1 sierpnia 2025

Życie człowieka jest wielkim czekaniem. Czekanie to ciekawość, co będzie jutro i za rok. Czekanie to marzenia i pragnienia. Także – strach i bezradność.
Jak inaczej i najprościej nazwać zwykłe ludzkie uczucia?
To, co wydarza się dziś i teraz, jutro już będzie historią. Nikt nie wie, co nam przyniesie jutro. A jednak wciąż czekamy. I z niecierpliwością snujemy plany, wymyślamy, kreujemy obraz naszych oczekiwań. Albo trzęsiemy się jak osika w jesieni, bo wizja różnych przemyśleń nas przeraża. Boimy się nadejścia krytycznej godziny i prawie zawsze marzymy, by jutro było lepiej.
Banalne. Każdy tak ma. Mniej czy bardziej intensywnie. Zależy od splotu wydarzeń, od naszej własnej emocjonalności, wyobraźni i empatii.
Coś jednak sprawia, że nasze “czekania” są tak bardzo różne.
Gdy byłam małą dziewczynką, podobnie jak wiele innych dzieci, czekałam na przyjście Mikołaja i Święta Bożego Narodzenia. Potem na przyjście wiosny, a jeszcze później na koniec roku szkolnego i wakacje.
Czekałam na zbliżającą się (strasznie powoli) godzinę 6 po południu, kiedy ktoś czekał na mnie pod pomnikiem “Adasia” na Krakowskim Rynku. Dzień wydłużał się niemiłosiernie, wskazówki zegara prawie stały w miejscu.
Kilka lat później był jeszcze miesiąc do ślubu. Czekałam. Pewnego dnia już tylko tydzień do daty porodu. Zawsze coś.
Aż przychodzi dzień w życiu, gdy już nie bardzo chcemy czekać “na jutro”. Może można by tak, z powrotem? Powoli, krok za krokiem, do tyłu?..
Nie, nie można..
W gramatycznym rozumieniu “czekać” można na wszystko: na kogoś, na coś. Słowo “czekanie” wymaga użycia przyimka – na, pod, obok, przy… Możemy tak określać miejsce, osobę, rzecz.
“Oczekiwanie” brzmi bardziej formalnie. W moim odczuciu – oczekiwanie – to proces czekania na coś co znam, co wiem, że się wydarzy, że nastąpi w najbliższym określonym czasie. Niezależnie czy to oczekiwane wydarzenie ma nastąpić jutro, czy za pół roku.
Każda nasza godzina życia jest wypełniona. I nieważne czy jest świadomie zaplanowana czy nie – toczy się. Do przodu.
Nikt z nas nie czeka na zły moment, na tragedię życiową. Czekamy w różnym sensie i na różne sposoby. Nawet kiedy jest trudno i smutno, wciąż liczymy, że jutro będzie lepiej…
Jak więc przeżyć nieoczekiwaną tragedię. Tak wielką i tak nieprzewidywalną, że umysł ludzki nie potrafi jej ogarnąć, a co dopiero serce.
W chwili, gdy to piszę, minął dopiero tydzień od tragicznej nocy powodziowej w południowo – centralnej części Texasu. Piękne zielone tereny nad rzeką Guadalupe. Wymarzone ciche miejsce, zachęcające do odpoczynku, relaksu. Ulubione przez Teksańczyków na weekendowy wypoczynek, z dala od zgiełku wielkich miast jak Houston Dallas czy Austin.
Właśnie tam, od stu lat organizuje się wakacyjny odpoczynek dla dzieci i młodzieży. “Camp Mystic”, prywatny letni obóz dla dziewcząt, jest jedną z części wielkiego bezwyznaniowego – chrześcijańskiego obozowiska rozciągającego się niemal w całym Hill Country w Teksasie. Wspaniałe miejsce, gdzie jeszcze niedawno uczestnikami obozu „Mystic Camp” było około 750 dziewczynek w wieku 7-17 lat, 108 opiekunów i dodatkowo wolontariuszy i pomocników przy różnych rodzajach prac. To fantastycznie wyposażony teren, gdzie dzieci i młodzież mogą nauczyć się wszystkiego – sportów letnich, jazdy konnej, wszelkiego rodzaju robótek artystycznych, muzyki, śpiewania, pływania… „Raj” – by wakacje tam spędzane na zawsze pamiętać.
Najbliżej rzeki Guadalupe położone były domki, w których umieszczono najmłodsze grupy dziewczynek. Nie był to pierwszy raz. Organizacja i lokalizacja całego obozu dla wszystkich grup wiekowych zajmuje olbrzymi obszar, w różnych częściach tego “kawałka ziemi”.
Dzieci przyjeżdżają tam nie tylko z Teksasu. Obóz jest drogi, ekskluzywny, ale warto choć raz wyprawić tam swoje pociechy.
