1 stycznia 2025

“Nie lubię poniedziałku!” Każdy z mojego pokolenia pamięta ten tytuł filmu i jego absurdalnie śmieszną historię kilkunastu przypadkowych postaci, których połączył fakt, że wszystkie ich filmowe nieszczęścia zdarzyły się właśnie w poniedziałek..
Włoski przemysłowiec przyjeżdża do Warszawy. Na lotnisku wsiada do niewłaściwego samochodu, co skutkuje lawiną nieporozumień. W pewnym przedszkolu panuje różyczka, tatuś – milicjant kierujący ruchem musi równocześnie opiekować się synkiem, bo żona nie może zwolnić się z pracy. Zaopatrzeniowiec desperacko poszukuje części do kombajnu (bardzo popularna i ważna maszyna z czasów epoki komunistycznej) itd, itp…
To tylko kilka z wielu wątków, które wbiły mi się w pamięć.
To polska komedia (1971) przypadkowych zawirowań, których głównymi bohaterami są Bogdan Łazuka, Jerzy Turek, Halina Kowalska i wielu innych fajnych aktorów tamtych czasów.
Kto z nas nie pamięta fantastycznego momentu, gdy Bogdan Łazuka idzie na wielkim kacu wzdłuż torów trzymając się metalowego pręta, który pozwala mu utrzymać się “w pionie” i powtarza jak mantrę “Nie lubię poniedziałku”. 😃 😂
To już klasyka polskiego kina. To echo wielu podobnych interpretacji tego powiedzonka w kilku innych językach.
Zjawisko niechęci do poniedziałku stało się tematem piosenek, filmów, zabawnych opowiastek. Ułożyło się w głowie niemal każdego z nas, że to “ciężki dzień”. Powstały nawet na ten temat poważne rozważania psychologów, terapeutów, napisano wiele artykułów, w tym takie, które dają nam porady jak zmienić niechęć do poniedziałku.
Biedny poniedziałek! Co on winny, że nasz kalendarz ustawił go na pierwszej pozycji tygodnia!
Pamiętam z własnego doświadczenia, że już w niedzielę wieczorem byłam podenerwowana. Świadomość, że trzeba rano wstać wcześnie i zacząć kierat normalnego życia od “początku” nie była przyjemna. Lubiłam swoją pracę w szkole, lubiłam uczyć i lubiłam moje koleżanki nauczycielki. Nie w tym zamykał się mój “poniedziałkowy problem”. Przez długich kilka lat my nauczyciele mieliśmy konflikt z dyrektorem szkoły i to wcale nie z jednym. Byliśmy młodym gronem nauczycielskim, a dyrektor szkoły (kolejny zresztą też) traktował nas jakby był panem i władcą całego świata. I niestety takie były układy, że DYREKTOR szkoły mógł być władcą panującym… Dlatego przez wiele lat poniedziałkowy powrót do pracy był niezwykle stresującym momentem. Dziś każda z nas mogłaby nazwać to zjawisko “po imieniu” – wtedy – nikt nie miał odwagi odezwać się nawet jednym słowem.
Ci, którzy pamiętają tamte czasy, wiedzą o czym piszę. Młodzi – mam nadzieję – nigdy nie doświadczą takiej przemocy psychicznej w pracy. Doskonale wiem, że przemoc wciąż istnieje, ale tak jawnej i tak bezkarnej już chyba dzisiaj nie ma…
Gdy nastały czasy “Solidarności” dużo w naszej szkole się zmieniło. Byliśmy aktywni, ale dyrektora “na taczkach” nie wywieźliśmy 😜. Za to dość szybko zniknął ze swojego gabinetu a nasza koleżanka (KOBIETA!!) przejęła stery rządów w szkole. I wszystko zaczęło być lepsze, spokojniejsze, dyskusyjne i koleżeńskie. Nie! Nie było łatwo. Ale poniedziałek już nie był taki bolesny..
