16 grudnia 2024
Rok 1990.
Życie rzuciło nas do Houston. Już kilka razy w swoim blogu o tym pisałam ale zawsze to wspomnienie prowadzi mnie do innej historii. Niewiele wiedziałam o tym amerykańskim mieście. Może tylko to, że tam dzieją się ważne sprawy związane z podróżami w przestrzeń kosmiczną. Nie jestem pewna czy wiedziałam już wtedy jaka jest różnica pomiędzy kosmonautą a astronautą. A może po prostu nie interesowałam się jeszcze tym tematem?
Przyjechaliśmy tylko “na chwilę”. Miałam nadzieję na “roczne wakacje”, spełnienie marzenia mojego męża na pracę w amerykańskim uniwersytecie i szansę na nauczenie się przez dzieci trochę prawdziwego języka angielskiego. Dla siebie planowałam prawdziwe wakacje.
Jak to w życiu bywa – zamiary i wizje szybko się zmieniły. Już po kilku tygodniach czułam się okropnie zostając sama w domu. Jeden samochód nie ułatwiał poruszania się po wielkim mieście, zważywszy na fakt, że samochód w Houston to jak para butów. Jak go nie masz i nie jeździsz samodzielnie, to twoje istnienie i funkcjonowanie na co dzień jest uzależnione od innych, a tego nigdy nie lubiłam. Nigdy też nie byłam w takiej sytuacji.
Nie znałam języka, czułam się zagubiona, miałam energię, ale żadnych pomysłów co ze sobą zrobić… Uratowali mnie nowi amerykańscy znajomi.
Ellen pracowała w firmie Ambassador Greetings Cards. Po dwóch miesiącach miałam już tymczasowe pozwolenie na pracę. To właśnie ona wymyśliła i zaproponowała mi pracę w dużej amerykańskiej firmie, której maleńką cząstką był niemal każdy sklep spożywczy w Houston i w wielu innych miastach i miasteczkach.
Moja pierwsza praca – trzy razy w tygodniu, po kilka godzin.
Proszę sobie wyobrazić – Polka, która w wielkim mieście amerykańskim jest dopiero dwa, może trzy miesiące. Z angielskim nie miałam nigdy wcześniej do czynienia, zaczynałam dopiero łapać pierwsze słowa. Bałam się ludzi, bo ciągle mnie o coś pytali…
A ja – miałam tylko (!!) przyjść do wyznaczonych mi sklepów, założyć niebieski fartuszek z logo firmy i dokładać kartki „okazyjne” na półki w wyznaczonych miejscach. Dużo? wydaje się, że NIC. Każdy by to potrafił! Przecież to żadne cuda – rozpoznać obrazki, porównać napisy, wielkości kartek..
O naiwności ludzka! Byłam wychowana w Polsce, w systemie, w którym ciągle czegoś brakowało, wszystko było szare i bure, żadnej motywacji do konkurencji.
Aż tu nagle – pozornie zwykłe kartki na różnego rodzaju okazje, jakich ludzie setki wysyłali do znajomych i rodziny… Te KARTKI otworzyły przede mną nową wizję i wiedzę, że wszystko może być ładne, uporządkowane logicznie i – potrzebne. Już w pierwszej rozmowie, przy której mój mąż był tłumaczem, bo pewnie niewiele bym z tak obszernej wiedzy „o systemie kartek okazyjnych” nie złapała, zorientowałam się, że to nie takie proste 😀.
Wtedy myślałam – przyjadę, otworzę pudła, dołożę w brakujących miejscach kartki i pojadę do domu..
A tu szok! Istniał (dla mnie wtedy – skomplikowany🤗) system zamawiania kartek, elektronicznie, przez specjalną maszynkę, która wtedy wyglądała mniej więcej jak stare maszynki do kart kredytowych. Trzeba było się tego dobrze nauczyć, co zważywszy na stan mojego angielskiego było niemałym wyczynem. Każda kartka musiała być w odpowiedniej przegródce, które zmieniały się w zależności od sezonu, specjalnych okazji, i całej oprawy graficznej i dekoracyjnej, bardzo często zmienianej ściśle według instrukcji.
Na tyłach kartek były (wciąż są!) karteczki z kodem, w którym ukryte były informacje – ile kartek, do którego sklepu, jaki temat itd. To trzeba było zeskanować również w tej małej maszynce. Ustawić kolorowe napisy, podkłady, tekturowe półki itp. Wszystko wymierzone, składające się w zaprojektowaną „przez kogoś” kto pomyślał o wszystkim, by cały obraz „departamentu kartkowego” był przejrzysty, łatwy w wyborze dla klienta, estetyczny.
