Patrzę na świat ponad chmurami

16 października 2024

Jest rok 1970.

Zbliżają się wakacje. Bardzo chcę jechać na obóz harcerski w Bieszczady. Ale rodzice po raz pierwszy nie pozwalają mi na taką eskapadę.

Miałam za sobą ciężki rok. Ciągle chorowałam – anginy przyczepiały się do mnie jak „rzepy psiego ogona”, co kilka – kilkanaście tygodni. Wysoka gorączka, ropnie na „migdałkach” w gardle, wiele dni opuszczonych w szkole. Potem jeszcze zapalenia ucha. I jakieś telepania serca… Poradnia Laryngologiczna stała się moim „ulubionym” miejscem odwiedzin 😊. Skończyło się to operacją usunięcia migdałów, co w tamtym czasie równało się leżeniu w szpitalu przez 10 dni. Przy okazji – powikłania, jakiś krwotok.. dramat tamtych czasów i tamtej medycyny.. Pamiętam, to był  szpital w Nowej Hucie?? Dlaczego tam? Do dzisiaj nie wiem. Był styczeń, kilka dni po wspaniale spędzonym Sylwestrze i Nowym Roku.

Potem pojawiły się kłopoty z nadrabianiem materiału szkolnego, zwłaszcza z takich przedmiotów jak fizyka, matematyka. I jeszcze problem z… geografią bo zadarłam z nauczycielką (taką Rudą złośliwą 😀) i wyraźnie na tyle mnie nie lubiła, że pomóc za bardzo nie chciała… Ciągle jakieś dodatkowe egzaminy, uzupełniania. Ciężko było mi to wszystko wyrównać.  Wszystko to udało mi się poskładać przed zakończeniem drugiej licealnej klasy. Świadectwo było jako takie, ale uporu rodziców nie potrafiłam pokonać. „Nie! Obóz pod namiotami!! W żadnym wypadku! Jeszcze nie jesteś w dobrej formie, będzie za zimno, znów będziesz chora.. itd”.   Jak to rodzice, gdy boją się o swoje dziecko. Ale wtedy byłam zła zbuntowana i czułam się bardzo pokrzywdzona!!  

W zamian rodzice wymyślili, że pojadę z Mamą nad Morze Bałtyckie do Ustki. A tata wspaniałomyślnie zrealizował swój pomysł, że do Gdańska polecimy samolotem, a stamtąd po odwiedzeniu rodziny, pociągiem do Ustki. I kupił nam bilety lotnicze! 

Tak oto po raz pierwszy w życiu leciałam samolotem.. Niewiele pamiętam. Wiem że było to dla nas mocne przeżycie. Mama bała się okropnie, ale jednocześnie była bardzo podniecona i przejęta.  Ja pewnie podobnie. Jaki to był samolot, jak długo trwała podróż… nic nie pamiętam, oprócz wrażenia jakie zrobiło na mnie oglądanie widoków pól, rzek, lasów z wysoka. Pewnie nie była to duża wysokość, bo prawie  cały czas widzieliśmy ziemię i czasem chmury. No i szybkość porównując do dzisiejszych lotów, też pewnie “niewielka”. Za to ta podróż na długo była opowieścią rodzinną. 

Wakacje w Ustce były bardzo niefajne – dwa tygodnie w małym wynajmowanym u kogoś pokoiku (były takie wczasy „w prywatnych kwaterach”!). Na posiłki chodziliśmy daleko dwa razy dziennie, deszcz lał albo padał codziennie. Było zimno i nie wiem czy raz czy dwa skorzystałyśmy z plaży i morza. Wszystko było “nie tak” choć Mama starała się jak mogła, żeby nam umilić czas..  Tylko ten lot samolotem był specjalną atrakcją!!

Stewardessy LOT-u. ( zdjęcie z końca lat 70-tych, znalezione w sieci)

Drugi raz leciałam samolotem już razem ze świeżo „upieczonym mężem”, w podróż poślubną do Rumunii w 1974 r. Lot był z Warszawy, późną nocą, do miejscowości Constanta. (nad Morzem Czarnym). To był pierwszy lot w życiu mojego męża. W tamtych czasach podróż samolotem to było „coś”. A polskie linie lotnicze miały dobrą obsługę, ładnie ubrane stewardessy i pyszne jedzenie. Pamiętam dobrze, że do tacki z posiłkiem roznoszono maleńkie świetnie upieczone cieplutkie bułeczki. Nie mam pojęcia ile, ale na pewno mój mąż zjadł ich mnóstwo! Pani stewardessa dorzucała mu świeżą bułeczkę z „prędkością światła”!  

