Czekoladowo, drinkowo – całkiem przyjemnie 😀

1 września 2025

Dzieci lubią słodycze. Prawie zawsze i niemal wszystkie. W dzieciństwie lubiłam polskie krówki, toffi. Uwielbiałam landrynki w puszce, a szczególnie te, które były białe nieprzezroczyste i miały migdałowy smak. Uwielbiałam kukułki. Takie ciemno- brązowe cukierki z cieniutkimi białymi paseczkami. O ostrym smaku, jakby z „ alkoholem”. Były pyszne malagi, kasztanki i chrupanka krakowska.

Potem nastała era braku wszystkiego, czyli dobrych słodyczy też. Czekolady nazywano zastępczo – czekoladowymi wyrobami, a smak miały… mydła.

Wtedy już wyjeżdżaliśmy na „ pracujące wakacje” do krajów zachodnich i przywoziliśmy dobre niemieckie czy holenderskie słodycze. 

Dziś też je lubimy…

Nigdy nie było tak, byśmy nie mieli słodyczy. Niestety – jedliśmy za dużo, by nasze zęby były w porządku, a za mało, by wiedzieć jakie dobre i różnorodne mogą być słodkości. 

Za to w moim rodzinnym domu nigdy nie brakowało ciast pieczonych przez Mamę, a potem już w naszym domu piekłam coś w każdą sobotę. Najlepsze były ciasta „ sezonowe” – jak wiosna, to drożdżowe z jagodami, półkruchy placek z truskawkami albo rabarbarem. W lecie- biszkopty z owocami i galaretką na wierzchu, a w jesieni jabłeczniki, ciasta ze śliwkami. Wszystko proste, szybkie i łatwe. A może tak mi się wtedy wydawało…

Ciasto kupione w sklepie to był obciach. No chyba, że to były ciastka takie jak ptysie, kremówki, napoleonki i bajaderki. Tego się w domu nie piekło. Może – bardzo rzadko. Zima obfitowała w tradycyjne wypieki świąteczne – babki drożdżowe, pierniki, drobne ciasteczka. 

Nikt z nas nie patrzył na ilość, na ich wartość kaloryczną. Nikt nie mierzył obsesyjnie bioder ani obwodu brzucha. Jedliśmy słodycze, piliśmy kawę z cukrem. Wszystko. Proste i pyszne. Choć nie takie ładne jak dzisiaj. Kawa z serduszkiem z piankowego mleka.. Nie miałam pojęcia, że takie coś można zrobić. 

Kiedy zaczęły się w mojej głowie pojawiać kalkulacje słodyczowe? O, nie żebym przestała lubić słodkie albo – nie daj Boże – jeść je! Zmieniły się jednak preferencje i proporcje. 

Wybrane – najlepsze! – te które pieką moje koleżanki i te restauracyjne – też pyszne!

Ciasta skończyłam piec, gdy zamieszkałam w Houston. W tutejszych sklepach zobaczyłam wybór gotowych i naprawdę dobrych słodyczy. To był powód, który całkowicie mnie rozleniwił i zwolnił z domowego pieczenia. No, może nie do końca to prawda, wciąż piekę kilka przysmaków tradycyjnych jak np. mazurki wielkanocne. 

Niemal zawsze, po dobrym i obfitym obiedzie w restauracji zamawiamy deser. Ale nikogo nie dziwi, że prosimy o  jeden deser i łyżeczki, a lepiej widelczyki dla paru osób. Desery są duże i bogate w kompozycje słodkich smaków, już dawno przestały być porcją na jedną osobę.

Nie zaprzeczam, że moje koleżanki potrafią upiec ciasta o wyjątkowych smakach i żaden wyrób sklepowy ich nie pokona. Torty bezowe, orzechowe, przekładańce i inne cuda – w smaku i wyglądzie są nie do pobicia! 

Te czekolady lubimy!

Nie jest tajemnicą, że wraz z latami zmieniają nam się smaki i obyczaje. Na przykład mój mąż od niedawna wpadł w manię niemal codziennego zjadania lodów. I wszystkie mu smakują! Ja – chociaż „przetestowałam” wiele rodzajów i smaków… mam tylko jeden rodzaj lodów, które mi odpowiada i to nie za często.

