Zatańczyć jeszcze raz

1 stycznia 2026

Nowy Rok. Nowy temat. Nowe wspomnienia i pragnienia.

Zawsze uważałam, że taniec jest jedną z najpiękniejszych form ruchu człowieka. Taneczny ruch nie wymaga od nas niczego nadzwyczajnego. Nawet muzyki, choć ta wydaje się naturalnie pobudzającym bodźcem do poruszania się w jej rytm. 

Tak naprawdę wystarczy wyobrażenie sobie rytmu, który sprowokuje miękkie poruszanie biodrami, ruchy rąk czy nóg. Mogą być tak delikatne, że aż niezauważalne dla osoby patrzącej z boku. Często jesteśmy zachwyceni, gdy obserwujemy maluchy poruszające się w rytm muzyki. Albo ledwie uchwyconego rytmu wystukiwanego na jakimś instrumencie. Są to pierwsze sygnały muzykalności małego Człowieka, a może i przyszłego tancerza czy tancerki. 

Maluchy (z sieci)

Już w przedszkolnych czasach mojego pokolenia popularne były zajęcia rytmiki. Zwykłe proste kroki, ruchy rąk skoordynowane z dźwiękiem prostej muzyki dla maluchów. Dzieciaki zawsze to lubiły.

Każdy z nas ma w sobie inną wrażliwość na dźwięki. Na rodzaj muzyki, jej głośność. Czasem jest to tylko reakcja uśmiechem, czasem już wybijamy rytm przebierając palcami po blacie stołu. Innym razem nasze nogi delikatnie układają się w pierwsze kroki przyszłego tańca.  

Przypominam sobie zajęcia kółka geograficznego w 7 i 8 klasie, w podstawówce. Odbywały się w soboty o 13.00. Sobota była normalnym dniem nauki, ale lekcje kończyły się trochę wcześniej. Wtedy właśnie był czas na zajęcia pozalekcyjne. 

Mam nawet kolegę, z którym chodziłam do tej samej klasy przez całą podstawówkę i potem 4 lata w liceum im. Sobieskiego w Krakowie.  Kiedy kilka lat temu, w 2022 roku mieliśmy cudowne spotkanie z okazji 50–lecia naszej matury, właśnie z Jackiem wspominałam te nasze geograficzne specjalne zajęcia. 

Zdjęcia z jednej z wycieczek – chyba w 7 klasie. Mój kolega J. z tej samej klasy (przez 12 lat) na dolnym zdjęciu (siedzi w pierwszych rzędzie) Nasz Pan stoi tuż za nim.

Wyjątkową i nietypową cechą tych “geograficzno-różnorodnych” spotkań było (już po części geograficznej) pół godziny tanecznych wygibasów. Czekaliśmy na to jak na szpilkach – nie jestem pewna czy wszyscy tak samo, ale ja bardzo. Przesuwaliśmy szybko kilka  krzeseł i ławek szkolnych, włączaliśmy magnetofon Grundig (albo może inny…) i natychmiast pierwsze dźwięki naszej modnej nagrywanej na taśmy muzyki sprawiały, że ta sobotnia część taneczna była dla nas szansą na pierwsze lekcje nauki tańca. Nikt nas nie krytykował, Pan niczego tanecznego sam nam nie pokazywał – za to wspomagał słowem. To wtedy właśnie nauczyłam się niesamowitych wygibasów rock-end-roll-owych, królował przecież ROCK/Presley, a u nas w polskim wydaniu “motylek” (czy ktoś pamięta.?) Tańczyliśmy jak opętani, umiałam nawet prześlizgnąć się płynnie pod nogami partnera!

