć mówią że “uczenie cudzych dzieci to ciężki kawałek chleba”. Tam urodziły się moje dzieci i właśnie w Sosnowcu zbudowaliśmy naszą rodzinę.
Najpierw poznałam fajne koleżanki na zajęciach na uczelni i w akademiku (nigdy wcześniej nie mieszkałam w akademiku, to była dla mnie nowość!), potem pewnego dnia otworzyłam drzwi akademikowego pokoiku i pojawiła się Łucja i Piotr, potem Teresa, która znalazła się w nowej pracy mojego męża a już wcześniej przez pięć lat studiowała z nim w Krakowie, a potem inni. Wszyscy tak szybko zaprzyjaźniliśmy się, że stanowiliśmy niesamowicie zgraną paczkę przyjaciół na dobre i na złe. Byliśmy fascynatami literatury polskiej i rosyjskiej, dyskutowaliśmy o tym w mniejszych czy większych grupach niemal całymi nocami, rodziły się idee solidarnościowe, wzbierała się energia, rosły marzenia o lepszym życiu. Graliśmy namiętnie w brydża, gotowaliśmy we wspólnej akademikowej kuchni, a kiedy urodziła się nasza córka Kasia, i trzeba było prać pieluchy z tetry (kto to pamięta?) w publicznej pralni na korytarzu, to do pralni przenieśliśmy stolik i dalej kontynuowaliśmy brydża przy dźwiękach pralki, a czasem nocnym wrzasku niemowlaka.
Sosnowiec miał wtedy specjalny status miasta Gierkowskiego (w końcu tam się urodził nasz ówczesny przywódca) a takie instytucje jak np. Uniwersytet Śląski były szczególnie preferowane i dzięki temu pracownicy naukowi dostawali mieszkania spółdzielcze dużo szybciej niż w innych miastach. W ten sposób po niespełna czterech latach oczekiwania otrzymaliśmy wymarzone własne trzypokojowe mieszkanie w dużym blokowisku, niedaleko uniwersytetu, które wprawdzie trzeba było zacząć “urządzać” od szorowania podłóg i zdrapywania farby z szyb, ale za to radość z faktu jego posiadania była tak ogromna, że kiedy wylewając setne wiadro brudnej wody do kibla po myciu kolejnego kawałka podłogi, spuściłam ją wraz ze złotym pierścionkiem, który ześlizgnął się mi z palca, nawet się tym za bardzo nie przejęłam..
Zmieniło się nasze życie akademikowe na bardziej rodzinne i „normalne”, ale przyjaźnie i spotkania kwitły nadal niemal każdego dnia i wieczora (nie wyłączając nocy) i wiele z nich pozostało do dziś choć oczywiście w innej formie.
Budujemy kolejny “blok życia”, ale o tym już innym razem…


Nasze sosnowieckie mieszkanie, na ósmym piętrze. Zdjęcie od lewej, pochodzi z lat 80-tych, zrobione od strony wejścia na klatkę schodową. Po prawej- nasz blok w roku 2019, kiedy to po raz pierwszy po 25 latach patrzyłam na niego z równie dużym wzruszeniem jak wiele lat wcześniej. Zdjęcie pokazuje stronę od głównej ulicy, gdzie każde mieszkanie miało swój balkon. Niestety, była bardzo głośna, ale kto by się takimi drobiazgami wtedy przejmował 🙂


BACK

Tej przyjaźni moc nie zgaśnie..

‎3/‎1/‎2021
Po tylu latach życia nie można przypomnieć sobie wszystkich ważnych ludzi, którzy przetoczyli się przez nasze życie. Mam taką wizję – kiedy uczyliśmy się w szkole o DNA i po raz pierwszy nauczycielka rysowała na tablicy pokrętne linie kodu genetycznego, które w jakiś dziwny całkiem niezrozumiały dla mnie sposób kręciły się, przecinały się, niewiele wtedy z tego zrozumiałam. Dziś choć wiem w ogólno-ludzkim sensie co to jest i dlaczego tamten schemat linii był taki ważny, w mojej wyobraźni posłużył czemuś zupełnie innemu..
Otóż – pewnego dnia przyszło mi na myśl, że tak jak w tych liniach genetycznych, podobnie widzę drogi ludzkich spotkań życiowych, przyjaźni, wspólnie spędzonych lat, czasem tylko tygodni, a czasem po prostu kilku dni. Ale tak ważnych i znaczących, że zostają gdzieś w zakamarku pamięci na całe życie.
Są także przyjaźnie, które trwają zawsze, nawet jeśli ludzie się rozstają, jeśli nie spotykają się przez wiele lat. Nadchodzi taki dzień, że znów skrzyżują się ich drogi, „zapętlą się” choćby na chwilę i dwie osoby- od lat żyjące daleko od siebie, pozornie inaczej i gdzie indziej – nagle wykrzykną swe imię i znów poczują tę samą więź, co ich łączyła lata temu.
Doświadczyłam kiedyś takiej sytuacji. Była to przyjaźń ze szkolnej ławy. Liceum, harcerstwo, wspólne wakacje, obozy harcerskie, dziesiątki opowieści o chłopakach, lękach, marzeniach. Nauka do matury, plany na przyszłość, konkurencja w prostych życiowych sprawach nastolatków i szaleństwa nocne dawnych prywatek. A nade wszystko – krąg przyjaźni harcerskiej, bo ta wtedy dla nas była jak narkotyk.
Kiedy oglądam dziś filmy o młodzieży i ich współczesnych problemach, to patrzę na siebie jak na dziwoląga – chyba naprawdę należymy do świata dinozaurów! Owszem – biegaliśmy na prywatki (tak to się wtedy nazywało) ale nigdy chyba nie byłam w żadnym klubie ani na prywatce, na której pilibyśmy alkohol, do domu wracałam o bardzo przyzwoitej porze i jakoś nie miałam pomysłu, że moje życie nastolaki jest nudne. Za to na zbiórki leciałam jak na skrzydłach, mogłam spokojnie zawalić szkołę, iść na wagary, jeśli trzeba było coś przygotować, zrobić na polecenie przełożonego czy wreszcie naszego „Szefa”, który wtedy był naszym absolutnym guru.
Przeszłam różne fazy harcerskie – od „Szarotek” w zuchach, gdzie później zostałam przyboczną i drużynową do drużynowej zuchowej w Czarnej 13-ce, aż wreszcie zaangażowałam się w krąg Drużynowych Zuchowych w hufcu Kraków – Kleparz i tam pewien ważny i fajny druh wciągnął mnie do 24 Szczepu „Harnasie” i tak stałam się pierwszą instruktorką żeńską w szczepie, który rozwijając się otworzył drużyny zuchowe żeńskie. Ja wciągnęłam Ninę i w ten sposób nasze życie dwóch nierozłącznych przyjaciółek szkolnych uwikłało się w krąg męskiej przyjaźni. Stanowiliśmy dobrą paczkę. Choć – nie ukrywam – były i trudne chwile. Dwie dziewczyny i stara zwarta paczka 7 czy 8 facetów, to niezbyt łatwa konfiguracja…
Mimo wszystko – połączyło nas tak wiele wspólnych rozmów, wyjazdów, akcji, wielogodzinnych dyskusji, że sprawdziliśmy te nasze „połączenia dróg” i ich niewiarygodną moc w różnych sytuacjach.
Po ponad 20-kilku latach z jednym z Harnasi odnaleźliśmy się w Stanach. Telefon – (wtedy jeszcze stacjonarny, nie było komórkowych), ten sam głos..
„Marek?” – „to ty, Gośka?” – kilka dni później czekałam na niego na lotnisku w Houston. Przyleciał spóźniony. Kiedy szedł z samolotu widziałam jego rozczochraną czuprynę i koszulkę z napisem KRAKÓW. Było wszystko jak kiedyś. Razem z moim mężem, też jednym z „Harnasi” – nie mogliśmy się nagadać przez kilka następnych nocy. Brakowało nam tylko dawnego kręgu ogniska..

