Cztery Ewy – czyli jak napisać do ciebie  list 

16 listopada 2025

EWA 1

Jak cię nazwać? Najlepiej najstarszym imieniem kobiecym. EWA!  Piękne imię. Kiedy byłam dzieckiem bardzo chciałam mieć tak na imię. Proste, krótkie. Wygodne. Nie trzeba skracać, udziwniać i zmiękczać. 

Miałaś inne imię. Też ładne. Długie blond włosy. Zawsze tak nietypowo uczesane. Warkocz umiejscowiony wysoko, niemal na czubku głowy. Albo wplecioną misternie wokół głowy koronę. Wiadomo, że sama tego nie mogłaś uczesać. Mówiłaś, że zawsze czesze cię Mama. Zresztą wszystko robiłaś z mamą. Mieszkałaś tylko z mamą. Dla mnie to było takie nieznane. Wtedy wszyscy mieli mamę i tatę. A ty tylko mamę. Spotkałam ją zaledwie kilka razy, ale była dla mnie jak dobra wróżka z bajki. 

Miałaś zawsze takie ładne kokardy we włosach. Niezwykłe wtedy – na przykład białe w granatowe kropki. Albo wielkie jak motyle w pięknych mocnych kolorach – czerwone, żółte. W szkole nikt takich nie miał, tylko ty. Miałaś chałat (czyli fartuszek szkolny) inny niż my wszyscy. Nie był lśniący (te nasze były z okropnego materiału!) tylko z granatowego „normalnego” materiału. Uszyty specjalnie dla Ciebie. Nie ze sklepu jak wszyscy inni w szkole. I miałaś takie ładne kołnierzyki że śnieżno-białej koronki. Nosiłaś zgrabne króciutkie spódniczki…

Spędzałyśmy w świetlicy dużo czasu razem, a raczej w stołówce, gdzie jadałyśmy obiady. Były okropne! Z wyjątkiem placków z jabłkami. 

Opowiadałaś zawsze o swojej mamie. Mama to, mama tamto… Umiałaś zrobić na korytarzu szkolnym gwiazdę i szpagat. Patrzyłam na to i nie mogłam uwierzyć, że tak można, że tak się da… Dużo później dowiedziałam się, że twoja mama była w młodości gimnastyczką, a wtedy już trenerką gimnastyki artystycznej. 

Byłaś młodsza ode mnie o rok. To rzadka sytuacja w szkole podstawowej, że przyjaźnią się dwie koleżanki z innych klas. Nigdy nie siedziałam z tobą w jednej ławce. Łączyły nas pogaduszki na przerwach i obiadowe spotkania. Nie pamiętam nawet czy byłaś kiedyś u mnie w domu.  Ale za to jeździłyśmy razem na wycieczki szkolne z kółkiem geograficznym. Może była to piąta a może szósta klasa.

Potem – przyszedł nowy rok szkolny, a ty nagle zniknęłaś. Nie wróciłaś do naszej szkoły. I nigdy nie dowiedziałam się dlaczego tak zniknęłaś. Gdzie wyjechałaś? Nigdy więcej nie zobaczyłam twoich pięknych kokard we włosach.

Myślałam, że po latach odnajdę cię w mediach społecznościowych, ale nigdy nie natrafiłam na twój ślad. Pozostało tylko mgliste dziecięce wspomnienie…

EWA 2

Co może być najważniejsze dla nastolatek? Życie wtedy jest tak barwne i intensywne! Ma wszystkie kolory i każdy z nich jest mocny, ostry. Ma w sobie bardzo głośny śmiech i zmienne nastroje. Każdy dzień jest oczekiwaniem na coś nowego.  

Najbardziej lubiłyśmy siedzieć na kanapie (to chyba nazywało się wtedy wersalką), podjadać herbatniki, jakieś cukierki, rzadko czekoladki. Czasem małe kanapki. I opowiadać opowiadać… Gadać o wszystkim, co w większości było marzeniami, wyobrażeniami. Mało było w tych pogaduchach naszego realnego życia. O, przepraszam! Realne były osoby. Głównie chłopcy, którzy nas wtedy interesowali. Na krótko. Ich zmienność była płynna, a mimo to intensywna. Pojawiał się w rozmowie taki ktoś i natychmiast obrastał w tysiące zdarzeń, które miały się nigdy nie zdarzyć. Opowieści, o tym co może się wydarzyć, co on by mógł powiedzieć albo… na pewno by powiedział… I co wtedy my byśmy mu odpowiedziały i dlaczego. I jaka byłaby jego reakcja..  Wszystko to wymyślone, snuło się z łatwością w naszych rozmowach – marzeniach i urealniało się w naszych głowach aż do bólu. 

