Jak teatr może uzdrowić naszą duszę? 

16 maja 2025

Nie mam zdolności matematycznych czy technicznych. Świat widzę opisowo i kolorowo. Część mojego mózgu, który mógłby umieć błyskawicznie obliczać pierwiastki, strzelać tabliczką mnożenia albo konstruować samoloty, została prawdopodobnie zablokowana w momencie rozwoju mojego embriona.  Ale ponieważ wiemy, że tak naprawdę pustka nie istnieje, coś musiało w te technologicznie precyzyjne miejsca “wpaść”… 

I tak z czasem narodziła się moja pasja literacko – czytelnicza i teatralna. 

Nie jest łatwo być aktorem grającym z kukiełką 😄

Nie wiem po kim takie geny mi się dostały, bo tata był inżynierem i nigdy nie pogodził się do końca, że uparłam się studiować polonistykę. Mama była księgową, czyli to nie geny najbliższej rodziny.  Ale to właśnie Mama pokazała mi pierwszy teatr, a raczej teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Zapamiętałam z wczesnego dzieciństwa szary budynek przy ulicy Krupniczej w Krakowie (a moze to była jakaś przecznica z Krupniczej). Tam właśnie bywałam od czasu do czasu na pierwszych przedstawieniach. Pamiętam  kukiełki poruszające rękami i kiwające głowami za pomocą cienkich, ale sztywnych prętów przymocowanych do lalek.  To pierwsi aktorzy teatralni, z którymi spotkałam się w swoim życiu.  Nie mam pojęcia ile mogłam mieć wtedy lat, ale pewnie już byłam na tyle wrażliwym widzem, że do dziś pamiętam tę teatralną przygodę. 

Kukiełki mogą być różne.. (z sieci)

W moim dzieciństwie książeczki dla dzieci były trudno dostępne. Pamiętam taki epizod – kiedyś Mikołaj zostawił pod poduszką prezent w postaci dużej książki, w twardej okładce pt. “Dziadek do orzechów”.  Musiałam już być w szkole podstawowej, bo umiałam czytać. Ale wciąż wierzyłam w istnienie Świętego Mikołaja. Jakież było moje zdziwienie, gdy na pierwszej stronie przeczytałam dedykację dla mnie od Mikołaja i… rozpoznałam pismo mojego wujka, którego kaligraficzny styl liter był piękny .  Od tego momentu zrodziły się we mnie duże wątpliwości – jak to naprawdę jest z tym Świętym Mikołajem 😄.

Dziesiątki wydań „Dziadka do orzechów” Niestety nie znalazłam w sieci tego, które zapamiętałam z dzieciństwa..

Czytałam dużo, do dziś mam w pamięci twarz naszej szkolnej pani bibliotekarki, która na przerwach pozwalała nam buszować po półkach i podsuwała coraz to ciekawsze powieści. Nieco później zapisałam się do prawdziwej “dorosłej” biblioteki tuż koło mojego domu, na ulicy Łobzowskiej w Krakowie. Ach, co to były za przeżycia – wejść tam, rozmawiać z paniami tam pracującymi i słuchać ich porad. 

Wtedy, w najgłębszych pokładach wyobraźni, nikt nie miał nawet przebłysku, że kiedyś będziemy czytać książki w komputerach, e-bookach lub słuchać ich w telefonie czy w podobnych urządzeniach, w każdej możliwej sytuacji, gdzie się własnie znajdujemy. 

W szkole podstawowej pierwszą sztuką, w której grałam główną rolę był “Pan Twardowski”, choć nie jestem pewna, czy dokładnie taki był jej tytuł. Dość często znajdowało się dla mnie miejsce, coś recytowałam, czytałam, zapowiadałam… Nie byłam najlepszą aktorką, ale lubiłam to robić. Bardziej przeżywałam dziesiątki prób w domu, kiedy ćwiczyłam moje przyszłe występy. To były chwile kipiące adrenaliną, większą niż sam finalny występ. 

Zdjęcie z „Wesela” w reżyserii L. Zamkow – 1969 rok (udało mi się znaleźć w internecie!)

W końcowych latach szkoły podstawowej i na początku liceum Mama często przynosiła z pracy bilety na niedzielne przedstawienia w godzinach południowych w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Były to głównie opery, ale nie tylko. Zazwyczaj jednak repertuar klasyczny. W ten sposób zetknęłam się z “Makbetem” Szekspira. Pamiętam to świetne i na tamte czasy nowoczesne i agresywne przedstawienie w reżyserii Lidii Zamkow. Jej syn chodził do klasy z moim bratem, dlatego pewnie jej nazwisko wbiło mi się w pamięć. Trochę przez mgłę, ale pamiętam “Króla Edypa” Sofoklesa i “Wesele” St. Wyspiańskiego.