Zdjęcie pochodzi ze spotkania a Markiem K. na Florydzie, kilka lat temu, nie było to nasze pierwsze spotkanie. Było ich już wiele, a rozmów telefonicznych jeszcze więcej, bo ” nie zgaśnie tej przyjaźni moc..”
Na obozie instruktorskim, Czechosłowacja-Węgry w 1972 roku, w Bratysławie, z moim przyszłym mężem (ale wtedy tego jeszcze nie wiedzialam…)

Wtedy po raz pierwszy piliśmy pepsi-colę! A Wacek do tej pory pamięta jak po węgiersku jest „jedenaście” bo było nas 11 uczestników: cztery dziewczyny i siedmiu chłopaków i tyle porcji, miejsc, biletów zamawiał przez cały czas trwania obozu. – TIZENEGI!!

Od prawej moja „druga szkolno-harcerska” połowa Nina, potem Wojtek, który do dziś pozostaje naszym najwierniejszym uczestnikiem spotkań babskich (już rzadkich i w małej grupie, ale Wojtek zawsze jest wśród nas! 🙂 Dalej Iwonka, wtedy już żona naszego Szefa i ja.


BACK

Zamiast diamentów i złota

‎3/‎2/‎2021
W kalendarzu polskim dziś są imieniny Heleny. Helenki. Imieniny mojej Mamy.
To był zawsze ważny dzień dla mnie. Dopiero niedawno zaczęłam zastanawiać się, jak to właściwie było w tej polskiej tradycji?..
Kartka z kalendarza przypominała rodzinie i przyjaciołom o dniu imienin, ale osoba, której imieniny tego dnia były sama musiała się na te imieniny przygotować. Chyba, że to był facet to wtedy biegała i przygotowywała mu wszystko żona – takie czasy.. Kilka dni wcześniej robiła plany, biegała po sklepach, zdobywała produkty, potem piekła, gotowała, sprzątała i czekała na swoich gości. Nigdy do końca nie było wiadomo kto naprawdę będzie pamiętać, kto wpadnie tylko na chwilkę, a kto tradycyjnie odsiedzi cały wieczór.
Tradycją było nie przenosić celebracji na inny dzień tygodnia, nie zapraszać specjalnie gości, tylko oczekiwać, że goście pamiętają i z potrzeby serca przyjdą z życzeniami, kwiatami, prezentem czy – do panów zwłaszcza – z półlitrówką wódki czy koniakiem. Mieszkania były małe, stoły zazwyczaj okrągłe, a wszystko co trzeba mieściło się na nich. Wszystko, to znaczy – zimne zakąski, kiełbaski, szyneczka (a jakże, zawsze jakoś się ją zdobyło!) pasztet własnej roboty, nóżki w galarecie, nierzadko bigos czy flaczki. Dopiero nieco później, już w latach 70-tych, jeśli dobrze pamiętam, Mama spróbowała takich innowacji kulinarnych jak leczo z papryki czy schab ze śliwkami. Zresztą…różnie przyjętych przez panów z konserwatywnymi podniebieniami 🙂 Na deser obowiązkowo był sernik (palce lizać!), czasem tort orzechowy, mama piekła też pączki, bo bywało, że jeszcze zahaczyło to o czas karnawału albo pyszne francuskie rogaliki z różanym nadzieniem.
No i wódeczka, bo któż piłby co innego w owych wódkowych czasach.
Nieco później, gdy moi rodzice, a zwłaszcza tata zaczął podróżować do Jugosławii (dziś już byłej) przywoził koniak w wielkiej butelce o nazwie CEZAR. Wtedy podawał go deseru i była to duża efektowna uczta dla gości. Miałam może 16-17 lat kiedy i ja dostałam maleńki kieliszeczek do spróbowania. Pamiętam oburzenie cioci Kazi, jak to można dziecku!! dać alkohol, ale tata powiedział wtedy, że lepiej bym pierwszy raz spróbowała jak smakuje alkohol w domu pod okiem rodziców, niż gdziekolwiek indziej. Zapamiętałam dobrze ten moment i rzeczywiście nigdy potem nie miałam żadnych ciągotek do picia alkoholu po kryjomu, na prywatkach.
Później, już w pełnoletności polubiłam te małe koniaczki z rodzicami wieczorem, przy oglądaniu filmów czy rozmowach, choć nie zdarzało mi się to zbyt często.
Jako dziecko, no może dziewczynka w 5 czy 6 klasie starałam się przygotować coś dla Mamy na jej imieniny prezent – niespodziankę.
Już wtedy lubiłam prezenty wymyślone, zrobione własną ręką. Na początku to były laurki (to takie modne było wtedy!) wyklejane zdjęciami z kolorowych gazet (wcale nie było łatwo je zdobyć), pisałam życzenia, takie od siebie, z serca, chciałam, żeby były inne niż robili to standartowo wszyscy inni. Później, kiedy byłam starsza, wymyślałam prezenty takie jak obrazki namalowane własnoręcznie, „książeczki” poezji (nie, wierszy nie pisałam!) ale szukałam takich, które oddawałyby specjalne myśli na taką okazję, dopasowywałam ilustracje. Każdego roku starałam się wymyślić coś innego. Nie pamiętam kiedy przestałam. Może w którymś momencie wstydziłam się już swoich „dziecinnych” pomysłów, może później już miałam jakieś swoje pieniążki i mogłam jej kupić już prezent..
Wiem, że długo przechowywała te moje wypociny artystyczne, kiedyś po latach, kiedy już byłam mężatką, znalazłam w szafce taką laurkę (zdaje się, że była z okazji Dnia Matki) i byłam bardzo wzruszona.. Nie wiedziałam, że gdzieś taki papier przetrwał aż tyle lat. Nie było „w modzie” przechowywanie takich dziecięcych pamiątek.
A kiedy myślę o sobie dziś, to wydaje mi się, że takie „potrzeby” nie uciekają z nas całkowicie. Często i dziś lubię zrobić coś dla moich bliskich, co nie jest zwykłą choćby najpiękniejszą kartką ze sklepu. Lubię napisać coś od siebie, lubię, zaskoczyć moich przyjaciół nietuzinkowym prezentem. Choć te nie mają wartości „złota czy diamentów” – dla mnie to jest wewnętrzna potrzeba i ogromna przyjemność pomysłu, samego tworzenia, przygotowywania czegoś dla bliskiej osoby. Gdybym spisywała takie moje pomysły i życiowe inicjatywy, to dziś miałabym już długą listę dla moich wnuków czy takich wariatów jak ja.
Muszę być jednak uczciwa – nie pamiętam takich pomysłów i ich realizacji na imieniny Taty czy jego inne święta. Choć także celebrowaliśmy je rodzinnie. Może uważałam, że mężczyznom nie wypada, że to za bardzo.. sentymentalne? Nie wiem. Ale wiem, że 1-go września, w dniu rozpoczęcia roku szkolnego, wieczorem, zazwyczaj w piękny ciepły jeszcze letni wieczór, rodzinka spotykała się na imieniny Bronisława – i stół był zastawiony nie mniej bogato, niż w zimowy, jeszcze nie wiosenny wieczór, 2-go marca.

Oczywiście, nie mam zachowanych żadnych pamiątek „prezentowych” z czasów młodości, wszystko to było ulotne i pozostało w mojej i może jeszcze czyjejś pamięci. Ale mam kilka zdjęć moich fanaberii ostatnich lat i te mogę wam tutaj pokazać. Smieszne? Dziecinne? Ale ja to lubię! To mnie przede wszystkim sprawia radochę, kiedy osobistego coś wymyślam i robię i dedykuję dla ważnej dla mnie osoby. Cóż – każdy ma „swojego mola” – jak mawia jedna z moich przyjaciółek 🙂


BACK

„Duch – wieczny rewolucjonista”

