15 sierpnia 2024
Są ludzie, którzy żyją w zgodzie z wybranym przez siebie miejscem na ziemi. Los rzucił ich “gdzieś” i tak już zostało. Zdarza się. I wcale nie jest to wyjątkowe. Jednak życie każdego z nas jest wciąż nieustającą podróżą. Nawet jeśli wydaje nam się, że nie lubimy być w ruchu, to nigdy nie jesteśmy w jednym miejscu. Nasze dawne małe wyprawy dzieciństwa urastały do „specjalnych chwil” i z czasem stały się coraz bardziej znaczącymi i wartościowymi podróżami.
Kiedy byłam małą dziewczynką „podróżą” był wyjazd na wieś, która znajdowała się nie więcej jak 30 kilometrów od Krakowa. Wyjazd z Krakowa do Zakopanego była całodniową wyprawą, a częściej nawet i dłuższą. Wycieczka pociągiem podmiejskim, to dopiero była niedzielna frajda! Wypad „gdzieś” poza miasto samochodem, który w mojej rodzinie pojawił się dość wcześnie, była podróżą całej rodziny przygotowywaną z wielką organizacyjną dokładnością….
Pamiętam, kiedy na wakacje dojeżdżaliśmy autobusem, a dalej odbierał nas gospodarz swoją furmanką. Pakował nasze walizki a może tobołki i dalej jechaliśmy po drodze bitej z nierównych kamieni i piasku. Telepało nami, stukało, ale chyba nikomu to nie przeszkadzało. (O, nawet wyszła rymowanka 😃)
Wtedy jeszcze nie nazywaliśmy tego podróżami. Zwyczajnie i po prostu – przychodziło lato, zaczynały się wakacje i jakoś trzeba było dojechać na wybrane miejsca. Bo mimo różnych trudności rodzice dbali, by wakacje były z dala od miasta, wśród zieleni i na świeżym powietrzu.
Słowo wycieczka pojawiło się na dobre w szkole i niekoniecznie oznaczało wyjazdy. Wycieczki były do parku, do muzeum. Związane z zadaniami szkolnymi np. jesienią zbieraliśmy kasztany i ładne kolorowe liście. W starszych klasach wyjeżdżaliśmy już na dwa lub trzy dni w góry albo do Warszawy i to już było “coś”😃.
W mojej wyobraźni podróżowanie pojawiło się przy okazji czytania dużej ilości książek i oglądania filmów. Zwłaszcza od czasu, kiedy w domu pojawił sie pierwszy telewizor (miałam wtedy 9 lat). Choć książki w księgarniach nie były łatwo dostępne, to do biblioteki szkolnej i publicznej (tuż obok naszego domu) biegałam co kilka dni! Uwielbiałam szperać po pólkach, rozmawiać z paniami bibliotekarkami. One tak dużo wiedziały i umiały doradzić. O moje oczy i umysł ocierały się dalekie niedostępne obrazy Świata, gdzie ludzie tak łatwo się poruszali, przemieszczali się w każdy nowy dla mnie zakątek. Te odkrycia książkowo-filmowe były moją pożywką dla marzeń.
Wyobrażałam sobie, że chodzę swobodnie po ulicach ogromnych miast, w tłumie elegancko ubranych ludzi. Wchodzę do sklepów, gdzie półki uginają się od towarów i wszystko jest dla mnie dostępne. Innym razem byłam jedną z tych, którzy wygrzewają się na słonecznej plaży z kolorowym drinkiem w ręku. Bywałam w wysokich górach i na pustyniach. W miejscach tak niedostępnych, że mogły dla mnie istnieć tylko w marzeniach. W wyobraźni, której echo głosu marzeń niosło się daleko i wysoko aż do nieba..
Prerie, pędzące konie, pustynie z oazami bujnej i nieznanej mi roślinności, domy na odludziu, a przecież piękne i okazałe… I wciąż myślałam – gdzie jest taki świat? Czy jest taki świat? W jaki sposób ludzie docierają do takich zakątków? Czy mnie uda się kiedyś je zobaczyć?..
Choć w wyobraźni snuły się obrazy niewiarygodne, bez “trudnych” elementów do pokonania, długo nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kiedyś i ja „wtargnę” w ten inny Świat…
Czas mijał a życie przynosiło coraz to nowe wyzwania i nowe rozwiązania.
