“Jadą wozy kolorowe” – Agnieszka, Marylka i teatralny Dzień Matki w 2003 roku. 

8/10/2021   

We wczesnych latach dwutysięcznych Teatr Ogniskowy w Houston miał się dobrze i pracował intensywnie. Nadal w warunkach “podziemi domowych” prób, wieczornych spotkań, przeważnie u mnie w domu. Mieliśmy już całkiem nieźle dopracowany sposób przygotowań naszych przedstawień. Najpierw pomysły – co wybieramy, potem spotkania z Beatką, wielogodzinne, przegadane przy pomidorówce (tomato soup – jak to się to elegancko nazywa) 🙂 sałacie i winku  w naszej ukochanej Madlence, którą tylko czasem zamieniałyśmy na jacuzzi u Beatki na patio.  Prawie zawsze był to mój pomysł, ale Beatka natychmiast rozwijała koncepcję o dodatki muzyczne i zaraz robiło się sensownie, wesoło i kreatywnie. W tym czasie wciąż głęboko siedziałyśmy w fascynacji piosenkami Agnieszki Osieckiej, jej “Listami Śpiewającymi”, z których już kilka pokazałyśmy naszej publiczności.  

Cały zespół Teatru Polskiego – Maj 2003

 Wspominałam już kiedyś, że moje opowieści a raczej wspomnienia teatralne nie są kroniką, a więc nie mają charakteru zapisu według dat kolejnych przedstawień.  Po tylu latach pamięć jest zawodna, wiele faktów pewnie podałabym niedokładnie i pominęłabym niechcąco to, co dla innych mogłoby być bardzo istotne. Wybierając formę luźnych wspomnień, a przede wszystkim nastawiając się na  opowieść o aktorach, twórcach i o przeżyciach, których czas teatralny nam dostarczył, mogę nie trzymać się historycznej kolejności przedstawień. Aczkolwiek – mam uporządkowane listy wszystkich spektakli, miejsc gdzie się odbyły, spis aktorów, którzy w nich grali.  Jest możliwe, że istnieją wciąż jeszcze jakieś luki, ale większość tych informacji jest rzetelnie spisana. Nie wiem czy kiedykolwiek ktoś do tego sięgnie, ale zainteresowanych odsyłam do wpisu w dziale teatralnym blogu z dnia 5 maja 2021 pt. “ Garść ciekawostek, faktów czyli teatralna mini statystyka”. Znajduje się tam spora ilość informacji, liczb, dat i nazwisk o teatrze, a więcej zawsze można dowiedzieć się bezpośrednio ode mnie. 

Pierwsza strona programu

To tylko mała dygresja celem wyjaśnienia, dlaczego tematem dzisiejszego wspominania będzie spektakl wystawiony w maju 2003, który zbiegł się z amerykańskim Dniem Matki obchodzonym zawsze w drugą niedzielę maja. 

Strona programu „Wystarczy mocno zacisnąć powieki” i „Jadą wozy kolorowe” Maj 2003

 Z “Listów śpiewających” Osieckiej podobał nam się jeszcze jeden pt. “Wystarczy mocno zamknąć powieki”. I chociaż bawił nas pomysł i natychmiast po przeczytaniu tekstu widziałyśmy w naszej wyobraźni obsadę do tej inscenizacji, to z góry wiedziałyśmy, że na samodzielne przedstawienie tekst jest za krótki i że po kilku innych wcześniej wystawionych “Listach Śpiewających” nasyciłyśmy już naszą widownię tą tematyką.  Trzeba było znaleźć coś innego, a moje myśli wciąż krążyły wokół kochanej Agnieszki. I wtedy po wymianie korespondencji, e-mailów moja nieoceniona przyjaciółka Nina znalazła książkę w polskim Empiku bardzo “na czasie”.  Wiedziała, że lubię czytać wszelkiego rodzaju biografie (wbrew pozorom i ostatniej spowiedzi o książkach kryminalnych nie myślcie sobie, że nie czytam niczego innego 🙂 i przysłała mi książkę Maryli Rodowicz pt. “Niech żyje bal”.  Były to czasy, gdy pisanie i wydawanie własnych biografii przez ludzi sławnych, celebrytów zaczęło być bardzo modne. Przeczytałam szybciutko, bo książka lekka i przyjemna. Postacie, które kręciły się wokół Maryli Rodowicz były niemal z mojego “podwórka”. Rodowicz była studentką na Akademii Wychowania Fizycznego, gdy po raz pierwszy o niej usłyszałam. Byłam jeszcze w szkole podstawowej, gdy wieści o dziewczynie, która biega, skacze przez plotki i śpiewa zaczęły nam młodym obijać się o uszy. A gdy zaczęła śpiewać pierwsze piosenki Osieckiej…

I tu zrodził się pomysł nie do odrzucenia! We wspomnieniach Rodowicz znalazłam wiele o Osieckiej, o jej piosenkach i tak powstała idea napisania scenariusza spektaklu o Marylce, ale którego “bohaterami” miały być piosenki Agnieszki Osieckiej.  

A potem już pomysł rozwijał się z godziny na godzinę! Pomiędzy Osiecką a Rodowicz było prawie 10 lat różnicy, spotkały się kiedy Agnieszka była już dojrzałą poetką, znaną w kręgach literackich, podczas gdy Maryla stawiała dopiero pierwsze artystyczne kroki. Ale szybko zaiskrzyło. Osiecka napisała wiele piosenek, które stały się wielkimi przebojami Rodowicz, do dziś są rozpoznawalne, lubiane i nigdy niezapomniane. 

Zanim zacznę jednak opowieść  o tym jak powstawała nasza sztuka biograficzna, wrócę do krótkiej części pierwszej majowego wieczoru 2003 roku,  do ostatniego “Listu Śpiewającego” wystawionego przez nasz zespół. 

“Wystarczy mocno zamknąć powieki”.  Rzecz dzieje się w ..Nowej Hucie. Może dlatego ten tekst przyciągnął moją, Krakuski,  uwagę 🙂  Jak wszystkie listy śpiewające, spektakl zachowuje formę  pisania i przesyłania listów pomiędzy dwojgiem bliskich sobie ludzi (mężem Tadeuszem i żoną  Joanną). 

Tadeusz jest inżynierem na wysokim stanowisku w wielkim kombinacie w Nowej Hucie, bardzo zapracowanym i zaangażowanym w tym co robi. Jego żona – odwrotnie. Nie pracuje, nie bardzo umie sobie wypełnić dnia własnymi zajęciami, jest marzycielką i wymyśla sobie coraz to większe, bardziej skomplikowane scenariusze, że mąż ją zdradza, nie interesuje się nią i nie poświęca jej odpowiedniej ilości czasu i zainteresowania. Motywem scalającym a zarazem podtytułem sztuki jest słynne tango “Jalousie” skomponowane w 1925 r. przez  duńskiego kompozytora Jakoba Gade. Słowo “jealousy” pochodzi z języka francuskiego i znaczy zazdrość. Joasia wpada w coraz większa paranoję, pisze listy do wielu osób  powiązanych z jej mężem w kombinacie po linii służbowej i nie tylko, a odpowiedzi na te listy są pięknymi scenkami, które bawią widzów – urzędniczka, czyli pracowniczka wydziału kadr, wodniak z klubu kajakowego, góralka, dziennikarka, której kiedyś mąż Joanny opowiadał w wywiadzie o wielkich piecach w hucie i był w tych opowieściach bardzo… czarujący 🙂 Potem jeszcze zazdrosna żona znajduje panią doktor, taką seks-bombę, która sama ma problemy ze sobą i która opowiada Joannie o swoich potrzebach i pragnieniach męskich, o typach mężczyzn jakich  ona uwielbia i wreszcie uświadamia Joasi, że jeśli naprawdę chce znać przyszłość, to powinna się udać do wróżki, a nie do lekarza.. Ostatnią postacią, która przemawia do zazdrosnej żony jest owa wróżka. Mówi: “Choroba jest blisko ciebie, ale nie w żołądku, ani w wątrobie, tylko w głowie. Myśli ty masz czarne, niedobre. Człowiek przy tobie jest. Przyjaciel.”

A potem wróżka zapowiada, że problem pomoże rozwiązać .. przypadek! Joanna jest na granicy histerii, szaleje z rozpaczy, z zazdrości, nie umie sobie poradzić  ze swoimi wyobrażeniami i nikt nie umie jej w tym pomóc. Kiedy już jest na granicy obłędu krzyczy sama do siebie: „Muszę usłyszeć jakiś ludzki głos, zatelefonuję na 926  i wszystko powiem tej obcej i obiektywnej kobiecie!!!” Wykręca ten numer – i tu wypada mi już wyjawić tajemnicę równie śmieszną co zaskakującą – jest to numer do zegarynki (tym, co nie mają pojęcia co to takiego albo nie pamiętają wyjaśniam, że w tamtych czasach był to rodzaj idealnego zegarka telefonicznego podającego non stop, minuta po minucie czas, przez całą dobę, przez telefon. Monotonnym, nudnym głosem 🙂  Tak więc Joasia rozładowywała swoje emocje do kogoś kto nie odpowiadał jej, nie udzielał niechcianych niemiłych odpowiedzi a jednocześnie stwarzał poczucie, że wysłuchuje pytań i narzekań “nieszczęśliwej” żony. 

I wtedy nagle wpadł do domu wściekły, zazdrosny mąż, z wrzaskiem już od progu: „Kto to jest ten facet? Z kim ty flirtujesz już od czterech godzin?? Dzwonię do domu i nie mogę się dodzwonić! „

 I tak, oto przepowiednia wróżki się spełniła. Głos zegarynki powtarzający monotonnie “siedemnasta czterdzieści jeden, siedemnasta czterdzieści dwa…” stał się szczęśliwym rozwiązaniem małżeńskiego konfliktu.  W trakcie całej sztuki, która ma charakter bardzo lekki i komediowy (choć z mojego opisu może tak nie wynika 🙂 wciąż przewijają się takty muzyczne Tanga “Jalousie” i to one są elementem scalającym całość, podsycającym atmosferę, rozpalającym uczucia i wreszcie uświadamiającym Tadeuszowi, co Joasia czuła kiedy praca, piece hutnicze, konferencje, fundusze itd. są tak ważne, że człowiek spada w hierarchii ważności na dalekie miejsce.  Oraz najważniejsze – że tak naprawdę oboje kochają się mocno i wzajemnie!

Zapytacie dlaczego tak dokładnie opisałam treść spektaklu? Otóż, okazało się, że jest to jedyna sztuka, której nie mam w swoich nagraniach. Nie wiem jak to się stało, zwłaszcza, że była to część pierwsza wystawiona w ten sam dzień, gdy po przerwie zaprezentowaliśmy “Jadą wozy kolorowe”.  Poczułam się z tym źle, że nie będę mogła przypomnieć dziś  “na żywo” nagrania z tego przedstawienia. Niestety, mam tylko zdjęcia. I tylko to mogę udostępnić. Może ktoś po tym artykule znajdzie w swoich domowych archiwach to nagranie?… Główne kreacje Joanny i Tadeusza grali Edyta W. i Jacek M.  i były to naprawdę świetnie zagrane role. 

W poszczególnych scenkach wystąpili: wodniak – Ben S, Urzędniczka – Ewa K, Góralka – Joasia S, Dziennikarka – Kasia K, Pani Doktor – Ewa T, Wróżka – Emilia S.

Spektakl bawił, śmieszył, bo choć temat wydaje się poważny, to jednak forma była bardzo lekka, z przymrużeniem oka.  Dużo poezji, liryki, jak to u Osieckiej. 

Jak wspomniałam na początku, nasz spektakl odbył się 3 maja, tuż przed Dniem Matki i był pomyślany jako prezent dla Mam. Prezent słowny, muzyczny, radosny, kolorowy. O kolory na scenie zadbała Krysia P., która kolejny raz współpracowała z nami przy dekoracji. Wszyscy wiemy, że Rodowicz od początku pierwszego wyjścia na scenę (niemal do dziś) 🙂 zawsze miała szalone pomysły, niekonwencjonalne sposoby zaskakiwania publiczności. Zachowując zwariowaną konwencję Krysia także wymyśliła na głównej ścianie postrzępione wizerunki blond roześmianych twarzy, na białych koszulach (lnianych – jak w “Małgośce”) tło niebiesko-żółte, gdzieś konie, płoty jak w Zakopanem, jakieś kanapy, jakieś poduchy.. Musieliśmy dokonać dużo zmian w czasie przerwy, a jeśli ktoś pamięta, to w St. Thomas w sali teatralnej nie było sceny z kotarami, więc musieliśmy się bardzo się zorganizować i sprężyć, żeby w czasie krótkiej przerwy niemal na oczach publiczności dokonać szybkiej wymiany całej dekoracji. Na szczęście winko pomagało, każdy chętnie wypił kieliszeczek i pogadał o wrażeniach z pierwszego przedstawienia. 

Kreatorskie kolorowe dekoracje Krysi P.

“Jadą wozy kolorowe” to jedyne widowisko, rozpoczynające się tą właśnie roztańczoną piosenką o tym samym tytule, które zostało pomyślane jako spektakl biograficzny. Scenariusz został napisany na podstawie biografii Rodowicz “Niech żyje bal”. Nie jest to książka wysokich literackich lotów, ale moim zamiarem było napisać scenariusz, który byłby zgrabnym połączeniem i podkładem dla piosenek Rodowicz.  Chcieliśmy je przypomnieć naszym Mamom, Babciom, naszej publiczności. 

 W tej biografii Maryla opowiada swoje wspomnienia z młodości, z początków swojej kariery ale także z lat późniejszych aż do 90-tych. Jakoś nie bardzo widziałam tę opowieść w wykonaniu jednej aktorki, więc wymyśliłam, że stworzymy Marylkę bardzo młodą, niemal nastolatkę, szaloną, często zakochaną, zwariowaną. A także tę starszą, już dojrzałą artystkę, żonę i matkę  trójki dzieci. Scenariusz skonstruowałam w taki sposób, by młoda Marylka “przeplatała się” ze starszą i ich wspomnienia mieszały się niemal równocześnie.  Tak jakby w jednej osobie istniały dwie, które wzajemnie przypominają sobie strzępki wspomnień życiowych. Marylki – młoda czyli Kasia L. i starsza – Ania B. są na scenie obok siebie przez cały czas i uzupełniają się niemal w każdym wspomnieniu.

Dwie Maryle Rodowicz – Kasia L. i Ania B.
Migawki z widowiska „Jadą wozy kolorowe” – najbardziej rozśpiewane i kolorowe przedstawienie

To był dobrze pomyślany “zabieg” choć mocno pokroiłam opowieść autorki, ale przecież była to interpretacja i sposób na włączenie do przedstawienia ulubionych piosenek.  I tak się stało, że aktorską część grały tylko dwie osoby, cały ciężar tekstowy spadł na te dwie panie. Cała reszta to piosenki. Piosenki pochodzące z różnych występów scenicznych Rodowicz. Wybrałyśmy bardzo fragmentaryczne wspomnienia, ale tak by pokazać Marylę artystkę, Marylę zakochaną i dokonującą nie zawsze udanych wyborów męsko-damskich, Marylę – Matkę trójki dzieci, Marylę, której nie znaliśmy i Marylę, którą lubiliśmy. Piosenki potwierdzały i ilustrowały te wybrane momenty jej życia. Użyłyśmy  ich jako ilustracje do życiowych wydarzeń artystki.  Wybrałyśmy z Beatką (tu Beatka miała pierwszy głos!) piosenki, które najbardziej lubiłyśmy. Stworzyłyśmy połączenie piosenek niekoniecznie w kolejności ich debiutów. Zresztą wybór wydarzeń z jej życia to także subiektywna moja decyzja. Tak więc wszystko w tym przedstawieniu może niekoniecznie jest zgodne z kolejnością realnych  i prawdziwych zdarzeń, ale myślę, że widowisko przybliżyło wszystkim wizerunek Maryli i przypomniało wiele jej pięknych przebojów. Potem już była tylko dyskusja, JAK je zaśpiewać, jak je rozdzielić, by każda śpiewająca osoba miała swoją ’’cegiełkę”.

Oczywiście zaczęłyśmy od początków kariery i jej pierwszej wielkiej miłości – Daniela Olbrychski. Posłuchajcie fragmentu wspomnienia o pierwszym spotkaniu z aktorem.

I jednej z pierwszych piosenek, która utorowała Maryli drogę do niesamowitej kariery.

A oto jeszcze jedna chwila wspomnień o Olbrychskim i jego ulubiona piosenka, która stała się przebojem całego mojego pokolenia. I moją osobistą piosenką ślubną !

Były też wspomnienia o ważnym w jej życiu związku z Krzysztofem Jasińskim, ojcem dwójki jej dzieci i wreszcie o szczęśliwym trwającym już ponad 20 lat związku małżeńskim z Andrzejem Dużyńskim (ojcem, trzeciego dziecka Jędrka)

Z czasów fascynacji Jasińskim pochodzą miedzy innymi piosenki: „Leżę pod gruszą” i „Bossa nova” – na naszej scenie obie w wykonaniu Kasi K.

Zdecydowałyśmy się też na deklamację na oryginale piosenek Rodowicz. Przypomnę tutaj piękne wykonanie Maryli „Polskiej”Madonny i naszą rodzimą Edytę deklamującą ten wspaniały, porażający dreszczykiem wzruszenia tekst.

Piosenki Rodowicz, to przeboje, na których wychowało się nasze pokolenie, a i młodzież teatralna także bardzo chętnie je śpiewała. Sztuka wystawiona 18 lat temu, nagrania czasem bardzo słabe (cóż, techniczna strona nie była naszą mocną stroną) ale emocjonalne wspomnienia, ciepło tego wieczoru wciąż jest odczuwalne. Dla mnie zawsze będą to godziny prób, przygotowań, emocji, rozmów, śpiewania. W domu, w teatrze i na przedstawieniu. Ogrom tekstu, który Kasia i Ania musiały opanować, choć dziś myślę, że miałabym inny pomysł na “Marylkę”, to podziwiam ich pamięć, wspólne próby, dogrywanie się w “jedną osobę”, uzupełnienie się, wytrzymanie przez cały czas trwania spektaklu w perukach. Były znakomite! 

 Na koniec posłuchajcie rewelacyjnie zaśpiewanej i opracowanej ruchowo piosenki “Kolorowe jarmarki” do której pomysłów na rekwizyty nasi aktorzy mieli chyba więcej niż cały zespół prawdziwej Maryli Rodowicz!

I na koniec – piosenki zamykającej nasze kolorowe widowisko “Ale to już było”. 

Na koniec nie mogę pominąć faktu, że oczywiście pojawił się na scenie Jasiu K. z gitarą i dwaj panowie Jacek M. i Ben S. (kompletnie nie śpiewający) 🙂 ale grający w pierwszej części spektaklu i siłą rzeczy włączeni do drugiej – jako część jarmarkowej inscenizacji, z czym doskonale sobie poradzili. Podobnie w końcowej scenie. 

Reżyser i autorka scenariusza czyli ja i moja prawa ręka – Beatka, asystentka śpiewająca 🙂

Drogie aktorki i aktorzy! Dziś już prawie każdy z was jest Rodzicem. Jeśli najdzie was nostalgia, pomyślcie sobie o pewnym przedstawieniu, które podarowaliście swoim Mamom 18 lat temu. Może zechcecie przypomnieć sobie, posłuchać i przyjąć te wspomnienia jako prezent dla was? 

Życzę wam miłych wspomnień i ciepłych wzruszeń 🙂


BACK

Historia o siedmiu mocach, siedmiu krasnoludkach, siedmiu dziesięcioleciach i tylko jednym Facecie.

8/3/2021 

Za siedmioma górami, za siedmioma morzami, dawno temu, bo siedem dziesiątek lat temu zaczęła się bajka jednego życia. Wprawdzie bez królewny, bo czasy były trudne i wszystkie piękne królewny wywędrowały do innych piękniejszych krajów, ale małe krasnoludki pojawiały się na świecie. Jeden nawet urodził się w pięknym mieście Krakowie. Naturę odziedziczył troszkę z „Mędrka”, troszkę z „Nieśmiałka”, dużo z „Wesołka”, a na starość zostało mu trochę z… ”Gapcia”😊 (Dla wyjaśnienia dodam, jakby ktoś zapomniał bajkę o Królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach, że imiona pożyczyłam od tychże krasnoludków). Fajnie oddają cechy charakteru pewnego Krasnoludka, który dorastał w zwykłej rodzinie, powoli przeobrażając się w całkiem przystojnego i mądrego faceta..  

FACET

 Przez długie miesiące w siedmiomilowych butach stąpał twardo przez życie, brnął przez siedmiodniowe tygodnie i jeszcze dłuższe, długie lata by dziś stanąć na progu swojego 70-letniego wypełnionego wspaniałymi przeżyciami i osiągnieciami życia.

Siódemka zawsze była i jest uważana za liczbę wyjątkową, szczęśliwą i magiczną. Każda religia, każda kultura ma swoją interpretację i własne wiarę w ten numer. Liczba siedem to symbol pełni, doprowadzenia czegoś do końca. Bóg stworzył świat w ciągu siedmiu dni – mówi nam biblia.  W chrześcijaństwie mamy siedem grzechów głównych (tu może nie będę ich na taką okazję wymieniać! 😊 ) Mamy siedem sakramentów w Kościele, Rzym zbudowano na siedmiu wzgórzach, jest siedem cudów świata i tak dalej i tak dalej.. Przykładów o wyjątkowości i szczęśliwości siódemki można by wymieniać bez końca! Na poważnie i w żartach. W nauce i w zabawnych historyjkach.

Historia 70 lat życia mojego męża, jak każdego człowieka ma swoje szare i  kolorowe chwile. To wspomnienia, które znam tylko z opowieści i te nasze, wspólne prawie 50-letnie doświadczenia.

Każdy człowiek ma taką książkę życia. 

Najpierw było dość biednie i  ciężko. Trzeba było mieszkać w jednym pokoju i dzielić wspólną kuchnię z sąsiadami, w chłodne dni nosić do krótkich spodni niciane pończochy przypinane na zatrzaski do pasa (nie, to niemożliwe, żeby ktoś jeszcze dziś o tym pamiętał!..). Do szkoły chodziło się na piechotę (daleko!) bez żadnej opieki dorosłej osoby. Mijało się Planty Krakowskie, Barbakan, gdzie zaraz obok, wśród gęstych krzaków był mały cmentarz grobów kilku żołnierzy radzieckich. Tam właśnie w konarach drzew była świetna kryjówka, by schować się i wytoczyć walkę kolegom, z którymi miało się pewne bardzo ważne porachunki..  Miejsce na taką „męską” wojnę było wymarzone.

Zdarzyło się kiedyś (zupełnie niechcący😊) zamknąć bramę główną kamienicy, w której się mieszkało, tuż przed 15.00 gdy pracujący poczciwie lud wracał zmęczony z pracy i usiłował dostać się do domu.. Miało się też kiedyś pomysł zrobienia „małego ogniska” w piwnicy owej kamienicy. Na szczęście – pożaru z tego nie było😊  Wszystkie te historyjki ów „Krasnoludek – Wesołek” wymyślił na długo przed dorosłością i za wszystkie za każdym razem solidnie odpokutował, jako że czasy były takie, iż narzędziem wymierzającym sprawiedliwość i uwielbianym przez rodziców były wszelkiego rodzaju i maści pasy. Najlepsze były te wąskie plastikowe, łatwo wpijające się chłopięcy tyłek… Wtedy jeszcze nie odbierało się dzieciom za karę komputera na tydzień, nie było zakazu używania telefonu przez miesiąc. Nie, sposób był prosty. Trzy uderzenia za.. pięć za.. itd.  Ale Krasnoludek był zwyczajnym chłopcem, mądrym i sprytnym, lubianym i inteligentnym, szybko radził sobie z codziennymi kłopotami małych ludzi, włączył się w życie gromadne, znalazł przyjaciół, został harcerzem i z „Wesołka” stał się bardziej „Mędrkiem”. I choć zdarzało mu się przynieść czasem czwórkę ze szkoły, co niestety, przy jego starszym bracie, absolutnie bez-czwórkowym(!), wypadało bardzo dla niego niekorzystnie i zawsze konsekwencje tego były (oj! Oj!) nieprzyjemne.. jakoś w życiu radził sobie całkiem dobrze.

