16 listopada 2024
Mówi się, że przyzwyczajenie jest drugą naturą ludzką. Jak w każdym “powiedzeniu” jest w tym trochę prawdy. I dużo fałszu.
I jak wszystko w naszym życiu, można rozważać to też w kilku wariantach.
W młodości, wszystko co pojawia się w nas i wokół nas – jest inne. Co chwilę zmieniają nam się priorytety i potrzeby. Szybko dostosowujemy się do nowości, do warunków, które jeszcze wczoraj były zupełnie inne. Nic nie jest wiążące, zobowiązujące na zawsze. I tak jest dobrze. Młodość jest i musi być elastyczna, prosta, choć przecież też ma swoje dylematy.
W takim sensie, patrząc na świat i nasze potrzeby, nic złego w tym, że łatwo przyzwyczajamy się do nowych zadań i warunków. To bardzo praktyczna cecha, zwłaszcza, gdy dopiero uczymy się żyć “naprawdę” i każdego dnia testujemy samych siebie.
Historia niejeden raz udowodniła, że przyzwyczajenie ratuje człowiekowi życie.
Moje pokolenie powojenne wychowywało się na literaturze, filmach i opowieściach rodziców o latach wojny. O tym mówiło się z respektem, pompatycznie i trochę.. ze strachem.
Wojenna literatura dominowała w szkole. Wiersze Różewicza („Ocalony” ), Baczyńskiego („Złote niebo ci otworzę..”), Gajcego, Broniewskiego, wstrząsające opowiadania powstałe ze wspomnień młodego pokolenia, dla którego wojna była “przeżyciem pokoleniowym” (tu przychodzi mi na myśl powieść Bratnego “Kolumbowie”, Kamińskiego “Kamienie na szaniec” czy film sprzed kilku lat “Jutro pójdziemy do kina” – a także wiele wiele innych). Tym karmiono nas aż do poczucia, że balast tamtych wydarzeń nie może ulec zapomnieniu. Zamiast cieszyć się nowym dniem, lepszym życiem, bez nieustannie powracających wojennych wspomnień pokolenia naszych rodziców, z których każde musiało pozostawić ślad także w naszej psychice, wciąż oglądaliśmy filmy wojenne (ukazujące obraz wojny w sposób bardzo jednostronny).
Pamiętam, że w polskiej początkującej telewizji (tylko jeden program) przynajmniej dwa razy w tygodniu a czasem i częściej oglądałam z rodzicami filmy o wojnie, o sytuacji na frontach, o “złych Niemcach”, „dobrych Rosjanach” i bardzo patriotycznych, odważnych, poświęcających się i umierających dla Ojczyzny Polakach.
I absolutnie nie ironizuję!! Tak było i tak o tym temacie wojennym myślałam długo. Za długo, bo chociaż wojny nie przeżyłam, to w mojej podświadomości zamieszkał strach przed powtórką… Pewnie dzisiaj młody współczesny człowiek nie jest w stanie tego zrozumieć, ale kiedy wrażliwość młodego człowieka chłonie tylko jeden temat w “mocno przerysowanym i wyznaczonym kontekście” i nie ma wyboru i szans na porównanie, że “może być inaczej”, trudno wyobrazić sobie, że są jeszcze inne warianty własnej drogi, oprócz powtarzających się obrazów przeszłej wojny.
Długo bałam się, że znów wrócą czasy tamtej wojny, że będzie bieda, że będziemy głodni, a samoloty będą latać tylko po to, by zrzucać bomby.
Na szczęście – czas leczy, a przede wszystkim szybko młodemu pokoleniu otwiera nowe drzwi. Nie tylko nowe lepsze warunki, ale przede wszystkim dorastając i dojrzewając intelektualnie “łapiemy” własne wizje.
