Czy każdy początek musi mieć swój koniec? 

16 października, 2025  

Ot, banalny slogan. Początek i koniec, dwa słowa jak bliźniacze nierozłączki. Choć tak naprawdę są zupełnie przeciwstawne. Rozdzielające rozumienie tych słów na dwa odległe dalekie bieguny.

Jakby nie spojrzeć, jakiekolwiek jest moje pierwsze skojarzenie – te pojęcia łączą się i natychmiast odpychają.  

Myślę o życiu i śmierci, o początku istnienia świata i jego końcu (?). O wczoraj i dzisiaj. O rozpoczęciu  projektu i zakończeniu. O oczekiwaniu i spełnieniu. O mnie i o tobie. O czasie i o trwaniu. Gdziekolwiek i kiedykolwiek. I w dowolnej dziedzinie. Musi być początek. Ale czy na pewno jest też koniec? I co jest, co może być – pomiędzy…

A wszystkie te moje myśli wzięły się z… bólu. 

Tak – fizycznego bólu, który gnębi mnie przez ostatnie miesiące i tygodnie. Nie będzie to studium rozwoju bólu. Bo to już bardzo intymna sfera. Przecież mój ból jest tylko mój. Twój – choć taki sam – może być zupełnie inny. 

Nieprzypadkowo w sferze medycznej przed postawieniem pacjentowi trafnej diagnozy bardzo ważny jest wywiad. Wsłuchanie się w opis wrażeń i odczuć pacjenta – jego bólu, emocji, wyobrażeń, słów, które użyje, by je określić. 

Współczesna medycyna ma dziś tak wiele możliwości, iż pozornie wydaje się, że maszyny, testy, elektronika zastępują słowa pacjenta o jego odczuciach. 

wywiad, rozmowa z pacjentem – to istotna część właściwej diagnozy ( z sieci)

Pomogą! – ale nie zastąpią. Bo oprócz suchych faktów, numerów i niesamowicie precyzyjnych pomiarów istnieje od zawsze indywidualne odbieranie bólu. 

Dobry lekarz wie, że dopiero wszystko razem – technologia i wywiad indywidualny może stać się podstawą do właściwej diagnozy. 

Diagnoza jest początkiem. Nie choroby, a procesu leczenia. Leczenie jest początkiem szansy na koniec choroby. Wszystko to co będzie pomiędzy, będzie inne dla każdego pacjenta. 

To tylko jeden z przykładów, by uświadomić sobie, że to, co jest początkiem dla mnie, nie musi być tym samym w odczuciu kogoś innego. 

Każdy z nas ma swoją datę przyjścia na świat. Ma swój początek. I niezaprzeczalny fakt, że kiedyś nastąpi koniec. Koniec naszego istnienia. Tylko, że ten koniec przez każdego z nas może być zupełnie inaczej pojmowany. 

Różne wyobrażenia końca naszego świata. Są i zawsze będą..

Ludzie uważają, że życie nie kończy się tu, na Ziemi. Trwa dalej… I tu można snuć obrazy istnienia form życia w tysiącach wersji. Na niebiańskich łąkach lub w piekielnych mękach. W naszym kolejnym, innym wcieleniu. Jako dusza błąkająca się po nieznanych boskich drogach. Albo jako nicość. NIC – bo to też istnieje w ludzkiej wyobraźni.  

Wierzysz w Boga? Jakiego? Twój Bóg jest pewnie inny niż mój, bo nasze wyobrażenia nie są identyczne. Potrzeby, które nosimy w sobie, kreują to, co chcemy widzieć. I wierzyć w to. Bóg jest jeden w wielu postaciach. I nie ma na to dowodu, że może być inaczej. 

Nie wierzysz w Boga? Rozumiem. Ale wyobraźnia nadal podsuwa ci obrazy końca. I tego, co pomiędzy początkiem i końcem. Nie unikniesz tego. Bo mamy rozum, bo myślimy pragniemy i czujemy. Nie ma pustki w odczuwaniu. Nawet wtedy, jeśli dopada nas depresja, rezygnacja, rozpacz, ból nie do wytrzymania. Wszystko ma swój koniec. To, co w życiu najlepsze i to co zdarzy się najgorsze. 

Ból psychiczny tworzy w nas powłoki pamięci, która z czasem się oddali. Często jednak istnieje tak głęboko, że nawet, gdy już wydaje się, że zapomnieliśmy, w jednej sekundzie znów może się odrodzić. Można z tym żyć, można przebaczyć, można się przyzwyczaić, bo ludzka natura jest fenomenalna i zdolna do rzeczy i działań, o które nawet siebie nie podejrzewamy.  

