“Złote” 18,262

1 października, 2024

Jak więc niektórym ludziom udaje się przetrwać w związku małżeńskim 50 lat?  Żeby to jeszcze 50 lat.. ale gdy uświadomimy sobie,  że jest to pół WIEKU, to już naprawdę wydaje się to niemożliwe! 

Oryginalny certyfikat ślubu kościelnego – zawartego 7 września 1974 roku w kościele Św. Szczepana w Krakowie

Jeśli policzymy, że 50 lat to 50 kalendarzy i każdy z nich „trzyma” 12 stron miesięcznych z rubrykami 30-31 dni, jeśli pomyślimy, że dzień ma 12 godzin (nie będę już liczyła minut i sekund, matematyka nie była nigdy moją mocną stroną…) I do tego dołożymy 30 nocy przez 12 miesięcy, często wcale nie łatwiejszych niż dni- to wychodzi astronomiczna pula czasu, którą dostają od losu tacy, jak na przykład ja. 

Co może zdarzyć się w życiu człowieka przez 50 lat? Co zdarzyło się w tych latach na świecie? 

Ile dobrych i niemiłych wydarzeń? Ile wielkich odkryć, podróży w przestrzeń kosmiczną. Ile kwiatów zakwitło w ogrodach, ile mądrości wypowiedziała ludzkość. Ile konfliktów wybuchło w różnych częściach świata, ile ofiar pochłonęła ludzka nienawiść, głupota, brak rozwagi..

Kto pamięta takie komputery??

Dziś to nie jest takie trudne, żeby „przewertować” internet i znaleźć setki – tysiące przykładów na to, co zmieniło się na świecie w ciągu 50 lat.. Lista nigdy by się nie zamknęła, bo każdy człowiek trwający w dobrym zdrowiu i dobrym związku przez pół wieku – miałby coś do dodania do takiego spisu. 

Kiedy zaczynało się moje małżeńskie pół wieku temu, nikt nie wiedział o Internecie, komputery dostępne były w wybranych miejscach i dla wybranych osób. Do egzaminu z literatury czytaliśmy książki w całości, bo skróty i streszczenia były bardzo trudno dostępne i… nie miały dobrej opinii. 😀

Kochani Skaldowie ♥

Chodziliśmy na koncerty, gdzie sprzęt muzyczny nie miał nic do czynienia z maszynerią i elektroniką ogromnego studia. Gdy w Krakowie grali Skaldowie – siedziałam na gałęzi wielkiego drzewa, bo miejsc było niewiele a chętnych do słuchania znacznie więcej. Dziś miejsca, gdzie odbywają się koncerty słynnych zespołów muzycznych i artystów mają wielkość stadionów sportowych i szokują sprzętem, światłem, możliwościami techniczno-elektronicznymi.

Telewizory miały maleńki ekran i skrzynię wielkości i ciężaru „szafy”. Pierwszy amerykański obraz z lądowania człowieka na księżycu oglądałam w czarno- białym telewizorze i nie myślałam, że za kilka lat telewizor będzie mógł pokazać nam kolory każdego zakątka ziemi.

Pociągi pędzące na jednej szynie albo takie, które osiągają zawrotne szybkości- to była bajka/wizja marzeń tych, których uważaliśmy za „ zwariowanych”.

Dzieci rodziłyśmy długo i w bólach. Każda kobieta wiedziała, że tak ma być. Bo przyjście na świat nowego człowieka to „ ból i nieopisana radość” i nikt nie zamierzał tego w naturze zmieniać. Dziś metody rodzenia z pomocą epidural-u sprawiają, że matkom zostaje do zapamiętania tylko radość, bo ból zniknął na zawsze..

Ja pamiętam jedno i drugie i nie żałuję ani jednej sekundy bólu.. 🤗

Jak więc określić,  zdefiniować fenomen wspólnego życia dwojga ludzi pod jednym dachem przez 50 lat?

Nie oszukujmy się, nie czarujmy innych!! Miłość jest gorąca i namiętna na początku, w ważnych chwilach rodzinnych, w pielęgnowanych dużych okazjach.

