Jak każdy współcześnie funkcjonujący człowiek i ja 30 lat temu, po przyjeździe do Ameryki, musiałam zbliżyć się do maszyny zwanej komputerem i powoli poznawać jego tajniki. Na początku wszystko było fascynujące, choć kompletnie dla mnie niezrozumiałe. Przez pierwsze tygodnie a może nawet miesiące korzystaliśmy z komputerów uniwersyteckich, zanim kupiliśmy własny. Zapisaliśmy się na kursy komputerowe i bardzo powoli zaczęliśmy mieć blade bo blade, ale pojęcie czym to „się je”.
Rok 1991- RICE UNIVERSITY, biuro w pracy mojego męża i jego pierwszy komputer
Były to czasy kiedy Internet dopiero wchodził w sferę życia na ekranie. Oczywiście wiem, że już w latach 60-tych nad tym pracowano, ale tak naprawdę to pierwszą stronę internetową stworzono w 1990 roku a chyba dwa lata później powstała pierwsza graficzna przeglądarka www. Potem wszystko zmieniało się z prędkością światła, ale dla mnie zawsze pozostało to do końca nie wyjaśnioną tajemnicą. Niezależnie ile i jak nauczyłam się korzystać z dobrodziejstw technologii, wiedza ta nigdy nie jest przez ludzi coraz starszych do ogarnięcia aż do dna. Na przestrzeni lat funkcje Internetu tak bardzo zmieniły się, że dziś to jakby zupełnie inna dziedzina zastosowania i służenia człowiekowi. Nie będę nawet próbować dłużej na ten temat się wypowiadać, bo pewnie zaraz ktoś młodszy, mądrzejszy, komputerowo bardziej operatywny zakwestionuje wszystkie moje wywody. Nie o tym zresztą chcę dziś sobie pogadać. W końcu i ja korzystam z dobrodziejstw komputera i jego nieprawdopodobnej wiedzy i jakoś, na SWOJE potrzeby sobie radzę. A jak sobie nie radzę, to mam mądrzejszą technologicznie przyjaciółkę, co to zawsze mi pomoże i wytłumaczy, że to wszystko „algorytm” – magiczne słowo, którego ja już na pewno NIGDY nie zrozumiem😊
Mam tez wnuków, którzy popatrzą na mnie wzrokiem pełnym poczciwej litości, wezmą do ręki mój komputer i za pomocą kilku kliknięć zrobią to, co ja robię już od kilku dni. Niestety, to wcale nie znaczy, że wytłumaczą mi i wyjaśnią co i jak zrobili, bo tu już zaczyna się inna płaszczyzna porozumienia. A ta nie jest łatwa. Młode pokolenie myśli szybciej, inaczej, pewne elementy wiedzy komputerowej są dla nich oczywiste, podczas gdy ja potrzebowałabym wprowadzenia od początku i „po jednym schodku” z dużą dozą cierpliwości, której oni niekoniecznie już posiadają..
Zoom-owe pandemiczne urodziny
Ostatni rok, rok pandemii pokazał całemu Światu, że technologia zadziałała wszędzie i zastąpiła wszystkie możliwe istniejące w życiu człowieka relacje, potrzeby i elementy istnienia. Tak się wszystkim wydawało. Ludzie pracowali z domu na komputerze, na zoomie czy podobnych programach, rozmawiali ze sobą o super-ważnych biznesach, rodziny spędzały ze sobą czas, obchodziły urodziny, odbywały się śluby, rodziny odwiedzały bliskich chorych patrząc na siebie przez „szybkę” komputera. Dzieci, od najmłodszych do studentów uczyły się długimi miesiącami siedząc samotnie przed ekranem komputera. Wirus – Covid-19, a przede wszystkim strach i histeria sparaliżowały życie wszystkich i w każdy możliwy sposób. Technologia i komputer miały być tym narzędziem, które miało pomoc i ułatwić funkcjonowanie życia codziennego. Ogólna opinia publiczna jest – tak, przetrwaliśmy dzięki technologii, pracowaliśmy jak mogliśmy i jak umieliśmy, komunikowaliśmy się bezpiecznie, dzieci uczyły się bez ryzyka zarażenia wirusem, zamawialiśmy produkty ze sklepów bez konieczności wchodzenia do nich, nie spotykaliśmy się z przyjaciółmi a jednak mogliśmy pogadać przez zoom albo FaceTime itp.
Mój mąż pracuje z domu już ponad 70 tygodni. Nie znosi tego. Czeka na decyzję NASA o powrocie do pracy do biura. Czuje się bardzo źle bez ludzi i bezpośredniego kontaktu ze studentami
Czyżby to było dla ludzkości rozwiązanie problemów?
Lubię cytować mądre powiedzonka, przysłowia. I przytoczę teraz takie: Kij ma dwa końce. Ten drugi koniec, dla mnie przy całej potrzebnej i sensownej stronie technologii jest jej negatywną stroną, o której jako humanistka nie boję się powiedzieć (może już zaczynają na mnie krzyczeć zagorzali komputerowcy!!?)
Humor czy prawda o technologii? Uruchamiając komputer, twój mózg już nie jest „twój”…
Nie jest to nowe odkrycie, ale pandemia pogłębiła i uświadomiła wielu ludziom jak bardzo komputer oddziela nas od rzeczywistości i zamyka w świecie, gdzie nie ma realnych przyjaciół i normalnego „ludzkiego” życia. Dla mnie, jako wieloletniej nauczycielki, obserwacja dzieci, często znudzonych zmęczonych (mimo wielkich wysiłków nauczycieli, by utrzymać koncentrację swoich uczniów przy ekranie komputera) siedzących wiele godzin samotnie, bez możliwości normalnych zajęć, jak kopanie piłki, bieganie, przekomarzanie się z rówieśnikami, wspólne posiłki w czasie lunchu.. było ciężkim doświadczeniem. I wcale mnie nie dziwi, że dziś większość dzieciaków zarówno młodszych jak i starszych ucieka w świat nierealny, wyimaginowany w komputerze i zapomina co jest realnym obrazem życia a co „wielką atrakcyjnością oszustwa wewnątrz komputera”. Za to twórcy gier i świata cybernetycznego tak potrafią zawładnąć umysłem młodego człowieka, że korzystanie z komputera i jego zasobów staje się powoli chorobą. Rodzice nie potrafią znaleźć granicy, której dzieci nie powinny przekraczać, dzieci wielu komputerowych sekretów nie wyjawiają innym i tak rodzi się głowach bardzo niebezpieczne „pole minowe”. Zresztą nie dotyczy to tylko dzieci czy młodych ludzi. W sidła technologii wpadają wszyscy. Telefony, które stały się niemal elementem naszego codziennego oddychania zabrały nam podstawową pamięć. Nie musimy zapamiętywać numerów telefonu do najbliższych, nie znamy adresów, bo korzystamy z GPS-u, grzebiemy odruchowo w telefonie wszędzie – u lekarza w poczekalni, w sklepie czekając w kolejce do kasy, w samochodzie zanim ruszymy z parkingu, wieczorem tuż przed położeniem się spać i natychmiast po obudzeniu się rano. Sprawdzamy w telefonie wszystko! wyniki każdego meczu, bilety lotnicze, informacje geograficzne, prognozę pogody i przeróżne bardzo zadziwiające informacje.
Telefon – wszędzie, zawsze i do wszystkiego…
I nie myślcie, że ja nie używam tego urządzenia. Oczywiście, że nie jestem inna niż miliony ludzi na świecie. Słucham książek, gdy jadę autem, mam tylko moją listę muzyczną, używam WhatsApp do komunikacji z moimi bliskimi z Polski. NIGDY jednak nie używam telefonu w czasie jazdy samochodem, ale wiemy wszyscy, że jest to PLAGA tysięcy młodych ludzi i nie tylko młodych bo i „starych”, na tyle głupich, ze nie potrafiących oprzeć się, by nie sprawdzić wiadomości, Facebooka czy czegokolwiek innego w czasie jazdy czy sekundowego postoju na czerwonym świetle. Ile tragedii już z tego powodu się wydarzyło – nie sposób zliczyć. Ile jeszcze się wydarzy.. chyba sam Pan Bóg nie wie..
Jak tylko odmroziły się pierwsze największe restrykcje covidowe, w mediach zaczęły się dyskusje lekarzy, psychologów, psychiatrów, rodziców, nauczycieli i innych specjalistów na temat jaki negatywny wpływ na ludzi/młodzież i dzieci miał komputerowy sposób życia odizolowany od kontaktów z żywymi ludźmi, rówieśnikami, nauczycielami. Dopiero wtedy coraz głośniej i odważniej zaczęto podejmować temat konsekwencji zmian psychicznych, które spotęgowały się w głowach tysięcy ludzi. Ile dziwnych zachowań, depresji, nawet prób samobójczych. A przede wszystkich nieumiejętność przystosowania się do życia w grupie, współżycia z kolegami, przyjaciółmi, ucieczka w świat, który niewiele ma wspólnego z otaczająca nas rzeczywistością. W konsekwencji – słabość lub agresja, zamknięcie się w sobie, ucieczka i brak umiejętności rozmawiania.
Przerażające! Wejście w świat, który jest wyimaginowany nieprawdziwy, który uczy wzorców naprawdę nieistniejących, zamyka młodego człowieka w ramy, które ograniczają jego wizję do wnętrza świata komputerowego. W głowie wytwarza się granica. I coraz trudniej wrócić do rzeczywistości. Konsekwencje tego zjawiska są, mogą być tragiczne.
Bohaterowie gier komputerowych są silni, wielcy, nieskazitelni. Biegną wciąż do przodu, strzelają, wspinają się na coraz to wyższe poziomy. Może nie wyrażam się dość precyzyjnie, bo nigdy w żadną grę nie grałam. Znam je tylko z filmów, opowieści dobrych i złych. Z obserwacji dziesiątek zachowań opisywanych, analizowanych przypadków rzeczywistych i przykładowych. Psychologowie, rodzice nauczyciele biją wciąż na alarm.
Ci, którzy programują gry, tworzą kolejny wyimaginowany świat i zarabiają wielkie pieniądze robiąc dalej swoje. Cóż, tak działa biznes. Zapewne wytoczą mi tysiące argumentów, że nie wszystko co jest wirtualne przynosi zło i negatywne konsekwencje. I pewnie tez będą mieli rację. „Kij ma dwa końce..”
Niedawno oglądnęłam nowy film polski pt. ”Sweat” (tytuł niezbyt polski 😊 ) To opowieść o zastosowaniu współczesnej technologii i wykorzystaniu Internetu do zdobycia setek, tysięcy fanów na Instagramie, zdobycia popularności i pozornego poczucia, że jest się lubianym, ma się przyjaciół i jest się szczęśliwym.
Jeden z plakatów reklamujących polski film „SWEAT” 2020r.
Treści nie będę opowiadać, kto ma ochotę film może oglądnąć. Ja nie byłam nim zachwycona, ale kilka wątków zatrzymało mnie i ciągle rozmyślałam nad problemami, które mnie poruszyły. Główna bohaterka, zagrana nieźle przez Magdalenę Koleśnik, na pozór jest wymarzoną współczesną bohaterką młodego pokolenia. W każdej minucie swego życia włącza telefon, by nagrać pozornie zwyczajny moment swojego życia. Pełnego sukcesu, siły, radości, energii czym porywa za sobą tłumy fanów marzących o tym, by także stać się ludźmi sukcesu. Ludźmi, którzy są silni, nie mają słabości, problemów, są uwielbiani i wiecznie otaczają ich inni patrząc na nich z podziwem i zachwytem. Aż nagle, gdzieś zaplątuje się jedna sekunda słabości, jedno zdanie, w którym Sylwia odkrywa „ludzkie” uczucia, maleńką słabość – przed wiecznie śledzącymi ją widzami. I to staje się jej grzechem publicznym..
Czy aby na pewno?? Nie będę zdradzała tego, co dzieje się dalej, ale powiem, że kolejny raz moje silne przekonanie, że ludzka dusza, ludzka natura, serce i czucie wygrywa. Rozbija i poraża zadanie, które zostało narzucone technologii. I co najważniejsze, to właśnie ułamek słabości człowieka, jego pozorna porażka dzięki technologii przeradza się w zwycięstwo. To człowiek, jego myślenie, jego czucie, jego uczciwość wobec siebie samego – pokonuje maszynę.
Temat filmu mnie NIE zaskoczył, już wiele razy spotkałam się we współczesnych powieściach czy filmach z podobną tematyką i zazwyczaj te wątki miały negatywny oddźwięk. Choć oczywiście zastosowanie współczesnej technologii w medycynie kryminalistyce czy w tysiącu innych dziedzinach jest niepodważalne i ważne.
Nie jestem przeciw! Proszę, nie zrozumcie mnie na opak. Rozumiem doskonale potrzebę korzystania z nowoczesnych technologii komputerowych, ale jestem zdecydowanie przeciwna, by komputer zastępował nam CZŁOWIEKA, jego duszę, jego uczucia, jego zwyczajne ludzkie rozterki, słabości, wybory, przemyślenia. Wszystko to, co jest ludzkie, humanistyczne.
Obecne czasy to kultura ogromnego ciśnienia na ideał człowieka mocnego, perfekcyjnego, który nie dopuszcza do siebie chwili słabości, niepotrzebnych uczuć. A jeśli go takie ogarniają, jeśli zawładną nim wątpliwości, to musi się ich natychmiast wyzbyć i żadnym wypadku nie może pokazać ich innym ludziom!
Stąd zamykanie się w świecie, który nie istnieje. Tworzenie siebie takim, jakim naprawdę nie jesteśmy. Udawanie, kreowania sytuacji, w jakich sami nie potrafimy siebie odnaleźć. A potem – już prosta droga do depresji i unicestwienia swojej prawdziwej osobowości.
Film „Sweat” uczy jak zdążyć przed zagubieniem się całkowitym, jak wykorzystać swoją słabość, by stać się silniejszym i znowu poczuć się Człowiekiem szczęśliwym.
Spotkałam wielu ludzi, którzy za nic w świecie nie chcą przyznać się, że nie mogą sobie poradzić z własnymi słabościami, że miotają się w sobie i mają wielkie kompleksy, choć tak naprawdę są bardzo wartościowymi i mądrymi ludźmi. Żyją z tym na co dzień, noszą te problemy i nie pozwolą sobie pomoc innym. Uparcie nie wierzą w psychologów, terapeutów, w szczere rozmowy z rodziną czy przyjaciółmi. A przecież otwarcie się wobec drugiego człowieka, do którego mamy zaufanie, to wielka sprawa. To równocześnie analiza samego siebie. Umiejętność rozmowy ze sobą i o sobie. To właśnie jest to, czego nie daje nam zamknięty świat komputerowy wsysający nas głęboko do swojego środka, zamiast otwierać nas na innych ludzi, na wrażliwość i słabości.
Bez rozmowy z ludźmi, bez interakcji, bez współudziału w tym, co dzieje się wokół nas w żywym prawdziwym świecie, nie dojrzejemy. Nie zrozumiemy drugiego człowieka, nie pojmiemy naszych własnych potrzeb, nie założymy rodziny, bo jak i gdzie nauczymy się, co jest potrzebą realną naszą i człowieka obok nas?
Doskonale zdaję sobie sprawę, że mój czas powoli mija. Świata nie zmienię. Zmieniałam go przez ostatnie 60 lat tak jak umiałam i jak uważałam za konieczne. Teraz kolej następnych pokoleń. Ich największym atutem jest technologia rozwijająca się jak szalona. Każdego dnia cos nowego, cos zaskakującego.
Każdy kraj i każda dziedzina nauki rozwija nowe pomysły, dodaje technologiczną cegiełkę nowości. Moim jedynym marzeniem jest, by ten bieg technologiczny nie zapomniał o Człowieku – przez duże C.
Nigdy nic by nie powstało, gdyby tego nie wymyślił człowiek, żadna maszyna nie zaistniałaby, gdyby nie stworzył jej człowiek – to jednak ten sam Człowiek zapomina o tym, że to właśnie on jest Twórcą. On jest najważniejszy, a nie maszyna. Nie komputer. O człowieka trzeba dbać, a dopiero później o maszynę, a nie odwrotnie.
Czy nasze dzieci o tym wiedzą? Czy tego ich uczymy? Czy bezwzględny świat siły, walki o wizerunek najlepszego i niezłomnego nie zapomni o prostych zwykłych uczuciach ludzkich? O tym, że można mieć gorsze dni, że mamy prawo do szukania pomocy, że możemy dawać pomoc innym? I żadna technologia, żaden komputer w tych najpiękniejszych uczuciach ludzkich – nas, Człowieka – nie zastąpi.
Kiedy byłam dzieckiem nie obchodziliśmy urodzin. Nie było takiej tradycji. Nikt z nas nie bardzo wiedział, kiedy urodzili się rodzice czy rodzeństwo. Z czasem trzeba było nauczyć się swojej daty urodzenia, bo było to potrzebne do wypełniania różnych papierków, których i tak było dużo mniej niż dzisiejsza komputerowa technologia tego wymaga. Nawet prosta czynność odebrania lekarstwa w aptece wymaga podania daty urodzenia a nie nazwiska. Za to kalendarz imion był zawsze ważny. Już na trzy dni przed Nowym Rokiem czekałam na dzwonek do drzwi, w których ukazywał się umorusany na czarno kominiarz i wręczał nam zwykły jednokartkowy kalendarz na następny rok z życzeniami: Pomyślnego czy Do Siego Roku!
Kto pamięta takie kalendarze? I takie kominiarskie życzenia Noworoczne?
Otrzymywał za to drobną opłatę i oczywiście wzajemne życzenia. Dużo później pojawiły się kalendarze ścienne z możliwością odrywania codziennych kartek, na których nie tylko widniały imiona (po dwa trzy a nawet czasem więcej dziennie) ale także ciekawostki dnia, przepisy kulinarne czyli każdego dnia nowe kalendarzowe atrakcje. Kolorowe kalendarze ze zdjęciami pięknych widoków z egzotycznych krajów, rasowych psów, milusińskich kotków czy przystojnych strażaków, to już dużo późniejszy wymysł. Wiadomo, każdy biznes lubi się rozwijać. Kalendarz też przecież służył do celów praktycznych. W kuchni na gwoździku (kto tam miał pinezki!), w podręcznej torebce mały kalendarzyk do zapisków i większy, już bardziej finezyjny – do celów biznesowych, dla wybrańców. Może dlatego wychowana z polskim kalendarzem i kominiarzem na szczęście nadchodzącego roku, do dziś mam w głowie daty wielu polskich imienin i wciąż poczucie, że to przecież nasza tradycja, więc trzeba o niej pamiętać. Nic wielkiego, ale kiedy budzę się i uświadamiam sobie, że dziś np. 11 września to pamiętam, że to imieniny Jacka i wysyłam życzenia imieninowe mojemu synowi, który.. zawsze jest „deczko” zdziwiony😊
Staram się pamiętać o rodzinnych imieninach tych, którzy mają imiona w polskim kalendarzu. Ale oczywiście już od lat, jak chyba w całym świecie celebrujemy głównie urodziny. Tak to się zrobiło, że uroczyste urodziny obchodzą niemowlaki, gdy tylko ukończą swój pierwszy roczek życia, choć wcale tego nie potrzebują i nie rozumieją. Urodziny ważne są 13-te, bo pierwsze „nastoletnie” a potem 16-te, bo jak mówią, te są „sweet” (czyli słodkie!) no i słynna osiemnastka (którą ja też jedyną w życiu miałam urodzinowo obchodzoną specjalnie!). No i tak się dziwnie porobiło, że nieważne, które mamy urodziny, ważne jest tylko, że to nasz wyjątkowy personalny dzień. I obchodzimy go uroczyście w domu z rodziną, w pracy. Osoby publiczne – w telewizji, w prasie, w Internecie. Powinien to być jeden ważny dzień w roku, ale czasem celebracja rozrasta się do tygodnia i dwóch i już nie jest naprawdę urodzinowa, ale wciąż jest okazją do wspólnej radości, składania sobie życzeń, wypicia toastu za zdrowie i szczęście.
Moja 18-ka wypadła w kwietniu 1971r. Mama właściwie chętnie zgodziła się na prywatkę, bo tak to się wtedy nazywało, zgodziła się, żeby zrobić mi imprezę koedukacyjną w domu i o dziwo, nie oponowała się, żebym zaprosiła gości (głównie chodziło o męską część) z harcerstwa, bo Nina była moją przyjaciółką, którą Mama dobrze znała. Ciekawe jest to, że zupełnie NIE pamiętam kto był na tej imprezie oprócz towarzystwa harcerskiego, a nie wydaje mi się, że Mama zgodziłaby się na obecność tylko nas dwóch dziewczyn i samych facetów, w dodatku nieco starszych od nas. Chyba.. że już wtedy była pod urokiem mojego chłopaka a potem męża, co jest możliwe, bo zawsze była z nim w lepszej komitywie niż z kimkolwiek innym😊 Jeszcze jeden ważny fakt pamiętam z tych urodzin i chyba jest to fakt znaczący i symboliczny jak na 18-kę. Otóż nasz szczepowy, przez nas wszystkich zwany „Szefem” czarował wtedy moją Mamę, by zgodziła się zmienić godzinę moich wieczornych powrotów do domu z 21.15 na 22.00. Mieliśmy co tydzień w piątki dyżury i zebrania rady szczepu o 19.00 i gdy skończyły się, zanim dotarłam do domu, zawsze zresztą odprowadzana grzecznie przez chłopców, byłam spóźniona w stosunku do godziny wyznaczonej przez rodziców, a głownie przez Tatę. Czy ktoś dziś może sobie wyobrazić, że 18-letnia dziewczyna musiała wracać do domu o 21.15??? Mama z uśmiechem trochę się wykręcała, ale Szef był czarujący, umiał bajerować i Mama obiecała, że zrobi co się da. No i jakoś przekonała Tatę, bo wprawdzie bez oficjalnego oświadczenia o odwołaniu czy zmianie godziny, ale cichutko i powoli wracałam na 22.00 a rodzice już nigdy tego nie komentowali.
Tak oto w ten sposób moje jedyne polskie urodziny przeszły do historii w mojej pamięci i zmieniły życie w pewien sposób na „doroślejsze”😊
Kiedy mieszkaliśmy w Polsce nasze dzieci miały imprezy urodzinowe, choć nie pamiętam od kiedy i jak ważne one były, ale chyba urodziny stawały się już wtedy coraz bardziej popularne. Im bardziej Polska otwierała się na świat tym więcej i takich tradycji przyjmowaliśmy z Zachodu.
Po przyjeździe do Ameryki chłonęliśmy sposoby na życie w każdym wymiarze. Obserwowaliśmy ludzi, oglądaliśmy telewizję, uczyliśmy się języka oglądając filmy, dzieci przynosiły opowieści ze szkoły, wsiąkały w różne nowe tradycje, o których nie mieliśmy pojęcia. Wszystko toczyło się tak szybko, że nie zauważyliśmy jak wiele uczymy się każdego dnia, każdej minuty. Dodatkowo zaczynał otwierać się świat Internetu, e-maili, szybkich technologii, które fascynowały, a które dla nas były zupełną nowością. Ba, czarną magią – nową nieznaną, pasjonującą, porywającą rzeczywistością .
Szybko poznaliśmy nowych ludzi – w pracy wielu Amerykanów ale nie tylko. Mój mąż zorientował się, że w tym kraju każdy pochodzi z innego miejsca na świecie. Ludzie mają swoje historie, ludzie pracują wspólnie, ludzie szanują się, swoje tradycje a jednocześnie przesiąkają tradycjami wspólnymi. Tu współgrały różne religie, na jednej ulicy znajdowały się różne kościoły i powiem dziś szczerze, że wtedy, ponad 30 lat temu miło mnie to zaskoczyło.
Niemal natychmiast też dotarliśmy do środowiska polskiego skupionego wokół polskiego kościoła i tam zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma rodzinami. Jednak pierwszą rodziną, którą Wacek spotkał na Rice University byli Marek i Basia K. (ja poznałam ich tydzień później gdy doleciałam z dziećmi z Albuquerque). Przyjechali do Houston w tym samym czasie, ale z Nowego Jorku więc mieli już kilkuletnie amerykańskie doświadczenie. Zobaczyli mojego męża na kampusie uniwersyteckim i jak zawsze wspomina Basia ze śmiechem, od razu wiedziała, że to „świeży” Polak, bo miał białe skarpety do sandałów i palił carmeny😊 Basia jest osobą bardzo kontaktową, więc zaraz zagadała do niego i poprosiła o poczęstowanie carmenem (potem ciągle te carmeny palili razem aż wyczerpał się zapas przywieziony przez nas z Polski i skończyli tę swoją wspólną przyjemność już na zawsze!)
Gdy pojawiłam się w Houston znałam już historię zaprzyjaźnienia się z Basią i Markiem, wiedziałam, że mają dwoje dzieci młodszych od naszych i że mieszkają niedaleko. Hmm.. niedaleko w warunkach houstońskich to nie to samo co w Polsce. Ale – ja wciąż myślałam polskim sposobem i skąd mogłam to wiedzieć?? Gdy więc Basia zadzwoniła i zaprosiła nas na obiad ucieszyłam się bardzo, że będę miała polską nową koleżankę. Nie znałam w ogóle angielskiego, nie znałam miasta, potrzebowałam przewodnika, żeby zacząć jakoś funkcjonować. Basia zaoferowała, że przyjedzie po nas, ale ja odpowiedziałam, ze nie trzeba, że to przecież blisko (2 km?) Trzeba dodać, że był początek września, temperatura ok. 95F czyli jakieś 35 C.. A my całą rodzinką, pomaszerowaliśmy po głównej ulicy w Houston – Westheimer i potem San Felipe – piechotką z kwiatkami, ja w jedwabnej sukience… Kiedy Basia otworzyła drzwi, to osłupiała z przerażenia na widok naszego „rodzinnego wyglądu” Do dziś mówi, że takich czerwonych „bladych twarzy” to w życiu nie widziała. I tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwa do dziś a toczyła się różnie, bliżej i dalej, ciszej i szumniej. Jak to w życiu. Ale w każdym ważnym momencie byliśmy obok siebie. Nasze dzieci pokończyły studia, otrzymały dyplomy, żeniły się i wychodziły za mąż. Były i wspólne wakacje, wyjazdy do Nowego Orleanu, urodzino-imieniny „Marek i Wacek”, przeprowadzki – od małych, gdy przewoziliśmy ich meble starym Dodge Coltem aż do celebracji otwarcia wielkiego domu z windą.