Kilka lat później, w lutym 1978 zima była sroga i śnieżna. 

Pracowałam już wtedy w Liceum Medycznym jako nauczycielka języka polskiego i miałam  dwa tygodnie zimowej przerwy. Mój mąż od kilku miesięcy przebywał w Leningradzie (obecnym Petersburgu). Marzyłam, by udało mi się pojechać do niego. Nie było to łatwe, nasza córka miała wtedy niecałe dwa lata. Udało się jednak namówić nasze obie Mamy, by zaopiekowały się malutką Kasią, a ja znów poleciałam samolotem. Do Leningradu! To był samolot rosyjski IŁ-18 albo TU -104 albo jeszcze jakiś zupełnie inny 😂. Tu pewnie mój wnuk Christoph mógłby sprostować wszystkie pomyłki, które na pewno zakradły się w te informacje. O samolotach wie prawie wszystko! 👍

Może to był któryś z tych samolotów, a może zupełnie inny..

Pamiętam,  że samolot miał śmigła na skrzydłach i okropnie głośny silnik.. Szum w czasie całego lotu był bardzo głośny. Szczegółów lotu nie pamiętam, ale dobrze zapamiętałam jak bardzo trzęsło tym „ptaszyskiem”!! Ten lot wydał się nie mieć końca. Byłam jak sparaliżowana przez cały czas jego trwania..  Ale doleciałam – żywa i cała.  
Lot powrotny nie pozostawił mi takich doznań w pamięci, więc chyba już wszystko było w porządku.


Następny nasz lot to już rodzinna podróż za Ocean- do Ameryki! Wielki samolot – czarter z Warszawy do Los Angeles z śródlądowaniem w Montrealu. Wysadzili nas z samolotu, by go zatankować. Ale pomieszczenia na lotnisku nie opuściliśmy i po krótkim czasie polecieliśmy dalej.
Dla naszych dzieci to był pierwszy lot w życiu..
I tak powoli zaczęły spełniać się marzenia – podróże samolotami – po Ameryce, Do Europy, Ameryki Południowej, później do Azji i Afryki.
Mija blisko 35 lat mieszkania w Stanach, a my nie potrafilibyśmy już zliczyć tych podniebnych podróży.

Lubię lotniska. Uwielbiam obserwować dzisiejszy jakże inny świat lotniczy. Dziś „spowszedniał” już temat wyjątkowości lotów samolotem.

Jedna z najładniejszych reklam, jaką zapamiętałam z dawnych lat – plakaty reklamujące amerykańska linię Pan Am

35 lat temu dla przeciętnego człowieka w Polsce samolot wciąż był luksusem. Pamiętam piękne reklamy PAN AM – eleganckiej amerykańskiej linii lotniczej. Przystojny pilot i śliczne stewardessy w malutkich eleganckich czapeczkach! Uśmiechnięte młode kobiety – marzenie wielu dziewcząt, by kiedyś taką pracę otrzymać. Kiedy wsiadało się do samolotu, świat był otwarty, obsługa uprzejma, posiłki serwowane na porcelanowych talerzach i z prawdziwymi sztućcami. Nie było plastików, bylejakości..
Dziś podróżowanie samolotem dostępne jest wszystkim, tzw. ”tanie linie” mają się dobrze. Latamy wszędzie i coraz więcej. Za to obsługa dawno już przestała być specjalną przyjemnością dla klienta.
Ale – „ coś za coś” – niestety – ze „szkodą” dla pasażerów.

