Piszę… bo muszę!

16 stycznia 2025

Właściwie to nie jest do końca prawdą, bo dziś już wiem, że NIC nie muszę. “Chcę, powinnam, mam obowiązek, lubię, pragnę, czuję, że potrzebuję..” – cała plejada słów, które oddają moją potrzebę pisania. Mogłabym znaleźć jeszcze kilka. Takich, co potrafiłyby oddawać stan moich skłębionych myśli i potrzeb emocjonalnych.


Kiedyś Skaldowie śpiewali: “Śpiewam, bo muszę…” Śpiewać nie umiem, za to gdzieś i z jakiegoś niewiadomego mi powodu, przypomniala mi się ta piosenka, a właściwie jej refren i natknęła mnie myśl, by wyjawić sobie (i innym) dlaczego w ogóle piszę. Dlaczego wpadłam (są tacy, którzy bardzo mi w tym pomogli😂) na pomysł prowadzenia własnego Bloga i dlaczego w takim, a nie innym wydaniu.
Aż sama sobie się dziwię, że takie beztalencie muzyczne ze mnie, a inspiracją do wielu wpisów, pomysłów tematycznych są dla mnie cytaty dawnych piosenek, wierszy czy fajnych przypadkowo zapamiętanych zwrotów.

Koncert Diany Krall w Houston – 2018 r

Już słyszę okrzyki oburzenia!! “Muzyka jest dobra na wszystko”.
Cóż … dla mnie muzyka i jej prawdziwe ciepło i pomoc “mojej głowie” to ta, którą słucham w okresie świątecznym (kolędy polskie i amerykańskie), ulubione przeboje mojej młodości (bardzo wybrane!) i koncerty, na które chodzę – niestety – bardzo rzadko. Nie zauważam, jak inni moi znajomi, muzycznych wydarzeń wokół nas, dlatego często omijają mnie rarytasy, które pewnie by mi się podobały. Lubię koncerty jazzowe, Dianę Krall, Blake’a Sheltona, Keitha Urbana, Adama Levina i podobnych.

Koncert Blake’a Shelton (Rodeo w Houston)

Są ludzie, którzy niemal natychmiast po porannym otworzeniu oczu włączają muzykę, słuchają wiadomości porannych, potrzebują przemawiającego do nich telewizora. A ja lubię ciszę. Muzyka mnie rozprasza, gdy robię coś “intelektualnego”. Czytanie książki, praca w komputerze, rozmowa telefoniczna – z żywym człowiekiem, nie z maszyną!🤗 wymagają ode mnie skupienia. I muzyka mi w tym przeszkadza.

Nie lubię ostrej muzyki. Nie wpływa dobrze na moja psychikę, wręcz drażni mnie. Nie potrafię w muzyce wykrzyczeć emocji i mojego nastroju.
I nie mam nawyku poproszenia “Alexy”, by pomogła mi słuchać takiej muzyki, którą rozumiem. Zbyt rzadko korzystam z takiej możliwości.

Mówię o muzyce, bo dla wielu ludzi to “łatwe hobby” i terapia uspokajająca. Albo terapia otwierająca, pomocna w oczyszczaniu “głowy”, wyrzucająca niepotrzebne złe emocje, nadmiar energii. Wiem, że krzyk, głośne słowa piosenek, ostre dźwięki instrumentów muzycznych są dla wielu ludzi najlepszym lekarstwem na własne JA.

Dla mnie taką rolę spełnia pisanie. O nie, nie jestem pisarką! Nie mam ambicji napisania powieści, wielkiej komunikacji publicznej!! A jednak takie hobby sobie wybrałam, gdy już po wszystkich “trudach” młodości, odchowania i wykształcenia dzieci i małych wnuków, pracowania jak i gdzie się dało – mogłam wreszcie znaleźć czas na moje JA.