Ból fizyczny wydaje się prostszy. Nawet ten piekielny, gdy wyjemy jak zwierzę. Gdy wydaje się, że już go nie przetrzymamy. Gdy tracimy przytomność i nie potrafimy go udźwignąć…  Kiedy nadejdzie moment końca bólu – powoli zapomnimy jak trwał w nas. Ból rodzenia dziecka, ból doznany w nagłym wypadku, ból utraty ręki czy nogi… kiedyś odejdzie. “Fizycznie” go zapomnimy. 

Nieodzowną częścią naszego życia są choroby. Szczęśliwi ci, co doświadczają ich mniej niż inni. Albo mniej boleści. Lub zostali wyposażeni przez naturę w większą odporność na ból, niż inni ludzie.  

Mamy skłonność do porównań, a szczególnie z wiekiem pojawiają się w nas coraz to nowe obrazy cierpień i chęć opowiedzenia o nich innym. Ile to żartów krąży o starczych opowieściach własnych dolegliwości. Na szczęście większość z nas podchodzi do tego z dystansem. Wciąż jeszcze potrafimy się z siebie śmiać i wtedy te dolegliwości nie wydają się takie dramatyczne. 

Moja „prywatna apteka” i tylko jeden ból…

 Do czasu… Zawsze uważałam, że jestem osobą odporną na ból, że potrafię sobie wiele rzeczy logicznie wytłumaczyć, że wiem, iż ból fizyczny musi się skończyć. Pomogą lekarstwa, pomoże lekarz, pomoże czas… Mądre podejście. Rozsądne i prawdziwe.

Ale gdy nadszedł moment, że ból stał się nie do zniesienia, noc nie przynosi najmniejszej ulgi – przeciwnie – człowiek nie kontroluje swego bólu, bo głowa nie chce słuchać żadnej logicznej rady. Rzucamy się po łóżku, tarzamy się po podłodze, jęczymy, krzyczymy, bo tak bardzo boli… I wtedy okazuje się, że odporność na ból, to raczej jakaś legendarna gadka. To opowieść tych, którzy kiedyś na swój własny ból doznali “końca” tego odczucia. I zapomnieli. Ból się skończył. Co było “pomiędzy” – minęło. 

Doktor najczęściej pyta – jak oceniasz swój ból w skali od 0 do 10? Mówię 8. Ty mówisz 10. Jeszcze ktoś inny 4… I każdy ma rację. Ma swój ból. Nikt nie jest taki sam. 

Ból fizyczny ma swoje fazy. Ma swoje lepsze i gorsze chwile. Jest różny. Nie bez przyczyny wymyślono dziesiątki określeń i nazw bólu: ostry, tępy, piekący, pulsujący, korzeniowy, rdzeniowy, przewlekły. Ach, końca nie widać!                            A w angielskim języku jest tych określeń jeszcze więcej. I w dodatku odpowiadając na pytanie lekarza, każdy z nas może użyć nieco innych określeń. I będzie miał swoją rację.

Ten największy ból…nie da się nawet opisać

Ból jest sygnałem ostrzegawczym, że coś złego dzieje się w naszym organizmie. Spełnia więc poniekąd pozytywną rolę. Gdy jednak zaczyna być przyczyną naszego “szaleństwa”, gdy już nie potrafimy logicznie myśleć, działać, ból przestaje być naszym “sprzymierzeńcem”. Łączy się z nim tyle dodatkowych ubocznych skutków, że popadamy w apatię, depresję, brak kontaktu ze światem i ludźmi wokół. Nie jesteśmy sobą, nie kontrolujemy co się z nami dzieje…

Czy wtedy myślimy o tym, że ten ból – jak wszystko – będzie mieć swój koniec? 

A przecież koniec zawsze gdzieś istnieje. Bo gdzieś istnieje moment, gdy  zaczyna się nowy początek. By zacząć coś, musi nastąpić koniec. Taka dziejowa sinusoida. 

Niestety…! Liczy się tylko ten moment, TEN BÓL! Dlatego tak bardzo ból nas wyczerpuje nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Potrafi sprawić, że nie możemy myśleć, że nasze ruchy są niekontrolowane, a człowiek staje się “opętanym zwierzątkiem”. Zanim nastąpi moment, że ból zostanie złagodzony, że powoli od nas odejdzie, że “odpuści” – końca NIE widzimy… 

W każdym temacie, w każdej istocie. Bieg życia i śmierci. Początek choroby i jej wyleczenie. Ból, który się skończył. Zanim zacznie się kolejny. 

