Wizyty zwykłe, specjalne i zaskakujące. 

4 marca 2025

Człowiek to “towarzyskie zwierzę ”. Nawet ci, którzy mówią i myślą o sobie, że są samotnikami mają jakieś zwierzątko koło siebie. Pieska, kota, świnkę morską, chomika czy rybki w akwarium. A jak nie coś “żywego”, to telewizor nastawiony na czyjeś “gadanie” albo muzykę płynącą z dostępnych urządzeń.  Cisza też może być przyjazna i wystarczająca. 

A jednak.. Większość z nas ciągnie do ludzi, do rozmów, spotkań, dyskusji. 

Party, rauty, małe spotkania służbowe i prywatne. Randki – czasem takie, o których zapominamy już następnego dnia. A bywają i takie, które zmieniają nasze życie na zawsze. Zebrania w pracy i na luzie po pracy, choć z tymi samymi ludźmi. Znajomości w przedszkolu naszych dzieci, potem w szkole. Zawsze ktoś, gdzieś, obok, bliżej lub dalej. Na bardzo krótko i na dłużej… 

Ludzie odwiedzają się wzajemnie. Kiedyś w czasach bez telefonów komórkowych (ba, bez telefonów domowych!!) ktoś wpadał niezapowiedziany, bo właśnie przechodził kolo naszego miejsca zamieszkania, bo potrzebował pogadać, albo miał chwilę wolnego czasu i wpadał na herbatę lub kawę. W restauracji spotykaliśmy się bardzo rzadko. Nie było to w modzie, nastroju i finansowych możliwościach. Ale czasami bywało i tak. Częściej wpadaliśmy do kawiarni, kawa zawsze była, ciastko też. Miałam swoje ulubione miejsca w Krakowie. Mieszkałam blisko Rynku, więc wybór był, jak na tamtą epokę, duży. Hawełka, Rio, Antyczna, kawiarnia w willi Kossaków, Cocktail Bar na Karmelickiej, Jama Michalika, Noworol (ulubiona kawiarnia mojej Mamy!), Marago i Kolorowa na ul. Gołębiej, tuż przy miejscu codziennych zajęć polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ta ostatnia okupowana była przez studentów cały dzień. Wiecznie brakowało miejsc do siedzenia. Niejeden raz siedzieliśmy na jednym krześle po dwie osoby. Trudno wymienić wszystkie, każdy z nas miał swoją kawiarnie i kluby, bardziej czy mniej lubiane. Wbrew wiedzy o “biedzie i trudnościach finansowych” – kawiarnie nie narzekały na przestoje pomiędzy klientami.   

Później, gdy już zapuszczaliśmy się na spacery randkowe trochę dalej niż tylko w centrum Krakowa, uwielbiałam mała kawiarenkę na ul. Kazimierza Wielkiego. Nie miała nazwy, ale my nazwaliśmy ją “Fioletowa Przystań” , bo miala takie lekko “liliowe” lampy, które dawały wrażenie fioletowej poświaty.  Kiedyś nawet wyjawiliśmy ten nasz “imienny” sekret pani, która wraz z drugą koleżanką prowadziła to miejsce. Ach, jaka tam była pyszna kawa i kremówki! I jeszcze filiżanka czerwonego barszczu z krokietem. Smakowało jak w niebie! Zwłaszcza, gdy były zimne i słotne dni. 

Pamiętam też kawiarnie w okolicy Rudawy i Krakowskich Błoń, gdy zaglądaliśmy tam spacerując po tamtych okolicach przy ładnej wiosennej i letniej pogodzie. 

Większość tych kawiarni czy restauracji zniknęła na przestrzeni lat, a na ich miejsca powstały setki nowych – innych, nowoczesnych. Urok tamtych starych miejsc zawsze jednak będzie w mojej pamięci… 

Ale najczęściej i najfajniej było w domu, gdy ktoś wpadł przypadkiem, wybawił mnie na chwilę od czytania podręczników szkolnych, odrabiania zadań domowych itp. Włączaliśmy radio z muzyką, później też adapter/magnetofon i plotkowaliśmy całymi godzinami. Do picia była herbata, jakaś indyjska, madras czy podobne. Nic wielkiego, kto by zastanawiał się nad faktem, że herbaty są różne i że nie wszystkie smakują jednakowo.

