1 grudnia 2024
Myślę o Grudniu. Właśnie zbliżamy się do ostatniego kalendarzowego miesiąca roku 2024. I zanim pomyślę zwyczajowo o Świętach Bożego Narodzenia, o dekoracjach, kolorowych światełkach, o zakupach prezentowych, o zimie która naprawdę już nadejdzie… O świątecznych pierniczkach, kapuście z grzybami – o tym wszystkim, co na myśl przypływa wraz z nastaniem grudnia – popatrzę na ten miesiąc inaczej.
Zatrzymam się w biegu, zmienię rytm corocznych przygotowań.
Grudzień to ostatni, dwunasty miesiąc, który coś zamyka, ale równocześnie przygotowuje nas na otwarcie nowego roku, na kolejne dwanaście miesięcy. To czas, w którym jest trochę końca i trochę już początku.
Ostatnie 31 dni ma w sobie coś z przynależności do niebiańskich wzruszeń i do ziemi z pierwszym zimowym śniegiem. Łączy Niebo i Ziemię.
Czuję, że muszę zamknąć ten rok, podsumować w grudniowej aurze to, co minęło i przygotować się na otwarcie nowej furtki w mym życiu. Nic nadzwyczajnego, a jednak dni grudniowe pełne zabiegania, nastroju świątecznego, oczekiwania na zjawiska duchowe nie dają nam wiele miejsca na kontemplację i osobiste podsumowania.
Próbuję spojrzeć wstecz. Zatrzymać się na dobrych wydarzeniach minionego roku. Takich, które wypełniły mi dni innych miesięcy, naładowały moje “życiowe baterie”. Długo oczekiwana i planowana podróż na Alaskę, wakacje z przyjaciółmi, nasze wspólne pięćdziesiąt lat i piękne wydarzenia z tym związane. Niesamowite wrażenia – krótkie cudowne wakacje na Sycylii w atmosferze ciepłej dobrej relacji dwóch Braci, duchowe przeżycie odnowienia ślubu w Bazylice katedralnej Św. Agaty, w Katanii. I wreszcie nasze rodzinne celebrowanie z dziećmi, wnukami i z najbliższymi przyjaciółmi. Tyle wspomnień, opowieści, śmiechu i łez. Emocje przy powstawaniu filmiku, który w 20 minutach zmieścił całe nasze wspólne 50-letnie życie.
Grudzień przypomniał mi też o trudniejszych momentach minionego roku. O kłopotach zdrowotnych (kto ich nie ma w tym wieku!), o bolących stopach, o kręgosłupie, który już więcej nie “uniósł” i poddał się operacji. O decyzji emerytalnej mojego męża i wzruszających pożegnaniach. O “nowym rozdziale życia”, który wciąż go nie satysfakcjonuje.
I o tym, że odkąd wnuki wydoroślały coraz częściej możemy ich tylko obserwować “z daleka”. Cieszymy się ich sukcesami, wielką ilością zadań i spraw, z którymi muszą uporać się teraz sami. Tęsknię za czasem, kiedy dzieciaki potrzebowały nas, lubiły być z nami. Czekały z radością na dobre słodycze, na “wycieczkę do Targeta” po małe samochodziki, by dodać je do kolekcji setek innych. Na zakupy, gdy przypadkowo, ale za każdym razem kupowaliśmy pudełko klocków lego – od tych malutkich do coraz większych i większych. Tak niedawno w grudniowych dniach biegaliśmy oglądać dekoracje i światełka w naszym osiedlu. Albo chodziliśmy do ZOO czy w inne miejsca, gdzie otwiera się każdego roku elektryczno-elektroniczna iluminacja i świąteczna celebracja. Dziś wszystko to jest wzruszającym wspomnieniem, za to patrzymy na Młodych – w szkole, w sporcie, na ich bieganie, grę w baseball, football, na ich zmagania w trudnych tematach i ich planach na przyszłe życie.
Są takie grudniowe tradycje, których nawet wiek dorastających wnuków nie zmieni. Święty Mikołaj wciąż zagląda z Polski do Houston. Nie czeka na choinkę i wypastowane lśniące podłogi. Przybywa tradycyjnie 6 grudnia. I zagląda pod poduszki… Pozostawia drobiazgi, znaki, że wciąż istnieje, mimo swojego starczego wieku. I wciąż ma się dobrze.! Nie zapomina o nas. Bo to jest jego grudniowy dzień!