Znam osobiście rodzinę, która przez wiele lat wysyłała tam swoje dzieci. Nasz wnuk jest najmłodszym uczestnikiem tych wakacji w ich rodzinie. Ma prawie 13 lat. Od kilku lat, każdego roku, przebywa na dwutygodniowym turnusie. Podobnie – jak wcześniej jego Mama, jej starsze siostry, bracia, kuzyni i rodzice.
Turnus, na który miał pojechać, rozpoczynał się dwa tygodnie po tragicznych wydarzeniach…
Przemknęło mi przez myśl… a gdyby był tam kilka tygodni wcześniej? I natychmiast zawstydziłam się… Nie o nim, nie o mnie powinnam teraz myśleć…
Obóz – od wielu dziesiątek lat ma swoje zasady. Wiek dziecka, organizację grup, rodzaje zajęć. Wszystko przemyślane, do najmniejszego szczegółu. Nie ma zabawy z telefonem, jest przyroda i radość wspólnej zabawy. Relacje między dziećmi, przyjaźnie. Ci, którzy przez wiele lat byli uczestnikami obozu, gdy osiągają wiek, który wyklucza ich z obozu jako uczestników, często zgłaszają się do pracy/pomocy jako pomocnicy i opiekunowie. Wydaje się, że nic nie może może zakłócić takiej sielanki…
Takie wakacje są mi bardzo bliskie. W młodości przez lata podobnie spędzałam wakacyjny czas – na koloniach zuchowych, potem na obozach harcerskich. Najpierw jako szary uczestnik, a później przez wiele lat – jako instruktor (opiekun). Daleko nam było do takich warunków i możliwości, jakie są dzisiaj i tutaj. Ale dawaliśmy z siebie wszystko, by dzieci i młodzież byli zajęci, szczęśliwi. I każdego dnia uczyli się jak żyć mądrze, jak dawać sobie radę w trudnych sytuacjach, a przede wszystkim jak budować przyjaźń i więzi z rówieśnikami.
W tych zasadach niewiele się od tamtych lat zmieniło. Niezależnie czy czasy są trudne czy dużo łatwiejsze, ile mamy pieniędzy – istotą i sensem takich miejsc są dzieci. Ich radość bycia z innymi, uczenie się przez zabawę. I oczywiście – bezpieczeństwo.
Pokolenia się zmieniają – dzieci dorastają – a przesłanie pozostaje takie same.
Kiedyś w 1970 roku – w czasie obozu w Bieszczadach i dwa lata później, w Powroźniku koło Krynicy Górskiej (1972) szczep “Harnasie” musiał zmierzyć się z powodziami (nasze obozy niemal zawsze były usytuowane nad rzekami, jeziorami lub w pobliżu morza).
Przeżyliśmy ewakuację, bo nasze namioty były kompletnie zalane. Przeżyliśmy grozę zwijania obozu w pośpiechu, w warunkach zimnego ulewnego deszczu, który padał i lał przez tydzień. Przetrwaliśmy dzięki pomocy leśniczych i dobrych ludzi, którzy pomogli nam, nakarmili, przygarnęli do swych domów.
Wszystko to pamiętam jako wielki strach, co naprawdę mogło się jeszcze wydarzyć… Na miarę wyobraźni i wspomnień – pamiętam to jako koszmar.
Rozmiar tamtych powodzi nie ma logicznego porównania do wielkości tego, co stało się zaledwie kilka dni temu w Teksasie. Ale strach przed żywiołem i jego dewastującą siłą jest zawsze taki sam.
Przeżyłam w Houston już kilka powodzi, w tym huragan Rita, powódź Harvey. I inne. Nikt, kto tutaj nie mieszka, nie może wyobrazić sobie, jak naprawdę może padać ULEWNY deszcz!
Jak nagle wielka, betonowa autostrada może zamienić się w rzekę niosącą zalane do czubka dachu auta. Nie rzeka, która przekroczyła swoje koryto, tylko woda deszczowa, która w mgnieniu oka potrafi utworzyć “rzekę” na autostradzie.
Jaką siłę może mieć rzeka zmieniająca się nagle w brązową potężną wodnistą maź, która pociąga ze sobą wszystko, co na jej drodze. Widziałam łodzie ratownicze płynące zwykłymi ulicami osiedlowymi, które też nagle stały się rzekami. A w tych łodziach byli ludzie spieszący na ratunek tym, którym udało się wejść na dach, na drzewa, tracąc wszystko oprócz szans uratowania życia.
Mieszkając już w Houston obserwowałam powódź “1000 -lecia” w Polsce, na Dolnym Śląsku, i we Wrocławiu. A także powódź w maju i czerwcu w 2010 r.