Słynne party w stylu retro „Marek i Wacek” – 40 urodziny Marka i imieniny Wacka.wrzesień 1993r.
Rok po przyjeździe do Houston Wacek obchodził 40-te urodziny. Już wtedy wiedziałam, że tutaj to duża tradycja – „Over the Hill”. Mieliśmy małe mieszkanko i mało znajomych ale urodziny odbyły się w iście amerykańskim stylu. Jakieś czarne dekoracje, tort z świeczkami – numerkami. To były pierwsze „równe” urodziny rodzinne. Moja 40-ka była już dużo bardziej tajemnicza i atrakcyjna. Zwłaszcza, że zorganizowana jako niespodzianka, która naprawdę mnie całkowicie zaskoczyła. Odbyła się u naszych znajomych, z którymi wtedy byliśmy w bliskiej zażyłości. Mieszkali poza Houston, mieli dużą posiadłość i duży teren wokół domu. Była sobota, ja wtedy uczyłam w polskiej szkole kościelnej, więc byłam zajęta przez kilka przedpołudniowych godzin i nawet nie zauważyłam, że mój mąż coś tam organizował z Jackiem. Dostałam tylko wiadomość, że popołudniu mamy jechać do tych znajomych na ognisko i smażenie kiełbasek. Bardzo się ucieszyłam.
Cała rodziną wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do nich. W połowie drogi Wacek otrzymał telefon, żebyśmy po drodze zatrzymali się w sklepie i kupili… musztardę?? (tak właściwie to nie pamiętam co to było, coś chyba dziwnego, bo nie mogliśmy tego znaleźć w zwykłym sklepie spożywczym). To już było dość blisko ich domu i wtedy mój mąż oddzwonił, że NIE ma tego, co szukamy, a oni odpowiedzieli, że to ok, jakoś sobie poradzą). Podjechaliśmy pod dom, lekko się już ściemniało, weszliśmy do ogrodu za domem, pan domu zaprosił mnie do ogniska mówiąc, że ja jestem „stara harcerka’ to na pewno umiem sprawnie zapalić ognisko.. Zaczęłam ambitnie zapalać od jednej zapałki – jak to powinno być w wydaniu prawdziwej harcerki – i wtedy zza każdego drzewa, zza każdego krzaka zaczęły wybiegać postaci ubrane na czarno z balonami, krzyczeć „Surprise” i śpiewać: Happy birthday i sto lat! A ja – byłam tak skołowana i zaskoczona, że potrafiłam tylko powtarzać, iż „ja nie mam jeszcze urodzin!”, co było prawdą, bo cała impreza była na tydzień przed datą moich urodzin, stąd nie miałam najmniejszego przebłysku nawet, że niespodzianka mogła być organizowana dla mnie. Szybko znalazłam się w uścisku Tatusia Basi, który wtedy przebywał w Houston i był moim dobrym kolegą na zajęciach angielskiego i w ogóle bardzo się polubiliśmy. Byli też przyjaciele, z którymi uczyłam w polskiej szkole a którzy nie pisnęli słówka rano, że zobaczymy się w tak innej scenerii wieczorkiem. To były niesamowite urodziny. Słynna amerykańska niespodzianka, z czarną koszulką „40” i czarnym kapeluszem, z balonami i tortem, na którym było dużo świeczek.
kilka migawek z 40 urodzin Wacka (rok po przyjeździe do Houston) i moje- pierwsze urodziny-niespodzianka !(1993r)
Miałam pomyśleć życzenie i zdmuchnąć. No i dmuchałam. I dmuchałam.. i znów się zapalały. I znów dmuchałam.. Wtedy po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się, że istnieją świeczki, które zdmuchujesz a one zapalają się ponownie😊 Bardzo się wszyscy z mojej zdziwionej miny uśmiali. To były świetne, niezapomniane urodziny. Mój mąż, moja rodzina stanęli na wysokości zadania. Mąż zaskoczył mnie, zresztą nie jedyny raz w życiu.
Nasza grupa towarzyska i przyjacielska rozrastała się przez lata a celebracje i imprezy z różnych okazji nadarzały się niemal co tydzień. Bywały czasy, że zdarzały się dwie „balangi” (ulubione słówko mojego przyjaciela z Florydy) w tę samą sobotę i potrafiliśmy być na obu.. Były takie czasy. Dawaliśmy radę. Niemal do białego rana. Mieliśmy siłę, pomysły, energię i taką ogromną niepowstrzymaną chęć spędzania czasu razem. Urodziny, to jedna z okazji, która zawsze nas scala i zbliża. Wymyślaliśmy przeróżne ciekawe „prezenty” takie, żeby nie były prosto ze sklepu, ale żeby upamiętniały urodzinowy dzień, zwłaszcza te okrągłe liczby. Były więc różne zmyślne laurki, zdjęcia, wiersze, nagrania, krótkie przedstawienia. Wymyśliłam tego całe setki. Każdemu co innego, każdemu z serca, sama i z koleżankami. A przede wszystkim- starałam się zawsze dobrać coś, co pasowałoby do tej osoby osobiście. Co byłoby tylko o niej – z nią i dla niej. Na 50-te urodziny mojego męża kiedy już z Olą, moja chrześnicą przygotowałyśmy domek, pomysły, listę gości i pojechałyśmy do Galveston, reszta rodziny przywiozła tatusia wieczorkiem do miejsca spotkania.
Mieliśmy rodzinny obiad i półwieczny Jubilat nie miał pojęcia, że następnego dnia dziwnym trafem na tej samej plaży zaczną pojawiać się znajomi i przyjaciele. I tak już pojawiali się przez dwa dni. Jedni na chwilę, inni na kilka godzin, jeszcze inni zostawali na nocowanie w naszym domku. Pachniał grill, mieszaliśmy mięso na hamburgery, smażyliśmy kiełbaski, piliśmy winko i piwko i cieszyliśmy się sobą, szumem morza i gwiazdami na niebie do późnej nocy.
Migawka z 60 urodzin Wacka – w Galveston – 2011
Za 10 lat na 60-kę powtórzyliśmy Galveston, już w nieco zmniejszonym gronie, ale równie fajnie, gorąco i miło. Znów przyjechali najbliżsi i najważniejsi, znów szumiało morze i znów przybyło nam lat. I dobrych życzeń.
W tych latach zaczęłyśmy często spotykać się towarzysko w kręgu samych dziewczyn. No, może już nie dziewczyn, ale kobiet, których mężczyźni coraz bardziej zapracowani, spoważnieli, a my łaknęłyśmy więcej rozmów, plotek, babskich opowieści. Dzieci były już odchowane, potrafiłyśmy dobrze zorganizować sobie czas i zaczęłyśmy spotykać się w mniejszych lub większych grupach z różnych okazji, które zdecydowanie były bardzo „kobiece” i bawiły nas doskonale. Nie wiem kiedy i nie wiem kto pierwszy wymyślił, ale padł pomysł urodzin babskiej 50-ki. Chyba (?) zaczęłyśmy od Beatki.. Nie dam głowy za to, bo jak wiadomo z pamięcią w tym wieku kiepsko, ale tak mi coś po głowie biega…
Różne niezliczone imprezy spotkania celebracje – wspólne radości toasty pomysły. Uwiecznione w setkach zdjęć, których tutaj zamieszczam malutką cząstkę.
A potem to już tak przejęłyśmy się tą naszą tradycją, że tylko dodawałyśmy pomysły coraz to okazalsze i zaskakujące jubilatkę. Najpierw więc jedna z nas Halinka D, utalentowana graficzka, tworzyła przeróżne kombinacje stron czasopism, kolorowych magazynów, w których to pojawiałyśmy się jako słynne kobiety – modelki, aktorki, pisarki, w wywiadach ze słynnymi ludźmi itd. Cuda! Ja np. zostałam uwieczniona z Czesławem Miłoszem i tak to zostało fantastycznie zrobione, że nawet najbardziej mądrzy i spostrzegawczy ludzie nie zaskoczyli, jaka to piękna fikcja artystyczna😊
Moje 50 urodziny obchodzone wspólnie z urodzinami Ani S. W górnym prawym rogu- pamiątka niezwykła,: z Czesławem Miłoszem na okładce Przekroju:)
Później przyszedł czas na inne pomysły np. na party hawajskie w hawajskich strojach i przy hawajskich rytmach, potem było party z masażami dla wszystkich pań, a z czasem ktoś wpadł na pomysł, że atrybutem piękna dojrzałej kobiety jest CZERWONY kapelusz i od tego momentu każda Jubilatka jako dodatek do tortu urodzinowego dostawała czerwony kapelusz. Wszystkie inne przynosiły swoje kapelusze, by dołączyć w nich i solidaryzować się pięknem dojrzałego wieku. Nasze spotkania odbywały się w domach, ogrodach, na basenach, w restauracjach. Każda okazja, każde miejsce było dobre. Z czasem grono trochę się skurczyło. Cóż, dzieci nam wychodziły za mąż, żeniły się, rodziły się nam wnuki. Jedni przechodzili na emeryturę inni wyjechali do Polski.. Drogi się krzyżują albo rozdzielają. Takie życie. Każdy rok przynosi coś nowego. Ani nie oglądnęłyśmy się, a już trzeba było zmienić kolor kapeluszy, czyli w życiorys wkroczyły nam 60-ki. Zrobiło się fioletowo. Też ładnie. Nikt nie posmutniał. Ktoś zarządził swoje 60-te party na biało, więc goście – i panie i panowie – w różnym stylu, ale w jednym młodym kolorze tańczyli i bawili się radośnie. Kapelusze dodały kolorytu czerwonego i fioletowego. Nadal wszystkich rozpierała radość, czas leci a my wciąż razem.
Wciąż okrągłe urodziny pieczętujemy kapeluszami (jaki kolor wymyślimy na 70-ki? Ja proponuję różowy.. w tym wieku już wszystko nam wolno😊 )
Spotykamy się na lunche, pamiętamy o sobie wzajemnie. Ostatnio mimo, że pandemia popsuła nam normalne życie towarzyskie, nie zapomniałyśmy o sobie. W pierwszych miesiącach odbyły się urodziny na zoomie (czego ja osobiście bardzo nie lubiłam, ale to takie moje odczucie). Później jednak, wprawdzie w małym gronie, ale organizowałyśmy celebracje i spotkania. To nie był sprzyjający rok dla uścisków i przytulań, ale nie zamknął nam głowy na pomysły i serc na wrażliwość.
Pandemiczne 65 urodziny Grażyny M. – im trudniej tym tym więcej inicjatywy, kombinacji i fantazji !
Dla naszej przyjaciółki, której 65 urodziny wypadły w samym środku roku pandemicznego wymyśliłyśmy fajny prezent składający się z 6 butelek wina i jednej butelki małej (połówki) na które wymyśliłyśmy naklejki ze zdjęciami Jubilatki z każdej dziesiątki jej życia i z odpowiednim napisem, sentencją dostosowaną do tego okresu. Wszystko to fantastycznie estetycznie i profesjonalnie wykonane przez Anię W. Na połówce – czyli ostatniej „piątce jej życia” dodałyśmy bieżące pandemiczne życzenia i w kilka najbliższych koleżanek spotkałyśmy się w ogrodzie. Urodziny miała niezapomniane i wyjątkowe. Urodziny Pandemia/2020 w jej życiorysie na pewno przejdą do historii!
Wiem, że są ludzie, którzy uważają, że to wszystko jest niepotrzebne. Można żyć bez celebracji, otwierania siebie i opowiadania innym kiedy mamy urodziny czy inne ważne rodzinne daty. Bywają ludzie bardzo skryci i drażni ich postawa ujawniania prywatności. Też to rozumiem i respektuję. Wciąż i uparcie powtarzam: jesteśmy różni! Myślimy różnie, czujemy różnie. Mamy do tego pełne prawo. Także do tego, żeby inni ludzie tolerowali nasze prawo do bycia innym.
Moje serce jest otwarte. Ja cieszę się, gdy mogę komuś złożyć życzenia, zrobić przyjemność, coś miłego zorganizować, napisać kilka ciepłych słów. Sprawia mi to przyjemność.
Ostatnio spotkałam się z takim rozważaniem – co jest ważniejsze: urodziny czy imieniny ? Bo urodziny każdy człowiek ma „swoje”. Własną datę. Tę jedną w kalendarzu, która w jakiś sposób przynależy do niego. Ale – także do tysiąca innych ludzi, którzy urodzili się tego samego dnia..
Taki malutki domowy kalendarz rodzinny
Imieniny – dzielimy z innymi, których rodzice nazwali tym samym imieniem. I nieważne jakie powody nimi kierowały. Ważne jest, że zarówno urodziny jak i imieniny, to okazja do powiedzenia komuś bliskiemu dobrego ciepłego słowa. Do uścisku, do wręczenia kwiatka, do przytulenia. Do okazania mu naszego uczucia. I tylko to się liczy.
Cieszmy się więc, że mamy urodziny, imieniny, rocznice, sukcesy i każdy nowy dzień razem.
Rok 2002 był w Teatrze Ogniska Polskim bardzo obfity. Po intensywnych miesiącach wiosennych, gdy w marcu wystawiliśmy sztukę „Polowanie na Lisa” Mrożka i miesiąc później dużą sceniczną „produkcję” – „Świat nie jest taki zły” nasz zespół zmobilizował się i przygotował dla swoich widzów świąteczną niespodziankę jeszcze w grudniu tego samego roku. Nasz apetyt na scenę wyraźnie zaostrzał się z każdym dniem, zespół rósł w siłę i po raz pierwszy dołączyło do nas kilka dorosłych osób. Coraz lepiej dawaliśmy sobie radę z muzyczną oprawą sztuk, Beatka dotarła do nowych źródeł muzycznych, akompaniamentu i aranżacji, Jasiu grał coraz więcej i lepiej, dołączyła do nas nowa siła śpiewająca Ewa T. Byliśmy w świetnej formie. Mieliśmy pomysły, energię, chęci i wyjątkowy entuzjazm aktorskiej pracy. Na grudniowy wieczór potrzebowaliśmy czegoś lekkiego, wspomnieniowego, przyjemnego na zimowy wieczór. I choć w Houston śniegu i zimy w sensie aury nie ma, to nie znaczy, że nie ma atmosfery zimowej a tym bardziej świątecznej. Już od Thanksgiving wszystkim udziela się ciepło Bożonarodzeniowych przygotowań, więc i Teatr wpadł w taki nastrój.
Sięgnęłam wtedy do wspomnień z przedwojennej kabaretowej Warszawy, Teatrzyku Qui Pro Quo i jego mistrza Juliana Tuwima. Materiałów i pomysłów mieliśmy dużo, bo teatr ten działał od 1919r. dość długo i cieszył się w stolicy wielkim powodzeniem. Zresztą w przedwojennych czasach kabaret był bardzo modny, Kraków miał swój Zielony Balonik a Warszawa Qui Pro Quo.
Chciałam by nasze przedstawienie było zbliżone do budowy przedstawień tamtego kabaretu, czyli składało się z luźnych scenek: monologów, skeczy, tekstów satyrycznych nawiązujących do ówczesnych aktualnych historyjek ulicy warszawskiej czy wydarzeń politycznych. Elementem scalającym te fragmentaryczne sceny stylu życia Warszawy był zawsze niezbędny, obowiązkowy i nieodzowny konferansjer. To on nie tylko łączył różnorodne części przedstawienia, ale także nawiązywał kontakt z publicznością, zmieniał atmosferę wprowadzając nowy nastrój do kolejnej części. Jego rola była niezwykle ważna i przewijała się na pierwszej linii niemal przez całe przedstawienie.
No i oczywiście – jak to w kabarecie! Dużo muzyki i piosenek! Mijają lata i kolejne pokolenia a my wciąż pamiętamy takie nazwiska jak Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna, Mieczysław Fogg, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska czy Adolf Dymsza i ich najpiękniejsze, urzekające do dziś przeboje „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Ta mała piła dziś”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą” czy „Trudno..”
Strona tytułowa programu „Kabarety Kabarety”
Miałam więc do dyspozycji całą plejadę fantastycznych tekstów głównie Tuwima (ale nie tylko!) i mnóstwo piosenek, z których najchętniej przypomniałabym wszystkie houstońskim widzom! Ale – jak wiadomo, życie to nieustający wybór, powodów jest dziesiątki, więc zasiadłam do czytania, pisania, opracowywania, myślenia, kombinowania.. a później do nieustających dyskusji z Beatką a jeszcze później z całą grupą aktorów – i tak powstała pierwsza część grudniowego przedstawienia „Kabarety, Kabarety..” zatytułowana „Co nam zostało z tamtych lat”. Jak się słusznie niektórzy już teraz domyślają, podtytuł nawiązuje do jednej popularnych piosenek kabaretu Qui Pro Quo.
Część druga spektaklu miała także konwencję kabaretową, tym razem oparłyśmy się na wzorcu Kabaretu Starszych Panów, najsłynniejszego programu kabaretowego emitowanego w telewizji polskiej w latach 1958-66, którego twórcami byli Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.
Lista twórców i obsada aktorska spektaklu „Kabarety..”
”Starsi panowie, starsi panowie dwaj, już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj” jak śpiewali w swej szlagierowej piosence, która stała się mottem ich elegancji, pozytywnego myślenia, radości życia dojrzałego i nostalgii za czasami „lepszej młodości” – wszystkiego, czego zwykli ludzie potrzebowali w tamtych siermiężnych czasach. Podobnie jak w wypadku tworzenia części pierwszej tak i tutaj, materiałów było dużo, ale wpadłyśmy na pomysł stworzenia na scenie „żartu świątecznego” i postanowiłam, że napiszę takie Mikołajowe „co-nie-co”.
Część drugą nazwałyśmy „Z wizytą u Nie całkiem Starszych Pań” i stworzyłyśmy na wzór Kabaretu miłych dwóch Panów, małe przytulne mieszkanko, w którym siedziały sobie dwie miłe nie całkiem Starsze Panie (Edyta W. i Ala W.) i w aurze przedświątecznych przygotowań opowiadały, że ich dwaj przyjaciele pojechali na zasłużone wakacje, gdyż z jakiegoś dziwnego powodu wpadli w kłopoty damsko-męskie. Ilekroć wspominali sobie o Hrabinie Tyłbaczewskiej (Kasia L.) owa hrabina, kobieta wymagająca i natarczywa, zjawiała się w ich życiu i nie dawała im spokoju..
I tu – zaczynały się dziać cuda, które mogły się tylko zdarzyć w Kabarecie Starszych Panów.. i na scenie Teatru Ogniskowego w Houston. 😊
Kiedy przez wiele ostatnich lat dojrzał we mnie pomysł zapisania wspomnień teatralnych i przypomnienia choćby fragmentów scenek, byłam świadoma, że dyski, które mam nie są dobrej jakości. Najstarsze sztuki były nagrywane jeszcze na taśmach, dużo później metodą „domową” zostały przegrane na DVD. Niektóre przedstawienia były nagrywane przez rodziców dzieci – aktorów, na kamerach jakie po prostu wtedy były dostępne. Czasem wysiadała bateria, czasem ktoś z widzów potrącił kabel, czasem nagrywający zagapił się i nagrał sufit zamiast aktorów w akcji.. Brakowało światła na scenie, nagrania wychodziły ciemne, głos był ledwo słyszalny.
Starałam się kolekcjonować wszystko. Zdjęcia, nagrania. Ale gdy po ponad 20 latach wróciłam do tego materiałów teatralnych, teraz dopiero widzę jakie ogromne mam luki, jak bardzo brakuje mi dziesiątek elementów, które ja pamiętam, a nie mogę ich już odnaleźć albo nie mogę ich wam pokazać, bo zwyczajnie jakość jest tak katastrofalna, że nie da się tego odtworzyć, wykorzystać. I tak dokonujemy cudów (tu głęboki ukłon i tysiące buziaków dla Ani W za pomoc cierpliwość i próby wydobycia na światło dzienne tego, co jeszcze da się ocalić!) To moje przydługie wyjaśnienie sprowadza się do tego, ze właśnie w tym przedstawieniu wiele scenek jest urwanych, a końcowa – mikołajowa jest bardzo fragmentaryczna. I choć udostępnię wam ją, nie ma w niej nagranego momentu końcowego istotnego dla humoru i kabaretowej puenty (jak np. podarowanie przez Mikołaja Gosposi (w tej roli: Ewa K)
Wróćmy teraz do wspomnień sprzed lat, do prób i przygotowań grudniowej sztuki. Do dni, kiedy czytaliśmy poezję Tuwima, jego monologi, żarty, opowiastki. Po raz pierwszy do naszego zespołu dołączyli dorośli chętni zagrać w polskim teatrze: Rysiek S. Wacek M. Andrzej W. i Ewa T. z pięknym z głosem, a także Beatka M. która wreszcie zgodziła się też zaśpiewać. Obie wspomogły w ten sposób grupę śpiewającą.
Próby nabrały nieco innego charakteru, żartom nie było końca zwłaszcza, że tak jakoś się złożyło, iż w teatralnym kręgu znalazła się cala rodzina MUCH (Tata, córka, syn) co mamie – reżyser nie ułatwiało życia😊. Córka, Ewa M. grała obok mamy, ojciec grał z synem, młodzi śpiewali ze starszymi. Efekty tego połączenia dorosło – młodzieńczego i zupełnie młodego wyszły doskonale. Teatr stał się „wielopokoleniowym”, co jeszcze bardziej przyciągało do nas widzów – kolegów, przyjaciół, rodziców aktorów równocześnie. Na próbach jedni uczyli się od drugich i bawiliśmy się wszyscy razem doskonale.
Królową części pierwszej była nieoceniona Edyta W. grająca rolę konferansjera i łącznika wszystkich małych scenek, monologów, piosenek. Słowo wiążące w większości napisałam sama, ale dodałam pewne cytaty, fragmenty oryginalnych wypowiedzi Tuwima i Hemara, by Edytka stała się prawdziwym wiarogodnym kabaretowym konferansjerem przedwojennego kabaretu. Była na scenie przez cały czas, wpisywała się w każda sytuację, w każdy moment.
Fragmenty dekoracji w procesie przygotowywania jej przez Krysię P- rozłożone jeszcze na podłodze. Już wtedy wyglądały okazale!
Także w przepiękne tło dekoracyjne na ścianie autorstwa Krysi P. która przebywając gościnnie w Houston u swojej rodziny dołączyła do naszego zespołu i pomogła nam tworząc dla nas proste, ale bardzo klimatyczne i piękne dekoracje. To dzięki niej mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w środku nastrojowego wnętrza kabaretowego, siedzimy w przy stolikach obok dam w długich wieczorowych sukniach z szalami boa, w towarzystwie eleganckich panów we frakach, melonikach i białych szalikach. Żywym przedłużeniem tej dekoracji byli aktorzy na scenie uczestniczący w kabaretowym przedstawieniu. A równocześnie każdy z nich miał swoje „5 minut” gdy stawał się elementem – ogniwem całości spektaklu.
Wszystko to – satyryczne opowiastki (Przygoda z kelnerką – Jacek M. ) liryczne ciepłe monologi (Kwiaciarka, Mam chłopczyka na Kopernika – Marlena O.)
czy rewelacyjny tekst (Zwariowany Alfabet) odegrany ruchowo „pantomimicznie” przez świetną czwórkę młodych aktorów – Ewę M. Agnieszkę S. Kasię K. i Jędrka W. stanowiły indywidualne przeboje tego wieczoru.
Rewelacyjny układ pantomimiczny czwórki Młodych aktorów w „Zwariowanym Alfabecie” (od lewej – Agnieszka S, Jędrek W, Kasia K i Ewa M)
Z całą przyjemnością dodaję, że pomysł i układ tej scenki wyszedł od Młodych i ja niewiele miałam tu do roboty. Robiliśmy małe poprawki, wygładzanie wymowy, a ruchy, kombinacje i podział na małe cząstki ich wypowiedzi było wyłącznie ich pomysłem! Byłam naprawdę z nich dumna!!
Oczywiście, dużą częścią kabaretu były scenki większe, historyjki, które zawsze są nieodzowną osią programów kabaretowych. Mieliśmy cztery takie części i każda z nich stanowiła osobną i zupełnie inną całość. Każda też śmieszyła widzów i bawiła do łez. Tu także zadziałało doskonale połączenie wspólnej gry młodszych i starszych aktorów, dzięki czemu scenki były wiarygodniejsze i śmieszniejsze.
Pierwsza pt. „Numerek”, zagrana przez Natalię M. i Andrzeja W. opowiadała o szatniarce, kobiecie w średnim wieku, pedantycznej, ostrej i upartej i Mężczyźnie, który wychodzi z teatru rozbawiony, rozmarzony, bardzo rozgadany i usiłuje odebrać swoje drogie eleganckie futrzane palto.. Niestety, numerek, który podaje szatniarce nie zgadza się z numerkiem wiszącego płaszcza.. Co z tego wynikło.. – możecie posłuchać sami😊
Scenka druga to – jak zapowiada konferansjer wprowadzając nas w atmosferę warszawskiej finansjery słowami „Interesy, interesy! Kupić- sprzedać…! Elegancja – Francja! Dyskrecja -Grecja!” – czyli zaprasza do hotelu Bristol, gdzie Pan Apelsinenszmac i Barometerszpic (Jacek M. i Wacek M. – w rzeczywistości ojciec i syn) – przystępują do „poważnych” interesów, jakich w tamtym czasie i w środowisku bogatych warszawskich Żydów załatwiano każdego dnia niezliczoną ilość.
Bardzo staraliśmy się utrzymać ten dialog z charakterystycznym akcentem żydowskiej wymowy, co dla Wacka nie było takie bardzo trudne (w końcu jakieś tam geny.. jego Tata pochodził ze Lwowa, to się tej mowy nasłuchał w życiu) ale dla Jacka było to nie lada wyzwanie i ćwiczył je całymi tygodniami. Jak się dało, tak się udało – widzowie bawili się doskonale, co możecie zauważyć oglądając nagranie nie najlepszej jakości, ale za to oryginalne z tamtego momentu.
Cztery zdjęcia – każde z innej scenki stanowiące „oś” dramatyczną kabaretu. Zabawne, autentyczne teksty Juliana Tuwima.