Lotniska są różne. Uwielbiam te największe – przestronne, nowoczesne z wielkim ruchem i odlotami/lądowaniami samolotów niemal co minutę.
Samolotów tak wielkich, że aż trudno uwierzyć iż takie potężne „metalowe ptaszysko” może unieść się w powietrzu na wiele wiele godzin. Leciałam już do Dubaju liniami Emiratów, leciałam do Japonii, Europy ogromnymi „piętrowymi” samolotami. Nie są mi dziwne i nieznane takie samoloty jak Boeing 777, 747 (zwany powszechnie Jumbo Jet-em), Airbus 380. Niestety nie leciałam Concord-em, bo wyszedł z obiegu, ale przecież i takie loty kiedyś mogą się wydarzyć 😃.. Tam gdzie trudno dotrzeć autem czy pociągiem, może dotrzeć samolot. Samoloty, helikoptery spełniają wiele ważnych zadań transportowych.

Rodzinny lot małym helikopterem na Hawajach. Wielkie przeżycie pełne wrażeń, 2009 r

W takich miejscach trudno nawet mówić o „lotniskach”, bo to zazwyczaj skrawek ziemi wydzielony i przygotowany do szybkiego startu czy lądowania.
Ale wszystkie takie miejsca mają to, co potrzeba do transportu w przestrzeni. Może nie ma tam restauracji, pryszniców, miejsc do odpoczynku, stacji do prac komputerowych dla pasażerów.. Są za to piloci, obsługa techniczna i dobry serwis dla klientów. I każdy samolot spokojnie startuje i ląduje 😉.

Różne wersje samolotów United. Od małego- United Express do Boeing 747

Mieszkam w Houston i od lat obserwuję nieustające zmiany i rozbudowę – przebudowę naszego lotniska. Jest piękne! Rozkwita każdego miesiąca jak wielkie miasto. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi to kolos trudny do poruszania się i zgłębienia jego organizacyjnych nowinek. A jednak – jestem pełna podziwu dla takiej niesamowitej konstrukcji!
Nieustający przepływ tłumu ludzkiego, czekających na swój odlot, ludzi mówiących różnymi językami, przemieszczających się z jednej półkuli na drugą!
I te potężne „ ptaki” rozsiane wokół długich „korytarzy”. Numery, kolory, oznakowania nazw krajów i linii lotniczych. Zachwycające i trochę.. przerażające. 😀

Aż nadchodzi moment – wsiadam do samolotu, zapinam pasy bezpieczeństwa, czekam na konieczne instrukcje o zasadach bezpieczeństwa i mam w sobie dreszczyk oczekiwania na powolne ustawienie się samolotu do startu..
Samolot przyspiesza, podnosi swój “dziób” i unosimy się nad ziemią. Obserwuję to i czuję coraz większy pęd niemal… prosto do nieba! Przebijamy się przez chmury – czasem puszyste białe i jak góry lodowe. Innym razem ciemne i zimne – jak niedostępne, „ żelazne” – nie do pokonania.

Aż wszystko wycisza się, uspokaja i wyrównuje. Płyniemy równo i „życie” wewnątrz samolotu staje się normalne. Ludzie czytają książki oglądają filmy, rozmawiają, zasypiają.
Trwa podróż. Jedna z setek, tysięcy odbywających się w tym samym czasie, przestrzeniach na całym świecie.
Lecę nad Ziemią i myślę o tych co są teraz jeszcze wyżej, „nade mną”. Także o tych, którzy stąpają po ulicach, ogrodach i parkach.
Ci na dole – może też pomyślą o tych, co właśnie przebywają w górze.😀
Życie przecież toczy się wszędzie.

Są lotniska wielkie, nowoczesne. Zaprojektowane i zbudowane z rozmachem. Bywają i małe, trochę “byle – jakie”, a jednak samoloty lądują i startują. Wszystkie muszą być zorganizowane tak, by zapewniały nam bezpieczeństwo.