Później, w latach 80-tych Teatr Słowackiego, jak zresztą wszystko w Polsce, szczególnie w kulturze, podupadł. Ludzie napotykali tyle trudności w codziennym życiu, że potrzeby kulturalne spadły na dalszy – daleki plan… Tylko takie miejsca jak “Piwnica pod Baranami” jeszcze walczyły o istnienie w życiu zwyczajnego człowieka.

Kiedy wyjechałam do Sosnowca, skończyłam studia polonistyczne i zaczęłam pracować w Liceum Medycznym, znów otworzyła się szansa realizacji teatralnych marzeń młodej nauczycielki. Okazji zawsze było dużo, tylko mało ludzi chciało angażować się w działania, które wymagały wiele dodatkowej pracy. Mnie się chciało! Byłam młoda, miałam pomysły, dobry kontakt z młodzieżą, więc zamiast nudnych sztampowych akademii, zaczęłam organizować kabarety, ironiczne przedstawienia (tylko trochę, bo cenzura szkolna też istniała!). I chwyciło. Młodzież to lubiła, ja wciągnęłam siebie i uczniów w różne teatralne formy. Działo się coś nowego.   

Tworzyłam kabarety na studniówki i na akademie z okazji święta Pierwszego Maja. Wymyślałam teksty, pisałam własne scenariusze, wkładałam w to piosenki, choć o śpiewaniu niewiele miałam pojęcia…  Za to miałam energię i pomysły, by próbować nowych nietuzinkowych sposobów na szkolne oklepane okazje. 

A potem… wyjechałam do Houston. Najpierw – z nadzieją, że to tylko na chwilę, na wakacje. Wrócę i znów będę na “swoim“ miejscu. Tak się nie zdarzyło. Różne myśli i emocje przychodziły mi do głowy, ale dziś niczego nie żałuję, że tak się poukładało.  Przez wiele lat było “pod górkę” ale przecież nikt nie ma zawsze “z górki 🤗”   

Niemal zaraz po przyjeździe “napatoczyła” się Sobotnia Szkoła Polska.  A już po roku pracy z dzieciakami zaczęłam robić krótkie występy – wierszyki, piosenki – po polsku. A potem z grupą tak samo jak ja szalonych koleżanek – nauczycielek powstawały małe dziecięce przedstawienia, potem coraz większe, bogatsze w teksty, kostiumy, nawet tańce. To porywało dzieci do wspólnej zabawy, zachęcało do mówienia po polsku. Lubili to rodzice, zaangażowani podobnie jak ich pociechy. Chętnie przychodzili widzowie, wspierali nas w tych formach polskiej działalności. 

Aż dzieci podrosły, weszły w wiek nastolatków, a my potrzebowałyśmy znaleźć nową formę “polskości”. I wtedy założyłyśmy Teatr Ogniska Polskiego. Wszystko działo się szybko, entuzjazm i pomysły rosły jak na drożdżach. Minęło parę lat, do młodzieży dołączyli dorośli i tak teatr stał się dla mnie spełnieniem potrzeb dawnej nauczycielki – polonistki i radością dla coraz większego kręgu widzów. 

O teatrze i sposobie jego zwariowanej a równocześnie fantastycznej działalności rozpisywałam się już w innych tekstach mojego bloga – w dziale Teatr Ogniska Polskiego w Houston” . (patrz – sekcja Blog)

Pierwsze przedstawienia Teatru Ogniska Polskiego – „Jak kamienie na Szaniec” – 1995 r. (zdjęcie środkowe). Pozostałe zdjęcia – „Zemsta” Fredry 1996-1997 r.

Wprawdzie to tylko wyrywkowe wspomnienia, poskładane tak, by ożyły w nas teatralne myśli tamtych czasów. Wiele teatralnego jest wciąż we mnie, ciągle uważam ten rozdział w moim blogu za otwarty. Coraz trudniej dogrzebać się do starych filmików, zdjęć. Trudniej też poukładać logicznie w pamięci całość tamtych dni. 