Trzecia scenka to zupełnie inny klimat, rozmowa sędziego (u nas była sędzina – Ala W.) i chłopa Danilczuka, w którego wcielił się świetnie Rysiek S. Był tak realistycznym chłopem z Poleszuk, z Mokrych Jarów, że serca wszystkich widzów podbił swoim naturalnym talentem. Niestety, nagranie tej scenki jest bardzo słabe a scenka zbyt długa, by ją tutaj przypomnieć. Podobnie scenka czwarta, najdłuższa zagrana przez młodszych aktorów (Jacka M. Bena S. Ewę K. Joasię S. i Jasia K.) Skecz polityczny naśmiewający się z przewrotności i zmieniających się z prędkością światła nastrojów politycznych tamtych lat i sposobów dostosowywania się do tych zmian. Wszystko w konwencji głębokiej satyry, którą młodzi artyści wyczuli znakomicie i odegrali tę scenkę z dużą ironią.
I muzyczne klamry kabaretowej atmosfery! Piosenki tamtych niezapomnianych lat! „Miłość ci wszystko wybaczy” w wykonaniu naszej houstońskiej Ordonówny – Ewy T. „Trudno- gdy jesteś zakochany” – po raz pierwszy na scenie śpiewająca Beatka M. i tradycyjnie już – piosenki w wykonaniu Kasi K. i Ewy K.
Beatka M. (maja doradczyni, asystentka i przyjaciółka ) okazała się wspaniale śpiewającą aktorką.
Całość naszego wieczoru kabaretowego otwierała i zamykała wspólna piosenka zespołowa „ Co mam zostało z tamtych lat”.
Po tych wspomnieniach i przeżyciach daliśmy naszym widzom kilkanaście minut odpoczynku i po przerwie zaczęliśmy drugą część spektaklu, powiązaną również z tematem kabaretowym, ale stanowiącą osobną, świąteczną połowę przedstawienia. Taką „ z przymrużeniem oka”. Kiedy na scenie w wygodnych fotelach rozsiadły się dwie Nie całkiem Starsze Panie ( Edyta W. i Ala W.) i rozpoczęły snuć opowieści w stylu kabaretowych przekomarzań Starszych Panów, widzowie znaleźli się w świecie kabaretu powojennego, ale równie sympatycznego jak Qui Pro Quo.
Oto jak za czarodziejską różdżką na scenę weszły postaci znane i lubiane z Kabaretu Starszych Panów i zaczęły się dziać rzeczy niesłychane.. Tu trzeba przyznać, że mistrzowską robotę aktorską i wyborne kreacje stworzyli Kasia L. jako Hrabina Tyłbaczewska i Jasiu K. jej partner w kilku wcieleniach (Iluzjonista i Rotmistrz).
Kasia K. zaśpiewała romantyczną piosenkę „O, Romeo”, którą pewnie starsi pamiętają w wykonaniu niezapomnianej Kaliny Jędrusik. Niestety, też nasze nagranie jest ucięte, ale choćby ten mały fragment warto jest odtworzyć.
Starsze Panie z całych sił starały się pomóc Panom i wymyślić sposób na usunięcie z ich drogi naprzykrzającej się im Hrabiny, w tym celu złożyły nawet wizytę docentowi, (Jacek M.) który znał sposób na uzdrowienie niewygodnej sytuacji.. ale na szczęście nadszedł dzień Świętego Mikołaja i jego niespodziewana wizyta rozwiązała wszystkie problemy! Mikołaj (Wacek M.) spełnia życzenia – te możliwe i niemożliwe, wymarzone i niedoścignione. Panie są zachwycone, bo otrzymały mnóstwo prezentów, nawet.. GOSPOSIĘ, a potem, także w wielkim pośpiechu musiały za te prezenty podziękować, podskoczyć w asyście aniołków i – oddać wszystkie z powrotem! Aniołki szybciutko zabrały je zaskoczonym Paniom. Mikołaj wyjaśnił pospiesznie i bardzo logicznie: „Cóż, nie nadążamy za przyrostem naturalnym, a wszystkich trzeba obdzielić sprawiedliwie i jednakowo😊”
Mikołaj (Wacek M) i jego męska część aniołkowej ekipy (Jacek M i Jasiu K)
Ha, ha! Skąd my to pamiętamy?! Mikołaj był bowiem „kabaretowy”, z czasów, w których wszystko w Polsce było niedostępne oprócz satyry, ironii i zwykłej ludzkiej wiary, że śmiech jest dobry na wszystko!
Za to bardzo „naprawdę” NASZ Mikołaj przyszedł do publiczności teatralnej w Houston i obdzielił wszystkich słodkościami – a po przedstawieniu innymi pysznościami i kieliszkiem czerwonego czy białego wina i szampana. Takiej wizyty Mikołaja nikt się nie spodziewał!
To, co kiedyś było „perełką” programu telewizji polskiej, którą wraz z rodzicami wychwytywaliśmy każdego tygodnia niedzielnym popołudniem, u nas zaiskrzyło świąteczną niespodzianką, wspomnieniem „Co nam zostało z tamtych lat” – lat przedwojennych i powojennych najlepszych wspomnień kabaretowych.
Te iskry wspomnień dały nam i naszym aktorom okazję do poznania kabaretowej „kropelki” tamtych czasów, twarzy i głosów z nimi związanych, dobrej zabawy na scenie, a przede wszystkim spędzenia kolejnego teatralnego polskiego wieczoru we wspólnym gronie. Widzowie z niecierpliwością oczekiwali na nową premierę, my przygotowywaliśmy się z dużą frajdą i podnieceniem na moment wyjścia kolejny raz na scenę. Potrzebowaliśmy siebie wzajemnie.
Dodam do tego, że jak widać, poza aktorami, lista osób zaangażowanych w tworzenie spektaklu, stawała się ona coraz dłuższa. W pomysłach reżyserskich i próbach pomagała nam Ewa G, jej mąż Janusz zrobił dla nas muzykę i aranżacje do kilku piosenek, o nowej dekoratorce Krysi P. już wspominałam. Wojtek D, który w innych momentach był aktorem, w ten wieczór zaangażował się jako „ekipa techniczna”, bo dużo szybkich zmian toczyło się na scenie podczas przedstawienia.
Nie wiem czy za sprawą uroczych aniołków damsko- męskich, czy Mikołaja, czy też magia świat sprawiła, że radość i optymizm w naszym zespole wybuchała nowymi aktorami, nowymi pomysłami, planami.
Byliśmy ogromnie teatralnie szczęśliwi 😊!
Cały zespół grający w obu częściach – po przedstawieniu
Zdjęcia powyżej są autorstwa Staszka Aponiuka i zachowały się w archiwum Forum Polonii. Dziękuję! Ukazują aktorów w akcji poszczególnych scenek przedstawienia. Kilka końcowych – to już cały zespół przyjmujący oklaski i kwiaty od widzów:)
P.S. Jeszcze raz przepraszam za jakość nagrań. Nie jest łatwo „ocalić od zapomnienia” staroci przy tempie rozwoju współczesnej technologii.
Od dzieciństwa uwielbiałam czytać książki. Nie było to łatwe, bo książek za dużo nie było, ale były biblioteki. W szkole można było wpaść na dużej przerwie i pogrzebać po półkach jak już zaprzyjaźniło się z panią bibliotekarką. Panie bibliotekarki lubiły uczniów, którzy kochali książki i bardzo podsycały tę miłość. Oczywiście w pierwszym rzędzie musieliśmy czytać lektury obowiązkowe niezależnie w której byliśmy klasie. Każdy z nas pamięta, że trudno było pokochać tamte wszystkie tytuły. Potem już jako nauczycielka polskiego (i dziś z perspektywy czasu i logicznego spojrzenia) wiem, że połowa tych książek nie była nam potrzebna do rozumienia świata i samodzielnego myślenia. Ale – nie będę krytykować dziś szkoły, która mnie i całe moje pokolenie wychowała. Większość z nas wyrosła na mądrych i myślących ludzi, więc lektury szkolne nam nie zaszkodziły. Jako nauczycielka mocno się nagłówkowałam, by dodać do tych najbardziej szablonowych i ciężkich do przełknięcia obowiązkowych dla uczniów lektur, trochę psychologii, trochę pikanterii, trochę analogii do współczesnego im życia, trochę nieszablonowej interpretacji, by każda książka nieco „ożyła”.
Pierwsze książki dzieciństwa i młodości wciąż na mojej półce
Kiedy miałam 10 -11 lat pani bibliotekarka wskazała mi pierwsze książki, które pokazały mi inny świat niż ten, co krążył wokół mnie codziennie. Może dziś już nie pamiętam wszystkich tytułów (och, ta pamięć, jak ona się starzeje😊) ale „Ten Obcy”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Pipi Pończoszanka”, „Biały kieł”, „O psie który jeździł koleją” czy „Lessie wróć” potrafię wymienić jednym tchem. Potem była cała seria książek Krystyny Siesickiej, by nagle przerzucić się na serię „Przygód Tomka” autorstwa Alfreda Szklarskiego, czy „Wyspę skarbów”. Nie pamiętam nawet kolejności tych lektur, która z nich była ta pierwsza, a z którą spotkałam się dużo później.
Wtedy dość często odwiedzaliśmy z rodzicami rodzinę od strony Taty, mieszkającą niedaleko nas. Wujek M, starszy brat taty, był moim chrzestnym ojcem. Mieli troje dzieci i najmłodszy z nich, Kazik, był w moim wieku. Dużo nas wtedy rodzinnie łączyło. Kazik też uwielbiał czytać i tak zaczęły się nasze dziecięco – młodzieńcze dyskusje książkowe. To właśnie on wskazał mi Trylogię Henryka Sienkiewicza i jeśli dobrze pamiętam byliśmy wtedy w szóstej może w siódmej klasie. Wyprzedzał mnie zawsze o kilka rozdziałów albo o cały tom, co mnie doskonale mobilizowało do czytania i gotowości do dyskusji przy następnym rodzinnym spotkaniu. Dołączała się do nas starsza siostra Kazika, Ela, choć ona była dość cicha w tych rozmowach. My zaś, jak na dzieciaki w takim wieku, solidnie rozgadani i zapaleńczo rozdyskutowani. Do dziś pamiętam rozmowy o bohaterach każdej z tych części. Żyliśmy wtedy fascynacją każdej nowej akcji, mogliśmy o tym gadać godzinami. Dziś wydaje mi się to dziwne, że dzieci w wieku 11-12 lat zamiast biegać po podwórku albo po krakowskich plantach siedzą w pokoju dyskutują o akcji czytanych książek. Wtedy wierzyliśmy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie wyobrażaliśmy sobie, że istnieje coś takiego jak świat wykreowany przez pisarza. Dla nas TO działo się gdzieś obok, a my byliśmy gdzieś tam w samym środku akcji. Lata mijały, moja droga życiowa z kuzynem zetknęła się jeszcze w liceum, ale byliśmy w innych klasach choć w równoległych (on, znacznie mądrzejszy był w klasie matematycznej!) a potem i tak okazało się, że dostał się na polonistykę, gdzie wciąż jest mądrym profesorem. 😊
Właśnie w czasie tych młodzieńczych przemyśleń, przy okazji zmagań dobrych i złych bohaterów Trylogii zwróciłam uwagę na kobiece postaci, na Oleńkę, Helenę Skrzetuską a przed wszystkim na Baśkę Wołodyjowską. Zafascynowała mnie jako Kobieta „z charakterkiem”. Nie na darmo nazywano ją też Hajduczkiem. Niby drobna, malutka, delikatna, a jednak jak na owe czasy zainteresowana „męskimi” czynnościami życia – jazdą konną, strzelectwem, polowaniem i wojną, która już na pewno nie była wskazaną i dostępna powinnością ówczesnych kobiet. Baśka zaimponowała mi wszystkim, co autor przypisał jej w swej powieści – kochała całym sercem bez granic (ba, to przecież ona oświadczyła się „Małemu Rycerzowi” a nie on jej!)
Z narażeniem życia uciekła od okrutnego Azji, opiekowała się rannymi.. pewnie dużo jej działań już zapomniałam a jednak to postać Baśki, jej mocny charakter w działaniu połączony z romantyzmem i szczerością serca wywarły na mnie tak silne wrażenie, że do dziś gdy staję w obliczu trudnych myśli, przełykam ciężkie chwile – w głowie mam cichy szept Michała Wołodyjowskiego: „Nic to, Baśka” Ten cytat miał też ładny epizod w naszym małżeńskim życiu. Kiedyś nie tylko ja lubiłam „Baśkę”😊
„Ania z Zielonego Wzgórza” – wszystkie tomy znałam niemal na pamięć!
„Anię z Zielonego Wzgórza” czytaliśmy wszyscy. Wbrew pozorom nie tylko dziewczyny. Mój kuzyn świetnie orientował się w losach głównej bohaterki, zwłaszcza, gdy odkryliśmy, że istnieją kolejne tomy, mało znane i wtedy trudno dostępne. Zatrzymaliśmy się chyba na części zatytułowanej „Rilla ze Złotego Brzegu”, choć jak się dużo później dowiedziałam, powstały jeszcze jakieś następne tomy. Historię ognisto-rudej dziewczynki znali wszyscy niemal na całym świecie. Jej życiowe perypetie, od biednej niechcianej dziewczynki z domu dziecka do obrazu dojrzałej mądrej ambitnej i dobrej kobiety, jej miłosne zakręty i niesłychana dobroć serca, dla każdej młodej dorastającej dziewczyny była marzeniem pięknego życia. Ale właśnie te mniej znane dalsze, już dorosłe losy Ani uświadomiły mi, że nikt nie ma życia bez kłopotów zawirowań, zakrętów i bólu. Śmierć pierwszego dziecka Ani, wojna, w której ginie syn – marzyciel i poeta, ciężkie dni choroby.. Tak, nawet Ania – romantyczka, chodząca dobroć w jednej potrzebnej chwili zamienia się w twardą skałę. Bo „po nocy nadchodzi poranek i wschodzi słońce”. Może nie zapamiętałam dokładnie tego cytatu i nie jest to odkrywcza myśl, ale w tamtych czasach marzeń o tym jakie będzie moje życie, wydawały mi się te słowa ważne. Zawsze trzeba wierzyć, że po nocy nadejdzie nowy poranek..
Czasy, w których dorastało moje pokolenie były „otwarte” dla kobiet. Pozornie – istniało równouprawnienie, większość kobiet pracowała, bo zarobki były niskie i zazwyczaj mężczyźni nie mogli sami utrzymać rodziny. Przynajmniej u mnie w rodzinie tak było. Mimo, że tata był inżynierem mama zgłosiła się do pracy, gdy już zaczęłam chodzić do szkoły, bo z jednej pensji ciężko było żyć na przyzwoitym poziomie. Ale w domu Mama robiła wszystko sama. Jakoś nie było „równości” w sprzątaniu, zakupach, gotowaniu, zajmowaniu się dziećmi. Nie pamiętam żadnego rodzinnego obrazka, by Tata pomagał Mamie w przygotowaniach świątecznych. A wiecie jakie to były przygotowania! Dwa tygodnie sprzątania z pastowaniem podłóg, myciem okien i trzepaniem dywanów, zakupów w wielogodzinnych kolejkach, gotowania, pieczenia itd.. Co najwyżej, znikał z domu, żeby nie plątać się pod nogami i nie zawadzać czytając gazetę. Czasem, zdarzało się, że gdy wyszedł, po kilku godzinach wracał triumfalnie wnosząc wysoko przed sobą siatkę z kilkoma pomarańczami, które zdobył w świątecznym szaleństwie, gdy „rzucili” je na stoiska.
Mama nigdy nie miała do niego o to pretensji, nie buntowała się, że tak to jest „poukładane”. Ja natomiast, zaczęłam się temu dość wcześnie przyglądać i budził się we mnie bunt – dlaczego? Dlaczego facet, mąż nie może robić w domu domowych rzeczy? Dlaczego obowiązki nie mogą być jakoś podzielone? Przecież mama też chodzi codziennie do pracy. Tata wracał z pracy do domu już parę minut po 15.00 (to były czasy😊) a Mama, ponieważ dojeżdżała tramwajem, docierała do domu dopiero po 16.00. Tata już wtedy był po swojej codziennej drzemce popołudniowej, Mama zabierała się za obranie ziemniaczków, bo reszta obiadu była zazwyczaj ogarnięta i przygotowana poprzedniego dnia.. Budziła się we mnie złość i kiedy już byłam w liceum, miałam dobry kontakt z Mamą, dużo rozmawiałyśmy. W tych rozmowach Mama przyznawała mi rację, ale też zawsze broniła Taty, a może nawet nie tyle jego, ile obyczaje, tradycję, w której wyrosła i w jakiej ułożyło się jej małżeństwo. Była z tym szczęśliwa. Te ich „trybiki” tak pracowały i to co mnie wydawało się niewłaściwe i niesprawiedliwe, dla nich było zupełnie normalne. Dziś to rozumiem, ale wtedy rozmyślałam o mojej rodzinie i wierzyłam, że u mnie będzie inaczej, ja będę silna i niezależna. Dam sobie radę we wszystkim sama. Nie uzależnię się od mężczyzny!
„Wiśta wio! łatwo powiedzieć” –to chyba powiedzonko z serialu „Dom” jeśli ktoś pamięta😊 Właśnie, łatwo powiedzieć, a zrealizować dużo trudniej. Ta moja niezależność szła sobie przez całe dorosłe życie trochę pokrętną ścieżką…
Każda kobieta ma w sobie trochę romantyzmu i choćby nie wiem jak go ukrywała to czasem lubi poddać się marzeniom, zasiąść do kolacji przy świecach, otrzymywać piękne kwiaty, tajemnicze ciepłe słówka w liście. Banalne ale piękne! Mężczyzna lubi to dawać, my lubimy otrzymywać. Także odwrotnie. Lubimy wzajemną intymność choćby była najbardziej „lukrowana” i wydarzyła się już po raz milionowy. Bo jeśli wydarza się tylko nam i tu i w tej chwili, to jest tylko nasza. Bo dwoje ludzi ma prawo do romantyzmu, uniesień i równości w takiej chwili. Nic w tym złego.
Z romantyzmem czy z siłą babskiej wolności – na co dzień czy od święta.. Jakoś się kręci już ponad 47 lat…
Ale życie ma swoje prawa. Jest dom, jest praca, są obowiązki, stresy, nieporozumienia. Wyjazdy, rozstania, czekanie.
I ambicje: dam radę! I dawałam sobie radę. Miesiącami bywałam sama – dzieci zawoziłam do żłobka, do przedszkola, biegłam do pracy, dywan wielki kupiłam – przywiozłam do domu i założyłam na całą podłogę. Dziecko zachorowało – też dałam radę.. No i moja obserwacja z rodzinnego domu i teoria równości zadań rodzinnych gdzieś uleciała… Nawet nie zauważyłam gdzie i kiedy. Ale byłam silna. Jak trzeba było dawałam sobie radę w każdej sytuacji!
Pracowałam, gotowałam, sprzątałam, byłam z mężem zawsze, gdy gdzieś trzeba było być razem. Po latach obsesja i perfekcja, by wszystko było bez zarzutu, doprowadziły mnie do punktu, w którym popatrzyłam na siebie do lustra i stwierdziłam, że ja NIE CHCĘ dawać sobie radę ze wszystkim! Ja bym chciała, nawet dziś kiedy wydaje się, że już za późno na zachcianki, żeby ktoś o mnie się martwił, żeby ktoś dla mnie coś zrobił, o mnie zadbał jak o słabą osobę.. Nie zawsze trzeba być silną. Nie zawsze trzeba być „babą- siekierą”. Nie zwalniajmy męskiego świata od odpowiedzialności opieki i czuwania nad „drugą połową” tylko dlatego, że żona – kobieta jest silna, zaradna i zawsze da sobie radę. Zadba o wszystko, dopilnuje, poradzi sobie.. Napisze listę poleceń, wykona listę i jeszcze raz ją sprawdzi..
Oj, na mój stary babski rozum rozpuściłyśmy męski klan przez ten feminizm i konieczność własnej niezależności do granic przesady. Cóż, słyszę teraz krzyki oburzonych kobiet, że nie mam racji, bo silne wolne i wyzwolone CHCEMY być i równocześnie widzę panów poirytowanych i kipiących gniewem, że to nieprawda, przecież mężczyźni są silni i nie uchylają się od równych obowiązków i równego traktowania swoich (i innych) kobiet.. Wow, Wow! Kij włożony w mrowisko. Teraz można pogrzebać już tylko na „swoim podwórku” i pomyśleć: a jak jest u mnie w moim życiu?..
Teraz wiem, że ten idiotyczny status wyzwolonych niezależnych kobiet nie doprowadził nas do równości a do odciążenia świata męskiego od odpowiedzialności za „równość kobiet” Mam wrażenie, że moja siła i niezależność w praktyce niewiele różni się od modelu „siły” mojej Mamy, choć tak bardzo tego nie chciałam.. Skoro mogę malować ściany, załatwiać fachowców, ustalać plany i pilnować ich realizacji, pamiętać o wszystkich rocznicach, uroczystościach rodzinnych, wysyłaniu i pisaniu kartek świątecznych i milionie spraw, których NA PEWNO nie muszę robić tylko ja, to znaczy, że jestem „sama sobie winna” jak mówi moja córka. Ustawiłam nasze życie tak, że mój bardzo dobry i kochany mąż dzięki silnej niezależnej żonie nie musi martwić się „po równo” 😦 (No tak, sama chciałam 🙂 ).
Mam wiele ciepła i romantyzmu w moim domu, często mam piękne kwiaty i wiele dobra rodzinnego, a jednak – dlaczego czasami czuję, ze „równość”, o której marzyłam kiedyś, oddaliła się się od moich młodzieńczych wizji i wyobrażeń??
Moja córka też jest z takich silnych kobiet. Może jeszcze silniejszych niż ja, tyle że troszkę inaczej😊. Czasem martwię się, że dużo w tym mojej winy. Cóż, geny robią swoje, wzory rodzinne, wychowanie obserwacja świata i ludzi idą swoja drogą. Ale wiem też, że ma w sobie wiele ciepła i romantyzmu, więc naturalny balans zachowa się sam.
„Chyłka” – i nie tylko, czyli Remigiusz Mróz w każdej postaci powieściowej
Ostatnie lata zaczytuję się w powieściach Remigiusza Mroza (zresztą nie tylko ja! W końcu jest na pierwszym miejscu najpoczytniejszych pisarzy współczesnych w Polsce). Przeczytałam wszystkie jego książki, ale o tym kiedyś napiszę osobno, bo mam takie dziwne uwielbienie kryminalno-psychologiczne, filmowe i literackie. Dziś w tym moim rozgadaniu chcę przywołać Chyłkę – prawniczkę, ulubioną bohaterkę już bodajże 12 tomów różnych niesamowitych i fantastycznie opowiedzianych historii kryminalno-prawniczych. Ale – uwaga! z wątkiem miłosno-romantyczno-żartobliwo-osobliwym Chyłki i Zordona. Nie będę tu pisać recenzji ani zdradzać akcji, bo kto lubi to czytał albo przeczyta (Polecam! Polecam gorąco!)
Chyłka jest pełnym obrazem stuprocentowej silnej kobiety! Współczesnej, niezależnej, ostrej (aż za ostrej!), która kocha swoją pracę, karierę, nie ma żadnych kompleksów, zahamowań, daje sobie radę w każdej sytuacji i wydaje się, ze nic nie może jej psychicznie powalić. Jej reakcje w najbardziej zaskakujących sytuacjach są szokujące, nieprzewidywalne i bardzo.. ”nie-kobiece”.
Obok pojawia się Oryński, młody prawnik, praktykant przydzielony Chyłce do współpracy i jak się okazuje.. na całe życie. A że nie jest to romantyczna historia z happy end-em więc zawirowań powikłań i problemów więcej nikt by nie wymyślił niż nasz autor, pan Mróz.
Tak, jesteśmy siłą! mamy to co chcemy w wszystkimi tego konsekwencjami, dobrymi i mniej dobrymi..
Tak, tak! – wiem, że można mi zarzucić, iż mieszam literaturę z prawdziwym życiem a to nigdy nie jest to samo. To też wiem. Jestem już „dużą dziewczynką” i mam dawno za sobą takie doświadczenia. Nie każdy lubi analizować swoje życie, nie każdy potrzebuje wiedzieć, co naprawdę go ukształtowało i dlaczego. Ja coraz częściej chcę. I już nie boję się o tym sobie samej mówić. I wiem, że moje rozważania mogą być tylko MOJE, że nikt inny NIE musi się z nimi zgadzać. Przecież jesteśmy różni. Czujemy różnie. I to jest piękne!
Każdy człowiek nosi w sobie poczucie i potrzebę wolności i niezależności. Wolności płci, słowa, kariery. Ale z drugiej strony – człowiek jest „zwierzęciem stadnym”. Szukamy drugiej połowy, przyciągamy do siebie innego człowieka, potrzebujemy wsparcia. Młodość potrzebuje innej wolności niż lata dojrzałe. Rodzina wymaga innej równości. Czasami pojawia się potrzeba dominacji i nawet nie zauważamy kiedy balans chwieje się i konsekwencje są bardzo poważne.
Literatura, poezja, film od wieków o tym mówiły i mówią – ba, nawet krzyczą o tych problemach bardzo głośno! Dlatego myślę, że moje przemyślenia wychodzące od bohaterek dziecięcych powieści i wciąż pojawiającej się nowej literatury krążącej wokół mnie, wcale nie są tak odlegle od tego, co spotyka nas przez całe życie.
Jedni fascynują się rozprawami filozoficznymi, czy esejami psychologicznymi, inni lubią rozrywkę lekką i zabawną albo mrożące w żyłach kryminały. Wszędzie szukamy bohaterów, którzy nas zafascynują cechami, jakich często sami nie posiadamy. Głowa przyswaja sobie schematy, tworzy marzenia, układa własny sposób na życie.
Tylko – ile naprawdę możemy z tych marzeń i planów zrealizować? Nie jesteśmy bohaterami książek czy filmów, nie możemy dowolnie jutro „napisać” siebie od nowa.
Ale możemy bardzo starać się być silną kobietą z odrobiną romantyczności – czyli Kobietą Idealną😊 choćby dla siebie samej..
P.S. Dla podtrzymania tematu odsyłam do napisanych już wcześniej wpisów o podobnych rozważaniach – choć bardziej teatralne: „Jej portret, twój portret, nasz portret” z 3 marca i „Być kobietą” z 4 kwietnia 2021.
Wymyśliłam taki tytuł, że pewnie nikt nie wie o czym będę dziś pisać i co mi po głowie chodzi. Sama nie wiem tak do końca. Tekst ma być o mnie o dziewczynce – o kobiecie, w której dojrzewała Babcia, jaką dzisiaj jest.