W akademiku też wizytowaliśmy się nieustająco! Droga do innego pokoju nie była długa – następne drzwi lub drzwi naprzeciwko. Albo jedno piętro wyżej lub niżej. Zawsze mieliśmy mnóstwo nauki, mnóstwo czytania lektur (wiadomo – polonistyka!) ale też nigdy nie brakowało nam czasu na spędzanie go z innymi. Wtedy już pojawiała się wódeczka, wino Egri Bikaver albo podobne i jakieś małe kanapeczki z serem czy kiełbaską. Było dobrze! Bo byliśmy razem, w nieustającym ruchu towarzyskim. 

Minęło wiele lat od tamtych spontanicznych wizyt, kawiarnianych dyskusji literackich, spojrzeń w oczy znad filiżanki kawy. 

Zmienił się nasz sposób życia,  zmieniły się zasady spotkań towarzyskich. Są telefony komórkowe, sms-y, e-maile. Nie przychodzimy odwiedzić nawet najbliższych przyjaciół w biegu, tak po prostu, z odruchu serca i ciekawości, co tam u nich słychać. 

Tak się jakoś “zrobiło”, że trzeba zatelefonować, umówić się,  zapowiedzieć swoja wizytę. Powinniśmy być przygotowani. A to w pewnym sensie zobowiązuje. Obiad, kolacja, może tylko przystawki… Na pewno coś – do kieliszka wina, do koniaczku czy modnych od lat mix- drinków. 

Mój „świąteczny” barek – grudzień 2024

Mamy barki domowe zaopatrzone całkiem nieźle, by nie zdarzyło się, że nasz gość na pytanie: “czego się napijesz?” – odpowie i zaskoczy nas, bo TEGO właśnie nie mamy.. W takim momencie natychmiast nadrabiamy przepraszającym uśmiechem i wyliczanką CO mamy. Mamy też drobne ciasteczka, czekoladki, orzeszki. Wszystko to należy do baru domowego. Dopiero potem zapraszamy na coś więcej do stołu. 

Dziś nie ma żadnego problemu z zapełnieniem lodówki, z przygotowaniem czegoś “na szybko” czy czegoś bardziej wykwintnego na dłuższą wizytę gości.   

Nie jestem “specem” od kulinariów, ale każde zaproszenie gości dodaje mi adrenaliny i wtedy lubię gotować, wymyślać coś nowego, nawet jeśli to tylko przystawki. Sprawia mi to przyjemność, bo to część spotkania, a dla mnie to zawsze ważne i radosne chwile. Uwielbiam domowe obiady rodzinne, drobne przyjęcia z rożnych okazji. Mogę je wymyślać “z tematem” lub bez.  Każda okazja jest dobra! Podobnie wizyty przyjaciół, tych najbliższych i dalszych. 

Lubię małe spotkania, zarówno te domowe jak i w restauracjach, czy gdziekolwiek w innych miejscach – koncert, park, wypad do Kemah po nowe kwiatki do ogródka, czy na zakupy świeżych ryb. Do orientalnego głównie sklepu Phenicia czy do polskiego sklepu. Na lunch naszych “babskich tradycji” czy z rodzinnych okazji. 

Mieszkamy w Houston już 35 lat. To połowa naszego życia. Daleko od Polski, ale wiele razy wracamy tam na wakacje czy z innych ważnych powodów. Zmieniło się nasze życie codzienne i zmieniła się też Polska. Wszędzie jest “inaczej” niż wspomnienia naszej młodości. Nowoczesność, technologia i nowe obyczaje wkroczyły wszędzie! Podróże stały się łatwiejsze, bardziej dostępne dla wszystkich. 

Nie wiem czy umiałabym dzisiaj zliczyć ilu gości “specjalnych” odwiedziło nas w ciągu tych lat…

Pierwsze dziesięć lat naszej amerykańskiej wersji życia nie było łatwe. Każdego dnia ciągnęło nas do nowości i inności, ale mnie osobiście też zżerała tęsknota, nostalgia i myśl o powrocie.  Jakoś mnie było najtrudniej. Może dlatego, że dużo z tego, co lubiłam robić zniknęło z codziennych obowiązków. Gubiłam się długo,  kręciłam wokół zanim znalazłam tutaj swoje miejsce. Zdobyłam nowych przyjaciół, bardzo bujne i ciepłe życie towarzyskie. Teatr Polski, który przynosił mi bardzo dużo radości i satysfakcji. 

