Więdnie liść, marzenia i ja…

Zdjęcie jesienne ze zbiorów mojej przyjaciółki

1 listopada 2025 (rozważania w listopadowy wieczór Święta Zmarłych)

Nadchodzi jesień. Nic nadzwyczajnego. Każdego roku nadchodzi – i odchodzi… W tym roku – jakoś inaczej.

Jesień w Houston

Jeszcze mocno świeci słońce, jeszcze jest zielono a już kolory robią sobie miejsce na drzewach. Powinnam się cieszyć. A ja widzę tylko te kwiatki, które już przekwitły. Obserwuję łodygi brązowe, które proszą “wyrwij mnie, nie chcę tak wyglądać, przekwitam, swoje zadanie już spełniłam”. Teraz moja rola – oczyścić doniczki, oczyścić cały ogródek. Powyrywać chwasty i wszystko inne, co już nie odżyje. Nawet donice są brudne od ziemi, która oprószyła je, gdy któregoś dnia padał mocny deszcz.  Mój ogród potrzebuje moich rąk. Jest już gotowy na jesienne zmiany.  

A ja… Patrzę na to, co posadziłam ostatniej wiosny, co urosło, zakwitło, cieszyło oko przez długie lato. Przyroda nie odpuści. Pilnuje mnie bardziej niż wszystkie kalendarze. 

Przyroda potrafi się cieszyć. Mimo, że kalendarz wyraźnie pokazuje, że już czas na opadanie liści, na przekwitanie letnich kwiatów, to u nas w Houston jeszcze czuć ostatni powiew lata. Jeszcze zieleń wokół, choć już nie tak świeża. Jeszcze niektóre kwiaty zapierają się i nadal kwitną. Pewnie lubią jesienne słońce i bez-upalne lato, tak jak ja. 

Wiem, że to jeszcze kilka tygodni, a potem ogródek podda się siłom wyższym i zacznie więdnąć na potęgę. Cienkie gałązki kwiatów zmarnieją. Ich czas minie na kilka miesięcy albo na zawsze. Niektóre z nich, z kolejną wiosną odrodzą się samoistnie, inne już nigdy nie powrócą. Trzeba będzie włożyć do doniczek nowe, może takie same, a może zupełnie inne. 

Mój ogródek – zwiędnięte gałązki, brązowe, listki – czują że niedługo ich czas żywota się skończy 😃

Nigdy nie pamiętam, co było poprzednio w doniczkach, nie pamiętam nazw kwiatów, roślin zielonych. Jestem kiepską ogrodniczką, a mimo to staram się, żeby w moim ogrodzie było kolorowo. Wszystko robię na “czuja”, tak jak mi „się wydaje”.. 

W tym roku mam nieodparte poczucie, że nie nadążam. Więdnę razem z moim ogródkiem. I z moimi planami i marzeniami. Nie wiem jak to jest u kwiatków i roślinek. Pewnie czują po swojemu i tak, jak im natura pozwala. 

Człowiek ma swoje własne odczucia “więdnięcia”. Może to słowo niezupełnie oddaje sens tego, o czym teraz rozmyślam.. 

Chodzę  po domu i odczuwam różnego rodzaju bóle, które krążą po moim ciele. Są nieznośne! Boli bardzo, rwie, ciśnie, nie pozwala się skupić na niczym innym. Te bóle są “do wytrzymania”, ale psują każdą minutę normalnego ludzkiego życia. Czasem nie pozwalają mi stanąć prosto. Poprawiam się szybko, ale NIE mogę się wyprostować do końca…

I wtedy myślę, że jestem jak ta jesienna roślinka, która pochyla się ku ziemi.. Więdnę.  Ale zaraz buntuję się – nie chcę tak.!! Mam rozum, którego nie ma więdnący kwiatek. 

Jakieś maści, smarowidła, olejki, tabletki. Czasem mała a czasem większa dawka. Mija czas i wyprostowuję się. Uśmiecham się sama do siebie. Jeszcze raz udało się. Idę do kuchni, gotuję obiad. Najprostszy i zajmujący jak najmniej czasu. 