Stres jednak wciąż się gdzieś pojawiał, bo jak to w życiu – powodów jest tysiąc każdego dnia. Najbardziej niemiło wspominam moment, gdy dzieci były małe i ciągle chorowały – grypa, angina, zapalenie ucha. Odra, świnka, biegunka i znów zaziębienie… I tak w kółko. A najczęściej w niedzielę wieczorem albo jeszcze lepiej – w poniedziałek o 5 rano. Bo jakoś najczęściej taka sceneria wydarzeń wpisywała się w poniedziałek. Stres, bo nie ma komu zostać z dzieckiem, nerwy napięte, bo trzeba dostać się do przychodni, zadzwonić do szkoły (długo nie mieliśmy telefonu w domu, a potem dostaliśmy taki przez centralę osiedlową).

Świadomość, że każda lekcja, na której mnie nie ma zwłaszcza w klasach maturalnych, to zaległości, których nie było łatwo nadrobić. Z drugiej strony – malutkie dziecko z gorączką, spłakane, niewyspane. Kto tego nie znał…
Pamiętam, że gdy zaczęłam uczyć, tydzień pracy wciąż trwał 6 dni. Dopiero zaczynało się coś-nie-coś zmieniać. Najpierw jedna sobota wolna w miesiącu, potem dwie… Dziś coraz więcej ludzi pracuje cztery dni w tygodniu. Różnie to wygląda, w zależności co robimy w życiu i gdzie pracujemy.
Myślę, że w wielu zawodach wydajność pracy była tak mała, że ilość dni nie miala specjalnego znaczenia. W sklepach z pustymi półkami cóż miały robić sprzedawczynie? Na budowach brakowało materiałów, przestoje trwały całymi dniami. Co miał zrobić prosty robotnik?…
Było tyle anormalności, że trudno dziś komukolwiek w to uwierzyć.
Statystyki i analizy wykazują, że w poniedziałek mamy mniej energii – po przyjemnym i “wyczerpującym “ weekendzie. Psychicznie dopiero dochodzimy do siebie, by przestawić się na owocne i wytężone działanie. W poniedziałki nie lubimy podejmować ważnych decyzji, od poniedziałku będzie padać deszcz, w poniedziałek zaczynają działać nowe zarządzenia, w poniedziałek mamy poczucie, jakby nasza “wolność weekendowa” znów się skończyła… itd. i tak dalej… zawsze jakaś przeszkoda, jakiś wykręt…
Podobno środa jest najbardziej efektywnym dniem, ale kto to naprawdę wie?
Ludzie lubią piątki, bo już następuje rozluźnienie psychiczne i przygotowanie się do wolnych dni. Piątkowy wieczór to najbardziej oblegany czas w restauracjach, klubach, spotkaniach towarzyskich. Nareszcie można się wyłączyć z pędu całego tygodnia. Spotkałam się z opinią, że piątek to jedyny dzień tygodnia, gdy nasz nastrój jest zdecydowanie lepszy niż w inne dni tygodnia. Ale tak naprawdę czy to wtorek, środa czy czwartek – wahania nastrojów są podobno mniej więcej na takim samym poziomie. Swoją drogą chciałabym wiedzieć jak to można zbadać, bym mogła w to uwierzyć. 😀
A jak czuję teraz? Czy nadal nie lubię poniedziałków? Przecież dawno już nie mam powodów, by nie lubić pierwszego dnia tygodnia.
Tak, lubię poniedziałek. Tak samo jak środę czy sobotę. Nie mam już “Syndromu niedzielnej nocy” czyli “Sunday Night Blues”.
Nie muszę się denerwować co jutro nastąpi, nie dopada mnie smutek, rozdrażnienie, niepokój, o czym muszę pamiętać na cały nowy tydzień. Jestem emerytką, więc chciałabym zaczynać każdy dzień – od dobrej kawy, od miłego słowa, od nowych przyjemnych pomysłów.
Poniedziałek czy inny dzień.. Cz.asami nawet nie rozróżniam ich, dopóki nie muszę sprawdzać kalendarza. Zapominam, że tydzień ma weekend. Mogę przecież mieć piątek codziennie.
I wtedy… żal mi, że nie czekam nerwowo na poniedziałek, że piątek to tak samo jak czwartek i niedziela.
Gdybym to wszystko wiedziała kiedyś, może wymyśliłabym sobie sposób na polubienie biednego odrzucanego poniedziałku. Zaproponowałabym sobie nową nazwę dla poniedziałku – np. Dzień uśmiechu, albo Dzień dobrego słowa, albo Dzień życiowych nowości 🤔. To przecież wszystko ustawia się w naszej głowie.