Blisko Ziemi ale już w powietrzu

W dzisiejszych czasach musimy latać. Jeśli ktoś nie lubi, boi się i nie lata “z zasady”, to wielu planów podróżniczych nie może zrealizować. Nic w tym złego. Tacy ludzie też są i są szczęśliwi. Niektórzy po prostu boją się wysokości, pustej przestrzeni “pod nogami”.
Mnie także na dzień czy dwa przed kolejną podróżą przychodzą do głowy myśli o braku kontroli nad tym, co może się stać, gdy jestem w środku zamkniętej żelaznej “puszki” . W takim momencie- natychmiast wymazuję ze swojej wyobraźni takie myśli i obrazy. Wiem, że tak naprawdę – nie ma zbyt wielkiej różnicy czy podróżujemy autostradą w szczelnie zamkniętym samochodzie, czy pędzimy leśną ścieżką na rowerze albo hulajnodze. Albo żeglujemy jachtem po wielkim jeziorze lub płyniemy wielkim wielopiętrowym statkiem cruise- owym.
Statystyki podają, że podróżowanie samolotem jest zdecydowanie bezpieczniejsze niż jazda samochodem. W wypadku lotniczym ginie 0,16 osoby na milion lotów!!! Nie wiem wprawdzie jak to “przełożyć” na ludzki, bardziej zrozumiały język, ale podobno liczby nie kłamią 🤔.
Mimo to wciąż wiele osób woli wybrać długą podróż samochodem niż dwugodzinny lot na docelowe miejsce. Bo choć liczbom można zaufać, to psychika ludzka jest zdecydowanie bardziej skomplikowana. I nie myślę tutaj tylko o wielkich katastrofach lotniczych (ODPUKAĆ!!!), ale także o “spacerowych” lotach malutkimi samolotami, których krąży każdego dnia na niebie ogromna ilość.

Zip-line, jedna z wielkich atrakcji ostatnich lat. Jeśli myślicie, że to łatwiejsze niż lot samolotem to.. możecie się mylić. Dla Christopha to radocha, dla mnie – wielki strach przed wysokością !! (Costa Rica ,Listopad 2012 r)

Latanie nie jest dla ludzi “czynnością „fizjologiczną” i dlatego niektórym trudno jest pokonać strach przed czymś, co nie jest naturalną działalnością człowieka. Nasza wyobraźnia działa zupełnie inaczej, gdy myślimy o jeździe autem versus locie wysoko nad ziemią.
Takie obawy ma każdy – a jednak… miliony ludzi pędzi na lotnisko i korzysta z tej wersji komunikacji. Dla ogromnej części ludzkości samolot to dziś jak “tramwaj” naszych dawnych czasów. Latanie wysoko w powietrzu stało się czymś elementarnym, prostym, normalnym i koniecznym. Sposób współczesnego życia biznesowego, szybkość naszego życia, komfort, którego potrzebujemy w nieustannym pośpiechu, a przede wszystkim spełnianie marzeń, by poznawać Świat, zobaczyć jak najwięcej – naturalnie “wymaga” wygodnego i szybkiego przemieszczania się.

Dla mnie lotnisko to też ludzie. Różni. Z wielkim zainteresowaniem obserwuję jak człowiek zachowuje się w podróży – na lotnisku.
Widzę ludzi zapracowanych, skupionych nad komputerami, wykorzystujących każdą chwilę oczekiwania na pracę. Potrafią skupić się na własnych sprawach, projektach, nawet wtedy, gdy obok przemieszcza się fala innych pasażerów i pracowników. Inni biegną, bo już są nieco spóźnieni. Patrzę na rodziców ciągnących się powoli z malutkimi dziećmi, na pary roześmianych i głośno rozmawiających. .
Jeszcze inni siedzą w barze, w restauracji, piją spokojnie wino, piwo, whisky czy Margaritę. Traktują czas oczekiwania na lot jako odreagowanie na stres. Czytają książki albo korzystają z innej formy czytania. Oglądają filmy we własnych telefonach, grają w karty, by czas minął przyjemnie. Są i tacy, którzy w biegu robią ostatnie zakupy, bo sklepów na lotniskach też nie brakuje. Dziś możemy kupić wiele produktów bez udziału sprzedawcy, obsłużyć się samemu, szybko w środku wielkiego korytarza łączącego terminale czy poszczególne stanowiska samolotów.

I jeszcze wspomnę o tych, dla których lotnisko to po prostu codzienne stanowisko pracy. Od pilotów, stewardess i stewartów poczynając, poprzez wielką “rodzinę” obsługującą loty. Setki ludzi wykonujących takie prace, o których nikt z nas pasażerów nawet nie myśli. W środku lotniska, na zewnątrz. Przy potężnych maszynach (nie tylko samolotach), w restauracjach i sprzątaniu ubikacji.