2/‎26/‎2021
Każdy człowiek wie doskonale, że geny są elementem, który przekazują nam rodzice i wcześniejsi przodkowie, czy tego chcemy czy nie. Nie mamy na to wpływu. Są różne teorie na temat charakteru człowieka – do mnie najsilniej przemawia teoria: „Tabula rasa” (czysta tablica) – człowiek rodzi się czysty jak pusta niezapisana tablica.. Ale – tak jest tylko na początku. Wszystko co dzieje się z nami potem, od pierwszego dnia po urodzeniu zapisuje się na tablicy życia i jest już doświadczeniem kontaktów, uczuć, wrażeń. I tak już przez całe nasze życie. Aż do momentu odejścia.
Pierwszy kontakt z matką, pierwsze spojrzenie, ciepło jej ciała to już nasze doświadczenie. Dobre doświadczenie. Potem są słowa, sytuacje, w których dokonamy własnych wyborów, nauczymy się samodzielnie myśleć, nauczymy się uczuć, które w dniu pojawienia na świecie nie są nam przecież znane. Wchodzimy w interakcje, układy, sytuacje, dokonujemy przemyśleń, wyborów, uczymy się słów i uśmiechów, złości i współczucia… Naszym najmniejszym i pierwszym światem doświadczalnym jest rodzina. Jeśli wszystko układa się szczęśliwie i prawidłowo – mamy rodzinę i szansę na zapisanie naszej tablicy krok po kroku właściwymi elementami emocji, myśli i doświadczeń. Hmm.. ale to nie takie proste!
Każdy z nas miał inny dom. Innych rodziców. I w dorosłym życiu nasza „pusta tablica” ma różne zapisy. Są takie, które bardzo chcemy odciąć od siebie i nie powtarzać tych samych błędów w naszym dorosłym życiu. Często jednak łapiemy się na tym, że jesteśmy tacy sami jak nasi rodzice.. że tak naprawdę mimo, że byliśmy świadomi ich błędnych decyzji, nie potrafimy dziś postąpić inaczej. Geny? Siła nauczenia się czegoś, co jest silniejsze od rozumu, logiki? Więzy krwi, które są silniejsze, niż nasz własny rozum??
Kiedy byłam młoda, często nie podobały mi się reakcje mamy czy taty, byłam pewna, że ja NIGDY tak nie będę robiła! a dziś – z uczciwym spojrzeniem do lustra muszę przyznać, że popełniam te same błędy. Może nawet nie są to wielkie błędy, ale te same reakcje, które dziś nie podobają się moim dzieciom.
Kiedy patrzę na mojego męża, widzę niemal kopię mojego teścia. Nie tylko fizyczną, ale jego odezwania się, reakcje, ruchy są po prostu żywą kopią. A jednak – jest to INNY człowiek..
Wszystko to piszę po to, by powiedzieć, jak bardzo dziś rozumiem ważność domu, rodziny. Jak wielką istotną rolę pełni dom i rodzina w kształtowaniu nas na przyszłość. Wiele elementów naszego przyszłego życia możemy nauczyć się sami, sami wypracować własne cechy, ale nie oderwiemy się od tego co daje nam dom, rodzina, najbliżsi. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo zaprzeczali samym sobie, uciekali od kręgu, w którym pojawiliśmy się na świecie, pewne cechy są w nas. I pozostaną na zawsze. I tylko od nas zależy jak je wykorzystamy, jak będziemy je pielęgnować w sobie. Nie ma ludzi tylko dobrych i tylko złych. Wszyscy jesteśmy różni – skomplikowani, zmienni, wrażliwi. I ciągle się zmieniamy, rozwijamy. Mamy dni trudne i łatwiejsze.
Kiedy patrzymy na siebie wydaje nam się, że potrafimy się ocenić. Dużo trudniej jest zrozumieć własnych rodziców czy swoje nastoletnie dzieci albo nawet dorosłe już. Z wiekiem nasze oceny zmieniają się. Doświadczenie uczy w życiu bardzo wiele, zmienia się nasz temperament, wytrzymałość, Jakże często słuchamy planów naszych dzieci, które brzmią jakby one były pewne, że zawsze będą mieć 20 lat.. a przecież nie możemy ostudzić ich zapałów, ich wspaniałych marzeń, ich nawet najbardziej niedorzecznych, niewiarygodnych planów, bo one nie mogą zdawać sobie sprawy, że za 30 lat nie będą mieć tyle siły fizycznej co w tym momencie, że będą mieć inne preferencje, że wydarzy się wiele rzeczy, które przemieści ich kolejność spraw ważnych i mniej ważnych niż mają dzisiaj.