To od nas zależy jaki będzie nasz poniedziałek.
Naród żydowski stworzył kalendarz, który zaczyna się od niedzieli. Zatem poniedziałek nie może być tym “najtrudniejszym” dniem tygodnia. Czy jest nim niedziela? Warto to sprawdzić. 🤔
A tak w ogóle to niedziela powinna być pierwsza w tygodniu. Jeśli popatrzymy na polskie nazwy dni , to poniedziałek jest dniem, który następuje po-niedzieli.
A wtorek jest “wtórym” czy drugim dniem po niedzieli. Coś mi tam świta z zajęć uniwersyteckich z języka i gramatyki historycznej… Chyba wtóry znaczyło w prasłowiańskim drugi – vtoru?! Dalej idąc taką językową droga dedukcji – środa to środek tygodnia. Dalej już nie pamiętam, nie wiem. Może czwartek od słowa czwarty?
Etymologia nazw jest bardzo ciekawą częścią językoznawstwa. Zwłaszcza, gdy zaczynamy porównywać podobne języki. Niezbyt wiele pamiętam z czasów studiów (oj, wiele wody upłynęło w Wiśle od tamtych dni), ale bywa, że ciekawostki umiem sobie przypomnieć.
Przecież język i nazewnictwo to umowna dziedzina. Pochodzenie wielu nazw da się logicznie wytłumaczyć, inne słowa po prostu zapożyczono z innych języków, wymyślono.
Poniedziałek – ma też swoje określenia, które wpisały się już na stałe do naszego polskiego słownika. “Lany poniedziałek” albo “oblewany poniedziałek” to ten jeden w roku – poniedziałek wielkanocny. Daty tego poniedziałku są różne, bo Wielkanoc to święto ruchome. Ale tylko ten jeden ma swoją specjalną nazwę. No i własną oblewaną tradycję. 😜
“Szewski poniedziałek” – podobno kiedyś szewcom przypisywano największą skłonność do hulanek i nadużywania trunków alkoholowych w niedziele.
A potem w poniedziałek ciężko było cokolwiek robić, pracować z zapałem i wydajnością. Łącząc to ze społeczną niechęcią do pracy w pierwszy dzień tygodnia – powstała nazwa owego nastroju – “szewski…” Coś mi się z tym kojarzy z dzieciństwa – chyba w ukochanej książce tamtych czasów “Dzieci z Bullerbyn” (czytałam ją nawet kilka lat temu moim wnukom i wciąż stoi na mojej półce 😃) postać szewca, wiecznie pijanego. Może i jest to stereotyp, ale takie właśnie trzymają się mocno i na długo siedzą nam w głowie.
Nie mam szewskich poniedziałków, ale nie przysięgnę, że mi się taki nie zdarzył w życiu 😃. Nie utrzymujemy już w domu tradycji lanych poniedziałków, bo w USA w poniedziałek wielkanocny ludzie po prostu idą do pracy.
Nie patrzę na kalendarz i nie narzekam na poniedziałki. Lubię każdy dzień, który jest miły, zdrowy, szczęśliwy. Chwalę poniedziałek, że zaczyna się nowy dzień, że przynosi mi nadzieję na kolejny tydzień.
Ale tego wszystkiego uczyłam się długo. Na tych samych błędach, na negatywnych poniedziałkowych odczuciach. Przeżywałam takie same emocje jak wszyscy inni.
Dzisiaj – bogatsza o doświadczenia i przemyślenia – od poniedziałku zaczynając a na “Sunday Night Blues” kończąc – proponuję, by polubić poniedziałki! Dać wszystkim poniedziałkom dobrą energię, uśmiech na początek tygodnia, radość, że coś się nowego zaczyna!
Nie bójmy się poniedziałków, one wcale nie są takie złe, jak niesie społeczna legenda.
Ja – po prostu – LUBIĘ PONIEDZIAŁKI !





No, NO!! zadanie odrobione w dwustu procentach! uzupełnione bardzo naukowo i filozoficznie!