Lotniska to także miejsce spotkań po latach, po długich rozstaniach. Oczekiwanie na najbliższych na lotnisku jest pełne emocji i radości. I odwrotnie – podróż samolotem do kogoś, kto może „zagubił się” w naszym życiu i czeka niecierpliwie na nas…

A wszystko po to, byśmy polubili lotniska i latanie. Czuli się tam bezpiecznie.
By świat widziany z góry, znad chmur podobał nam się tak samo, jak ten na Ziemi, w którym żyjemy codziennie.

Lubię mój dom, moje miejsce na Ziemi. Lubię spacer pustą plażą i szum miejskiej ulicy wielkiego miasta.
I bardzo lubię lotniska… 😉

Piosenka „Samoloty”, ktorą wybrałam na zakończenie tekstu (lubię takie muzyczne zakończenia 😃) śpiewa artysta młodego pokolenia (rocznik 2003) – muzyk, autor tekstów i kompozytor. Brał udział w polskiej edycji The Voice. Ignacy Błażejewski – po prostu IGNACY! Piosenka pogodna, letnia, wzruszająca, i lekka.

Jak widać, sięgam nie tylko do starych piosenek mojego pokolenia. Młodzi artyści też mają na moim blogu swoje miejsce 👍 😉.


BACK

5 myśli na temat “Patrzę na świat ponad chmurami

  1. Jak przy wpisie o Krakowie, tak i tu się dziwię, że nikt nie komentuje czegoś, z czym pewnie każdy, kto ten blog przeczytał, miał i będzie miał do czynienia w swoim życiu. A ci, którzy nie latali i latać nie będą, prawdopodobnie też mają wiele do powiedzenia na temat PATRZENIA NA ŚWIAT PONAD CHMURAMI. Czemu więc milczycie?

    Mój pierwszy lot, jak, Małgosiu, napisałaś, pełen znakomitych chrupiących cieplutkich bułeczek, wywołuje we mnie teraz coraz większą nostalgię, a jest nią tęsknota za… KLASĄ. Za JAKOŚCIĄ. Za ELEGANCJĄ. Za tym, co nazwać można SZYKIEM. Brakuje mi tego z każdym dniem częściej, i tylko fotografie sprzed lat i obrazki na żywo – widok pilotów (panów i pań) i stewardes, teraz już często przeplatających się ze stewardami utrzymuje mnie w przekonaniu, że jednak wysoki standard da się utrzymać. Wciąż w eleganckich mundurach, wyprasowanych spodniach, spódnicach i koszulach czy bluzkach, w krawatach lub ze zgrabnie zawiązanymi apaszkami budzi zaufanie, zapewnia, że jest się w dobrych rękach, na których można polegać. Do tych fotografii LOTu czy PANAMu możnaby dodać jeszcze niegdysiejsze fotografie rekalmujące linię lotniczą Southwest Airlines, które przed laty podbijały serca podniebnych pasażerów.

    Pod tym względem nadal jest pięknie. A co się pozmieniało od tamtego lotu z września 1974 roku?

    Cukierki przeciw chorobie lokomocyjnej w powietrzu.
    Wówczas uważano ogólnie, że latanie samolotem doprowadza ludzi do torsji, wymiotów, lub, jak moja Mamusia mówiła, by nie używać zbyt drastycznych słów, do zwracania. Więc wynaleziono substancję, która te objawy łagodziła lub likwidowała, pakowano ją do cukierków i przed startem serwowano pasażerom. Zażywanie ich nie było obowiązkowe, ale miało pomagać. Gdyby jednak nie pomagało, w siateczkach na oparciu siedzenia pasażera z poprzedniego rzędu były torebki dla tych, którzy musieli „zwracać”. Cukierków teraz już nie podają, ale torebki są nadal do dyspozycji. Nigdy nie zdarzyło mi się widzieć, by ktoś ich używał. Zupełnie inaczej niż dwa lata temu na promie z Krety do Santorini, gdzie załoga nie nadążała dostarczać ich potrzebującym, chyba ponad 90 procentom pasażerów.

    Liczba i objętość oraz waga dozwolonego bagażu.
    Wtedy pasażerowie nadawali bagaż, a do kabiny brali tylko najbardziej niezbędne rzeczy. Pojemniki „bagażowe” nad głowami starczały dla wszystkich, nie było walki o miejsce w nich. Nie trzeba było być w czołówce, żeby coś zmieścić w pojemniku nad swoim siedzeniem. Przecież wszystko, co nie było absolutnie niezbędne, można było nadać w ramach ceny biletu.