Tu w Houston nie przykładam wagi do zmian grudniowej aury. Ale kiedy mieszkałam w Polsce, to zjawisko było dla mnie ważne i mocno odczuwalne.
W Houston w grudniu świeci wciąż dużo słońca, często jest nadal ciepło, choć robimy wszystko, by otaczała nas grudniowo- świąteczno – zimowa atmosfera.
W tym miesiącu przypada zimowe przesilenie. 21 grudnia (a jeśli trafi się rok przestępny to 22-go) przypada najkrótszy dzień w roku i najdłuższa noc. Pamiętam, że dla mnie zjawisko zachodzącego słońca i nadchodzącej ciemności nocy już około godziny 3-4 popołudniu było zawsze bolesne. Zapamiętałam – długie zimowe wieczory, ciemność, gdy wstawałam do pracy, ciemność, gdy wracałam do domu. Takie zjawisko nie wpływa dobrze na naszą psychikę, na energię życiową. Samopoczucie odczuwa mocno obniżoną odporność, wiele planów odsuwamy na “potem”. Zapadamy w „zimowy sen”- jak niedźwiadki.
W czasie tej najdłuższej nocy w roku budzą się demony, czarownice hasają i szaleją na przysłowiowych miotłach. Diabły wodzą ludzi “za nos na pokuszenie” i czują się bezkarne, by igrać ludzkim losem. Na szczęście to tylko jedna noc! W naturze następuje zwycięstwo światła nad ciemnością. Od tego momentu każdy dzień zaczyna się wydłużać. Powolutku powraca słońce, ciepło i radość.
Ten moment kalendarzowy, może nawet mocniej wyznaczony przez naturę, był celebrowany od pradawnych czasów w wielu kulturach. Obrzędy Słowian różniły się nieco od germańskich czy norweskich, ale wszystkie miały wspólną cechę – oczyszczenie i przyjęcie nowej energii.
Tak, dla mnie to ważne przesłanie. Człowiek nie ma zbyt wielu chwil, by wejrzeć w głąb siebie i pomedytować nad “samooczyszczaniem”. Nie mamy czasu i nie mamy potrzeby, bo akcja życia trwa i nie daje nam wytchnienia. Dopiero dziś patrzę na to spokojnie, powoli. Chcę zamknąć to, co gdzieś się urwało, potrzebuję poczucia, że ostatnie grudniowe drzwi domknę bez obaw niezałatwionych spraw. Bez uraz, smutku, w poczuciu, że zapomniałam i wybaczyłam to, co mnie bolało.
Myślę, że dawno temu – “kiedyś” – ludzie wymyślili Święta Bożego Narodzenia z całą ich świetlistą radosną oprawą, by były w grudniu. W miesiącu szarym, mimo, że pojawia się przecież pierwszy śnieg. Walcząc z ciemnością szybko zapadających długich nocy, zimna, często mrozów, ulatniającej się z nas energii, człowiek potrzebuje “kopa”. To właśnie świąteczne tradycje narzucają nam konkretne działania, niepodważalnie dają siłę do przetrwania i utrzymania balansu psychicznego.
Lubię anioły. W grudniu anioły przypominają nam o sobie. Zaczynając od naszego krakowskiego przyjaciela, Anioła do dziesiątek figurek anielskich i ich symboliki. Każdy z nas ma swojego anioła. Gdzieś tam w zakamarku głowy wierzymy, że “nasz anioł” opiekuje się nami, pomaga nam i czuwa.
Może nie wszyscy myślą o tym tak jak ja, może niektórym wydaje się, że to bzdura i tego nie potrzebują. Ja jednak chcę wierzyć, że “MÓJ“ własny anioł Stróż kręci się koło mnie w pobliżu i kiedy naprawdę go potrzebuję – jest bardzo blisko. W grudniu na pewno pomacha do mnie ręką i wyśle ciepły uśmiech…
Moje wirtualne wyobrażenia nikomu nie przeszkadzają, nie są ani grą, ani nie zawadzają innym. Są na mój własny użytek i tak mi jest dobrze.