Bywa jednak, że „przemycamy” ją w małych gestach przez całe życie. W przynoszeniu kwiatków bez okazji, w niespodziankach, które CHCE nam się robić żonie czy mężowi. Jakiś prezent, jakieś ciepłe słowa, które tylko my dwoje rozumiemy. Wyjazdy na chwilę i na dłuższe wakacje – spełnienie wspólnych marzeń…

Ach, ta tubka pasty do zębów… 🤗

Ale tak nie żyje się na co dzień! Codziennie jest zawsze coś, co wzajemnie nas drażni, wkurza, przeszkadza. A to otwarta tubka z pastą, a to brudny talerz po śniadaniu, a to skarpetki rozrzucone na podłodze.. Drobiazgi, ale trudne do zaakceptowania przez obie strony…

Gorzej – gdy dochodzą konflikty z powodu braku pieniędzy, zmęczenia pracą zawodową. Niekończące się dyskusje na temat wychowywania dzieci. Z czasem zaczyna przeszkadzać nam wygląd współmałżonka, niedbanie o siebie. Bywa, że wkrada się nuda, kłamstwo, zdrada.. 

Przez 50 lat śmialiśmy się miliony razy. Wypiliśmy razem setki kaw na śniadanie i ogromne ilości wina, a kiedyś nawet wódki.  Celebrowaliśmy nasze rocznice, urodziny, imieniny, rocznice „nieformalne”, Dzień Dziecka i dni specjalne albo bez okazji. 

Milczeliśmy równie często, rozstawaliśmy się na osobne wyjazdy i czekaliśmy na swoje powroty. 

Radziliśmy sobie w złych momentach i cieszyliśmy się, gdy byliśmy szczęśliwi. Podobnie jak tysiące par radzi sobie z trudnościami, które zawsze ” czyhają” na związki małżeńskie!  

Co jest kluczem sekretnym do przeżycia razem 18,262 dni?

Co zrobić, by wytrzymać i to nie z przymusu, nie z powodu rutyny. I też  nie z powodu wiary, że jeśli zawarliśmy związek małżeński przed Bogiem, to tak już musi być na zawsze!

Tak naprawdę, to nie wiem… Mimo naszych doświadczeń nie czuję się upoważniona do udzielania porad innym.  

Nie jestem aż tak tolerancyjna, bym uważała rozwody za najprostszy sposób uzdrowienia złych uczuć w małżeństwie. Ale – rozumiem też, że czasem inaczej się nie da.

Dwoje ludzi ma swój intymny język i rozumie się bez słów..

Zanim jednak stwierdzimy, że inaczej jak tylko „osobno” nie da się żyć, te ponad 18 tysięcy dni daje nam dużo czasu i okazji, by spróbować każdej metody, każdego sposobu, z którego możemy skorzystać, by przetrwać „nasze kryzysy” czy tylko gorsze dni.

Bo każdy związek dwojga ludzi to inne życie, inne ulubione drogi godzenia się, inne rozmowy. 

Przez wszystkie lata zmieniamy się oboje. Fizycznie i psychicznie. Społecznie i towarzysko. To, co nas bardzo zbliżyło w pierwszej dziesiątce, niekoniecznie jest tak samo dobre później. Nasza droga trochę nabiera zakrętów i skrótów, a mijające lata, zmieniające się zainteresowania, różni ludzie wokół nas i nieustający bieg wydarzeń – muszą nas zmienić. I sposób wspólnego życia. Już nie potrzebujemy być ciągle razem i trzymać się za ręce.  Już czytamy inne książki – ale wciąż czytamy je wieczorem, obok siebie! „Razem ale trochę osobno. Osobno ale ciągle razem” ( jak pisał kiedyś Sławomir Mrożek w swojej sztuce pt.”Serenada” )

Uczestniczymy w innych imprezach zawodowych czy towarzyskich, ale chętnie opowiadamy sobie o nich. Znajdujemy chwilę na wspólną rozmowę. 

Bywa, że kłócimy się, ba – nawet jakiś procent tych 18,262 dni, to były tak zwane „ ciche dni” 😀🙄.