Harcerz od wczesnych lat podstawówki, obok zawsze Anioł, aż do instruktora w stopniu harcmistrza. Zdjęcie środkowe to marsz grupy obozowej w Powroźniku (1972r) – ja w pierwszej czwórce jako jedyna instruktorka – dziewczyna.

W czasach licealnych było już dużo łatwiej,  bo Krasnoludki stają się dużymi samodzielnymi Krasnalami i mają coraz więcej wolności i własnej radości. Świat kręcił się coraz szybciej i coraz więcej wokół harcerskiej braci i właśnie ten krąg przyjaciół stawał się najważniejszy. Od drugiej klasy, obok stał zawsze „Anioł” przyjaciel wierny z najwierniejszych, więc życie płynęło całkiem znośnie i wesoło.

W domu brakowało pieniędzy, ale i z tym można było sobie jakoś poradzić, kilka korepetycji uzupełniało kieszeń na własne potrzeby. Z Mamą paliło się  w tajemnicy przed Tatą papierosy (choć on też palił, bo kto wtedy NIE palił?) Mama była bojaźliwa, nigdy nie sprzeciwiłaby się Tacie, więc jak Tata nie pozwalał synowi palić, to Mama lojalnie dotrzymywała tajemnicy i towarzystwa w tym papierosowym rytuarze. Wiem, bo byłam już wtedy świadkiem tych ukrywanych późnych „rozmów przy papierosku” choć było to już dużo później, gdy Krasnal był studentem Filologii rosyjskiej  i pełnoletnim dorosłym człowiekiem, a ja jego dziewczyną. Tatuś jednak NIE pozwalał – a tatusia drażnić nikt nie chciał, więc nocne spotkania nikotynowe  trwały nadal, jak za czasów licealnych. I jak wiele innych tajemnic..

Dziwne to było, ale jak każda rodzina tak i ta miała swoje „zwyczaje”.  W końcu i w mojej też ich było wiele.  Kiedy poznałam Wacka był drugim najpopularniejszym „Harnasiem” w Hufcu Kleparz. Gdy gromadka instruktorska (tylko męska!) wchodziła w wieczorny piątek do Hufca, wszystkie, zwłaszcza żeńskie głowy obracały się w stronę drzwi wejściowych i z zachwytem wpatrywały się w kilku młodych przystojnych, energicznych, zachwycających facetów. Szczep Harnasie cieszył się wyjątkową sławą i popularnością w Hufcu.

Byłam w pierwszej klasie liceum, przychodziłam na dyżur z zupełnie innym kolegą albo grupą kolegów i koleżanek, należałam wtedy do szczepu Czarnej Trzynastki. Prowadziłam drużynę zuchową i miałam bardzo dobre osiągnięcia. Zauważył to szef referatu zuchowego w hufcu, który, tak jakoś się złożyło, że był też instruktorem w Harnasiach i był jednym z tej grupy przystojniaków. Miał jeszcze jedna zaletę. Grał bardzo fajnie na gitarze i na każdym spotkaniu harcerskim był duszą towarzystwa. Wszyscy go lubili, wokół niego zawsze zbierała się spora  gromadka i zawsze było wesoło. Był rówieśnikiem Wacka i trzymali się razem. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam. Z Januszem miałam dobre kontakty służbowe, jako szef referatu zuchowego w hufcu był moim przełożonym, po linii zuchowej.

Janusz S. przyjaciel Wacka. Facet, dzięki któremu trafiłam na mojego męża. Zdjęcie w prawym rogu na górze – Wacek i Janusz w jednej ławce szkolnej (nie mam pojęcia w której klasie?) Zdjęcie dolne- jakaś zabawa sylwestrowa na zimowisku..

Niemniej to właśnie on odegrał dużą rolę ściągając mnie później do Harnasi, kiedy to powoli wszystkie szkoły męskie stawały się koedukacyjne czyli harcerstwo krakowskie również. Harnasie musieli pogodzić się, że dziewczyny też ludzie i zasilą ich męski zamknięty krąg instruktorski. Tak oto weszłam w to „gniazdo os” jako pierwsza dziewczyna/instruktorka, która miała objąć żeńską drużynę zuchową we wrześniu 1970 roku (tak 70-go!)

Pierwsze zebranie rady instruktorów, na którym byłam obecna odbyło się w czerwcu, jeszcze przed wakacjami i dobrze pamiętam popisy „męskie” począwszy od Szefa Marka P. (naszego szczepowego, który zresztą był dużo starszy bo 10-12 lat różnicy w tym wielu to bardzo wiele!) i wszyscy mieli dla niego wielki respekt. Ich rozmowy miały bardzo specyficzny ironiczno-luzacki sposób i czuło się od razu, że to Szef narzuca taki rodzaj porozumienia. Szorstki ale zarazem humorystyczny.  I można było łatwo wyczuć, że żaden z chłopców nie ma do niego żalu o taki (na moje „pierwsze oko”) niemiły sposób traktowania, że wszystkich to bawi, śmieszy, ale równocześnie każdy traktuje go bardzo poważnie i z dużym szacunkiem. Jak na grupę młodych ludzi w wieku licealnym czy studenckim, był to wyjątkowo „specjalny” układ, widać, że wypracowywany przez lata przebywania ze sobą razem..  Dla mnie było to duże zaskoczenie. Już na tym pierwszym zebraniu dało się łatwo zauważyć, że Wacek jest tam kimś ważnym, pierwszym po Szefie. Nie było wątpliwości, że pewna hierarchia jest w tym zespole ustalona i respektowana…

Nasz „SZEF” czyli guru nas wszystkich. Na dolnym zdjęciu obok Szefa – „mały” Wacek i Anioł

Na obóz, który odbył się w Bieszczadach  nie pojechałam, choć bardzo chciałam, bo niestety miałam trochę problemów zdrowotnych.  Byłam zła, nieszczęśliwa, bo już mnie bardzo do tych facetów ciągnęło. Ale zaraz po wakacjach zaczęło dziać się bardzo dużo, oficjalnie przeszłam do Harnasi, które zmieniły lokalizację i rozpoczęły działalność w dużej szkole podstawowej na Azorach a zaraz potem jeszcze w XIV liceum. Objęłam drużynę „Tatrzańskie Zuchy” i wciągnęłam do Szczepu moją przyjaciółkę Ninę. Pojawiało się w szczepie coraz więcej dziewczyn/instruktorek.  Nasze życie harcerskie zmieniało się szybko, ale dla mnie dla Wacka ważniejsze było to, co budowało się pomiędzy nami. 

6 grudnia na tradycyjne polskie Mikołajki, Harnasie (przy pomocy Koła Przyjaciół Harcerstwa, które tworzyli rodzice harcerzy) przeprowadzali akcję zarobkową. Azory, to była wtedy młoda dzielnica, gdzie mieszkało dużo rodzin z małymi dziećmi. Chętnie zamawiali do domu wizytę Mikołaja z Aniołkiem i Diabłem (no, czasem diabeł musiał pozostać za drzwiami..) Rodzice podawali nam prezent i małą instrukcję co Mikołaj ma powiedzieć dziecku i wchodziliśmy do domu spełniając życzenia Mikołajowe. Jak się domyślacie – Mikołajem był Wacek, ja przeobraziłam się w pięknego niewinnego Aniołka. Diabłem był mój wieloletni przyjaciel i adorator, świetny facet, Rysiek P. zwany przez nas „Koniem”.  Sypał piękny gęsty śnieg, szliśmy od klatki do klatki nowoczesnych wówczas bloków, od mieszkania do mieszkania, gdzie mieliśmy zamówienia, chłopcy nosili mnie dla śmiechu i zabawy w wielkim koszu, który był pusty zanim ktoś z rodziców nie podał nam na klatce schodowej prezentów. Nie mieliśmy prawdziwych kostiumów, musieliśmy je sobie sami wymyśleć, więc nie były najlepszej jakości😊  Broda Mikołaja nie trzymała się zbyt dobrze, co jeden z małych chłopców postanowił nagłym ruchem sprawdzić i mieliśmy trochę kłopotów, żeby wyjść „z twarzą” z tej opresji.. Ja miałam bardzo ładną nocną koszulkę w błękitnym kolorze, tyle że nie bardzo nadawała się na taką pogodą jaka wtedy była😊  A najśmieszniejsza historia zdarzyła się, kiedy jedna z mamuś poprosiła Mikołaja, żeby koniecznie powiedział Jasiowi? Wojtusiowi?.. żeby nie cmokał w nocy… – i pokazała Wackowi robiąc przy tym cudne miny, które Mikołaj koniecznie miał powtórzyć! jak ów syneczek ma nie cmokać. Ta scenka Mikołaja (i nas także !) doprowadziła do totalnego wybuchu śmiechu, bo mamusia złożyła usta w dziubek i cmoknęła tak obrazowo i tak śmiesznie, że trudno było wytrzymać to z powagą.

Rysiek P – zwany „Koniem” mój cień, moja ochrona osobista:) Niestety, nie zachowało mi się zdjęcie kiedy był Diabełkiem w naszej „trójcy” z Mikołajem i Aniołkiem

Weszliśmy wtedy do mieszkania. Mały miał może 4-5 lat. Mikołaj pogadał, pogłaskał po główce i widziałam jak w całą siłą swojej powagi przymierza się do powiedzenia Malcowi o cmokaniu. No i powiedział. Gdy doszło do momentu pokazania JAK ma NIE cmokać, Mikołaj wybuchnął takim śmiechem, że o mało nie udławił się własną sztuczną brodą.. Już nie pamiętam czy mamusia śmiała się z nami, czy chłopczyk się wystraszył, czy wyrzucono nas, czy potraktowano z humorem, ale wspominaliśmy ten incydent później przez lata i śmialiśmy się zawsze tak samo radośnie. Przez dwa wieczory (w sobotę i niedzielę „mikołajowaliśmy”) a po akcji, już bez Diabła poszliśmy do mojego domu gdzie udało mi się ściągnąć Wacka na.. cukierki orzechowe w czekoladzie! Okazało się, że jest także wielkim łasuchem na słodycze. To była pierwsza wizyta w moim domu, jak się okazało nie ostatnia. I jak okazało się, był i jest łasuchem na wiele dobrych rzeczy, co moja Mama przez lata z całą radością wykorzystywała i karmiła mojego kolegę a potem chłopaka, dogadzając mu najlepszymi kąskami, jakie tylko potrafiła ugotować lub upiec.

A jeśli to był sernik to zawsze (po wielu latach, gdy już byliśmy małżeństwem i mama była babcią naszych dzieci:) słyszała: „Babciu, ten sernik jest tak beznadziejny, że muszę go zjeść w całości i do końca, bo inaczej trzeba będzie go wyrzucić!”  Nie mówiąc już o słynnych i najlepszych na świecie pączkach!

W grudniu, w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia pojechaliśmy na zimowisko do Łysej Góry i tam w magicznym miejscu, gdzie pewnie była jakaś czarownica i tajemniczo pokierowała naszymi losami, 27 grudnia 1970r. (widzicie, znów te siódemki!) staliśmy się oficjalną parą. Jeszcze cichą nieśmiałą i chyba trochę wstydliwą, ale już po różnych lepszych i najlepszych, trudniejszych i trudnych, szalonych i pięknych czterech latach, 17 maja 1974r. ( siedemnastego!)  jak zwykł mawiać mój mąż, nielegalnie, bo w urzędzie stanu cywilnego, a 7 września 1974r. (i znów siódemki!) już w kościele zostaliśmy małżeństwem, jesteśmy i trwamy razem.

Kilka migawek przed i ślubnych – tłum wokół skody to większość harcerskiej wiary obecnej na ślubie

Nie mieliśmy niczego, bo tak niemal wszystkie małżeństwa zaczynały w tamtych polskich realiach. Oderwaliśmy się od rodziców i poszliśmy „na swoje”. Czyli szybko nastąpiły zmiany w życiu: opuszczenie ukochanego Krakowa (miało być tylko na chwilę..), walka o miejsce w akademiku w Katowicach a potem w Sosnowcu, nowi przyjaciele, pomysły na życie, żeby jakoś utrzymać tę naszą samodzielność.  A tych pomysłów mojemu „Wesołkowi- Mędrkowi” nigdy nie brakowało! Praca na Uniwersytecie, podróże po Europie, kontakty z ludźmi, przyjaźnie, które dawały tak wiele satysfakcji, wyjazdy do Związku Radzieckiego, niewiarygodne próby nawiązania kontaktów, biznesów, walka o każdy możliwy sposób zarobienia pieniędzy, żeby nam było lepiej. Szaleństwa towarzyskie, błędy młodości (!) i doświadczenia, które też trzeba było mieć, żeby nauczyć się wielu rzeczy na przyszłość. I dwoje dzieci.  Dzieci, które dostały ojca wyjątkowego. Innego niż on sam miał. Który może nie miał zbyt dużo czasu dla dzieci, gdy były malutkie, ale który tak wiele poświęcił im czasu wtedy, kiedy nastały dla nich chwile, gdy obecność ojca i jego pomoc były najważniejsze.

Dzięki niemu nasze dzieci są w miejscu, w którym mogą od lat tworzyć i kreować najszczęśliwsze życie dla siebie i swojej rodziny.  To odwaga Wacka, w czasach gdy tak trudno było wydostać się na niepewny grunt w innym świecie, otworzyła im szansę na nowy świat i nowe perspektywy. Jego wzór wskazał im dalsze własne wybory.

Wiem, że 70 lat (68 też..) człowiek już czuje w kościach i głowie. W codziennym zmęczeniu,  czasem już brakuje optymizmu na jutro. Nachodzą nas różne myśli, podsumowania, strach – a jednak wciąż apetyt na to co jeszcze chciałoby się zrobić…

Jedno jest pewne:  liczba siedem daje człowiekowi pozytywne wibracje, wyciszenie. Gotowość na jeszcze jeden sukces i rozwój duchowy. Ma podobno związek z Księżycem ( to może dlatego mój mąż tak „przypadkowo” znalazł się blisko NASA i tematyki księżycowej i wszechświata😊) doskonałością i mądrością.  Siedem jest podobno też symbolem uporu i  zwycięstwa. To też mnie nie dziwi. 

Czy ON ma wady?  O, ma dużo wad! Bardzo dużo!!!  Ale kto ich nie ma?!  Ma przede wszystkim okropnie trudną żonę, która go gnębi i pilnuje i sprawdza, i marudzi, i krzyczy, i każe sprzątać, pamiętać itd.. Pilnuje, żeby się nie garbił i żeby ubierał długie spodnie jak idziemy z wizytą w gości. I wybiera z anielską cierpliwością kolejną koszulę, i dobiera kolejny krawat..  Ta okropna żona wytrzymuje wszystkie wady, których z okazji 70-tych urodzin nie będzie dziś wymieniać w urodzinowym prezencie, bo zabrakłoby stron w komputerowym papierze.  

Jeszcze kolejnych zdrowych stu lat!

Nie spodziewam się zmian w moim „Krasnalu”, niech już zostanie taki jaki jest.
Zgodnie z boskim prawem i medytacją nad sobą samą powiem:  „To co dajesz innym, wraca do Ciebie siedmiokrotnie”. I to na pewno tyczy się mojego Faceta – dojrzałego Krasnala siedmiu mocy!  


BACK

Dlaczego lubię kryminalne historie?

7/27/2021 

Życie ma swoje różne etapy. Także w czytaniu książek i oglądaniu filmów. Przy okazji zupełnie innego tematu trochę już pisałam o tym. Szkoda, że pamięć jest zawodna albo, że nie mamy nawyku i czasu zapisywania, zapamiętywania tego, co przeczytaliśmy przez lata, co najbardziej nam się podobało. A przede wszystkim dlaczego i w jakim okresie naszego życia. I z jakiego powodu właśnie taką, a nie inną książkę czytaliśmy.  Bo nic nie dzieje się bez przyczyny. W różnych etapach życia napotykamy się na przeróżne fascynacje albo odwrotnie – na frustracje, niechęci. To one często powodują, że nasza myśl zwraca się ku lekturze, która właśnie w tym konkretnym momencie pasuje nam do naszych rozmyślań, rozważań. Podobnie jest z filmem, teatrem każdą inną sztuką. Z podróżami, ludźmi, z którymi zaczynamy się spotykać, zawodem, który nas pochłania.  Czasem  jest to zachwyt krótki i szybko mija, zapisuje się w naszym życiu jako nieważny epizod i wyparowuje z naszej pamięci. Bywa jednak, że jest to coś istotnego, co pozostawia trwały ślad, co krystalizuje się jako pomysł na życie albo nawet jeśli ulotniło się gdzieś na przestrzeni lat, to wraca do nas jak bumerang dużo później. Nagle, odkrywamy to “coś” jako pasję z młodości, odgrzebujemy dawne zapamiętane historie, które zasiedziały się w naszej głowie, w zapomnianej “szufladce pamięci”. 

Wakacje z „Mrozem” – pierwsze czasie w pandemii, czerwiec 2020

Mam dużo lat za sobą i z całą powagą wieku mogę stwierdzić, że człowiek rozwija się zawsze (nawet jeśli – jak to niektórzy mówią – na starość dziecinniejemy 🙂 ).  Nie mówię tu o rozwoju intelektualnym w sensie takim jak to się dzieje, kiedy uczymy się, studiujemy czy jesteśmy w najlepszych latach badań naukowych, medycznych, pisania książek czy realizacji tysiąca innych zawodowych możliwości.  Myślę o rozwoju naszych zainteresowań “emerytalnych” (niekoniecznie będąc już emerytem z urzędu). Kiedy już zrealizowaliśmy w życiu zawodowym wszystko co powinniśmy, w życiu prywatnym stworzyliśmy dom, rodzinę, mamy wreszcie czas na wnuków, podróże i radości własne. Wielu ludzi mówi wtedy: Ja już NIC nie muszę! Ja wszystko MOGĘ!  Trochę w tym prawdy, trochę nie.. Za dobrze by było, gdyby takie stwierdzenie było prawdziwe. Nigdy do końca nie jesteśmy wolni od reguł życia, zawsze coś nas ogranicza, zawsze coś musimy…  Ale – nie musimy już mieć porannej pobudki na dzwonek budzika, nie musimy codziennie pilnować dzieci odrabiających zadania domowe, nie musimy wyglądać pięknie i młodo, bo wolno nam być takimi jakimi jesteśmy naprawdę. Możemy wreszcie zająć się sobą. Tym, co odkładaliśmy na później przez lata z braku czasu, co wstydziliśmy się ujawnić przed światem i przed sobą, że to zwykłe proste mało doceniane zajęcie jest w gruncie rzeczy naszą “małą” pasją. Poczucie upływających lat i często związanych z nimi fizycznych dolegliwości, o których nigdy nie myśli się kiedy jest się młodszym, stwarza czasem  uczucie strachu, melancholii, że tak wielu rzeczy nie zdążymy zrobić, spróbować, zobaczyć.

Z drugiej strony, to uczucie daje odwagę na otwarcie się wobec najbardziej cichych marzeń drzemiących w nas głęboko. I dodatkowo – takich, które możemy dostosować do swoich możliwości zdrowotnych, fizycznych, intelektualnych, bez tłumaczenia się innym: dlaczego właśnie to??

W młodości czytałam szkolne lektury, bo tak było trzeba, na studiach jeszcze więcej, bo tego wymagała lista egzaminacyjna, nie tylko z przedmiotów literackich ale także z filozofii, historii, logiki, literatury rosyjskiej czy francuskiej. Czy żałuję? Oczywiście, że nie. Ale już na to co chciałam wtedy czytać, ot tak, dla przyjemności czasu zostawało niewiele. Podobnie było z teatrem, kabaretem, występami zespołów.  Ciężko było dostać się na takie przyjemności intelektualne i rozrywkowe a i czasu brakowało. Zawsze coś było ważniejsze bardziej potrzebne, ale też miało swój sens. Nigdy nie miałam za złe światu i losowi, że robię to co trzeba, a nie to co “bym chciała”. Bo przecież tak naprawdę w tamtym momencie życia właśnie tego chciałam.  Później były dorastające dzieci, wyjazd do Ameryki, znów książki, tym razem do nauki języka angielskiego.. I tak toczył się dzień  za dniem. 

Półki pełne ulubionych współczesnych kryminałów

Moje fascynacje literaturą i filmem kryminalnym zaczęły się już dość dawno. Kiedyś czytałam powieści Agaty Christie, potem Joanny Chmielewskiej i te dawały mi poczucie dobrej zabawy, wytchnienia i oderwania się często od ponurej rzeczywistości.  W większości były lekkie łatwe i przyjemne. Śmieszyły, bawiły.  Potem była długa przerwa, czasem do rąk wpadała jakaś przypadkowa powieść z wątkiem kryminalnym czy dobry film sensacyjny. Tych nigdy nie brakowało.

 Kilkanaście lat temu powieść kryminalna stała się jednym z najpopularniejszych działów literackich. Fenomen tego zjawiska jest złożony i składa się na niego wiele przyczyn. Nowoczesny kryminał zmienił całkowicie swoje oblicze. Dzięki ogromnej otwartości wiedzy internetowej do głosu doszło połączenie wątków kryminalnych z wielowarstwową psychologią, co dla mnie jest szczególnie interesującym elementem. Tę warstwę w kryminale uwielbiam! 

Katarzyna Bonda i jej seria z profilerką Saszą Załuską

Nowy zawód profilera wniósł niesłychane ożywienie do powieści i filmu, otwartość i zastosowanie wiedzy psychologicznej, analiz psychiatrycznych dotychczas nieznanych i nie dopuszczanych do wiedzy zwykłego odbiorcy sprowadziło kryminał na inne tory. Nowe techniki policyjne, ujawnienie ich sposobów działania, a przy okazji mieszanie wątków kryminalnych z osobistymi – policjantów, prokuratorów, adwokatów i sędziów stworzyło inny nieznany nam świat kryminalny. Zwykli ludzie dowiedzieli się o praktykach działania wewnątrz systemu prawniczego, o których dawniej zwykły śmiertelnik jeszcze dwie-trzy dekady temu nie miał “zielonego” pojęcia. 

Powstała cała plejada fantastycznych filmów i powieści, która zachwyca nowoczesnością myślenia, bardzo dogłębną rzetelną wiedzą autorów i twórców z różnych dziedzin, fantastycznym językiem, którym swobodnie operują.  Bez wątpienia jest to świat, w który można wejść i zachwycić się zarówno tematyką jak i sposobem analiz kryminalnych, psychologicznych.  

Zarówno kryminały literatury obcej jak i polskie są teraz doskonałe i takie nazwiska jak Jo Nesbo, Camila Lackberg, Stephen King, Dan Brown, John Grisham mówią same za siebie. A listę można by wydłużać jeszcze długo.  Nasza rodzima silna grupa “kryminalistów” przedstawia się też znakomicie: Zygmunt Miłoszewski, Katarzyna Bonda, Katarzyna Puzyńska, dalej Czubaj, Krajewski, Chmielarz i fantastyczny Remigiusz Mróz. 

Dobry kryminał to dla mnie film czy powieść bez straszenia odbiorcy przesadną ilością scen krwawych, bez strachów, potworów z zaświatów z wybałuszonymi oczami. Nie lubię historii nierealnych, przybyszy z innych planet, wymysłów, które zamiast dwóch rąk mają cztery, zamiast głowy – trzy szyje i potworne nieludzkie karykaturalne łby. Żadne takie obrazy nie wzbudzają we mnie strachu ani nie przekonują mnie o wartości takiego dzieła. 