Jedno z pierwszych zdjęć z pierwszym wnukiem – kiedy zostałam Babcią!
Każdy człowiek ma, jak mawiała moja Mama „białe noce”. Takie dziwne noce, które nie chcą być nocami, utulającymi nas w cichym spokojnym śnie. Śnie, który przerywa zmęczenie po całym dniu, przynosi spokój, ukojenie myśli, daje wytchnienie zmęczonym mięśniom. Wyłącza nas na kilka godzin z kieratu dobrego spokojnego czy też nerwowego i trudnego życia. Czasem tak, czasem siak. Sen – dobra wróżka, zamykająca powieki, zamykająca szufladki myśli, problemów i kłopotów. A nawet radości, nadmiernych egzaltacji i uniesień.
Gdy jednak ogarnia nas „biała noc”, gdy noc przeobraża się w dalszy ciąg dnia, choć za oknem ciemność i gwiazdy na niebie – nasz mózg ma się źle. Myśli nie chcą dać mu odpocząć, mimo wygodnego łóżka i cieplutkiej pościeli nie możemy ułożyć się w pozycji gotowej do snu. Kręcimy się, siadamy, wstajemy, idziemy po szklankę wody, sprawdzamy godzinę na zegarku i dziwimy się, że czas tak powoli płynie..
Znacie to? Ja aż za dobrze.. Tak było w głębokim dzieciństwie gdzie potrafię sięgnąć pamięcią, w młodości szkolnej. Tak było w czasach, kiedy wydawało się, że po dniu pełnych miliona spraw rodzinnych, zawodowych, domowych, szkolnych, po sprzątaniach, praniach, telefonach towarzyskich, odrabianiu lekcji z dziećmi, kłóceniu się z mężem, planowaniu zakupów na następny dzień, wieczorem już tylko mogę paść na łóżko i zapaść natychmiast w najgłębszy wielogodzinny sen (och, jeśli życie pozwalało to może 6, 7- godzinny.?) A jednak, mimo, ze padałam, dopadała mnie „biała noc” . Najpierw była mgła, już zbliżała się czarna dziura nocy a kiedy zbawienny sen prawie nadchodził, już był blisko – zaczynał się taniec rozmyślań. I nie miałam szans go powstrzymać. Nie umiałam go odtrącić przegonić..
Jako mała dziewczynka nigdy nie miałam babci. Swojej „własnej” babci. Ponieważ Mama pochodziła z wielkiej wielodzietnej rodziny, gdy ja się urodziłam mama mojej Mamy właśnie wtedy umarła. Miałam dwa miesiące, więc nigdy jej nie poznałam. Widziałam zaledwie może dwa-trzy zdjęcia, bo przecież kto w tamtych czasach, zwłaszcza w biednych rodzinach, troszczył się o udokumentowanie kogoś na zdjęciach. Jedyne, które wbiło mi się w pamięć, to zdjęcie babci na łożu, już po śmierci, bo (niestety) takie rodzina postanowiła uwiecznić wśród świec i kwiatów. Cóż, takie były czasy i takie obyczaje. I to zdjęcie znalazłam w rodzinnym albumie jako nastoletnia dziewczynka. Babcia wydawała mi się bardzo stara, w czarnej chuście na głowie, ubrana oczywiście na czarno. A miała tylko 62 lata. Ale żadne z tamtych starych zdjęć nie zachowało się do dzisiaj, przynajmniej w moich „archiwach”.
Pomyślałam wtedy, że.. nie chciałabym mieć nigdy takiej babci.. Nie miałam wtedy pojęcia, ile ta kobieta w swoim życiu przeszła, jak ciężko pracowała. Urodziła czternaścioro dzieci, gotowała posiłki na piecu, codziennie rozpalanym zwykłym drewnem. Nie miała pralki, przeżyła wojnę, nie wiedziała co to chwila dla siebie, odpoczynek, co to kino, książka. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że ta pani w czerni była moją babcią.
Drugą babcię pamiętam bardzo mgliście. Mieszkaliśmy razem z nią w małym dwupokojowym krakowskim mieszkaniu, ale gdy miałam pięć lat babcia umarła. Niestety, wcześniej długo leżała sparaliżowana i pokój, w którym przebywała zawsze był zamknięty. Moje dziecięce wspomnienie kojarzy się tylko z zapachem, brzydkim zapachem, który zawiewał z tamtego pokoju. Mama często kazała nam rano leżeć okrywając kołdrą po samą brodę, gdy szeroko otwierała okna. Niejeden raz bywało bardzo zimno, a ona wietrzyła pokój bardzo długo, rano i wieczorem. Nie rozumiałam, co się dzieje. Nie wiedziałam, jak bardzo trudno jest rodzicom, a zwłaszcza mojej Mamie, która mając dwoje malutkich dzieci, jeszcze opiekowała się dniami i nocami swoją teściową, nie ruszającą się z łóżka ponad półtora roku. Czasy były takie, że chorzy starzy ludzie po prostu leżeli – umierali w domu. Pewnego dnia Mama wzięła mnie za rękę i powiedziała, że za chwilę wejdziemy do pokoju babci, bo babcia chce mnie zobaczyć. I żebym uścisnęła babci rękę i uśmiechała się do niej. Pamiętam doskonale ten moment. Nie wiem dokładnie kiedy to się zdarzyło, pewnie na kilka tygodni przed babci śmiercią. Miałam 5 i pół roku. Weszłam, zobaczyłam siwą bielusieńką staruszkę, pamiętam ten obrazek jakby dziś był wciąż przede mną! Babcia uśmiechała się. Nie miała zębów. Jak taki obrazek mogło zapamiętać tak wyraźnie 5-letnie dziecko? Nie wiem. Ale jestem pewna, że zapamiętałam. I zapamiętałam strasznie przykry zapach. Nawet jako dziecko nie mogłam go znieść. Do dnia dzisiejszego mam ogromną wrażliwość na zapachy. Poznaję i zapamiętuje wszystkie zapachy. Wiele sytuacji życiowych, dobrych i złych, najszczęśliwszych i trudnych kojarzy mi się właśnie z zapachami.
I już nie uścisnęłam babci ręki. A w każdym razie nie pamiętam tego. Mama wyprowadziła nas z pokoju babci. Mnie i mojego brata, którego trzymała na ręku. Miał niewiele ponad rok.
W październiku, był piękny słoneczny jesienny dzień. Nasza sąsiadka – opiekunka zabrała nas na spacer. Kiedy wróciliśmy, Mama paliła w pokoju w piecu. Mieliśmy ładne piece kaflowe. Pamiętam, że zapytałam ją dlaczego pali w piecu, przecież jest tak ciepło na polu.. (wiecie przecież, że nie na DWORZE! mówi do was Krakuska!) Nie wiem, co Mama odpowiedziała, ale już więcej babci nie zobaczyłam, a po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się, że w domu były dwa pokoje a odór leków, mięty, moczu i czegoś pewnie jeszcze zniknął na zawsze. Jest mi bardzo smutno, bardzo ciężko i nie wiem, czy już kiedyś o tym komukolwiek mówiłam, ale obraz drugiej babci kojarzy mi się z tym brzydkim zapachem. I gdyby gdzieś się pojawił koło mnie, pewnie natychmiast bym go rozpoznała. Miałam tylko kilka lat i nawet fakt, że moja babcia była chora nie był dla mnie straszny. Tylko ten zapach był porażający. Zapach, który był koło mnie długie miesiące, choć jako dziecko nie byłam tego świadoma..
Wiedziałam, że moje kuzynki mają babcie, że jeżdżą do nich na wieś, spędzają tam wakacje. Kiedyś nawet, gdy już byłam w szkole podstawowej, pojechałam razem z nimi na taką wyprawę. Zazdrościłam im, że mają swoje babcie. Ale równocześnie NIE chciałam mieć moich babć, bo bałam się ich starości, ich zapachu a przede wszystkim tego, że ich – zupełnie NIE znałam..
Z czasem zaczęłam dorastać i rozumieć, co znaczy mieć babcię. Wiele rodzin było wokół nas trzypokoleniowych. Jeździli na wakacje do dziadków, zostawali na ferie szkolne z babcią, mieli swoje święta rodzinne w gronie, gdzie babcia i dziadek byli ważnymi osobami. W moim dzieciństwie i młodości często natrafiałam na książki i opowieści, gdzie starsza pani – babcia była ogniwem spajającym rodzinę, przykładem dla młodych, a przede wszystkim niemal zawsze była chodząca łagodnością, dobrocią i ciepłem. Wciąż jednak była dla mnie postacią daleką. Książkową, filmową, ale nigdy nierealną. No i zawsze.. starszą, siwą, troszkę zmęczoną. A potem gdzieś pojawiła się w moich wyobrażeniach staruszka wesoła sprytna, taka, która potrafiła przechytrzyć niejednego naiwnego młodego człowieka. Już nie pamiętam, jaki to był film, gdy staruszka uwielbiająca podróżować po świecie, wsiada sprytnie bez biletu do samolotu i uwikłana w tragiczną sytuację z terrorystą (który przypadkiem jest jej sąsiadem na siedzeniu obok) i bombą na pokładzie – przydaje się w ostatecznym uratowaniu samolotu przed nieuchronną katastrofą. W zamian za to babcia – staruszka otrzymuje już do końca życia darmowe bilety na kolejne loty po świecie. Film trzymał w napięciu, był dość dramatyczny, ale sympatyczna i bardzo sprytna staruszka zmieniła moje wyobrażenia o babciach. Tytułu filmu nie pamiętam, ale z pewnością ktoś mi pomoże i podpowie, za to obrazek babci zapamiętałam do dzisiaj.
W latach mojej młodości polska szara rzeczywistość nie dawała naszym mamom, które powoli zostawały babciami zbyt wiele szans na modne stroje, odważne kolory. Wiek „wymagał” powagi, przekroczenie 40-ki to był próg, który w latach 70-tych nie pozwalał na sukienki czy spódniczki przed kolana, na modne szerokie nogawki spodni czy plastikowe kozaki. Te wszystkie akcesoria ówczesnej mody dostępne były tylko dla młodych kobiet. A czterdziestolatka czy pięćdziesięciolatka to już przecież była stateczna osoba. Zwłaszcza jak.. była babcią. Dziś czasy zmieniły się kompletnie. Czasem trudno odróżnić Mamę od Babci, Córkę od Mamy. Sama byłam niejeden raz świadkiem sytuacji, gdzie córka z nagannym spojrzeniem mówiła do swojej Mamy – Babci: mogłabyś mieć trochę dłuższa tą sukienkę! A Babcia – Mama odpowiadała ze szczerym śmiechem: a mnie się taka bardzo podoba😊 !
No i fryzury! Moda na „trwałą” – sposób na postarzanie nawet najbardziej młodych i świeżych twarzy. I jeszcze tapirowanie włosów, im wyższa „wieża” tym lepiej.
Długo zeszło naszym Mamom, by przekonały się, że zmiana koloru włosów z siwych na kasztanowe czy lekko blond a może trochę czarne jest zdecydowanie korzystniejsza niż naturalna babcina siwizna.
Nigdy nie widziałam mojej Mamy w spodniach! Tak, była przy tuszy (och, coś o tym wiem, niestety!) ale myślę, że nie nosiła tych spodni, głównie z powodu wpojonej jej zasady, że kobieta po 40-ce spodni nosić NIE może. Dziś każda kobieta grubsza (gruba i najgrubsza) znajdzie sposób na chodzenie w spodniach, z tuniką, długim swetrem, luźną koszulą. Stawiamy na wygodę, na luz i nikogo to nie dziwi. Moda ma swoje prawa. Poczucie swobody, zasady i czasy w jakich przyszło nam żyć zmieniają nasze wyobrażenia i marzenia.
Moi rodzice w Polsce – na różnych wakacjach ze swoimi wnukami. Mieli ich piątkę. Także trzech chłopców w rodzinie mojego brata.
Moje dzieci miały więcej szczęścia. Do czasu naszego wyjazdu do Stanów wychowały się w bliskości dziadków, choć od początku mieszkaliśmy w innym mieście, więc nie był to kontakt codzienny. Ale większość świąt spędzaliśmy razem, często przyjeżdżaliśmy do rodziców na weekendy, moi rodzice uwielbiali zabierać dzieci na wakacje i wyjazdy na ferie wiosenne czy jesienne. Każda Babcia oferowała cos innego, każdy Dziadek był troszkę inny. Wnukom pozostały bardzo różne wspomnienia. Ale cała czwórka dziadków zaoferowała wnukom tak wiele dobrego, że do dziś noszą w sobie bogactwo wspomnień i doświadczeń tamtych lat, choć dziś są dorosłymi ludźmi. To właśnie Dziadek Bronek zaszczepił w moich dzieciach bakcyl wędrówek i potrzebę nieustających wycieczek poznawania Świata. Babcia Helenka opowiadała historyjki rodzinne i lepiła z kolorowego papieru i złotek ozdoby na choinkę, których już dziś nich z nas nie potrafi odtworzyć. Babcia Janka czytała książeczki, godzinami rozmawiała o polskiej historii a Dziadek Władek rozśmieszał naiwnymi pytaniami i rozbawiał swoim bardzo specyficznym naiwnym humorem.
Kiedy już byliśmy w Houston, Helenka przyleciała do nas kilka razy, w pierwszym małym mieszkaniu dzieci dzieliły z nią pokój, pomagały jej dzielnie przetrwać bardzo ciężki czas po śmierci Dziadka Bronka. Babcia odzyskała równowagę i chęć do życia tylko dlatego, że miała koło siebie swoje wnuki. Piekła ciasta, pączki, gotowała obiady, jeździła z nami na wycieczki, cieszyła się ich nowym lepszym życiem i miłość pokoleniowa działała w obie strony. Po kilku miesiącach mogła wrócić silna i znów gotowa pomagać wnukom, których jeszcze trójkę miała w Polsce.
Wszystkie zdjęcia pochodzą z wizyt dziadków w Houston. Niestety, mój ojciec- dziadek Bronek nie zdążył nas odwiedzić, zmarł rok po naszym wyjeździe z Polski
Potem przyjechali rodzice mojego męża. Znów moje dzieci na kilka miesięcy mieli Babcię i Dziadka obok siebie. To były wyjątkowe chwile. Trzy miesiące później dziadek Władek zmarł na wylew.
Pra-babcia Janka z małym Christophkiem. Ale poznała także Lukasa.
Babcia Janka dożyła 96 lat. Moje wnuki przez kilka lat miały pra-babcię. To wielkie szczęście. Coś, co uważam za „podwójne” błogosławieństwo. Babcia Janka cieszyła się ich przyjazdami do Polski i choć najmłodszego z nich, Chase’a, nie poznała osobiście, to miała dużo jego zdjęć, opowieści. Piękny to prezent od życia – być Matką, Babcią i pra-Babcią…
Kiedy moja Mama została Babcią miała 53 lata. Ja także miałam 52 lata. Czy byłyśmy takimi samymi babciami? Pod wieloma względami tak. Obie byłyśmy niezwykle szczęśliwe, że zostałyśmy obdarowane przez los wnukami. Byłam ogromnie dumna, że jestem młodą babcią. Chwaliłam się tym faktem wokół i z radością oświadczałam, że być BABCIĄ jest fantastycznie! A byłam jedną z pierwszych babć w moim koleżeńskim i przyjacielskim gronie. Dobrych kilka lat upłynęło zanim inne koleżanki poczuły i zrozumiały moje uczucia świeżo upieczonej babci. Nie miałam żadnego poczucia, że muszę zmienić swoje zwyczaje, stać się „babcią stateczną”, a już – nie daj Boże! siwą i poważną! Moje życie nie zmieniło swoich zwyczajów, moje ubrania nie zmieniły kolorów, które lubiłam i nadal lubię. Uwielbiałam tańczyć, pracować i cieszyć się życiem, choć już wiedziałam, że nasza rodzina jest teraz trzypokoleniowa. Nie unikałam dodatkowych babcinych „obowiązków” , wręcz przeciwnie, z całą radością rzuciłam się w wir pomocy opiekowania się maluchem. Zajmowanie się niemowlakiem. Każdego możliwego dnia obserwowanie jego nieporadnych ruchów rączek, fikanie nóżek, każdy uśmiech, pierwszy ząbek, spacer z nim – wszystko to daje babci tak wielkie szczęście, jakiego nikt kto NIE jest Babcią nie może sobie wyobrazić. Wiadomo, że każda babcia była kiedyś matką i przeżyła wszystkie etapy macierzyństwa. Bóg tak skonstruował „instytucję rodziny” by dać nam najpiękniejsze ludzkie doznania, by nauczyć nas kochać we wszystkich wariantach. Przez lata każdego dnia doświadczamy wszystkich kolorów miłości i kiedy myślimy, że znamy i wiemy już wszystko o kochaniu – pojawiają się wnuki i jeszcze jedna miłość.. Tak silna, tak niesamowita, tak elektryzująca, ze choć czasem babcia jest zmęczona po godzinach dniach „dyżuru” z maluchem, to nigdy niczego nie żałuje, żadnej minuty nie oddałaby za czas spędzony z wnukami.
Dziesiątki wspólnych chwil spędzonych z wnukami, chwil bezcennych i niezapomnianych.
Mijały więc lata, odbierałam chłopaków ze żłobka, przedszkola, szkoły, jeździliśmy razem rodzinnie na wakacje, jeździliśmy tylko my – dziadkowie z nimi do Polski, pokazywaliśmy im to, co ważne dla nas i dla nich, by poznawali od wczesnych lat korzenie nasze, ich rodziców i ich własne. Polubili Kraków, smoka wawelskiego, góry polskie, poznali prababcię Jankę, przyjaciół ich rodziców i naszych, Warszawę i Gdańsk, rodzinę i dziesiątki opowiadań o naszej młodości, o i rodziców dzieciństwie, o wakacjach na jeziorem na Kaszubach. Nauczyliśmy ich języka polskiego wspólnie z ich rodzicami i nasze wnuki, dziś już duże i wielce „samodzielne” są świadome swoich korzeni i z dumą mówią, że są Amerykanami i Polakami. Najmłodszy wnuk, choć po polsku nie mówi, zna kilka słów polskich, przyjaźniąc się z kuzynami coraz częściej wciąga się w polskie tematy i już nawet miał w szkole swą pierwszą prezentację o Polsce – kraju swojego Taty.
Mam takie babcine marzenie – może niedługo pojedzie do Polski i powoli, podobnie jak Christoph i Lukas pozna miejsca związane z życiem swojego Taty – Polaka. I nas – jego dziadków i pradziadków..
Lata lecą, wnuki rosną a my.. starzejemy się. Cóż, tego także ukryć się nie da.
Babcia 50-letnia to zupełnie co innego niż taka, co ma prawie 20 lat więcej. Można żartować, że dzisiejsze (prawie..) „siedemdziesiąt” to jak kiedyś 50-ka, ale tak naprawdę każda babcia wie..
Budzimy się rano i wstajemy powoli, pijemy kawę bardzo powoli, z rąk wypada filiżanka albo łyżeczka. Każda prosta czynność zajmuje dużo więcej czasu niż kilka lat temu. To wkurza. Złości. Przeraża i denerwuje. Głowa pracuje jeszcze całkiem dobrze. Czytam dużo książek, pisze ten blog, biegam na spotkania towarzyskie, uwielbiam nadal moje wnuki , spotkania rodzinne, a jednak – życie zwalnia tempo choćbyśmy bardzo bardzo tego nie chcieli..
Moje koleżanki – współczesne babcie tak wyglądają!
Nigdy nie byłam osoba bezczynną, zawsze COŚ robiłam. Nie jest to najlepsza cecha w życiu, że nie umiem się wyluzować i odpoczywać, choć i tak troszkę i bardzo powoli się już tego uczę. Nie, nie będę ukrywać – nie z własnej woli, raczej z przymusu życiowego, bo coraz częściej zwyczajnie już nie mogę tak biegać jak kiedyś, jak jeszcze całkiem niedawno. Tu boli, tam strzyka, tu łamie.. Kolana „nie moje”, siły brak, wejść na drabinę nie mogę, podnieść ciężkiej torby nie dam rady, kręgosłup boli, gdy sadzę kwiatki w ogródku.. Ja NIE CHCĘ!! Ale babcie już nie mogą sobie tak do końca z tym poradzić. Już muszą balansować mądrze, z głową do góry, pomiędzy swoimi marzeniami o babci silnej zdrowej, modnej, radosnej, pięknej i aktywnej a coraz starszej, spowolniałej, ograniczającej bieganie życiowe.
Być Babcią to jest TO! Każda Babcia mnie rozumie..
Muszę pozostawić dla moich wnuków wspomnienie Babci, która przez lata była obok. Dawała im ile tylko potrafiła, ale nie zatraciła siebie tylko dlatego, że stała się Babcią. Wnuki powinny mieć dziadków aktywnych zdrowych ciepłych ale i mądrych – takich, których zapamiętają, kiedy już będą zupełnie dorośli.
Ja takich nie miałam. I wiem, że nie ma w tym winy ani moich dziadków ani rodziców.
Dlatego tak bardzo jako mała dziewczynka, może nieświadomie, ale już gdzieś w głębokiej wyobraźni, obraz siebie jako Babci kreował się w mojej głowie.
Byłam tuż po pierwszej klasie liceum, spędzałam wakacje w Gdańsku, u rodziny mojej Mamy, z kuzynami. Miałam 16 lat i teatr fascynował mnie ogromnie. Zwłaszcza, że ciocia, z którą byłam w dużej przyjaźni pracowała w Teatrze Wybrzeże, o czym już chyba wcześniej wspominałam pisząc o wakacyjnych czasach młodości. Spektakl „Niech no tylko zakwitną jabłonie” szalał już w wielu polskich teatrach od 1964 roku, kiedy to jego premiera odbyła się 16 czerwca.
W Teatrze Wybrzeże „Jabłonie..” zagościły w kwietniu 1967 roku i przez wiele lat (oczywiście z małymi przerwami na inne spektakle) nie schodziły z desek scenicznych. W czasie tych niezapomnianych wakacji 1969 roku, każdego wieczoru, kiedy tylko miałam możliwość byłam na przedstawieniu. Słuchałam piosenek, chłonęłam teksty, zafascynowana patrzyłam na dynamikę tańca, kombinację scen, które przecież nie mają ciągłości fabuły i nie stanowią jednolitości tematu. Każdego razu odnajdowałam coś innego, coś nowego, niesamowitego. Energia tego przedstawienia porażała. Miałam tylko 16 lat, ale ogromną wrażliwość na świat, miłość, budziła się we mnie jak w każdym 16-latku otchłań połykania wszystkich doznań życia, sztuki, muzyki. Nie znałam innych wersji tego przedstawienia choć wiedziałam, że jest ich kilka i że to warszawskie, w Teatrze Ateneum, jest owiane wspaniałą recenzją i zachwytem wszystkich, którzy zdążyli je oglądnąć… Wtedy jeszcze niezbyt wiele wiedziałam o Osieckiej, jej poezji i jej życiu. Ale od tamtego czasu Agnieszka Osiecka krążyła wokół mnie jak dobry niespokojny duch. Przewijała się w różnych momentach mojego prywatnego życia i pojawiała się moich w literackich zainteresowaniach.
O Agnieszce Osieckiej można czytać bez końca – w mojej bibliotece
Na festiwalach piosenki często gościły Jej teksty i zawsze były niezwykłe, nigdy nie „przechodziły” obojętnie niezauważalnie. Ja jednak, jak każdy młody człowiek miałam wiele swoich spraw, czas leciał zbyt szybko, by skupiać się na jednym temacie. W latach studenckich zachwycaliśmy się Marylą Rodowicz a jej piosenka „Małgośka, mówią mi..” była moim mottem i piosenką witającą mnie jako młodą mężatkę tuż po odejściu od ołtarza, gdy schodziliśmy po schodach do podziemnej sali krakowskiego SPATiF-u na przyjęcie weselne. Wtedy znów wróciło nazwisko Osieckiej, która choć starsza od Rodowicz napisała dla niej bardzo dużo tekstów. To był duet niemal doskonały.
No tak – ale nie o Osieckiej mam pisać, inni, mądrzejsi i ważniejsi napisali już o niej dziesiątki książek, wspomnień, pamiętników. A ja przez wiele lat starałam się to wszystko przeczytać, bo życie tej kobiety i poetki było niezwykłe i fascynujące a jej śmierć stanowczo przedwczesna.
Kiedy rozpoczęłam pracę w naszym Teatrze w Houston, znów powróciła myśl o Agnieszce Osieckiej i jej twórczości. Najpierw nieśmiało. Przeglądałam, czytałam „Listy Śpiewające”. Osiecka napisała kilka świetnych mini-dramatów: lekkie, przyjemne, z życie wzięte. Trochę zabawne, trochę liryczne, o miłości, rozstaniach, samotności. Wybrałam trzy i wystawiliśmy je w 2001 i 2003 roku. Jeszcze później w 2005 roku powróciliśmy do Osieckiej w sztuce pt. „Apetyt na czereśnie”, ale o tych wszystkich przedstawieniach opowiem innym razem.
Dziś mam nastrój i potrzebę zacząć swe wspomnienie o naszej Osieckiej od sztuki, która dla mnie była największym wyzwaniem i największym przeżyciem w ciągu 20 lat pracy w houstońskim Teatrze.
Strona tytułowa programu
Jak bumerang powróciło marzenie wystawienia „Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Nie miałam niczego oprócz wspomnień z młodości, nie wiedziałam jak z Houston dotrzeć do oryginalnego tekstu. Wiedziałam oczywiście, że są zasady i prawa autorskie, ale pomyślałam, że jakoś sobie poradzę.. Dzięki kochanym przyjaciółkom w Polsce, gdzie jak wiadomo wszystko można załatwić, zdobyłyśmy tekst, piosenki i.. dziesiątki nieprzespanych, ale ekscytujących nocy i setki rozmów z Beatką co i jak zrobimy. Bo ja MUSIAŁAM to zrobić! Tyle, że szybko okazało się, że w naszych skromnych tutejszych warunkach jest to prawie niemożliwe.
Wstęp o spektaklu napisany przeze mnie do programu w 2002 roku.
Obsada i twórcy spektaklu.