Los rzuca nas tam, gdzie chce. Na początku nie mamy na to wpływu. Szczęśliwie urodziłam się w rodzinie, gdzie Tata “ciągnął w świat “. I to w czasach, kiedy naprawdę trudno było podróżować zarówno z powodów finansowych jak i organizacyjnych. A jednak mój ojciec dokonywał cudów, żeby znaleźć miejsce na wakacje, złapać miejsce w wagonie w pociągu, wrzucić nas – dzieci do przedziału przez okno, a w późniejszych czasach złożyć papiery na paszport i za każdym razem czekać wierząc, że ten paszport na milicji dostanie. A wierzcie mi – tata nie był osobą należącą do cierpliwych…
Do dziś pamiętam krążącą w rodzinie legendę, o tym jak Tata uciekał z kolegą do Szwecji przez Bałtyk. Niestety, nie udało im się… Długo by opowiadać, ale nie jestem pewna, ile z tej opowieści jest prawdą, a ile już tylko rodzinną legendą, więc zostawię to jako przygrywkę do pierwszych jego zagranicznych podróży. Był wtedy młody i miał młodzieńczą fantazję. Ucieczka (a może podróż w nieznane!) nie udała się, za to wtedy właśnie Tata poznał Mamę i tak później ja znalazłam się na świecie 😂. Ale to juz inna historia.
Kiedy Tata po raz pierwszy zaczął swoje podróże? – nie wiem. Myślę, że we wczesnych latach 60-tych.
Jeździliśmy na Mazury, do Gdańska do rodziny Mamy, z którą łączyły nas silne więzy i lubiliśmy z nimi spędzać wakacje. A że była to duża rodzina, rodzice zmieniali miejsce “postoju” wakacyjnego i spędzaliśmy czas z różnymi ciociami, wujkami i kuzynami. Może dziś to sobie trudno wyobrazić, ale wtedy mimo małych mieszkań i niezbyt wygodnych warunków mieszkaniowych, nikt sie tym nie przejmował i chętnie gościł dodatkową rodzinę na czas wakacji. Jakoś to było “normalne”.
Pamiętam, że mieszkając w Krakowie, rodziny z Gdańska jadąc (zazwyczaj w zimie) do Zakopanego czy w okolice, zawsze zatrzymywały się u nas na kilka dni. Fakt, że mieszkaliśmy tylko w dwóch przejściowych pokojach, ogrzewanych przez piece, zimna kuchnia i… taka sobie łazienka – nie stanowiły dla nikogo z nas żadnego problemu.
Zawsze było wesoło i bardzo lubiłam te rodzinne odwiedziny. Niekiedy spędzaliśmy razem święta i dopiero po świętach goście jechali dalej w stronę Zakopanego. Dało się! 😂
Pierwsza podróż zagraniczna? Chyba w 1966. Wtedy po raz pierwszy udało nam się wyjechać całą rodziną przez ZSRR, Rumunię, Bułgarię do Jugosławii (byłej).
Zapamiętałam cudowne miasto Split, wyspę Krk i wiele małych miasteczek, wysepek. Wracaliśmy już inną drogą przez Węgry i Czechosłowację albo… Tego już nie pamiętam. Już kiedyś o tym pisałam szczegółowo 😀.
Nieco później odbyła się nasza rodzinna podróż, chyba do NRD. Zaczęło się tak:
Kiedyś byliśmy na Mazurach nad jeziorem Ruciane i tam moi rodzice poznali rodzinę Niemców z NRD z dwoma dziewczynkami w naszym wieku. Moja Mama znała niemiecki, więc oni bardzo się ucieszyli, że mogą sobie z kimś pogadać. Tata też znał trochę ale znacznie słabiej. Pochodzili z małego miasteczka, już nie pamiętam jakiego. Ojciec rodziny był dentystą, żona jego asystentką. Prowadzili swój prywatny gabinet. (Prywatny – w NRD!?) Ich córki były dokładnie w moim i mojego brata wieku i miały na imię Karin i Helga. W ciągu tygodnia czy dwóch nasi rodzice zaprzyjaźnili się. Nie bardzo rozumieliśmy na czym ta przyjaźń polegała, dopiero po wielu latach rodzice opowiedzieli nam (a właściwie Mama) wyjawiła nam ich tajemnice. O tym co wydarzyło się, gdy już polityczne układy się zmieniły i runął mur berliński. Było to już po śmierci mojego Taty, kiedy Mama po raz pierwszy przyleciała do nas, do Stanów.
Po powrocie z wakacji z Rucianego moi rodzice zapisali się na lekcje niemieckiego, uporządkowali i przypomnieli sobie gramatykę. Później znów spotkali się z niemieckimi znajomymi na wakacjach w Polsce. Mnie wtedy już z nimi nie było, bo pojechałam na obóz harcerski.