I czułam to samo co kiedyś, na obozach harcerskich i w czasie kataklizmu w Nowym Orleanie, czy houstońskiej powodzi Harvey. Ten sam strach, ta sama bezsilność. Łzy i rozpadające się serce…
Kataklizmy zdarzają się i wciąż nas nawiedzają. A za tym wszystkim kryją się ludzkie tragedie…
Nikt nie czeka na taki dzień. A jednak przychodzą.
********************
Żyję wciąż wielkim smutku tego, co wydarzyło się ponad tydzień temu, tak „niedaleko” Houston.
Jedna noc, kilka burz i ulewny deszcz. I dzieci – dziewczynki, najmłodsza grupa tego wielkiego obozowiska. Brak prądu, brak Wi-Fi – jakiegokolwiek kontaktu. Noc, 4 lipca. Piękne amerykańskie święto… Ciemna noc, kiedy małe dzieci powinny spokojnie spać i wypoczywać.
A potem już tylko coraz bardziej tragiczne wieści rozdzierające serca wszystkich – rodziców, dzieci, ekip ratunkowych. Ludzi, którzy całymi rodzinami właśnie wtedy wyjechali na wakacyjny odpoczynek nad rzekę Guadalupe. Serca zamierające z rozpaczy, bo nie wiadomo, gdzie są ich pociechy, co naprawdę tam się dzieje…
Nie ma żadnych wieści, nie można dojechać na miejsce obozu. Ludzie zbierają się w grupy, rozmawiają, mdleją z rozpaczy, albo tylko płaczą. Czekają… Na wiadomości, na lepsze wieści, na szczęśliwy traf jutrzejszego dnia, następnej godziny…
Jestem matką. Jestem babcią. Mam tak samo rozdarte i zrozpaczone serce. Czuję całą sobą tragedię tych ludzi – ofiar i tych co przetrwali. Tych, których szczęśliwy traf uratował. I tych, których rzeka pokonała…
Nie! Nie mogę czuć tego, co oni! Mogę tylko wysyłać im moje myśli, moją modlitwę, mój ogromny żal i współczucie, choć nie znam tych ludzi osobiście. Jestem bezsilna. Wobec natury, jej potężnej, nieposkromionej siły, która niszczy niewinne życia ludzkie. Wobec bólu tych, którym właśnie serce pęka.
Rozmiar przeżywanych przez nich tragedii jest bezdenny. Ból nigdy się nie skończy.
To tragedia zbiorowa, społeczna. Ale przede wszystkim – to pojedyncze rozszarpane zrozpaczone serca. I twarze małych dziewczynek, które już nigdy nie uśmiechną się, nie przyjadą na następne wakacje, by pojeździć konno i zaśpiewać wspólnie piosenki.
Śmierć dzieci, tak bardzo przypadkowa i bezsensowna nie jest zrozumiała. Śmierć wielu innych ludzi – dorosłych, starszych i tych, którzy ratując innych także utonęli – równie niepojęta.
NIE!!! Nikt z nich NIE czekał na taki dzień. A jednak nastąpił..
Nie moją rolą oceniać, czego można było uniknąć, a czego nie. W takich momentach nikt nie wie, co jest logiczne. Ludzie działają instynktownie i czasem nie jest to szczęśliwy wybór. A częściej po prostu – nie ma wyboru.
Nie można zapomnieć o setkach ludzi przybyłych na pomoc, pracujących w niesamowicie trudnych warunkach i w wielkim niebezpieczeństwie, by ratować innych. By szukać wśród konarów drzew, zalanych domów, na dachach, w tak dziwnych nieprzewidzianych miejscach… – wciąż żywych, choć wykończonych ludzi. Uratować jednego człowieka. Dziesiątki, setki… Za wszelką cenę. Niektórzy nawet za… cenę własnego życia. Nieznani bohaterowie, także ofiary powodzi.
Ilu z nich uratowało ludzkie życie? Jedno życie. Każde bezcenne. Kochane przez kogoś innego.
Ledwo uruchomione telefony… Ostatnie wiadomości – ”I love you” – ostatnie słowo życia.
Niewyobrażalny ból i… miłość. Nikt nie czeka na taki moment.
******************************
Oczekuję na moją operację wymiany kolana. Za tydzień. Oczekuję, bo wiem, że musi nastąpić. Czy się boję? Pewnie! Trochę… Chwilami bardzo. Boję się bólu, niechcianych powikłań. Wyobraźnia pracuje – w obie strony.
Ale czymże jest ból fizyczny w morzu bólu serca? Ból mentalny jest po stokroć trudniejszy do poukładania go sobie w głowie. Nie kończy się nigdy. Będzie można z nim kiedyś żyć, ale po takiej stracie ból nigdy nas nie opuści.
Nie będę – jak to zwykle robię w moich wpisach – szukać zdjęć i ilustrować tej powodzi. Ludzkich łez matek i ojców. Braci i sióstr. Obcych – zwykłych ludzi, którzy tak jak ja nie mogą sobie dać rady z tym doświadczeniem, choć mnie nikogo bliskiego powódź nie zabrała.