Gdy już zbliżamy się do czwartej czy piątej dziesiątki, życie egzaminuje nas coraz częściej z cierpliwości i tolerancyjności dla siebie.  Gdy chorujemy (czasem poważnie) wspieramy się i stoimy przy drugiej osobie, bo tak powinny się wypełniać dni coraz starszych ludzi.

Wszystko na świecie psuje się i trzeba po kilku czy kilkunastu latach naprawiać, ulepszać, łapać, cerować, odświeżać. Podobnie w związku dwojga ludzi nic nie jest na zawsze! Wciąż trzeba pracować nad sobą i to we dwójkę. Chociaż… bywa, że  ma się dość tej „drugiej połówki”, przychodzi złość, łzy, niechęć do kolejnych wyjaśnień, zapomnień, wybaczeń. 

Ale wszytko co dobre i co złe jest dla ludzi!  Od nas tylko zależy jak sobie z tym poradzimy. 

ONI !

Mamy takich kochanych młodych (dużo młodszych od nas!) przyjaciół, którzy na pierwszy rzut oka różnią się całkowicie sprzecznymi  temperamentami. Często „idzie im pod górkę”, ale mają taki zwyczaj, że co jakiś czas gdzieś wyjeżdżają albo „wyskakują” na krótko i głośno mówią, że będą „repair marriage”. Specjalnie nazywam to po angielsku, bo brzmi to dużo lepiej niż polskie – naprawianie małżeństwa 😀 😜.

I zawsze znajdują swoje własne sposoby na poratowanie siebie nawzajem. Wracają „uleczeni” i są bardzo cudownym małżeństwem od wielu lat. Nie mam wątpliwości, że do swojego pół wieku też dotrwają. 

obiad rodzinny – 50

Miłość.. hmm – przez lata zmienia swoje oblicze. Bo miłość też się starzeje i też trzeba ją pielęgnować i odświeżać. Podać jej „laseczkę” albo rękę jako podporę. Uważać, by nie przerodziła się w złe odczucia, bo niestety i tak bywa.. By szybki mocny uścisk, przytulenie, nawet jedno ciepłe spojrzenie znaczyło nadal “kocham cię”

Moje 18,262 dni?? 

Nie jestem ideałem. I mój mąż też nie (a szkoda, bo może łatwiej by było utrzymać balans 😂). 

Były dołki i trudne momenty w życiu. Było bardzo wiele dobrych ciepłych chwil, bukietów kwiatów, słów, które zostają w nas na długo. Wielkie sukcesy naszych dzieci. I wnuki – cudowne i mądre!

Tak jak po pięknym lecie nadchodzi słota jesieni i sroga zima, tak i nasze PÓŁ WIEKU obfitowało we „wszystkie kolory”.

50 – Nierozerwalne, twarde jak marmur, ciężkie, gładkie , piękne i silne – jak życie. Dwie figury splecione w jedną…

Nie żałuję niczego. Nawet tego, że bywałam zła, niedobra i wkurzona. 

Bo po „ciężkim dniu” nadchodzi noc – a po nocy nowy dzień. Ten, który będzie lepszy od wczorajszego…

Mój mąż powiedział: „Teraz zaczynamy nowe życie”. 😊

Ile jeszcze dni mamy przed sobą? Nie wiem. 

Ale wiem – jak to kiedyś wyśpiewał Marek Grechuta – że „ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy”.

************************************

Zamykam te 18,262 dni (a dziś juz kilkanaście więcej) piosenką, ktorą słuchaliśmy w naszych pierwszych wspólnych latach „Wszystko mi mówi, ze mnie ktoś mnie pokochał” . Choć piosenka powstała w 1967 roku zawsze była wykonywana podczas występów Skaldów. Radosna, optymistyczna, pełna energii i zawsze aktualne słowa.

Wybrałam wersję pochodzącą z benefisu Andrzeja Zielińskiego z okazji jego 50-tych urodzin, w grudniu 1994 roku. Impreza miala miejsce w krakowskim Teatrze STU, którego założycielem (1966) i wciąż kierownikiem jest równie znany krakowski artysta – Krzysztof Jasiński (pojawia się na ekranie). Z nostalgią i wielką przyjemnością słucham tej piosenki.