My to wiemy, młodsi nie. Nasi rodzice wiedzieli, my nie, a przecież też spieraliśmy się z nimi i uważaliśmy, że wiemy lepiej i „po swojemu”.
Tak jest zbudowany świat. Tak ciągnie się nieustanny pochód pokoleń.
Jak to kiedyś powiedział nasz wieszcz J. Słowacki: „Duch – wieczny rewolucjonista”. I z pewnością nie miał na myśli żadnego rewolucjonisty/komunisty 🙂
Mój dom dzieciństwa był bardzo zwyczajny.
Tata – przeciętny inżynier, nerwus, raptus. Ale dbający o rodzinę. Trochę po swojemu, czego ja za bardzo w dzieciństwie czy młodości nie rozumiałam i nie dostrzegałam. Właściwie tak naprawdę zaczęłam mieć dobre porozumienie z moim ojcem, kiedy opuściłam dom, wyszłam za mąż i urodziły się moje dzieci. Wtedy dopiero zobaczyłam jak bardzo mój tata kocha rodzinę. Jak bardzo kocha… wnuki. Nas – dzieci kochał tak, jak w tamtych czasach kochało się dzieci: bez zbędnych słów, bez okazywania uczuć, bez ciepłych gestów. Byliśmy rodziną, mieliśmy wspólne obiady czy kolacje, czasem wakacje, swięta. Nie rozmawialiśmy na tematy ważne, nie dyskutowaliśmy o nurtujących nas problemach. Czasem jakiś wspólny film w telewizji, spacer po plantach.
Mało, za mało.. Dopiero kiedy moje dzieci zaczęły jeździć z dziadkami na wakacje, okazało się że mój tata potrafi chodzić z nimi na spacery, uczyć ich tabliczki mnożenia, pływania w jeziorze. Dawał im to, czego nie potrafił dać nam, swoim dzieciom. Nie potrafił, bo takie były czasy. Ojcowie zarabiali pieniądze, dbali o rodzinę ale bawić się, żartować z dziećmi nie bardzo potrafili..
Mama była prostą dobrą kobietą. Przez pierwszych kilkanascie lat małżeństwa nie pracowała, zajmowała się domem i wychowywaniem mnie i mojego młodszego brata. Byłam chyba w drugiej klasie, kiedy mama zaczęła pracować. Chciała po prostu dołożyć trochę pieniędzy do rodzinnego budżetu i zgłosiła się do sprzątania biur ale tak jakoś szybko „wylądowała” w biurze księgowości i została księgową na wiele wiele lat, aż do swojej emerytury. Miała trochę doświadczenia, była bystra, a przede wszystkim miła, uczynna i wszędzie, gdzie się pojawiała, bardzo lubiana.
Lubiły ją wszystkie sąsiadki, koleżanki, panowie w pracy, wszystkie siostry (a rodzina byla naprawde duża!!). Uwielbiały ja moje koleżanki i koledzy, od pierwszego spotkania polubił ją mój przyszły mąż. Myślę, że to właśnie było jej największą zaletą życiową – mimo niełatwego życia, niesłychany optymizm i uśmiech dla każdego, zawsze i wszędzie.
Dziś myślę, że dała nam wszystkim o wiele więcej niż od nas otrzymała. Karmiła nas dobrociami, piekła najlepsze pączki na świecie, jej sernik był zawsze znakomity. Szyła ubranka dla lalek mojej córki (nie, nie można było kupić gotowych w sklepach). Kleiła, dekorowała kostiumy na przedstawienia do przedszkola dla swoich wnuków, kiedy przyjeżdżała do nas, już do Ameryki, z zachwytem opowiadała o dzieciach mojego brata, gdy wracała do Polski i przyjeżdżała do nich, wspominała nieustająco o nas i o naszych dzieciach. Chciała, by mimo, iż byliśmy już wtedy osobno i daleko od siebie – rodzina miała poczucie bliskości i wspólnoty.
I choć chyba wtedy tego nie czuliśmy – dziś, kiedy nasze dzieci są dorosłe i mają własne dzieci, myślę, że duch babci Helenki wciąż jest wśród nas obecny i to właśnie ona scaliła nas mocno niewidzialnym węzłem.