Szczęśliwie i ja znalazłam w porę życie bez strachu przed kolejną wojną mimo, że komuna straszyła nas w każdy możliwy sposób. Baliśmy sie w szkole nauczycieli, baliśmy się milicji obywatelskiej, baliśmy sie pani wrzeszczącej w sklepie… Żyliśmy w ciągłym strachu i kontroli siebie, że coś robimy nie tak, że ktoś z jakiegoś błahego powodu wyciągnie niemiłe konsekwencje i ukarze nas, bo…
Do dzisiaj, gdy położę się spać zdenerwowana i bardzo zmęczona często śni mi się.. jakieś wydarzenie szkolne. Bez konkretnego wspomnienia. Jakaś scena, historia związana ze szkołą. I z jakiegoś powodu po obudzeniu jest to zawsze bardzo niemiłe wspomnienie. Dziwne poczucie krzywdy, niewygody, czegoś bardzo nieprzyjemnego…
Coś w tym musi być!..
Nie! Nie przyzwyczaiłam się do tych wszystkich krążących wokół mnie strachów, restrykcji. We pewnym momencie moja świadomość zaczęła sie buntować i podążać we właściwym kierunku. Każdego ranka budziłam się dojrzalsza i nie poddawałam się odczuciom, które już zaczęły zaciskać swoje szpony w moim młodym umyśle.
Harcerstwo, w którym trafiłam na starszych i podobnych “buntowników”, nowa literatura, którą zaczęłam się interesować w połowie szkoły średniej, nieśmiało napływające do polskich (wybranych tzn. studyjnych) kin filmy produkcji zachodniej o zupełnie nowej tematyce – wszystko, to pomogło mi dojrzewać jaśniej, rozumnej i nowocześniej.
Zakazane polskie teksty literackie, które pojawiały się za granicą zaczęły wpadać mi w ręce, wiersze Miłosza, Szymborskiej, Osieckiej, które poruszały nowe tematy – zmieniały moją postawę.
Nie przyzwyczaiłam się do niewygody i szarości tamtych lat i wciąż myślałam o czymś nowym, kolorowym, pięknym. Nie pogodziłam się, że życie musi być jednostajne, a człowiek bierny i poddający się bylejakości.
Nie przyzwyczaiłam się nigdy do chamstwa, niestety takie dominowało w wielu środowiskach lat 60-tych i 70-tych i bez żenady i ukrywania stosowano bardzo nieprzyjemne metody. Do dziś nie mogę pogodzić się z nieprzyjemnym poniżaniem kelnerów przez klientów w restauracjach, niemiłym odzywaniu się do siebie ludzi w sklepach, w przychodniach lekarskich.
Lekarz – pacjent z czasów, kiedy mieszkałam w Polsce, to relacja tak przykra, że uważam te wspomnienia za traumatyczne.
Nie przyzwyczaiłam się do brudu i śmieci na plażach, w parkach, w przeładowanych koszach. Na parkingach, na stadionach. Dlaczego człowiek nie potrafi wyrzucić śmieci, pustej butelki plastikowej po wodzie, czy puszki po coca-coli do kosza na to przeznaczonego, a nie bezmyślnie tak – po prostu – na ziemię?!
Nie potrafię przyzwyczaić się do kłamstwa, gdy wcale nie jest potrzebne, by je użyć. Można przecież żyć prosto i rozmawiać z innymi językiem prawdy. Nie trzeba kłamać tylko po to, by poczuć się lepszym.
Razi mnie ludzka zachłanność i zazdrość. Do tego też nie przyzwyczaiłam się, chociaż kiedyś niemal wszyscy zazdrościliśmy innym, że żyją lepiej i radośniej, niż my żyliśmy za “wschodnią granicą”

Jestem już “dużą dziewczynką” i zdaje sobie sprawę z tego, że często łatwiej “przyzwyczaić się”.. . z powodu wygody, dla świętego spokoju, z braku siły na bunt i walkę o to “lepsze i właściwsze”. Kiedy człowiek ma już swoje emerytalne lata – wie dużo i rozumie dużo. Wiem, że często ogarnia nas niechęć do do zmieniania świata.
Jesteśmy zmęczeni i mówimy: “Można się przyzwyczaić”…
Bo bywa i tak, że łatwiej jest przyzwyczaić się, niż coś zmieniać. Takie momenty w życiu ma każdy z nas. I czasem nie jest to do końca zła decyzja.
Są ludzie, którzy swoje zasady mają twarde, wypracowali sobie własny regulamin życiowy i potrafią trzymać się “w pionie” do swej wizji. Są i tacy, którzy łatwo ulegają innym i przyzwyczajają się do obcych zasad. Łatwiejsze to i pozornie przynosi spokój. Rodzaj konformizmu. Dość częsta reakcja w ustawieniu się pomiędzy ludźmi.