Kółko prowadził pan od geografii (nam wydawał się “starszy” i stateczny 😄) i naprawdę lubił geografię i zaszczepił w nas podróże po mapie świata, opowiedział setki ciekawostek czytanych w dostępnych wówczas geograficznych tygodnikach, miesięcznikach. Każdy z nas zdobywał gdzieś ciekawe widokówki i przynosiliśmy je na te spotkania. Opowiadaliśmy o zasłyszanych w domu, czy od znajomych wspominkach z wyjazdów, filmów, o doświadczeniach podróżniczych. Sami przygotowywaliśmy znalezione artykuły, na ile mógł to zrobić młody 13-to czy 14-letni uczeń. Pan od geografii naprawdę lubił uczyć i lubił młodzież. Miał poczucie humoru. I miał wiele innych form kształcenia nas – np. wczesną wiosną i późną jesienią jeździł z nami na wycieczki do miejscowości wokół Krakowa. Nie było ich wiele, ale kilka zapamiętałam. To była duża frajda. Kilka godzin niedzielnych, kilkoro uczniów i nasz Pan. Niestety, nie pamiętam jak się nazywał… 

Pan zachęcał nas i uczył także walca i tanga (oj, to było dużo trudniejsze…). Te tańce już nie wychodziły nam tak dobrze jak szalony “motylek”, raczej “dwa na trzy”, ale Pan cisnął nas byśmy próbowali wszystkiego.

Może to właśnie były początki mojego zamiłowania do tańców na późniejszych spotkaniach/potańcówkach szkolnych czy prywatkach domowych. Także te harcerskie, na zabawach Andrzejkowych czy karnawałowych. Uwielbiałam te imprezy. Zawsze miałam powodzenie na parkiecie. Wspominam te chwile z rozrzewnieniem. Choć dziś już zamglone, przydymione minionym czasem, wciąż mam przed oczami obrazy różnych chłopaków, który też fajnie tańczyli. Byli i tacy, którzy może nie tańczyli dobrze, ale byli ważni. Tuptali “dwa na trzy” i przytulali…

Zdjęcia pochodzą z jednej ze studniówek w Liceum Medycznym w Sosnowcu.(jakoś lata 80-te…) My, grono nauczycielskie bawiliśmy się świetnie – tańczyliśmy zarówno z uczniami jak i nieco starszymi – nauczycielami i naszymi partnerami 😀

Chłopcy nie byli odważni w zapraszaniu nas do tańca, często my dziewczyny, tańczyłyśmy same. Albo – zdarzało się, że to my prosiłyśmy chłopca do tańca, a potem to już samo szło…

Niestety, nie jestem znawcą muzyki, wiedza o piosenkach i ich wykonawcach nie za bardzo trzymała się mojej głowy. Kiedyś znałam dobrze piosenki Skaldów, Grechuty, Stana Borysa. Lubiłam niektóre Piosenki Czerwonych Gitar, uwielbiałam (i nadal uwielbiam) Marylę Rodowicz. Był Maanam, Kombi, Anna Jantar, Halina Frąckowiak, Budka Suflera. Oczywiście Czesław Niemen, Zbigniew Wodecki, Mira Kubasińska i zespół Breakout… i wielka plejada innych, o których już nie wspomnę, bo zabrakłoby komputerowego “papieru”.  Oczywiście, na prywatkach królowały też piosenki Beatlesów i Rolling Stonesów. I ciągły spór wśród nas, który z tych zespołów był lepszy…🤔

Dziś, po tylu latach mogłabym wciąż i tak samo jak wtedy słuchać tych piosenek. Wbiły się tamte rytmy i słowa (bo słowa były dla nas bardzo ważne!!).  Choć przez kolejne dziesiątki lat przewinęło się na naszych balach i amerykańskich party wiele innych popularnych i pięknych utworów, tamte melodie są dla mnie “świętym ołtarzykiem” muzycznej młodości. 

Lubię też jazz tradycyjny, reggae, bluesa. A tu w Ameryce poznałam muzykę country i też ją polubiłam. Ale – nieczęsto słucham muzyki dla samego jej słuchania (chyba, że idziemy na koncert). Wolę, gdy muzyka zespala się z tańcem, wtedy naprawdę do mnie przemawia.    