Dziś juz nie ma pana Jacka, wspaniałego śpiewającego lidera zespołu „Skaldów. Odszedł w maju 2024 r. Ale jego piosenki pozostały z nami.


BACK

8 myśli na temat ““Złote” 18,262

  1. Jest taka piosenka Macieja Kossowskiego napisana w 1963 roku: „Dwudziestolatki”. Była bardzo popularna, zapamiętałem ją wtedy (miałem 12 lat) i pamiętam do dzisiaj. „Ja mam dwadzieścia lat, ty masz dwadzieścia lat, nie będzie nigdy więcej…” Teraz mam 73. „Zapytaj ojca, zapytaj matki, jakie się wtedy ma sny…”. Ojca i matki nie pytałem wtedy, wychowali mnie porządnie, teraz ich nie ma. Mnie nikt nie pytał, ale dzieci i wnuki wychowane są porządnie. Jeszcze jest szansa, że któryś z wnuków kiedyś spyta, bo jeden dopiero wkrótce kończy 20 lat, a dwaj pozostali są młodsi, 17 i 12. Jest jeszcze szansa.

    Jednym z moich snów było robienie niespodzianek. Pierwszą ważną dla rodziny niespodzianką było oznajmienie rodzicom o naszym ślubie, na który (jak śpiewa Maryla Rodowicz) zapisaliśmy się w urzędzie na najbliższy możliwy termin, za miesiąc, czyli na 17 maja (1974 roku). Ponieważ ślub miał być we wrześniu, rodzice przeżyli szok, przzyglądali się brzuchowi, ale cóż, przyszli, pogratulowali, pojedli i popili, a potem mój tatuś kazał mi wracać do domu, bo bez kościelnego ślubu układ się nie liczy. Nazwaliśmy to więc nielegalnym ślubem, zaś prawdziwy, bez niespodzianek, nastąpił 7 września. Tegoż 1974 roku.

    To tyle wstępu.

    Minęło 2 i pół raza po 20 lat, było świetnie, czasami bardzo dobrze, niekiedy dobrze, rzadko tylko dostatecznie, mało, bywało też źle. 13 maja tego roku pojechałem z Christophkiem (najstarszy wnuk) i Ashem (pisek) samochodem do Durango. Przenocowaliśmy w Amarillo i do mety dojechaliśmy 14-go po południu. Spędziliśmy cały dzień 15-go na łażeniu po szlakach z pieskiem i na wytwornej kolacji bez pieska, a przede wszystkim na planowaniu mojej niespodzianki dla Małgosi. 16-go poleciałem do Houston, Małgosia odebrała mnie z lotniska, zawiozła do domu i pojechała na brydża do koleżanek. Wkrótce zaczęła się burza, a  ja zacząłem realizować plan przygotowany z Christophkiem. Pojechałem do Home Depot po rozsadowe kwiatki w mini-doniczkach, pech chciał, że doniczki były na 18 kwiatków każda, więc wymagały dużo rozcinania. Pojechałem do Total Wine po szampana, jednego normalnego i drugiego dezalkoholizowanego, potem do Krogera po kartkę na 50 rocznicę. Potem do domu i zacząłem przygotowania na tarasie. Nie wiedziałem ile mam czasu, lało okropnie i brydż mógł się skończyć każdej chwili. Rozcinałem więc plastiki, układałem kwiatki w kształcie liczby 50, sprzątałem, pisałem kartkę, aranżowałem ułożenie szampanów, kartki i kwiatków. Byłem gotowy wciąż jeszcze przed północą, zameldowałem się Christophkowi o wykonaniu zadania, by zaraz po północy, już 17-go maja, gdy Małgosia wróciła z brydża zaprowadzić ją na taras i… UDAŁO SIĘ Z NIELEGALNYMI ZŁOTYMI GODAMI. Zaskoczenie, niedowierzanie, może nie szczęście, ale szczęśliwość w jej oczach. Ledwo żyłem, ale też byłem szczęśliwy. Długi dzień, bo z Durango wyleciałem już o 7-ej rano.