Moja pierwsza praca amerykańska nauczyła mnie szybko jak wyglądają zasady marketingu i dobrej reklamy. Lepiej nie mogłam trafić! Pozornie prosta robota, a okazała się pouczająca i całkiem interesująca…
Od tego momentu na wszystko co było w sklepach, co można kupić, dokonać wyboru, porównać – zaczęłam patrzeć zupełnie inaczej.
Nie było to trudne, bo żyjąc w nowych warunkach zupełnie naturalnie uczymy się nowości. Zwłaszcza, gdy jesteśmy młodzi i mamy wiele energii, by próbować wciąż czegoś nowego.
Później przyszły zupełnie inne doświadczenia – jak tworzyć marketing na potrzeby konkretnego miejsca pracy? Co znaczy dobra reklama, by funkcjonować lepiej i sprawniej?
I nie mówię tu o reklamie towarów w sklepach. Myślę o marketingu w medycznych instytucjach, w podróżowaniu, w mediach i w każdej innej dziedzinie, która wymaga od nas przemyśleń, porównań, głębszego rozeznania się w temacie.
Kiedy zaczęłam pracować w klinice mojej Córki (Smiles For Kids, czyli pełna opieka dentystyczna dla dzieci i młodzieży) było to małe dość nieciekawe miejsce w budynku zajmowanym przez lekarzy różnych specjalizacji. Takich miejsc jest tysiące w Houston.
Moja córka, wtedy świeżo upieczony lekarz dentysta- pediatra natychmiast uruchomiła całą swoją wiedzę i energię, by stworzyć bazę marketingową i w krótkim tempie zyskać nowych pacjentów, poznać “starych” – tych którzy już wraz z zakupieniem przez nią tego miejsca stali się także jej pacjentami.
Niemal błyskawicznie nasze drzwi otworzyły się szeroko, a po roku czy dwóch podwoiła się liczba pacjentów, a potem urosła do poczwórnej i więcej.
Dziś po 19 latach pracy dr. Kasia ma dwa wspaniałe miejsca w prestiżowych rejonach miasta, z ponad 25 stałymi pracownikami. Miejsca pracy pięknie wyposażone, kolorowe przyciągające “oko” rodziców, zaprzyjaźnione z dziećmi i młodzieżą.
Obie kliniki pracują pełną parą i to nie tylko w sensie opieki medycznej nad “ząbkami młodych” i związanymi z tym problemami.
Dopiero, gdy życie rzuciło mnie do pracy w takim miejscu, zrozumiałam, dlaczego w Polsce NIE lubiliśmy dentystów, dlaczego każde wspomnienie leczenia (nie tylko dentystycznego) wspominam jako traumę dziecięcych i mlodzieńczych lat.
Pojęłam, że być dobrym lekarzem, to dopiero połowa sukcesu, choć niewątpliwie w sensie medycznym to priorytetowy cel.
Drugą częścią sukcesu jest marketing. Pomijam już fakt, że reklama (w końcu tylko mała cząstka marketingowej platformy) w moich czasach nie była istotna dla nas – klientów czy pacjentów. Nie mieliśmy szans na wybory. Rejonowa szkoła była przypisana do miejsca zamieszkania, nie zastanawialiśmy się czy iść do tego lekarza czy do innego. No, chyba że prywatnie (bardzo rzadko!) ale jak wiadomo wiele spraw prywatnie nie dało się załatwić. Można było “załatwić” prywatne miejsce w szpitalu (“łapówki” a jeszcze lepiej – znajomości pracowały na wysokich obrotach😉). Miejsce w klinice czy szpitalu miało się “z przydziału”, lekarza również. I często codziennie zmieniały się twarze kolejnych lekarzy zajmujących się naszym przypadkiem. Bywało, że spotykali nas tylko jeden raz. Jak więc mogłaby wytworzyć się solidna więź pacjenta z lekarzem, wiedza o naszej chorobie. Jaki mogliśmy mieć wpływ na rozmowę, na wybór leczenia?…
Podobnie w sklepach – niemal takie same towary, te same ceny. Żadnej logicznej i przyciągającej klienta konkurencji. To w sposób naturalny zniechęcało do „wysilania się” by ktoś/coś było lepsze niż gdzie indziej. A równocześnie – rosły apetyty na „inność”. Marzenia o zmianach.