Z czasem coraz popularniejsze stawały się tańce “w kółeczku” czyli partner nie był konieczny🤣. Tańczyliśmy razem, nieważne ile było dziewczyn, a ilu panów. Tańczyliśmy razem – każdy – jak umiał, jak czuł w sobie rytm muzyki. 

A jednak – są rodzaje tańców, które wymagają, by nas „było dwoje”. Jak śpiewał Krzysztof Cugowski  z “Budką Suflera“ .. .bo do tanga trzeba dwojga, zgodnych ciał i chętnych serc…” I nie tylko do tanga!!

Mój przyszły mąż (i ciągle mąż) nie przepadał za tańcem. Na początku oczywiście taniec był szansą na “oficjalną” bliskość przy ludziach, więc tańczyliśmy wszędzie, gdzie była muzyka i kiedykolwiek była ku temu okazja. Potem tańczyliśmy, bo przecież “jesteśmy parą na wieki”🤔 Lata mijały, a kiedy mówiłam “idziemy zatańczyć?” mój mąż przewracał oczami i z uśmiechem szedł na parkiet. 

Zawsze mówił, że “w tańcu muzyka mu nie przeszkadza”. Proszę sobie zinterpretować tę wypowiedź według uznania… Ja z uporem maniaka i uśmiechem ciągnęłam go do tańca, bywało na chwilę i na dłużej. Ale – muszę uczciwie przyznać, że nie odmawiał, czasem tylko, gdy była okazja i większa grupa tańczących – wycofywał się “rakiem”  i udawał się w lepsze miejsca do towarzyskich rozmów. 

Mnie to nie przeszkadzało… Kiedy wspominam sobie imprezy Ogniskowe – Bale Noworoczne, Andrzejki, Ostatki z pączkami, prywatne szaleństwa na dziesiątkach party – och, wyszalałam się, wybawiłam się, dawałam się ponieść nastrojowi, rozładowałam setki przeróżnych emocji i wiele energii. Dzisiaj – nie mogę narzekać!! 

Muzyka zmieniała się szybko, zwłaszcza tutaj w Stanach. Już nie królowały polskie stare przeboje. Od czasu do czasu przypominaliśmy sobie jako lekki wzruszający przerywnik “Annę” Stana Borysa, czy “Niech żyje bal” Maryli Rodowicz. 

Nawet na weselu mojej córki (25 lat temu) szaleliśmy wspólnie z młodymi gośćmi w rytm polskich przebojów. Plątały się z inną muzyką wybraną przez Nowożeńców (tę polską część też oni wybrali). Pamiętam, że wówczas królował przebój Kayah i Goran Bregović – “Prawy do lewego” – ..”Prawy do lewego, wypij kolego, Przecież wiemy, nigdy nie ma tego złego…”)  

I do tego taniec, układ kroków, który wszyscy szybko chwycili, nawet ci, którzy nie znali słów piosenki. Zabawa w dużym kółku, znakomity rytm i szybkie przekładanie nóg, tak by nie zadeptać tego, kto tańczył obok.

Dziś ucichły imprezy taneczne…

Nie, ludzie tańczą zawsze i wszędzie!! To my, moje “starszawe” pokolenie, chętniej bawimy się przy rozmowach towarzyskich. Nawet jeśli muzyka gra, wolimy ją nieco wyciszoną, spokojniejszą. Co stało się z tanecznym entuzjazmem? Czy wciąż jest we mnie?.. 

Pamiętam, w liceum, wpadła mi w ręce książka o życiu i pasji tańca amerykańskiej tancerki i choreografki Isadory Duncan. Była pionierką tańca nowoczesnego. Występowała na scenach amerykańskich i europejskich. Związana także z Rosją (miała  przez krótki okres życia – męża, rosyjskiego poetę, Siergieja Jesienina a nawet  otrzymała rosyjskie obywatelstwo).  Jej życie było niesłychanie bujne, ale też pełne tragicznych wydarzeń. Straciła troje dzieci, a mając 50 lat zginęła tragicznie jadąc jako pasażer w odkrytym pędzącym sportowym samochodzie. Entuzjazm i szaleństwo szybkiej jazdy nieszczęśliwie zacisnęły na jej szyi długi szal, który wplątał się w koło auta. Szal udusił cudowną tancerkę  i spowodował natychmiastową śmierć. Wszystkie te tragiczne wydarzenia w jej życiu związane były z wypadkami samochodowymi.