P R A W I E, bo nie na darmo dwie głowy myślały dniami i nocami, żeby nie wymyśliły. Oczywiście – tekst oryginalny został nieco zmieniony i opracowany przeze mnie tak, by dostosować go do możliwości młodzieży polonijnej w Houston, bo wtedy w teatrze grała tylko młodzież. I aby nie zarzucono nam, że bez praw autorskich tworzymy oryginalne przedstawienie, nasza wersja była interpretacją – ale dość wierną, na ile możliwości i umiejętności nam pozwalały.
W tym spektaklu na scenie pojawiło się 16 osób i może to nie brzmi jak wielka obsada, ale dla nas była to największa grupa aktorska w historii naszego Teatru a i tak aktorzy pojawiali się na scenie w różnych odsłonach i rolach po kilka i kilkanaście razy. Do tego dodajmy dużo piosenek, do których NIE mieliśmy podkładów muzycznych, więc Beatka dobrze musiała się nagłówkować i napracować, żeby je wszystkie zdobyć, zagrać, uruchomić, przeprowadzić dziesiątki prób muzycznych, skoordynować z tekstem. W sumie – już naprawdę nie pamiętam ile miesięcy trwały próby, ale chyba bardzo bardzo długo. Zwłaszcza, że sztuka wymagała wiele prób zbiorowych, w dużych grupach, co w naszych domowych warunkach (u mnie w domu) wymagało nie lada wyczynów gimnastycznych, dobrze zaopatrzonej lodówki w zimne napoje, przegryzki i słodkości, winko dla reżysera i asystentki 😊, szczelnie zamkniętych drzwi do innych pokoi dla tych, co ćwiczyli granie na gitarze albo odrabiali zadanie domowe do szkoły. W innych momentach mieliśmy próby małymi grupkami, albo tylko z tymi co śpiewali.
Na początku nikt nie rozumiał, o czym właściwie jest ta sztuka. Nie ma w niej logicznej fabuły, trudno więc było młodym ludziom pochwycić jej sens. Przestrzeń czasowa obejmuje 40 lat i sztuka dzieli się na dwa akty, część przedwojenną i powojenną. Na jej tekst składają się oryginalne reklamy z gazet międzywojennych, ballady podwórkowe, wiadomości prasowe, jakieś instrukcje ZSMP-owskie, nawet fragmenty prywatnych pamiętników czy korespondencji Osieckiej. To była długa i trudna lekcja historii Polski. Zwłaszcza, że w naszym zespole mieliśmy wtedy obok młodzieży starszej już studiującej, także młodziutkich licealistów jak Joasia S. czy Benjamin S. Dla nich to było duże i przejmujące wyzwanie – nie tylko zagrać w takiej sztuce, ale i rozumieć co grają, jak bardzo zmieniają się, gdy kolejny raz pojawiają się na scenie w innym zupełnie wcieleniu. Spektakl trwał prawie dwie i pół godziny, z przerwą pomiędzy aktem pierwszym (przedwojennym) i drugim (powojennym). Aby oddzielić tematycznie sceny zastosowaliśmy przewijające się jak w niemym filmie napisy, które wnosiła Jessica B. wdzięcznie uśmiechając się do widzów (niestety, kamera ustawiona była tak niekorzystnie, ze żaden z napisów nie jest widoczny na nagraniu).
Część przedwojenna ma w sobie wartką akcję, dużo elementów podwórkowego życia biedoty i marginesu społecznego i dla kontrastu pojawiający się równie bardzo szybko bogacze, Rekiny finansjery, Kokoty czy nawet Poeci. Pełny przegląd przepływającej społeczności warszawskiej (polskiej).
A w tym obrazie nie zabrakło też przejmującej sceny zatytułowanej przez autorkę sztuki „Kochamy. Nie kochają nas” – opowiadającej o Matce-Żydówce (Kasia L) czytającej list od syna, który zapowiada swój powrót do domu (Mein Idische Mame). Statek nazywa się Lincoln. Sara, narrator (Natalia M) wprowadza nas w ostatnie chwile tęsknoty i matczynego oczekiwania. I tragicznego wydarzenia: katastrofy zatonięcia statku Lincoln…
Jedna z najbardziej emocjonalnych scenek zagrana fantastycznie przez obie nasze dziewczyny. Dla Natalii M. był to wielki wyczyn aktorski. Trudny tekst, dużo emocji a język polski wtedy stwarzał jej niemało problemów. Byłam pełna podziwu nad jej zmaganiami i fantastyczną robotą aktorską. Jak już napisałam – nagrania nie są dobrej jakości, ja jednak nie pominę takiej okazji ich przypomnienia.
Kostiumy uprościliśmy do minimum, w części pierwszej było kilka akcentów międzywojennych: meloniki, szale boa, kapelusze, muszki dla panów, ale ogólnie sceneria i kolorystyka była prosta, szara. Zmienialiśmy rekwizyty za pomocą krzeseł, drobnych akcentów (kwiatek, gazeta, ruch aktorów).
Cześć druga powojenna zaakcentowana była mocnym kolorem czerwonych chust na szarych koszulkach, Traktorzystkę w jej kostiumie i z chusteczką na głowie nie pomylimy z nikim innym, zwłaszcza w jej rozmowie z „przyszłym inżynierem” pełnej miłości do.. traktora. (Jacek M. i Ewa M.)
Ale za to „elementy wywrotowe” jak jazz, pompa, „dżambulaja” i samba były już bardzo kolorowe, nowoczesne i wyzywające jak na tamte czasy, w mini spódniczkach, ciemnych okularach, wysokich kozakach i dziwacznych czapkach. Wyraźnie stanowiły kontrast z socjalistyczną kolorystyką szarej Polski.
Scena nadziei – ślubów i marzeń młodego pokolenia wniosła nieco kolorowych T-shirtów na scenę, by potem znów pogrążyć się w smutku i beznadziei „Ulicy Kamiennej” – Natalia M. (szare płaszcze zwane trenczami) bo „to wszystko było nie tak, nie tak” (śpiewała Edyta W.)
A potem znów – „od początku postawimy nasze miasta, domy nasze”… Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie !!..
Ileż w tej sztuce smutku, sarkazmu, napiętnowania złego w otaczającym nas świecie, ale także jak wielki optymizm i nadzieja na lepsze życie. Jabłonie zakwitają każdego roku, a wraz z ich pięknem i odrodzeniem się znów jest nowe życie.
Świat nie jest zły. Takie najpiękniejsze przesłanie podarowała nam Osiecka blisko 60 lat temu i tak trwa po dzień dzisiejszy. Hossa! Bessa! Bessa! Hossa! Nie tylko w finansach ale i w życiu tak bywa.
Od Prostego Człowieka, Biedaka, Kokoty, Żigolaka do Inżyniera, Rekina finansjery, Inżynierowej czy Jaśnie Pana. Wszyscy chcą być szczęśliwi – Traktorzystka i Kochankowie z ulicy Kamiennej, młody Junak i Małolaty, którym marzy się podróż na Kanary i na deser ser „fromage”..
Marzenia o odbudowie i czarne noce kolejnych reżimów. Kolejne zrywy i kolejne przegrane. I znów nadzieja Gierkowska – „Będziecie mieli pompę”. (piosenka w wykonaniu Kasi K)
Mogłabym tak bez końca o każdej scence, o każdym aktorze i aktorce, którzy wbiegali na scenę co kilka minut zmieniając swoja osobowość, wcielając się w inną postać. Sceny przesuwały się jak w kalejdoskopie – raz „prasówka” z przedwojennych gazet, reklamy szamponu czy innych dziwacznych artykułów, ogłoszenia o pracy, by zaraz potem scena stała się częścią ulicy Warszawy przedwojennej czy zebrania młodzieży ZMP w powojennej Polsce. Piękna choć tylko symboliczna jest scenka sygnalizująca II wojnę, która kończyła akt pierwszy przedstawienia. Wejście Kasi K. zapierała dech w piersiach widzów.
Wszystkie te elementy, bo trudno mówić o jednolitej całości, są mocno okrojone w stosunku do oryginalnego tekstu. Bardzo trudnego dla naszej młodzieży. Z mojego punktu widzenia powiem szczerze – to co młodzi zrobili, to niesłychanie wielka praca. Ogromny tekst, trudne słownictwo, akcja w dużych grupach. Godziny, godziny prób, powtórzeń, walki z każda najmniejszą linijka tekstu. Tylko my, którzy tam byliśmy wtedy razem, wiemy jak to było.
Niestety, musieliśmy bardzo okroić ilość piosenek. Nie mieliśmy jeszcze wtedy dobrze rozśpiewanych aktorów, dopiero zaczynaliśmy swoje muzyczne „wyczyny”. Nie bardzo umieliśmy też poradzić sobie z muzycznymi podkładami do piosenek. I tu wielkie brawa dla Jasia K. Do dziś podziwiam jego samozaparcie i godziny prób z gitarą. Grał wszędzie i bez przerwy. Do każdej piosenki do każdej melodii. Nie mieliśmy nut, a jeśli to bardzo niewiele. Skąd Jasiu to wszystko złożył, jak to wymyślił, usłyszał – nie mam pojęcia. To już dostanie jego i Beatki tajemnicą😊 Dlatego w stosunku do oryginalnej wersji muzycznej przedstawienia nasz spektakl był dużo bardziej uboższy. Ale i tak uważam, że poradziliśmy sobie całkiem dobrze i piosenki naszych początkujących śpiewających aktorów podobały się publiczności.
Chciałabym ocalić od zapomnienia każdą chwilę tego houstońskiego przedstawienia. Nagranie z 2002 roku jest oczywiście słabe ale i tak nie potrafię powstrzymać się, by nie zamieścić tu kilku scenek by przypomnieć jak wtedy – dziś już dorośli żonaci, z dziećmi i rodzinami poważni ludzie wykonujący odpowiedzialne zawody – zagrali moją ukochaną Osiecką i z entuzjazmem zaśpiewali „Świat nie jest taki zły”.
Plakat filmu „OSIECKA”
Kilka miesięcy temu TV polska zrealizowała serial pt. „Osiecka”. Głowna role poetki grają dwie wspaniałe aktorki Eliza Rycembel (młoda Osiecka) i Magdalena Popławska (Osiecka w wieku dojrzałym). Przez film przewija się cała plejada wspaniałych polskich aktorów, którzy grają postaci znanych pisarzy, poetów działaczy od lat 50-tych do 90-tych XX wieku. Film przedstawia życie Agnieszki od wczesnej jej młodości (czas zdawania matury) do momentu jej śmierci. Tłem są artystyczne, obyczajowe i polityczne realia tamtych czasów i wiele z tych historii pomaga zrozumieć sens scenek zawartych w spektaklu „Jabłonie” i nawet słowa poszczególnych piosenek. Mimo przeczytania wielu książek o A. Osieckiej, jej poezji, wracania do jej wierszy wielokrotnie dopiero po obejrzeniu tego serialu dopełnił się obraz życia i twórczości tej niesamowitej kobiety i twórcy. Polecam wszystkim obejrzenie tego serialu, naprawdę warto!
Jestem ogromnie szczęśliwa, że w moim małym teatralnym epizodzie życia udało mi się taki spektakl zrealizować na obczyźnie, z młodzieżą polsko-amerykańską. Mam w sercu ogromna nadzieję, że ślad po tym przedstawieniu pozostanie w aktorach na długo a motto piosenki „Świat nie jest taki zły” będzie im towarzyszył do końca życia.
Galleria naszych aktorów w akcji jak widać różnych odtwarzanych przez nich postaci. Zdjęcie pierwsze to końcowy moment, cały zespół, po przedstawieniu. Zdjęcie ostatnie już na przyjęciu – najmłodszy aktor ze szczęśliwą Mamą, Elą M i ze mną.
„Zapiski na pudełku od zapałek” – tak nazwał Umberto Eco swój zbór felietonów pisanych w latach 80 i 90-tych w mediolańskim L’Expresso. Czytam sobie już kolejny raz te zapiski, a że minęło dużo lat od czasu kiedy czytałam je po raz pierwszy, z radością znów odkrywam ich mądrość. I ironię. I absurd. I przewrotność. I wcale mnie to nie dziwi. Minęło kolejne 30-40 lat, technologia, komputeryzacja posunęły się o całe „tysiąclecie” a absurdy życia pozostały niemal takie same. Każdego dnia zadziwia nas bezsens i głupota wokół.
Rarytas absurdu ponadczasowego czyli „Zapiski na pudełku od zapałek” polecam, przeczytajcie!
Czytam tę książkę nieprzypadkowo. Mój wnuk będzie zdawać specjalny egzamin IB z języka polskiego i w tym celu musieliśmy dokonać wyboru dziewięciu lektur do przeczytania, pięciu polskich w oryginale i czterech obcych w polskim tłumaczeniu. I w ten oto sposób Umberto Eco i jego „Zapiski..” znalazły się w kręgu naszego zainteresowania. Szukam więc kilku (około 10-ciu) takich felietonów, które do współczesnego 17-latka będą przemawiać tak dosadnie i tak silnie, że poruszą jego wyobraźnie i spełnią zadanie, jakie autor założył sobie 40 lat temu informując czytelnika o istotnych dla niego wówczas spostrzeżeniach.
Sama jestem bardzo ciekawa jego reakcji. Młody Amerykanin, ale także pół-Polak, znający język polski i wiele ciekawych polskich i europejskich realiów.
Szykuję się na bardzo ciekawą dyskusję, na całkiem inne spojrzenie, które pewnie mnie zaskoczy. I już się cieszę na jego reakcje!
Ale zanim to się stanie, upłynie jeszcze kilka miesięcy. A ja tak sobie myślę, że gdybym od lat codziennie spisywała wszystkie głupoty, które nas otaczają, to mogłabym dopisać (albo każdy by mógł) ciąg dalszy „Zapisków.. ” 🙂
Zwłaszcza pandemia, którą z takim trudem pokonywaliśmy i psychicznie i fizycznie, wprawiła nas w wir życiowych nielogicznych poczynań. Oj, długo nam zejdzie, by to wszystko odkręcić i doprowadzić do „normalności”
Zamawiamy wszelkiego rodzaju zakupy online, (bo tak „bezpieczniej”) biegniemy do sklepu, żeby odebrać zamówienie i nagle okazuje się, że z listy zamówionych dziesięciu ubrań tylko pięć jest w sklepie, dwa będą za dwa dni, kolejne za dwa następne, o ostatnie dopiero za pięć dni.. I to ma być ułatwienie. Trzeba trzy razy podjechać po odebranie zamówienia. Ale – za to jest wyznaczone miejsce, wystarczy zadzwonić, wcisnąć kod – obsługa przyniesie. Albo – mogą przysłać do domu. Przesyłka powyżej $100 – za darmo. W domu (także czekasz, bo jednak nie przyszło wszystkie równocześnie..) mierzysz, sprawdzasz, oglądasz spokojnie w lustrze, zastanawiasz się. Wybierasz połowę rzeczy, resztę odsyłasz, ale okazuje się, że jednak za przesyłkę musisz zapłacić, bo po odesłaniu części zamówienia twoja przesyłka nie przekroczyła sumy $100. Praktyka zakupu okazała się inna niż oferta ci obiecywała😊
Kupujesz bilet samolotowy. Cena obiecująca. Świetnie! Wypełniasz wszystkie okienka. Rejestrujesz się. I w ostatnim momencie, gdy już podajesz numer karty kredytowej dostajesz jeszcze rubrykę podatków, dodatkowych opłat, także covidowych i jeszcze jakiś specjalnych nieznanych ci ubezpieczeń itd.. Oczywiście kupujesz. Mimo frustracji i złości na siebie – kupujesz. Cóż, to taki mały trick. Ale tyle już się napracowałeś, wypełniłeś tyle papierów, rubryk, spędziłeś mnóstwo czasu…
Każdy najmniejszy dokument w banku, u lekarza, dentysty, wszędzie wypełniamy dziesiątki stron. Jesteśmy zmęczeni językiem formalnym, który trudno zrozumieć. Pytaniami, na które nie bardzo wiemy, co mamy odpowiedzieć, więc wybieramy odpowiedź często na wyczucie. Nie czytamy już tego, co na samym dole jest dopisane tzw. „małym druczkiem”. No i wpadamy w sidła niedoinformowania, niedoczytania ważnych informacji. Świat prawników ma się bardzo dobrze. Doskonale wie, jak trzeba działać, żeby manipulować prostym człowiekiem, nawet jeśli ten „prosty” człowiek wcale nie jest głupi. Jest tylko zmęczony i przytłoczony milionem codziennych przepisów, które czyhają na każdego, w każdym miejscu i w każdym czasie.
Ostatnio wymieniałam telefon na nowszy model. Wszystko szło normalnie. Pani, choć nie była zbyt miła i moim zdaniem na sprzedającą się za bardzo nie nadawała, to załatwiła transakcję, powiadomiła nas o nowych opłatach. Szybko , sprawnie. Za szybko. A dwa dni później na nowym telefonie, przez sms przyszły jakieś dziwne informacje, które okazały się ofertami, za które trzeba było płacić dodatkowo. Ale tak sprytnie ukryte, że wcale nie wyglądały na „dodatkowe przyjemności”, których ani nie potrzebowaliśmy, ani nie zamawialiśmy, ani nie zgodziliśmy się na nie. Odkręcanie tych opłat trwało kilka dni, zajęło mnóstwo czasu i nerwów i było bardzo nieprzyjemne. Jestem pewna, że nie piszę tu nic nowego, każdy z was takie coś przechodzi i każdy dziesiątki razy z takimi historiami się borykał. Ale też ilu jest takich ludzi, którzy nie zauważają takich „pomyłek” i płacą naciągaczom, bo nie sprawdzają rachunków, są mniej ostrożni, spostrzegawczy. Słabiej sobie radzą z takimi problemami.
Przykładów może być tysiące. Najgorzej jest z urzędami. Kiedyś gdy przyjeżdżałam do Polski byłam dumna kiedy opowiadałam moim znajomym i przyjaciołom jak sprawnie i łatwo w Ameryce można wszystko załatwić przez telefon. Nie trzeba stać w kolejkach, borykać się z numerkami, odsyłaniem od urzędu do urzędu, z jednego końca miasta na drugi. Teraz.. Czy ostatnio załatwialiście coś w Social Security? Zgaduję, że większość urzędników wciąż pracuje z domu, (covid usprawiedliwia wszystko!) Najpierw czekasz godzinami z muzyczką w tle powtarzająca się co dwie minuty tym samym motywem, potem podajesz dziesiątki swoich informacji, żeby dowiedzieć się, że masz zostawić wiadomość i dostaniesz pismo/odpowiedź/instrukcję.. czyli właściwie NIC nie wiesz co załatwiłaś czy załatwiłaś i kiedy nastąpi ciąg dalszy. A jak już w jakiś magiczny sposób uda się dotrzeć do żywej istoty i usłyszeć ludzki glos, to najczęściej jest to głos niezrozumiały, z akcentem i odpowiedzią połowiczną lub nawet bardziej cząstkową. Nie mam NIC przeciwko zatrudnianiu obcokrajowców, których angielski nie jest pierwszym językiem, wszak sama jestem z takich, ale na stanowisku telefonicznym, gdzie dzwonią ludzie tacy jak ja, a odpowiadają też tacy z ciężkim akcentem – dogadać się w sprawach WAŻNYCH zasadniczych jest bardzo trudno. A jak coś przeoczymy, nie zrobimy tak jak powinno być, nie porozumiemy się z powodu trudności językowych.. no cóż, winny jest petent. (nam zdarzył się drobny błąd, który kosztował nas dwa miesiące odkręcania formalnego urzędowego problemu!!) A jeszcze niedawno – nawet tacy jak my, starsi, średnio zaawansowani komputerowo radziliśmy sobie z klikaniem i załatwianiem komputerowo- telefonicznym całkiem swobodnie.
Gdyby w felietoniki Umberto Eco włożyć gdzieniegdzie słowo „covid” mielibyśmy wrażenie, że niejeden z jego zapisków powstał wczoraj.
Na świecie jest wiele bezsensu – życiowego, politycznego, organizacyjnego. Wynika to głównie z tego, że jesteśmy różni i myślimy różnie. Czyli nie zgadzamy się ze sobą na wielu płaszczyznach i co dla jednych jest logiczne, dla innych absurdalne i bezmyślne. Tego do końca nigdy nie da się ujednolicić. Te różnorodne spojrzenia, oceny świata były i będą przyczynkiem do dyskusji, ustalania coraz to nowszych praw, krytyki, pisania dziesiątek nowych książek, sztuk, politycznych dysput i awanturek rodzinnych. Świat się nie zmienia, choć nieustannie go poprawiamy.
Może jednak – powinnam powiedzieć: świat się zmienia, a wraz z nim zmieniają się jego dziwactwa, nonsensy. Wielki nieograniczony materiał do nieustających zmian.
Panta rei! Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo. Kolejne pokolenia chcą widzieć nowe prawa, nowe warianty świata. Każdy przecież dąży do lepszego. Taka jest natura człowieka. Nigdy więc nie osiągniemy idealnego wariantu życia, człowiek zawsze będzie popełniał błędy i będzie musiał zmagać się ich z konsekwencjami.
Tyle, że zbiorowość ludzkich umysłów wykazuje różną wrażliwość na głupotę i absurdy. Jedni ludzie są bardziej wyczuleni na takie otaczające ich sytuacje i reagują ostro, otwarcie, inni godzą się z nimi i żyją potulnie znosząc w trudzie czy upokorzeniu to, co niewygodne, nienormalne i często nieakceptowalne. Najwrażliwszą grupą są artyści, bo oni widzą ostrzej, czują głębiej i często mają większą odwagę i umiejętność wyrażać się o bolączkach w swojej twórczości. Wiersz, dramat, piosenka, obraz.. ileż buntu, prawdy, siły, wiary narody otrzymały przed wieki od twórców. Od Mickiewicza czy Słowackiego, od Matejki, Wyspiańskiego czy filmów dziś już kultowych jak „ Kanał”, „Człowiek z marmuru” do niesamowitych satyrycznych wierszy kabaretowych, piosenek Osieckiej, Młynarskiego itd. itd.. Można by pisać i wymieniać nazwiska i tytuły bez końca. Przez lata, w różnych epokach historycznych, w czasach smutnych i trudnych – człowiek zawsze umiał znaleźć sposób na wskazanie ludzkiej głupoty, nonsensów, paranoicznych działań, wyszydzić, to co bełkotliwe, głupie i bzdurne. Mądrzy i odważni zawsze próbowali „mówić” tak, by śmieszyło, ale by także uczyło, ukazywało ludzki brak rozsądku i pokrętne działania, by ośmieszało to, co niedobre i sprzeczne z prostą logiką, ale też dawało nadzieję i wskazywało drogę ku lepszemu.
Kiedy byłam młoda uwielbialiśmy piosenki Wojtka Młynarskiego. Lubiłam nie tylko teksty tych piosenek ale także wykonanie własne autora. Było coś w tym facecie niesamowitego! Sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, kiedy wchodził na scenę iskry sypały się z oczu, jego wysoka sylwetka niosła przesłanie, że coś, co właśnie zaśpiewa na pewno ma „ podwójne dno” i na pewno niesie w sobie to wyjątkowe potrzebne nam wszystkim znaczenie. A równocześnie niemal zawsze była to forma ironiczna absurdalna, słowa jak pociski uderzały w samą istotę znaczenia. Nawet jeśli ładunek treściowy słów był poważny i „mocny” to uśmieszek w kącikach jego ust i błysk w oku był tak dla nas młodych klarowny, że odczuwaliśmy to jak sygnał, jak specjalny znak, jak „literę alfabetu Morse’a” naszego pokolenia.
Do dziś pamiętam taki fragment: (inni pewnie też, ale młodszym zacytuję) piosenki „Róbmy swoje”. To był refren, ale tak dobitnie wiedzieliśmy CO mamy robić, i że to „swoje” to jest „nasze”. Tak genialnie skonstruowana myśl obracała absurd słów w sens bardzo konkretny, logiczny i dobrze wiedzieliśmy jak robić to swoje/nasze, by kiedyś było „na co wyjść”. Geniusz tamtych czasów! I nie on jeden w tych absurdalnych ścieżkach życia prowadził nas z nadzieją na prostą.
Tylna strona okładki wydania tekstów Wojciecha Młynarskiego „Róbmy swoje” z 1985 roku
„A Ty, Widzu, brawo bij, Róbmy swoje, A ty nasze zdrowie pij, niejedną jeszcze paranoję Przetrzymać przyjdzie, robiąc swoje, kochani, Róbmy swoje, Żeby było na co wyjść!”
I jeszcze dorzucę moją ulubioną piosenkę (tę już w całości!), która dla wszystkich ludzi z naszego pokolenia była ironicznym groteskowym drogowskazem na życie w tamtych naszych ciężkich komunistyczno-absurdalnych czasach – „Przyjdzie walec i wyrówna” Dziś jest już tylko wspomnienie, pewnie dla pokolenia naszych dzieci i wnuków niezrozumiałe. A jednak – trochę rozważań i znajdziemy wspólne mianowniki czasów…
Ja jednak jestem optymistką. Zawsze uważałam i wiem, że w każdym słabszym punkcie systemu świata można doszukać się dobrego. Każdy defekt ma swój pozytywny efekt. Czyli „Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”.
Umiejętność dostrzegania bezsensów, paranoi, absurdu to dobra cecha. A jeśli jeszcze potrafimy walczyć z takimi ludzkimi wadami, to znaczy, że staramy się czynić świat każdego dnia lepszym. Jest na to mnóstwo sposobów. Łatwych i trudnych, pośrednich i bardzo skomplikowanych. Literatura, sztuka, film, poezja,
Prawo, polityka i my sami. Tak zwyczajnie. Zaczynając od siebie, od najbliższego podwórka od siebie samego. Nie, nie! Nie wciągnę się tutaj w długą listę przykładów i podpowiedzi, bo przemienię się w nudnego kaznodzieję. Jeśli macie lustro w domu, a w to nie wątpię, spójrzcie i popatrzcie na siebie. Każdy z nas ma w sobie trochę ironii i absurdu. Dwa kroki w tył i możemy zaczynać. Dystans do siebie samego jest zawsze dobrym początkiem oczyszczania bezsensu wokół siebie. Mówi wam to niedoszły (ale wciąż zainteresowany tematem!) psycholog.