W pewnej chwili łapię się na tym, że opieram się o blat kuchenny. Mimowolnie stoję krzywo z “podpórką”. Jak złamany kwiat. Jestem niejako uwięziona w świecie domowym, we własnych rozmyślaniach. Skąd one się biorą w takiej ilości? Dlaczego łączą się w jeden ciąg, tak bez sensu, bez przyczyny? Mieszają się w czasie, zmieniają miejsca i twarze osób. Najgorzej jest w nocy, gdy nie mogę zasnąć, wtedy wszystko i wszyscy wciskają  się do mojego spokojnego, wygodnego łóżka.  

Gdybym mogła normalnie chodzić, zaplanowałabym na każdy dzień jakieś wyjście, a najlepiej wyjazd. Wiadomo – w Houston auto zastępuje parę butów i wszędzie trzeba podjechać.      

Dzień, w którym jestem w domu i nigdzie nie wychodzę, zdarza się teraz dużo częściej niż kiedyś. Nie jest to mój wybór. Gdybym mogła mieć wpływ na „dzianie się”… A jeśli już pojawi się okazja do wyjścia z domu do przyjaciół, do dzieci, ba nawet do lekarza, wtedy budzi się we mnie niemal euforia. Moja adrenalina natychmiast się podnosi. Czuję się znacznie lepiej 😄.

Zaraz mam lepsze samopoczucie psychiczne! Jeszcze tylko uporać się z niedogodnościami fizycznymi. Prysznic, układanie włosów, makijaż. Wszystko zabiera czas, ale ja cieszę się, że właśnie tak mogę ten czas zagospodarować. Potem odwieczne: co mam na siebie włożyć?? Przymiarka – dobranie kolorów – wygodnie czy nie – jakie buty, bo to bardzo ważny element. Lubię to! 

Jeszcze nie zwiędłam do końca! Właśnie uratowałam się na jakiś czas… 

Zauważyłam, że na stare lata robimy się coraz mniej cierpliwi. Te wszystkie opowieści o “dobrych staruszkach”, które cierpliwie wysłuchują nieznośnych sąsiadów, podają kakao z pianką i mają zawsze  pozytywne opowiastki adekwatne do problemu – są chyba tylko w bajkach. W codziennym życiu denerwujemy się na wszystko, co nam podpadnie: od terminów wizyt lekarskich, korków na autostradach, złośliwości rzeczy martwych, które TUTAJ powinny być, a ich NIE ma – do złej pogody, czasu, który płynie za szybko lub przeciwnie – za wolno. 

Mam koleżankę, która bardzo denerwuje się, gdy nie idzie jej karta w brydżu i kilka razy pod rząd przegrywa. A przecież to zwykły przypadek, pech, układ kart…  Inna, złości się… gdy zaproszeni goście się spóźniają, chociaż minęło dopiero dziesięć minut. Znam kogoś, kto denerwuje się, bo układając skarpetki swoim własnym sposobem, zobaczył dwie pary, które “wyrwały się “ z szeregu i zepsuły całą kompozycję. I wreszcie znam siebie i wiem, że czasem złości mnie głupota, błahostka… Taka, której nawet nie powinnam zauważyć… 🙂 😉

Łagodność i cierpliwość nie jest przywilejem ludzi starszych. Często do tego dodaje się “niewyparzony język”. Czyli ”mogę mówić co chcę”. I rzucamy, wydaje nam się szczerze, (może nawet i tak…), ale nieprzyjemnie dla drugiej osoby. Nie pomyślimy, że można to ująć inaczej, by kogoś nie zabolało. Szczególnie często zdarza się to w relacjach werbalnych między matką a dorosłymi dziećmi. I to w obie strony. 

Czas się kurczy. Czas mija szybciej niż kiedyś. Ucieka nam. 

Jeśli moje/twoje myśli zatrzymują się na takich przemyśleniach jak: (w sklepie) “To jest bardzo ładne i podoba mi się, ale nie, nie będę tego kupować, bo kto to po mnie posprząta…” Albo – “ wyrzucam powoli wszystko, bo nikt po mnie nie da sobie z tym rady”. Albo “ Nie kupię nowego ciucha, bo może nie zdążę go założyć itd… To znaczy, że więdniemy – i to na własną prośbę!

Walczę, nie więdnę – cieszę się chwilą! Tradycyjnie, halloweenowo i jesiennie.