Istnienie świata się nie zatrzymuje. Toczy się w każdej nowej minucie. Wydaje się jednolitą ciągłością. Ale tak naprawdę składa się z miliona małych początków i końców.  

W mojej wyobraźni nie ma i nie będzie końca świata. Nie wierzę, że świat kiedyś runie. Choć mogę nie mieć racji.  Nie mogę przecież tego wiedzieć. 

Upadło Imperium Cesarstwa Rzymskiego, zaczynały się i kończyły najtragiczniejsze wojny, zmienia się technologia, myśli ludzkie, wynalazki, o jakich nie śniło się nikomu. Mija nienawiść i najpiękniejsza głęboka miłość. 

Nic nie jest stałe. Nic nie jest nam dane na zawsze. Wszystko, co się gdzieś zaczyna, kiedyś będzie mieć swój koniec. Może i kiedyś rozsypie się nasza planeta Ziemia… Ja wierzę w moc życia na Ziemi. W nieustanne zmiany bez końca świata…

Ból minie. Chociaż gdy mnie dopada, trudno mi w to uwierzyć. Ja przeminę. Ale życie będzie trwać dalej.

Ból ma tyle twarzy, ile jest ludzi na świecie. Ból jest mój i twój. Próbujemy zrozumieć kogoś ból, ale tak naprawdę to odczucie jest głęboko indywidualne.

***********************************************

Posłuchajmy jak śpiewa o bólu DonMajkel, muzyk młodego pokolenia. Ale lista jego utworów jest już całkiem długa.


POWRÓT

6 myśli na temat “Czy każdy początek musi mieć swój koniec? 

  1. Wacek

    Czyli są tu dwa tematy, bardzo sprytnie połączone w jeden organizm. Początek i koniec to jeden z nich. Ból – ten drugi.

    Do pierwszego – mam lingwistyczną niebywałość. Otóż studiując gramatykę historyczną języka rosyjskiego musieliśmy się zaznajomić z jednym z (albo może rzeczywiście pierwszym) tekstów napisanych w języku nazywanym obecnie starocerkiewnosłowiańskim. Była to Ewangielia według Świętego Jana, która zaczynała się tak: „Искони бе слово и слово бе у бога и бог бе слово.” Tłumaczenie jest proste: „Na początku było Słowo a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Искони = Na początku. Starocerkiewnosłowiański rdzeń *кон* oczywisty do rozpoznania w całej rodzinie słów jako *kon* ma tam znaczenie początku. Ale my znamy go ze słów związanych z KOŃCEM. Czyżby więc już wtedy, w 9-tym wieku początek był nierozerwalnie związany z końcem? Czyżby było tak, że używająć słowa „POCZĄTEK” zakładamy, że będzie też „KONIEC”? Jednak to Искони odnosiło się do początku wszechświata, który jednak nadal istnieje. A zatem – mówiąc, myśląc czy działając w czasie początku nie musimy zakładać końca. Choć jeśli chodzi o życie – to koniec jest rzeczywiście pewny.

    Przeczytałem ostatnio dwie obszerne sagi: „Stulecie winnych” oraz „Czas grzechu” i Czas gniewu”. Żaden z tych czasów nie ma końca. Ta druga saga ma nawet mieć kontynuację. Ale to, co mnie szczególnie zaciekawiło w nich – to próby pojmowania przez ludzi bytu podczas wojny. I Wojny Światowej i II Wojny Światowej. I początkowe nadzieje, że przecież wojna musi się kiedyś skończyć, i beznadziejność świadomości po kilku latach jej trwania, że nie skończy się nigdy. Wiemy, że każda z nich się skończyła. Skończyła się też wojna nazywana obecnie Wojną 30-letnią, nawet 100-letnia Wojna się skończyła. Ale to wiemy teraz. Kiedy się zaczynały – Искони – nikt tego nie wiedział. Obecnie trwające wojny: Izraela zaatakowanego przez wszystkie otaczające go kraje, Ukrainy zaatakowanej przez Rosję są już chyba na tym etapie, że ludzie w nich będący przestali widzieć koniec. Wiedzą tylko, jaki był początek i jak cudowne było życie przed nim.