I tylko po to, by za chwilę zmienić nastrój, znaleźć inny obiekt opowieści. Od chichotu aż do niemal rozpaczy, że on nie zareagował tak jak miało być… Choć mógłby na nas spojrzeć. Albo zagadać, pokazać nam, że on także się nami interesuje. Ot, trzpiotki – podlotki! 

A potem jeszcze były tematy o dojrzewaniu i problemach wchodzenia w „dorosłość” fizyczną. Wszytko to podniecało i mogło być tajemnicami nastolatków. Nie mówiłyśmy o tych sprawach wulgarnie. Nie używałyśmy sformułowań ironicznych, ośmieszających. Chciałyśmy być mądre, dobrze poinformowane, a to nie było wtedy proste.. Te rozmowy wywoływały pierwsze nieśmiałe motyle w brzuchu. To wtedy wystarczyło. 

Lubiłyśmy chwile, kiedy rodzice byli w pracy, a my już skończyłyśmy lekcje. Nikt nas nie kontrolował, nie podsłuchiwał. 

Trochę później, kiedy męsko-damskie układy zaczęły wchodzić w “fazę praktyczną”, nasze tajemnice zaczęły być „indywidualne”. Już nie zwierzałyśmy się sobie tak łatwo. Już uczucia zaczęły być zbyt głębokie, by o tym ot, tak – paplać. A przecież to wciąż były szczenięce marzenia. Wizje, które tak naprawdę do końca się nie wydarzyły. “Malowałyśmy” je słowami, by były takie jak w naszych pragnieniach.  

Czy byłyśmy „dziecinne”? Na pewno – nieśmiało szukające siebie w pierwszych miłosnych doświadczeniach… Świeże – w  marzeniach. Cóż – dorastałyśmy w czasach “ciszy” o problemach seksualnych. Temat tabu pomiędzy rodzicami i nastolatkami. No, chyba że miało się taką Mamę jak ja – ona lubiła pogadać o seksie i babskich problemach. Zazwyczaj działo się to przy desce do prasowania, gdy zawzięcie zmagała się z białymi i niebieskimi koszulami taty. Przecież musiały być wyprasowane „na blachę”! Rękawy nie mogły mieć kantów, kołnierzyki musiały być gładkie i bez zmarszczek. Długi to był proces i dobry podkład do rozmów z nami. Mama była wesoła, nie traktowała tych tematów z przesadną powagą. To dodawało nam odwagi, by zadawać pytania, a odpowiedzi na nie często były proste i… trochę śmieszne.

Lubiłyśmy nasze wypady po szkole na mrożoną kawę albo na duże kwadratowe kremówki. Czasem nawet udało się zjeść obydwa smakołyki razem. No i filmy w kinach studyjnych. Filmy, które nie były łatwo dostępne. Nie pokazywano ich w telewizji. W obcym języku, z napisami (czasami z czytającym po polsku lektorem). Nie było łatwo wychwycić sens, zrozumieć. Za to można było godzinami o nich dyskutować. Nigdy takich emocji nie doświadczyliśmy po obejrzeniu rodzimych filmów. Psychologia nie była mocną stroną polskich filmów. 

Wraz z dojrzewaniem musiały zmienić się nasze pragnienia. I musiały buzować w nas nastroje, które zmieniły “porozumienie dusz” pomiędzy nami. No cóż, obracałyśmy się w stosunkowo małym kręgu przyjaciół i znajomych. Siłą rzeczy pojawiły się takie emocje jak zazdrość, podziw, wzajemne ocenianie się. No i konkurencja. Sposób ubierania się, inne gusty, makijaż… Powoli rozumiałyśmy zmiany, które dla każdej z nas były istotne.   

Dziś gdy o tym pomyślę, uśmiecham się z pobłażaniem. Wtedy to było coś bardzo ważnego i nie było łatwo odpuścić i pogodzić się z “innością”. Indywidualnością. 

sefsf

Po tylu latach wspomnienia zacierają tę “inność”. Lata nastoletnich problemów wydają się dziś najpiękniejszym beztroskim czasem w życiu. Ale tak nie było.  Każdy dzień przynosił  nowe wydarzenia, nieznane emocje. I rozmowy, które bywały bardzo długie i wcale niełatwe. To był czas wulkanu. Może i nie mieliśmy pieniędzy, modnych ubrań, swobody i luzu w życiu, tak jak nasi rówieśnicy w krajach zachodnich. Nasze randki  z chłopcami były długimi spacerami w zimowe wieczory, przytulankami do muzyki “Skaldów”,  “Czerwonych Gitar” czy Czesława Niemena. Nic jednak nie różniło nas w emocjach i marzeniach. 