Zdjęcie Taty zrobione w dniu naszego ślubu cywilnego, w maju 1974 roku
Jedno z niewielu zdjęć z Mamą z mojego dzieciństwa. Mama zawsze uśmiechnięta, ja jakaś naburmuszona 🙂 🙂

BACK

Puste ściany… zadzwonię

2/‎13/‎2021
Najtrudniej jest zacząć. Ciśnie się wszystko w głowie i każde słowo chce być pierwsze, Myślę, że najpierw powinnam powiedzieć jaki mam w tej chwili pomysł. Co wcale nie znaczy, że za miesiąc będę miała taki sam. Ale na dziś – mój blog ma być spontaniczny, szczery, zwyczajny, prosty, zmienny, kolorowy, nastrojowy. Czyli – taki jak ja. Taki jak dziś jest mój dzień. Taki jak obudzi się jutrzejszy poranek i jaki był mój wieczór wiele wiele lat temu, gdy byłam smutna i samotna i gdy byłam szalona i pełna nadziei na tysiące nowych wyzwań.
Mam wrażenie, że niewiele pamiętam, ale to nieprawda. Wracają jakieś strzępki rozważań i chciałabym je wykrzyczeć, przywołać to, co wtedy czułam, albo co teraz czuję i myślę o tym .
Życie każdego człowieka to ciąg wydarzeń, zlepek faktów zaplanowanych albo przypadkowych, chcianych albo obrzydliwie złośliwych i pechowo wciśniętych nam przez los. Zazwyczaj wydaje nam się, że panujemy nad nim, że kontrolujemy mniej czy więcej – nasze życie.
Gorzej, kiedy kontrola wymyka się; z głowy, z czynów i jakoś.. my sobie, życie sobie i nic już nie jest tak, jak planowaliśmy. Każdego dnia doświadczamy takich chwil, każdego dnia potykamy się o zakręty i zawirowania i wtedy – walczymy.
Z samym sobą. Z rodzeństwem, rodzicami, nauczycielami, kolegami. W szkole, w pracy. Z własnymi dziećmi, z chorobami, lękami, kompleksami, słabościami, niechęciami, lenistwem, nadmiarem energii. Z upalem, deszczem, depresją, zazdrością, brakiem pieniędzy.
W takich chwilach- kiedy jest trudno i wydaje się, że jesteśmy zdani już tylko na siebie, nagle odkrywamy, że tak naprawde zawsze ktoś jest koło nas. Mamy rodzinę!
Nie, to nie znaczy, że ktoś zaraz nam pomoże, doradzi, potrzyma za rękę. To nie takie proste. Ale dzieki temu, że nie jesteś sama/sam, musisz liczyć się z tą drugą osobą. Masz dziecko- trzeba się nim zająć, masz męża- musisz z nim porozmawiać, podjąć wspólnie decyzję, masz starą matkę, masz skomplikowane układy z rodzeństwem.. Zawsze jest COŚ, co wymaga decyzji, wyzwania, wyboru, czasem nawet bolesnego rozliczenia się z przeszłością.
Mówią: :”z rodziną najlepiej na zdjęciu” – bez rodziny.. niewyobrażalnie pusto.
Zawsze, od wczesnych lat gdy zaczęłam rozumieć i zastanawiać się nad tzw.”problemem Judyma” czyli wyboru : czy aby być dobrym (najlepszym, poświęcającym się całkowicie innym ludziom) lekarzem, policjantem, dziennikarzem ciągle podróżującym po świecie i narażającym swe życie w niebezpieczeństwie toczących się gdzieś tam wojen, pilotem, żołnierzem itd..muszę pozostać w zyciu sama, bo rodzina jest tylko przeszkodą do spełnienia misji najdoskonalszej pracy dla innych ludzi?
Czy ksiądz musi wyrzec się rodziny i żyć w celibacie, bo inaczej nie może być dobrym i uczciwym księdzem? To dla wielu ludzi dylemat. Wiem, każdy człowiek jest inny i ma prawo do własnych wyborów. Moim wyborem zawsze była i jest rodzina. W każdej sytuacji rodzina jest i powinna być oparciem, pomocą w rozumieniu problemów innych ludzi – nigdy przeszkodą.
Wiem, że pozornie często wygląda to, że praca, poświęcenie się dla zawodu i idei może kolidować z czasem, którego potrzebujemy dla rodziny. A jednak myślę, że mimo iż trudno wymierzyć to w godzinach czy rozpisać w kalendarzu, liczą się emocje, wartości niewyliczalne- miłość, zaufanie, dom, do którego wracamy gdzie, otacza nas spokój i bezpieczeństwo. Ludzie, którym ufamy i którzy nam ufają. I choć na przestrzeni naszego całego życia i w różnych momentach naszych związków rodzinnych nie zawsze wszystko układa się dobrze, każdy ma swoje złe dni i czarne dziury, ale zawsze warto mieć rodzinę. Obok siebie bliską osobę. Nawet jeśli ta bliskość nie jest fizyczna, nawet jeśli wydaje nam się, że dookoła są tylko cztery puste ściany.

I nagle myśl – zadzwonię..