Pod koniec sierpnia w 1968 roku pojechaliśmy samochodem odwiedzić naszych znajomych w NRD. Wtedy nie rozumiałam (to było tuż przed początkiem mojej ósmej klasy) dlaczego tak dziwnie pusto było na granicy, dlaczego rodzice przyciszonymi głosami rozmawiali itd. Wracaliśmy na początku września nieco spóźnieni do szkoły. Do dziś zastanawiam się jak to możliwe, że wpuścili nas do NRD… W nocy z 20/21 sierpnia wojska Układu Warszawskiego Polski, ZSRR, Węgier, Bułgarii i NRD wykroczyły na teren Czechosłowacji…
Myślę dzisiaj, ze nasza podróż musiała się zacząć przed dwudziestym pierwszym sierpnia, gdy oficjalnie jeszcze nie nastąpiła akcja zbrojna. Do Polski wracaliśmy w ostatnie dni sierpnia i na granicy nie było juz żadnego innego samochodu. To był jakiś cud, że wróciliśmy do Krakowa cali i zdrowi.
Od moich NRD-owskich przyjaciół dostałam cały worek małych gum do żucia, które zrobiły furorę w szkole. Moi rówieśnicy pytali mnie o różne słowa, czy znam niemieckie odpowiedniki polskich słów itd. Taka normalna zabawa dzieci w takim wieku, które nigdy nie były zagranicą a chciałyby poczuć powiew inności. I takich, ktorzy nie czuli realnego zagrożenia sytuacji…
Wiele “tajemnic” politycznych rodzice starali się ukryć przed nami. Właściwie u nas w domu nie dyskutowało się głośno i dobitnie na temat polityki. Owszem, ojciec słuchał ciągle radia „Wolna Europa”, ale “przy uchu”, bo zagłuszenia były okropne i raczej mnie denerwowały niż ciekawiły.
Wstyd przyznać, ale jak na 14-latkę, niewiele wiedziałam o tym, co działo się w Polsce i w polityce. Tak naprawdę zainteresowanie i świadomość polityczna obudziła się we mnie, kiedy zaczęłam chodzić do liceum (mój kochany nauczyciel historii prof. Pendzej z pewnością sie temu przysłużył, choć było kogo się bać…🤭). Wtedy też znalazłam się w szczepie “Harnasie”. Tam olśniło mnie jak daleko byłam od polskiej rzeczywistości. A przede wszystkim zdałam sobie sprawę, że to wszystko, co dzieje się wokół dotyczy także mnie! Dorosłam, dojrzałam niemal z dnia na dzień. I wtedy – Tata zaczął mnie zupełnie inaczej traktować. Dyskusje, rozmowy o polityce, opinie zaczęły być wyrażane naturalnie, przy stole, bez tajemnic. Bez “omijania” mnie! Do dziś nie rozumiem, jaki cel mieli rodzice w urywaniu prawdy i dlaczego tak milczeli, o tym co działo się w Polsce wokół nas. Czy aż tak bardzo bali się o nas? A może zbyt długo postrzegali nas jako dzieci i celowo odsuwali od prawdy tamtych czasów?.
W latach 70-tych powoli wszystko stawało się łatwiejsze, bardziej dostępne. I pewnie my też dojrzewaliśmy, byliśmy coraz mądrzejsi życiowo, bardziej oczytani i wykształceni. To juz był czas naszych studiów i świadomych planów 🤔.
Podróż nie zawsze oznacza realny wyjazd.
Podróżowanie to marzenia. Patrzymy na mapę, szukamy oczami miejsc, o których słyszeliśmy od innych, które może zafascynowały nas w przypadkowo oglądanych filmach na YouTube. Albo w przeczytanych artykułach w magazynach przypadkowo spotkanych u lekarza w poczekalni. Coś poruszyło naszą wyobraźnię, coś stworzyło obraz fragmentu świata, do którego zaczęliśmy wędrować. Apetyt na realne podróże rozwija się w naszej wyobraźni coraz bardziej i coraz wyraźniej. Jeszcze nie podróżujemy, ale jest “nasz” plan. Dodajemy do niego szczegóły, upiększamy, nadajemy mu realne życie. Podróżujemy we własnej wyobraźni.. I wcale nie jest to mniej przyjemne niż w życiu. W planach i marzeniach wszystkie trudności możemy pokonać, nie brakuje nam pieniędzy, nie stanie nam się nic złego. Spotkamy dobrych ludzi, zyskamy nowych przyjaciół. Możemy być sami, gdy potrzebujemy samotności. Mamy prawo wybrać sobie do towarzystwa ludzi, których nasze serce potrzebuje.
Tylko w takiej podróży marzeń może nam się zdarzyć wszystko co piękne i dobre..