 Za to w czekoladach mogę wybierać dużo dużo więcej. Nie lubię bardzo gorzkich czekolad. Lubię za to różnorodność w smakach. I absolutnie uważam, że jeśli mam brandy (Metaxę!) w kieliszku, to kawałek dobrej czekolady jest konieczny! 

Jeden z mocktailów mojego męża.

No i tak się zaczyna każdy (prawie…) nasz relaksowy wieczór – kolejna pogaduszka, kolejny serial i dobre smakowite dodatki. Mój mąż – za co go podziwiam – raczy się „alkoholami bezalkoholowymi”. Są całkiem dobre, pod warunkiem, że są rodzajem alkoholu „des-alkoholizowanego” . To metoda od-preparowania z napoju alkoholowego „ procentów”. W przeciwieństwie do produkowania napoju, który jest np. z założenia winem bezalkoholowym.  Te pierwsze mają smak dużo lepszy. A poziom alkoholu zero. Szampan ma wciąż bąbelki, a nie jest tylko soczkiem… Dla ludzi, którzy nie piją alkoholu, a często znajdują się wśród przyjaciół i znajomych w czasie imprez towarzyskich – jest to dobre rozwiązanie, które nie naraża na pytania, dociekania i co gorsze – namawiania na kieliszek winka czy porcyjkę whisky.. 

No i tak – niechcąco albo podświadomie znalazłam się w temacie drinków.. 

W tym przedmiocie postrzegam siebie jako osobę poprawną „alkoholowo”. Nigdy nie usiłowałam uciekać od tego, co mi smakuje, na co mam ochotę. Najważniejsze dla mnie jest, że życie, a może i genetyka wyposażyły mnie w taki luksus jak “czerwona lampka” w głowie. Mruga ostrzegawczo, gdybym chciała (nie daj Boże!) naruszyć granicę rozsądku i przyzwoitości w ilości napojów alkoholowych😅. Nie wiem jak to się dzieje i jak mózg w tej „przegródce” działa, ale ja nie lubię przekraczać mojej granicy. Chyba sam Pan Bóg zainstalował mi taką miarkę! Nie lubiłam i nie lubię poczuć (jak to mówiła jedna z moich dawnych – już nieżyjąca – koleżanek), że mam “helikopter” w głowie.

Nie będę kłamać, że nigdy nie zdarzyło mi się być „pod wpływem” i nie zdążyć „złapać” czerwonego ostrzegawczego światełka w głowie. Było tak parę razy, ale to były dawne czasy i dawne grzechy młodości. Bolało. Mnie bolało tak nieprzyjemnie, że złe samopoczucie zagnieździło się mocno we wspomnieniach, iż już w późniejszym wieku się nie powtórzyło. 

Może dlatego mogę napić się winka, metaxy, ginu z tonikiem i czasem mieszanego drinka, bo mam zaufanie do mojej „czerwonej latarni” w głowie. 

Może to genetyczne zjawisko😀, może powinnam być wdzięczna za to mojej Mamie, bo ona, jeśli dobrze pamiętam – działała podobnie. 

Żal mi ludzi z problemami alkoholizmu, których chyba nie do końca umiem zrozumieć. Przecież teoretycznie wiem, że tak działają wszystkie inne uzależnienia – różnego rodzaju obsesje, anoreksja, bulimia i podobne…  Tak naprawdę wszystko zależy od nas samych. Inni tylko mogą wskazać szansę, drogę do właściwych decyzji. 

Szczerze – święta nie jestem, problemów mam dużo. Nauczyłam się, że nie należy nikogo potępiać ani prawić mu morałów. Dziś wiem – że w pewnym wieku trzeba brać ludzi takimi jacy są! Możemy tego nie lubić, ale na siłę nikogo nie zmienimy. Chyba, że ta osoba sama chce zmian. Wtedy – bądźmy otwarci!! 