Od bardzo dawnych, szkolnych czasów pamiętam, że wolałam wypowiadać się w piśmie niż w bezpośrednim słowie. Lekcje języka polskiego, to dla mnie były najlepsze lekcje w szkole. Pisanie klasówek nigdy nie sprawiało mi problemów. Wypowiedź na środku klasy przed nauczycielem i publiką koleżeńską było już dużo bardziej krępujące i stresujące. Nigdy nie byłam “cichą myszką”, lubiłam ludzi, dyskusje, im bardziej zadziorne tym fajniejsze.
Kiedy inni koledzy mieli problem z wyciśnięciem z siebie dwóch stron na wybrany klasówkowo temat, ja zazwyczaj zdążyłam w czasie dwóch 45- minutowych lekcji (bo zazwyczaj tyle trwały wypracowania z literatury ) napisać 4-5-6 stron. I to całkiem niezłych. Nie miałam zahamowań, zacinań, przestojów. Dobór słów płynął spokojnie i nigdy nie było pustki. Wolne formy, tematy i argumenty – to była gratka!!
Lubiłam wypracowania pisemne! Lubiłam zadania do domu, gdy mój ulubiony nauczyciel dawał temat (czasem dwa do wyboru) i mówił: zbieram kartki za tydzień! (to były kartki A4, czyli duży format).
Wszyscy narzekali, że tak dużo, że tyle trzeba się przygotować do takiego wypracowania – mnie aż iskrzyło w głowie. Byłam podniecona, że to co napiszę zależy tylko ode mnie, że wreszcie w szkole jest to, co naprawdę lubię..
Nie będę wracała do tego, czego NIE lubiłam, co do dziś pamiętam jako koszmar – matematyczne kombinowanie czy oderwane dziwadła fizyki. Żałuję, że od początku szkoły byłam taka “jednostronna”.

Dawno temu, kiedy w Polsce nie było kartek okazjonalnych już z gotowym tekstem, kiedy wszyscy pisaliśmy do siebie listy i widokówki z podróży.. . zrobiłam sama własną ręką kartkę (laurkę) dla mojej Mamy z okazji Dnia Matki. Nie pamiętam ile miałam lat, ale myślę, że gdzieś pomiędzy końcówką szkoły podstawowej a początkiem liceum. Może 13, 14… Główną stronę wykleiłam fragmentami zdjęć z kolorowych czasopism i powstał całkiem ładny “collage”(jak to się dzisiaj “po polsku” mówi). Napisy i tło ładnych kwiatów samodzielnie namalowałam. To też lubię robić i też nie najgorzej mi wychodzi. Za to w środku, zamiast “Miłego dnia” itp. napisałam do Mamy list, a może całkiem długą notkę, może specjalne dla Niej przesłanie. A może po prostu opowiedziałam o tym, co wtedy czułam a czego nie umiałam jej powiedzieć tak zwyczajnie, siedząc obok Niej… Słowa układały się swobodnie, wylewały się prosto z mojego serca na papier.
Mama była wzruszona do łez. Wtedy powiedziała ”… ładnie piszesz”.
To była pierwsza pochwała o moim pisaniu. I tę właśnie zapamiętałam… Długo Mama trzymała tę kartkę w sekretarzyku (zamykanym na malutki kluczyk💝).

Szkoda, że moje literackie i piśmienne (nie mylić z pisarskimi! 🙂) upodobania nie rozwinęły się później, w życiu. Ale tak już często jest – życie to nie bajka… Nie zawsze można mieć wszystko tak, jak się chce. Coś za coś.
Czyli wiadomo, dlaczego mój blog jest “Blogiem Babci” albo inaczej – kobiety po przejściu wszystkich zakrętów z doświadczeniami przeżytych lat.

Stanisław Ignacy Witkiewicz napisał kiedyś: “W sztuce więcej jest wart atom zapału niż góra doświadczenia”. Atom to może nie był, ale gdzieś na progu emerytalnym pojawił się zapał.

Zapał… – a potem już dużo trudnej roboty. Mam świadomość, że pisanie to nie tylko sypanie słowami, które łażą po głowie. W pierwszym podejściu do tekstu tak własnie robię. Rozsypuję myśli ubrane w słowa.