Aż tu nagle, tu w Houston – okazało się, że pacjent może wybrać sobie lekarza, miejsce, rodzaj opieki itd. Może rozmawiać z lekarzem i mieć wpływ na medyczne decyzje. Wybór – konkurencja.
Trzeba się starać, żeby pacjent, klient polubił miejsce, do którego chce przychodzić, żeby się leczył, chciał być własnie tutaj! Trzeba wytworzyć specjalną więź, by dziecko polubiło swojego dentystę, dentysta poznał swojego małego pacjenta i jeszcze rodzic lubił te regularne wizyty. A to wszystko wskazuje na wielką pracę, by te zależności zaistniały. Siła marketingu jest wielka!!



Coroczna akcja „odkupywania” cukierków po Halloween! zawsze bardzo udana. Fragment naszej dekoracji świątecznej – reklamującej na bombkach przyjazne twarze pracowników. Zdjęcie 3-cie: jedna z wielu akcji szkoleniowych pomocnych w szukaniu i realizowaniu pomysłów marketingowych
Wiele lat wytężonej pracy całego zespołu – pogadanki z dziećmi w przedszkolach i szkołach, festiwale szkolne, gdzie zawsze byliśmy i jesteśmy obecni. Kontrakty reklamowe i marketingowe z innymi lekarzami, którzy mogą z nami współpracować (pediatrzy, dentyści innych specjalizacji, specjalistyczne gabinety innych terapii dla dzieci itp). Okazje i pomysły co możemy dać, pokazać i czym przyciągnąć dzieci i ich rodziców. Każdy nowy pacjent na pierwszej wizycie otrzymuje małą nagrodę, jakąś zabaweczkę adekwatną do wieku. Młodzież – bilet do kina, kartę prezentową do sklepu ze zdrowymi koktajlami, do sklepów, które młodzież lubi, do Starbucks. No i ciągle trzeba wymyślać coś nowego, bo jeden rodzaj “nagrody” nie jest dany na zawsze..
Miesięczne konkursy dla dzieci. „Wybierz imię a maskotka będzie twoja!👍 SFK sponsoruje wiele akcji społecznych, biegów i festiwali poza kliniką.
Dla rodziców też znajdzie się coś fajnego. Jeśli nas zareklamują dalej – losujemy raz w miesiącu kartę prezentową do restauracji.
Dziecko, z okazji swoich urodzin w danym miesiącu ma szansę być wylosowanym, by jego dentysta był sponsorem party urodzinowego.
Raz w roku urządzamy wielki otwarty dzień przyjaźni dla wszystkich pacjentów – w dużym kinie przez godzinę czy dwie urządzamy gry, zabawy, konkursy, malowanie wzorków i “tatuaży” dla dzieci, balony i nagrody specjalne. Potem wszyscy wraz z rodzicami i pacjentami jedzą ogromne ilości pizzy (bo cóż by innego!!) i drinków – bezalkoholowych i zdrowych dla ząbków!! No i wspólne oglądanie filmu. Od lat każdego roku, zazwyczaj na początku jesieni cała niedziela jest świętem i spotkaniem, tym razem NIE medycznym.
Dla naszych dorosłych przyjaciół i partnerów także mamy taki dzień. To duże otwarte spotkanie zazwyczaj w restauracji (ale bywały i inne miejsca) gdzie każdy lekarz, pracownik zaprzyjaźnionych miejsc, pracownicy firm medycznych i wiele innych osób bliskich nam „biznesowo” mają okazję spotkać się, pogadać, a nasz doktor i cały zespół pracowników może podziękować za współpracę i przyjaźń.


Bo w ten sposób wzajemnie pomagamy sobie w biznesie. Tak powinna funkcjonować biznesowa przyjaźń. Jesteśmy sobie wzajemnie potrzebni, wspieramy się i doceniamy.
Marketing to nieustająca machina nowych pomysłów, kontaktów, wymiany doświadczeń, produktów i informacji. To także zdrowa konkurencja.
To uśmiech dla każdego pacjenta, w każdej sytuacji. Praca, w której pacjent i jego rodzice czują, że zawsze są najważniejsi i że cały zespół pracowników jest tylko dla nich.