Ale gdy w historię opowiadaną przez autora wplata się niesamowity wątek historyczny, zagmatwane losy jakiejś rodzinnej sagi, nieujawnione tajemnice z przeszłości, które nigdy nie pozostają obojętne dla następnych pokoleń i wiele innych ciekawych “odchyleń” w głowach ludzkich, które mogą stać się  tragedią – wtedy historia kryminalna staje się nie tylko zwyczajnym kryminałem. Opowieść staje się wielowarstwowa, analizowana na wiele sposobów. Jest jak wieżowiec, na którego piętrach każdy mieszkaniec ma swoje życie i swoją tajemnicę. Ale żeby mogli żyć w tym jednym wielkim gmachu, używać jednej wspólnej windy, istnieć razem, trzeba ich ze sobą połączyć, porozumieć…

Nie sądzę, żebym umiała napisać powieść kryminalną – w końcu gdzie mi tam nawet do najsłabszego pisarza 🙂 , ale na pewno lubię i umiem w trakcie czytania powieści albo oglądania filmu czy seriali analizować to, co dzieje się w tekście czy na ekranie. I bardzo często dobrze odczytuję intencje i zamysły autora. Analizuję bohaterów i potrafię ich zrozumieć. Może dlatego, że trochę jestem tak na “babski rozum” niezłym psychologiem, a może za dużo już naczytałam się i naoglądałam takich rodzajów książek i filmów?  Oglądamy je często z mężem i kiedy mówię co myślę i przewiduję co się zdarzy, a potem to się sprawdza, mój mąż mówi, że ja pewnie “po cichu” już sobie podglądnęłam wcześniej film i stąd wszystko wiem 🙂  Przyrzekam, że nie! Wiem z moich przemyśleń i własnych analiz, które lubię sama dla siebie kombinować. Taka zabawa emerytki,  jak kiedyś tropienie “czarnych stóp” w latach przedszkolnych..

 Wszystkie książki, które wymieniłam powyżej są mi znane, większość z nich przeczytałam i pomimo, że mieszkam w Houston dużą ilość tych powieści mam tutaj na półkach. Ha, ha!  “każdy ma swojego mola” – jak mawia moja przyjaciółka. (inni nazywają to “kuku”..) Mój mąż ma swoją ścianę plakatów NASA-owskich i kilka półek wielokolorowych krów z różnych stron świata, a ja zbieram książki – teraz zwłaszcza najnowsze i najlepsze kryminały. 

Mój ukochany Mróz (Remigiusz) “mrozi” sypialnię już na trzech półkach. Chyłka z Zordonem królują niepodzielnie, choć mają swoich silnych konkurentów. I to sam autor im takie kłody rzuca pod nogi za pomocą i innych swoich bohaterów: Gerarda, Forsta czy Seweryna. A także wiele innych postaci, które pisarz tworzy szybko inteligentnie, zaskakująco. 

Powieści K. Puzyńskiej

 Obok stoi Bonda i jej bohaterka/profilerka Sasza, a także seria książek o policjantach z małej wsi autorstwa Kasi Puzyńskiej. I wielu wielu innych.  Każdy z autorów jest  młodym świetnie wykształconym człowiekiem, jeden prawnikiem, inny psychologiem, jeszcze inny dziennikarzem. Wszechstronne wykształcenie, duże doświadczenie, wiele życiowych możliwości. Pisarstwo jest ich świadomym wyborem. Rodzaj pisarstwa też. Każdy z nich ma swój własny styl i własny świat. Są rozpoznawalni. Są wyjątkowi, inteligentni, błyskotliwi – jak ich opowieści. 

Oczywiście, chętnie wciągnęłabym się w napisanie dobrych i bardzo dobrych opinii o tych powieściach, które najbardziej lubię, choć przyznam, wybór nie byłby łatwy. Ale nie moja rola recenzje pisać. Czytam, bo lubię. Lubię i dlatego wam o tym mówię. Zachęcam do czytania. Dziś tak mało ludzi naprawdę czyta. Każdy ma swój własny logiczny powód, żeby postawić książkę na dalekim miejscu w swoich życiowych preferencjach. Pamiętam czasy kiedy staliśmy w kolejkach, był mróz, ręce marzły nawet w ciepłych rękawiczkach, ale co druga osoba w tej kolejce miała książkę albo przynajmniej gazetę i wykorzystywała każdą chwilę na czytanie. Czytaliśmy wszystko co tylko udało się zdobyć, walczyliśmy o książki, podawaliśmy sobie “na chwilę”, książka była najlepszym  prezentem. Podobne scenki mam w pamięci z metra podziemnego w Moskwie (chyba byłam tam w 1978 roku?) i metra już dużo później – w Tokio (2003).  Większość pasażerów metra czytała książki w czasie codziennego przemieszczania się i to natychmiast zwróciło moją uwagę.

Z naszych wnuków najbardziej lubi czytać Lukas.

Dziś niewiele z tego pozostało. Ale ja wciąż wierzę, że warto czytać, skoro wciąż świat “rodzi” tylu mądrych ludzi tak pięknie i swobodnie operujących słowem, formujących myśli, opowiadających historie, które fascynują innych.  Zawsze, gdy czytam nową książkę, która mnie zachwyca pięknym językiem, wspaniałym pomysłem, doskonałym rozwiązaniem wątków, wracam myślą do szkolnych czasów, kiedy byłam nauczycielką. I myślę, jak to dobrze, że każdy nauczyciel może poszczycić się nieprzeciętnym uczniem, który kiedyś pozostawi następnym pokoleniom coś, co rozpoczęło swój proces tworzenia się w szkole. Piękny język, błyskotliwość myślenia, umiejętność wysławiania się, organizacja czasu pracy, wrażliwość.. to cechy, które pisarz, przyszły twórca – jak każdy człowiek – uczy się w życiu, w rodzinie, na ulicy,  ale także po prostu w szkole…

 Filmy. Czas na kilka słów o filmach. 

Dobra, przyznaję się, jestem maniaczką dobrych filmów i seriali kryminalnych i psychologicznych. Oglądamy dużo. I jak to mówią, teraz już z niemal “obsesyjną kontrolą” co oglądam i co chcę oglądać. Na początku znajomi, przyjaciele po prostu polecali co oni oglądali. Nie zawsze nam się podobało. Wiadomo – o gustach się nie dyskutuje! Jedni lubią lżejsza tematykę w końcu czasem każdy ma ochotę na coś śmiesznego i luźnego. Zdarza się, że oglądamy film dla ulubionego aktora, innym razem po prostu w serialu kolejny odcinek zaczyna nas wciągać choć nie mieliśmy na początku ochoty go kontynuować. 

Fajnie jest kiedy ma się “wspólnika” do oglądania filmów tak jak ja mam. Prawie każdego wieczoru oglądam je z mężem i wcale się tego nie wstydzimy. Najgorsze jest to, że seans zaczynamy około 21.00 a kończymy ..wow (lepiej nie będę się publicznie przyznawać 🙂 ) a potem jeszcze doczytujemy kolejny rozdział albo dwa bieżąco czytanej książki, no i już dawno jest dzień następny. Ale przecież to nasz wybór! Moja córka wybiera wstawanie o 5 rano i bieganie a ja śpię do “mojej pory” na pierwszą kawę czyli tak około 9.30. No, chyba że trzeba inaczej, ale to też się da zrobić.  

 Nie będę nikogo zamęczać listą moich ulubionych filmów, wiadomo, że każdy ma własną. Jedni bardzo krótką inni zdecydowanie dłuższą. Moja jest jak wypasiony tasiemiec .

 Przez wiele ostatnich lat śledziłam najlepsze polskie filmy i bardzo pomagał nam w tym coroczny festiwal filmów polskich, który odbywał się w Houston przez ponad dwadzieścia lat. Byłam wierną fanką tej imprezy i wiele zawdzięczamy Zbyszkowi W. i jako głównemu organizatorowi tego wydarzenia. Dzięki temu mieliśmy ogólne pojęcie o tym jak się ma polska kinematografia. Dodatkowo tej imprezie zawsze towarzyszyły spotkania z aktorami, reżyserami i twórcami filmów, więc nasz kontakt z polskim filmem wciąż był mocny. Często zdarzało mi się rozmawiać z moimi przyjaciółmi czy rodziną w Polsce o tych filmach i jasne było, że moja wiedza jest znacznie szersza niż ich w tym zakresie. Pandemia 2020 przerwała tę naszą houstońską filmową tradycję. Podobnie jak przerwała na kilkanaście miesięcy produkcję nowych filmów czy seriali w Polsce. Zresztą także i tutaj, w Stanach. Kiedy powoli wszystko zaczęło wracać do na swoje miejsce, aktorzy wrócili do pracy i nowe filmy pojawiły się na ekranach. Już na długo przed pandemią zafascynował mnie fakt, że najlepsze powieści kryminalne stały się przedmiotem zainteresowań i rozmów i wielu producentów kupiło prawa do sfilmowania powieści między innymi Remigiusza Mroza: kilka części „Chyłki” (powstało już – Zaginięcie, Rewizja, Inwigilacja) w najbliższym czasie zobaczymy kolejną część „Chyłki” ) i zupełnie nowy serial “Behawiorysta”. Możecie oglądać „Żywioły Saszy” na podstawie powieści Katarzyny Bondy,  świetny serial “ Rysa” według książki Igora Brejdyganta, “Ślepnąc od świateł’,  “W głębi lasu” czy “Król”.

Oj, muszę się zatrzymać, bo mogłabym tak do jutra i jeszcze trochę!

Jeszcze tylko szybciutko polecę wam “ Szadź” (w głównej roli Maciej Stuhr- rewelacja! choć.. mógłby już przestać zabijać 🙂 i “Nieobecni” z Piotrem Głowackim grającym  komisarza mającego zespół Aspergera. Doskonałe studium pracy wyjątkowego policjanta, nieprzeciętnego myślenia i wzajemnego wpływu na siebie dwojga zupełnie różnych ludzi, których połączy przypadkowa życiowa sytuacja. 

Czy jeszcze ktoś dziwi się, dlaczego lubię współczesne historie kryminalne?.. Już więcej nic nie powiem. 

Każdy coś lubi albo nie lubi. Pewnie kiedyś napiszę o tym czego NIE lubię. Ale tak sobie myślę, że fajniej jest pisać o tym, co lubimy. Lubimy wiele małych spraw w życiu, choć nie zawsze  uważamy, że warto o tym mówić.  Blog to takie fajne miejsce, bo po pierwsze MOJE, mogę powiedzieć to co chcę, a po drugie, mogę pisać o drobiazgach nieważnych dla innych, ale całkiem dzisiaj istotnych dla mnie. 

Ja jednak zostanę wierna Chyłce (i Mrozowi) choć nie odpuszczę wszystkich innych ciekawych filmów i powieści. Ale Chyłka to.. Magda Cielecka w roli głównej i choć nie lubię tequili i to aż w takich ilościach – za to Chyłka ma styl, indywidualność, siłę i Zordona na… wieczność 🙂

 I żeby było już całkiem na wesoło to zakończę takim żartem – obrazkiem, który znalazłam na FB (na stronie: Chyłka- FanClub serialu i serii książek Mroza) Bardzo mi się spodobał i pożyczam go sobie, bez pytania (przyznaję się bez bicia, mam nadzieję, że autor rysunku potraktuje mnie życzliwie:)  

Ciekawe, co wy byście wybrali?

I ciekawi mnie co WY czytacie i co oglądacie?


BACK

 

Współczesna technologia i komputer a Człowiek przez duże C.

7/17/2021   

Jak każdy współcześnie funkcjonujący człowiek i ja 30 lat temu, po przyjeździe do Ameryki,  musiałam zbliżyć się do maszyny zwanej komputerem i powoli poznawać jego tajniki. Na początku wszystko było fascynujące, choć kompletnie dla mnie niezrozumiałe. Przez pierwsze tygodnie a może nawet miesiące korzystaliśmy z komputerów uniwersyteckich, zanim kupiliśmy własny. Zapisaliśmy się na kursy komputerowe i bardzo powoli zaczęliśmy mieć blade bo blade, ale pojęcie czym to „się je”.

Rok 1991- RICE UNIVERSITY, biuro w pracy mojego męża i jego pierwszy komputer

Były to czasy kiedy Internet dopiero wchodził w sferę życia na ekranie. Oczywiście wiem, że już w latach 60-tych nad tym pracowano, ale tak naprawdę to pierwszą stronę internetową stworzono w 1990 roku a chyba dwa lata później  powstała pierwsza graficzna przeglądarka www. Potem wszystko zmieniało się z prędkością światła, ale dla mnie zawsze pozostało to do końca nie wyjaśnioną tajemnicą. Niezależnie ile i jak nauczyłam się korzystać z dobrodziejstw technologii, wiedza ta nigdy nie jest przez ludzi coraz starszych do ogarnięcia aż do dna. Na przestrzeni lat funkcje Internetu tak bardzo zmieniły się, że dziś to jakby zupełnie inna dziedzina zastosowania i służenia człowiekowi. Nie będę nawet próbować dłużej na ten temat się wypowiadać, bo pewnie zaraz ktoś młodszy, mądrzejszy, komputerowo bardziej operatywny zakwestionuje wszystkie moje wywody. Nie o tym zresztą chcę dziś sobie pogadać. W końcu i ja korzystam z dobrodziejstw komputera i jego nieprawdopodobnej wiedzy i jakoś, na SWOJE potrzeby sobie radzę. A jak sobie nie radzę, to mam mądrzejszą technologicznie przyjaciółkę, co to zawsze mi pomoże i wytłumaczy, że to wszystko „algorytm” – magiczne słowo, którego ja już na pewno NIGDY nie zrozumiem😊

Mam tez wnuków, którzy popatrzą na mnie wzrokiem pełnym poczciwej litości, wezmą do ręki mój komputer i za pomocą kilku kliknięć zrobią to, co ja robię już od kilku dni. Niestety, to wcale nie znaczy, że wytłumaczą mi i wyjaśnią co i jak zrobili, bo tu już zaczyna się inna płaszczyzna porozumienia. A ta nie jest łatwa. Młode pokolenie myśli szybciej, inaczej, pewne elementy wiedzy komputerowej są dla nich oczywiste, podczas gdy ja potrzebowałabym wprowadzenia od początku i „po jednym schodku” z dużą dozą cierpliwości, której oni niekoniecznie już posiadają..

Zoom-owe pandemiczne urodziny

Ostatni rok, rok pandemii pokazał całemu Światu, że technologia zadziałała wszędzie i zastąpiła wszystkie możliwe istniejące w życiu człowieka relacje, potrzeby i elementy istnienia. Tak się wszystkim wydawało. Ludzie pracowali z domu na komputerze, na zoomie czy podobnych programach, rozmawiali ze sobą o super-ważnych biznesach, rodziny spędzały ze sobą czas, obchodziły urodziny, odbywały się śluby, rodziny odwiedzały bliskich chorych patrząc na siebie przez „szybkę” komputera. Dzieci, od najmłodszych do studentów uczyły się długimi miesiącami  siedząc samotnie przed ekranem komputera. Wirus – Covid-19, a przede wszystkim strach i histeria sparaliżowały życie wszystkich i w każdy możliwy sposób. Technologia i komputer miały być tym narzędziem, które miało pomoc i ułatwić funkcjonowanie życia codziennego. Ogólna opinia publiczna jest – tak, przetrwaliśmy dzięki technologii, pracowaliśmy jak mogliśmy i jak umieliśmy, komunikowaliśmy się bezpiecznie, dzieci uczyły się bez ryzyka zarażenia wirusem, zamawialiśmy produkty ze sklepów bez konieczności wchodzenia do nich, nie spotykaliśmy się z przyjaciółmi a jednak mogliśmy pogadać przez zoom albo FaceTime itp. 

Mój mąż pracuje z domu już ponad 70 tygodni. Nie znosi tego. Czeka na decyzję NASA o powrocie do pracy do biura. Czuje się bardzo źle bez ludzi i bezpośredniego kontaktu ze studentami

Czyżby to było dla ludzkości rozwiązanie problemów?

Lubię cytować mądre powiedzonka, przysłowia. I przytoczę teraz takie: Kij ma dwa końce. Ten drugi koniec, dla mnie przy całej potrzebnej i sensownej stronie technologii jest jej negatywną stroną, o której jako humanistka nie boję się powiedzieć (może już zaczynają na mnie krzyczeć zagorzali komputerowcy!!?)

Humor czy prawda o technologii? Uruchamiając komputer, twój mózg już nie jest „twój”…

Nie jest to nowe odkrycie, ale pandemia pogłębiła i uświadomiła wielu ludziom jak bardzo komputer oddziela nas od rzeczywistości i zamyka w świecie, gdzie nie ma realnych przyjaciół i normalnego „ludzkiego” życia. Dla mnie, jako wieloletniej nauczycielki, obserwacja dzieci, często znudzonych zmęczonych (mimo wielkich wysiłków nauczycieli, by utrzymać koncentrację swoich uczniów przy ekranie komputera) siedzących wiele godzin samotnie, bez możliwości normalnych zajęć, jak kopanie piłki, bieganie, przekomarzanie się z rówieśnikami, wspólne posiłki w czasie lunchu.. było ciężkim doświadczeniem.  I wcale mnie nie dziwi, że dziś większość dzieciaków zarówno młodszych jak i starszych ucieka w świat nierealny, wyimaginowany w komputerze i zapomina co jest realnym obrazem życia a co „wielką atrakcyjnością oszustwa wewnątrz komputera”. Za to twórcy gier i świata cybernetycznego tak potrafią zawładnąć umysłem młodego człowieka, że korzystanie z komputera i jego zasobów staje się powoli chorobą.  Rodzice nie potrafią znaleźć granicy, której dzieci nie powinny przekraczać, dzieci wielu komputerowych sekretów nie wyjawiają innym i tak rodzi się głowach bardzo niebezpieczne „pole minowe”.   Zresztą nie dotyczy to tylko dzieci czy młodych ludzi. W sidła technologii wpadają wszyscy. Telefony, które stały się niemal elementem naszego codziennego oddychania zabrały nam podstawową pamięć. Nie musimy zapamiętywać numerów telefonu do najbliższych, nie znamy adresów, bo korzystamy z GPS-u, grzebiemy odruchowo w telefonie wszędzie – u lekarza w poczekalni, w sklepie czekając w kolejce do kasy, w samochodzie zanim ruszymy z parkingu, wieczorem tuż przed położeniem się spać i natychmiast po obudzeniu się rano. Sprawdzamy w telefonie wszystko! wyniki każdego meczu, bilety lotnicze, informacje geograficzne, prognozę pogody i przeróżne bardzo zadziwiające informacje.

Telefon – wszędzie, zawsze i do wszystkiego…

I nie myślcie, że ja nie używam tego urządzenia. Oczywiście, że nie jestem inna niż miliony ludzi na świecie. Słucham książek, gdy jadę autem, mam tylko moją listę muzyczną, używam WhatsApp do komunikacji z moimi bliskimi z Polski.  NIGDY jednak nie używam telefonu w czasie jazdy samochodem, ale wiemy wszyscy, że jest to PLAGA tysięcy młodych ludzi i nie tylko młodych bo i „starych”, na tyle głupich, ze nie potrafiących oprzeć się, by nie sprawdzić wiadomości, Facebooka czy czegokolwiek innego w czasie jazdy czy sekundowego postoju na czerwonym świetle. Ile tragedii już z tego powodu się wydarzyło – nie sposób zliczyć. Ile jeszcze się wydarzy.. chyba sam Pan Bóg nie wie..

Jak tylko odmroziły się pierwsze największe restrykcje covidowe, w mediach zaczęły się dyskusje lekarzy, psychologów, psychiatrów,  rodziców,  nauczycieli i innych specjalistów  na temat jaki negatywny wpływ na ludzi/młodzież i dzieci miał komputerowy sposób życia odizolowany od kontaktów z żywymi ludźmi, rówieśnikami, nauczycielami.  Dopiero wtedy coraz głośniej i odważniej zaczęto podejmować temat konsekwencji zmian psychicznych, które spotęgowały się w głowach tysięcy ludzi.  Ile dziwnych zachowań, depresji, nawet prób samobójczych. A przede wszystkich nieumiejętność przystosowania się do życia w grupie, współżycia z kolegami, przyjaciółmi, ucieczka w świat, który niewiele ma wspólnego z otaczająca nas rzeczywistością. W konsekwencji – słabość lub agresja, zamknięcie się w sobie, ucieczka i brak umiejętności rozmawiania.

Przerażające! Wejście w świat, który jest wyimaginowany nieprawdziwy, który uczy wzorców naprawdę nieistniejących, zamyka młodego człowieka w ramy, które ograniczają jego wizję do wnętrza świata komputerowego. W głowie wytwarza się granica.  I coraz trudniej wrócić do rzeczywistości. Konsekwencje tego zjawiska są, mogą być tragiczne.

Bohaterowie gier komputerowych są silni, wielcy, nieskazitelni. Biegną wciąż do przodu, strzelają, wspinają się na coraz to wyższe poziomy. Może nie wyrażam się dość precyzyjnie, bo nigdy w żadną grę nie grałam. Znam je tylko z filmów, opowieści dobrych i złych.  Z obserwacji dziesiątek zachowań opisywanych, analizowanych przypadków rzeczywistych i przykładowych. Psychologowie, rodzice nauczyciele biją wciąż na alarm.

Ci, którzy programują gry, tworzą kolejny wyimaginowany świat i zarabiają wielkie pieniądze robiąc dalej swoje. Cóż, tak działa biznes. Zapewne wytoczą mi tysiące argumentów, że nie wszystko co jest wirtualne przynosi zło i negatywne konsekwencje. I pewnie tez będą mieli rację. „Kij ma dwa końce..”

Niedawno oglądnęłam nowy film polski pt. ”Sweat” (tytuł niezbyt polski 😊 ) To opowieść o zastosowaniu współczesnej technologii i wykorzystaniu Internetu do zdobycia setek, tysięcy fanów na Instagramie, zdobycia popularności i pozornego poczucia, że jest się lubianym, ma się przyjaciół i jest się szczęśliwym.

Jeden z plakatów reklamujących polski film „SWEAT” 2020r.

Treści nie będę opowiadać, kto ma ochotę film może oglądnąć. Ja nie byłam nim zachwycona, ale kilka wątków zatrzymało mnie i ciągle rozmyślałam nad problemami, które mnie poruszyły. Główna bohaterka, zagrana nieźle przez Magdalenę Koleśnik, na pozór jest wymarzoną współczesną bohaterką młodego pokolenia. W każdej minucie swego życia włącza telefon, by nagrać pozornie zwyczajny moment swojego życia. Pełnego sukcesu, siły, radości, energii czym porywa za sobą tłumy fanów marzących o tym, by także stać się ludźmi sukcesu. Ludźmi, którzy są silni, nie mają słabości, problemów, są uwielbiani i wiecznie otaczają ich inni patrząc na nich z podziwem i zachwytem.  Aż nagle, gdzieś zaplątuje się jedna sekunda słabości, jedno zdanie, w którym Sylwia odkrywa  „ludzkie” uczucia, maleńką słabość – przed wiecznie śledzącymi ją widzami. I to staje się jej grzechem publicznym..

Czy aby na pewno??  Nie będę zdradzała tego, co dzieje się dalej, ale powiem, że kolejny raz moje silne przekonanie, że ludzka dusza, ludzka natura, serce i czucie wygrywa. Rozbija i poraża zadanie, które zostało narzucone technologii. I co najważniejsze, to właśnie ułamek słabości człowieka, jego pozorna porażka dzięki technologii przeradza się w zwycięstwo. To człowiek, jego myślenie, jego czucie, jego uczciwość wobec siebie samego – pokonuje maszynę.

Temat filmu mnie NIE zaskoczył, już wiele razy spotkałam się we współczesnych powieściach czy filmach z podobną tematyką i zazwyczaj te wątki miały negatywny oddźwięk. Choć oczywiście zastosowanie współczesnej technologii w medycynie kryminalistyce czy w tysiącu innych dziedzinach jest niepodważalne i ważne.

Nie jestem przeciw!  Proszę, nie zrozumcie mnie na opak. Rozumiem doskonale potrzebę korzystania z nowoczesnych technologii komputerowych, ale jestem zdecydowanie przeciwna, by komputer zastępował nam CZŁOWIEKA, jego duszę, jego uczucia, jego zwyczajne ludzkie rozterki, słabości, wybory, przemyślenia. Wszystko to, co jest ludzkie, humanistyczne.