Oczekuję – na operację, na ból z nią związany, na trudności w normalnym codziennym życiu przez najbliższe miesiące. Czekam na dni trudne – ale z nadzieją, że będę jeszcze normalnie chodzić. Pojadę na wakacje. Zobaczę jeszcze wiele pięknych zakątków i będę się cieszyć.
Aż nadejdzie dzień, którego nie oczekuję…
*********************************
Czekanie może być radością i może być otchłanią rozpaczy. Czekanie jest częścią życia.
Ci, którzy stracili sens życia bez najbliższych niech uwierzą, że otrzymają w darze dzień pocieszenia i równowagi. Choć dziś to tylko moje – wydaje się – wytarte puste słowa – nadzieja umiera ostatnia.
Trzeba wierzyć.
Dla wszystkich „poszarpanych i rozdartych” serc – piosenka w której słowa przywracają nadzieję. „Nie żegnaj mnie” – śpiewa Marek Nowak.
„Człowiek nie umiera, dopóki żyje w naszej pamięci „





Uzupełnienie, dodanie twoich osobistych wspomnień tamtych wydarzeń,które,mimo zagrożenia, na szczęście skończyły się dobrze, sprawia, ze czujemy grozę tamtej chwili. Powinno tez brzmieć jak ostrzeżenie.. ale wszyscy wiemy, ze w takich niespodziewanych momentach rekcje nie zawsze są przemyślane i mądre.
Camp Mystic to tragedia, która (tez!!) powinna być nauką na przyszłość… ale czy będziemy pamiętać, by takie tragedie nie powtórzyły się…
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Czekanie i oczekiwanie powinno się zakończyć pozytywnie. A do tragedii nie da się przygotować.
To ja jestem ten Wacek, czy Wacław Mucha, o którym wspomina się w kronikach harcerskiego szczepu „Harnasie” w kontekście wspaniałych obozów dla dzieci i młodzieży, zagrożonych powodzią (ten w Bieszczadach w 1970 r.) i zakończonych przez powódź (ten w Powroźniku w 1972 r.). Jak to dobrze, że Wiesiek Kutyła odkompromitował mnie swoim opisem ratowania obozu w Powroźniku po mojej wpadce do potoku Wołosate w Bieszczadach przy przechodzeniu po linie z jednego brzegu na drugi. Podkreślam słowo potok, bo to nie była nawet rzeka, a most na drugą stronę zrobiliśmy sami – my, obozowicze – by kuchnia była fizycznie niezależna od głównej części obozu. Organizacja posiłków była nieco utrudniona, ale przyzwyczailiśmy się do tej trudności szybko. Jak spokojna i przyjazna rzeka Guadelupe w Teksasie, tak i ten potok nie stwarzał najmniejszego zagrożenia dla nikogo. Więc nikt nawet o tym nie myślał. A jednak nagle stało się, most został porwany przez wodę, obóz położony na terenie pewnie dwóch czy trzech metrów nad poziomem wody został zalany, ewakuowaliśmy się na większe wysokości. Lina między obozem a kuchnią była nisko nad wodą, więc gdy się po niej przesuwałem łatwo dotarłem do rwącej wody i nie wytrzymałem rwącego uderzenia. Na szczęście, było to już po głównej fali powodziowej i w miarę łatwo wydostałem się na brzeg po stronie obozowej. Nikt fizycznie od tej powodzi nie ucierpiał, nie tylko w naszym obozie, ale też w całym zgrupowaniu obozów Krakowskiej Chorągwi ZHP, rozłożonych wówczas nad Wołosatem. Nauczyło mnie to jednak chodzenia po linie, co bardzo sie przydało dwa lata później w Powroźniku.
Ale to nie o mnie ma być ten komentarz. Bo nieporównywalnie straszniejsza była powódź spowodowana przez wezbrane, niszczące na swojej drodze wszystkich i wszystko wody Guadelupe miesiąc temu, w lipcu 2025 r., która przyniosła znacznie ponad sto ofiar śmiertelnych, nie mówiąc nawet o stratach materialnych. Jestem przekonany, że nie dało się tego przewidzieć, że dzieci, które po pełnym atrakcji dniu położyły się spać wieczorem z niezapomnianymi wspomnieniami nie wiedziały, że to jest ich sen wieczny. I że nikt się tego nie spodziewał, a ci, co czekali na ten dzień mieli go zupełnie inaczej spędzić i zapamiętać.
Więc kiedy mówimy o czymś nieudanym w naszych działaniach, że stała się tragedia, to przypomnijmy sobie „Mystic Camp” nad rzeką Guadelupe. Bo to naprawdę była tragedia.
Wacek
PolubieniePolubione przez 1 osoba