Isadora Duncan – 1877-1927

Ale nie to mnie zafascynowało w tej książce. Do dziś pamiętam niesamowite opisy jej walki z własnym ciałem, upór, by osiągnąć tak wielki kunszt ruchu i zespolenia się z muzyką. Jej taniec – innowacyjny, nowoczesny jak na tamte czasy spowodował rewolucję w świecie tańca…

Inspirację czerpała z natury i ze starożytnej greckiej sztuki. Jej ruchy były płynne, zgodne z grawitacją ziemi. W tańcu było wszystko, co jest naturalne w ruchu człowieka – chodzenie, bieganie, podskakiwanie. W tych pozornie “nie tanecznych ruchach” Isadora wydobywała piękną harmonię, lekkość, giętkość.  Była zachwycająca.  

Szokowała swoim tańcem niemal cały świat. Nigdy nie widziałam jej na scenie (choć z pewnością można poszukać na YouTube zachowanych filmików), ale książka o jej życiu zachwyciła moją wyobraźnię… Niestety, książkę czytałam bardzo dawno temu i jej tytułu nie pamiętam… Ale pamiętam wrażenia o niesamowitym życiu, które po prostu było tańcem… I tak się rozmarzyłam, że nasunęła mi się taka stara piosenka…

Oglądałam kilka filmów tanecznych: „Dirty Dancing”, „Akademia Tańca” czy serial “Tancerze”. Jest ich pewnie o wiele więcej. Wszystkie ukazują jak ciężką pracą jest taniec profesjonalny. Jak każdy zawód artystyczny, taniec wymaga wyjątkowych predyspozycji, wielkiej siły i zaparcia, setek godzin treningu i odwagi scenicznej. 

My – zwykli miłośnicy tańca – po prostu tańczymy. Tak jak nam podpowiada rytm muzyki, nastrój chwili, bliskość ludzi. Taniec – jest także piękny, przyjemny i bliski. Do mnie przemawia dużo bardziej niż biegi czy ćwiczenia gimnastyczne. 

Możesz tańczyć sama ze sobą, poruszać biodrami lekko i spokojnie, albo zaszaleć i zatracić się w rockowym stylu. Jeśli to lubisz – tańcz!

Bardzo bym chciała jeszcze zatańczyć… Do wspomnień muzycznych, dla ogrzania ciała, dla zatracenia się choćby na chwilę w rytmie tego, co lubię od najmłodszych lat. 

Jak w piosence Anny Jantar – Przetańczyć z tobą chcę całą noc („Moje jedyne marzenie”)– do której setki razy tańczyłam. Ilu chłopców, ilu nas – już dorosłych, przemknęło na parkiecie do tej melodii.. (Ach, ale jestem sentymentalna! 🤔)


POWRÓT

2 myśli na temat “Zatańczyć jeszcze raz

  1. Wacek

    Bardzo mi się podoba ten temat, choć nie muszę tego pisać akurat tutaj, bo jeśli chodzi o Twój blog, Małgosiu, to tak mógłbym zacząć komentarz do każdego wpisu. Podoba mi się, bo jest o czymś, czego nigdy naprawdę się nie nauczyłem, a co zwracało moją uwagę gdy przy tym byłem, a czasami fascynowało mnie dogłębnie.