Nigdy jednak nie odeszły ode mnie emocje i uczucia do bliskich mi osób w Polsce – w Krakowie, Sosnowcu, Gdańsku czy Sanoku. Każda wizyta wakacyjna to spotkania z nimi. Zawsze radosne, sentymentalne. A przecież wszyscy postarzeliśmy się. Bywa, że trudno złapać dawny kontakt.. 

Ola, Rafał.. było wesoło!

Z Polski – odwiedziła nas kilka razy moja Mama, była naszym pierwszym gościem na dłuższy czas. Aż trudno się przyznać, że mieszkaliśmy w apartamencie, a ona zajmowała wspólny pokój z naszymi dziećmi i bardzo cieszyła się wnukami. 

Przyjechała do nas moja chrześnica Ola na całe wakacje i chrześniak mojego męża. Był kilka razy mój szwagier – sam i z żoną.

Wczesne lata 90-te. Pierwszy przyjazd do Houston Janusza.

Mieliśmy w gościnie bliskie osoby na ślub naszego syna Jacka. Doleciała pewnego lata Ania A, choc tak bardzo boi sie latać samolotami 😉. Byli tu młodzi ludzie, przyjaciele dziecięcych lat naszych dzieci i córka brata mojego męża, Marta.  

W jednej z licznych winiarni – Hill Country

Przylecieli moi teściowe, pierwszy raz oboje. Potem jeszcze raz Teściowa z moją Mamą, razem. 

Mieszkali z nami przez wiele lat przyjaciele, którzy wrócili do Polski na emerytalne lata, ale każdego roku powracali tutaj i zamieszkiwali u nas. Mieli nawet swój pokój, którego nigdy nie nazywaliśmy gościnnym, ale pokojem „Państwa Kolegostwa”😂 . Dopiero niedawno zmieniło się, oni przylatują tu rzadziej i wynajmują już apartament do swobodnej własnej dyspozycji. 

Spacer w pobliżu downtown Houston
Łucja z Kasią i ze mną

Odwiedziła nas wielokrotnie moja najlepsza Przyjaciółka z czasów szkolnych i harcerskich. To były niezapomniane chwile. Dużo podróży, zwiedzania, ale jeszcze więcej wieczornych rozmów, wspomnień, ciepłych i ważnych dla nas chwil. Podobnie, gdy odwiedziła nas Łucja – przyjaciółka wspólnych lat “sosnowieckich” To także była cudna wizyta. Tyle dobrych momentów naszego wspólnego życia znów się w nas obudziło. 

Przyleciała do nas moja ukochana Ciocia, najmłodsza siostra mojej Mamy. Już wtedy była “starszą” Panią. Ale sprawna – w bieganiu, zwiedzaniu, smakowaniu teksańskich przysmaków, piciu Metaxy. Pojawiła się ze swoja córką a moją kuzynką Magdą i jej rodziną. Ileż to wieczorów i nocy przetrawiliśmy na wspomnieniach, opowieściach ze śmiechem i łzami na przemian.  

Ciocia Hania i Magda – w czasie wizyty u naszego syna Jacka i jego żony Christiny.

Jak dobrze czuje się człowiek, który może dzielić się z innymi tym, co ma i co wie. Kiedy może być przewodnikiem po nowych miejscach, pokazać to, co warto w innym kraju zobaczyć.  

Wszystkie te wizyty były bardzo specjalne!  Do każdej przygotowywałam się z radością,  planowaniem i oczekiwaniem na coś wyjątkowego. 

W ciągu tych 35 lat nie gościliśmy tylko nikogo ze strony rodziny mojego jedynego brata. Mam trzech fajnych bratanków i staram się zawsze z nimi spotkać, gdy odwiedzam Polskę. Wiem, że są zajęci, mają rodziny, małe dzieci. Zawsze i niezmiennie zapraszam ich do nas – ale jakoś nie wyszło…  

Tym bardziej jestem szczęśliwa, że po tylu latach mój Brat wyraził chęć przyjazdu tutaj ze swoja żoną. Gdy piszę ten tekst, do przylotu mojego Brata zostało tylko trzy tygodnie, w lutym. 

Nie wiem jak to będzie, bo nie jesteśmy już tak sprawni fizycznie jak kilka, kilkanaście lat temu. Niewiele o nich wiem, choć spotykam mojego Brata w Polsce, ale to zawsze sprowadza się do dwu-trzygodzinnej rozmowy, w restauracji. To na pewno nie to samo co mieszkać ze sobą nawet na czas kilku tygodni. Czy sprostamy ich oczekiwaniom? Czy będzie im się takie życie podobało???  