Obecne czasy to kultura ogromnego ciśnienia na ideał człowieka mocnego, perfekcyjnego, który nie dopuszcza do siebie chwili słabości, niepotrzebnych uczuć. A jeśli go takie ogarniają, jeśli zawładną  nim wątpliwości, to musi się ich natychmiast wyzbyć  i żadnym wypadku nie może pokazać ich innym ludziom!

Stąd zamykanie się w świecie, który nie istnieje. Tworzenie siebie takim, jakim naprawdę nie jesteśmy.  Udawanie, kreowania sytuacji, w jakich sami nie potrafimy siebie odnaleźć. A potem – już prosta droga do depresji i unicestwienia swojej prawdziwej osobowości.

Film „Sweat” uczy jak zdążyć przed zagubieniem się całkowitym, jak wykorzystać swoją słabość, by stać się silniejszym i znowu poczuć się Człowiekiem szczęśliwym.

Spotkałam wielu ludzi, którzy za nic w świecie nie chcą przyznać się, że nie mogą sobie poradzić z własnymi słabościami, że miotają się w sobie i mają wielkie kompleksy, choć tak naprawdę są bardzo wartościowymi i mądrymi ludźmi. Żyją z tym na co dzień, noszą te problemy i nie pozwolą sobie pomoc innym. Uparcie nie wierzą w psychologów, terapeutów, w szczere rozmowy z rodziną czy  przyjaciółmi. A przecież otwarcie się wobec drugiego człowieka, do którego mamy zaufanie, to wielka sprawa. To równocześnie analiza samego siebie. Umiejętność rozmowy ze sobą i o sobie. To właśnie jest to, czego nie daje nam zamknięty świat komputerowy wsysający nas głęboko do swojego środka, zamiast otwierać nas na innych ludzi, na wrażliwość i słabości.

Bez rozmowy z ludźmi, bez interakcji, bez współudziału w tym, co dzieje się wokół nas w żywym prawdziwym świecie, nie dojrzejemy. Nie zrozumiemy drugiego człowieka, nie pojmiemy naszych własnych potrzeb, nie założymy rodziny, bo jak i gdzie nauczymy się, co jest potrzebą realną naszą i człowieka obok nas?

Doskonale zdaję sobie sprawę, że mój czas powoli mija. Świata nie zmienię.  Zmieniałam go przez ostatnie 60 lat tak jak umiałam i jak uważałam za konieczne. Teraz kolej następnych pokoleń. Ich największym atutem jest technologia rozwijająca się jak szalona. Każdego dnia cos nowego, cos zaskakującego.

Każdy kraj i każda dziedzina nauki rozwija nowe pomysły, dodaje technologiczną cegiełkę nowości. Moim jedynym marzeniem jest, by ten bieg technologiczny nie zapomniał o Człowieku – przez duże C.

Nigdy nic by nie powstało, gdyby tego nie wymyślił człowiek, żadna maszyna nie zaistniałaby, gdyby nie stworzył jej człowiek – to jednak ten sam Człowiek zapomina o tym, że to właśnie on jest Twórcą. On jest najważniejszy, a nie maszyna. Nie komputer. O człowieka trzeba dbać, a dopiero później o maszynę, a nie odwrotnie.

Czy nasze dzieci o tym wiedzą? Czy tego ich uczymy?  Czy bezwzględny świat siły, walki o wizerunek najlepszego i niezłomnego nie zapomni o prostych zwykłych uczuciach ludzkich?  O tym, że można  mieć gorsze dni, że mamy prawo do szukania pomocy, że możemy dawać pomoc innym?  I żadna technologia, żaden komputer w tych najpiękniejszych uczuciach ludzkich – nas, Człowieka – nie zastąpi.


BACK

Urodzinowo, imprezowo, kapeluszowo – po naszemu

7/11/2021

Kiedy byłam dzieckiem nie obchodziliśmy urodzin. Nie było takiej tradycji. Nikt z nas nie bardzo wiedział, kiedy urodzili się rodzice czy rodzeństwo. Z czasem trzeba było nauczyć się swojej daty urodzenia, bo było to potrzebne do wypełniania różnych papierków, których i tak było dużo mniej niż dzisiejsza komputerowa technologia tego wymaga. Nawet prosta czynność odebrania lekarstwa w aptece wymaga podania daty urodzenia a nie nazwiska.  Za to kalendarz imion był zawsze ważny. Już na trzy dni przed Nowym Rokiem czekałam na dzwonek do drzwi, w których ukazywał się umorusany na czarno kominiarz i wręczał nam zwykły jednokartkowy kalendarz na następny rok z życzeniami: Pomyślnego czy Do Siego Roku! 

Kto pamięta takie kalendarze? I takie kominiarskie życzenia Noworoczne?

Otrzymywał za to drobną opłatę i oczywiście wzajemne życzenia. Dużo później pojawiły się kalendarze ścienne z możliwością odrywania codziennych kartek, na których nie tylko widniały imiona (po dwa trzy a nawet czasem więcej dziennie) ale także ciekawostki dnia, przepisy kulinarne czyli każdego dnia nowe kalendarzowe atrakcje. Kolorowe kalendarze ze zdjęciami pięknych widoków z egzotycznych krajów, rasowych psów, milusińskich kotków czy przystojnych strażaków, to już dużo późniejszy wymysł. Wiadomo, każdy biznes lubi się rozwijać. Kalendarz też przecież służył do celów praktycznych. W kuchni na gwoździku (kto tam miał pinezki!), w podręcznej torebce mały kalendarzyk do zapisków i większy, już bardziej finezyjny – do celów biznesowych, dla wybrańców. Może dlatego wychowana z polskim kalendarzem i kominiarzem na szczęście nadchodzącego roku, do dziś mam w głowie daty wielu polskich imienin i wciąż poczucie, że to przecież nasza tradycja, więc trzeba o niej pamiętać. Nic wielkiego, ale kiedy budzę się i uświadamiam sobie, że dziś np. 11 września to pamiętam, że to imieniny Jacka i wysyłam życzenia imieninowe mojemu synowi, który.. zawsze jest „deczko” zdziwiony😊 

Staram się pamiętać o rodzinnych imieninach tych, którzy mają imiona w polskim kalendarzu. Ale oczywiście już od lat, jak chyba w całym świecie celebrujemy głównie urodziny. Tak to się zrobiło, że uroczyste urodziny obchodzą niemowlaki, gdy tylko ukończą swój pierwszy roczek życia, choć wcale tego nie potrzebują i nie rozumieją. Urodziny ważne są 13-te, bo pierwsze „nastoletnie” a potem 16-te, bo jak mówią, te są „sweet” (czyli słodkie!) no i słynna osiemnastka (którą ja też jedyną w życiu miałam urodzinowo obchodzoną specjalnie!). No i tak się dziwnie porobiło, że nieważne, które mamy urodziny, ważne jest tylko, że to nasz wyjątkowy personalny dzień. I obchodzimy go uroczyście w domu z rodziną, w pracy. Osoby publiczne – w telewizji, w prasie, w Internecie. Powinien to być jeden ważny dzień w roku, ale czasem celebracja rozrasta się do tygodnia i dwóch i już nie jest naprawdę urodzinowa, ale wciąż jest okazją do wspólnej radości, składania sobie życzeń, wypicia toastu za zdrowie i szczęście.

Moja 18-ka wypadła w kwietniu 1971r. Mama właściwie chętnie zgodziła się na prywatkę, bo tak to się wtedy nazywało, zgodziła się, żeby zrobić mi imprezę koedukacyjną w domu i o dziwo, nie oponowała się, żebym zaprosiła gości (głównie chodziło o męską część) z harcerstwa, bo Nina była moją przyjaciółką, którą Mama dobrze znała. Ciekawe jest to, że zupełnie NIE pamiętam kto był na tej imprezie oprócz towarzystwa harcerskiego, a nie wydaje mi się, że Mama zgodziłaby się na obecność tylko nas dwóch dziewczyn i samych facetów, w dodatku nieco starszych od nas. Chyba.. że już wtedy była pod urokiem mojego chłopaka a potem męża, co jest możliwe, bo zawsze była z nim w lepszej komitywie niż z kimkolwiek innym😊 Jeszcze jeden ważny fakt pamiętam z tych urodzin i chyba jest to fakt znaczący i symboliczny jak na 18-kę. Otóż nasz szczepowy, przez nas wszystkich zwany „Szefem” czarował wtedy moją Mamę, by zgodziła się zmienić godzinę moich wieczornych powrotów do domu z 21.15 na 22.00. Mieliśmy co tydzień w piątki dyżury i zebrania rady szczepu o 19.00 i gdy skończyły się, zanim dotarłam do domu, zawsze zresztą odprowadzana grzecznie przez chłopców, byłam spóźniona w stosunku do godziny wyznaczonej przez rodziców, a głownie przez Tatę. Czy ktoś dziś może sobie wyobrazić, że 18-letnia dziewczyna musiała wracać do domu o 21.15???  Mama z uśmiechem trochę się wykręcała, ale Szef był czarujący, umiał bajerować i Mama obiecała, że zrobi co się da.  No i jakoś przekonała Tatę, bo wprawdzie bez oficjalnego oświadczenia o odwołaniu czy zmianie godziny, ale cichutko i powoli wracałam na 22.00 a rodzice już nigdy tego nie komentowali.

Tak oto w ten sposób moje jedyne polskie urodziny przeszły do historii w mojej pamięci i zmieniły życie w pewien sposób na „doroślejsze”😊 

Kiedy mieszkaliśmy w Polsce nasze dzieci miały imprezy urodzinowe, choć nie pamiętam od kiedy i jak ważne one były, ale chyba urodziny stawały się już wtedy coraz bardziej popularne. Im bardziej Polska otwierała się na świat tym więcej i takich tradycji przyjmowaliśmy z Zachodu. 

Po przyjeździe do Ameryki chłonęliśmy sposoby na życie w każdym wymiarze. Obserwowaliśmy ludzi, oglądaliśmy telewizję, uczyliśmy się języka oglądając filmy, dzieci przynosiły opowieści ze szkoły, wsiąkały w różne nowe tradycje, o których nie mieliśmy pojęcia.  Wszystko toczyło się tak szybko, że nie zauważyliśmy jak wiele uczymy się każdego dnia, każdej minuty. Dodatkowo zaczynał otwierać się świat Internetu, e-maili, szybkich technologii, które fascynowały, a które dla nas były zupełną nowością. Ba, czarną magią – nową nieznaną, pasjonującą, porywającą rzeczywistością .

Szybko poznaliśmy nowych ludzi – w pracy wielu Amerykanów ale nie tylko. Mój mąż zorientował się, że w tym kraju każdy pochodzi z innego miejsca na świecie. Ludzie mają swoje historie, ludzie pracują wspólnie, ludzie szanują się, swoje tradycje a jednocześnie przesiąkają tradycjami wspólnymi. Tu współgrały różne religie, na jednej ulicy znajdowały się różne kościoły i powiem dziś szczerze, że wtedy, ponad 30 lat temu miło mnie to zaskoczyło.

Niemal natychmiast też dotarliśmy do środowiska polskiego skupionego wokół polskiego kościoła i tam zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma rodzinami. Jednak pierwszą rodziną, którą Wacek spotkał na Rice University byli Marek i Basia K. (ja poznałam ich tydzień później gdy doleciałam z dziećmi z Albuquerque). Przyjechali do Houston w tym samym czasie, ale z Nowego Jorku więc mieli już kilkuletnie amerykańskie doświadczenie. Zobaczyli mojego męża na kampusie uniwersyteckim i jak zawsze wspomina Basia ze śmiechem, od razu wiedziała, że to „świeży” Polak, bo miał białe skarpety do sandałów i palił carmeny😊  Basia jest osobą bardzo kontaktową, więc zaraz zagadała do niego i poprosiła o poczęstowanie carmenem (potem ciągle te carmeny palili razem aż wyczerpał się zapas przywieziony przez nas z Polski i skończyli tę swoją wspólną przyjemność już na zawsze!) 

Gdy pojawiłam się w Houston znałam już historię zaprzyjaźnienia się z Basią i Markiem, wiedziałam, że mają dwoje dzieci młodszych od naszych i że mieszkają niedaleko. Hmm.. niedaleko w warunkach houstońskich to nie to samo co w Polsce. Ale – ja wciąż myślałam polskim sposobem i skąd mogłam to wiedzieć??  Gdy więc Basia zadzwoniła i zaprosiła nas na obiad ucieszyłam się bardzo, że będę miała polską nową koleżankę. Nie znałam w ogóle angielskiego, nie znałam miasta, potrzebowałam przewodnika, żeby zacząć jakoś funkcjonować. Basia zaoferowała, że przyjedzie po nas, ale ja odpowiedziałam, ze nie trzeba, że to przecież blisko (2 km?) Trzeba dodać, że był początek września, temperatura ok. 95F czyli jakieś 35 C.. A my całą rodzinką, pomaszerowaliśmy po głównej ulicy w Houston – Westheimer i potem San Felipe – piechotką z kwiatkami, ja w jedwabnej sukience… Kiedy Basia otworzyła drzwi, to osłupiała z przerażenia na widok naszego „rodzinnego wyglądu”  Do dziś mówi, że takich czerwonych „bladych twarzy” to w życiu nie widziała.  I tak zaczęła się nasza przyjaźń, która trwa do dziś a toczyła się różnie, bliżej i dalej, ciszej i szumniej.  Jak to w życiu. Ale w każdym ważnym momencie byliśmy obok siebie. Nasze dzieci pokończyły studia, otrzymały dyplomy, żeniły się i wychodziły za mąż. Były i wspólne wakacje, wyjazdy do Nowego Orleanu, urodzino-imieniny „Marek i Wacek”, przeprowadzki – od małych, gdy przewoziliśmy ich meble starym Dodge Coltem aż do celebracji otwarcia wielkiego domu z windą.

Słynne party w stylu retro „Marek i Wacek” – 40 urodziny Marka i imieniny Wacka. wrzesień 1993r.

Rok po przyjeździe do Houston Wacek obchodził 40-te urodziny. Już wtedy wiedziałam, że tutaj to duża tradycja – „Over the Hill”. Mieliśmy małe mieszkanko i mało znajomych ale urodziny odbyły się w iście amerykańskim stylu. Jakieś czarne dekoracje, tort z świeczkami – numerkami. To były pierwsze „równe” urodziny rodzinne.  Moja 40-ka była już dużo bardziej tajemnicza i atrakcyjna. Zwłaszcza, że zorganizowana jako niespodzianka, która naprawdę mnie całkowicie zaskoczyła.  Odbyła się u naszych znajomych, z którymi wtedy byliśmy w bliskiej zażyłości. Mieszkali poza Houston, mieli dużą posiadłość i duży teren wokół domu.  Była sobota, ja wtedy uczyłam w polskiej szkole kościelnej, więc byłam zajęta przez kilka przedpołudniowych godzin i nawet nie zauważyłam, że mój mąż coś tam organizował z Jackiem. Dostałam tylko wiadomość, że popołudniu mamy jechać do tych znajomych na ognisko i smażenie kiełbasek. Bardzo się ucieszyłam.

 Cała rodziną wsiedliśmy w auto i pojechaliśmy do nich. W połowie drogi Wacek otrzymał telefon, żebyśmy po drodze zatrzymali się w sklepie i kupili… musztardę?? (tak właściwie to nie pamiętam co to było, coś chyba dziwnego, bo nie mogliśmy tego znaleźć w zwykłym sklepie spożywczym).  To już było dość blisko ich domu i wtedy mój mąż oddzwonił, że NIE ma tego, co szukamy, a oni odpowiedzieli, że to ok, jakoś sobie poradzą). Podjechaliśmy pod dom, lekko się już ściemniało, weszliśmy do ogrodu za domem, pan domu zaprosił mnie do ogniska mówiąc, że ja jestem „stara harcerka’ to na pewno umiem sprawnie zapalić ognisko.. Zaczęłam ambitnie zapalać od jednej zapałki – jak to powinno być w wydaniu prawdziwej harcerki – i wtedy zza każdego drzewa, zza każdego krzaka zaczęły wybiegać postaci ubrane na czarno z balonami, krzyczeć „Surprise” i śpiewać: Happy birthday i sto lat!  A ja – byłam tak skołowana i zaskoczona, że potrafiłam tylko powtarzać, iż „ja nie mam jeszcze urodzin!”, co było prawdą, bo cała impreza była na tydzień przed datą moich urodzin, stąd nie miałam najmniejszego przebłysku nawet, że niespodzianka mogła być organizowana dla mnie. Szybko znalazłam się w uścisku Tatusia Basi, który wtedy przebywał w Houston i był moim dobrym kolegą na zajęciach angielskiego i w ogóle bardzo się polubiliśmy.  Byli też przyjaciele, z którymi uczyłam w polskiej szkole a którzy nie pisnęli słówka rano, że zobaczymy się w tak innej scenerii wieczorkiem. To były niesamowite urodziny. Słynna amerykańska niespodzianka, z czarną koszulką „40” i czarnym kapeluszem, z balonami i tortem, na którym było dużo świeczek. 

kilka migawek z 40 urodzin Wacka (rok po przyjeździe do Houston) i moje- pierwsze urodziny-niespodzianka ! (1993r)

 Miałam pomyśleć życzenie i zdmuchnąć. No i dmuchałam. I dmuchałam.. i znów się zapalały. I znów dmuchałam.. Wtedy po raz pierwszy w życiu dowiedziałam się,  że istnieją świeczki, które zdmuchujesz a one zapalają się ponownie😊 Bardzo się wszyscy z mojej zdziwionej miny uśmiali.  To były świetne, niezapomniane urodziny. Mój mąż, moja rodzina stanęli na wysokości zadania. Mąż zaskoczył mnie, zresztą nie jedyny raz w życiu.

Nasza grupa towarzyska i przyjacielska rozrastała się przez lata a celebracje i imprezy z różnych okazji nadarzały się niemal co tydzień. Bywały czasy, że zdarzały się dwie „balangi” (ulubione słówko mojego przyjaciela z Florydy) w tę samą sobotę i potrafiliśmy być na obu..  Były takie czasy. Dawaliśmy radę. Niemal do białego rana. Mieliśmy siłę, pomysły, energię i taką ogromną niepowstrzymaną chęć spędzania czasu razem.  Urodziny, to jedna z okazji, która zawsze nas scala i zbliża.  Wymyślaliśmy przeróżne ciekawe „prezenty” takie, żeby nie były prosto ze sklepu, ale żeby upamiętniały urodzinowy dzień, zwłaszcza te okrągłe liczby.  Były więc różne zmyślne laurki, zdjęcia, wiersze, nagrania, krótkie przedstawienia. Wymyśliłam tego całe setki. Każdemu co innego, każdemu z serca, sama i z koleżankami. A przede wszystkim- starałam się zawsze dobrać coś, co pasowałoby do tej osoby osobiście. Co byłoby tylko o niej – z nią i dla niej. Na 50-te urodziny mojego męża kiedy już z Olą, moja chrześnicą przygotowałyśmy domek, pomysły, listę gości i pojechałyśmy do Galveston, reszta rodziny przywiozła tatusia wieczorkiem do miejsca spotkania.

 Mieliśmy rodzinny obiad i półwieczny Jubilat nie miał pojęcia, że następnego dnia dziwnym trafem na tej samej plaży zaczną pojawiać się znajomi i przyjaciele. I tak już pojawiali się przez dwa dni. Jedni na chwilę, inni na kilka godzin, jeszcze inni zostawali na nocowanie w naszym domku. Pachniał grill, mieszaliśmy mięso na hamburgery, smażyliśmy kiełbaski, piliśmy winko i piwko i cieszyliśmy się sobą, szumem morza i gwiazdami na niebie do późnej nocy.

Migawka z 60 urodzin Wacka – w Galveston – 2011

Za 10 lat na 60-kę powtórzyliśmy Galveston, już w nieco zmniejszonym gronie, ale równie fajnie, gorąco i miło. Znów przyjechali najbliżsi i najważniejsi, znów szumiało morze i znów przybyło nam lat.  I dobrych życzeń.

W tych latach zaczęłyśmy często spotykać się towarzysko w kręgu samych dziewczyn. No, może już nie dziewczyn, ale kobiet, których mężczyźni coraz bardziej zapracowani, spoważnieli, a my łaknęłyśmy więcej rozmów, plotek, babskich opowieści. Dzieci były już odchowane, potrafiłyśmy dobrze zorganizować sobie czas i zaczęłyśmy spotykać się w mniejszych lub większych grupach z różnych okazji, które zdecydowanie były bardzo „kobiece” i bawiły nas doskonale. Nie wiem kiedy i nie wiem kto pierwszy wymyślił, ale padł pomysł urodzin babskiej 50-ki. Chyba (?) zaczęłyśmy od Beatki.. Nie dam głowy za to, bo jak wiadomo z pamięcią w tym wieku kiepsko, ale tak mi coś po głowie biega…

A potem to już tak przejęłyśmy się tą naszą tradycją, że tylko dodawałyśmy pomysły coraz to okazalsze i zaskakujące jubilatkę. Najpierw więc jedna z nas Halinka D, utalentowana graficzka, tworzyła przeróżne kombinacje stron czasopism, kolorowych magazynów, w których to pojawiałyśmy się jako słynne kobiety – modelki, aktorki, pisarki, w wywiadach ze słynnymi ludźmi itd. Cuda!  Ja np. zostałam uwieczniona z Czesławem Miłoszem i tak to zostało fantastycznie zrobione, że nawet najbardziej mądrzy i spostrzegawczy ludzie nie zaskoczyli, jaka to piękna fikcja artystyczna😊 

Moje 50 urodziny obchodzone wspólnie z urodzinami Ani S. W górnym prawym rogu- pamiątka niezwykła,: z Czesławem Miłoszem na okładce Przekroju:)

Później przyszedł czas na inne pomysły np. na party hawajskie w hawajskich strojach i przy hawajskich rytmach, potem było party z masażami dla wszystkich pań, a z czasem ktoś wpadł na pomysł, że atrybutem piękna dojrzałej kobiety jest CZERWONY kapelusz i od tego momentu każda Jubilatka jako dodatek do tortu urodzinowego dostawała czerwony kapelusz. Wszystkie inne przynosiły swoje kapelusze, by dołączyć w nich i solidaryzować się pięknem dojrzałego wieku. Nasze spotkania odbywały się w domach, ogrodach, na basenach, w restauracjach. Każda okazja, każde miejsce było dobre. Z czasem grono trochę się skurczyło. Cóż, dzieci nam wychodziły za mąż, żeniły się, rodziły się nam wnuki. Jedni przechodzili na emeryturę inni wyjechali do Polski.. Drogi się krzyżują albo rozdzielają. Takie życie.  Każdy rok przynosi coś nowego. Ani nie oglądnęłyśmy się, a już trzeba było zmienić kolor kapeluszy, czyli w życiorys wkroczyły nam 60-ki. Zrobiło się fioletowo. Też ładnie.  Nikt nie posmutniał. Ktoś zarządził swoje 60-te party na biało, więc goście – i panie i panowie – w różnym stylu, ale w jednym młodym kolorze tańczyli i bawili się radośnie. Kapelusze dodały kolorytu czerwonego i fioletowego. Nadal wszystkich rozpierała radość,  czas leci a my wciąż razem.

Wciąż okrągłe urodziny pieczętujemy kapeluszami (jaki kolor wymyślimy na 70-ki?  Ja proponuję różowy.. w tym wieku już wszystko nam wolno😊 )

Spotykamy się na lunche, pamiętamy o sobie wzajemnie. Ostatnio mimo, że pandemia popsuła nam normalne życie towarzyskie, nie zapomniałyśmy o sobie. W pierwszych miesiącach odbyły się urodziny na zoomie (czego ja osobiście bardzo nie lubiłam, ale to  takie moje odczucie). Później jednak, wprawdzie w małym gronie, ale organizowałyśmy celebracje i spotkania. To nie był sprzyjający rok dla uścisków i przytulań, ale nie zamknął nam głowy na pomysły i serc na wrażliwość.

Pandemiczne 65 urodziny Grażyny M. im trudniej tym tym więcej inicjatywy, kombinacji i fantazji !