Przechowuję wycinki, wyrywki tekstów, piosenki jak największe skarby. W każdym przypadkowo znalezionym zdjęciu widzę sens i terapeutyczne działanie mojej sceny teatralnej. Nic nie było jak w prawdziwym teatrze, a jednocześnie była to najprawdziwsza “sztuka” jaka my, emigranci-entuzjaści mogliśmy stworzyć w warunkach “domowych”.  

Programy niektórych naszych sztuk – wciąż są „w moim pudełku pamięci”

A aktorzy, młodzi ludzie często urodzeni już w Stanach, musieli nauczyć się długich tekstów polskich, trudnych ról. Zagrać, zaśpiewać i pokochać na “moment”  TEATR. Wymyślaliśmy kostiumy, tworzyliśmy scenografię z niczego, nagrywaliśmy muzykę, niemal spod ziemi wydobywaliśmy rekwizyty. I uwielbialiśmy te nasze wspaniałe sceniczne szaleństwa.

Mówiłam, pisałam już o tym? Ależ  tak!! Ale nigdy nie dość, by znów wspominać… Bo teatr – każdy i zawsze – takim jak ja – uzdrawia duszę…  Dla mnie  to była pasja i terapia.

Wszystko jednak ma swój czas. Czas naszego teatru też musiał minąć. 

Obok – sztuka filmowa wciąż była i jest dla mnie niesłychanie ważną częścią mojego życia. Uwielbiam Festiwal Filmów Polskich w Houston, jestem zawsze od 25 lat obecna niemal na każdym filmie. Śledzę polską kinematografię na bieżąco. I nie tylko polską. Ale polski język, jako dawnej polonistce jest mi najbardziej bliski i tylko  w taki sposób mogę spełniać swoje zainteresowania. 

Oglądam i śledzę na bieżąco w filmach wielu polskich aktorów i to nawet tych najmłodszych. Wiem dużo, na czym polega warsztat pracy aktora, reżysera. Patrzę na teatr i film trochę inaczej niż przeciętny widz. W każdej scenie, ruchu czy słowie widzę ogrom pracy. Tej za kulisami i tej już po ostatecznym szlifie twórczym. Zastanawiam się, co było ważne dla reżysera i co jest ważne dla mnie – widza. Widzę każdy ruch i podziwiam, bo wiem jaka to wyczerpująca i żmudna praca, ale także jak wspaniałą satysfakcję niesie. 

Uwielbiam słuchać wypowiedzi twórców o  procesie ich działań, o rodzeniu się ostatecznego kształtu tego, co my- widzowie oglądamy. 

Niedawno dowiedziałam się, że mogę oglądać polskie przedstawienia Teatru TV z różnych miast i zaczęłam śledzić coś, czego nie oglądam już od lat. Jakież było moje zdziwienie (a nie powinno mnie zdziwić!), że współczesny teatr polski to dzisiaj także nowoczesne sceny, inne możliwości, nieograniczone pomysły i wspaniali aktorzy. 

I przypadkowo natrafiłam na przedstawienie w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie pt. “1989. Musical” .

Wrócił do mnie obraz tego teatru sprzed 40-50 lat. Nagle ujrzałam znaną mi scenę, ale jakże inną! Większą, nowoczesną, przestrzenną. Wiedziałam, że teatr był długo w przebudowie, że odnowiono wnętrza, widownię, wymieniono krzesła, odnowiono loże.  Ale przecież nie byłam tam pół wieku… Wszystko wróciło ze zdwojona siłą. Nagle znalazłam się w teatrze moich młodych lat, a przecież zupełnie innym! Ujrzałam stare piękno tego miejsca, rozpoznałam wiele znajomych, bo solidnie wbitych w pamięć elementów. Remont wciąż trwa, bo nie jest to łatwy i tani projekt. Ale i tak nowy wygląd starego “Słowackiego” zapamiętanego przeze mnie teatru, aż zaparł mi dech w piersiach. 

Musical o treści politycznej, to niełatwy temat. Powiem więcej – trudny do odtworzenia.  

Oglądałam w Houston musical “Hamilton”, który robi wielkie wrażenie i ma świetne recenzje. Podobno był pierwowzorem pomysłu wersji Musicalu „1989”.  

Najchętniej dołączyłabym dużo więcej zdjęć! ale jesli ktoś zainteresowany – zapraszam na strony internetowe

Nigdy nie byłam fanką muzyki rapowej, nigdy też nie myślałam, że można stworzyć tak ciekawy scenariusz opowiadający o politycznych wydarzeniach w Polsce w latach 1980-89. O “Solidarności”, o dniach niepewności, o aresztowaniach, o wątpliwościach i – o największej sile polskiej solidarności ludzkiej, jaka  dokonała się na oczach mojego pokolenia. 