 Zdarzyło mi się w wielu momentach życia być w ciekawych barach, restauracjach, na przyjęciach – widziałam wiele, choć pewnie inni jeszcze dużo dużo więcej… Fajną przygodą w ostatnich dniach naszego czerwcowego pobytu w Durango było drinkowo – literackie doświadczenie. 

Za chwilę .. otworzą się drzwi „barowej” biblioteki…

Zakład FRYZJERSKI – zwyczajne miejsce dla zwyczajnego klienta. Po prostu wchodzisz, bo może chcesz zmienić swoją fryzurę albo skrócić długie włosy. Pytasz, tak od niechcenia… podajesz hasło (nie, nie tajemnicze, żadne zakazane!) i pan „ fryzjer” odsuwa jedną półkę „biblioteki”… a moim oczom ukazuje się nastrojowe wnętrze: plakat z okładek książek znanych pisarzy, skórzane fotele, małe stoliki a na nich malutkie lampy.

Na ścianie – okładki powieści i nowel sławnych literatów

Dyskretna relaksująca muzyka i dwa bary świetnie zaopatrzone. Pan fryzjer (ach, może trzeba było skorzystać też z jego zawodowych usług! 😄) prowadzi nas do dwuosobowego stolika. I zostawia nas. Rozglądam się „po świecie” literatury i dobrych alkoholów – w nastroju, który ogarnia mnie wokół… Włączam telefoniczne QR code menu i sprawdzam, co nam to miejsce oferuje… Drinki o nazwach zaczerpniętych z powieści i opowiadań najlepszych i znanych autorów – Faulkner, Hemingway, Steinbeck… 

A do tego dopasowana, zestawiona kombinacja – drink, który w czyjejś wyobraźni wpisuje się do literackiego pierwowzoru.

Młodziutka barmanka (nie kelnerka) pyta, doradza. Są nawet mocktaile – drinki des-alkoholizowane. 

Nie wiemy, co naprawdę dostajemy. Na ile kombinacje elementów drinka będą nam pasowały. W tych napojach nie ma nic tradycyjnego, zestaw elementów jest czyimś pomysłem i wyobraźnią zestawionym z literaturą. 

Że co? Że drink nie może współgrać z powieścią, nowelą, wierszem!? Ależ może – jak najbardziej!! Nam się to bardzo podobało. Urzekła nas atmosfera baru za zamkniętymi drzwiami biblioteki „u fryzjera”. 

Drinki (wypiłam dwa różne) były dobre, choć nie umiałabym rozróżnić, co w nich było. Ale na szczęście były ich opisy w menu. 

Barów na świecie jest nieskończona ilość. Wszystkie serwują alkohol dla klientów. Ale to, jak bar wygląda, w jaki sposób chce swojego klienta przyciągnąć i zaoferować mu coś niezwykłego w “zwykłym barze”, to już “wyższa szkoła” – wyobraźni, pomysłów, jakości alkoholi, sposobu ich podania. Elegancki, a jeszcze lepiej niezwykły BAR to jest COŚ!

Słowo bar kiedyś nie miało dobrej reputacji. Kojarzyło się raczej z miejscem nieciekawej klienteli, beznadziejnego piwska i setek wódki, zazwyczaj byle jakiego gatunku. 

Dziś bar może być ciekawym miejscem spotkań, dobrej randki i smacznych trunków. Nie musi kojarzyć się brzydkim obrazkiem zapijaczonego towarzystwa.  

Nie byłam i nie jestem częstą bywalczynią drogich barów. Kiedyś nie miałam na to pieniędzy, częściej spotkania “barowe” miały charakter domowy. Dziś nie korzystamy z takich miejsc, bo po prostu są dla nas za głośne, a my pewnie za starzy 🤣. Ale lubię od czasu do czasu zaglądnąć do takich ciekawych zakamarków.  Dla zmiany nastroju i atmosfery, także by spotkać przypadkowych ludzi. Zasmakować czegoś, czego jeszcze nie piłam albo to, co lubię. 

Moje nastawienie do barów już dawno się zmieniło. To po prostu jeszcze jedna forma towarzyskiej rozrywki. 