Minęła najświeższa pora młodości. Wchodziłyśmy w inny wymiar. Nie miałyśmy pojęcia, że przemijanie tak boli…

EWA 3.

Hierarchia. Kolejność i waga własnych decyzji. Jeszcze nie na poważnie, ale już dorośle. Jeszcze nie dorosła, ale już samodzielna. Szybko się pozmieniało w świecie babskiego porozumienia. Czy mogłaś mnie rozumieć, jeśli ja miałam już dzieci, a ty dopiero bardzo chciałaś je mieć? Jak miałyśmy o wszystkim rozmawiać, kiedy dla mnie pieluchy, kaszki i spacerki były ważniejsze niż wolny czas i ploteczki?                                                               

Czekałam na chwilę wytchnienia. Na kawę poranną z tobą. Albo na spacer z dziećmi po przedszkolu i ich zabawy w piaskownicy. I jeszcze praca zawodowa. Zwykłe kłopoty, konflikty albo radości w miejscu, gdzie spędzałam większość dnia. 

Świat wciąż kręcił się bardzo szybko. Chciałam być dobrą matką, ale lubiłam szalone spotkania przy wódeczce (Żołądkowa gorzka – to było to!).                           

Z przyjaciółkami – było inaczej niż w rodzinie. Chciało się żyć wesoło, bo młodość wciąż była silniejsza niż codzienne obowiązki. Ale kiedy obudziło się dziecko w nocy, wyskakiwałam jak oparzona z łóżka i pędziłam do dziecinnego pokoju. 

Pamiętasz, opowiadałam ci o tym. Ty mnie też. Swoje wątpliwości, nasze wciąż nieustające niezrealizowane marzenia.  Biegłyśmy do sklepu “Moda Polska”, by kupić sobie coś nowego. Ciuchy wtedy były dla nas tak samo ważne, jak spokojny sen naszych dzieci. Wszystko splatało się w jedną ścieżkę życiową.  

Może to dziś brzmi niepoważnie. Dzisiaj wszystko wspominam jakby to nie był mój czas. Jakbym oglądała film o sobie, o nas. I jakbym nie potrafiła siebie w nim rozpoznać. 

Jaka byłam wtedy? Nie, lepiej tego dziś nie oceniać. Ale jedno nie zmieniało się. Zawsze potrzebowałam przyjaciółki. Ewa – każda Ewa była ważna. Miałam miłość, było macierzyństwo. Praca trwała i mimo zakrętów – bardzo ją lubiłam. 

Kobiecych przyjaźni potrzebowałam jak powietrza. Powietrze było inne niż w szkolnej młodości. Ale bez powietrza żyć się nie da. Można się rozstać, bo życie potrafi wrzucić w zawieruchę i zmienić naszą orbitę. Ale mimo to, coś co zawiązało się po kobiecemu, nie odeszło po latach w nicość. 

Ewa – imię kobiecej niepowtarzalnej przyjaźni istnieje w moim sercu. 

Zmienia swoje twarze, ale nigdy pamięć. 

podpis

EWA 4. 

Ewo! Starsza pani. Ewo, z pomalowanymi włosami, żeby zatuszować siwiznę. Ewo – kobieto poruszająca się już wolniej i niepewnie. Uśmiechasz się i smucisz. Płaczesz i cieszysz się, że żyjesz każdego nowego dnia. Odeszły dawne szaleńcze pomysły i marzenia. Dostałyśmy od życia wiele. Jesteśmy spokojne. Życzymy sobie zdrowia – dla siebie i najbliższych. O czym rozmawiamy? Ach, o strzykaniu w kolanach i o zachwianiach, gdy schodzimy ze schodów. O tym, że jest dobrze, bo trzymamy się poręczy, ale wciąż schodzimy ze schodów samodzielnie. 