Dla naszej przyjaciółki, której 65 urodziny wypadły w samym środku roku pandemicznego wymyśliłyśmy fajny prezent składający się z 6 butelek wina i jednej butelki małej (połówki) na które wymyśliłyśmy naklejki ze zdjęciami Jubilatki z każdej dziesiątki jej życia i z odpowiednim napisem, sentencją dostosowaną do tego  okresu. Wszystko to fantastycznie estetycznie i profesjonalnie wykonane przez Anię W.  Na połówce – czyli ostatniej „piątce jej życia” dodałyśmy bieżące pandemiczne życzenia i w kilka najbliższych koleżanek spotkałyśmy się w ogrodzie. Urodziny miała niezapomniane i wyjątkowe. Urodziny Pandemia/2020 w jej życiorysie na pewno przejdą do historii!

Wiem, że są ludzie, którzy uważają, że to wszystko jest niepotrzebne. Można żyć bez celebracji, otwierania siebie i opowiadania innym kiedy mamy urodziny czy inne ważne rodzinne daty. Bywają ludzie bardzo skryci i drażni ich postawa ujawniania prywatności. Też to rozumiem i respektuję. Wciąż i uparcie powtarzam: jesteśmy różni! Myślimy różnie, czujemy różnie. Mamy do tego pełne prawo. Także do tego, żeby inni ludzie tolerowali nasze prawo do bycia innym.

Moje serce jest otwarte. Ja cieszę się, gdy mogę komuś złożyć życzenia, zrobić przyjemność, coś miłego zorganizować, napisać kilka ciepłych słów. Sprawia mi to przyjemność.

Ostatnio spotkałam się z takim rozważaniem – co jest ważniejsze: urodziny czy imieniny ?  Bo urodziny każdy człowiek ma „swoje”. Własną datę. Tę jedną w kalendarzu, która w jakiś sposób przynależy do niego. Ale – także do tysiąca innych ludzi, którzy urodzili się tego samego dnia.. 

Taki malutki domowy kalendarz rodzinny

Imieniny – dzielimy z innymi, których rodzice nazwali tym samym imieniem. I nieważne jakie powody nimi kierowały.  Ważne jest, że zarówno urodziny jak i imieniny, to okazja do powiedzenia komuś bliskiemu dobrego ciepłego słowa. Do uścisku, do wręczenia kwiatka, do przytulenia. Do okazania mu naszego uczucia.  I tylko to się liczy.

Cieszmy się więc, że mamy urodziny, imieniny, rocznice, sukcesy i każdy nowy dzień razem.


BACK

Od Kabaretu przedwojennej Warszawy do żartu Mikołajowego w Houston

7/8/2021

Rok 2002 był w Teatrze Ogniska Polskim bardzo obfity.  Po intensywnych miesiącach wiosennych, gdy w marcu wystawiliśmy sztukę „Polowanie na Lisa” Mrożka i miesiąc później dużą sceniczną „produkcję” – „Świat nie jest taki zły” nasz zespół zmobilizował się i przygotował dla swoich widzów świąteczną niespodziankę jeszcze w grudniu tego samego roku. Nasz apetyt na scenę wyraźnie zaostrzał się z każdym dniem, zespół rósł w siłę i po raz pierwszy dołączyło do nas kilka dorosłych osób. Coraz lepiej dawaliśmy sobie radę z muzyczną oprawą sztuk, Beatka dotarła do nowych źródeł muzycznych, akompaniamentu i aranżacji, Jasiu grał coraz więcej i lepiej, dołączyła do nas nowa siła śpiewająca Ewa T. Byliśmy w świetnej formie. Mieliśmy pomysły, energię, chęci i wyjątkowy entuzjazm aktorskiej pracy. Na grudniowy wieczór potrzebowaliśmy czegoś lekkiego, wspomnieniowego, przyjemnego na zimowy wieczór. I choć w Houston śniegu i zimy w sensie aury nie ma, to nie znaczy, że nie ma atmosfery zimowej a tym bardziej świątecznej. Już od Thanksgiving wszystkim udziela się ciepło Bożonarodzeniowych przygotowań, więc i Teatr wpadł w taki nastrój.

Sięgnęłam wtedy do wspomnień z przedwojennej kabaretowej Warszawy, Teatrzyku Qui Pro Quo i jego mistrza Juliana Tuwima. Materiałów i pomysłów mieliśmy dużo, bo teatr ten działał od 1919r. dość długo i cieszył się w stolicy wielkim powodzeniem. Zresztą w przedwojennych czasach kabaret był bardzo modny, Kraków miał swój Zielony Balonik a Warszawa Qui Pro Quo.

Chciałam by nasze przedstawienie było zbliżone do budowy przedstawień tamtego kabaretu, czyli składało się z luźnych scenek: monologów, skeczy, tekstów satyrycznych nawiązujących do ówczesnych aktualnych historyjek ulicy warszawskiej czy wydarzeń politycznych.  Elementem scalającym te fragmentaryczne sceny stylu życia Warszawy był zawsze niezbędny, obowiązkowy i nieodzowny konferansjer. To on nie tylko łączył różnorodne części przedstawienia, ale także nawiązywał kontakt z publicznością, zmieniał atmosferę wprowadzając nowy nastrój do kolejnej części. Jego rola była niezwykle ważna i przewijała się na pierwszej linii niemal przez całe przedstawienie.

No i oczywiście – jak to w kabarecie! Dużo muzyki i piosenek! Mijają lata i kolejne pokolenia a my wciąż pamiętamy takie nazwiska jak Eugeniusz Bodo, Hanka Ordonówna, Mieczysław Fogg, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska czy Adolf Dymsza i ich najpiękniejsze, urzekające do dziś przeboje „Miłość ci wszystko wybaczy”, „Ta mała piła dziś”, „Umówiłem się z nią na dziewiątą” czy „Trudno..” 

Strona tytułowa programu „Kabarety Kabarety”

Miałam więc do dyspozycji całą plejadę fantastycznych tekstów głównie Tuwima (ale nie tylko!) i mnóstwo piosenek, z których najchętniej przypomniałabym wszystkie houstońskim widzom!  Ale – jak wiadomo, życie to nieustający wybór, powodów jest dziesiątki, więc zasiadłam do czytania, pisania, opracowywania, myślenia, kombinowania.. a później do nieustających dyskusji z Beatką a jeszcze później z całą grupą aktorów – i tak powstała pierwsza część grudniowego przedstawienia „Kabarety, Kabarety..” zatytułowana „Co nam zostało z tamtych lat”.  Jak się słusznie niektórzy już teraz domyślają, podtytuł nawiązuje do jednej popularnych  piosenek  kabaretu Qui Pro Quo.

Część druga spektaklu miała także konwencję kabaretową, tym razem oparłyśmy się na wzorcu Kabaretu Starszych Panów, najsłynniejszego programu kabaretowego emitowanego w telewizji polskiej w latach 1958-66, którego twórcami byli Jeremi Przybora i Jerzy Wasowski.

Lista twórców i obsada aktorska spektaklu „Kabarety..”

 ”Starsi panowie, starsi panowie dwaj, już szron na głowie, już nie to zdrowie, a w sercu ciągle maj” jak śpiewali  w swej szlagierowej piosence, która stała się mottem ich elegancji, pozytywnego myślenia, radości życia dojrzałego i nostalgii za czasami „lepszej młodości” – wszystkiego, czego zwykli ludzie potrzebowali w tamtych siermiężnych czasach. Podobnie jak w wypadku tworzenia części pierwszej tak i tutaj, materiałów było dużo, ale wpadłyśmy na pomysł stworzenia na scenie „żartu świątecznego” i postanowiłam, że napiszę takie Mikołajowe „co-nie-co”.

Część drugą nazwałyśmy „Z wizytą u Nie całkiem Starszych Pań” i stworzyłyśmy na wzór Kabaretu miłych dwóch Panów, małe przytulne mieszkanko,  w którym siedziały sobie dwie miłe nie całkiem Starsze Panie (Edyta W. i Ala W.) i w aurze przedświątecznych przygotowań opowiadały, że ich dwaj przyjaciele pojechali na zasłużone wakacje, gdyż z jakiegoś dziwnego powodu wpadli w kłopoty damsko-męskie. Ilekroć wspominali sobie o Hrabinie Tyłbaczewskiej (Kasia L.) owa hrabina, kobieta wymagająca i natarczywa, zjawiała się w ich życiu i nie dawała im spokoju..

 I tu – zaczynały się dziać cuda, które mogły się tylko zdarzyć w Kabarecie Starszych Panów.. i na scenie Teatru Ogniskowego w Houston. 😊

Kiedy przez wiele ostatnich lat dojrzał we mnie pomysł zapisania wspomnień teatralnych i przypomnienia choćby fragmentów scenek, byłam świadoma, że dyski, które mam nie są dobrej jakości. Najstarsze sztuki były nagrywane jeszcze na taśmach, dużo później metodą „domową” zostały przegrane na DVD. Niektóre przedstawienia były nagrywane przez rodziców dzieci – aktorów, na kamerach jakie po prostu wtedy były dostępne. Czasem wysiadała bateria, czasem ktoś z widzów potrącił kabel, czasem nagrywający zagapił się i nagrał sufit zamiast aktorów w akcji..  Brakowało światła na scenie, nagrania wychodziły ciemne, głos był ledwo słyszalny.

Starałam się kolekcjonować wszystko. Zdjęcia, nagrania.  Ale gdy po ponad 20 latach wróciłam do tego materiałów teatralnych, teraz dopiero widzę jakie ogromne mam luki, jak bardzo brakuje mi dziesiątek elementów, które ja pamiętam, a nie mogę ich już odnaleźć albo nie mogę ich wam pokazać, bo zwyczajnie jakość jest tak katastrofalna, że nie da się tego odtworzyć, wykorzystać. I tak dokonujemy cudów (tu głęboki ukłon i tysiące buziaków dla Ani W za pomoc cierpliwość i próby wydobycia na światło dzienne tego, co jeszcze da się ocalić!)  To moje przydługie wyjaśnienie sprowadza się do tego, ze właśnie w tym przedstawieniu wiele scenek jest urwanych, a końcowa – mikołajowa jest bardzo fragmentaryczna. I choć udostępnię wam ją, nie ma w niej nagranego momentu końcowego istotnego dla humoru i kabaretowej puenty (jak np. podarowanie przez Mikołaja Gosposi (w tej roli: Ewa K)

Wróćmy teraz do wspomnień sprzed lat, do prób i przygotowań grudniowej sztuki. Do dni, kiedy czytaliśmy poezję Tuwima, jego monologi, żarty, opowiastki. Po raz pierwszy do naszego zespołu dołączyli dorośli chętni zagrać w polskim teatrze: Rysiek S. Wacek M. Andrzej W. i Ewa T. z pięknym z głosem, a także Beatka M. która wreszcie zgodziła się też zaśpiewać. Obie wspomogły w ten sposób grupę śpiewającą.

Próby nabrały nieco innego charakteru, żartom nie było końca zwłaszcza, że tak jakoś się złożyło, iż w teatralnym kręgu znalazła się  cala rodzina MUCH (Tata, córka, syn) co mamie – reżyser nie ułatwiało życia😊. Córka, Ewa M. grała obok mamy, ojciec grał z synem, młodzi śpiewali ze starszymi.  Efekty tego połączenia dorosło – młodzieńczego i zupełnie młodego wyszły doskonale. Teatr stał się „wielopokoleniowym”, co jeszcze bardziej przyciągało do nas widzów – kolegów, przyjaciół, rodziców aktorów równocześnie. Na próbach jedni uczyli się od drugich i bawiliśmy się wszyscy razem doskonale.

Królową części pierwszej była nieoceniona Edyta W. grająca rolę konferansjera i łącznika wszystkich małych scenek, monologów, piosenek.  Słowo wiążące w większości napisałam sama, ale dodałam pewne cytaty, fragmenty oryginalnych wypowiedzi Tuwima i Hemara, by Edytka stała się prawdziwym wiarogodnym kabaretowym konferansjerem przedwojennego kabaretu. Była na scenie przez cały czas, wpisywała się w każda sytuację, w każdy moment.

Fragmenty dekoracji w procesie przygotowywania jej przez Krysię P- rozłożone jeszcze na podłodze. Już wtedy wyglądały okazale!

Także w przepiękne tło dekoracyjne na ścianie autorstwa Krysi P. która przebywając gościnnie w Houston u swojej rodziny dołączyła do naszego zespołu i pomogła nam tworząc dla nas proste, ale bardzo klimatyczne i piękne dekoracje. To dzięki niej mieliśmy wrażenie, że jesteśmy w środku nastrojowego wnętrza kabaretowego, siedzimy w przy stolikach obok dam w długich wieczorowych sukniach z szalami boa, w towarzystwie eleganckich  panów we frakach, melonikach i białych szalikach.  Żywym przedłużeniem tej dekoracji byli aktorzy na scenie uczestniczący w kabaretowym przedstawieniu. A równocześnie każdy z nich miał swoje „5 minut” gdy stawał się elementem – ogniwem całości spektaklu.

Wszystko to – satyryczne opowiastki (Przygoda z kelnerką – Jacek M. ) liryczne ciepłe monologi (Kwiaciarka, Mam chłopczyka na Kopernika – Marlena O.)

czy rewelacyjny tekst (Zwariowany Alfabet) odegrany ruchowo „pantomimicznie” przez świetną czwórkę młodych aktorów – Ewę M. Agnieszkę S. Kasię K. i Jędrka W. stanowiły indywidualne przeboje tego wieczoru.

Rewelacyjny układ pantomimiczny czwórki Młodych aktorów w „Zwariowanym Alfabecie” (od lewej – Agnieszka S, Jędrek W, Kasia K i Ewa M)

Z całą przyjemnością dodaję, że pomysł i układ tej scenki wyszedł od Młodych i ja niewiele miałam tu do roboty. Robiliśmy małe poprawki, wygładzanie wymowy, a ruchy, kombinacje i podział na małe cząstki ich wypowiedzi było wyłącznie ich pomysłem! Byłam naprawdę z nich dumna!!

Oczywiście, dużą częścią kabaretu były scenki większe, historyjki, które zawsze są nieodzowną osią programów kabaretowych. Mieliśmy cztery takie części i każda z nich stanowiła osobną i zupełnie inną całość. Każda też śmieszyła widzów i bawiła do łez. Tu także zadziałało doskonale połączenie wspólnej gry młodszych i starszych aktorów, dzięki czemu scenki były wiarygodniejsze i śmieszniejsze.

 Pierwsza pt. „Numerek”, zagrana przez Natalię M. i Andrzeja W. opowiadała o szatniarce, kobiecie w średnim wieku, pedantycznej, ostrej i upartej i Mężczyźnie, który wychodzi z teatru rozbawiony, rozmarzony, bardzo rozgadany  i usiłuje odebrać swoje drogie eleganckie futrzane palto.. Niestety, numerek, który podaje szatniarce nie zgadza się z numerkiem wiszącego płaszcza.. Co z tego wynikło.. – możecie posłuchać sami😊

Scenka druga to – jak zapowiada konferansjer wprowadzając nas w atmosferę warszawskiej finansjery słowami „Interesy, interesy! Kupić- sprzedać…! Elegancja – Francja! Dyskrecja -Grecja!” – czyli zaprasza do hotelu Bristol, gdzie Pan Apelsinenszmac i Barometerszpic (Jacek M. i Wacek M. – w rzeczywistości ojciec i syn) – przystępują do „poważnych” interesów, jakich w tamtym czasie i w  środowisku bogatych warszawskich Żydów załatwiano każdego dnia niezliczoną ilość.

Bardzo staraliśmy się utrzymać ten dialog z charakterystycznym akcentem żydowskiej wymowy, co dla Wacka nie było takie bardzo trudne (w końcu jakieś tam geny.. jego Tata pochodził ze Lwowa, to się tej mowy nasłuchał w życiu) ale dla Jacka było to nie lada wyzwanie i ćwiczył je całymi tygodniami. Jak się dało, tak się udało – widzowie bawili się doskonale, co możecie zauważyć oglądając nagranie nie najlepszej jakości, ale za to oryginalne z tamtego momentu.

Cztery zdjęcia – każde z innej scenki stanowiące „oś” dramatyczną kabaretu. Zabawne, autentyczne teksty Juliana Tuwima.

Trzecia scenka to zupełnie inny klimat, rozmowa sędziego (u nas była sędzina – Ala W.) i chłopa Danilczuka, w którego wcielił się świetnie Rysiek S. Był tak realistycznym chłopem z Poleszuk, z Mokrych Jarów, że serca wszystkich widzów podbił swoim naturalnym talentem. Niestety, nagranie tej scenki jest bardzo słabe a scenka zbyt długa, by ją tutaj przypomnieć.  Podobnie scenka czwarta, najdłuższa zagrana przez młodszych aktorów (Jacka M. Bena S. Ewę K. Joasię S. i Jasia K.) Skecz polityczny naśmiewający się z przewrotności i zmieniających się z prędkością światła nastrojów politycznych tamtych lat i sposobów dostosowywania się do tych zmian. Wszystko w konwencji głębokiej satyry, którą młodzi artyści wyczuli znakomicie i odegrali tę scenkę z dużą ironią.

I muzyczne klamry kabaretowej atmosfery! Piosenki tamtych niezapomnianych lat! „Miłość ci wszystko wybaczy” w wykonaniu naszej houstońskiej Ordonówny – Ewy T.  „Trudno- gdy jesteś zakochany” – po raz pierwszy na scenie śpiewająca Beatka M. i tradycyjnie już – piosenki w wykonaniu Kasi K. i Ewy K.

Beatka M. (maja doradczyni, asystentka i przyjaciółka ) okazała się wspaniale śpiewającą aktorką.

Całość naszego wieczoru kabaretowego otwierała i zamykała wspólna piosenka zespołowa „ Co mam zostało z tamtych lat”.

Po tych wspomnieniach i przeżyciach daliśmy naszym widzom kilkanaście minut odpoczynku i po przerwie zaczęliśmy drugą część spektaklu, powiązaną również z tematem kabaretowym, ale  stanowiącą osobną, świąteczną połowę przedstawienia. Taką „ z przymrużeniem oka”.  Kiedy na scenie w wygodnych fotelach rozsiadły się dwie Nie całkiem Starsze Panie ( Edyta W. i Ala W.) i rozpoczęły snuć opowieści w stylu kabaretowych przekomarzań Starszych Panów, widzowie znaleźli się w świecie kabaretu powojennego, ale równie sympatycznego jak Qui Pro Quo.

Oto jak za czarodziejską różdżką na scenę weszły postaci znane i lubiane z Kabaretu Starszych Panów i zaczęły się dziać rzeczy niesłychane.. Tu trzeba przyznać, że mistrzowską robotę aktorską i wyborne kreacje stworzyli Kasia L. jako Hrabina Tyłbaczewska i Jasiu K. jej partner w kilku wcieleniach (Iluzjonista i Rotmistrz).

Kasia K. zaśpiewała romantyczną piosenkę „O, Romeo”, którą pewnie starsi pamiętają w wykonaniu niezapomnianej Kaliny Jędrusik.  Niestety, też nasze nagranie jest ucięte, ale choćby ten mały fragment warto jest odtworzyć. 

 Starsze Panie z całych sił starały się pomóc Panom i wymyślić sposób na usunięcie z ich drogi naprzykrzającej się im Hrabiny, w tym celu złożyły nawet wizytę docentowi, (Jacek M.) który znał sposób na uzdrowienie niewygodnej sytuacji.. ale na szczęście nadszedł dzień Świętego Mikołaja i jego niespodziewana wizyta rozwiązała wszystkie problemy!  Mikołaj (Wacek M.) spełnia życzenia – te możliwe i niemożliwe, wymarzone i niedoścignione. Panie są zachwycone, bo otrzymały mnóstwo prezentów, nawet.. GOSPOSIĘ, a potem, także w wielkim pośpiechu musiały za te prezenty podziękować, podskoczyć w asyście aniołków i – oddać wszystkie z powrotem! Aniołki szybciutko zabrały je zaskoczonym Paniom. Mikołaj wyjaśnił pospiesznie i bardzo logicznie: „Cóż, nie nadążamy za przyrostem naturalnym, a wszystkich trzeba obdzielić sprawiedliwie i jednakowo😊” 

Mikołaj (Wacek M) i jego męska część aniołkowej ekipy (Jacek M i Jasiu K)

Ha, ha! Skąd my to pamiętamy?! Mikołaj był bowiem „kabaretowy”, z czasów, w których wszystko w Polsce było niedostępne oprócz satyry, ironii  i zwykłej ludzkiej wiary, że śmiech jest dobry na wszystko! 

Za to bardzo „naprawdę” NASZ Mikołaj przyszedł do publiczności teatralnej w Houston i obdzielił wszystkich słodkościami – a po przedstawieniu innymi pysznościami i kieliszkiem czerwonego czy białego wina i szampana. Takiej wizyty  Mikołaja nikt się nie spodziewał! 

To, co kiedyś było „perełką” programu telewizji polskiej, którą wraz z rodzicami wychwytywaliśmy każdego tygodnia niedzielnym popołudniem, u nas zaiskrzyło świąteczną niespodzianką, wspomnieniem „Co nam zostało z tamtych lat” – lat przedwojennych i powojennych najlepszych wspomnień kabaretowych.

Te iskry wspomnień dały nam i naszym aktorom okazję do poznania kabaretowej „kropelki” tamtych czasów, twarzy i głosów z nimi związanych, dobrej zabawy na scenie, a przede wszystkim spędzenia kolejnego teatralnego polskiego wieczoru we wspólnym gronie. Widzowie z niecierpliwością oczekiwali na nową premierę, my przygotowywaliśmy się  z dużą frajdą i podnieceniem na moment wyjścia kolejny raz na scenę. Potrzebowaliśmy siebie wzajemnie.

Dodam do tego, że jak widać, poza aktorami, lista osób zaangażowanych w tworzenie spektaklu, stawała się ona coraz dłuższa. W pomysłach reżyserskich i próbach pomagała nam Ewa G, jej mąż Janusz zrobił dla nas muzykę i aranżacje do kilku piosenek, o nowej dekoratorce Krysi P. już wspominałam. Wojtek D, który w innych momentach był aktorem, w ten wieczór zaangażował się jako „ekipa techniczna”, bo dużo szybkich zmian toczyło się na scenie podczas przedstawienia.

Nie wiem czy za sprawą uroczych aniołków damsko- męskich, czy Mikołaja, czy też magia świat sprawiła, że radość i optymizm w naszym zespole wybuchała nowymi aktorami, nowymi pomysłami, planami.

Byliśmy ogromnie teatralnie szczęśliwi 😊!

Cały zespół grający w obu częściach – po przedstawieniu

Zdjęcia powyżej są autorstwa Staszka Aponiuka i zachowały się w archiwum Forum Polonii. Dziękuję! Ukazują aktorów w akcji poszczególnych scenek przedstawienia. Kilka końcowych – to już cały zespół przyjmujący oklaski i kwiaty od widzów:)

P.S. Jeszcze raz przepraszam za jakość nagrań. Nie jest łatwo „ocalić od zapomnienia” staroci przy tempie rozwoju współczesnej technologii.


BACK

Od „Ani…” Baśki Wołodyjowskiej do „Chyłki” Mroza – rozważania o romantyzmie i sile kobiety

6/30/2021  

Od dzieciństwa uwielbiałam czytać książki. Nie było to łatwe, bo książek za dużo nie było, ale były biblioteki. W szkole można było wpaść na dużej przerwie i pogrzebać po półkach jak już zaprzyjaźniło się z panią bibliotekarką. Panie bibliotekarki lubiły uczniów, którzy kochali książki i bardzo podsycały tę miłość. Oczywiście w  pierwszym rzędzie musieliśmy czytać lektury obowiązkowe niezależnie w której byliśmy klasie. Każdy z nas pamięta, że trudno było pokochać tamte wszystkie tytuły. Potem już jako nauczycielka polskiego (i dziś z perspektywy czasu i logicznego spojrzenia) wiem, że połowa tych książek nie była nam potrzebna do rozumienia świata i samodzielnego myślenia. Ale – nie będę krytykować dziś szkoły, która mnie i całe moje pokolenie wychowała. Większość z  nas wyrosła na mądrych i myślących ludzi, więc lektury szkolne nam nie zaszkodziły. Jako nauczycielka mocno się nagłówkowałam, by dodać do tych najbardziej szablonowych i ciężkich do przełknięcia obowiązkowych dla uczniów lektur, trochę psychologii, trochę pikanterii, trochę analogii do współczesnego im życia, trochę nieszablonowej interpretacji, by każda książka nieco „ożyła”.