Jeśli chcemy pokonać strach, nauczymy się podążać śladami podróży tych, co pokonali demony. Jeśli chcemy nauczyć się tajemnic, które może pokazać nam podróżnik doświadczony w czasie trwania wędrówki, bo teoria nie wystarczy do nauczenia się czegoś naprawdę ważnego – podążajmy za śladami.
Przez całe życie jesteśmy podróżnikami!!
Idziemy, jedziemy, biegniemy aż wreszcie drepczemy… Najpierw na czworakach, nieudolnie, starając się wstać i utrzymać równowagę w pionie. Testujemy pierwsze drabinki w parku dla maluchów, łazimy po równoważniach i sprawdzamy czy damy radę wejść na ostatni poziom zjeżdżalni. W szkole próbujemy wszelkich sportów. Chcemy być lepsi od innych. Najlepsi z grupy rówieśników.
W dorosłym życiu biegniemy w wyścigu zawodowym. I szukamy sposobów na zajęcie pierwszych miejsc w szeregach towarzyskich. Podróż w grupie koleżeńskiej, przyjacielskiej, rodzinnej.
„Partnerstwo jest świetne, ale chciałabym być zauważona doceniona. Jestem dobrą organizatorką. Może wyróżniam się specjalnym humorem, może jestem ładniejsza niż inne. Może on jest przystojniejszy niż przeciętny, ten ktory stoi obok mnie.. Albo moja wyjątkowa inteligencja i nieprzeciętna błyskotliwość zwraca szczególną uwagę?” – tak albo podobnie rozważamy, myślimy, wybieramy dziesiątki opcji.
Dziś podróż jest jednym z najważniejszych elementów naszego planowania. Bez podróżowania trudno żyć. Ludzie podróżują służbowo i z ciekawości. Dlatego, że chcą i dlatego, że potrzebują tego jak powietrza. Mają możliwości, wiedzę, środki, pieniądze, GPS-y.




Podróż stała się nieodzowną częścią naszego życia. Nie potrafimy usiedzieć spokojnie i bez ruchu w domu. Coś nas ciągnie, coś nas gna. Czasami nie planujemy, a nagle z małą torbą czy walizką błyskawicznie znajdujemy się w miejscu, zupełnie zaplanowanym, w czasie kiedy mieliśmy robić coś zupełnie innego… Jeszcze kilka kilkanaście lat temu, sytuacja nie do pomyślenia. Dziś – ot, zwyczajna zmiana planów.
Zdarza się także odwrotnie. Wspaniała trasa ułożona, walizki zapakowane, bilety samolotowe zakupione, hotele zamówione. I bum!! nasza podróż przerwana. Wymarzonej podróży nie będzie…
Każdego dnia w podróży jest coś wyjątkowego, coś co się liczy. Bo jesteśmy nieprzeciętni, wyjątkowi. A nasza podróż Życia jest tylko jedna. Tylko raz.
Mamy dziesiątki wad. I setki zalet. To, że mamy wady nie oznacza, że jesteśmy źli.
Ale ani wady ani zalety nie spadają z nieba. Pierwszych trzeba się wystrzegać. Drugie trzeba pielęgnować.
Jeśli będziemy odmawiać sobie prostych i dobrych rzeczy, jeśli pozwolimy, by coraz częściej i częściej wszystko, co przyjemne nas omijało, bo mi „czegoś szkoda”, bo mi “żal tego użyć”… to z czasem zawładnie nami chciwość, chytrość, skąpstwo, a przede wszystkim głupota i durnowatość. Bo przecież nic w tej “Wędrowce życiowej” nie będzie przyjemnego. Ani dla mnie ani dla innych.
Pozostanie tylko smutne trwanie, przemijanie – bez radości. A czas i tak idzie do przodu i nie zatrzymasz go ani przez chwilę…
Ale, gdy dobre uczynki, dobre gesty będziemy “darować” wokół siebie, szybko czujemy się się lepiej, szczęśliwiej. Coraz więcej ludzi to doceni, moja i nasza ODYSEJA będzie jaśniejsza i radośniejsza. A przecież tego w życiu potrzebujemy.
A kiedy nadejdzie “czas dreptania” to chciałabym powiedzieć, jak już powiedziało wielu poetów, poetek, filozofów i zwykłych ludzi:
Nie smućcie się, nie płaczcie… zbierzcie się razem – powspominajcie. “Niech żyje bal” mi zaśpiewajcie. Życie do przodu musi iść..”
Ja to wszystko rozumiem. Ja to wiem. Żyję długo i powoli zaczynam „dreptać”. A mimo to wciąż nie chcę tak powiedzieć, nie jestem gotowa na pogodzenie się z faktem, że moje „życiowe tournee” już miałoby się skończyć.