    Sposób serwowania posiłków w samolocie.
    Małgosiu, piszesz o posiłkach: ”serwowane na porcelanowych talerzach i z prawdziwymi sztućcami”. Wiele podróżujących osób o tym nie wiedziało, ale te sztućce można było sobie zabrać. Zdarzyło mi się parę razy, że w czasie jakiegoś spotkania imieninowego lub innego okazyjnego siedzącego obiadu czy kolacji gospodarze podali zestaw, zazwyczaj tylko jeden, sztućców samolotowych, wszyscy obecni byli pod wielkim wrażeniem, i właściwie każdy chciałby być tym (tą), kto to dostał do używania. To był szpan, to znaczyło, że gospodarze, a przynajmniej ktoś z nich, LATAJĄ. Bo mała była szansa, że od kogoś dostali – sztućce samolotowe nie były przedmiotem do darowania komuś. Gdy się miało szczęście je mieć, to się miało na zawsze.

    Odzież.
    Panie ubierały się w eleganckie suknie lub kostiumy, panowie zazwyczaj w garnitury. Jak na przyjęcie w wytwornym towarzystwie, na którym wymagany był, nie nazywany tak wtedy, ale oczywisty „kod odzieżowy”. Ja leciałem w tę pierwszą podróż samolotową wciąż ubrany w garnitur ślubny, Małgosia zdecydowała się przebrać ze swojej pięknej pomarańczowej sukni ślubnej w nieco mniej wytworne, ale nadal piękne ciuchy.

    Drinki.
    Wtedy, w 1974 roku nie pamiętam, miałem wówczas jeden z kilku w swoim życiu okresów „błędów i wypaczeń” i nie piłem alkoholu, ale wiem, że już parę lat później drinki włączone były w cenę biletu czyli nieograniczone, a kontrolę nad tym sprawowały tylko stewardesy i żony.

    Najlepsze miejsca.
    Przy oknie. Wszystko inne było gorsze. Może wtedy nie było trójsiedzeniowych rzędów, ale teraz, kiedy można wybierać sobie samemu miejsce, wydaje się, że miejsca przy przejściu są równie atrakcyjne jak te przy oknie, dla mnie nawet bardziej.

    To, co wtedy było dobre dla wszystkich, obecnie jest standardowe w klasie pierwszej i biznesowej lub biznesowej tylko, kiedy pierwszej nie ma. A, jak to mówi pewien mój przyjaciel, „gawiedź” musi się zadowolić tym, co jest, albo za wszystko dopłacać. Jednak mimo, że zazwyczaj należę do tej gawiedzi, lubię latać, lubię samoloty i lotniska. W końcu, im większe lotnisko, tym więcej można zrobić na nim kroków. Martwi mnie tylko, że lotniska zaczynają powoli tracić ludzki charakter, komputeryzują się do niemal kompletnie bezosobowej obsługi, a oczywiście skomputeryzowane restauracje zabierają ogromny procent miejsc siedzących nieskomputeryzowanym pasażerom, którzy mają na tyle śmiałości, że nie chcą nic jeść ani pić przed wejściem do samolotu, na który muszą czekać w pozycji stojącej. Ale póki co, jest to jeszcze do zniesienia.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Faktycznie, zapomniałam o tych cukierkach!.. No, wtedy często się przydawały. Może dlatego torebki dołączone na wypadek niedogodności żołądkowych juz nie były potrzebne tak często..

      Świat zmienia się każdego dnia, a w obecnych czasach niemal z prędkością światła. Często narzekamy na technologię, za ktorą (my starsi) nie możemy nadążyć. Ale to własnie dzięki możliwościom technologii i komputeryzacji samoloty i ich rola tak bardzo się zmieniła. Na lepsze, na bezpieczniejsze, na zaskakujące i zupełnie inne niż kiedyś… Cóż – wszystko ma dwie strony medalu, więc i są rzeczy lepsze, które zmieniają się na „gorsze”… Wyjątkowość i ekskluzywność zamieniła się na powszechny dostęp lotów dla wszystkich. A to – niestety – spowodowało spadek elegancji. Coś za coś. Choć wszyscy chcielibyśmy, żeby wszystkie elementy lotów, lotnisk, wygody i elegancji szły razem, w jednym szeregu.