Pierwsze książki dzieciństwa i młodości wciąż na mojej półce

Kiedy miałam 10 -11 lat pani bibliotekarka wskazała mi pierwsze książki, które pokazały mi inny świat niż ten, co krążył wokół mnie codziennie. Może dziś już nie pamiętam wszystkich tytułów (och, ta pamięć, jak ona się starzeje😊) ale „Ten Obcy”, „Dzieci z Bullerbyn”, „Pipi Pończoszanka”, „Biały kieł”, „O psie który jeździł koleją” czy „Lessie wróć” potrafię wymienić jednym tchem. Potem była cała seria książek Krystyny Siesickiej, by nagle przerzucić się na serię „Przygód Tomka” autorstwa Alfreda Szklarskiego, czy „Wyspę skarbów”. Nie pamiętam nawet kolejności tych lektur, która z nich była ta pierwsza, a z którą spotkałam się dużo później.

Wtedy dość często odwiedzaliśmy z rodzicami rodzinę od strony Taty, mieszkającą niedaleko nas.  Wujek M, starszy brat  taty, był moim chrzestnym ojcem. Mieli troje dzieci i najmłodszy z nich, Kazik, był w moim wieku. Dużo nas wtedy rodzinnie łączyło. Kazik też uwielbiał czytać i tak zaczęły się nasze dziecięco – młodzieńcze dyskusje książkowe. To właśnie on wskazał mi Trylogię Henryka Sienkiewicza i jeśli dobrze pamiętam byliśmy wtedy w szóstej może w siódmej klasie. Wyprzedzał mnie zawsze o kilka rozdziałów albo o cały tom, co mnie doskonale mobilizowało do czytania i gotowości do dyskusji przy następnym rodzinnym spotkaniu. Dołączała się do nas starsza siostra Kazika, Ela, choć ona była dość cicha w tych rozmowach. My zaś, jak na dzieciaki w takim wieku, solidnie rozgadani i zapaleńczo rozdyskutowani. Do dziś pamiętam rozmowy o bohaterach każdej z tych części. Żyliśmy wtedy fascynacją każdej nowej akcji, mogliśmy o tym gadać godzinami. Dziś wydaje mi się to dziwne, że dzieci w wieku 11-12 lat zamiast biegać po podwórku albo po krakowskich plantach siedzą w pokoju dyskutują o akcji czytanych książek. Wtedy wierzyliśmy, że to wszystko wydarzyło się naprawdę. Nie wyobrażaliśmy sobie, że istnieje coś takiego jak świat wykreowany przez pisarza. Dla nas TO działo się gdzieś obok, a my byliśmy gdzieś tam w samym środku akcji. Lata mijały, moja droga życiowa z kuzynem zetknęła się jeszcze w liceum, ale byliśmy w innych klasach choć w równoległych (on, znacznie mądrzejszy był w klasie matematycznej!) a potem i tak okazało się, że dostał się na polonistykę, gdzie wciąż jest mądrym profesorem. 😊

Właśnie w czasie tych młodzieńczych przemyśleń, przy okazji zmagań dobrych i złych bohaterów Trylogii zwróciłam uwagę na kobiece postaci, na Oleńkę, Helenę Skrzetuską a przed wszystkim na Baśkę Wołodyjowską. Zafascynowała mnie jako Kobieta „z charakterkiem”. Nie na darmo nazywano ją też Hajduczkiem. Niby drobna, malutka, delikatna, a jednak jak na owe czasy zainteresowana „męskimi” czynnościami życia – jazdą konną, strzelectwem, polowaniem i wojną, która już na pewno nie była wskazaną i dostępna powinnością ówczesnych kobiet. Baśka zaimponowała mi wszystkim, co autor przypisał jej w swej powieści – kochała całym sercem bez granic (ba, to przecież ona oświadczyła się „Małemu Rycerzowi” a nie on jej!)

Z narażeniem życia uciekła od okrutnego Azji, opiekowała się rannymi.. pewnie dużo jej działań już zapomniałam a jednak to postać Baśki, jej mocny charakter w działaniu połączony z romantyzmem i szczerością serca wywarły na mnie tak silne wrażenie, że do dziś gdy staję w obliczu trudnych myśli, przełykam ciężkie chwile – w głowie mam cichy szept Michała Wołodyjowskiego: „Nic to, Baśka”  Ten cytat miał też ładny epizod w naszym małżeńskim życiu. Kiedyś nie tylko ja lubiłam „Baśkę”😊

„Ania z Zielonego Wzgórza” – wszystkie tomy znałam niemal na pamięć!

„Anię z Zielonego Wzgórza” czytaliśmy wszyscy. Wbrew pozorom nie tylko dziewczyny. Mój kuzyn świetnie orientował się w losach głównej bohaterki, zwłaszcza, gdy odkryliśmy, że istnieją kolejne tomy, mało znane i wtedy trudno dostępne. Zatrzymaliśmy się chyba na części zatytułowanej „Rilla ze Złotego Brzegu”, choć jak się dużo później dowiedziałam, powstały jeszcze jakieś następne tomy. Historię ognisto-rudej dziewczynki znali wszyscy  niemal na całym świecie. Jej życiowe perypetie, od biednej niechcianej dziewczynki z domu dziecka do obrazu dojrzałej mądrej ambitnej i dobrej kobiety, jej miłosne zakręty i niesłychana dobroć serca, dla każdej młodej dorastającej dziewczyny była marzeniem pięknego życia. Ale właśnie te mniej znane dalsze, już dorosłe losy Ani uświadomiły mi, że nikt nie ma życia bez kłopotów zawirowań, zakrętów i bólu. Śmierć pierwszego dziecka Ani, wojna, w której ginie syn – marzyciel i poeta, ciężkie dni choroby.. Tak, nawet Ania – romantyczka, chodząca dobroć w jednej potrzebnej chwili zamienia się w twardą skałę. Bo „po nocy nadchodzi poranek i wschodzi słońce”. Może nie zapamiętałam dokładnie tego cytatu i nie jest to odkrywcza myśl, ale w tamtych czasach marzeń o tym jakie będzie moje życie, wydawały mi się te słowa ważne. Zawsze trzeba wierzyć, że po nocy nadejdzie nowy poranek..

Czasy, w których dorastało moje pokolenie były „otwarte” dla kobiet. Pozornie – istniało równouprawnienie, większość kobiet pracowała, bo zarobki były niskie i zazwyczaj mężczyźni nie mogli sami utrzymać rodziny. Przynajmniej u mnie w rodzinie tak było. Mimo, że tata był inżynierem mama zgłosiła się do pracy, gdy już zaczęłam chodzić do szkoły, bo z jednej pensji ciężko było żyć na przyzwoitym poziomie. Ale w domu Mama robiła wszystko sama. Jakoś nie było „równości” w sprzątaniu, zakupach, gotowaniu, zajmowaniu się dziećmi. Nie pamiętam żadnego rodzinnego obrazka, by Tata pomagał Mamie w przygotowaniach świątecznych. A wiecie jakie to były przygotowania! Dwa tygodnie sprzątania z pastowaniem podłóg, myciem okien i trzepaniem dywanów, zakupów w wielogodzinnych kolejkach, gotowania, pieczenia itd.. Co najwyżej, znikał z domu, żeby nie plątać się pod nogami i nie zawadzać czytając gazetę. Czasem, zdarzało się, że gdy wyszedł, po kilku godzinach wracał triumfalnie wnosząc wysoko przed sobą siatkę z kilkoma pomarańczami, które zdobył w świątecznym szaleństwie, gdy „rzucili” je na stoiska.

Mama nigdy nie miała do niego o to pretensji, nie buntowała się, że tak to jest „poukładane”.  Ja natomiast, zaczęłam się temu dość wcześnie przyglądać i budził się we mnie bunt – dlaczego? Dlaczego facet, mąż nie może robić w domu domowych rzeczy?  Dlaczego obowiązki nie mogą być jakoś podzielone? Przecież mama też chodzi codziennie do pracy. Tata wracał z pracy do domu już parę minut po 15.00 (to były czasy😊) a Mama, ponieważ dojeżdżała tramwajem, docierała do domu dopiero po 16.00. Tata już wtedy był po swojej codziennej drzemce popołudniowej, Mama zabierała się za obranie ziemniaczków, bo reszta obiadu była zazwyczaj ogarnięta i przygotowana poprzedniego dnia.. Budziła się we mnie złość i kiedy już byłam w liceum, miałam dobry kontakt z Mamą, dużo rozmawiałyśmy. W tych rozmowach Mama przyznawała mi rację, ale też zawsze broniła Taty, a może nawet nie tyle jego, ile obyczaje, tradycję, w której wyrosła i w jakiej ułożyło się jej małżeństwo. Była z tym szczęśliwa. Te ich „trybiki” tak pracowały i to co mnie wydawało się niewłaściwe i niesprawiedliwe, dla nich było zupełnie normalne. Dziś to rozumiem, ale wtedy rozmyślałam o mojej rodzinie i wierzyłam, że u mnie będzie inaczej, ja będę silna i niezależna. Dam sobie radę we wszystkim sama. Nie uzależnię się od mężczyzny!

„Wiśta wio! łatwo powiedzieć” –to chyba powiedzonko z serialu „Dom” jeśli ktoś pamięta😊  Właśnie, łatwo powiedzieć, a zrealizować dużo trudniej. Ta moja niezależność szła sobie przez całe dorosłe życie trochę pokrętną ścieżką…

Każda kobieta ma w sobie trochę romantyzmu i choćby nie wiem jak go ukrywała to czasem lubi poddać się marzeniom, zasiąść do kolacji przy świecach, otrzymywać piękne kwiaty, tajemnicze ciepłe słówka w liście. Banalne ale piękne! Mężczyzna lubi to dawać, my lubimy otrzymywać. Także odwrotnie.  Lubimy wzajemną intymność choćby była najbardziej „lukrowana” i wydarzyła się już po raz milionowy. Bo jeśli wydarza się tylko nam i tu i w tej chwili, to jest tylko nasza. Bo dwoje ludzi ma prawo do romantyzmu, uniesień i równości w takiej chwili. Nic w tym złego.

Z romantyzmem czy z siłą babskiej wolności – na co dzień czy od święta.. Jakoś się kręci już ponad 47 lat…

Ale życie ma swoje prawa. Jest dom, jest praca, są obowiązki, stresy, nieporozumienia. Wyjazdy, rozstania, czekanie.

I ambicje: dam radę!  I dawałam sobie radę.  Miesiącami bywałam sama – dzieci zawoziłam do żłobka, do przedszkola, biegłam do pracy, dywan wielki kupiłam – przywiozłam do domu i założyłam na całą podłogę. Dziecko zachorowało – też dałam radę..  No i moja obserwacja z rodzinnego domu i teoria równości zadań rodzinnych gdzieś uleciała… Nawet nie zauważyłam gdzie i kiedy. Ale byłam silna. Jak trzeba było dawałam sobie radę w każdej sytuacji!

Pracowałam, gotowałam, sprzątałam, byłam z mężem zawsze, gdy gdzieś trzeba było być razem.  Po latach obsesja i perfekcja, by wszystko było bez zarzutu, doprowadziły mnie do punktu, w którym popatrzyłam na siebie do lustra i stwierdziłam, że ja NIE CHCĘ dawać sobie radę ze wszystkim! Ja bym chciała, nawet dziś kiedy wydaje się, że już za późno na zachcianki, żeby  ktoś o mnie się martwił, żeby ktoś dla mnie coś zrobił, o mnie zadbał jak o słabą osobę.. Nie zawsze trzeba być silną. Nie zawsze trzeba być „babą- siekierą”. Nie zwalniajmy męskiego świata od odpowiedzialności opieki i czuwania nad „drugą połową” tylko dlatego, że żona – kobieta jest silna, zaradna i zawsze da sobie radę. Zadba o wszystko, dopilnuje, poradzi sobie.. Napisze listę poleceń, wykona listę i jeszcze raz ją sprawdzi..

Oj, na mój stary babski rozum rozpuściłyśmy męski klan przez ten feminizm i konieczność własnej niezależności do granic przesady. Cóż, słyszę teraz krzyki oburzonych kobiet, że nie mam racji, bo silne wolne i wyzwolone CHCEMY być i równocześnie widzę panów poirytowanych i kipiących gniewem, że to nieprawda, przecież mężczyźni są silni i nie uchylają się od równych obowiązków i równego traktowania swoich (i innych) kobiet.. Wow, Wow! Kij włożony w mrowisko. Teraz można pogrzebać już tylko na „swoim podwórku” i pomyśleć: a jak jest u mnie w moim życiu?..

Teraz wiem, że ten idiotyczny status wyzwolonych niezależnych kobiet nie doprowadził nas do równości a do odciążenia świata męskiego od odpowiedzialności za „równość kobiet”  Mam wrażenie, że moja siła i niezależność w praktyce niewiele różni się od modelu „siły” mojej Mamy, choć tak bardzo tego nie chciałam.. Skoro mogę malować ściany, załatwiać fachowców, ustalać plany i pilnować ich realizacji, pamiętać o wszystkich rocznicach, uroczystościach rodzinnych, wysyłaniu i pisaniu kartek świątecznych i milionie spraw, których NA PEWNO nie muszę robić tylko ja, to znaczy, że jestem „sama sobie winna” jak mówi moja córka. Ustawiłam nasze życie tak, że mój bardzo dobry i kochany mąż dzięki silnej niezależnej żonie nie musi martwić się „po równo” 😦 (No tak, sama chciałam 🙂 ).

Mam wiele ciepła i romantyzmu w moim domu, często mam piękne kwiaty i wiele dobra rodzinnego, a jednak – dlaczego czasami czuję, ze „równość”, o której marzyłam kiedyś, oddaliła się się od moich młodzieńczych wizji i wyobrażeń??

Moja córka też jest z takich silnych kobiet.  Może jeszcze silniejszych niż ja, tyle że troszkę inaczej😊.  Czasem martwię się, że dużo w tym mojej winy. Cóż, geny robią swoje, wzory rodzinne, wychowanie obserwacja świata i ludzi idą swoja drogą. Ale wiem też, że ma w sobie wiele ciepła i romantyzmu, więc naturalny balans zachowa się sam.

„Chyłka” – i nie tylko, czyli Remigiusz Mróz w każdej postaci powieściowej

Ostatnie lata zaczytuję się w powieściach Remigiusza Mroza (zresztą nie tylko ja! W końcu jest na pierwszym miejscu najpoczytniejszych pisarzy współczesnych w Polsce). Przeczytałam wszystkie jego  książki, ale o tym kiedyś napiszę osobno, bo mam takie dziwne uwielbienie kryminalno-psychologiczne, filmowe i literackie. Dziś  w tym moim rozgadaniu chcę przywołać Chyłkę – prawniczkę, ulubioną bohaterkę już bodajże 12 tomów różnych niesamowitych i fantastycznie opowiedzianych historii kryminalno-prawniczych. Ale – uwaga! z wątkiem miłosno-romantyczno-żartobliwo-osobliwym Chyłki i Zordona.  Nie będę tu pisać recenzji ani zdradzać akcji, bo kto lubi to czytał albo przeczyta (Polecam! Polecam gorąco!) 

Chyłka jest pełnym obrazem stuprocentowej silnej kobiety! Współczesnej, niezależnej, ostrej (aż za ostrej!), która kocha swoją pracę, karierę, nie ma żadnych kompleksów, zahamowań, daje sobie radę w każdej sytuacji i wydaje się, ze nic nie może jej psychicznie powalić. Jej reakcje w najbardziej zaskakujących sytuacjach są szokujące, nieprzewidywalne i bardzo.. ”nie-kobiece”.

Obok pojawia się Oryński, młody prawnik, praktykant przydzielony Chyłce do współpracy i jak się okazuje.. na całe życie. A że nie jest to romantyczna historia z happy end-em więc zawirowań powikłań i problemów więcej nikt by nie wymyślił niż nasz autor, pan Mróz.

Tak, jesteśmy siłą! mamy to co chcemy w wszystkimi tego konsekwencjami, dobrymi i mniej dobrymi..

Tak, tak!  – wiem, że można mi zarzucić, iż mieszam literaturę z prawdziwym życiem a to nigdy nie jest to samo. To też wiem. Jestem już „dużą dziewczynką” i mam dawno za sobą takie doświadczenia. Nie każdy lubi analizować swoje życie, nie każdy potrzebuje wiedzieć, co naprawdę go ukształtowało i dlaczego. Ja coraz częściej chcę. I już nie boję się o tym sobie samej mówić. I wiem, że moje rozważania mogą być tylko MOJE, że nikt inny NIE musi się z nimi zgadzać.  Przecież jesteśmy różni. Czujemy różnie. I to jest piękne!

 Każdy człowiek nosi w sobie poczucie i potrzebę wolności i niezależności. Wolności płci, słowa, kariery. Ale z drugiej strony – człowiek jest „zwierzęciem stadnym”.  Szukamy drugiej połowy, przyciągamy do siebie innego człowieka, potrzebujemy wsparcia. Młodość potrzebuje innej wolności niż lata dojrzałe. Rodzina wymaga innej równości. Czasami pojawia się potrzeba dominacji i nawet nie zauważamy kiedy balans chwieje się i konsekwencje są bardzo poważne.

Literatura, poezja,  film od wieków o tym mówiły i mówią – ba, nawet krzyczą o tych problemach bardzo głośno! Dlatego myślę, że moje przemyślenia wychodzące od bohaterek dziecięcych powieści i wciąż pojawiającej się nowej literatury krążącej wokół mnie, wcale nie są tak odlegle od tego, co spotyka nas przez całe życie.

Jedni fascynują się rozprawami filozoficznymi, czy esejami psychologicznymi, inni lubią rozrywkę lekką i zabawną albo mrożące w żyłach kryminały. Wszędzie szukamy bohaterów, którzy nas zafascynują cechami, jakich często sami nie posiadamy. Głowa przyswaja sobie schematy, tworzy marzenia, układa własny sposób na życie.

Tylko – ile naprawdę możemy z tych marzeń i planów zrealizować?  Nie jesteśmy bohaterami książek czy filmów, nie możemy dowolnie jutro „napisać” siebie od nowa.

Ale możemy bardzo starać się być silną kobietą z odrobiną romantyczności – czyli Kobietą Idealną😊 choćby dla siebie samej..

P.S. Dla podtrzymania tematu odsyłam do napisanych już wcześniej wpisów o podobnych rozważaniach – choć bardziej teatralne: „Jej portret, twój portret, nasz portret” z 3 marca i „Być kobietą” z 4 kwietnia 2021.


BACK

O czym marzy Dziewczynka gdy staje się Babcią?

6/25/2021  

 Wymyśliłam taki tytuł, że pewnie nikt nie wie o czym będę dziś pisać i co mi po głowie chodzi.  Sama nie wiem tak do końca. Tekst ma być o mnie o dziewczynce – o kobiecie, w której dojrzewała Babcia, jaką dzisiaj jest.

Jedno z pierwszych zdjęć z pierwszym wnukiem – kiedy zostałam Babcią!

Każdy człowiek ma, jak mawiała moja Mama „białe noce”.  Takie dziwne noce, które nie chcą być nocami, utulającymi nas w cichym spokojnym śnie.  Śnie, który przerywa zmęczenie po całym dniu, przynosi spokój, ukojenie myśli, daje wytchnienie zmęczonym mięśniom. Wyłącza nas na kilka godzin z kieratu dobrego spokojnego czy też nerwowego i trudnego życia. Czasem tak, czasem siak. Sen – dobra wróżka, zamykająca powieki, zamykająca szufladki myśli, problemów i kłopotów. A nawet radości, nadmiernych egzaltacji i uniesień.

Gdy jednak ogarnia nas „biała noc”, gdy noc przeobraża się w dalszy ciąg dnia, choć za oknem ciemność i gwiazdy na niebie – nasz mózg ma się źle. Myśli nie chcą dać mu odpocząć, mimo wygodnego łóżka i cieplutkiej pościeli nie możemy ułożyć się w pozycji gotowej do snu. Kręcimy się, siadamy, wstajemy, idziemy po szklankę wody, sprawdzamy godzinę na zegarku i dziwimy się, że czas tak powoli płynie..

 Znacie to? Ja aż za dobrze.. Tak było w głębokim dzieciństwie gdzie potrafię sięgnąć pamięcią, w młodości szkolnej. Tak było w czasach, kiedy wydawało się, że po dniu pełnych miliona spraw rodzinnych, zawodowych, domowych, szkolnych, po sprzątaniach, praniach, telefonach towarzyskich, odrabianiu lekcji z dziećmi, kłóceniu się z mężem, planowaniu zakupów na następny dzień, wieczorem już tylko mogę paść na łóżko i zapaść natychmiast w najgłębszy wielogodzinny sen (och, jeśli życie pozwalało to może 6, 7- godzinny.?)  A jednak, mimo, ze padałam, dopadała mnie „biała noc” . Najpierw była mgła, już zbliżała się czarna dziura nocy a kiedy zbawienny sen prawie nadchodził, już był blisko – zaczynał się taniec rozmyślań. I nie miałam szans go powstrzymać. Nie umiałam go odtrącić przegonić..

 Jako mała dziewczynka nigdy nie miałam babci. Swojej „własnej” babci. Ponieważ Mama pochodziła z wielkiej wielodzietnej rodziny, gdy ja się urodziłam mama mojej Mamy właśnie wtedy umarła. Miałam dwa miesiące, więc nigdy jej nie poznałam. Widziałam zaledwie może dwa-trzy zdjęcia, bo przecież kto w tamtych czasach, zwłaszcza w biednych rodzinach, troszczył się o udokumentowanie kogoś na zdjęciach. Jedyne, które wbiło mi się w pamięć, to zdjęcie babci na łożu, już po śmierci, bo (niestety) takie rodzina postanowiła uwiecznić wśród świec i kwiatów. Cóż, takie były czasy i takie obyczaje. I to zdjęcie znalazłam w rodzinnym albumie jako nastoletnia dziewczynka. Babcia wydawała mi się bardzo stara, w czarnej chuście na głowie, ubrana oczywiście na czarno. A miała tylko 62 lata. Ale żadne z tamtych starych zdjęć nie zachowało się do dzisiaj, przynajmniej w moich „archiwach”.

Pomyślałam wtedy, że.. nie chciałabym mieć nigdy takiej babci.. Nie miałam wtedy pojęcia, ile ta kobieta w swoim życiu przeszła, jak ciężko pracowała. Urodziła czternaścioro dzieci, gotowała posiłki na piecu, codziennie rozpalanym zwykłym drewnem. Nie miała pralki, przeżyła wojnę, nie wiedziała co to chwila dla siebie, odpoczynek, co to kino, książka. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że ta pani w czerni była moją babcią.

Drugą babcię pamiętam bardzo mgliście. Mieszkaliśmy razem z nią w małym dwupokojowym krakowskim mieszkaniu, ale gdy miałam pięć lat babcia umarła. Niestety, wcześniej długo leżała sparaliżowana i pokój, w którym przebywała zawsze był zamknięty. Moje dziecięce wspomnienie kojarzy się tylko z zapachem, brzydkim zapachem, który zawiewał z tamtego pokoju. Mama często kazała nam rano leżeć okrywając kołdrą po samą brodę,  gdy szeroko otwierała okna. Niejeden raz bywało bardzo zimno, a ona wietrzyła pokój bardzo długo, rano i wieczorem. Nie rozumiałam, co się dzieje. Nie wiedziałam, jak bardzo trudno jest rodzicom, a zwłaszcza mojej Mamie, która mając dwoje malutkich dzieci, jeszcze opiekowała się dniami i nocami swoją teściową, nie ruszającą się z łóżka ponad półtora roku. Czasy były takie, że chorzy starzy ludzie po prostu leżeli – umierali w domu. Pewnego dnia Mama wzięła mnie za rękę i powiedziała, że za chwilę wejdziemy do pokoju babci, bo babcia chce mnie zobaczyć. I żebym uścisnęła babci rękę i uśmiechała się do niej. Pamiętam doskonale ten moment. Nie wiem dokładnie kiedy to się zdarzyło, pewnie na kilka tygodni przed babci śmiercią.  Miałam 5 i pół roku. Weszłam, zobaczyłam siwą bielusieńką staruszkę, pamiętam ten obrazek jakby dziś był wciąż przede mną!  Babcia uśmiechała się. Nie miała zębów. Jak taki obrazek mogło zapamiętać tak wyraźnie 5-letnie dziecko?  Nie wiem. Ale jestem pewna, że zapamiętałam. I zapamiętałam strasznie przykry zapach. Nawet jako dziecko nie mogłam go znieść. Do dnia dzisiejszego mam ogromną wrażliwość na zapachy. Poznaję i zapamiętuje wszystkie zapachy. Wiele sytuacji życiowych, dobrych i złych, najszczęśliwszych i  trudnych kojarzy mi się właśnie z zapachami.