Zdarza się, że rano budzę się i myślę przez sekundę – czy to już miałby być mój ostatni dzień? I natychmiast widzę oczami mojej wyobraźni mapę miejsca podróży, gdzie chciałabym DZISIAJ się znaleźć. Gdzie mnie jeszcze nie było.
Gdzie się jeszcze może coś ważnego, miłego wydarzyć… Bo –
„Żeby coś się zdarzyło
Żeby mogło się zdarzyć…
Trzeba marzyć.
W chłodnej pustej godzinie
Nim twe szczęście cię minie –
Trzeba marzyć”




Każdy ma i powinien mieć własna drogę – podróży tez. I własne doświadczenia. Dzięki temu można opowiadać i wymieniać się tymi opowieściami. Podróże to bogactwo, które pozostaje w nas i dla nas.
PolubieniePolubienie
O podróżach to ja mógłbym bez końca. Zawsze mi żal, gdy któraś z zaplanowanych się nie odbędzie, bo może miała to być ta najważniejsza, ale – niestety, coś stanęło na przeszkodzie. To coś to jest zwykle ktoś, kto z powodzeniem tłumaczy mi, dlaczego nie można tego zrobić. Ja się nie zgadzam, walczę, marudzę, ostatecznie się poddaję i myślę, że już nigdy to się nie uda. Tak właśnie było z moją wymarzoną podróżą do Czterech Narożników, czyli jedynego punktu na świecie, w którym spotykają się cztery stany USA. To słynne FOUR CORNERS. Byliśmy w Kolorado, w Durango, w domu Kasi, z przyjaciółmi Anią i Stefanem, odwiedzaliśmy okolice i właściwie zwiedzaliśmy wszystko, co się dało, ale do NAROŻNIKÓW, w których byliśmy ponad 30 lat wczesćniej, nie pojechaliśmy. Bardzo mnie to rozczarowało, bo myślałem, że nigdy więcej, a tak mi zależało. A jednak, po roku, kiedy udało się nam (przepraszam, nie nam – Małgosi) zebrać w tym samy domu Kasi w Durango większą grupę przyjaciół, z Anią i Stefanem włącznie i w ciągu jednej minuty, w środku niemal bezgranicznej pustyni przejść się z Kolorado do Utah, stamtąd do Arizony, potem do Nowego Meksyku i wrócić bezpiecznie do Kolorado, przemyślałem sobie ubiegłoroczne „nieszczęście” niepojechania tam i zrozumiałem, że nigdy nie należy wątpić, że się coś może jeszcze, albo – jeszcze raz – się zdarzyć. Bo mogło. Bo się zdarzyło. Bo słuszne było, że wtedy nie pojechaliśmy.
I gdy rozmawiamy o podróżach z innymi podróżującymi, to nie ma znaczenia, że ktoś nam powie, że pojechaliśmy nie tam, gdzie powinniśmy, bo gdzie indziej, gdzieś w pobliżu, jest coś bardziej interesującego. Dwadzieścia lat temu byliśmy w Nowej Zelandii. Przez kilka dni zwiedzaliśmy, co się tylko dało zaplanować, ale przecież nie tak dużo, bo celem naszej ówczesnej podróży była Australia, a nie Nowa Zelandia. Po powrocie rozmawialiśmy z jednym z naszych poodróżujących znajomych, który zapytał, na której nowozelandzkiej wyspie byliśmy, więc zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że na Północnej. „A, to beznadziejnie” – usłyszeliśmy – „bo trzeba było jechać na Południową, tam jest dopiero prawdziwa Nowa Zelandia”. I jakoś mnie to strasznie dotknęło, i męczyło aż do tego lata, kiedy poojechaliśmy wreszcie na CZTERY NAROŻNIKI. Od tego momentu mam gdzieś, gdy ktoś powie, że powinienem zrobić coś innego. Bo zawsze jest szansa, że zrobię. O Południowej wyspie Nowej Zelandii nie marzę, ale może przecież się zdarzyć. Nigdy nie marzyłęm o tym, że będziemy celebrować 50-tą rocznicę małżeństwa w Bazylice Katedralnej w Katanii na Sycylii, a teraz nie oddałbym tego przeżycia i miejsca za żadne inne miejsce na świecie.
Podróżujmy więc i zwiedzajmy, studiujmy i uczmy się od innych, ale zawsze róbmy swoje. Bo to jest to, co jest nasze, i co najlepiej zapamiętamy, nawet bez fotografii.
Wacek
PolubieniePolubienie