Nie chcę, by ktoś pomyślał, że wkładam wszystko do jednego “worka”. Rozumiem, że ogólniki nie sprawdzają się w prawdziwym życiu. Różne sytuacje wymagają od nas elastyczności i “odpuszczenia” . Czasami nie ma jednakowej miarki do tych samych sytuacji.
Jest jednak w człowieku coś takiego jak SUMIENIE. Zapewne definicja sumienia w głowie każdego z nas nieco się różni, ale moja jest prosta. Dopóki nie robię niczego, co boli innego człowieka, dopóki nie krzywdzę, nie przyczyniam cierpienia drugiemu – żyję zgodnie z zasadami mojego sumienia.
Nie przyzwyczaję się do przemocy czy mobbingu (takie słowo już też weszło do słownika polskiego), do smutku i łez w oczach drugiego człowieka.
Nie przyzwyczaję się do krzyku, braku tolerancji wobec “inności”, – religii, koloru skóry, poglądów politycznych.
Nie jestem wyjątkiem ani ideałem. Miewam swoje złe chwile – podobnie jak inni. Ale za to potrafię w sobie zrobić rachunek sumienia i wykrzyczeć to wszystko, do czego nie chcę i nie przyzwyczaję się ani teraz ani później.
Lata doświadczeń życiowych uczą nas wyboru. Postrzegania tego, co dla nas ważne. Błędy popełniamy każdego dnia, ale to nie upoważnia nas do przyzwyczajania się do nich.
Mam zasady na mój życiowy użytek – w mojej głowie, gdzie rozum rządzi myślami. I w sercu, które wybiera uczucie – dopisuje listę moich decyzji.
Żyję jak chcę i pozwalam na to samo innym! Mają do tego takie samo prawo jak ja, jak my wszyscy.
Tolerancja jest cechą, której uczymy się całe życie. Mimo to – do prostactwa, chamstwa, przemocy, wrzasku, bezczelności… nie przyzwyczajajmy się!
Przyzwyczajenie NIE musi być DRUGĄ NATURĄ!!
BACK







Waciwie podpisuję się w pełni pod ostatnim paragrafem tego wpisu. Bo to są przecież negatywy obiektywne, które w ogóle nie powinny istnieć, a co dopiero do których NIE WOLNO się przyzwyczajać.
A inne ludzkie wady indywidualne i te urosłe do wad społecznościowych wywołanych kłamliwą propagandą polityczną, historyczną, kulturową, cywilizacyjną i jaką tam jeszcze, jakie przytaczasz, do których nie piwinniśmy się przyzwyczajać, nie zawsze, ale jednak mogą, przynajmniej częściowo, znależć wytłumaczenie. Chyba Bismarckowi przypisuje się powiedzenie, że kłamstwo powtórzone stukrotnie staje się prawdą, i do dzisiaj trwa „odprawdziwianie” takiego fałszu na różnych gruntach ludzkiego zachowania.
I szukanie prawdy obiektywnej. I szukanie definicji licznych wartości moralnych. I zapewne nigdy nie znajdziemy definicji obiektywnych, takich, w jakie obfitują nauki ścisłe. Jak to, że dwa razy dwa równa się cztery. Na przykład, czy omijanie prawdy równa się kłamstwu. Albo czy obrona oczywistego mordercy jest słuszną regułą prawną. Albo wiele innych takich…
Gdy możemy, włączamy więc sumienie. Ale czy na każdym sumieniu, albo inaczej – na sumieniu każdego możemy polegać?
Na pewno jednak nie przyzwyczajajmy się do prostactwa, chamstwa, przemocy, wrzasku, bezczelności i tym podobnych zachowań!!!
Wacek
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Trudno być całkowicie pewnym, ze nie przyzwyczaimy się do wartości, którym nie „kibicujemy”
Nasze sytuacje życiowe czasem i nagle tak się zmieniają, ze muszą sie zmienić i priorytety. Ale to co złe – odrzucajmy i nie dopuszczajmy, żeby nas one zmieniły.
Tak – NIE przyzwyczajajmy się…
PolubieniePolubienie