Mam wspomnienia ze wspólnego mieszkania z Jankiem w jednym pokoju, kiedy byliśmy dziećmi. Kłóciliśmy  się dużo, jak to rodzeństwo, ale też wiedzieliśmy, że nie ma innej opcji mieszkania. 

Wyszłam za mąż i opuściłam rodzinny dom, kiedy mój brat miał 17 lat.  Powiedział wtedy: “Fajnie, nareszcie będę miał swój pokój”🤗 Nie dziwię mu się.

Ta wizyta będzie specjalna.  Może łatwa, przyjazna i ciekawa. Może będzie to egzamin nie tylko “więzów krwi”, ale też przekonanie się, co naprawdę nas łączy. 

Może kiedyś napiszę o tym, jak było. 

Na razie – podobnie jak poprzednio gdy oczekiwałam na wizyty gości, szykuję wszystko co powinno być zrobione, o czym powinno się pomyśleć, gdy specjalni goście wkraczają w twój dom. 

Dłuższe odwiedziny gości bliższych czy mniej znanych osób zawsze są w pewnym sensie niespodzianką. Nie tylko dla nas – gospodarzy, ale też dla wizytujących. Cieszymy się, mamy różne wyobrażenia i wiemy także, że wiele nas zaskoczy. Pozytywnie albo nie… Wydaje się, że potrzeba wzajemnej tolerancji, ale tak naprawdę wystarczy pozytywna aura, ciepłe nastawienie i wzajemny szacunek. 

Już nie zostało nam dużo czasu na tak ważne spotkania. Na spotkania specjalne! Każda chwila bycia razem jest na wagę złota😉.

Na wizyty, które zostaną w pamięci na zawsze. Mam takich wiele w szufladkach moich wspomnień. Mają dla mnie nieocenione znaczenie. Są siłą do życia każdego nowego dnia. ….Bo ja nie jestem samotnikiem. Lubię ludzi, kocham rodzinę i przyjaciół. 

I każdego kolejnego dnia jestem gotowa na kolejną wizytę. 

Nawet jeśli będzie niezapowiedziana… 💖


BACK

2 myśli na temat “Wizyty zwykłe, specjalne i zaskakujące. 

  1. Wizyty – niespodzianki praktycznie przestały istnieć. Przynajmniej w Houston i okolicach. Chęć zrobienia komuś niespodzianki w postaci odwiedzin uniemożliwiona jest przez odległość. Nie mieszkamy w akademikach, gdzie na każdym piętrze, a już niemalże na pewno w tym samym budynku mamy kogoś znajmego i często wiemy, że jest u siebie. Nie mieszkamy w apartamentowcach (to się kiedyś nazywało „blokami”), bo nikt znajomy w tym samym „bloku” nie mieszka, a żeby ich odwiedzić, trzeba znać kody, informację potrzebną dla pracownika ochrony, jakieś inne detale gwarantujące bezpieczeństwo mieszkańców. Podobnie jest z odwiedzinami w osiedlach podwyższonego standartu bezpieczęństwa, pierwszym punktem którego jest brama, kod i tak dalej. Rzadko też ktoś znajomy mieszka tam, gdzie my (w zasięgu 15-20 minut piechotą), a jeśli już, to niekoniecznie są to ludzie na tyle znajomi, że chcielibyśmy ich odwiedzać bez uprzedzenia.

    Pozostaje więc telefon, po którym właściwie już nie ma potrzeby na spotkanie, SMS, e-mail. Kiedy e-mail stał się ogólnie dostępny w środowiskach akademickich, jakże częste były takie wymiany słów: „ …o jak dobrze Cię widzieć, napisz mi e-mail, cześć” i spontaniczność kontaktu na tym się kończyła.

    Nie ma spotkań bez uprzedzenia. I chyba już nie będzie. Co nie znaczy, że nie ma i nie będzie spotkań, odwiedzin i wizyt. I oby ich było jak najwięcej. Jak już się umówimy przez telefon, SMS lub e-mail, to dojedziemy. Usłyszymy: „jak Wy strasznie daleko mieszkacie”, albo powiemy: „jak Wy strasznie daleko mieszkacie”, a potem już jest jak było kiedyś. Fajnie.

    Wacek

    Polubione przez 2 ludzi

Dodaj odpowiedź do Waclaw Mucha Anuluj pisanie odpowiedzi