 I już nie uścisnęłam babci ręki. A w każdym razie nie pamiętam tego. Mama wyprowadziła nas z pokoju babci. Mnie i mojego brata, którego trzymała na ręku. Miał niewiele ponad rok.

W październiku, był piękny słoneczny jesienny dzień.  Nasza sąsiadka – opiekunka zabrała nas na spacer. Kiedy wróciliśmy, Mama paliła w pokoju w piecu. Mieliśmy ładne piece kaflowe. Pamiętam, że zapytałam ją dlaczego pali w piecu, przecież jest tak ciepło na polu.. (wiecie przecież, że nie na DWORZE! mówi do was Krakuska!) Nie wiem, co Mama odpowiedziała, ale już więcej babci nie zobaczyłam, a po jakimś czasie przyzwyczailiśmy się, że w domu były dwa pokoje a odór leków, mięty, moczu i czegoś pewnie jeszcze zniknął na zawsze.  Jest mi bardzo smutno, bardzo ciężko i nie wiem, czy już kiedyś o tym komukolwiek mówiłam, ale obraz drugiej babci kojarzy mi się z tym brzydkim zapachem. I gdyby gdzieś się pojawił koło mnie, pewnie natychmiast bym go rozpoznała. Miałam tylko kilka lat i nawet fakt, że moja babcia była chora nie był dla mnie straszny. Tylko ten zapach był porażający. Zapach, który był koło mnie długie miesiące, choć jako dziecko nie byłam tego świadoma..

Wiedziałam, że moje kuzynki mają babcie, że jeżdżą do nich na wieś, spędzają tam wakacje. Kiedyś nawet, gdy już byłam w szkole podstawowej, pojechałam razem z nimi na taką wyprawę. Zazdrościłam im, że mają swoje babcie. Ale równocześnie NIE chciałam mieć moich babć, bo bałam się ich starości, ich zapachu a przede wszystkim tego, że ich – zupełnie NIE znałam..

Z czasem zaczęłam dorastać i rozumieć, co znaczy mieć babcię. Wiele rodzin było wokół nas trzypokoleniowych. Jeździli na wakacje do dziadków, zostawali na ferie szkolne z babcią, mieli swoje święta rodzinne w gronie, gdzie babcia i dziadek  byli ważnymi osobami. W moim dzieciństwie i młodości często natrafiałam na  książki i opowieści, gdzie starsza pani – babcia była ogniwem spajającym rodzinę, przykładem dla młodych, a przede wszystkim niemal zawsze była chodząca łagodnością, dobrocią i ciepłem. Wciąż jednak była dla mnie postacią daleką. Książkową, filmową, ale nigdy nierealną.  No i zawsze.. starszą, siwą, troszkę zmęczoną.  A potem gdzieś pojawiła się w moich wyobrażeniach staruszka wesoła sprytna, taka, która potrafiła przechytrzyć niejednego naiwnego młodego człowieka.  Już nie pamiętam, jaki to był film, gdy staruszka uwielbiająca podróżować po świecie, wsiada sprytnie bez biletu do samolotu i uwikłana w tragiczną sytuację z terrorystą (który przypadkiem jest jej sąsiadem na siedzeniu obok) i bombą na pokładzie – przydaje się w ostatecznym uratowaniu samolotu przed nieuchronną katastrofą. W zamian za to babcia – staruszka otrzymuje już do końca życia darmowe bilety na kolejne loty po świecie. Film trzymał w napięciu, był dość dramatyczny, ale sympatyczna i bardzo sprytna staruszka zmieniła moje wyobrażenia o babciach. Tytułu filmu nie pamiętam, ale z pewnością ktoś mi pomoże i podpowie, za to  obrazek babci zapamiętałam do dzisiaj.

W latach mojej młodości polska szara rzeczywistość nie dawała naszym mamom, które powoli zostawały babciami zbyt wiele szans na modne stroje, odważne kolory. Wiek „wymagał” powagi, przekroczenie 40-ki to był próg, który w latach 70-tych nie pozwalał na sukienki czy spódniczki przed kolana, na modne szerokie nogawki spodni czy plastikowe kozaki. Te wszystkie akcesoria ówczesnej mody dostępne były tylko dla młodych kobiet. A czterdziestolatka czy pięćdziesięciolatka to już przecież była stateczna osoba. Zwłaszcza jak.. była babcią. Dziś czasy zmieniły się kompletnie. Czasem trudno odróżnić Mamę od Babci, Córkę od Mamy. Sama byłam niejeden raz świadkiem sytuacji, gdzie córka z nagannym spojrzeniem mówiła do swojej Mamy – Babci: mogłabyś mieć trochę dłuższa tą sukienkę! A Babcia – Mama odpowiadała ze szczerym śmiechem: a mnie się taka bardzo podoba😊 !

No i fryzury! Moda na „trwałą” – sposób na postarzanie nawet najbardziej młodych i świeżych twarzy. I jeszcze tapirowanie włosów, im wyższa „wieża” tym lepiej.

Długo zeszło naszym Mamom, by przekonały się, że zmiana koloru włosów z siwych na kasztanowe czy lekko blond a może trochę czarne jest zdecydowanie korzystniejsza niż naturalna babcina siwizna.

Nigdy nie widziałam mojej Mamy w spodniach! Tak, była przy tuszy (och, coś o tym wiem, niestety!) ale myślę, że nie nosiła tych spodni, głównie z powodu  wpojonej jej zasady, że kobieta po 40-ce spodni nosić NIE może. Dziś każda kobieta grubsza (gruba i najgrubsza) znajdzie sposób na chodzenie w spodniach, z tuniką, długim swetrem, luźną koszulą. Stawiamy na wygodę, na luz i nikogo to nie dziwi. Moda ma swoje prawa. Poczucie swobody, zasady i czasy w jakich przyszło nam żyć zmieniają nasze wyobrażenia i marzenia.

Moi rodzice w Polsce – na różnych wakacjach ze swoimi wnukami. Mieli ich piątkę. Także trzech chłopców w rodzinie mojego brata.

Moje dzieci miały więcej szczęścia. Do czasu naszego wyjazdu do Stanów wychowały się w bliskości dziadków, choć od początku mieszkaliśmy w innym mieście, więc nie był to kontakt codzienny. Ale większość świąt spędzaliśmy razem, często przyjeżdżaliśmy do rodziców na weekendy, moi rodzice uwielbiali zabierać dzieci na wakacje i wyjazdy na ferie wiosenne czy jesienne. Każda Babcia oferowała cos innego, każdy Dziadek był troszkę inny. Wnukom pozostały bardzo różne wspomnienia. Ale cała czwórka dziadków zaoferowała wnukom tak wiele dobrego, że do dziś noszą w sobie bogactwo wspomnień i doświadczeń tamtych lat, choć dziś są dorosłymi ludźmi.  To właśnie Dziadek Bronek zaszczepił w moich dzieciach bakcyl wędrówek i potrzebę nieustających wycieczek poznawania Świata. Babcia Helenka opowiadała historyjki rodzinne i lepiła z kolorowego papieru i złotek ozdoby na choinkę, których już dziś nich z nas nie potrafi odtworzyć.  Babcia Janka czytała książeczki, godzinami rozmawiała o polskiej historii a Dziadek Władek rozśmieszał naiwnymi pytaniami i rozbawiał swoim bardzo specyficznym naiwnym humorem.

Kiedy już byliśmy w Houston, Helenka przyleciała do nas kilka razy, w pierwszym małym mieszkaniu dzieci dzieliły z nią pokój, pomagały jej dzielnie przetrwać bardzo ciężki czas po śmierci Dziadka Bronka. Babcia odzyskała równowagę i chęć do życia tylko dlatego, że miała koło siebie swoje wnuki. Piekła ciasta, pączki, gotowała obiady, jeździła z nami na wycieczki, cieszyła się ich nowym lepszym życiem i miłość pokoleniowa działała w obie strony. Po kilku miesiącach mogła wrócić silna i znów gotowa pomagać wnukom, których jeszcze trójkę miała w Polsce.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z wizyt dziadków w Houston. Niestety, mój ojciec- dziadek Bronek nie zdążył nas odwiedzić, zmarł rok po naszym wyjeździe z Polski

Potem przyjechali rodzice mojego męża. Znów moje dzieci na kilka miesięcy mieli Babcię i Dziadka obok siebie. To były wyjątkowe chwile. Trzy miesiące później dziadek Władek zmarł na wylew.

Pra-babcia Janka z małym Christophkiem. Ale poznała także Lukasa.

Babcia Janka dożyła 96 lat. Moje wnuki przez kilka lat miały pra-babcię. To wielkie szczęście. Coś, co uważam za „podwójne” błogosławieństwo. Babcia Janka cieszyła się ich przyjazdami do Polski i choć najmłodszego z nich, Chase’a, nie poznała osobiście, to miała dużo jego zdjęć, opowieści.  Piękny to prezent od życia – być Matką, Babcią i pra-Babcią…

Kiedy moja Mama została Babcią miała 53 lata. Ja także miałam 52 lata. Czy byłyśmy takimi samymi babciami?  Pod wieloma względami tak. Obie byłyśmy niezwykle szczęśliwe, że zostałyśmy obdarowane przez los wnukami. Byłam ogromnie dumna, że jestem młodą babcią. Chwaliłam się tym faktem wokół i z radością oświadczałam, że być BABCIĄ jest fantastycznie! A byłam jedną z pierwszych babć w moim koleżeńskim i przyjacielskim gronie. Dobrych kilka lat upłynęło zanim inne koleżanki poczuły i zrozumiały moje uczucia świeżo upieczonej babci.  Nie miałam żadnego poczucia, że muszę zmienić swoje zwyczaje, stać się „babcią stateczną”, a już – nie daj Boże! siwą i poważną! Moje życie nie zmieniło swoich zwyczajów, moje ubrania nie zmieniły kolorów, które lubiłam i nadal lubię. Uwielbiałam tańczyć, pracować i cieszyć się życiem, choć już wiedziałam, że nasza rodzina jest teraz trzypokoleniowa. Nie unikałam dodatkowych babcinych „obowiązków” , wręcz przeciwnie, z całą radością rzuciłam się w wir pomocy opiekowania się maluchem. Zajmowanie się niemowlakiem.  Każdego możliwego dnia obserwowanie jego nieporadnych ruchów rączek, fikanie nóżek, każdy uśmiech, pierwszy ząbek, spacer z nim – wszystko to daje babci tak wielkie szczęście, jakiego nikt kto NIE jest Babcią nie może sobie wyobrazić. Wiadomo, że każda babcia była kiedyś matką i przeżyła wszystkie etapy macierzyństwa. Bóg tak skonstruował „instytucję rodziny” by dać nam najpiękniejsze ludzkie doznania, by nauczyć nas kochać we wszystkich wariantach. Przez lata każdego dnia doświadczamy wszystkich kolorów miłości i kiedy myślimy, że znamy i wiemy już wszystko o kochaniu – pojawiają się wnuki i jeszcze jedna miłość.. Tak silna, tak niesamowita, tak elektryzująca, ze choć czasem babcia jest zmęczona po godzinach dniach „dyżuru”  z maluchem, to nigdy niczego nie żałuje, żadnej minuty nie oddałaby za czas spędzony z wnukami.

Dziesiątki wspólnych chwil spędzonych z wnukami, chwil bezcennych i niezapomnianych.

Mijały więc lata, odbierałam chłopaków ze żłobka, przedszkola, szkoły, jeździliśmy razem rodzinnie na wakacje, jeździliśmy tylko my – dziadkowie z nimi do Polski, pokazywaliśmy im to, co ważne dla nas i dla nich, by poznawali od wczesnych lat korzenie nasze, ich rodziców i ich własne. Polubili Kraków, smoka wawelskiego, góry polskie, poznali prababcię Jankę, przyjaciół ich rodziców i naszych, Warszawę i Gdańsk, rodzinę i dziesiątki opowiadań o naszej młodości, o i rodziców dzieciństwie, o wakacjach na jeziorem na Kaszubach. Nauczyliśmy ich języka polskiego wspólnie z ich rodzicami i nasze wnuki, dziś już duże i wielce „samodzielne” są świadome swoich korzeni i z dumą mówią, że są Amerykanami i Polakami. Najmłodszy wnuk, choć po polsku nie mówi, zna kilka słów polskich, przyjaźniąc się z kuzynami coraz częściej wciąga się w polskie tematy i już nawet miał w szkole swą pierwszą prezentację o Polsce – kraju swojego Taty.

Mam takie babcine marzenie – może niedługo pojedzie do Polski i powoli, podobnie jak Christoph i Lukas pozna miejsca związane z życiem swojego Taty – Polaka. I nas – jego dziadków i pradziadków..

Lata lecą, wnuki rosną a my.. starzejemy się. Cóż, tego także ukryć się nie da.

Babcia 50-letnia to zupełnie co innego niż taka, co ma prawie 20 lat więcej. Można żartować, że dzisiejsze (prawie..) „siedemdziesiąt” to jak kiedyś 50-ka, ale tak naprawdę każda babcia wie..

 Budzimy się rano i wstajemy powoli, pijemy kawę bardzo powoli, z rąk wypada filiżanka albo łyżeczka. Każda prosta czynność zajmuje  dużo więcej czasu niż kilka lat temu. To wkurza. Złości. Przeraża i denerwuje. Głowa pracuje jeszcze całkiem dobrze. Czytam dużo książek, pisze ten blog, biegam na spotkania towarzyskie, uwielbiam nadal moje wnuki , spotkania rodzinne, a jednak – życie zwalnia tempo choćbyśmy bardzo bardzo tego nie chcieli..

Moje koleżanki – współczesne babcie tak wyglądają!

Nigdy nie byłam osoba bezczynną, zawsze COŚ robiłam. Nie jest to najlepsza cecha w życiu, że nie umiem się wyluzować i odpoczywać, choć i tak troszkę i bardzo powoli się już tego uczę. Nie, nie będę ukrywać – nie z własnej woli, raczej z przymusu życiowego, bo coraz częściej zwyczajnie już nie mogę tak biegać jak kiedyś, jak jeszcze całkiem niedawno. Tu boli, tam strzyka, tu łamie.. Kolana „nie moje”, siły brak, wejść na drabinę nie mogę, podnieść ciężkiej torby nie dam rady, kręgosłup boli, gdy sadzę kwiatki w ogródku.. Ja NIE CHCĘ!! Ale babcie już nie mogą sobie tak do końca z tym poradzić. Już muszą balansować mądrze, z głową do góry, pomiędzy swoimi marzeniami o babci  silnej zdrowej, modnej, radosnej, pięknej i aktywnej a coraz starszej, spowolniałej, ograniczającej bieganie życiowe.

Być Babcią to jest TO! Każda Babcia mnie rozumie..

Muszę pozostawić dla moich wnuków wspomnienie Babci, która przez lata była obok. Dawała im ile tylko potrafiła, ale nie zatraciła siebie tylko dlatego, że stała się Babcią. Wnuki powinny mieć dziadków aktywnych zdrowych ciepłych ale i mądrych – takich, których zapamiętają, kiedy już będą zupełnie dorośli.

Ja takich nie miałam. I wiem, że nie ma w tym winy ani moich dziadków ani rodziców.

Dlatego tak bardzo jako mała dziewczynka, może nieświadomie, ale już gdzieś w głębokiej wyobraźni, obraz siebie jako Babci kreował się w mojej głowie.

Jestem Babcią spełnioną. Jestem Babcią szczęśliwą.

 I wiele Babć na świecie, w tym momencie uśmiechnie się do siebie i powie: WIEM, CO CZUJESZ!


BACK

Teatralna przygoda z Osiecką – fascynacja Człowiekiem czy Poetką?

6/16/2021

Byłam tuż po pierwszej klasie liceum, spędzałam wakacje w Gdańsku, u rodziny mojej Mamy, z kuzynami. Miałam 16 lat i teatr fascynował mnie ogromnie. Zwłaszcza, że ciocia, z którą byłam w dużej przyjaźni pracowała w Teatrze Wybrzeże, o czym już chyba wcześniej wspominałam pisząc o wakacyjnych czasach młodości.  Spektakl „Niech no tylko zakwitną jabłonie” szalał już w wielu polskich teatrach od 1964 roku, kiedy to jego premiera odbyła się 16 czerwca.

W Teatrze Wybrzeże „Jabłonie..” zagościły w kwietniu 1967 roku i przez wiele lat (oczywiście z małymi przerwami na inne spektakle) nie schodziły z desek scenicznych. W czasie tych niezapomnianych wakacji 1969 roku, każdego wieczoru, kiedy tylko miałam możliwość byłam na przedstawieniu. Słuchałam piosenek, chłonęłam teksty, zafascynowana patrzyłam na dynamikę tańca, kombinację scen, które przecież nie mają ciągłości fabuły i nie stanowią jednolitości tematu.  Każdego razu odnajdowałam coś innego, coś nowego, niesamowitego. Energia tego przedstawienia porażała. Miałam tylko 16 lat, ale ogromną wrażliwość na świat, miłość, budziła się we mnie jak w każdym 16-latku otchłań połykania wszystkich doznań życia, sztuki, muzyki.  Nie znałam innych wersji tego przedstawienia choć wiedziałam, że jest ich kilka i że to warszawskie, w Teatrze Ateneum, jest owiane wspaniałą recenzją i zachwytem wszystkich, którzy zdążyli je oglądnąć… Wtedy jeszcze niezbyt wiele wiedziałam o Osieckiej, jej poezji i jej życiu. Ale od tamtego czasu Agnieszka Osiecka krążyła wokół mnie jak dobry niespokojny duch. Przewijała się w różnych momentach mojego prywatnego życia i pojawiała się moich w literackich zainteresowaniach.

O Agnieszce Osieckiej można czytać bez końcaw mojej bibliotece

Na festiwalach piosenki często gościły Jej  teksty i zawsze były niezwykłe, nigdy nie „przechodziły” obojętnie niezauważalnie.  Ja jednak, jak każdy młody człowiek miałam wiele swoich spraw, czas leciał zbyt szybko, by skupiać się na jednym temacie. W latach studenckich zachwycaliśmy się Marylą Rodowicz a jej piosenka „Małgośka, mówią mi..” była moim mottem i piosenką witającą mnie jako młodą mężatkę tuż po odejściu od ołtarza, gdy schodziliśmy po schodach do podziemnej sali krakowskiego SPATiF-u na przyjęcie weselne. Wtedy znów wróciło nazwisko Osieckiej, która choć starsza od Rodowicz napisała dla niej bardzo dużo tekstów. To był duet niemal doskonały.

No tak – ale nie o Osieckiej mam pisać, inni, mądrzejsi i ważniejsi napisali już o niej dziesiątki książek, wspomnień, pamiętników. A ja przez wiele lat starałam się to wszystko przeczytać, bo życie tej kobiety i poetki było niezwykłe i fascynujące a jej śmierć stanowczo przedwczesna.

Kiedy rozpoczęłam pracę w naszym Teatrze w Houston, znów powróciła myśl o Agnieszce Osieckiej i jej twórczości. Najpierw nieśmiało. Przeglądałam, czytałam „Listy Śpiewające”. Osiecka napisała kilka świetnych mini-dramatów: lekkie, przyjemne, z życie wzięte. Trochę zabawne, trochę liryczne, o miłości, rozstaniach, samotności. Wybrałam trzy i wystawiliśmy je w 2001 i 2003 roku. Jeszcze później w 2005 roku powróciliśmy do Osieckiej w sztuce pt. „Apetyt na czereśnie”, ale o tych wszystkich przedstawieniach opowiem innym razem.

Dziś mam nastrój i potrzebę zacząć swe wspomnienie o naszej Osieckiej od sztuki, która dla mnie była największym wyzwaniem i największym przeżyciem w ciągu 20 lat pracy w houstońskim Teatrze.

Strona tytułowa programu

Jak bumerang powróciło marzenie wystawienia „Niech no tylko zakwitną jabłonie”. Nie miałam niczego oprócz wspomnień z młodości, nie wiedziałam jak z Houston dotrzeć do oryginalnego tekstu. Wiedziałam oczywiście, że są zasady i prawa autorskie, ale pomyślałam, że jakoś sobie poradzę.. Dzięki kochanym przyjaciółkom w Polsce, gdzie jak wiadomo wszystko można załatwić, zdobyłyśmy tekst, piosenki i.. dziesiątki nieprzespanych, ale ekscytujących nocy i setki rozmów z Beatką co i jak zrobimy. Bo ja MUSIAŁAM to zrobić!  Tyle, że szybko okazało się, że w naszych skromnych tutejszych warunkach jest to prawie niemożliwe.

Wstęp o spektaklu napisany przeze mnie do programu w 2002 roku.
Obsada i twórcy spektaklu.

P R A W I E, bo nie na darmo dwie głowy myślały dniami i nocami, żeby nie wymyśliły. Oczywiście – tekst oryginalny został nieco zmieniony i opracowany przeze mnie tak, by dostosować go do możliwości młodzieży polonijnej w Houston, bo wtedy w teatrze grała tylko młodzież. I aby nie zarzucono nam, że bez praw autorskich tworzymy oryginalne przedstawienie, nasza wersja była interpretacją – ale dość wierną, na ile możliwości i umiejętności nam pozwalały.

 W tym spektaklu na scenie pojawiło się 16 osób i może to nie brzmi jak wielka obsada, ale dla nas była to największa grupa aktorska w historii naszego Teatru a i tak aktorzy pojawiali się na scenie w różnych odsłonach i rolach po kilka i kilkanaście razy. Do tego dodajmy dużo piosenek, do których NIE mieliśmy podkładów muzycznych, więc Beatka dobrze musiała się nagłówkować i napracować, żeby je wszystkie zdobyć, zagrać, uruchomić, przeprowadzić dziesiątki prób muzycznych, skoordynować z tekstem. W sumie – już naprawdę nie pamiętam ile miesięcy trwały próby, ale chyba bardzo bardzo długo. Zwłaszcza, że sztuka wymagała wiele prób zbiorowych, w dużych grupach, co w naszych domowych warunkach (u mnie w domu) wymagało nie lada wyczynów gimnastycznych, dobrze zaopatrzonej lodówki w zimne napoje, przegryzki i słodkości, winko dla reżysera i  asystentki 😊, szczelnie zamkniętych drzwi do innych pokoi dla tych, co ćwiczyli granie na gitarze albo odrabiali zadanie domowe do szkoły. W innych momentach mieliśmy próby małymi grupkami, albo tylko z tymi co śpiewali.

Na początku nikt nie rozumiał, o czym  właściwie jest ta sztuka. Nie ma w niej logicznej fabuły, trudno więc było młodym ludziom pochwycić jej sens. Przestrzeń czasowa obejmuje 40 lat i sztuka dzieli się na dwa akty, część przedwojenną i powojenną. Na jej tekst składają się oryginalne reklamy z gazet międzywojennych, ballady podwórkowe, wiadomości prasowe, jakieś instrukcje ZSMP-owskie, nawet fragmenty prywatnych pamiętników czy korespondencji Osieckiej. To była długa i trudna lekcja historii Polski. Zwłaszcza, że w naszym zespole mieliśmy wtedy obok młodzieży starszej już studiującej, także młodziutkich licealistów jak Joasia S. czy Benjamin S. Dla nich to było duże i przejmujące wyzwanie – nie tylko zagrać w takiej sztuce, ale i rozumieć co grają, jak bardzo zmieniają się, gdy kolejny raz pojawiają się na scenie w innym zupełnie wcieleniu.  Spektakl trwał prawie dwie i pół godziny, z przerwą pomiędzy aktem pierwszym (przedwojennym) i drugim (powojennym). Aby oddzielić tematycznie sceny zastosowaliśmy przewijające się jak w niemym filmie napisy, które wnosiła Jessica B. wdzięcznie uśmiechając się do widzów (niestety, kamera ustawiona była tak niekorzystnie, ze żaden z napisów nie jest widoczny na nagraniu).