    A następne zadanie, jeszcze trudniejsze, było dopiero przed nami. Ponieważ Kasi z Billem miało nie być na naszej rocznicy prawdziwego ślubu, ustaliliśmy z dziećmi, że zrobimy obchody prawdziwych złotych godów tydzień później niż wypadały, a prawdziwą celebrację PRAWDZIWYCH ZŁOTYCH GODÓW zrobimy sobie sami. Bez zawiadamiania nikogo. Ja wymyśliłem, że w Madrycie, Małgosia przystała na to i zaczęliśmy zwiedzać Madryt w Internecie. Ceny hoteli przeraziły nas trochę, bo nie chcieliśmy zamieszkać w schroniskach, więc zwróciliśmy się o pomoc do naszej wszechwiedzącej o podróżach po świecie Pani Ani z agencji A&D Cruise and Travel, która dopiero co załatwiła nam wycieczkę na Alaskę. Wyspowiadliśmy się jej z naszych planów i Pani Ania zaproponowała coś znacznie bardziej romantycznego, czyli wschodnie wybrzeże Sycylii, a konkretnie miasteczko Taorminę. Przekonała nas, poprosiła tylko o dokładne daty rezerwacji  hotelu.

    Przeszliśmy do drugiego punktu. Czy nie powinniśmy jednak kogoś zaprosić. Dzieci nie będzie, więc najbliższa rodzina to bracia. Jest mój brat Janusz i Małgosi brat Janek. Jeśli zaprosimy Janusza z żoną, to nie powinno być przeszkód, oprócz ich ewentualnych innych czasowych zobowiązań. Jeśli zaprosimy Janka z żoną, to co zrobić z jego synami i ich rodzinami? Nie damy rady zaprosić ich wszystkich, a jeśli eliminiować, to na jakiej zasadzie? Więc Janusza!!! Już w pierwszej rozmowie telefonicznej zgodzili się, musieli tylko sprawdzić swoje kalendarze i zobowiązania. Wkrótce dostaliśmy potwierdzenie i znów do Pani Ani. Pani Ania załatwiła nam dwa pokoje w hotelu nad samym morzem. Zabukowaliśmy. Zawiadomiliśmy Mitkę i Janusza. Potwierdzili, ale zmienili daty. Znów do Pani Ani. Na te daty nie ma miejsc. Może inne hotele. Na te daty wychodzi bardzo drogo. Pani Ania sugeruje – nie w Taorminie, ale w Katanii. W końcu tam jest lotnisko, coś będzie łatwiej. Zgadzamy się, rezerwujemy, zawiadamiamy Mitkę i Janusza, jedziemy na Alaskę. Nic nikomu nie mówimy. Na Alasce, na statku, którym płynęliśmy z Anchorage do Vancouver, kupuję Małgosi piękny pierścionek z jeszcze piękniejszym brylantem, to sekret, przyuważyłem go już w pierwszy dzień zwiedzania statku, dowiedziałem się, że w ostatni dzień po południu będzie 60-procentowa przecena, ale jak sprzedadzą wcześniej to mam pecha, zarezerwowałem więc go wstępnie z duszą na ramieniu czekając na to ostatnie popołudnie i kupiłem niezauważony, chociaż Małgosia i Basia cały czas kręciły się po sklepach. Coś się udało, obciążenie na karcie, którą Małgosia sprawdziła wytłumaczyłem jakimś wiarygodnym kłamstewkiem, że to pomyłka i zaraz oddadzą, przeszło. Będzie niespodzianka.

    Po powrocie z Alaski, powrocie z wyjazdu z kilkoma parami houstońskich przyjaciół do Durango, po obchodach moich urodzin i 12-letnich urodzin Chase’a, po weselu Sandry (córki naszej przyjaciółki z Sosnowca) w Albuquerque przyszedł czas na naszą wielką celebrację.