BACK

Kabaret pierwszomajowy

‎2/‎20/‎2021
Trafiłam do Liceum Medycznego w fajnym momencie, gdy grono nauczycielskie było bardzo młode, zgrane i dość szybko zaprzyjaźniliśmy się. Szkoła była dość specyficzna, bo oprócz nauczycieli uczących regularnych przedmiotów ogólnokształcących wielu nauczycieli uczyło przedmiotów zawodowych pielęgniarskich. Mieliśmy także lekarzy, którzy przychodzili do nas uczyć przedmiotów klinicznych. Tak więc nie byliśmy typowym szkolnym gronem pedagogicznym. Także system nauczania był inny niż w przeciętnej szkole średniej, bo oprócz regularnego programu licealnego uczennice (bo 98 procent uczniów stanowiły dziewczyny) miały wiele zajęć teoretycznych pielęgniarskich a także praktyczne zajęcia w szpitalach, żłobkach i przychodniach.
Jako młode grono nauczycielskie od początku mieliśmy mnóstwo pomysłów i inicjatyw „specjalnych”. Niestety, czasy były trudne, kontrolowane, dyrektorzy patrzyli nam na ręce, trzeba było robić dziesiątki uników, kamuflaży, żeby zrealizować nasze pomysły. Ale też bawiło nas to, że można podejmować ryzyko, że coś się udaje, więc brnęliśmy tworząc swój mały „ładniejszy” świat..
I tak zaczęły się rodzić moje pierwsze malutkie przedstawienia – szkolne kabarety. Jak wiadomo, w tamtych czasach, z każdej „ważnej” okazji musiała w szkole „odbyć” się akademia albo przynajmniej uroczysty apel. Każdy dyrektor musiał wykazać się, że nie był bezczynny i odpowiednio uroczyście potraktował dane święto.
To była zmora nie tylko dyrektorów dla także nauczycieli, którzy zazwyczaj na siłę byli po kolei wyznaczani do tych specjalnych zadań. A najczęściej – poloniści. Wszyscy inni nauczyciele uważali, że w ogóle tylko poloniści powinni być odpowiedzialni za takie „artystyczne” działania, my zaś uważaliśmy, że niekoniecznie..
W każdym razie – gdzieś w którymś momencie zrodził się taki pomysł.. Jeśli dobrze pamiętam, było to w drugim roku mojej pracy, byłam bardzo młoda i miałam świetny kontakt z moimi uczennicami. Zresztą zawsze miałam i zawsze uwielbiałam uczyć. Może to brzmi dziwnie ale ja naprawdę kochałam mój zawód i moją pracę. Moją pierwszą dyrektorką, była kobieta również młoda, bardzo elegancka, która od początku bardzo mi imponowała. Wiem, że musiała być uzależniona od układów politycznych jak każdy ówczesny dyrektor, ale też czuło się pewną „niezależność” i rodzaj porozumienia z gronem nauczycielskim. Nie wiem, jak inni nauczyciele zapamiętali ją, ale moje wspomnienie o dyrektor G. jest bardzo ciepłe. Niestety – dość szybko odeszła od nas i pojawili się dyrektorzy – już tacy jakich było w tym czasie i w każdej szkole i w każdej innej instytucji tysiące – karierowicze, komuniści, zaprzedani systemowi, służalczy i mało-ludzcy.. Może ktoś powie,że to niesprawiedliwe, co mówię. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy byli tacy sami, że nie wszyscy byli źli i jednakowo niedobrzy. A jednak – zachować balans w tamtych czasach było niezwykle trudno. Nie mnie oceniać ich wszystkich. Mogę tylko wspomnieć tu, że dwóch dyrektorów Liceum Medycznego czasami śni mi się w bardzo ponurych snach..
Wracając do namiastki mojego pierwszego kabaretu szkolnego.. Zbliżał się 1 Maja, bardzo ważne Święto dla polskiego państwa socjalistycznego. Akademia w szkole musi być! No i padło na mnie!. Myślałam, myślałam, szukałam, szukałam – aż wymyśliłam coś nietypowego. Wiedziałam, że mój plan jest ryzykowny. Ale dziewczynom spodobał się i zabrałyśmy się do roboty. Część pierwsza, nie pamiętam już jak dluga, ale pewnie może 20-25 minut to oczywiście jakaś wiązanka wierszy czy piosenek robotniczo-socjalistyczno-patetyczno-wzruszjacych.. Wiedziałam, że wszyscy będą niemal spać z nudów, ale też muszą to przetrwać, bo taka jest potrzeba i jesteśmy wszyscy do tego przyzwyczajeni.
Zaraz potem – na scenę… wyszła uczennica i jak prawdziwa spikierka ówczesnej TV zapowiedziała, że za chwilę przeniesiemy się do Warszawy, gdzie właśnie trwa obudowa zrujnowanej powojennej stolicy itd..
I tu – na scenę wyskoczyli ” robotnicy” w kufajkach (pamiętacie takie części garderoby robotników?), z wąsami, z czapkami i w kaloszach, a także pan majster i pan dyrektor i zaczął się prawdziwy KABARET na budowie socjalistycznej. Słowo daję, że dziś już nie pamiętam skąd wyciągnęłam te teksty! Nie, nie były nielegalne. Ale na pewno nie były dostępne w żadnym podręczniku szkolnym. Pamiętam, że testy były doskonałe – wartkie, dosadne, dwuznaczne, niesłychanie dowcipne, zagrane przez dziewczyny świetnie, bo ćwiczyłyśmy to dość szybko, ale za to z wielkim zapałem bawiąc się przy tym doskonale. Cała scenka nie trwała dłużej niż pół godziny, a te pół godziny było wulkanem śmiechu w całej szkole. I było czymś, czego normalnie na akademii 1-szo majowej NIE było nigdy. NIE było nigdy na żadnej akademii.
Kiedy już opadły emocje, aktorki zebrały ogrom oklasków, a ja gratulacje – wiedziałam, że zaraz przyjdzie czas na rozliczenie się za mój pierwszy kabaretowy występ. Pani dyrektor wezwała mnie na rozmowę, nie była to rozmowa z cyklu przyjemnych, ale – nie trwała za długo, nie była najgorszym kazaniem, jakie w życiu słyszałam.. na koniec pośmiałyśmy się razem wspominając niektóre powiedzonka i jakoś rozeszło się „po kościach”.
Od tego czasu poczułam, że choć nikt głośno tego nie powiedział – mam zielone światło i jak mam ochotę, to mogę próbować swoich sił jako „reżyser”.
No – i tak to się zaczęło..