Część przedwojenna ma w sobie wartką akcję, dużo elementów podwórkowego życia biedoty i marginesu społecznego i dla kontrastu pojawiający się równie bardzo szybko bogacze, Rekiny finansjery, Kokoty czy nawet Poeci. Pełny przegląd przepływającej społeczności warszawskiej (polskiej).

A w tym obrazie nie zabrakło też przejmującej sceny  zatytułowanej przez autorkę sztuki „Kochamy. Nie kochają nas” – opowiadającej o Matce-Żydówce (Kasia L) czytającej list od syna, który zapowiada swój powrót do domu (Mein Idische Mame).  Statek nazywa się Lincoln. Sara, narrator (Natalia M) wprowadza nas w ostatnie chwile tęsknoty i matczynego oczekiwania. I tragicznego wydarzenia: katastrofy zatonięcia statku Lincoln…

Jedna z najbardziej emocjonalnych scenek zagrana fantastycznie przez obie nasze dziewczyny. Dla Natalii M. był to wielki wyczyn aktorski. Trudny tekst, dużo emocji a język polski wtedy stwarzał jej niemało problemów. Byłam pełna podziwu nad jej zmaganiami i fantastyczną robotą aktorską. Jak już napisałam – nagrania nie są dobrej jakości, ja jednak nie pominę takiej okazji ich przypomnienia.

Kostiumy uprościliśmy do minimum, w części pierwszej było kilka akcentów międzywojennych: meloniki, szale boa, kapelusze, muszki dla panów, ale ogólnie sceneria i kolorystyka była prosta, szara. Zmienialiśmy rekwizyty za pomocą krzeseł, drobnych akcentów (kwiatek, gazeta, ruch aktorów).

Cześć druga powojenna zaakcentowana była mocnym kolorem czerwonych chust na szarych koszulkach, Traktorzystkę w jej kostiumie i z chusteczką na głowie nie pomylimy z nikim innym, zwłaszcza w jej rozmowie  z „przyszłym inżynierem”  pełnej miłości do.. traktora. (Jacek M. i Ewa M.)

 Ale za to „elementy wywrotowe” jak jazz, pompa, „dżambulaja” i samba były już bardzo kolorowe, nowoczesne i wyzywające jak na tamte czasy, w mini spódniczkach, ciemnych okularach, wysokich kozakach i dziwacznych czapkach. Wyraźnie stanowiły kontrast z socjalistyczną kolorystyką szarej Polski.

Scena nadziei – ślubów i marzeń młodego pokolenia wniosła nieco kolorowych T-shirtów na scenę, by potem znów pogrążyć się w smutku i beznadziei „Ulicy Kamiennej” – Natalia M.  (szare płaszcze zwane trenczami) bo „to wszystko było nie tak, nie tak” (śpiewała Edyta W.)

A potem znów – „od początku postawimy nasze miasta, domy nasze”… Świat nie jest taki zły, niech no tylko zakwitną jabłonie !!..

Ileż w tej sztuce smutku, sarkazmu, napiętnowania złego w otaczającym nas świecie, ale także jak wielki optymizm i nadzieja na lepsze życie. Jabłonie zakwitają każdego roku, a wraz z ich pięknem i odrodzeniem się znów jest nowe życie.

Świat nie jest zły. Takie najpiękniejsze przesłanie podarowała nam Osiecka blisko 60 lat temu i tak trwa po dzień dzisiejszy. Hossa! Bessa! Bessa! Hossa! Nie tylko w finansach ale i w życiu tak bywa. 

Od Prostego Człowieka, Biedaka, Kokoty, Żigolaka do Inżyniera, Rekina finansjery, Inżynierowej czy Jaśnie Pana. Wszyscy chcą być szczęśliwi – Traktorzystka i Kochankowie z ulicy Kamiennej, młody Junak i Małolaty, którym marzy się podróż na Kanary i na deser ser „fromage”..

Marzenia o odbudowie i czarne noce kolejnych reżimów. Kolejne zrywy i kolejne przegrane. I znów nadzieja Gierkowska – „Będziecie mieli pompę”. (piosenka w wykonaniu Kasi K)

Mogłabym tak bez końca o każdej scence, o każdym aktorze i aktorce, którzy wbiegali na scenę co kilka minut zmieniając swoja osobowość, wcielając się w inną postać. Sceny przesuwały się jak w kalejdoskopie – raz „prasówka” z przedwojennych gazet, reklamy szamponu czy innych dziwacznych artykułów, ogłoszenia o pracy, by zaraz potem scena stała się częścią  ulicy Warszawy przedwojennej czy zebrania młodzieży ZMP w powojennej Polsce. Piękna choć tylko symboliczna jest scenka sygnalizująca II wojnę, która kończyła akt pierwszy przedstawienia. Wejście Kasi K. zapierała dech w piersiach widzów.

Wszystkie te elementy, bo trudno mówić o jednolitej całości, są mocno okrojone w stosunku do oryginalnego tekstu. Bardzo trudnego dla naszej młodzieży. Z mojego punktu widzenia powiem szczerze – to co młodzi zrobili, to niesłychanie wielka praca. Ogromny tekst, trudne słownictwo, akcja w dużych grupach. Godziny, godziny prób, powtórzeń, walki z każda najmniejszą linijka tekstu. Tylko my, którzy tam byliśmy wtedy razem, wiemy jak to było.

Niestety, musieliśmy bardzo okroić ilość piosenek. Nie mieliśmy jeszcze wtedy dobrze rozśpiewanych aktorów, dopiero zaczynaliśmy swoje muzyczne „wyczyny”. Nie bardzo umieliśmy też poradzić sobie z muzycznymi podkładami do piosenek. I tu wielkie brawa dla Jasia K. Do dziś podziwiam jego samozaparcie i godziny prób z gitarą. Grał wszędzie i bez przerwy. Do każdej piosenki do każdej melodii. Nie mieliśmy nut, a jeśli to bardzo niewiele. Skąd Jasiu to wszystko złożył, jak to wymyślił, usłyszał – nie mam pojęcia. To już dostanie jego i Beatki tajemnicą😊 Dlatego w stosunku do oryginalnej wersji muzycznej przedstawienia nasz spektakl był dużo bardziej uboższy. Ale i tak uważam, że poradziliśmy sobie całkiem dobrze i piosenki naszych początkujących śpiewających aktorów podobały się publiczności.

Chciałabym ocalić od zapomnienia każdą chwilę tego houstońskiego przedstawienia. Nagranie z 2002 roku jest oczywiście słabe ale i tak nie potrafię powstrzymać się, by nie zamieścić tu kilku scenek by przypomnieć jak wtedy – dziś już dorośli żonaci, z dziećmi i rodzinami poważni ludzie wykonujący odpowiedzialne zawody – zagrali moją ukochaną Osiecką i z entuzjazmem zaśpiewali „Świat nie jest taki zły”.

Plakat filmu „OSIECKA”

Kilka miesięcy temu TV polska zrealizowała serial pt. „Osiecka”. Głowna role poetki grają dwie wspaniałe aktorki Eliza Rycembel (młoda Osiecka) i Magdalena Popławska (Osiecka w wieku dojrzałym). Przez film przewija się cała plejada wspaniałych polskich aktorów, którzy grają postaci znanych pisarzy, poetów działaczy od lat 50-tych do 90-tych XX wieku. Film przedstawia życie Agnieszki od wczesnej jej młodości (czas zdawania matury) do momentu jej śmierci. Tłem są artystyczne, obyczajowe i polityczne  realia tamtych czasów i wiele z tych historii pomaga zrozumieć sens scenek zawartych w spektaklu „Jabłonie” i nawet słowa poszczególnych piosenek.  Mimo przeczytania wielu książek o A. Osieckiej, jej poezji, wracania do jej wierszy wielokrotnie dopiero po obejrzeniu tego serialu dopełnił się obraz życia i twórczości tej niesamowitej kobiety i twórcy. Polecam wszystkim obejrzenie tego serialu, naprawdę warto!

 Jestem ogromnie szczęśliwa, że w moim małym teatralnym epizodzie życia udało mi się taki spektakl zrealizować na obczyźnie, z młodzieżą polsko-amerykańską. Mam w sercu ogromna nadzieję, że ślad po tym przedstawieniu pozostanie w aktorach na długo a motto piosenki „Świat nie jest taki zły” będzie im towarzyszył do końca życia.

Galleria naszych aktorów w akcji jak widać różnych odtwarzanych przez nich postaci. Zdjęcie pierwsze to końcowy moment, cały zespół, po przedstawieniu. Zdjęcie ostatnie już na przyjęciu – najmłodszy aktor ze szczęśliwą Mamą, Elą M i ze mną.


BACK

Nonsens, absurd, przewrotność czyli świat  się nie zmienia

6/9/2021    

„Zapiski na pudełku od zapałek” – tak nazwał Umberto Eco swój zbór felietonów pisanych w latach 80 i 90-tych w mediolańskim L’Expresso.  Czytam sobie już kolejny raz te zapiski, a że minęło dużo lat od czasu kiedy czytałam je po raz pierwszy, z radością znów odkrywam ich mądrość. I ironię. I absurd. I przewrotność. I wcale mnie to nie dziwi. Minęło kolejne 30-40 lat, technologia, komputeryzacja posunęły się o całe „tysiąclecie” a absurdy życia pozostały niemal takie same. Każdego dnia zadziwia nas bezsens i głupota wokół.

Rarytas absurdu ponadczasowego czyli „Zapiski na pudełku od zapałek” polecam, przeczytajcie!

 Czytam tę książkę nieprzypadkowo. Mój wnuk będzie zdawać specjalny egzamin IB z języka polskiego i w tym celu musieliśmy dokonać wyboru dziewięciu lektur do przeczytania, pięciu polskich w oryginale i czterech obcych w polskim tłumaczeniu. I w ten oto sposób Umberto Eco i jego „Zapiski..” znalazły się w kręgu naszego zainteresowania. Szukam więc kilku (około 10-ciu) takich felietonów, które do współczesnego 17-latka będą przemawiać tak dosadnie i tak silnie, że poruszą jego wyobraźnie i spełnią zadanie, jakie autor założył sobie 40 lat temu informując czytelnika o istotnych dla niego wówczas spostrzeżeniach.

Sama jestem bardzo ciekawa jego reakcji. Młody Amerykanin, ale także pół-Polak, znający język polski i wiele ciekawych polskich i europejskich realiów.

Szykuję się na bardzo ciekawą dyskusję, na całkiem inne spojrzenie, które pewnie mnie zaskoczy. I już się cieszę na jego reakcje!

 Ale zanim to się stanie, upłynie jeszcze kilka miesięcy. A ja tak sobie myślę, że gdybym od lat codziennie spisywała wszystkie głupoty, które nas otaczają, to mogłabym dopisać (albo każdy by mógł) ciąg dalszy „Zapisków.. ” 🙂

Zwłaszcza pandemia, którą z takim trudem pokonywaliśmy i psychicznie i fizycznie, wprawiła  nas w wir życiowych nielogicznych poczynań. Oj, długo nam zejdzie, by to wszystko odkręcić i doprowadzić do „normalności”

Zamawiamy wszelkiego rodzaju zakupy online, (bo tak „bezpieczniej”) biegniemy do sklepu, żeby odebrać  zamówienie i nagle okazuje się, że z listy zamówionych dziesięciu ubrań tylko pięć jest w sklepie, dwa będą za dwa dni, kolejne za dwa następne, o ostatnie dopiero za pięć dni.. I to ma być ułatwienie. Trzeba trzy razy podjechać po odebranie zamówienia. Ale – za to jest wyznaczone miejsce, wystarczy zadzwonić, wcisnąć kod – obsługa przyniesie. Albo – mogą przysłać do domu. Przesyłka powyżej $100 – za darmo. W domu (także czekasz, bo jednak nie przyszło wszystkie równocześnie..) mierzysz, sprawdzasz, oglądasz spokojnie w lustrze, zastanawiasz się. Wybierasz połowę rzeczy, resztę odsyłasz, ale okazuje się, że jednak za przesyłkę musisz zapłacić, bo po odesłaniu części zamówienia twoja przesyłka nie przekroczyła sumy $100. Praktyka zakupu okazała się inna niż oferta ci obiecywała😊

Kupujesz bilet samolotowy. Cena obiecująca. Świetnie! Wypełniasz wszystkie okienka. Rejestrujesz się. I w ostatnim momencie, gdy już podajesz numer karty kredytowej dostajesz jeszcze rubrykę podatków, dodatkowych opłat, także covidowych i jeszcze jakiś specjalnych nieznanych ci ubezpieczeń itd.. Oczywiście kupujesz. Mimo frustracji i złości na siebie – kupujesz. Cóż, to taki mały trick. Ale tyle już się napracowałeś, wypełniłeś tyle papierów, rubryk, spędziłeś mnóstwo czasu…

Każdy najmniejszy dokument w banku, u lekarza, dentysty, wszędzie wypełniamy dziesiątki stron. Jesteśmy zmęczeni językiem formalnym, który trudno zrozumieć. Pytaniami, na które nie bardzo wiemy, co mamy odpowiedzieć, więc wybieramy odpowiedź często na wyczucie. Nie czytamy już tego, co na samym dole jest dopisane tzw. „małym druczkiem”. No i wpadamy w sidła niedoinformowania, niedoczytania ważnych informacji.  Świat prawników ma się bardzo dobrze. Doskonale wie, jak trzeba działać, żeby manipulować prostym człowiekiem, nawet jeśli ten „prosty” człowiek wcale nie jest głupi. Jest tylko zmęczony i przytłoczony milionem codziennych przepisów, które czyhają na każdego, w każdym miejscu i w każdym czasie.

Ostatnio wymieniałam telefon na nowszy model. Wszystko szło normalnie. Pani, choć nie była zbyt miła i moim zdaniem na sprzedającą się za bardzo nie nadawała, to załatwiła transakcję, powiadomiła nas o nowych opłatach. Szybko , sprawnie. Za szybko. A dwa dni później na nowym telefonie, przez sms przyszły jakieś dziwne informacje, które okazały się ofertami, za które trzeba było płacić dodatkowo. Ale tak sprytnie ukryte, że wcale nie wyglądały na „dodatkowe przyjemności”, których ani nie potrzebowaliśmy, ani nie zamawialiśmy, ani nie zgodziliśmy się na nie. Odkręcanie tych opłat trwało kilka dni, zajęło mnóstwo czasu i nerwów i było bardzo nieprzyjemne. Jestem pewna, że nie piszę tu nic nowego, każdy z was takie coś przechodzi i każdy dziesiątki razy z takimi historiami się borykał.  Ale też ilu jest takich ludzi, którzy nie zauważają takich „pomyłek”  i płacą naciągaczom, bo nie sprawdzają rachunków, są mniej ostrożni, spostrzegawczy. Słabiej sobie radzą z takimi problemami.

Przykładów może być tysiące. Najgorzej jest z urzędami. Kiedyś gdy przyjeżdżałam do Polski byłam dumna kiedy opowiadałam moim znajomym i przyjaciołom jak sprawnie i łatwo w Ameryce można wszystko załatwić przez telefon. Nie trzeba stać w kolejkach, borykać się z numerkami, odsyłaniem od urzędu do urzędu, z jednego końca miasta na drugi. Teraz.. Czy  ostatnio załatwialiście coś w Social Security?  Zgaduję, że większość urzędników wciąż pracuje z domu, (covid usprawiedliwia wszystko!) Najpierw czekasz godzinami z muzyczką w tle powtarzająca się co dwie minuty tym samym motywem, potem podajesz dziesiątki swoich informacji, żeby dowiedzieć się, że masz zostawić wiadomość i dostaniesz pismo/odpowiedź/instrukcję.. czyli właściwie NIC nie wiesz co załatwiłaś czy załatwiłaś i kiedy  nastąpi ciąg dalszy. A jak już w jakiś magiczny sposób uda się dotrzeć do żywej istoty i usłyszeć ludzki glos, to najczęściej jest to głos niezrozumiały, z akcentem i odpowiedzią połowiczną lub nawet bardziej cząstkową. Nie mam NIC przeciwko zatrudnianiu obcokrajowców, których angielski nie jest pierwszym językiem, wszak sama jestem z takich, ale na stanowisku telefonicznym, gdzie dzwonią ludzie tacy jak ja, a odpowiadają też tacy z ciężkim akcentem – dogadać się w sprawach WAŻNYCH zasadniczych jest bardzo trudno. A jak coś przeoczymy, nie zrobimy tak jak powinno być, nie porozumiemy się z powodu trudności językowych.. no cóż, winny jest petent. (nam zdarzył się drobny błąd, który kosztował nas dwa miesiące odkręcania formalnego urzędowego problemu!!) A jeszcze niedawno – nawet tacy jak my, starsi, średnio zaawansowani komputerowo radziliśmy sobie z klikaniem i załatwianiem komputerowo- telefonicznym całkiem swobodnie. 

Gdyby w felietoniki Umberto Eco włożyć gdzieniegdzie słowo „covid” mielibyśmy wrażenie, że niejeden z jego zapisków powstał wczoraj.

Na świecie jest wiele bezsensu – życiowego, politycznego, organizacyjnego. Wynika to głównie z tego, że jesteśmy różni i myślimy różnie. Czyli nie zgadzamy się ze sobą na wielu płaszczyznach i co dla jednych jest logiczne, dla innych absurdalne i bezmyślne. Tego do końca nigdy nie da się ujednolicić. Te różnorodne spojrzenia, oceny świata były i będą przyczynkiem do dyskusji, ustalania coraz to nowszych praw, krytyki, pisania dziesiątek nowych książek, sztuk, politycznych dysput i awanturek rodzinnych.  Świat się nie zmienia, choć nieustannie go poprawiamy.

Może jednak – powinnam powiedzieć: świat się zmienia, a wraz z nim zmieniają się jego dziwactwa, nonsensy. Wielki nieograniczony materiał do nieustających zmian.

Panta rei!  Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo.  Kolejne pokolenia chcą widzieć nowe prawa, nowe warianty świata. Każdy przecież dąży do lepszego. Taka jest natura człowieka. Nigdy więc nie osiągniemy idealnego wariantu życia, człowiek zawsze będzie popełniał błędy i będzie musiał zmagać się ich z konsekwencjami.

Tyle, że zbiorowość ludzkich umysłów wykazuje różną wrażliwość na głupotę i absurdy. Jedni ludzie są bardziej wyczuleni na takie otaczające ich sytuacje i reagują ostro, otwarcie,  inni godzą się  z nimi i żyją potulnie znosząc w trudzie czy upokorzeniu to, co niewygodne, nienormalne i często nieakceptowalne. Najwrażliwszą grupą są artyści, bo oni widzą ostrzej, czują głębiej i często mają większą odwagę i umiejętność wyrażać się o bolączkach w swojej twórczości. Wiersz, dramat, piosenka, obraz.. ileż buntu, prawdy, siły, wiary narody otrzymały przed wieki od twórców. Od Mickiewicza czy Słowackiego, od Matejki, Wyspiańskiego czy filmów dziś już kultowych jak „ Kanał”, „Człowiek z marmuru” do niesamowitych satyrycznych wierszy kabaretowych, piosenek Osieckiej, Młynarskiego itd. itd..  Można by pisać i wymieniać nazwiska i tytuły bez końca. Przez lata, w różnych epokach historycznych, w czasach smutnych i trudnych – człowiek zawsze umiał znaleźć sposób na wskazanie ludzkiej głupoty, nonsensów, paranoicznych działań, wyszydzić, to co bełkotliwe, głupie i bzdurne. Mądrzy i odważni zawsze próbowali „mówić” tak, by śmieszyło, ale by także uczyło, ukazywało ludzki brak rozsądku i pokrętne działania, by ośmieszało to, co niedobre i sprzeczne z prostą logiką, ale też dawało nadzieję  i wskazywało drogę ku lepszemu.

Kiedy byłam młoda uwielbialiśmy piosenki Wojtka Młynarskiego. Lubiłam nie tylko teksty tych piosenek ale także wykonanie własne autora. Było coś w tym facecie niesamowitego! Sympatyczny, zawsze uśmiechnięty, kiedy wchodził na scenę iskry sypały się z oczu, jego wysoka sylwetka niosła przesłanie, że coś, co właśnie zaśpiewa na pewno ma „ podwójne dno” i na pewno niesie w sobie to wyjątkowe potrzebne nam wszystkim znaczenie. A równocześnie niemal zawsze była to forma ironiczna absurdalna, słowa jak pociski uderzały w samą istotę znaczenia. Nawet jeśli ładunek treściowy słów był poważny i „mocny” to uśmieszek w kącikach jego ust i błysk w oku był tak dla nas młodych klarowny, że odczuwaliśmy to jak sygnał, jak specjalny znak, jak  „literę alfabetu Morse’a” naszego pokolenia.

Do dziś pamiętam taki fragment: (inni pewnie też, ale młodszym zacytuję) piosenki  „Róbmy swoje”. To był refren, ale tak dobitnie wiedzieliśmy CO mamy robić, i że to „swoje” to jest „nasze”. Tak genialnie skonstruowana myśl obracała absurd słów w sens bardzo konkretny, logiczny  i dobrze wiedzieliśmy jak robić to swoje/nasze, by kiedyś było „na co wyjść”. Geniusz tamtych czasów! I nie on jeden w tych absurdalnych ścieżkach życia prowadził nas z nadzieją na prostą.

Tylna strona okładki wydania tekstów Wojciecha Młynarskiego „Róbmy swoje” z 1985 roku

A Ty, Widzu, brawo bij,
Róbmy swoje,
A ty nasze zdrowie pij, niejedną jeszcze paranoję
Przetrzymać przyjdzie, robiąc swoje, kochani,
Róbmy swoje,
Żeby było na co wyjść!

I jeszcze dorzucę moją ulubioną piosenkę (tę już w całości!), która dla wszystkich ludzi z naszego pokolenia była ironicznym groteskowym drogowskazem na życie w tamtych naszych ciężkich komunistyczno-absurdalnych czasach – „Przyjdzie walec i wyrówna”  Dziś jest już tylko wspomnienie, pewnie dla pokolenia naszych dzieci i wnuków niezrozumiałe. A jednak – trochę rozważań i znajdziemy wspólne mianowniki czasów…

Ja jednak jestem optymistką. Zawsze uważałam i wiem, że w każdym słabszym punkcie systemu świata można doszukać się dobrego. Każdy defekt ma swój pozytywny efekt. Czyli „Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło”.

Umiejętność dostrzegania bezsensów, paranoi, absurdu to dobra cecha. A jeśli jeszcze potrafimy walczyć z takimi ludzkimi wadami, to znaczy, że staramy się czynić świat każdego dnia lepszym. Jest na to mnóstwo sposobów. Łatwych i trudnych, pośrednich i bardzo skomplikowanych. Literatura, sztuka, film, poezja,

Prawo, polityka i my sami. Tak zwyczajnie. Zaczynając od siebie, od najbliższego podwórka od siebie samego. Nie, nie! Nie wciągnę się tutaj w długą listę przykładów i podpowiedzi, bo przemienię się w nudnego kaznodzieję. Jeśli macie lustro w domu, a w to nie wątpię, spójrzcie i popatrzcie na siebie. Każdy z nas ma w sobie trochę ironii i absurdu. Dwa kroki w tył i możemy zaczynać. Dystans do siebie samego jest zawsze dobrym początkiem oczyszczania bezsensu wokół siebie. Mówi wam to niedoszły (ale wciąż zainteresowany tematem!) psycholog.

Róbmy swoje!


BACK