    Ale ból na szczęście się kończy. Tyle, że jest często bardzo bolesny. Wtedy, gdy bardzo boli, nie wierzymy, że kiedyś przestanie. Ból porodowy (z jakichś powodów nigdy nie doświadczyłem) podejrzewam, że był 10 w skali od 0 do 10. Współczesna medycyna pomaga jednak go złagodzić, zostawiając dla innych okoliczności możliwość osiągnięcia dziesiątki. Kiedyś, jakieś dwa lata temu podczas robienia kroków przed pracą upadłem. Ot tak, potknąłem się. Nie mogłem wstać. Dzięki dobremu człowiekowi, który przechodził z parkingu do pracy niedaleko miejsca, gdzie leżały moje „zwłoki” jakoś wstałem i doszedłem do pozycji zbliżonej do pionowej. Bolało mnie absolutnie wszystko, na pogotowiu, na które dotarłem przy pomocy koleżanek z pracy, na pytanie o stopień bólu nie miałem wątpliwości, żeby odpowiedzieć 10. Ból trwał tygodniami, a przez pierwsze dwa był nie do wytrzymania. Jednak wytrzymałem. Nastąpił koniec bólu. Spowodowanego niczym. Upadkiem na prostej drodze.

    Dwa lata później dostałem półpaśca. Personel pogotowia, gdzie się udałem z potworną wysypką od brzucha do pleców pytał mnie o skalę bólu. A mnie nic nie bolało, tylko mi było nieprzyjemnie z tą wysypką. Więc odpowiedziałem ZERO. I było zero przez pierwsze dwa tygodnie, a potem pojawił się narastający ból, który wreszcie osiągnąl stopień 10 i z takim natężeniem trwał następonych kilka tygodni. Dopiero teraz, niemal po czterech miesiącach od pojawienia się, wydaje się, że zniknął. Czy moje 10 można porównać z bólem rodzącej kobiety? NIE MOŻNA!!! Tyle, że u kobiet kończy się szybciej. I też jakoś biedne panie to wytrzymują, bo przecież to jest jedyny sposób przychodzenia nas wszystkich na świat. Ból ma początek i koniec. Inne początki niekoniecznie prowadzą do końca. Albo my już tego nie doczekujemy. Ale początki są na pewno. Искони.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Przechodząc razem ze mną przez ostatnie miesiące „bólów” rożnego rodzaju, nikt tak dobrze tego nie rozumie jak ty. Ale tak naprawdę najmocniej rozumie się „ból własny”.Tak już to jest „zaprogramowane” w Człowieku. Wszyscy staramy się być wyrozumiali i wyczuleni na bóle innych, a jednak najbliżej nam do własnych bolączek. I nic tu nie ma do czynienia z brakiem empatii.

      Może mamy różną wrażliwość – ale nigdy tego nie zdołamy porównać czy zmierzyć. Dlatego chcemy żeby istniał koniec, bo wtedy będzie nowy początek…

      Jak to sprytnie dobry Bóg wymyślił…

      Polubienie

  2. Niech ci ten ból przejdzie bo twoje przemyślenia mi się udzielają!
    Są sytuacje które mają początek i wydaje się że nigdy nie będą miały końca a jednak on przychodzi. Czasami mijają lata a czasami tylko śmierć może przynieść to co nazywamy końcem. Wszystko ma początek który może być szczęśliwy albo nie i wszystko ma taki koniec który może być radosny albo przeciwnie.
    Przyklad, cieszę się na początek naszego spotkania jutro ale wiem że trzeba będzie się rozstać i to nie jest już takie radosne 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  3. Piszesz , ze bol po stracie reki czy nogi kiedys odejdzie i „fizycznie ” go zapomnimy .Niestety to nie jest tak .Jest cos takiego jak ” phantom pain ” . Boli konczyna , ktorej juz nie masz. Ale bol jest prawdziwy . Mialem do czynienia z pacjentami , ktorych bol byl nieprawdopodobny .A wysilki ukojenia go mizerne . Niestety

    Polubione przez 1 osoba

    1. Masz rację, Marku! wiem o takim zjawisku, tez dużo o tym czytałam, choć bezpośrednio nie zetknęłam sie z takim przypadkiem. Pisząc moje wywody, myślałam raczej o psychicznym i mentalnym „ułożeniu sobie” życia z takimi ułomnościami. Ale fajnie, że napisałeś o tym, bo to uzupełnienie innej strony „bólu” Dzięki, ze czytasz i dodajesz.😄

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Wacek Anuluj pisanie odpowiedzi