Jeżeli zauważasz nowy sweter na wystawie i podoba się, albo wciąż masz coś, co chcesz wyrzucić, ale jeszcze, przyda ci się”… to znaczy, że wciąż żyjesz. Mimo lat – jeszcze nie więdniesz. 

Duszę w sobie marzenia z przeszłości, których nie udało się zrealizować. Może plany uciekły i nie można już ich dogonić. Wszystko, co mogło zdarzyć się w przeszłości wydaje się bardzo odległe.

Patrzę, co dzieje się za oknem i widzę brązowiejące liście, trochę połamanych gałęzi, kwiaty przygotowujące się do swego “nieistnienia”. Czuję się jakby minęły lata, dekady, a to tylko jedna – dwie pory roku. Dla przyrody krótka zmiana wiosny w lato, lata w jesień czy zimę. Dla człowieka – to kawałek jego „wieczności”. Wieczności, która dla nas się nie powtórzy…

Szuflady pełne pamięci życia

Trzeba sobie wytworzyć ścianę ochronną, by nie zwariować z “beznadziejności” świata, który na pewno nie zatrzyma się specjalnie dla nas. Ludzie w większości i z zasady są optymistami. Patrzą w przyszłość i ciągle marzą, czegoś chcą, planują. Ja też należę do takich, bo lepiej tak żyć, niż rozmyślać nad “NIEZNANYM”, do którego jest nam coraz bliżej.

Bycie Człowiekiem jest skomplikowane. Od wczesnego dzieciństwa ktoś czegoś od nas wymaga. Z latami te wymagania rosną, rozsiewają się na następne, trudniejsze. Mało tego – i my zaczynamy wymagać czegoś od innych. W różnych chwilach i w różnych sprawach. A jednak trzymamy się kurczowo swojego miejsca, by jutro znów się tam odnaleźć.

Więdniemy, zachowujemy się… dziwnie, nie po naszemu. Czasem zdajemy sobie z tego sprawę, ale przychodzi taki czas, że o tym już nie bardzo „kumamy.” 

Budzę się rano i rozmyślam, czy mam na dzisiaj plany? Wizyta u lekarza, czy pranie? Nowa dekoracja czy plotki z przyjaciółką? A może nasze babskie spotkanie przy winku… Coraz więcej pustych dni w kalendarzu. Mogę robić co chcę, nie ma obowiązków, zwariowanego tempa, gonitwy myśli, że “MUSZĘ”.

Kiedyś marzyłam o takich dniach. Właściwie nie zdarzały się, a jeśli już, to zawsze było tyle zaległości, że dzień z pozoru wolny zapełniał się minuta po minucie.

W moich zbiorach tyle pięknych chwil z przeszłości ..

Dziś jestem pogodzona i zadowolona. Przecież wiem, że “życia nie oszukam” (jak mówi jeden z bohaterów śmiesznego, bardzo życiowego serialu). Więdną liście na drzewach, więdnie najpiękniejszy kwiat w ogrodzie.

Na mnie też przyjdzie czas.  Nie mam wątpliwości, że tak musi być. 

Mam tu swoją “zieloną dziuplę“, gdzie mogę żyć inaczej niż w realnym świecie. Piszę – dla siebie i może dla kogoś jeszcze. Marudzę, fantazjuję, cieszę się i wpadam w dołki smutku. Tutaj mogę. Jestem przecież wytworem natury – jej najbardziej skomplikowaną wersją. Mam prawo do kochania i do narzekania. Mogę mieć nadzieję i mogę się bać jutra. 

Kilka kartek wyjątkowych! tego nie da się wyrzucić!!!

Zaczęłam już zaglądać do szuflad, przeglądać kartki, dawne listy, zdjęcia. Nie, nie porządkuję, nie wyrzucam. Przeglądam. Dla siebie. Ale – nie da się ukryć, powodem jest poczucie starzenia się. Bo może jest tam w tych szufladach, pudłach coś, czego nie warto pozostawiać dla innych? Albo jeszcze gorzej – gdy zdarzy się, że “inni” nie będą niczego przeglądać, tylko wszystko wrzucą do czarnego worka i wystawią przed domem w dniu zabierania śmieci. To duże prawdopodobieństwo i wcale się temu nie dziwię. Każdy ma swój czas i prawo do tego, by wykorzystać go jak chce. Niekoniecznie na sprawdzanie cudzych papierów, fotografii czy listów. 