Jest dobrze, bo możemy wciąż się spotkać i pograć w brydża.  Mamy siłę i chęć na żarty o sobie i innych. Nadal lubimy plotkować, tak by nikomu tym nie zrobić krzywdy. Śmiejemy się z samych siebie i ze swoich nieudolności. Opowiadamy historie o zostawieniu ciepłego  piecyka w kuchni, a przecież powinien być wyłączony. I o szukaniu niemal bez przerwy okularów, bo miałam je na nosie przed chwilą.. A potem okazuje się, że są w łazience lub garażu. Że ciągle gubimy klucze, że książka nie jest na swoim miejscu, a przecież tam ją zostawiłam. Że ciśnienie dziś za wysokie i że znów zapomniałam wziąć porannej porcji leków…

No i o tym, że muszę znowu zrobić porządek w papierach, bo całe mnóstwo w nich niepotrzebnych śmieci.. Mój mąż nie chce niczego ruszać – ja chcę ciągle porządkować, bo taki już czas. 

Mówię ci o tym wszystkim bez nerwów czy złości. Opowiadam, bo wiem, że masz te same przemyślenia. Choćbyśmy były zupełnie różne – wokół nas kręcą się te same myśli i te same problemy. 

Dzielą nas przeżyte doświadczenia. Inne życia rodzinne. Nawet inne codzienne potrzeby. A jednak kobiece spotkania i rozmowy cenię tak samo jak kiedyś.  

Podobno człowiek starzejąc się, staje się poważniejszy, traci dawne poczucie humoru. Nie chwyta w lot ironii, nie wyłapuje śmieszności sytuacji. Pewnie to prawda. Ale jeśli nas – “starsze panie” los traktuje podobnie, to nadal się świetnie rozumiemy.  

Pamiętam, że kiedyś w naszych pogaduszkach użyłam słowa “babskie”, a któraś z moich koleżanek obruszyła się i skwitowała to określenie jako “takie nieładne”.. 

A ja wciąż myślę, że jest “kobiece” i ciepłe. I tylko nasze. Mamy kochających mężów i partnerów, wspaniałe dzieci i wnuki. A babskie wspólne potrzeby bycia ze sobą są tylko nasze! Tu zadedykuję piosenkę dla każdej z nas . I trochę dla panów, bo oni też czasem są świetnymi „przyjaciółkami” 😂 💖

Żarty o “SKS” i dopadających nas  tylko babskich konsekwencjach mogą być śmieszne, gdy jesteśmy w swoim gronie. To grono nam się kurczy, bo zebrać się razem coraz trudniej, ale jeśli choć jedna Ewa umówi się i dojedzie na winko czy mały lunch – jest wciąż dobrze. 

Mogę do ciebie pisać listy, posyłać serduszka, emojki, by zainspirować nową myśl jakimś wspólnym wspomnieniem. 

Moje Ewy– Drogie Ewy! Było was wiele w moim życiu. Czas zmienia realia, ale zawsze pozostawia to, co było dobre i wartościowe. 

Może już nigdy więcej się nie zobaczymy. Ale z pamięci mojej nic i nikt was nie wykreśli. No, chyba że ten wredny “PAN ALZHEIMER”…

*********************************

Chociaż piosenka jest zatytułowana „List do M” (wykonanie Ginzie), to przecież może być i do Ewy i do wszystkich przyjaciółek świata. No i jeszcze – uniwersalny motyw Świąt Bożego Narodzenia.. Tego się nie da pominąć..


BACK

4 myśli na temat “Cztery Ewy – czyli jak napisać do ciebie  list 

  1. Naprawdę świetne symboliczne ujęcie 4 etapów życia widziane przez pryzmat Ewy 1-4. Pomogło mi to przypomnieć moje własne  radości, beztroskie dzieciństwo, podniecenia i rozczarowania, oczekiwania na spełnienie marzeń i ciagla nostalgia do czegoś, kogoś. I to prawda że zawsze była jakaś “Ewa” która w taki czy inny sposób wiedziała o co nam chodzi. “Ewę” trzeba szanować, pieścić, rozumieć, wspomagać i cieszyć się razem z nią każdą chwilą bo życie upływa nieubłaganie szybko. Ale jest mocna nadzieja zgodnie z piękną poezją w piosence Marka Grechuty: Gdziekolwiek będziesz, cokolwiek się stanie…https://youtube.com/watch?v=71EMoa5JB6A&lc=UgxvLevUdzEBhIM–5x4AaABAg&si=K8ZgkEMRbhV4x3pw

    Polubione przez 1 osoba

    1. A więc poruszyłam i twoje wspomnienia. Tak – zawsze jest jakaś EWA, w tym miejscu i w tym czasie, kiedy jest nam potrzebna. Może nawet o tym nie wie, nie pamięta. Ale w naszej pamieci jest!