    Dzięki wielokrotnemu uczestnictwu w zabawach organizowanych tutaj, w Houston przez Ognisko Polskie, ale także w innych włączając kilkudziesięcioosobowe prywatki, nazywane w polskiej gwarze „party”, nauczyłem się obserwować tańczących, zwłaszcza w parach. I podziwiałem tych, którzy wiedli w tańczeniu prym, nie opuszczając parkietu prawie wcale, najczęściej dobierając sobie partnerki (częściej) i partnerów (rzadziej) niemal na cały wieczór, a niekoniecznie były to osoby, z którymi na te „wieczorynki” przychodzili. I nie odchodzili z nimi też. Początkowo, z mojego punktu widzenia byli to tancerze popisujący się przed takimi jak ja, bo tańczyli według mnie znakomicie, lekko, powiewnie, nie do powtórzenia preze mnie i takich jak ja. Z biegiem czasu zrozumiałem jednak, że była to ich pasja, a nie popisy, że było to ich „życie” tego wieczora, a może nawet dla tego wieczora. Te wyróżniające się osoby konsekwentnie górowały tańczeniem nad innymi w zasadzie na wszystkich tanecznych imprezach.

    Taki zachwyt nad tańczącymi pierwszoplanowymi parami trwał u mnie przez kilkanaście lat nieprzerwanie, aż do naszej wycieczki do Chin w 2006 roku. Gdy podróżowaliśmy tam, zmieniając lokalizacje w zasadzie co 2-3 dni, poranki spędzałem z kolegą, zwanym też Panem Kolegą, na biegowych wycieczkach po okolicach hotelu. I tam zobaczyliśmy, że w wielu parkach, parczkach i skwerach znajdowały się odgrodzone materiałowymi płotami estrady, na których lokalni mieszkańcy tańczyli w pełnym balowym rynsztunku już od samego świtu. I to jak tańczyli! I jak byli ubrani! Panowie bez wyjątku w smokingach, panie w przepięknych wieczorowych (w danych warunkach chyba trzeba by je nazwać porannymi) sukniach, a muzyka, do której tańczyli to były głownie klasyczne walce i tanga. I też (chyba) nikt ich nie zmuszał, i widać było po uśmiechniętych twarzch, że to jest ich wielka pasja i przyjemność.  Zdecydowanie pobiło to moje houstońskie wyobrażenie o tym, jak można kochać taniec i czerpać z niego nadzwyczajną przyjemność.

    Paręnaście lat później odwiedziliśmy Buenos Aires i moje opinie o zakresie możliwości zaangażowania się w taniec, utrwalone w Chinach, zniwelowane zostały do maleńkiego ułamka. Nawet na najmniejszym placyku w tym ogromnym mieście można było wieczorami zaobserwować przygotowania do tanecznych, nocnych już popisów, układanie dywanów i połączeń muzycznych, a także próby par tanecznych, które miały tam póżniej występować w wielobarwnych kolorach niezwykle wyszukanych sukni i męskich kreacji. I oczywiście taniec był tylko jeden: TANGO. Coś tak nadzwyczajnego udało mi się zaobserwować tylko tam, a placykowe popisy taneczne w Buenos Aires pobite zostały w moim doświadczeniu tylko przez występy zawodowców w dziedzinie TANGA w nocnym klubie tanecznym w tymże mieście, które stało się dla mnie bezdyskusyjną stolicą tego tańca na całym świecie. I choć kiedyś, w przylotniskowym hotelu w Miami, w restauracyjnym przeczekiwaniu nocy na najwcześniejszy możliwy samolot do Houston trafiłem na niezwykłe popisy amatorskich artystów kubańskiego pochodzenia, wspaniale i dynamicznie wykonujących najtrudniejsze kroki rumby i salsy, to argentyńskie tango pozostało na miejscu pierwszym.

    Może na pierwszym i pół. Bo w noc sylwestrową 2025/26 wykonaliśmy ze sobą (Małgosia ze mną) taniec życia, czyli przepiękną, pobijającą wszystkie tańce w historii świata interpretację znakomitej piosenki Stan Borysa „Anna”.

    I to by było na tyle o moim tańczeniu.

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj komentarz