    Ale jak zorganizować celebrację? Między wspomnianymi wyjazdami zadzwoniłem do Bazyliki Katedralnej w Katanii. To największy, najważniejszy i mnajpiękniejszy Kościół Katolicki na tym terenie. Dogadałem się po angielsku z sympatyczną Panią, która odebrała telefon w kancelarii parafialnej i utrzymując, że nie zna angielskiego, obiecała, że zapyta się księdza, co się da zrobić w sobotę 7-go września. Poprosiłem naszego przyjaciela Anioła, którego żona, ukochany Dziubeczek była świadkiem na naszym ślubie, który się odbył w kościele Św. Szczepana w Krakowie, żeby załatwili nam akt tego ślubu. Okazało się, że to ja muszę się z skontaktować z kancelarią parafialną, z powodu Rezolucji o Ochronie Danych Osobowych (RODO). Wysłałem e-mail na adres, który podano Aniołowi – i nic. Zadzwoniłem do kancelarii parafialnej, powiedziano mi, że tylko proboszcz załatwia takie sprawy. I że mam zadzwonić w następny poniedziałek. Dni mijały. W poniedziałek, nieoczekiwanie, zadzwonił Anioł, mówiąc, że proboszcz zaprasza go po odebranie dokumentu, a ja mam skomunikować się z proboszczem, który wyśle mi dokument e-mailem. Napisałem do proboszcza i wkrótce dostałem łaciński wyciąg z księgi parafialnej z 1974 roku. Anioł odebrał akt ślubu i natychmniast wysłał go do nas pocztą. Mieliśmy więc przynajmniej dokument po łacinie do pokazania w Bazylice Św. Agaty w Katanii. Zadzwoniłem tam ponownie, żeby się umówić i Pani powiedziała mi, że uroczystość odbędzie się podczas mszy porannej w sobotę, 7 września o godzinie 10-tej rano, i żebyśmy skontaktowali się z księdzem, gdy przyjedziemy do Katanii.

    Przylecieliśmy do Katanii 4 września. Mitka z Januszem przylecieli 5 września rano. Po śniadaniu pojechaliśmy do miasta, w pierwszym rzędzie do Bazyliki. Wszystko, jak się okazało było załatwione. Zaprowadzono nas do księdza, który miał prowadzić tę mszę, przedstawiliśmy się, pokazaliśmy akt ślubu, ksiądz ładnie kiwnął głową i pożegnał się z nami do soboty. Pan kościelny powiedział, żebyśmy nie zapomnieli obrączek na mszę i życzył nam przyjemnego pobytu. Zachwyceni przebiegiem wydarzeń i wspólnym pobytem w Katanii połaziliśmy po mieście zwiedzając, co się dało i planując resztę pobytu. W piątek poszliśmy na plażę i na basen, a po południu pojechaliśmy do Syrakuz. W sobotę ubraliśmy się odświętnie i pojechaliśmy do Bazyliki.

    Wszystko było przygotowane. Zasiedliśmy w pierwszej ławce, ludności było niewiele, przed mszą zaszła wycieczka z Polski, ale po modlitwie się oddaliła. Inny ksiądz niż ten wczorajszy, staruszek z laseczką prowadzony przez kościelnego przywitał się z nami, pytając Mitkę i Janusza, czy my jesteśmy ich rodzicami i rozpoczął mszę. Zwracał się do nas kilka razy, w pewnym momencie zaprosił nas do ołtarza, pięknie pobłogosławił, poświęcił nasze obrączki (przemyciłem wtedy też pierścionek z brylantem z Alaski), kazał je pocałować a potem sobie nawzajem założyć, mówił coś przyjemnego o 50-leciu, kazał nam się pocałować i ludzie bili nam brawo, doprowadził mszę do końca, pożegnał się z nami i odszedł prowadzony przez kościelnego. Byliśmy bardzo wzruszeni, nie wiem, czy nie bardziej niż 50 lat wcześniej w kościele Św. Szczepana w Krakowie. Janusz nie tylko, że pilnował obrączek, ale robił też mnóstwo zdjęć i filmików, któe potem nam przekazał. Był to jeden z najpiękniejszych, jeśli nie najpiękniejszy dzień w moim życiu.