Tak, minęło już ponad 35 lat. Wyrosło następne pokolenie a nawet dwa, dla których to już tylko historia..  Dla mnie – to przeżycie pokoleniowe!  Byliśmy w środku tych wydarzeń, przeżyliśmy chwile i wydarzenia, które wykształciły w nas najprawdziwszą świadomość polityczną. 

Historia opowiedziana jest z perspektywy kobiet i żon ważnych osób, które tworzyły tamte wydarzenia. Na scenie przeplatają się chwile grozy i polityczne decyzje, rodzinne problemy i dylematy. Wątpliwości zwykłych ludzi i życiowe zawirowania. Codzienne życie toczy się obok wielkiej polityki. A wszystko to w rapowej muzycznej oprawie, ostrym rytmie, energicznym tańcu.

Byłam i jestem zauroczona! I mile zaskoczona. Niektórych aktorów znam z filmów, ale w takich rolach wszyscy mnie zaskoczyli. Entuzjazm i energia spektaklu, szybkie zmiany scen, dekoracji, świateł a równocześnie znane postaci tamtych wydarzeń – wszystko to otworzyło mi ważny i trochę już przysypany kurzem minionych lat obraz. 

Oglądaliśmy tę transmisję z Teatru Słowackiego i czuliśmy się jak widzowie w pierwszym rzędzie. Byliśmy tam, wśród innych widzów – a nie przed naszym dużym telewizorem. Ale siła wrażeń, moc rapowej muzyki, nieustającego ruchu i tańca, tekst scenariusza i niezwykłe skupienie wydarzeń tamtych lat wywołały w nas tak silne emocje, że podzieliliśmy sobie całość spektaklu na dwa wieczory. 

Jedno, co odkryłam w sobie z dużym zdumieniem…  “Solidarnościowe” przeżycia i w pewnym sensie wiedza o tamtych czasach urwały się w mojej pamięci wraz z wyjazdem z Polski do Houston.  

Zrozumiałam, że ostatnie 35 lat dla Polaków mieszkających w Polsce to ciąg dalszy historii, trwanie walki politycznej i zmian, których ja już tam nie doświadczyłam. 

Dla mnie zwycięstwo „Solidarności” to pierwsze wolne wybory w 1989 roku i ich wygrana. Wszystko, co nastąpiło potem – już nie wyzwoliło we mnie rozterek, niesmaków i poważnych rozłamów politycznych.

Dla mnie MIT tamtego burzliwego dziesięciolecia i zwycięstwo “Okrągłego Stołu” to MIT POZYTYWNY. Nikt i nic go nie zmieni. Tak, wiem – następne ponad trzy dekady zmieniły w Polsce życie i w konsekwencji także spojrzenie na tamte wydarzenia. 

Usłyszałam (a może przeczytałam w recenzjach), że spektakl “1989” ma za zadanie przywrócić czy odtworzyć tamto zwycięstwo i sprawić, by MIT tamtych lat stał się dla nowych pokoleń mitem pozytywnym.  Nie tylko dla mnie…

Z perspektywy czasu, a przede wszystkim zmian w moim życiu, z obserwacji polskości z daleka, dla mnie Solidarność pozostanie na zawsze zwycięstwem mojego pokolenia. Jedynym polskim powstaniem, które wygrało. 

A twórcom i aktorom tego spektaklu dziękuję z całego serca za odwagę i odświeżenie historii, która powoli zaczyna być zapomniana. A przecież – nie wolno zapomnieć o tym, że potrafimy zwyciężać.  

Teatr potrafi przywrócić wiarę, przywołać pozytywne wspomnienia i… uzdrowić duszę! 

Dziękuję!! 


BACK

4 myśli na temat “Jak teatr może uzdrowić naszą duszę? 

  1. Dla mnie teatr to miejce specjalne. I to nie tylko akcja i scena. Lubię być w teatrze, bo jego atmosfera mnie zauracza. Chyba moje pierwsze przygody życiowe w tym względzie związane były z Teatrem Kolejarza w Krakowie, nie tylko dlatego, że mieliśmy do niego bilety, chyba nawet, jak się później dowiedziałem darmowe, bo mój Tatuś był z racji swojej pracy w DOKP w Krakowie odpowiedzialny za księgowość tej instytucji, ale dlatego też, że moja Matka Chrzestna Ciocia Krysia była tam aktorką, a atmosfera tej niewielkiej sali teatralnej i przerw między aktami była fascynująca. No i trzeba się było porządnie ubrać.