Jestem emerytką. Tak, wiem, brzmi to bardzo staro. Ale niekoniecznie tak się czuję choć czasami, nie zaprzeczam, jak każdy z sześcioma krzyżykami (uppss, nawet trochę więcej) na karku, czuję ich przytłaczający ciężar. Ale – tylko czasami. Coraz częściej rozmyślam nad latami, które są już poza mną i zastanawiam się jak wiele elementów mojego życia było słusznym przemyślanym wyborem, a ile rzeczy wydarzyło się tak po prostu – przypadkiem. Nie jestem wyjątkiem. Myślę, że każdy człowiek ma własne historie na drodze życia. Raz rozmyślamy bardzo długo nad wyborem ważnych decyzji, innym razem coś się zdarza.. I toczy się dalej. Czy chcemy czy nie, podejmujemy wyzwanie i brniemy dalej.
W mojej rodzinie nie było nauczycieli. Nie było też humanistów. Tata był inżynierem, mama księgową i właściwie w domu mojego w dzieciństwa czy młodości nie rozmawialiśmy na temat wielkich planów na przyszłość. Byłam chyba w siódmej klasie kiedy powiedziałam, że będę nauczycielką. Nikt za bardzo się tym nie przejął. Wcale się nie dziwię, bo i kto bierze na poważnie takie deklaracje dzieci w wieku 13 lat. Ale ja już wtedy byłam przyboczną w drużynie zuchowej. Lubiłam opowiadać, lubiłam gdy mnie słuchano. Lubiłam organizować zabawy, gry, prowadzić różnego typu zajęcia z młodszymi ode mnie. Lubiłam obserwować moich nauczycieli i bardzo mnie fascynowała ich praca. Miałam duży respekt dla nich. Nie byłam uczennicą, która krytykuje nauczyciela tylko dlatego, że jest nauczycielem. Większość moich nauczycieli po prostu lubiłam. Choć – tu muszę przyznać uczciwie, na mojej drodze edukacyjnej znaleźli się i tacy, którzy nie zapisali się w mojej pamięci najlepiej. Panią od geografii w liceum do końca życia będę wspominać jako przyczynę moich wrzodów żołądka i koszmarów nocnych. I jeszcze pewnie kilku innych mogłabym na tę listę wpisać.
Ale tak naprawdę – dość wcześnie w moim życiu wiedziałam, że chcę uczyć. I od początku miałam świadomość, że nie jest to zawód dochodowy ani łatwy.
Życie brnęło do przodu, orłem w liceum nie byłam, ale przedmioty humanistyczne lubiłam i instruktorką zuchową a potem harcerską byłam z powołania. Uwielbiałam to robić, a to przecież bardzo silne powołanie pedagogiczne. Dzieci i młodzież mnie lubiły, a ja ich. Zbliżała się matura. Trzeba było podjąć decyzję o tym z jakich przedmiotów będę zdawać egzaminy i powinno było to być skoordynowane z wyborem kierunku studiów. Dla mnie było jasne. Idę na polonistykę. Uniwersytet Jagielloński, wydział filologii polskiej znajduje się 15 minut piechotą od mojego domu. Tam będę próbować zdawać i dostać się na studia. Cztery osoby na jedno miejsce. W tamtych czasach dostanie się na studia było bardzo trudne! Niektóre kierunki, w tym polonistyka były bardzo oblężone. Medycyna, prawo – horror! Osiem – dziesięć osób na jedno miejsce. Ale już niektóre inżynieryjne kierunki miały niedobory. Podobnie jak np. filologia klasyczna.
Pół roku do matury. Miałam w planie zdawać jako dodatkowy przedmiot historię, bo ten oprócz polskiego pisemnego i ustnego musiałam zdawać na polonistykę. No i oczywiście język. Wybrałam rosyjski, bo francuski był dla mnie koszmarem, choć rosyjski wcale nie mniejszym. Ale zawsze to bliższy polskiemu..
Tata wciąż nie przyjmował do wiadomości, że mogę iść na polonistykę. Niby żartem, ale cały czas nie odstępował od propozycji Politechniki Krakowskiej, którą sam kiedyś ukończył. Ja ciągle nie przejmowałam się jego przytykami i tak trwało do dnia – gdy tata dostał zawału serca. Miał tylko 42 lata.
Pamiętam, że była zima. Tata leżał w szpitalu w Nowej Hucie. Pojechałyśmy z mamą tramwajem, to była długa podróż, potem jeszcze szłyśmy kawał drogi piechotą. Kiedy go zobaczyłam, przestraszyłam się nie na żarty. Rzadko bywałam w szpitalu, rzadko widziałam ludzi chorych poważnie. Wyglądał strasznie. Uświadomiłam sobie, że on może umrzeć. Nigdy wcześniej o tym nie myślałam…
Nie pamiętam, czy to była nasza pierwsza wizyta czy już któraś później, ale tata nagle zaczął mnie prosić, żebym nie szła na polonistykę, żebym zrezygnowała ze swoich planów. Nie wiem jak to się stało, że złamałam się i obiecałam, że nie pójdę, ale też nie obiecałam, że będę próbować zdawać na politechnikę. Miałam dobrą koleżankę, która planowała studia na psychologii. To też było w zakresie moich zainteresowań i zahaczało częściowo o zdawanie egzaminu z języka polskiego. Nie wiem jak, kiedy i w jaki sposób, ale strach, przerażenie, że tata umrze, a ja zrobię coś wbrew jego woli.. doprowadziło mnie do decyzji, że skoro nie potrafię podjąć decyzji zdawania na politechnikę na jakikolwiek wydział inżynierii, to może psychologia będzie „pośrednim wyborem” i jakoś uratuje zarówno życie Taty jak i moje sumienie i moją przyszłość.
Tata bardzo ironicznie wyrażał się o zawodzie nauczycielki, uważał, ze nigdy nie zapewni mi to należytego spokojnego bytu w przyszłości. Dziś rozumiem jego obawy, ale wtedy całkowicie skołowana, podszyta strachem, bez jakiejkolwiek podpory, porady zupełnie się zagubiłam. Na kilka miesięcy przed maturą wszystkie moje wyobrażenia i wybory były zupełnie bezsensowne. Tata szczęśliwie wrócił do domu i powoli dochodził do zdrowia, ja uczyłam się do matury historii, jako dodatkowego przedmiotu. Równocześnie zaczęłam uczyć się z moją koleżanką Basią, biologii, nadrabiać materiał z czterech lat liceum wierząc, że uda mi się w ciągu kilku tygodni nauczyć biologii tak, by zdać ją wystarczająco dobrze i dostać się na psychologię. Psychologia należała do bardzo popularnych kierunków – 8 osób na jedno miejsce. Nie wiem co ja miałam wtedy w głowie. Dlaczego wydawało mi się, że psychologia uratuje mnie przed przerażającą inżynierią i pogodzi moje marzenia i Taty? Konsekwencje tego planu były bardzo przykre. Na studia nie dostałam się i to nie z powodu biologii a… polskiego. Egzamin ustny poszedł mi bardzo źle. Pierwsze pytanie dotyczyło „Bogurodzicy” i do dziś pamiętam szczegóły, o jakie pytano mnie. Dziś (tzn. już od dawna) wiem, że te pytania nie miały prawa być mi zadane, bo opierały się o bardzo szczegółowe opracowania, które w materiale szkoły średniej NIE były obowiązkowe. Ale to odkryłam dopiero po wielu latach, gdy sama zostałam nauczycielką języka polskiego i poznałam wymogi programu pierwszej klasy liceum. Cóż.. kiedy na jedno miejsce było ośmiu kandydatów, jakoś trzeba było tych siedmiu oblać. Do dziś nie mogę przeżyć tej porażki, szczególnie dlatego, że był to język polski. Wśród wszystkich moich najbliższych przyjaciół tylko ja jedna nie dostałam się na studia. Mogłam jeszcze wybrać sobie kierunek, na którym były wolne miejsca jak np. filologia klasyczna. Nie skorzystałam. Byłam załamana. Nie chciałam jechać na obóz harcerski, nie chciałam widzieć mojego chłopaka, nie chciałam spotkać się z moimi przyjaciółmi. W tamtym momencie taka porażka wydawała mi się tragedią. Tata czuł się współwinny. Dopiero wtedy zaczęliśmy rozmawiać o przyszłości. Ponieważ oczekiwanie na wyniki egzaminów trwały dłużej i obóz harcerski już się zaczął, ja dojechałam nieco później. To był dla mnie straszny moment. Czułam się zdruzgotana i gorsza niż wszyscy moi rówieśnicy. Wszyscy, którzy dostali się na studia za pierwszym podejściem. To było moje pierwsze życiowe doświadczenie wielkiej porażki. Wtedy bardzo trudne. Jakoś przeżyłam. Po rozmowach z rodzicami postanowiliśmy, że za rok będę zdawać na polonistykę tak jak sobie wymarzyłam i tak jak chcę. Ten rok przeznaczę na dodatkową pracę, w szkole znalazłam możliwość zajęć z uczniami, którzy potrzebowali zajęć pozalekcyjnych uzupełniających, co mnie dawało dodatkowe punkty liczące się w dostaniu się na studia. W tamtych czasach dużo dodatkowych rzeczy liczyło się przy naborze studentów na studia np. słynne punkty za pochodzenie robotnicze i rolnicze. Ja oczywiście takowych mieć nie mogłam, bo jako córka inżyniera miałam pochodzenie inteligenckie, wiec punkty za pracę przez rok w szkole były na wagę złota. Kilka miesięcy przed egzaminami skorzystałam z lekcji ze studentką polonistyki (nie z profesorem!) aby powtórzyć cały materiał z języka polskiego i historii. Był jeszcze język rosyjski, który w sumie poszedł mi najgorzej, ale jakoś ten egzamin zdałam i za drugim podejściem dostałam się na wymarzoną polonistykę z nadzieją, że kiedyś jednak będę nauczycielką.
Pierwszy rok na Uniwersytecie Jagiellońskim był piękny wymarzony, a potem życie potoczyło się jak szalone, wyszłam za mąż wyjechaliśmy do Sosnowca i już jak może ktoś gdzieś przeczytał zaczął się inny rozdział – nie mojego a naszego życia.
Byłam żoną, urodziłam dziecko, nie przerwałam studiów i zostałam nauczycielką.
Teoretycznie chyba na trzecim roku wybieraliśmy kierunek nauczycielski albo nie -nauczycielki ale czy to naprawdę miało jakieś znaczenie? Ci, którzy mieli zadatki na pozostanie na uczelni i kontynuowanie pracy naukowej mogli mieć nadzieję, że nie będą nauczycielami w szkole. Ale reszta z nas? Biblioteki, szkoły.. czy mieliśmy duży wybór wtedy? Tacy jak ja, którzy chcieli uczyć należeli do mniejszości. Ja chciałam. Tyle, że zaraz po skończeniu studiów okazało się, że nie ma lekko i miejsc pracy jest bardzo mało. Chciałam zacząć pracować zaraz od września, ale były tylko miejsca w szkole podstawowej i to wcale nie blisko. Dzielnica nazywała się Zagórze i nie miała najlepszej opinii. Byłam bardzo niezadowolona, więc zdecydowałam się zahaczyć na jakieś zastępstwo na pół etatu. Dostałam uczenie polskiego w szóstej i siódmej klasie. Zaczęłam prawdziwą pracę nauczycielki. Robiłam to co chciałam, ale nie tak jak chciałam. Czułam, że nie mam dobrego startu, że nie mam porozumienia z dziećmi w wieku 10-11 lat. To nie było to, o czym marzyłam, co sobie wyobrażałam. Szukałam dalej. Oczywiście, jak to w czasach lat 70-tych, w których w Polsce wszystko opierało się na kontaktach, koneksjach, znajomościach, uruchomiliśmy pół świata wokół i szczęśliwie dla mnie już po miesiącu dowiedzieliśmy się, że zwolnił się etat polonisty w Liceum Medycznym w Sosnowcu i tak wylądowałam od 1 października 1977 roku jako najmłodsza, trzecia polonistka w Medyku. Byłam zachwycona.
to moja pierwsza klasa w której miałam wychowawstwo – „czepkowanie” – tradycyjna uroczystość nałożenia białych czepków przyszłym pielęgniarkom. Odbywała się na początku drugiej klasy (czyli niemal zaraz jak zaczęłam moją pracę nauczycielki i wychowawczyni) 1977
Natychmiast przejęłam też wychowawstwo drugiej klasy (czyli 10-tej) ponieważ osoba, która odeszła (młody polonista, który w drugim podejściu dostał się do szkoły teatralnej) był wychowawcą tej klasy. Rzucono mnie więc na „głęboką wodę”. Dwadzieścia sześć dziewcząt znających się dość dobrze już od ponad roku, niewiele młodszych ode mnie, zgranych i dobrze zorganizowanych. Miały już swój system klasowy, znały swoich innych nauczycieli, to ja byłam ta nowa. Nowa i niedoświadczona. To ja musiałam zastartować tak, by ustawić się na właściwym miejscu, wypracować sobie dobre relacje i sprawdzić się jako dobra nauczycielka polskiego. Miałam w sobie mnóstwo entuzjazmu, pomysłów i trafiłam na bardzo sprzyjający grunt wśród koleżanek i kolegów nauczycieli. To było młode grono i szybko zaprzyjaźniłam się z kilkoma osobami.
Zdjęcia na górze pochodzą z czasów wspólnej pracy.Byłyśmy z Martą „ jak siostry” -zawsze razem, podobne i nierozłączne. Dwa dolne zdjęcia to spotkanie u Iwety, córki Marty i Andrzeja w Norwegii w 2011 r
Natrafiłam na Martę, nauczycielkę WF-u, dziewczynę młodą energiczną pełną humoru i bardzo podobną do mnie. Tak bardzo, że gdy zaprzyjaźniłyśmy się, nasze uczennice po wielu latach jeszcze nie mogły uwierzyć, że nie jesteśmy siostrami. W szkole byłyśmy zawsze razem, miałyśmy podobny gust i ubierałyśmy się w podobnym stylu. W krótkim czasie wszyscy przywykli, że na pewno jesteśmy siostrami😊. Drugą koleżanką, z którą zaprzyjaźniłam się była matematyczka, która też zaczęła uczyć w tym samym roku co ja (tyle, że od września). Była niesamowita. Wesoła, zabawna, świetna organizatorka – stanowiłyśmy silny zespół młodych i zwariowanych. Było jeszcze kilka innych, też fajnych dziewczyn, część uczyła przedmiotów zawodowych pielęgniarskich, więc częściowo pracowały w szpitalach, bo tam też nasze uczennice miały swoje lekcje praktyczne.
Spotkanie w Sosnowcu, 2019 Moje grono pedagogiczne Medyka po 30 kilku latach. Niemal w takim samym składzie jak w latach 80-tych.To był wspaniały dzień.
No i nasz „rodzynek” nauczyciel historii, słynny Ziutek. Sama nie wiem jak on wytrzymywał wśród nas, w takim babińcu ale zdaje się, że całkiem dobrze sobie radził i w dodatku chwalił sobie ten układ. Zawsze uśmiechnięty, nigdy niczym za bardzo się nie przejmował. Lekko łysy (dziś już dużo bardziej😊 z dużym sumiastym wąsem, zabawny- uwielbiałyśmy go. On nas chyba też. I tak w tym gronie przetrwał długie lata. Nie wiem czy do emerytury, bo ja odeszłam wcześniej, ale dwa lata temu, gdy udało nam się zorganizować spotkanie tamtego dawnego grona pedagogicznego po ponad 30 latach, moje „kółko” koleżeńskie stawiło się niemal w niezmienionym składzie i Ziutek także znalazł się w tym kręgu. Nic się nie zmienił. Wiele z moich koleżanek także nie. To, że wszystkim nam przybyło trochę lat to oczywiste, ale kto by na to patrzył! Spotkaliśmy się tak radośnie i tak szczęśliwie jak za dawnych lat przy stole w pokoju nauczycielskim. Tym razem stół był w ogrodzie, my bez dzienników szkolnych pod pachą, za to z mnóstwem wspomnień, które oczywiście rozsypywały się, bo każdy pamiętał co innego i w innym wydaniu. Mój nauczycielski czas, ten z pokoju nauczycielskiego był wspaniały. Trafiłam na dobrych ludzi, z niektórymi wciąż mam kontakt, choćby sporadyczny, FB-owy, ale pamiętamy o sobie, pozdrawiamy się i kiedy widzę moje koleżanki (i Ziuteczka) na zdjęciach, gdy znów spotykają się z okazji Dnia Nauczyciela albo przed świętami Bożego Narodzenia, to łezka kręci mi się w oku, że nie mogę być tam z nimi. Dlatego tak bardzo jestem im wdzięczna za zorganizowanie naszego spotkania w Sosnowcu, kiedy byłam w Polsce w 2019 roku.
Moje pierwsze doświadczenia uczenia to była ciężka praca. Szukanie dróg jak i co wymyśleć, by uczennice polubiły literaturę, by chciały czytać książki, by odważyły się rozmawiać i dyskutować na lekcjach. Większość uczennic (tak, to były prawie same dziewczęta, czasem zdarzył się jakiś odważny co chciał zostać pielęgniarzem 🙂 ) pochodziła z średnio zamożnych albo biednych rodzin, często z okolicznych wsi i małych miasteczek. Zawód pielęgniarki czy opiekunki dziecięcej, który można było zdobyć po ukończeniu liceum medycznego a równocześnie pełne średnie wykształcenie był dużą szansą dla wielu tych dziewcząt na dobre ustawienie się i start na samodzielne życie. Uczenie w Medyku przez 17 lat w klasach od I do IV licealnej, coroczny udział w komisji maturalnej, stworzenie sobie dobrej przyjaznej pozycji z uczennicami, a równocześnie poczucie, że udaje mi się każdego roku stworzyć ich dobre relacje z polską literaturą i lekcjami polskiego.. to wszystko było dla mnie wielkim wyzwaniem ale i satysfakcją. Wiedziałam, że większość uczennic mnie lubi, że lubi przedmiot i sposób prowadzenia lekcji. Oczywiście, na pewno były takie, które przeszły przez tę szkołę i „nie zakochały się” w polskim, ale przecież nigdy wszystkim się nie dogodzi. Kiedy czytałyśmy fragmenty „Pana Tadeusza” i udawało mi się wywołać ciszę i zachwycić dziewczyny pięknym nagraniem koncertu Jankiela ( szkoda, że nie pamiętam czyja to była owa wzruszająca deklamacja..) i widzieć, że ten fragment polskiej poezji nie jest im obojętny – byłam szczęśliwa i pewna, że jestem w swoim życiu zawodowym na właściwym miejscu. Pamiętam, jak trudno było przekonać uczennice do przeczytania „Lalki” Bolesława Prusa. „Cegła” – nudna z wieloma długimi opisami, niezrozumiałymi dla młodych dziewczyn nudnymi wywodami..
A potem jakoś tak udawało się sprowadzić dyskusję za pomocą pytań bardzo „uwspółcześnionych”, psychologicznych i nagle Stanisław Wokulski stał się człowiekiem, o którym toczyła się gorąca dyskusja: czy romantyk czy pozytywista? Co w nim było silniejsze, czego pragnął bardziej.. Jak to wyglądało w epoce Wokulskiego a jak z punktu widzenia naszych czasów lat 80-tych. A Izabela? Jaką była kobietą? Czy ją lubimy, pochwalamy? I nagle okazywało się, że Prus nie jest nudny, że „Lalka” jest fascynująca! Czasem się udawało. Właściwie dość często.. I to uwielbiałam! To tylko jeden przykład a przecież każdego dnia działo się coś fajnego fascynującego. Podobnie było z poezją. Moje koleżanki polonistki narzekały, że to zupełny koszmar analizować wiersze, że to dziedzina kompletnie dla młodych niezrozumiała a czas na lekcjach stracony. Ja nigdy tak nie uważałam. Owszem, nie było łatwo otworzyć młodzież na odbiór poezji, ale nie było to niemożliwe, a już na pewno nie był to nigdy czas stracony. Zawsze lubiłam poezję i wierzyłam, że jeśli ja coś czuję widzę, to potrafię też to innym pokazać. Nie wiem ile naprawdę udało mi się w życiu moich literacko-nauczycielskich marzeń zrealizować, ale wciąż wierzę, że młodzi ludzie nauczyli się czegoś dobrego i ważnego ode mnie, tak jak ja nauczyłam się wcześniej od moich nauczycieli. Bo dobry nauczyciel to skarb dla ucznia. Nauczyciel, który ma pasję i wiedzę i chce przekazać tę wiedzę i umie to zrobić jest nieoceniony. Nie twierdzę, że jestem wyjątkiem i że jestem w tym najlepsza. Ale wiem, że uczenie innych było i wciąż jest moją pasją. Moje uczennice spędzały dużo czasu ze mną poza godzinami w klasie, na przerwach często oblegały mnie wokół opowiadając o swoich problemach, pytając, radząc się, śmiejąc i płacząc. Z moją klasą, której byłam wychowawczynią gdy tylko zaczęłam uczyć, zaprzyjaźniłam się tak mocno, że aż do wyjazdu do Stanów (w 1990r) spotykałam się w różnej mniejszej czy większej grupie, u mnie w domu, zawsze 1 września o 5.00 popołudniu. Po kilku latach już nie umawiałyśmy się, po prostu pamiętałyśmy o naszym spotkaniu. Gdy wyjechałam (w sierpniu) zawiadomiłam je i obiecałam, wierząc absolutnie głęboko, że następnego roku znów spotkamy się, jak zwykle o 5-ej…
Nie spotkałyśmy się. Odnalazłyśmy się już tylko z kilkoma z nich na portalu „Nasza klasa” a potem na FB-u. Ale i tak jest miło. Tyle wspomnień..
Inaczej niż w szkole, ale równie fascynująco, może nawet czasem bardziej 🙂
A potem – wyjechałam z Polski i już nie byłam nauczycielką taką w prawdziwym „szkolnym” wydaniu. Ale to nie znaczy, że przestałam uczyć. Uczyłam przez lata w sobotniej polskiej szkole parafialnej, w Ognisku Polskim aż wreszcie przez wiele lat prowadziłam moje ukochane „lekcje teatralne” w Polskim Teatrze.
To prawda, to już nie to samo. Ale wciąż dawałam z siebie to, co potrafię najlepiej, przekazywałam wiedzę z polskiej literatury, języka. W szkole Ogniska Polskiego choć lekcje odbywały się tylko w soboty i miały zupełnie inny charakter niż regularne lekcje w szkole w Polsce, to wcale nie były dla nauczycielek łatwym zadaniem. Ale i tu potrafiłyśmy wspólnie z moimi koleżankami uczyć – stworzyć wiele różnorodnych ciekawych form, które mam nadzieję dały efekty na zawsze. Jedną z takich momentów było zorganizowanie kolonii dla dzieci w Galveston o tematyce bardzo polskiej, każdego dnia innej – góralskiej, indiańskiej, sportowej, aktorskiej.
Artykuł o kolonii naszych polskich dzieci w Galveston, który napisałam do „Głosu Nauczycielskiego” – gazety polskich nauczycieli w Ameryce – 1996
Później o naszej kolonii ukazał się w „Głosie Nauczycielskim” artykuł opisujący nasze polskie lato tutaj w Stanach. Ogrom naszej pracy w Ognisku, nasze szalone i pomysłowe akcje, wyjazdy, spotkania mają tak bogatą historię, że zasługują na osobne opowiadanie. Trzeba więc nieco poczekać na kolejne opowieści 🙂
A w różnych momentach mojego houstońskiego życia, kiedy udało mi się mieć prywatne lekcje polskiego, stawałam się na godzinę – dwie zwyczajną nauczycielką, jak za dawnych lat w szkolnej klasie w Medyku.
Przez kilka lat uczyłam języka polskiego starszego Pana, Amerykanina. To było niezwykłe doświadczenie. Pan Ch. (ach, czy wiecie, że zasady języka polskiego wymagają, że przy użyciu skrótu imienia trzeba postawić kropkę po pierwszej literze ale w wypadku imienia zaczynającego się na literę CH, musi być użyte C (duże) i h (małe ) i dopiero kropka? – i nie pytajcie mnie dlaczego.. nigdzie wyjaśnienia nie znalazłam 😊.
Okładka książki mojego Pana Ch.- studenta języka polskiego, która powstała w oparciu o jego podróże do Europy i zainteresowanie się tematami związanymi z Polską. Na dolnym zdjęciu – informacje o książce. Autora nie ujawniam, bo nie miałam okazji zapytać Go o zgodę.
No więc mój uczeń, Pan Ch. nigdy nie miał nic wspólnego z Polską, ale pewnego dnia zaczął interesować się historiami polskich i ukraińskich cmentarzy żydowskich i rozpoczął podróże do Europy, zwiedzanie miejsc, rozmawianie z ludźmi. Zaczął poznawać coraz więcej ciekawych starych historii i tak trafił na Kraków, Warszawę, Poznań i różne małe miejscowości i… zainteresował się też polskim językiem. Rozpoczął swą naukę od zera. Ale z taką pasją i tak bardzo przykładał się do nauki, do zadań domowych, które zadawałam mu z tygodnia na tydzień, że chyba nigdy w życiu nie zdarzyło mi się mieć tak solidnego, porządnego ucznia. Od nauki języka niespodziewanie przeszliśmy do kultury, polskich świąt, obyczajów, obrzędów, książek, teatru. Kilka razy mój student przyszedł obejrzeć sztuki Polskiego Teatru, do których wcześniej przygotowywałam go skrupulatnie, żeby mógł je zrozumieć nie tylko językowo ale i w kontekście sytuacji literackiej. Dla mnie to było jak odrodzenie się marzeń. Wiedziałam, że Pan Ch. nie może skorzystać z tego tak naprawdę w stu procentach, ale jego próby włączenia się w polską kulturę i język były niesamowite a mnie przyniosły ogromną satysfakcję.
Po kilku latach, sytuacja życiowa Pana Ch. skomplikowała się i lekcje skończyły się, nasze kontakty są sporadyczne, ale ja będę mu zawsze wdzięczna za te wspólne godziny wzajemnego uczenia się. Bo i on dał mi wiele i nauczył mnie jak można być aktywnym w starszym wieku i ile pasji i pięknych zainteresowań można w życiu realizować.
lekcja z chłopcami
Dziś znów uczę – uczę języka polskiego moich wnuków. Każdego tygodnia jadę do nich na regularne lekcje i cieszę się, że oboje mówią po polsku, piszą i czytają. A starszy, Christoph, właśnie zdecydował, że chce zdawać IB diploma z języka polskiego. A właściwie jest to egzamin z literatury i tu muszę przyznać – jestem w dużej panice, bo tym razem wydaje mi się, że to ja będę denerwować się dużo bardziej niż on.