Archanioł Gabriel zwiastował Maryi Pannie narodzenie Jezusa, jest więc symbolem dobrej nowiny. Jest łącznikiem boskich (często trudnych do zrozumienia) prawd z ich ludzkim pojmowaniem. Archanioł to “wyższa funkcja” anielska.
Ludzie wyobrażają sobie aniołów zazwyczaj w długich białych szatach, z rozpostartymi skrzydłami, które mają nas chronić. Otoczone są jasną poświatą. Mają zawsze pogodną twarz.
I choć tak naprawdę mamy bardzo różnych aniołów, zarówno w wizerunku jak i w działaniach, anioł grudniowy pojawia się z coroczną zapowiedzią Narodzin Jezusa i to w naszej kulturze jest istotne. Nie musimy być wierzącymi katolikami, by doceniać tę symbolikę. Zresztą Archanioł Gabriel pojawia się też… w wierzeniach arabskich, muzułmańskich i żydowskich. Pełni różnorodne funkcje. We współczesnym świecie mówi się, że pierwotną rolą archanioła Gabriela było “niesienie dobrej nowiny”. To tylko mała cząstka jego zadań. Dziś to patron komunikacji, sekretów, siły, ba – nawet.. telewizji. 😂 😂
Ciekawostką, na którą w ostatnich latach zwróciłam uwagę, są “nowe kalendarze”, które na wzór polskich imion w każdym dniu roku, mają wpisane dowolne – czasem śmieszne, czasem poważne celebracje różnych okazji. I nie myślę tu o Dniu Nauczyciela, bo to było odkąd sięgam pamięcią. Ani też o Walentynkach, o których dowiedziałam się dopiero w Ameryce. 😃
Grudzień jest naszpikowany takimi okazjami.
1-go grudnia obchodzony jest Światowy Dzień AIDS, 3-go Międzynarodowy Dzień Osób Niepełnosprawnych. 10 grudnia to Dzień Praw Człowieka. Mamy Dzień Podziękowań i Dzień Cytrynowych Babeczek. Dzień Kakao i Dzień Skarpetki. 16 grudnia celebrujemy Dzień Pokrywania Wszystkiego Czekoladą. Mamy Tydzień Autyzmu i Tydzień.. Mycia Rąk. Dzień Pieprzniczki, Serka Wiejskiego i Bekonu. I na koniec Dzień Picia Szampana – oczywiście 31 grudnia.
Można się z tego śmiać albo uśmiechać i dorzucić nasz własny pomysł. Cokolwiek leży nam na sercu i jest dla nas ważne, możemy temu poświęcić jeden dzień w roku. Zwrócić uwagę innych na to, co nas nurtuje, wykrzyczeć w kalendarzowym dniu, że każdy temat, każdy człowiek i każda rzecz może być istotna i warto na to poświęcić jeden z 365 dni w roku.
Skupiając się na pozytywnych emocjach, na analizie dobrych wydarzeń minionego roku, a nawet na trudach i walce, jeśli coś nie było łatwe i nie ułożyło się po mojej myśli (cóż, nie ma 365 dni idealnych!) powoli czuję się swobodnie i wiem, że grudzień spełnił swoją rolę “oczyszczacza”.
Teraz już będę mogła bez przeszkód realizować szaleństwo zakupów, świąteczne gotowanie, organizowanie, dekoracje i niepowtarzalny, a zarazem uniwersalny dla wszystkich, charakter nadchodzących świątecznych dni. Wiem, że każdy człowiek, każda rodzina świętuje trochę inaczej. Wiem także, że tę różnorodność należy uszanować i rozumieć. Natura ludzka charakteryzuje się dążeniem do radości, wspólnoty rodzinnej, przyjacielskiej czy nawet biznesowej. Nieważne czy jesteśmy we dwoje, czy będziemy przy stole w gronie wielopokoleniowej rodziny, czy może gdzieś w tłumie nieznanych, ale przyjaznych nam ludzi.
Zamykam grudniowe rozważania i czekam na otwarcie furtki – wejście w Nowy Rok. W nowe wyzwania, tajemnice, o których nie mam jeszcze dzisiaj pojęcia.