    To ostatnie pozostało mi do dzisiaj. Na ostatniej sztuce teatralnej, na jakiej byłem w Houston okazało się, że byłem jedyną osobą w marynarce i krawacie pośród całęj, dość licznej publiczności, i nie był to spektakl porankowy. Dotknęło mnie to solidnie, bo garnitur i krawat były dla mnie nieodzowną, bezdyskusyjną i wręcz kultową formą ubrania do teatru. Chodziliśmy często z Kasią i jej rodziną do rozmaitych teatrów w Houston, i zawsze, ale to zawsze nie tylko nasze Panie były pięknie ubrane, ale też wszyscy Panowie z rodu. Bardzo im jestem za to wdzięczny, a zakładanie garnituru było dla mnie kontynuacją mojego przywiązania do teatru i jego uroku. Zawsze też robiliśmy sobie zdjęcie pod głównym plakatem spektaklu, mimo, żę kolejka do zdjęcia była dosyć długa i odbierała część czasu niezbyt długich antraktów. Garnitur zaś nigdy nie był moim codziennym strojem. W teatrze zaś musiał być.

    Jedynym wyjątkiem od noszenia garnituru, na jaki sobie pozwalałem przez swoich kilka dobrych lat teatralnych, było granie w Teatrze Ogniska Polskiego w Houston prowadzonego przez Małgosię, bo wtedy stawałem się częścią „dekoracji” i musiałem, zresztą z przyjemnościa, nosić to, czego moja rola wymagała. Oczywiście, wtedy nawet nie marzyłem o garniturze, bo najważniejsze było nie zapomnieć tekstu i nie rozpłakać się w wygłaszaniu wzruszających sekwencji sztuki. Dałem rady niemal w stu procentach wystąpień, i ten kilkuletni okres wspominam jako jeden z największych sukcesów nie tylko kariery houstońskiej Małgosi, ale też mojej. Uwielbiam kino z racji CHODZENIA do kina (czym ostatnio, oprócz wyjątkowego zdarzenia oglądania filmu „Fantom Opery” w jego oryginalnej niemej wersji sprzed 100 lat w kinie studyjnym w Houston stał się tylko Festiwal Filmów Polskich w Houston) i teatr z racji CHODZENIA do teatru (ostatnio coraz rzadziej, ale zawsze w garniturze). Wtedy przeżywam film i spektakl, a nie tylko go oglądam. I myślę, że nawet gdybym założył garnitur na oglądanie spektakli Polskiego Teatru Telewizji, nie uzyskałbym tego stopnia emocjonalnego związku ze sztuką, jaki miałem (i może jeszcze będę miał) w samym teatrze.

    Wacek

    Polubione przez 3 ludzi

    1. No tak! te twoje garniturowe wymagania teatralne! I jeszcze świąteczne.. Bardzo dobry zwyczaj z bardzo konserwatywnego domu rodzinnego. Pamiętam, że twój tata zakładał garnitur niemal codziennie, kiedy wychodził gdzieś „na miasto” żeby coś załatwić.

      Nie jestem fanatykiem codziennego „garniturowania” ( zwłaszcza w Houston😂 ) ale przyjemnie jest gdy atmosfera teatralna podnosi się między innymi dzięki elegancji widzów. Jesteś tego świetnym przykładem!! Teatr to niecodzienna rozrywka czy przeżycie literacko- wizualne więc warto czuć się „specjalnie”

      Wszystkie nasze przeżycia teatralne zostają w pamięci. Nawet te sprzed 50 i więcej lat. To najlepiej świadczy o jego sile. To emocjonalna, intelektualna i towarzyska część naszego zycia. Bardzo sobie to cenimy.

      Polubienie

  2. Zawsze podziwialem Twoja pasje i oddanie dla teatru w Houston . Sam jestem wielbicielem teatru I zawsze kiedy jade do Krakowa celuje na sezon teatralny . Niestety nie zawsze sie udaje zobaczyc to co by sie chcialo ale cos sie zawsze trafi. Wchodzisz na widownie, siadasz i zaczyna sie magia!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Magia! bardzo trafne określenie!

      Ja zazwyczaj w Polsce trafiam na letnią przerwę w teatrach. Dlatego tak cieszę się, że mogę oglądać sztuki teatralne przez Polwizjer👍

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Waclaw J Mucha Anuluj pisanie odpowiedzi