Pandemia już ponad półtora roku krąży wokół nas i ingeruje w różny sposób w nasze życie. Inaczej przez pierwsze kilka miesięcy, kiedy przestraszeni i zdezorientowani siedzieliśmy w domach, bez wiedzy, co dalej, bez pracy, bez poczucia zwykłego ludzkiego bezpieczeństwa, które człowiekowi tak potrzebne by móc normalnie funkcjonować. Powoli oswajaliśmy się z rzeczywistością, przysposabialiśmy sobie nowe formy współistnienia w starym/nowym świecie. Dziś po wielu miesiącach, gdy życie wraca do normy, choć wcale nie jest normalne, znów mamy wokół siebie rodziny, przyjaciół i odwagę przytulenia najbliższych.
Kilka dni temu po raz pierwszy zdarzyło mi się spotkać towarzysko w większej kilkunastoosobowej grupie bardzo dawno nie widzianych znajomych i przyjaciół. Wszyscy zaszczepieni, wszyscy uśmiechnięci spragnieni głosu i widoku innych ludzi. Jesteśmy stworzeni do życia w stadzie. Potrzebujemy siebie, samotność jest czasem naszym wyborem ale przyjaciół pragniemy jak powietrza. Było miło, po pysznym obiedzie siedzieliśmy przy deserkach i winku na pięknym otoczonym świeżą zielenią patio i tak zeszło na rozmowę wspomnieniową o ciężkich momentach naszego „starszego” pokolenia. Cała nasza niewielka grupa wiekowo bliska sobie – począwszy od tematu pandemii „wskoczyliśmy” do czasów gdy zdarzył się Czarnobyl a potem sięgnęliśmy rozmów jak i gdzie zaskoczyły nas wydarzenia 11 września 2001roku, tak jakoś popłynęły różne wspominki kto jak je przeżył, co pamiętamy..
A ja pomyślałam, że chciałabym zanurzyć się w moje wspomnienia lat 80-tych. Przypomnieć sobie i innym, co zdarzyło się w moim bardzo młodym życiu, opowiedzieć o wstrząsie Solidarnościowym i znaczeniu tamtych zdarzeń zarówno w kraju jak i w naszym prywatnym rodzinnym i koleżeńskim życiu. To był nasz moment Pokoleniowy. Tak jak kiedyś Roman Bratny napisał powieść „Kolumbowie. Rocznik 20” i od tego czasu ten czas historyczny, to pokolenie określa się pokoleniem Kolumbów, tak moje pokolenie miało swój „Kolumbowy” moment historyczny, którym była Solidarność. Byliśmy kilka lat młodsi od tych, którzy ten ruch stworzyli i zapoczątkowali, ale włączyliśmy się do niego i czynnie wzięliśmy w nim udział. A przede wszystkim Solidarność i jego twórcy stworzyli nas, takimi jakimi staliśmy się i jesteśmy do dziś. To oni pokazali nam odwagę walki o wolną Polskę, na naszych oczach osiągnęli to, co my młodzi mogliśmy kontynuować dalej. Nie będę prowadzić dyskusji politycznych jak to wygląda po latach i dlaczego. To już zupełnie inny temat i na inny czas.
Miałam 27 lat, dwoje malutkich dzieci, samodzielne życie, z którym dawaliśmy sobie rady jak wiele podobnych rodzin. Byliśmy w tej dobrej sytuacji, że dzięki swojemu uporowi i (co tu mówić – młodzieńczemu buntowi) mieszkaliśmy sami, bez pomocy rodziców dawaliśmy sobie finansowo radę i angażowaliśmy się w różne małe i maleńkie akcje „anty-rządowe” czyli odmawialiśmy należenia do partii w pracy (a na uczelni takiej jak Uniwersytet Śląski nie było to dobrze widziane), nie uczestniczyliśmy w zebraniach organizowanych przez organizacje takie jak Koło Przyjaciół Związku Radzieckiego (np. w moim Liceum Medycznym) itp. Nie była to wielka manifestacja, ale bywały nie raz ścięcia i słowne „utarczki” z dyrekcją. Jak wszyscy młodzi, godzinami obserwowaliśmy rozwój sytuacji i dyskutowaliśmy o tym co będzie dalej. Wydarzenia roku 1976 rozumieliśmy już bardzo dobrze. Zaczynaliśmy dorosłe życie w trudnych warunkach socjalnych i walczyliśmy o każdy normalny element życia. Chcieliśmy mieć zwykłe domy, książki na półkach dostępne bez ograniczeń, teatry a w nich sztuki bez cenzury, wyjazdy na wakacje w świat, uczciwe zarobki i wolność. Dlatego już pierwsze strajki w Lublinie a potem wszystko co działo się w Gdańsku było dla nas wstrząsem, a równocześnie obietnicą pokoleniową i spełnieniem marzeń o lepszym życiu. Był to okres wakacji, więc my jako nauczyciele mieliśmy przerwę wakacyjną. Obserwowaliśmy zdarzenia ze źródeł telewizyjnych i radiowych, o których dobrze wiedzieliśmy jak są wiarygodne i nadsłuchiwaliśmy wszystkich innych możliwych sposobów informacji. W tamtych czasach nie było to łatwe. Każdego dnia nasz entuzjazm wzrastał i opadał. Nikt z nas tak naprawdę nie znal do końca faktów i pełnej prawdy tego, co działo się na wybrzeżu. Dla mnie były to szczególnie emocjonalne dni, przecież cała najbliższa rodzina mojej Mamy mieszkała tam, w Gdańsku i okolicy. I wujek, brat Mamy właśnie wtedy pełnił funkcję dyrektora stoczni Lenina. Próbowaliśmy wszyscy złapać jakieś wieści ale było to prawie niemożliwe. Dopiero jak zaczęły docierać i potwierdzać się informacje o rozmowach rządu, o okrągłym stole i wreszcie porozumieniach sierpniowych – wszyscy złapaliśmy oddech szczęśliwi i dumni, że to początek końca „złego”. Wszyscy rozumieliśmy, że teraz czas na nas młodych. Trzeba działać, poprzeć tych co robią „wielkie”. Wspierać ich małymi kroczkami, ale stać z nimi po jednej stronie. I pamiętam, że entuzjazm szalał w nas na najwyższych obrotach. Strach, który towarzyszył mi każdego dnia, gdy szłam przez lata do szkoły, gdy dyrektor wchodził do pokoju nauczycielskiego a nasze śmiechy, rozmowy milkły, bo nigdy nie było wiadomo, kto zostanie zaproszony „na DYWANIK” i w jakim celu – nagle przestał nas gnębić. Rozmawialiśmy swobodnie i to dyrektor czuł się niewygodnie wśród nas. Na jednym z pierwszych zebrań rad pedagogicznych wystąpiliśmy z propozycją a raczej żądaniem założenia w szkole komórki Solidarności, bo takie już były w wielu zakładach pracy, a także na terenie szkół w Sosnowcu i innych miastach w Zagłębiu i na Śląsku. Zespół Szkół Górniczych zorganizował się pierwszy i w nich mieliśmy silne oparcie i wzór. To oni pomogli nam jak mamy taką akcję przeprowadzić. Bo najpierw to wszystko była tymczasowa struktura a dopiero potem trzeba było przygotować wybory itd. Tak się złożyło, szkoła była mała i na tle mapy szkół województwa nie miała specjalnego znaczenia ale fakt, że mieliśmy oprócz Związku Nauczycielstwa Polskiego także Niezależny Związek Solidarności był w tamtych czasach dla nas czymś niesamowicie wielkim. A ja – zostałam przewodniczącą tej małej pierwszej Solidarności szkolnej. Pierwszej i.. ostatniej. Ale wtedy tego jeszcze nie wiedzieliśmy. Na początku przystąpiło do nas kilkanaście osób ale w ciągu kilku miesięcy było nas na pewno ponad 60% pracowników. Miałam dobry układ z dyrekcją szkoły i na szczęście dogadaliśmy się dość spokojnie. Oczywiście, można się dziś śmiać z tego – były to niewielkie postulaty, dla młodych ludzi pewnie zupełnie niezrozumiałe, że trzeba było „walczyć” o tak zwykłe i przyziemne sprawy.. ale wywalczyliśmy np. mydło i ręczniki w toaletach, czego nie mieliśmy przez poprzednie lata w szkole, wydzielone miejsca na palenie papierosów, żeby nie było palenia wszędzie i byle gdzie, jakieś dodatkowe ulgi dla matek z małymi dziećmi, ograniczenia dla dyrektora w sprawie sprawdzania nauczycieli bez uprzedzenia i wpadanie na lekcje, stresowanie nieprzyjemnymi uwagami. Było dużo dyskusji, które jeszcze rok czy pięć wcześniej groziłyby wyrzuceniem nauczyciela z pracy. Teraz mogliśmy mówić o wielu naszych bolączkach, choć i tak wciąż niejedna osoba nie była w stanie przezwyciężyć lat zawiązanych ust. Już nie pamiętam szczegółów, ale było tego trochę. To nie były wielkie polityczne żądania, ale nasze nauczycielskie i ludzkie, które dawały nam szanse na poczucie, że współtworzymy to miejsce pracy. Mamy też coś do powiedzenia. Mamy swoje miejsce. Chaos był coraz większy, w kraju codziennie, przybywało problemów, zaczęło się od kartek na mięso ale z każdym tygodniem coraz więcej artykułów przybywało na listę do wydzielania. Mleko w proszku dla dzieci, czekolada. Zaczęła się zima, a wraz z nią nawet buty zimowe były towarem wydzielanym na kartki. Nie ma się co dziwić, że wszystko to zaostrzało konflikty, żądania, postulaty coraz to innych grup, ujawniały się kłótnie, awantury i jasne już było dla wszystkich, że zamiast lepiej dzieje się coraz gorzej. Trudno nam było rozeznać się w tym co dobre a co złe. Żyliśmy nadzieją, parliśmy ku lepszemu.
Pieniądze przestawały mieć stabilność, bo niewiele można było za nie kupić. A jak można było, to właściwie nawet nie potrafiłabym powiedzieć dziś co ile kosztowało, bo kupowaliśmy wszystko w dziwnych miejscach, za dziwne pieniądze, każdego dnia za inną cenę. Czarny rynek działał tak sprawnie, że niemal przestaliśmy o nim myśleć jako o nielegalnym. Żeby żyć trzeba było walczyć, żeby walczyć, trzeba było umieć funkcjonować w kolejkach, w „przyjaźni” z czarnym rynkiem, a najlepiej, jeśli miało się ZNAJOMOŚCI. Łańcuszek znajomych, którzy mieli znajomych i ci znajomi, mogli pomóc innym znajomym – to był skarb tamtych czasów. Czy ktoś dziś potrafi szczerze o tym powiedzieć? To były swoistego rodzaju przyjaźnie. To działało i nikt (niestety) nie uważał, że było to nieuczciwe..
W 1981 roku na wakacje wybraliśmy się we trójkę, mój mąż, jak zawsze z Aniołem, swoim najlepszym przyjacielem i ja. Rodzice zajęli się wnukami na miesiąc w Polsce nad jeziorem w Sianowie, na Kaszubach. Pojechaliśmy „Maluchem”, najpierw do Holandii, do znajomego, który pomógł nam w znalezieniu pracy. Anioł rozsadzał cebulki tulipanów (to oczywiste, przecież byliśmy w Holandii!) a my każdego ranka dojeżdżaliśmy chyba ze sto kilometrów, na szczęście świetna autostradą, Maluchem do pracy w Amsterdamie. Dodam tylko ze byliśmy poranną atrakcją dla wielu kierowców, którzy mijali nas oglądając co to takiego jedzie, a szczególnie ciekawie przyglądali się mojemu mężowi kiedy on bardzo chciał być kierowcą wyprzedzającym choćby środkowym pasem (że nie powiem lewym..) jakikolwiek inne auto jadące obok nas. Nie wiem czy za całe dwa tygodnie pobytu udało nam się choć jedno wyprzedzić, ale mój mąż z gatunku bardzo upartych, więc każdego ranka dzielnie się do tego przymierzał. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy wiadomość od przyjaciół, których Wacek miał wielu w Niemczech (wtedy jeszcze RFN) żeby natychmiast do nich przyjechać, bo mają dla nas świetną ofertę pracy. Na wsi, spokojnie, wśród zieleni, pięknie kwitnących kwiatów. Zwinęliśmy się więc ekspresowo i już za kilka godzin byliśmy w zupełnie innym miejscu. Najpierw u rodziny Rosjan, którą znaliśmy (ja tylko troszkę ale Wacek dość blisko) z czasów pobytu w Leningradzie. Pamiętam, ze kiedy gościłam tam w czasie jednego z pobytów Wacka na uniwersytecie, oni zaprosili nas na kolację. Inteligentni wykształceni ludzie, mieli dość duże mieszkanie jak na warunki rosyjskie.
Nasi rosyjscy znajomi. Jakże inni niż dwa lata temu w Leningradzie. Zdjęcie na dole po prawej z przyjaciółmi Wacka, których poznał kilka lat wcześniej – zwanym przez nas Zenkiem i jego żoną. Zrobili dla nas wiele wiele dobrego.
Zapamiętałam, że w dużym pokoju były bardzo ciemne bordowe tapety, na środku stał fortepian (nie pianino, a prawdziwy fortepian! Ona była muzykiem) a w oknach wisiał.. koc – z dziurą i zasłaniał szybę zamiast firanki.. gdy po niecałych dwóch latach zobaczyłam ich „małe niemieckie mieszkanko” i warunki w jakich żyli, nie mogłam długo uwierzyć, ze los może człowiekowi tak bardzo się w życiu odwrócić. Zaraz potem dojechaliśmy do wsi, zamieszkaliśmy we wskazanej willi, w ładnym pokoiku, szybko zaprzyjaźniliśmy się z panią gospodynią i poznaliśmy naszych nowych boss-ów. A że trafiliśmy akurat na dzień jakiegoś festynu, zabrali nas na to święto i tak zaczęliśmy naszą przygodę z tartakiem – od muzyki, zabawy i niemieckiego znakomitego piwa. Ale to byli Niemcy, więc oczywiście rano, punktualnie o 6.00 stawiliśmy się razem naszymi szefami do tartaku. Chłopcy mieli wtedy takie hobby nazywania nowo poznanych osób różnymi polskimi ksywkami, więc nasi szefowie tez dostali swoje nowe imiona, o których oczywiście tylko my wiedzieliśmy. Był więc Finek, Jurek, Malina i inni. Anioł i Wacek dostali swoje stanowiska przy przycinaniu desek i wkładaniu je na wózki i przewożeniu na specjalne miejsce, gdzie dalej układało się palety do dalszego transportu. Jeśli ktoś z was pomyśli teraz, że to proste to jest w największym błędzie! Cały proces był skomplikowany, wymagał nauczenia się super-niemieckiej precyzji wyliczonej co do centymetra, układania wszystkiego na czas, bo czas to pieniądz a jak pracownik nie zmieści się w czasie to znaczy, że nie może wykonać normy.. itd. Itd. Moi panowie po pierwszych dniach byli wykończeni, ale tak pełni entuzjazmu, ze właściwie o niczym innym nie mówili i dyskutowali bez przerwy o sposobach usprawnienia swoich możliwości działania. Po kilkunastu dniach byli już niemal perfekcyjni. I nadal pełni entuzjazmu.
Zdjęcie górne – Wacek w pracy przy swoich paletach. Dolne – jeden z pikników po pracy z całą ferajna naszych kolegów z pracy. Zawsze było wesoło!
W tygodniu życie ograniczało się pracy, dobrej kolacji, spania i znów to samo. Ale już soboty i niedziele wykorzystywaliśmy na wycieczki i zwiedzania. Jeden z weekendów zostaliśmy zaproszeni do domu Finka. Finek był „moim bossem” – ja pracowałam na końcowym stanowisku przycinania desek tam gdzie część desek już nie dochodziła więc praca była znacznie lżejsza i bezpieczniejsza. Finek zaglądał kilka razy dziennie czy jeszcze żyję, ale i inni, którzy pracowali koło mnie pomagali mi, jeśli akurat zbyt dużo kawałków desek sypało mi się na ręce.
Finek mieszkał chyba z 500 kilometrów od miejsca pracy i dojeżdżał do pracy od poniedziałku do piątku. Wsiedliśmy więc w jego BMW, właściciel zaprosił mnie na przednie siedzenie, choć moi panowie nie byli z tego powodu szczęśliwi i.. pojechaliśmy! – nie schodząc z lewego pasa niemal przez całą drogę, pierwszy raz w życiu i chyba jedyny jechałam z prędkością ponad 200 km/godz. i zapewniam, że nie był to tor wyścigowy. Nie wiem jak ja dojechałam żywa. Raz tylko spojrzałam na bok przez okno i chyba taki sam obraz widziałam potem drugi raz w życiu gdy jechałam jednym z najszybszych pociągów świata w Szanghaju.
Mój Boss ” Finek” i ja – w weekendowym wydaniu:)
Rodzina ta okazała się przesympatycznymi gospodarzami, mieli dwóch chłopców, w wieku 3 i 6 lat, troszkę starszych od naszego syna wtedy. To był mój ostatni tydzień w Niemczech, następny weekend mieliśmy spędzić u rodziny (przyszywanej, ale rodziny😊 w Bonn) i stamtąd wracałam samolotem do Polski. Panowie zostawali na cały następy miesiąc wrzesień a ja miałam zacząć 1-go września jak każdy nauczyciel nowy rok szkolny. Przed wyjazdem Finek otworzył wysuwaną szufladę spod łóżka jednego z synów, w której było chyba z tysiąc małych samochodzików, nazywaliśmy je wtedy „resorówkami” takie jakich dziś mnóstwo w sklepach z zabawkami i jakie wciąż każdy mały chłopiec lubi. Ale wtedy – Jacek uwielbiał je, a kupić mogliśmy je tylko w Pewex-ie za dolary (albo bony dolarowe). A on, po prostu wytłumaczył swojemu synkowi, że mały chłopczyk w Polsce nie ma takich zabawek i że trzeba się z nim podzielić i zgarnął je do wielkiej torby w ilości tak wielkiej, że nie mogłam tej torby udźwignąć. Patrzyłam na tego kilkuletniego chłopca czy nie rozpłacze się, że tata zabrał mu cały jego automobilowy majątek. Ale nie płakał.. Patrzył na ojca, jakby rozumiał dlaczego dzieli się zabawkami. Nigdy nie zapomnę tych gestów i wielu innych pomocnych gestów, które otrzymaliśmy od dobrych ludzi. To wszystko pomogło nam przeżyć te ciężkie dni i miesiące i lata. Nie tylko rzeczy otrzymywane ale przede wszystkim wiara w to, że istnieje na świecie dobro. Bo to było tylko dobro.
Finek jeszcze dzień przed moim wyjazdem do Bonn wziął mnie do sklepu spożywczego i zapytał (oczywiście na migi i wszelkimi innymi sposobami, bo mój niemiecki był mniej więcej na takim poziomie jak jego polski ale jakoś cały czas dogadywaliśmy się) jakie słodycze lubię i jakie lubią moje dzieci i bez czekania na moją odpowiedź zakupił mi następną wielką torbę słodyczy i innych pyszności. Sama nie wiem jak mnie wpuścili do samolotu, dziś nie miałabym takiej szansy.
Panowie mieli plan by w drodze powrotnej, kupić jak najwięcej towarów codziennego użytku, nadchodzący rok dla obu naszych rodzin był nieco łatwiejszy do przeżycia. Zarówno my jak i Anioły mieliśmy małe 2, 4, 5-letnie dzieci. Brakowało mleka w proszku odżywek, proszku do prania, mydeł, szamponów, dziecięcych ubranek. Najprostszych artykułów, które w markecie ALDI (absolutnie innym niż tutejsze Aldi w Houston!) w RFN kosztowały niewiele, jeśli oczywiście można było te pieniądze zarobić. Nasi mężowie od lat byli zaradni, Wacek znał niemiecki, miał wielu znajomych, zaprzyjaźnionych ludzi, którzy zawsze nam pomagali i którym nigdy tego nie zapomnimy.
Tego roku chłopcy mieli wyjątkowo dobry dochód finansowy. Młodzi i silni, roboty było dużo, to i pieniędzy też. Wpadli zatem na szatański pomysł (nie wiem czy ktoś był ich doradcą, czy tylko oni tacy genialni) i postanowili kupić nie tylko towary domowe, ale też kupili samochód. Nie byłoby to dziwne, bo dużo Polaków jeździło na Zachód kupować stare samochody. Ale nasi panowie: po 1-sze; kupili Mirafiori! Auto, które chyba tylko dobrze wypadło w bardzo modnej wówczas w piosence😊
Po drugie: to auto wyglądało super elegancko, zwłaszcza na polskich ulicach, wśród Maluchów, polskich Fiatów 125 i co najwyżej Polonezów Mirafiori prezentowało się wyraźnie z „zachodniej” planety i zwracało uwagę przechodniów.
Miało ciemny bordowy kolor, wysmukłą elegancką sylwetkę i choć było tylko fiatem, „braciszka” polskiego fiata nie przypominało zupełnie. Ale tak naprawdę – samochód był stary, zużyty, tu i ówdzie miał dziury od spodu, duży przebieg silnika i tylko w pierwszym spojrzeniu mógł zachwycić. Jak w piosence. No i takie wrażenie zrobił na naszych znajomych. A już dużo mniejsze na tych, co go ewentualnie mieli od nas kupić. Ale zanim to miało nastąpić, nasi mężowie przyjechali do Polski tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego (1-go października) dwoma autami pełniutkimi towarów kolorowych pudeł i toreb. Gdy jechali w nocy, to światła samochodów sięgały powyżej znaków drogowych, bo tak były obciążone zakupami. Nie mam pojęcia jak oni przejechali przez granicę, ale chyba już nastąpił taki moment, że na wszelki wypadek by nie wpadać w konflikty i problemy, których w tym czasie nie brakowało na wszystkich możliwych frontach, strażnicy graniczni machali ręką i przepuszczali wakacyjnych turystów udając, że nie widzą co wwożą do kraju. Każdy człowiek rozumiał, że jest ciężko. Nikt nie miał siły w obliczu ważniejszych spraw walczyć o „takie drobiazgi”😊
Pamiętam moment, jak panowie podjechali pod nasz blok. Była późna godzina nocna (na szczęście!). Zjechałam windą na dół i moim oczom ukazał się widok, który mnie zszokował. Dwa auta: mały biedny biały Maluszek i piękny bordowy – „coś” co, nie wiedziałam co – dwa razy większe i dłuższe od Malucha, oba wypchane po brzegi i napakowane na dachu jak wielkie kominy paczkami, a obok dwóch przystojnych facetów roześmianych i szczęśliwych, że wrócili do domu z taką wielką niespodzianką.. No i jak tu można było się wkurzyć na ich „super mądrą decyzję kupienia dziurawego starego Mirafiori”?? Godzinę rozpakowywaliśmy paczki, przepakowywaliśmy i dzieliliśmy dobra, do rana niemal gadaliśmy o wrażeniach i potem jeszcze Anioł pojechał do Krakowa pochwalić się swojej żonie męskimi zakupami.
Po tygodniu Mirafiori wrócił do nas do Sosnowca, został wymyty, odświeżony i pewnego dnia pojechałam nim do pracy, do Medyka. Wtedy po raz pierwszy poczułam jak to fajnie mieć dwa samochody w rodzinie, to przecież nie było w Polsce „normalne”😊 i bez dzielenia się z mężem jeździć sobie ładnym autem po mieście. I jeszcze jakim autem! Oczywiście, plotkom nie było końca. Zwłaszcza jak się pracuje w szkole. Ale wśród najbliższych przyjaciół, którzy orientowali się w sytuacji dlaczego kupiliśmy ten samochód i wiedzieli, że chcemy go sprzedać jak najszybciej, mieliśmy fajny ubaw, dużo śmiechu a piosenka o ragazzo mirafiori.. była bardzo popularna w naszych pogaduszkach towarzyskich. Niektórzy nawet namawiali nas do zatrzymania tego auta, bo jak się popatrzyło z daleka to trochę szkoda było. Ale tak bliżej.. Rzecz w tym, że rzeczywistość wyglądała już coraz gorzej. Półki sklepowe puste, tylko dziesiątki butelek octu na nich. Chleb w sprzedaży dwa razy dziennie i to długie kolejki, żeby go kupić. Inne towary – jeden koszmar! Mieliśmy pieniądze i plany z tym związane i nie mogliśmy nic wymyśleć. W tym momencie dzięki wakacyjnym zakupom dzieci były zabezpieczone, kupowaliśmy tylko najpotrzebniejsze towary, głównie na placu owoce, jarzyny. Mieliśmy plan sprzedać tę „rakietę” Mirafiori, na naszego Malucha czekał już umówiony i bardzo spragniony go nasz kolega i chcieliśmy kupić coś większego, ale zwyczajnego polskiego. Mijały tygodnie, ogłoszenia o sprzedaży nie przynosiły efektu, my wychodziliśmy wciąż na bogaczy-posiadaczy aż dwóch! samochodów i zaczynaliśmy się bać zarówno ich posiadania jak i sytuacji w kraju, która zagęszczała się politycznie i społecznie. Coś wisiało w powietrzu..
W tym czasie wszędzie, gdzie działały Związki Solidarności, było już po wyborach. Na Uniwersytecie Śląskim, dość szybko powstała Solidarność, także na wydziale filologicznym, gdzie pracował mój mąż. Na początku był członkiem zarządu, po przeprowadzonych wyborach wycofał się jednak z pracy w zarządzie, bo sytuacja jego doktoratu wymagała dociśnięcia i skupienia się na tej pracy naukowej. Tak więc oczywiście nadal był zapalonym członkiem Solidarności ale już mniej czasu poświęcał zebraniom i części organizacyjnej.
Natomiast ja byłam bardzo zaangażowana w szkole, biegałam na zebrania międzyszkolnej Solidarności, ale nie pełniłam tam żadnych funkcji. Mieliśmy dużo pracy w swojej szkole i nasze własne podwórko dawało nam satysfakcję i wystarczająco dużo pracy, oprócz normalnych obowiązków nauczycielskich, których zwłaszcza jako polonistka miałam wiecznie pełno zarówno w szkole jak i w domu.