Jestem zmęczona, chwilami wydaje mi się, że to nieustające zmęczenie…

Mój mąż jest Mistrzem w poszukiwaniu pięknych i „znaczących” kartek. Moja kolekcja jest niesamowita – jest „Pamiętnikiem” naszych dni

A potem nagła chwila jak błyskawica! – Chce mi się jeszcze dużo zrobić. Jeszcze nie zwiędłam, jeszcze to nie moja jesień… Jeszcze kilka marzeń może się ziścić. Dam radę.  Nadzieja umiera ostatnia. I niech tak będzie. I niech tak trwa…

***************************************

Jesiennie, listopadowo, wspomieniowo, sentymantalnie – o jesiennych liściach i ludzkiej duszy- śpiewa… Krystyna Janda. Tak, Krystyna Janda potrafi wszystko! Także zaśpiewać o jesieni życia…


POWRÓT

6 myśli na temat “Więdnie liść, marzenia i ja…

  1. „Więdnięcie” i różnorakie formy tego słowa to niewłaściwy zwrot w odniesieniu do człowieka. Przecież rośliny nie wiedzą o tym, że więdną, a ludzie wiedzą, co się z nimi dzieje. I najczęściej – słusznie zresztą – starają się usprawnić to, co się w nich rozwija niekorzystnie. Lepsze porównanie z człowieczym losem jest chyba z losem samochodu. Wciąż go przedłużamy i prawie zawsze można to zrobić. Więc podejdźmy do swojego dojrzałego wieku jak do wieku bezcennego antycznego samochodu. Bo przecież jesteśmy więcej warci od niego. Naoliwiajmy wysychające części, wymieniajmy te, których się nie da naoliowić, dorabiajmy, jeśli już nie są do odkupienia. Wywalczajmy następne lata życia, funkcjonowania, konkurowania, wysćigowania się, tyle, że musimy to robić ostrożniej, niż kiedy byliśmy „nowi”. Mamy jeszcze wiele lat przed sobą, a ponieważ nie wiemy ile, to musimy szczególnie o siebie dbać. Samochód można oddać na złom, nawet jak jest jeszcze do naprawienia, ale nie dopuszczajmy myśli o oddawaniu tam samych siebie. I chyba zakończę tym pozytywnym akcentem, choć nieczęsto mi się to zdarza.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Inne skojarzenie, inne spojrzenie. A przecież czucie to samo. Tak, nie odpuszczajmy. Nie dopuszczajmy myśli depresyjnych, choc nie da się ich czasem uniknąć. Warto – dla każdego nowego dnia. „Jeszcze się wszystko moze zdarzyć…” a w każdym razie – wiele 🤔

      Polubienie

  2. Oh Malgosia, czujesz to co czasami cxyję ja. I wówczas mówię i pytam Jacka czy to pogoda czy to moja starość.
    Pięknie to ujęłaś. Czuję w ciele więdnięty kwiat. Jeszcze się bronie , jeszcze się podpieram i brudne okna po deszczu przestały mi przeszkadzać. Jeszcze ….żyję.
    Uściski 🤗 Izabela
    Sent from my iPhone

    Polubione przez 1 osoba

    1. Iza, zrozumiałaś moje myśli i moje intencje. Już czujemy w sobie (jak napisałaś) więdnący kwiat – ale wciąż pogoda nam sprzyja. Żyjemy. I nie poddajemy się.

      Moja przyjaciółka powiedziała mi kilka dni temu – ” To jest najsmutniejszy wpis ze wszystkich dotychczasowych.” To prawda, jest smutny, na pewno listopadowe święto Zmarłych i nastrój jesienny miały w tym swój udział. Ale wciąż ten smutny wpis niesie dużo nadziei i siły do walki o każdy nowy dzień, ktory jest przed nami.

      Dziękuję ci za czytanie mojego blogu, dziękuję za podzielenie się swoimi wrażeniami. ps. Wciąż trzymam dla Ciebie ostatnie wydanie książkowe mojego blogu.😀

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Wacek Anuluj pisanie odpowiedzi