Gdyby przełożyć to na zapamiętany przeze mnie obrazek reklamowy w dawnej Polsce, można by uznać, że to za czasów komuny było ZERO reklamy. Widzę te wystawy, w których były rzucone byle jak buty, jakieś sukienki nawet nie zawieszone, tylko położone na płasko. Jakieś majtki i pończochy czy rajstopy w paczce…
Na budynkach ledwo widoczne blaszane tablice z nazwą miejsca medycznego czy urzędu. Żadnej zachęty, żadnego elementu, który przyciągałby oko klienta. Nawet nie istniało coś takiego jak LOGO…
Nigdy też nie przypominam sobie miłej rozmowy, która by zachęcała do wizyty, która pomogłaby w decyzji ważnego wyboru. Podobnie w sklepach – panie ekspedientki czekały (zazwyczaj niecierpliwie) aż klient skończy się zastanawiać (nie daj Boże – przymierzać!). A potem – spakowanie towaru, także w byle jaką torbę albo bez opakowania. Wrzucaliśmy do własnych siatek (nie wiem czy ktoś to jeszcze pamięta??) czy toreb i płaciliśmy. A i tak byliśmy szczęśliwi, że udało się na coś fajnego trafić..
Dopiero podróże na Zachód otworzyły mi oczy, że może być INACZEJ.
Marketing to dziś wielki i ważny dział zaistnienia każdego rodzaju działalności. Chcesz kupić nowe auto – masz tysiąc możliwości i każdy sprzedający samochody będzie cię przekonywał, że to, co on oferuje jest NAJlepsze, NAJtańsze, NAJpiękniejsze samochody i w ogóle naj naj naj!!!
Dziś już nigdzie takie działania nikogo nie zaskakują ani nie dziwią. Po prostu – tak pracuje biznes. Każdej kategorii.




1. To juz dzisiejsze reklamy na ulicach.. Warszawy! 2. Reklama McDonalda – przyciąga wzrok czerwony symbol na szarym tle. 3. Wielki billboard na głównej ulicy w Buenos Aires reklamujący nowy film „Dwóch Papieży” 4. Wielki mural zachęcający wszystkich do gry w piłkę nożną w jednym z klubów tegoż Buenos Aires
Jestem z pokolenia, które tych wszystkich zmian musiało nauczyć się w przyspieszonym tempie. Zmiany dokonywały się na naszych oczach i na naszej “skórze”. Dla młodego człowieka marketing, reklama po prostu – SĄ.
Dla mnie to była wielka szkoła zmian, uczenie się nieznanego mi sposobu na istnienie. W świecie relacji producent – klient – pacjent – uczeń. Od powstania, badań rynku, poprzez rozwój strategii, zmian ceny, miejsc – do zachęty, sprzedaży i przede wszystkim satysfakcji i radości wyboru.
Marketing i reklama, zgrany duet królujący od nowego pomysłu do sprzedaży produktu. Obojętnie czym i kim ten produkt jest. I dziesiątki narzędzi jakie mamy do dyspozycji, by swój cel osiągnąć. Video, blogi, poradniki, podcasty, wszelkie social media, obrazy, billboardy, przesyłanie e-maili reklamowych, rozmowy i wywiady… i nieoceniony i wszechwiedzący Google.
Zapewne lista może się wydłużać 😀.
Doskonale rozumiem, że moje wywody “emerytki” z Polski mogą wydawać się banalne i niewarte aż takich rozważań. Dla mnie to jednak kawałek życia, w którym uczyłam się od nowa czegoś, co w moim dzieciństwie i młodości nie istniało.
“Tu zaszła zmiana w polu mojego widzenia” – w moich wspomnieniach o przeszłości często wracam do cytatu, który jest tytułem opowiadania Marii Dąbrowskiej. Motyw zmian powraca, chociaż w zupełnie innym sensie.
A ja – po latach życiowego treningu, wchłaniania i uczenia się nowości, wciąż jestem pełna zachwytu, że taka potężna machina kręci się i ciągle mnie zadziwia. Ludzka pomysłowość nie ma granic.
Tak tak – zdaję sobie sprawę, że czasami ta idealnie pracująca sfera marketingowa bywa… nieuczciwa, zachłanna, niesprawiedliwa. Ale – nie zawsze.
Cóż – nie ma rzeczy czy zjawisk idealnych. O tym też wiem od dawna. Ale i tak marketingowa wiedza to dla mnie zjawisko, o którym warto pogadać na moim blogu.







Bardzo mnie cieszy ta wymiana korespondencji między Paniami – tej najbardziej aktywnej w publikowaniu swoich komentarzy Pani z Ogryzka Życia i Małgosi. Oby takich wymian było jak najwięcej. Myślę, że wpisałyście się tu do innego tematu niż marketing, ale może jest to też chwyt marketingowy. Takie lub inne – byle kontakty trwały.