BACK

Kochani poloniści

‎2/‎17/‎2021
Miałam takie szczęście w życiu, że zawsze trafiałam w szkole na świetnych polonistów. Najpierw w szkole podstawowej pamiętam panią Kubacką (a może podobnie? dziś juz nie żyje, więc mogę przytoczyć z pełnym sentymentem jej nazwisko). Uwielbiałam ją, jej opowieści o literaturze, jej sposób opowiadania o niej. Już wtedy pewnego dnia powiedziałam w domu, że będę nauczycielką polskiego. Mój ojciec, inżynier, popatrzył z politowaniem i pokręcił głową z dezaprobatą.
Wtedy jeszcze oceny ze wszystkich przedmiotów miałam bardzo dobre, ale już wiedziałam, że nie lubię matematyki, że fizyka to obce mi pole, że chemia, geometria to elementy, których moja wyobraźnia nie wychwytuje.
II Liceum im. Sobieskiego w Krakowie, legenda tamtych czasów (głównie za sprawą dyrektora szkoły, pana G) upewniła mnie, że po pierwsze znów najlepszym i uwielbianym moim nauczycielem był polonista (o, nie, wcale nie najłatwiejszym! ale ta jego niezależność, ta luzackość, ta swoboda poruszania się po literaturze i interpretacja jej, to, że nigdy nie musiał mieć w ręce dziesiątek podręczników, żeby wiedzieć o czym mówić, to, że od drzwi rzucał dziennikiem i zawsze trafiał na stół.. ). Mogłyśmy z moimi przyjaciółkami (klub czterech!) godzinami rozmawiać o nim i o jego lekcjach, był naprawdę wyjątkowy.
Pamiętam jak uważałyśmy, że wreszcie rozgryzłyśmy jego system przepytywania z zadanych rzeczy do nauczenia się i uznałyśmy, że skoro następnego dnia jest test pisemny, to na pewno nie będzie przepytywania z fragmentu koncertu Jankiela, ktory mielismy zadany kilka dni wcześniej nauczyć się na pamięć z „Pana Tadeusza”. Zawsze byłam solidna, zawsze starałam się umieć wszystko na czas. Ale – przed czasem ?..
Piszemy test, jestem bardzo podniecona, wszystko wiem – idzie dobrze. Siedzę w pierwszej ławce. Profesor W. (tak, w liceum mieliśmy profesorów!) siedzi półdupkiem (przepraszam za pól..) na mojej ławce i pada ostatnie pytanie testu:
Napisz tekst koncertu Jankiela od słów: „Było cymbalistów wielu, ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu….” A ja – NIC! Ani słowa.. A mój ukochany profesor: „O, ktoś się nie nauczył tekstu na pamięć, ktoś nie umie, ktoś nie wie co pisać…” Boże! do dziś słyszę ten jego sarkazm w głosie, widzę ten uśmieszek i czuję mój palący wstyd. Do dziś pamiętam to wydarzenie, nie dlatego, że profesor dał dwie oceny, jedną za test a drugą za znajomość tekstu koncertu Jankiela (którą potem poprawiłam..) ale za poczucie swojej beznadziejności, że dałam się tak wymanewrować swojemu ulubionemu nauczycielowi.

Po latach i po różnych, niełatwych perypetiach, sprawdzianach, zakrętach, egzaminach, potyczkach rodzinnych i innych – zostałam polonistką. Skończyłam studia, zaczęłam moją pierwszą pracę jako nauczycielka w szkole. Przez miesiąc w podstawówce. A po miesiącu trafiłam do Liceum Medycznego w Sosnowcu. I tu zaczęła się moja nauczycielska droga – 13 lat. Może niedługa w czasie, ale pełna emocji, zdarzeń, przyjaźni i do dziś trwających wspomnień. Ten czas w moim życiu, w trudnym życiu szkolnej polskiej rzeczywistości był wielkim bogatym rozdziałem mojego zawodowego życia.