Ale nieco później zaczynam poprawki i widzę jasno, że dla czytającego to może być niezrozumiały „bełkot”. A przynajmniej nie tak jasny przekaz, jak ja bym chciała. Piszę dalej – ale ciągle wracam, czytam, poprawiam, zmieniam…
Najtrudniejszy jest dobór zdjęć. Niewiele ich mam z przeszłości, czasem więc powtarzają się w różnych wpisach, ale nieprzypadkowo. Zazwyczaj to ma kontekst inny niż poprzednio. Teraz, kiedy wszyscy i wszędzie robią zdjęcia nie wydaje się to żadnym problemem. Ale dobrać zdjęcie do czasów sprzed pięćdziesięciu i więcej lat, nie jest prostą sprawą. Oczywiście, znajduję zdjęcia w sieci, w końcu jak to niektórzy mówią – internet MA wszystko i nawet nie trzeba zrobić kroku, by to sprawdzić, „pożyczyć sobie”, dodać dla przypomnienia czy porównania. Wystarczy ruszyć „ myszką” i gotowe.
Trudno mieć współczesne zdjęcie dawnego Fiata 126 czyli „ malucha” czy zdjęcie z polskiego sklepu z mięsem i wędlinami (masarni) z lat 60-tych…
Bywa, że natrafiam w swoich starych zbiorach przywiezionych z rodzinnego domu na rarytasy tamtych czasów. To „kropla w morzu” tego, co bym potrzebowała.
Ale przecież to mój wybór! Taką tematykę sobie wybrałam. Każdy wpis o czymś innym, ale dużo wspomnień, porównań mojego “pierwszego życia” z tym drugim – obecnym.
Dwa światy, oddzielone wielkim morzem. Realia, które mam nadzieję, nigdy się nie spotkają. Dzieciństwo i młodość w biednej komunistycznej Polsce. Mimo wszystko – w Polsce, w której umiałam sobie radzić, śmiać się i uczyć. Miałam normalną rodzinę, nie byłam głodna ani smutna. Byłam szczęśliwa – choć może inaczej…
I życie, które trwa już 35 lat w kraju dobrobytu, ale też solidnej i wyczerpującej pracy.
W miejscu na Ziemi, gdzie znalazłam wielu przyjaciół, którzy stali się moją rodziną. Tutaj mam dorosłe wykształcone i pełne sukcesu dzieci i kochane wnuki.
Zdaję sobie sprawę, że ludzie często oceniają takich jak my bardzo surowo. Bo chcą widzieć w nas brak patriotyzmu, znieczulicę. Zarzucają nam ucieczkę, pazerność na lepsze życie itd…
Nikt jednak nie wie jaki był koszt takich decyzji. To temat na książkę, a ja jak już wspomniałam, książek pisać nie potrafię…
A jeśli chodzi o patriotyzm i tolerancję, to tu spotykam ich znacznie więcej niż w moim „pierwszym życiu”.
Taka ironia losu. 😊

Moje wpisy blogowe są długie. Może za długie. Ale – ci którzy lubią czytać i chcą czytać – przeczytają nawet te długie.
Ci, którzy z zasady NIE czytają – czy to blog, książka czy jakikolwiek artykuł – po prostu czytać nie będą. Może w tym czasie słuchają muzyki? Może malują jakiś obraz albo są na długim spacerze?… Wszystko jest dozwolone, jeśli tego potrzebujemy!

Pamiętam o zasadach – ale też trzymam się swoich własnych..

Nikt nie rodzi się z umiejętnością idealnego pisania. To długi i żmudny proces. Zwłaszcza dla tych, którzy są “fachowcami” czyli stają się prawdziwymi pisarzami.
Pisanie to “wolny” zawód. Zazwyczaj dopóki pisarz nie ma umowy terminowej z wydawnictwem (albo jeszcze nie dostał zaliczki za publikację 🙂) stawia sobie własne określenia czasowe. Własny plan działania i nikt mu w tym nie przeszkadza. Może pisać trzy dni bez wytchnienia i może zrobić sobie kilkutygodniową przerwę.
Pisanie bloga w takiej formie jak ja wybrałam, ma taką zaletę, że nie ma terminów, nie musi pojawić się w określonym dniu, na zaplanowaną godzinę. To, że moje wpisy ukazują się regularnie dwa razy w miesiącu, to jest mój wybór. Nikt mnie nie sprawdza i nikt z tego nie rozlicza. Kiedy zaczęłam prowadzić bloga, moje wpisy publikowałam częściej. Dziś wyregulowałam sobie czas i ustaliłam moje zasady – dla mnie.

Mój blog to tylko pisemna forma łatwego wypowiadania swych potrzeb. Chcę podzielić się z innymi o czym myślę, co pamiętam, co inspiruje mnie do przemyśleń. I co mnie wciąż zaskakuje.
Nie muszę być omnibusem warsztatu pisarskiego. Nie muszę mieć fachowców – redaktorów, kontroli szczegółowej tekstu, przecinków itp. Ale mam zaprzyjaźnionych najbliższych, którzy jeszcze przed opublikowaniem czytają moje wypociny, wrzucają swoje uwagi i poprawki. Niejeden raz dyskutujemy bardzo mocno nad użytym przeze mnie zwrotem, słowem. Zwłaszcza dzisiaj, w dobie “mieszania się języków” jest to często elementem całkiem poważnego językowego spierania się.

Nie mam wrażenia, że piszę, bo jestem w tym dobra. Za to mam absolutne poczucie, że to jest mi potrzebne. I że to lubię.
Miewam długie dni a nawet tygodnie, kiedy nie mam pomysłu na następny wpis. Gdy robię dziesiątki innych rzeczy i nie myślę o pisaniu. A jednak – gdy tylko w głowie coś mi “piszczy” – piszę. Dzięki temu mam zawsze kilka tekstów “do przodu” – bez określonych dat publikacji. Ach! – publikacja to stanowczo przesadzone słowo! Raczej otworzenie tekstu w sieci dla kogokolwiek, kto ma ochotę na niego spojrzeć.