Zbliżał się ponury grudzień i zaraz na początku miesiąca moi rodzice zabrali dzieci na wakacje zimowe do Wisły. Kasia miała niecałe 5 lat a Jacek prawie dwa. Mieliśmy dwa weekendy na załatwienie swoich spraw bez organizowania opieki nad dziećmi. W pierwszy weekend, już nie pamiętam jak i komu, ale wreszcie UDAŁO nam się sprzedać Mirafiori. Przez malutki moment z żalem, bo przygoda była fajna, ale szczęśliwi, że wreszcie mamy pieniądze i możemy pomyśleć o realizacji dalszego planu. W tamtych czasach część ogłoszeniowa w gazecie była ogromna! Ludzie sprzedawali wszystko! A kupować chcieli jeszcze więcej. I jak już udało się zadzwonić do kogoś, kto ogłosił coś co nam się wydawało, że nam pasuje, to już nie było aktualne.. i tak zabawa trwała – jak w kotka i myszkę. Sytuacja wydawała się beznadziejna. Nerwowa, ponura. Coraz gorsze wieści, coraz koszmarniejsze informacje w TV. Ludzie zmęczeni, zdezorientowani – ale my młodzi i wciąż pełni energii, że przecież mamy siłę i chęć i wszystko nam się uda zorganizować.
13 grudnia 1981r. wcześnie rano wstaliśmy, umówieni z naszym przyjacielem Andrzejem K. by pojechać na giełdę, gdzie tylko w niedzielę można było kupić używane samochody. Wiedzieliśmy, że nie jest łatwo, że trzeba być tam rano, bo jak wszędzie w sklepach tak i na giełdzie towaru po prostu brakuje.
Włączyłam radio, usłyszałam ponurą muzykę. Żadnych wiadomości, tylko ta muzyka. Mówię – pewnie ktoś ważny umarł, bo nie ma nic w radiu tylko smętna muzyka.. Ale spieszyliśmy się, wiec nie było czasu na zastanawianie się i pojechaliśmy z Andrzejem. Na giełdzie mnóstwo ludzi. Auta wjeżdżały i – natychmiast (powiem brzydko, ale to chyba najlepsze słowo, żeby oddać sens tego co się działo) stado ludzkiej masy rzucało się na każdy samochód gotowy do sprzedania. Kto pierwszy ten lepszy. Ludzie nie patrzyli na to co zwykle patrzy kupujący. Ludzie brali niemal „kota w worku”, byle wydać pieniądze, mieć jakieś auto. Nie było dużego wyboru, nie było szans na zastanowienie się. I nagle ktoś stojący blisko nas powiedział: wojna. Wojna się zaczęła.. Spojrzałam nieprzytomnie na te osobę i popatrzyłam w górę na niebo. Oczami wyobraźni ujrzałam (ale wtedy, przysięgam, byłam pewna, że naprawdę TO widzę!) samoloty, które zrzucają na nas bomby, czarne dymy i krzyk ludzi wokół.. Przez moment wróciły do mnie obrazy wojenne, którymi karmiła mnie TV w dzieciństwie i opowieści rodziców i poczułam dziwny strach. To był moment tak silny tak dosadny, że do dziś czuję ten wstrząs, który mną zawładnął. Zaraz potem ludzie zaczęli opowiadać krzyczeć jeden przez drugiego coś o stanie wojennym ogłoszonym przez generała Jaruzelskiego, o aresztowaniach głównych działaczy Solidarności. Padały nazwiska, dziwne fakty. Nikt nie wiedział ile w tym prawdy, co dalej i w czym nagle znaleźliśmy się. Wiedzieliśmy jedno – musimy pozbyć się tego worka pieniędzy, które na pewno jutro będą nieważne albo nas z nimi aresztują albo nam je zabiorą.. Panika rosła z sekundy na sekundę. Kupiliśmy wreszcie – albo raczej powinnam powiedzieć wyszarpaliśmy polskiego Fiata 125, 4-letniego brązowego, który sprzedawała jakaś wiejska kobiecina. Wyglądała bardzo poczciwie, na lusterku wisiał wizerunek Świętego Krzysztofa i pani życzyła nam, żeby nas chronił od niebezpieczeństw.. Wyjechaliśmy z giełdy uciekając przed wciąż biegającym tłumem. Cały ten obraz to jak surrealistyczna wizja w piekielnym filmie. Ale to nie był film. To był początek koszmarnej „nowej” rzeczywistości polskiej. Auto okazało się mieć niemal pusty bak bez benzyny, ledwo dojechaliśmy do Sosnowca do domu Andrzeja gdzie umierając ze strachu czekała na nas jego żona a moja przyjaciółka Marta (razem pracowałyśmy od początku mojej pracy w Liceum Medycznym). Otworzyliśmy bagażnik, żeby przyjrzeć się nieco bliżej temu co kupiliśmy i zobaczyliśmy.. kurze piórka, resztki odchodów niezbyt dokładnie wymyte, a opona zapasowa była spięta zwyczajnym drutem – niemal kolczastym😊
Takie to było bezpieczne auto. Równocześnie powoli zaczęliśmy się orientować w sytuacji i uzmysławiać sobie co naprawdę wokół nas się dzieje. Pierwsza myśl- zadzwonić do rodziców, umówić się, żeby wrócili natychmiast z Wisły.. Telefony nie działały. Pojechać po nich – nie sprzedają benzyny. Nie wolno nigdzie wyjeżdżać, nie wolno opuszczać domów po 21.00 I tak coraz więcej faktów, zakazów nakazów zaczęło pojawiać się i zacieśniać koszmar stanu wojennego wokół nas. Zamknęli szkoły więc nie poszliśmy już do pracy w poniedziałek 14-go. Nie wiedzieliśmy co się tam dzieje. Krążyły plotki, informacje, że całe ekipy wojska weszły do miejsc pracy, przetrząsają nasze pomieszczenia Solidarnościowe, papiery itd. Mieliśmy różne gazetki, deklaracje, informacje. Bałam się. Baliśmy się wszyscy. W poniedziałek rano Wacek wsiadł w pociąg do Wisły i pojechał po dzieci. Rodzice mieli tam samochód, ale nie chcieliśmy, żeby zabrali je do Krakowa. Nie mieliśmy pojęcia czy wyjechali już, czy nadal są w Wiśle i czekają na naszą decyzję.
I wtedy – do drzwi zadzwonił ktoś. Otworzyłam i zobaczyłam faceta w jasnym płaszczu w kratkę i dziwnej czapce. Zapytał o mojego męża, powiedziałam, że go nie ma.. Nie odchodził. Tak jakoś „poczciwie” patrzył na mnie, cichym głosem powiedział, ze jak mąż wróci to żeby zgłosił się – i dał jakąś karteczkę. Nie rozumiałam do końca. Nie rozumiałam, że to ktoś z tajniaków, że mogą chcieć „rozmawiać” z moim mężem. Przecież nie był ani na „świeczniku” w Solidarności, ani nic nie zrobił wbrew prawu. Nie wiedziałam jeszcze, że „szli” po kolei – od tych co pierwsi zakładali Solidarność na Uniwersytecie Śląskim. Nie wiedzieliśmy co robić, ale wiedzieliśmy, że niezgłoszenie się to początek ukrywania się i ucieczka. Nie mieliśmy pojęcia ani najmniejszej wyobraźni, co może nastąpić dalej.
Marta i Andrzej, nasi przyjaciele, którzy w tamtych dniach bardzo nas wspierali
Następnego dnia rano Wacek wyszedł. A ja wieczorem wraz z Martą i Andrzejem siedziałam skulona na kanapie i mówiłam naiwnie: przecież nie mogą go trzymać dłużej jak 48 godzin.. Nie spałam całą noc, sama z dziećmi i nie miałam pojęcia co z nami będzie, co dzieje się w tej naszej Polsce?..
Następnego dnia wieczorem Wacek wrócił. Wyjął butelkę wódki i powiedział: już wiem, co chcę…
Książki-rarytasy, nielegalnie wydawane w tamtych czasach (wydania lat 80-tych). Przetrwały do dziś i są na naszych pólkach w Houston.
Największym ciosem były wieści o aresztowaniach naszych kolegów, przyjaciół. Niektórzy wrócili do domów dopiero w połowie 1983 roku. Wszyscy przeżywaliśmy ten koszmar wspólnie. Wszystko to, co wydarzyło się później było coraz trudniejsze i smutniejsze.
Na Boże Narodzenie Mama wsiadła do pociągu choć nie wolno było podróżować. Przywiozła nam świeżą pachnącą choinkę, bo bardzo martwiła się, że dzieci mogą nie mieć drzewka świątecznego. Nikt z wojskowych patroli nie zaczepił jej, wróciła bezpiecznie do domu, do Krakowa. W tamtych czasach babcie były nieocenione. A nasza była wyjątkowa..
Na sylwester władza odpuściła godzinę policyjną i mogliśmy być z przyjaciółmi do północy. Witaliśmy nowy 1982 rok w strachu, nienawiści do władzy i nadziei, że sprawiedliwość zwycięży i to dobre co już zostało zrobione, wróci jak dobra karma. Wróciła.
Ale nawet po 40 latach tamte czarne chwile czasami odżywają. Każde pokolenie ma swój „czas Kolumbów” .
Nie pamiętam nawet jak to się stało, że wymyśliłam sztuki Sławomira Mrożka do adaptacji i zagrania w naszym teatrze. To, że Mrożka to mnie nie dziwi, ale jak wpadły mi do głowy jednoaktówki dramatyczne, w sumie mało znane, kiepsko opracowane i raczej takie, na które wśród całej bogatej twórczości Mrożka nie zwrócono specjalnej uwagi. Może właśnie dlatego? Na przekór popularności innych, bardzo znanych dramatów? Próba wyreżyserowania na naszej scenie, tu w Houston „Emigrantów”, „Policji” czy „Tanga” byłaby wielkim wyzwaniem dla polskiej młodzieży. Zarówno ja jak i nasze warunki nie były na to jeszcze gotowe.
Wycinek oryginalnego programu przedstawienia „SERENADA”, 1999r.
Pod sztukach klasycznych Fredry, Bałuckiego (też znalazłam takie mniej znane), zaczęłam myśleć o czymś bardziej współczesnym. Byłam zafascynowana poezją Angieszki Osieckiej i jej scenicznymi utworami i wiedziałam, że wcześniej czy później jej sztuki zagoszczą na naszej małej scenie. Wciąż myślałam o piosenkach i stronie muzycznej, bo bez tego nie ma Osieckiej, ale jeszcze nie byłam na to gotowa. Mrożek nie wymagał piosenek, a z podstawową oprawą muzyczną już potrafiliśmy sobie poradzić.
I tak trafiłam na „Serenadę”. Przeglądając, czytając teksty bardzo często kojarzyłam je natychmiast z moimi aktorami i widziałam obsadę danej sztuki. W 1999 roku miałam zespół składający się z dwóch grup – starszej zaawansowanej aktorsko, składającej się ze studentów, którzy zagrali już kilka sztuk i młody narybek, młodzież ze średnich szkół, która garnęła się do grania, ale nie miała jeszcze doświadczenia sceniczno-aktorskiego. Sztuki jednoaktowe były dobrym pomysłem, dawały szansę zaistnienia na scenie wszystkim, w niedużych rolach.
I w taki oto dziwny sposób doszło do połączenia dwóch jednoaktówek Fredry i (po krótkiej przerwie dla widzów) i zmiany tematu – wystawiliśmy „Serenadę” Mrożka, w której wystąpiła piątka „starszyzny”. Sukces tej sztuki był ogromny, więc po roku zrobiliśmy „Wdowy”, a jeszcze później, w marcu 2002 roku Mrożek zawitał w „Polowaniu na Lisa”.
Tak, wiem – czytającemu ten tekst może zrobić trochę zawieruchy w głowie. Dlaczego łączę te sztuki nie w kolejności czasowej? Zwłaszcza, że patrząc na daty ich powstania, „Serenada” i „Polowanie na Lisa” zostały napisane w 1977 roku a „Wdowy” dużo później, w 90-tych latach. Moim wspólnym mianownikiem dla tych trzech sztuk są aktorzy. W naszym Teatrze, dla nich Mrożek i jego trzy sztuki sceniczne stały się lekcją języka polskiego, rozumienia sensu wypowiedzi autora, symboliki ujętej w jego bohaterach. A nie było to łatwe. Z pozoru w pierwszym „szybkim odbiorze” dla widza te krótkie sceniczne teksty wydają się komedią, groteską i bawią nas doskonale. A przecież wszystkie trzy mają swoje „drugie dno”. I zanim wyszliśmy na scenę do naszych widzów spędziliśmy długie godziny na analizie tekstu, na zrozumieniu kontekstu, podtekstu, momentu historycznego, w którym te utwory powstały. To były lekcje literatury polskiej, języka. Poznawanie Mrożka. I nie było to łatwe zadanie dla młodych ludzi, w większości urodzonych już w Stanach, dla których literatura polska jest za każdym razem nowym odkryciem i wyzwaniem.
Zaczęliśmy od „Serenady”. Motyw zwierząt i nadawanie im cech ludzkich nie jest nowością w literaturze. Już w starożytności w bajkach Edypa spotykamy taki zabieg literacki. Nie jest więc w tym względzie Mrożek odkrywczy. Scenerią „Serenady” jest kurnik, którego właścicielem jest Kogut. To on posiada Kury, każdą inną nie tylko z wyglądu (Blond, Bruna i Ruda) ale i co za tym idzie z charakteru.
Mieszkańcy kurnika z Lisem. Zdjęcie zrobione po przedstawieniu, bo w trakcie Lis nie jest tak bardzo „zaprzyjaźniony” z mieszkańcami kurnika 🙂
Kogut i jego trzy Kury- już wdowy (po zakończeniu przedstawienia)
Bruna, Ruda i Blond- Kasia, Natalia i Edyta
Jest pewny siebie, ostrzega Kury przed Lisem, ale równocześnie jest pewny, że żadna z Kur nie zrobi nic, co byłoby zdradą wobec niego. Jest zadufany w sobie i przekonany o swej władzy nad „głupimi” Kurami. Lis pojawia się pod kurnikiem w księżycową piękną noc i gra na wiolonczeli (w nas na skrzypcach) serenadę. Romantyczną poruszającą melodię. Kury – nadsłuchują i pierwsza, zdawałoby się najbardziej bojaźliwa, wyziera z okna Blond.
Zaczyna się konwersacja. Męsko-damski flirt, jakich wiele w świecie. Lis ma swój plan. Lis wie doskonale co chce osiągnąć, a jednak okazuje się, że Blond wcale nie jest tak łatwa do zdobycia jak wskazywałyby na to wszystkie stereotypy o blondynkach.
Gdy wydaje się, że Lis już już osiąga swój cel, do akcji wkracza wyrafinowana Bruna. Kura-kobieta o dużej wiedzy psychologicznej i umiejętności manipulowania nawet takim mężczyzną, jakim jest chytry cwaniacki Lis. Doprowadzony do szału, sam nie wie czy bać się, czy zaryzykować realizację swojego planu zdobywczego do końca.. i wtedy wyłania się zawsze mącąca i krzykliwa Ruda.
I całkowicie niweczy cały misternie ułożony plan Lisa. Kogut budzi się i zaczyna się ogromna awantura. Ale wtedy okazuje się, że Kury stają jednym murem razem, wspólnie. „Razem, ale osobno” – jak kilkakrotnie powtarza krzykliwie Ruda.to powiedzonko „Razem ale osobno” przerwało wśród nas „Teatralnych” do dziś i w różnych momentach uwielbiamy je cytować:)
Ostatecznie gdy już wydaje się, że Lis przegrał i nic tego wieczoru nie osiągnie, wpada na pomysł, że jak nie któraś z Kur to jeszcze można zmanipulować Koguta i tak właśnie się dzieje. To Kogut pada ofiarą swojej chciwości, nieprzejednanej ciekawości, zazdrości. Czyli gubią go cechy najbardziej ludzkie, najbardziej niskie i zwyczajne. Takie, które gubią nas, ludzi często w naszym codziennym życiu .
Gdy po tygodniach pracy nad tekstem przeanalizowaliśmy postaci, charakter i już wiedzieliśmy co chcemy robić, nie miałam żadnej wątpliwości, kto kogo zagra. Wszyscy byliśmy zgodni, że Blond może być tylko „delikatna” Edyta W, a ostrą psychologiczną, analityczną manipulantką – Kasia L. W drucianych okularkach prezentowała się jak najwyższej klasy Kura – intelektualistka. Wrzeszczeć jak prawdziwa rozrabiająca i awanturująca się Ruda mogła tylko Natalia M.
A Grzesiu G. to urodzony Lis i jeszcze zagrał perfekcyjnie na skrzypcach serenadę. Ubrany w czarny smoking i oczywiście czarną elegancką perukę prezentował się znakomicie. Kogut wystąpił w peruce wielokolorowej jak na koguta przystało i w szlafroku, moim zresztą😊, bo w końcu gotowy był do spokojnego snu, pewny, że jako panu na włościach nic mu nie zagraża. Kury miały peruki związane ze swoimi charakterami i nocne koszulki, bardzo sexy. Oczywiście dodatkowo znalazły się i kapelusze i futra, bo w końcu kury to damy do towarzystwa, więc im się należało.
Sztuka stała się przebojem i okazała się rewelacją dnia, choć nie ukrywam, że dwie pierwsze jednoaktówki Fredry też były bardzo udane. Ale dla nich przyjdzie czas na osobne wspomnienie.
Po roku, także w kwietniu 2000, wróciliśmy do Mrożka i wystawiliśmy „Wdowy”. Ta sztuka została napisana dużo później, bo na początku lat 90-tych (opublikowana w 1992) w Meksyku. Podobnie jak „Serenada” tekst „Wdów” wydaje się być groteskowy, śmieszny i bawi widza. Ale tak naprawdę, zajęło nam to dużo czasu, by wspólnie zrozumieć, że przesłanie Mrożka ma głębszy wymiar.
Fragment programu – „Wdowy”
Mrożek pisząc tę sztukę był już chory i sporo jest w niej rozważań filozoficznych na temat śmierci. Składa się ona z dwóch części, w pierwszej rozmawiają dwie obce sobie kobiety, które w czasie rozmowy łączy śmierć mężów. Zginęli w tym samym dniu, o tej samej godzinie i w podobny sposób. W czasie dogadywania szczegółów okazuje się, że panowie mieli wspólną kochankę, z którą zdradzali swoje żony.
Trzecia Wdowa – cała w czerni, która zjawia się w kawiarni pod koniec rozmowy, zostaje uznana przez obie panie za ową kochankę. Panie zgodnie uważają, że należy im się przynajmniej zobaczyć twarz tej kobiety.
Odkrywając czarny welon.. widzą zamiast pięknej kobiecej twarzy, trupią czaszkę. Są bardzo rozczarowane, że ich mężowie mogli ich zradzać z „taką..” kobietą..
Migawki ze sztuki – kunszt aktorski w pełnej krasie!
Część druga to rozmowa dwóch skrajnie różnych mężczyzn – prostackiego wręcz chamskiego i drugiego, który zachowuje się w tej rozmowie w sposób sztuczny, wyszukany niczym romantyczny kochanek. Panowie walczą o miejsce przy stoliku. Całość łączy kelnerka (w Mrożkowym oryginale -kelner), która stara się panów uspokoić. A kiedy do kawiarni wchodzi Czarna Dama kelnerka wyraźnie jej usługuje i ją preferuje. Sprawy przybierają bardzo nieoczekiwany obrót, groteskowy rozmiar walki kończy się pojedynkiem, w którym ginie jeden z panów a drugi pada na skutek pomieszania i przedawkowania.. „waleriana i szampana” . Czarna Dama czyli Śmierć godnie wychodzi i pociąga za sobą kelnerkę z pełnym wazonem chryzantem, nie oszczędzając także tych, którzy jej schlebiają..
Kolejny raz Mrożek śmieje się z wad ludzkich, odbija je w krzywym zwierciadle, ale też smutno uświadamia nam, że śmierć to jedyny element rzeczywistości tego świata, który jest sprawiedliwy i znajdzie każdego we właściwym momencie.
Znów Mrożek śmieje się z wad ludzkich, odbija je w krzywym zwierciadle, uświadamia nam, że śmierć to jedyny element rzeczywistości tego świata, który jest sprawiedliwy i znajdzie każdego we właściwym momencie.
I choć śmiejemy się głośno przez cały niemal czas trwania spektaklu, bo dialogi są groteskowe, zabawne, to przesłanie tak do końca do śmiechu nie jest. Za to aktorzy zagrali świetnie i dzięki nim bawiliśmy się doskonale. Ci, którzy byli na tej sztuce na pewno to pamiętają do dziś. Natalia K. i Ewa M. jako Wdowy – zrozpaczone, porzucone, pokrzywdzone a potem świadome swojej kobiecej wartości😊 spisały się znakomicie! Zaprzyjaźniły się na końcu jak przystało na kobiety, które los połączył „ w nieszczęściu”. Młodziutkie, a tak przekonywujące w swej roli.
Jasiu K. był tak świetnym prostakiem, gburem i arogantem, że w podobnych rolach obsadziłam go jeszcze kilkakrotnie, bo naprawdę wypadł doskonale. Jędrek W. – całkowite przeciwieństwo Jasia. Urodzony arystokrata, bufon, książę i żałosny władca. A pomiędzy nimi Agnieszka. Drobna malutka kelnerka, która świetnie sobie daje radę z niesfornymi klientami w kawiarni. Zagrała cudną rolę choć była wtedy bardzo świeżutką aktorką na naszej teatralnej scenie.
No i nie mogłabym pominąć roli Czarnej Trzeciej Wdowy, w którą wcieliła się Kasia M. Mimo, że nie wypowiedziała ani jednego słowa, jej istnienie na scenie było istotne a dostojne poruszanie się przyprawiało o dreszcze wszystkich widzów.
Minęły dwa lata, w tym czasie wystawiliśmy już inne sztuki, ale jeszcze raz wróciliśmy do Mrożka i jego zwierzęcych scenicznych motywów. Tym razem sięgnęłam po „Polowanie na Lisa”.
Na scenie mieszają się postaci zwierząt i ludzi. Historia dzieje się lesie, brudnym, zniszczonym przez człowieka przypominającym i symbolizującym ówczesny polski świat. Przypatrując się działaniu bohaterów uświadamiamy sobie, ze nikt z nich nie robi tego, co powinien, co lubi, co chciałby naprawdę. Nikt nie jest na właściwym miejscu. Wszyscy wzajemnie boją się siebie. Nikomu na niczym nie zależy i wszyscy są pogrążeni w chaosie i bezprawiu. W lesie dochodzi do unicestwienia ostatniego Lisa i ostatniego Koguta.
zdjęcie górne- scena zbiorowa w lesie. Lis z Paralityczką. Obok lewej ex- hrabia, ex- Król i Wodzirej. Zdjęcie dolne- Paralityczka, Kasia L.
A sprawcą takiego bezmyślnego czynu jest Paralityczka (u Mrożka w oryginale Paralityk), która zupełnie nie wie i nie rozumie co się wokół niej dzieje i strzela na oślep dla samego faktu strzelania, dla zabawy. Z dialogów jasno wynika, że rozumowanie zwierząt – Lisa i Koguta jest dużo bardziej logiczne niż ludzkie rozważania. Ludzie są zagubieni, bezrozumni, niszczą wszystko dookoła i siebie wzajemnie. Groteska staje się przygnębiająca choć na scenie pozornie śmieszy, jak zwykle u Mrożka. Język dosadny, dialogi celne i ostre. A praca nad sztuką po raz kolejny nie była łatwa. Całymi długimi godzinami staraliśmy się tłumaczyć sobie wzajemnie, jak znaleźć się w tych trudnych dla młodych aktorów scenach, jak przeistoczyć się w rozleniwionych ex- hrabiów czy ex-królów (Grzesiu G i Łukasz G), jak zrozumieć kim jest w świecie komunistycznym Wodzirej i jaka może być jego „wodzirejska” rola. Zwłaszcza gdy grał ją młodziutki niedoświadczony Adam S. W rolę chorej Paralityczki, nic nie rozumiejącej z ponurej otaczającej ją rzeczywistości wcieliła się Kasia L. a Jasiu K był jej doskonałym Popychaczem. Człowiekiem, który musi TU być, ale który nienawidzi tego, co robi. Ach, skąd my „starsi” to pamiętamy?..
Lis i Kogut – niezapomniane kreacje sceniczne Jacka M i Edyty W
Role zwierzęce zasługują na specjalną uwagę. Niesamowita kreacja Jacka M, jako Lisa i Edyty W. jako Koguta wbiły się widzom na lata w pamięć. Godziny prób, w dodatku cały czas utrudnianych przez Jackowe wygłupy, dzięki którym wszyscy świetnie się bawili. A ja myślałam, że go naprawdę „uduszę” tak mi tymi swoimi wariactwami koguto-lisowymi na próbach przeszkadzał. Zresztą po zakończeniu sztuki odbył się Happening i tam też nie odpuścił i sobie z Edytką „pokogucili” 😊
No i jeszcze kilka słów o dwóch świetnych dziewczynach, które wtedy całkiem niedawno dołączyły do naszego zespołu i w tej sztuce zagrały role psów – Ogarów. Ich:
„Hauuuuu! Hauuuuu!!” ileś tam razy brzmiały kapitalnie! Wcale je nie zraziło, że muszą na scenie zaszczekać, przeciwnie, słono sobie kazały za to zapłacić😊 i widzom bardzo się spodobały.
Cały zespół
I trzeba wszystkich aktorom oddać, że zagrali fantastycznie i jedyne czego bardzo żałuję to to, że dziś po tylu latach przeglądając dziesiątki materiałów brakuje mi dobrego nagrania właśnie z tego przedstawienia. Taka szkoda, że nie mogę wam pokazać choćby małego fragmentu ich aktorskiej gry. Wszyscy na to zasłużyli.
Jeśli dodam do tego ogromną pracę Beatki M. jako mojej asystentki (jedynej i ukochanej!), piękne dekoracje w wykonaniu Marka M, Beatki, Ewy D. Ekipę techniczną pomagającą nam wszędzie i przez cały czas (Wojtek i Olga) i cały zespół rodziców i przyjaciół – czy mogłam coś więcej wtedy sobie życzyć?
Mogłabym – ale miałam wszystko, co potrzebowałam i chciałam.
Teatr ŻYŁ.
Grupa Teatralna – chwila oddechu przed premierą „Polowania na Lisa”
p.s Wszystkie zdjęcia pochodzą z prywatnej kolekcji i dziś już mają ponad 20 lat. Stąd ich jakość pozostawia wiele do życzenia, za co i aktorów i czytelników bardzo przepraszam:)