Mam mało do powiedzenia na temat marketingu. Właściwie, to pochwały dla Doktor Kasi, która zapanowała nad tą sferą prowadzenia biznesu w sposób wzorowy.
Kiedyś próbowałem tutaj otworzyć swój własny biznes, polegający na rozprowadzaniu nawilżanych chusteczek higienicznych w miejscach, w których takie produkty są najbardziej potrzebne, czyli w restauracjach, barach, zakladach produkcyjnych, siłowniach i innych temu podobnych lokalizacjach. Gdy Kasia usłyszała o tym, natychmiast przystąpiła do akcji marketingowej. W ciągu kilku chwil powstały pomysły, zdjęcia, folder reklamowy, wzorce do bezpłatnego rozdawania, i opracowanie kierunków działania. Kasia nie mogła już pójść dalej, reszta miała należeć do mnie. Niestety, nie poradziłem sobie, ale do dzisiaj wspominam jej wspaniałą akcję i energię, z jaką się do tego zabrała. Dlatego też jej własna działalność na polu dentystycznym ma taki rozmach i sukces, no i nie jest to bez udziału Małgosi. Pięknie moje Panie działają.
Wacek
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Nie wiem jak to robi WordPress, ale te odpowiedzi na komentarze (według mnie!) powinni pokazywać sie zaraz pod odpowiedzią. A ułożone są jakoś nie po kolei. Myślę, ze czytający je musi się trochę nagłówkować, żeby odczytać prawidłową kolejność. A może ja coś powinnam wiedzieć, do czego jeszcze nie doszłam..?
Marketing to taka sfera działania która cały czas jest w ruchu i nieustająco się zmienia. Nie można „osiąść na laurach” bo „juz się coś zrobiło” Codziennie trzeba mieć nowy pomysł, oczy i uszy otwarte. I trzeba być bardzo kreatywnym i próbować wciąż czegoś nowego. Nie dziwi mnie, ze marketing, wszelkie reklamy tak często zmieniają swoje oblicze, szczególnie dzisiaj przy tak dużej konkurencji.
Nawet kiedy organizujemy pozornie drobne prywatne (jak to mówią – po polsku – events) np. spotkania, party.. jeśli wymyślimy dla nich jakiś temat, dodamy szczyptę zabaw, gier, zgadywanek – wydarzenie przejdzie w pamięci obecnych tam jako cos innego specjalnego. A to po prostu za sprawą dodania „marketingowych chwytów”. Inwencja i pomysły sa na wagę złota😃
PolubieniePolubienie
Może jak remont skończę, ale wiosna przyjdzie i tulipany 🌷 trzeba sadzić. Jeszcze praca zawodowa. Brakuje mi wciąż czasu.
Ale fajnie, że masz na papierze. Na pewno miła pamiątka.
Co do mnie to pierwsze lata 2005 i późniejsze mam wydrukowane ale nawet nie zaglądam. Wpięte w segregatorach.
Może kiedyś ale nie teraz, pomyślę o tym.
Pozdrawiam
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Nie, pisać to mogę na blogu to niezobowiązujące. Książka …to jest odpowiedzialność i ogrom pracy.
Ale…. Ty mogłabyś. Chętnie bym przeczytała.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Ja myślę tak samo jak ty!
Ale – mój mąż i nieoceniona przyjaciółka uznali, ze blog tez może być książka i jako niespodziankę na moje (równe „starcze”🤣) urodziny – „wyprodukowali książkę „Malgośka mówią mi..” tom pierwszy 2021. A kilka dni temu „Mikołaj’ dotarł do mnie z trzecim tomem (2023)
Są fajnie zrobione i tyle ze fotografie nie są kolorowe i są tylko odnośniki do muzycznych wtrąceń. Tom trzeci jest poszerzony o komentarze (także twoje). Ale zawsze można sprawdzić kolor i piosenki w blogowej sieci.
Wyglądają bardzo pięknie bo mam świetną „Team wydawców”!!
Coś o tym niedługo napiszę..
czyli – może cie to zainspiruje! 😃
PolubieniePolubienie
Skąd ja to znam? Tak Małgosiu, możemy książkę napisać o stawianiu pierwszych kroków na ziemi amerykańskiej.
PolubieniePolubione przez 1 osoba
No to trzeba pisać ! Kiedyś to będzie ogromny zbiór dokumentów o tym „jak drugie zaczęłyśmy (zaczęliśmy wszyscy tutaj) życie” Cenne – dla naszych dzieci, wnuków a może dla takich co tez drugą szansę złapią..😃
PolubieniePolubienie