Przy kieliszku noworocznego szampana będę myśleć o minionym roku i o czekających na mnie wydarzeniach w kolejnym.
Będę życzyć całemu Światu spokoju i zwykłej radości przychodzącej do nas z każdym nowym dniem.
I dodam do tego zimową grudniową piosenkę – Golec Orkiestra – mroźną i śnieżną ale optymistyczną. I takich wrażeń i uczuć życzę nam wszystkim!!











To bardzo fajne podejście – że coś się kończy i coś otworzy nowe drzwi. W życiu najczęściej skupiamy się na momencie zakończenia, otwieranie nowych drzwi zostawiamy losowi, bo przecież nigdy nie wiemy, jak będzie. W biografiach podkreślane są daty ukończenia – szkoły podstawowej, średniej, studiów, doktorantury i tak dalej… W określaniu wieku – lata, które ktoś przeżył, skończył, i wtedy następuje opis tego, co się w takim wieku danej osoby stało.
Odnośnie wieku, to ciekawostką dla mnie było to, że po przyjeździe do Ameryki dowiedziałem się, że nie rok kalendarzowy się liczy, ale DATA urodzenia. Ktoś, kto się urodził 30 czerwca 2000 roku 29 czerwca 2025 roku będzię jseszcze miał wciąż 24 lata, a w Polsce w moim rozumieniu urodzony w 2000 roku ma 25 lat w roku 2025 i koniec.
Ale wracając do ukończenia… Jednym z największych wydarzeń w życiu wyedukowanego Amerykanina jest uroczystość zakończenia studiów. Cermonia, do której długo i w pocie czoła przygotowują się wszyscy: studenci, pracownicy naukowi, obsługa techniczna, rodziny studentów, okoliczne hotele, restauracje, aule, hale sportowe i nawet stadiony. Ceremonia ta nazywa się po angielsku COMMENCEMENT, studenci i kadra profesorska występują w tradycyjnych togach i biretach, zapraszani są najwybitniejsi mówcy: uczeni, politycy, pisarze, artyści i inni wielcy, ale zawsze ci, których obecnością na uroczystości COMMENCEMENT można się będzie chwalić do końca życia. Bo przecież tak należy celebrować zakończenie czegoś ważnego. 29 października 1941 roku Winston Churchil wygłosił swoją mowę na zakończenie roku szkolnego w brytyjskiej szkole średniej Harrow School, którą sam wcześniej ukończył, i mowa ta przeszła do historii jako najkrótsze przemówienie na zakończenie nauki, składające się tylko z 7 słów: NIGDY SIĘ NIE PODDAWAJCIE – NIGDY, NIGDY, NIGDY. (Po prawdzie, to mowa ta trwałą 2 minuty i 20 sekund, lecz w pamięci wszystkich przetrwało tych siedem słów). Ale ważne jest według mnie to, że nie była ona skierowana na zakończenie, była w całości skierowana na przyszłóść.
Bo słowo COMMENCEMENT znaczy POCZĄTEK, a nie KONIEC, początek nowego okresu w życiu.
COMMENCEMENT w szkole to nowe, dorosłe życie z naszymi wyborami, urodziny to nie celebracja przeżytych lat, ale przygotowanie do startu do lat następnych, grudzień to nie podsumowanie roku, ale radość z następującego po nim stycznia, Nowego Roku, Dosiego Roku, Szczęśliwego Roku. To OTWARCIE NOWYCH DRZWI.
Szczęśliwego Nowego Roku wszystkim, z szczególnie czytelnikom Blogu Małgosi.
Wacek
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Już chyba nic nie dodam, bo to takie ładne dopełnienie moich myśli, że nałożenie na to kolejnego komentarza tylko wszystko zepsuje. Wreszcie jest tu dużo optymizmu i radości a to nie zawsze pojawia się u mojego męża 😂
Brawo! Zawsze kiedy wydaje nam się ze coś się kończy – to naprawdę zaczyna się coś nowego.W życiu, w świecie w myśli Człowieka NIE ma PRÓŻNI.
Tylko raz – nie będziemy wiedzieli … co dalej.
Ale – o tym jeszcze nie myślimy
PolubieniePolubienie
Dołącz
PolubieniePolubienie