„Kropla” księgozbiorów w moim domu

Czytam pewnie więcej niż przeciętny człowiek, oglądam filmy ze specjalną uwagą na scenariusze. To niewątpliwie pomaga i rozwija czujność językową i szlifuje wypowiadanie się w tekście pisemnym.
Po czterech latach prowadzenia bloga wiem już jak trudno wielu ludziom napisać nawet krotki komentarz. Zwłaszcza, jeśli ma to być upublicznione w sieci.
Wielu moich przyjaciół mówi mi uwagi i komplementy. Jednym zdaniem wskazują, że zaglądnęli, przeczytali albo przynajmniej zauważyli. Ale niewielu pozostawia ślad pisemny w komentarzach. W prywatnych (SMS, rozmowach) przewijają się ich opinie, w tekście pisanym – rzadko…

Cóż – pozostaje mi tylko wierzyć, że pisanie ma jakiś sens i tak jest dobrze. Przede wszystkim – dla mnie. W każdej chwili mogę zmienić wystrój wpisów, tematy, sposoby wypowiedzi. Wszystko jest w mojej głowie, w mojej ręce i piórze (przysłowiowym, bo kto dziś używa pióra czy długopisu??)

Może kiedyś wyciszy się mój blog i przestanie być moim “dzieckiem”. Porzucę go i pójdzie sobie gdzieś własną drogą…
Bo taka już natura ludzka, że nic nie jest na zawsze. Ciągle chcemy próbować czegoś nowego, coś nas przyciąga, pochłania, intryguje, a potem – odchodzi..

A dziś – Piszę.. bo muszę! Dla siebie i od siebie.

**********************************************

Ktoś, kto pewnie kochał Skaldów w młodości tak jak ja, napisał: ” Zdecydowana większość utworów Skaldów to te (prawie wszystkie) najlepsze… Pamiętacie piosenkę o Zielińskiej? O przecudnej wiolonczelistce? O kuligu, co z kopyta rwał? … NO I KTÓRA NAJLEPSZA?😀Były czasy, gdy świat był znacznie piękniejszy… Ratujmy wspomnienia!”

I w ramach ratowania wspomnień, posłuchajmy – „Śpiewam, (piszę🤔) bo muszę”👍 💖


BACK

5 myśli na temat “Piszę… bo muszę!

  1. Obserwuję Twoje pisanie blogu właściwie od samego początku i to z dosyć bliskiej odległości. Myślę, że jeśli musisz dla siebie, to rób to nadal, aż sił starczy. W naszej cywilizacji nie ma chyba czegoś takiego, że nie musimy nic. A to, że musisz pisać, to oprócz tego, że dla siebie, to też dla tych, którzy wiedzą, że piszesz, którzy czytają to, co piszesz, i którzy piszą do Ciebie swoje komentarze. Pewnie chciałabyś, żeby tych wymienionych na końcu było więcej, ale jest jak jest. Wszystko przecież może się zmienić. Kiedy Suni zadzwoniła do mnie ze stacji kosmicznej w grudniu, zadałem jej podobne pytanie – jak to jest, że z planowanej kilkudniowej wyprawy w kosmos została na stacji na ponad pół roku i jak ona sobie z tym radzi? Suni odpowiedziała – jest jak jest.

    Pisz więc, bo są tacy, którzy na to czekają i chcą czytać. Bo pisanie niemal nieodłącznie wiąże się z czytaniem – nie jest tak?

    Wacek

    Polubienie

      1. Lubię czytać Twoje wpisy/posty. Nie zawsze od razu jednym tchem czy ciągiem. Na raty aby zrozumieć lub przypomnieć jak to u mnie było.
        Muzyka pomaga, jest dobra ale nie na wszystko.
        Jeśli chodzi o komentarze. Ludzie czytają lecz …zostawienie komentarza wiąże się z zostawieniem swoich pewnych danych. Jeśli w wpisie zostało wszystko przedstawione i wyjaśnione, to nie ma miejsca na dodanie chociażby jednego słowa/wyrazu. Może się mylę, jeśli tak nie ma ludzi perfekcyjnych.
        Internet jest nieograniczony, każdy znajdzie w nim swoje miejsce. Jeśli mamy chęci i możemy, piszmy. Może jakieś jedno zdanie zamieszczone w wpisie blogowym, pomoże odnaleźć drogę do własnego bloga.

        Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do Marek Anuluj pisanie odpowiedzi