Dobra robota! Ostatnio czytałam pewną książkę (kryminalną) gdzie śledztwo nad rozwiązaniem sprawy morderstw opierało sie na kalendarzu, znajomości astrologii i to właśnie okazało się kluczem do zagadki. Czyli – istnieją ludzi dla których taki temat jest ważny. Inni żyją z dnia na dzień i nie bardzo przywiązują uwagę do tego jaki dzisiaj jest dzień i czy naprawdę jest to dla nas istotne.. Ale – czasem fajnie „złapać” takie rozważania i myśli, które przecież są w naszej głowie i domagają sie uwagi czy odpowiedzi na pytania.
PolubieniePolubienie
Przeczytałem ten noworoczny wpis kilka razy i uświadomiłem sobie, że nie obejdzie się tu bez bliższego zainteresowania się strukturą tygodnia w różnych kulturach i językach. Wyraźnie rzucają się w oczy dwie rzeczy, które w różnych kalendarzach warte są zastanowienia. Otóż systemy są zasadniczo dwa – jeden, że tydzień zaczyna się od niedzieli (na przykład angielski), a drugi, że od poniedziałku (na przykład polski). To jedno. A drugie – dlaczego środa jest środkowym dniem tygodnia? Tydzień ma siedem dni, to jest bezsporne, więc środkowym dniem powinien być dzień czwarty. Czyli w kalendarzu angielskim powinien to być Wednesday (środa), a w polskim, rosyjskim i innych słowiańskich, w kalendarzach krajów, które przyjęły rezolucję ONZ o strukturze tygodnia, w tym niemieckim, należałoby zamienić środę z czwartkiem, i resztę zostawić jak jest. Byłoby to chyba ogromne zamieszanie, ale skoro Niemcy zgodzili się na przejęcie ukochanej, wręcz symbolicznej marki przez euro, a Europa na zmianę nakrętek plastikowych na butelkach na nieoddzielające się od reszty butelki, to może i to przeszłoby za jednym pociągnięciem pióra.
W kalendarzu hebrajskim dni tygodnia oznaczają ich liczbową kolejność, więc niedziela jest pierwsza, a czwartek czwarty. Nie ma problemu. W języku angielskim nie ma numeracji, nazwy dni tygodnia pochodzą od Słońca, Księżyca i planet, tak że po Sunday (Słońce) i Monday (Księżyc) mamy dzień Marsa – Tuesday (ze staroangielskiego Tiu), a kolejnym, tak się zdarza, że czwartym dniem jest Wednesday, dzień Merkurego, z mitologii nordyckiej Woden. Więc czy Woden jest czwarty, trzeci czy piąty – właściwie nie ma znaczenia, niech będzie czwarty.
Kalendarz niemiecki podporządkował się ONZ-owi, ale środek (Mittwoch) nie jest w środku. No i w słowiańskich językach, niezależnie od ONZ-u, środa nie jest w środku również. Jako nauczyciel rosyjskiego próbowałem tłumaczyć mojej młodzieży, wychowanej w stu procentach na pięciodniowym tygodniu pracy, że środa (среда) jest w środku tygodnia pracy i to jakoś wystarczało, ale sam byłem mało przekonany. Ciekawe, że poniedziałek, który w języku polskim jest po niedzieli, czyli po dniu, w którym się nie dzieje, innymi słowami nie pracuje, to w języku rosyjskim понедельник jest po неделя (tydzień), czyli po prostu rozpoczyna nowy tydzień. Ale reszta jest podobna.
I tak, ucząc rosyjskiego uczyłem, co oczywiste, nazw dni tygodnia. W wielu podręcznikach w tej sekcji były ćwiczenia o tym, jakie lubimy dni tygodnia, a w zaawansowanej grupie nawet, dlaczego lubimy i nie lubimy. Ja zawsze mówiłem, że najbardziej lubię czwartek, bo po czwartku jest już tylko piątek, a potem, po pracy, już zaczyna się i trwa, trwa, trwa weekend. To tak jak z tym dowcipem, kiedy zapytano mieszkańca Czukotki, jak tam się żyje w tej zimnicy, a on odpowiedział, że nie ma problemu, bo zima trwa tylko jedenaście miesięcy, a potem jest już cały czas lato.
I tym zimowym akcentem kończę mój komentarz na temat dni tygodnia.
Wacek
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Wacus ! Please !
PolubieniePolubione przez 1 osoba