      I ta piosenka.. Uwielbiam Grechutę – za teksty, za ciepły głos, za to, że był z Krakowa.. To tak ładnie uzupełnia mój wpis😄

      Dziękuję Basiu, za zrozumienie, za wpisanie się w styl tego bloga, za zaglądanie do niego i uzupełnienie moich odczuć – twoimi

      Polubienie

  2. Nie wiem, czy ten mój komentarz będzie umieszczony w dobrej kolejności. Jakoś jeszcze ciągle nie mogę się w tym połapać i nie jest to dla mnie czytelne. Chodzi o te „Ewy” i ten czas przyjaźni różnych, czasem krótkich i nieistotnych, a czasem o takich, które zaważyły na naszym dalszym życiu. O przemijaniu i o patrzeniu wstecz. Te przyjaźnie różnie zapisały się w moim życiu. Był czas taki, że niechętnie wracałam do tych wspomnień i podziwiam cię, że tak to ci gładko poszło. Wygładziłaś wszystko, dodałaś mnóstwo swojego niepoprawnego optymizmu i zadowolenia z życia. Czy to wszyscy tak mają czy tylko Ty? Ja mam dużą niechęć do tych dalekich wspomnień mojej młodości. Niechętnie do tego wracam , to było moje siermiężne życie, bez wsparcia i pomocy. Za gładkie są te Twoje teksty.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Jak ja się cieszę, ze przeczytałaś i zareagowałaś! Zapewne od serca i z dużej perspektywy czasu..

      Zdziwiłam się. Zdziwiłam się, bo w tamtych szkolnych naszych latach to właśnie TY uchodziłaś za tą beztroską, zawsze z humorem i „na luzie”. To ty mnie rozśmieszałaś, zarówno w klasowym towarzystwie jak i w harcerskim. Pamiętam, że miałyśmy różne „dramy”, bo tak własnie ma młodość, wszystko wydaje się istotne,ważne i trudne do rozwiązania. Ale – raczej siebie bym określiła takimi reakcjami – a nie ciebie!

      EWA – tak,to po prostu symboliczne imię kobiece. Imię nas wszystkich. Moje wspomnienie to luźne strzępki zapamiętanych gdzieś głęboko w głowie małych wydarzeń tego, co do dziś pozostało po rozstaniach. Było nas dużo, „mieszałyśmy się” w rożnych miejscach życiowych, w różnym czasie i rożnych sytuacjach.

      Mój „list” to list do wszystkich nas i do każdej osobno. Nie zaprzeczam, że chciałabym, by te osoby które to przeczytają, odnalazły w tym cząstkę siebie. Ale nie jest to tekst skierowany do jednej i tylko jednej przyjaciółki. Numeracja każdej EWY jest elementem/symbolem czasu – epoki mojego życia.

      Tak, dziś gdy jestem coraz starsza mój optymizm rośnie z wiekiem. Nie wiem czy inni też tak mają, czy tylko ja. Ale wiem, ze jestem zadowolona z życia, nawet ( i ty wiesz o tym!), ze nie wszystko udało mi się tak, jakbym sobie życzyła.

      Nie wybielam moich tekstów celowo i świadomie. Kieruję sie instynktem i nastrojem. Moje teksty nie zawsze kipią optymizmem, ponieważ powstają pod wpływem chwili i pomysłu, ktory nagle się we mnie zapala.

      Nasze spotkania po wielu latach szkolnych,tutaj i w Polsce, w Porto i w Krakowie dały mi dużo ciepła i kolejnych dawek optymizmu. I przekonania, że jesteś pogodną, wesołą, dowcipną i ciepłą osobą.

      Przykro mi, że tyle wydarzeń z tamtych lat młodości wciąż cię boli.

      Może „wygładź” je, tak jak ja.😃 Będzie ci łatwiej. Bo nawet jeśli nie wszytko było tak, jak dziś to pamiętam, a przecież pamiętam duzo więcej… to łatwiej i przyjemniej żyć z dobrymi wspomnieniami.

      ps. A tak naprawdę, to masz rację – rożne przyjaźnie zapisały się w pamięci w różny sposób. Nie zawsze miały różowy kolor. Ale i tak są wartościowe. Bo nauczyły nas wyborów, odporności i… optymizmu na starość 💖😘

      wielkie dzięki za twój wpis!! zaglądaj do mnie czasem..

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do malgoskam Anuluj pisanie odpowiedzi