      I mam nadzieje, że tak kiedyś będzie…

      Świat oglądany z wysokości zawsze przyciągał ludzi – tych, co latanie i wysokość lubią i tych, co wolą samoloty oglądać zadzierając wysoko głowę..😂

      Polubienie

      1. Braciszek.

        Muszę się odnieść do tekstu o samolotach. Wydaje mi się że taż mam coś do opowiedzenia. Na początek małe sprostowanie dotyczące obozu harcerskiego w Bieszczadach. Obóz ten odbył się w dolinie Wołosatego. Było tam zgrupowanie obozów Chorągwi Krakowskiej. Ale był to rok 1970, bo byłem na tym obozie. w 69 tym obóz był w Jarosławcu na d morzem, a 71 rok to obóz w Zakątku nad jeziorem Szeląg Wielki. A tak na marginesie w książkach o harcerstwie w Bieszczadach jest wszystko zapisane ,to co wcześniej i to co póżniej ale nie ma wzmianki o naszym zgrupowaniu obozów. O samolotach i lataniu też coś wiem. W tamtych latach (1969) rzeczywiście latały samoloty z napędem śmigłowym. Były to AN 24 i IŁ 18. Wiem to dość dobrze bo w larach 1981/82 przez ro służyłem w wojsku na lotnisku w Balicach i tam te samoloty jeszcze były. Miałem okazję kilkukrotnie latać salonką Władysława Gomułki. A dzisiejsze latanie odrzutowcami daje zupełnie inne doznania. W tanich irlandzkich liniach dobrze będzie jak zmieszczą się pomiędzy siedzeniami moje długie nogi. W większości przelotów nie. Posiłki na pokładzie tylko w marzeniach. A za pięćdziesiątkę Whysky trzeba zapłacić jak za całą butelkę na ziemi. Ale bywają chwile że życie na pokładzie jest piękniejsze. Zdarzyło mi się podczas lotu do Lizbony że system rezerwacji umieścił nas w … klasie biznes. Było tam siedem luksusowych i wygodnych foteli w wersji kanapowej, było doskonałe jedzenie. A steward zapytał mnie czy życzę sobie drinka. Ja OK naturalnie. Poszedł krok, obrócił się i zapytał. Pięcioletnią, siedmio czy może dwunastoletnią. No przecież wiadomo jaką dostałem. I to jeszcze z dolewką. I jeszcze na koniec o widokach z okna na ziemię Kilkakrotnie leciałem do Gdańska samolocikiem Bombardier. To taki latający autobus, który ma dwa podwójne rzędy siedzeń, leci wolno i na wysokości 6500 metrów. Można było studiować geografię Polski. Dla mnie bajka.

        Polubienie

        1. Dzięki za przeczytanie i dopowiedzenie własnych doświadczeń. Jeśli dobrze rozumiem to pomyliłam rok obozu – tak, to był 1970. Zaraz poprawie wiec nie będzie śladu 🙂

          Pamiętam ze w latach stanu wojennego byleś w wojsku ale dlaczego i co to miało wspólnego z „salonką Gomułki” jak Gomułki już dawno nie było? I dlaczego z jakiego powodu miałbyś tym latać??? Przecież nie miałeś żadnych lotniczych uprawnień.. hmm, może jednak czegoś jeszcze sie dowiem..

          I ta biznes class = to chyba naprawdę jakaś niespodziewana promocja?? bo za biznes class płaci się „zupełnie inaczej” niż za normalne bilety. Nie wiem jakie są irlandzkie linie, ale to jakiś wielki „szczęśliwy fart” ci sie trafił,

          Mam nadzieje, ze przylatując do Ameryki (juz niedługo) nie będziesz miał żadnych tanich linii lotniczych, posiłek będzie, wino też – ale na wybór whisky (wielo- rozno-letnich) bym nie liczyła 🙂 Do zobaczenia!

          Polubienie

Dodaj odpowiedź do Waclaw Mucha Anuluj pisanie odpowiedzi