Dobre czerwone wino jest najlepsze, czasem kieliszek brandy albo szampana. Bywa, że mam ochotę na mieszany drink. Nie za słodki, choć tak lubię słodycze… Lubię gin&tonic i polski “krupnik”. I tu aż wyrywa się z mojej głowy, by zacytować piosenkę „Nalej mi wina” zaśpiewaną przez Irenę Santor podczas benefisu Alicji Majewskiej i Włodzimierza Korcza w Toruniu – w grudniu 2015 roku. Pani Irena ma dziś już 90 lat i ma sie wciąż dobrze. Ileż skromności, klasy i optymizmu i pięknego głosu w jednej kobiecie!!

 Wódka i whisky to nie moja działka smakowa! (sorry – wiem, że ten drugi to bardzo szlachetny trunek i ma mnóstwo zwolenników). Mnie akurat whisky nie smakuje. Bardzo rzadko piję piwo (tylko wtedy, gdy jest wielki upał i tylko ciemne). Nie przepadam za tequilą i rumem. 

Smaki są ważne! Ale jeszcze ważniejsze jest, by nie „utonąć” w barowej atmosferze i zagubić się w zbyt dużej ilości alkoholu.

W moim wieku każdy powinien już znać swoją miarkę, wiedzieć, co naprawdę lubi i czego chce. Takie proste, prawda???!!! 

Lubię dobre słodycze i kieliszek  dobrego alkoholu degustowany z bliską osobą. I lubię dużo więcej rzeczy – ale o tych innych dziś… szaaa 

*******************************

I jeszcze dołączam piosenkę o czekoladzie (a właściwie „słodkiej kobiecie”) i marzeniach pt. „Bombonierka”. Chyba nie jest zbyt znana, za to we wspólnym wykonaniu Basi Stępniak- Wilk i Grzegorza Turnaua brzmi bardzo miło. Dla wszystkich, którzy lubią słodkości, i do drinka😅


POWRÓT

2 myśli na temat “Czekoladowo, drinkowo – całkiem przyjemnie 😀

  1. Do cukierków to ja bym jeszcze dodał draże kamyczki, moje ulubione z okrągłego kiosku na plantach w okolicach Dworca Głównego w Krakowie, kiosku, który był po drodze ze szkoły na Placu Matejki do domu na ulicy Bitwy pod Lenino, zawsze nazywanej przez mojego Tatę ulicą Zyblikiewicza. Tatę posłuchano i w 1990 roku wrócono do tej nazwy. Były w tym kiosku też draże czekoladowe, a może draże w czekoladzie, ale trochę za drogie, więc kupował je tylko jeden z nas, Paweł, i głupio było liczyć na to, że poczęstuje. Kamyczki były przecież wystarczająco znakomite. Teraz pojawiły się w Houston w polskim sklepie i są właściwie takie jak wtedy, 65 lat temu.

    A ta koleżanka, która po „nadużyciu” miała „helikopter” w głowie to tak naprawdę miała „pilota”.

    Mówiąc już o piciu alkoholu, to przyznaję, że byłem człowiekiem, który lubiał wypić. Ale przestałem pić, więc chyba już nie lubię, bo jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Póltora roku temu, na tarasie restauracji hotelowej w Vancouver kelner zaoferował mi zamiast wody sodowej wino dealkoholizowane, a nie bezalkoholowe. Okazało się, że zarówno technicznie i jakościowo, jak i przyjemnościowo to de- ma dużą przewagą nad bez- i teraz piję tylko takie produkty, udające wina szampańskiego typu. A jak nie ma, to mock-taile, tyle że nie będąc wielbicielem cock-taili i te do mnie za bardzo nie przemawiają.

    A dla wielbicieli whisky polecam szkocką z wyspy Islay (po szkocku to jest Isle of Islay, a wymawia się: „ajl of ajla”). Dla mnie to jest najznakomitsza szkocka o smaku dymiącego jałowca i nie da się porównać z niczym, choć ta wyspa w zasadzie produkuje wiele innych podobnych napojów.

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Wacek Anuluj pisanie odpowiedzi