    Potem weszliśmy na wysoki taras-balkon na sąsiadującym z Bazyliką kościele św. Agaty, skąd roztacza się wspaniały widok na Katanię i okolice, wróciliśmy do hotelu przebrać się za turystów i ruszyliśmy do przeuroczej Taorminy. Zjedliśmy lunch w restauracji prowadzonej przez Rosjankę, a wieczorem wróciliśmy do Katanii, gdzie mieliśmy zamówioną kolację w jednej z najpiękniejszych restauracji miasta. Tak się zakończył nasz najuroczystszy  dzień wyjazdowy w życiu.

    Następnego dnia wykupiliśmy wycieczkę na Etnę i spędziliśmy tam większość dnia. Po powrocie zjedliśmy lunch w przybasenowej restauracji, popływaliśmy i pożegnaliśmy się z Mitką i Januszem, którzy odlecieli wieczornym samolotem do Krakowa. Do domu dotarli późno w nocy, pewnie zmęczeni, ale chyba bardzo zadowoleni. My byliśmy szczęśliwi, że udało nam się przeżyć to razem z nimi.

    W poniedziałek 9 września zaplanowaliśmy pieszą wycieczkę z hotelu do centrum Katanii, po niemal godzinnym czekaniu na autobus (jak się okazało później, w mieście był strajk pracowników komunikacji i nic nie jeździło) poszliśmy pieszo, aż doszliśmy do punktu, w którym to chodzenie już straciło sens, więc wróciliśmy plażami do naszego hotelu. Pogoda się poprawiła, skorzystaliśmy jeszcze z basenu i zjedliśmy kolację w przybasenowej restauracji, a potem poszliśmy spać wcześnie jak na nas, bo musieliśmy wstać o 3-ej rano, żeby zdążyć na poranny samolot do Monachium o 6-ej. Wróciliśmy do domu pełni niezapomnianych, cudownych, unikalnych i na pewno niepowtarzalnych odczuć i marzeń.

    A o tym, jak było, opowiedzieliśmy Rodzinie w Galveston 14 września, a przyjaciołom tamże dzień póżniej.

    Wielkie dzięki dla Mitki i Janusza za uczestnictwo w tym przepięknym wydarzeniu, a dla Ani W. nie tylko za udział w naszej konspiracji, ale też za ogromną pracę w przygotowaniu, wspólnie z Małgosią, wspaniałego filmu o nas, który zaprezentowaliśmy na spotkaniu w Galveston, a który Małgosia przesłała później wielu z Was.

    … dwadzieścia lat, nie będzie nigdy więcej… ? Z całą pewnością, może być!!!!!!!!!!

    Wacek

    Polubione przez 2 ludzi

    1. Moim zamysłem we wpisie „Złote 18,262” było podzielenie się z innymi rozmyślaniami i uczuciami na temat 50 wspólnych lat naszych i innych par – tych, którzy już to przeżyli, tych którzy już są blisko takiej wspólnej liczby i tych, którzy dopiero zaczynają swe życie we dwoje.

      Ty dopełniłeś ten wpis bardzo osobistymi wspomnieniami. To jak pamiętnik.. który zostanie gdzieś „w chmurce” przekazany naszym dzieciom i wnukom. I tym, którzy po przeczytaniu twojego komentarza – zechcą dopełnić, napisać, wspomnieć, opowiedzieć swój własny „pamiętnik” Każdy po 50-ciu wspólnych latach taki ma!

      Rozumiem teraz dlaczego (ja i inni) czekaliśmy na ten komentarz tak długo.. To piękne otwarcie twojego serca, twoich wspomnień i przeżyć tej naszej celebracji. Dziękuję za uzupełnienie w tak osobisty sposób ! Dobrze jest się dzielić z innymi dobrymi wydarzeniami. Szczególnie gdy zdarzają sie raz na 50 lat😃

      Dziękuję za 18,262 dni razem ( już dziś nawet więcej). Niech będą dobrym wspomnieniem nie tylko dla nas, ale i dla naszej rodziny i przyjaciół. ♥

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do ogryzek zycia Anuluj pisanie odpowiedzi