BACK

Bez szlifu i botoksu

3/‎3/‎2021

Myślę, że gdybym miała siebie określić szybko i krótko, to bym powiedziała, że jestem narwana, szybka, aktywna, niecierpliwa.
I jeszcze dziś dodałabym szybko, że to wszystko prawda – ale sprzed lat.
Bo z wiekiem, z mijającym czasem (nie, nie powiem, że ze starzeniem się 🙂 zmieniamy się wszyscy. Tylko, że niewielu z nas lubi się do tego publicznie przyznawać. Przed sobą zresztą też nie. Kiedy jesteśmy młodzi, brylowanie w towarzystwie, bycie aktywnym, bycie wszędzie i zawsze, lekko i zwinnie wychodzi nam bardzo łatwo i bardzo efektownie. Nieco później – musimy włożyć dużo wysiłku, by takie wrażenie wciąż wywrzeć na otoczeniu.
Niektórzy bardzo tego potrzebują, nie mogą pogodzić się z faktem, że coraz trudniej zachować ten sam wizerunek sprzed 10 czy 20 lat. Coraz więcej zmarszczek, coraz mniej sił witalnych, coraz mniej humoru, tolerancji i akceptacji innych. Uciekamy w domowe zacisze, bez makijażu i samokontroli, nie chcemy już przyjmowania zaproszeń na cotygodniowe spotkania towarzyskie, bo wyraźnie ani nas to bawi ani cieszy..
Ale – równocześnie nie chcemy, by ktoś inny to zauważył i, nie daj Boże, skomentował.
Popadamy w paranoję, udajemy „młodzieniaszków” (niektórzy nawet próbują zaprzyjaźnić się z kolegami swoich dorastających dzieci..), szukamy ratunku w botoksie, opowiadamy koleżankom o poprawkach w swojej urodzie, o tysiącach osiągnięć w salach gimnastycznych, o świetnych wynikach w bieganiu, dietach odchudzających. Każda ma najlepszą receptę! No i jeszcze – przekonanie, że „ja wyglądam dużo młodziej niż ona”, „ja jestem szczuplejsza” itd..
A tak naprawdę – czasu, kobieto (mężczyzno, też!) nie oszukasz!
Czas jest dla nas wszystkich jednakowy. Płynie od wieków tak samo. Ani wolniej ani szybciej. To prawda,, że świat staje na głowie, (a raczej biznes i jego pieniądze), by pomóc nam w poczuciu, że możemy coś zmienić i poczuć się lepiej. Ale – czy nie jest odwrotnie? czy nie poczujemy się lepiej, jeśli zaakceptujemy piękno każdej godziny życia, która jest nam dana przez los? Czy nie zrobimy samej sobie prezentu, jeśli uznamy, że nasz czas szaleństw minął i teraz bardzo kochamy coraz więcej spokoju.. że chcemy zmian, że chcemy, by ludzie wokół nas – rodzina, przyjaciele, a przede wszystkim żebyśmy MY sami potrafili zaakceptować siebie na dzień dzisiejszy takimi, jakimi naprawdę jesteśmy.
Nie musimy robić tego samego, co robiliśmy 10 lat temu, możemy bez wyrzutów sumienia nie mieć ochoty na długie górskie spacery, możemy przecież mieć tę samą przyjemność spacerując krócej i łatwiejszą trasą, ale zachwycając się wokół tym, czego 10 lat temu nie umieliśmy dostrzec.
Oddajmy „pałeczkę” młodszym w sprawach, które my już w swoim życiu zakończyliśmy i mamy poczucie dobrze zakończonej misji, nie wysilajmy się na „odgrzewane” dania.
Dawno dawno kiedyś, na pewnym zimowisku harcerskim, ktoś ważny dla mnie napisał mi na mojej obozowej chuście taki pamiątkowy wpis: „WSZYSTKO MA SWÓJ WŁAŚCIWY CZAS”. Zapewne odnosiło się to do zupełnie innego sensu tamtego momentu życia, ale jakże ponadczasowy wymiar okazało się mieć!
Tak, codziennie rano podnoszę wysoko głowę, spoglądam w lustro (nie, żebym lubiła swoje odbicie..) ale wiem, że tak ma być, że dziś ja, jutro moja córka, kiedyś ktoś następny o wiele piękniejszy ode mnie..
Jestem szczęśliwa. Zdrowa. Życie udało się trochę dobrze, czasem trochę gorzej. Jest dobrze.
Nie będę udawać. Chcę być sobą. Nie żądajcie ode mnie, bym robiła to czego już nie chcę, nie mogę, nie lubię. Nie będę katować się dietami, będę wstawać rano kiedy mam na to ochotę, będę rozpieszczać moje wnuki, będę wyglądać tak, jak wyglądają starsze panie – zadbane ale naturalne. Bez botoksu i wspomagaczy. Bez oszustwa i udawania. Choćby świat wmawiał mi, że mogę kupić sobie drugą i trzecią młodość, bo przecież sześćdziesiątka to tylko druga czterdziestka…
Kochani, ja chcę mieć 60-kę i więcej! Ja się tego nie wstydzę. Cieszę się,że jest dane mi tyle szczęśliwych lat żyć!!!

Bez szlifu i botoksu 🙂 🙂

BACK

Jej portret, twój portret, nasz portret

3/3/‎2021
W kwietniu 2006 roku w moim teatrze Ogniska Polskiego stworzyłyśmy z moją ukochaną przyjaciółką i asystentką Beatką sztukę pt. „Jej portret”. Sztuka składała się z dwóch części, pierwszą wystawiłyśmy w kwietniu 2006 roku, drugą w listopadzie tego samego roku. Pierwsza była moim autorskim programem, druga pomysłem/ wyborem Beatki. Obie reżyserowałam ja, w obu Beatka była moją „prawą ręką” i w obu brałyśmy udział jako.. aktorki. No i oczywiście niezastąpiona Ewa, ale o tym wszystkim napiszę w części o teatrze. Dziś chciałam przytoczyć wiersz Wisławy Szymborskiej, który obie z Beatką zgodnie wybrałyśmy jako motto – początek naszej sztuki o kobiecie. O nas. O wszystkich kobietach razem i o każdej osobno.
Ten wiersz jest tak prosty i tak dosadny, że zawiera wszystko co można w kilku zdaniach, w kilku prostych myślach opowiedzieć o kobiecie.
Nikt tego lepiej nie zrobił jak nasza Noblistka Szymborska!.
Dziś tylko tekst. Któregoś dnia w teatralnej części dołączę naszą interpretację wiersza. Myślę, że wam się spodoba. Zwłaszcza, że w każdej części zrobiłyśmy to inaczej. Bo ten wiersz każdy może powiedzieć, pomyśleć INACZEJ. Tak różnie jak różne są kobiety.
Poczytajcie sami. Jeśli go znacie, przypomnijcie sobie jeszcze raz, jeśli czytacie go po raz pierwszy – pomyślcie, ile kobiecej prawdy w nim jest! ile subtelności i siły, ile zmienności i przewrotności. Ile miłości odpowiedzialności, zaradności..

W. Szymborska „Portret kobiecy”

Musi być do wyboru.
Zmienia się. Żeby tylko nic się nie zmieniło…
To łatwe. Niemożliwe. Trudne, warte próby..
Oczy ma, jeśli trzeba, raz modre, raz szare.
Czarne, wesołe. Bez powodu pełne łez.
Śpi z nim jak pierwsza z brzegu.
Jedyna na świecie…
Urodzi mu czworo dzieci.
Żadnych dzieci. Jedno.
Naiwna, ale najlepiej doradzi.
Słaba, ale udźwignie.
Nie ma głowy na karku, To będzie ją miała.
Czyta Jaspersa i pisma kobiece.
Nie wie po co ta śrubka… i zbuduje most.
Młoda.
Jak zwykle młoda.
Ciągle jeszcze młoda..
Trzyma w rękach wróbelka ze złamanym skrzydłem.
Własne pieniądze na podróż daleką i długą.
Tasak do mięsa. Kompres. I kieliszek czystej.
Dokąd tak biegnie, czy jest zmęczona?
Ależ nie! Tylko trochę… Bardzo, nic nie szkodzi.
Albo go kocha. Albo się uparła.
Na dobre. Na niedobre. I na litość boską……

I jak wam się podoba? prawda, że bardzo…kobiece??



BACK